Issuu on Google+

www.pdf.edu.pl

? c e i n o k ż u j To Redakcja największego dziennika w Polsce kwiecień 2011 roku

maj 2011 nr 3 (34) • ISSN 1898–3480 • egzemplarz bezpłatny pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego Warszawa / Łódź / Kraków / Poznań / Wrocław / Gdańsk / Katowice / Szczecin / Lublin / Bydgoszcz / Toruń / Rzeszów / Olsztyn / Kalisz


PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.pdf.edu.pl

PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.facebook.com/redakcjaPDF

Naczelna strona

Spodziewany koniec

3 Korespondent pilnie poszukiwany 4-5 Perły z lamusa - prasa 5 O losach świata decyduje facebook 6 Rozmowa wokół reporterów 8 Na prawo patrz – tygodniki po nowemu Zbigniew Żbikowski

9 Dopalacze na wojnie 10 Casting przepustką do sukcesu 11 Fotografowanie na ulicy 12-13 Fotoreportaż 14 Czeczenia / Irak – dwie wojny, różny obraz 15 Kolumna Zygmunta 16 To PRoste – skradziono logo 17 Case study – siła ojcostwa 18 Na świecie – dobre wzorce

Jeśli pewne tendencje w mediach się nasilą i nabiorą przyspieszenia, może się niebawem okazać, że prasa zacznie obchodzić się bez dziennikarzy. Sceptyk powie: wizja wyssana z palca. Przecież dopóki istnieją gazety, istnieć będą musieli ci, którzy zapełniają je tekstami. No właśnie – a kto powiedział, że gazety będą istnieć zawsze? Już dziś mówi się coraz głośniej o kryzysie prasy drukowanej. Przekaz informacyjny coraz bardziej wartkim i głębokim strumieniem płynie przez łącza internetowe, rezygnując z pa-

America Online, portal gigant zza oceanu, wszedł na nową drogę, a do sieci wyciekł dokument, który ją wyznacza: więcej zawartości, więcej odsłon, więcej reklam. AOL dołącza tym samym do grona farm produkcji zawartości, dziennikarskiego ekwiwalentu chińskiej szwalni dresów. Czy taka farma to także nasza przyszłość? „Wycieknięty” do internetu dokument wytycza cele firmy na najbliższe miesiące. AOL nie jest taką potęgą jak dawniej, więc potrzebny jest plan. A Tim Armstrong, szef korporac ji, go ma . St ąd „The AOL Way”. Zlecając tematy, redaktorzy AOL mają brać pod uwagę przede wszystkim cztery czynniki: stopę zwrotu włożonych pieniędzy, potencjalną „klikalność”, szybkość produkcji zawartości i zgodność ze standardami redakcyjnymi. Zaraz... jednak są jakieś standardy. Możemy przeczytać jakie, bo ten mail też wyciekł,

MIESIĘCZNIK STUDENCKI

REDAKCJA

redaktor naczelny: Zbigniew Żbikowski z-ca redaktora naczelnego Paweł H. Olek redaktorzy: Tomasz Betka (szef dziennikarstwa), Krystian Szczęsny (szef foto), Szczepan Orłowski i Kajetan Poznański (szefowie kultury)

02

może niedużym nakładem otworzyć własną stację bądź czasopismo internetowe. Inaczej mówiąc: każdy dziś może być dziennikarzem, bo ma możliwość tworzenia informacji w dowolnej formie i puszczania ich w obieg społeczny z pominięciem gazet czy anten. I nie ma większego znaczenia to, że taki domorosły dziennikarz czasami nie wie, jak się konstruuje tekst informacyjny. W przekazie tym liczy się bowiem treść, nie forma. I szybkość. I tu pojawia się niepokojące pytanie – to po co my w ogóle kształcimy dziennikarzy, uczymy ich gatunków dziennikarskich, warsztatu i poprawności językowej, skoro w internetowym postmodernistycznym świecie wykształcają się nowe, hybrydowe formy i każdy może pisać, jak mu się podoba, nie zważając na reguły? Po co uczyć się klasycznego dziennikarstwa, skoro – gdyby dać wiarę najbardziej radykalnym futurologom – zawód ten i tak wkrótce zaniknie? Odpowiedź zasadza się na nadziei, że fachowość

Którędy droga na farmę?

19-23 Książe i żebrak – subiektywny przegląd kultury reklama

pieru jako nośnika. Konsekwencje tego są poważne, bo wcale nie jest tak, że tylko nośnik się zmienia, a reszta pozostaje po staremu. Zmienia się bowiem przy tym cała – można rzec – filozofia dziennikarstwa. Dziś, jak tego uczą w redakcjach i na studiach, dziennikarz to ten, który pośredniczy w przekazywaniu informacji: zdobywa je (albo otrzymuje), przetwarza i upublicznia. Taki szczególny zawód. Otwarty, ale limitowany. Przynajmniej do niedawna. Liczebność dziennikarzy ograniczała liczba mediów, w których mogli publikować swoje materiały. Liczba stacji telewizyjnych i radiowych jest regulowana przez państwo , a choć wydawanie czasopisma od strony formalnej jest stosunkowo proste, to już od strony finansowej takie łatwe nie jest, co też stanowi poważną przeszkodę w mnożeniu tytułów i powiększania powierzchni do zapełnienia. Od pewnego czasu jednakże te bariery pękają. Dosłownie każdy, kto ma chęć, determinację i komputer,

tylko wcześniej. „Nowi” są instruowani, by m. in. nie wyszukiwać nowych tematów, tylko podbierać je mediom tradycyjnym i aby pisać pod wyszukiwarki – tak, aby Google wypluwał tekst jak najwyżej w wynikach. Nie wiadomo, czy po wdrożeniu planu dziennikarze AOL będą mieli czas, żeby mrugnąć, bo szef spodziewa się od każdego z nich od 5 do 10 artykułów dziennie. Na szczęście nie będą musieli zbyt długo myśleć nad tematami – to załatwią za nich spece od wyszukiwarek. Ludzie w yszukują wampir y i Lady

zespół redakcyjny: Dorota Bigo , Piotr Czaplicki, Roksana Gowin, Jan Grabek, Magdalena Grzymkowska, Bartek Iwański, Dominika Jędrzejczyk, Patryk Juchniewicz, Anna Maria Juźwin, Mirek Kaźmierczak, Monika Kiepiel, Anna Kiedrzynek, Łukasz Lachecki, Agnieszka Lampka, Klaudia Lis, Marcin Luniewski, Paulina Mućko, Ewa Piskorska, Agnieszka Plister, Radek Pulkowski, Alicja Skorupko, Adrian Stachowski, Agnieszka Stachyra, Krystian Szczęsny, Wioletta Wysocka, Marcel Zatoński grafika, okładka i skład DTP: Karol Grzywaczewski / www.grafikadtp.com Zdjęcie: 29 kwietnia 2011 roku, redakcja "Gazety Stołecznej", dodatku do "Gazety Wyborczej". fot. Mirek Kaźmierczak korekta: Anna Kiedrzynek, Aneta Grabska druk: Presspublica Spółka z o.o., nakład: 5 tys. egz. Oddano do druku 1 maja 2011 roku

Gagę? No to o tym wytwórca kontentu będzie pisał. Zresztą to nie jest takie ważne, co tam napisze, byle internauci klikali w tytuł. Może sobie stukać w klawiaturę, a dział marketingu już wykombinuje, gdzie by tu jeszcze wcisnąć reklamy. W tym miesiącu piszemy dużo o tym, czy prasa i dziennikarstwo przeżyją w epoce internetu. Ukazał a s i ę os t a t nio m ą dra k s ią ż ka („Śmierć gazet i przyszłość informacji” Bernarda Pouleta), której autor uważa, że wartościowa i pogłębiona informacja stanie się dobrem dostępnym dla t ych, którz y będą

WYDAWCA: Instytut Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego koordynator wydawcy: Grażyna Oblas dystrybucja: Warszawa / Łódź / Kraków / Poznań / Wrocław / Gdańsk / Katowice / Szczecin / Lublin / Bydgoszcz / Toruń / Rzeszów / Olsztyn / Kalisz adres redakcji: PDF miesięcznik studencki Instytutu Dziennikarstwa UW ul. Nowy Świat 69, pok. 51, IV piętro, 00–046 Warszawa, tel. 022 5520293, e–mail: redakcja@redakcjapdf.pl Więcej tekstów w serwisie studenckim www.pdf.edu.pl

jednak pozostanie w cenie. Że będą potrzebni specjaliści, którzy siedząc nad bystro płynącą internetową rzeką informacji, z których większość stanowią śmieci, potrafią wyłowić z niej taaakie ryby i odpowiednio je przyrządzić, żeby były strawne. Czytaj: zinterpretują opisane fakt y i pomogą zrozumieć zmieniający się świat. I że dalej liczyć się będą w tym zawodzie nazwiska, to znaczy - dla czytelnika ważne będzie nie tylko co i jak jest napisane, ale też kto to napisał. Nasi autorzy starają się skonfrontować tezę o rychłym upadku klas yc znie pojmowanego zawodu dziennikarskiego i klasycznej prasy drukowanej z rzeczywistymi tendencjami, podpierając się opiniami fachowców. Że dzieje się to akurat w ostatnim numerze miesięcznika „PDF” (który przestaje się ukazywać w wersji papierowej), jest oczywiście niezamierzone. Zapraszamy do Internetu.

chcieli za nie zapłacić. To katastrofalna wizja, a farmy kontentu wydają się złowieszczym omenem zwiastującym jej spełnienie. Podobno po śmierci prasy dziennikarstwo ma żyć w internecie. Jeżeli model farmerski wygra, to nawet to może się nie ziścić. Do taśmowego wytwarzania zawartości nie potrzeba przecież dziennikarza. Na pewno nie będzie tak źle, jak przepowiadają dziennikarze. Po prostu – nikt się o nich nie martwi, więc martwią się sami o siebie. Znani są też z tego, że nie mają poczucia humoru i za grosz dystansu do siebie. Wcześnie umierają, bo dużo myślą o śmierci, szczególnie prasy dr ukowan ej i dz iennikar s t wa . Dziennikarzu, głowa do góry, wokół wiosna! Adrian Stachowski

reklama: Fundacja Szkolnictwo Dziennikarskie Nowy Świat 69, p. 307, Warszawa e-mail: reklama@redakcjapdf.pl współpraca z serwisem foto:

stała współpraca:

www.facebook.com/redakcjaPDF

World Press Photo 2011 w Polsce Fotograficzne odzwierciedlenie najważniejszych wydarzeń minionego roku w formie najlepszych zdjęć prasowych. Mowa najbardziej rozpoznawalnym wśród szerokiej publiczności konkursie fotografii dla zawodow ych fotorep or terów na świecie. W tym roku jury zebrane w A ms terdamie mia ł o t ward y orzech do zgryzienia, jakim było ponad 100 tys. zdjęć nadesłanych przez 6 tys. autorów ze 125 krajów. To rekordowa ilość zgłoszeń w 56-letniej historii istnienia Fundacji World Press Photo. Z tej masy zgłoszeń komisja składająca się z fotoedytorów, fotografów i przedstawicieli agencji prasow ych z całego świata nagrodziła zaledwie 56 fotografów z 23 krajów, z czego tradycyjnie tylko jedno zostało zdjęciem roku. Rywalizacja konkursowa to kategorie podzielone dodatkowo na zdjęcia pojedyncze i serie zdjęć. W tym roku były to: wydarzenia, wydarzenia reportaż, ludzie, życie współczesne, życie codzienne, portret, sztuka i rozrywka, natura oraz sport. Laur pierwszeństwa przypadł Jodie Bieber, która wywołała wiele emocji por tretem Bibi Aishy – Afganki okrutnie okaleczonej przez męża. Ciekawym wyróżnieniem jest specjalna nagroda dla górnika z Chile, który kilkaset metrów pod ziemią dokumentował życie uwięzionych w kopalni San Jose nieszczęśników. Warto zaznaczyć polskie sukcesy w tegorocznej galerii zwycięzców. Filip Ćwik zajął trzecie miejsce w kategorii Ludzie i wiadomości, z zestawem zdjęć poruszającym wątek emocji, jakie towarzyszyły żałobie narodowej po katastrofie w Smoleńsku. Drugi biało-czerwony akcent to Tomasz Gudzowaty i jego opowieść o amatorskich wyścigach w Meksyku, która została nagrodzona drugim miejscem w kategorii Sport. Konkurs jest nierozerwalnie połączony w towarzyszącą mu, co roku wystawą, która ma na celu zapoznanie miłośników fotografii z najlepszymi pracami fotografii prasowej. W tym roku zwycięskie prace zagoszczą w 100 miastach w 45 krajach świata. Jej polska premiera miała miejsce w Poznaniu w Centrum Kultury Zamek. Wystawa potrwa jeszcze do 20 maja, po czym fotografie zostaną przeniesione do Warszawy. Będziemy mogli je tam podziwiać od 23 maja do 12 czerwca w CH Złote Tarasy. Ponadto ekspozycja zagości w Krakowie i Opolu. Redakcja PDF objęła patronat nad wystawą w Polsce. Krystian Szczęsny

Korespondent

fot. PAP/Photoshot

Ale numer

Na wejściu

na odległość Powinnością dziennikarza jest być tam, gdzie nikt nie dociera – napisał jeden z internautów w komentarzu do artykułu o wycofywaniu korespondentów zagranicznych z krajów Afryki Północnej. Tymczasem o pierwszych wydarzeniach w Libii informował z miejsca wypadków jedynie reporter CNN, który przedostał się do tego kraju na własną rękę, nielegalnie. Po pierwszych incydentach w Egipcie, gdy los kilku ekip telewizyjnych był nieznany, redakcje zaczęły szybko wycofywać swoich pracowników z tego kraju. Dziennikarzom bowiem nie tylko grożono, ale również stosowano wobec nich różne formy przemocy. W Libii, gdy protesty się nasiliły, znajdował się tylko jeden zagraniczny dziennikarz – korespondent CNN, który dostał się do tego kraju, łamiąc przepisy. Polskie media nie miały wówczas w Libii współpracownika, dopiero, gdy sytuacja zaczęła się stabilizować, swoich korespondentów na granicę egipsko– libijską wysłała między innymi TVP. Najważniejsze przyczyny „oszczędzania” dziennikarzy to wysokie koszty i niebezpieczeństwo. – Wydatki związane z takimi wyprawami to głównie drogie ubezpieczenie, a jest ono dzisiaj konieczne, jeśli dziennikarz wyjeżdża w strefę działań wojennych – wyjaśnia były korespondent wojenny PAP Mirosław Ikonowicz. Alina Kurkus, kierownik działu zagranicznego PAP, twierdzi ponadto, że redakcje nie chcą brać odpowiedzialności za dziennikarzy, choć chętni do wyjazdu z pewnością by się znaleźli. – Również sami reporterzy zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie im grozi. Korespondenci wojenni nie są samobójcami. Jeśli coś im bezpośrednio zagraża, po prostu uciekają – twierdzi z kolei Bronisław Tumiłowicz, dziennikarz „Przeglądu” i były współpracownik PAP.

Niebezpieczniej niż było?

Czy faktycznie wykonywanie tego zawodu stało się aż tak niebezpieczne? Ryszard Kapuściński w swoich reportażach niejednokrotnie opisywał sytuacje, które do bezpiecznych nie należały. Pytanie, czy stopień ryzyka jest dzisiaj wyższy? – Zawód dziennikarza zawsze był niebezpieczny, szczególnie w miejscach, gdzie występowały napięcia polityczne, społeczne lub religijne. Wystarczy przypomnieć relacje wojenne Hemingwaya, Kapuścińskiego czy Jagielskiego. Sam fakt, że byli obecni, powodował, że czyhano na nich i próbowano się ich pozbyć – odpowiada Mirosław Harasim, zastępca redaktora naczelnego PAP. Odmiennego zdania jest Ikonowicz, który uważa, że kiedyś napis „Press” na kamizelce chronił dziennikarza przed ostrzałem, podczas gdy dziś go prowokuje. Ikonowicz twierdzi jednocześnie, że zawód korespondenta wojennego stał się w ostatnich dziesięcioleciach bardzo niebezpieczny. Potwierdzają to statystyki organizacji „Reporterzy bez

Granic”, które pokazują, że z roku na rok aktów przemocy wobec dziennikarzy przybywa. W swoim raporcie organizacja podaje, że o ile w 2008 roku porwano 29 dziennikarzy, to w 2009 już 33, a w 2010 aż 51. Od początku 2011 roku zginęło 8 dziennikarzy, a prawie 150 przebywa obecnie w więzieniach.

Współpraca albo kontrola

„Dziennikarze, którzy przedostali się do Libii, są wyjętymi spod prawa banitami, którzy mogą współpracować z Al–Kaidą. Jeśli się nie poddadzą, zostaną aresztowani” – napisał w oświadczeniu wiceminister spraw zagranicznych Libii. Coraz częściej reporterzy muszą troszczyć się nie tyle o to, by nie znaleźć się w samym ogniu wydarzeń, ale i o to, by same władze nie chciały zagrozić ich życiu. Libia nie jest jedynym państwem, które oficjalnie zadeklarowało wrogość wobec dziennikarzy. W maju zeszłego roku w Izraelu aresztowano około 15 dziennikarzy po tym, jak izraelscy komandosi zaatakowali konwój z pomocą humanitarną. Podobnych przypadków jest coraz więcej. Harasim zwraca uwagę, że wielu przywódcom i dyktatorom zależy, aby świat nie wiedział, co się dzieje. – Rzecz polega na tym, że strony walczące w takich lokalnych wojnach często mają coś do ukrycia i nie lubią obecności dziennikarzy – komentuje sytuację Ikonowicz. Dodaje, że władze wolą dziennikarza, który jest po ich stronie i pisze to, co mu podyktują. Rząd Muammara Kaddafiego, chcąc pokazać, że mimo wszystko panuje nad sytuacją, zaprosił dziennikarzy na konferencję. Przybyło na nią blisko 150 osób, którym pokazano propagandowe materiały. W zamian za to korespondenci musieli napisać to, co przekazał im rząd. Śmierć dziennikarza jest wydarzeniem medialnym. Odbija się echem na całym świecie. Coraz częściej strony w konfliktach atakują reporterów, by nagłośnić swoje działania i zyskać na prestiżu. „Czasem któraś ze stron konfliktu dochodzi do wniosku, że porwanie dziennikarza odbije się szerokim echem, a anonimową ofiarą świat się często nie interesuje” – podkreślał niedawno Krzysztof Langda, operator filmów dokumentalnych. Strona, która kontroluje dziennikarzy, a co więcej, decyduje o ich życiu, ma w rękach czwartą władzę, a więc wszystko.

