Page 1


Drodzy Czytelnicy!

W TYM NUMERZE: Na bieżąco Byłem gangsterem Nie myśl Zrób się na post Ciacho za ciacho Tajona trwoga O niemożliwości chcenia Kto Ty jesteś? Walcz o życie / Kopalnia talentów

3 4 5 6 7 8 9 10 12

Konkurs Polonei

13

Piękno sztuki

14

Pocztówka z Francji

16

Warto

17

Koniec

18

Szary koniec

19

aię M m i na m iała ka zani m ? Jak umin inka M m a u m M ziła d o r u ... .. ) :) . . :) : a n e Boż

Zaczęło się od naszych nocnych Polaków rozmów na Skype’a. Pytaliśmy się i wciąż się pytamy: na co stawiać w życiu wobec tego, co proponuje nam dzisiejszy świat? Choć trudno o jednoznaczne odpowiedzi, to postanowiliśmy podjąć pewien wysiłek w tym kierunku . Te 20 numerów GoodNews’a to zapis naszych poszukiwań na tropie prawdziwych wartości. Ku naszej satysfakcji znalazło się wiele osób, które przyłączyły się do tej misji, ubogacając GoodNewsa swoimi przemyśleniami i świadectwem. To utwierdza nas w przekonaniu, że warto ją kontynuować. Wstępna wizja numeru, gromadzenie tekstów, wielogodzinne boje z publisherem, zacinająca się kserokopiarka, zapach świeżego druku, dystrybucja wśród czytelników, podsumowanie numeru – tak wygląda praca nad GoodNews’em od kuchni. Dziś świętujemy pół roku naszej działalności. Nie byłoby GoodNews’a, gdyby nie Wasze cenne wskazówki, drodzy Czytelnicy, które zawsze bardzo motywują nas do pracy. To pismo to nasze wspólne dzieło. Za jego nadrzędną funkcję niezmiennie uznajemy promowanie wartościowych postaw, ciekawych miejsc i inicjatyw, a także Waszych talentów. Zachęcamy Was jak zawsze do aktywnego włączenia się w tworzenie GoodNews’a na różnych płaszczyznach: pisanie tekstów, oprawa graficzna, prowadzenie strony internetowej, drukowanie, promocja. Liczymy na Was! Redakcja GoodNewsa

Zespół redakcyjny: Marcin Sawczak, Roman Klin, Jakub Biel, Anna Pająk, Tomasz Goraj Korekta tekstu: Asia Kaniecka, Edyta Hajduk, Kasia Klin Redakcja techniczna: Sieva, Roman Klin Numer współtworzyli: Mikołaj Cempla, Antoni Gambdziak, Mateusz Zimny, Darek Dudzik, Czama, Paulina Statek, Krzysiek Bilski, Bogumiła Górecka, Rafał Król, Łabi&Zasti


30.03.2011,

NR

20

CHOCIAŻ NA ŁAMACH „GOOD NEWS” ZDARZA MI SIĘ DAWAĆ UPUST SWOJEJ ANTYPATII WOBEC KOMENTOWANIA KATASTROF NATURALNYCH CZY WYPADKÓW, ZDARZA SIĘ, ŻE TRZEBA O NICH POWIEDZIEĆ. DZIEJE SIĘ TAK, GDY STAJĄ SIĘ ONE CZYNNIKAMI DETERMINUJĄCYMI ZMIANY W ŚWIATOWEJ POLITYCE CZY GLOBALNEJ GOSPODARCE. TRZĘSIENIE ZIEMI, KTÓRE 11. MARCA WZBURZYŁO OCEAN SPOKOJNY NA WSCHÓD OD JAPOŃSKIEGO MIASTA SENDAI, BYŁO PRZYCZYNĄ WIELU KOLEJNYCH INCYDENTÓW CZY ZMIAN. MIKOŁAJ CEMPLA Przede wszystkim warto wspomnieć o samej istocie katastrofy. Wbrew pozorom największych zniszczeń infrastrukturalnych wcale nie dokonały same wstrząsy, ale spowodowane nimi tsunami. Japończycy bowiem traktują trzęsienia ziemi jako element swojej tożsamości i stanowią bardzo dobre oraz niezwykle precyzyjne prawo budowlane. Zgodnie z tym, co napisane jest w ostatnim „The Washington Post”, „eksperci budowlani mówią, że to m.in. dzięki ogromnym gumowym amortyzatorom, przesuwnym ścianom i matom fundamentowym z teflonu, które izolują budynki od warstw ziemi, wysokie i średniowysokie japońskie budynki cały czas stoją, pomimo największego zanotowanego w historii trzęsienia ziemi”. Tu ojawia się jednak problem wielkiej fali, na którą tak naprawdę nie ma rady. Ani gigantyczne amortyzatory, ani inne pomysłowe technologie nie mogą powstrzymać tego żywiołu. W ciągu kilku godzin świat obiegły filmy, przedstawiające widziane okiem kamery helikoptera, małe samochody, uciekające przed niosącym budynki, statki i pojazdy, pędzącym masywem wody. Katastrofa sprzed trzech tygodnii spowodowała dość umiarkowaną reakcję światowych giełd. Tokijski indeks Nikkei spadł w reakcji na pierwsze informacje o trzęsieniu ziemi jedynie o 2 punkty procentowe (przy czym warto wspomnieć, że stało się to 15 minut przed zakończeniem sesji). Faktem jest, że Japonia to bardzo bogaty kraj i, choć od lat pogrążony jest w recesji, nie tak strasznym kosztem będzie dla tego państwa opłacenie przekraczających już starty wojenne, kosztów odbudowy infrastruktury. Owszem, pewna pomoc ze strony państw europejskich czy Stanów Zjednoczonych nie jest bez znaczenia, jednakże trzeba pamiętać, iż wszelkie polskie zbiórki pieniędzy mają przede wszystkim charakter symboliczny, dodający otuchy Japończykom (co pewnie również jest bardzo ważne). Ale powracając do tematu II Wojny Światowej warto wspomnieć o ciekawostce chyba nieczęsto komentowanej w mediach przy okazji omawiania efektów wstrząsów z Sendai. Ale najpierw: w wyniku wstrząsów, o czym wszyscy zapewne już wiemy, ucierpiało kilka z japońskich siłowni jądrowych. Chodzi przede wszystkim o Fukushimę i Onagawę, w których w różnym stopniu doszło do wydostania się pierwiastków radioaktywnych. Sytuacja oczywiście musiała wzbudzić obawy, dotychczas bagatelizujących potencjalne zagrożenia nuklearne

ekspertów, a także polityków, kierowanych negatywnym nastawieniem do atomu elektoratu. Kanclerz Angela Merkel na przykład, zapowiedziała zamknięcie wszystkich elektrowni atomowych starszych niż trzydziestoletnie. Podobne deklaracje docierają z kolejnych krajów, wśród których jest Ukraina (problem w tym, że większość tamtejszych siłowni pochodzi sprzed lat roku 1980 – skoro na modernizację się nie zanosi, to może oznacza to powrót do ery elektrowni węglowych?). Wróćmy jednak do naszej ciekawostki – kilka miesięcy temu świat przypomniał sobie (dzięki wizycie prezydenta Medwiediewa na Kurylach) o tym, że pomiędzy Federacją Rosyjską (bezpośrednim spadkobiercą ZSRR) a Państwem Kwitnącej Wiśni dotąd nie podpisano traktatu pokojowego, kończącego II Wojnę Światową. Wydawać by się mogło, że dwa kraje będące de facto w stanie wojny, nawet w obliczu kataklizmu, nie będą raczej skore do współpracy. Okazuje się jednak, że na prośbę Japońskiego rządu o zwiększenie dostaw skroplonego gazu (w skrócie mówiąc: zastępującego niewydolne, uszkodzone elektrownie atomowe), to właśnie rząd Rosji zgłosił się jako pierwszy. Cytując za „Gazetą Prawną”: <<Taka globalna operacja wymienna między Rosją i UE może stanowić realną, pilną pomoc dla Japonii, zapewniając w ciągu miesiąca dostawy ponad 1 mln ton LNG (ok. 1,5 mld metrów sześciennych gazu ziemnego - PAP)" - oświadczył Putin w Jużnosachalińsku, ośrodku administracyjnym wyspy Sachalin, podczas narady poświęconej perspektywom zwiększenia wydobycia gazu ziemnego

i ropy naftowej w tym regionie. (...) „Jeśli potrzebna jest natychmiastowa pomoc, to możemy porozumieć się w sprawie takiego wariantu rozwoju wydarzeń. Mogłyby to być skoordynowane z naszymi europejskimi partnerami działania" oznajmił Putin>>. Czy to oznaka ocieplenia stosunków pomiędzy państwami nie wymieniającymi się nawet ambasadorami? A może chodzi o jakieś niezwykłe wyczucie Rosjan, którzy nie zważając na zaszłości historyczne chcieli okazać zwykłą, międzyludzką pomocną dłoń? I jest jeszcze opcja trzecia – Putin zwietrzył w katastrofie interes, możliwość wypełnienia przez Gazprom luki utworzonej dzięki wycofywaniu z użytku elektrownii jądrowych przez bogatych Japończyków. Pewnie w ciągu kilku lat okaże się, która z wersji okazała się prawdziwą… Cóż tymczasem dzieje się poza dalekowschodnimi wyspami? Przede wszystkim rozwojowa jest sytuacja w Libii. Dzięki wojskowej operacji „Świt Odysei” (pierwszej od wielu lat międzynarodowej operacji wojskowej, mającej manadat Organizacji Narodów Zjednoczonych), partyzanci na stałe odbili miasto Benghazi i nacieracją na zachód zachodząc w głowę, czy tamtejsza ludność cywilna masowo przyłączy się do powstańców. Co pewne, nie przyłączy się do nich rząd polski, który w imieniu RP (i sondaży opinii publicznej) zadecydował, iż jedynie operacja o charakterze humanitarnym ma rację bytu w obecnych warunkach. Miejmy nadzieję, że za dwa tygodnie, gdy znów spotkamy się na łamach naszego czasopisma, będziemy już wiedzieć, czy decyzja była słuszna.


30.03.2011,

NR

20

„BYLIŚMY JAK ZWIERZĘTA BEZ PANA” PIOTR STĘPNIAK W ŚRODOWISKU MAFIJNYM ZNANY BYŁ JAKO „GEPARD”. ZA KRATAMI SPĘDZIŁ POŁOWĘ SWOJEGO ŻYCIA. BYŁ ZŁODZIEJEM, BANDYTĄ I HANDLARZEM NARKOTYKÓW. DZIŚ MA 49 LAT I JEST TERAPEUTĄ, KTÓRY POMAGA LUDZIOM O PODOBNYM ŻYCIORYSIE WYJŚĆ NA PROSTĄ. O SWOIM NAWRÓCENIU I MISJI OPOWIEDZIAŁ MŁODZIEŻY Z DUSZPASTERSTWA AKADEMICKIEGO DOMINIKANÓW „BECZKA” PODCZAS CZWARTKOWEGO „OPENU” . SUCHY PRZEDSIONEK PIEKŁA „Czy człowiek może urodzić się burmistrzem? A alkoholikiem? Odpowiedź brzmi: nie. Trzeba do tego dojść samemu”- Piotr od początku spotkania bez ogródek opowiada o tym, jak stopniowo dawał się wciągać w szpony zła.

