Issuu on Google+


Drodzy Czytelnicy! Patrząc na ostatnie wydarzenia w Polsce można pokusić się o stwierdzenie, że nasza pamięć narodowa jest w całkiem dobrej kondycji. Nie idzie to niestety zawsze w parze z powszechną zgodą czy wręcz jest niekiedy przyczyną podziałów i konfliktów. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Polacy mają dobrą pamięć i umieją też odpowiednią o nią dbać.

W tym numerze: MP3 Szansa na życie „Kochać, jak to łatwo powiedzieć” Wspólnota Emmanuel Bohater Polak jaki jest każdy widzi... To było szczęście Nie ma was! Warto

3 4 7 8 9 10 12 13 14

Pocztówka z Rosji

16

„Koniec”

17

Szary koniec

18

Świadczą o tym chociażby liczne uroczystości związane z szóstą rocznicą śmierci Jana Pawła II. Pewnie dla wielu z nas niełatwo byłoby zabrać głos na temat teologiczno – filozoficznych traktatów Karola Wojtyły (nad czym zresztą dzielnie pracuje Instytut Tertio Milennio, który zorganizował ostatnio akcję „Kraków czyta Jana Pawła II”). Nie ulega jednak wątpliwości, że większość Polaków uważa go za autorytet i odwołuje się może nawet nieświadomie do jego nauczania w rozmaitych życiowych sytuacjach. Podobnie było z obchodami I rocznicy katastrofy smoleńskiej, choć tu należy zauważyć, że ta kwestia jest bardzo świeża i wciąż wzbudza skrajne emocje. Niemniej jednak Polacy znaleźli w sobie na tyle dobrej woli, żeby godnie wspomnieć ofiary ubiegłorocznej tragedii i oddać im należyty hołd. Wyborną pamięcią Polacy wykazali się podczas gdy sportową karierę kończył Adam Małysz. W idealnie chronologicznym porządku wymieniali jego kolejne sukcesy i co najważniejsze nie zapomnieli mu za to gorąco podziękować. Pamięć i tożsamość, o których pisał Jan Paweł II to podstawa w dziejach każdego narodu. Być może musi upłynąć jeszcze trochę czasu, żeby Polacy spojrzeli na pewne wydarzenia z bardziej obiektywnej perspektywy. I nie chodzi tu o permanentne rozdrapywanie ran, ale wyciąganie właściwej nauki z tego, co już należy do przeszłości. Jedno jest pewne: egzamin z historii Polacy mają jeszcze przed sobą. Marcin Sawczak

Zespół redakcyjny: Marcin Sawczak, Roman Klin, Jakub Biel, Anna Pająk, Tomasz Goraj Korekta tekstu: Asia Kaniecka, Edyta Hajduk, Kasia Klin Redakcja techniczna: Roman Klin, Sieva Numer współtworzyli: Antoni Gambdziak, Paulina Statek, Wiesława Strumińska, Bonaventura, Pająk, Paulina Kłosek, Kaja, Mateusz Zimny, Andzia Ogrodzka, Jardin


13.04.2011,

NR

21

Trudno jest słuchać innych, gdy w uchach brzęczy muzyka z MP3. Nie łatwo spojrzeć na siebie, odwracając się plecami do lustra. Przed nami najpiękniejszy, a zarazem najtrudniejszy Tydzień w roku. Tydzień, w którym warto schować MP3 do kieszeni i podnieść wzrok, by spojrzeć sobie w twarz. szary Pisk w uszach. Żaden dźwięk nie boli jak ten. Dźwięk odzierania ze złudzeń. Być może dlatego wkoło tyle MP3-ek. Cisza jaką znam skrzypi ławką. Taką starą, drewnianą z trzeciego rzędu pod oknem. Cisza jaką znam kręci się niemiłosiernie, wierci w każdą stronę. Tam jej niewygodnie, tu ją uwiera. Cisza jaką znam pachnie kurzem niestartym z żyrandoli, bo i kto by tam dostał jaką szczotką? (Nie zastanawiałeś się nigdy nad tym?) Cisza jaką znam swędzi i drapie za uchem… prawym? A może lewem? Nieważne, ważne, że niezawodnie, kiedy już zamilknę. Ta właśnie cisza, cisza, że pożal się Boże, cisza, że Kasjan za głowę się łapie, ona wystarczy, żeby obedrzeć mnie ze wszystkiego, co moje niechciane. Zwykle nie patrzę w lustro. Drogie, a nuż pęknie? Kto to wie? Smagam je spłoszonym piórkiem spojrzenia, żeby mieć pewność, czy ręka i głowa są na właściwym miejscu. To zwykle wystarczy. Dziś jednak było inaczej. Postawiłeś mnie przed lustrem, a przecież dzisiaj nikt już nie stoi. Dziś albo się leży, albo biega. Jedno i drugie zniósłbym bez przeszkód, ale muszę się zatrzymać. W lustrze odbijają się wszystkie myśli, natrętniejsze niż komary w letni wieczór. Przed lustrem ciszy jestem nagi, nagi tak jak tylko chciałbym być przed Tobą. Nagi nie tylko dla Ciebie. Stojąc wiem, że nie człowiek lustro, ale i lustro człowieka potrafi rozbić.

rzece rekompensuje życie na krześle elektrycznym świata. Dziwne tylko, że z listy wszystkich ekstremalnych przeżyć, ciszę wykreśliliśmy grubą kreską niemilczenia. Cisza to najdalsza podróż, w którą wybrać się najtrudniej. Wzywasz mnie w milczenie, a ja ociągam się w fotelu życia, wtulony w siebie. Pamiętam wiele podróży. Kanapki na drogę, wygodne buty i drobne na autobus, bo trzeba mieć wyliczone… Pamiętam ślady za sobą i drogę nieskalaną i falę bujną. Czy istnieje droga dalsza niż przestrzeń między moim czołem a Twoimi stopami? Czy mogę dotrzeć dalej? Czy mógłbym przybyć z odleglejszych krain? 7 centymetrów – tyle, według Michała Anioła dzieli Twój palec od palca Adama. Jednak i to za dużo? Potrzebni Ci „mistycy” ze swędzącymi uszami? Widać tak, skoro podnosisz rosę szkła z dywanu. Po kawałeczku składasz to, co rozbite o milczące lustro. I wtedy wiem, że nie sam pod powiekami klęczę. Nie sam. A MP3-ka grzechocze w kieszeni.

Cisza jest tylko dla twardzieli. Wszyscy chcemy ekstremalnych doznań. Adrenalina poszukiwana bardziej niż woda na pustyni. Kilka sekund, kiedy serce odkładamy na wieszak. Skok głową w dół z zanurzeniem w górskiej GOODNEWS NR 21


NaProTechnologia, będąca naturalną metodą diagnozowania i leczenia niepłodności, staje w opozcji do proponowanych przez medycynę sposobów, odsuwających akt kreacji od jego naturalnego miejsca. Wiesława Strumińska Dlaczego NaProTechnologia? Stoję na wprost okna na ul. Franciszkańskiej, w dniu 6 rocznicy śmierci Wielkiego… Przypominam sobie, co mówił do rodzin w Kaliszu, czwartego czerwca 1994 roku: „Miarą cywilizacji - miarą uniwersalną, ponadczasową, obejmującą wszystkie kultury - jest stosunek do życia. Cywilizacja, która odrzuca bezbronnych, zasługuje na miano barbarzyńskiej. Choćby nawet miała wielkie osiągnięcia gospodarcze, techniczne, artystyczne, naukowe”. Uświadamiam sobie, że sens naszemu biegu nadaje perspektywa celu – żyjemy, pracujemy, tworzymy dla kogoś – dlatego zakładamy rodziny i pragniemy przekazać życie. Każdy z nas pragnie pozostawić cząstkę siebie na Ziemi. Obecnie szacuje się, że niepłodność na świecie dotyka co piątą parę. To bolesny problem, a metody proponowane przez medycynę potęgują go, odsuwając akt kreacji od jego naturalnego miejsca – miłości małżonków, proponując zapłodnienie pozaustrojowe. „In vitro jest jak dwie korony drzewa” - mówi dr Tadeusz Wasilewski

GOODNEWS NR 21

(ginekolog pracujący najpierw w klinice in vitro w Białymstoku, a następnie, po głębokich przeżyciach wewnętrznych, założył tam klinikę NaProMedica) na spotkaniu w Toruniu 07.11.2010 r. w kościele Matki Bożej Królowej Polski: „Korona pełna liści to te dzieci, te zarodki, które umieszczone w jamie macicy mogą żyć dalej – tu się będą rozwijały, tu się zagnieżdżą. A obok korona bez liści, sucha- to te dzieci w okresie rozwoju embrionalnego, które nigdy nie trafiły do jamy macicy, które umarły. Program in vitro, aby być skuteczny, tak musi działać.” Ludzie cierpiący na niepłodność nie mówią o tym swojej rodzinie, unikają wspólnych spotkań w święta Bożego Narodzenia czy na Wielkanoc. Nie chcą słyszeć pytań: ”Czy już jesteś w ciąży?”, „Dlaczego nie macie dzieci?”. Ich problem staje się dla nich źródłem głębokiej frustracji. W klinikach in vitro często pojawiają się pacjenci z rozpoznaniem niepłodności niewyjaśnionej, którym mówi się, że dłuższa i dokładniejsza diagnostyka drastyczne skraca cenny czas reprodukcyjny. To niebywałe, że w XXI wieku wdraża się „leczenie” bez

szczegółowej diagnostyki i niepłodne pary pozostawia z niewyjaśnionym pytaniem: „Dlaczego nie możemy mieć dzieci?”. Czy takie pytanie może pozostać bez odpowiedzi? Czy można mówić o leczeniu bez poznania skutków choroby? Rzeczywiste rozwiązywanie problemu Inaczej jest w NaProTechnologii. Powstała ona 30 lat temu jako skrót od słów Natural Procreative Technology (Metoda naturalnej prokreacji). „Nasza filozofia jest radykalnie różna od filozofii in vitro. Ludzie, którzy przechodzą przez procedury związane z in vitro, czują, że to jest dehumanizujące, choć czasem nie potrafią tego wyrazić. To tak, jakby moje dziecko miało urodziny, a ja powiedziałbym mojej sekretarce: «Mam mnóstwo roboty. Idź na te urodziny, daj mu prezent i powiedz: – Happy birthday»! Skoro nie można wysłać sekretarki na urodziny swego dziecka, to tym bardziej nie można delegować do prokreacji kogoś innego. Albo gdyby zaprosił pan żonę na kolację, to


