__MAIN_TEXT__

Page 1

the only rockstyle magazine in the universe

free copy

WRZESIEŃ 2012 SEPTEMBER 2012

ARCH ENEMY edguy UNISONIC SABATON GOTTHARD PAUL DI’ANNO DAVID BOWIE JACK DANIEL’S JEREMY SAFFER deep purple bathory manzarek - krieger band W DRODZE alice cooper - BOA 2012


ROCK YOUR LIFE & ROLL your business

ADVERTISE WITH US

CONTACT@ROCKAXXESS.COM


wrzesień / september 2012 3

edytorial / editorial

4

news special: JON LORD

6

news access

8

news special: RANDY BLYTHE rock talk

10

20

LEGION GITAR ARCH ENEMY ARCH ENEMY’S LEGIONS OF GUITARS

rock access polska

26

PRZECIWPANCERNA ZAKONNICA ATAKUJE

29

polski short

30

rock talk

52

rock fashion

MISTRZOWIE ROCKA MAJĄ GŁOS EDGUY, UNISONIC, GOTTHARD, SABATON, PAUL DI’ANNO 39 MASTERS OF ROCK HAVE A VOICE EDGUY, UNISONIC, GOTTHARD, SABATON, PAUL DI’ANNO rock access 47 MODA NA DAVIDA 50 THE TREND OF DAVID

59

62

ZIGGY LOOK

rock style

JACK DANIEL’S ROCK’N’ROLL IN BOTTLE backstage access

JEREMY SAFFER. MAGIA JESZCZE STĄD NIE WYSZŁA. 68 JEREMY SAFFER. THE MAGIC HAS NOT LEFT THE BUILDING.

digging the rock

73

HITY ZNACIE... DEEP PURPLE

dark access

80

BATHORY. BLOOD ON ICE.


82

85 88

rock savvy

WYTWÓRNIE PŁYTOWE. KOŃCOWE ODLICZANIE? rock shop rock screen

W DRODZE

map of rock

LUCKY LADY / MAN IN THE CITY OF LIGHTS 99 LUCKY LADY / MAN IN THE CITY OF LIGHTS rock live 105 MANZAREK - KRIEGER BAND SUBIEKTYWNIE NA MAXA. 92

110

rock shot

POISON runnin’ through your veins drink

rock gallery

111

ALICE COOPER, BLOODSTOCK OPEN AIR 2012

ROCK AXXESS TEAM: redaktor naczelna / dyrektor kreatywna editor in chief/ creative director Karolina Karbownik [k.karbownik@allaccess.com.pl] zastępca redaktor naczelnej / redaktor wydania angielskiego deputy editor in chief / translation editor Jakub Bizon Michalski [j.michalski@allaccess.com.pl] redaktor editor Katarzyna Strzelec [k.strzelec@allaccess.com.pl] współpracownicy contributors: Falk - Hagen Bernshausen Marcelina Gadecka Paweł Grabias Marek Koprowski Agnieszka Lenczewska Leszek Mokijewski Dominik Nowak Jakub Rozwadowski Agata Sternal Justyna Szadkowska

dyrektor biura reklamy advertising director Katarzyna Strzelec [k.strzelec@allaccess.com.pl] grafik graphic designer, DTP Karolina Karbownik rock axxess logo i ikony rock axxess logo and icons Dominik Nowak

jedyny magazyn rockstylowy na świecie the only rockstyle magazine in the universe

www.facebook.com/rockaxxess

wydawca publisher All Access Media, ul. Szolc - Rogozinskiego 10/20, 02-777 Warszawa, Poland biuro@allaccess.com.pl kontakt z redakcją editor’s office contact@rockaxxess.com

na okładce on the cover Michael Amott / Arch Enemy foto photography Patrick Ullaeus

Redakcja nie zwraca niezamówionych materiałow i zastrzega sobie prawo do skrótów i zmian w nadesłanych tekstach. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam i artykułów sponsorowanych. We do not accept responsibility for the content of the advertising published in the magazine.


ED TORIAL Y I

Nic nie może przecież wiecznie trwać, śpiewała pewna znana polska wokalistka na krótko przed swoją śmiercią. My, fani rocka, zapominamy często, że spora część naszych idoli, pionierów gatunku muzycznego, który pokochaliśmy, zbliża się już nieuchronnie do tego wieku, kiedy jak człowieka nic nie boli, to znaczy, że nie żyje. I tylko od czasu do czasu smutne wieści sprawiają, że przypominamy sobie o tym, że nieśmiertelna jest tylko ich twórczość. W ostatnich latach odeszło wielu wielkich. Kolejnych płyt nie nagrają już Ronnie James Dio czy Gary Moore. W lipcu spadł na świat rocka kolejny cios, opuścił nas wielki Jon Lord. O tym, jak wiele znaczył dla muzyki hardrockowej nie trzeba chyba nikogo przekonywać, a jeśli jednak, to wystarczy spytać któregokolwiek klawiszowca rockowego. Gitarowo - klawiszowe pojedynki Lorda z Człowiekiem w Czerni wciąż elektryzują fanów rocka na całym świecie. Dyskografii Deep Purple poświęcamy tym razem dział Digging the Rock, choć zmarłego klawiszowca upamiętniamy także osobnym artykułem. Wieść o śmierci Legendy zastała nas po powrocie z czeskiego Masters of Rock. Liczne zdjęcia wykonane przez ekipę ROCK AXXESS można obejrzeć na naszym profilu facebookowym, natomiast w tym numerze prezentujemy Wam pierwszą część rozmów przeprowadzonych podczas festiwalu. Znajdziecie wśród nich między innymi ekskluzywny wywiad z gitarzystami Arch Enemy: Michaelem Amottem i Nickiem Cordle’em.

Wielbiciele fotografii koncertowej na pewno będą zadowoleni z wywiadu w dziale Backstage Access, w którym tym razem przeczytać można naszą rozmowę z fotografem Jeremym Safferem. Zwolennicy cięższych brzmień znajdą coś dla siebie w Dark Access, gdzie przyglądamy się zespołowi Bathory, natomiast fanom rockowej klasyki polecamy naszą małą podróż do Kalifornii, do miejsc, które odegrały ważną rolę w historii grupy The Doors. To jednak zaledwie część przygotowanych dla Was artykułów. Jak widać, lato mamy pracowite. Mamy nadzieję, że efekty tej pracy przypadną Wam do gustu.

Nothing can last forever, sang one of popular Polish singers not long before her death. We, rock fans, tend to forget that some of our idols – people that were rock pioneers – are getting close to the age when if you don’t feel any pain, it must mean you’re dead. But sometimes we are reminded that only their music is immortal. Many great ones passed away in recent years. We won’t hear any new music from Ronnie James Dio or Gary Moore. In July, the world of rock suffered another great loss – the death of Jon Lord. We don’t have to tell you how much he meant for the whole rock scene, but in case of any doubt, it’s enough to ask any rock keyboardist. The guitar/keyboard duels between Lord and The Man in Black still fascinate rock fans all over the world. We take a closer look at Deep Purple’s discography in this issue, but the late keyboard player is also remembered in a separate article. The news of the Legend’s death reached us when we got back from Masters of Rock festival that took place in the Czech Republic. Many photos taken by ROCK AXXESS crew can be seen at our facebook profile and in this issue we present the first part of the interviews we did at the festival. Among them you’ll find an exclusive interview with Arch Enemy’s both guitar players: Michael Amott and Nick Cordle.

Fans of live photography should be happy to read our Backstage Access interview with photographer Jeremy Saffer. Those who prefer heavier sounds will be probably interested in our Dark Access article on Bathory, whereas those who miss the old days of classic rock might want to join us in our little journey to California where we visit some places connected with the history of The Doors. But these are only some of the articles that we prepared for you this time. As you can see, we’re having a busy summer and we hope you’ll like what we’ve been busy with. Jakub „Bizon” Michalski zastępca redaktor naczelna / deputy editor-in-chief

SPROSTOWANIE

W poprzednim numerze Rock Axxess przy relacji z koncertu Adrenaline Mob pojwił się błąd w imieniu i nazwisku autora. Artykuł i zdjęcia przygotowała dla nas Agnieszka Lenczewska, a nie Jakub Michalski. Za pomyłkę szczerze przepraszam. Karolina Karbownik

ROCK AXXESS

3


news special Jon Lord. Organista Pana Boga (1941 – 2012). Odszedł kolejny GIGANT rocka. Muzyk wybitny, kreator, artysta, wirtuoz organów Hammonda. Jest nam ciężko o tym pisać, ale 16 lipca 2012 roku zakończyła się pewna epoka w historii muzyki, nie tylko rockowej.

K

iedy w sierpniu 2011 roku na swojej stronie internetowej muzyk napisał o swojej walce z nowotworem trzustki wszyscy trzymaliśmy kciuki, by jego walka z wewnętrznym potworem zakończyła się miażdżącym zwycięstwem. Niestety, nowotwór i tym razem zabrał do niebiańskiej orkiestry kolejnego WIELKIEGO MUZYKA. Jon Lord zmarł, w otoczeniu rodziny w londyńskim szpitalu po długiej i wyczerpującej chorobie (bezpośrednią przyczyną śmierci był zator tętnicy płucnej). Jon odszedł z Ciemności do Światła napisano na oficjalnej stronie artysty. Jona Lorda będziemy pamiętać, jako współzałożyciela i klawiszowca Deep Purple. Jon Lord był uznawany za jednego z najwybitniejszych wirtuozów organów Hammonda, fantazyjnie podbudowując ich dźwiękami największe przeboje Deep Purple, takie jak Smoke on the Water, Space Truckin czy też Highway Star. Na zawsze pozostaną nam w pamięci jego klawiszowe pojedynki z Człowiekem w czerni, gitarzystą Ritchiem Blackmorem. To właśnie Jon Lord, jako najbardziej wykształcony muzycznie członek Deep Purple, był pionierem fuzji rocka z muzyką symfoniczną. Kiedy w 1969 roku kudłata piątka muzyków zaskoczyła w Royal Albert Hall szanownych (i uprzedzonych do rockmanów) Londyńskich Filharmoników, świat muzyki rockowej wzniósł się na wyższy poziom. Z orkiestrami grali (z różnym zresztą skutkiem) niemalże wszyscy, ale to właśnie Concerto For A Group And Orchestra stało się przełomowym dziełem i językiem dialogu elektrycznych z klasycznymi. Idąc niejako za ciosem Lord skomponował Gemini Suite, wykonane po raz pierwszy w 1970 roku. Nie sposób nie wspomnieć o Sarabande, czy bardzo osobistym dziele Lorda Pictures Within (1998). Łącznie Deep Purple sprzedało do dnia dzisiejszego ponad 100 milionów kopii swoich albumów. Jon Lord odszedł z zespołu w 2002 roku. Nie spowolniło to jednak jego muzycznej twórczości, w której usłyszeć można wpływy Mahlera, Brucknera, czy muzyki współczesnej spod znaku Pendereckiego, czy prostszych harmonii spod znaku Dvoraka, czy Wagnera. Z okazji 175 rocznicy powstania Uniwersytetu w Durham, Jon Lord skomponował świetnie przyjęte przez krytykę Durham Concerto (2007). Śmierć Jona Lorda odbiła się szerokim echem w świecie muzyki rockowej. Lubiany, ceniony na całym świecie muzyk doczekał się pośmiertnych hołdów.

Lars Ulrich (Metallica)

Każdy może po prostu rzucać przymiotniki, opisujące ten zespół jako „wyjątkowy”, „jedyny w swoim rodzaju” „pionierski’, gdy próbujemy opisać naszych bohaterów i ludzi, którzy poruszyli naszym życiem, ale na tę chwilę nie ma odpowiednich słów, aby opisać tego człowieka, bo i w historii hard rocka nie było żadnego takiego muzyka, jakim był Jon Lord. Nikogo. Nigdy. Nie było nikogo kto grałby jak on, nikogo kto brzmiałby jak on, nikogo kto pisałby jak on, nikogo kto wyglądałby jak on. Nie było nikogo bardziej elokwentnego, kulturalnego, ciepłego ani nikogo do cholery lepszego, kto grałby tak na klawiszach.

Mike Portnoy (Adrenaline Mob, ex-Dream Theater) To smutne usłyszeć o odejściu Jona Lorda . Był jednym z pionierów ciężkich klawiszowych brzmień.

Slash: Smutny dzień dla Rock’n’rolla. Jon Lord odszedł. Jeden z najmocniejszych i najcięższych dźwięków w heavy metalu. Jedyny w swoim rodzaju. Spoczywaj w spokoju.

Geezer Butler (Black Sabbath):

To bardzo smutne usłyszeć o śmierci Jona Lorda. Był jednym z największych muzyków mojego pokolenia. Tony (Iommi) niedawno z nim współpracował i powiedział mi, jak miłym był człowiekiem. Spotkałem (Jona) osobiście kilka razy, lecz nigdy nie miałem okazji z nim współpracować. Bóg z Tobą.

Ritchie Blackmore

Jon był nie tylko wspaniałym muzykiem, ale także moim kumplem, z którym uwielbiałem jadać obiady. Wszyscy jesteśmy bardzo zasmuceni. Wiedzieliśmy, że był ciężko chory, ale słyszeliśmy, że wracał do zdrowia, że czuł się coraz lepiej. Kiedy nadeszła ta wiadomość, byłem w kompletnym szoku. Bez Jona nie będzie Deep Purple. On żyje w naszych sercach i wspomnieniach.


Jon Lord. A divine organist. (1941 – 2012). We’ve lost yet another rock legend. An outstanding musician, a keyboard wizard, a true artist, a virtuoso of the Hammond organ. It is a hard to write about this loss, but 16 July 2012 an era ended in music history, and not only that of rock music.

W

hen in August 2011 the musician wrote on his website about his fight with pancreatic cancer, we all kept our fingers crossed that his struggle with the inner monster may not end in a crashing defeat. Yet another sad addition to the great gig in the sky. Jon Lord died in a London hospital after a long and exhausting illness ( the direct cause of death was the pulmonary embolism). Jon passes from Darkness to Light says the official statement on the artist’s website. Jonathan Douglas Jon Lord (9 June 1941 – 16 July 2012) was an English composer, pianist, and Hammond organ vitruoso known for his work with Deep Purple, as well as Whitesnake, The Artwoods and his collaboration with others musicians (e.g. David Gilmour, George Harrison, The Kinks).

Jon Lord will be remembered as the co-founder and keyboardist for Deep Purple. Jon Lord was regarded as one of the greatest virtuosos of the Hammond organ, his fantastic sounds underpinning Deep Purple’s greatest hits such as Smoke on the Water, Space Truckin’, or Highway Star. He will forever remain in our memory thanks to his keyboard clashes with The Man in Black, guitarist Ritchie Blackmore. It was Jon Lord, as the most musically educated member of Deep Purple, who became the pioneer of fusing rock with symphonic music. In 1969 the shaggy five musicians shocked the audience at the Royal Albert Hall, as well as some distinguished and rock - prejudiced classic musicans from the London Philharmonic Orchestra. And that was how the world of rock music ascended to new heights.

Almost everyone played alongside an orchestra, but Deep Purple’s Concerto For Group And Orchestra has become a breakthrough achievement and formed the common ground between the electric and the classical. In total, Deep Purple has sold to date more than 100 million copies of their albums. Jon Lord left the band in 2002. However, this has not slowed down his musical work, in which one can hear influences of Mahler, Bruckner, and contemporary music by Penderecki, or simple harmonies stylised to Dvorak and Wagner. Lord continued to focus on his classical aspirations alongside his Deep Purple career. The BBC, inspired by the success of the Concerto..., commissioned him to write another piece and the resulting Gemini Suite was performed by Deep Purple and the Light Music Society conducted by Malcolm Arnold in September, 1970. In 1997, he created what is, perhaps, his most personal work to date, Pictured Within, released in 1998 with a European tour to support it. Lord’s Durham Concerto, commissioned by Durham University for its 175th anniversary celebrations, had its world premiere on 20 October 2007 in Durham Cathedral performed by the The Royal Liverpool Philharmonic Orchestra, and featured Lord as a soloist on the Hammond Organ. It became a hit in English Classics FM’s Hall of Fame, alongside his piano concerto Boom of the Tingling Strings.

The death of legendary Deep Purple keyboardist Jon Lord has shaken some of rock’s most celebrated musicians.

Lars Ulrich (Metallica)

We can all be guilty of lightly throwing adjectives like „unique,” „one-of-a-kind” and „pioneering” around when we want to describe our heroes and the people who’ve moved us, but there are no more fitting words than those right now and there simply was no musician like Jon Lord in the history of hard rock. Nobody. Period. There was nobody that played like him. There was nobody that sounded like him. There was nobody that wrote like him. There was nobody that looked like him. There was nobody more articulate, gentlemanly, warm, or fucking cooler that ever played keyboards or got anywhere near a keyboard. Rest in peace Jon and THANK YOU for everything.

Mike Portnoy (Adrenaline Mob, ex-Dream Theater): So sad to hear about the passing of Jon Lord...one of the pioneers of heavy keyboards and a real gentleman.

Slash

Sad day in Rock & Roll; Jon Lord has passed on. One of the biggest, baddest, heaviest sounds in Heavy Metal. One of a kind. RIP.

Geezer Butler (Black Sabbath)

Very sad to hear of Jon’s death, following his battle with the demon cancer,” begins Butler. “One of the great musicians of my generation. Tony Iommi recently worked with Jon, and said what a lovely bloke he was. I met him a few times, but never got to work with him. Blessings.

Ritchie Blackmore

Jon was not only a great musician, he was my favorite dinner companion. We are all deeply saddened. We knew he was sick but the word was that he was recovering and doing much better. This news came as a complete shock. Without Jon there would be no DEEP PURPLE. He lives on in our hearts and memories

ROCK AXXESS

5


news access Agnieszka Lenczewska, Karolina Karbownik, Agata Sternal

Podczas koncertu w Moskwie Madonna w sposób ostentacyjny wypowiedziała się w sprawie aresztowania i przewidywanego skazania na karę pozbawienia wolności członkiń feministyczno - punkowej grupy Pussy Riot. Nadieżda Tołokonnikowa, Jekatierina Samucewicz oraz Maria Alochina zostały oskarżone o chuligaństwo motywowane nienawiścią religijną.

Jak napisał na Twitterze Piotr Werziłow, mąż jednej z oskarżonych, w przemówieniu Madonna powiedziała do zgromadzonej publiczności: Te trzy dziewczyny zrobiły coś bardzo odważnego. Nadia, Katia i Masza - modlę się za waszą wolność. Zasłużyłyście na to. Madonna nie jest jedyną osobą z muzycznego świata oburzoną aresztowaniem członkiń zespołu. Wcześniej swoje poparcie dla Pussy Riot wyrazili członkowie Faith No More, Franz Ferdinand, Red Hot Chili Peppers, aktor Danny DeVito oraz Sting. Agencja Interfax określiła wystąpienie Madonny jako ingerencję w wewnętrzne sprawy Rosji oraz próbę nacisku na sąd.

6

Muzyczno - polityczne wystąpienia dziewcząt z Pussy Riot mają formę nielegalnych akcji w rozmaitych, najczę-

ściej niekonwencjonalnych miejscach: stacjach moskiewskiego metra, dachach autobusów, na Placu Czerwonym, a także w drogich butikach odwiedzanych przez rosyjską elitę. Rosyjską opinię publiczną grupa prowokuje także wulgarnym językiem. Po akcji z 21 lutego 2012 roku członkinie Pussy Riot zostały aresztowane, a 17 sierpnia skazane na dwa lata łagrów w Moskwie za chuligaństwo motywowane nienawiścią religijną (wykrzykiwanie obraźliwych haseł pod adresem Władimira Putina, patriarchy moskiewskiego i Wszechrusi - Cyryla oraz duchownych prawosławnych). Dziewczyny wykonały w moskiewskim soborze Chrystusa Króla Zbawiciela piosenkę Bogurodzico, przegoń Putina, w której skrytykowały powiązania hierarchów kościelnych ze specsłużbami i Putinem. Rosyjska opozycja jest zdania, że proces trzech młodych kobiet jest umotywowany politycznie i jest ciosem w serce oponentów władzy Putina. Wyrok spotkał się z ostrą krytyką artystów z całego świata. Free Pussy Riot krzyczą m.in. The Cult, Paul McCartney i Annie Lennox.

photo: www.pussy-riot.livejournal.com, www.facebook.com/anthrax, Karolina Karbownik

Dziewczęta z Pussy Riot wspierane przez muzyczny świat.


Gunsi za 148 milionów funtów Adrian Bayford, który trafił na listę 1000 najbogatszych ludzi Wielkiej Brytanii dzięki wygranej w loterii EuroMillions, zapowiedział, że odda całą sumę (148 milionów funtów brytyjskich) Guns N’Roses, jeśli zespół się reaktywuje. Muszę mieć ich razem w oryginalnym składzie. Jestem prawdziwym fanem. – miał powiedzieć dziennikarzowi The Sun. Adrian Bayford prowadzi sklep muzyczny w Haverhill, w Suffolk. Jego żona Gillian pracuje na nocne zmiany na oddziale dziecięcym w szpitalu Addenbrooke w Cambrige. Po wygranej, jeśli pojawiliby się na liście wśród najbogatszych gwiazd muzyki w Wielkiej Brytanii, zajęliby szóste miejsce rozdzielając Keitha Richardsa i Toma Jonesa. Do lidera Paula McCartneya brakuje im wprawdzie 400 milionów funtów, ale przecież jeszcze wszystko przed nimi. Gillian podobno kupiła już kolejny los. Ich szczęśliwe liczby to 9,10, 11, 17, 21, 48, 50. Gratulujemy i liczymy na strzał Gunsów!

OOps, Marsjanie rockandrollują!

Będziemy pogować na Marsie powiedział Scott Ian na wiadomość o tym, że Got the Time w wykonaniu Anthrax znalazło się na liście utworów budzących każdego ranka sondę Curiosity. Według słów Erica Blooda, który opiekuje się łazikiem, Curiosity jest mniej drażliwy, gdy usłyszy dobrą piosenkę. Na liście kosmicznych przebojów znalazły się: Good Morning Good Morning, The Beatles Good Morning ze ścieżki dźwiękowej Deszczowej Piosenki The Ride of the Valkyries, Wagner Motyw z Mission Impossible Got the Time, Anthrax Echelon, 30 Seconds to Mars Break on Through, The Doors Got My Mind Set on You, George Harrison Motyw z Gwiezdnych Wojen Wake Up Little Susie, Simon and Garfunkel Come Fly with Me, Frank Sinatra Oops, I Did It Again Britney Spears, która która za pośrednictwem Twittera wymieniła kilka zdań z Curiosity.

Curiosity wylądował na Marsie 6 sierpnia. Zadaniem bezzałogowej sondy jest zbadanie geologii, atmosfery i środowiska na Czerwonej Planecie, co pozwoli naukowcom NASA określić prawdopodobieństwo występowania tam życia.

Uwaga, śliska NAWIERZCHNIA!

I to na koncercie Whitesnake! Fanka zespołu wniosła skargę przeciwko organizatorowi grudniowego koncertu Coverdale’a i spółki w Newport w Walii, po tym jak poślizgnęła się na czyichś wymiocinach. To było koszmarne! – powiedziała dziennikarzowi South Wales Argus 39-letnia Lindy Butcher dodając, że nie piła alkoholu, a w wyniku upadku została posiniaczona i miała obdarte kolana oraz bóle mięśni w okolicach żeber.

Organizator koncertu zapewnia, że dołożono wszelkich starań, aby uniknąć podobnego zdarzenia: Ubrudzona wymiocinami podłoga została zgłoszona personelowi można przeczytać w oświadczeniu przedstawiciela organizatora. Jeden z pracowników baru zadzwonił po serwis sprzątający, który w tym samym czasie był zajęty pracą w kawiarni. W wyniku braku szczegółów dotyczących lokalizacji wymiocin i tłoku przy barze, wystąpiły trudności z ustaleniem miejsca zabrudzenia.

ROCK AXXESS

7


news special Randy Blythe. Oficjalne oświadczenie. Witajcie. Z tej strony melduje się ze swojego ukochanego Richmond w Virginii, D. Randall Blythe. Zostałem zwolniony za kaucją z więzienia Pankrác w czeskiej Pradze, gdzie spędziłem ponad miesiąc. Korzystając z chwili wolnego czasu chciałbym wyjaśnić kilka spraw. 1. Podczas mojego pobytu w więzieniu miałem blade pojęcie o tym, jak moja sprawa jest postrzegana poza Czechami. Mój adwokat powiedział mi, że mam wielkie wsparcie od kolegów z branży muzycznej, fanów i oczywiście mojej rodziny. Nie potrafię wyrazić słowami, co czułem, gdy po zwolnieniu mnie przeczytałem o jakimś ułamku głosów, które podniosły się w mojej sprawie. Od legend w moim środowisku muzycznym, po fanów na całym świecie, a nawet ludzi, którzy wcześniej nie mieli pojęcia o moim istnieniu. Jestem tym bardzo poruszony. Żadne podziękowania nie będą tu wystarczające. W szczególności dziękuję mieszkańcom Richmond, którzy wstawili się za mną i dzięki nim dotarłem do domu w 48 godzin. Ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałem zatrzymują się na ulicach, machają do mnie, uśmiechają się, gdy mnie mijają, mówią cześć w restauracji. Dzięki temu czuję się dumny i wdzięczny, że mogę Richmond nazwać moim domem.

2. Chciałbym oświadczyć, że podczas mojego pobytu w więzieniu Pankrác nie cierpiałem z powodu żadnych nadużyć. Byłem traktowany tak jak każdy inny więzień - nie mylcie pojęć, w końcu nie byłem na wakacjach albo w telewizyjnym show, ale w więzieniu. Strażnicy byli wobec mnie fair, a ci, z którymi dzieliłem celę, mili. Pamiętajmy, że na całym świecie ludzie umierają z głodu. Mężczyźni i kobiety na Bliskim Wschodzie i w innych krajach, gdzie toczą się wojny, tracą życie każdego dnia. Ja miałem jedzenie, ubranie, schronienie. Nikt nie próbował mnie zabić, czy skrzywdzić. Nie mogę narzekać, zwłaszcza gdy wielu ludzi w różnych częściach globu walczy o przetrwanie każdego dnia.

3. Jeśli ktoś uzna to za konieczne, wrócę do Pragi i stanę przed sądem. Podtrzymuję jednak zdanie, że jestem niewinny. Nie będę się ukrywał w Stanach Zjednoczonych przed ekstradycją i możliwymi oskarżeniami. Kiedy piszę te słowa, rodzina mojego fana cierpi z powodu nieopisanej tragedii, jaką jest strata ich dziecka. Muszą stawać twarzą w twarz z szeregiem doniesień medialnych dotyczących okoliczności śmierci swojego syna. Jestem oskarżony o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na ciele tego młodego człowieka, który był przyczyną jego śmierci. Uważam, że postawione wobec mnie zarzuty są śmieszne i bezpodstawne. W tej kwestii moje stanowisko jest jasne. Ale zarzuty pozostają, podobnie jak pytania rodziny chłopca. Pozostaje też ten najgorszy do zniesienia ból. Moi fani doskonale wiedzą, że też straciłem dziecko. Niestety znam ten ból, który dotknął rodzinę zmarłego. Teraz ci ludzie zasługują na czas żałoby, czas tylko dla nich, a nie show medialne z udziałem oskarżonego o zabójstwo ich syna, ukrywającego się tysiące mil dalej. Jestem człowiekiem. Nauczono mnie stawać twarzą w twarz z problemami, mądrze je rozwiązywać, a nie tchórzliwie uciekać od nich. Mam nadzieję, że sprawiedliwość wygra, a rodzina Daniela N. otrzyma potrzebne im ukojenie i spokój. Czuję, że jestem bardzo silny. Jeśli zostałbym ponownie wezwany do Pragi, by stanąć przed sądem, byłoby to nieodpowiedzialne i niemoralne uchylać się od tego. Nie chodzi tu o pieniądze na kaucję, ale o młodego mężczyznę, który stracił swoje życie. Zachowam się z honorem i będę walczył o oczyszczenie mojego imienia. co w chwili obecnej jest dla mnie najważniejsze. Dziękuję i życzę wszystkim pokoju!

8


Randy Blythe Official Statement Greetings. This is D. Randall Blythe, checking in from my beloved hometown of Richmond, VA, United States of America. I was recently released on bail from Pankrรกc Prison in Prague, Czech Republic, after over a month of incarceration. Now that I am out for the moment, I would like to say a few things.

1. While in prison, I had minimal knowledge of how my case was viewed anywhere but the Czech Republic. I was told by my attorney that I had a lot support from peers in the music industry, my hometown, fans, and of course my family. I cannot express how emotional it made me upon my release to read about even a fraction of the voices that were raised on my behalf. From legends in my music community, to fans across the world, and even people who were previously unaware of my existence but sympathized with my plight - I am truly humbled. I cannot thank you enough for your thoughts and prayers. I would especially like to thank the people of Richmond, VA, for standing by me. In the 48 hours I have been home, many people I have never met before have stopped me on the street, waved and smiled as I passed by, or said hello in a restaurant. All have said We are glad you are home, Randy. You all make me proud and grateful that I call Richmond home.

2. I would like state that I suffered no abuse, from either authorities or inmates, during my incarceration in Pankrรกc. I received no special treatment, and was in general population with everyone else - make no mistake, it was prison, not some celebrity rehab tv show. But I was treated fairly by the guards and kindly by my fellow inmates. People are dying of starvation all over the world. Men and women are losing their lives daily in the Middle East and other war torn regions. I had food, clothes, shelter, and no one was trying to kill me. I cannot complain over a short stay in prison while many people elsewhere fight to survive on a daily basis. 3. If it is deemed necessary for me to do so, I WILL return to Prague to stand trial. While I maintain my innocence 100%, and will do so steadfastly, I will NOT hide in the United States, safe from extradition and possible prosecution. As I write this, the family of a fan of my band suffers through the indescribably tragic loss of their child. They have to deal with constantly varying media reports about the circumstances surrounding his death. I am charged with maliciously causing severe bodily harm to this young man, resulting in his death. While I consider the charge leveled against me ludicrous and without qualification, my opinion makes no difference in this matter. The charge exists, and for the family of this young man, questions remain. The worst possible pain remains. It is fairly common knowledge amongst fans of my band that I once lost a child as well. I, unfortunately, am intimately familiar with what their pain is like. Therefore, I know all too well that in their time of grief, this family needs and deserves some real answers, not a media explosion followed by the accused killer of their son hiding like a coward thousands of miles away while they suffer. I am a man. I was raised to face my problems head on, not run from them like a petulant child. I hope that justice is done, and the family of Daniel N. will receive the closure they undoubtably need to facilitate healing. I feel VERY STRONGLY that as an adult, it would be both irresponsible and immoral for me not to return to Prague if I am summoned. This is not about bail money. This is about a young man who lost his life. I will act with honor, and I will fight to clear my good name in this matter. Thank you for reading this, and I wish you all peace.

ROCK AXXESS

9


rock talk

legion

gitar

ARCH ENEMY Katarzyna Strzelec, Jakub „Bizon” Michalski foto: Katarzyna Strzelec, Gustavo Sazes


ROCK AXXESS

7


„Nadal wpadam w panikę za każdym razem, kiedy michael przechodzi na moją stronę sceny!” - zwierza się w rozmowie z nami nick cordle, nowy gitArzysta arch enemy. „Sądzę, że gdy nagramy nowy album, ludzie zwrócą wreszcie uwagę na Nicka, jako gitarzystę.” - odpowiada michael amott. to jedyny wywiad, na który zespół arch enemy zgodził się podczas minionego masters of rock!

Zacznijmy od oczywistego tematu, czyli nowego gitarzysty. Nick, nie ma za wiele informacji o Tobie. Możliwe, że wielu fanów nawet nie wie skąd jesteś i czego słuchasz. Nick Cordle: Przyszedłem do Arch Enemy z zespołu, który nazywa się Arsis i gra, jak to ludzie zazwyczaj określają, techniczny death metal. Moje korzenie i idole wywodzą się ze starego thrashu: Exodus, Megadeth, Kreator… tego typu rzeczy.

szy zespół, więc zdał się we wszystkim na nas. Ale sądzę, że zawsze próbował znaleźć swoją drogę, swój własny głos.