„Wóda była bogiem w naszym domu” Czy jednak został przestępcą z wyboru? Oczywiście nie. To alkoholizm rodziców, narastająca przemoc w domu i brak akceptacji sprowadziły go na taką ścieżkę. I tak zaczęła się jego „kariera”. Kradzieże, rozboje, handel narkotykami. Od najmłodszych lat zagubił się w labiryncie zła, z którego mimo wielu osobistych tragedii nie udawało mu się wydostać. W wieku 13 lat trafił do poprawczaka. Nieustannie się buntował, żadna resocjalizacja nie przynosiła skutku. Dokonywał samookaleczenia, uciekał, strzelała do niego milicja. Był członkiem faszystowskiego frontu narodowego. Kilka lat później za pobicie czarnoskórych studentów

dostał pierwszy wyrok więzienia. Odsiedział karę, ale wkrótce znowu tam trafił. Ciągle popełniał te same błędy. Społeczeństwo skreśliło go. Sędzia przy ogłoszeniu wyroku bezlitośnie stwierdził, że uwalnia społeczeństwo od takiego człowieka, jak on. Nie otrzymał pomocy z żadnej strony. SPOJRZEĆ PRAWDZIE PROSTO W OCZY Choć krzywdził wiele osób, nie umiał żyć inaczej. Doprowadziło go to do głębokiej depresji. Kilkakrotnie usiłował popełnić samobójstwo. Lekarze zdiagnozowali u niego nowotwór. Kiedy wydawało się, że nic nie jest w stanie wyrwać go ze szponów śmierci, usłyszał od kogoś: „Jezus Chrystus cię kocha”. I jakkolwiek trudno wyobrazić sobie, żeby

to mogło zmienić wieloletniego gangstera, to w przypadku Piotra te słowa okazały się przełomowe. W modlitwie odnalazł ratunek, z dnia na dzień stał się innym człowiekiem. Jak sam twierdzi, narodził się na nowo.

„Tak naprawdę to żyje dopiero od 13 lat.” Z RECYDYWISTY W EWANGELISTĘ Od tamtej chwili minęło już 13 lat. Mimo przeraźliwego jarzma przeszłości, nie powrócił na dawną drogę. Odkrył siebie na nowo. Pracuje w różnych ośrodkach wychowawczych, odwiedza więzienia, przestrzega młodzież przed niszczącą siłą alkoholu, narkotyków i przemocy. Ma poczucie misji, dając świadectwo głębokiej wiary.

Jeśli chcesz usłyszeć świadectwo Piotra Stempniaka polecamy program produkcji TVP 1 „Byłem gangsterem”, który możesz znaleźć na YouTubie.


iStockphoto

TAK JEST, ZACZĄŁ MYŚLEĆ, A MUSZĘ OBJAŚNIĆ CIĘ, PRZYJACIELU, ŻE MYŚLENIE BYŁO W TAMTYCH CZASACH DOTKLIWĄ NIEDOGODNOŚCIĄ, A NAWET KŁOPOTLIWĄ UŁOMNOŚCIĄ I JAŚNIE WYSOKI PAN W SWOJEJ NIEUSTAJĄCEJ TROSCE O DOBRO I WYGODĘ PODWŁADNYCH NIGDY NIE ZANIEDBYWAŁ STARAŃ, ABY ICH PRZED TĄ NIEDOGODNOŚCIĄ CHRONIĆ. R. Kapuściński, Cesarz szary Ryszard Kapuściński pisał te słowa w zupełnie innej rzeczywistości, która wydaje się nam odległa kulturowo i czasowo. Etiopia cesarza Hajle Sellasje to kraj tyranii, korupcji i kłamstwa powtarzanego z taką częstotliwością i tak wielkim uporem, że dla wielu stało się ono prawdą. Każdy totalitaryzm dąży do całkowitej władzy nad poddanymi, władzy w każdej sferze, nie wyłączając myśli. Dlatego nie dziwne, że ludzie prędzej czy później przekonują się o niebezpieczeństwie, jakie niesie ze sobą myślenie. A jeśli myślenie jest niebezpieczne, to po co się narażać? Nie łudźmy się, społeczeństwo demokratycznej Europy nie jest wolne od totalitaryzmu i zniewolenia umysłów. Przybrało ono jedynie inną postać. Ciało do ciała... Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby zauważyć, że współczesna cywilizacji europejska jest cywilizacją ciała. Dobrobyt i konsumpcjonizm dokonały dewaloryzacji rozumu. Na jego miejsce wywyższono emocje. Nie wierzycie? Zostawcie na chwilę GoodNewsa. Jeśli nie macie pod ręką laptopa z dostępem do internetu, kolorowego czasopisma, bądź pilota – szybko poszukajcie jednej z tych rzeczy. Ewentualnie wyjdźcie do miasta na krótki spacer. Czym żywią się wszechobecne media i wścibska do granic możliwości reklama? Oczywiście naszą ciekawością. Co najprościej przykuwa naszą ciekawość? A to, co wywołuje emocje, co rozbudza pożądanie, co

pobudza. Żyjemy w sztucznie wywoływanej gorączce. Dlatego też plotka nagminnie zastępuje informację, zdjęcie zastępuje tekst, show z gwiazdami zastępuje program edukacyjny. Emocje są idealnym towarem. Do odczytywania emocjonalnych przekazów zdolny jest każdy człowiek, natomiast przekaz intelektualny wymaga od nadawcy i odbiorcy pewnych kompetencji. Czy więc można się dziwić, że redaktor gazety stawia na plotkę o rozwodzie dwóch celebrytów (słowo wymyślone do nazywania osób znanych z tego, że są znani), zamiast opublikować wiadomość o bardziej pożytecznej, acz mniej emocjonującej treści? Można, a nawet trzeba się dziwić. Róbta, co chceta! Jesteśmy permanentnie ogłupiani. Już dawno zrzekliśmy się prawa myślenia, nawet nie trzeba nas było zbytnio przekonywać. To dużo wygodniejsze. Życie w Matrixie – róbcie ze mną, co chcecie, byle było mi dobrze. Koncernom przemysłowym i wszystkim tym, którzy na nas zarabiają zależy na naszej obojętności względem życia i wartości. Komuniści dobrze wiedzieli, że zanim przejmie się kontrolę w państwie trzeba pozbyć się intelektualistów. Nic prostszego jak wmawianie swoich racji ludziom nieświadomym prawdy. Wypranym z ideałów konsumentem można bez przeszkód manipulować w takt fizjologii jego potrzeb i pragnień, dając mu to, co proste i przyjemne. W dobie automatyzacji, robotyzacji, szybkiego transportu, prze-

szczepów i lotów w Kosmos – cierpienie, w oczach wielu, nie posiada żadnej wartości. Wysiłek, wyrzeczenie, jeśli nie prowadzą do wymiernych korzyści są bezsensowne i głupie. W tej sytuacji nawet myślenie, a co dopiero myślenie inaczej niż proponuje to świat, jest niewygodne i męczące. Jak wiele decyzji podejmujemy, kierując się samym tylko kryterium przyjemności? A ile spraw rozstrzygaliśmy w świetle wartości? Stosunek ten mógłby być zatrważający. Ktoś za to „beknie” Aborcja, eutanazja, in vitro, seks wszędzie i w każdej możliwej kombinacji, drobne i całkiem małe przekręty – to wszystko droga na skróty. Szybciej i łatwiej. Wszystko byłoby „fajnie” (enigmatyczne słowo mogące oznaczać wszystko i nic), gdyby nie to, że zachowujemy się jak dzieciaki z piątej klasy. Zamiast odrabiać lekcje machamy na to ręką i idziemy zagrać na Play Station. Widzimy tylko tyle, że teraz jest nam przyjemnie, że się nie męczymy. Szkoda jednak, że nie wybiegamy myślami dalej, choćby do dnia następnego – kiedy to dostaniemy pałę za brak zadania. Ale to będzie kiedyś, jutro, za długo. To nie teraz. Teraz jest Play Station. Kiedyś wszyscy odczujemy konsekwencje zabijania niewinnych, zabawy w Boga, braku moralnych hamulców, kłamstwa. Ale to przecież kiedyś, to nie teraz, teraz jest łatwiej… Nie dajmy zamienić się w zombie.


NR

20 beczka.krakow.dominikanie.pl/post

30.03.2011,

ZRÓB SIĘ NA POST! OBRZĘDY WIELKOPOSTNE, KTÓRE SWOIMI POCZĄTKAMI SIĘGAJĄ STAROŻYTNOŚCI ZMIENIŁY SIĘ ZNACZĄCO. SWOJĄ POSTAWĄ STARAMY SIĘ SIĘGAĆ DO KORZENI, CZEGO DOWODEM JEST WIELKOPOSTNA AKCJA „BECZKI”. ROMAN.POLACO

Jak to było kiedyś… Historia Wielkiego Postu nie jest do końca wyjaśniona. W wielu pierwszych gminach chrześcijańskich istniał zwyczaj prywatnego, 40dniowego postu, odprawianego w dowolnym okresie roku. Już w II wieku dodano dwa dni postu przed świętami Paschalnymi, o czym pisze Tertulian oraz św. Ireniusz. Post przekształcił się w okres wspólnych rekolekcji całej rodziny chrześcijańskiej w przygotowaniu do radości wielkanocnej. W wieku III poszczono już cały tydzień, a sto lat później już 40 dni. Po raz pierwszy wspomina o tym św. Atanazy z Aleksandrii w liście pasterskim z okazji Wielkanocy z 334 r. Chodziło o to, aby jak najlepiej przygotować wiernych do świąt wielkanocnych. Wielki Post obchodzono przez 8 tygodni. Jednak po odliczeniu niedzieli, w które nigdy nie poszczono, post trwał właściwie tylko 36 dni. Dlatego też, w wieku VII dodano ich kilka i jako początek Wielkiego Postu, wyznaczono Środę Popielcową. Ostatecznie, dzień ten jako pierwszy Wielkiego Postu na stałe wszedł do tradycji rzymskiego kościoła w 1570 roku.