Relacja zza muru

Dziś korespondencje z Iraku czy Afganistanu dziennikarze nadają z baz wojskowych. Żyją z żołnierzami jed-

20 kwietnia br. podczas ostrzału libijskiej Misraty zginął Tim Hetherington, laureat zdjęcia roku w World Press Photo 2007 i współautor głośnego filmu dokumentalnego "Restrepo", nominowanego w tym roku do Oscara. Na zdjęciu: kadr z "Restrepo" Kunar w Afganistanie, wrzesień 2007 roku. nej strony i to od dowództwa zależy, gdzie danego dnia pojadą i jaki materiał zbiorą. Dużo się mówiło o amerykańskiej propagandzie, która przewijała się w relacjach z interwencji w Iraku. Czy to już zamach na obiektywność i rzetelność informacji? Mirosław Harasim uważa, że dziennikarz zawsze był w okopie jednej albo drugiej strony konfliktu, a choć zadaniem reportera jest docierać do obydwu stron sporu, nie zawsze jest to możliwe. Pojawiają się jednak i inne głosy. Ikonowicz sprowadza tego rodzaju działalność korespondenta wojennego do roli rzecznika prasowego. Zastrzega jednak, że lepsza taka relacja niż żadna.

Szanse na przetrwanie

Rozwój komunikacji i nowych technologii spowodował, że dziennikarstwo nie jest w XXI wieku takim samym zajęciem jak choćby w czasach Kapuścińskiego. – Dzisiaj wszystko można znaleźć w internecie, nie trzeba nigdzie jeździć. Poza tym nastąpił znaczny wzrost uzależnienia się korespondenta od agencji. Kiedyś dziennikarz sam decydował, jak się poruszać, z kim rozmawiać, jak zagospodarować czas. Dziś mamy telefony komórkowe i szeroko pojętą komunikację elektroniczną, więc redakcja może sterować dzien-

nikarzem z godziny na godzinę. Niewiele pozostawia się jego własnej inicjatywie – ocenia Mirosław Ikonowicz. Czy w takim razie nadchodzi czas dziennikarzy freelancerów? – Uniezależnienie się od decyzji pracodawców, samodzielne decydowanie o charakterze relacji, dowolność w zbieraniu materiałów. Bez wątpienia jest to sposób na uprawianie niezależnego dziennikarstwa – przyznaje były korespondent PAP, ale podkreśla też, że działanie w charakterze wolnego strzelca jest bardzo ryzykowne, także ze względów finansowych. Czy wobec tego korespondenci zagraniczni będą tracić na swojej niezależności i coraz rzadziej jeździć w miejsca, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę ważne? Zdaniem Ikonowicza po obu stronach konfliktu muszą być dziennikarze i każda z nich musi być wysłuchana. I właśnie dlatego dziennikarstwo przetrwa. Pytanie tylko, czy argumenty obydwu stron będą przedstawiać zagraniczni korespondenci czy dziennikarze siedzący przed komputerami, kilka tysięcy kilometrów od centrum opisywanych wydarzeń. Alicja Skorupko

03


PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.pdf.edu.pl

PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.facebook.com/redakcjaPDF

Temat z okładki

Temat z okładki

fot. Tim Brakemeier/PAP/DPA

Coraz trudniej podważyć tezę, że dziennikarstwo w klasycznym rozumieniu tego słowa przechodzi właśnie do historii. – Koniec z dziennikarzami, którzy jeżdżą do pracy do redakcji i znają się na wszystkim. Jestem przedstawicielem ostatniego pokolenia – argumentuje Tomasz Wróblewski. Czy faktycznie obserwujemy schyłek mediów w ich dotychczasowej formule?

Analiza czy kryptoreklama?

Berlin, 15 września 2010 roku. Istniejąca od 50 lat agencja prasowa DPA (Deutsche Presse-Agentur GmbH) otworzyła nową redakcję, która zcentralizowała w jednym miejscu kilkadziesiąt redakcji tematycznych. Na zdjęciu Newsdesk. Za kilka lat taki widok może należeć do rzadkości. Wróblewski nie ma wątpliwości. Jego zdaniem proces już się zaczął i nie da się go powstrzymać. – Znikną dziennikarze, którzy codziennie przychodzą do redakcji, zbierają materiały i piszą na każdy temat. Zastąpią ich profesjonaliści w swoich dziedzinach, zewnętrzni eksperci. Spowoduje to większą specjalizację i pogłębienie przekazu. Już dzisiaj amerykańskie banki opłacają swoim pracownikom kursy kreatywnego pisania. Tendencja jest prosta: lepiej, żeby fizycy uczyli się pisać, niż żeby dziennikarze starali się zrozumieć fizykę – przekonuje redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”. Wiąże się to również z końcem obecnego modelu funkcjonowania redakcji, która stanie się wkrótce wąskim gronem kilku redaktorów, informatyków i wydawcy. Ważniejsza od pisania będzie wiedza, jaką dysponuje autor, a nadanie jej odpowiedniej formy stanie się kwestią wtórną. Dziennikarze znający się na wielu tematach, utrzymywani przez konkretne medium, znikną z rynku lub będą stanowić wyjątek potwierdzający regułę. Podobnie jak windziarz czy kowal, których nieobecności odbiorca wręcz nie zauważy.

Prosty rachunek

Zmiany, jakie zachodzą na rynku mediów – a na rynku prasy w szczególności – muszą robić wrażenie. Sprowadzenie ich przyczyn do cyfryzacji i internetu, byłoby nadmiernym uproszczeniem. Bernard Po-

04

ulet, francuski dziennikarz i medioznawca, w książce pod wiele mówiącym tytułem „Śmierć gazet i przyszłość informacji” udowadnia, że media cierpią dzisiaj nie tylko z powodu wysokiej ceny papieru druk a r s k i e g o , a l e – m oże p r ze d e wszystkim – z powodu deficytu czytelnictwa i ogólnego spadku zainteresowania społeczeństwa samą informacją. W jego ocenie, ewentualny koniec prasy drukowanej oznacza zarazem nową, niewiadomą jakość w funkcjonowaniu całej przestrzeni publicznej. O ile bowiem łatwo wyobrazić sobie świat bez gazet, to już sprawna demokracja pozbawiona czwartej władzy wydaje się dużą zagadką. Liczby mówią same za siebie. Dzienna sprzedaż gazet w Stanach Zjednoczonych wynosiła w 1950 r. blisko 54 mln, w 2004 r. kształtowała się na podobnym poziome, tyle że ogólna liczba mieszkańców USA wzrosła od tego czasu ponad dwukrotnie. Tendencje odchodzenia od prasy widoczna jest również u reklamodawców. Choć rynek reklam on-line jako jedyny notuje dwucyfrowy wzrost, to redakcje internetowe są ciągle nierentowne. Cena reklamy w sieci nadal jest kilkakrotnie niższa niż w tradycyjnych mediach i nie pokrywa kosztów nawet po uwzględnieniu pieniędzy zaoszczędzonych na druku. Kiedy w lipcu 2008 r. załamał się amerykański rynek ogłoszeń prasowych, prezes Google Eric Schmidt oświadczył, że gazety pogrążyły się

właśnie w „świecie boleści”. Dwa dni później „Los Angeles Times” zwolnił jedną piątą składu redakcyjnego. – O tym, że papierowa prasa ogólnotematyczna będzie obumierać, decyduje prosty rachunek ekonomiczny. Gazeta jako kompendium wszelkiej wiedzy musi być z założenia mocno powierzchowna. Dla bardziej ambitnego czytelnika to zbyt mało, a koszt wytwarzania tego rodzaju informacji jest niewspółmierny do jakości. Obecny model staje się więc anachroniczny i nieopłacalny – tłumaczy Wróblewski. Pytanie, jak wysoki jest odsetek społeczeństwa, które chce więcej czytać, a w dodatku za to płacić?

Reinkarnacja na gorsze

Ostrożniejszy w ocenie jest profesor Maciej Mrozowski, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. – Na rynku widać dwie przeciwstawne tendencje. Z jednej strony pojawia się potrzeba wielozadaniowości dziennikarzy, którzy podejmując bardzo różne tematy, muszą to robić nieco powierzchownie. Z drugiej strony pojawia się chęć dotarcia do pogłębionej informacji i analizy, której czytelnik nie dostanie raczej od „zwykłego” pracownika mediów. Są jednak zarówno dziennikarze, którzy potrafią dotrzeć do odpowiednich ekspertów, jak i specjaliści potrafiący napisać dobry, dziennikarski tekst. W prasie będą się pojawiać artykuły jednych i drugich – przewiduje profesor. Dodaje również, że nastąpi jeszcze większa

gradacja źródeł informacji – od poważnych prac w naukowych kwartalnikach do popularnej publicystyki w miesięcznikach czy prasie codziennej. O tym, że obserwujemy koniec zawodu dziennikarza, nie jest przekonany także profesor Włodzimierz Gogołek, specjalista od technologii informacyjnych mediów. – Każdego roku na świecie powstaje mniej więcej jeden zetabajt informacji. Gdyby je wydrukować, można by ułożyć kilkanaście stosów kartek z Ziemi na Słońce. Powstaje problem, które z tych informacji wybrać. Przeciętny zjadacz chleba sobie z tym nie poradzi. Właśnie tutaj widzę rolę dla dobrych dziennikarzy, wyławiających te informacje, które są istotne. Trzeba oddać w tej sprawie władzę profesjonalistom, niech segregują wiedzę i przekazują dalej to, co naprawdę ważne – przekonuje. Profesor nie ma złudzeń – obroni się sama prasa drukowana, która, jego zdaniem, będzie się w przyszłości ukazywać wyłącznie w wersji cyfrowej. – Zmianie ulegnie również model dostępu do prasy i sposób prezentacji wiadomości. Bez wątpienia będzie to formuła mult imedial na , opar t a na g raf ice, dźwięku i obrazie wideo. Już teraz ponad jedna trzecia informacji w sieci to treści wideo. Media przechodzą obecnie proces reinkarnacji: przyjmują inne, cyfrowe ciało. Z pewnością zginie wiele tytułów, ale samo dziennikarstwo przetrwa – prognozuje.

Z diagnozą Wróblewskiego o zmierzchu zawodu dziennikarza i początku tworzenia informacji w oparciu o specjalistów z zewnątrz nie zgadza się Jacek Żakowski z „Polityki”. – Takiej tezie zwyczajnie przeczy rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć na zawartość mediów, w których dom i n u j e p u b l i c y s t y k a . We ź m y „Dziennik”, który redaguje Wróblewski; tam są niemal wyłącznie opinie i narracje. Ważniejszym problemem jest to, że nie potrafimy zdefiniować i rozpoznać rzeczywistych ekspertów spoza redakcji. Przykładowo, czy Leszek Balcerowicz to w pierwszej kolejności profesor, publicysta, polityk czy może lobbysta konkretnej grupy ekonomicznej lub światopoglądowej – komentuje Żakowski. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, czy dziennikarski outsourcing nie zlikwiduje granicy między informacją i autopromocją czy wręcz zwykłą reklamą. – Daleki jestem od tego, żeby wieszczyć zupełny zmierzch tekstów pisanych przez zawodowych dziennikarzy. Zawsze będą jacyś publicyści i wyciągacze afer. Być może w samych redakcjach nie będzie ich tylu, co dzisiaj, ale za to ci, którzy zostaną oraz ci, którzy zajmą miejsce obecnych, będą lepiej przygotowani do pracy. A teksty staną się bardziej merytoryczne i konkretne – wyjaśnia Wróblewski. Dodaje, że nie jest prawdą, iż teksty opracowywane przez specjalistów z zewnątrz często nie nadają się nawet do redakcji. – W trakcie dyskusji na temat OFE dostaję wiele materiałów opracowanych przez firmy czy organizacje gospodarcze i zapewniam, że te „gotowce” nie różnią się warsztatowo od tego, co powstaje w niejednej redakcji. W tych materiałach są obecne wszelkie formy dziennikarskiej narracji: od wspomnień i anegdot po rzeczowo opracowane fakty i liczby – argumentuje naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”. Czy jednak opinia pracownika banku, na przykład na temat najciekawszych na rynku produktów kredytowych to dalej analiza eksperta czy raczej kryptoreklama własnej firmy?

– Oczywiście, bywa z tym różnie. Z czasem rynek wymusi jednak większy obiektywizm, bo autorzy, który stracą wiarygodność, po prostu nie będą czytani. Dziennikarzom może się to nie podobać, ale od tego naprawdę nie da się uciec – nie ustępuje Wróblewski.

Profesjonaliści w odwrocie?

O tym, że dziennikarz wcale nie musi być specjalistą we wszystkim, o czym pisze, przekonany jest także Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”. Aby opisać trzęsienie ziemi, nie trzeba być przecież sejsmologiem, w większości przypadków wystarczy porozmawiać z ekspertem i w przystępny sposób przedstawić temat czytelnikom. – Zapotrzebowanie na dziennikarzy będzie stałe. Być może zmieni się nieco ich rola i będą oni korzystać z innych źródeł, ale nie wierzę, że zostaną zastąpieni przez specjalistów z zewnątrz. Co nie znaczy oczywiście, że nie ma ekspertów, którzy samodzielnie potrafią napisać ciekawy artykuł – komentuje Lisicki. Nie wyobraża on sobie jednak, aby specjalista związany z jakimś środowiskiem lub dziennikarz obywatelski byli na przykład w stanie przeprowadzić skuteczne śledztwo dziennikarskie. Dlatego zdecydowana większość trudniejszych, wymagających weryfikacji gatunków dziennikarskich jednak pozostanie. Problem w tym, że właśnie najbardziej wymagające gatunki, a dziennikarstwo śledcze w szczególności, generują zarazem najwyższe koszty w redakcji. Nawet Jacek Żakowski przyznaje, że faktycznie kończy się model redakcji, jaki znaliśmy do tej pory. Zmienia się bowiem struktura komunikowania, a dziennikarstwo wytworzone na uniwersytetach należy do epoki masowej. – Czas masy dobiega dzisiaj końca. Obserwujemy fragmentaryzację rynku, indywidualizację potrzeb informacyjnych społeczeństwa, naprzeciw którym wychodzi coraz bardziej specjalizujący się internet. Widać to dobrze na przykładzie rynku księgarskiego. Kiedyś pierwszą rzeczą, którą robiłem, będąc w innym kraju, było odwiedzenie księgarni. Dzisiaj nie muszę już wychodzić z domu, bo codziennie dostaję z Amazona informacje, że ukazała się książka, która mnie interesuje. Amazon wie przecież, co czytam i co kupuję. Na podobnej zasadzie będzie działać prasa – twierdzi dziennikarz „Polityki”. Nie sposób nie zgodzić się też z tym, że technologia umożliwia rozszerzenie rynku i wzrost konkurencji. – W minionym stuleciu, jeśli autor chciał coś napisać, musiał zamieścić swój tekst „w New York Times”,

Redakcja Fotograficzna Polskiej Agencji Prasowej Poszukuje kandydatów na bezpłatne praktyki w warszawskim biurze agencji.

„Washington Post” albo w „Wall Street Journal”. W konkursie brało więc udział najwyżej stu dziennikarzy. Dzisiaj rywalizują tysiące blogerów, ale tylko kilku z nich jest na tyle dobrych, że kupują ich redakcje, a oni stają się profesjonalistami. Podobnie jest ze sportowcami. W piłkę nożną gra pewnie w Polsce kilka milionów osób, ale zawodowcami zostaje kilkaset – analizuje Jacek Żakowski. Jego zdaniem tak samo stanie się z dziennikarstwem – w w ymianie informacji będą uczestniczyć tysiące, ale wśród nich znajdzie się tylko niewielka grupa prawdziwych profesjonalistów.