Czy to był powód jego niedawnego odejścia? Michael: Tak sądzę. A także fakt, że ożenił się z Amerykanką i mieszka w Ameryce. To nie była duża niespodzianka, że opuścił nas po raz drugi. Pierwszy raz był większym zaskoczeniem. A ten drugi raz, to wiesz, spodziewałem się tego. Byłeś fanem Arch Enemy? My wszyscy się tego spodziewaliśmy. Zauważyliśmy, że jego Nick: Och, oczywiście. entuzjazm w stosunku do zespołu nie był taki jak wcześniej. W pewnym sensie to była ulga. Może to zabrzmieć brutalnie, Więc znałeś utwory i nie musiałeś się ich wszystkich a to była ulga w tym sensie, że wiedzieliśmy, że teraz znajdziemy kogoś, kto będzie podchodził równie entuzjastycznie uczyć? Nick: Tak, znałem te kawałki. do Arch Enemy jak my. Kochamy nasz zespół i jeżeli ktoś nie poświęca się w 100% to przestaje być to dobrą zabawą. Zmiana członka zespołu jest zazwyczaj trudna dla wszystkich. Ale tym razem nie chodzi tylko o zastąpienie Jak znaleźliście Nicka? gitarzysty, ale również brata. Czy ta sytuacja jest przez to Michael: Cóż, znasz te strony, na których można zamówić socięższa dla was obu? bie pannę młodą? Teraz są też takie portale z gitarzystami. Nick: Dla mnie to dość łatwe. [śmiech] Nick: To jest dotychczas najlepsza odpowiedz na to pytanie. Michael traktuje cię jak młodszego brata? [śmiech] Nick: Nawet nie chcę opisywać jak oni mnie traktują. [śmiech] Michael Amott: Wiesz, mój brat już raz odszedł z zespołu, to Zorganizowaliście jakieś próby, przesłuchania? było w 2005 roku i wrócił w 2007. Z bratem mamy inne rela- Michael: Nie zupełnie. Nick był w amerykańskim zespole Arcje między sobą, ponieważ razem dorastaliśmy. Nie wiem czy sis, tak jak powiedział i oni grali przed nami jako support na masz brata, ale wyobraź sobie bycie z nim w zespole i wspól- trasie w Ameryce w 2010 roku. ną pracę. Przez długi czas mój brat chciał pracować na swój rachunek. On nie robił nic wcześniej przed Arch Enemy, kie- Więc znaliście się już wcześniej? dy my graliśmy w innych kapelach. Kiedy stworzyliśmy Arch Michael:Cóż, raczej nie znałem go wcześniej, powiedzieliśmy Enemy, miałem 25 lat i wiedziałem co chcę robić i jak chcę, sobie cześć kilka razy podczas trasy, choć obserwowałem go. aby wyglądał nasz zespół. Wiedziałem, do czego dążę. Mia- Podczas pierwszego czy drugiego występu na tamtej trasie, łem już trochę doświadczenia. Dla mojego brata to był pierw- siedziałem na zapleczu sceny grając na gitarze i nagle usły-

12


szałem coś, co brzmiało interesująco. Więc poszedłem ich podejrzeć. Nigdy ich wcześniej nie słyszałem. Angela [Gossow – wokalistka Arch Enemy - RA.] zajmuje się wyborem supportów dlatego jest bardziej w temacie nowych grup. Ale podobało mi się to, co grali. Zwróciłem uwagę na obu gitarzystów – na tego, który także śpiewa oraz na Nicka. Obaj są świetnymi gitarzystami i prezentują taki styl gry, który rzadko można usłyszeć. To znaczy, jest wielu wspaniałych gitarzystów, ale u tych było słychać sporo wpływów z klasycznego metalu. Ja sam inspirowałem się klasycznymi wykonawcami, takimi jak King Diamond, Iron Maiden i Judas Priest. W grze tej grupy, w której grał Nick słyszałem właśnie wiele klasycznych naleciałości. Świetnie to brzmiało. Ale grali przy tym niezwykle agresywnie. Cały czas pamiętałem o Nicku. Nawet wtedy myślałem o potencjalnym nowym gitarzyście. Tak jak powiedziałeś, spodziewałeś się tego… Michael: Tak, w pewnym sensie. Więc zadzwoniłem do Nicka

kiedy był w trasie z Arsis w Ameryce.

Czy zamierzacie wydać niebawem album koncertowy, aby przedstawić fanom nowy skład? A może myślicie już o nowej płycie studyjnej? Choć ostatnia wyszła całkiem niedawno. Michael: Tak, to było rok temu. Zaczęliśmy już pracować nad nowym materiałem, idzie nam bardzo dobrze. Ponieważ Nick jest teraz w Szwecji to wykorzystujemy ten okres, by popracować. Gdy tylko nie gramy na festiwalach, spotykamy się, pracujemy nad partiami gitar lub gramy z całym zespołem. Nick, angażujesz się w tworzenie nowej muzyki? Nick: Jak do tej pory, tak. Jednak jest to całkiem inny rodzaj pracy, niż w poprzednim zespole, gdzie każdy pisał sam i przynosił gotowe partie do studia. Ten zespół naprawdę siada w pokoju i improwizuje, jak za dawnych czasów. I to jest

ROCK AXXESS

9


coś, czego nie robiłem od bardzo dawna. To świetna sprawa.

Ostatni album był zainspirowany niedawnymi wydarzeniami na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce. Trochę się pozmieniało od czasu wydania albumu, Kaddafi nie żyje. Myślisz, że ludzie wykorzystali tę szansę? Zmieniło się coś? Michael: Nie wiem. To jest naprawdę trudny czas. Wiele z tych państw i tych społeczności nie ma demokratycznych tradycji, a te bardzo surowe i konserwatywne religie mają często olbrzymi wpływ na społeczeństwo. Nie mają one wiele wspólnego z wolnością wypowiedzi. Więc sadzę, że sporo dobrych rzeczy się wydarzyło w tym czasie, ale też sporo zaprzepaszczono. Wiele osób, które myślało naprawdę przyszłościowo, zostało odsuniętych. Mieli szanse, ale wydaje się, że w niektórych przypadkach jeden dyktator został zastąpiony następnym.

Skąd pomysł na taką tematykę tekstów? Michael: Angela napisała już wcześniej kilka rzeczy na ten temat. Ale to było po prostu coś, co się wydarzyło, co było naprawdę ekscytujące w tym czasie ponieważ mówiło się o tym w telewizji, gdy zastanawialiśmy się nad kierunkiem tekstów. Tak się po prostu złożyło. Czy to jest kierunek, jaki chcecie obrać też na kolejnych albumach, czy to był jednorazowy pomysł? Michael: Nie umiem powiedzieć. Jednak sądzę, że następny materiał będzie o czymś zupełnie innym. OK., słyszeliśmy, że Angela pobierała lekcje śpiewu w USA jakiś czas temu… Michael:Tak, to było kilka lat temu.

Czy nadal tam ćwiczy? Michael: Nie, Angela pobierała lekcje w Nowym Jorku u nauczycielki wokalu Melissy Cross. Ona jest dosyć znana w Ameryce z tego, że szkoli krzykaczy. Ale ma inną technikę i Angela była ciekawa, jak to wygląda. Angela miała jakieś problemy z głosem na początku. Ona miała wspaniały głos, gdy dołączyła do zespołu, a potem kilkakrotnie miała z nim problemy i musiała w zasadzie uczyć się wszystkiego od początku. Miała też guzki i musiała wypracować nową technikę śpiewania. Zainteresowała się więc lekcjami u Melissy Cross, była zaciekawiona jej techniką, która jest zupełnie inna od tego, co robi Angela. Ale Angela jej nie używa, ponieważ jest to zupełnie coś innego. To nie jest typowy deathmetalowy growling. To jest inny rodzaj krzyku, inny sposób na wydobycie dźwięku ze strun głosowych. Jej lekcje są chyba do obejrzenia na DVD, które wydali. Myślę, że obie pomogły sobie nawzajem w pewien sposób, bo Melissa Cross też chciała wiedzieć, co robiła Angela. Więc Angela była w Nowym Jorku przez miesiąc, jednak to było już kilka lat temu. Ostatni album dotarł do 78 miejsca na liście Billboard Top 200, co jest dosyć dobrym wynikiem jak na zespół grający taki rodzaj muzyki. Michael:To prawda, jednak nie wiedziałem o tym. Nie śledzę tych lokat ani tego typu rzeczy. Widzę je jedynie, kiedy pojawiają się w materiałach prasowych. Ale teraz wygląda na to, że sprzedając coraz mniej płyt można zajmować coraz wyższe pozycje na listach przebojów.

Czy dzieje się tak z tego powodu, że ta muzyka lub ten

14

zespół są bardziej popularne, czy po prostu zagorzali fani metalu kupią wszystko, nawet w czasach sporego kryzysu? Michael: Myślę, że przemysł muzyczny umiera, a kupowanie płyt przechodzi do historii. I oczywiście odzwierciedlają to coraz gorsze wyniki sprzedaży. Metalowy zespół, taki jak my, osiąga sprzedaż może nie tak spektakularną, w porównaniu z innymi, ale wystarczającą… Sporo fanów metalu kupuje płyty w pierwszym tygodniu po ich ukazaniu się. Wygląda więc na to, że można obecnie być dość wysoko na listach przebojów grając metal. Radzimy sobie całkiem nieźle jak na zespół, który nie ma czystych wokali. Nie jesteśmy puszczani w radiu, nie ma nas w TV, mamy kilka teledysków, ale one są robione raczej z myślą o YouTube i Internecie. Jesteśmy trochę zbyt ekstremalni, ale bardzo często, kiedy gramy na festiwalach, to jesteśmy jedyną kapelą wykorzystującą growling w ciągu całego dnia. Jedynym zespołem, który ma tak dużo solówek, szybkich partii perkusji z podwójnym bębnem ba-


sowym i growling. Dzisiaj gramy pomiędzy Gotthardem i Sabatonem, co jest w pewnym sensie dziwne. Idzie nam całkiem nieźle, jak na zespół tak ekstremalny. Zawsze nazywałem nas grupą grającą extreme metal, a nie death metal, gdyż według mnie w naszej muzyce znaleźć można elementy wielu odmian metalu, a także sporo hard rocka. Słychać u nas sporo Judas Priest i tego rodzaju rzeczy, ale również Death czy Morbid Angel. Ale głównie trochę starszych rzeczy, jak sądzę. Lubimy również niektóre nowe zespoły. Lubię Arsis. [śmiech]. Inne zespoły spoza metalu czy raczej trzymasz się klimatów deathmetalowych? Michael: Lubię wszystkie rodzaje muzyki, serio. Często wracam do muzyki z lat 60. i 70.

Hard Rock? Rock progresywny? Michael: Tak, też takie rzeczy. Jestem fanem progresywnego

rocka, ale nie progresywnego metalu. Nienawidzę progresywnego metalu. Nie mam na to czasu. Nie znajduję w tym progresji ponieważ wszyscy próbują brzmieć jak Dream Theater. A to raczej regresja. [śmiech] To jest po prostu nudne.

Nawet Dream Theater w tym momencie próbuje brzmieć jak Dream Theater z przeszłości i dość kiepsko im to wychodzi... Nick: Tak, była teoria, że na ostatniej płycie wykorzystali motywy ze swojego drugiego albumu. Ale nie słyszałem tego nowego krążka. Michael: Oni grali trochę fajnych rzeczy, jak Pull Me Under. Podobało mi się to. Nick: Tak, to było niezłe, ale ostatnio grają inne rzeczy. Michael: Ale lubię wszystkie rodzaje muzyki. Nie rozmawiam o tym zazwyczaj podczas wywiadów ponieważ fani metalu często ograniczają się do jednego gatunku. Lubię

ROCK AXXESS

15


wszystkie rodzaje muzyki i sądzę, że to słychać w twórczości Arch Enemy. Wiesz, bardzo często słychać u nas wpływy tego, czego słuchałem, gdy dorastałem. Dużo czerpałem z kolekcji moich rodziców – nagrania Stevie’ego Wondera i Davida Bowie’ego. Nadal lubię taką muzykę, ponieważ dorastałem na tym, ale to też były pierwsze nagrania, które wnikliwie analizowałem. I oczywiście nadal naprawdę uwielbiam stary metal, szczególnie zespoły takie jak Slayer – oni bardzo na mnie wpłynęli. To był ten magiczny czas, kiedy człowiek zaczyna interesować się muzyką, i ta muzyka jest całym jego życiem. A potem zacząłem grać własną muzykę i pisać własne utwory. Nick: Trudniej jest dotrzeć do nowszych rzeczy. Ale są pewne zespoły, do których ciągle wracam. Michael: Ja wciąż jestem pod wpływem rożnej muzyki. Czerpię z niej trochę melodii i pomysłów na riffy. Gdybym słuchał ostatnich 10 albumów metalowych, które były wydane przez Nuclear Blast i Century Media, gdybym inspirował się nimi i to byłaby moja paleta kolorów, to te kolory byłyby bardzo nudne. Każdy mógłby powiedzieć: on naprawdę inspiruje się tym czy tamtym… Więc inspirujemy się różnymi rzeczami, każdy w zespole słucha innych klimatów. Słuchamy wszystkiego. Najprawdopodobniej Angela słucha najbardziej ekstremalnych rzeczy. Uwielbia stary death metal i grindcore. Kręcą ją te ekstremalne rzeczy, podczas gdy reszta z nas to

16

mięczaki. [śmiech]. Ale kiedy gramy razem, to uwielbiam grać ekstremalny metal z Arch Enemy. Jest świetnie.

Rock Axxess jest rock stylowym magazynem, który nie tylko mówi o muzyce, ale także o wszelkich ciekawych rzeczach dookoła muzyki: kostiumach, image zespołów, o stylach muzyków na i po za sceną. Czy sceniczny image jest ważny dla zespołu? Pytam, ponieważ niektóre zespoły grające ekstremalny metal skupiają się bardziej na wyglądzie, niż na muzyce. Michael: No cóż, są różne rodzaje ekstremalnego metalu. Jest sporo zespołów, które ubierają się w zwykły t-shirt, buty wojskowe, dżinsy… Nick: Typowy blackmetalowy strój… Michael: Blackmetalowe kapele są pewnym sensie odpowiednikami hairmetalowych zespołów z lat 80., ponieważ największą uwagę zwracają na włosy, makijaż, ciuchy i czarną szminkę. Image jest dla wielu z nich najistotniejszy. Ale to muzyka zawsze jest najważniejsza. Często trafiają się zespoły – a ja uwielbiam wiele blackmetalowych rzeczy – o których myślę sobie, że znacznie lepiej byłoby dla nich, gdyby większy nacisk kładły na muzykę, bo każdy ich kawałek brzmi tak samo albo gitarzyści nie błyszczą. Mogliby ćwiczyć więcej. Ale wiesz, to tylko moje zdanie. Nie jestem fanem supermuzyków. Moi ulubieni gitarzyści mogą nie być uwa-


Michael: [śmiech] Nie, nie. Nie było ciśnienia. Nick posiada wspaniały słuch muzyczny, uczył się z płyt koncertowych, ponieważ na nich słychać jedną gitarę po lewej i drugą po prawej stronie. Na studyjnych płytach jest sporo różnych gitarowych ścieżek i harmonii. Nick: Wszystko przebiegło dość spokojnie. Znałem już te utwory więc musiałem jedynie usiąść i dokładnie je przesłuchać. Michael: Nick posiada wspaniałe teoretyczne podłoże. Nick: Tak, posiadam dyplom z zakresu teorii muzyki i miałem sporo treningu słuchu. To ułatwia życie, kiedy musisz nauczyć się sporej ilości muzyki w naprawdę krótkim czasie. Podchodzę do tego metodycznie. Michael: Ja jestem samoukiem, nie znam się na teorii muzyki [śmiech]. Jestem całkowitym przeciwieństwem Nicka, ale mój brat też był również bardziej wyrafinowany w sposobie grania. On też uczył się w szkole muzycznej, nie w takim stopniu jak Nick, ale wiedział więcej na temat teorii muzyki, niż ja. Czujecie się już teraz komfortowo ze sobą na scenie? Michael: Nie. [śmiech]

Wciąż się do siebie nie przyzwyczailiście? Nick: : Nadal wpadam w panikę za każdym razem, kiedy ten facet przechodzi na moją stronę sceny. [śmiech] Michael: Tak naprawdę, dobrze się bawimy! Zawsze czułem, że w Arsis był niedoceniany ponieważ drugi gitarzysta Arsis był tym, o którym wszyscy mówili. To on był kolesiem ze znanym nazwiskiem. Wiesz, o co chodzi. Nick: Wiesz, on założył tamtą kapelę… Michael: On założył zespół, a Nick był raczej tym drugim gitarzystą. Ale teraz podczas występów Nick spotyka się ze świetnymi reakcjami fanów. W Japonii, która jest dla nas niezwykle ważnym rynkiem, naprawdę pokochali i zaakceptowali Nicka. Nick: Tak, przyjęcie było niezwykle ciepłe, wszyscy to doceniamy. Michael: Sądzę, że gdy nagramy nowy album, ludzie zwrócą żani za najlepszych. Uwielbiam kolesi z Iron Maiden czy Ju- wreszcie uwagę na Nicka, jako gitarzystę. das Priest. Dla mnie K.K. i Tipton są bogami metalu ponieważ wspólnie tworzą magię. Nie dlatego, że są najlepszymi muzy- Rozmawialiśmy właśnie z muzykami Sabaton i wokalista kami, ale dlatego, że mają najlepsze pomysły. opowiedział nam, że podczas ich pierwszych koncertów Nick, ile czasu miałeś na nauczenie się utworów? Nick: Całkiem sporo. Pierwszy wspólny koncert graliśmy w kwietniu w Japonii. Przyjechałem pograć z zespołem w styczniu, więc miałem sporo czasu. Michael: Zadzwoniłem do niego w październiku. Nick: Dokładnie, to był koniec października. Byłem w trasie z moim ostatnim zespołem i powiedziałem: W porządku, daj mi tydzień na pozamykanie moich spraw tutaj i zobaczmy co się wydarzy… Michael: Tak, ale on natychmiast zaczął wysyłać mi filmy, ponieważ do końca roku graliśmy trasę z Chrisem w składzie. Nick wysłał mi filmy w listopadzie. Ale sądziłem, że wyśle mi z jeden kawałek, a dostałem chyba z dziesięć... Nick: Tak, może trochę przesadziłem…[śmiech] Michael: I pamiętam, że ściągałem te filmy i oglądałem je, i byłem zszokowany, jak szybko się uczy. To było ekscytujące, nie mogłem się doczekać. Sprowadziliśmy go w styczniu, po Nowym Roku i było świetnie.

w nowym składzie większość z nich wpadała na siebie, ponieważ byli członkowie biegali w innych miejscach na scenie, a nowi muzycy nie wiedzieli, jak poruszali się ich poprzednicy… Michael:Cóż, koncertujemy dłużej, niż Sabaton… Nick: Tak, ale Sabaton wymienił zdaje się trzech muzyków...

Czterech… [wszyscy zaczynają się śmiać] Nick: Chodzi o to, że widziałem Arch Enemy na żywo podczas wspólnej trasy w 2010 roku i oglądałem ich tam kilkakrotnie. Zrozumienie, jak zespół porusza się na scenie, nie jest wcale takie trudne, gdyż to wszystko ma sens, jeśli połączy się to z muzyką. Michael: Tak, my nie biegamy po prostu dookoła sceny. To zawsze ma coś wspólnego z muzyką. Nick: To nie jest bezcelowe. Jest w tym sporo logiki.

Dziękujemy za rozmowę, nasz czas już niestety się skończył. Życzymy wspaniałego koncertu dzisiaj. Więc to nie było tak, że wysłałeś Nickowi 80 utworów do Michael i Nick: OK, żaden problem. Dzięki. nauczenia w trzy dni?

ROCK AXXESS

17


ROCK AXXESS

15


ARCH

ENEMY’s

legions of

guitars

Katarzyna Strzelec, Jakub „Bizon” Michalski photography: Katarzyna Strzelec


ROCK AXXESS

17


„it freaks me out every time michael amott comes over my side” - says nick cordle, ARCH ENEMY’S NEW GUITARIST. „with the new album, I think Nick is gonna get some recognition as a guitar player.” - replies michael amott. this is the only interview arch enemy agreed for during last masters of rock!

Well, I have to start with the obvious thing - the line-up change. First of all - Nick, there’s not much information about your past on the Internet. Probably not all of the fans know where you are from and what is your background and your idols. Nick Cordle:: Well, I come to Arch Enemy from a band called Arsis which people usually describe as technical death metal. My starting point and my idols is the old thrash stuff - Exodus, Megadeth, Kreator... that kind of thing.

hadn’t really done anything before Arch Enemy while the rest of us had different bands. When we started Arch Enemy I was 25 so I knew that this was what I wanted to do and this was how I wanted this band to be, I knew the direction. I had some previous experience. For my brother, it was his first thing, he really didn’t have a choice, he just kinda came into it so I think he was always trying to find his own way, his own voice.

Changing band members is usually quite hard for the band, right? But this time it’s not only about a band member, but about a brother. You’re replacing a brother in this band. Is this situation tougher for both of you guys? Nick: Well, it’s been pretty easy for me.

Is that the reason he quit this time? Michael Amott: Yeah, I think so. But he also got married to an American girl and he’s now living in America. It wasn’t a big surprise when he wanted to quit the second time. The first time was more of a surprise. It came out of the blue for me. And the second time, now, I was kind of expecting it. We were all kind of expecting it. We noticed that his enthusiasm wasn’t the same for the band as it had been in the past. Actually, it was a relief in a way. It may sound like a harsh and tough thing to say but it was a relief in the sense that we knew we would find someone who’s really enthusiastic about doing Arch Enemy, like we are. We love this band and when somebody is not 100% into it, it kind of creates this atmosphere when it’s not fun for anybody in the end.

22

There were some auditions or demo tapes? Michael: Not really. You know what, Nick was in a band in America called Arsis, like he said, and they were one of the opening acts on a tour that we did in America in 2010, I think.

Were you a fan of Arch Enemy? Nick: Oh yeah.

So you knew the songs? You didn’t have to learn all of them? NC: Oh yeah, I knew the songs.

Is Michael treating you like a younger brother? Nick: I don’t even want to describe how they’re treating me. [laughs] Michael Amott: Well, you know, my brother quit once before. He was out of the band, he left in 2005 and he came back in 2007. You know, we have a different relationship because we’re brothers, we grew up together. I don’t know if you have a brother, but imagine being in a band with him and working together. For a long time my brother wanted to do his own thing. We started Arch Enemy when he was very young. He

So how did you find Nick? Michael Amott: Well, you know the thing when you order brides on the Internet? It’s the same thing now with the guitar players. [laughs] Nick: That’s the best answer to that question yet. [laughs]


So you knew each other? Michael: Well, I didn’t really know him, we just said Hello a couple of times on that tour but I was watching them. The first show or the second show we did I was sitting backstage playing the guitar and I heard something from the stage that sounded interesting. So I started watching them. I hadn’t really heard them previously. Angela [Gossow - Arch Enemy’s singer - RA.] tends to pick all those support bands, she’s more in tune with all the new bands. But I liked what they were doing and I liked both guitar players - the guy that sings and Nick. They are both great guitar players and I know it’s so rare that you hear this specific kind of guitar playing. I mean, you hear a lot of great players but they had a lot of classic metal feel. I come from a more classic metal background, like King Diamond, Iron Maiden, Judas Priest. They have a lot of that stuff going on in their music. I think it’s cool. But they have a really aggressive edge as well. So basically, I put Nick at the back of my mind. Even then I was thinking about potential guitar players. Like you said, you were expecting it... Michael: Yeah, kind of. So I gave Nick a call when he was on tour with Arsis in America.

Do you feel the need to release a live album now with this new line-up to show Nick to people? Or maybe a studio album? But the last one was not that long ago... Michael: Yeah, it’s one year old now. We’re already putting new material together, it’s going really well. Because Nick is staying in Sweden now, we’re doing certain periods, like he’s in Sweden for the whole summer so we’re using that time when we’re not doing the shows at the festivals. We’re jamming, meeting up, working on guitar parts or jamming with the whole band.

Is this the direction you want to take on future albums or is it one-off? Michael: I don’t know, I think it’ll be totally different actually. OK, I’ve heard that Angela was taking vocal lessons in the USA some time ago. Michael: Yeah, it was quite a few years ago.

She’s not doing this anymore? Michael: No, she did that with a vocal coach in New York called Melissa Cross. She’s kind of famous in the metal scene for being a vocal coach for the screamers in America. But she had a different technique and Angela was curious about it. Angela had some problems with her voice early on. She had a great voice when she joined the band but then she blew hear voice out a few times and she had to re-learn everything basically and she got nodules so she had to get a new technique. So she developed that new technique and she was interested in Melissa Cross’ vocal coaching, she was interested in her technique which is totally different from what Angela was doing. But Angela doesn’t use that technique because it’s very different. It’s not really growling in the death metal sense. It’s a different kind of shrieking, a different kind of a way of achieving that sound with the vocal chords. But I think she was on the DVD they did, I think they were helping each other in a way because Melissa Cross wanted to know what Angela was doing. So she was in New York for about a month but that was a few years ago now.

The last album reached 78th spot on Billboard’s Top200 which is quite high for a band that plays this kind of music. Michael: That’s true, I guess, but I didn’t know that. I don’t really keep track of those chart placings and stuff like that. I see it when it comes up in press releases. But it seems that now you sell less and less records but you chart higher and Nick, are you involved in creating new music? Nick: I have been so far. It’s a different way of working from higher. how we were working in my previous band where everyone writes on their own and brings things together. This band is Is this because this music or this band became more really sitting in a room and jamming, it’s kind of more old popular or is this the thing that metal fans are such dieschool, I guess. It’s something I haven’t done in a long time. -hard fans that they will buy everything even when there’s a big crisis? It’s been a lot of fun. Michael: Well, I think the music business is dying and the act The last album was pretty much inspired by all the things of people buying a physical product is dying and the charts that happened not so long ago in the Middle East and Nor- reflect that of course in the lower sales. A metal band like us thern Africa. Some things happened after you released achieves sales that are maybe not that spectacular if you look the album with Gaddafi dead, of course. Do you think the at the big picture but they’re enough... enough metal fans will go out and buy the album the first week. So you can actually people used their chance? Did it change anything? Michael: I don’t know. It’s a really difficult time and a lot of chart with metal nowadays quite high, it seems. We do very these countries and their societies don’t have the tradition of well for a band that doesn’t have any clean vocals. We don’t democracy and the religion is often a very powerful part of get any radio play, we’re not on TV, we do some videos but the society, very hardcore and conservative religions. Which they are mostly for YouTube and online stuff. We’re a little bit is very difficult to work with and it really doesn’t go well with too extreme but a lot of times when we play the festivals wefreedom of speech. So I think there was a lot of good things ’re the only band with growling vocals the whole day. The only that happened at that time but a lot of it seemed crushed, like band that has a lot of guitar solos, fast double-bass drumming a lot of people that were really forward-thinking. They had and growling vocals. Tonight we’re between Gotthard and Saa window of opportunity but it seems that a lot of times one baton, so it’s kinda strange in a way. We’ve done quite well for a band that has this kind of an extreme style and I’ve always dictatorship was replaced by the other. called us extreme metal, not death metal because to me we have the elements of all kinds of metal and hard rock. There’s Why this idea? Why this direction with the lyrics? MA: That’s something Angela’s written about a few times. But a lot of Judas Priest and all that kind of stuff in what we do it was just something that happened that was really exciting but there’s also Death and Morbid Angel. But mostly a little at the time because it was in the news and we were thinking bit older stuff, I guess. We like some of the new bands as well. I like Arsis. [laughs] about the direction of the lyrics. It just happened.

ROCK AXXESS

23


Any bands outside of your genre that you follow or do you just stick to death metal thing? Michael: I like all kinds of music, really. I go back and listen to a lot of 60s and 70s music.

Hard rock? Progressive rock? Michael: Yeah, stuff like that. I’m a fan of progressive rock, not progressive metal. I hate progressive metal. I don’t have any time for it. I don’t find it progressive because they all try to sound like Dream Theater. It’s actually kind of regressive. [laughs] It’s kind of boring.

Even Dream Theater is trying to sound like Dream Theater from the past these days and they are kind of struggling... Nick:Yeah, there was this theory that they used all the arrangements from their second album on the new one, but I haven’t heard it. Michael: That was some good stuff, like Pull Me Under. I liked that when it came out. Nick: Yeah, that was better but that was a different kind of thing from what they’ve been doing recently. Michael:: But I like all kinds of music. I don’t really talk about this a lot in the interviews because metal fans usually stick to one thing but I like all kinds of music and I think that comes out in Arch Enemy as well. You know, a lot of times we have music I grew up listening to - my parents’ record collection with Stevie Wonder or David Bowie. I still really like that music ‚cause I grew up on that but those were the first records that I started listening to very carefully. And obviously, I still really love the old metal, especially bands like Slayer - they were a very big band for me. There’s this magical time when you get into music, this music is your whole life. And then I started playing myself and I started writing my own songs... Nick: It’s harder to get into the new stuff. I have this sort of

24

home base I keep coming back to. Michael: I still get influenced a lot by different kinds of music. I get some melodies and ideas for riffs. If I was listening to the latest 10 metal albums that were out on Nuclear Blast and Century Media, if these were my influences, ma palette to paint with, I think these colours would be very boring. Everobody would say, ‚Wow, he’s really influenced by ...’ So you kind of take all kinds of stuff and everybody in the band is into a lot of different things. We cover all kinds of music together. Angela is probably the one that listens to the most extreme stuff. She really likes old school death metal and grindcore. She really likes the extreme stuff whereas the rest of us is kind of bit more wimpy. [laughs] But when we’re playing together, I love playing extreme metal with Arch Enemy. It’s a lot of fun. Rock Axxess is a rockstyle magazine which means that we do not only cover music but also all the things that are around music - costumes, band images, the artist’s image on and off stage. Is the stage image important for the band? Because some extreme metal bands tend to focus more on the image than on the music. Michael: Yeah, but there are different kinds of extreme metal. There are a lot of bands that just dress in band t-shirts, army boots, jeans... Nick: That’s the death metal uniform... Michael: Then you have the black metal bands who are almost the equivalent of hair metal bands of the 80s because it’s all about the hair, the make-up, the clothes and the black lipstick. It’s very image-driven. But the music is always the most important thing because a lot of times you see a band, and I love a lot of the black metal things that I hear but a lot of times I think that they should spend more times focusing on music because every song sounds the same or the guitar players are not that great. They could have spent a few more hours practising. But, you know, this is my opinion. I’m not


really into supermusicians. My favourite guitar players might not be considered the best. I love the guys in Iron Maiden and Judas Priest. To me K.K. and Tipton are like metal gods because they create magic together out of maybe not being the best musicians but having the best ideas.

Nick, how much time did you have to learn the songs? Nick: I had a pretty good lead-up. We played the first gigs in April, in Japan. I came over to jam with the guys in January so I had that whole time. Michael: I called him in October. Nick: Yeah, the end of October. I was still on tour with my last band and I said, all right, give me a week to finish my work here and let’s see what can happen. Michael: Yeah, but he started sending videos immediately, because we kept touring with Chris on guitar through the rest of the year. He sent me videos in November. And I thought he was going to send like one song and he sent me something like ten songs. Nick: Yeah, it might have been a lot... [laughs] Michael: And I remember downloading and watching it and I was blown away by how quickly he was learning the stuff. That felt exciting, I couldn’t wait. We brought him over in January, after the New Year and it just felt great. So it wasn’t like you sent him eighty tracks to learn in three days? Michael:: [laughs] No, no. He was actually fairly relaxed. Nick’s got a great musical ear, he was learning from the live albums because then you can hear one guitar on the left and the other one on the right. On the studio albums there are a lot of different guitar tracks and harmonies. Nick: It was a pretty relaxed process for me. I already knew the songs I just needed to sit down and play through them... Michael:: Nick’s got a great theoretical background. Nick: Yeah, I’ve had a university degree in music theory and some ear training. It makes life a little easier if you find yourself in a situation when you have to learn a bunch of music really fast. I have a sort of methodical way of doing that. Michael: I’m more of a self-taught, I don’t know any music theory. [laughs] I’m the complete opposite but my brother was also a little bit more refined in his playing. He also did a bit of a music school, not on the level that Nick did but he

knew more about the theory behind the music than I do.

Do you feel comfortable on stage with each other now? Michael:: No. [laughs]

You still didn’t get used to each other? [laughs] Nick: No, it freaks me out every time this guy comes over my side. [laughs] Michael: It’s been actually a lot of fun, it’s been great. I always felt that with Arsis he was underrated because the other guitar player in Arsis was the guy everyone was talking about, he had the name basically, if you know what I mean. Nick: Well, he started the band... Michael: He started the band and Nick was more like a background guy. But now, during the shows he gets really good reactions. In Japan, which is a very important market for us, they really loved him and accepted him. Nick:: Yeah, it was a really warm reaction, we appreciate it. Michael: And with the new album, I think Nick is gonna get some recognition as a guitar player.

We were just talking with the guys from Sabaton and the singer said that during the first couple of shows he was constantly bumping into other members because the ex members were running in different areas of the stage and the new ones don’t know how the previous ones moved on stage. Michael: Well, we’ve been touring longer than Sabaton... Nick: Yeah, but I think Sabaton replaced three people at once... Four... [everyone laughs] Nick: The thing is, I’ve seen Arch Enemy live because we did that tour in 2010 and I saw them a bunch of times then. Starting to pick up on how the band moves on stage is really not that hard because it makes a lot of sense if you’re following along with the music. Michael:: Yeah, we’re not just running around. It always has something to do with music. Nick: It’s not aimless. There’s a sort of logic to it.

OK. Thanks a lot guys, I think our time is up. Have a great show today. Michael and Nick: OK, no problem. Thank you.


przeciw

rock access polska

Pancerna zakonnica

atakuje Agata Sternal, foto: Anti Tank Nun


Historia jak z filmu: 14-letni chłopak uwielbia grać na gitarze. Pewnego dnia wymyśla sobie, że stworzy zespół, w którym będzie też grał Tomasz Titus Pukacki. Dzwoni do IDOLA. Tomasz przyjeżdża, jest pod wrażeniem gry młodego chłopaka. zostaje na dłużej.

T

ak w dużym skrócie rysuje się historia zespołu Anti Tank Nun, nowej formacji na polskiej scenie heavy metalowej. Zacznijmy jednak historię od początku. W wieku 11 lat Igor Gwadera rozpoczyna swoją przygodę z grą na gitarze. Jego pierwszym nauczycielem gry zostaje Jarek Chilek Chilkiewicz, członek takich formacji jak Bracia, czy My Riot. Chilek współpracował także z Urszulą, Kasią Kowalską i Eweliną Flintą. Iggy grał i z miesiąca na miesiąc stawał się coraz lepszy. Wzorował się na Judas Priest, Iron Maiden, Dio, Ozzym Osbournie, Accept, Saxon czy Black Sabbath. Miłością do ciężkiego grania zaraził Igora jego tata, który obecnie zajmuje się sprawami marketingowymi zespołu.