Zwyczaj posypywania głowy popiołem sięga starożytności i był obecny w wielu kulturach i tradycjach, m.in. w Egipcie, czy kulturze Arabskiej i Greckiej. W 1091 r. papież Urban II wprowadził ten obrzęd jako obowiązujący w całym Kościele. Wtedy też ustalono, że popiół do posypywania głów wiernych ma pochodzić z palm poświęconych w Niedzielę Palmową poprzedniego roku. ...a jak jest dziś. Wielki Post to nie tylko tradycyjne obrzędy, ale przede wszystkim przygotowanie na ogromne wydarzenie, jakim są Święta Wielkanocne. Każdy z wierzących inaczej rozumie i przeżywa 40-dniowy post. Kościół proponuje trzy drogi do zbliżenia się w tym czasie do Boga: post, jałmużnę i modlitwę. Dominikańskie Duszpasterstwo „Beczka”, zachęca nie tylko młodych ludzi, aby na nowo spojrzeć na czas Wielkiego Postu. Przewodnie hasło to: „Umyj twarz, zrób makijaż, włóż garnitur i... zrób się na post.” Pierwszy pomysł to powrót do chrześcijańskich zwyczajów postu w intencjach naszych bliźnich. Jak to wygląda w praktyce? Na cotygodniowej, niedzielnej Mszy Świętej, pod-

czas modlitwy wiernych, każdy będzie mógł poprosić w kościele o post w konkretnej intencji, szepniętej do ucha, bądź podanej na kartce. Każdy kto przyjmuje intencję zobowiązuje się do jednodniowego postu w dowolnej formie. Dzięki temu, mamy możliwość przypomnienia sobie, jak drugi człowiek jest dla nas ważny i bliski. Drugą ważną rzeczą jest działanie w myśl słów Pana Jezusa: "Kiedy pościcie nie bądźcie posępni jak obłudnicy, którzy przybierają wygląd ponury. Ty zaś kiedy pościsz namaść sobie głowę i umyj twarz (Mt 6, 1618)." Dlatego też, dzień postu powinien być dla nas dniem wyjątkowym - zakładamy wtedy odświętny strój, używamy perfum i tak wyszykowani wychodzimy do ludzi. Niech każdy zobaczy naszą radość z duchowego wspierania bliźnich! „Beczka” podkreśla, że taka forma przeżywania Wielkiego Postu nie jest przymusowa, a zwolennicy akcji są zachęcani także po to, by propagować ją także w swoich rodzinnych parafiach. Podoba Ci się pomysł? Przyłącz się do „Beczkowej” grupy!

Źródła: dominikanie.pl brewiarz.katolik.pl liturgia.wiara.pl Plakat promujący akcję „Zrób się na Post”, źródło: beczka.krakow.dominikanie.pl/post


W ostatnim numerze GoodNews`a pisałem o grupie charytatywnej „Szpunt”, działającej w ramach duszpasterstwa akademickiego „Beczka”. Dzisiaj kilka słów o naszej sztandarowej akcji pod nazwą: „Ciacho za ciacho”. Akcja coraz bliżej – odbędzie się już 10 kwietnia 2011 r. w krakowskim klasztorze ojców Dominikanów. Jest to impreza organizowana dwa razy do roku, w okresie Adwentu i w Wielkim Poście, a dochody z niej uzyskane, w całości przeznaczane są na cel charytatywny. Celem najbliższej akcji jest pomoc ofiarom niedawnego tragicznego trzęsienia ziemi i tsunami w Japonii. Zebrane pieniądze przekażemy ojcom Dominikanom pracującym m.in. w Sendai dotkniętym katastrofą. Skąd taka nietypowa nazwa akcji…? Otóż głównym „dobrem”, które sprzedajemy w czasie akcji są ciasta i ciasteczka upieczone wcześniej przez nasze wolontariuszki i różne osoby, które oferują nam pomoc. W przeddzień „Ciacha”, dzięki uprzejmości ojców Dominikanów istnieje niepowtarzalna okazja upieczenia ciasta w ich klasztornej kuchni. Dużo osób z duszpasterstwa przynosi nam ciasta, które upiekli sami lub też ich znajomi. Ciasta pieką też osoby uczęszczające na msze do Dominikanów. Otrzymujemy także dużo wypieków z cukierni i piekarni, które dobroczynnie wspierają naszą akcję. Chwile, kiedy razem możemy zrobić coś dobrego są najcenniejszy-

mi momentami w działalności naszej grupy. Ciasta, które sprzedajemy często noszą finezyjne nazwy. Są one związana najczęściej z celem, z powodu którego kwestujemy. I tak przykładowo, kiedy podczas ostatniego „Ciacha za ciacho” pomagaliśmy Domowi św. Marcina w Fastowie, można było ze smakiem

zjeść np. „Uśmiech Saszy”, „Słońce Krymu”, „Kozacką dumę”. Nazwy wymyślamy przed akcją. Ciastko można zjeść w specjalnie przygotowanej kawiarence, a także napić się kawy, herbaty, czy soku. Oprócz ciast sprzedajemy także książki. Tu asortyment jest naprawdę szeroki: od literatury pięknej po słowniki różnych języków obcych. Sprzedajemy książki, które otrzymaliśmy od darczyńców, a dzięki ofiarności krakowskich

wydawnictw oferowaliśmy dużo nowych pozycji, które cieszyły się sporym zainteresowaniem. Dodatkowo podczas akcji sprzedajemy różnego rodzaju kartki świąteczne. Hitem ostatniego „Ciacha” okazały się róże wykonane z puszek aluminiowych, pomalowane na złoty i srebrny kolor. W akcję czynnie włączyli się ojcowie i bracia Dominikanie. Róże sprzedawał nawet sam ojciec przeor. Trzeba stwierdzić, że akcja „Ciacho za ciacho” spotyka się z życzliwym i ciepłym przyjęciem ze strony wiernych uczęszczających do Dominikanów. Chętnie kupują ciastka i książki, wspierając akcję. Często za małe ciasteczko dają dużą sumę pieniędzy. To pokazuje, że warto organizować takie dobroczynne akcje, często wystarczy stworzyć okazję, a szybko znajdują się ludzie chętni do pomocy. Akcja bardzo integruje naszą charytatywną grupę – wspólnie spędzany czas podczas pieczenia ciast, czy segregacji książek albo robienia róż daje dużo radości. W przygotowanie „Ciacha za ciacho” włączają się osoby także spoza „Szpuntu”. To bardzo budujące, kiedy studenci, którzy mają dużo swoich spraw na głowie potrafią znaleźć czas, by pomóc. Zapraszam Wszystkich serdecznie do udziału w akcji „Ciacho za ciacho” już

Instytut Tertio Millennio zaprasza w rocznicę śmierci Jana Pawła II, czyli w sobotę, 2 kwietnia br. na całodzienny projekt: „Kraków czyta Jana Pawła II”. Od godz. 11.00 kardynał Franciszek Macharski, Anna Dymna, Krzysztof Globisz oraz wiele innych znanych osób będą czytać teksty Jana Pawła II i rozmawiać na temat papieskiego nauczania. Imprezie towarzyszyć będzie m.in. wystawa fotograficzna ,,Ku wolności’’, sprzedaż książek i albumów oraz stoisko z kremówkami. Na zakończenie, o godz. 17.45, w naszej Bazylice odbędzie się koncert Stanisława Soyki. Źródło: www.krakow.dominikanie.pl


30.03.2011,

NR

20

TAJONA TRWOGA

RADOSŁAWA KOBIERSKIEGO POŁUDNIE OBFITUJE W SZEPTY I PÓŁJĘKI – PRAWIE W KAŻDYM WIERSZU POJAWIA SIĘ WTRĄCONE ZDANIE-WSPOMNIENIE, KTÓRE ROZBIJA NAKREŚLONĄ SYTUACJĘ I NIE DAJĄC SPOKOJU, WYRYWA SIĘ BOHATEROWI KOBIERSKIEGO Z UST. TOMIK TEN ZOSTAŁ WYDANY W 2004 ROKU. MYŚLĘ, ŻE ATMOSFERĘ PRACY NAD NIM BARDZO DOBRZE ILUSTRUJĄ SŁOWA Z WIERSZA ŚCIĄGA Z HISTORII:

Fot. za: www.webook.pl

SZTAFETA PO SZCZEROŚĆ

Tomasz Goraj wypłynęła sztafetą na powierzchnię wody, to prawdziwość, niezauważalna, szczerością oddycha i gdzieś przy samym dnie, gdzie światła docierają promyczki cienkie jak włos, w przymulonych zaroślach, małe, złociste karpiki swoimi delikatnymi pyszczkami rozcierają piasek, szukając kolorowych kamyczków do swoich wodnych, szczerych pokoików.

Fot. za: www.literackie.pl

Czy poezja współczesna, w dobie postmodernizmu, może nieść za sobą cokolwiek wartościowego, co nie uwłaczałoby drugiemu człowiekowi, a także, nie byłoby efektem pozy, lansowania własnej, zaskakująco-przebojowej, i szokującej, rzecz jasna, osoby, a przy tym, choć na chwilę, ze względów estetycznych i etycznych, a może po prostu – człowieczych, zatrzymywałoby naszą uwagę? Czy można dzisiaj pisać, nie kreując się na niewiadomo kogo, pisać szczerze, tak, by to, co napisane, wypływało na wierzch, by przysłaniało kreację wywyższonej na piedestał, „artystycznej” gęby? Z pewnością można, ale obwarowane, jest to głęboką, szeroką, ogromną jak świat cały, fosą. Szczerość czeka na drugim brzegu, dalekodalekodaleko. Jak tu się przy próbie przepłynięcia tego oceanomorza nie utopić, a przynajmniej nie nałykać tak niesmacznej, słonej (bo naturalnej) wody? Zadanie trudne jak cholera., skomplikowane. Trzeba umieć pływać i na dodatek – liczyć tylko na siebie – tuż obok płyną inne piranie, inne rekiny. Zęby mają ostre i nie tyle, że nabluzgać na jednym, jak i na drugim brzegu (o ile do niego dopłyną) potrafią, ale i w tym wyścigu wodnych szczurów ugryźć mogą, płetwę poszarpać. No i jak tu, w tej artystycznej, rybiej sztafecie komuś skrzelików ząbkami nie dziabnąć? Płyną więc rybki mniejsze, większe, z mleczakami jak brzytwa ostrymi lub tępiutkimi, płyną wolno, bez skrzeli, bez płetw, chcąc zachować klasę w tym olimpijskim zrywie, naśladują artystycznego, falującego delfinka, gryzą się, szarpią, mieszają, kotłują i już nie wiadomo czy to wyścig, czy ławica… ości. A szczerość dalekodalekodaleko, na drugim brzegu. Ale, równowaga zachowana być musi – mimo, że głupota prawdziwość stłamsiła, i sama, olejnie tłusta,

jest zima, rok dwa tysiące trzeci. nikt z nikim nie rozmawia. jedna lampa na ulicy się nie świeci. ta pod moim domem.