Bez pieniędzy, zasad i pomysłu

Ciągły spadek czytelnictwa, zła sytuacja finansowa większości wydawnictw i zadziwiający konsensus przedstawicieli mediów w kwestii tego, że redakcje, jakie znamy od dziesięcioleci, tracą rację bytu, każą podejrzewać, że odsetek, o którym mówi Żakowski, będzie naprawdę niewielki. Jacek Michałowski, szef kancelarii Prezydenta RP, otwierając kilka tygodni temu konferencję poświęconą przyszłości zawodu dziennikarza i etyce mediów, podkreślił, że dziennikarstwo kojarzy mu się przede wszystkim z etyką i kompetencją. Wśród zgromadzonych na sali dziennikarzy, medioznawców i redaktorów dało się zauważyć na twarzach uśmiech politowania. Prowadzący dyskusję Igor Janke z „Rzeczpospolitej” odpowiedział ministrowi, że kiedy ponad dwadzieścia lat temu zaczynał pracę w Polskiej Agencji Prasowej, myślał podobnie. Teraz ma jednak na ten temat zupełnie inne zdanie. Przyznał też, że mniej więcej na przełomie wieków każdy z szefów i właścicieli polskich mediów zdał sobie sprawę, że robi przede wszystkim biznes – misja i etyka zniknęły gdzieś za horyzontem. Dzisiaj ten sam biznes powoli, lecz systematycznie, schodzi z rynku. Jako jedną z przyczyn Janke wskazał właśnie zatrważający deficyt etyki w dziennikarstwie. Wydaje się jednak, że przyczyna jest bardziej prozaiczna, bo we współczesnych mediach, tak jak w każdym innym biznesie, w pierwszej kolejności rozdaje karty wspominany przez Wróblewskiego rachunek ekonomiczny. Oczywiście, cytując Bernarda Pouleta, świat informacji nie zniknie, ale trzeba będzie go wymyślić na nowo. Jak dotąd, brakuje na to pomysłu. Tomasz Betka współpraca: Agnieszka Lampka i Agnieszka Plister

Kandydaci będą mieli możliwość poznania sposobu funkcjonowania agencji fotograficznej oraz zdobycia doświadczenia w pracy przy wyborze i archiwizowaniu zdjęć oraz współpracy z wydawnictwami i fotoreporterami. Zapewniamy elastyczne godziny pracy, oczekujemy zaangażowania i entuzjazmu. Zgłoszenia prosimy kierować na adres rekrutacja.foto@pap.pl

Rewolucja 2.0, czyli ślizganie się po powierzchni wydarzeń Trudno nie doceniać roli, jaką podczas arabskiej Wiosny Ludów odegrały media społecznościowe. Jednak łatwo przesadzić i ją przecenić. Zafascynowanie mediów „facebookową rewolucją” więcej zasłania i rozmywa niż wyjaśnia. W dzisiejszych czasach prawdziwą sensacją byłaby rewolucja bez Facebooka i Twittera. Nowe środki komunikacji i rewolucja spotykały się już nie raz. W 1978 roku zarzewiem irańskiej rewolucji islamskiej były nagrane na kasety magnetofonowe przemówienia ajatollaha Chomeiniego. Dwadzieścia lat później w Indonezji, do obalenia generała Suharto przyczyniły się telefony komórkowe, dzięki którym protestujący koordynowali swoje działania. Jednak dzisiaj nikt nie mówi ani o „magnetofonowej rewolucji” w Iranie, ani o „telefonicznym przewrocie” w Indonezji. Zachodnie media już od dawna zdradzają odrobinę niezdrową fascynację social mediami. Kiedy w 2009 roku Irańczycy wyszli na ulice Teheranu, by kontestować wyniki sfałszowanych wyborów, zachodni dziennikarze zwrócili uwagę na to, że przy organizowaniu protestów użyto Twittera szybko zaczęto nazywać wydarzenia w Iranie „twitterową rewolucją”. Coś podobnego zdarzyło się pierwszy raz, więc dziennikarze byli bardzo podekscytowani. Dopiero potem okazało się, że w 65-milionowym kraju jest tylko 20 tys. użytkowników Twittera. Trochę mało jak na rewolucję. Twitter odegrał wówczas bezsprzecznie pozytywną rolę. Lecz ani nie umożliwił protestów, ani ich nie zapoczątkował, nie zapewnił też im sukcesu. Patrzenie na te wydarzenia przez pryzmat zastosowania now ych możliwości internetu odsłoniło tylko część – i to nie tę najważniejszą – całego obrazu. Jednak zachodnie media nie wyniosły z tego żadnej nauki, co mogliśmy obserwować jakiś czas temu. Pokusa efektownych nagłówków znów okazała się zbyt silna.

To Arabowie mają internet?

Wydarzenia w Egipcie i Tunezji pokazały siłę internetu, co do tego nie ma wątpliwości. Jednak podstawowym błędem i pułapką jest mylenie ze sobą czynnika i przyczyny. Przyczyną tych rewolucji było społeczne niezadowolenie, dziesięciolecia dyktatorskich rządów, niezgoda na korupcję i arogancję władzy, wysokie bezrobocie, droga żywność oraz cały szereg innych powodów, dla których ludzie w końcu wyszli na ulice. Facebook i Twitter były „czynnikami”. Wydawać się może, że bardzo niewielu komentatorów tych wydarzeń zdaje sobie sprawę z tego, że wykorzystanie social media w tych przewrotach jest rzeczą mało zaskakującą i w dużej mierze naturalną. Stałoby się tak w

fot. DaSilva PETER/ PAP/EPA

Niech fizycy uczą się pisać

Czy jednak fakt, że coraz więcej informacji można już znaleźć bez „pośrednika”, a funkcje opłacanych przez redakcje komentatorów pełnią coraz częściej na przykład internetowi blogerzy, nie marginalizuje znaczenia dziennikarzy? – Wartością dziennikarza jest to, że potrafi on zrozumieć nawet skomplikowany przekaz i przełożyć go na prosty język, aby zanalizować to, co dzieje się wokół jakiegoś zjawiska. Czytelnik nie ma takiego obowiązku, a w chaosie informacyjnym potrzebuje kogoś, kto wyłowi i przygotuje najważniejsze w iadomości. Jeżeli dziennikarze mają przeciwstawne poglądy, to nawet lepiej, bo można ich ocenę skonfrontować – ocenia Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. Paradoksalnie, obecny „zalew” informacji wręcz sprzyja dziennikarzom, choć Sakiewicz zdaje sobie sprawę, że niektóre dziennikarskie formy będą się kończyć. Dodaje, że sami dziennikarze mogą redagować gazetę nawet za pomocą telefonu komórkowego, a sposobów na uprawianie tego zawodu jest naprawdę wiele.

stał w ytłumaczenie najlepsze z możliwych. Odcięcie od sieci sprawiło, że Egipcjanie wciągnęli na sztandary swojej rewolucji to, co wzbudziło strach dyktatora – Facebooka. W zachodnich mediach zaczęły pojawiać się zdjęcia z nazwą portalu napisaną na murach i transparentach. Kilku protestujących trzymało zdjęcia Marka Zuckerberga, a jeden z Egipcjan nadał swojej córce imię Facebook, o czym ochoczo doniosły serwisy informacyjne. Ale to tylko część tej historii.

Rewolucji się nie „lubi”

Palo Alto w Kalifornii, 20 kwietnia 2011 roku. Prezydent USA Barack Obama w siedzibie Facebooka odpowiada na pytania podczas transmisji internetowej na żywo. Moderatorem spotkania był Mark Zuckerberg. każdym innym kraju, w którym jest dostęp do internetu i gdzie mieszkają w miarę młodzi ludzie, którzy potrafią obsługiwać komputery. Facebook, Twitter i Youtube stanowiły narzędzia na tyle przydatne i efektywne, na ile ludzie potrafili je wykorzystać. A Egipcjanie i Tunezyjczycy wykorzystali je świetnie. „Na Facebooku się organizujemy, dzięki Twitterowi koordynujemy, a dzięki Youtube pokazujemy światu, co się dzieje” – powiedziała zachodnim dziennikarzom jedna z egipskich aktywistek. Portale społecznościowe pozwoliły stworzyć alternatywny dla oficjalnego kanał przekazywania informacji. I to nie tylko taki, którego mogli używać protestujący. Przez pewien czas CNN podawało newsy wprost z Twittera (zostawmy problem, czy takie informacje są sprawdzone i pewne), a odczytywane na żywo „tweety” uzupełniały filmy z Youtube. Reżimowe media prezydentów Mubaraka i Ben Alego nie mogły już przekonać świata o tym, że protesty to wybryki anarchistów i chuliganów. Po drugie – informacje, które wydostały się z Egiptu i Tunezji, z biegiem czasu zaczęły wywierać presję na opinię międzynarodową. Im więcej mijało czasu, tym bardziej prezydent Obama, główny gwarant władzy Mubaraka w Egipcie, dystansował się od egipskiego prezydenta. Dlatego wcale nie dziwi, że dyktator odłączył Egipcjanom internet. Dawniej trzeba było pilnować, żeby rebelianci nie zajęli budynku telewizji i radia. Teraz społeczeństwo ma inne możliwości komunikacji. Są nimi właśnie social media. Jeżeli do tej pory ktoś nie rozumiał dobrze znaczenia tego terminu, teraz do-

Przedstawiciele Facebooka nie zajęli oficjalnego stanowiska w sprawie arabskich przewrotów. Nie musieli. Światowe media same wzięły na siebie akcję PR-owską na rzecz portalu, jednocześnie upraszczając i pozbawiając kontekstu to, co rzeczywiście się wydarzyło. – Chcę podziękować Markowi Zuckerbergowi. Ta rewolucja zaczęła się na Facebooku – te słowa Waela Ghonima, człowieka, który założył profil, który skupił internetowych aktywistów, obiegły świat w kulminacyjnym momencie egipskiego wrzenia. Dużo mniej uwagi poświęcono słowom, które wypowiedział innym razem, kiedy uwolniony po dwunastu dniach aresztu, stanął na placu Tahrir: – Używałem wcześniej nazwy „facebookowa rewolucja”, ale teraz, patrząc na tych ludzi, widzę, że to rewolucja egipskiego ludu. Podobne głosy pojawiały się wśród innych protestujących: – Internet pozwolił nam się zorganizować, ale to nie z powodu Facebooka znaleźliśmy się tu, gdzie teraz jesteśmy – powiedział dziennikarzom BBC Malek Mustafa, jeden z internetowych aktywistów. Przypisywanie sukcesów, jakie odniosły przewroty w Tunezji i Egipcie Facebookowi, Twitterowi, WikiLeaks i Youtube to duża niesprawiedliwość wobec ludzi, którzy ryzykowali życiem, stając naprzeciw czołgom. Internet ułatwia komunikację i pozwala rozprzestrzeniać się informacjom w mgnieniu oka, ale nie wystarczy, żeby trzymać ludzi na ulicach przez cztery tygodnie. Kliknięcie „Lubię to!” na profilu aktywistów nie zastąpi ich odwagi i determinacji. Rewolucje nie dzieją się w internecie, tylko na ulicach. Portale społecznościowe nie obalają dyktatorów. Dokonują tego ludzie. A że używają internetu? Trzeba się przyzwyczaić – tak teraz będą wyglądały rewolucje. Adrian Stachowski

05


PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.pdf.edu.pl

Rozmowa wokół

Rozmowy

nieprzypadkowe

fot. Krystian Szczęsny

O weryfikacji własnych wyobrażeń na temat reportażu, rozmowach z mistrzami gatunku, które szczególnie utkwiły w pamięci oraz o kontraście między uśmiechem a bezkompromisowością swoich bohaterów, z Agnieszką Wójcińską, autorką książki „Reporterzy bez fikcji”, rozmawia Anna Kiedrzynek

Wywiady z polskimi reporterami, które ukazały się niedawno nakładem Wydawnictwa Czarne, publikowałaś najpierw na łamach „PDF-u”. Skąd wziął się pomysł na cykl „Zapisz to, Kisch!”? Z ciekawości. Podjęłam studia podyplomowe na dziennikarstwie w ramach Laboratorium Reportażu na UW. Temat zajęć z reportażu literackiego koncentrował się tam wokół szacownego, ale dobrze już opisanego fenomenu „3K”: Kapuścińskiego, Krall, Kąkolewskiego. I do nich ograniczał. A przecież w tym czasie działo się w tej dziedzinie sporo nowych, bardzo ciekawych rzeczy. Chciałam porozmawiać ze współczesnymi, ważnymi dla mnie reporterami, o kolejnych etapach ich pracy: od szukania tematu, poprzez dokumentowanie, rozmowy z bohaterami, aż po sam proces pisania, przekładania zdobytych informacji na tekst. Moje dojrzewanie do realizacji tego pomysłu zbiegło się w czasie z założeniem przez Pawła Olka „PDF-u”. Wiedział o moim pomyśle i zaprosił mnie do współpracy. To zresztą on był autorem tytułu tego cyklu. Tak wszystko się zaczęło. I co, wzięłaś telefon i po prostu zadzwoniłaś do Katarzyny Surmiak-Domańskiej, Wojciecha Tochmana, Mariusza Szczygła? A oni tak poprostu się zgodzili? Wtedy jeszcze nie miałam numerów do moich rozmówców. Pisałam do nich maile. Przedstawiałam się, wyjaśniałam, że jestem z gazety studenckiej i chciałabym porozmawiać o ich warsztacie. Odpisywali mi i się umawialiśmy. Ktoś ci odmówił? Irena Morawska. Potem jednak, dzięki namowie Mariusza Szczygła, którego poprosiłam o pomoc, zgodziła się. Ten w y wiad nie ukazał się w „PDF-ie”. Był ostatnim, jaki zrobi-

06

łam, już tylko z myślą o książce. Z panią Ireną od dawna chciałam porozmawiać. Jej teksty, na przykład „Luiza wdowa idzie na dług”, który wszedł w skład antologii polskiego reportażu pod redakcją Szczygła, zawsze robiły na mnie duże wrażenie. Jednak pani Irena zajmowała się w ostatnich latach przede wszystkim filmem dokumentalnym, a trudno rozmawiać o warsztacie w odniesieniu do tekstów napisanych już spory czas temu. Ale, na szczęście dla mnie, w październiku zeszłego roku opublikowała w „Dużym Formacie” pierwszy po dłuższej przerwie reportaż – „My się nigdy nie nudzimy”, opowiadający o bohaterach filmu dokumentalnego jej autorstwa pt. „Czekając na sobotę”. Potem, już podczas wywiadu, powiedziała mi, że przekonała ją też moja determinacja, bo sama w relacjach z bohaterami zachowuje się podobnie. Dziś numery telefonów mam już do wszystkich moich rozmówców. Są zapisane w czerwonym notesie, na stronie z nagłówkiem „reporterzy”. Ważnym elementem zarówno cyklu publikowanego w „PDFie”, jak i książki, są portrety reporterów autorstwa Janka Brykczyńskiego. Jak doszło do waszej współpracy? Poznałam go w Laboratorium Reportażu, na zajęciach z fotografii, które były akurat poświęcone wymyślaniu podpisów do zdjęć. Mnie podobały się pomysły Janka, a jemu moje. Okazało się, że mamy bardzo podobną wrażliwość. Przy współpracy dziennikarza i fotografa taka chemia jest niesamowicie ważna. Razem zrobiliśmy dla „Polityki” materiał o chłopakach z blokowiska w Pile, a potem wspólnie pracowaliśmy nad „Zapisz to, Kisch!” i innymi reportażami. Reporter wydaje się idealnym rozmówcą dla młodego dziennikarza. Wie przecież, czego

się od niego, jako od bohatera, oczekuje: konkretów, anegdotek, pięknych zdań… Czy z reporterami rozmawia się łatwiej? Niekoniecznie. To wynika z indywidualnego obycia z mediami, które było różne w przypadku poszczególnych osób. Jeśli ktoś udzielał już wcześniej wywiadów albo, tak jak Mariusz Szczygieł, ma doświadczenie w prowadzeniu własnego programu w telewizji, przychodzi mu to pewnie łatwiej. Ale nie tylko o to chodzi. W reakcji na niektóre pytania moi rozmówcy mówili często, że zmusiłam ich do zastanowienia się nad s woim zawodem . Dopiero w czasie wywiadu zaczynali myśleć nad sprawami, które do tej pory pozostawały w sferze ich intuicji i wydawały im się oczywiste. Pod koniec spotkania prosiłam każdego o dedykację na książce. Kilkoro napisało mi: „dziękuję za zmuszenie do przemyśleń”. To było bardzo miłe. Twoje wyobrażenia na temat zawodu reportera potwierdziły się podczas tych rozmów? Nie całkiem. Gdy zaczynałam, miałam gdzieś w głowie założenie, że poznam magiczny przepis na dobry reportaż. Nic takiego się nie stało. Bo okazało się, że każdy z moich siedemnastu rozmówców ma inne podejście do zawodu. Oczywiście, są sprawy, o których wszyscy mówią zgodnie: świętość faktów, potrzeba ochrony bohatera, empatia, słuchanie. Ale na wiele innych tematów usłyszałam zupełnie sprzeczne opinie. Na przykład Jacek Hugo-Bader powiedział mi, że najlepszym sposobem na poznanie bohatera i wejście w jego świat jest pomieszkanie z nim przez jakiś czas. Z kolei Wojciech Tochman stwierdził, że mieszkanie z bohaterem to zły pomysł. Te różnice mnie fascynują. Podczas pracy nad książką zrozumiałam, że wszysko zależy od indywidualnych decyzji i wątpliwości, które każdy i w przypadku każdego tekstu rozstrzyga na swój sposób. Który z rozmówców najbardziej zaskoczył cię swoim podejściem do zawodu? Barbara Pietkiewicz. Była dla mnie, i w pewnym sensie nadal jest, postacią zagadkową, ukrytą za swoimi bohaterami. Gdy poszłam na spotkanie z nią, zobaczyłam uroczą, starszą panią, która zupełnie bezpośrednio i bez owijania w bawełnę zakomunikowała: „Szczęście mnie nie interesuje. Ciekawe są tylko zbrodnie”. Kontrast między jej uśmiech em , wew n ę t r zny m c iep ł em , a ostrą i bezkompromisową diagnozą własnego zawodu, o którym powiedziała wprost, że często jest nieetyczny, był dla mnie sporym zaskoczeniem. Jest w książce taka rozmowa, którą zapamiętałaś szczególnie? Chyba nie umiałabym wybrać jednej. Wspomnień związanych z tymi wywiadami mam mnóstwo. Na przykład pierwsze moje spotkanie z Mariuszem Szczygłem. Umówiliśmy się u niego w domu, w niedzielę koło południa. Byłam parę minut przed czasem i siedziałam w parku, naprzeciwko kamienic y, w której mieszka. Zestresowana niesamowicie. W końcu zdecydowałam się

wejść. Spotkałam go pod klatką. Powiedział, że wyszedł do sklepu, bo skończyła mu się kawa, a pomyślał, że na pewno będę chciała się napić. Rozbroił mnie swoją troską – i już było łatwiej. Albo rozmowa z Wojtkiem Tochmanem, podczas której aktualizowaliśmy wywiad na potrzeby książki. Znaliśmy się już wtedy trochę, mówiliśmy sobie po imieniu. Siedzieliśmy we „Wrzeniu świata”, rozmawialiśmy swobodnie, słońce wpadało przez wielkie okna, a ja pomyślałam: to niesamowite, że siedzę tutaj z Tochmanem, którego książki podziwiam od tylu lat, a on opowiada mi o swojej pracy. I że tyle tych rozmów jest już za mną. Taki krótki przebłysk szczęścia z tego, co się robi. Kim była Agnieszka Wójcińska podczas tych wywiadów – uczennicą, pobierającą nauki od mistrzów czy reporterką, która rozmawia ze swoimi bohaterami? Do samego końca, czyli aż do spotkania z Ireną Morawską, czułam się do pewnego stopnia jak uczennica. Jednak moja tożsamość jako autorki cały czas umacniała się. Był też taki moment, w trakcie wywiadu z Magdaleną Grochowską , gdy uświadomiłam sobie, że to co robię, może być ciekawe dla innych, także dla samych reporterów. Zadając jej kolejne pytania, przywoływałam słowa moich poprzednich rozmówców. W pewnej chwili usłyszałam od pani Magdaleny, że chętnie przeczy-

reklama

tałaby, co jej koledzy po fachu sądzą na różne tematy. Była to jedna z cegiełek, budujących we mnie przekonanie, że warto zrobić z tymi rozmowami coś więcej. Ostatecznie, pomysł, by wysłać je do wydawnictwa, poddał mi Witek Szabłowski. Mam wrażenie, że ciągnie cię do ludzi z pasją. Z jednej strony reporterzy, a z drugiej bohaterowie twoich tekstów w „Polityce” – winiarze, którzy wbrew przeciwnościom losu, a nieraz i wbrew zdrowemu rozsądkowi próbują stworzyć w Polsce drugą Szampanię, animatorzy kultury zmieniający Pragę, hip-hopowcy z małego miasteczka… Opisywanie takich osób to w twoim przypadku świadoma strategia? Trudno chyba mówić tu o strategii. Faktycznie, interesują mnie ludzie, którzy coś ze swoim życiem robią, są aktywni, ciekawi świata. Może dlatego, że ja też staram się, aby w moim życiu coś się działo, aby decydowała o nim pasja? Małgorzata Szejnert uważa, że temat się w reporterze „odkłada” i gdy nadchodzi właściwy moment, następuje detonacja. Czasem wydaje się, że to przypadek sprawia, że coś nas zafascynuje i dlatego chcemy o tym napisać. Ale czy to wyłącznie kwestia przypadku? To, że autora pociągają akurat takie, a nie inne tematy, może oznaczać, że korespondują one z tym, co jest w nim, stanowią odpowiedź na jego potrzeby.


PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.pdf.edu.pl

PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.facebook.com/redakcjaPDF

Trendy

Na mieście

Jeszcze niedawno obserwatorzy rynku czasopism spekulowali, któremu z tytułów nie uda się przetrwać kryzysu. Minął rok, a rynek zaskoczył samych wydawców. Wbrew ogólnoświatowym tendencjom polskie periodyki zwiększyły sprzedaż. Najwięcej zyskała „Gazeta Polska”. Od lutego br. ukazuje się tygodnik opinii „Uważam Rze”, który od razu wyprzedził „Wprost” i „Newsweeka” pod względem sprzedaży.

Smoleńska cezura

W kwietniu zawrzało. W wyniku katastrofy smoleńskiej, zmian politycznych i kontrowersji z nimi związanych, zwiększył się popyt na informację. Nagle okazało się, że suche fakty nie są w stanie zaspokoić potrzeby głębszej analizy przebiegu wypadków. Zwiększone zainteresowanie tygodnikami było racjonalnym odruchem zdezorientowanych obywateli, próbujących konfrontować opinie i szukać głębszych oraz bardziej merytorycznych komentarzy. Rekordowe nakłady odnotowano oczywiście w kwietniu. Największy wzrost osiągnął „Newsweek”. Podbił sprzedaż o 64 tys. egzemplarzy (do blisko 175 tys.), by miesiąc później wrócić do punktu wyjścia. Podobnie działo się z pozostałymi tygodnikami, choć różnice sprzedaży w kwietniu i w maju nie były tak spektakularne (patrz tab. 2). Tendencję spadkową udało się przełamać jedynie „Gazecie Polskiej”, która od tego momentu zaczęła cieszyć się coraz większym zainteresowaniem czytelników, by ostatecznie uz yskać średnią roczną sprzedaż na poziomie 51 tys. i ponad stuprocentowy wzrost w stosunku do roku poprzedniego.

Nowe otwarcie w „Gazecie Polskiej”

Tuż po katastrofie „Gazeta Polska” zaskoczyła sztywną deklaracją podporządkowania tygodnika głównemu celowi, jakim miałoby być wyjaśnienie przyczyn wypadku z 10 kwietnia. – Przyjęliśmy zasadę, że w tej sprawie nie może być żadnej cenzury. Równoprawnie traktujemy wszystkie informacje. Pod warunkiem, że są lub mogą być prawdziwe. Nie ignorujemy wiadomości, które z jakichś powodów są niepoprawne politycznie, choćby tego, że w Smoleńsku mogło dojść do zamachu – wyjaśnia Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny tygodnika. I przekonuje, że od tego momentu zmieniła się struktura czytelników tygodnika. – Tradycyjnie czytały go osoby dojrzałe, z pokolenia „Solidarności” oraz rodziny z niepodległościowymi, często piłsudczykowskimi poglądami. Z czasem pojawiła się również generacja ich dzieci. Od 10 kwietnia mamy natomiast zupełnie nową grupę. To ludzie młodzi i w średnim wieku, z dużych miast, mający poglądy bliższe PiS-owi, choć socjologicznie odpowiadający bardziej elektoratowi PO – zaznacza Sakiewicz. Choć minął rok od tej deklaracji, „Gazeta Polska” nadal cieszy się sporym zainteresowaniem. Według ostatnich danych ZKDP jej nakład ciągle rośnie.

upadały. Pisma takie jak „Ozon”, „Nowy Dzień” Agory czy „Dziennik” Springera kończyły się bolesną porażką. My stwierdziliśmy, że wydamy pismo przede wszystkim w oparciu o własne obserwacje, intuicyjnie, nie inwestując w tytuł dużych pieniędzy. Dlatego też, początkowo,

Wyrazistość kluczem do sukcesu?

Choć teoretycznie na polskim rynku ciągle istnieje miejsce dla no-

fot. Bartłomiej Zborowski/PAP

Tygodnikom opinii udało się w 2010 r. zwiększ yć sprzedaż o 8,3 proc. w stosunku do roku poprzedniego (rozpowszechnianie płatne razem). Jak w przypadku każdej rywalizacji, tak i w tym peletonie znaleźli się zwycięzcy i przegrani. Porównanie wyników z marca 2009 r. i z analogicznego okresu rok później nie dawało większych złudzeń. Na rynku zapanował marazm. Poza „Gościem Niedzielnym”, „Newsweekiem Polska” i „Przeglądem” dominowały spadki. Zatrważały niskie wyniki sprzedaży „Polityki” i „Wprost”. Wśród siedmiu największych tygodników nie było wówczas „Gazety Polskiej” (patrz tab. 1.).

Pierwszy numer tygodnika "Uważam Rze" ukazał się 7 lutego 2011 roku. Na zdjęciu redaktor naczelny Paweł Lisicki i z-ca redaktora naczelnego Michał Karnowski.

Mocne wejście „Uważam Rze”

Na fali zwiększonego zainteresowania prawicą nową gazetę zdecydowała się wydawać Presspublika. Tygodnik „Uważam Rze. Inaczej pisane” został połączony z dziennikiem „Rzeczpospolita”. Jak przekonuje Paweł Lisicki, redaktor naczelny obydwu tytułów, czasopismo powstało stosunkowo niewielkim kosztem. – W ostatnim czasie, choć wydawcy przeprowadzali badania rynkowe i w oparciu o nie wprowadzali swoje produkty, ich projekty

zdecydowaliśmy się na tańszy papier i layout. Chcieliśmy sprawdzić, czy dla naszego pomysłu znajdzie się miejsce na rynku. Kiedy okazało się, że tygodnik sprzedaje się naprawdę dobrze, podjęliśmy decyzję o zmianie szaty graficznej i dalszej inwestycji – wyjaśnia Lisicki. Choć same koszty były niewielkie, kampania reklamowa nie należała do sztampowych. Do zakupu tygodnika zachęcali z billboardów czołowi autorzy „Rzeczpospolitej”. Cie-

Tabela 1

wych periodyków, żadnemu nowemu tytułowi nie udawało się dotąd pozyskać sympatii czytelników. – Nasycenie t ygodnikami jest w Polsce niewielkie. Wystarczy porównać nas choćby z zachodnimi społeczeństwami. Polacy nie czytają. U nas dominuje kultura oralna. To słowo mówione jest podstawowym sposobem komunikacji – analizuje medioznawca prof. Maciej Mrozowski. Dostrzega on jednak szansę i przestrzeń dla nowych mediów, bo

LUTY 2010

MAJ 2010

Średni nakład jednorazowy

Sprzedaż ogółem

Średni nakład jednorazowy

Sprzedaż ogółem

Tytuł

Angora

526 958

371 586

493 667

339 513

Gość Niedzielny

198 620

145 729

196 114

138 747

Polityka

190 000

134 662

195 102

134 315

Uważam Rze

229 425

114 133

-

-

Newsweek Polska

167 408

103 115

166 513

100 248

Gazeta Polska

82 778

Wprost

180 000

95 343

161 068

72 069

Przekrój

85 000

Gazeta Polska

134 470

70 102

58 228

25 374

Przegląd

68 100

Przekrój

81 250

37 628

85 000

40 045

Tygodnik Powszechny

39 495

Przegląd

61 500

21 599

68 100

22 670

Tygodnik Powszechny

39 143

17 747

38 775

17 322 źródło: media2.pl

08

re poszukują takiego forum. – To grupa prawicowa, ale i populistyczna. Takie teksty pisze się łatwo, bo są oparte na ograniczonej liczbie argumentów. Wystarczy odpowiednio nimi żonglować. Ci ludzie będą mogli w łatwy sposób wytwarzać duże ilości tekstów i jednocześnie nawiążą łatwy kontakt z czytelnikami – dodaje profesor.

Konkurencja nie śpi?

Po przeciwnej stronie zupełnie

Tabela 2 /

LUTY 2011 Tytuł

w prasie i telewizji pojawia się coraz mniej rzetelnej dyskusji. Istniejące tygodniki nie zaspokajają potrzeb szerokiej publiczności. W ten sposób powstaje obszar pośredni, niezagospodarowany. Również na tym może się częściowo opierać powodzenie projektu Presspubliki. Nie da się go bowiem sprowadzić jedynie do umiejętnego zapełnienia luki w dyskursie publicznym konserwatywno-liberalnym głosem prawicy. Liczy się także sposób. – Trzeba znaleźć klucz, podjąć ryzyko. Produkt powinien być wyrazisty i inny. Wówczas można pozyskać nowych czytelników albo odebrać ich tygodnikom już istniejącym – twierdzi Maciej Mrozowski. „Uważam Rze” pozwala pisać i wyrażać swoje opinie osobom, któ-

KWIECIEŃ 2010

Średni nakład jednorazowy

Sprzedaż ogółem

Średni nakład jednorazowy

Sprzedaż ogółem

Polityka

190 558

140 382

237 584

174 380

Gość Niedzielny

202 930

139 370

207 722

158 290

Newsweek Polska

187 169

109 097

237 584

174 380

Wprost

170 590

77 993

178 073

115 635

51 308

72 256

42 189

37 924

85 000

49 284

24 080

68 100

26 378

17 741

40 736

21 834 źródło: media2.pl, rp.pl

dobrze radzi sobie t ymc zasem „Wprost”. Pismo zyskuje nowe oblicze. Tomasz Lis, który objął w maju stanowisko redaktora naczelnego, zapowiedział zmiany. Dziś chce pisać w tygodniku „mądrze, uczciwie, z pasją”. Poza przesunięciem politycznym w kierunku centrum, zmieniła się również sama linia programowa „Wprost”. Tygodnik chętnie przedstawia teraz jednostkę w szerszym kontekście. Na okładce zawsze pojawia się zdjęcie konkretnej osoby, w podobny sposób ilustrowana jest również większość artykułów. W przeciwieństwie do „Newsweeka”, „Wprost” rzadziej skupia się na zagadnieniach historycznych, zamiast tego rozbudowuje działy działy dotyczące tematyki społecznej. Pogłębia przy tym problemy poruszone w telewizyjnym programie Tomasza Lisa. Według danych ZKDP, w listopadzie 2010 r. „Wprost” wyprzedził „Newsweeka” i ze sprzedażą wynoszącą ponad 130 tys. egz. (rozpowszechnianie płatne razem) uplasował się tuż za „Polityką”. Nadspodziewanie dobre wyniki „Wprost” wzbudziły podejrzenia konkurencji, która oskarża pismo o ich zawyżanie i nieprawidłowe przedstawianie sprzedaży w deklaracji dla ZKDP. Wniosek o nadzwyczajny audyt w tygodniku złożyła „Polityka – Spółdzielnia Pracy” oraz „Ringier Axel Springer Polska”, wydawca „Newsweeka”. Jego wyniki jeszcze nie są znane. Sprawa nie jest jednoznaczna. Wystarczy wspomnieć, że samo ZDKP zobowiązuje do posługiwania się trzema różnymi wskaźnikami (nakładem, sprzedażą ogółem, rozpowszechnianiem płatnym razem). A przepisy są skonstruowane w ten sposób, że trudno skontrolować, czy dane podporządkowane określonym kolumnom są prawdziwe. Pojawił się również kłopot z klasyfikacją numerów sprzedawanych za pośrednictwem Internetu, bo nie ma obecnie wiarygodnego sposobu weryfikacji tych danych.

Kolejne tąpnięcie „Przekroju”

W obecnej sytuacji rynkowej zupełnie nie potrafi się odnaleźć „Przekrój”. – W latach 60. i 70. był to tygodnik kultowy. Pismo inteligenckie, które dawało namiastkę kontaktu z wielkim światem, z kulturą wyższą – wspomina Maciej Mrozowski. – Teraz nasze zainteresowania się zróżnicowały. Potrzeby z nimi związane stara się zaspokoić wiele wyspecjalizowanych pism. Kultura popularna utonęła w komercji. Trudno związać większą grupę osób o rozproszonych zainteresowaniach, które tradycyjnie przypisywano formatowi „Przekroju” – wyjaśnia. Wygląda na to, że kolejna próba przeistoczenia tygodnika w pismo społeczno-kulturalne okazała się nieudana. Ze stanowiska odeszła pod koniec marca redaktor naczelna Katarzyna Janowska, zastąpił ją Artur Rumianek, dotychczasowy dyrektor wydawnictwa ds. nowych mediów. „Przekrój” planuje zintensyfikować działania w segmencie multimediów. W marcu ruszyła odnowiona platforma internetowa tytułu.

Mała stabilizacja „Polityki”

Sprzedaż „Polityki” nadal opiera się na wydaniach specjalnych i nowych

kolekcjach książek. W sierpniu 2010 r. stworzono ponadto jej wersję audio. Słuchacze mogą odtworzyć dziesięć najważniejszych artykułów każdego numeru tygodnika. Podobne wydanie, ale dopiero na listopad, przygotował „Newsweek”, który z kolei jako pierwszy postanowił podbić rynek elektronicznych kanałów dystrybucji prasy, uruchamiając pierwszą w Polsce wersję gazety na iPady. „Polityka” może się jednak czuć zagrożona. Choć nie wiadomo jeszcze, na ile realne są przedstawiane przez „Wprost ” w yniki sprzedaży, tygodnik zdecydowanie umacnia swoją pozycję i już wkrótce może stać się jej groźnym rywalem. Maciej Mrozowski jest jednak sceptyczny. – Z pomiarami czytelnictwa jest różnie. Obrazuje to ostatni artykuł w „Press”, który pokazuje, w jaki sposób można manipulować danymi ZKDP – przypomina profesor. Działania „Polityki” są ostrożne. Nie wprowadza gwałtowanych zmian. Prężnie rozwija jednak swoją platformę internetową. W przeciwieństwie do „Wprostu”, udostępnia na niej bezpłatnie część swoich artykułów. Dużym wsparciem dla portalu są blogi Daniela Passenta i Adama Szostkiewicza, które cieszą się sporym zainteresowaniem internautów. Ciekawym pomysłem była też próba zainteresowania Polaków debatą. „Polityka” nieśmiało próbowała poddać publicznej dyskusji i społecznej analizie kontrowersyjne kwestie.

Walka o życie

Trudno powiedzieć, czy ożywienie na rynku tygodników okaże się trwałą tendencją. – Wszystkie zjawiska społeczne cechuje płynność. Żyjemy w okresie, który nazywamy ponowoczesnością, jak mówi prof. Bauman. Wiele rzeczy wskazuje na to, że lojalność konsumentów zanika. Z założenia zmieniają oni swoje przyzwyczajenia. W dorosłe życie wkracza w coraz większym stopniu grupa ludzi, która nie utożsamia się z zewnętrznymi postawami, chce eksperymentować, poddawać się chwilowym nastrojom – ocenia prof. Maciej Mrozowski. Jeżeli zmniejszy się sprzedaż, tygodniki zaczną konkurować już nie tylko o czytelników, ale także o przetrwanie. Wydawcy powinni jednak zastanowić się nad nową, wspólną strategią rozwoju, tak, by poszerzyć grono odbiorców prasy, odbudowując swoją pozycję i siłę perswazji. Kolejnym etapem powinno być przejście na wyższy poziom dyskusji. Tygodniki nie mogą poprzestawać jedynie na wyniszczającej walce, która de facto ogranicza paletę ich poglądów. Monotonia prowadzi bowiem do spłycenia przekazu i pogłębienia kryzysu. Zdecydowanie lepiej skupić się na utrzymaniu treści na odpowiednim poziomie – tak, by stać się alternatywą dla innych, populistycznych mediów. Agnieszka Plister

Tabsy z drugiego obiegu Bitwa została wygrana, ale nie wojna – tak w skrócie można przedstawić skutek rządowej nowelizacji do ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, zakazującej handlu i rozpowszechniania dopalaczy na terenie Polski. Co jednak stało się z tymi wszystkimi Loved Up, Druid Fantasy czy Hammerami i ich producentami? Czy zakończyli proceder czy może przeszli do podziemia i dalej działają w najlepsze? fot. Marek Zakrzewski/PAP

Miotła z prawej strony

kawostka: pod ich wizerunkami pojawił się czerwony napis: „Właściciel nośnika reklamowego oświadcza, że nie podziela poglądów Michała Karnowskiego” (były obecne również zdjęcia i nazwiska Rafała Ziemkiewicza, Roberta Mazurka i Igora Zalewskiego). Debiut pisma trzeba uznać za udany. Paweł Lisicki spodziewał się bowiem na początku sprzedaży na poziomie 50 tys. Tymczasem już po wydaniu kilku numerów przekroczyła 100 tys., czyli podskoczyła do poziomu, który zapewnia całemu projektowi rentowność.

