Issuu on Google+

Mapa w sercu ukryta... Face to face with Poland Bilbordowe szczęście

PONADTO W NUMERZE:

PIÓRA W DŁOŃ! KRAKÓW STOLICĄ LITERATURY CO LUBIĄ TYGRYSKI? MATEMATYKA - TO LUBIĘ! ZAMASKOWANY PÓŁMETEK

17. 11.2010,

NR

7


STR.

2

redakcjagoodnews@gmail.com

Redagowanie szkolnej gazetki to inicjatywa zwykle skazana na niepowodzenie. Na początku entuzjazmu jest co niemiara. Któż z nas nie marzył kiedyś o karierze dziennikarza? Później jednak każdy ma „ważniejsze” sprawy na głowie i cała akcja kończy się fiaskiem. Nie dawano nam większych szans na przetrwanie. Bo trudno jest pogodzić obowiązki na studiach z wydawaniem tygodnika. A przede wszystkim dlatego, że nie jesteśmy już uczniami LO w Piekarach. Mimo to postanowiliśmy podjąć się tego zadania. Chociaż od naszej matury minęło już sporo czasu, to nie chcemy się rozstawać z Radosną. Zależy nam, aby poznawać nowe roczniki. Interesują nas inicjatywy, które podejmujecie, cieszymy się Waszymi sukcesami. Prawdą jest, że gdy kilka lat temu całkiem nieśmiało po raz pierwszy przywdziewaliśmy słynne piekarskie „reboki” starsi koledzy niejednokrotnie służyli nam radą i pomocą. Dziś nasza kolej.

Trzymacie w ręku siódmy numer „GoodNewsa”. Znajdziecie w nim zarówno rubryki stałe („Relacja GN”, „Głos w sprawie”, „Moje studia”, „Boże bliski”), jak również tematy bieżące. Naszym dążeniem jest zwrócić Waszą uwagę na wydarzenia, miejsca i ludzi, które Was otaczają. Niemniej jednak naszym priorytetem jest dać WAM przestrzeń do zabrania głosu, prezentowania poglądów czy dzielenia się talentami. Chcielibyśmy, aby „GoodNews” stał się swoistym forum, które będziecie aktywnie współtworzyć.

Pióra w dłoń i do dzieła!

Zespół redakcyjny: Marcin Sawczak: marcin-sawczak@wp.pl Jakub Biel: kubabiel@interia.eu Roman Klin: .roman.polaco@hotmail.com

TO MIEJSCE CZEKA NA TWOJE IMIĘ!!! NAKŁAD: 70 egzemplarzy GOODNEWS


17.11.2010,

NR

7

STR.

3

żemy być zamknięci na zachodnie wzorce, bo nasz narodowy skarb dopiero wtedy zostanie zalany przez wielka papkę zachodnich maszynek do robienia pieniędzy opakowanych w jakże atrakcyjne pstrokate pudełeczka. Nie znaczy to jednak, że możemy zmieniać oblicze muzyki Chopina, bo w takim wypadku, za lat 40 będzie on się kojarzył bardziej z wygolona głowa i tatuażem niż pięknem i subtelnością muzyki.

Chopin - nie Chopin Jest już wszędzie: w telewizji, w supermarketach, na ulicach i na naszych lodówkach. W tym roku nakłady na promocje roku Chopinowskiego pochłonęły setki tysięcy złotych. Genialnego artystę kreuje się na ubraną w dres ikonę pop kultury. Czy za rozpowszechnianie postaci Chopina warto płacić tak wysoką cenę, jaką jest spłycenie jego muzyki do gustów mas? Do młodzieży próbuje dotrzeć się dziś poprzez kontrowersyjny plakat z ogoloną głową i tatuażem z napisem Chopin. Znawcy Muzyki i życia artysty zadają sobie jednak pytanie - ile pozostało ze starego, prawdziwego Chopina dziś, kiedy grane są jazzowe, noisowe, elektroniczne przeróbki i remiksy genialnych utworów? Prawdziwe piękno muzyki pianisty z Żelazowej Woli tkwi w jej detalach, ćwierćnutowych niuansach gdzie każdy dźwięk ma swoje miejsce i pociąga za sobą lawinę emocji. Nie mo-

Jak powinna zatem wyglądać promocja Chopina w mieście? Niech rozpowszechniana będzie jego muzyka a nie jedynie twarz na której buduje się markę Made in Poland. Wzorem Warszawy powinny i w Krakowie pojawić się miejsca, w których można posłuchać mistrza, np. choćby grające ławeczki. Jedna, surowa budka z muzyka postawiona w jednym z najgwarniejszych miejsc to za mało aby przyciągnąć przechodniów. Gdyby pieniądze wydane na plakaty zainwestowano w zrobienie kompilacji najlepszych utworów tego artysty, mnóstwo osób mogłoby za symboliczna cenę nabyć płytę z jego muzyką. Chorobliwa chęć wypromowania wizerunku Polski zagranicą sprawia, że zamiast dbać o nasze dziedzictwo, spłycamy je, ślepo kierując się zachodnimi wzorcami. roman.polaco


STR.