TAJONA TRWOGA (…) Widać tu ból, tajoną trwogę. Wymykają się półsłówka, szepty i półjęki, które świadczą, że dzieje się na naszych oczach misterium nadwrażliwości, a wiersz cały czas ociera się o jakąś ranę, rozdrapuje coś, ale też daje wytchnienie. W tych słowach Karol Maliszewski ujął wystrój jednego z tych szczerych, malutkich pokoików, jakim jest tomik Radosława Kobierskiego, zatytułowany Południe. Słowa te w pełni oddają to, co stroficznie wypisane na 39 stronach zbioru. Na wejście, w przedsionku, utwór Wehikuł. Już tutaj dostrzegamy rozdrapywanie

wspomnień – ran, które sprawiają ból i niedopowiedziane przykuwają uwagę. Obchodzone urodziny stają się punktem wyjścia dla rozważań podmiotu o sensie życia, istocie świata i ludzkich pragnień: punktualnie doszły po trzydziestce / nie życzy się już przedmiotów / a nawet pieniędzy (…) wszystko jest / w słowie najlepiej to co widać i czego nie / i wiem że chodzi o przyszłość / to nie jest wcale takie pewne po trzydziestce / tak samo jak to że świat jeszcze istnieje (…). Poszukiwanie prawdy być może samo staje się sensem – nadaje życiu cel, skłania do działania. Jednak, gdy bohater Kobierskiego na swoje próby poznania tego, co organizuje ludzkie życie, choć przez chwilkę, migawkowo, popatrzy z perspektywy własnych wspomnień, owy cel okaże się błahy i wyparty przez przywoływaną chwilę – w Wehikule odnosi się ona do wartości ludzkiego życia. Chwila ta z konsekwencją tłamsi aurę obchodzonych urodzin i wywołanych przez nie refleksji, gdyż: jeśli znajdę odpowiedź / czy może zostanie / do końca przede mną ukryta, to: (…) czy można życzyć wstecz / czy nie powinno się tylko życzyć wstecz. Dlaczego powinno się życzyć wstecz? – wyjaśnia to puenta, skupiająca się na wartości ludzkiego życia: (spróbuj wrócić kupić jeszcze raz kwiaty / jeśli nie oddałeś kierownicy oddaj teraz życie). Cały utwór, idąc za Maliszewskim moglibyśmy nazwać „tajoną trwogą”, która przysłania opisywaną sytuację, rozrzedza wynikające z niej refleksje i sama wysuwa się na pierwszy plan, będą osobistym wspomnieniem bohatera Kobierskiego. ZRÓB COŚ Z SOBĄ SYNKU... W drugim, tytułowym utworze pojawia się zdanie: (synku, nikim jesteś, nic nie jesteś wart), które w takiej, lub przekształconej nieco formie, jak mantra


powtarzać się będzie niemalże kartka po kartce. Będąc po lekturze całego zbioru i patrząc na niego z perspektywy całości, wydawać się może, że doświadczenie bolesnego dzieciństwa motywuje powstanie, a co za tym idzie – charakter i wymowę Południa. Nie jest to wesołe, ciepłe i przyjemne pisarstwo. Ciężkie dzieciństwo, śmierć ojca, choroba żony i przyjaciela, historia Marii Etinger w wierszu Podróże, ciągle pytania o sens życia (Szpital ontologiczny, czy Meteor) – wszystko to ocieka bólem. Kobierski stale rozdrapuje niezagojone rany, a największą z nich jest zakorzeniona już w dzieciństwie obawa o siebie, o własny, męski byt, o konieczność radzenia sobie

z problemami po męsku. W wierszu Meteor czytamy: pierwsze są słowa, każdego poranka, boże, / to znów, włosy na poduszce, pomięta folia ciała. / znów jestem mężczyzną, muszę udawać, / że jestem kimś, (…). Własną twarz, oglądaną w lustrze, parę wersów później bohater utworu określi jako niebyt, który (głębiej jest (…) czarny, rodzaju nijakiego). Filozoficzna kwestia bytu pojawia się także, wyrażona wprost już tytułem, w wierszu Szpital ontologiczny. Trzymając na rękach umierającego psa i patrząc mu w oczy, Kobierski zastanawia się nad tym, czym jest byt, gdy zwierzę przy nim umiera: czy nim (bytem) jest czerwona smuga / która nie chce wsiąknąć w asfalt

tylko szybko / zasycha czy ulotność spojrzenia (…). Następnie pyta: niech mi ktoś teraz powie jesteśmy lub tylko / przejawiamy się (…), by swój żywot zestawić z istnieniem zwierzęcia – człowiek i umierający pies, określeni jako chore na byt istnienia, nie mogą wyobrazić sobie, że w tej chwili właściwie istnieć przestają. Radosław Kobierski wraz ze swoim niespokojnym bohaterem obraca się jeszcze w wielu kontekstach – biograficznych, etycznych, czy jak wyżej, filozoficznych. Te, które zostały przywołane z pewnością nie wystarczają na dokładną analizę – rozwiązaniem jest osobista lektura, do której zachęcam.

…CZYLI TRAKTAT O NIEMOŻNOŚCI CHCENIA Witam serdecznie, choć mi się nie chce.

„Gdyby ludzkości się chciało, to nasze pokolenie dobijałoby już do czwartego poziomu w skali Kardaszewa.” – mógł kiedyś powiedzieć ktoś mądry. Ale nie powiedział – widocznie mu się nie chciało. Gdyby społeczeństwa nie pożerała ta cholerna prokrastynacja, umysłowy nihilizm, niechęć do wszystkiego, co nie jest łóżkiem i miękką pościelą, gdyby tak każdy kiwnął palcem o raz więcej, choćby w nosie, na miłość Boską! – ale nie. Bo przecież się nie chce. Ten pośpi trzy minuty dłużej, tamten nie pomoże, bo

nie, tamta zaś niby łopatą by pomachała, ale gdzie tam, przecież telenowela leci. I siedzi taka jedna z drugą i jeden z drugim, i jedna z drugim i z drugą jeden – siedzą choerniki i żrą. Pewnie, pożreć to by się chciało, pogadać głupoty nad pączkiem, ponicnierobić – jasne, dlaczego by nie. Zauważyliście (to znaczy, chciało wam się zauważyć?), że pyta się drugą osobę o czynność, np.: Pójdziesz zrobić obiad?, albo: Pojedziemy w ten weekend do mamusi?, a nie pyta się o bezczynność (słyszeliście kiedyś pytanie: „To jak, skarbie, idziemy nic nie robić?). Stagnacja jest wyjściowym stanem, nie ma o co pytać. Ta bezczyn-

Fot.: www,sxc.hu

NIE CHCE MI SIĘ

Fot.: www,sxc.hu

ność wlazła w nas, umiłowała nasze ciała i rozumy, nie bez wzajemności zresztą. Jesteśmy bezczynnością. Ten stary pierdzielnik, Parmenides, miał rację. Ruch jest niemożliwy. Stoimy w miejscu, przed wielkim drogowskazem, ale nawet nazw miejscowości nam się przeczytać nie chce, nie mówiąc już o wybraniu któregoś duktu, o napoczęciu choćby jednego traktu. Jasne. Stójmy, wolna droga. I może nawet wydobyłbym gdzieś z nieskończonego wnętrza siebie ostatnie pokłady chęci i ruszyłbym się stąd, wziął do leniwego łapska „Metafizykę” Arystotelesa, przeczytał którąś księgę, albo choć Giovanniego Reale lub Fredricka Coplestona podręcznik przejrzał. Może nawet bym to zrobił. Ale skoro nikt w koło nic nie robi, to co ja się będę wyrywał? Na głupka wyjdę. W pojedynkę świata nie pociągnę, choćbym wszystkie rozumy pozjadał, choćbym się na pamieć wszystkich cyferek po 3,14 nauczył. Więc stoję przed drogowskazem, wzrok bezrozumny w buty wbijam, a w koło miliardy takich jak ja. Tak, drodzy współtowarzysze tego morderczego stania w miejscu. Nic nas już nie uratuje. Zdechniemy w tej pozycji, rozłożymy się, a wiatr beznadziei rozsypie nasze truchła po świecie. Bo nawet nie będzie miał nas kto zakopać. Antoni Gambdziak antoni.gambdziak@gmail.com


30.03.2011,

NR

20

STEREOTYPY, OBIEGOWE OPINIE, SCHEMATY… CZY ONA NAPRAWDĘ PRZEDSTAWIAJĄ NAS WE WŁAŚCIWYM ŚWIETLE? JAK JESTEŚMY POSTRZEGANI ZA GRANICAMI KRAJU I CO SAMI MÓWIMY O SOBIE? CZY JEST AŻ TAK ŹLE JAK MYŚLIMY? Mateusz Zimny Polak Zły Do napisania tego tekstu skłoniła mnie lektura dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą artykułów. Pierwszy z nich to wywiad z doktorem Tomaszem Piekotem z Uniwersytetu Wrocławskiego, dotyczący werbalnego rasizmu w Polsce (O rasizmie w mowie: Dziś Bambo chodzi z nami do szkoły, 11.03.2011). Drugi to szeroko komentowany list Premiera Donalda Tuska, podsumowujący cztery lata rządów jego gabinetu (Czego dokonaliśmy, co nam się nie udało, 12 mar marca 2011). Przypadek nie-przypadek: oba opublikowane w Gazecie Wyborczej. Dr Piekot twierdzi, że Murzynek Bambo Tuwima to wiersz, który utrwala (!) w Polakach negatywne opinie o Murzynach (Profesor zauważa, że nasz rasizm przejawia się już w samym użyciu słowa Murzyn, zamiast Afrykanin). W drugim artykule premier Tusk opowiada o swoim marzeniu, by polska rodzina nie była wciągana w romantyczne zmagania ponad swoje siły, ale miała prawo do europejskiej normalności. Ta europejska normalność to widać szczyt marzeń Premiera. Nie to, co nienormalna Polska. I postanowiłem napisać, bo mam dość wmawiania Polakom, że są rasistami, homofobami, antysemitami, że są do niczego, że są zacofani i że powinni wstydzić się tego, że urodzili się w nienormalnej Polsce. O problemie tym pisał Rafał Ziemkiewicz w październiku zeszłego roku: Polak otwarty na media walony jest stale w łeb "pedagogiką wstydu", stale jest pouczany, żeby się nie nadymał narodową godnością, bo nie należy mu się żadna godność, przeciwnie, jest dziwolągiem, kompromitacją, jego historia to stek wykwitów idiotyzmu, jego kraj to smród, wiocha i absurd, a wszystko, co robi, to kompromitacja przed światem. Dlaczego? Bo takim trawionym kompleksem frustratem łatwo manipulować. Nic dodać, nic ująć. Synteza trafna, dlatego cytuję ją w całości. Tak się

akurat złożyło, że miałem okazję spędzić kilka lat za granicą, mieszkałem w kilku krajach i nie ze mną takie numery. Nie chcę piać z zachwytu nad wspaniałością Polaków, nie będę pisał, że są wzorem dla innych narodów, bo trudno by mi było tę tezę obronić (choć przyznam, że koronnym argumentem byłby w tej dyskusji polski honor, z którego jestem dumny jak z niczego w świecie). I biję się w pierś: my Polacy, jako naród i każdy z osobna, mamy wiele wad. Do ideału nam daleko. Zwykłem jednak trzeźwo patrzeć na rzeczywistość i zamiast opinii, wolę fakty. Staram się nie zwracać uwagi na to, co się mówi, ale na to co rzeczywiście dzieje się dookoła. Tak powstało małe zestawienie kilku przedstawień Polaków, które wyrosły w polskiej rzeczywistości po 1989 roku i które zdaje się, powoli zapuszczają korzenie. Polak nienormalny i nienowoczesny Europejska normalność i europejska nowoczesność. Słowa widma. Materiał na ciekawy doktorat z socjolingwistyki, może nawet i habilitacje. Premier pisze: Myślę, że to się Polakom zwyczajnie należy, trochę europejskiej normalności. Chylę czoła przed każdym wysiłkiem jaki rząd Premiera wkłada w budowę i rozwój Państwa. Przyznam jednak, że zażenowanie wzbudza we mnie stwierdzenie „europejska normalność”. Czymże ona jest? Hiszpańskim prawem szesnastolatki do aborcji bez zgody rodzica, podczas gdy nie wolno jej aż do 18 roku życia prowadzić samochodu? Czym jest ta „europejska nowoczesność”? 20sto procentowym bezrobociem w Hiszpanii? Przemocą na tle rasowym we Francji i w Wielkiej Brytanii? Kryzysem rządowym w Belgii? Mam dość, obrzydliwego dla mnie, myślenia, że Polska sama z siebie, jest nic nie warta, i że sama nie może zapewnić sobie dobrobytu. Myślenia, wpajanego nam od lat,