Poznań, 21 marca 2011. Minister zdrowia Ewa Kopacz podczas rozpoczęcia koncertu "Artyści przeciwko dopalaczom i innym używkom". Koncert zainaugurował w Poznaniu ogólnopolski program profilaktyczny walki z dopalaczami. Jest on adresowany do młodzieży gimnazjalnej i licealnej oraz rodziców i nauczycieli. Od czasu zamknięcia tak zwanych smart shopów minęło już parę miesięcy, jednak handlarze dopalaczami stosują wiele konspiracyjnych metod na rozprowadzanie swojego towaru, począwszy od handlu obwoźnego w bagażnikach samochodów, poprzez dilerów osiedlowych, na handlowaniu spod lady w innych sklepach kończąc.

Internetowy biznes

Pojawiły się też bardziej wyrafinowane, a przy tym mniej nielegalne sposoby na handel dopalaczami. Firmy, które dotychczas działały w Polsce, przeniosły się z całym kapitałem do Czech i na Słowację, skąd mogą wysyłać swój towar do naszego kraju. Niektóre z nich, np. Euforia czy Coffe Shop, zamieściły w internecie pełny asortyment, z cennikami na poszczególne używki i kosztami wysyłki. Żeby zachęcić potencjalnych klientów, firmy te organizują różne promocje. Jedna z nich założyła nawet bezprowizyjne konto złotówkowe, które – jak twierdzą producenci – „istotnie wpłynie na szybkość dokonywanych transakcji”. Na stronie można znaleźć również informacje, że jako potencjalni klienci nie mamy czego się obawiać, ponieważ nasza paczka zostanie zapakowana w sposób niewzbudzający najmniejszych podejrzeń. Opakowanie jest pieczołowicie oklejone taśmą klejącą na górze, spodzie, na bokach i rogach. Na zamówionej paczce nie ma żadnych informacji na temat jej zawartości i nie można jej otworzyć bez widocznego uszkodzenia. Proces zakupu polega na tym, że po wpłaceniu pieniędzy na konto sklepu paczka z towarem zostaje wysłana do polskiego pośrednika. Ten rozsyła paczki do tak zwanych paczkomatów (skrytek pocztowych do-

stępnych całą dobę) w Polsce, z których zamawiający po wpłaceniu należnej sumy anonimowo odbiera zamówiony towar. W przypadku zakupów internetowych wiek nie ma znaczenia – w formularzu zakupu informacja o nim nie jest wymagana. Wystarczy mieć konto, a na nim pieniądze. Mimo że sklepy umieszczone są za granicą, ceny używek nie uległy większym zmianom. Zwykle wahają się one od 40 zł, jeśli dostarcza je poczta czeska, sięgają 75 zł przy korzystaniu z firmy kurierskiej.

Polak potrafi

Internetowe zakupy to jednak nie jedyny sposób na zdobycie dopalaczy. Można je dostać także na terenie Polski, chociażby od internetowego czy osiedlowego dilera. W tym miejscu należy jednak uściślić, że „dopalacze” sprzedawane na terenie naszego kraju różnią się składem od przysyłanych np. z Czech. Mówi dwudziestoletni Marek z Warszawy, który kupował dopalacze: – W Polsce z reguły już tego nie ma. Sięga się po substytuty. Substancje, które były składnikami czynnymi tamtych dopalaczy. Twierdzi, że choć większość tych substancji jest zakazana, pojawiają się w sprzedaży u bardziej „ogarniętych” dilerów. – Są sprzedawane jak narkotyki, bo, nie oszukujmy się, są nimi. Dopalacze tylko łagodziły ich efekt – przyznaje. Na pytanie, jak można skontaktować się z dilerem, odpowiada, że potencjalnych sprzedawców można znaleźć na różnych forach internetowych. Poza internetem pochodne dopalaczy można kupić także po znajomości. Spytany o średnią wysokość cen takich używek, Marek odpowiada: – Najpopularniejszy nielegalny mefedron kosztuje 80 zł za gram. I to jest taka tzw. dobra cena.

– Z reguły to było tak, że proszek dopalaczy miał 40-50% substancji czynnej, reszta to mało istotne dodatki, głównie wywołujące speed. U dilerów natomiast kupujesz o wiele czystszy towar – wyjaśnia Marek.

Dopalaczowa bessa?

Jak widać, pomimo rządowej ustawy zakazującej sprzedaży dopalaczy, handlarze znaleźli sposoby, aby obchodzić prawo i czerpać z tego zyski. Sklepy internetowe prosperują w najlepsze, oferując szeroki wybór używek i wysyłając swoje towary z zagranicy, a dilerzy w kraju rozprowadzają substytuty i pochodne dopalaczy. Zakup tych używek też nie stanowi problemu dla osób, które takimi substancjami są zainteresowane. Wygląda na to, że nic nie jest w stanie zaszkodzić handlarzom i dilerom w prowadzeniu interesów. Jednak czy na pewno? W Czechach, do których przenieśli się polscy sprzedawcy używek, parlament w trybie przyspieszonym uchwalił właśnie ustawę zakazującą sprzedaży 33 syntetycznie odurzających substancji, znajdujących się w dopalaczach. Ustawa czeka jeszcze na akceptację senatu i podpis prezydenta. Według polityków czeskich może wejść w życie już w lipcu tego roku. Czy ta zmiana w liberalnym do tej pory prawodawstwie czeskim wpłynie na zlikwidowanie albo przynajmniej zmniejszenie sprzedaży dopalaczy do Polski poprzez strony internetowe? Być może. Na odpowiedź na to pytanie pozostaje nam na razie tylko czekać. Marcin Łuniewski

Imię i wiek bohatera tekstu zostały zmienione na potrzeby artykułu.

09


PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.pdf.edu.pl

PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.facebook.com/redakcjaPDF

Kariera

Warsztat

fot. TVN/Grzegorz Press

Do tego, aby zagrać w filmie, serialu czy reklamie, nie jest konieczne ukończenie szkoły aktorskiej. Niekoniecznie trzeba być pięknym i młodym. Wystarczy być upartym. Zgłosić się do agencji aktorskiej, reklamowej czy statystów... i mieć dużo szczęścia.

Czego się nie robi... by przejść casting Dwudziestosześcioletni Paweł twierdzi, że chodzenie po castingach „jest jak loteria”. Czasami przychodzi kilkaset osób, a szukają tylko jednej. – Jednak kto nie próbuje, temu na pewno się nie uda – mówi. Sam jest zarejestrowany w wielu agencjach statystów i epizodystów. Ma wyższe wykształcenie i dobrą pracę w branży assistance na stanowisku koordynatora pomocy. – Mimo to, jeśli mam czas, idę na casting – dodaje. Na pytanie, skąd czerpie informacje dotyczące castingów, odpowiada: – Od agencji statystów. Czasami znajduję ogłoszenia na portalu gumtree.pl.

Wielu chętnych, wygrywają nieliczni

Paweł najczęściej chodzi na castingi do reklam. Do filmów i seriali nie musi przechodzić przez eliminacje, gdyż wybiera go agencja, do której wcześniej się zgłosił. Pierwsze podejście nie przyniosło mu żadnego angażu: – Był to casting na epizod do reklamy sieci Play. Pamiętam, że było tam mnóstwo ludzi. Około pię-

ciuset, spośród których wybrano kilka. Niestety, wtedy się nie załapałem. Byłem dosłownie na trzech-czterech dużych castingach i tylko raz wygrałem rolę. Najczęściej dowiadywałem się, że jednak wezmą kogoś innego. Role przyszły z czasem. – Jak dotąd, miałem stały angaż dziennikarza w serialu „Samo Życie”, epizod w reklamie firmy deweloperskiej „Ronson”. Statystowałem w serialu „Klan”, „Usta-Usta”, „Ludzie Chudego”, w filmach „Och, Karol”, „Śniadanie do łóżka” oraz w wielu reklamach, m.in. firm Orange, Era, TP SA i innych – wylicza. Jedna z agencji reklamowych przyznaje, że odwiedza ją wielu chętnych. – Trudno jest nam określić, ile osób zgłasza się do nas w miesiącu, ale jest to spora grupa – informują. Agencja reklamowa Marszal ma siedzibę na warszawskiej Woli. Na swojej stronie głównej ogłasza, że poszukuje osób „w wieku od 6 miesięcy do 70 lat”. Jednak, jak przyznaje Waldemar Nowak, który w agencji zajmuje się organizacyjną

stroną castingów, „wszystko zależy od projektu, od tego, na jakie osoby mamy zapotrzebowanie. Najczęściej są to ludzie młodzi. Kryterium wieku jest ważne”. Marta ma dwadzieścia cztery lata, jest absolwentką Szkoły Aktorskiej Haliny i Jana Machulskich w Warszawie. Jej pasją jest gra w teatrze. Ma na koncie niejedno statystowanie w serialach oraz dubbing w filmie. W pierwszym castingu wzięła udział, gdy miała 12 lat. Dowiedziała się o nim z „Gazety Wyborczej”. Mówi: – Zorganizowała go agencja „krzak”. Następnie poinformowała mnie, że się dostałam, muszę tylko zrobić sesję zdjęciową u nich w studio i wtedy nastąpi kolejny etap rekrutacji. Rodzice zapłacili 200 zł, ale okazało się, że organizatorzy castingu dzwonili do wszystkich i informowali ich, że zwyciężyli. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Marta nie poleca castingów z gazet. Ma swoje sprawdzone agencje reklamowe, którym ufa. Nie chodzi na castingi, których reguły nie są do końca jasne.

„Recall” to drugi etap, kiedy reżyser poznaje wybrańców z castingu. Liczą się predyspozycje i charyzma. Szanse mają wszyscy, także niepełnosprawni i starzy. Piękny wygląd, wbrew pozorom, nie jest wielkim atutem w walce o rolę. – Może być bardzo ładna kobieta czy przystojny mężczyzna, jednak na „recall” idą trzy-cztery osoby. Jedna z nich dostaje się do reklamy. To zależy od tego, jak się czuje przed kamerą. Największe szanse mają osoby naturalne i charakterystyczne – dodaje Waldemar Nowak. Chodzenie z castingu na casting nie zawsze oznacza szybki angaż do czegokolwiek. Czasem na swoje przysłowiowe pięć minut trzeba po prostu poczekać. Nie wolno rezygnować. Łukasz ma dwadzieścia cztery lata. Z zamiłowania gra amatorsko w teatrze. Uczestniczy w castingach do reklam i innych produkcji od około półtora roku. – Na razie nie dostałem roli w żadnej reklamie. Zagrałem w zwiastunie popularnego TVN-owskiego show „Mam talent”. Jednak nie traktuję tego jak zlecenia z agencji, tylko bardziej jako propozycję po znajomości. Cały c zas trzeba próbować . Możesz spodobać się od razu, albo chodzić dwa lata i nic. Ja chodzę do kilku agencji – opowiada Łukasz. Zgadzając się z Pawłem, dodaje: – To jest loteria dla tych, którzy nie są aktorami zawodowymi. Jeśli ktoś jest aktorem po szkole, ma większe szanse. Castingi nie przyciągają wielu zawodowych aktorów. Takim osobom znacznie łatwiej jest zrobić karierę z samym dyplomem i odpowiednim przygotowaniem. Tu przychodzą ludzie w różnym wieku, z różnym wykształceniem. W dodatku nie zawsze w celu zrobienia kariery. – Są tacy, którzy traktują to jako hobby. Poznałem też takiego człowieka, który raz w miesiącu grywał w reklamie, dwa miesiące z rzędu miał angaż. Potem przez trzy miesiące nic – wspomina Łukasz. Bywają i tacy, którzy nie posiadają stałego źródła dochodów i utrzymują się wyłącznie z występów czy statystowania, łapiąc ciekawe okazje. Paweł, zapytany o to, czy zna takie osoby, przyznał, że tak. Są to „panie domu”, które zarabiają na swoje wydatki albo niespełnieni aktorzy. Marta również przyznaje, że ma kilku takich znajomych. Zwykle po zgłoszeniu się chętnych agencja wysyła kolejne propozycje, dotyczące rodzaju i terminu castingu. – Kiedy dostaniemy upragniony

angaż, najczęściej podpisujemy kontrakt terminowy, np. dotyczący prawa do udostępniania wizerunku w reklamie przez pół roku – opowiada Paweł. Zarobki zależą od rodzaju angażu: w przypadku epizodu w reklamie są to kwoty od 500 zł do około 5 tys. Pierwszoplanowa rola w reklamie to nawet 10 tys. zł., statystowanie w serialach to 50–150 zł za dobę.

Można zarobić

Każdego roku w Polsce powstają dziesiątki nowych filmów czy seriali. Mniejszy nakład finansowy oraz duże zapotrzebowanie na reklamy powodują ich masową produkcję przez telewizję. Żeby je wszystkie obsadzić, potrzeba całej masy ludzi – do ról głównych, drugoplanowych oraz statystów. Wiele tysięcy osób zarejestrowanych w agencjach reklamowych i aktorów marzy o przygodzie czy choćby dodatkowym zarobku. Popycha to wciąż nowych chętnych do zgłaszania swoich kandydatur, ponieważ szansę ma każdy. Często, choć nie zawsze, pierwszy występ oznacza otwartą drogę do kariery. Zostaje się zauważonym w telewizji, gazetach czy chociażby w internecie. Poza tym zarobki w branży medialnej nierzadko są wysokie. Nic więc dziwnego, że wielu młodych ludzi szuka swojej szansy na castingach. Niektórzy od razu zakładają porażkę. Inni twierdzą, że zaistnieć na ekranie można tylko „po znajomości”. Są też tacy, którzy – pomimo wszelkich niepowodzeń – próbują swoich szans. Jeśli przyjrzeć się współczesnej scenie polskiego show-biznesu, wyraźnie widać, że aby odnieść sukces w aktorstwie, nie jest konieczne posiadanie dyplomu uczelni aktorskiej. Żywymi dowodami tej tezy są tacy aktorzy jak Anna Mucha, Katarzyna Cichopek, Marcin Mroczek i Rafa ł Mroc zek c z y Alek sandra Szwed. Przykładów jest o wiele więcej. Daniel Olbrychski, który zaczynał studia aktorskie w latach sześćdziesiątych, uzyskał dyplom magistra aktora zawodowego dopiero w 2010 r., w wieku 65 lat, co wcale nie przeszkodziło mu zostać ikoną polskiego kina. Grywał on w filmach tak znakomitych reżyserów jak Andrzej Wajda, Krzysztof Zanussi czy Nikita Michałkow. (Niektóre dane osób występujących w artykule na ich prośbę zostały zmienione) Agnieszka Stachyra Dominika Zaporska

reklama

Studencki serwis ogłoszeniowy Dodaj bezpłatne ogłoszenie drobne

www.pdf.edu.pl

10

Fotografia (nie)doskonała Ze wszystkich stron docierają do nas zdjęcia, które lansują wymóg nienagannej poprawności technicznej. Jest jednak gatunek fotografii wymykający się tym konwenansom i będący jednocześnie wysoko ceniony wśród świadomych odbiorców fotografii. Street photography, bo o niej mowa, to pogranicze dokumentu i reportażu, jednak w odróżnieniu od nich cechuje się odmiennymi ramami, w których przyszło jej funkcjonować. W języku polskim bywa także określana mianem fotografii ulicznej lub miejskiej, choć są to nie do końca trafione określenia, bo ani ulica ani miasto nie są dla niej jedynym środowiskiem funkcjonowania. Podstawowym założeniem jest wykonywanie zdjęć w określonym typie lokalizacji, którym jest przestrzeń publiczna, przede wszystkim otwarta, jak ulice, parki, place itp. Ważną cechą jest subiektywność przekazu autora zdjęć. Króluje tu ulotność dokumentowanych chwil, która często pojawia się na tego rodzaju fotografiach. Ponadto ważne jest uchwycenie humorystycznych elementów otoczenia, odautorska ironia i dostrzeganie niecodziennych zestawień. Jej powstanie i gwałtowny rozwój w pierwszej połowie XX w., był powiązany z pojawianiem się aparatów dalmierzowych, które dzięki swoim małym rozmiarom zrewolucjonizowały fotografom możliwość wtopienia się w tłum. Przygodę w tzw. streecie najlepiej zacząć od bardzo ważnego wyboru odpowiedniego sprzętu, który możemy obsługiwać szybko, niemalże intuicyjnie. Nie ma prawa dojść do sytuacji, aby wyjątkowy kadr nagle nam przepadł, bo akurat musieliśmy mozolnie poprawiać parametry ekspozycji. Ponadto ważny jest jego rodzaj. Aparat kompaktowy pozwoli nam nie zwracać na siebie uwagi, ale nie da komfortu szybkości i jakości lustrzanki. Każdy musi tu znaleźć