13.04.2011,

NR

21

chciałby pan, żeby byli tam też wasi znajomi? Nie, bo tu chodzi o pana osobistą relację z żoną. Myślę, że takie spojrzenie powinno przekonać ludzi do sprzeciwu wobec in vitro, nawet gdyby nie oznaczało ono niszczenia ludzkiego życia.” - Dr Philip Boyle (lekarz stosujący naprotechnologię, który jest prezesem europejskich centrów FertilityCare w irlandzkim mieście Galway; wywiad dla „Gościa Niedzielnego”, nr 50, 19-12-2010). Jej wynalazca i prekursor, prof. Thomas Hilgers, postawił tezę, iż większość przypadków niepłodności idiopatycznej (o niewyjaśnionym medycznie podłożu) to w istocie niezdiagnozowane przypadki całkowicie uleczalnej niepłodności. Wraz z prowadzeniem analizy fizjologicznych i biochemicznych procesów zachodzących w organizmie kobiety następuje rozpoznanie problemu. Na tym etapie można zadecydować o włączeniu leczenia hormonalnego lub chirurgicznego oraz ustalić optymalny dla danej pary moment współżycia. Przeciętna długość cyklu metody NaPro (a więc pełnej diagnostyki) trwa 24 miesiące. Oczywiście wielu parom udaje się począć dziecko jeszcze przed upływem dwóch lat. Naprotechnologia jest przy tym metodą w całości naturalną, bo opierającą się na codziennych obserwacjach śluzu, temperatury, samopoczucia itd., bezpieczną dla zdrowia pacjentki i dziecka, rzetelną diagnostycznie, przydatną również przy problemie poronień nawykowych i ciąż zagrożonych. Jest przy tym stosunkowo tania, a w każdym razie ok. trzykrotnie tańsza od In Vitro Fertilization (IVF). W naprotechnologii można zobaczyć pewną oczywistość: widzę skutek, szukam przyczyny i leczę ją. Skoro przyszłość rysuje się tak jasno i wydaje się, iż ludzkość wynalazła cudowny lek na jedną ze społecznych chorób XXI wieku, jaką jest niepłodność, dlaczego rozważamy jeszcze refundację in vitro? „Troska o dzieck, jeszcze przed jego narodzeniem, od pierwszej chwili poczęcia, a potem w latach dziecięcych i młodzieńczych, jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka.” - Jan Paweł II, Familiaris consortio Dlaczego Kościół popiera NaProTechnologię? W punkcie 12 Dignitas personae Kongregacji Nauki Wiary czytamy o trzech podstawowych dobrach, jakie technika medyczna powinna szanować, jeśli chodzi o leczenie niepłodności.

1) „Prawo do życia i do integralności fizycznej każdej osoby ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci.” Szacuje się, że 90 - 95% zarodków „wyprodukowanych” przez ATR (assisted reproductive technologies) nie będzie miało szans się narodzić. Są one zamrażane i rozmrażane, bezpośrednio niszczone lub wykorzystywane do eksperymentów medycznych. Już na etapie implantacji zarodków wiadomo, że większość z nich zginie. 2) „Jedność małżeńska, pociągająca za sobą wzajemne poszanowanie prawa małżonków do stania się ojcem i matką wyłącznie dzięki sobie.”

W heterologicznym zapłodnieniu pozaustrojowym, jak i w heterologicznej inseminacji, wykorzystywania komórek płciowych osób poza małżeństwem sprzeciwia się jedności i wierności małżeńskiej oraz pogwałca godność dziecka i rozwój jego tożsamości osobowej. (Kilka tygodni temu opisywany był przykład problemów tożsamościowych osób z in vitro) 3) „Specyficzne ludzkie wartości płciowości, które wymagają, by przekazywanie życia osobie ludzkiej nastąpiło jako owoc właściwego aktu małżeńskiego, aktu miłości między małżonkami.” Wszystkie techniki sztucznego rozrodu, włącznie z inseminacją nasienia męża, zastępują akt małżeński, dopuszczają rozdział między aktem jednoczącym a prokreacyjnym. Znakiem takiego rozdziału jest również masturbacja jako sposób pobrania nasienia, która jest aktem wewnętrznie złym i nieznajdującym usprawiedliwienia. NaProTechnologia jest metodą diagnozowania i leczenia niepłodności, polegającą na prowadzeniu dokładnych obserwacji kobiecego organizmu i tworzeniu na tej podstawie indywidualnych wytycznych dla każdej pary. Opiera się na tzw. modelach płodności Creightona.

GOODNEWS NR 21


O czym informuje model Creightona? Model Creightona to wystandaryzowana metoda. Kobiety uczą się kodów konkretnych wydzielin. Na podstawie kart oblicza się współczynniki faz śluzowych, które są podstawą określenia płodności kobiety. Z tych obserwacji można wywnioskować także o innych poważnych zagrożeniach dla zdrowia, np. o ryzyku ciąży ektopowej (pozamacicznej), o ryzyku poronienia czy osteoporozy. W dalszym etapie na karcie oprócz obserwacji zapisywane są stosowane leki. Zazwyczaj po nich zmieniają się cykle, zmienia się samopoczucie. By nauczyć się tylko obserwacji modelu Creightona, po to, by poznać swój cykl, okresy płodności, niepłodności, wystarczy 8 spotkań w ciągu roku. Jeśli w trakcie obserwacji wychodzą jakieś nieprawidłowości, instruktor zaleca wizytę u lekarza. Dzięki temu wcześnie można wykrywać i leczyć nieprawidłowości ginekologiczne.

Wizyta u lekarza. Poświęca się na nią około godziny. Zawsze składa się ona z dokładnego wywiadu lekarskiego, zebrania wszystkich informacji, całej historii leczenia pacjentów z okresu kilku, czasem kilkunastu lat. Wywiad dotyczy zarówno żony, jak i męża. Wizyta składa się z badania ginekologicznego, w razie potrzeby wykonuje się USG, kolposkopię (za pomocą której obserwuje się narządy rodne kobiety), jak też cały zakres potrzebnych badań laboratoryjnych. W przychodni można uzyskać także porady ginekologaendokrynologa, urologa, psychologa, poradę andrologiczną. Po rozpoznaniu przyczyny rozpoczyna się leczenie. – Bardzo częstą przyczyną nie-

GOODNEWS NR 21

płodności są zaburzenia owulacji. Inną częstą przyczyną, bardziej skomplikowaną w leczeniu, jest endometrioza. Jak ją leczyć? – Postępowanie może iść w trzech kierunkach: leczenie chirurgiczne, które jest najlepszym sposobem, operacje laparoskopii bliskiego kontaktu z wykorzystaniem lasera, leczenie farmakologiczne i dieta, która w leczeniu endometriozy ma duże znaczenie według dr Barczentewicz. Prowadzenie obserwacji w modelu Creightona daje pełną obserwację sytuacji hormonalnej u kobiety przez okres 6 czy nawet 12 miesięcy, 18 miesięcy, co na wstępie pomaga w ustaleniu rozpoznania i właściwego leczenia, a później daje nam możliwość monitorowania leczenia – wyjaśnia dr Barczentewicz w „Naszym Dzienniku” (12.10.10) – „My nie zaprzestajemy leczenia np. po trzech miesiącach stymulacji hormonalnej, jak to się dzieje w klasycznym sposobie leczenia. Nam obserwacja modelu Creightona i badania hormonalne wykonywane precyzyjnie, we

właściwym okresie cyklu – np. w środkowej fazie lutealnej – dają możliwość zobaczenia, czy zostały usunięte przeszkody hormonalne, chociażby te do uzyskania ciąży” – mówi ginekolog położnik. Jeśli przeszkody zostały usunięte, leczenie jest kontynuowane. Gdy prawidłowe cykle się utrzymują, wówczas małżeństwo może starać się o dziecko przez 12-18 miesięcy. Potrzeba więc cierpliwości, a wiele pacjentek leczy się nawet przez 24 miesiące i dopiero po tym okresie przychodzą spodziewane efekty – poczynają się i rodzą dzieci. Nie wszyscy wytrzymują tak długi okres diagnostyki i leczenia. Niektórzy rezygnują. Ci, którzy czekają, mają większe szanse na upragnione owoce. Najczęściej jednak kobiety, widząc pozytywne zmiany, gdy ustępują obja-

wy napięcia przedmiesiączkowego, po zastosowaniu leczenia hormonalnego, farmakologicznego, właściwej diety, gdzie rozpoznaje się nietolerancje pokarmowe, kontynuują leczenie i obserwacje. Nierzadko małżeństwa, które leczą się w programie naprotechnologii, podejmują procedury adopcyjne, rodzin zastępczych, decydują się na inną drogę ofiarowywania swojej miłości, co przecież też jest formą realizacji powołania małżeńskiego. – Model Creightona pomaga w budowaniu relacji małżeńskich, zmierzaniu się z bezpłodnością, z konkretnym krzyżem, bardzo trudnym doświadczeniem i zobaczeniu sensu tego cierpienia, stanięciu przed ścianą, której nie jesteśmy w stanie przekroczyć – podkreśla doktor Barczentewicz, szef przychodni „Macierzyństwo i Życie” Na zakończenie krótka historia. Joanna, ze swym mężem Patrykiem, zanim trafili do przychodni “Macierzyństwo i Życie”, przeszli 9 lat prawdziwej gehenny, oczekując na dziecko. – Nikt nam nigdy nie powiedział, dlaczego nie możemy mieć dzieci. Jestem po dwóch laparoskopiach. Było podejrzenie endometriozy, ale nikt dokładnie nie stwierdził, co mi dolega. W ciągu dwóch lat poddawaliśmy się dziewięciu sztucznym inseminacjom, które nie przynosiły efektów – wspomina kobieta. – Wydaliśmy mnóstwo pieniędzy – dodaje. Nikt nie mówił o naturalnym planowaniu rodziny, o okresach płodnych, niepłodnych. – To było obrzydliwe – kwituje tamten okres Patryk. – W naszych poszukiwaniach dotarliśmy do ośrodka w Białymstoku. Tam proponowano nam wyraźnie in vitro – dopowiada mężczyzna. Nie braliśmy tego pod uwagę. - Tutaj, w przychodni, doktor zalecił leczenie hormonalne, zaczęłam stosować dietę – schudłam 12 kilogramów, jedząc w zasadzie normalnie. W ogóle nie mogę pić mleka, jeść białka jajek. Lekarz zalecił zażywanie witaminy B i flegaminy – rozrzedzającej śluz w okresie płodnym. To wystarczyło – uśmiecha się kobieta. – Teraz jestem w 13. tygodniu ciąży. Wszyscy są bardzo zaskoczeni, znajomi, rodzina – dodaje. „Stąd stosunek do daru życia jest wykładnikiem i podstawowym sprawdzianem autentycznego stosunku do Boga i człowieka, czyli wykładnikiem i sprawdzianem autentycznej religijności i moralności.” – Jan Paweł II, Jasna Góra 19.06.1983 Dlatego NaProTechnologia!


“KOCHAĆ, JAK TO ŁATWO POWIEDZIEĆ…” ZAKOCHANIE. MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA. MOTYLKI W BRZUCHU. JAK ZWAŁ, TAK ZWAŁ – WYWRACA ONO NASZ ŚWIAT DO GÓRY NOGAMI. ODCZUWAMY PRZYSPIESZONE BICIE SERCA, ZMNIEJSZONE ZAPOTRZEBOWANIE NA SEN, PRZYPŁYW ENERGII. ZAKŁADAMY RÓŻOWE OKULARY I ZATRACAMY SIĘ. TO TAKIE UROCZE, ALE I TAKIE NIEBEZPIECZNE.