Kilkanaście miesięcy temu, w głowie chłopaka zrodziła się myśl o założeniu zespołu. Wymyślił sobie, że będzie grać heavy metal, i że szeregi jego formacji zasili Tomasz Titus Pukacki. Titus to niekwestionowana gwiazda polskiej sceny muzycznej - tylko z zespołem Acid Drinkers nagrał 14 płyt, a to nie jest jego jedyny projekt muzyczny. Iggy złapał za telefon, wykręcił numer Pukackiego i opowiedział o swoim projekcie. W tym czasie, Igor nie był jedynym członkiem zespołu. Wspierali go: na gitarze rytmicznej Adam Adi Bielczuk oraz za bębnami Bogumił Mr. BO Krakowski, byli członkowie zespołu NIKT. O pomyśle zaproszenia Titiego do Anti Tank Nun, teraz po wydaniu pierwszej płyty mówią tak: Na początku wydawało nam się to mało prawdopodobne, by Titi się zgodził, ale okazało się inaczej. To kolejna rzecz, która pokazuje że 14-latek (a dokładnie 13-latek, bo on jest z października ) jest bardziej odważny od nas i że trzeba podążać za marzeniami za wszelką cenę, bo jak widać się spełniają . Jak się domyślamy, Titus się zgodził i przyjechał na jedną z prób chłopaków do Goleniowa. Wspólne granie rozpoczęli od kawałka If You Are Going Through Hell, Keep Going (jedna z piosenek na płycie Hang’em High Anti Tank Nun). Grało im się bardzo dobrze, jednak pierwsza próba nie przesądziła o przyłączeniu się Titusa do zespołu. Ten był pod wrażeniem tego, co Igor potrafi, a mimo to postawił ultimatum: za kilka dni wróci do Goleniowa i jeżeli chłopaki zagrają Bark At The Moon Ozzy’ego Osbourne’a, to on dołączy do zespołu. Po kilku dniach Tomasz wrócił. Okazało się, że chłopaki odrobili zadanie domowe bezbłędnie - wyrobili się w riffach i solówkach. I wtedy powstało Anti Tank Nun.


Iggy, czym dla ciebie jest granie w Anti Tank Nun? Iggy: Nie wiem, czym granie w ATN jest dla pozostałych członków, ale dla mnie jest bardzo ciekawym doświadczeniem oraz niesamowitą przyjemnością

Titus, nie było głosów z zewnątrz, że Ty, Mr. BO i Adi możecie zepsuć 14-latka? Niektóre środowiska uważają muzyków heavymetalowych, rockowych itp. za moralne zło, nic tak naprawdę o was nie wiedząc. Jak to było? Titus: Wydaje mi się, że każdy, kto jest logicznie myślący, nie myśli o nas, jako o zepsutych rockandrollowcach, ale prawda jest taka, że to Iggy przekazuje mi przynajmniej, ten młodzieńczy luz, który czasami gdzieś gubię. W końcu z nim mogę na luzie grać w gry i oglądać głupoty w necie.

Nie baliście się gry z tak młodym chłopakiem? Pomijam tutaj jego niewątpliwy talent muzyczny. Titus: Na początku troszkę się obawiałem, ale wystarczyła pierwsza próba i okazało się, że z Iggym gra mi się rewelacyjnie, na pełnym luzie, bez wyścigów i popisów.

Adi i Mr. BO, przygotowując się do wywiadu, prześledziłam publikacje na wasz temat w mediach i muszę przyznać, że narzucić się może stwierdzenie, iż Anti Tan Nun to Iggy (utalentowany nastolatek), Titus (weteran polskiej sceny metalowej) i jakiś tam gitarzysta i jakiś tam perkusista, co oczywiście nie jest prawdą. Najczęściej wymieniani jesteście z imienia i nazwiska i tyle. Proponuję w tym miejscu obalić powyższe stwierdzenie, gdybyście mogli powiedzieć kilka zdań o sobie i swojej historii muzycznej. Na kim się wzorujecie, kto jest waszym idolem itd. Adi i Mr. BO: To jest poniekąd prawda, ale można to porównać do tortu: wszyscy patrzą na wisienkę, ale każdy i tak ma ochotę spróbować ciasta. A co do historii, to tak naprawdę zespołem takim poważnym był zespół Nikt, w którym nagraliśmy trzy płyty i zagraliśmy całą masę koncertów wszędzie, od małych klubów po największe polskie festiwale.

Co do muzycznych idoli, to raczej ich nie ma, raczej są ludzie, którzy wywarli mniejszy bądź większy wpływ na nas, na to, że zaczęliśmy grać, więc jeśli chodzi o grę na bębnach, to jest to Ślimak z Acid Drinkers, Dave Grohl oraz Mike Bordin.

A zespół NIKT to dla was...? Adi i Mr. BO: Zespół NIKT to 12 lat deszczowych i słonecznych dni, a teraz zamknięty rozdział.

Graliście już przed Thin Lizzy, przed kim jeszcze lub z kim chcielibyście zagrać jako Anti Tank Nun i dlaczego? Anti Tank Nun: Black Sabbath lub sam Ozzy Osbourne. A dlaczego? To jest proste: bo to Ozzy. Czy Anti Tank Nun zamierza nagrać płytę po polsku? Anti Tank Nun: Usilnie pracujemy nad przekonaniem Titiego, więc może niedługo. [Titus jest przeciwnikiem śpiewania po polsku, uważa że lepiej wychodzi mu śpiewanie po angielsku – przyp. RA]

Titus wyobraź sobie, że za kilka lat twoi synowie przychodzą do i mówią: Tato, chcę grać, chcę założyć zespół… Co robisz? Titus: Zrobiłbym wszystko, by im pomóc, opowiadając o plusach i przemilczając minusy. [śmiech]

W maju ukazał się pierwszy album Anti Tank Nun, o jakże miłym tytule Hang’em High co oznacza Powieś ich wysoko. Na płycie znalazło się 12 utworów, które są niejako hołdem złożonym zespołom, które są inspiracją dla członków Anti Tank Nun. Na Hang’em High usłyszeć można trochę wczesnego Acid Drinkers, Alberta Rosenfielda oraz Black Sabbath. Na szczególną uwagę zasługują solówki Iggy’ego w Devil Walks Mash oraz Whores,Vodka And Lasers. Już po pierwszym przesłuchaniu wiadomo, że Igor to wschodząca gwiazda polskiej sceny metalowej, a Anti Tank to nie ostatnia jego przygoda z muzyką.


polski short jesienna trasa voo voo

Zespół Wojciecha Waglewskiego zapowiedział jesienną trasę koncertową, która ma promować najnowszą płytę zespołu Nowa Płyta. Panowie pojawią się między innymi w Poznaniu, Warszawie, Toruniu, Opolu, Gnieźnie i wielu innych miastach. Członkowie Voo Voo pod koniec kwietnia weszli do studia. Premiera krążka zapowiedziana jest na październik.

patrol czuwa

nergal aktorem

Lider Behemoth wystąpi w najnowszym filmie Juliusza Machulskiego. Szczegóły roli nie są jeszcze znane, a sam muzyk także nie chce za dużo powiedzieć. Wiadomo, że film oparty będzie na wydarzeniach z II wojny światowej, a Darski zagra w nim von Ribbentropa.

Prokuratura postawiła zarzuty Korze. Grozi jej trzy lata wiezienia za posiadanie w domu 2,8 grama marihuany.

kukiz solo

Lider zespołu Piersi w tym roku stawia na solową karierę. 4 września światło dzienne ujrzy pierwszy album Kukiza Siła Honoru. Jak zapowiada muzyki, będzie to jego osobista refleksja na temat historii Polski, począwszy od 1939 roku.

ja nigdy nie kradłem, ja tylko jumałem

Tak śpiewa Kazik Staszewski w premierowym utworze skomponowanym do filmu Yuma Piotra Mularuka. Film wejdzie do kin 10 sierpnia i opowiada będzie o czasach po upadku PRL-u. Oprócz Kazika w filmie usłyszeć będzie można Ice Ice Baby Vanilla Ice, Coco Jambo Mr. President oraz To my Polacy grupy Pięć Dwa Dębiec.

moc power of trinity

Na Facebooku zespół Power of Trinity zapowiedział, że w sierpniu wchodzi do studia i będzie nagrywać nowy, trzeci krążek. Czekamy z niecierpliwością na efekty pracy chłopaków.

wyjątkowy jarocin 2012

robaki w trasie

Na oficjalnej stronie Luxtorpedy można czytać informacje o planowanej, dużej trasie koncertowej, która ma promować album Robaki. Już dopinamy naszą Robaczywą Trasę jesienną. Cały listopad będziemy grać dwugodzinne koncerty, na których usłyszycie całą nową płytę, całą pierwszą i coś z najnowszych propozycji na trzeci album.źródło www.luxtorpeda.pl Zanim chłopaki ruszą w trasę, w Jarocinie będą świętować swój jubileusz, setny koncert!

W tym roku Jarocin Festival obfitował w koncerty wyjątkowe. Takim był jedyny w ramach świętowania 30-lecia zespołu koncert KULT. Luxtorpeda z kolei zagrała na żywo po raz setny. Od Lao Che publicznośc dostała nie lada prezent w postaci odegrania całego albumu Powstanie Warszawskie. Przypomnijmy, że jest to album uznawany za jedno z najlepszych dokonań na polskiej scenie muzycznej w ostatnich latach.

management nowaka dziękuje

Mamy dla Państwa tylko dobre wiadomości. Andrzej Nowak czuje się lepiej i w zaskakująco szybkim tempie dochodzi do siebie. Co prawda pozostanie w szpitalu jeszcze jakiś czas ale poprawę jego stanu zdrowia widać z godziny na godzinę. Wyniki są coraz lepsze. Lider Złych Psów pragnie podziękować wszystkim, którzy oddali krew. Czy wiecie że dzięki Wam, mediom które to nagłośniły przez ostatnie kilka dni uratowaliśmy życie Andrzeja i życie kilkunastu osób poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych i innych zdarzeniach? Szpital Wojskowy w Krakowie już dawno nie miał takiego zapasu krwi jaki ma teraz dzięki Wam!! Uratowaliście nie tylko Andrzeja. Jesteście wielcy. (…) Dziękujemy wszystkim przyjaciołom z innych kapel, którzy podczas swoich występów apelowali o oddawanie krwi i dodawali otuchy Andrzejowi. Szczególne podziękowania dla załogi Oddziału Zamkniętego i Cree. (..) Jeszcze raz dziękujemy zespołowi lekarzy, pielęgniarek, pracowników Szpitala Wojskowego w Krakowie – dzięki Wam Andrzej czuje się prawie jak w domu. Jesteście wspaniali!

ROCK AXXESS

29


MISTRZOWIE

ROCKA

rock talk

mają głos

Katarzyna Strzelec, Jakub „Bizon” Michalski foto: Katarzyna Strzelec


festiwal masters of rock to nie tylko wiele godzin koncertów najpopularniejszych artystów rockowych. fani mogą podać dłoń idolom podczas wielu spotkań z zespołami. dziennikarze dostają szansę porozmawiania z artystami podczas licznych konferencji prasowych. dziś część pierwsza wywiadów. przeczytajcie, co powiedzieli nam muzycy edguy, unisonic, gotThard, sabaton oraz paul di’anno.

EDGUY Jens: Nie mamy za dużo czasu, musimy zobaczyć koncert Unisonic [śmiech] A właśnie! Michael Kiske z Unisonic śpiewał w jednym z waszych utworów, występował też w projekcie Avantasia z Tobiasem i Felixem. Są jakieś szanse, że pojawi się z wami dzisiaj na scenie? Jens: Nie sądzę, żeby był chętny po własnym koncercie na kolejne pięć minut śpiewania z nami.

Felix, nie myli ci się czasem, z którym zespołem grasz akurat koncert? Felix: Zawsze! [śmiech] Gdzie ja w ogóle jestem? [śmiech] Nie, tak naprawdę to nie jest aż tak skomplikowane.

Gracie wciąż podczas koncertów Edguy jakieś utwory Avantasii? Tobias: Nie, już nie. Graliśmy je zanim Avantasia zaczęła koncertować. Wtedy to było coś wyjątkowego, bo jedyną okazją do usłyszenia tych utworów na żywo był koncert Edguy. Teraz ta wyjątkowość już nie istnieje, bo Avantasia ma własne trasy koncertowe. Skupiamy się więc na kompozycjach nagranych przez Edguy. A nie wpadliście na pomysł, żeby wzorem Avantasii, nagrać koncertówkę z różnymi gośćmi i przyjaciółmi z innych zespołów? Tobias: To chyba nie byłby najlepszy pomysł, bo wyglądałoby to, jak klon Avantasii. Edguy to tylko nasza piątka, staramy się nie mieszać teraz interesów obu zespołów. Macie jakieś ulubione utwory do grania na żywo? Dirk: Jasne, że tak. U mnie, to różnie. Jeśli graliśmy już jakiś kawałek ze sto razy, to staje się on dla mnie nieco nudny. Zawsze lubię grać utwory z nowych płyt, bo są wciąż świeże i nie były wykonywane tak wiele razy. Także dzisiaj cieszę się szczególnie na granie właśnie tych, nieco rzadziej wykonywanych kawałków, bo to będzie dla nas prawdziwe wyzwanie. To dobry sposób na to, by nie popaść w rutynę. Powiew świeżości zawsze sprawia, że koncerty stają się bardziej interesujące. Wasza ostatnia płyta wyszła w zeszłym roku. Myślicie już o czymś nowym? Jens: Na to jeszcze chyba trochę za wcześnie. Na razie koncentrujemy się na występach na żywo. Mamy już jakieś pomysły, ale to jeszcze nic konkretnego.

32


UNISONIC Widziałem setlisty z wcześniejszych koncertów. Gracie niemal wyłącznie nowy materiał oraz kilka utworów Helloween. Czy możemy spodziewać się także utworów innych zespołów, w których graliście? Byliście członkami wielu znanych grup. Kosta: Jak do tej pory nie graliśmy żadnych utworów innych naszych zespołów. Oczywiście, nie zapominamy o naszej przeszłości, ale uznaliśmy, że to byłaby przesada. Gdybyśmy chcieli wykonywać utwory tych wszystkich grup, to musielibyśmy grać bardzo długi set. [śmiech] Kai: Nie chcemy brzmieć jak składanka największych hitów. Muzyka tych wszystkich zespołów zbyt mocno różniła się od siebie. Tych grup było zbyt wiele. Brzmielibyśmy jak cover band.

Już byliście w tym samym miejscu – wiele lat temu zakładaliście nowe zespoły. Jaka jest różnica między zakładaniem grupy w latach 70. czy 80., a teraz? Czy nowe grupy mają teraz łatwiej? Kai: Ciężko odpowiedzieć nam na to pytanie, bo choć zespół jest nowy, to my jesteśmy już starymi repami w przemyśle muzycznym. To zupełnie inna sytuacja, niż kiedy zaczyna się w młodym wieku.

A co sądzicie o obecnie dostępnych formatach muzycznych? Czy wydawanie muzyki na płytach kompaktowych to wciąż najlepszy sposób na dotarcie do fanów? Słyszałem opinie wielu muzyków, którzy twierdzą, że nie ma sensu wydawać płyt, bo po prostu nie sprzedają się. Kai: Ciężko powiedzieć, co przyniesie jutro. Format CD umiera. Ludzie ściągają muzykę z Internetu, a coraz ważniejsze Czy Unisonic jest teraz waszą główną grupą? stają się koncerty. Tylko, że w pewnym sensie jest to do dupy, Kosta: Nie, angażujemy się w wiele różnych działań. Kai bo grasz koncert, a następnego dnia wszystkie kawałki są już wciąż pracuje z Gamma Ray. Wszyscy mamy swoje zajęcia, w Internecie. Setlista nie jest już żadną niespodzianką, przetakże związane z produkcją płyt. Ale Unisonic będzie naszym bieg koncertów też nie. Nie wiem do czego to doprowadzi. My ulubionym skokiem w bok. [śmiech] będziemy robić swoje i zobaczymy, co z tego wyjdzie.

ROCK AXXESS

25


Jaka jest więc przyszłość tego zespołu? Takie Black Country Communion nagrało trzy płyty w dwa lata... Kai: My na pewno tego nie zrobimy. Nie wiem jakim cudem ludzie wyrzucają z siebie tyle piosenek. Jak dla mnie, oznacza to, że te kawałki nie są wiele warte. Być może mylę się, ale uważam, że napisanie dobrego kawałka musi zająć trochę czasu. Musisz być w odpowiednim nastroju i tak dalej. My nie będziemy wydawali płyt tak często. Czyli w planach macie na razie więcej koncertów? Kosta: Tak, mamy jeszcze kilka festiwali. We wrześniu lecimy do Azji. Będziemy grać w Japonii, Korei, a później w Rosji. Potem gramy razem z Gotthard w Hiszpanii i Niemczech. Takie są plany na ten rok. A czy plany obejmują nagranie płyty koncertowej? Kai: Na razie nie. Nagraliśmy ledwie jedną płytę. Album koncertowy musi poczekać.

Kosta, opuściłeś niedawno Pink Cream 69. Czy gra w Unisonic była powodem tej decyzji? Kosta: Raczej nie. To nie miało nic wspólnego z Unisonic. Firma menedżerska, którą prowadzę zajmuje mi mnóstwo czasu. Opiekujemy się wieloma zespołami i po prostu nie wyrabiałem. Poza tym, w Pink Cream 69 byłem nie tylko perkusistą, ale także przez wiele lat menedżerem. To mnóstwo roboty. Nie byłem już w stanie poradzić sobie z tym wszystkim. Cierpiała na tym moja praca w firmie, a także w Unisonic, czego nie chciałem. Wciąż przyjaźnię się z chłopakami z zespołu. Dzwonimy do siebie. Oczywiście mam stały kontakt z Dennisem [Wardem – basistą Unisonic i Pink Cream 69]. Rozmawiałem z pozostałymi i wyjaśniłem im sytuację, a oni ją zrozumieli. Są więc szanse na jakiś wspólny występ w przyszłości? Kosta: Taaa, wspólne występy, ostatni album i dziesięcioletnia trasa pożegnalna. Pożegnalne trasy dobrze się sprzedają. [śmiech]

26


na przesłuchanie. Pojawił się i zagraliśmy razem kilka prób. Postanowiliśmy popracować razem przez dwa tygodnie. Mieliśmy przez ten czas okazję sprawdzić, czy dobrze nam się razem tworzy, pomieszkać razem i poznać się. W trakcie pierwszych dziesięciu dni napisaliśmy wspólnie cztery kawałki, które trafiły na nową płytę. Wszystko szło świetnie. Po tych kilku dniach wspólnej pracy, czuliśmy jakbyśmy znali Nica od wielu miesięcy. Być może ma to związek z tym, że urodził się w Szwajcarii. Znacznie łatwiej porozumieć się z osobą, która pochodzi z tego samego kraju. Ale przesłuchiwaliśmy także osoby z Anglii, Kanady, Urugwaju i Niemiec. Byli także ludzie ze wschodniej Europy, na przykład z Rosji. Przesłuchaliśmy ponad czterysta taśm. Jakieś 70% tych wokalistów znacznie przeceniało swoje możliwości, 10% nie potrafiło nawet śpiewać, ale pomyśleli pewnie, że fajnie byłoby dołączyć do zespołu. [śmiech] Marc: Niektórzy z nich wyglądali zbyt dobrze, więc uznaliśmy, że przyjęcie ich nie byłoby najlepszym pomysłem. [śmiech] Leo: To co zrobił z nami Nic było na bardzo wysokim poziomie i nikt inny do tego poziomu się nie zbliżył. Dobrze się z nim czuliśmy, znów czuliśmy się jak zespół, więc w połowie lipca postanowiliśmy zadzwonić do niego. Kończył właśnie grać w Australii. Nic, wiemy że przed tobą duże wyzwanie. Steve był wspaniałym wokalistą. Czy byłeś fanem Gotthard? Musiałeś nauczyć się tych wszystkich utworów, czy już je znałeś? Nic: Musiałem się ich nauczyć. Sam proces przesłuchań był bardzo długi więc musiałem poznać sporo piosenek. Nagrywałem też swój głos do wielu starszych kawałków Gotthard, więc część pracy była już wykonana.

GOTTHARD

Gracie teraz koncerty. Czy planujecie wydanie płyty koncertowej, żeby przedstawić Nica publiczności właśnie w wydaniu na żywo? Leo: Jeszcze nie teraz. Później na pewno. Teraz jest jeszcze na to za wcześnie. Nagrywamy część koncertów, ale nie wiemy, czy wykorzystamy te nagrania w przyszłości. To nie jest chyba najlepszy moment na płytę koncertową. Być może nadejdzie on po kolejnej płycie studyjnej. Dla nas najważniejsza jest teraz obecna trasa, a pod koniec roku zobaczymy, na czym stoimy.

W jaki sposób Nic znalazł się w zespole? Czy został przez kogoś polecony? Leo: Tak, polecił go nasz przyjaciel. Powiedział, ten koleś chce przyjść na przesłuchania! Przyszło do nas wiele taśm. Zapraszaliśmy mnóstwo osób do wspólnej pracy. Proces wyboru nowego wokalisty przebiegał w kilku etapach. Na początku było z trzydzieści osób. Po odsłuchaniu taśm zostało ich dziesięć. Tę dziesiątkę zaprosiliśmy do sali prób i wyłoniliśmy z nich dwóch kandydatów. W międzyczasie nasz przyjaciel dał nam namiary na Nica, więc jego też zaprosiliśmy, bo i tak przebywał akurat w Szwajcarii. [do Nica] To było całkiem sprytne posunięcie z twojej strony. Tak w zasadzie to nigdy nie powiedziałeś nam, co akurat robiłeś w Szwajcarii. [śmiech] Nic: Pomyślałem, że warto pomóc nieco szczęściu. [śmiech] Leo: Ten przyjaciel zadzwonił do nas i powiedział: Znam gościa z Australii, który jest Szwajcarem i właśnie przebywa tu, na miejscu. Nigdy nie spytaliśmy, czy przyleciał specjalnie

Zatem nie myśleliście o zmianie nazwy i rozpoczęciu tego nowego rozdziału z nowym wokalistą i pod nowym szyldem, by mieć całkowitą wolność? Marc: No cóż, jeśli słucha się naszej nowej płyty, Firebirth, to ona brzmi jak Gotthard. Wszyscy mówiliby: Brzmi jak Gotthard, więc po co zmieniać nazwę? Leo: A wy i tak dopisywalibyście ex-Gotthard. [śmiech] Rozmawialiśmy także z przyjaciółmi i rodzicami Steve’a. On chciałby, żebyśmy grali dalej.

Nie kusiło was, żeby w tej sytuacji spróbować czegoś nowego? Rozpoczynacie przygodę z innym wokalistą, jest to dla zespołu zupełnie nowy rozdział. Czy pomyśleliście o tym, że może to dobry moment na spróbowanie czegoś, na co nie zdecydowalibyście się ze Steve’em? Leo: Cóż, jednym z powodów tego, że ten zespół wciąż nazywa się Gotthard jest to, że chcieliśmy kontynuować to, co robiliśmy wcześniej, tyle że z nowym wokalistą. Oczywiście pojawiają się nowe wpływy, nowe smaczki, nieco świeżości. Ale to wciąż brzmi jak Gotthard.

ROCK AXXESS

35


SABATON Nagrywaliście niedawno nowy teledysk w Polsce. Podobno były jakieś kłopoty z właścicielem pola, na którym trwały zdjęcia... Joakim: Serio? Nie miałem pojęcia. O co chodziło?

No cóż, podobno nie był zbyt szczęśliwy z powodu tych wszystkich eksplozji. Joakim: To teledysk Sabaton, oczywiste jest to, że będą w nim eksplozje [śmiech]. Ale nic nie zniszczyliśmy. Armaty strzelały ziemią, którą tam przywieźliśmy, więc nie było żadnego kopania dołów. Ziemię przywieziono w skrzyniach, umieszczono w armatach i wystrzelono. Było to nieco stresujące. Ale to tylko trochę błota na polu, więc zdziwiłbym się bardzo, gdyby okazało się, że coś zniszczyliśmy.

Kiedy możemy spodziewać się premiery teledysku? Pär: Film jest ukończony, ale daty premiery jeszcze nie mamy. Podczas wizyty w Polsce nagraliśmy tak naprawdę dwa teledyski. Jeden do utworu Carolus Rex, a drugi do A Lifetime of War. Światło dzienne ujrzą pewnie pod koniec lata.

Czy łatwiej wam pisać o historii innych krajów, niż o własnej ojczyźnie? Joakim: W pewnym sensie tak. Trudniej jest oceniać negatywnie uczynki rodaków. Nie zawsze jest się czym chwalić. Szwedzi też mają swoje na sumieniu. Wtedy jest to trudne, ale też jest wiele rzeczy w historii Szwecji, z których powinniśmy być dumni i wtedy jest to dla nas łatwiejsze. Sprawia nam to przyjemność. Są jeszcze jakieś miejsca, którymi jesteście szczególnie zainteresowani i o których chcielibyście opowiadać? Może Ameryka? Joakim: Tak, mamy już kilka kawałków na te tematy. O wojnie w Wietnamie i II Wojnie Światowej, ale rozmawialiśmy sporo o tym, co chcielibyśmy robić w przyszłości i chyba już wiem, co to będzie. Zatem co to będzie? Joakim: Nie powiem. To niespodzianka. [śmiech]


PAUL DI’ANNO Powstają obecnie jakieś twoje nowe kawałki? Paul: Tak. Ja i chłopaki piszemy właśnie kawałki na nowy album, a oprócz tego planuję też płytę z moim innym, norweskim zespołem. W najbliższych latach powinny wyjść dwie płyty. Ale przechodzę na emeryturę. Wyjdą te dwie płyty i dosyć. Jak tylko powstaną nowe utwory, wrzucimy je do koncertowego setu, włączymy też trochę kawałków Battlezone i z mojej płyty Nomad. Kończymy z graniem utworów Iron Maiden. Gramy je od dwóch lat – dziękuję, wystarczy. Robi się z tego mały koszmar. To kolejny powód tego, że daję już sobie spokój – mam już dość tego, że część ludzi chcę, abym grał tylko numery Iron Maiden. Na brak kasy nie narzekam, nie muszę tego robić.

Czy śpiewanie w Iron Maiden było zatem błogosławieństwem czy przekleństwem? Paul: Jednym i drugim. Gadałem z Ozzym i on widzi to podobnie. Nagrywa płyty solowe i odnosi sukcesy, ale część ludzi i tak chce słyszeć tylko kawałki Sabbath. Tu z kolei chcą słuchać Maiden. Grałem kiedyś trasę w Ameryce Południowej bez numerów Iron Maiden w secie i dzieciaki uwielbiały te koncerty. Z niektórymi nie wygrasz, ale robię to, na co mam ochotę. Nie włażę nikomu w dupę. Powiedzieliśmy, że będziemy grać obecny set przez dwa lata i OK. Wystarczy. Chcę znów grać swoje rzeczy. Jeśli fani nie są w stanie tego zaakceptować – a wielu akceptuje – to mogą mi skoczyć. Myślą, że nie mam własnej kariery? Nie potrzebuję ich. Odwracam się i mam ich w dupie.

Jak już rozmawiamy o twojej karierze poza Iron Maiden, w latach 80. nagrałeś EPkę z zespołem Gogmagog. Czemu nic z tego nie wyszło? P: To była porażka. W oryginalnym składzie zespołu był ten koleś, który siedzi teraz w więzieniu za pedofilię. Bardzo znany w latach 60. wokalista, Jonathan King [King wyszedł z więzienia kilka lat temu – przyp. RA]. Był też Russ Ballard.

38

Pierwszy skład nie miał z nami nic wspólnego. Na basie miał grać John Entwistle, a na bębnach Cozy Powell. Nie pamiętam, kto miał grać na gitarze, ale wokalistą był David Coverdale. Zastąpiłem go, bo był beznadziejny [śmiech]. W końcu w składzie znalazłem się ja, Pete Willis [ex- Def Leppard], Clive [Burr – ex- Iron Maiden], Janick [Gers – ex- Gillan, obecnie w Iron Maiden] i Neil Murray [ex- Whitesnake]. Problem polegał na tym, że kazano nam nagrywać te kawałki, które były do dupy. Nie pozwolili nam nic napisać. Producenci nie byli w stanie skomponować nic lepszego, my byliśmy, ale nie pozwolono nam.

Nie jesteś więc chyba fanem supergrup? P: Co kilka lat zbieramy do kupy pewną supergrupę w Brazylii, ale pewnie nigdy nie słyszeliście o tych muzykach. To są członkowie takich zespołów jak Charlie Brown Junior i Raimundos. Raimundos to tacy brazylijscy The Ramones. Ramones nawet prosili ich o skowerowanie paru swoich kawałków. Ale Raimundos są cholernie znani w Brazylii. Tak samo Charlie Brown Junior. Gramy wszystko, od Alice’a Coopera do Ozzy’ego Osbourne’a, Cream, The Doors, Led Zeppelin, Sex Pistols, Iggy’ego Popa, The Police, a nawet Stevie’ego Wondera! Wszystko graliśmy. Koncertowaliśmy w Brazylii ze dwa czy trzy lata temu i było zajebiście. Tak więc to jest nasza brazylijska supergrupa i świetnie się nam razem gra. Podczas dzisiejszego koncertu wspominałeś, że robisz sobie przerwę. Poważnie mówisz? P: To nie przerwa, to emerytura. Koniec. Od dziesięciu lat jestem stale w trasie.

To co planujesz robić? Łowić ryby? P: Tak, dokładnie. [śmiech] Ryby i cieszenie się żoną i dzieciakami. Budujemy naszą nową farmę w Wenezueli, skąd pochodzi moja żona. Otwieramy też nowy salon tatuażu.


ASTERS OF

ROCK have a voice

Katarzyna Strzelec, Jakub „Bizon” Michalski photography: Katarzyna Strzelec


masters of rock IN VIZOVICE, CZECH REPUBLIC HAS MUCH MORE TO OFFER THAN MANY HOURS OF LIVE MUSIC PERFORMED BY THE MOST POPULAR ROCK ARTISTS. fANS shake hands with their idols DURING MEET&GREETS. JOURNALISTS GET A CHANCE TO SPEAK TO MUSICIANS AT MANY PRESS CONFERENCES. This is the first of two parts of our conversations with EDGUY, UNISONIC, Gotthard, SABATON AND paul di’anno.

EDGUY

Jens: We don’t have much time, we have to watch Unisonic. [laugh] Yeah, by the way, Unisonic’s Micheal Kiske sang lead vocals on one of your songs and he also sang with Tobias and Felix in Avantasia. Any chances for a short guest spot today? Jens: I’m not so sure he’s willing, after their own set, to sing another five minutes with us. Felix, do you get confused sometimes with which group you’re playing a show? Felix: Always [laughs]. Where am I? [laugh] No, it’s not that complicated.

Do you guys still keep some Avantasia songs in the Edguy setlist? Tobias: No, not anymore. We did this before Avantasia came live on the road. It was something really special because the only place when you could see a little bit of Avantasia was at Edguy’s show but now this effect is gone since we’re touring with Avantasia anyway so we focus on Edguy songs.

40

Any chances of recording a live album, just like Avantasia did, with all the guests, your friends from different bands? Tobias: I think it would be a bad idea because if we did that with Edguy, it would look like Avantasia clone. Edguy is just the five guys, we try to separate those things.

Do you guys have your favourite ones to play live? Dirk: Yes, we do. For me, it depends. If there’s a song that we’ve played maybe a hundred times before, it sometimes gets a little bit boring. I always like the songs from the new album because they are fresh and we haven’t played them so many times. Actually, today I’m really looking forward to playing the songs that we haven’t really played that much because it’s a challenge. It’s a way for us to get rid of a bad routine. New input always keeps things interesting. Your latest album was released last year. Anything new on your minds already? Jens: It’s a little bit too early right now. We’re still concentrating on playing live. Maybe there are some things on our minds but not written down yet.


ROCK AXXESS

33


UNISONIC I’ve seen the setlists from the previous gigs. You’re playing almost only the new material with some Helloween tracks. Can we expect anything from other bands that you’ve played with? Because you have all played with a lot of well-known bands. Kosta: We haven’t played anything else so far. Of course, we can’t deny that the history we had with different bands is very important but we decided that it would be too much. If we put everything together, it would be a long set. [laughs] Kai: We don’t wanna sound like a compilation album. It’s too much of a diversion, I think. We’ve been involved with too many bands. It would be like a cover band or something. Are you all focusing now on this group? Is it your main group nowadays? Kosta: No, we’re all so wide with our activities. Kai continues to work with Gamma Ray. We all have different activities, including producing careers. But it’s gonna be our favourite side band. [laughs]

You’ve been in this place before – starting a new band all those years ago and you were all playing in those many different bands. What’s the difference between starting a new band in the 70’s or 80’s and starting it right now? Is it easier for a new band right now? Kai: It’s a question that we cannot really answer, I think, because we’re starting this new band but we’re all old farts in the business. We’re not like a young band starting.

And what about music formats? Are the CDs the best way to reach your fans now? I’ve listened to some musicians saying that they don’t want to record albums right now because they don’t sell. Kai: I don’t know what the future will bring. You can see that the CD format is dying right now. People get the music from the Internet and of course the live performances are becoming more important for some reason but on the other hand it sucks, because you’re doing a show and on the next day

you find all the fuckin’ songs on the internet. The setlist is no surprise, the way the show goes in no surprise anymore. I don’t know where will this all lead to. We will just go on doing the things that we like and see where it ends.