fot. Mirek Kaźmierczak

Ludzie z selekcji

Czekać, nie rezygnować

swój złoty środek. Robiąc zdjęcia i jednocześnie chcąc uniknąć bezpośredniej interakcji z otaczającą nas przestrzenią wypełnioną ludźmi, musimy odpowiednio zakamuflować nasze działania. Nie możemy jednak popadać w skrajność i zachowywać się jak tajny agent, bo właśnie tym zaczniemy zwracać na siebie niepotrzebną uwagę a chodzi tu o podpatrywanie życia bez ingerencji w uwiecznianą sytuację. Bez względu na wybrany model sprzętu, w celu ograniczenia pomyłek, najlepiej używać dużych przysłon, gwa-

rantujących szeroki zakres ostrzenia obiektywu. Ponadto warto pracować na wysokich czułościach, które odpowiednio skrócą niezbędny w takim przypadku dłuższy czas naświetlania. Bardzo przydatną umiejętnością jest robienie zdjęć bez przykładania aparatu do oka, przy jednoczesnym ultrakrótkim zastanawianiu się nad aspektami technicznymi. Dobrze jest przyzwyczaić do określonej wartości ogniskowej obiektywu i konsekwentnie jej używać, co ułatwi nam kadrowanie „z ręki”. Już na samym początku zapomnijmy, że istnieje

lampa błyskowa czy statyw, bo praktycznie nie będą nam one tutaj przydatne. Ogół tych zabiegów może znacznie odbić się na jakości naszych fotografii, ale przekrzywiony horyzont, nietrafiona idealnie ostrość czy duże szumy przechodzą na drugi plan, gdy uda nam się uchwycić jedyny w swoim rodzaju temat. To treść a nie forma ma być wyróżnikiem naszych obrazów. Zaczynając swoją praktyczną przygodę z fotografią miejską najlepiej udać się na ogólnodostępne wydarzenie w swojej okolicy, gdzie wręcz

roi się od zapalonych fotoamatorów. Doskonałym miejscem do przełamania własnych oporów i nieśmiałości w bliskim fotografowaniu nieznajomych osób może być np. festyn. Należy przygotować się na możliwość wystąpienia agresywnych reakcji czy dziwnych spojrzeń, ale w większości przypadków wystarczy życzliwy uśmiech, który powinien nas wybawić z kłopotliwych sytuacji. Trzeba zacisnąć zęby i starać się przezwyciężyć początkowe trudności oraz nieprzewidywalność ilości wartościowych kadrów, które uda nam się zdobyć. Raz możemy zrobić kilka bardzo dobrych zdjęć nawet w kilka minut a innym, wrócimy z pustymi rękami po kilkugodzinnej wyprawie. Do niewątpliwych zalet tego sposobu fotografowania należy zaliczyć jego niezależność od naszych planów czasowych. Zdjęcia można robić tylko w trakcie dojazdu do pracy lub (jeżeli mamy wolne) przez cały dzień, po uprzednim zaplanowaniu lub spontanicznie np. przy okazji wyjścia na zakupy. Ten rodzaj fotografii ponadto nie wymaga od nas inwestowania w drogi sprzęt czy dalekich podróży. Trzeba mieć na uwadze także to, czym street nie jest. To na pewno niepozowany portret na ulicy czy zdjęcia budynków. Liczy się tu rzeczywistość życia ludzi w jej najbardziej ulotnych momentach, wyjątkowość detalicznych wydarzeń, zestawień i akcenty, które najprawdopodobniej już nigdy się nie powtórzą. Najważniejsze, to mieć aparat zawsze przy sobie i zdać się na własną intuicję, która po odpowiednim treningu będzie bezcenna. Pamiętajmy, że fotografia uliczna wyrabia spostrzegawczość i wrażliwość na otaczającą rzeczywistość oraz pozwala utrwalać niecodzienne sytuacje w, do znudzenia codziennych, miejscach. Krystian Szczęsny

Więcej radości z fotografowania

Adoptować Nachtweya

Uznany lomografista Kevin Meredith stworzył książkę, która jest jednocześnie albumem, poradnikiem oraz źródłem inspiracji dla fotografów początkujących i poszukujących. Autor zamieścił tu ponad 60 własnych fotografii z opisami wyjaśniającymi, co sprawiło, że kadr stał się ciekawy.

Wystartował nowy portal emphasis.com z uznanym fotoreporterem, Karimem Ben Khalifem, na czele. Jest to kolejny po Kickstarterze projekt opierający się na „crowdsourcing”, czyli finansowaniu starań fotografów bezpośrednio poprzez ciekawego świata odbiorcę, wyłączając przy tym edytorów, reklamodawców i redaktorów naczelnych z procesu twórczego autora.

W przekładzie na polski, książka nosi tytuł: „Tu i teraz. Radość fotografowania”. Znalazła się w księgarniach dzięki wydawnictwu Galaktyka. Jest to wyjątkowa pozycja, ponieważ autor opiera się głównie na doświadczeniach z użyciem prostych (pod względem budowy) aparatów Lomo. Kolorowe flesze, które są charakterystyczne dla tego typu konstrukcji, błyskają na całym świecie już od dawna. Ten rewolucyjny odłam fotografii doczekał się akceptacji i uznania. Meredith zaczął tworzyć w tym nurcie, gdy jeszcze studiował projektowanie graficzne, czyli około 1998 roku. Estetyka jego zdjęć została bardzo dobrze przyjęta w rozwijających się serwisach społecznościowych. Kevin zdobył dużą popularność również dzięki nagrodom w Tokio i Wiedniu oraz wystawom zbiorowym w najważniejszych galeriach Londynu. Po dziesięciu latach zbierania doświadczeń i materiałów Kevin postanowił wydać książkę i podzielić się swoją wiedzą. W oryginalnej wersji nosi ona tytuł „Hot shots” i na prze-

łomie lat 2008 i 2009 odniosła w Wielkiej Brytanii duży sukces, po czym została przetłumaczona na pięć języków. Od tamtego czasu twórca, mieszkający obecnie w Brighton, zorganizował własne kursy fotografii oraz wprowadził na rynek jeszcze jeden poradnik – „52 Photographic Projects” we współpracy z dziewiętnastoma innymi blogerami.  W debiutanckiej książce Meredith opisuje cały wachlarz elementów, jakie składają się na dobre zdjęcie. W przystępny i atrakcyjny sposób daje wskazówki, co należy zrobić, aby kadr stal się interesujący. Zaczynał od pisania na potrzeby swojego bloga,

dzięki temu wypracował swobodny styl wypowiedzi. Nie zanudza czytelników zbyt wieloma szczegółami dotyczącymi sprzętu. Nakłania do własnych poszukiwań. W publikacji można znaleźć takie techniki jak: zdjęcie z zaskoczenia, portret bez twarzy czy rzut aparatem. Autor podkreśla, że zasady są po to, aby je łamać. Nie zapomina jednak o opisie podstawowych reguł – stąd w przedostatnim rozdziale znajdziemy informacje na temat poprawnej ekspozycji oraz zasad kompozycji. Warto, aby każdy poszukujący fotograf zapoznał się z nowatorskim podejściem autora do fotografii i przekazywania o niej wiedzy, aby rozwinąć własną inwencję twórczą. Kevin Meredith „Tu i teraz. Radość fotografowania” Wydawnictwo Galaktyka, 2010, Ilość stron: 224 Piotr Czaplicki

We współpracy z organizacją „Reporterzy bez granic” i firmą ubezpieczeniową Escapade (specjalizującą się w ubezpieczeniu reporterów wojennych), grupa jurorów wybiera i promuje projekty fotografów, na rzecz których (za pomocą strony www) można przekazać darowiznę. Uprawnia ona przede wszystkim do śledzenia projektu. Im większa darowizna, tym większe przywileje – od odbitek po sygnowane i limitowane egzemplarze aż do prywatnej rozmowy z autorem. Każdy, kto wesprze danego fotografa, minimalną sumą 10 dolarów, może dodatkowo oglądać gotowy materiał 4 dni przed jego publikacją. Każdy projekt jest promowany przez organizację do z góry ustalonego terminu. Jeśli po jego upływie, ustalona wcześniej suma nie została zebrana, darowizny wracają na konta filantropów fotografii. Jeżeli jednak uda się zebrać fundu-

sze to wtedy projekt zostaje przeniesiony do strefy emphasis.is dostępnej tylko dla sponsorów, gdzie można śledzić ruchy fotografa, postęp projektu, nawiązać z nim kontakt oraz oglądać ich przy pracy. Projekt danego fotografa finansuje się sam poprzez daniny zainteresowanych tematyką. Zarobek reportera natomiast nadal zależy od publikacji materiału np. w prasie. Przy czym poszczególne tytuły prasowe mogą uzyskać szczególne, nawet wyłączne prawa do publikacji poprzez wnoszenie na rzecz projektu kwotę nie mniejszą niż 50 proc. kosztów fotografa. Według pomysłodawców portal powstał z powodu odwrócenia się mediów od fotoreportażu i „concerned photography”: fotografii socjalnej, ekologicznej czy wojennej. Jan Grabek

11


PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.pdf.edu.pl

www.facebook.com/redakcjaPDF

Fotoreportaż

PDF miesięcznik studencki – maj 2011

Fotoreportaż

„PS: Myślę o tobie” Kolejny sukces dziennikarza i fotografa PDF w konkursie fotograficznym! Nasz redakcyjny kolega, Jan Grabek, otrzymał wyróżnienie za fotoreportaż "PS: Myślę o tobie" w ogólnopolskim biennale fotografii „Kochać człowieka” 2011. Od 29 kwietnia zdjęcia można oglądać na wystawie w galerii „Tyle światów” Oświęcimskiego Centrum Kultury. Gratulujemy!

Globalizacja zmieniła nieodwracalnie życie obywateli Europy i wielu innych części świata. Nie inaczej jest z życiem młodej rodziny w Niemczech na początku XXI wieku. Jeszcze kilka dekad temu nasi pradziadkowie rzadko mieli możliwość przemilczania się dalej niż do sąsiedniej wsi. Obecnie podróżowanie nawet pomiędzy krajami czy kontynentami dla wielu osób nie stanowi większego problemu. Dzisiejsze życie zaciera podziały, nie tylko te terytorialne. Para młodych ludzi – bohaterów fotoreportażu – bez tej wolności nigdy nie miałaby możliwości spotkania się, a ich dziecko nie pojawiłoby się na świecie. Kobieta dzięki polsko-niemieckim rodzicom wychowała się w atmosferze dwujęzyczności. Natomiast jej mąż pracuje w Polsce, lecz jego korzeniami jest hiszpańska Kraina Basków. Poznali się, kiedy ona odbywała praktyki w jego ojczyźnie. Niedługo po-

12

tem, po decyzji o przyjeździe do Niemiec, pobrali się. Dziecko tej międzynarodowej pary już teraz odczuwa negatywne strony wolności, która jest nieodłączną pochodną globalizacji. Ojciec, by móc zapewnić rodzinie dobrobyt, zmuszony jest do pracy za granicą. Częste wyjazdy czynią z niego weekendowego gościa we własnym domu. Większość obowiązków związanych z codziennością spada więc na matkę. Zdjęcia są selekcją z większego eseju i zostały wyróżnione w konkursie ogólnopolskiej biennale fotografii „kochać człowieka” 2011. www.ock.org.pl

13


www.pdf.edu.pl

Fotografia

Yuri Kozyrev jest jednym z jedenastu niezależnych fotografów wybranych poprzez „2011 Magnum Foundation Emergency Fund”. Nowojorska fundacja przeznaczyła 100 tys. dolarów na projekty autorów, którzy zajmują się problemami zarówno globalnymi jak i lokalnymi. Pomysł autora nie został jednak ujawniony. www.magnumfoundation.org „Różne trendy w fotografii zmieniają się i zanikają, styl fotografa jest czymś trwałym” - mówi Rachel Barrett, jurorka z Photo District News. Tegoroczna edycja poszukiwań młodych talentów wyłoniła Giuliego Di Sturco, który znalazł się wśród 30 fotografów wybranych poprzez magazyn PDN w ramach eliminacji talentów „PDN 30 New and Emerging Photographers to watch”. Styl osobisty był wyznacznikiem wyboru jury, które zwróciło uwagę na opowiadane historie, sposób ich przedstawienia i operowanie światłem w dorobkach autorów nadesłanych portfolio. www.pdngallery.com/gallery/ pdns30/2011/ www.viiphoto.com Koncern technologii medycznych BD zorganizował konkurs fotograficzny „Hope for a Healthy World”. W jury zasiedli MaryAnne Golon (była fotoedytorka TIME Magazine), Gary Knight (jeden z twórców agencji VII) i Rethink-Dispatches oraz Scott Thode (edytor VII The Magazine). Nagrodzono m.in. Stefana De Luigi w kategorii Best Global Health Multimedia. Zwycięskie materiały będę dostępne na łamach Photo District News w czerwcu. www.bdphotocompetition.com Jury kanadyjskiego konkursu „2011 Anthropographia Award for Human Rights” wyróżniło Giulio Di Sturco i Donalda Webera w kategorii Photo-Essay. Ed Kashi, Peter DiCampo i Stefano Di Luigi osiągnęli sukces w kategorii Multimedia, w której ten ostatni otrzymał wyróżnienie honorowe. Konkurs koncentruje się na historiach zapomnianych tragedii, nagradza fotografów zajmujących się prawami człowieka i opowieściami o ich nieprzestrzeganiu. www.anthropographia.org/2.0

14

Pierwsze jednostki koalicji wkroczyły na iracką ziemię 20 marca 2003 roku. Choć oficjalnie wojna została zakończona po dwóch miesiącach, to nadal giną ludzie. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest zawiła tak samo, jak prezentowanie tej wojny w mediach. Brakuje ambitnych publikacji prasowych, przedstawiających potężny wymiar konfliktu, co z pewnością jest wynikiem cenzury, budowania wizerunku partnerów koalicyjnych oraz niechęci do zdjęć odstraszających reklamodawców. Ale może też nie ma zdjęć na miarę kadrów z Wietnamu lub dramatów społecznych z Demokratycznej Republiki Konga? W publicznym obiegu nie znajdziemy materiałów fotograficznych z pierwszych dwóch miesięcy irackich walk. Nic o bitwie o Kirkuk, w której ostry ostrzał artyleryjski koalicji kosztował życie niezliczoną ilość cywilów. Nic o masakrze w Hadithy, dokonanej przez amerykański pluton na kobietach i dzieciach. Co prawda telewizja BBC informowała o kalekich noworodkach, których cierpienie było skutkiem ekologicznych zmian po działaniach wojennych. Jednak żaden fotograf nie podjął się realizacji tego tematu. Wyjaśnieniem braku obiektywnej oceny sytuacji jest cenzura medialna wojsk koalicyjnych. Ale może nie tylko. Dworzak ma w tym temacie własne przemyślenia, którymi dzieli się w photocaście „Chechnya/Iraq”, będącym częścią serii „War Essays”. Autor zdjęć opowiada o tym, jak diametralnie różni się fotografowanie walk w Czeczenii od dokumentowania wojny w Iraku. Cenzura wojsk koalicji mocno ogranicza swobodę autora w omawianiu pracy w Iraku, ale zestawienie tej sytuacji z Czeczenią nadaje opowieści dodatkowego kolorytu. Fotograf poprzez ciekawą narrację prowadzi nas od możliwości

Konflikty zbrojne kojarzą się zawsze z tym samym. Krew, cierpienie i ból to elementy nierozerwalnie związane z każdą wojną. Mimo tych podobieństw obrazy walk nie są nigdy takie same – dowodem tego jest photocast Tomasa Dworzaka „Chechnya/Iraq”.

Styczeń 2005. Podczas misji z jednostką medyczną. W telewizji proces w sprawie tortur w więzieniu Abu Ghraib. Irak, Baza lotnicza Taji, Bagdad. otwierających się przed każdym reporterem dokumentującym konflikt, po osobiste nastawienie do otaczających go tam osób. Najistotniejsze są jednak wnioski, które unaoczniają, jak bardzo natura amerykańskiej okupacji wpływa na swobodę pracy fotografa wojennego. Do głównych problemów tego photocastu należy zaliczyć dominację monologu nad zdjęciami, które zdają się być tylko tłem. Dworzak mówi szybko, co zmusza nas do wysilenia się podczas słuchania przy jednoczesnym oglądaniu mknących zdjęć. Sprawia to wrażenie pośpiechu, braku scenariusza prezentacji fotografii, które stały się tu tylko wizualnym potwierdzeniem słów narratora. Dodatkowo oświetlenie sekwencji fil-

Na wszystkich frontach Na festiwalu Visa pour Image w Perpignan, 6 września 2001 roku, ogłoszono powstanie Agencji Fotograficznej VII (czyt. seven), zrzeszającej elitę fotografów dokumentujących światowe konflikty. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że preludium jednej z największych wojen nastąpi 5 dni później. Nazwa agencji pochodzi od liczby jej założycieli. Pomysł powstał w 1999 roku w głowach Gary’ego Knighta i Johna Stanmeyera. Dołączyli do nich Alexandra Boulat, Ron Haviv, Antonin Kratochvil, Christopher Morris i James Nachtwey. Ten siedmioosobowy kolektyw zrzeszał jednych z najwybitniejszych twórców fotoreportaży na świecie. Za cel postawili sobie dokumentowanie i publikowanie relacji z konfliktów. Ich fotograficzne historie są związane nie tylko z miejscami objętymi działaniami zbrojnymi, ale opowiadają także o problemach społecznych, etnicznych, religijnych czy wydarzeniach politycznych. Obecnie Agencja zrzesza 11 pełnoprawnych członków, a także 24 osoby uczestniczące w programach VII Network i VII Mentor. Już 5 dni po ogłoszeniu powstania Agencji John Nachtwey naciskał spust migawki, fotografując z okna swojego apartamentu na Manhattanie płonące Twin Towers. Polityka gabinetu Busha postawiła przed foto-

Co po rewolucji?