Paulina Co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu? Kiedy o to pytamy, wówczas większość z nas wymienia miłość. Dzięki niej odkrywamy siebie, drugiego człowieka, świat tajemniczy i fascynujący. Przeżywamy szczęście, radość, ale często także zazdrość, niepokój, lęk. W miłości doświadczamy jak bardzo potrafimy być cudowni, wspaniałomyślni. Ale przecież zdarza się, że z przerażeniem odkrywamy, że potrafimy być np. bardzo zazdrosnymi czy zaborczymi. Oddając całego siebie kładziesz na szali swoje ja. Ani ty, ani ta druga osoba nie uniesiecie tego długo. Trudno jest kontrolować siebie w takiej namiętności. Czy trzeba aż tak się zatracać? Posługując się metaforą, można powiedzieć – posadź najpierw jeden kwiat w nowym ogrodzie, zamiast obsadzać go od razu w całości. Gdy przeminie zakochanie, a ono przemija przecież nieuchronnie, to wówczas to, co cię czeka, wciąż będzie fascynujące. Zatracanie się w zakochaniu sprzyja traktowaniu miłości jako romantycznej idylli we dwoje. Czy czasem w głębi serca na to właśnie nie liczysz? A MOŻE PSYCHOTEŚCIK Czekasz na miłość, a ona wciąż ociąga się z przyjściem do ciebie. A może to ty grasz wciąż tę samą rolę i nie rozumiesz, dlaczego wokół nie roi się od jej entuzjastów? Może wśród poniższych zachowań odnajdziesz siebie Możesz grać dziecko we mgle – nie za bardzo wiesz, co w swoim życiu robić. Czekasz na kogoś, kto uporządkuje ci świat, powie co masz robić, co jest w życiu ważne. Czekasz aż zjawi się ktoś, zaopiekuje się tobą, weźmie cię za rękę i poprowadzi przez życie.

Chyba, że bardziej – zaczarowaną żabkę? W takiej sytuacji siedzisz i czekasz, aż ktoś przyjdzie i cię odkryje. Rozpozna w tobie bogactwo zalet, których nie potrafisz w sobie odnaleźć. Ta miłość cię całkowicie odmieni, a pod jej wpływem staniesz się kompletnie inną osobą, piękniejszą, inteligentniejszą niż dotąd. Możesz też wybrać rolę „Mesjasza Narodów”, rodem z romantyzmu. Potrzebujesz teraz się wykazać, poświęcić, opiekować, zgadywać pragnienia. Wiedzieć lepiej, czego ktoś potrzebuje, co powinien robić. Oddasz całego siebie, uzyskując w zamian sens życia. Tylko skąd ta frustracja z powodu stałego niedoceniania i poczucia wykorzystania? Jeśli jesteś Wojownikiem, czekasz na godnego siebie przeciwnika. Będziecie się namiętnie kochać i nienawidzić. Walczyć, odpychać i przyciągać. Nigdy za blisko, ani za daleko. Czujesz, że kochasz dopiero wtedy, gdy mocno zaboli. Tajemnica, chłód, niedostępność – to Posąg. Zdobędzie cię najlepszy i temu jednemu, jedynemu odkryjesz całą swoją tajemnicę. Miłość to nieustanna adoracja ciebie, oczekujesz spojrzeń, czułych słówek. Wtedy dopiero, na moment, posąg może ożyć. MIŁOŚĆ A OCZEKIWANIA Bywa nam trudno, kiedy stajemy twarzą w twarz z drugą osobą. Czy widzimy ją/jego takim, jaki naprawdę jest, czy też oglądamy jego portret, który sami stworzyliśmy? Często patrzymy oczyma wyobraźni, własnych oczekiwań. Często, może zbyt często... A przecież przejście przez życie z tym kimś, to całkiem poważna sprawa. Warto pójść w tę drogę z realną osobą, a nie z wyobrażeniem o niej. Po-

winniśmy zdać sobie z tego sprawę. Dlaczego motywy naszych oczekiwań są tak ważne? Ponieważ jeśli ta druga osoba ma nas uczynić bardziej wartościowymi, piękniejszymi, godnymi podziwu, ma nam uporządkować życie, to naprawdę cienka granica zaczyna dzielić nasz związek od całego pasma manipulacji, rozczarowań, wzajemnych pretensji, nadmiernej zależności. Na końcu tej drogi obie strony czują się oszukane i zdradzone. Nie jest łatwo zmierzyć się z własnymi oczekiwaniami. A przyjdzie to zrobić każdemu wcześniej czy później. Zatem, może warto odpowiedzieć sobie na pytanie: czego oczekuję, w miłości, od drugiej osoby...? I od siebie? – zanim, po raz kolejny, poczujemy się złapani w pułapkę. Miłość prawdziwa tętni własną energią, którą wystarczy tylko podtrzymywać. Zatem, czego mam od siebie oczekiwać? – możesz zapytać. Otóż podtrzymywanie nie wystarczy, miłość trzeba budować, świadomie i bez przerwy. Zmieniamy się, wkraczamy w coraz to inne etapy życia. Bywa, ze trzeba się na nowo odnaleźć, czasem odnaleźć samego siebie ponownie. Miłość jest tak wyjątkowym spotkaniem dwojga ludzi, że nikt nie da ci niezawodnej recepty, jak przeżyć życie dobrze, szczęśliwie i we dwoje. Ale to, co na pewno możesz zrobić, to do miłości świadomie dojrzeć. I Właśnie tego Wam życzę! Na podstawie publikacji:

Wytykowska, Ł. Korwin www.psychologia.net

GOODNEWS NR 21


ADORACJA, WSPÓŁODCZUWANIE, EWANGELIZACJA Słynny francuski krytyk filmowy Pierre Goursat oraz studentka medycyny Martin Laffite, pełni modlitwy i otwarci na pomysły Ducha Świętego rozpoczęli razem fascynującą przygodę. Wszystko zaczęło się od spotkań modlitewnych, które gromadziły najpierw małą grupkę przyjaciół, a po roku już 500 osób. Tak powstała Wspólnota Emmanuel. Kaja

Wspólnota Emmanuel to jedna z wielu katolickich wspólnot, które pojawiły się w odpowiedzi na wezwanie Soboru Watykańskiego II do ewangelizacji w życiu codziennym. Jej członkowie to zarówno osoby świeckie – ludzie młodzi, małżeństwa, osoby samotne, jak i osoby konsekrowane m. in. kapłani. Łaski, którymi Bóg chce nas obdarzać, wypływają ze spotkania z Jezusem na Adoracji. Z przebywania w obecności Boga rodzi się Współodczuwanie ze wszystkimi ludźmi, a dalej pragnienie Ewangelizacji – mówienia innym o Bogu, który jest bliski i pełen Miłości. Adoracja, Współodczuwanie i Ewangelizacja – trzy źródła i zadania naszej Wspólnoty.

Pierwszy raz Wspólnotę spotkałem około 5 lat temu. Radość i odwaga w głoszeniu Ewangelii oraz niesamowita prostota ludzi, których tam spotkałem, zafascynowały mnie do tego stopnia, że sam już po roku byłem jednym z nich. Emmanuel pozwolił mi odczuć, że Pan naprawdę jest z nami, że przebywa wśród swoich sług oraz że kocha ich niezależnie od powołania, kocha ich właśnie w tej różnorodności, czy to osoby samotne, czy zakładające rodziny i wychowujące dzieci, czy też osoby konsekrowane i księży które razem ze mną tworzą tą jedność i dążą do świętości wewnątrz Kościoła. Odnoszę też wrażenie, że otaczają mnie w tej Wspólnocie ludzie twardo stąpający po ziemi, z jednej strony katolicy "praktykujący", a z drugiej wcale nie ludzie nawiedzeni. Po prostu osoby, które słysząc słowa ewangelisty Mateusza: „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich”, zdecydowali się pójść za Jezusem nie samotnie, lecz w jedności z braćmi i siostrami w wierze. Podsumowując, uważam że ludzie potrzebują innych ludzi tak

GOODNEWS NR 21

Adoracja, Współodczuwanie i Ewangelizacja – trzy źródła i zadania naszej Wspólnoty

Papież Benedykt XVI jeszcze jako kardynał powiedział, że „Emmanuel to ewangelizacja w radości”. I my właśnie staramy się żyć w radości, która jest prezentem od Ducha św. Modlitwa uwielbienia, nasza własna muzyka i śpiew są pełne radości wypływającej z więzi z Bogiem i bycia Jego kochanymi dziećmi. Więcej informacji: www.emmanuel.info.pl/main/index.php

Poniżej możecie przeczytać świadectwo Janusza, jednego z członków Wspólnoty Emmanuel, który dzieli się doświadczeniem ewangelizacji:

samo do dzielenia się z nimi radością czy dyskutowania jak do zbawienia. Emmanuel jest dla mnie jedną z dróg, którą można to zbawienie osiągnąć, dając światu z siebie więcej, niż mógłbym to zrobić w samotności. Janusz


Święty na post Bonaventura Nasze „co łaska” dla Pana Boga Jakie uczucie towarzyszy Ci, kiedy uda Ci się wytrwać w postanowieniu wielkopostnym? „O! Proszę! Ani jednego ciastka nie zjadłam! I jeszcze schudłam!” Trudno nie odczuwać zadowolenia z faktu, iż udało się pokonać własną słabość,. Tylko czy jest to pełne zwycięstwo? Czy nie jest nim pycha? Przecież czujemy się trochę bohaterami Postu. Oczywiście, każdy szyje wedle swojej miary, więc podejmujemy takie wyrzeczenia, na jakie nas stać. Wydaje się nam, że wiemy najlepiej, ile możemy zrobić. Czy aby na pewno? Mam duże wątpliwości… Co dzień widzę, jak marnujemy swoje umiejętności i talenty. Wszystkich nas dręczy też pokusa komfortu, łatwości, użyteczności (stąd często postanowienia, które mają drugie dno: oszczędność, węższa talia itp.). Dlatego też wybór bohatera na dziś padł, moi Drodzy, na Świętego Antoniego Wielkiego. Jest on doskonałym wzorem postnika. Jaki zapach niesie powiew wolności? Antoni urodził się i żył na przełomie III i IV wieku naszej ery, w czasie, kiedy chrześcijaństwo, doczekawszy się swobody religijnej dzięki słynnemu Edyktowi Mediolańskiemu z 313 roku, mogło wyjść z podziemia. Upragniona wolność wyznania, zamiast umacniać chrześcijan, dała poczucie swobody, przywilejów, co przyciągało coraz więcej osób przygodnych, o luźnych poglądach i obyczajach, szukających taniej wiary. Jakość życia duchowego zaczęła spadać. Wtedy to na pustynię zaczęli wychodzić mnisi, aby wyrzeczeniem się świata sprzeciwiać się temu nowemu stylowi chrześcijaństwa, które coraz mniej miało wspólnego z naśladowaniem Jezusa Chrystusa. Święty Antoni Święty Antoni oddał wszystko, co miał i oddalił się za miasto, a potem na pustynię, by tam dążyć do zbawienia. Szukał samotności, ale nie odmawiał tym, którzy przybywali do niego prosić o nauki. Przemawiał do nich przez otwór w grocie, którą wybrał sobie na mieszkanie. Miejsce odosobnienia