w którym nienormalną, zacofaną Polskę przeciwstawia się wyimaginowanej normalnej i nowoczesnej Europie. Mam dość inferioryzacji Polaków, wmawiania im, że są do niczego, i że ich kraj jest nienormalny. Polak katolik z ciemnogrodu To religia, zacofany katolicyzm, jest i była od zawsze źródłem wszystkich polskich problemów. Opinia ta wyrasta nie tylko z antyklerykalizmu, ale reprezentuje polski antykatolicyzm jako taki. Istnieją dwa sztandarowe określenia III Rzeczpospolitej, które doskonale syntetyzują problem tego zjawiska. Pierwszy z nich to ciemnogród. Drugi to moherowy beret. W obu chodzi o to samo: wyśmianie religijności i wiary katolickiej, charakterystycznej w pewnym sensie dla polskiego narodu. Wyśmianie katolicyzmu, który wpisany jest w polską tożsamość (jeśli nie religijnie, to przynajmniej kulturowo). Katolicyzmu, który ma być synonimem ciemnogrodu, zacofania, wsteczności, reakcji. Katolicyzmu, który ma sprawiać, że Polska odstaje od standardów europejskich. Praktyka pokazuje jednak, że negowanie religii miejsca w życiu społecznym, jako elementu destrukcyjnego i regresywnego, jest nielogiczne. Absurdalności tego myślenia dowieść łatwo: na jednym z najlepszych uniwersytetów w Anglii, uniwersytecie Queen Mary w Londynie, setki arabskich dziewczyn nosi chusty, a w każdy piątek główny hall w największym budynku uczelni zapełnia się ponad setką modlących się muzułmańskich studentów. Religia i wartości w żadnym wypadku nie idą w parze z zacofaniem, czy to społecznym czy kulturowym. Niechęć do katolika w ogóle, która w Polsce nabiera szczególnego wymiaru, polega na tym, że jest on ukierunkowany przez swoją wiarę na uczciwość i prawdę, dwie wartości, które utrudniają manipulację i kłamstwo. Wpojenie kompleksu z po-


wodu bycia katolikiem ma sprawić, że religia uznana zostanie za przyczynę regresu intelektualnego, gospodarczego i kulturalnego. Jako taka ma zniknąć z życia społecznego, zostając odrzucona jako właściwa człowiekowi zacofanemu i nienowoczesnemu. To zaś otworzyć ma drogę do manipulowania umysłami. Nie odkrywam Ameryki, to o czym piszę to zjawiska powszechnie znane. Zwracam jednak uwagę na ten problem w kontekście polskiej rzeczywistości, w której wiara, ta katolicka, zaczyna być uważana coraz częściej w mediach za powód do wstydu. Myślę, że głównym motorem tego zjawiska jest strach silnie lewicowej Europy przed Polską, w której chrześcijańskie wartości nadal uważane są za istotne. Strach ten bierze się z faktu, że w Polsce nie udało się jeszcze to co udało się w Hiszpanii. Choć Kościół w ostatnim półwieczu odgrywał w tych krajach odmienną rolę, to jednak oba kraje uważane były za ostoję europejskiego katolicyzmu. Dzisiaj Hiszpania przypomina raczej kraj pogan. Na mapie Europy Polska stała się, o ironio, prawdziwą zieloną wyspą. Wartości. A te trzeba wyśmiać. Kiedy w Europie zachodniej ulegają one dewaluacji, w Polsce, pomimo półwiecza komunizmu, wciąż istnieją tu ludzie, którzy nimi żyją, a same wartości w powszechnym mniemaniu uchodzą za ważne: miłość do Ojczyzny będąca wyrazem miłości do bliźniego, bezinteresowność, uczciwość, honor. Polak romantyk powstaniec z chorągwią w ręku Premier Tusk w swoim artykule pisze: W każdym z nas jest pragnienie, by (Polska) nie zginęła, póki my żyjemy, i niepokój, czy nie zginie. Ale moim pragnieniem jest też, by zwykła polska rodzina, inaczej niż przez stulecia, nie była wciągana w romantyczne zmagania ponad swoje siły, lecz by mogła dla chwały swojego państwa i narodu po prostu le-

piej żyć. Nie mogę zgodzić się z taką retoryką. Mam nieodparte wrażenie, że romantycznymi zmaganiami są dla premiera tysiące Polaków z białoczerwonymi flagami, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli śpiewają hymn Polski podczas przemarszu konduktu pogrzebowego Prezydenta. Przyznać jednak muszę Premierowi rację co do jednego. Te romantyczne zmagania rzeczywiście są ponad nasze siły: Maria Fieldorf-Czarska, córka generała Augusta Fieldorfa „Nila” (dowódcy Kedywu Armii Krajowej, który został skazany na śmierć w sfingowanym procesie i powieszony przez polski sąd w 1953 roku, zrehabilitowany po 1989 r. i odznaczony Orderem Orła Białego) od 1989 roku próbowała ustalić, gdzie został pochowany jej ojciec i pociągnąć do odpowiedzialności karnej sędziów i prokuratorów - zabójców jej ojca. To romantyczne zmaganie okazało się ponad jej siły. Umarła w listopadzie zeszłego roku. Nikogo nigdy nie skazano i do dzisiaj nie

wiadomo gdzie jest grób generała Nila. Przemówienie Premiera wpisuje się w podejmowaną na różnych frontach próbę przekonania narodu, że trzeba wreszcie przestać przetrzeć w przeszłość i myśleć o historii. W dniu oddania tego artykułu do druku przeczytałem przemówienie ministra Radosława Sikorskiego (Gazeta Wyborcza, 16.03.2010): Patriotyzm nie może być wynikiem martyrologicznej ideologii. Dziś nasze państwo walczy o pozycję na arenie międzynarodowej, a nie o honor, którego nikt nam nie może odebrać. Panie Ministrze, ma Pan rację. Honoru nikt nam nie może odebrać. Honor możemy stracić tylko my sami. Czy zainteresowanie historią jest – jak chciałbym tego Minister Sikorski tylko martyrologicznym fanatyzmem? Warto przypomnieć, że skutki rozbiorów (to wcale nie tak dawne czasy, do dziś żyją jeszcze Polacy urodzeni pod zaborami!), zwłaszcza te ekonomiczne, są odczuwalne do dzisiaj, nie wspominając konsekwencji I i II wojny światowej, zburzenia Warszawy i wymordowania niemal w całości polskiej inteligencji – planu, który z równym zapałem wykonali zarówno sowieci jak i hitlerowcy. Znajomość historii jest niezbędna nie tylko po to, żeby próbować urzeczywistniać ideę sprawiedliwości (m . in. sprawa katyńska czy moralne rozliczenie politycznych zbrodni popełnionych w Polsce po 1945 r.), ale także po to, by podejmować rozsądne decyzje. Tymczasem dzisiaj wszelkie zainteresowanie historią jest przedstawiane jako rzecz niemodna, nieciekawa, niegodna większej uwagi. Wielu chciałaby najchętniej, żeby historia rozpoczęła się po 1945 roku. Najlepiej więc zapomnijmy o agresji Niemiec i Rosji na Polskę, a także o tym, że Zachód bez większych oporów rzucił Stalinowi na pożarcie pół Europy. Są to fakty niewygodne. Stąd po prostu nie na rękę jest, by mówiono o powstaniu warszawskim, czy o działalności państwa podziemnego, bo w ten sposób obnaża się pobawione koszty honoru występki wielkich mocarstw, obrońców wolności. Paniczny wręcz atak na polską tradycję rozpoczął się w czasie żałoby po tragedii smoleńskiej. Pisano, że już dość romantycznej tradycji (romantyzm – słowo non grata, uosobienie zacofania i ciemnoty). Czego się bano? Może tego, że pod pałacem prezydenckim dniem i nocą stali ludzie z obrazami Matki Boskiej, śpiewając Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie… Koniec części pierwszej. Ciąg dalszy artykułu Mateusza Zimnego zamieścimy w kolejnym numerze GoodNews`a.


30.03.2011,

NR

20

WALCZ O ŻYCIE! AKTYWNE DZIAŁANIA ROZPOCZĄŁ PROJEKT OBYWATELSKI MAJĄCY NA CELU ZMIANĘ USTAWY ANTYABORCYJNEJ, A PRZEZ TO ZMNIEJSZENIE LICZBY ZABÓJSTW NIENARODZONYCH W POLSCE. Pajęczanna Jak podają nieubłagane statystyki polskich szpitali, tylko w 2009 roku aż 538 nienarodzonych dzieci zostało poddanych legalnej aborcji, a ponad 500 z nich to ofiary tzw. aborcji eugenicznej – eliminacji dzieci z podejrzeniem choroby. Jest to jeden z przypadków, gdzie prawo polskie dopuszcza legalne usunięcie płodu, tak jak w przypadku ciąży spowodowanej gwałtem, czy poważnego zagrożenia życia matki, kiedy to kobieta może wybrać śmierć nienarodzonego dziecka zamiast własnej. Właśnie przeciwko takim dopuszczalnym a uznawanym w świetle prawa sytuacjom występuje Komitet Inicjatywy Ustawodawczej tworząc obywatelski projekt pod hasłem Wybierz życie!, który zbiera podpisy pod propozycją zmiany ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży.

Akcja Komitetu, której celem jest zebrania 100 tys. podpisów obywateli pod projektem nowej ustawy zakazującej aborcji, daje okazję do refleksji. Czy decyzją człowieka jest pozbawiać niewinnych życia? Czy dziecko, u którego w fazie prenatalnej wykryto chorobę, nawet ciężką, ma zostać usunięte? Czy nie uznajemy go w ten sposób za „człowieka drugiej kategorii” i dopuszczamy prawnie jego śmierć dlatego, że może urodzić się z defektem? Jeżeli kobiecie wyrządzono ogromną krzywdę w postaci gwałtu, to czy należy kontynuować ten łańcuch wyrządzanego zła i zabijać poczęte w ten sposób bezbronne dziecko? Niech opisana akcja stanie się apelem do ludzi sumienia. Naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości. (Jan Paweł II)

Więcej informacji na stronie internetowej www.stopaborcji.pl, gdzie dostępne są także formularze poparcia dla prowadzącego przedsięwzięcie Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej. Na portalu YouTube pod hasłem Ratuj mnie!kampania na rzecz życia można obejrzeć spot promocyjny akcji.