So, what’s the future for this band? Because we’ve seen for example Black Country Communion doing three albums in two years... Kai: No, we’re definitely not going to do that. I don’t know how people can shit out songs like that. For me it must mean that these songs are not worth a dime. Maybe I’m wrong but I think a good song takes a while. You’ve got to be in the right mood and everything. So we’re not gonna do that. So there’s some extensive touring in plans for now? Kosta: Yeah, a couple more festivals. In September we’re going to Asia, we’re gonna play in Japan, Korea, then Russia. Then we’re gonna play some shows in Spain and Germany together with Gotthard. These are the plans for this year. Any plans for a live album? Kai: Not yet. We made just one album. We’ll keep that for later on.

Kosta, you left Pink Cream 69 recently. Was Unisonic the reason for that? Kosta: Not really. It had nothing to do with Unisonic. My management company keeps me so busy with all the bands we’re working with and it was just too much. Besides, apart from being the drummer, I was also the manager for Pink Cream 69 for many years and this is a lot of work. I couldn’t handle this anymore. My office job or Unisonic would suffer and I didn’t want it. But we’re still friends with the guys in the band. I call them, I talked to Dennis [Ward – Unisonic and Pink Cream 69 bass player] obviously. I talked to the other guys and explained them the situation and they all understood it. So any chances for a one-off reunion in the future? Kosta: Yeah, a reunion, the final album and a 10 year farewell tour. Farewell tours sell well. [laughs]


GOTTHARD Was Nic recommended by anyone? Leo: He was recommended by a friend of ours, actually. Hey, these guy wants to go through audition! We had many demo tapes sent We were inviting people to work together. We did few stages of choosing. In the beginning there were about 30 of them. Then after going through demo tapes we had about 10. We invited those ten into the rehearsal room and there were two left. And in the middle of that, our friend gave us a contact to Nic, so we invitied him too, because he was already in the Switzerland. [talking to Nic] Maybe it was just a clever move from you. Actually, you never explained to us why you were there. [laughs] Nic: I thought I had to push things a little. [laughs] Leo: This friend called us up and said, I know a guy in Australia and he’s Swiss too and he’s now in the Switzerland. We never asked him if he came there especially to take the audition. He showed up and we did a few auditions. Then we de-

cided to work for two weeks together. We had the chance to see the creativity, to live together, to learn each other and get to know each other. In the first ten days we wrote four songs that are on the new album. That was fantastic. After a while of working with Nic we felt like we knew him for months. Maybe it’s because he was born in the Switzerland. When you have a person from the same country, you understand each other much faster. But we have tested people from England, Canada, Uruguay and Germany. Also from east side of Europe, including Russia. We’ve heard over 400 demo tapes. About 70% of them overvalued themselves, 10% couldn’t even sing but they thought that it would be nice to join the band [laughs]. Marc: And some of them were too good-looking so we thought it wasn’t the best idea to have them. [laughs] Leo: So Nic’s work with us was on a really high level and there wa nobody else really reaching that level. We felt really

ROCK AXXESS

43


well, we had the team back together so we decided to call him up in the middle of July, I think. He was finishing a show in Australia.

We all know that you have some big shoes to fill. Of course, Steve was a great singer. Were you a fan of the band? Did you have to learn the songs or did you know them? Nic: I had to learn them. It was a very long audition process as well so I had to learn a lot of songs. And I had actually recorded my voice to a lot of the older songs already so there was a lot of work that was already done. You’re playing shows now. Do you want to release a live album to present Nic to the audience in a live environment? Leo: Not yet. Later on, for sure but it would be too early. We do some recordings of some shows but we don’t know if we use them in the future. I think it’s not the right moment now for a live album. Maybe after the next studio album there will be a right time. For us, this tour is important now and in the end of the year we’ll see where we stand.

Weren’t you tempted to try something new in this situation? You’re starting with a new singer and it’s a new beginning for the band. Was there this temptation to try something that you wouldn’t try with Steve? Leo: Well, I think one of the reasons this band is still called Gotthard is because we wanted to continue what the band was doing before, just with another singer. Of course, there are new influences, new spices, a bit of freshness. But it still sounds like Gotthard.

So you weren’t thinking about changing the name and start this new chapter with a new singer and a new name, and be free? Marc: Well, if you hear the new record, Firebirth, it is Gotthard. Everyone would say – Well, it sounds like Gotthard, so why change your name? Leo: And you guys would write ex-Gotthard anyway. [laughs] And the next thing is we were talking to a lot of Steve’s friends and his parents. His spirit was even in us going ahead.

SABATON

You guys recorded a new video in Poland some time ago. We’ve heard that there was some trouble with the land owner. Joakim: Oh, I didn’t know this! What was the problem?

Well, there were some explosions and stuff and he was reportedly very upset about that. Joakim: It’s Sabaton music video. Of course, there’s gonna be explosions [laughs]. But nothing was destroyed because the cannons fired dirt and the dirt was brought there so we didn’t dig anything, the producers didn’t dig a whole in the ground. They had dirt in boxes, they put it in the cannon and fired it up. It was quite unnerving, actually. But, you know, it’s mud on a field so I’d say it’s really strange if we destroyed something.

So when can we expect the video to be released? Pär: Well, it’s done, actually. But we’re still waiting for the final date. It would be actually two videos that we recorded

44

during two days in Poland. One is for the song Carolus Rex and one is for A Lifetime of War. The date is probably sometime at the end of the summer. Is it easier to talk about other countries’ history than about your own? Joakim: In a sense, yes. It’s a bit harder to look at what your own country has done from the negative point of view. It’s not all Glory, Glory, Hallelujah. Swedish people were assholes as well. It’s harder in that sense but there are also things that we should be proud of in Swedish history and when we’re doing that, it’s somehow easier. It makes you happy, you know.

Any other places on Earth that you’re especially interested in and you would want to share your thoughts about? America? Joakim: Yeah, we had some songs about that. Everything from the Vietnam War to World War II but we’ve been discussing quite a lot about what we will do in the future and I think we know what we’re gonna do.

And what is that? Joakim: We’re not gonna tell you, it’s gonna be a surprise. [laughs]


PAUL DI’ANNO Are you writing any new music nowadays? P: Well, me and my guys are writing new album together and also another band of mine from Norway so there’s gonna be two albums out in the years to follow. But I’m retiring anyway. But two albums will be out and that’s it, done. Once we write some stuff, we’re gonna put some of it into the live set, more Battlezone stuff going in as well, more stuff from Nomad. We’re dropping the Maiden stuff, we’ve already done this for two years – I say thank you. It has turned into a nightmare. That’s one other reason why I quit because I’m sick of people who only want to hear from me doing Iron Maiden. I don’t need the money, I’m good. So was it a blessing or a curse? P: It’s both. I talked with Ozzy a lot and it’s the same with him. His doing his solo stuff and it’s successful but some people only wanna hear Sabbath. And here they still wanna hear Maiden. I once played an American tour with no fuckin’ Maiden songs whatsoever and the kids, they loved it. But you can’t win. But I do what I wanna do. I’m not kissin’ anybody’s ass. We said we would do this for two years and that’s fine. That’s enough. I wanna play my stuff again. If the fans don’t accept that – well, there’s a lot obviously, who do – fuck off. You think I have no career on my own? I don’t need you. I just turn away and fuck you.

By the way, talking about your career outside Iron Maiden. You recorded an EP in the 80s with a band called Gogmagog. Why didn’t it work out? P: That was bullshit. In the original band there was this guy that is now in prison, a pedophile who was a very famous singer in the 60s named Jonathan King. [He’s actually not in prison anymore – RA.] There was also Russ Ballard. The original

band had nothing to do with any of us. John Entwistle was on bass, Cozy Powell on drums, can’t remember who the guitar player was but it was David Coverdale on vocals. I replaced David Coverdale ‘cause he was crap [laughs]. But it ended up with me, Pete Willis, Clive [Burr] and Janick [Gers] and Neil Murray. The only problem was we had to do those songs and they sucked. They wouldn’t let us write anything. The songs were crap. They couldn’t come up with anything better but we could. But they wouldn’t let us do it.

So you’re not into supergroups? P: We do one Brasilian supergroup every couple of years back in Brazil. But you’ve probably never heard of these musicians anyway. Musicians from bands like Charlie Brown Junior and Raimundos. Raimundos are like Brazilian Ramones. Ramones actually asked them to cover their stuff. But they’re a fuckin’ huge band. So is Charlie Brown Junior over there. We do everything from Alice Cooper to Ozzy Osbourne, Cream, The Doors, Led Zeppelin, Sex Pistols, Iggy Pop, The Police, Stevie Wonder! We’ve done everything. We toured it two or three years ago back in Brazil and it’s fuckin’ great. So this is a Brazilian supergroup and we do this for fun. You were talking during the gig that you were taking a break. Are you serious? P: Not a break. It’s retirement. It’s finished. I’ve been ten years straight on tour. What are you going to do? Go fishing? P: Yes, absolutely. [laughs] Fishing and being home with my wife and kids. We’re building a new farm in Venezuela where my wife’s from, new tattoo store as well.


rock access

dAVIDA

moda

na

Dominik Nowak, foto: materiały prasowe


W czasach głębokiej komuny lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, poszukujący muzyki w kraju nad Wisłą mieli do wyboru albo Abbę i Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, albo flotę wieczornych audycji radiowej Trójki. Flagowym okrętem tej ostatniej był słynny minimax z niestrudzonym kapitanem Piotrem Kaczkowskim. Cokolwiek pojawiło się pod tą banderą, z miejsca urastało do miana legendy. Dzięki temu, każdy co bardziej rozgarnięty student rozpoznawał takie gwiazdy, jak Led Zeppelin, Pink Floyd, The Rolling Stones, Black Sabbath czy inne im podobne. A gdzie się podział David Bowie? Nikt nie wie.

M

oże jego płyty były trudniejsze do zdobycia? Może jego muzyka nie wydała się interesująca wszechmogącym Polskiego Radia? A może odstraszył ich jego androgeniczny styl? Niezależnie od tego, dla Bowiego berliński mur był za gruby aż do połowy lat 80., kiedy to na naszą stronę żelaznej kurtyny przedostał się tylko jeden ślad po Davidzie: Let’s Dance. Świetny utwór promujący płytę znakomitą, ale niestety zupełnie popową. Wszystko, co można by postawić znacznie wyżej na artystycznym piedestale zostało zniweczone, zdegradowane i, co gorsza, zapomniane. Niejeden progresywny snob z miejsca odrzucił Bowiego jako artystę niewartego zainteresowania. Gdyby jednak którykolwiek z nich zechciał trochę poszperać, doznałby najprawdopodobniej szoku. Dowiedziałby się mianowicie, że trzy lata przed wydaniem tanecznej płyty do grona muzyków współpracujących z artystą dołączył niejaki Robert Fripp. Tylko dla formalności wspomnę, że jest to założyciel i jedyny stały człon legendarnej grupy King Crimson [choć być może należałoby tutaj użyć słów legendarnych grup pod szyldem King Crimson?]. Mało tego, zagrał on nie tylko na Scary Monsters [and Super Creeps] z 1980 roku, ale także wcześniej, na słynnej Trylogii Berlińskiej [czyli trzech płytach nagranych przez Bowiego w latach 1977–1979 w Berlinie], na której pojawiał się także jako producent. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Jeśli zacząć kopać jeszcze głębiej, okaże się, że pierwszą płytę Bowie nagrał jeszcze w 1967 roku, a ostatnią [jak na razie i prawdopodobnie w ogóle] w 2003. Przez 35 lat artysta zdążył zarejestrować 25 płyt studyjnych i, co najmniej, dwa soundtracki. Muzyczne klimaty, które się na nich znajdują, są dosłownie niezliczone. Można tam znaleźć wszystko. Od jazzu, przez blues, hard rock, glam rock, aż po poprock i pop. Trafimy też na radykalną alternatywę czy zimną falę, aż po elektronikę oscylującą w okolicach d’n’b. A to i tak nie wszystko, no bo jak niby zawrzeć tyle godzin materiału w jednym zdaniu? To niewykonalne.

48

to, o czym zapomniano W głowie świadomego czytelnika już jakiś czas temu pojawiło się zapewne pytanie: skąd taki tytuł niniejszego artykułu? Gdzie tu moda na Davida? Odpowiadam: nigdzie, zupełnie. Dlaczego w takim razie otrzymał on taki, a nie inny nagłówek? Już śpieszę z wyjaśnieniem.

Kultura masowa to taki dziwny twór, który rządzi się swoimi prawami, moda zaś to zjawisko o cyklu około dwudziestoletnim. Większość tego, co przynosi do nas moda, nadeszło do Polski z Zachodu. Cały żart, choć niekoniecznie śmieszny, polega na tym, że ta moda zaczyna przynosić do nas to, czego przynieść w latach 70. zapomniał Piotr Kaczkowski. Telewizja, gazety, billboardy i Internet podsuwają nam wizerunki dziwnych istot zawieszonych gdzieś w połowie drogi pomiędzy światami kobiet i mężczyzn. Gwiazdy muzyki wyglądają tak na scenie, a każda modelka, każdy model i każdy fotograf chcą mieć sesję w modnym androgenicznym stylu. Wszystko to zaczyna przybierać obecnie coraz większe rozmiary i zataczać coraz to szersze kręgi. Nagle ktoś, gdzieś pod starą szafą, odkrył, że na świecie był już kiedyś ktoś, kto łączył różne cechy obu płci w drobnym ciele, przyodziany w obcisły strój, megaloman nazywający siebie mesjaszem.

Tak oto niepostrzeżenie i spontanicznie pojawiła się moda na Bowie’ego. W ten sposób to, czego nie zdołali zdziałać dziennikarze, popkultura wyszarpała sobie sama. Nie zdziw się zatem, drogi Czytelniku, kiedy nagle pewnego dnia Twoja 10-letnia córka oświadczy, że w przyszłości chce wyglądać tak samo, jak ten dziwny pan na zdjęciu. Na jakim zdjęciu? – zapytasz. Dziecięcy głosik odpowie Ci: o, na tym, a dziecięca rączka wskaże Ci postać, której Bowie na przełomie lat 60. i 70. nadał dziwaczny przydomek Ziggy Stardust. Nie sądź też, że będziesz pierwszym rodzicem, który tego doświadczy.


Chociaż płomyk kariery Davida Bowie’ego tlił się już od dobrych kilku lat, to jednak prawdziwy ogień pojawił się 6 czerwca 1972 r. Wtedy to światło dzienne ujrzała płyta pod tytułem The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars, nazywana potem, z oczywistych względów, Ziggy Stardust. Album był pełen rozbudowanych kompozycji, świetnie zagranych riffów, ciekawych melodii, a to wszystko zatopione w sosie mitologii nowożytnego boga. To już była nie tylko płyta z muzyką. To było wydarzenie, które ruszyło masy. Zjawisko to zostało uwiecznione w dokumencie Ziggy Stardust: Motion Picture. Wystarczy popatrzeć na twarze ludzi, często bardzo młodych, zgromadzonych w pierwszych rzędach, a już widać, że to, co obserwujemy, nie jest tylko koncertem. Że wyrasta gdzieś ponad. Często wyobrażam sobie miny zbulwersowanych rodziców, widzących ich nastoletnie dziecko przyodziane w jaskrawe kiczowate kolory. To musiał być dla nich spory szok. Żeby przyjrzeć się temu bliżej,

wystarczy prześledzić kilka tekstów, choćby z wydanej nieco później płyty Diamond Dogs, jak na przykład ten: You’ve got your mother in a whirl / She’s not sure if you’re a boy or a girl. Ziggy Stardust, tak jak i cały glam rock, już dawno przeminął, a w 2012 roku mija 40 lat od premiery albumu. A jednak, jak na ikonę przystało, Ziggy Stardust raz na jakiś czas pojawia się na firmamencie i w postaci odbić czasów świetności żyje coraz to nowym życiem. Czy to w kreacji turpistycznego antychrysta Marilyna Mansona, czy to w spektaklu dziwnego przepychu Lady Gagi, czy nawet na naszym podwórku w image Małgorzaty Ostrowskiej lub Dody. Mesjasz z Marsa nie pozwala o sobie zapomnieć. Czas będzie płynął, a na scenie pojawią się kolejne, słabiej lub mocniej jaśniejące, gwiazdy. Nasza pamięć będzie się zacierać. Mogę Wam jednak obiecać, że jeszcze nie raz ten, którego Bowie powołał wtedy do życia, wróci do nas i narobi zamieszania, pojawiając się w takiej czy innej postaci.

ROCK AXXESS

49


the trend

of

d

Dominik Nowak, translation: Adam Kuźmiński, photography: promo

AVID


In the 1970’s and the 1980’s, the years of communism, Polish music fans had to choose between Abba and Military Song Festival in Kołobrzeg, or the edition of evening auditions of the Polish Radio 3. The most famous of them was minimax presented by Piotr Kaczkowski. Anything that was based on it passed into legend. Thanks to it, every bright student knew the stars such as Led Zeppelin, Pink Floyd, The Rolling Stones, Black Sabath, etc. But, where’s David Bowie? Nobody knows.

P

erhaps it was hard to get his records, maybe his music was not interesting for the gods of the Polish Radio, or it was the androgenic style that scared them off. Anyway, the Berlin Wall was too tight for David Bowie till mid 80s. At that time, only one trace of David Bowie got on our side of iron curtain - Let’s dance. It is a great song that promotes an amazing album, but, unfortunately, a pop one. Everything that could have been put on an artistic pedestal was devastated, degradated, and – even worse – forgotten. Many progressive snobs immediately rejected Bowie, describing him as an artist undeserving of interest. However, had any of them searched a little, they would have been probably totally shocked. They would have found out that three years before recording a pop album, David worked, among other, with Robert Fripp. It is only a formality to add that he is a founder and a prominent member of the legendary band King Crimson (or it is better to say legendary bands behind the facade of King Crimson). Moreover, Fripp also played on Scary Monsters (and Super Creeps) from 1980, and previously on the famous Berlin Trilogy (meaning three albums recored by Bowie from 1977 to 1979 in Berlin), when he was also a producer. Yet, that is just the tip of the iceberg. Digging deeper in the history, one can notice that Bowie recorded his first album in 1967, and the last on (as for now, and probably for ever) in 2003. During 35 years, the artist recorded 25 albums and at least 2 soundtracks. Music styles that are presented on the recordings cannot be counted. One can find there simply everything, including jazz, blues, hard rock, glam rock, poprock, and pop. One can hear also radical alternative, cold wave, or electronic music fluctuating around d’n’b. And it is still not everything, because it is impossible to describe so many hours of music in one sentence. In the mind of alert reader a long time ago a question probably arose: why to choose such a title for this article? Where is this fashion for David? My answer is... there is none, really. Why such a title, then? Let me explain.

Mass culture is such a strange creature that follows its own rules; the fashion, however, needs about twenty years to stabilise. Most of it is brought to Poland from the West. The joke is – but it is not really a funny one – that this fashion brings us what journalists here, on this side of iron curtain, forgot to bring us in the 1970s. Television, newspapers, billboards and the Internet offer us the images of odd creatures placed in the middle of the male and the female world. That is the ima-

ge artists create on the stage. Every model and photographer wants to have a session made in a popular androgenic style. All of it spreads wider and wider now. Suddenly, somebody discovered, while looking under the old wardrobe, that there already had been somebody who mixed different attributes of two sexes in a tiny body, being dressed up in close-fitting clothes – megalomaniac who called himself a messiah.

Hence, unnoticeably and spontaneously, the fashion for Bowie started. Because of this, pop culture gained all that the journalist were not able to do. Just don’t be surprised, my dear reader, when one day your ten-year-old daughter will tell you that she wants to look like that strange man in the picture. In which picture? - you’ll ask. This one - you’ll hear a child voice, and a child hand will show you the figure that in the 1960s and the 1970s was called by Bowie Ziggy Stardust. And don’t think that you’ll be the only one to experience something like this.

Although the glimmer of David Bowie’s career was visible for many years, the real fire broke out on 6 June 1972. It was then that the album called The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars (which was, of course, usually shortened to Ziggy Stardust) was issued by Trident Records. The album is full of complex compositions, very well played riffs and exciting melodies that were mixed with a mythology of a modern god. It was more than simply an album. It was the event that affected the crowd. This was documented in Ziggy Stardust: Motion Picture. It is enough to have a look at the faces of people, most of them teenagers, standing in first rows, to notice that the concert is not just a simple show. It is above all of it. I often imagine parents’ look when they watched their young child wearing trashy, bright clothes. That was probably a hell of a shock to them. Having a closer look at it, one can analyse a few lyrics, for example from recored a little bit later Diamond Dogs (You’ve got your mother in a whirl / She’s not sure if you’re a boy or a girl). Ziggy Stardust, as well as glam rock, went into the past. In 2012, we have the 40th anniversary of the album’s premiere. However, Ziggy Stardust appears from time to time on the horizon and he still finds new creations, including, for example, turpistic, antichrist Marylin Manson or the splendour show of Lady Gaga. The messiah from Mars doesn’t let us forget about him. Time goes by and we’ll see another better or worse stars on a stage, and our memory of them will fade. But I guarantee you that the one brought into being by Bowie will come back, in various creations, throwing us into confusion.

ROCK AXXESS

51


rock fashion

ZIGGY look Karolina Karbownik


no woman no man 1970 The Man Who Sold the World Na okładce albumu The Man Who Sold the World David Bowie wystapił w męskiej sukni otrzymanej od Michaela Fisha, projektanta, który zdążył już zatrząść brytyjskim światem mody podczas Pawiej Rewolucji. Prowokująca okładka wywołała burzę w mediach. David Bowie zachęcony reakcją dziennikarzy postanowił podkręcić swój wizerunek jeszcze bardziej.

1971 - 1972 The rise of Ziggy Stardust

On the cover of The Man Who Sold the World David Bowie wore a man’s dress he had been given by its designer Michael Fish, one of the major figures of the Peacock Revolution. The album cover caused a media storm that David really enjoyed. Journalists’ reactions for the provocative picture encourged Bowie to turn his image up.

WŁOSY HAIR Inspiracją do fryzury Ziggy’ego (...) była okładka jakiegoś magazynu, którą zdobiło zdjęcie modelki w strojach z pierwszego pokazu Kansai Yamamoto w Londynie. Nie stać mnie było na te ubrania, ale mogłem zrobić sobie taką fryzurę. - wspominał po latach Bowie. Dzieła dokonała znajoma fryzjerka Suzy Fussey, notabene przyszła żona Micka Ronsona. Obcięła złote loki Bowiego w styczniu 1972 roku. Nie farbowaliśmy. Były matowe. Wydaje mi się, że kolor musiał powstać gdzieś pomiędzy 20, a 25 stycznia 1972. Wtedy to, po pokazie, o Kansaim zrobiło się tak głośno. Suzy przybiegła do mieszkania Davida z farbą Hot Red Hot marki Schwarzkopf. Ponoć miała ze sobą kilka egzemplarzy Vouge, w których zdjęcia miały posłużyć za wzór. Wkrótce porzuciła pracę w salonie fryzjerskim, by dołączyć do zespołu charakteryzatorów podczas trasy koncertowej Davida Bowiego aka Ziggy Stardust.

The Ziggy hair came (...) from the cover of a magazine and was sported by a model doing a shoot for Kansai Yamamoto’s first London show. I couldn’t afford the clothes but I could get the hair. - Bowie recollects. The hairdo was made by a hairdresser he knew, Suzy Fussey who would become Mick Ronson’s wife sometime later. She cut David’s gold curly hair in January 1972. Bowie adds: No dye. Layed flatish. I believe that it went red and stood up between the 20th and 25th of January 1972, therefore that’s when the Kansai show must have been given maximum press. Suzy came to Bowie’s apartment with Schwarzkopf’s Hot Red Hot coloring cream and several issues of Vouge to inspire her. Soon after she gave up her work at a hair salon and joined the make-up artists team during the next tour of Bowie aka Sturdust.

ROCK AXXESS

53


Kreacja Ziggy’ego Stardusta rozwinęła się na tyle, że przygotowane przez Micheala Fisha projekty ubiorów stały się zbyt mało awangardowe.

UBIÓR OUTFIT

W El Sombrero, londyńskiej dyskotece dla gejów, Bowie spotkał 19-letniego studenta szkoły projektowania ubioru, Freddiego Burrettiego przedstawiającego się pseudonimem Rudi Valentino. Burretti miał nieograniczoną fantazję, która odpowiadała wyobrażeniom Davida. W porozumieniu z wokalistą i jego żoną Angelą, Freddie stworzył garderobę dla Ziggy’ego. Były to dziesiątki strojów na scenę oraz codziennych na spotkania z dziennikarzami. Oczywiście, inspiracją często były pomysły Yamamoto, który ciągle był poza finansowym zasięgiem Bowiego. To Burretti ubrał Davida w turkusowy garnitur do sesji zdjęciowej na okładkę płyty The Rise and Fall of Ziggy Sturdust and The Spiders from Mars. Zdjęcia wykonane zostały przez Briana Warda przed zakładem kuśnierskim K. West na Heddon Street w londyńskim West Endzie. Bowie pozujący z gitarą Gibson Les Paul, jak widać, jest już po obcięciu włosów, ale jeszcze przed koloryzacją. Pomysł zaczerpinięto z filmu Kubricka Mechaniczna Pomarańcza. Bowie aka Ziggy miał wyglądać jak przybysz nie z tego świata. Wymagania kostiumowe Ziggy’ego były ogromne. Sama trasa, podczas której Stardust zawsze chciał zaskakiwać liczyła 182 koncerty. Z czasem do Freddiego dołączyła kostiumolożka Natasha Korniloff. Duet wspomagała także dziewczyna projektanta, Daniella Parma.

Creation of Ziggy Stardust developed so far that outfits designed by Michael Fish had become not avant-garde enough.

In El Sombrero which was a trendy London gay discotheque, David met a nineteen-year-old fashion design student, Freddie Burretti who was introducing himself as Rudi Valentino. Burretti had an unlimited imagination which was perfect for David’s idea of Ziggy’s look. Together with the vocalist and his wife Angela, Freddie designed not only stage outfits but, so called daily ones, as well. Many of them were inspired by Kansai Yamamoto’s projects. It was Burretti who dressed Bowie in a turquoise jumpsuit for the The Rise and Fall of Ziggy Sturdust and The Spiders from Mars cover photo shoot. Images were taken by Brian Ward outside of the furriers, K. West, at Heddon Street in London’s West End. David posed with a Gibson Les Paul guitar, with his new hairdo, a few days before becoming a redhead. He wanted to look as somebody out of this world. The idea came from Kubrick’s A Clockwork Orange.

54

Ziggy’s expectations were huge. He wanted to shock his audiences with a unique look every night during all 182 shows! Sometime later Burretti was joined by a costume designer Natasha Korniloff. Their support was Freddie’s girlfriend, Daniella Parma.


1973 Ziggy spotyka Kansai Ziggy meets Kansai Prędzej czy później, musiało do tego dojść. Podczas pobytu Davida w Nowym Jorku w 1973 roku, artysta spotkał swojego idola, japońskiego projektanta mody Kansai Yamamoto. Obaj mieli podobne poczucie estetyki. Kansai był zachwycony andgrogynizmem i sposobem bycia Davida. Bowiego fascynowała umiejętność połączenia przez Yamamoto elementów science - fiction i klasycznego teatru Kabuki. Kansai podarował Davidowi dwa stroje. Dostał również zlecenie na wykonanie kolejnych dziewięciu kostiumów.

Sooner or later it must have happened. In 1973 in New York, David meet his fashion idol, a Japanese designer, Kansai Yamamoto. The two shared a common sense of aesthetics. Kansai loved David’s androgyny and attitude. Bowie was fascinated with Yamamoto’s combination of modern sci-fi and classical Kabuki theatre. David was given two outfits then and commisioned Kansai to produce nine more costumes.

Wiosenne Rytuały

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych strojów Ziggy’ego przygotowanych przez Kansai. Dziś jest eksponatem w Rock’N’Roll Hall of Fame w Cleveland w Ohio.

Kosmiczny Samuraj

Pikowany kostium uszyty ze świecącego czarnego, czerwonego i niebieskiego materiału, wyszywany cekinami oraz srebrnymi nićmi na rękawach.

RITES OF SPRING

One of the most recognisable costumes made by Kansai for Ziggy. Now exhibited at Cleveland’s (OH) Rock’N’Roll Hall of Fame.

Space - samurai

A quilted, stuffed costume made out of shiny black, red, and blue material, with rows of black sequins. Silver snaps run from the tops of both sleeves to the cuffs.

foto: materiały prasowe

Space suit

KOSMICZNY GARNITUR

Dopasowana, rozpinana na zamek błyskawiczny marynarka i obcisłe spodnie nad kostkę uszyte z błyszczącego materiału w srebrne, niebieskie i różowe pionowe pasy. Na mankietach oraz w pasie zdobione elastycznym paskiem. Jeden z ulubionych strojów Bowiego, w którym często wykonywał Space Oddity.

A zip-up jacket and matching trousers made of heavy, stiff metallic silver fabric. The wristbands and waistband of the jacket are made of black and coloured elastic to give it a tapered look. Capri-type pants with thick stripes in hot pink, blue, and thinner silver stripes complete the suit that Bowie often wore while singing Space Oddity live.


KIMONO

KIMONO

Białe krótkie satynowe kimono z czerwoną podszewką, z wymalowanymi z przodu i tyłu drzewami, białymi ptakami i różowymi kwiatami zdobionymi cekinami. Do kompletu satynowy płaszcz ze srebrnymi guzikami, na zewnątrz udekorowany chińskimi literami, które ponoć mają być czytane z góry na dół: De-Vi-To Bow-I.

Short, white satin kimono with red satin lining. On the front and back of the shirt are paintings of trees with white birds perched among the branches. Pink flowers, adorned with beads and sequins, hang from the trees. The long, flowing cape, also with red satin lining and silver buttons down is decorated with Chinese letters that should be pronounced upper to lower: De-Vi-To Bow-I.

kintted bodysuit

Multi-colored, geometric patterns knitted bodysuit with one longsleeve (right) and only a cutout for the other arm and the other leg. With turquoise feather boa and large padded wrist bangles.

DZIERGANY KOSTIUM

Wielokolorowy dziergany kostium z metalicznymi nićmi z przodu, w geometryczne kształty ma jeden rękaw (prawy) i jedną nogawkę (lewą). Do tego niebieskie boa i zestaw bransoletek.

BODY

Srebrne body ze złotymi frędzlami

overall 56

Tasseled silver costume


1974 Magazyn Rock Scene publikuje wzory według których samodzielnie można uszyć stroje inspirowane Ziggym

Rock Scene magazine publishes patters how to sew Ziggy-styled outfits.

MAKIJAŻ MAKE UP

1973 Teatr Kabuki Kabuki Theatre

I znowu pojawia się nieśmiertelny Kansai Yamamoto. Projektant zainteresował Davida pełnym kolorów teatrem Kabuki, w którym mężczyźni odgrywali zarówno męskie, jak i żeńskie role, co współgrało z seksualizmem Ziggy’ego. Podczas trasy koncertowej po Japonii w kwietniu 1973 roku, Bowie pobierał lekcje techniki i przygotowania makijażu teatrów Kabuki i Nõ od samego mistrza - Tomasu Boru.

foto: materiały prasowe

Z czasem David potrzebował aż dwóch godzin, aby przeistoczyć się w Stardusta. Ziggy na scenie charakterozwał się: - wybieloną pudrem ryżowym twarzą - mocno podkreślonymi kolorem i tuszem oczami - wymalowanym na czole złotym okręgiem i złotymi ustami. - czasami delikatnie smużył policzki i uda.

Here we got Kansai Yamamoto again. The designer got David interested in the colorful Kubuki theater. Men played both women’s and men’s parts that corresponded well with Ziggy’s sexuality. During the Japanese leg of his tour in April 1973, Bowie learnt how to put Kabuki’s and Nõ’s make up from the master himself, Tomasu Boru. Eventually, David needed two hours to become Ziggy Stardust. On stage his character had: - skin whitened with rice powder - eyes strongly accented with color and mascara - the characteristic golden circle painted on his forehead and goldes lips - tiny lightning streaks painted sometimes on his cheek and upper leg.

ROCK AXXESS

57


Z jak Ziggy

Z for Ziggy

W 1973 roku David rozpoczął współpracę z charakteryzatorem Pierrem La Roche, który był odpowiedzialny, m.in. za makijaże w filmie The Rocky Picture Horror Show. Pierre był również autorem makijażu do sesji okładkowej płyty Aladdin Sane ze słynnym motywem czerwonej błyskawicy na twarzy Bowiego. I chociaż płyta była ostatnim albumem Ziggy’ego Stardusta, symbol przetrwał stając się znakiem rozpoznawczym Davida Bowie.

Jeśli nosisz rude włosy i nie masz brwi, musisz mieć niezłe poczucie humoru! David Bowie (1993)

Ziggy Sturdust wciąż inspiruje. Jego stroje można oglądać na wystawach od Tokio po Londyn, drukowane są znaczki pocztowe z jego wizerunkiem, a światowej sławy modelka Kate Moss już drugi raz pojawia się na okładce Vouge w stylizacji a’la Ziggy.

In 1973 David collaborated with a make up artist, Pierre La Roche who was also responsible for make up in The Rocky Picture Horror Show. Pierre also created the make up we know from the cover of Aladdin Sane with the famous red lighting across Bowie’s face. It was the last album in the carrier of Ziggy Sturdust, however the lighting bacame a symbol for David Bowie.