opuścił zasadniczo dwa razy, w obydwu przypadkach po to, by udać się do Aleksandrii: najpierw, by pocieszyć i umocnić prześladowanych chrześcijan, a następnie na prośbę Świętego Atanazego, by wesprzeć go w walce z siejącymi herezje arianami. Całe swe długie życie poświęcił modlitwie i pracy, ustanawiając w ten sposób regułę monastyczną. Po dziś dzień słynie jako ideał ascezy. Mocarz modlitwy Post i nieustanna modlitwa dały Świętemu Antoniemu łaskę mistycznych widzeń. Na efekty takiej pobożności nie musiał długo czekać, bowiem często atak na Świętego przepuszczały demony, kusząc go tym, za czym świat goni, oraz doświadczając go znudzeniem i lenistwem. Znamy to dobrze z „własnego ogródka”: ileż to razy podczas modlitwy wieczornej opanowuje nas sen, podczas Mszy Świętej znużenie, a w trakcie Drogi Krzyżowej nieodparta potrzeba pozostania u siebie w pokoju. Nas spotyka zaledwie namiastka owych pokus, a przecież i tak często im ulegamy… Pomyślcie, o ileż bardziej i usilniej starał się szatan zwieść tego mocarza modlitwy?! Pamiętam taką historię, którą usłyszałam od pewnego kapłana prawosławnego. Otóż młodzieńcy, którzy pragnęli pójść w ślady Świętego Antoniego i zamieszkali blisko niego na pustyni, zerwali się pewnej nocy, obudzeni zawodzeniem. To Antoni tracił przytomność po tym jak bezlitośnie obeszli się z nim najemnicy szatana. Kiedy bracia odnaleźli go poturbowanego, zabrali i otoczyli troskliwą opieką. Ale Święty jeszcze nie przerwał zmagań: zaraz jak tylko odzyskał przytomność, nakazał zanieść swe obolałe ciało z powrotem, gdyż walki z demonami jeszcze nie skończył. Brzmi irracjonalnie? Cóż, nie należy po Świętych oczekiwać kierowania się naszymi standardami. Ostatecznie, gdyby się nimi kierowali nigdy nie doczekaliby się świętości… Perspektywa prawdy Pewnie wielu z nas, jak większość współczesnego świata, patrzy na takie historie z przymrużeniem oka. Zaw-

sze mnie to dziwi, bo przecież nie poddajemy w wątpliwość opowieści o cesarzach rzymskich, o których tak cudownie opowiada nam chociażby profesor Wilczyński. I dla wielu nie będzie miało znaczenia jeśli przytoczę źródło owych świętobliwych opowieści: jest nim Żywot Świętego Antoniego Wielkiego spisany przez Świętego Atanazego Wielkiego, postać historyczną, doktora Kościoła, osobę ze wszech miar wiarygodną. Dlatego śmiesznie brzmią ci, którzy asekuracyjnie rozpoczynają każdą wypowiedź na temat świętych od słów: jak głosi legenda… Pewnie za półtora tysiąca lat i o Janie Pawle II ktoś będzie mówił: wedle legendy, był to człowiek, który żył Bogiem i dla Jego chwały cierpiał… No wypłyń na tę głębię! Święty Antoni jest dla mnie wielkim bohaterem, wzorcem na czas Wielkiego Postu. W swym długim, bo aż 105 letnim życiu, mawiał często: Wyrzeknijcie się tego życia, abyście żyli dla Boga. (…) Znoście głód, pragnienie i nagość, czuwajcie, żałujcie, płaczcie i jęczcie w sercu; patrzcie, czy jesteście głodni Boga.. Oczami wyobraźni widzę go mocującego się z siłami złego i wygrywającego te potyczki. Jaką bronią? Modlitwą i postem. Cóż innego mogłoby i nas dzisiaj wesprzeć? Dziś, kiedy coraz bardziej przypominamy oziębłych chrześcijan IV wieku. Kiedy wielu z nas jest wyznawcą tylko z nazwy bądź przyzwyczajenia. Odpowiedź dają słowa księdza Tomasza Jaklewicza: Pokusa łatwego chrześcijaństwa - wiary, która niewiele kosztuje - jest wciąż żywa. Lekiem na tę pokusę jest pustynia. Warto powalczyć o jej skrawek pośrodku naszych ważnych spraw. Kto doświadczył pustyni, wraca z niej inny. Odróżnia fatamorganę od oazy, docenia smak wody, kawałka chleba. Wie, że wszystko jest darem. Tęskni za głębią.

GOODNEWS NR 21


Czas zmierzyć się z kolejnymi stereotypowymi obrazami Polaka. Jak w oczach obcokrajowca prezentuje się przeciętny mieszkaniec naszego kraju? Fakty, czy mity? Straszna prawda, czy kłamstwo w żywe oczy? Przekonajcie się sami! Mateusz Zimny

Polak nieciekawy Czy jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy Polakami? W Hiszpanach, Francuzach, czy Niemcach, dostrzegam ogromną dumę z tego kim są. Pochodzenie jest dla nich główną przyczyną dobrego samopoczucia. Wszyscy Hiszpanie znają krótką zaśpiewkę yo soy español, español, español. Słowa są proste: ja jestem Hiszpanem, Hiszpanem, Hiszpanem. Śpiewają ją zawsze wtedy, gdy mają jakikolwiek powód do radości. Gdy tylko Hiszpan zauważy reportera zagranicznej telewizji, mogę być pewien, że nie straci okazji, by wejść w kadr z okrzykiem Viva España. Tak są wychowani, w poczuciu ogromnej dumy z tego skąd są i kim są. Z całą pewnością z takim samym entuzjazmem, a może i jeszcze większym przywiązaniem do Ojczyzny, było wychowane na wierszu Bełzy Kto ty jesteś? Polak Mały... Pokolenie Kolumbów, którzy potrafili, tak jak Baczyński, świadomie i dobrowolnie, a nawet wbrew zdaniu swoich profesorów, poświęcić swój wybitny talent, wybierając śmierć w powstaniu. Dzisiaj próbuje się raczej przedstawiać Polaków im samym jako naród dość nieciekawy. Bynajmniej tacy nie j e s t e ś my . W Wielkiej Brytanii na zajęciach z angielskiego usłyszałem, że Polacy zazwyczaj świetnie mówią po angielsku, a polscy studenci mają ogromna wiedzę na każdy temat. Nie zapomnę zdziwienia pani kurator z Muzeum w Greenwich, kiedy moja znajoma w rozmowie z nią o historii rewolucji w Anglii w XVII wieku, wykazała znajomość tak elementarnych nazwisk (druga klasa szkoły średniej) jak Cromwell, czym wprawiła panią kurator w nieopisany zachwyt

GOODNEWS NR 21

i zdziwienie. To polscy studenci, na pytanie profesora zadane w wypełnionej po brzegi stuosobowej sali hiszpańskiego uniwersytetu, jako jedni z nielicznych wiedzą, kiedy wybuchła hiszpańska wojna domowa.

Polak rasista Polacy to rasiści. Nienawidzimy czarnych. Wywiad z doktorem Pikutem, który zainspirował mnie do napisania tego tekstu, wpisuje się w szeroką tendencję do wmawiania Polakom, że rasistami byli od zawsze, a koronnym argumentem na tę tezę ma być wiersz Tuwima Murzynek Bambo. Najgorsze jest zakończenie – mówi doktor – „szkoda, że Bambo, czarny wesoły nie chodzi razem z nami do szkoły”. Wg niego Tuwim twierdzi, że Murzynek nie może chodzić do polskiej szkoły, bo jest czarny. Absurdalność argumentu nie pozwala na żaden komentarz. Zapytałem kiedyś pochodzącej z indyjskiej rodziny dziewczyny, która niemal całe swoje życie spędziła w Warszawie, czy kiedykolwiek spotkała się z przejawem agresji z powodu swojego koloru skóry. Odpowiedziała, że nie tylko nigdy nikt wprost nie obraził jej z tego powodu, za to bardzo często spotyka się z żywym zainteresowaniem, dlaczego tak dobrze posługuje się naszym językiem. Mówi, że śmiało odpowiada wtedy: bo jestem Polką! Chuligańskie wybryki na stadionach, czy osiedlach próbuje się przedstawić jako powszechne zachowanie Polaków wobec osób innego koloru skóry. W kwietniu 202009 roku chuligani pobili na osiedlu w Białymstoku czarnoskórego Francuza. Media grzmiały o rasizmie w Polsce. Sam Francuz przyznał jed-

nak potem, że w jego obronie stanęły dwie starsze kobiety. Czy rzeczywiście Polak to rasista? Porównując Polaków z innymi narodami w moim przekonaniu należymy do narodów bardzo otwartych na innych. Łatwo zauważyć to wśród studentów na wymianie erazmusowej: my Polacy po prostu nie mamy uprzedzeń. Sam chodziłem sześć lat do jednej klasy z Mongołem, i z powodu koloru skóry nigdy nie spotkał się ze strony moich kolegów z jakimkolwiek odrzuceniem. Obecność czarnego człowieka na polskiej ulicy wzbudza ciekawość, bo Polska nie ma za sobą kolonialnej przeszłości właściwej krajom Zachodu i nigdy, z różnych względów, nie była celem imigracji. Obracanie się za czarnoskórą osobą na ulicy nie jest według mnie przejawem rasizmu, raczej niezdrowej ciekawości lub nietaktu. Kiedy obcokrajowiec próbuje mówić po polsku, spotyka się z niespotykaną w innych krajach życzliwością, chęcią pomocy i sympatią. Moje obserwacje nie opierają się na żadnych badaniach, wynikając jedynie z mojego kilkuletniego doświadczenia studiowania w różnych krajach i licznych kontaktów ze studentami zagranicznymi studiującymi w Polsce.