4

Czy Polakom zależy jeszcze na wyjaśnieniu przyczyn katastrofy smoleńskiej? W Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku zginęła znaczna część polskiej elity politycznej, działacze społeczni, generalicja polskiego wojska, duchowni, weterani walk o niepodległość. Zginał prezydent Rzeczypospolitej Polskiej razem z małżonką a także ostatni prezydent na uchodźctwie. Ten, który przekazał w 1990 roku insygnia prezydenckie II Rzeczypospolitej, wśród nich insygnia Orderu Orła Białego i Orderu Odrodzenia Polski, wybranemu w wolnych wyborach Lechowi Wałęsie. Zginęło 96 osób! Byli to ludzie, którzy tworzyli historię wolnej Polski – reprezentowali różne generacje, opcje polityczne. Ich sukcesy były wielokrotnie sukcesami całego narodu polskiego. Byli to świetni urzędnicy, żołnierze, duchowni a także przyjaciele… Jest to przykre, ale wydaje się, że polskie społeczeństwo przechodzi do codzienności wobec tej straszliwej tragedii. Niewiele osób ma odwagę zadawać pytania o przyczyny katastrofy i jej konsekwencje. Media zamilkły. Rzadko pojawiają się jakiekolwiek materiały podejmujące ten temat. Minęło 7 miesięcy – czy wiemy więcej? Czy któryś z wątków został wyjaśniony do końca? A wreszcie,

GOODNEWS

czy śledztwo prowadzone jest w sposób rzetelny i dający gwarancję pewnych ustaleń? W każdym państwie o zdrowej demokracji, taka tragedia wywalałaby polityczne trzęsienie ziemi. Tymczasem w Polsce uważa się, że wspominanie o katastrofie jest niepotrzebne, zwłaszcza w kontekście zaufania do prowadzonego przez władze rosyjskie śledztwa. Uważa się, że dociekliwość może zaszkodzić naszym stosunkom… Czy to może być powód, dla którego przestaniemy poszukiwać odpowiedzi na pytania o przyczyny katastrofy i przystaniemy tylko na obietnice rzetelnego śledztwa? Pytań jest wiele – niestety z biegiem czasu będzie coraz trudniej na nie odpowiedzieć. Przykre jest, że nawet przedstawiciele naszych władz podają informacje, które najdelikatniej można określić, jako mijające się z prawdą, a co najmniej sprzeczne... Skandalem jest, że premier polskiego rządu sugeruje, że rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej chcą się z nim spotkać w sprawie roszczeń finansowych wiedząc dobrze, że chodzi o postępy śledztwa…


17.11.2010,

NR

7

Trudnym do zrozumienia jest stosowanie w śledztwie metody badania konwencji chicagowskiej, która dotyczy przede wszystkim lotów cywilnych… Tymczasem istnieją umowy dwustronne z Federacją Rosyjską pozwalające na powołanie wspólnej komisji… Wspólne relacje z Federacją Rosyjską można zbudować jedynie na prawdzie, następnym kro-

kiem jest wzajemne zaufanie. Gdy nie ma prawdy, nie będzie zaufania. Dlatego tak ważnym jest stanowisko rządu rosyjskiego w kwestii zamordowanych polskich oficerów na Wschodzie. Tak mówił ŚP. bp. Polowy WP Tadeusz Płoski, w Katyniu w 2009 r. „Pojednanie polsko - rosyjskie wymaga poszanowania historycznej prawdy. Nie wolno jej przemilczać ani nią manipulować. Należy potępić wszelkie próby fałszowania historii. Tu od pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, apelujemy do wszystkich ludzi dobrej woli w Federacji Rosyjskiej o wspólne, solidarne działania na rzecz ujawniania i potępienia zbrodni czasów stalinowskich. Każda zbrodnia jest wykroczeniem przeciwko prawom Bożym i ludzkim, o żadnej nie wolno milczeć. Bo na zbrodni można zbudować tylko niesprawiedliwość i nieprawość.” Niechęć w przyznaniu oczywistego faktu, iż zbrodnia w Katyniu była ludobójstwem każe pytać, czy we wzajemnych relacjach możemy sobie ufać. Znamienne jest przejmujące przemówienie pożegnalne ministra z Kancelarii Prezydenta – Macieja Łopińskiego, wygłoszone 17 kwietnia tego roku, na placu Piłsudzkiego w Warszawie. Przypomniał on słowa Lecha Kaczyńskiego z dnia sprzed katastrofy, gdy pracował nad ostateczną wersją swojego przemówienia. Prezydent zwrócił uwagę, że „prawda o Katyniu jest fundamentem wol-

STR.