When you’ve had red hair and no eyebrows you’ve got to have a sense of humour! - David Bowie (1993)

Ziggy Stardust inspires. People all over the world can see his outfits at exhibitions in London as well as in Tokio. He looks at us from posta stamps. Kate Moss makes it to Vogue’s cover dressed like Ziggy for the second time.


rock style

JACK DANIEL’S

rock’n’roll in

bottle Jakub Rozwadowski interpretation: Paweł Grabias

If I was to create a comic book hero who would personify rock’n’roll, it would probably be a man, though with two women on the side. Worn-out, tight jeans would fit tightly around his butt, and his long hair would fall on his leather jacket. He would have a wrinkle-bruised face with hidden remaining of various substances remembering the 70’s. And in his veins, instead of blood, one would find Jack Daniel’s.


W

hisky, or whiskey? At the beginning I should resolve any doubts connected with the spelling. Particular countries have their own legal regulations in this matter. In a nutshell, and with many exceptions, we can assume that the letter e is added to Irish and American liquors. In spite of different spelling, both forms are pronounced the same. In the below text I will us one of the versions – whisky – just to make it simpler.

According to me Jack Daniel’s is a good whisky. Because of one main reason. In my dictionary there is no such term as bad whisky. The water of life – as this is how we actually translate the name of the brown liquor, can be distinguished into good and better, and even cheap, filthy low-end product does not deserve to be profaned with ice and cola. But this is only my subjective opinion. For some JD may be the best alcohol they have drunk in their life, whilst others would not befoul their mouths with it. The first ones will say there’s no accounting for taste. The latter, on the other hand, that one should develop their taste. Who’s right? It doesn’t matter, as in the case of Jack, it’s not the taste that’s important.

supporting actor

Jack and Jim Gallery is the name of an exhibition, opened almost a year ago, presenting Jim Marshal’s works – a legendary photograph documenting the history of rock’n’roll, who died two years ago. He was the one to catch in frame the flames consuming Jimmi Hendrix’s guitar during the Monterey festival and went to San Quentin prison to portray the rage of a middle-finger-showing Johny Cash. The exhibition is patronized by a producer of Tennessee whisky. Not incidentally. A bottle decorated with black and white logo is a silent hero of more than one photo. And even though it was only supporting the main event, it was significant. It was dealing with the sadness of leaving home and the feeling of loneliness. It was breaking the shyness before appearing on the stage, and getting the after-party started. It was causing the morning head-ache. And curing it. It was creating the symbiotic relation with musicians, getting the cult status in exchange for its magic properties.

a bottle and a hand of coins

I’m for anything that gets you through the night, be it prayer, tranquilizers, or a bottle of Jack Daniels – as Frank Sinatra once said. He himself mostly liked the third way. And he wasn’t hiding with it: Alcohol may be man’s worst enemy, but the bible says love your enemy. The musician would empty one bottle a day. He was taking whole boxes with him for the concerts – in case there was a problem with his favorite liquor in a local shop or pub. Relations between Sinatra and Jack went far beyond regular consuming. The logo of whisky decorated the clothes he was wearing and fluttering on the flag near his mansion. A bottle of JD was also placed in the coat of arms of his golf club – together with two golf clubs. This fascination was appreciated by the producer of the liquor by giving him the title of noble Tennessee State and an acre of land. The fans also remember about the love to Jack, as, together with the flowers, they bring characteristic square bottles with brown alcohol to the grave of Sinatra. According to the legend, the musician was even buried with one of those. It is believed that there was also a hand of dimes there. When, in 1963, the artist’s son was kidnapped, the kidnappers demanded that Sinatra should only contact with them through payphones. Since that time, Sinatra always had some change in his pocket.

60


jack daniel’s intravenously After futile searching for the sixth member of the band, The Rolling Stones decided it would be Jack Daniel’s. There’s an alcoholic drink based on Jack named after Nikki Sixx. The Bassist of Mötley Crüe was not only drinking it, but he would also administer it intravenously. The black and white label also decorates the cover of the band autobiography, as well as one of Michael Anthony’s guitars – Van Halen ex bassist. Slash, on the other hand, has only one more faithful friend than the bottle of JD, which is his hat. And I guess that only Lemmy could drink more whisky than Slash. The Motörhead leader is believed to have drunk 11 500 bottles, and it’s not over yet. The number is quite probable when we take into consideration that he started his adventure with alcohol at the age of 11. If somebody pricked the wart on his face, certainly a trickle of brow liquid would flow. On the Internet one can find pictures of the priority Tennessee product accompanied by Jimmy Page, Robert Plant, Keith Richards, Mick Jagger, Bon Scott, David Lee Roth, or Van Halen brothers. Not mentioning the number of song lyrics discussing it.

one last drink, please

What are the origins of the famous number seven on the bottle of whisky produced by Jack Daniel? There are several versions. One of them says that the number was given by the office during the registration of the distillery. Another says that it was Jack’s favorite number. Somebody also said that he was impressed by a fellow Jew merchant who’s dream was to establish seven shops… and not one more. There are also some who claim that Jack – a respected gentleman and a wealthy bachelor, had just as many lovers. Doubtfully. But it’s surely more probable that the number lovers gave the number to the mysterious number seven of Jack Daniel’s than to five hundred of Levi Strauss’s ones. The history of mysterious number seven is just another fairy tale, striking consumers’ fantasy and creating the demanded picture in it. And it’s actually more interesting how it all ended than how it all started for Jack Daniel’s. The moustached distillery owner died in 1911 because of blood poisoning. The reason was probably toe’s injury. One day, not being able, as always, to recall the code to the safe, annoyed Jack kicked its doors. “One last drink, please” were supposedly his last words. Death of Jack Daniel’s was illustrated in one of the 1000 ways to die episodes – tv program presenting untypical cases of the lost of life.

photo: 123rf.com

john daniel’s

Partly thanks to marketing experts creating catchy stories, however mostly because of rock heroes, Jack Daniel’s is today something than a product. It is the style of life. The style which is for the asking to anybody. Jack sits in the companion of Johny Walker on the shop’s shelf in every pub and liquor store, and its companionship is not that expensive. As it could be seen in the cult movie The Scent of a Woman, you could even befriend with him. A retired officer Frank Slade, unforgettable role of Al Pacino, called him John, not Jack. That’s because, as he claimed, they had known each other for so long that he could call him the way he wanted. And this is the mystery of Jack D’s success. On the one hand, it is very close, on the other, it allows you to move to a very distant world. Grabbing a glass of JD you can leave your ordinary life, look down on everyday’s trifles and for this very moment feel like a fellow of Keith Richards, realizing you have something in common. You can even play one of the Stones’ CD’s, so that Keith could make your meeting with Jack even more pleasant by playing his guitar until it’s boring. For you, not for him.

ROCK AXXESS

61


backstage access

MAGIA jeszcze

stąd nie

wyszła


„BUDZĘ SIĘ I WIEM, ŻE BĘDĘ ROBIŁ ZDJĘCIA AŻ DO MOMENTU, KIEDY PÓJDĘ SPAĆ.” - MÓWI. O ŻYCIU PEŁNYM PASJI DO BLACK METALU I FOTOGRAFII OPOWIADA MISTRZ:

JEREMY

SAFFER ROCK AXXESS

41


42


Po pierwsze, gratuluję ci łatwości, z jaką potrafisz połączyć muzykę z fotografią. Rozumiem, że fotografia to dlaciebie styl życia? Dziękuję. Tak, absolutnie. Są ludzie, którzy pracują całym sobą i ja zdecydowanie do takich należę. Myślę, że wszystko sprowadza się do tego, aby uwielbiać to, co się robi. Jestem pewien, że jeśli pracowałbym w jakiejś knajpie serwującej fast food, nie dawałbym z siebie wszystkiego. Ale kiedy twoja praca wymaga od ciebie tego, co sam wypracowałeś… na pewno jest łatwiej powiedzieć, że oddaje się jej życie.

Fotografowanie znanych artystów nie zawsze jest proste. Ty masz swoją wizję, oni mają swój wizerunek i wyobrażenie o sobie. Jak znajdujecie porozumienie? Generalnie nie ma tu problemów. Jak wiesz, kocham fotografować zespoły, które są wyraziste o wiele bardziej, niż te, które nie dbają o to, jak wyglądają. Zazwyczaj, kiedy pracuję z kapelami, które mają swój image, ufają mi wiedząc, że uwydatnię ich wygląd i sprawię, że będą wyglądać tak, jak chcą. Często zespoły i ja wspólnie pracujemy nad pomysłem sesji czy wyglądem. Znam swoje granice, ale czasem nie wiem, czy nie są one zbyt odległe dla artystów. Stąd też delikatnie podchodzimy do wielu spraw. Ale zazwyczaj nie ma żadnych nieporozumień. Jakie były twoje pierwsze muzyczne fascynacje? Pamiętasz swoich pierwszych idoli? Oczywiście! Pierwszym koncertem, na którym byłem to występ New Kids on the Block. Miałem sześć czy siedem lat i szalenie podobało mi się bycie na koncercie. Drugi zaliczyłem w wieku około 10 lat – grali Metallica, Guns N’ Roses, Danzig, Suicidal Tendancies i chyba Faith No More. Pod każdym względem, od najmłodszych lat, muzyka stanowiła dużą część mojego życia. Zacząłem od Michaela Jacksona, to było mniej więcej od trzeciego do dziesiątego roku życia. Potem Metallica. Uwielbiałem każdą nutę, którą Metallica zagrała do czasu, gdy miałem 15 czy 16 lat, kiedy odkryłem black metal. Moimi pierwszymi idolami byli Michael Jackson i James Hetfield. Tak bardzo chciałem być Jamesem, że kupiłem jakąś tandetną gitarę i uczyłem się grać kawałki Metalliki. Należałem nawet do zespołu grającego covery Metalliki. Byliśmy beznadziejni, ale całkiem nieźle graliśmy Puppets. [Śmiech]

ciłem się w robienie portretów. Pracowałem coraz więcej robiąc portrety właśnie, odpuściłem sobie wówczas fotografowanie koncertów. Doskonale czuję się w obydwu formach, ale portretowanie należy do moich ulubionych. Oczywiście, kiedy zaczynałem, nie miałem pojęcia o stronie technicznej tej roboty, o oświetleniu itd. Ale jakoś pomiędzy szkołą i wszystkim, co wydarzyło się później, zgłębiłem techniczne aspekty fotografowania. Czy są jakieś konkretne momenty w twojej karierze, które uznajesz za przełomowe? Przełom ma wiele znaczeń. Dla mnie sama myśl, że się budzę i będę robił zdjęcia aż pójdę spać to największy przełom w moim życiu. Robię to, co kocham i kocham to, co robię. Czy może być coś wspanialszego? W mojej karierze i w życiu prywatnym było już wiele ważnych chwil, więc mogę mieć jedynie nadzieję, że przede mną kolejne.

dzieciaki nie uczą się fotografii. Uczą się obróbki zdjęć. Fotografia z samej definicji to malowanie przy użyciu światła. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie zrozumie fotografii.

Kiedy wiesz, że sesja zdjęciowa dobiegła końca? Że osiągnąłeś oczekiwany efekt i z całą pewnością możesz powiedzieć ok, mamy to!? Wiesz jak to jest w tych kiepskich filmach, w których jakiś dramatyzujący fotograf mówi: Magia opuściła to miejsce, dalej nie mogę robić zdjęć! – to naprawdę zdarza się podczas sesji zdjęciowych. Często mam ograniczony czas na zrobienie zdjęć, więc muszę zadbać o to, by go nam starczyło. Ustawiam wszystko, robię próbne ujęcia i testuję sprzęt jeszcze zanim przystąpię do pracy z zespołem. Zupełnie inaczej jest, gdy nic nas nie ogranicza. To tak jak jazda rollercoasterem –powoli startujemy, wspinamy się na górę… aż nagle wszystko gwałtownie przyspiesza, robimy wspaniałe ujęcia i naKiedy zainteresowałeś się fotografią? Zacząłem robić zdjęcia na koncertach, na których grał mój ze- kręcamy się nawzajem. Potem znowu zwalniamy, wszyscy są spół, ale też na innych. Mocno się w tym udzielałem. No, a po- zmęczeni, mamy za sobą mnóstwo ujęć, a kolejka w końcu tem okazało się, że ludzie bardzo potrzebują zdjęć z wielu po- się zatrzymuje. Tak, wtedy możemy się pakować! wodów i od tej pory wszystko poszło bardzo szybko. W wieku 15 czy 16 lat byłem już koncertowym fotografem pełną gębą. Szkolisz wielu młodych fotografów. O jakie rady najczęRobiłem zdjęcia dla Scotta Lee i Massconcerts w Palladium ściej cię proszą? oraz w The Fat Cat. Od tego tak naprawdę zaczynałem. Nadal O wszystko – od pytań sprzętowych po techniczne, plus wiewspółpracuję ze Scottem i Massconcerts, bez nich nie byłbym le wskazówek, jak to jest w przemyśle muzycznym i fotograficznym na całym świecie. tym, kim jestem i tu, gdzie jestem. Jak potoczyła się ta droga – droga twojej kariery, jako artysty, którym jesteś dzisiaj? Hmm, moich początków nie można nazwać sztuką. Po prostu robiłem zdjęcia na koncertach. W sumie możesz powiedzieć, że jest to forma sztuki, ale zawsze uważałem, że etykietka SZTUKA jest do przyklejenia przez tego, który ją ogląda, a nie tego, kto ją tworzy. W wieku 19 lat tkwiłem jeszcze w Berklee School of Music, nienawidziłem tego wszystkiego. Miałem już niezłe doświadczenie w robieniu zdjęć, zbudowałem solidne portfolio. Przeszedłem więc do szkoły fotograficznej i wkrę-

Co im wtedy odpowiadasz? Warsztaty dotyczą zazwyczaj strony biznesowej w pracy fotografa. Mówię o tym jak zadbać o swoje wynagrodzenie, jak dać się zauważyć i jak się zareklamować. Do tych informacji wplatam trochę technicznych wskazówek, np. dotyczących oświetlenia, pozowania, co robić, a czego nie podczas fotografowania koncertów w halach i na wolnym powietrzu, w sesjach portretowych w studio czy w konkretnych lokalizacjach. Dorzucam masę własnych doświadczeń, historii oraz wiedzy, które pozyskałem przez wiele lat mojej kariery.

ROCK AXXESS

65


Jakich błędów widzisz najwięcej w pracach młodych czy, po prostu, mniej doświadczonych fotografów? Największym problemem jest to, że są zarozumiali i zawsze będą pracowali za darmo. W tym zawodzie nie można się puszyć, myśleć, że wszystko dostaną do ręki, że coś im się od razu należy. I nikt, nigdy nie powinien się zgadzać na pracę za darmo, bo to degraduje wartość wszystkich fotografów! Kolejnym wielkim problemem jest to, że te dzieciaki nie uczą się fotografii. Uczą się obróbki zdjęć. Mogą zrobić beznadziejne zdjęcie, a potem spędzić godziny obrabiając je w Photoshopie, aby wyglądało dobrze. Skupiają się na edycji, a nie na robieniu dobrych zdjęć. Dla mnie to wcale nie jest fotografia! Fotografia z samej definicji to malowanie przy użyciu światła. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie zrozumie fotografii. Ostatnio pracujesz nad bardzo ciekawym projektem, w którym przenosisz metalowy makijaż i black metal na strony kalendarza. Wspomniałeś, że możliwe, iż powstanie z tego książka. Czy black metal inspiruje cie ze względu na samą muzykę czy może raczej bardziej od strony wizualnej? I tak, i tak. Black metal to mój ulubiony rodzaj muzyki. Najpierw porwał mnie wokal. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Kathaarian Life Code poczułem, że to jest to! Atmosfera i styl śpiewania kupiły mnie od razu. To była najmroczniejsza i najbardziej zła muzyka, jaką kiedykolwiek słyszałem. Później zobaczyłem zdjęcia tych zespołów. Miałem 15 lat i odpuściłem sobie słuchanie wszystkiego, co nie było norweskim black metalem. Oczywiście, od tamtego czasu to się zmieniło, ale wówczas… te wyobrażenia, dźwięki… to było wszystko, czego słuchałem i co oglądałem.

nic nie przebije tych namacalnych zdarzeń i chwil, które są najlepszą częścią mojej pracy. Bo ja tam wtedy jestem i robię zdjęcia, aby zapamiętać to. Na zawsze.

chodziły do tego niezwykle poważnie, zwłaszcza te, którym bliska była scena blackmetalowa. Powiedziałbym, że z 85% modelek było w tych klimatach. Kto odpowiadał za corpse paint? Pozwoliłem modelkom zrobić corpse paint samodzielnie, ale każda dostała dokładne instrukcje. Powiedziałem też, czego nie powinny robić (na podstawie moich doświadczeń wiedziałem, co nie wygląda dobrze na zdjęciach) – i one same wszystko zrobiły. To był dobry pomysł, bo ludzie wyrażają w nim siebie.

Twoje zdjęcia można oglądać nie tylko w twojej książce Bring the Noise, ale również na Deviantart, na Facebooku, twojej stronie internetowej www.jeremysaffer.com, blogu… Czy zawsze jesteś podłączony do Internetu? Tak, będąc częścią sceny muzycznej, gdzie większość zespołów, z którymi pracuję ma młodych fanów… muszę być obecny na portalach społecznościowych przez cały czas. Lubię to, ponieważ ludzie mogą tam komentować moje zdjęcia, mam z nimi ciągły kontakt, podobnie jak z innymi fotografami i artystami. No i zawsze pojawiają się jakieś ciekawe, nietypowe możliwości. Czy masz swoje ulubione zdjęcie spośród tych zamieszczonych w Bring the Noise? Hmm, wiesz, książka ma już jakieś pięć lat. Myślę, że do moich ulubionych należą zdjęcia Cristiny Scabbi z Lacuna Coil oraz Eighteen Visions. Podobnie ze zdjęciem Lisy z okładki oraz My Chemical Romance.

Czy jest tam jakieś zdjęcie oparte na szczególnej historii? Każde zdjęcie ma jakąś opowieść za sobą. Nie do końca wiem, czy akurat takiej odpowiedzi oczekujesz, ale może opowiem historię związaną ze zdjęciem Cristiny w czarnej kąpieli… chcieliśmy zrobić coś dość niepokojącego, ale też zabawnego do reklamy butów marki Draven. Zaproponowałem kąpiel w czarnej wodzie. Do jej koloryzowania wykorzystaliśmy RIT (barwnik, którym farbuje się ubrania). No i zrobiliśmy sesję, której efekty możesz zobaczyć na zdjęciach. Czarno było dosłownie w CAŁYM pokoju hotelowym! To była jedna z moich ulubionych sesji zdjęciowych w całej karierze. Cristina to twarda sztuka. I jest jednym z najbardziej zadziwiających artystów, z którymi miałem przyjemność pracować. Mówiła zdaje się, że skóra wokół jej paznokci była czarna przynajmniej przez tydzień po sesji zdjęciowej. Ale było warto! Nie mogę się doczekać kolejnej współpracy z nią. Jest jedną z tych osób, z którymi najbardziej lubię pracować.

Kim są modelki, które biorą udział w blackmetalowym projekcie? To celebrytki, dziewczyny z przemysłu rozrywkowego dla dorosłych, profesjonalne modelki, ale też nieprofesjonalne – koleżanki i fanki black metalu. Projekt spodobał się wielu różnym osobom, a ja byłem zaskoczony, jak wielu ludzi wiedziało, czym jest corpse paint i potrafiło recytować tekst At Czy jest coś, czego nie da się pokazać na zdjęciach? the Heart of Winter. Myślę, że wielu ludzi nie ukazuje swojej osobowości na zdjęciach. Owszem, wydobycie jej należy do fotografa, ale są luCzy trudno było modelkom uwolnić dzikość, ten rodzaj dzie, którzy po prostu nie potrafią tego zrobić. Jeśli chodzi o niebezpieczeństwa w blackmetalowych klimatach? Czy koncerty… zdjęcia nigdy nie pokażą dokładnie tego, co dzieje może to właśnie one zdominowały pracę na planie sesji się na koncercie. Ale znowu, do nas, fotografów, należy zrozdjęciowych? bienie tego tak, by pokazać wszystko tak blisko i naturalnie, Generalnie modelki dostały wskazówki i każdej powiedzia- jak tylko możliwe. Niemniej, nic nie przebije bycia tam na łem dokładnie tak: Robimy takie zdjęcia na kilka sposobów, miejscu, tych namacalnych zdarzeń i chwil, które są najlepszą tradycyjne pozy, większe, delikatniejsze, artystyczne jak np. częścią mojej pracy. Bo ja tam wtedy jestem i robię zdjęcia, pozycje jogi czy w tańcu, modowe i takie straszniejsze, w stylu aby zapamiętać to. Na zawsze. blackmetalowym, tak straszne, jak to tylko możliwe. Czasami dziewczyny potrzebowały chwili na rozgrzewkę czy przy- Dziękuję ci bardzo za wywiad i życzę powodzenia! zwyczajenie się do tych straszniejszych ujęć, bo nie raz wy- To JA bardzo dziękuję! woływały one masę śmiechu. Ale niektóre dziewczyny pod-

66


ROCK AXXESS

45 67

photo: 123rf.com


MAGIC the

has not left the

buiding Karolina Karbownik photography; Jeremy Saffer


„I wake up, and do photography until I go to sleep” - says

JEREMY

SAFFER ROCK AXXESS

47


First of all, I want to congratulate you on the way you link music and photography! It looks like photography is you lifestyle, isn’t it? Thank you, and absolutely… some people put all that they are into their work. I am absolutely one of those people. I think it all comes down to loving what you do… If I worked at some fast food joint, I’m pretty sure I wouldn’t put much effort into my job, but when your job is working with everything you grew up in… it certainly makes it easier to become your life’s dedication. Photographing famous artists isn’t always easy. You have your own vision; they have their own image and ideas about themselves. How to find an agreement? Generally it isn’t an issue. As you can imagine I LOVE shooting bands with strong images so much more than bands who don’t really care what they look like. Usually when I work with those image heavy bands – they trust me to enhance their look and make them look as iconic as possible with their look. Often times a band and I will collaborate on an idea or a look. I know where my limits are, but don’t know what is too much for their look, so sometimes I tread softly, but in general there are no disagreements on anything.

What were your first music fascinations? Do you remember your first idols? Absolutely. My first concert when I was six or seven was New Kids on the Block and I loved the concert experience. My second concert when I was about 10 was Metallica, Guns N’ Roses, Danzig, Suicidal Tendencies and Faith No More, I think? Either way – from an early age, music was a big part of my life. I started with Michael Jackson from age 3-10 – then Metallica hit, and I worshiped every single note Metallica played until I was 15 or 16 when I found black metal. The first idols were absolutely Michel Jackson and James Hetfield. I wanted to be James so badly I bought a crappy knock off explorer guitar and learned as much Metallica material as possible. I was even in a Metallica cover band at one point. – we were awful, but we played a pretty good Puppets! [laughs] When did you get into photography? When my bands played out, and even shows where my band wasn’t playing, I started taking photos of the bands at the show… it was a fandom thing. But it turned out that people NEEDED photos for various reasons, so it quickly snowballed into becoming a full blown concert photographer by age 15 or 16. Shooting for Scott Lee and Massconcerts at the Palladium and The Fat Cat – those were really my roots, and to this day I still work with Scott and Massconcerts – I absolutely wouldn’t be here today, where I am today, if not for them.

What was your way from the beginning of your artistic work to the point you’re now? Well, when I started it wasn’t really art… it was shooting concerts. I guess you could say there is an art form to it, but I always believed the label “ART” is for the viewer to decide, not the creator. Anyway… when I was about 19, I had been shooting concerts for years, built up a solid portfolio, but was at Berklee School of Music, hating everything there. I made the transition to a photo school and instantly got into portraiture, and have since been slowly tipping the scales to more portrait work, and less live work. I enjoy both, but portraiture is really my favorite. And of course, when I started, I knew NOTHING of technical stuff, lighting, but between school and

70

everything after I am well versed in all technical aspects of photography as well.

Are there any certain moments in your career that you consider breakthrough moments? There are many ways to look at a breakthrough. For me the fact that I wake up, and do photography until I go to sleep every day is really the biggest breakthrough of my life. I do what I love, and I love what I do… What could be better than that? Career wise, I’ve attained so many personal and professional milestones that I would say I am just hoping to continue adding to them as I go on.

How or when you know that a photo session is over, that this time you now - I’ve got it? You know those super cheesy movies with the over the top dramatic photographer who says THE MAGIC HAS LEFT THE BUILDING! I CANNOT GO ON! – that ACTUALLY happens in photo shoots. A lot of the shoots I do are on time constraints so I know I only have a certain amount of time to get it done. So I set up, test shot, and make sure everything I need is ready before I even take the first photo. Other shoots where I have all the time in the world, it’s like a roller coaster, it usually starts off kinda slow, like it’s going up the hill… then we hit pace where we are getting amazing stuff, and are both amped and feeding off each other’s energy, then at some point it slows down, you’ve shot enough, people are tired, and the ride is over. Time to call it a wrap! You take part in many workshops for young photographers. What advice do they ask you for? Everything from equipment questions, technical questions, and a lot of advice in the music industry and photography world.

kids don’t learn photography. They learn editing. That to me is NOT photography at all. Photography is by definition, the painting and control of light. And if one does not understand lighting, they do not understand photography. What do you tell them? The workshops are generally about the business aspects of being a photographer in the music industry. How to get paid, noticed, and how to market yourself, and all that information is split with technical information, such as lighting, posing, the dos and don’ts of concerts indoors, outdoors, portrait sessions in studio, on location etc. Blended with a lot of personal experience, stories, and knowledge from what I’ve been through in my career thus far. What kind of mistakes you notice in the works of young or less experienced photographers? The biggest problem I find with young photographers is that they are VERY self-important and will constantly work for free. In this industry, you CAN’T be self-important, thinking everything should just be handed to you, like you’ve earned


it when you haven’t paid your dues as a professional. And no one should EVER work for free as it completely degrades the value of ALL photographers. Another huge issue is that these kids don’t learn photography. They learn editing. So they can take an awful image and photoshop it for hours to make it look good, rather than just taking a good image in the first place. That to me is NOT photography at all. Photography is by definition, the painting and control of light. And if one does not understand lighting, they do not understand photography.

You have been working on that very interesting project moving corpse paint and black metal to the calendar’s pages. You also mentioned that a book may be published. Black metal inspires you because of its sound or with its visual side? Both. Black metal for me is my favorite genre of music. The first thing that really drew me to it were the vocals. When I first heard Kathaarian Life Code, that was it! The atmosphere and the vocal style sold me forever. It was the most dark and evil sounding music I had ever heard. Then I saw photos of what these bands looked like, and at age 15, I was done with any music that wasn’t Norwegian black metal… Of course, I have expanded since, but at that time… that imagery, that sound… was everything I listened to and watched. Who are the models who take part in the black metal project? Everyone from celebrities, adult entertainers, professional models, and even non-professional models, friends, and fans of black metal. It’s attracted a large variety, and I was shocked to find out how many people even knew what corpse paint was let alone could recite lyrics from At the Heart of Winter.

Was it difficult to make them act so wild and so dangerous in black metal mood? Or it was them who dominated the work during your photo sessions? I basically give them the run down before I shoot, and verbatim I say We are going to shoot this in a few ways, traditional poses, big, soft, art poses such as yoga and dance poses… vogue poses, and of course creepy introverted black metal style poses, as creepy and evil as possible. – they sometimes take a set or two to warm up to the more creepy images because they sometimes laugh, but some take it VERY seriously, especially those who are into the black metal scene, which I’d say 85% of the models are. Who was responsible for making corpse paints? I let all the models do their own but with very specific instruction. I give them the ideas of what NOT to do (as I’ve sometimes found out from shooting what looks really bad) – and then they do it up. Which I like, because each corpse paint application is unique and specific to that models own creation. Your photographs are available to watch not only in your book Bring the Noise but also at Deviantart, Facebook, your website, your blog... are you always connected to the Internet? Yeah, being a part of the music scene, where essentially the bands I work with often have a young fan base… I have to stay connected to social media at all times. I like it becau-

72

photos will never really show what it’s like to actually be at concerts. as photographers our job is to get you as close as possible. nothing beats the real thing, which is the best part of my job… I get to be there, THEN, I get photos to remember it by, forever. se you get constant feedback, you’re instantly connected to your fans, other photographers, artists you work with, and come up with some very cool and unique opportunities from that.

Which picture you published in Bring the Noise is your favorite one? Well, Bring the Noise is about 5 years old now? I think my favorite photos in there are the ones of Cristina Scabbia (Lacuna Coil), and Eighteen Visions, as well as Lisa (on the cover) and My Chemical Romance.

Is there also a picture with a particular story behind it? Every picture has a story behind it – I’m not sure what you’re looking for here, but I’ll just share one off the top of my head… - the photo of Cristina in the black bath water… we wanted to do something edgy but fun for this draven ad. I suggested black water, and we got RIT to make the water black (which is clothing dye). So we do the shoot and as you could see in the image, got black EVERYWHERE in the hotel. It was and is one of my favorite shoots of my career. Cristina is SUCH a trooper, and one of the most amazing artists to work with. I believe she said the skin around her fingernails remained black for about a week after the shoot… but it was worth it! I cannot WAIT to get her in front of my lens again. She really is one of my top favorite people to work with. Is there anything impossible to show on pictures? I think some people don’t really shot their character in photos. It’s a photographers job to really pull that from them and get it in the image, but some just can’t do it. When it comes to concerts… photos will never really show what it’s like to actually be there… but again, as photographers our job is to get you as close as possible, but nothing beats the real thing, which is the best part of my job… I get to be there, THEN, I get photos to remember it by, forever. Thank you for your time and good luck! Thank YOU so much!


digging the rock

hity znacie...

Dyskografię Deep Purple dzielić można na różne sposoby: Na płyty nagrane przez klasyczny skład i te pozostałe; na albumy zarejestrowane z udziałem Ritchie’ego Blackmore’a oraz te bez niego. Podział, jaki przyjąłem na potrzeby tego artykułu jest jednak dużo prostszy. Pierwsza część tego przeglądu poświęcona będzie wydawnictwom nagranym do rozpadu grupy w 1976 roku, w drugiej zaś skupię się na krążkach, które powstały po reaktywacji Deep Purple. I choć to ten pierwszy okres obfitował w nagrania, które dziś uznaje się za klasykę hard rocka, w późniejszym okresie działalności zespołu także nie brakowało utworów, na które warto zwrócić uwagę.

Jakub „Bizon” Michalski fot. Karolina Karbownik / mat. promo


PIONIERZY HARD ROCKA Shades of Deep Purple (1968) 7/10 Pierwsza płyta zespołu, jak to często bywa z młodymi grupami, wypełniona jest w dużym stopniu coverami. Najbardziej znanym z nich jest Hush, który do dziś pozostaje jedynym elementem koncertowego setu Deep Purple, pochodzącym z najwcześniejszego okresu w historii grupy. Warto jednak zwrócić uwagę także na dwie inne przeróbki. O ile Help z repertuaru The Beatles jest nieco zbyt rozlazłe, to już purpurowa wersja Hey Joe, ze wspaniałym organowym motywem Jona Lorda, na pewno godna uwagi, choćby ze względu na aranżację bardzo odległą od tej Jimiego Hendrixa. A utwory własne? Część z nich nie wychodzi poza stylistykę lekkich i przyjemnych piosenek, typowych dla okresu powstania płyty. Wyjątkiem są tu albumowe intro zatytułowane And the Adress oraz Mandrake Root, które są zwiastunem bardziej rockowego kierunku, obranego przez zespół dwa lata później.

The Book of Taliesyn (1968) 7/10

Druga płyta podtrzymuje stylistykę zapoczątkowaną na debiucie. Także tutaj mamy kilka przeróbek bardziej (Kentucky Woman) lub mniej (We Can Work it Out) udanych. Utwory napisane przez zespół sprawiają jednak wrażenie bardziej dopracowanych i złożonych, niż na debiucie. Na tle całości niewątpliwie wybijają się wiedziony gitarowo-klawiszowym motywem Wring That Neck, który zespół odkurzył kilka lat temu podczas występów z orkiestrami symfonicznymi, oraz Anthem, śpiewany przez Roda Evansa niemal elvisowską manierą. Otwierający płytę Listen, Learn, Read On przywołuje natomiast pewne skojarzenia z zespołem The Doors, święcącym w tym czasie triumfy.

Deep Purple (1969) 8/10

To pierwsza płyta, na której zespół odważnie postawił na własne kompozycje. Jedynym coverem jest pięknie zaśpiewana przez wokalistę Roda Evansa ballada Lalena. To jednak nie ten utwór stanowi o sile tego albumu. Znakomicie współpracująca sekcja rytmiczna Ian Paice/Nick Simper napędza takie utwory jak otwierające krążek Chasing Shadows czy Bird Has Flown. Wyróżnić należy też przebojowe Why Didn’t Rosemary? i The Painter. Prawdziwą perłą, nie tylko na Deep Purple, ale w całej historii zespołu jest zamykająca płytę monumentalna i wielowątkowa kompozycja April, łącząca elementy muzyki klasycznej i powstającego właśnie hard rocka. Najjaśniej błyszczą tu: gitarzysta Ritchie Blackmore i klawiszowiec Jon Lord. Zapewne wielu fanów żałowałoby niezwykle, że skład ten nigdy więcej nie nagrał wspólnie żadnej muzyki, gdyby nie to, co nastąpiło później...