Polak homofob Kiedy rozmawiam z moimi znajomymi z Hiszpanii, czy Włoch zdarza mi się usłyszeć: Ale wy tam w Polsce nie lubicie gejów. Opinia o homofobii w Polsce, przedstawianej jako prześladowanie homoseksualistów, jest powszechna w zachodnich mediach, czemu przysłużyła się uchwała Parlamentu Europejskiego z 2007 potępiająca homofobię, w której na 16 przy-


kładów, 11 pochodziło z Polski (notabene, najbardziej skrajne przykłady przemocy: samobójstw, morderstw i pobić pochodziły akurat z Włoch, Wielkiej Brytanii i Holandii – dysproporcje pozostawiam bez komentarza). Mylenie podstawowych pojęć szacunku dla drugiej osoby i akceptacji niemoralnych zachowań jest na Zachodzie normą, a samodzielne myślenie wskutek powszechnej indoktrynacji znacznie utrudnione. Zresztą stwierdzenia: homoseksualiści są dyskryminowani, bici, wyzywani, prześladowani pojawiają się w programach publicystycznych w polskiej telewizji coraz częściej. Mam wrażenie, że znacznie mijają się z prawdą. Zapytany, więc o homofobię w Polsce, przypomina mi się wtedy wywiad z Tomaszem Raczkiem, znanym krytykiem filmowym, który trzy lata temu publicznie przyznał, że jest homoseksualistą. Redaktor zapytany, czy spotkał się z wytykaniem palcami i wyzwiskami na ulicy odparł zaskakująco: Właśnie nie. (...) Kiedy po programie w TVN-ie wróciliśmy do domu znalazłem w skrzynce pocztowej list bez znaczka zaadresowany do nas obu. Jak się okazało napisała go pani mieszkająca na sąsiedniej ulicy. (...) Nawet nie wiem, jak ta pani wygląda. (...) List był długi i kończył się zdaniem: "Jestem dumna, że mieszkacie panowie na moim osiedlu". (...) Nigdy w całym moim życiu nie doświadczyłem tak wielu dowodów sympatii. Kiedyś szedłem wczesnym rankiem brzegiem morza. (...) I nagle słyszę krzyk dolatujący z fal: „Panie Tomku, bardzo pana lubię”. Okazało się, że w morzu pływa pani, która z daleka mnie rozpoznała. Takich sytuacji było więcej. (Gala 21.11.2008) Bo my nie prześladujemy gejów, nie palimy ich na stosie, nie zamykamy w więzieniach. Co więcej, mamy piękną kartę wolności w historii polskiego prawa: w Polsce, jako jednym z nielicznych krajów świata, nigdy nie miała miejsca penalizacja kontaktów homoseksualnych, podczas gdy np. w Anglii i Walii stosunki te karane były do lat 60. XX wieku. Wydaje mi się, że panuje pewien zdrowy konsensus między szacunkiem dla osoby i akceptacją pewnych zachowań, które uważane są przez społeczeństwo za niemoralne. Daleko nam od absurdalnej rzeczywistości zachodniej Europy. Przypomina mi się historia, którą opowiedziała mi kiedyś moja znajoma: podczas jej pobytu we Francji pewien chłopak przedstawił się: Hi,

my name is Peter, I’m gay. Nice to meet you (Cześć, jestem Peter, jestem gejem. Miło mi cię poznać). O wiele bardziej interesuje nas czym ktoś się zajmuje, jakie ma poczucie humoru, kto jest dla niego wzorem do naśladowania, niż jego seksualność, która choć bardzo ważna, nie stanowi o istocie jego osoby.

Polak antysemita Kilka miesięcy temu portugalscy historycy ogłosili, że Krzysztof Kolumb mógł być synem Władysława Warneńczyka, a tym samym mieć polskie pochodzenie. Podobno zwrócili się nawet do katedry wawelskiej z prośbą o materiał genetyczny. Czemu o tym piszę? Otóż wkrótce może się okazać, że Polacy nie tylko masowo mordowali Żydów w czasie drugiej wojny światowej, współpracując przy tym licznie i ochoczo z hitlerowcami, nie tylko są odpowiedzialni za zagładę Żydów, ale ponoszą także odpowiedzialność za wymordowanie tysięcy Indian w czasie konkwisty Ameryki! Polacy mordowanie mają przecież we krwi. Oskarżenia o antysemityzm kierowane pod adresem Polaków zarówno w kontekście zagłady Żydów w czasie wojny, jak i te dotyczące tego zjawiska w okresie powojennym i także dzisiaj, są tematem bardzo obszernym. Jednak zarzuty dotyczące antysemityzmu w dzisiejszej Polsce są w większości absurdalne, jak choćby oskarżenia o antysemityzm w Radiu Maryja (dowodem ich nieprawdziwości są, przemilczane zupełnie przez media, badania przeprowadzone przez prof. I. Krzemińskiego z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego). Sami Żydzi przyznają, co potwierdzają również badania prowadzone przez Europejski Kongres Żydów (pomimo wątpli-

wości, czy można być sędzią we własnej sprawie uznałem je za godne uwagi), wskaźnik antysemityzmu w Polsce jest jednym z najniższych w Europie, a w przeciwieństwie do wielu krajów zachodnich, w Polsce od lat nie odnotowano ataków przemocy wobec Żydów. Zaskakuje natomiast antypolonizm, który w mediach – zarówno zagranicznych jak i polskich, jest wprost trudny do wyobrażania. Bo jak uwierzyć w błąd czy pomyłkę, gdy po raz kolejny w tym samym, dużym amerykańskim dzienniku pojawia się określenie polski obóz koncentracyjny? A zamiast historycznej dyskusji i rzetelnych badań nad problemem rzeczywistego udziału Polaków w prześladowaniu Żydów w czasie drugiej wojny światowej pojawiają się komiczne w formie, pseudonaukowe historyczne eseje (sic!) Jana Grossa, który na miesiąc przed publikacją swojej ostatniej książki Złote żniwa, na skutek ostrej krytyki, zmienił liczbę Żydów zamordowanych przez Polaków z dwustu tysięcy na kilkadziesiąt tysięcy. Nad tę żenującą wprost sprawą, która w normalnych warunkach powinna zakończyć się akademickim ostracyzmem wobec jej bohatera, przechodzi się w Polsce do porządku dziennego. ... Można mi zarzucić, że zaklinam rzeczywistość. Pozostanie jednak pytanie, dlaczego przedstawia się Polaków tak jednoznaczenie negatywnie. Szukając odpowiedzi na to pytanie warto przypomnieć sobie czym jest mit. Mity tworzy się dla konkretnego celu. Mają służyć pewnej idei, pomagać w realizacji określonych koncepcji. Po co stworzone zostały te powyżej?

GOODNEWS NR 21


Fot. za: istockphoto.com

Tyle razy Tyle razy chciałem wrócić. Ile razy chciałem wrócić to tylko ja wiem. Tyle razy chciałem wrócić i tyle razy mój powrót zaczynał i kończył się wieczorem, w naszej długiej, wąskiej kuchni. Tam są tylko takie. Wystarczyło otworzyć okno i patrzeć. Patrzyłem więc daleko, na ciemną ulicę. Światła latarni i samochodów tworzyły drogę pragnień. Drogę jasną, oświetloną, a nade mną była noc. Tęskniłem. Dużo bym dał, by móc wsiąść do jednego z tych samochodów, nie prowadzić i z nikim nie rozmawiać. Tylko jechać. Mógłbym tęsknić jeszcze bardziej. Jazda daje czas na wszystko. Myśli kumulują się na uciekających domach i ulicach. Wiążą tęsknotę z ich istnieniem. Mogą odpocząć. Nie ma chwil bardziej intymnych. Pielęgnować myśli można tylko samemu. Tęsknić samemu, cicho, intymnie. Tęsknić za czymś co daleko i za czymś, co we mnie. Tęsknić i odliczać dni do powrotu. Tęsknić znaczy uczyć się. Tyle razy chciałem wrócić. Wracałem sam Wracałem sam. W nocy. Dobrze mi było w pojedynkę. Dobrze mi było,

GOODNEWS NR 21

że jest noc, że szedłem właśnie tą drogą. Mógłbym zamknąć oczy i doszedłbym spokojnie. Bez żadnego potknięcia. Dobrze wiem, jak o tej godzinie wyglądają cienie na tej drodze. Dobrze wiem, gdzie jest to, a to drzewo, że o tej porze roku i dnia ta droga wygląda właśnie tak. Ja to wszystko wiem, jak i wiele innych rzeczy o tej drodze, o tej mojej drodze. Znam to niebo nade mną. I ono mnie zna. Znamy się dobrze. Wiem, że ta pora była szczególna, że nie mogło być wiatru, że drzewa musiały stać nieruchome, że żaden liść nie mógł uciec mi spod stóp. Ja dobrze wiem, że to była moja pora i że to jest moja droga. Że właśnie wtedy tylko ja i tylko ona. Że miałem czas, że mogłem myśleć, że mogłem iść, a nade mną noc. Ja to wszystko wiem i bardzo sobie to cenię. Bardzo sobie cenię to moje przywiązanie. A szczególnie ceniłem wtedy. Bo to była moja pora i to jest moja droga. Znam ją na pamięć, na każdym jej odcinku już kiedyś się zatrzymywałem. Odwracałem się i wracałem. To było szczęście oszukiwanie siebie na tej drodze. Bo dobrze wiedziałem, że zawrócę i to było szczęście. Później wracałem raz jeszcze i to też było szczęście. Wracałem

dwa razy i to było szczęście. Dlatego było mi dobrze. Ja mam tak, że lubię skądś wracać i bardzo sobie to cenię. Patrzyłem w głąb Wracałem sam. W pojedynkę. Zastanawiałem się nad wszystkim, bo był na to czas i mogłem patrzeć w głąb. Patrzyłem w głąb. Co by było, gdyby mój dom to nie był ten? Gdyby go nie było? Bo przecież mogłoby tak być. Mogłoby ich nie być, a ja zawsze widzę siebie razem z nimi. Co by było wtedy? Ja wierzę w to jedno słowo. Nie jest nadszarpane, nie jest powszednie. Jest prawdziwe. Nie jest rodzaju nijakiego. Zawsze chcę tęsknić i wracać. Chcę być nazywany przyjacielem. Chcę by mój dom tęsknił za mną. Zawsze chcę oczekiwać i tęsknić. Wracałem sam. W nocy. Nie ma chwil bardziej intymnych. Zastanawiałem się, co to jest takiego, co stale przykrywam dłońmi, gaszę palcami, lecz mimo to tli się popiół, iskrzy ten płomień. Teraz jest popołudnie. Letni kolor. Lato nigdzie nie jest właśnie takie. Jesień niczego by nie zepsuła. Nadal byłbym szczęśliwy. Tomasz Goraj


siałbym o tym coś słyszeć. Gdybym oczywiście mógł wcześniej zyskać pewność, że w jakikolwiek sposób jestem.

Graf. za: istockphoto.com

da... Może, może... Fakt jest jednak niezaprzeczalny. W A S N I E M A.