5

nej Rzeczypospolitej, tak jak katyńskie kłamstwo było fundamentem PRL-u”. Ciężko będzie budować jakąkolwiek współpracę opartą na wzajemnym zrozumieniu bez prawdy historycznej… Oddanie śledztwa rosyjskim służbą, które są przedstawicielami państwa zaprzeczającego uznanym faktom historycznym, państwa które ciężko określić mianem demokratycznego, w którym elitę władzy tworzą bezwzględni pracownicy tajnych agencji, gdzie, w zasadzie nie ma wolnej prasy, każe pytać o racjonalność takiej decyzji… Mam jednak wielką nadzieję, że poznamy przyczyny katastrofy. Liczę, że przedstawiciele państwa staną na wysokości zadania i nie poprzestaną na obietnicach działań. Tutaj też się przestrzeń działania dla społeczeństwa. Trzeba dojrzeć do rozliczania polityków po wynikach ich działań a nie po składanych przyrzeczeniach. Oby na naszej scenie politycznej nie brakowało trudnych pytań, merytorycznej debaty i dalekosiężnego myślenia. Pytania trzeba zadawać, nie wolno być obojętnym. Takiej postawy pozostaje nam sobie życzyć w kontekście Narodowego Święta Niepodległości. Marek Kamionka 3 grudnia 2010 roku, w godzinach od 15.00 do 19.30 w Audytorium Maximum, przy ul. Krupniczej 35 odbędzie się konferencja naukowa "Po smoleńsku. Stosunki polsko-rosyjskie". Jej zasadniczym celem jest próba określenia znaczenia katastrofy prezydenckiego samolotu, do jakiej doszło pod Smoleńskiem, dla wzajemnych stosunków polsko-rosyjskich. Będziemy starali się zdefiniować priorytety polskiej i europejskiej polityki wschodniej, ze szczególnym uwzględnieniem bezpieczeństwa w sektorze energetycznym, ruchu bezwizowego oraz wspierania demokracji na Wschodzie. WARTO ZOBACZYĆ!!! http://www.youtube.com/watch? v=RRGXO6UuhQw


STR.

6

Nie ma wśród nas osoby, która nie dążyłaby do szczęścia. Co ciekawsze, każdy z nas ma swoje indywidualne odczucie tego, co może dać nam prawdziwe szczęście i jaki ma ono przybrać kształt. Często jesteśmy zdezorientowani, dopada nas jesienne odrętwienie. Wszystko traci blask. Zaczynają się pytania i często dochodzimy do smutnego wniosku, że... tak naprawdę, nie wiemy, czego szukamy. Ot, żyjemy z dnia na dzień. I właśnie tę chwilę, nie pytając nas o zdanie, wykorzystują "życzliwi doradcy". Proponuję mały spacer po Krakowie: Przecena! Szczęście bliżej niż myślisz!; Jedz i chudnij! Poczuj się szczęśliwsza! Innych rad udzielają nam znajomi: Bo wiesz, ja wybieram prawo - nauki dużo, ale potem będę ustawiony. Często z pomocą śpieszą rodzice: Kiedy już będziesz lekarzem... No, i telewizja nie mogłaby zostawić nas samych: Kochana, żeby zostać TOP MODEL musisz zawalczyć o swoje! A temu wszystkiemu wtóruje nasza ambicja: Bo oni tak robią i są szczęśliwi! Tak to się jakoś dzieje, że wszyscy mają jakiś pomysł na nasze szczęście, a my tylko przytakujemy. A wspólne dla tych wszystkich pomysłów jest to, że nasze szczęście musi być syte, tłuste i najlepiej z bitą śmietaną. Ktoś kiedyś wymyślił dziwną prawidłowość: szczęście = dostatek + sukces + zwycięstwo + młodość + popularność +... Dlatego ten nauczyciel polskiego z gimnazjum jest nieudacznikiem. Ta bibliotekarka siedząca cały dzień w zakurzonych regałach za psie pieniądze jest nikim. A o tym palaczu z kotłowni to już lepiej nie mówić. Temu wszystkiemu towarzyszy bzdurna tendencja wdrapywania się coraz wyżej. Na jakimkolwiek GOODNEWS