Wojna niewidzia(l)na fot. Thomas Dworzak/Magnum Photos

Kadir van Lohuizen rozpoczął podróż wzdłuż trasy Panam na południu Chile. W 40 tygodni chce dotrzeć do drugiego końca drogi łączącej kontynenty amerykańskie. Przedsięwzięcie pod nazwą ViaPanam można śledzić i wspierać na www.emphasis.is. Celem projektu jest udokumentowanie migracji amerykańskiej. www.noorimages.com

Kolumna Zygmunta

Rubryka powstała we współpracy z agencją Ek Pictures, która jest przedstawicielem w Polsce agencji fotograficznych, m.in.: Magnum i VII. Zdjęcia udostępniono dzięki życzliwości autorów i ich agencji.

grafami trudne zadanie: konflikt, w który zaangażowana była bezpośrednio ojczyzna większości z nich. Temat: wojna z terroryzmem. Prace członków Agencji VII są efektem wyjątkowej wrażliwości, a także indywidualnego spojrzenia każdego z nich. Podczas gdy Ron Haviv w „Drodze do Kabulu” pokazuje codzienne obrazy z życia miejscowej ludności, Stanmeyer utrwala na kliszy los afgańskich uchodźców, Gary Knight fotografuje krajobrazy Afganistanu ogarniętego wojną, a Nachtwey twarze żołnierzy. Wszyscy chcą otworzyć oczy ludzi Zachodu na tragedię innych, którzy często w związku z religią czy kulturą są uważani za gorszych. Spoglądają przez wizjer także na Amerykanów – tych, którzy walczą na Bliskim Wschodzie oraz tych, którzy zostali w ojczyźnie. Fotoreportaże Agencji pozwalają również przyjrzeć się bliżej aspektom społecznym innych kultur, takim jak samospalanie się afgańskich kobiet, a także wydarzeniom ważnym

mowych, przedstawiających autora, wyraźnie psuje odbiór ponieważ nie wpisuje się ono w ogólną estetykę tworzoną przez fotografie. Dworzak nie zwierza się ze wszystkiego. Nie mówi ani słowa o tym, że praca z ramienia wojsk koalicyjnych jest po prostu najprostszym rozwiązaniem dla fotografa prasowego, który nie jedzie do Iraku w ramach długoterminowego projektu. Autor wnioskuje tylko, że hermetyczność kultury irackiej wyklucza inny sposób pracy w tym kraju niż ten wybrany przez niego. Na jego niekorzyść działa fakt, że innym fotografom z Zachodu jednak się udało. Wymaga to po prostu odpowiedniego przygotowania i (prawdopodobnie) często nielegalnego przekraczania granicy,

ponieważ jedną z największych przeszkód w czasie takiego wyjazdu – obok niewidocznej linii frontu – jest proces wydawania wiz. Biurokracja, która nie jest niezależna od Amerykanów, może trwać miesiącami i skończyć niepowodzeniem z błahego powodu. Współpraca z wojskiem jest więc pójściem po najmniejszej linii oporu. Choć związana z ogromem formalności i stałą kontrolą pracy fotoreportera przez Pentagon – jest to pewniejsze rozwiązanie. Na zdjęciach będą karabiny, hummery i dzielni amerykańscy żołnierze. Każdy myślący o reklamodawcach edytor gazety woli oglądać właśnie to, a nie zrozpaczonych Irakijczyków. W każdym razie cenzura wojsk nie popełniła tego samego błędu, co w 1991 roku przy wojnie o Kuwejt. Photocast porusza ważne problemy. Mówi o politycznych warunkach pracy fotoreportera oraz o zaporowych granicach kulturowych, które mogą znacznie wpłynąć na jego wypowiedź fotograficzną. Widać zatem jasno, że wizerunek całej wojny, wroga czy nawet całego narodu, może zależeć tylko od tego, jak fotografowie odnajdą się na miejscu konfliktu. To bez wątpienia ogromna odpowiedzialność. Thomas Dworzak „Chechnya/Iraq” http://inmotion.magnumphotos. com/essay/warsdworzak Jan Grabek

fot. Marcus Bleasdale/VII

Krótko

PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.facebook.com/redakcjaPDF

2003. Żołnierz milicji leży w improwizowanym szpitalu w Dro Dro (Demokratyczna Republika Konga). Miejscowi w tym rejonie zarzucają milicji kanibalizm, dlatego ten żołnierz po pojmaniu został przez nich pobity. w skali światowej, jak trzęsienie ziemi na Haiti. Agencję VII wyróżnia nie tylko profil, ale także sposób funkcjonowania. Całkowicie uniezależniła się od tradycyjnych mediów. Prace fotografów są prezentowane i sprzedawane w internecie. Taka forma prezentacji pozwala autorom w 100% decydować o kształcie fotoreportażu. Nie muszą liczyć się ze zdaniem wydawcy i edytora odnośnie selekcji czy postprodukcji. Każdy z fotografów Agencji VII pracuje niezależnie, najczęściej na zlecenie najbardziej renomowanych pism. Praca dla prasy daje pre-

stiż i pozwala wybić się najlepszym. Natomiast zdjęcia publikowane w internecie mają uzupełnić okrojony często materiał publikowany w prasie i dotrzeć do większej ilości odbiorców. Autorzy oczywiście liczą na zyski ze sprzedaży zdjęć, ale, jak zgodnie podkreślają, najważniejszym zadaniem ich fotografii jest pobudzenie ludzkiej wrażliwości, dotarcie z przekazem do mas. Strona oficjalna Agencji VII www.viiphoto.com

Po rewolucji zawsze pojawiają się wygrani i przegrani. Także we współczesnej rewolucji technologicznej ofiar nie brakuje. Gry, Facebook, YouTube wciągają jak narkotyki – niektórzy nie mogą już bez nich żyć. Wychowani na obrazach

Czytanie gazety (Marcello Mastroianni i Rita Tushingham w filmie „Diamonds for Breakfast”) Wiadomości o tym co, jak i gdzie, rozchodzą się lotem błyskawicy, zmieniając w jednej chwili wiedzę milionów ludzi. Nawet najtwardsze reżimy świata, chcąc współzawodniczyć z innymi państwami, muszą sięgać po współczesne narzędzia i technologie, a przy okazji instalują u siebie kanały swobodnego przepływu informacji. Internet i telefony komórkowe mają w sobie moc rewolucyjną – pozwalają pokonywać wszystkie bariery wymyślone przez regulatorów życia społecznego. O sile nowych technologii przekonała się już niejedna władza, wystarczy wspomnieć działania WikiLeaks ujawniające tajemne działania największego współczesnego mocarstwa.

Tradycjonaliści w niebezpieczeństwie

Zmiana narzędzi do przesyłania informacji pociąga za sobą zmiany w sposobie ich tworzenia. Media elektroniczne pozwalające na odczyt wiadomości w niemal każdym miejscu świata i w każdej chwili są dziś podstawą międzyludzkiej komunikacji. Młode pokolenie uznało je za główny kanał porozumiewania się i zdobywania wiedzy. Poprzednie formy upubliczniania wiadomości jeszcze funkcjonują, ale widoczny jest ich schyłek. Prasa drukowana, zajmująca się przekazywaniem wiadomości, zaczyna powoli przechodzić do internetu. Jej wydawcy nie chcą uwierzyć, że to już koniec, jeszcze szukają sposobów, by zainteresować dwudziesto- i trzydziestolatków zadrukowanym papierem, ale są raczej skazani na porażkę. To oczywiste, że młodzi nie będą sięgać po niewygodne i archaiczne dla nich systemy komunikowania się, bo mają swoje, wygodniejsze w użyciu.

Ekran jako miejsce odbierania wiadomości jest od dawna zadomowiony w naszej kulturze. Pierwszą wojnę z wcześniejszymi mediami wygrał w połowie lat 70. XX wieku, eliminując z rynku tygodniki bazujące na fotoreportażu. Wiadomości telewizyjne docierały do widzów szybciej, a połączenie ruchomego obrazu z dźwiękowym komentarzem, wygłaszanym zza obrazu, ułatwiało jego odbiór. Gdy telewizory pojawiły się w większości domów, królujący przez 40 lat fotoreportaż musiał szukać dla siebie nowej przestrzeni, co z czasem stawało się coraz trudniejsze. Dziś w drukowanej prasie nie ma dla niego miejsca, w szczątkowej formie trwa jeszcze w niektórych anglosaskich tytułach, ale i one znikną w nieodległej przyszłości. Co wtedy stanie się z fotoreportażem? Ekran telewizyjny już pół wieku temu przyzwyczaił nas do oglądania gadających obrazów, ale dziś, prz y wiązany kablem do ściany, ogranicza możliwość kontaktu z aktualnymi informacjami, zaczyna być staromodny, choć wciąż znacznie bardziej żywotny niż gazety. Odkąd pojawił się iPad, wszystkie dotychczasowe kanały odbierania wiadomości stały się zagrożone. To zagrożenie nie dotyczy samych wiadomości, lecz systemów komunikowania i sposobów budowania informacji. Tradycyjne dziennikarstwo jest w największym niebezpieczeństwie, bo mały ekran, jak na razie, nie gwarantuje wygody podczas czytania obszernych tekstów. Krótkie informacje idealnie wpisują się w logikę ekranu. Z kolei umieszczone na nim komentarze, analizy czy reportaże męczą długością i wizualną monotonią.

Za wcześnie, by wyrokować, jak wyglądać będzie przekaz informacji za kilka lat. Nie ma jednak wątpliwości, że narzędzia do ich odbioru będą dziećmi dzisiejszego iPada. Ratunkiem dla gazet będzie ich „przeprowadzka” z kiosków na płaski ekran. Ci najbardziej zawzięci, zwłaszcza reprezentanci starszego pokolenia, będą dalej czytać, bo zostali wychowani w kulturze słowa. Młode pokolenie wychowało się na obrazach i dźwiękach, i takich form przekazywania wiadomości będzie szukać. W tradycyjnych gazetach tego nie znajdują, więc sięgają po przenośne media elektroniczne, które zawierają w sobie wszystko, co interesuje młodych – krótkie wiadomości, sporo dźwięków i obrazów. Kto szybciej i sprawniej zbuduje wciągający, wizualno-dźwiękowy system przekazu na urządzenia przenośne, ten wygra. Szklany ekran zawsze miał moc skupiania na sobie uwagi, także dlatego, że nie potrzebował ciemności, żeby być dobrze widoczny. Podobnie działa niewielki ekran komputera przenośnego, dając szansę na kontakt w każdej chwili i w każdym czasie.

na, czyli fotoreportaż. Nowe media pozwalają budować narrację opowieści wielozdjęciowej, która przypomina wideoklip muzyczny lub reklamę telewizyjną. Programy do przygotowywania fotograficznej prezentacji pozwalają łączyć zdjęcia z wykorzystaniem najazdów, przenikań lub nagłych zmian obrazów. Przypomina to montowanie dzieła kinowego. Obok zdjęć mogą pojawiać się też dźwięki, filmy, grafika czy tekst. Ekran jest doskonałym urządzeniem do przesyłania widzowi rozbudowanych, wielowarstwowych sekwencji zdjęć. Statyczne, pojedyncze obrazy, oglądane okiem kamery, ze zbliżeniami na szczegół z drugiego planu czy możliwością dłuższego przypatrywania

zdjęć opowieści fotografa lub towarzyszącego mu dziennikarza. Gadające głowy nudzą na co dzień w telewizji. Fotokast, czyli multimedialna forma prezentacji fotografii, musi być inny, ciekawszy i żywszy. Gadanie, nawet najmądrzejsze, zdecydowanie osłabia dynamikę przekazu. Dzisiejsze narzędzia fotograficzne pozwalają nie tylko fotografować, ale również filmować i nagrywać dźwięk. Autor zdjęć, dokumentujący rzeczywistość, zawsze był najbliżej wydarzenia, inni dziennikarze mogli budować pisane lub nagrywane sprawozdania na podstawie wywiadów ze świadkami. To nie zmieniło się do dziś. Dzięki wielofunkcyjnemu aparatowi fotograficznemu możliwy jest zapis filmowy i dźwię-

Przyszłość w nowych mediach

Nowe narzędzia, służące do przekazu informacji, są wielką szansą dla fotografii, ale nie w jej tradycyjnym wydaniu, którego symbolem pozostają albumy. Ze względu na format, oprawę i sposób wydania ogląda się je z należnym nabożeństwem, jednak przenoszenie tej formy na ekran nie ma sensu, a nabożeństwo zamienia się wtedy w nudę. Komputerowe oprogramowanie pozwala na tworzenie rozbudowanych narracji fotograficznych, przykuwających uwagę nie tylko treścią, ale i nowoczesną, dynamiczną formą. Czy fotografowie z tego skorzystają? Czy zechcą dostosować swoje wypowiedzi do najnowszych, internetowych form prezentacji? W gazetach wszechobecne są zdjęcia pojedyncze, pełnią funkcje ilustracji, notatki wizualnej czy prostej informacji. W internecie pełnią one podobną rolę. Naturalne wydaje się pragnienie, aby za sprawą zmiany narzędzi do przekazywania informacji powróciła rozbudowana wypowiedź fotograficz-

Czytając iPada się poszczególnym fragmentom, pozwalają na dostrzeżenie tego, czego w pośpiechu nie zauważamy. Istotną częścią wypowiedzi umieszczanych w internecie jest dźwięk. Stanowi on największy problem dla fotografów, którzy dotąd nie musieli się nim zajmować. Powinni jednak nauczyć się nad nim panować, tak jak robią to filmowcy, umiejący wzmocnić działanie obrazu przy pomocy dźwięku. Niestety, pomoc osób związanych z radiem nie jest rozwiązaniem, bo ci z kolei nie wiedzą jak pracować nad obrazem, nie doceniają też często jego roli. Najprostszym, ale i najgorszym rozwiązaniem, jest dołączenie do

kowy. Niełatwo jest nad tym wszystkim zapanować, ale – jak dowodzą najciekawsi fotografowie i agencje fotograficzne – jest to możliwe. Nowoczesne formy wypowiedzi zauważyli organizatorzy najważniejszych światowych i krajowych konkursów fotograficznych: Picture of the Year, World Press Photo czy Grand Press Photo. Może więc fotoreportaż nie zginie, jak głoszono od lat, a wręcz powróci na królewski tron jako najszlachetniejsza forma fotografii, choć już nie w prasie drukowanej, lecz w wirtualnych tytułach, do których należy przyszłość. Andrzej Zygmuntowicz

Publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny

PDF miesięcznik studencki – maj 2011

Dorota Bigo

15


PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.pdf.edu.pl

PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.facebook.com/redakcjaPDF

To PRoste reklama

Case study

Ostatni bieg ratunku

Kto ukradł logo?

Wzruszająca historia, wielkie poświęcenie i pełne oddania postawy ludzi, dzięki którym świat staje się lepszy. Dariusz Szwast poderwał celebrytów, media i przeciętnych Polaków do biegu po zdrowie dla jego syna. Wraz z nim pobiegła także agencja PR Headlines, za co dostała nagrodę w wyścigu po Złote Spinacze 2010.

Czy można w ciekawy i nowatorski sposób poinformować pracowników o zmianie korporacyjnego logo? Trzeba im je ukraść! „Kto ukradł nasze logo?” to stworzona przez Euro RSCG Sensors kreatywna kampania komunikacji wewnętrznej, skierowana do pracowników centrali Grupy Żywiec, wspierająca wdrożenie nowej identyfikacji wizualnej firmy. Projekt spodobał się pracownikom i ułatwił pozyskanie ich akceptacji dla zmian wdrażanych w organizacji. Stworzony na potrzeby kampanii komiksowy antybohater GŻmot był stale obecny w mediach wewnętrznych, wspierając komunikację różnych zagadnień firmowych.

Po co firmie zmiany? reklama

Zmiana korporacyjnego logo zawsze niesie ryzyko jej negatywnego odbioru przez pracowników firmy. W 2010 roku przed takim wyzwaniem stanęła Grupa Żywiec. Firma zdecydowała się na zmianę identyfikacji wizualnej, ponieważ dotychczasowa nie odzwierciedlała struktury ani tożsamości firmy. Pracownicy nie identyfikowali się z korporacją, raczej czuli się związani z mniejszymi strukturami Grupy. Wszystkie te czynniki miały negatywny wpływ nie tylko na budowanie spójnej kultury korporacyjnej, lecz także na identyfikację z celami biznesowymi firmy. Przez lata w Grupie Żywiec inwestowano przede wszystkim w budowanie silnych marek produktowych, odkładając na dalszy plan wzmocnienie marki korporacyjnej. Strategię kampanii wdrażającej nową identyfikację Euro RSCG Sensors oparło więc na ukazaniu pracownikom znaczenia korporacyjnego logo poprzez jego… tymczasowe zniknięcie. Miało to uświadomić wszystkim, że zmiany wizerunkowe są niezbędnym etapem rozwoju firmy, a także zainteresować korporacyjnym logo oraz znaczeniem identyfikacji wizualnej. Kluczowe było pozyskanie akceptacji pracowników, zaangażowanie ich w proces wdrażania nowego logotypu, zwrócenie uwagi na wartości wspólne dla całej korporacji oraz stworzenie podstaw do dalszego budowania kultury korporacyjnej.