Antoni Gambdziak antoni.gambdziak@gmail.com

Nie ma mnie? Z tym, że i ja nie "jestem" w komfortowej sytuacji, uwierzcie całą mocą swojego nie-jestestwa i anty-istnienia. Nie dość, że zwracam się wprost do kogoś, kogo nie ma (nie było i nie będzie - radzę zapamiętać), to na dodatek mam wątpliwości, czy ja sam jestem. A jeżeli nawet - to na ile. Nie liczbowo-procentowo, tego nie da się ująć w matematyczne ramy (mam nadzieję). Po prostu na ile ja jestem w mojej własnej ocenie, w wewnętrznym odczuciu, w subiektywnych rachunkach. Całe szczęście - czasami wyniki oscylują powyżej zera. Więc nie ma was, być może nie ma mnie, nie ma rzeczy i niczego wkoło. Gdyby było inaczej - mu-

Graf. za: istockphoto.com

Nieistnienie Tym razem nie witam, bo nie mam kogo. Obawiam się, że nie istniejecie. Ty, ty i ty. Twoje dzieci, twoi rodzice. Nie ma was - i nigdy was nie było. A żeby rozwiać wszystkie nadzieje - najprawdopodobniej nigdy was też nie będzie. Zaś pisząc "nigdy", mam na myśli całą wieczność – to znaczy nie będzie was nigdy do granic możliwości, w całej rozciągłości i na całej powierzchni nigdości. Nie chcę wchodzić nawet na płaszczyznę skrajnych teorii, z solipsyzmem na czele, nie chcę brudzić się w niejasnych idealizmach. Zwyczajnie nie istniejecie. Nie dane wam było, choć być może ktoś z was by zasłużył. Może ktoś z was miał być dobrym człowiekiem, może miał uratować życie innemu istnieniu lub przynajmniej dobrze się uczyć albo uśmiechać do sąsia-

To niedorzeczne! A jednak. A jednak przez ogrom tych nihilistycznych głupot przebijają się - blade co prawda - promienie Słońca. Po pierwsze, pamiętając o zasadzie creatio ex nihilio - być może jakiś demiurg zechce nas kiedyś stworzyć. Po drugie, strasznie swędzi mnie nos, co oznacza, że ten nos istnieje, a fakt istnienia nosa mogę sprytnie rozciągnąć na całe moje ciało. No i po trzecie - nie byłbym chyba tak głupi, żeby pisać, będąc w stanie nieistnienia. To niedorzeczność!

Szanowni Państwo, Poszukujemy kandydatki/kandydata na wolontariusza do projektu L'Arche Lambeth w Londynie, polegającego na pracy z osobami upośledzonymi. Jest to projekt dla wszystkich idealistów, którzy chcieliby zmierzyć się ze swoimi słabościami, odkryć wartość życia i zdrowia oraz poznać wspaniałych ludzi. W tym ośrodku mieszkają osoby, które postrzegają świat głębiej, potrafią bezgranicznie kochać i potrafią być wdzięczni za okazaną pomoc. Może to właśnie na Ciebie czeka roczny pobyt za granicą? A może znasz kogoś kto chciałby wyjechać? Krótki opis projektu znajduje się na stronie internetowej www.asf.org.pl w zakładce projekty -> L'Arche Lambeth.

Stowarzyszenie ASF w Polsce www.asf.org.pl

GOODNEWS NR 21


Adele Laurie Blue Adkins

www.omuzyce.pl

Niski, zachrypnięty głos i dojrzałe ambitne teksty mogłyby sugerować doświadczoną czterdziestolatkę, która odsłania swoje bogate życie przed słuchaczami. Zaskakujące jest więc połączenie tej niezwykłej, klimatycznej muzyki z młodziutką, pulchną Brytyjką, która debiutuje w wieku 19 lat i natychmiast trafia na 1 pozycję brytyjskiej listy przebojów. Kiedy pojawiła się na rynku muzycznym wielu pytało czy mają przed sobą prawdziwy talent czy też efekt sztucznego zamieszania wywołanego przez przedstawicieli wytwórni płytowych. Jednak szybko okazało się że mamy do czynienia z wybitną artystką, która łączy w swych utworach elementy muzyki soul, blues, country, jazz i pop. Adele czerpie z tych różnorodnych stylów z niezwykła subtelnością i wyczuciem, tworząc melodyjne, chwytliwe a momentami drapQieżne utwory. Ekspresją jaką prezentuje Adele może poszczycić się niewielu muzyków. Autorskie teksty utrzymywane są w klimacie intymności i głę-

Matisyahu Ortodoksyjny Żyd, rapujący w rytm muzyki reggae ? Posłuchaj Matisyahu, a dowiesz się, czym jest żydowski hip -hop. Jego imię sceniczne jest pochodzenia hebrajskiego, w języku polskim jego formą jest Mateusz, a oznacza dar od Boga. Wygląda jak typowy chasyd – nosi jarmułkę i pejsy.

Muzyka dociera bardzo głęboko i przemawia do nas w sposób silniejszy, niż jakiekolwiek słowa. Chcę aby moja muzyka miała znaczenie, wzruszała ludzi i skłaniała ich do myślenia. Matisyahu

GOODNEWS NR 21

Matthew Paul Miller to jeden z najbardziej oryginalnych twórców światowej sceny muzycznej. Jego dzieciństwo w Nowym Jorku przebiegało pod znakiem buntu, ucieczek ze szkoły, piosenek dzieci kwiatów, dredów i marihuany. Sceptyczny wobec zasad i autorytetów, Boga zaczął odkrywać w Kolorado. To tu, podczas jednej ze swych licznych podróży doszedł do wniosku, że On istnieje. Wyjechał do Izraela, by tam zgłębiać modlitwę i swe żydowskie korzenie. Zafascynowany judaizmem, po powrocie do Nowego Jorku, w wieku 19 lat zmienił imię i tożsamość, przejął chasydzki styl życia. Jest rygorystyczny w przestrzeganiu żydowskiego prawa (nigdy nie występuje w Szabat). Równolegle zaczął zgłębiać Torę i rozpoczął współpracę z Pey Dalid, żydowskim zespołem, z którym pracował nad swoim pierwszym krążkiem. Wkrótce jednak opuścił grupę. W 2004 roku ukazał się jego debiutancki longplay –

Poleca: Pająk

bokich przemyśleń, dodatkowo mogą stać się prawdziwą lekcją gramatyki, z pewnością także dla wielu angielskich artystów. Singiel z pierwszej płyty(„19”) — „Chasing Pavements” podbił serca ludzi na całym świecie a następnie został nominowany do nagrody "Nagranie Roku" 51. edycji Nagród Grammy za rok 2008. Na płycie znajduje się jednak wiele innych małych arcydzieł, wartych polecenia, m.in. „Melt My Heart To Stone”, „Make You Feel My Love” czy „Hometown Glory” . Prawie 3 lata czekaliśmy na kolejną płytę Adele, opłaciło się. Na początku 2011r. wyszedł kolejny krążek, który okazał się podobnym przebojem. Promujący album („21”) klip „Rolling In The Deep” stał się powodem do tłuczenia ogromnej ilości szkła, jeśli jeszcze nie wiecie dlaczego, zapraszam do wysłuchania tej porywającej muzyki. Adele jest fenomenem, który pokazuje, że nie trzeba ważyć 50 kg by rzucić świat na kolana, że zamiast odsłaniać ciało, można odsłonić kawałek duszy.

Poleca: Jardin „Shake Off the Dust… Arise”. Potem przyszła kolej na „Live at Stubb's”, tournee po Stanach, Kanadzie i Europie, suport Stinga i Sublime with Rome oraz występ w Izraelu. W 2006 premierę miała jego druga płyta: „Youth”. Album „Light”, jak sam śpiewa, jest światełkiem w tunelu życia, które jest pełne nienawiści i przemocy. W lutym wyszedł jak dotąd ostatni, 4 krążek: „Live at Stubb's vol 2”. Matishayu to wokalista, raper, beatboxer. Łączy tradycyjną muzykę żydowską, rap, hip-hop, beatboxing i elementy jazzu z reggae – jego ulubionym , najbliższym sercu gatunkiem. Inspiracją chasyda jest Bob Marley. Matisyahu śpiewa w większości po angielsku, jednakże nie stroni od jidysz lub piosenek po hebrajsku. Poprzez swoje utwory mówi, że świat to piękne miejsce i warto o nie walczyć. To oryginalny hip-hop z przekazem, co zdarza się stosunkowo rzadko. Amerykanin znany jest te z niezwykle żywiołowych, energicznych koncertów. Będziemy mogli się o tym przekonać już w czerwcu, podczas finałowej edycji Life Festival w Oświęcimiu. Dla zainteresowanych, na dobry początek polecamy: One Day, Matisyahu. Przyjemnego odkrywania!


ANDZIA ANDZIA OGRODZKA OGRODZKA Kolejny genialnie przetłumaczony tytuł filmu, który nie tyle nie jest adekwatny, co raczej odkrywa przeznaczenie i wartość tytułowej księgi. Oryginalny tytuł, czyli „The book of Eli” był o wiele lepszy. Myślę, że twórcy nie chcieli iść na skróty i wskazywać palcem, że to właśnie o „tę” księgę chodzi. Niestety polscy tłumacze prawdopodobnie mają rodaków za ciemną masę, ale o tym może innym razem, i jak zawsze wiedzą lepiej.

O jaką księgę chodzi? To bardzo dobre pytanie, ale może zacznijmy od początku. The book of Eli (wybaczcie, wolę oryginalne tytuły) to najnowsze dzieło braci Hugnes, a mianowicie Allana i Alberta, których poznaliśmy dzięki tytułom takim jak: From hell (Z piekła rodem), Dead presidents (Martwi prezydenci) czy debiutancki Menace II Society (Zagrożenie dla społeczeństwa). Scenariusz stworzył Gary Whitta, który zadebiutował tymże dziełem. Z kolei muzyką zajęli się Atticus i Leopold Rossowie oraz Claudia Sarne. To tyle z tych „oficjalnych” przedstawień. Wymieniam ich, ponieważ uważam, że każda osoba biorąca udział, nawet w najmniejszym stopniu w przygotowaniu filmu, jest ważna i warto o niej pamiętać. Tutaj niestety nie potrafię uhonorować wszystkich, dlatego też wspominam choćby o części z nich. Podstawowe pytanie, które pewnie nasuwa Wam się na myśl, to dlaczego ten film? Szczerze mówiąc, włączając go, byłam nastawiona nieprzychylnie. Większość filmów, w których występuje Denzel Washington, opiera się na sekwencji strzelano-skakanych, za którymi nie przepadam, bo nawet intryga jest mało fascynująca, ale postanowiłam się przełamać. Na palcach mogę policzyć produkcje z udziałem laureata dwóch Oscarów (!), które są warte uwagi: Training Day (Dzień próby), The bone collector (Kolekcjoner kości), Glory (Chwała), czy nakręcone przed pięcioma laty Déj{ vu. Mimo tego, że Denzel jest jednym z dobrych aktorów, etykietka czarnego, mszczącego się lub chronią-

cego jakąś samotną, porzuconą damę, chłopca spod znaku The Pelican brief (Raportu Pelikana), nadal go niejako prześladuje. Powróćmy jednak do filmu. Na początku widzimy sekwencję obrazów, na których spostrzegamy szczątki ludzi i zwierząt w lesie. Wokół owych resztek ciał niczym hiena krąży wychudzony, niemal składający się ze skóry i kości kot, który wkrótce zostaje złowiony przez człowieka. W ten sposób poznajmy głównego bohatera – jest nim czarnoskóry, samotny wędrowiec, a z dalszych scen dowiadujemy się, że nazywa się Eli. Świat oglądany na ekranie przypomina trylogię Mad Maxa, postapokaliptyczny krajobraz zniszczonej Ameryki, w której obowiązuje bezprawie, gdzie brak jakiegokolwiek śladu cywilizacji. Co jakiś czas bohater czyta pewną księgę. Gdy trafia do jednego z niewielu pozostałych po wojnie miasteczek, wzbudza zainteresowanie samozwańczego tyrana, Carnegiego. Gra go niezastąpiony w roli charyzmatycznych drani Gary Oldman, znany m.in. z The fifth element (Piąty element), Léon (Leon Zawodowiec) czy postaci Syriusza Blacka z serii o Harrym Potterze. Poszukuje, a raczej rozkazuje swojej bandzie odnaleźć pewną księgę. Przypadkowo, jak to bywa w filmach, posiada ją właśnie główny bohater. Myślę, że nie zdradzę tu tajemnicy, iż owa księga, która porywa tłumy i za którą oddawano życie, to Biblia. Carnegie natomiast chce ją posiąść, ponieważ wie, jak na ludzi wpływa jej słowo. Z kolei Eli poczuwa się w obowiązku, by chronić księgę, uważa, że ma misję, tj. iść na Zachód aż Biblia trafi w odpowiednie ręce. Bohater Garego Oldmana nie należy jednak do ugodowych osób, dlatego więzi Eliego. Poznaje tam dwie zjawi-