Bądź szczęśliwy… do bólu? Po ilu kostkach się uśmiechniesz? Jaki kod kreskowy ma szczęście?- te i inne pytania o szczęście. Krótko o terrorze "życzliwych doradców", karierze, top modelkach i... krzyżu. szczeblu bym się znajdował, zawsze jest dla mnie za niski, za ciasny. W takim razie trzeba wspinać się wyżej i wyżej. Przecież to dlatego, żeby być szczęśliwym! Na pewno? Kto może znać nas lepiej niż Ten, Który nas stworzył? Kto może trafniej ocenić co da nam szczęście, niż Ten, Który przenika dusze wszystkich ludzi? Bóg marzy o każdym z nas. To marzenie nazwał powołaniem. Powołanie przypomina

ubranie szyte na miarę u najlepszego krawca. Powstaje w wyobraźni twórcy i idealnie się do nas dopasowuje. Bóg zna nasze pragnienia, zna charakter, talenty, możliwości. Choć często nie proponuje życia lekkiego, łatwego i przyjemnego, zawsze wskazuje to najlepiej skrojone, szczęśliwe. Strategia Boga jest inna od strategii świata. Jezus - rodzi się w szopie, jest cieślą, wędrownym nauczycielem i ginie haniebnie na krzyżu. Jedna wielka porażka. Tak, można by się nawet z tym zgodzić, gdyby nie Zmartwychwstanie. To nowa jakość życia. Jezus był szczęśliwy wypełniając wolę Ojca, choć kosztowało Go to niewyobrażalnie

dużo. Bo Bóg wybrał to, co dla świata głupie, aby zawstydzić mądrych, i to, co słabe w oczach świata, aby zawstydzić mocnych (1 Kor 1, 27). Wspaniały slogan: bo w życiu trzeba być kimś! (w domyśle, kimś kto się "liczy") Oczywiście, zgadzam się z tym. W życiu trzeba być kimś, i to najlepiej sobą. Szczęście, moim zdaniem, to poznanie swojego miejsca, miejsca przygotowanego specjalnie dla mnie. Nie musi być najważniejsze, pierwsze, najlepsze, ważne, żeby było tym stworzonym na mój rozmiar. Choćby mój brat miał w szafie najładniejszą koszulę pod słońcem to i tak nie chciałbym jej ubrać. Dlaczego? Bo jest dwa rozmiary mniejsza. Czy gdybym ją założył czułbym się szczęśliwy? Czasem próbujemy wejść w czyjąś rolę: bo tyle zarabia, bo taka rodzina, bo tamto, bo siamto... I próbujemy, i szamoczemy się, niby w imię szczęścia, ale ku naszemu zdziwieniu wcale nie jest tak kolorowo. Wbici w niewygodną formę robimy dobrą minę do złej gry. To co miało nas uszczęśliwić dusi nas uwiera. Świat ślizga się po powierzchni, dlatego tak trudno zrozumieć mu głębię przesłania Jezusa, który wiedział, że szczęście przychodzi przez krzyż. Owszem, szczęście jest na wyciągniecie ręki! Bądź szczęśliwy... ale nie do bólu. Wystarczy trochę cierpliwości i spokoju, żeby wsłuchać się w rytm, który wybija w nas Bóg.

szary


17.11.2010,

NR

7

W najgłębszej szufladzie biurka Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swego głębokiego biurka starą i piękną mapę naszego miasta. Był to cały wolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone skrawkami płótna, tworzyły ogromną mapę ścienną w kształcie panoramy z ptasiej perspektywy. [B. Schulz, Ulica Krokodyli ze zbioru Sklepy cynamonowe]

Jeżeli prócz miejsc siedzących, zarezerwowanych rzecz jasna dla ludzi, miejsc stojących, nie tak już licznych i przeznaczonych dla zwierząt, znajduje się jeszcze jakieś miejsce (choćby w przedsionku serca), na miłość do miejsca na Ziemi, to być to musi niezawodnie – miłość do małego miasteczka. Jest coś takiego w małym miasteczku, bez czego żyć się nie da. Jego plan wpisany w ludzką egzystencję, plan wokół którego organizują się najbardziej podstawowe potrzeby. Niezależnie od miejsca zamieszkania, każdy człowiek nosi w sobie plan swojego miasteczka. Jest na nim i owa tajemnicza ulica Krokodyli, z którą trzeba się zmierzyć, przekraczając próg dzieciństwa. Najważniejszą opozycję stanowią dwa przybytki: kościół i karczma. Jeden, położony na wzgórzu, skąd z pewnością bliżej jest ku niebu i gdzie co niedziela trzeba się w sobie wspinać. Otacza go aura nabożeństwa i niewyjaśnionej tajemnicy. Mury kościoła są zimne, a dźwięk organów budzić może grozę. Potrzeba zachwytu i grozy odzywa się w człowieku od czasu do czasu i każda świątynia, w której później składa się hołd nieznanemu, ma w sobie coś z tego kościoła uczczonego w małym miasteczku. Karczma zaś znajduje się w dolince. O wiele łatwiej do niej trafić, mimo iż, nie będąc umiejscowiona na wzniesieniu, nie jest widoczna z daleka. Każde miasto ma taką swoją karczmę, ku której w niezwykły sposób zbiegają się drogi mieszkańców i sprawunki całego dnia. To miejsce zabawy. Łatwość, z jaką przychodzi w karczmie występek, jest rzeczą nie mniej ciekawą. To tutaj po raz pierwszy, w męskim gronie, udaje się podszczypać kelnerkę. To stąd pochodzi każdy rumieniec i wstydu i uciechy. Droga do karczmy jest biblijnym schodzeniem z Jerozolimy – miasta Bożego, do Jerycha. Z karczmą wiąże się wieczór, odpoczynek po ciężkiej całodniowej pracy, a także półmrok cichych występków. Dla kościoła zarezerwowany jest poranek, by z namaszczeniem

STR.