Deep Purple In Rock (1970) 10/10 O tej płycie napisano już wszystko. To jeden z albumów, które w największym stopniu odpowiedzialne są za uformowanie się hard rocka. I pomyśleć, że krążek ten nagrała grupa, która po trzech albumach postanowiła wprowadzić dramatyczne zmiany, żegnając się z wokalistą i basistą! Nowi członkowie, Ian Gillan (wokal) i Roger Glover (bas), szybko udowodnili, że wybranie ich to strzał w dziesiątkę. W ten sposób powstał klasyczny skład zespołu – Blackmore/Gillan/Glover/Lord/Paice. A płyta? In Rock to kopalnia klasyków. Czy ktoś dziś wyobraża sobie muzykę rockową bez Child in Time i Speed King? Znajdują się tutaj także inne znakomite kompozycje jak Bloodsucker, Flight of the Rat czy też odkurzony w ostatnich latach na koncertach Into the Fire. Wyżej ten zespół już nigdy się nie wzbił, ale ilu wykonawcom udało się, choć raz, w ogóle zbliżyć do tego poziomu?

74


Fireball (1971) 8/10 Następczyni In Rock była dla niektórych rozczarowaniem, jednak z perspektywy czasu album ten uznawany jest również za klasykę gatunku. Nie może być inaczej, wszak mamy tu tak znakomite utwory jak tytułowy oraz Demon’s Eye. Stałe miejsce w koncertowym secie miał przez kilka kolejnych lat The Mule, natomiast polska publiczność upodobała sobie szczególnie niezwykle melodyjny i ciężki zarazem utwór Fools. I tylko można zastanawiać się, czy dość mocno zahaczający o country kawałek Anyone’s Daughter był najszczęśliwszym wyborem, zwłaszcza, że dopiero przy wznowieniach na europejską i brytyjską wersję albumu trafił jeden z bardziej znanych utworów Deep Purple, Strange Kind of Woman.

Machine Head (1972) 10/10 Machine Head to niewątpliwie drugi szczyt w historii zespołu. Niemal każdy utwór na tej płycie jest dziś hardrockowym klasykiem. O wielkości płyty najlepiej świadczy fakt, że do najsłabszych na niej utworów należy Smoke on the Water – jedna z najbardziej znanych kompozycji nie tylko w historii Deep Purple, ale całej muzyki rockowej. Oprócz genialnych, naszpikowanych organowo - gitarowymi pojedynkami kompozycji pokroju Highway Star i Lazy, mamy też nieco leniwe, ale bardzo chwytliwe Maybe I’m a Leo oraz przebojowe Pictures of Home. I tylko żal, że przepiękna bluesowa ballada When a Blind Man Cries pojawiła się dopiero na reedycjach. Podobno nie przepadał za nią gitarzysta grupy, Ritchie Blackmore.

Who Do We Think We Are (1973) 5/10 Po genialnym Machine Head zespół nagrał najsłabszą płytę w swoim dorobku. Podobno w grupie nie działo się już wtedy najlepiej, a początkowe sesje nagraniowe nie przyniosły prawie żadnych rezultatów. W bólach zebrano nieco ponad pół godziny materiału, który nie powalił nikogo. Poza jedynym znanym utworem z płyty – Woman from Tokyo – próżno tu szukać kompozycji, które mogłyby zachwycić. Chlubnym wyjątkiem jest przebojowy utwór Mary Long, ponownie wykonywany przez grupę podczas niedawnych koncertów. Uwagę można też zwrócić na obdarzoną nieco rwanym riffem, dynamiczną kompozycję Rat Bat Blue. Reszta mogłaby nigdy nie powstać i świat nie byłby gorszym miejscem. Jakieś zmiany musiały nadejść, choć ich skala była zapewne sporym zaskoczeniem dla ówczesnych fanów.

Burn (1974) 9/10 Po raz drugi zespół musiał znaleźć nowego wokalistę i basistę. Blackmore w tej pierwszej roli widział Paula Rodgersa z Free, jednak ten nie był zainteresowany. Padło na nieznanego Davida Coverdale’a, którego głosowo wspomagać miał nowy basista, Glenn Hughes. Pierwsza z kilku płyt nagranych wspólnie przez ten, jeden z najwybitniejszych duetów wokalnych w historii rocka, jest jednocześnie jedną z najciekawszych pozycji w dorobku Deep Purple. Niski, ciepły głos Coverdale’a w połączeniu z wysokim, zadziornym, z soulowymi naleciałościami wokalem Hughesa, nadaje tej odsłonie grupy niepowtarzalny charakter. Utwór tytułowy otwierany powalającym riffem jest dziś pełnoprawnym rockowym klasykiem, podobnie jak piękny bluesrockowy olbrzym Mistreated. Należy zwrócić uwagę na Sail Away zdradzające bardziej funkowy kierunek, który zespół obrał na kolejnych albumach, oraz na You Fool No One z niesamowitą partią perkusyjną Paice’a. Warto nabyć nowe, rocznicowe wydanie Burn, choćby ze względu na przyjemny bonus w postaci improwizacji pod tytułem Coronarias Redig.

ROCK AXXESS

75


Stormbringer (1974) 8/10

Come Taste the Band (1975) 8/10

Druga płyta trzeciego składu Deep Purple rozpoczyna się podobnie, jak poprzedniczka. Utwór tytułowy wchodzi mocno i zdecydowanie ciężkim riffem i od samego początku pokazuje, że będziemy mieć do czynienia z soczystym hard rockiem na najwyższym poziomie. Coverdale i Hughes czują się już znacznie pewniej w swoim nowym zespole, co niewątpliwie słychać w jeszcze lepszej niż na Burn współpracy wokalnej. Słychać też jednak, że nowi członkowie Deep Purple zaczęli wywierać coraz większy wpływ na warstwę muzyczną kompozycji. Na Stormbringer wyraźnie słychać naleciałości muzyki funk oraz soul. Duża w tym niewątpliwie zasługa Glenna Hughesa, który nie ukrywał, że jednym z jego największych idoli był i jest Stevie Wonder. Wychodzi to zwłaszcza w utworze Holy Man, który spokojnie mógłby się znaleźć w piątce najbardziej nietypowych, jak na ten zespół, kompozycji. Jednak obok nie zawsze pasujących do stylu grupy eksperymentów, mamy tu też nagrania wielkie. Do takich należy perła w dorobku Deep Purple, zamykająca tę płytę ballada Soldier of Fortune. Mimo przebogatego dorobku artystycznego, David Coverdale już chyba nigdy nie zaśpiewał równie pięknie. Uwagę należy także zwrócić na fantastyczny dwugłos w utworze The Gypsy oraz na dwa hardrockowe ekspresy w postaci Lady Double Dealer i High Ball Shooter.

Dziwni musiał się czuć Blackmore, kiedy stawało się jasne, że nowi członkowie zespołu, których sam przyjmował do Deep Purple, w dwa lata tak zmienili styl grupy, że gitarzysta nie mógł już znaleźć w niej miejsca dla siebie. Odszedł. Lord i Paice dali się namówić purpurowej młodzieży na kontynuowanie pod szyldem DP z nowym gitarzystą, Tommym Bolinem. W jego grze słychać było funky, jazz i fusion. Znakomicie dogadywał się z Hughesem i Coverdale’em. Na jedynej płycie czwartego składu DP nie ma tu utworów z natychmiast rozpoznawalnymi riffami, ani łatwo zapamiętywalnych refrenów. Są natomiast kawałki znakomite rytmicznie, a partie każdego z instrumentalistów są na najwyższym poziomie. To właśnie na Come Taste the Band znajdują się utwory, które posiadają prawdopodobnie największy ładunek emocjonalny w dyskografii Deep Purple. Piękna, fortepianowa kompozycja This Time Around, zaśpiewana przez Hughesa, połączony z nią instrumentalny Owed to „G” będący popisem możliwości Bolina oraz zamykający album You Keep on Moving, w którym Coverdale i Hughes wznieśli się na wyżyny swoich wokalnych umiejętności świadczą o tym, że ten skład mógł mieć przed sobą wielką przyszłość. Niestety, pogrążony w narkotykowych uzależnieniach zespół rozpadł się w marcu 1976 roku. W grudniu tego samego roku Tommy Bolin zmarł po przedawkowaniu narkotyków. Miał 25 lat.

76


SPOTKANIE NIEZNAJOMYCH Perfect Strangers (1984) 8/10 Po rozpadzie grupy w roku 1976, muzycy drugiego i trzeciego składu Deep Purple zajęli się, z różnym skutkiem, innymi projektami. Większość z nich zaangażowana była w prace dwóch najbardziej znanych purpurowych odłamów – Rainbow i Whitesnake. Prędzej czy później musiało dojść do połączenia sił w jakiejkolwiek konfiguracji personalnej. Doszło do niego w 1984 roku, kiedy to zespół powrócił w swoim najbardziej znanym, drugim składzie. Powroty często bywają bolesne, a oczekiwania znacznie przewyższają rzeczywistość. W tym przypadku jednak ciężko mówić o zawodzie. Co prawda, płyta Perfect Strangers nie dorównuje poziomem dwóm największym dziełom DP Mk II (bo w ten sposób zwykło się nazywać kolejne składy grupy), jednak wstydu na pewno nie było. Utwór tytułowy całkiem zasłużenie stał się klasykiem i jest do dziś jedną z kompozycji najbardziej uwielbianych przez fanów. A to nie koniec znakomitych kawałków na tym krążku. Mamy tu przecież także genialny, oparty na współbrzmieniu klawiszy i gitary Knocking at Your Back Door, jedną z najpiękniejszych ballad w historii Deep Purple w postaci Wasted Sunsets, w którym Blackmore wyczynia cuda na swoim Fenderze Stratocasterze, oraz rozpędzony i nieco zwariowany Hungry Daze, w którym zespół nawiązuje tekstowo do pewnego hitu z przeszłości. Do późniejszych wersji Perfect Strangers dołączono niezwykle ciekawy, dziesięciominutowy utwór Son of Alerik. To był bardzo udany powrót. Na tyle udany, że na kolejny album na tym poziomie zespół musiał czekać ponad dwie dekady.

The House of Blue Light (1987) 7/10 Płyta miała być w założeniu kontynuacją Perfect Strangers i w pewnym sensie tak właśnie jest. Podobne brzmienie, sporo przestrzeni, dużo chwytliwych melodii i sporo klawiszy. Można jednak odnieść wrażenie, że zespół chyba zbyt mocno chciał nagrać płytę przebojową. Być może to kwestia okresu, w którym album powstał. Koniec lat 80. zdominowany był w muzyce rockowej przez zespoły takie jak Def Leppard i Bon Jovi, produkujące hity na skalę masową. Czy Deep Purple chciało nowocześniejszym podejściem do muzyki i prostszymi formami konkurować o słuchacza z rockową młodzieżą? Być może. Efekt jest ciekawy, choć nie powala i na pewno nie zapewnia równego poziomu. Nie sposób jednak nie potupać nogą i nie pomachać rytmicznie głową słuchając utworów takich jak Call of the Wild i The Unwritten Law. Podobać może się także Strangeways, choć brzmi jak nieco gorsza wersja Knocking at Your Back Door. Momentami odnosi się wrażenie, że kompozycje te lepiej pasowałyby na album Invisible Touch grupy Genesis. The House of Blue Light to przebojowa odsłona Deep Purple. Można narzekać, że nie tak ambitna, jak albumy z lat 60. i 70., lecz płyta ta z pewnością stanowi ciekawe urozmaicenie twórczości grupy.

ROCK AXXESS

77


Slaves and Masters (1990) 5/10 Spokój w obozie Deep Purple nie trwał długo. Po nagraniu dwóch płyt w klasycznym składzie, z grupą pożegnał się ponownie Gillan, który nie mógł dogadać się z Blackmorem. Na jego miejsce gitarzysta ściągnął wokalistę związanego z późniejszym okresem Rainbow. Joe Lynn Turner jest postacią szanowaną w środowisku muzycznym. Niestety, uczynił z Deep Purple to samo, co wcześniej z Rainbow. Oczywiście ciężko zwalać całą winę na Turnera, jednak jego łagodny wokal na pewno przyczynił się do tego, że materiał na tym albumie nie porywa rockową dynamiką. Slaves and Masters brzmi chwilami niemal poprockowo. Jednak płyta jest niezwykle chwytliwa, o sporym potencjale komercyjnym. Kompozycje takie jak The Cut Runs Deep i Fire in the Basement, nawet jeśli nie grzeszą oryginalnością, posiadają efektowne riffy i solówki, i całkiem nieźle sprawdzają się w długich podróżach samochodem. Dobre wrażenie sprawia też powolny, nie pozbawiony uroku i elementów charakterystycznego stylu Deep Purple, utwór Fortuneteller. Całość jednak cierpi na brak rockowego pazura oraz innych części ciała, odpowiadających za tworzenie soczystego hard rocka.

The Battle Rages On... (1993) 6/10 Po niezbyt udanej przygodzie z Turnerem, zespół (a raczej jego gitarzysta) przeprosił się z Ianem Gillanem i tym samym Deep Purple nagrali kolejną płytę w klasycznym składzie. Album nie dorównał jednak poziomem dwóm wydawnictwom z lat 80. O ile Slaves and Masters było zbyt popowe i momentami aż za bardzo melodyjne, tak The Battle Rages On... cierpi na coś wręcz przeciwnego – mało tu motywów, które można łatwo zapamiętać. Spora część tego albumu to dość solidny hard rock, oparty na utartych schematach. Na tej przyzwoitej, choć nie powalającej płycie wyróżniają się trzy utwory – kawałek tytułowy, jedyny z tej płyty, do którego zespół wraca jeszcze czasami podczas koncertów; Solitaire, ze świetnymi partiami organów i gitary; oraz dynamiczna Anya, której riff z pewnością można zaliczyć do najlepszych momentów w dyskografii zespołu. Wstydu nie przynoszą także prowadzony dobrym riffem Talk About Love i najcięższy chyba na całym krążku utwór Nasty Piece of Work. W związku z odejściem Blackmore’a, który w 1993 roku już chyba ostatecznie opuścił Deep Purple, oraz wobec niedawnej śmierci Jona Lorda, The Battle Rages On... pozostanie ostatnim albumem grupy nagranym w, tak zwanym, klasycznym składzie (Mk II).

Purpendicular (1996) 7/10 Z odejściem Ritchie’ego Blackmore’a, zespół po raz drugi w swojej historii stanął przed problemem znalezienia nowego gitarzysty. Tymczasowo grupę wspomógł wirtuoz Joe Satriani, który zastąpił Człowieka w Czerni na zakontraktowanych już koncertach. Gdy jednak odmówił dołączenia na stałe, Deep Purple zwrócili się do Steve’a Morse’a, członka Dixie Dregs, znanego także z Kansas. Zmiana ta miała spory wpływ na brzmienie zespołu. Morse, podobnie jak Blackmore, ma swój charakterystyczny styl gry i ulubione zagrywki, inne od tych preferowanych przez poprzednika. Nie wszyscy fani potrafili zaakceptować nowocześniejsze i szybsze partie gitar. Trzeba jednak przyznać, że oprócz wirtuozerii i techniki, Morse wniósł do zespołu sporo świeżości. Nieco zagubieni na The Battle Rages On... Purple odzyskali wigor i lekkość, co słychać już w otwierającym krążek kawałku Vavoom: Ted the Mechanic. Być może płyta nie należy do najbardziej udanych dzieł zespołu, jednak utwór Sometimes I Feel Like Screaming, okraszony piękną i pełną polotu solówką amerykańskiego gitarzysty jest do dziś jednym z najbardziej popularnych nagrań grupy. Warto wracać także do nietypowego jak na ten zespół kawałka, nieco folkowego The Aviator, płynącego lekko Touch Away oraz brzmiącego niezwykle gęsto i ciężko Loosen My Strings.

78


Abandon (1998) 7/10 Po raz pierwszy od kilku lat zespołowi udało się nagrać dwie płyty z rzędu w tym samym składzie osobowym. To słychać. Morse czuje się pewniej wśród nowych kolegów, a Jon Lord znakomicie uzupełnia jego partie organami, zapewniając wspaniałe tło dla soczystych gitar. Kiedy trzeba, sam wychodzi na pierwszy plan. Abandon to jedna z najcięższych pozycji w dorobku grupy, być może, dlatego nie jest to album łatwo przyswajalny. Są tu jednak utwory porywające od pierwszego odsłuchu. Takim jest wspaniale bujający Don’t Make Me Happy – jeden z najlepszych purpurowych utworów lat 90. To samo można powiedzieć o delikatnie płynącym Fingers to the Bone, nawiązującym stylistycznie do The Aviator z poprzedniej płyty, oraz o znakomicie rozwijającym się Watching the Sky. Solidną porcję hardrockowego łojenia w nowoczesnym wydaniu zapewniają Seventh Heaven i Almost Human oraz otwierający płytę Any Fule Kno That. Umieszczona na końcu płyty kompozycja Bludsucker, która oryginalnie znalazła się na In Rock, nic nie straciła ze swojej mocy, choć zastanawiać się można, po co zespół wraca na studyjnej płycie do wydanych już nagrań. Abandon to spora dawka hard rocka na mistrzowskim poziomie, choć obok kompozycji bardzo udanych, mamy tu też kilka zapychaczy. Z tego powodu ciężko nazwać to wydawnictwo szczytowym osiągnięciem późnego okresu w historii grupy.

Bananas (2003) 7/10

Płytą Bananas zadebiutował ósmy już, grający po dziś skład Deep Purple. Jon Lord przeszedł na purpurową emeryturę. Jego miejsce zajął rockowy weteran, Don Airey. O dziwo, zmiana nie jest bardzo odczuwalna. Airey doskonale wpasował się w styl Deep Purple. Zaoferował sporo od siebie, ale też zręcznie naśladował Lorda, który przed odejściem zdążył napisać kilka utworów, znajdujących się na Bananas. Absolutnie najgorszymi elementami tego wydawnictwa są tytuł i okładka. Przy komponowaniu i nagrywaniu panowie wykazali się znacznie lepszym gustem i wyczuciem, ofiarując fanom zaskakująco dobrą, jak na staż zespołu oraz swój wiek, płytę, która świetnie nakręca się od początku pierwszego utworu – House of Pain. W melodyjnym Haunted czeka nas niespodzianka – Gillana wspomaga wokalnie Beth Hart. Jest to jedyny przypadek w historii grupy, by jej obecny wokalista dzielił z kimś partie wokalne. Walk On to nawiązanie do bluesowych tradycji hard rocka, natomiast cudownego Never a Word prędzej należałoby spodziewać się na płycie Simon & Garfunkel. Utwór tytułowy to dla zespołu dość nietypowy rytmicznie rejon. Prawdziwą perłą tej płyty jest zamykająca ją półtoraminutowa instrumentalna miniaturka Contact Lost, poświęcona ofiarom katastrofy promu kosmicznego Columbia, wśród szczątków którego znaleziono fragmenty płyt Deep Purple.

Rapture of the Deep (2005) 8/10

Co zrobić, jeśli po trzydziestu pięciu latach kariery nagrywa się najlepszą płytę od dwóch dekad? Należy przebić ją wydawnictwem jeszcze lepszym! I takim jest Rapture of the Deep. Ostatni, jak na razie, studyjny krążek grupy brzmi tak, jak brzmieć powinny nowe płyty rockowych weteranów. Jest to najlepsza propozycja Deep Purple od czasów wydania Perfect Strangers. Sporo tu odniesień do czasów świetności, ale nie można mówić o autoplagiacie. Deep Purple Ameryki nie odkrywają, ale udało im się nagrać nadspodziewanie dobrą płytę, której słucha się z przyjemnością. Wiele nowych utworów znalazło miejsce w koncertowej setliście. Dobrze wypadają tu zarówno typowe dla DP, rytmiczne hardrockowe utwory Wrong Man, Money Talks czy Don’t Let Go, jak i kompozycje odbiegające od utartych schematów: niezwykle hipnotyczny Clearly Quite Absurd i rozbudowany Before Time Began. Jednak zdecydowanie najlepszą kompozycją na Rapture of the Deep jest kawałek tytułowy, który śmiało postawić można w jednym rzędzie z Perfect Strangers i Anya. Nowy krążek podobno powstaje, choć usłyszymy go nie wcześniej, niż w 2013 roku. Czy zespół utrzyma poziom Rapture...? Zadanie trudne, ale nie niewykonalne. W końcu mało kto spodziewał się przebicia Bananas.

ROCK AXXESS

79


dark access Leszek Mokijewski fot. materiały prasowe

BLOOD

BATHORY

ON ICE


The old Crow’s cry the first warning The rumbling frozen ground the last. Hooves thundering on the three feet snow, The icy dawn yet to begin...

Z

astygłą zimową ciszę przerywa stukot kopyt. Przez syczący wiatr przebijają się odgłosy bojowych bębnów. Horda wojowników pędzi przez skute mrozem północne rubieże. Prowadzi ich surowo brzmiąca gitara Quorthona. Jego śpiew hartuje serca wikingów nawołując do walki. W imię Odyna podnieście ostrza, stary kruk swym skrzekiem zwiastuje bitwę! Gitary nabierają na sile, krew barwi śnieg purpurową. I nagle cisza. Koniec. Unosi się tylko smuga dymu nad wierzchołkami drzew. Spalona wioska i podeptane waleczne serca. Ból, męstwo, pożoga. Muzyka łagodnieje, słychać akustyczną gitarę i smutny śpiew. To chyba jeden z ocalałych, przemawia ustami Quorthona, opowiadając swą historię. Historię człowieka z żelaza. W sercu i duszy zebrał wspomnienia swoich ojców. Kroczył w poszukiwaniu zemsty przez lasy, zwierz był jego przyjacielem, a księżyc układał go do snu. Osamotniony w głuszy stał się zwierzęciem, które opłakuje straconych bliskich. Śpiew Quorthona porusza głęboko. Lecz nagle ciszę przerywa moc elektrycznych gitar. Rozpoczęta na płycie Blood on Ice historia toczy się dalej.

Say, ye one eyed old man. For I need to know. Tell me which path fate has chosen for me. Say does the Northstar still shine on me. Say will I set my loved ones free.

Młody wojownik pyta napotkanego starca o los, jaki dla niego szykują bogowie. Muzyka cichnie całkowicie.

Jesteś wybrańcem. Tym, na którego przyjście czekałem. W moich wizjach trzymasz miecz wykuty w ogniu i lodzie. Więc powstań chłopcze i podążaj ku swemu przeznaczeniu. Pozwól by wiatr cię prowadził. A twoje dziedzictwo stało się nie tylko zwiewnym snem, lecz prawdą - odpowiada jednooki starzec.

Surowy dźwięk gitar rozbrzmiewa ponownie. Bathory prowadzi słuchacza przez stworzoną myślami Quorthona. Blood on Ice to wyprawa w bezkresne lasy, pokrywające zmarzniętą ziemię. To wędrówka przez krainę wikingów. Wokalista niczym lektor, prowadzi głosem przez kolejne sceny opowieści. Pomiędzy utworami słychać bitewny zgiełk, tupot końskich kopyt, odgłosy żyjącego lasu. Raz po raz wiejący wiatr sprawia wrażenie, że płyta została nagrana pośród mroźnych ostępów, a nie w przydomowym garażu lidera Bathory. W tych dźwiękach unosi się specyficzna atmosfera. Odnosimy wrażenie obcowania z czymś niesamowitym, ale nieokreślonym.

Taka właśnie jest twórczość Bathory. Quorthon zawsze nagrywał albumy prawdziwe i szczere. Pełne surowego undergroundowego wyrazu. Do końca pozostał wierny swej muzycznej drodze, by na jej końcu, dnia 7 czerwca 2004 roku, odwiedzić bramy Walhalli. Album Blood on Ice jest wspaniałym przykładem muzycznej spuścizny muzyka. Oddaj mu hołd i daj się ponieść zawartej na płycie historii. Wkrocz do świata gdzie oddawano cześć Odynowi. Poczuj mroźny zew północy...


rock savvy

wytwórnie płytowe

KOŃCOWE ODLICZANIE? Marcelina Gadecka foto: media.soundonsound.com


Przemysł muzyczny, w tym sami artyści i fani, nie bez powodu uważają, że dni wytwórni płytowych są policzone. A wszystkiemu, rzekomo, winna technologia, która przewróciła muzyczny ekosystem do góry nogami. Internet spopularyzował piractwo muzyczne i całkowicie zmienił proporcje w sprzedaży nośników muzycznych. Lepsze, a czasem nawet darmowe, oprogramowanie umożliwiło artystom produkcję i dystrybucję albumów na własny rachunek. Do tego winne są same wytwórnie, które dość niezdarnie podążają za szybkimi zmianami. Bez wątpienia nastały burzliwe czasy dla wytwórni płytowych. Ale zacznijmy od początku...

1887-1970 sprzedać talent

lo, który był prezesem Amerykańskiej Federacji Muzycznej, w 1942 roku zażądał od wytwórni wypłacania tantiemów za odgrywanie muzyki w radiu oraz szafach grających. Wytwórnie odmówiły, co skończyło się oficjalnym strajkiem aroczątek historii wytwórni płytowych sięga praw- tystów. W latach 1942 - 1944 nie została nagrana żadna płyta dopodobnie roku 1887, kiedy to Emil Berliner udo- (z wyjątkiem tych przeznaczonych dla żołnierzy). skonalił wałek fonograficzny Thomasa Edisona Lata 50. pokazały nowe oblicze wytwórni płytowych, któi wprowadził na rynek pierwsze płyty gramofonowe. Ale dopiero po wprowadzeniu tanich gramofonów w 1893, re idealnie może podsumować okładka płyty Warrant - Dirsprzedaż płyt potoczyła się w zawrotnym tempie: do roku ty Rotten Filthy Stinking Rich. Niespodziewany sukces nowo 1900 w samych tylko Stanach Zjednoczonych sprzedano trzy wprowadzonej LP został w branży bardzo szybko zauważony. miliony płyt, a przed 1921 liczba ta wzrosła do 106 milio- Płyty LP były znacznie droższe od mniejszych, 10-calowych nów rocznie. Nie jest więc przypadkiem to, że w tym wła- płyt, na których były wydawane głównie single. Tak więc, jeśnie czasie zaczęły powstawać nowe wytwórnie płytowe. śli dana piosenka mogła zostać potencjalnym hitem, wytwórW 1924 roku powstała agencja wyszukująca młode talenty: nia po prostu nie wydawała jej na singlu, zmuszając fanów do Music Corporation of America (MCA) oraz został utworzony kupowania całego (prawie cztery razy droższego) albumu LP. niemiecki Polydor. W 1926 General Electric założyło Radio Należy również wspomnieć, że jeszcze do późnych lat 1960. Corporation of America (RCA), a w 1931 swoją siedzibę na wytwórnie płytowe pracowały według prostego schematu: znaleźć talent, nagrać płytę i sprzedać. Artysta musiał fakAbbey Road w Londynie otworzyło EMI. tycznie mieć talent i grać, grać i jeszcze raz grać koncerty na Niestety już lata 30. XX wieku przyniosły pierwsze kło- żywo, żeby zostać odkrytym przez wytwórnię. Jeśli nie było poty: Wielki Kryzys w Stanach Zjednoczonych znacząco spo- go na scenie, nie było go wcale. wolnił sprzedaż płyt. Do tego rosnąca popularność radia i duża liczba wytwórni, które prześcigały się coraz niższymi cenami płyt, dodatkowo osłabiły pozycję nawet największych firm. Wytwórnie zaczęły upadać. Z pierwszych tarapatów zostały jednak uratowane na początku lat 40. wraz z wybuchem II Wojny Światowej. W tym czasie wiele krajów kupowało sprzęt do nagrywania i odtwarzania dźwięku, by dostarczyć rozrywki żołnierzom na froncie. Mimo, iż sprzedaż płyt znów wzrosła, kolejne kłopoty nadeszły ze strony Na przełomie lat 60. i 70., gdy kontrakty z wytwórniami samych artystów. Zaczęło się od sprawy sądowej w Stanach podpisują takie zespoły jak The Beatles, The Rolling Stones, Zjednoczonych przeciwko stacjom radiowym, które płaciły Led Zeppelin czy The Yardbirds, pojawiają się dwa nowe tantiemy tylko wytwórniom muzycznym. Muzycy nie dosta- trendy. Po pierwsze, wytwórnie muzyczne zaczynają się łąwali ani centa za emitowanie ich muzyki. Konflikt zaostrzyła czyć i przejmować te mniejsze i bardziej niezależne, nabietzw. Wojna Petrillo (Petrillo’s War - przyp. RA). James Petril- rając bardziej korporacyjnych kształtów. Po drugie, efekt

P

1970-1990 wykreować (i sprzedać) talent

ROCK AXXESS

83


promocyjny jaki mogły osiągnąć stacje radiowe, telewizja i listy przebojów spowodował, że wytwórnie zaczęły tworzyć artystów, którzy idealnie prezentowaliby się w wyżej wspomnianych mediach. Nadeszła era kreowania talentu. W latach 70. wytwórnie, zasilone wpływami z wysokiej sprzedaży płyt i fuzji z innymi firmami, stworzyły potężne działy odpowiedzialne za media, marketing i A&R (Art & Repertoire - kreacje artystyczną - przyp. RA) powoli wypełniając listy przebojów stworzonym od podstaw produktem. Pocieszające jest tylko to, że nie wszyscy podążali za nowymi trendami. Takie zespoły jak Queen, The Police, U2, Radiohead czy Oasis należały jeszcze do starej szkoły i zdobyły popularność grając koncerty zanim podpisały kontrakty z wielkimi wytwórniami.

Lata 80. upłynęły pod znakiem akronimów: CD, MTV i A&R. Płyty CD ze zwiększoną pojemnością i ze zmniejszonym rozmiarem, były znaczącym krokiem w przód. Z drugiej strony jednak, płyty CD były niczym innym, jak tylko nowym nośnikiem tych samych albumów, co oznaczało, że wytwórniom udało się sprzedać dwa razy ten sam produkt (!). Powróciły też single, które mimo iż nie przynosiły fenomenalnych zysków, miały zachęcać (z powodzeniem) do kupowania pełnych albumów. Wytwórnie inwestowały tysiące dolarów w teledyski, gdyż stara formuła: jeśli nie ma cię na scenie, nie ma cię wcale, dzięki MTV została zastąpiona nową: jeśli nie widać cię w MTV, nie ma cię wcale. Rozbudowane działy A&R pracowały nad tym, żeby wykreować artystę tak, aby pasował do najnowszych trendów list przebojów. Weźmy na przykład Heart, który w latach 70. zaczynał jako zespół odziany w dzwony i grający muzykę w folkowych klimatach. Po podpisaniu kontraktu z Capitol Record pojawiły się rockowe kostiumy, makijaż, tak dobrze znany pudel na głowach i... nacisk, aby nagrywać utwory, które dostarczała zespołowi wytwórnia. W ten sposób płyta Heart Heart, ósma w dorobku zespołu, natomiast debiutancka jako twór hardrockowy we współpracy z wytwórnią Capitol, dostarczyła pierwszych hitów: What About Love, Never, These Dreams, If Looks Could Kill oraz Nothing At All. Album nie schodził z listy przebojów Billboard 200 przez 92 tygodnie. Nic nie szkodzi, że tylko utwór Never był autorstwa sióstr Wilson... niech żyje kreacja talentu!

1990 - 2012 uciekający talent (i pieniądze) Do późnych lat 90., wytwórnie miały się bardzo dobrze. Symbiotyczny schemat działania sprawdzał się; artyści znajdowali wytwórnie (lub odwrotnie), podpisywano kontrakty, promowano i sprzedawano płyty, dzielono zyski i wszyscy byli, mniej lub bardziej, zadowoleni. Płyty wydawane przez wytwórnie były głównym sposobem na zdobywanie muzyki, a możliwość zaistnienia w świecie muzycznym zależała od możliwości nagrywania i promocji, jakie dawała artyście wytwórnia. Pod koniec lat 90. sprzedaż CD osiągnęła swoje apogeum. Ale wszystko to miało się zmienić. Dzięki technologii cyfrowej, cały proces nagrywania muzyki stał się prostszy zarówno w profesjonalnych studiach, jak i w zaciszu własnego domu. To oznaczało, iż wytwórnia przestała być niezbędna do nagrania profesjonalnie brzmiącej płyty. Dostępna technologia nie tylko uprościła nagrywanie albumów, ale również otworzyła drzwi do mediów, dystrybucji i promocji, które

84

wcześniej były zarezerwowane wyłącznie dla wytwórni. Dość ekstremalnym przykładem może być tutaj zespół Radiohead, który w 2007 roku, po zakończeniu kontraktu z wytwórnią EMI, postanowił sam wydać kolejną płytę: In Rainbows. Album był początkowo dostępny tylko na stronie zespołu, a fan płacił za ściągnięcie płyty tyle ile uważał za słuszne. Podobno eksperyment się udał.