KOPALNIA TALENTÓW WYSOKI POZIOM TO NIE WSZYSTKO. KRAKÓW PEŁEN JEST DOBRYCH SZKÓŁ RYWALIZUJĄCYCH ZE SOBĄ W RÓŻNORAKICH RANKINGACH. W PRACY POZNAŁAM ABSOLWENTÓW WIELU Z NICH. NAJCZĘŚCIEJ MÓWIĄ: „NIE BYŁO TAK FAJNIE JAK SIĘ SPODZIEWAŁEM”, „WYŚCIG SZCZURÓW, JESTEŚ OLIMPIJCZYKIEM ALBO JESTEŚ NIKIM”, „UCZĄ CIĘ TYLKO DO MATURY, TO LICEUM NIE POWINNO NAZYWAĆ SIĘ OGÓLNOKSZTAŁĄCE”. MOJA SZKOŁA BYŁA INNA.

fot. Jerzy

Czam Każdy ma swoją historię o tym, jak tam trafił i skąd o szkole się dowiedział. Mi tata zaproponował to liceum. Czy przekonał go nowy kompleks, czy internat z pełnym wyżywieniem, czy katolicki duch szkoły? Myślę, że opinia jego znajomego. „Syn tam chodzi. Warto.” Z pośród wszystkich dróg ta najczęściej przyprowadzała nowych uczniów na rozmowy kwalifikacyjne. Dobre rzeczy nie potrzebują innej reklamy. I tak poznałam najdziwniejszą mieszaninę charakterów i historii ludzkich. Poznałam przyjaciół na lata. Zamiast uczyć się na pamięć wierszy na akademię, podkładałam utwory Bacha i Rammsteina do filmu nakręconego z klasą na tą okazję. Rozwijałam zainteresowanie teatrem biorąc udział w takich projektach jak trzygodzinna adaptacja „Dziadów”. Zaczęłam się uczyć angielskiego, żeby

po trzech latach zdać maturę rozszerzoną. I, o zgrozo, nawet ja nauczyłam się pływać. Choć byłam ostatnią osobą, która w to wierzyła JA to tak naprawdę kropla w morzu możliwości, które liceum w Piekarach otwiera przed uczniami. Najtrudniej wybrać. Wszystkich sekcji sportowych ja, biedny anty-wuefista, nie jestem w stanie nawet wymienić. Każdy przedmiot, który znajduje więcej niż trzech fanów, na swoje koło. Na stronie liceum zajęcia dodatkowe są podzielone na 8 kategorii, więc oszczędzę Wam listy, wszystkich zainteresowanych odsyłam tam: www.lo.fund.pl . Oprócz tego projekty wymian międzynarodowych, od dwutygodniowych po roczne; młoda kadra, dla której jesteś imieniem i nazwiskiem a nie „tą rudą z 1a”; spotkania ze znanymi ludźmi i dużo więcej.

Dlatego zapraszam wszystkich chętnych na

DNI

OTWARTE LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCEGO W CENTRUM EDUKACYJNYM „RADOSNA NOWINA 2000” W PIEKARACH – 27-28 MAJA. Dla tegorocznych absolwentów gimnazjum przygotowano projekt pięciu klas o różnych profilach: z j. polskim, historią, wos-em i j. angielskim; BIOLOGICZNO – CHEMICZNY z j. angielskim; MATEMATYCZNO – FIZYCZNY z j. angielskim; MATEMATYCZNO – GEOGRAFICZNY z j. angielskim; HUMANISTYCZNY z j. polskim, historią, wos-em i j. niemieckim. HUMANISTYCZNY

Bliższe informacje na temat rekrutacji na stronie liceum oraz w sekretariacie szkoły.


Polonea Student w akcji! KILKA SŁÓW O NOWEJ „RADOSNEJ” INICJATYWIE. I TY MOŻESZ WŁACZYĆ SIĘ DO AKCJI. NIE BÓJ SIĘ. TO NAPRAWDĘ CZYSTY INTERES! Krzychu

Priorytetowym celem Fundacji jest niesienie pomocy studentom, szczególnie zdolnej młodzieży, pochodzącej z niezamożnych rodzin. Co roku mury Centrum Edukacyjnego Radosna Nowina 2000 oraz innych małopolskich szkół średnich, opuszczają błyskotliwi maturzyści. Zdobywanie wiedzy rozpoczynają na uczelniach wyższych całego kraju. Jak wiadomo, samodzielne utrzymanie się nie jest łatwe... a koszty ogromne.

Wspomóż działalnośd Fundacji im. ks. Siemaszki, okaż wsparcie dla polskiej edukacji. Każda, zakupiona butelka wody będzie przeznaczona na pomoc dla zdolnej, a niezamożnej młodzieży akademickiej. Dodatkowo w Krakowie powstaje Lokalne Centrum Dystrybucji Wody. Dzięki temu każdy chętny będzie mógł zdobyd pracę, aby uzyskad środki na

Ogłaszamy konkurs związany z wodą źródlaną Polonea Student!

Zgarnij cenne nagrody! Umieść link www.student.polonea.pl na swoim profilu na facebooku czy na naszej klasie oraz/lub prześlij na adres e-mail student@polonea.pl informację z uzasadnieniem, dlaczego nagroda powinna zostać przyznana właśnie Tobie lub komuś, na kim Ci zależy. Nagrody zostaną wylosowane z pomiędzy osób, które w terminie nie późniejszym niż godz. 24.00 dnia 15 kwietnia 2011 r., wyślą na adres student@polonea.pl e-mail zawierający dane kontaktowe. Nagrodzeni będę mogli skorzystać darmowej dostawy wody, szczegółowo określonej w regulaminieJ Szczegółowy regulamin konkursu jest dostępny na stronie internetowej - www.student.polonea.pl Życzymy powodzenia, Zarząd Studenckiej Sieci Sprzedaży


PIĘKNO SZTUKI KIM JEST ARTYSTA? GDZIE LEŻY GRANICA MIĘDZY SZTUKĄ A KICZEM, DZIEŁEM ARTYSTY A DZIEŁEM SAMEGO TALENTU? CZY MOŻNA BYĆ ODBIORCĄ SZTUKI BEZ WIEDZY NA TEMAT AUTORA, NURTU CZY SAMEJ TECHNIKI? NIE, NIE ODPOWIEM NA TE PYTANIA, BO NIE MA NA NIE JEDNOZNACZNEJ ODPOWIEDZI, ALE OMÓWIĘ TU WŁASNE SPOSTRZEŻENIA NA TEN TEMAT Z PUNKTU WIDZENIA ZWYKŁEGO OBSERWATORA ZACHWYCONEGO NIEKTÓRYMI ARTYSTAMI. DARIUSZ DUDZIK

Istnieją dwa rodzaje sztuki: sztuka rzeczowa, w której autor przekazuje jakąś myśl, spostrzeżenie oraz sztuka duchowa, gdzie artysta przekazuje siebie, swoje uczucia, emocje, własną wizję rzeczywistości. Skupię się na tym drugim rodzaju sztuki. Pewnego pięknego poranka przechadzałem się po krakowskim rynku. Dzień jak co dzień: gołębie, konie, ludzie, a słońce praży w głowę, "natomiast niebo jest przy tym niebieskie". Jest pięknie - KOCHAM KRAKÓW, tu można odpocząć od wiejskich smrodów. Grupka ludzi skupiona wokół innej osoby. Podchodzę i widzę człowieka malującego sprayem obrazki o kosmicznej tematyce. Robił to sprawnie, technikę opanowaną miał do perfekcji. Bardzo ładnie tworzył, ludzie zachwycali się jego talentem. Od tamtej pory zacząłem się zastanawiać, gdzie leży granica między artyzmem a talentem? Czy to, co robił ten człowiek, można nazwać sztuką? Już wtedy wiedziałem, że do sztuki po-

trzeba czegoś więcej, nie tylko talent u i pasji. Artysta to przede wszystkim człowiek bogaty wewnętrznie, który dzieli się tym bogactwem. Najczęściej nie jest on w pełni rozumiany. Przyczyną niezrozumienia może być prymitywizm odbiorcy bądź też prostota materiałów, z których przekaz jest zbudowany. Jak za pomocą farbek lub pióra oddać to, czego nie potrafią opisać słowa, a rozum wyobrazić? Weźmy pod uwagę malarstwo. Artysta może wyrażać siebie poprzez rzeczy i sytuacje, jakie tworzy; "Maluję świat takim, jakim chciałbym, aby był"* , bądź przez bezpośrednią wizualizację uczuć, wyrażoną w plamach, kolorze, czy też bardziej przypominające rzeczy, materialne kształty. Rattner, jeden z nielicznych, wysoce uduchowionych malarzy, tak mówi o malarstwie: Fakty materialne nie są najważniejsze: obraz powinien być przesycony uczuciami malarza, jego miłością,

pasją, wyobraźnią, krótko mówiąc jego duchem. (...) obraz [wówczas] żyje jako pewna jednostka. Jak dostrzec w obrazie wnętrze artysty? Jak czytać jego dzieło? Stojąc przed obrazem, po pierwsze, nasz wzrok musi być w odległości wyciągniętej ręki, nie dalej, nie bliżej (chyba, że jest to wyjątkowo duży obraz), tak jak go widzi malarz w chwili tworzenia. Niezwykle ważną rzeczą, na którą trzeba zwracać szczególną uwagę, jest kolor. Dlaczego? Kreska jak kreska, trójkąt jest zawsze trójkątem, kształty mogą się powtarzać. Barwa natomiast jest czymś niepowtarzalnym, tak jak linie papilarne. Doskonale znamy dzieło Warhola, na którym widnieją podobizny Marilyn Monroe, każda w innym kolorze, wzbudzająca u widza odmienne wrażenie. To kolor ukazuje, w jakim stanie duchowym był artysta; malując obraz sprawia, że przybliża nas lub oddala od niego. Jest ciepły, przyjazny lub chłodny, umiarkowany. Inną ważną kwestią jest kompozycja, w której dominuje ruch bądź statyczność. Taki przykład: trójkąt namalowany tak, by podstawa była pozioma, a wierzchołek skierowany ku górze, sprawia wrażenie nieruchomego, natomiast gdy go narysujemy ukośnie, nabiera dynamiki.

www.abstract-art.com

W muzyce lub w malarstwie nie ma „brzydkich dźwięków" ani „dysonansów" - każdy ton i współbrzmienie są piękne, kiedy są rezultatem wewnętrznej konieczności.”** Dla zwykłego obserwatora obraz jest ładny, brzydki bądź "interesujący" - gdy nie wiemy co o nim myśleć, a nie chcemy wyjść głupio w towarzystwie. Bardzo

przydaje się tu wiedza o artyście, Wassily Kandinsky Transverse Line (1923)