7

wstąpić w początek dnia. I tak pomiędzy tymi dwoma przybytkami - od wynurzających się zza horyzontu promieni wschodu, aż do chylącego się ku zachodowi czerwonego słońca – toczy się dzień. Miejscem, gdzie dzień rozwija swe skrzydła jest rynek – spadkobierca rzymskiego Forum Romanum, czy greckiej Agory. Arena filozofów, mędrców i zwykłych cwaniaczków. Przestrzeń publicznej dyskusji i spotkania z innym, weryfikacji racji. To na tym placu pomysł się rodzi w swej czystej formie i rozprzestrzenia, przekształcając się w nieujarzmioną plotkę. To także miejsce różnorodności i nabierania nowych doświadczeń. W pobliżu rozkłada się targ. Przekupki handlują kurczętami i dotknąć można skórki pomarańcza. Ile razy później idzie się do supermarketu, myśli się o tym targu. W końcu jednak przychodzi taki moment, w którym postanawia się opuścić małe miasteczko z jego naiwną kopułką kościoła. Ja uciekłam do Londynu. Tam też zdarzyło mi się pracować w kawiarence, która serwowała kawę i kakao przed południem. Znajdowała się na rogu jednej z głównych ulic w centrum miasta. Oczywiście, mieliśmy tam turystów, ale jeśli chodzi o stałych klientów, to poznałam ich w przeciągu dwóch tygodni. Wiedziałam, kto ile słodzi i dlaczego. Kto jest samotny, a kto bogaty. A kto ma jedno i drugie. I wydawało mi się, że moja ucieczka z małego miasteczka była ostateczna, do czasu, kiedy dostrzegłam wewnętrzne życie miastakolosa. Zdałam sobie wtedy sprawę, że na ulicach widuję ludzi o tej samej porze, jeździmy tymi samymi autobusami, a w parku każdy ma swoją ławkę i swoją go-

dzinę lunchu. A kiedy ktoś znajomy wchodził do mojej kawiarenki, zgadywałam od razu, gdzie usiądzie, bo każdy miał tutaj swoje miejsce. Swoją karczmę i świątynię. Tak pogodziłam się z moim małym miasteczkiem, którego sekretną mapę trzymam w najgłębszej szufladzie biurka.

Sabina Misiarz - Filipek


STR.

8

"A jak ktoś mnie o coś zapyta"?- lęki i nadzieje pewnej Kasi Czwartkowy wieczór. Siedzę wśród kolegów i koleżanek z liceum. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, swój głos zwraca do mnie wódz naczelny wojska klasy 3a. Została zlecona mi misja... w sumie nie tylko mnie, ale to się wytnie. "Napisz coś o swoich studiach, żeby pokazać Radosnym jak to wygląda w rzeczywistości." Piszę zatem: Jestem dopiero na pierwszym roku Stosunków Międzynarodowych (tak, miałam rok przerwy), mogę więc powiedzieć jak to wygląda "na świeżo". W pierwszych dniach, jak zwykle w nowej sytuacji, obleciał mnie strach. "A jak ktoś mnie o coś zapyta"? (Przecież ja nic nie pamiętam!) Ale nie było tak źle; wykładowcy co prawda wymagają od nas znajomości podstawowych dat historycznych, umiejętności rysowania wykresów, czy wiedzy o położeniu Bangladeszu, ale ogólnie nie są tacy straszni na jakich wyglądają. Rozpoczęłam drugi miesiąc mojego studiowania i już poznałam masę nowych, ciekawych ludzi a to dopiero początek! Dodatkowo dysponuję teraz dużą ilością wolnego czasu. W ciągu dnia mam tylko trzy rodzaje (?) zajęć, niestety półtoragodzinnych (ach te 45-minutowe lekcje...) i zazwyczaj nie oddzielonych przerwami. Daje mi to wolny poranek (można się wyspać) i wolne popołudnie. Zdarzają się też dni całkowicie wolne od uczelni! Pozostaje tylko problem co z tym wolnym czasem robić?! Bez

problemu znalazłam na to sposób :) Czas studiów to dla mnie nie tylko nauka. W weekendy i wolne dni męczę się w pracy. Od tego roku mieszkam również w Krakowie razem z koleżankami z liceum. Często chodzimy na imprezy, do kina czy na zwykłe spacery; spotykamy się ze znajomymi. Będąc na mieszkaniu mogę od czasu do czasu zrobić coś, co tygryski lubią najbardziej: poczytać, pogapić się w mojego przyjaciela (komputer :P), poleżeć nic nie robiąc, zagrać w szachy, czy po prostu porozmawiać nie przejmując się niczym. Nie będę zdradzać więcej tajników dotyczących studenckiego życia (choć nie wiem czy prowadzę życie typowo studenckie), sami się wkrótce przekonacie!