Wróćmy jednak do początków lat 90. Wraz z pojawieniem się Internetu i mp3 nagle okazało się, że płyty CD, konwertowane do formatu mp3, zajmowały mało miejsca na dysku, a kopiowanie i dystrybucja takich plików nie kosztowała ani grosza. Gdy w 1999 roku powstał Napster, pierwszy serwis dający możliwość dzielenia się plikami z każdym, kto miał dostęp do Internetu, fani poznali smak darmowego dostępu do muzyki. Mimo iż Napster został zamknięty już w 2001 roku, rozkwit piractwa muzycznego miał dopiero nastąpić przysparzając wytwórniom nie tylko rzekomych strat finansowych, ale i też serii zarzutów ze strony artystów: „To jest wyłącznie wina wytwórni, że wpuszcza lisy do kurnika, a potem się zastanawia dlaczego nie ma ani jaj ani kur. Każdy smarkacz, każdy gówniarz powinien od ręki zostać pozwany. Powinni byli od razu zabrać im domy i samochody i ukrócić to na samym początku skomentował sytuację Gene Simmons w 2007 roku. Łatwo by było przyznać wytwórniom i zacytowanemu Simmonsowi rację, gdyby nie fakt, że nielegalne dzielenie się plikami wcale nie jest głównym powodem obecnych problemów wytwórni. Napster rozpoczął bowiem też inny trend: legalną sprzedaż plików muzycznych. W 2001 Apple stworzył iTunes, internetowy serwis, który legalnie sprzedał 25 milionów utworów w pierwszym roku działania. Właśnie: utworów, nie albumów. Była to swego rodzaju rewolucja w przemyśle muzycznym, która całkowicie zmieniła model sprzedaży muzyki. Po raz pierwszy fani muzyki mogli kupować tylko te utwory, których chcieli słuchać. Po raz pierwszy też nie musieli podążać za wytwórniami, które najchętniej sprzedawałyby całe albumy. W ten sposób zaczął upadać etos bardzo dochodowego albumu. Tak więc, począwszy od 2002 roku liczba sprzedanych albumów spadła z około 900 do 250 milionów w 2010. W tym samym czasie liczba sprzedanych singli wzrosła z 200 milionów do prawie miliarda rocznie w 2010. Więc? Tak naprawdę głównym powodem kłopotów finansowych wytwórni jest ogólny spadek sprzedaży płyt oraz fakt, że wytwórnie nie były w ogóle przygotowane na tak drastyczny spadek zysków.

Stary model działania wytwórni i posiadania praw do wszystkiego, co z artystą związane, już nie wróci. W tym momencie wytwórnie potrzebują nowego, aczkolwiek jeszcze mało sprecyzowanego modelu biznesowego, który przyniósłby szybkie zyski. Jaka jest więc przyszłość wytwórni? Najprawdopodobniej powrót do korzeni. Mniejsze, bardziej niezależne wytwórnie będą szukać talentów i je promować. Przy pomocy darmowych możliwości, jakie niesie ze sobą Internet - będą na tym zarabiać. Niestety te większe, potrzebujące dużych wpływów ze sprzedaży, mogą być już, niestety, na straconej pozycji. Pewnie będą próbowały się ratować nowymi rozwiązaniami. Już teraz skupiają się bardziej na sprzedaży formatów cyfrowych, przekonują się do streamingu oraz wykorzystują lokowanie produktu w teledyskach. Czy dni wytwórni płytowych są policzone? Jak to śpiewał Fifth Angel - Time Will Tell.


rock shop

gdzie kucharek sześć tam jest

ROCK’N’ROLL!

Gdy nad Polską demoniczne głosy krzyczą NIE! Nergalowi i jego rzekomej chęci propagowania satanizmu zakrapianego napojem Demon, rock’n’rollowy światek daje nam na pożarcie mnóstwo pyszności. Poranne espresso? Filiżanka cappuccino? A może szklanka latte macchiato z charakterystycznymi trzema warstwami kawy, mleka i puszystej pianki? Barista Charlie Benante poleca! Nie, perkusista Anthrax nie zmienia pracy. Zainwestował w branżę kawową. Na rynku pojawiła się mieszanka kaw oraz zestaw akcesoriów sygnowanych nazwiskiem pałkera Anthrax. Miłość Charliego do kawy została wyssana z mlekiem matki: Od czasów dzieciństwa piłem kawę. Moja mama mówiła, że do butelki wlewała mi bezkofeinową kawę i mnóstwo mleka, ponieważ zawsze spijałem jej [kawę], kiedy stała na stole! To było to! Zawsze uwielbiałem kawę.

Kawa na rock’n’rollowym stole pachnie od dawna. Przed Benantem z opakowania kawy spoglądał na nas Rob Zombie. Ekscentryczny muzyk i reżyser oferuje dwa gatunki napoju: French Roast oraz Peru. Na opakowaniu pierwszej czytamy najgłębsza i najczarniejsza kawa palona, w 100% organiczna z certyfikatem Fair Trade. Mieszanka peruwiańska to organiczna kawa z certyfikatem Fair Trade pochodząca z wysokich szczytów Andów po tropikalne lasy dorzeczy Amazonii.

Karolina Karbownik, Agnieszka Lenczewska interpret. Jakub „B” Michalski

too many cooks won’t spoil

rock’n’roll!

In the times when some demonic voices scream NO to Nergal and his alleged plans to promote satanism through an energy drink called Demon, the world of rock n’ roll serves us some delicious bits. Morning espresso? A cup of cappuccino? Or maybe you prefer latte machiatto with a layer of coffee, milk and some foam? Barista Charlie Benante is willing to help you. No, Anthrax’ drummer is not changing his job. He invested in a brand of coffee. A mixture of coffees and some coffee-related accessories appeared on the market recently, all signed with the name of the drummer. Charlie’s love for coffee was apparently sucked out by him with his mother’s milk: My mom said that [laughs] she used to put decaf coffee in my bottles with a bunch of milk, because I used to always drink their coffee at the table! And that was it! I’ve always loved coffee.

We’ve smelled coffee in the world of rock n’ roll for some time now. Before Benante, another rockman by the name of Rob Zombie took interest in this area. The eccentric musician and director offers us two kinds of his drink: French Roast and Peru. The text on the first one says: Our deepest and darkest roasted coffee. 100% Certified Organic, Fair Trade Certified. The Peruvian one is organic and Fair Trade Certified from the tall peaks of the Andes to the tropical forests of the Amazon Basin.


Komu nie jest wystarczająco czarno, może wybrać kawę Lorda Vadera, który oferuje kawę paloną uwielbianą przez Sithów projektujących nową Gwiazdę Śmierci, ale wpadających w złość, która ustaje po spróbowaniu kawy Lorda Vadera. Nagrodą jest moc, której się nawet nie spodziewacie! For those who want more darkness, Lord Vader offers their Roast Coffee which is commonly enjoyed by Dark Lords of the Sith while they’re planning the construction of the new Death Star. They easily get angry, but all negative emotions go away after tasting some of Lord Vader’s coffee. The reward is power beyond your imagination. Zaostrza smak Zakk Wylde. Miłośnikom ostrych dźwięków i ostrzejszych doznań kulinarnych poleca Original Berseker Hot Sauce. Logo Black Label Society bądź samego Zakka znajdziecie także na etykietach sosów Sonic Brew, Shot To Hell i Stronger Than Death. Idealne do skrzydełek, owoców morza, jambalaya i wszystkiego, co idzie w parze z piwem. Zakk Wylde likes to spice up things. For those who like strong taste and heavy music he recommends his Original Berseker Hot Sauce. Black Label Society’s or Zakk’s name can also be found on the sauces called Sonic Brew, Shot To Hell and Stronger Than Death. Perfect for chicken wings, seafood, jambalaya and everything that tastes well with beer. A jak piwo to musi być Motörhead! Mocno rockowy posmak zostawia The Bastard, który ponoć pochodzi z samego piekła. W ofercie zespół, oprócz wina, o którym już pisaliśmy w poprzednich numerach ma wódkę. Pij, baw się dobrze, ale nie miej do mnie żalu jutro –mówi gitarzysta Motörhead, Phil Campbell. KISS nigdy nie pozostaje w tyle...

Manson piwa nie serwuje, ale jako dobry kolega wspomoże otwieraczem. And while we speak about beer, we have to mention Motörhead. The Bastard bear leaves a strong rock taste. they say it comes straight from hell. Apart from the wine, that we wrote about some time ago, the band also offers a brand of vodka. Drink it, enjoy it but don’t blame ME tomorrow, says the band’s guitar player, Phil Campbell. KISS is never behind... Manson doesn’t serve beer but, as a good amigo, may help with a bottle opener.

86


Zapraszacie na grilla? Oto kilka przedmiotów, które musicie mieć:

You’re inviting anyone for a grill party? Here’s some of the things you just have to buy:

AC/DC BBQ cover / pokrywa na grilla; AC/DC grill mitt / rękawica do grilla (www.acdc.fanfire.com); Never Mind the Scallops - apron / fartuch; Enter Sandwichman - apron / fartuch; Chef Leppard - apron / fartuch; Boardcaster / deska do krojenia; Bad Habit - Good Habit - salt and pepper shaker / pojemniki na sól i pieprz; The Shredder Guitar Grater / tarka do sera (www.grindstore.com)

A Nergal? Budzi w nas dobrego Demona. Został twarzą wprowadzonej przez Agros Nova w maju 2012 roku na polski rynek marki. Napój DEMON to cztery warianty smakowe (klasyczny - original, bez cukru - sugar free, mojito oraz wkrótce fruiter - owocowy) zawierające składniki pozytywnie działające na ciało i umysł: kofeinę, taurynę, guaranę, L-karnitynę, żeń-szeń oraz witaminy z grupy B. Część pieniędzy z każdej sprzedanej puszki i butelki Demona zasili konto Fundacji DKMS, której misją jest znalezienie dawcy dla każdego pacjenta potrzebującego przeszczepienia od dawcy niespokrewnionego. Na rzecz DKMS swoje honorarium przekazał także Nergal.

Kiedy zobaczyłem samą nazwę i logo, uśmiechnąłem się do siebie… pomyślałem, że jeżeli cokolwiek miałbym firmować swoją twarzą i nazwiskiem, to jest to właśnie ten produkt – mówi artysta. Mrugnięcie okiem do samego siebie. Nie do końca poważnie, ale z drugiej strony przecież bardzo poważnie. Filozofia, która stoi za całą akcją jest piękna…od momentu kiedy opuściłem szpital po przeszczepie jako zdrowy człowiek, angażuję się w najróżniejsze akcje organizowane przez DKMS. Jednak takiego rozmachu nie miała dotąd żadna z nich. Głęboko wierze, że biznes też może mieć altruistyczny charakter. Nie robię niczego wbrew swojej naturze. Tym razem jest mi wyjątkowo po drodze z całą akcją. Jestem szczęśliwy, że biorę udział w kampanii DEMONA i bardzo wierzę w jej sukces!

And Nergal? He wakes good Demons in all of us. He’s just become the face of a brand new drink, introduced to Polish market by Agros Nova in May 2012. Demon energy drink is offered in four different tastes: classic (original), sugar - free, mojito and fruiter (on the basis on fruit juice). Each with caffein, taurine and additional ingredients such as guarana, carnitine, ginseng and B-type vitamins. Part of the money from every single can or bottle sold will go to the DKMS Foundation that tries to find a donor for every person that needs an organ transplant. Nergal also donated his salary to this foundation. When I saw the name and the logo I smiled to myself... I thought that if there’s anything I could promote with my own face and name, it’s this product, says the artist. Maybe it’s a bit tomgue-in-cheek and not entirely serious but at the same time it is very serious. The thing that’s behind this whole campaign is beautiful... since I left the hospital after my own transplant, I’ve been involved in many campaigns by DKMS. But the scale of this one is unprecedented. I truly believe that this business can also be altruistic. I wouldn’t do anything against my own beliefs. This time I’m all for it. I’m happy that I’m taking part in DEMON’S promo campaign and I hope it will be a success.

ROCK AXXESS

87


Karolina Karbownik, Agnieszka Lenczewska, foto: materiały prasowe

W DRODZE rock screen


- i co teraz? Kupisz jakiś zdemolowany samochód i pojedziesz przez Amerykę jak Jack… Jak on się nazywał? - pyta zdenerwowana zachowaniem (i fryzurą) syna matka. Córka Lucy podpowiada: - Kerouac - jednocześnie dziwi się, skąd mama zna takie nazwisko. - Czytałam - odpowiedziała matka. to scena z musicalu „Across the Universe”. takim zdemolowanym samochodem przez amerykę jedą właśnie bohaterowie filmu „W drodze” powstałego w oparciu o słynne

dzieło jacka kerouaca.

ROCK AXXESS

61


W

e wrześniu 2012 roku czeka nas polska premiera ekranizacji powieści Jacka Kerouaca W drodze. Jak to na adaptację filmową kultowych dzieł przystało, efekt nie każdemu może się spodobać. Dość liczna grupa osób pyta o sens podjętego przez Waltera Sallesa zadania. Ale niewielu, nawet największych buntowników i przeciwników pisarza wie, że sam Kerouac pragnął, by powstał film na podstawie W drodze. W 1957 roku napisał list do Marlona Brando, w którym wspomniał, iż chciałby, aby to Brando kupił prawa do ekranizacji powieści i sam się dziełem zajął. Wedle życzenia Jacka, Marlon miałby zagrać Deana, podczas gdy sam pisarz wcieliłby się w rolę Sala. A tak się jednak nie stało.

fot.materiay prasowe

Powieść Kerouaca to jedno z najważniejszych dzieł literackich ery beatników. W drodze stała się powieścią tak ważną i niebezpieczną, że potężny, wszechwładny, mający politycznego haka na wszystkich szef FBI Edgar Hoover przestraszył się wpływu beatników na spokojne, potulne społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. Beatnicy stali się zagrożeniem dla pozornie zdrowego, idealnego w swej hipokryzji jądra zimnowojennej, sytej, materialistycznej Ameryki. Sama powieść do dziś wzbudza mieszane uczucia. Niektórym dłuży się niemiłosiernie, bo i Stany Zjednoczone, przez które bohaterowie filmu podróżują, są nieskrępowaną niczym, ogromną przestrzenią. Jadą przez USA, zmieniają samochody jak rękawiczki, przekraczają granice państw. Piją, śpią ze sobą oraz z nowo poznanymi dziewczynami, palą, kradną, słuchają jazzu, włóczą się po klubach. I gadają bez przerwy. Nie są to łatwe rozmowy. Ta nieprzerwana, bezład-

na podróż jest nie tyle ucieczką od codzienności prowincjonalnej, dostatniej Ameryki, ile afirmacją nieograniczonego niczym i nikim życia, wiwisekcją i celną obserwacją młodych, skowyczących dusz. Bohaterowie powieści wędrują wgłąb samych siebie, próbują odrzucić nihilizm, miałkość i zgniliznę otaczającego ich świata.

Kerouac opisał w powieści swoje doświadczenia ze spontanicznej podróży przez USA, którą odbył w towarzystwie przyjaciół. Francuski Le Monde umiejscawia W drodze na 67 pozycji najważniejszych książek XX wieku. Podobnie rzecz ma się w rankingu magazynu Time, natomiast amerykańska instytucja The Modern Library pozycjonuje powieść na 55 miejscu najważniejszych powieści ubiegłego stulecia. Takie kultowe dzieła kuszą filmowców. Prawa do filmowej wersji W drodze kupił w 1979 roku Francis Ford Coppola. Według słów syna F.F. Coppoli, Romana, wielki ojciec wierzył, że film ten zrealizuje. Proponował także reżyserię Jean - Lucowi Godardowi. Kilku innych zaczęło wdrażać się w projekt, jednak nikt nie był w stanie go sfinalizować. Genialna Sofia Coppola również nie porwała się do pracy.

Pochodzący z Brazylii reżyser Walter Salles uważał W drodze za powieść ikoniczną, której tykać nie należy. A jednak tknął. Po zakończeniu pracy nad Dziennikami Motocyklowymi (2004) wiedział, że teraz może zmierzyć się z Kerouakiem. Zanim przystąpiono do pracy, długo kompletowano ekipę filmową oraz pracowano nad scenariuszem, reżyserią, lokalizacjami i obsadą. W końcu usłyszano pierwszy klaps. I co dzisiaj mamy?


Otrzymujemy klasyczny film drogi, w którym grupa młodych ludzi wybiera się w podróż przez Stany Zjednoczone. Mamy ludzi głodnych swobody, chcących odnaleźć świat. I siebie samych. Najważniejsza jest zmiana, jaka dokonuje się w ich wnętrzu, jak stopniowo rodzi się w młodych ludziach niezgoda na świat taki, jaki zastali, bo po tej wędrówce nic już nie będzie, jak kiedyś.

Sal Paradise (w tej roli Sam Riley) to ambitny, nowojorski pisarz, który po śmierci ojca poznaje czarującego hedonistę opuszczającego więzienie, Deana Moriarty (Garrett Hedlund) i jego żonę, dość wyzwoloną Marylou (Kristen Stewart). Warto tu dodać, że każda z pojawiających się we W drodze postaci miała swój ludzki odpowiednik i w pierwszej wersji powieści oryginalne imiona i nazwiska. Te, jednak, wydawca kazał Kerouacowi zmienić. Lista postaci, które w filmie zobaczymy jest atrakcyjna dla każdego fana ery beatników czy ciekawego kultury USA. Sal to oczywiście sam autor. Dean to odpowiednik Neala Cassidy’ego, jednej z ikon beatników. Nie braknie nam też w filmie alter ego tak wybitnych postaci jak Allen Ginsberg, (Carlo Max zagrany przez Toma Sturridge’a), czy William S. Burroughs (Viggo Mortensen w roli Old Bull Lee). Spotykamy także ich kochanki, bo wątek miłości, tej psychodelicznej i wyzwolonej w takim filmie być musi. W obrazie Sallesa otrzymujemy również dawkę szaleństwa. Odwołując się do tego, co Kerouac w swoim dziele napisał: […] prawdziwymi ludźmi są szaleńcy, ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, szałem zbawienia, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną,

płoną, płoną jak bajeczne race, eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd […]. I ci szaleńcy, Sal, Dean i Marylou wyruszają z Nowego Jorku w kierunku Denver. Szwendają się po wielu małych miasteczkach prowadząc długie dysputy na temat życia. Co jakiś czas dołączają do nich inni. Im głębiej docieramy wgłąb lądu, tym większe różnice rysują się pomiędzy każdym z bohaterów. Im więcej czasu spędzają razem, tym bardziej się zbliżają, oddalając się zarazem. Gdzieś pomiędzy nimi miota się urocza i odważna Marylou. Sal Paradise oraz charyzmatyczny socjopata Dean Moriarty niczym współcześni nomadzi posiedli dziki kontynent, czyniąc każdą jego ścieżkę, bar, przydrożny motel azylem. W poszukiwaniu wyzwolenia dotknęli jednocześnie sacrum i profanum Ameryki.

Istotną rolę w filmie Sallesa ogrywa muzyka, która dla beatników była przecież oprócz narkotyków, seksu elementem życia. Muzykę do filmu skomponował dwukrotny laureat Nagrody Akademii Gustavo Santaolalla (Babel, Amores Perros, Dzienniki Motocyklowe). Ten nerwowy beat, jazzowy chaos jest słyszalny w utworach skomponowanych przez Argentyńczyka bardzo dobrze. Jego charakterystyczny styl oraz klimat muzycznych lat 50. to elementy spajające oraz podkreślające niepokojącą, rwaną atmosferę filmu Sallesa. Film Sallesa zdobywa kolejne głosy krytyki. Krytycy stawiają sobie za cel udowodnienie, że przeniesienie na ekran nudnego dzieła nie może się udać, a co więcej, nudne być musi. Porzucając jednak zbroję, nie czekając na uderzający punkt kulminacyjny mamy lustro odbijające ludzkie emocje oraz ludzkie próby udzielenia odpowiedzi na pytanie: kim jestem?


map of rock

LUCKY

LADY / MAN*

IN THE CITY OF LIGHTS

Historia Los Angeles jest długa i zawiła bardziej niż kręte Mullholland Drive. Miasto ma wiele punktów widokowych. Dziś spojrzymy z jednego. Z tego, który przenosi nas w podróż śladami Jima Morrisona i The Doors. Przenieśmy się do drugiej połowy lat 60.

Karolina Karbownik, foto: Karolina Karbownik, Miss Shela, www.whiskyagogo.com

*niepotrzebne skreślić


B

santa monica

udzimy się w Venice. Wzdłuż piaszczystej plaży biegnie promenada Ocean Front Walk, doskonale znana fanom The Doors z pierwszych scen filmu Oliviera Stone’a. To tu filmowy Morrison zauważa Pamelę, za którą podąża do mieszkalnej części dzielnicy pełnej malowniczych zaułków, zatoczek, kanalików i mostków. Ten łączący Carrol Avenue i Alberta uwieczniony został na zdjęciach, które zrobił zespołowi Bobby Klein. Przy początku komercyjnej części Ocean Front Walk znajduje się słynne malowidło ścienne z podobizną Jima Morrisona. Dokładny adres budynku to 1811 Speedway. Obraz wyszedł spod pędzla Ripa Cronka w 1991 roku. Kilka kroków dalej w stronę Venice Beach stoi mur, na którym wyryto tekst The Soft Parade. Będąc w okolicy, zatrzymałyśmy się z koleżanką na kilka piw w barze, obok przyplażowego parkingu. Barmanka nie znała zbyt dobrze historii baru i jego klienteli. Nie miała jednak wątpliwości, co do tego, że bar ten istniał już, w podobnym kształcie i w tym samym miejscu, w latach 60. Całkiem prawdopodobne jest, że Morrison, a nawet cały zespół, bywali tu gośćmi.

Santa Monica jest bardzo przyjemną miejscowością, w której można spędzić wiele godzin, nie tylko na plaży. Kierując się w stronę, skąd dobiegają nas dźwięki Light My Fire dotrzemy do Fraser Avenue. To ulica, przy której znajdują się domy jednorodzinne, a wśród nich, pod numerem 147 pierwsze wspólne mieszkanie Raya i Dorothy. Para zajmowała je w 1965 roku, gdy Ray i Jim spotkali się na plaży i postanowili założyć zespół. Tu również pomieszkiwał przez jakiś czas Jim, okupując miejsce na kanapie w dużym pokoju. Jakieś 200 metrów przed Fraser Avenue (idąc od strony Venice Beach) zajrzyjcie w bardziej odległe od plaży uliczki. Przy 2615 Main Street znajduje się lokal, w którym niegdyś mieściła się niedroga knajpka Olivia’s, chętnie odwiedzana przez studentów z UCLA. To miejsce zainspirowało Jima do napisania tekstu piosenki Soul Kitchen. Obecnie znajduje się tu sklep.

Promenada wzdłuż plaży prowadzi do Santa Monica. Warto wybrać się na tam spacer. Odpocząć można po drodze na ławkach, pod parasolami, przy których powstała jedna z sesji zdjęciowych autorstwa Henry’ego Diltza. Parasole znajdują się na wysokości 701 Ocean Front Walk. Przy końcu promenady, na rogu Navy Street w latach 60. był klub Cheetah, w którym chętnie goszczono młode zespoły rockowe, w tym The Doors, Alice’a Coopera i Pink Floyd. Lokal zamknięto w 1968 roku, a w 1979 został zniszczony w pożarze. Dziś, na jego miejscy mamy jedynie kupkę piachu. Tu, mniej więcej, przebiega granica administracyjna pomiędzy Venice, a Santa Monica.

downtown

Przy 14 Westminster Avenue stoi jasnobeżowy apartamentowiec, w którym pomieszkiwał Jim Morrison latem 1965 roku. To właśnie na dachu tego budynku powstał w myślach Jima koncert, o którym powiedział Rayowi. Także tu Jim napisał swoje pierwsze wiersze i część piosenek z wczesnych albumów zespołu, w tym My Eyes Have Seen You. Nie powinien dziwić fakt, iż po odwiedzinach setek, a raczej tysięcy fanów, budynek doczekał się nazwy The Morrison Apartments i oferuje pokoje na wynajem.

Mijając molo w Santa Monica, na którym powstało wiele zdjęć autorstwa Henry’ego Diltza, kierujmy się na drugą stronę Pacific Coast Highway. Jedną z przecznic odchodzących w prawo od Ocean Avenue jest Santa Monica Boulevard. Ye Olde King’s Head English Pub mieszczący się pod numerem 116 to miejsce, w którym w latach 60 był Turkey Joint West. Tu, 5 czerwca 1965 roku, swój pierwszy publiczny występ dał Jim Morrison w towarzystwie zespołu Rick and the Ravens. Z koncertowych lokalizacji mamy w Santa Monica jeszcze Civic Auditorium przy zbiegu ulic Pico Boulevard i Main Street, w którym The Doors zagrali równo cztery lata przed śmiercią Morrisona - 3 lipca 1967 roku. Audytorium znajduje się tu po dziś dzień. To właściwie wszystko, jeśli chodzi o wybrzeże Los Angeles i okolic. Aby poznać kolejne miejsca związane z historią The Doors należy przenieść się wyżej, na okoliczne wzgórza. Niewiele jest godnych polecenia adresów w samym centrum Los Angeles. 1246 Hope Street w Downtown to adres Morrison Hotel. Miejsce to odkrył przypadkiem pod koniec

ROCK AXXESS

93


1969 roku Ray Manzarek. Dzień później pojawił się tam cały zespół wraz z fotografem Henrym Diltzem, aby zrealizować na miejscu sesję zdjęciową do albumu Morrison Hotel. Neon na rogu budynku nie działa od lat, a okno, w z którego na okładce Morrison Hotel spoglądają do nas Jim, Ray, Robby i John, jest zamurowane. Pod adresem 300 5th Street mieściła się Hard Rock Cafe. Tu też zrobiono zdjęcia podczas tej samej sesji. Dziś jest to ekstremalnie niebezpieczna dzielnica, w której nic ciekawego nie zobaczycie.

hollywood West Hollywood i Hollywood otwierają przed nami o wiele więcej atrakcji turystycznych. Ograniczając się do historii The Doors tylko, mamy przed sobą, co najmniej, cały dzień zwiedzania. Dobrą bazą wypadową jest Alta Cienega Motel. Do dziś w niezmienionym kształcie mieści się przy 1005 La Cienega Boulevard. Wchodząc przez bramę motelu na jego dziedziniec, wystarczy się obrócić, aby zobaczyć na piętrze pokój numer 32. Tu Jim Morrison spędził nie jedną noc w latach 1968 – 70 i to o tym pokoju wspomina w jednym z wierszy z tomiku Wilderness. Hotel określa słowami green hotel: I am a guide to the labyrinth Come & see me in the green hotel Rm. 32 I will be there after 9:30 p.m.

Fragment wiersza wisi na drzwiach od szafki w łazience. Pokój jest, co kilka lat malowany, gdyż stało się zwyczajem dla fanów The Doors, podpisywanie się na jego ścianach. W przewodnikach podają informację, że pokoju nie można rezerwować z wyprzedzeniem i ciężko o wolne miejsca. Ja jednak nigdy nie spotkałam żadnego z tych problemów. W pokoju właściwie poza dwuosobowym łóżkiem, lustrem i wyposażoną łazienką, nic nie ma. Łazienkę i balkon widać kilkakrotnie w filmie Morrisona HWY.

Na tej samej ulicy, co motel, w odległości trzech kilometrów, znajduje się miejsce, w którym niegdyś były studia nagrań Elektry. Pod adresem 962 La Cienega Boulevard zarejestrowano The Soft Parade i Morrison Hotel. Przy 947 La Cienega Boulevard Pamela Courson miała swój butik Themis. Dochodząc do Santa Monica Boulevard kierujemy się w lewo. I tak: budynek przy 8505 Santa Monica Boulevard, w którym dzisiaj mieści się kwiaciarnia Leo’s Flowers, zajmował kiedyś bar topless, Phone Booth, do którego lubili chadzać członkowie The Doors. Numer 8513 to sklep Monaco Liquor, gdzie Jim nie raz zaopatrywał się w trunki. Pod adresem 8512 na tej samej ulicy, mamy restaurację meksykańską, do której wpaść można na coś do picia po to, by jako gość móc skorzystać… z toalety. W miejscu obecnego WC był kiedyś mały pokoik, właściwie kabina, w której Jim ćwiczył głos podczas prób przed nagraniem L.A. Woman. Parter budynku zajmowała wówczas sala prób The Doors, a na piętrze było biuro zespołu. Podobno pod numerem 8572 był klub, w którym również lubił bywać Jim. Dziś jest tam lokal dla lesbijek. Po przeciwnej stronie ulicy znajduje się Ramada Plaza Hotel. W czasach Morrisona był tu Tropicana Motel, gdzie zdarzało się wokaliście przenocować.

94

Wracając wzdłuż Santa Monica znów mijamy La Cienega. Przy 8433 stoi dziś The Comedy Store. W czasach The Doors był tu klub Kaleidoscope, w którym zespół zagrał w dniach 21 – 23 kwietnia 1967 roku. Zaraz docieramy do Barney’s Beanery, słynnej restauracji mieszczącej się pod numerem 8447. Obecnie istnieje jeszcze kilka lokali pod tą nazwą, jednak pod koniec lat 60 był tylko jeden. Restauracja powstała w 1920 roku na końcu autostrady 66, która prowadziła z Chicago do Los Angeles. Często widywano tu cały zespół The Doors oraz przyjaciół Jima - Babe Hilla i Franka Lisciandro. Muzycy spędzali wiele godzin na wspólnych rozmowach i grze w billard. Mówi się, że to tu właśnie Jim Morrison nasikał na bar. Ponoć


najchętniej zamawiał wątróbki drobiowe z cebulą. Sama polecam quesadillas , a miłośnikom mięsa duże hamburgery w różnych konfiguracjach. Lubiły tu jadać także Rita Hayworth i Janis Joplin. Ale to już opowieść na odrębny artykuł. Restauracja była jedną z lokalizacji podczas kręcenia filmu The Doors.

Następnym przystankiem jest Norton Avenue. Tu dojdziemy najłatwiej pieszo. 8216 Norton Avenue to ostatni adres Jima Morrisona przed jego wyjazdem do Paryża. Apartament na drugim piętrze wynajmowała Pamela. Okna apartamentu wychodzą na dziedziniec. Aby się tam dostać należy zapłacić 10 dolarów.

Wracając do Sweetzer Avenue kierujemy się w prawo i po około 700 metrach docieramy w miejsce obowiązkowe dla każdego turysty zwiedzającego Los Angeles. To Sunset Boulevard. Idąc w stronę lewą, po około kilometrze docieramy do Mystery Pier Books przy 8826 Sunset Boulevard. Tuż za Booksoup stoi stary, zielony budynek. Tu mieściło się kino Cinematique 16, gdzie Jim Morrison czytał swoją poezję podczas benefisu Normana Mailera 30 i 31 maja 1969 roku. Akompaniował mu Robby Krieger. Wtedy też zarejestrowano Far Arden Blues, który znamy z An American Prayer. Jesteśmy teraz dosłownie sto metrów przed Whiskey A Go Go (8901 Sunset Blvd.). Tu objaśnienia są zbędne! Klub ten gościł The Doors

ROCK AXXESS

95


od maja do sierpnia 1966 roku, po czym zespół został wyrzucony za obraźliwe wykonanie The End. Niektórzy twierdzą, że to tu Jim poznał Pam. Wnętrze właściwie pozostaje bez zmian od lat. Kilka metrów dalej znajduje się Cat Club, kiedyś London Fog. Budynek z numerem 9000 był lokalizacją biur The Doors. Stąd właśnie zwieszał się Jim Morrison kręcąc finałową scenę HWY. Przy 9039 Sunset Boulevard mieści się modny dziś Key Club, niegdyś Gazzari’s, w którym The Doors zagrali kilka koncertów na początku 1967 roku.

Udając się w przeciwną stronę Bulwarem Zachodzącego Słońca mijamy Hyatt Hotel (8401 Sunset Blvd.)oraz rzucający się w oczy, dzięki swojej pięknej elewacji Chateau Marmont (8221 Sunset Blvd.) Jim Morrison wynajmował pokoje w obydwu hotelach pod koniec swojego życia. Ze zlokalizowanego po prawej stronie balkonu Chateau Marmont spadł na sąsiednie domy łamiąc sobie dwa żebra. Z dziesiątego piętra w Hotelu Hyatt jedynie zwisał. Ktoś wezwał policję i próba lotu została udaremniona. Mijamy skrzyżowanie z Laurel Canyon Boulevard. Tu stał billboard reklamujący debiutancki album The Doors. Nieco ponad półtora kilometra dalej, przy 2108 Laurel Canyon, po dziś stoi sklep where the creatures meet. Okoliczni mieszkańcy tworzyli tu w latach 60. dość ciasną społeczność. Na sklepowej ścianie wisiały ich zdjęcia. Sklep miał być miejscem spotkań. Tuż za sklepem, w drewnianej willi, mieszkali Pam i Jim. Tu była ich Love Street. W okolicy mieszkał Frank Zappa i kilkuletni Slash. Jadąc krętym Laurel Canyon Boulevard, po około kilometrze docieramy do skrzyżowania z Lookout Mountain Avenue. Nieco ponad tysiąc pięćset metrów dzieli nas od adresu 8826 Lookout Mountain Avenue, gdzie stoi przedwojenny biały dom, w którym w 1966 roku mieszkali Robby i John. Dołączył do nich także Jim. Tu powstał tekst do utworu People Are Strange.

Kolejne miejsca związane z historią The Doors wymagają od nas powrotu na Sunset Boulevard. Wyruszając z punktu, w którym skręciliśmy w Laurel Canyon, czeka nas dłuższy spacer na Hollywood Walk of Fame. W pobliżu Hard Rock Cafe, przy numerze 6801 wmurowano gwiazdę dla The Doors. Ceremonia dodania legendarnego zespołu do plejady hollywoodzkich gwiazd odbyła się 27 lutego 2007 roku. Nieco dalej, przy 6650 Sunset Boulevard mieściło się Sunset Recorders Studio, gdzie powstały dwa pierwsze albumy zespołu: The Doors i Strange Days. Ostatnim punktem na Bulwarze jest Aquarius Theater, dziś studio Nickelodeon. Pod adresem 6230 powstało koncertowe nagranie The Doors Absolutely Live.