30.03.2011,

NR

20

ponad materialną rzeczywistość, natomiast co robi większość ludzi? "Modli się by spadł". Dlaczego Ikar spadł do morza? Bynajmniej nie dlatego, że słońce stopiło mu wosk w skrzydłach, ale dlatego, że nie dostosował się do odgórnie narzuconych reguł. Nasza wolność może iść tak daleko, jak daleko sięga uczucie artysty. Dopiero z tego punktu widzenia widać, jak ogromnie ważne jest pielęgnowanie tych uczuć. Muzyka jest tą formą sztuki, w której dzieła nie sposób ogarnąć w całości w jednej chwili. Trzeba po kolei wychwytywać każdy ton, każdą nutę zagraną zwykle przez kogoś innego niż twórcę. Kompozytor -> wykonawca -> odbiorca. Najczęściej taka zachodzi relacja, w której widzimy, że jakość wykonania bardzo wpływa na sposób odbioru . O ile malarstwo skupia myśli, kieruje wzrok, o tyle muzyka ogarnia, otacza. Można ją chłonąć, przetwarzać, wypuszczać. Polecam tu szczególnie Debussy'ego. Jego harmonia, spokój są wprost nie do opisania. W dzisiejszych czasach na muzykę patrzymy pod innym kątem niż to było kiedyś,

www.affordableart101.com

którą można czerpać z fachowej literatury lub od znawców sztuki. Jeśli wiemy, że był silnie uduchowiony, możemy być pewni, że jego obraz niesie w sobie pewną jego cząstkę, nad którą warto przez chwilę się zastanowić. Maeterlinck, mówi: Nie ma niczego innego na świecie tak bardzo łaknącego piękna i tak bardzo pod jego wpływem rozkwitającego, niż ludzki duch... Dlatego pewnie nikt na ziemi nie potrafi oprzeć się urokowi duszy oddanej pięknu. Nie można tylko posiadać w sobie wrażliwości na piękno. Trzeba tą wrażliwość pielęgnować, rozwijać, poszerzając wiedzę o otaczającym nas świecie i ludziach, o ich wnętrzu. Zjawiska, wydarzenia, sytuacje są tylko formą, w której się znajdujemy, dopasowując się do niej, bądź wykraczając poza nią. Artysta jest człowiekiem, który jest nienormalny na tle otaczającego go społeczeństwa, który chce wyrazić siebie poprzez rzeczy, które tworzy. Który będąc człowiekiem wolnym duchowo, jest najczęściej człowiekiem uwięzionym w ścianach niezrozumienia i pustki go otaczającej. Chce wznosić się

Abraham Rattner Fire (1937)

zanim radio przejęło kontrolę nad tą dziedziną, narzucając swoje własne konwencje. Na muzyce zna się każdy. Znajomość ta polega często niestety jedynie na kierowaniu się własnym gustem. Lubię/ nie lubię, więc ta muzyka jest dobra/niedobra. Nie można oceniać utworu po tym, co się słyszy, tylko po tym, czego się słucha. Niekiedy potrzeba czasu, kilku odsłuchań, by móc stwierdzić, czy coś jest dziełem artysty, czy po prostu produktem na sprzedaż. Mówię tu nie tylko o utworach klasycznych, ale też o piosenkach popkulturowych. Człowiek nie mający w sobie muzyki, Którego nie wzrusza słodycz zgodnych tonów, Jest zdolny do zdrady, rozboju, do podstępu, Poruszenia jego zmysłów są jak noc głuche, Pragnienia mroczne jak Ereb: Nie wierz żadnemu z nich! - Wsłuchuj się w muzykę!

(Shakespeare)

*William Wharton

**Wasyl Kandyński

www.artespain.com

W swoich rozważaniach na temat malarstwa i muzyki opierałem się zasadniczo na książkach: O duchowości w sztuce W. Kandyńskiego, Pamiętać, by pamiętać H. Millera oraz twórczości pisarskiej W. Whartona.

Andy Warhol Marylin Monroe (1960)


ZNANE I CHĘTNIE ROZPOWSZECHNIANE STEREOTYPY NA TEMAT FRANCUZÓW: NIE CHCĄ MÓWIĆ PO ANGIELSKU, NIE LUBIĄ AMERYKANÓW, TOLERUJĄ ZDRADĘ I WCIĄŻ WOŁAJĄ SACRE BLEU! ILE W TYM PRAWDY? Pajęczanna

Podręczne francuskie mądrości Laisser conduire à Paris sa voiture à sa femme, c'est vouloir soit une autre voiture, soit une autre femme. [Paul Guth]

Pozwolić swojej żonie prowadzić twój samochód w Paryżu, oznacza chcieć albo innego samochodu, albo innej żony. [Paul Guth]

La Côte d'Azur est la serre où poussent les racines. Paris est la boutique où on vend les fleurs. [Jean Cocteau]

Lazurowe Wybrzeże jest szklarnią, gdzie rosną korzenie. Paryż jest sklepem gdzie sprzedajemy kwiaty. [Jean Cocteau]

iStockphoto.com

Tłum. Czam

iStockphoto.com iStockphoto.com

Wyjątkowy zjazd W 2003 roku grupa francuskich wiosek, o śmiesznych lub ordynarnych nazwach zorganizowała spotkanie „miejscowości o nazwach poetyckich lub zabawnych”. Odbyło się ono w osadzie Mingecobs (jedz cebulę), a przybyli na nie przedstawiciele miejscowości o nazwach takich jak Saligos (brudna świnia), Beaufou (piękny szalony) i Cocumont (wzgórze rogacza). Organizatorzy liczą na przyłączenie się również Trecon (bardzo głupi) i Montcuq (mój tyłek).

Dla smakoszy Francuzi słyną ze swojego wyszukanego smaku kulinarnego i dzięki temu niemal do rangi symbolu Francji urósł ślimak, popularny jako potrawa od XIX wieku. Ślimaki przyrządza się z masłem, czosnkiem i natką pietruszki. Skonstruowano nawet specjalne talerze z zagłębieniami na ślimaki oraz szczypce, w których trzyma się gorącą muszlę, dzięki czemu można nadziać ślimaka na dwuzębny widelec. Ale zanim trafią na talerz ślimaki muszą zostać poddane przynajmniej 10-dniowej głodówce, aby ich organizm oczyścił się z pozostałości pokarmów liści, które mogłyby okazać się trujące dla człowieka. Następnie poddaje się je potrójnemu płukaniu: oczyszcza się zewnętrzną część ślimaka, za pomocą octu i soli oczyszcza się jego wnętrze oraz kąpie się mięczaka w czystej wodzie. Po tych zabiegach ślimaki zostają obgotowane, schłodzone, wyjęte ze skorupek, następnie gotuje się je w odpowiednio przyprawionym wywarze. Ostudzone wkłada się z powrotem do wysterylizowanych skorupek. Tak przygotowane ślimaki, posmarowane masłem czosnkowym, można już podawać. Pogromcy mitów Jak naprawdę ma się sprawa z francuskimi romansami, zdradami i brakiem gościnności? Otóż nasze wyobrażenie o Francji często zdecydowanie mija się z prawdą. Miliony Amerykanów przyjeżdża rocznie do Disneylandu i są ciepło przyjmowani przez miejscowych. Wyrażenie Sacre Bleu! jest tylko wytartym zwrotem ulubionym przez pisarzy i używanym najczęściej do podkreślenia francuskiego klimatu wypowiedzi bohaterów, jednak na ulicy jako delikatny wyraz zdziwienia usłyszymy raczej O mon Dieu! Mieszkańcy Francji także nie zdradzają tak często jak zwykliśmy o nich myśleć– według badań tylko 7% z nich przyznaje, że będąc w stałym związku pozwolili sobie na skok w bok. Co do obycia z językiem angielskim, sytuacja ma się podobnie jak w większości zachodnich krajów: nauka tego języka jest prowadzona od wczesnych lat szkolnych i angielski nie jest w żadnym razie językiem marginalizowanym. Jednak Francuzi są bardzo przywiązani do swojej ojczystej mowy (bo warto tu przypomnieć, że jeszcze sto lat temu to francuski a nie angielski był językiem międzynarodowej polityki i wielkich salonów elity) i jeśli nie są wyraźnie do tego zmuszeni to zdecydowanie wolą unikać języka angielskiego.


30.03.2011,

NR

www.gooral.net

20

Folklor - możliwe, że na dźwięk tego słowa wierzgniesz w odruchu sprzeciwu. Ale jeśli szukasz w muzyce czegoś dobrego, czegoś świeżego i ożywczego, a zarazem mocno usadowionego w naszych sercach, musisz poznać Goorala. ŁABI & ZASTI Gooral to nie muzyka wykonywana przez chłopa tworzącego z innych powodów niż nadmiar talentu… To artysta, który z ludowości czyni nowoczesną sztukę. Oczywiście góralszczyzna wciąż najbardziej kojarzona jest z folklorem i w dalszym ciągu obecną w górach muzyką ludową. Bracia Golec czy Zakopower udanie mieszają swa muzykę z popem, zahaczając o disco. Jednak na drugim biegunie mamy muzykę Mateusza Górnego. Jest masa świetnej muzyki, czerpiącej z tak zwanych źródeł. Sięgającej po dawne klimaty, rozwiązania aranżacyjne, odkopującej zapomniane instrumenty, sposoby grania na nich czy dawne metody śpiewu. Mówią o niej folk, etno, czy też world music. Mateusz Górny, szerzej znany jako Gooral, pochodzi z Bielsko-Białej. To właśnie tu powstał, z miłości do szeroko rozumianej w tamtych czasach muzyki

techno, jego pierwszy, krótko żyjący muzyczny projekt Ethno Elektro. Większy rozgłos przyniosła mu współpraca z Maciejem Szymonowiczem, z którym to założył Psio Crew, czyli elektro góralską kapelę, której ideą było łączenie góralszczyzny z d'n'b, hip hopem, nujazzem, dubem. Po pięciu latach współpracy, w 2007 roku, wydali jedyny album Szumi Jawor Soundsystem. Płyta przyniosła świetną mieszkankę góralszczyzny z techno, hip hopem, muzyką klubową czy chilloutową. Doprawdy, muzyka dla każdego i w każdym wieku. W 2008 roku Gooral opuścił Psio Crew, rozpoczynając wędrówkę muzyczną. Zaczynał od występów solo, natomiast obecnie występują z nim: Tomasz Jabko Łapka (skrzypce), Stanisław KarpielBułecka (wokal) i Michał Kopa Kopaniszyn (vizual art). Mieszanka ta daje wybuchowe połączenie ludzi z różnych kultur i różnych miejsc. Gooral sięga po góralskie klimaty i przyśpiewki, mieszając je z dźwiękami syntetyzatorów. No-

we brzmienia są tworzone o stare, ludowe klimaty. Odtwarzając dźwięki spod turni, przyśpiewki niczym z Janosika, nie pozwala nam zapomnieć, że żyjemy w XXI wieku. Jak mówi sam o sobie, jest producentem, generatorem dźwięków i prekursorem łączenia electro, dubstepu i d’n’b, house z góralszczyzną. Łącząc style, tworzy dźwięki blisko natury. Najpełniejszym podsumowaniem Goorala są jego słowa: „W oldschoolu trwam, nowego szukam”. Gooral ma w dorobku m.in Machinera za najlepszy debiut, nominacje do Fryderyków, wygraną na Radio Waves Festiwal i udźwiękowienie filmu Franka Hurleya "South" z 1919 roku. 2 lipca usyszymy go na World Stage na Open’er Festival 2011! Muzyka klubowa z góralszczyzną? Gooral to przykład, że mieszanka połamanych brzmień i folku może znakomicie ze sobą współgrać.