skowe kobiety – Claudię (zjawiskowa Jennifer Beals) oraz jej córkę Solarę (jeszcze bardziej zjawiskowa Mila Kunis, do niedawna narzeczona naszego ulubionego „Kevina samego w domu”), które również są więzione przez Carnegiego. Reszty zdradzać nie będę, chcę jeszcze tylko wspomnieć o niemalże gościnnym występie Malcolma McDowella, znanego z takich kontrowersyjnych filmów jak: A clockwork orange (Mechaniczna pomarańcza) czy Caligola (Kaligula), tutaj w zupełnie odmiennej roli. W filmie mamy do czynienia z typowych rozgraniczeniem na: czarnebiałe, dobre-złe. Twórcy podają nam różne drogi do odnalezienia się w ówczesnym świecie – jedni symbolizowani trzęsącymi się rękami, drudzy z kolei próbują sobie radzić innymi, nie zawsze uczciwymi, drogami. Mimo tego, że Eli wydaje się być tendencyjnym, samotnym, odważnym bohaterem, który walczy sam przeciwko wielkiej niszczącej sile, a przy tym broni innych i napotyka na swojej

drodze kobietę, tutaj konwencja zostaje złamana. Eli jest Afroamerykaninem, który niesie słowo Boże, jak biblijny Eliasz. Poświęca temu całe życie, jednak zastanówmy się, dlaczego wybrano czarnoskórego aktora? Czy może wzięto pod uwagę, że Chrystus był Żydem, czyli wywodził się z grupy społecznej powszechnie wtedy potępianej, jak ma to nadal miejsce w związku z Afroamerykanami? Czy też chciał wskazać na miejsce powstania pierwszego człowieka, którego symbolem ma być Eli? Lub ma symbolizować proroka, który wyzwoli naród? Myślę, że każda z tych tez ma po części trochę prawdy w sobie. Reżyser celowo stopniuje akcję, wprowadza liczne retardacje – początkowo film wydaje się przydługawy, nudny, nic takiego się właściwie nie dzieje. Jednak w dobie popularności efektów specjalnych czy kina w 3D, The book of Eli jest naprawdę prawie dwugodzinnym fascynującym seansem, mało tego, gwarantuję Wam, że będziecie chcieli, a nawet musieli, obejrzeć go drugi raz! GOODNEWS NR 21


KRAJ SPRZECZNOŚCI– SKRAJNA BIEDA MIESZA SIĘ Z NIEWIARYGODNYM BOGACTWEM, NOWOCZESNOŚĆ Z TRADYCJĄ, ŚMIERTENA POWAGA Z ABSURDEM. ROSJA.

iStockphoto.com

Pajęczanna

iStockphoto.com

iStockphoto.com

Siedem Sióstr Stalina Brzmi podejrzanie? Wcale nie musi. Siedem Sióstr Stalina to nazwa radzieckich wysokościowców (nazwa „drapacze chmur” była zarezerwowana tylko dla budowli zachodnich), których fundamenty zostały wylane w 1947 r. czyli w 800. rocznicę powstania Moskwy. Budynki te miały być jak najwyższe, by mogły dorównać zagranicznym wieżowcom oraz ukazać potęgę Stalina. Owe budowle miały być porozrzucane po całej stolicy, a początkowo w planie było ich osiem. Jednak Związkowi Radzieckiemu nie udało się wybudować ostatniego, ósmego projektu. Mimo to, przez lata nie poszedł on w zapomnienie, do pomysłu powrócono w 2005 r. kiedy to oddano do użytku Pałac Triumfu, zbudowany według projektu z lat 50-tych. Ten dziewięcioskrzydłowy gmach stał się najwyższą budowlą w Europie (264 m). Zmianę epoki najłatwiej zauważyć tu w cenach apartamentów pałacu– jedno z większych mieszkań sprzedano za ponad 2 mln dolarów. Naukowiec z zasługami

Rosjanie uwielbiają powiedzonka i przysłowia. Oto kilka najbardziej popularnych, które można usłyszeć na moskiewskiej ulicy: Медведь на ухо наступил [czyt. niedwiedź na ucho nastupił]

Słoń ci na ucho nadepnął.

Покупать кота в мешке [czyt. pakupiac kata w mieszkie]

Kupić kota w worku.

Кула сатана не сможет, туда Gdzie diabeł nie może, tam бабу пошлёт babę pośle. [czyt. Kuda satana nie smożiet, tuda babu pasliot] Нужна к собаке пятая нога [czyt. Nużna k sabakie piataja noga]

GOODNEWS NR 21

Potrzebny jak piąte koło u wozu.

Najlepsze proporcje dla wódki (40% spirytusu i 60% wody) wymyślił oraz dowiódł naukowo rosyjski uczony Dmitrij Iwanowicz Mendelejew, którego znamy z lekcji chemii jako autora układu okresowego pierwiastków chemicznych zwanego Tablicą Mendelejewa. Koleją przez Syberię Kolej transsyberyjska to ewenement na globalną skalę- bije światowy rekord długości, gdyż ciągnie się na 9 tysięcy kilometrów na trasie z Moskwy do Władywostoku. Ta niezwykła sieć kolejowa powstała na przełomie XIX i XX wieku głównie w azjatyckiej części Rosji, początkowo obsługując jedynie pociągi z lokomotywą parową. Mimo, że dziś kolej transsyberyjska jest już całkowicie zelektryfikowana to, całkowitą trasę z Moskwy do Władywostoku pokonuje w czasie 6 dni i 4 godzin, mijając jednocześnie 8 różnych stref czasowych i kilka stref klimatycznych, co wiąże się z dużymi wahaniami temperatur (podróż przez las, step, tajgę, mroźne górskie tunele Uralu, Gór Stanowych czy Bajkalskich.


Opowiadanie w odcinkach

Dla Katariny z okazji dwudziestych urodziny i dla Kasi, choć nigdy nie da się opowiedzieć czegoś tak tragicznego dobrze, jeśli choć przez moment nie kochało się tak silnie i prawdziwie, że sama myśl o stracie rozrywałaby duszę w nieposkładane części. Noc rozjaśniona przez miliardy gwiazd pozwala na chwile wytchnienia, ale nie zapomnienia. Niespokojny sen sprawia, że rano jestem jeszcze bardziej wyczerpana psychicznie i fizycznie. To zupełnie bez sensu. Takie życie. Takie myśli. Powoli wyniszczają mnie, atakując z każdej możliwej strony, jak jakaś trucizna, coś czego nie można się pozbyć, usunąć, zapomnieć, bo już zawsze będzie trawić od środka, po troszeczkę, dążąc nieustannie i boleśnie do tragicznego końca. Coś się jednak od wczoraj zmieniło. Pierwszy, tak silny wybuch nieokreślonej i nienastawionej na nic konkretnego złości, wyniszczająca i trawiąca rozpacz, wyzwoliły we mnie ponownie poczucie całkowitej beznadziejności. Moje czyny ciągle są nieuzasadnione. Nawet ja sama nie potrafię już tego wyjaśnić, w żaden sposób. Dlaczego wciąż żyję? Dlaczego wstaję i patrzę w lustro, przez okno, na oddalające się samochody i biegnące dzieci? Próbuję dojść do ładu ze swoimi uczuciami i wyzwolić siłę, która jeszcze bardziej, jakimś cudem będzie mnie utrzymywać na powierzchni. Nie szukam już sensu, bo gdy tylko próbuję skupić swe myśli na znalezieniu jakiegoś punktu zaczepienia w bezradnej fali mojego smutku, czuję przeszywający ból, który rozrywa mój własny świat, nad którym nie umiem już zapanować. Moje myśli wciąż, bardzo powoli, krążą pośród tych wszystkich wspomnień dotyczących Rona. Widzę szeroki, wiecznie mu towarzyszący uśmiech, widzę to czułe spojrzenie skierowane na mnie, widzę zmarszczone czoło, kiedy zastanawia się, co kombinuję... - Kochanie, wróciłem! - usłyszałam, zaczytana w zamkniętym pokoju, słowa niczym z serialu. Zaśmiałam się cichutko i otwierając drzwi na oścież, dla tej jednej osoby, szepnęłam delikatnie, jakby nie chcąc burzyć ogarniającego mnie spokoju: - Witaj - lekki pocałunek na przywitanie zamienia się w pełen skrytej namiętności i oczekiwania wyraz najgłębszych uczuć. Zaraz będzie tu twój brat - szepczę cichutko, nie próbując się nawet poruszyć. - Taaa, a po co? - odpowiada Ron, siląc się na poważny i zdziwiony ton, jakby to nie on sam go zapraszał. - Chyba zabłądził... albo chce sobie przypomnieć jak wyglądasz - odszeptuję ciesząc się jego oddechem gładzącym lekko moją szyję. - W takim razie chłopak dostanie pod choinkę mapę... - Albo kompas - podpowiadam. - Albo kompas - powtarza z uśmiechem momentalnie pozbywając się udawanej powagi i całując mnie szybko. - Gdzie idziesz? - zapytałam zdziwiona, kiedy się odsunął. - Do kuchni. Przypomniałem sobie, że mój brat może chcieć coś zjeść. Przygotuję mamuta - rzucił z rozbawieniem idąc w stronę drzwi, skąd rozlega się już pukanie naszego gościa. Znów uśmiecham się lekko na to kolejne wspomnienie. Całkowicie dziwne poczucie humoru u mojego męża, było czymś na prawdę rewelacyjnym. Od tego się zaczęło. Chyba najpierw pokochałam to jego poczucie humoru, już wtedy, kiedy zabłąkana babcia okładała go torebką. Kolejny uśmiech pojawia się króciutko na mojej twarzy wraz z tęsknymi łzami i lekką ulgą,