W pobliżu gwiazdy The Doors, Sunset Boulevard krzyżuje się z Highland Avenue. Idąc aleją w górę, po kilku minutach dotrzemy do słynnego Hollywood Bowl, gdzie od lat XX poprzedniego wieku grają największe gwiazdy muzyki. Koncert The Doors z 5 lipca 1968 roku został sfilmowany przez Paula Ferrarę, a następnie wydany na wideo i dvd. Na koncercie nie zabrakło Harrisona Forda, fana The Doors. Odbijając z Highland Avenue w Hawthorne Avenue dojdziemy do skrzyżowania z La Brea, przy którym stoi budynek z ogromnym portretem Jima Morrisona. La Brea biegnie w dół. Trzy kilometry dalej mieści się budynek, w którym ostatnie chwile życia spędziła Pamela Courson. Zmarła 25 kwietnia 1974 roku w swoim mieszkaniu przy 108 North Sycamore Avenue. Ciało Pameli zostało skremowane, a urna z prochami znajduje się w odległym Santa Ana, na cmentarzu Farihaven (16572 E. Fairhaven, Santa Ana). Na brązowej tablicy jest wyryte nazwisko i imię: Morrison, Pamela Susan. Tak też ukochana Jima


widnieje w rejestrze zmarłych w administracji cmentarza. Pogrzeb Pameli obył się 18 lipca 1974 roku.

Wycieczką dla wytrwałych może być piesza wyprawa do obserwatorium astronomicznego w Griffith Park. Powiem wprost – Amerykanie na to by się nie porwali. Ich reakcje po tym, jak powiedziałam, że zaliczyłam całą trasę na piechotę były, co najmniej, zaskakujące. Ale da się. Griffith Park jest miejscem mocno nasłonecznionym (warto zaopatrzyć się w wodę, zwłaszcza idąc tam latem, jak ja). Do obserwatorium można dotrzeć szlakiem dla pieszych, który mnie odstraszył na samym początku poprzez umieszczony tam znak ostrzegający przed wężami. Można także przemierzyć dość długą i krętą drogę asfaltem. Ruch jest niewielki, a otaczające malownicze wzgórza przypominają scenografię okładki Waiting For the Sun. Nie przypadkowo, oczywiście. Na szczycie góry znajduje się obserwatorium astronomiczne, obok którego Paul Ferrara zrobił kilka wspaniałych zdjęć Jimowi Morrisonowi (w słonecznych okularach, niebieskim t-shircie, z czarnym labradorem). Można wybrać transport samochodem, ale straci się wtedy mnóstwo pięknych widoków.

beverly hills Po przeciwnej stronie Hollywood znajduje się dzielnica Westwood. Tam mamy do zaliczenia UCLA – uniwersytet, na którym poznali się Ray Manzarek i Jim Morrison. Przy 1616

Butler Avenue znajdowało się studio nagrań Village Recoreders, w którym 8 grudnia 1970 roku Jim zarejestrował materiał na swoją płytę z poezją. Westwood Memorial Park to cmentarz, na którym pochowano wielu znakomitych ludzi filmu, w tym Marilyn Monroe. W styczniu 2005 roku dołączyły tu prochy Danny’ego Sugermana, zmarłego na raka menedżera The Doors (1218 Glendon Avenue). Odwiedzających także słynne i eleganckie Rodeo Drive w Beverly Hills może zainteresować biało – niebieska willa przy 232 South Rodeo, gdzie do 2003 roku mieszkali państwo Manzarek. Obecnie żyją w północnej Kalifornii.

this is the end

I tu właściwie wyprawę można zakończyć. Są fani, którzy doszukują się kolejnych, w większości nieistniejących już lokali, w których bywali muzycy The Doors. Są wśród nich kluby, księgarnie, kina. A niektórzy wsiadają w samochód i udają się za miasto do Topanga Canyon, by poznać miejsce, w którym stała niegdyś restauracja Roadhouse Blues (2034 Topanga Canyon Boulevard). Niestety została ona zniszczona w pożarze. Za restauracją stał domek letniskowy, który Jim kupił ukochanej Pam i o którym wspomniał w Roadhouse Blue słowami: Yeah, back at the Roadhouse they got some bungalows. Dziś nic jednak nie przypomina nam o odległych latach 60. Łatwiej poczuć je spędzając kolejny dzień w Venice. Tam, gdzie wszystko się zaczęło.

ROCK AXXESS

97


LUCKY

LADY / MAN*

IN THE CITY OF LIGHTS History of Los Angeles is long and winding, even more than Mulholland Drive. Today we open the door to Los Angeles familiar to Jim Morrison and The Doors. Let’s move back to the second part of the 1960’s…

Karolina Karbownik, photography: Karolina Karbownik, Miss Shela, www.whiskyagogo.com

*choose your answer


T

he story begins in Venice. A promenade Ocean Front Walk leads along the sandy and sunny beach. Every The Doors’ fan knows its view from the first scenes of the Olivier Stone’s movie. This is the place where the film character, Jim Morrison, noticed Pamela Courson for the first time and followed her far among the residential part of the district full of picturesque bays, canals and pedestrian bridges. You can notice one of those bridges, the one that links Carrol Avenue and Alberta, in Bobby Klein’s images of The Doors. Right before the commercial part of Ocean Front Walk there is a famous Jim Morrison mural on a building which is at the corner of Speedway and Westminster. The painting was made by Rip Cronk in 1991. Not that far from the building, next to the beach, there are grey walls with curved poems, with The Soft Parade lyrics among others. When being there me and my friend stopped by to have some beer in a local bar situated next to the car park. The bartender didn’t know the history of this place and its clients too well. She had no doubt, though, that the bar was there in the same shape in the 1960s. It may be that Jim Morrison, as well as the rest of the band frequented the bar.

At 14 Westminster Avenue there is a light beige house, in which one of the apartments belonged to Jim’s friend, Dennis Jacobs. Jim lived here in the summer of 1965. Here, on the roof of this building, the concert Jim had on his mind and would later share with Ray had been written, along with early poetry and many songs from The Doors early albums, such as My Eyes Have Seen You, were written on the roof as well. You shouldn’t be surprised by the fact that after hundreds of visits from the band’s fans, the building got the name The Morrison Apartments and is offering rooms rentals. The promenade along the beach leads to Santa Monica. It’s worth to take up such a walk. You can rest on one of those wooden benches with umbrellas that you know from Henry Diltz’s The Doors photographs. The umbrellas are located near 701 Ocean Front Walk. At the end of the promenade, at Navy Street corner, there used to be Cheetah club. In the 1960s, many rock bands were kindly welcomed to play, among them The Doors, Pink Floyd and Alice Cooper. The club was closed in 1968 and in 1979 it was completely destroyed by fire. Nothing but sand is left over there. And this is where Venice Beach ends and Santa Monica begins.

santa monica

Santa Monica is a very nice village where you can spend many hours. Taking a direction towards the place where Light My Fire can be heard, we are getting to Fraser Avenue. This is a residential street where, under the number 147, the first apartment of Ray and Dorothy was based. The couple lived here in 1965 when Ray and Jim met on the beach and decided to set up a band. And this is also the place where Jim used to live from time to time crashing on the coach in a living room. About 200 meters before Fraser Avenue (walking from Venice Beach) you can walk down the streets in the opposite direction from the beach and stop by at 2615 Main Street where a restaurant Olivia’s was located. It was a cheap place, often visited by UCLA students. It inspired Jim to write Soul Kitchen lyrics. Nowadays, the shop has replaced the Olivia’s restaurant.

100

Passing by Santa Monica Pier where Henry Diltz took many photographs, we go on the other side of Pacific Coast Highway. One of the streets crossing Ocean Avenue is Santa Monica Boulevard. Ye Olde King’s Head English Pub at number 116 used to be a place called Turkey Joint West. On 5 June 1965, Jim Morrison made his first public appearance, joining Rick and the Ravens on stage. Another concert location in Santa Monica is Civic Auditorium at the corner of Pico Boulevard and Main Street. The Doors played there exactly four years before Morrison’s death – on 3 July 1967. The Auditorium is still here nowadays. And it seems like this is it when it comes to the Los Angeles coast. To see more places related to The Doors history we need to move up the hills.

downtown There aren’t too many places to recommend in the Downtown Los Angeles. 1246 Hope Street is the address of Morrison Hotel. The place was accidentally noticed by Ray Manzarek at the end of 1969. Photographs by Henry Diltz we know from Morrison Hotel cover were taken the next day. The neon on the corner wall of the building is broken down. The window from which Ray, Robby, Jim and John look at us from the cover of Morrison Hotel is bricked up. Hard Rock Café we know from the same cover was located on 300 5th Street. Today, it is recognized as an extremely dangerous area. And there is nothing interesting to see. The pictures were taken on the same day.


hollywood West Hollywood and Hollywood have much more to offer to its visitors. Speaking about The Doors related places only, we have at least a day of sightseeing ahead of us. Good place to start our trip is Alta Cienega Motel. It remains in the same shape as in the late 1960s. The address is 1005 La Cienega Boulevard. Getting to the courtyard all you need to do is turn around and take a look at the first floor to see a room number 32 which now is called Jim Morrison Room. Jim used to stay here over many nights from 1968 to 1970. This is also the room he mentions in one of his poems in Wilderness. The hotel is described as the green hotel: I am a guide to the labyrinth Come & see me in the green hotel Rm. 32 I will be there after 9:30 p.m.

The excerpt of this poem hangs on the door of the bathroom’s cupboard. The room is renovated every few years because it happened to be The Doors fans’ habit to write their names on the walls. Many guidebooks say that the room cannot be booked in advance and is hardly available. However, I have never had any problems with making a reservation, neither had my friends. In the room, actually, there is nothing but a double bed, a mirror and an equipped bathroom. The bathroom and a balconycan be noticed a few times in Morrison’s film HWY. On the same street, about three kilometers onward there was located Elektra Sound Recorders Studio. The Soft Parade

ROCK AXXESS

101


and Morrison Hotel were recorded at 962 La Cienega Boulevard. At 947 La Cienega Boulevard Pamela had her boutique Themis. Getting to Santa Monica Boulevard, turn left. Here you have several buildings which definitely were on The Doors’ everyday map. 8505 Santa Monica Boulevard is an address of a Leo’s Flowers. Back in the 1960’s a topless bar Phone Booth was here, one of The Doors’ hang out spots. Number 8513 is for Monaco Liquor where Jim used to buy beverages. 8512 on the same street is a location of a Mexican restaurant. Stop by and have a drink, just to make it to the bathroom. Yes, bathroom. This is exactly where Jim had his vocal booth while rehearsing for L. A. Woman. The Doors rehearsal space was downstairs, while upstairs was the band’s office. It is said that on 8572 Santa Monica Boulevard was another Jim’s hang out place. This is a lesbian club now. Across the street you can see Ramada Plaza Hotel which was Tropicana Motel during Morrison’s days. He also liked to stay here overnight. Let’s get back to Santa Monica passing by La Cienega. The Comedy Store which is at 8433 Santa Monica Blvd. is in the same building where the Kaleidoscope club was. The Doors played here 21-23 April 1967. Our next stop is Barney’s Beanery, a famous restaurant located at 8447. There are other restaurants by this name in Los Angeles area now, but this is the original one which was one of the places visited very often by whole band. The musicians used to come over here, eat, talk and spend long hours on playing billiard. Jim was coming here with his friends, Babe Hill and Frank Lisciandro. It is said that he used to order chicken liver with onions. Per-

102

sonally, I’d recommend quesadillas and for those who prefer meat, delicious hamburgers. It is said that this is the place where Jim pissed on the bar. Furthermore, it was one of the locations of the film The Doors. The restaurant was opened in 1920 and was located exactly at the end of Route 66, from Chicago to Los Angeles. It was a very popular hangout for other celebrities such as Rita Hayworth and Janis Joplin. But let’s leave this subject for a separate article.

Continuing the walk down Santa Monica Boulevard we pass by Al & Ed’s Autosound. In the times of Jim Morrison it was a topless bar The Extention where Jim liked to meet journalists. It is said that he had fun while watching editors’ confusion. Famous Jerry Hopkins interview for The Rolling Stone also was done here. Our next stop is Norton Avenue where you can easily get walking. When going by car you must get back to La Cienega and make it to the Fountain Avenue. 8216 Norton Avenue is the last Jim Morrison’s address before he left for Paris. The apartment which was rented by Pamela was located on the second floor. Its window can be seen from a courtyard, however you must pay $10 to get there. Let’s get back to Sweetzer Avenue and take right to get, after approximately 700 meters, to the place which is a must for every Los Angeles tourist. This is Sunset Boulevard. When turning left, after walking for a kilometer we get to Mystery Pier Books at 8826 Sunset Boulevard. There is a Booksoup and behind it there is a green, old building which used to be cinema Cinematique 16. This is where on May 30 and 31,


1969 Jim read his poetry during a Norman Mailer benefit. Jim was accompanied by Robby Krieger. The song Far Arden Blues from An American Prayer was recorded on one of those evenings. Now you are just about 100 meters before Whiskey A Go Go (8901 Sunset Boulevard). We don’t have to introduce that one to you, do we? The club hosted The Doors from May through August of 1966. The band was famously fired after performing The End. Some people say that this was the place where Jim met Pam. Not too many changes have been made since the 1960’s. A few steps further there is Cat Club which used to be London Fog. The building number 9000 was The Doors’ office for many years. This is also a location for one of the latest scenes in Jim’s HWY. 9039 Sunset Boulevard is an address of a trendy Key Club. In Morrison’s era it was Gazzari’s where The Doors played several gigs at the beginning of 1967. Later on it became a famous place for glam rock lovers. Now let’s turn back. On 8401 Sunset Boulevard there is Hyatt Hotel followed by an easy to notice, beautiful Chateau Marmont at 8221 Sunset Boulevard. Jim Morrison stayed in both of them in the last months of his stay in USA. He fell of a balcony of Chateau Marmont and broke two of his ribs. He didn’t make his flight from the balcony located on the 10th floor of Hyatt Hotel, though, because somebody had called the police.

We go by a crossroad of Sunset and Laurel Canyon Boulevard. This is a location where the billboard advertising the debut album of The Doors was placed. Around one and a half kilometers up the Laurel Canyon there is a store where the creatures meet. The neighborhood was a kind of tight community. There are some pictures of the residents on the shop’s wall. The store was supposed to be the neighbors’ meeting point. Its address is 2108 Laurel Canyon. Right behind it there is a wooden villa which was a home for Pam and Jim. This was their Love Street. Frank Zappa lived in the neighborhood so did Slash when was a kid. Laurel Canyon is a pretty winding

street that meets Lookout Mountain Avenue. Now we are just about 1500 meters from 8826 Lookout Mountain Avenue. In the white house built before WWII lived Robby and John. Sometimes they were joined by Jim. People Are Strange was written when Jim lived here.

Next place remembering the times of The Doors make us get back on Sunset Boulevard. Starting from the point where we turned to Laurel Canyon, we are about to take a longer walk to the Hollywood Walk of Fame. Nearby Hard Rock Café, at 6801 Sunset Boulevard there is a star dedicated to The Doors. It was opened on 27 February 2007. Not too far from here, at 6650 Sunset Boulevard there was Suset Studio where The Doors and Strange Days were recorded. The last visiting point on the Sunset Boulevard is Aquarius Theater which today is Nickelodeon Studios. The address 6230 was a location of the theatre where Absolutely Live was recorded. Very close to The Doors’ star, Sunset Boulevard crosses by Highland Avenue. Walking the street up towards the hills, after few minutes we get to the famous Hollywood Bowl which has been a venue for concerts of the biggest stars since 1922. The Doors played here on 5 July 1968 and the show was filmed by Paul Ferrara, later released as a video and dvd. The Doors’ fan, Harrison Ford, was at the show. From Highland Avenue we should turn into Hawthrone Avenue to see a large Jim Morrison mural painted on a building on the corner of La Brea. La Brea goes down. Three kilometers further there is a building where Pamela Courson spent her last hours. She died on 25 April 1974 in her apartment at 108 North Sycamore Avenue. Her body was cremated and the urn with her ashes moved to a distant Fairhaven Cemetery located in Santa Ana (16572 E. Fairhaven, Santa Ana). The bronze plate carries the name: Morrison, Pamela Susan. This is also the name under which the longstanding Jim’s girlfriend is registered in the cemetery administration. The funeral took place on 18 July 1974.

ROCK AXXESS

103


griffith park A hike to Griffith Park Observatory sounds like the one for persistent tourists. Let me get this straight – most of my American friends would never do this. When I told them I made it walking, their reactions were, at least, surprising. But you can make it! Griffith Park is a very sunny place. It is good to have water with you, particularly when you go there in the middle of summer, like I did. The observatory can be reached by a trail for pedestrians. However, snake warning sign right at the beginning scared me away. You can also take the street which is pretty long and tortuous. The traffic is very small and the surrounding hills remind the scenery from Waiting for the Sun cover. It isn’t accidental, of course. On the top of the hill we have Griffith Observatory, next to which Paul Ferrara took many awesome shoots of Jim Morrison (those where Jim wears sunglasses, blue t-shirt and is accompanied by a black dog). If you are lazy, go there by car. You will miss some views and fun, though.

On the opposite side of Hollywood there is a district called Westwood. What have we here? For sure you should see UCLA, the university where Ray Manzarek and Jim Morrison met. At 1616 Butler Avenue there was Village Recorders Studio where Jim recorded his poetry on 8 December 1970.

Westwood Memorial Park is a cemetery where many famous people were buried, among them Marilyn Monroe. In January 2005 ashes of the long time The Doors’ manager, Danny Sugerman who died of a cancer, were also buried here. The address is 1218 Glendon Avenue. Those who pay visit to Beverly Hills’ famous and fancy Rodeo Drive can be interested in seeing white and blue house at 232 South Rodeo, where Manzarek family lived until 2003. Now Ray and Dorothy live in Northern California.

this is the end

Basically this is where our trip may end. There are many fans who try to look for other locations, mostly those that don’t exist now. Among them there are clubs, bookstores and cinemas. And there are some fans that get in a car and drive out of the city to see Topanga Canyon. This is the place where a restaurant called Roadhouse Blues was located at 2034 Topanga Canyon Boulevard. Unfortunately it was destroyed by fire. Somewhere behind it, Jim bought Pam a cottage. This one is mentioned in the lyrics: Yeah, back at the Roadhouse they got some bungalows. Unfortunately nothing here reminds those distant 1960’s… It is easier to feel them while spending another day in Venice, where the story begun...


SUBIEKTYWNIE NA MAXA 6 Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty, 13 lipca 2012 MANZAREK - KRIEGER BAND

M

iłość przechodzi różne etapy. Jest zapoznanie. Potem odkrywanie, jakże emocjonujące! Ta miłość młodzieńcza raz przetrwa lata, albo i życie całe. Innym razem nie. Kiedy wchodzi w wiek dorosły, można pozwolić sobie na więcej. Granice się kończą. Ale czasem kończą się emocje wypuszczając uczucie na tor dość powszedni, codzienny. Kiedy o miłości zapomnimy, ona i tak da o sobie znać. Z muzyką The Doors zapoznał mnie mój tata. Z tego zapoznania najbardziej zapamiętałam piosenkę Hyacinth House oraz pytanie: tato, a który to Jim Morrison? Był to czas płyt pirackich. Okładkę mojej zdobiły dwie twarze. Jak się zaraz dowiedziałam, obydwie Jima Morrisona.

Odkrywanie trwało długo, nawet chyba dłużej, niż istniał sam zespół. Znajomy ze sklepu muzycznego dokopał się do starych pocztówek, które dostał z RFN. Ktoś podrzucił jakiś winyl, obejrzałam film The Doors. Poznałam w międzyczasie Darka, chłopaka, który na wideo miał chyba wszystko z The Doors, co można było mieć. Nawet jakiś dziwny serial, w któ-

rock live

Karolina Karbownik


rym zupełnie podobny do nikogo chłopak przedstawia się dziewczynie poznanej przy plaży, jako Jim, piosenkarz. Darek miał wiele koncertów, wiele filmów dokumentalnych o The Doors, które pozwoliły mi przedłużyć czas zapoznawania się z zespołem. Później Ray Manzarek wydał swoją biografię Light My Fire, rodzice zabrali mnie do Paryża, a potem trafiłam do USA, skąd przywiozłam cztery, nieznane mi dotąd, książki o The Doors. Mimo, że zespół już nie istniał, nudzić się nie dało. Wkrótce spotkałam Raya Manzarka, poznawałam też kolejnych fanów The Doors. Aż pojawił się Internet, z którego mogłam ściągać od dwóch do pięciu zdjęć The Doors tygodniowo (miałam limit impulsów). Aż wkroczyłam w dorosłość. Pamiętam dzień, w którym ogłoszono, że Manzarek, Krieger, Densmore się reaktywują i zagrają koncert podczas 100-lecia Harleya Davidsona! Wokalista? Mól idol z czasów nastoletnich – Ian Astbury! Jak było wiecie – Densmore się wycofał, potem nie zgadzał się na to, by reszta grała pod nazwą The Doors. Fani się podzielili. Ale nie, nie o tym chciałam pisać. Nie patrzyłam na innych, nie liczyłam się z niczyją opinią. Bo czy ktoś, kto kocha tak szalenie liczy się z nią? Widziałam The Doors podczas koncertu, na którym mieli po raz pierwszy (!) zagrać w całości album L. A. Woman. Nie zagrali, nie byli na to jeszcze gotowi. Ale odważyli się zrobić to dnia następnego. Na tym koncercie też byłam. Podobnie, jak na całej europejskiej trasie koncertowej w 2003 roku. I w 2004 oraz 2006… Widziałam koncert grany dla 150 osób w małym paryskim klubie, próby przed koncertami i koncerty dla 15000 fanów - takie jak ten w londyńskiej hali Wembley. Od Stanów Zjednoczonych – tych wschodnich i zachodnich, po Irlandię. Od Irlandii po Polskę. Sprzed sceny, z jej prawej strony i lewej. Z basistą Angelo Barberą, a potem Philem Chenem. Z różnymi wokalistami. Było pięknie, emocjonująco, głośno, z niedowierzaniem… aż po nudę. Tak. W końcu moja miłość stała się codziennością. I trwała sobie gdzieś obok przyglądając się, jak wygląda życie bez The Doors. W końcu miłość się uniosła. Kopnęła mnie w 2010 roku: Hej, Manzarek i Krieger przyjeżdżają do Pragi. Może weźmiesz dziecko, wsiądziesz w samochód i pokażesz kolejnemu pokoleniu legendę? Kto wie, może to będzie twój ostatni koncert tego zespołu? Pojechałam. Przedstawiłam Rayowi i Robbiemu dziesięciomiesięczną córeczkę. W słuchawkach na uszach i w najwygodniejszym miejscu na sali, obejrzałyśmy taniec świateł, wysłuchałyśmy uwielbianych (przeze mnie) dźwięków. Koncert porywający nie był, ale zrzuciłam winę na wokalistę Miljenko Matijevica, który po prostu nie miał w sobie tego czegoś, co kochamy w The Doors.

Dolina Charlotty. 13 lipca 2012. Po co tam pojechałam? Hmm. Po prostu nie mogłam sobie wyobrazić, że Manzarek – Krieger Band będzie w Polsce, a mnie na tym koncercie zabraknie. I chciałam też spotkać się ze znajomymi, wciąż obsługującymi koncerty Doorsów. Dziwili się, że chciało mi się jechać 500 kilometrów. Ale ja pamiętam też ich zdziwienie sprzed lat dziewięciu, kiedy nie była to kwestia 500 kilometrów, a całego Oceanu Atlantyckiego. Tym razem jednak pojechałam dla zasady. Ot, trzeba zobaczyć The Doors. Szczerze mówiąc, od wielu miesięcy nie włączałam nawet płyt zespołu. Mimo, że zawsze robi mi się ciepło na sercu, kiedy gdzieś jakieś nowe - stare, a przede wszystkim doorsowe coś, się pojawia.

106

Dolina Charlotty – miejsce piękne, ale nie w deszczu. Wilgoć, ziąb, lepiący się do butów piasek i przesiąknięte wodą drewniane ławki, wcale nie przybliżały mnie mentalnie do tego, co miało się wydarzyć. Na życzenie zespołu, koncert miał odbyć się po zmroku. A że lipiec w pełni, miała być to godzina 22. Moja córeczka już od kilku godzin co kwadrans pytała, kiedy będzie koncert? - Oj, jeszcze cztery godziny. Trzy. Dwie… Dłużyło mi się. Wśród spotkanych przeze mnie fanów czuć było napięcie, radosne oczywiście. Pełne emocji oczekiwanie.

Tuż przed godziną 22 fani zeszli ze swoich ławek i stanęli przed samą sceną. Dla mnie to był doskonały moment, na tzw. strzelenie focha. Usiadłam na swojej, wygrzanej ławce i stwierdziłam, że już nic nie chcę. Nie chcę stać, moknąć, męczyć się. Wolałabym na siedząco oglądać to, co dzieje się na scenie. A tu nie! I tak siedząc i udając, że nic mnie nie obchodzi, usłyszałam pana zapowiadającego koncert. Zapowiedź była nie tyle nieciekawa, co po prostu błędna. Muzycy The Doors po raz pierwszy w Polsce? A koncert w Warszawie w 2004 roku to hologram może?

Wystartowała Carmina Burana. W tym momencie moja córeczka przyłożyła główkę do ramienia taty i zasnęła. Spała już do rana. Ja wygodnie siedząc na mojej ławce słuchałam dźwięków dobiegających ze sceny. Roadhouse Blues! Nagle poczułam, jak ta miłość znowu mnie kopie. Oj, i to jak moc-


no! Co ja robię? Siedzę? Halo? Naprawdę? Pędem pobiegłam pod scenę. Przepraszam tych, których rozepchałam i dziękuję ochroniarzowi, że tak sprawnie torował mi drogę do miejsca, skąd można było robić zdjęcia (fosą ciężko to nazwać). I tu czekało mnie zderzenie z tym innym światem. Światem pasji i miłości. Światem z marzeń. Światem The Doors. Spojrzenia Raya, Robbiego i jakże ciepłego Phila, rozwiały burzowe chmury, które nie miały prawa wedrzeć się na nasze Feast of Friends, które właśnie odbywało się teraz właśnie tu, na skraju świata (jak określił to miejsce jeden z członków ekipy technicznej). Roadhouse Blues daje kopa zawsze i wszędzie. To jeden z najgenialniejszych, najlepiej skomponowanych utworów w dziejach muzyki. Dalej Break on Through i wielka radość muzyków grających po raz kolejny kawałek uwielbiany przez siebie i publiczność. Kilka kroków za Rayem Manzarkiem stanął Rick, jego brat, który był pół wieku temu liderem Rick and the Ravens. Zauważam, jak staremu Rickowi urosły przez ostatnie dwa lata włosy. To cudownie hippisem być! Uśmiecham się do siebie – czuję coraz większe emocje, coraz większy przypływ radości, która już we mnie się nie mieści! To samo dzieli ze mną tłum – kilka tysięcy fanów w różnym wieku. Przed koncertem, obok mnie siedziała kilkunastoletnia dziewczyna z mamą. Spotkałam też znajomego, podobnie jak ja, po trzydziestce. A dla nas grają sześćdziesięciolatki (z wyjątkiem Dave’a i Ty’a, którzy należą do mojego pokolenia). Dave, ten tajemniczy Dave,

o którym niewiele można przeczytać w Internecie, okazuje się doskonałym frontmanem. Jest na właściwym miejscu. Miejscu, z którym kiedyś to Jim Morrison recytował, śpiewał i hipnotyzował tłum. Ten tłum podąża za Davem w rytmie Five To One, następnie Peace Frog – kawałka, który jest wręcz idealny na koncerty. Potem czas na When the Music’s Over, jak dla mnie za długi. Ale właśnie taki ma być. A my mamy odpływać przy tych poplątanych, dziwnych dźwiękach, by zaraz ocknąć się na People Are Strange i nieśmiertelnej Alabama Song. Ray popija polskie piwo. Przypomina mi się, jak podczas pierwszej wizyty The Doors w Polsce ktoś z zespołu dopytywał, czy piwo zajłik jest najlepsze, widząc w całej Warszawie parasole z tym dziwnie wyglądającym napisem Żywiec.

Podczas Backdoor Man, w które wpleciono kilka wersów Crawling King Snake, Rick chwyta za gitarę. Wydaje się ciut onieśmielony grając przed wielkim tłumem krewniaków. Specjalnie na ten krótki występ założył koszulkę z napisem Polska i czapkę z daszkiem, także w naszych rodzimych barwach. Po tym występie, zza klawiszy, powstał on – ulubieniec polskiej publiczności, Ray Manzarek. Wychodząc na brzeg sceny wraz z Rickiem pozwolił sobie na minutową konferansjerkę wtórowaną aplauzem publiczności: Tak właśnie wyglądają Polacy, którzy urodzili się w Chicago, a mieszkają w Kalifornii! – powiedział. Streścił historię swojej rodziny opowiadając o jednym dziadku z Białegostoku i drugim z Warszawy. Kilka tysięcy nas zaśpiewało krajanom Sto lat. Co

ROCK AXXESS

107


prawda ci nie zrozumieli tekstu, ale to nic. Docenili gest. Ray jak już stało się tradycją - długa wersja Light My Fire i nasze, skomentował: brzmi to bardzo folkowo. Robby, mistrz cieka- wzruszające wyobrażenie summer of love… wych pytań, dodał: Czy to hymn Polski? Chcecie wiedzieć, że Było cudnie. Przede wszystkim, cieszę się, że Ray i Robby kiedyś zapytał mnie, czy Warszawę odbudowano już po wojdają nam to, co mają. Dają nam siebie, dają nam coś, co odnie? To kiedyś było, jak najbardziej, w XXI wieku! wróciło nasze życie do góry nogami. Nas wszystkich – 50-latKlimat, klimatem – Riders on the Storm być musi. I co cie- ków i 20-latków. Cieszę się, że podjęli się reaktywacji zespokawe, wbrew wszelkim krytykom obecnego wcielenia The Do- łu, mimo krytyki, mimo przykrych słów i gestów ze strony ich ors, wbrew tym, którzy wciąż pytają, po co oni to robią? – czy kolegi Johna Densmore’a. Manzarek – Krieger Band to piękny wyobrażacie sobie koncert TEGO zespołu, bez TEGO kawał- prezent, który sprawili sobie na stare lata. A my przez cały ka? Ja nie! A przecież po wydaniu swojej ostatniej płyty z The rok możemy mieć lato 1969. Doors, Jim Morrison zaśpiewać Riders... na żywo już nie dał Dave Brock. Nadal nie wiem, kim jest (zbieżność nazwisk rady… Podobnie jak L. A. Woman. Zanim jednak dotrą do nas te dźwięki, wysłuchamy genialnego Touch Me. Tu doskonale z wokalistą Hawkwind przypadkowa). Rusza się jak Morrisłychać mistrzostwo sekcji rytmicznej –Ty’a Dennisa i Phila son. Podobną ma aparycję. Hipnotyzuje tłum. Szaleje na sceChena. Phil powinien być wzorem dla młodych basistów szu- nie. Przyglądam mu się na zdjęciu… Mogłabym, podobnie jak kających możliwości lepszego brzmienia. Od lat gra na jednym tysiące ludzi, zapytać po co to robi? Odpowiedź jest prosta: bo basie, idealnie akcentuje każdą nutę. Sam wygrywa to, co dla takiego GO chcemy. wielu musi zrobić maszyneria. Touch Me to utwór, którego brakowało w set listach przez pierwszy rok od reaktywacji Ps. To był jeden z najlepszych koncertów w karierze Manzazespołu Manzarka i Kriegera. Szybko się okazało, że należy do rek - Krieger Band, również wliczając te, które dawali pod nanajbardziej lubianych przez fanów na całym świecie. Po nim zwą The Doors of the 21st Century oraz Riders on the Storm. przyszedł czas na Spanish Caravan i mistrzowski popis fla- A więcej zdjęć znajdziecie w naszej galerii na www.facebook. menco granego przez Robbiego. Co było potem? Koniec, czyli com/rockaxxess.

STEELWING


ENSIFERUM


rock shot

POISON

runnin’ through your veins drink Karolina Karbownik photo: 123rf.com

ingredients 2 Parts Vodka 1 Part Cherry Liqueur 1 Part Jack Daniel’s 1 Part Triple Sec 3 Parts Coca Cola

składniki

Wódka - 2 porcje Likier wiśniowy - 1 porcja Jack Daniel’s - 1 porcja Triple Sec - 1 porcja Coca - Cola - 3 porcje

Put all ingredients, but Coca - Cola, into shaker: Shake them all up. Add to a tall glass and add the coke on top. A lemon and a lime make it perfect!

Wszystkie składniki z wyjątkiem Coca - Coli mieszamy. Wlewamy do wysokiej szklanki. Coca - Colę dodajemy na końcu, bez mieszania. Można przyozdobić plastrem cytryny lub limonki.

is your mouth hot?


ALICE COOPER BLOODSTOCK open air 2012 Catton Park, Derbyshire, UK

photo: Falk - Hagen Bernshausen

photography: Falk - Hagen Bernshausen


photo: Falk - Hagen Bernshausen


photo: Falk - Hagen Bernshausen


photo: Falk - Hagen Bernshausen


photo: Falk - Hagen Bernshausen


photo: Falk - Hagen Bernshausen


ROCK YOUR LIFE & ROLL your business

REKLAMUJ SIĘ Z NAMI CONTACT@ROCKAXXESS.COM

Profile for Rock Axxess

ROCK AXXESS nr 6 / no. 6  

The only rockstyle magazine in the universe! Jedyny magazyn rockstylowy na świecie!

ROCK AXXESS nr 6 / no. 6  

The only rockstyle magazine in the universe! Jedyny magazyn rockstylowy na świecie!

Advertisement