Studiowanie po bolońsku

Katarina Dnia 3 listopada 2010 roku

(środa) w auli szkoły Liceum Ogólnokształcącego w Centrum Edukacyjnym „Radosna Nowina 2000” odbyło się spotkanie informacyjne „Proces Boloński – aktualne perspektywy studiów w kraju i za granicą”. Wykłady prowadzili wybitni znawcy reformy szkolnictwa wyższego, która ma miejsce obecnie na polskich i europejskich uczelniach. W myśl nowych standardów edukacyjnych przyszły student ma wykazać się aktywnością i umiejętnością zaplanowania swojego procesu kształcenia, jest do sytuacja diametralnie różna od obecnej. W ramach spotkania odbyła się prezentacja reformy, jej idei, konsultacje o charakterze pro zawodowym oraz panel dyskusyjny gdzie można było zadawać pytania wykładowcą. W seminarium uczestniczyli wszyscy nauczyciele, wychowawcy oraz uczniowie klas trzecich i drugich. Anita Grosse GOODNEWS


17.11.2010,

NR

7

STR.

9

Boże bliski... cz. 7 Rozdział VI - Po prostu posłuchaj... Obiecałem Ci spotkanie z wyjątkową osobą i dotrzymam słowa. Oczywiście, możemy wrócić do herbatki, dziś będziemy mieli tylko jednego gościa. Od razu cieplej, nie? Gdybym mógł prosić trochę miodu... O, świetnie. Możemy zaczynać. W świetle śledczo-biurkowej lampki połyskuje srebrna rama. Szprychy stoją na baczność. Na wózku siedzi nasz świadek. Imię: Basia, lat 21. Co masz nam do powiedzenia w sprawie Boga bliskiego?

Propozycja nie do odrzucenia Pewnego razu zaproponował, że pokaże mi obraz prawdziwego kochającego Boga. Nie wierzyłam, ale dla świętego spokoju zgodziłam się. Wtedy nie wiedziałam, w co się pakuje. Pierwsza spowiedź po latach, sakramenty. Wszystko było takie nowe i nieznajome. Od tamtej chwili, przestałam wierzyć w „Bozię” i powoli zaczął się proces przemiany mojej wiary w prawdziwego, żywego Boga. Zawsze jest

Pierwszy kontakt „Wszystko zaczęło się w trzeciej klasie gimnazjum. Wtedy właśnie poznałam księdza Sławka. Był inny niż wszyscy. Nie prawił przysłowiowych kazań, ani morałów po prostu był obecny w moim życiu. Zawsze mogłam na Niego liczyć jak na przyjaciela, a jego sutanna na początku naszej znajomości stanowiła dla mnie „dodatek” do całości. Dużo rozmawialiśmy, przebywaliśmy razem, aż po jakimś czasie zobaczyłam, że generalnie to równy z Niego gość. Co najśmieszniejsze w cale nie starał się mnie indoktrynować. Ze spokojem, wysłuchał wszystkich moich żali pod adresem Boga i Kościoła.

Nie jest mi łatwo wierzyć, tak na poważnie traktować Jezusa. Często się buntuję, nie wiem dokąd zmierzam w swojej wierze. Raz wydaje mi się, że jestem daleko od Pana, innym razem, że czuję Jego obecność tuż obok siebie. Jedno w tym wszystkim jest najpiękniejsze: za każdym razem, kiedy mam już wszystkiego dosyć i chciałabym to rzucić, nie widzę sensu – wtedy On zsyła kogoś, kto wyciąga do mnie pomocną dłoń. Paradoksalne jest to, że jeszcze nigdy nie pozwolił mi odejść od siebie, tak na zawsze. Mój krzyż - mój ratunek Każdego dnia, budząc się rano doświadczam krzyża swojej niepełnosprawności. Czasem nie mam siły wstać z łóżka, prosto w twarz mówię Mu: „Boże jak ja Cie nienawidzę za ten wózek!” A On mimo to, kocha, czeka, czuwa i tak kieruje moim życiem, że zawsze jest w Nim obecny. Choć czasem rany, któ-

rych doznaje bardzo bolą, na początku ich nie rozumiem, to z każdego zadanego ciosu po jakimś czasie wypływa mniej lub bardziej zauważalne dobro. Kiedy ludzie mnie pytają, czy często

mam pretensje do Boga o to, że jestem na wózku odpowiadam, że nie wiem, ale jedno jest pewne: gdyby nie to brzemię, którym mnie obradował – dziś na pewno nie chodziłabym do Kościoła.” Mam nadzieję, że mi wybaczysz wstrzymanie się od komentarza. Może tylko... Zauważ jak wielką miłość Bóg okazuje ludziom przez cierpienie. Pan wielokrotnie na kartach Pisma Świętego podkreśla, że doświadcza tych, których miłuje. Dopij herbatę. Przed nami już niewiele wspólnych przesłuchań. Mam nadzieję, że nie zostawisz mnie na finiszu, prawda? W takim razie, do zobaczenia! Basia i szary


STR.