że pomimo tego, co działo się wczoraj, pomimo tego, co dzieje się w mojej głowie od śmierci Rona, cały czas pamiętam te wspólne chwile; dźwięczny głos mężczyzny, którego kocham nad życie, jego dotyk. Wspomnienia żywe do granic możliwości. Chwilami myślę, że tylko dla nich żyję. Richard, brat Rona odwiedził mnie tylko raz, niedługo po pogrzebie. To była krótka, dziwna rozmowa. Widziałam, że cierpi niemal tak bardzo jak ja. Widziałam, że ta śmierć będzie go wiele kosztowała, podobnie jak jego rodzinę. Od odejścia Rona minęło bardzo niewiele czasu i wiem, że Richard radzi sobie z tym wszystkim tylko dlatego, że nie jest sam, ma żonę i dwójkę ślicznych dzieci. Rozumiem, że nie chce, a raczej nie potrafi być tu ze mną, choćby czasem. Moja obecność sprawia, że cierpi jeszcze bardziej. - Przypominasz mi że był tu, z Tobą najbardziej szczęśliwy powiedział wtedy Richard, bez ogródek. - Wiem - powiedziałam, ledwo wydobywając głos, jeszcze nie ogarniająca tego, co się stało, jeszcze trzymająca się prosto, na pokaz. - On zawsze żartował i chyba nie było chwili, żebyśmy się nie dogadywali - kontynuował po chwili - wspieraliśmy się i nie wyobrażałem sobie, że kiedyś coś takiego... - przerwał próbując nad sobą zapanować. Było mi tak bardzo przykro, że cierpi. Ron zasługiwał, by go opłakiwać, ale nie chciałam tego bólu dzielić z człowiekiem, który przez całe życie był mu tak bliski. - Kilka miesięcy po tym, jak się poznaliście, spotkaliśmy się u mnie. Powiedział mi wtedy, jak bardzo cię kocha - spojrzał na mnie ze łzami w oczach, a ja usiadłam bliżej niego, próbując jak najdłużej powstrzymać się od płaczu, chcąc wysłuchać tego do końca. - Mówił, że zakochiwanie się w tobie wyglądało tak, jak wschód słońca w piękny, letni dzień: budzi się ono powoli, ale sprawia ogromną radość już samą łuną zapowiadającą dzień. Tylko, że to jego słońce nigdy nie zachodzi. Cisza. Wspomnienia pojawiające się znikąd wokół nas, nie zakłóciły jej nawet na moment. Powtarzałam sobie, że muszę być silna, choćby jeszcze tylko przez chwilkę. - Śmiał się później z tego porównania, bo nigdy nie sądził, że powie coś podobnego. A ja śmiałem się z nim widząc, jaki jest szczęśliwy. - Zawsze taki był. Zabawny, pewny siebie... Cieszył się na każde z tobą spotkanie, na krótką rozmowę telefoniczna. I na zabawne sms’y, które czytał mi po powrocie z pracy, śmiejąc się do łez - przypominam, a uśmiech sam, mimowolnie wkrada się na moje usta. To wciąż tak realne. - Masz rację. Ale ty... tak bardzo przypominasz mi, że był tak ogromnie szczęśliwy. Myślałem, że to będzie trwać... wiecznie szepnął ostatnie słowo, a na jego twarzy pojawiły się pojedyncze łzy, których nie próbował ukryć. Wstał, szykując się do wyjścia, spojrzał na mnie jeszcze raz i przytulił. Zanim odszedł szepnął mi jeszcze cichutko, ledwo słyszalnie: - Wybacz, że nie będę cie odwiedzał za często, choć powinienem... Po czym dodał głośno: - Zadzwonię do ciebie niedługo. - Rozumiem - odpowiedziałam nie kłamiąc. Rozumiałam co czuje, czego chce uniknąć i cieszyłam się, że ma kto go pocieszyć. P.S.

GOODNEWS NR 21


Stworzeni, by zwyciężać Zacznijmy od końca: żyli długo i szczęśliwie… bla, bla, bla. Happyendy zdarzają się tylko u Disney`a i w Harlequinach! A gdybym tak powiedział, że happyend stanowi esencję życia każdego z Was? szary

Jak strażnicy

Precz z happyendem!

Pełniliście kiedyś nocną wartę? Albo przynajmniej czekaliście na coś przez całą noc? Kiedy się czegoś oczekuje w mrokach nocnych godzin można zaobserwować intrygujące zjawisko. Gdy otacza nas ciemność wszystko zaczyna się wydłużać (jak w sztuce „Zatopiona katedra” – ale jej nie polecam). Każda droga wydaje się dwa razy dłuższa niż w ciągu dnia. Każda nocna minuta odpowiada godzinie w blasku słońca. To niemiłosierne rozwlekanie zdaje się nie mieć końca. Pierwsze promienie jutrzenki niosą niesamowitą ulgę. Psalmista wzywa: Bardziej niż strażnicy poranka, niech Izrael wygląda Pana. Jak niesamowicie musiało dłużyć się Izraelitom oczekiwanie na Mesjasza, kiedy świat był spowity mrokami grzechu. Czekanie w ciemności. Aż zjawiło się z wysoka Wschodzące Słońce – Jezus, który nadał życiu nowego blasku. Chrystus, który zwyciężył.

Czasami obruszamy się na hollywoodzkie kino. Tyle w nim utartych frazesów, tyle komputerowych efektów specjalnych, no i zawsze film musi kończyć się happyendem. Główny bohater prędzej, czy później znajduje cudowne rozwiązanie problemu w sytuacji, zdawałoby się beznadziejnej. Skacze z dachu 10 metrów w dół i nawet paznokieć mu się nie ułamie. To takie naiwne – mówimy w duchu. Przecież w życiu, co krok jakieś potknięcia, obciachy, przegrane, przygnębiające porażki, czy bobole jak mówią w kujawsko-pomorskim. A idź mi pan z tym happy Endem! Nie ze mną te numery!

GOODNEWS NR 21

Stworzeni, by zwyciężać A jednak w tym pędzie do happyendu, w tym poszukiwaniu zwycięstw jest coś prawdziwego i bardzo naturalnego. Przypatrzmy się naszemu powołaniu, do czego zachęca św.

Paweł. Jesteśmy powołani do świętość. Jesteśmy powołani do świętości, jak Święty jest nasz Bóg. A Bóg jest zwycięski, więc i my powołani jesteśmy do szczęścia poprzez zwyciężanie. Człowiek nie istnieje tylko po to, żeby ktoś cały czas dorzucał mu na plecy worki ze żwirem. Cierpimy, to prawda, ale śmierć i cierpienie nie są naszym ostatecznym przeznaczeniem, one już są w Bożej logice zwycięstwem. Skąd taka pewność? Ze zmartwychwstania Chrystusa, z Jego cierpienia, które przemieniło się w wielki triumf. Natura ludzka jest, więc naturą zwycięstwa. To w takim razie komu zależy na naszym przygnębieniu, na naszej rezygnacji z pierwszego stopnia podium? Zależy komuś, kto jest definitywnie przegrany, bo sam wybrał taki los. Komuś kto chciałby swoją przegraną zarazić innych. To właśnie szatan przegrał wszystko z kretesem. Na krzyżu Jezus pokonał grzech i piekło, a zmar-


twychwstając udowodnił, że wszystko podlega Jego mocy i władzy, nawet śmierć.

Sztuczki złego Ojciec Pio, który przez całe swoje życie, niezwykle intensywnie zmagał się diabłem powtarzał, że zły duch jest niezwykle sprytny. Jednym ze sposobów jego działania jest wmawianie ludziom, mającym udział w zwycięstwie Chrystusa, że wcale nie są ważni dla Boga, że nie poradzą sobie w życiu duchowym, że i tak ulegną pokusie, i tak przegrają. Szatan demonizuje nasze grzechy, wywołuje w nas odczucie

przygnębienia popełnionym złem, potęguje w nieskończoność wyrzuty sumienia, wpędza nas w załamania i depresje. Co gorsza, my dajemy się często zapędzić w kozi róg, przytakujemy diabłu, okłamując samych siebie, fałszując wewnętrzny obraz samego siebie. A przecież jesteśmy stworzeni na Obraz i podobieństwo Boga. Jesteśmy, więc podobni do Niego również w zwyciężaniu.

Optymizm? Nie, realizm! Ks. Tischner, z wrodzoną pogodą ducha powiedział kiedyś: Odkąd Chrystus pokonał śmierć, żaden optymizm nie jest w Kościele przesadą.

Jeśli, więc Bóg rozjaśnił mroki śmierci, to czy nasze ciemności stanowią dla Niego wyzwanie?

Nie tylko na ekranach Wielkanoc jest także naszym zwycięstwem, ponieważ grób Chrystusa jest pusty również dla nas. Happyend nie jest jedynie dominantą amerykańskich superprodukcji i polskich komedii romantycznych. To rzeczywistość naszego życia. Zwycięstwo jest w zasięgu ręki. I… to nie jest disneyowska bajka.

szary madziłem pokaźną kolekcję trochę koślawych, ale za to wykonanych z wielką dbałością o szczegóły modeli. Wlałem wrzątek do filiżanki. Z pachnącego landrynkami kredensu wyciągnąłem kolejną torebeczkę earl gray`a. W minutę po tym, pokój napełnił się przyjemnym herbacianym zapachem, który wyraźnie ożywił Starca: Kolekcjonowałeś kiedyś jakieś drobiazgi? Ja zbierałem modele samolotów. Ale nie jakieś tam sklepowe nabytki z plastiku! Wtedy nie było takich rzeczy. Wtedy to trzeba było samemu sobie jakoś poradzić. Mój tata potrafił zrobić wszystko, przynajmniej ja i mama tak uważaliśmy. Raz za czas marudziłem, prosiłem i błagałem go o to, żeby z drewna zbił mi samolocik. Byłem w tym marudzeniu widać bardzo skuteczny, bo w przeciągu kilku lat zgro-

Ale po co ja Ci to mówię…? A, już wiem! Widzisz jak stary się zapomina. Ty też będziesz, nie martw się, oby nie gorzej niż ja. Kolejna część mszy, zamykająca obrzędy wstępne, ma dużo wspólnego z kolekcjonowaniem. Mam na myśli KOLEKTĘ. Kapłan wzywa wszystkich wiernych:

nas należy tylko, albo aż Amen. Często możemy spotkać się z takim zdaniem o mszy świętej, że jest przegadana przez kapłana, który cały czas czyta coś z grubej czerwonej książki. My w tym momencie poprawiamy sobie włosy, dopinamy guziki koszuli, albo bezmyślnie gapimy się w przestrzeń przed sobą. A przecież to nasze milczenie, chwila ciszy przed modlitwą kapłana, ma stać się przestrzenią największej aktywności modlitewnej. W czasie kolekty, kapłan

kolekcjonuje, czyli zbiera wszystkie nasze intencje, by w formie modlitwy dnia zanieść je do Boga w Niebie. Nie przegap tej ciszy. Pamiętaj, żeby „podrzucić” kapłanowi swoją intencję, bądź świadomy tego, co dzieje się na twoich oczach i na dowód tego odpowiedz z wiarą Amen, czyli: Niech się tak stanie. Cisza nie jest pustką, zerem w systemie dźwięków. Jest miejsce spotkania z Bogiem, którego nie da się wyrazić słowami.

Módlmy się! Potem następuje chwila ciszy, a po niej modlitwa dnia, zwieńczona wezwaniem: Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Na zakończenie modlitwy wszyscy odpowiadają: Amen. W tym momencie, prawie wszystkie słowa liturgii wypowiada kapłan. Do

GOODNEWS NR 21


Fot. Jerzy


GoodNews 21