Dwa dni pod znakiem krakowskich amatorskich grup teatralnych to okazja do zapoznania się, ze współczesną młodzieńczą wizją świata, ich interpretacją rzeczywistości i sposobami wykorzystywania tworzywa teatralnego. Maraton nie jest konkursem, jego ambicją jest prezentacja dorobku krakowskich amatorskich grup teatralnych, wyławianie talentów, upowszechnienie twórczych inicjatyw, wymiana doświadczeń oraz promowanie teatru, jako sposobu na wyrażanie przez dzieci i młodzież własnych emocji. Organizatorem Maratonu jest Młodzieżowy Domu Kultury „Dom Harcerza” im.

prof. A. Kamińskiego w Krakowie, który wraz z Teatrem Lalki, Maski i Aktora GROTESKA od wielu lat propaguje edukację teatralną wśród dzieci i młodzieży.

ski i Aktora GROTESKA przy ulicy Skarbowej 2, w dniach 19 – 20 kwietnia 2011 roku, będą miały charakter otwarty i nie będą biletowane.

Krakowski Maraton Teatralny objęty jest honorowym patronatem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Prezentacje w ramach Krakowskiego Maratonu Teatralego odbędą się w Teatrze Lalki, Ma-

Więcej informacji na stronie: www.krakowskimaratonteatralny.mdklotnicza.pl. Zapraszamy serdecznie całe rodziny. Bogumiła Górecka Koordynator Maratonu


Opowiadanie w odcinkach

Słońce powoli zasypia. Chowa przed nami wszystkie blaski dnia, powoli rozlewając się w kolorowy płaszcz ostatnich promieni dnia, by na końcu przykryć nas cieniem nocnego nieba. Gdzieś w tle słychać cichutką melodię, która ma odstraszać złe myśli, odgonić pustkę i ciszę, sprawiać wrażenie, że nie jestem tak bardzo samotna jak czuję. Fakt, że nie spełnia swojego zadania w żadnym stopniu byłabym nawet gotowa pominąć, gdyby nie to, że szybko okazuje się być ogromnie przygnębiająca. Kasuję kolejne wiadomości, od nic dla mnie nieznaczących ludzi, próbując nie słuchać odbijających się od pustych ścian słów i melodii które, choć piękne, ranią boleśnie. "Chwyć mnie nawet, jeśli wiem, że odchodzisz" Zastanawiam się, dlaczego nie potrafię teraz wstać i zwyczajnie odejść. Dlaczego katuję się kolejnymi wersami spokojnie płynącej muzyki? Skąd ten brak sił? Skąd ten nowy ból, tak nieznośny? Ciężar moich wspomnień staje się nie do zniesienia. Tak trudno, po dzisiejszym dniu uśmiechnąć mi się równie szeroko i szczerze, na widok rozbawionej twarzy Rona, patrzącego na mnie ze zdjęcia ozdobionego ciemną ramką. W końcu jego twarz całkiem rozlewa się wraz z kolejna partią łez. Już nie potrafię się z nimi rozstać. "Proszę, nie odchodź, zostań jeszcze choćby jeden moment..." - słyszę kolejne słowa, nucone ze smutkiem. I już nie daję rady. Przed oczami widzę serię obrazów, jakbym oglądała album pełen zdjęć wysypujących się z powodu braku miejsca. Widzę tą rażącą niesprawiedliwość, która tak doszczętnie zniszczyła moje marzenia i myśli. Czuję całą gamę najróżniejszych złych emocji, które próbują wydostać się z mojej głowy, z mojego serca. Ogarnia mnie wściekłość, jakiej nigdy nie czułam, obezwładniająca furia gnana niezaprzeczalną chęcią zemsty, na każdym drobnym szczególe, który śmie mi przypominać tylko o tym, że już do końca życia będę sama, mając na pociechę tylko wspomnienia. Z potworną złością zaczęłam rzucać tym, czym tylko się dało, chcąc zdemolować wszystko wokół tak, żeby wreszcie pasowało do tego, co czuję.

Uspakajam się dopiero, kiedy w ferworze wściekłości zauważam nasze ostatnie zdjęcie przedarte na dwie, nierówne części, zostawiając mnie samej sobie. I jakby chłodny jesienny wiatr przybył znów tylko po to, by mi przypomnieć, że nic nie znaczę. Znów brak mi sił na cokolwiek poza płaczem. Nie opieram się dłużej jedynemu, co mi wychodzi dobrze od śmierci Rona. A cisza jest. Tutaj obok, wokół mnie. Ponownie, niestrudzenie, daje znak, podpowiada: "Rona już nie ma i nie będzie" szepce cichutko do ucha tak, że niemal mam pewność, że się przesłyszałam. Wypełnia ona teraz cały mój świat, jest w każdym miejscu, tylko nie w moim umyśle. Myśli ciągle nie dają szansy przetrwania. Chcę wreszcie umrzeć, by nie czuć nic, być wiatrem biegnącym przez pola, nie znającym czasu, być wesołym deszczem przynoszącym smutek, lekkim obłoczkiem wędrującym po świecie, bez myśli. *** Zamykam spuchnięte oczy. Tak bardzo chcę teraz przypomnieć sobie jego twarz, dotknąć jej delikatnie opuszkiem palca, żeby tylko nie zniknęła; poczuć jego zapach tuż obok, żeby nie czuć tego chłodu; poczuć smak jego ust na własnych, żeby przeżyć, na nowo odkryć życiodajną nadzieję. Widzę go, tak jak dawniej, lekko zamyślonego, zadowolonego, uśmiechającego się uroczo, tak jak tylko on jeden na całym świecie potrafi. Przywołuję to wspomnienie nie chcąc nigdy więcej zapomnieć. Otwieram oczy i pozostaje mi już tylko lekkie wspomnienie słów wypowiedzianych, kiedy ostatni raz się widzieliśmy. Ostatnich słów, jakie do mnie wypowiedział, choć przecież miał wrócić i wyszeptać jeszcze wiele pięknych myśli... "Zaraz wrócę, obiecuję!" - oznajmił i dodał ciepło - "Kocham Cię, Remy." *** Jest już środek nocy? Chyba już był. Godzinę, czy dwie temu... co za różnica. Nie, przecież to nie ma znaczenia. Ciii...nie mów już nic. P.S.


30.03.2011,

NR

20

KIEDY WYDAWAŁO SIĘ, ŻE LIMIT NIESZCZĘŚĆ PRZYPISANYCH JEDNEMU SKRAWKOWI ZIEMI DEFINITYWNIE SIĘ WYCZERPAŁ, ZROZUMIELIŚMY, JAK BARDZO SIĘ MYLILIŚMY. szary Dziesięć dni po pożarze kościoła i klasztoru w Alwerni zdarzył się tragiczny wypadek. Ciągle jeszcze żarzące się zgliszcza mogły wywołać drugi pożar. 16 marca, ok. 21.30, po zauważeniu dymu, jednostka OSP w Alwerni niezwłocznie rozpoczęła akcję gaśniczą. Podczas wykonywania swoich obowiązków komendant alwernijskich ochotników spadł z wysokości kilku metrów na dziedziniec klasztorny (tzw. wirydarz). Mimo długiej reanimacji nie udało się uratować jego życia. Trzy dni później zmarłego na służbie komendanta żegnała cała parafia oraz najwyższe władze regionu i niekończący się pochód druhów strażaków. Prezydent Polski, Pan Bronisław Komorowski odznaczył pośmiertnie śp. Jerzego Wojtonia Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Sytuacja nadal jest trudna. Ojcowie Bernardyni, nie mogąc zamieszkać w klasztorze korzystają z gościnności parafian. Mimo odbiegających od normy warunków wszyscy starają się, aby parafia funkcjonowała normalnie. Przez 24 godziny na dobę ochotnicza straż obywatelska pełni wartę przy klasztorze. Wierzymy, że Bóg z największego zła potrafi wyciągnąć dobro i ta wiara dodaje nam sił. Wiemy już, że cudowny obraz Pana Jezusa „Ecce Homo” nie ucierpiał w czasie pożaru. Cieszymy się z każdego nawet najmniejszego daru ofiarowanego na odbudowę kościoła i klasztoru. Dziękujemy za wsparcie i z pokorą prosimy o dalszą pomoc.

szary

Odcinek 7: Najtrudniejsze Napiłbym się jeszcze, a Ty? – Starzec spojrzał na mnie przymilnie. Zrozumiałem, że mam wstać i nastawić wodę na kolejną filiżankę herbaty. Kiedy podszedłem do kredensu on westchnął głośno: Karolu, Karolu… hmmm… Są dwa gesty, które wyjątkowo rzadko wykonuje dzisiejszy człowiek: podziękowanie i szczera pochwała. Za dużo zawdzięczamy samy sobie, żebyśmy mogli rozdrabniać się na uwielbianie innych. Zapytasz, co to ma wspólnego z mszą? A ma, i to dużo, mój drogi. Jednym z częściej przesypianych momentów podczas mszy jest hymn uwielbienia. W niedziele i uroczystości kapłan intonuje: Chwała na wysokości Bogu! To stary i piękny hymn. Tę pieśń śpiewali wobec pasterzy aniołowie, kiedy zwiastowali pasterzom narodziny Zbawiciela. Musiał być koncert – Gospel się chowa! Już od pierwszych wieków

chrześcijaństwa hymn ten był śpiewany przez Kościoły wschodnie, a następnie przyjął go i Zachód. Podczas następnej Eucharystii postaraj się wsłuchać w jego tekst. Jest przesiąknięty uwielbieniem, oddaniem i dziękczynieniem. W naszej modlitwie często posługujemy się schematami. Nieraz pozostają one niezmienione od słodkich czasów dzieciństwa. A przecież w sferze ducha powinniśmy rozwijać się tak samo jak w sferze ciała i intelektu. Od początku życia jesteśmy przyzwyczajeni prosić. To naturalne. Rodzimy się słabi, wszystko co mamy dostajemy od rodziców. Kiedy dorastamy uczymy się przepraszać za błędy i dziękować za okazane dobro. O ile o pierwszej postawie nigdy nie zapominamy, o tyle z dwoma kolejnymi gestami jest odwrotnie. A gdzie tam jeszcze myśleć o chwaleniu kogoś! To wszystko przekłada się na nasze relacje z Bogiem. Często wyciągamy do Niego ręce, ale niestety za rzadko by Go uwielbić. Uwielbienie jest najwyższą formą modlitwy. To modlitwa Nieba.

W Obliczu Boga nie będziemy już o nic prosić. Pozostanie tylko uwielbienie i dziękczynienie. Być może zastanawiasz się za co masz dziękować. Choćby za to, że Bóg rzeczywiście jest, że nasze życie ma sens, że istniejesz, a Bóg nieustannie stwarza Ciebie i wszystko co widzisz. Dziękuj za zbawienie, za miłość i wszystko, co spotyka Cię na co dzień. Tomasz Kempis napisał: Bądź wdzięczny za dar najmniejszy, a staniesz się godnym otrzymać większe. Pamiętaj o tym, kiedy następny raz usłyszysz ten hymn. Być może i Ty wreszcie go zaśpiewasz?


GoodNews 20  

Dwudzieste wydanie czasopisma GoodNews. Serdecznie zapraszamy do lektury!

Advertisement