10

„Godzina czytania jest godziną skradzioną z raju”

Ręka Mistrza Niedziela, 7 listopada 2010, godziny popołudniowe. Tłok. Ścisk. Ludzie z trudem przeciskający się między stoiskami, słowem: ostatni dzień 14. Targów Książki w Krakowie. To prawdziwa uczta dla miłośników literatury, którzy mają niepowtarzalną okazję, żeby zdobyć autograf czy zdjęcie ulubionego autora. Ja czyhałam na Andrzeja Pilipiuka, który miał podpisywać swoje książki od 14.00. Jak tylko autor pojawił się na horyzoncie, ludzie niemal rzucili się na niego. Wepchnęłam się do kolejki (w takich sytuacjach kultura schodzi na dalszy plan) i dostałam wymarzony autograf. Czekając na godzinę 15.00 - kolejne spotkanie z panem Pilipiukiem – postanowiłam rozejrzeć się po hali. Jak się okazuje, organizatorzy zaprosili w tym roku sporo ciekawych osób. Osobiście udało mi się spotkać i porozmawiać z Tomkiem Jachimkiem, Jakubem Ćwiekiem (autorem „Kłamcy”) i Jaśkiem Melą. Gdzieś w tłumie fanów dostrzegłam też Katarzynę Grocholę, Wojciecha Manna (kilometrowa kolejka była GOODNEWS

nie do przeoczenia) oraz niewątpliwie jedną z najpopularniejszych postaci na tegorocznych Targach, ojca Leona Knabita z klasztoru Benedyktynów w Tyńcu. O 15.00 popędziłam na drugie spotkanie z panem Andrzejem. Oczywiście na początku przyszło mnóstwo osób domagających się autografów, lecz chwilę później stoisko opustoszało i na placu boju pozostał jedynie sam Autor i garstka najwierniejszych miłośników (w tym fan z mieczem w garści) . To było to coś naprawdę niesamowitego! Mieć Mistrza na wyciągnięcie ręki, móc zadawać mu trudne pytania i dostawać satysfakcjonujące odpowiedzi. Co ciekawe, pan Andrzej ma w planach otwarcie szkoły pisania w Krakowie. Projekt mógłby ruszyć już jesienią 2011 roku! Jeśli, tak jak ja, zaliczacie się do grona „fanatyków”, to upewnijcie się, że nie zabraknie Was na liście obecności. A tymczasem do zobaczenia za rok, na 15. Targach Książki w Krakowie. Hasta pronto! Bea

Jakub Ćwiek ujawnia talenty plastyczne


17.11.2010,

NR

7

W KULTUROWYM TYGLU Klasa II A staje się prawdziwą mieszanką kulturową! Nina jest Białorusinką, Jean pół-Niemcem, półFrancuzem, Nuge Turczynką, a Aleksandra wychowywała się w Grecji. Porozmawiałam z dwójką z tych osób - Nuge i Jeanem - bo oni dołączyli do klasy w tym roku jako "wymieńcy". Ela: What do you think about Poland? Nuge: I like Poland but I am always hungry and cold. You eat more often: breakfast, second breakfast, dinner, kolacja. In Turkey we eat twice a day: breakfast, dinner (and sometimes lunch) but we eat a lot at once. It is different in Poland that is why I feel hungry all the time. And Polish food is quite different than the Turkish one. For example, you do not use as much oil and salt as in my country and you eat a lot of potatos. And in Turkey we don't have a snow. Your autumn is like our winter! Jean: Oh, it is a very popular question. Everybody asks me about that! Well, Poland is not so much different than Germany. When I came here I was very suprised! Woman are pretty, food is good and the MalBus is very funny. For me it was strange to pray at the beginning of the day but I’ve got used to it. And it's ok when my host father says before eating "In nomine Patris, et Filii, et Spiritus sancti, smacznego". I drink much more “herbata” now. In Germany you drink tea only when you're sick. Yeah, I like it very much. E: Jean, I have heard that firstly you did not want to come to Poland! J: I wanted to go to Sweden, Norway Iceland. But my mother told me to go to Poland. And I said: "OK, why not." And I think the polish people are more open than in those cold countries. E: What about Polish language? J: At the beginning everyone told me "It's really complicated, there are wołacz, narzędnik..." but it is easier when you talk to people everyday. I like hearing Polish. This language sounds nice. N: Oh... There is a little problem because I am not able to understand everything. And our grammar is much easier. We have no masculine and female gender. You have męski, żeński, nijaki, which is hard for me.

STR.

11

E: What do you think about your host family? N: I really like them! My host mother is like my real mother! She always says: "Nuge, jesteś głodna?". I have got three sisters, but I've never seen one of them because she lives in Częstochowa. I will meet her on Christmas. J: They are quite different than my real family. Every morning my parents say: "When you will be at home?" And I say I'll be late. So they ask "When? Why? With who? To do what? Will you be home at 7? Call if you'll be late! They take care of you!”. And they are more religious than me. E: Do you miss your family? N: Oh, I miss them a lot. Especially I miss my sister, because we are at the same age and we are like friends. On the first week I cried all day and I wanted to come back to Turkey. But now I feel good here. E: Nuge, what about your religion in Poland? We have a lot of churches but we don't have many mosques. N: The mosque is not the only place where I can pray. I can also do it at home. So being in Poland isn't a problem . E: Three days ago we celebrated All Souls Day. Do you have something like this in Turkey? N: No, we don't have anything like this. We only meet in the day of the funeral. E: Juan, are the Polish people more religious than the Germans? J: First of all, most of Polish are Roman Catholics. We have a lot of religons. I do not think that you are more religious. It is more about the Polish tradition. E: What can you say in Polish to people who read "GoodNews"? N: Jestem Nuge. Jestem z Turcji. Mam osiemnaście lat. Ja mieszkam w Wołowicach. Ja lubię jeździć na rowerze, czytać książki, słuchać muzyki i robić zdjęcia. I ja lubię pierogi ze śliwką i zapiekankę. J: Polska jest bardzo fajny kraj. Jest taniej. I kebab jest lepiej niż w Niemczech ale jest dziwny, bo mamy dużo Turków w Niemczech, ale kebab jest lepszy w Polsce. Zimniej. Dziewczyny są trochę ładniejsze, ale też bardziej niedostępne. Ela Czamara


Prostownice

w dłoń!

Suszarki zaczęły wyć, prostownice dymiły, wszędzie plątały się szminki i tusze do rzęs, a w powietrzu unosił się zapach perfum. Co było przyczyna tego zamieszania? Odpowiedź jest prosta – PÓŁMETEK! Co roku przygotowania są coraz bardziej gorące, bo i każda kolejna klasa wymyśla coraz ciekawsze tematy zabaw. W tym roku motywem przewodnim imprezy był bal maskowy. Co za tym idzie? I kreacje były nie byle jakie. Dziewczyny zamieniały swoje pokoje w prawdziwe salony kosmetyczne. Niejednokrotnie przy jednej pannie pracowała cała gromada. Jednak nie ma co mówić! Poświęcenie musi być i już! Co do ubioru, trzeba zaznaczyć, ze w zdecydowanej większości był on studniówkowy. Oczywiście wszyscy (a szczególnie – wszystkie) wyglądali czarująco, ale nie zapominajmy, iż mamy tu do czynienia z półmetkiem. Najważniejsze jednak, ze według opinii wielu zabawa była przednia, a sam wieczór niezapomniany. Niech więc zazdroszczą Ci, których tam nie było!

umanisty… h o g e d ło rpienia m

Cie

Wtorkowy wieczór (02.11.2010r.) to ostateczny moment, aby rozpocząć akcję pt. „Czarny długopis”. Co drugi maturzysta „wypuścił się” w poszukiwaniu przyborów niezbędnych do napisania próbnej matury z MATEMATYKI! To ona dopadła wszystkich trzecioklasistów dzień później, czyli w środę. Wtedy to wszyscy mężni wojowie (czyt. Klasy maturalne), z ekierkami w ręku, ruszyli zdobywać matematyczne wyżyny swojego umysłu. No i tu warto zauważyć, że o ile „ścisłowcy” podeszli do tego egzaminu z dopuszczalnym entuzjazmem, to klasy humanistyczne przeżywały katorgi! Cóż… ich wątłe serca nadal nie mogą się pogodzić z obowiązkową matematyką na maturze. Tak czy inaczej, musieli się oni zmierzyć z tymi „piekielnymi zagadkami” jakie przyniosła im Okręgowa Komisja Egzaminacyjna. A teraz już całkiem poważnie… Narzekają, jęczą albo mówią „Po co nam to?!”, ale w gruncie rzeczy próbna matura chyba nie poszła im tak źle. W każdym razie, o tym jak ona wypadła dopiero się przekonamy. A kiedy? Chodzą plotki, że w połowie grudnia. Póki co… klasy trzecie oczekują na kolejne próbne matury, które odbędą się pod koniec listopada. E.M.


7