Tajemnicza kradzież logo

Na potrzeby kampanii „Kto ukradł nasze logo?” został stworzony fikcyjny

16

antybohater o imieniu GŻmot, który pewnego dnia dokonał zuchwałej kradzieży najważniejszego logotypu – neonu na budynku centrali Grupy Żywiec. Pracownicy dowiedzieli się o tym z filmu opublikowanego w serwisie www.youtube.com, dokumentującego „przestępstwo”. W spocie zobaczyli niezidentyfikowanego osobnika w stroju superbohatera, który kradnie neon z dachu budynku. W siedzibie firmy pojaw i ł y s i ę liczne plakaty w konwencji „poszukiwa-

„Piwnego Obiektywu” zmienił się w „Biromaniaka”. Na okładce pisma zamieszczono projekt nowego logo. Duża część magazynu została poświęcona zmianie identyfikacji, wyjaśnieniu jej koncepcji, pracom związanych z wdrożeniem nowego systemu. Na ostatniej stronie gazetki po raz pierwszy w historii firmy opublikowano komiks, którego scenariusz obejmował ujawnienie postaci GŻmota, sprawcy zuchwałej kradzieży logo Grupy Żywiec, oraz zapowiadał jego dalsze losy. GŻmot na stałe zagościł bowiem w piśmie jako uosobienie wyzwań stojących przed pracownikami Grupy.

Anna Nawrocka Account Manager anna.nawrocka@eurorscg.pl

ny” z wizerunkiem GŻmota, zachęcające pracowników do odnalezienia sprawcy. Po całej firmie rozesłano także e-maile z informacją o kradzieży oraz prośbą o pomoc w odszukaniu winowajcy. W przeddzień rozpoczęcia fazy teaserowej neon faktycznie został zdemontowany z dachu. W tym samym czasie w intranecie Grupy Żywiec opublikowano krótkie informacje zachęcające pracowników do szukania sprawcy. Dwa tygodnie po kradzieży logotypu pracownicy otrzymali mail, w którym prezes oficjalnie poinformował o rozpoczęciu procesu zmiany identyfikacji wizualnej Grupy Żywiec SA i wyjaśniał koncepcję nowego logo. Na cały zespół centrali firmy czekał również specjalny zestaw identyfikacyjny (nowe wizytówki, karty dostępu, czapeczki z nowym logo oraz broszury promujące pasję, kluczową wartość dla korporacji). Działania komunikacyjne obejmowały również stworzenie nowego magazynu wewnętrznego, który z

Biegnę dla Kacpra” polegała na przebiegnięciu przez zdeterminowanego ojca dystansu 779 km przez całą Polskę Kacperek Szwast urodził się bez jednej dłoni i części przedramienia. – Po okresie smutku zdecydowaliśmy z żoną, że musimy wziąć sprawy w swoje ręce, aby pomóc naszemu synkowi – opowiada Dariusz Szwast, ojciec Kacperka. –Tak właśnie powstał pomysł biegu dla Kacperka. Projekt nazwałem „Biegnę dla Kacpra”, a jego głównym celem było zebranie pieniędzy na zakup protezy. Chcieliśmy też pokazać społeczeństwu, że w tym pędzącym świecie jest jeszcze miejsce na miłość, uczciwość oraz wiarę w to, że nawet przeciwności losu możemy przezwyciężyć z pomocą innych – dodaje. Tak zaczyna się historia projektu „Biegnę dla Kacpra”, polegającego na przebiegnięciu przez zdeterminowanego ojca dystansu 779 km przez całą Polskę.

Przed startem

Patron merytoryczny

W Warszawie wypadała połowa trasy biegu – do pokonania zostało 394 km. 16 czerwca, na Placu Trzech Krzyży, razem z tatą Kacpra stanęło ponad 40 osób. Na tym znamiennym półmetku pojawiły się też znane osoby, które wspierały projekt: Marcin Meller z żoną Anną Dziewit-Meller, Tomasz Kot, Maciej Dowbor oraz Damian Śmigielski. Do biegu dołączyła również Joanna PruszyńskaWitkowska, redakcja Teleexpressu, której przewodził Maciej Orłoś oraz reprezentacja firmy Blau Farma. Ostatni odcinek biegu prowadził drogami Podkarpacia, aż do rodzinnego domu Darka Szwasta w Głojsach. W Krośnie, obok ojca Kacpra, wystartował jego trener August Jakubik, część ekipy Krośnieńskiego Klubu Biegacza oraz ponownie Beata Sadowska.

Zwycięski finisz

Pozytywne efekty występku

W wyniku przeprowadzonych działań komunikacyjnych pracownicy centrali Grupy Żywiec poz y t y wnie odebrali wprowadzenie nowej identyfikacji wizualnej w firmie. Wzrosła także ich świadomość znaczenia korporacyjnego logo zarówno wewnątrz, jak i na zewnątr z organizacji. Dzięki kampanii została stworzona baza do dalszych działań rebrandingowych w poszczególnych spółkach korporacji, w tym w browarach.

Na półmetku

Pomysł na zdobycie uwagi mediów był prosty i chwytający za serce. Ambasadorką projektu została Beata Sadowska, dziennikarka i prezenterka telewizyjna. – Kacperku, masz fantastycznego tatę. Wierzę, że tata poruszy serca i portfele, bo bez nich, niestety, czasami się nie da. A może poruszy i nogi, żeby pobiegły z tatą przez Polskę? Ja obiecuję, że stanę na starcie – deklarowała jeszcze przed rozpoczęciem akcji. I faktycznie, 1 czerwca, w Dzień Dziecka, stanęła na starcie w Gdańsku u boku taty Kacperka i przebiegła wraz z nim ponad 55 km. Ale to nie wszystko. Kiedy Beata Sadowska dowiedziała się o problemie Kacperka,

zgłosiła się do Joanny Pruszyńskiej-Witkowskiej, prezes Headlines Por ter Novelli, zaprz yjaźnionej agencji PR-owej, i poprosiła o wsparcie dla jego rodziców.

Do biegu, gotowi…

Dariusz Szwast ruszył do biegu, a agencja Headlines ruszyła z działaniami, których celem było, aby o inicjatywie kochającego ojca dowiedziała się cała Polska. – Agencja Public Relations Headlines zaangażowała się w ten niezwykły projekt zwykłego człowieka, ponieważ zaimponowała nam postawa pana Dariusza Szwasta, ojca, który chce pomóc swojemu dziecku, ale także pokazać społeczeństwu, że trzeba walczyć z przeciwnościami losu. Jednocześnie projekt stał się manifestacją zdrowego, aktywnego życia. Biegnijmy dla zdrowia Kacpra, ale też dla swojego zdrowia, stańmy się nadzwyczajni – mówi Joanna Pruszyńska-Witkowska. Na początku graficzka z Headlines stworzyła logotyp projektu „Biegnę dla Kacpra”. Powstało biuro prasowe, które na bieżąco dostarczało mediom informacje prasowe z poszczególnych odcinków trasy. Patronat nad przedsięwzięciem objęły Radio Zet, E-dziecko, TVP oraz Dzień Dobry TVN. Ponadto, przez internet komunikowano się bezpośrednio ze społeczeństwem. Na potrzeby akcji stworzono konta na Facebooku, Twitterze i Flickrze. Pracownicy Headlines nie ograniczyli się wyłącznie do działań public re-

lations, ale także, dając przykład innym, włączyli się do biegu.

4 czerwca, w atmosferze zwycięstwa i w eskorcie policji, strażaków, kilkunastu motocyklistów i grupy innych biegaczy, po godzinie 16.00, Dariusz Szwast zakończył swój bieg. Tę „ostatnią prostą” relacjonowały redakcje TVN oraz TVP. Wielkie emocje towarzyszyły kampanii w internecie, gdzie agencja Headlines na bieżąco informowała o etapach biegu za pośrednictwem Facebooka. Liczba fanów na fanpage’u gwałtownie wzrosła, kiedy do akcji dołączyła marka kosmetyków dla dzieci i niemowląt ze swoją CRM-ową akcją „każdy nowy fan to 2 złote przekazane na konto taty przez Atoperal Baby”. W ciągu czterech dni od jej ogłoszenia na Facebooku liczba osób, które „lubią to”, wzrosła do 35 tysięcy, uzyskując na koniec liczbę

44 tysięcy. Fanpage odwiedzano 117 031 razy podczas 40 dni, co dało mu 35. miejsce w rankingu na najliczniej odwiedzane i najaktywniejsze strony na Facebooku. 8198 „lajków”, 874 komentarze, 437 wpisów userów – te dane to również wyraz zaangażowania internautów w projekt.

Pierwsze miejsce na podium

Poza sukcesem na Facebooku agencja Headlines ma również na koncie inne osiągnięcia związane z tą akcją. Inicjatywa odbiła się szerokim echem we wszystkich mediach. Telewizja wyemitowała 16 materiałów, a radio 28. Ukazało się 31 artykułów w prasie oraz 41 w internecie. Ekwiwalent reklamowy zainteresowania mediów szacuje się na prawie pół miliona złotych. I co najważniejsze, udało się zebrać 82 tysiące złotych. – Bieg Dariusza Szwasta był nie tylko sposobem na zwrócenie uwagi społeczeństwa na problem niepełnosprawności wśród najmłodszych, ale także promował aktywny model charytatywności – mówi Joanna Pruszyńska-Witkowska. – Zazwyczaj rodzice, będący w sytuacji takiej jak państwo Szwastowie, zwracają się o pomoc do fundacji działającej w tym obszarze. O unikalności tego projektu świadczy fakt, że pan Darek, będąc w tak trudnym położeniu, znalazł siłę i determinację na stworzenie inicjatywy wymagającej od niego ogromnego zaangażowania – dodaje. Akcja była dla rodziców Kacpra ostatnią deską ratunku, ale, jak zapowiada agencja, z pewnością to nie był ostatni taki projekt.

reklama

Na trasie

Bieg Darka Szwasta przez Polskę rozpoczął się w południe, 1 czerwca 2010 roku. Na starcie towarzyszyły mu Radio Zet oraz TVN. Po drodze, do zaangażowanych w akcję mediów dołączyły TVP, Radio Kolor, Polskie Radio, Radio Warszawa, Radio Plus i wiele mediów regionalnych. Łącznie wyemitowano ponad 70 minut materiału na temat akcji. Poparcie dla inicjatywy zadeklarowało również wiele osobowości ze świata filmu, telewizji i polityki, m.in. Tomasz Lis, Maciej Kurzajewski, Magdalena Różczka, Edyta Jungowska, Andrzej Olechowski i Leszek Balcerowicz. Dzięki temu rozgłosowi wzrosło zainteresowanie zwykłych ludzi, którzy wspierali Darka Szwasta jak tylko potrafili. Proponowano mu noclegi, posiłki, a nawet zdrowotne masaże. Ponadto wystawiano przedmioty na aukcjach charytatywnych oraz wpłacano środki na konto Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą” i systemu DoMore. Empatią wykazało się również kilka znanych firm: Deutsche Bank i Blau Farma (marka Atoperal Baby) przekazały pieniądze na leczenie Kacpra; Skoda Auto udostępniła samochód, który eskortował Darka Szwasta w trakcie biegu; firma Nike przekazała strój sportowy i obuwie, w którym inicjator akcji biegł przez 34 dni, a Nałęczowianka zaopatrzyła go w miesięczny zapas wody.

17


PDF miesięcznik studencki – maj 2011

www.pdf.edu.pl

KULTURA_SCENA

Na świecie reklama

Najdroższe marki bankowe świata

Najbardziej wartościową marką bankową na świecie jest Bank of America. Magazyn „The Banker” i firma Brand Finance wycenili ją na 30,6 mld dol. Na kolejnych miejscach znalazły się: amerykański bank Wells Fargo (28,9 mld) i zeszłoroczny lider – HSBC, który jest największym bankiem europejskim (27,6 mld dol.). W zestawieniu 500 najlepszych instytucji znalazło się także dziesięć polskich marek. Lepsze notowania uzyskały PKO BP (114. miejsce), BRE (272. miejsce), Bank Zachodni WBK (275. miejsce), w rankingu spadły zaś: Pekao SA (159. miejsce), ING (315. miejsce), GETIN (321. miejsce), BPH (362. miejsce), Millennium (400. miejsce) oraz Kredyt Bank (442. miejsce). Firma Brand Finance, która jest autorem rankingu, funkcjonuje na rynku od 1996 roku. Szacowanie wartości marki bankowej odbywa się z wykorzystaniem tzw. metody royalty relief. Daje ona możliwość ustalenia ceny referencyjnej (minimalnej), którą dana firma musiałaby zapłacić za markę. Źródło: www.brandirectory.com

Koniec stron internetowych firm?

reklama

Afera wokół olimpijskiego logo

Logo olimpiady w Londynie w 2012 roku po raz kolejny wzbudza kontrowersje. Sekretarz generalny irańskiego Komitetu Olimpijskiego przekazał oficjalne pismo do Jacquesa Rogge’a, prezydenta Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, w którym udowadnia, że logo olimpiady budzi rasistowskie skojarzenia, gdyż zawiera ukryte słowo „Zion” – po polsku „Syjon”. Termin „Syjon” jest biblijnym określeniem Izraela jako narodu wybranego, wywodzi się z niego także pojęcie syjonizm, oznaczające doktrynę ideologiczno-polityczną żydowskiego nacjonalizmu. Z tego powodu Iran uznał, że logo jest rasistowskie i zagroził bojkotem igrzysk. „Jesteśmy zdziwieni, że uwaga dotycząca logo wpłynęła dopiero teraz, ponieważ olimpijskie logo zostało opublikowane już w 2007 roku” – odpierał zarzuty w rozmowie z BBC szef MKOl–u.

www.ksiazeizebrak.pl

Harvard filtruje Facebooka

Nie dostajesz się na wymarzoną uczelnię z powodu wpisów na Facebooku? Jeszcze do niedawna ta perspektywa wydawała się niemożliwa, ale jak pokazuje przykład Harvardu, teraz staje się coraz bardziej realna. Portal latimes.com informuje, że podczas rekrutacji kandydatów na tę prestiżową uczelnię komisja przegląda wcześniej ich profile na Facebooku czy Twitterze. Uczelnia bierze pod uwagę już nie tylko życiorysy kandydatów, wyniki w nauce czy ich szczególne osiągnięcia, ale także to, na ile odpowiednie jest ich „wirtualne zachowanie”. Dean Tsouvalas z portalu StudentAdvisor.com wskazuje, że studenci powinni takie działania wykorzystać na swoją korzyść. Jak twierdzi, dobrą metodą na zaprezentowanie się w sieci jest zostanie fanem profilu uczelni czy też pokazywanie swoich talentów, np. na blogu tematycznym. Źródło: www.latimes.com, www.studentadvisor.com

Tradycyjne strony internetowe firm schodzą na drugi plan w wyniku coraz większej popularności profilów fanpage marek na Facebooku – można przeczytać na portalu news.cnet.com. Taką informację podał w trakcie londyńskiej konferencji zatytułowanej „Technology for Marketing and Advertising” szef brytyjskiego Facebooka Stephen Haines. Zdaniem Hainesa konsumenci w coraz większym stopniu będą komunikowali się z firmami za pośrednictwem Facebooka i niebawem zdominuje on w tym zakresie inne wirtualne formy dotarcia do klientów. Na potwierdzenie tej tezy przedstawiciel portalu zaprezentował statystyki dotyczące dwóch światowych koncernów – Coca-Coli i Starbucksa. Fanpage Coca-Coli odwiedza miesięcznie 21,1 mln osób, natomiast stronę internetową firmy zaledwie 270 tys. Z kolei fanpage Starbucksa śledzi 21,1 mln osób, a stronę internetową 1,8 mln osób. Źródło: news.cnet.com

Po drugiej wojnie światowej literatura stanęła w rozkroku. Modernizm osiągnął szczytowe rejestry w prozie Marcela Prousta czy Jamesa Joyce’a. Na amerykańskim panteonie literatury najważniejsze miejsca wciąż zajmowali Edgar Allan Poe i Ernest Hemingway, dopiero odkrywany był William Faulkner. Śmiałymi eksperymentami z trudem przebijała się Gertruda Stein. Aż do lat sześćdziesiątych XX wieku nie wiedziano, co nowego można napisać. Aż nadciągnęła potężna fala i rozbiła ówczesne status quo. W 1959 roku wydano „Goodbye, Columbus” Philipa Rotha i „The Poorhouse Fair” Johna Updike’a. Rok później opublikowano „Bakunowego faktora” Johna Bartha i „Entropy” Thomasa Pynchona. W następnych latach do w yżej w ymienionych dołączyła cała gromada powszechnie dziś znanych pis ar z y. K r y t y ka nie zwłocznie zaklasyfikowała wszystkich do jednego prądu: literatury postmodernistycznej. Sam termin w znaczeniu literaturoznawczym pojawił się po raz pierwszy już w 1959 roku w eseju Irvinga Howe’a „Społeczeństwo masowe a proza postmodernistyczna”. Zgodnie z tradycyjnym mechanizmem, mimo ogromnych rozbieżności w twórczości poszczególnych pisarzy, znaleziono cechy wspólne: niechę ć do konwencjonalnego przedstawiania historii, autotematyzm, mieszanie gatunków, humor (często czarny) itd. W tym czasie Federman pisze i nie kończy swojej pierwszej powieści oraz robi doktorat, zwieńczony bezprecedensową w Ameryce monografią poświęconą wczesnym powieściom Samuela Becketta. Książka Federmana (w oryginale „Double or Nothing”) została opublikowana w Stanach Zjednoczonych w 1976 roku. Autor napisał ją osiem lat wcześniej, nie mógł jednak znaleźć wydawcy. Przykładowa odpowiedź z bostońskiego domu wydawniczego Little, Brown & Co. brzmiała następująco: „Jako eksperyment «Double or Nothing» jest zaiste lekturą interesującą. Ale obsesyjny cha-

No more plot Wydana niedawno przez Ha!art w serii Liberatura książka Raymonda Federmana „Podwójna wygrana jak nic” to powieść, która podważa i ośmiesza cały konwencjonalny proces tworzenia prozy: od wymyślania imion postaci, początku historii i sposobu jej poprowadzenia, poprzez kwestię narratora, kończąc na języku samym w sobie. rakter opowiadanej historii, nieomal namacalna papierowość głównego bohatera prawie na pewno zniechęciłaby przeciętnego czytelnika. Obawiam się, że w kategoriach komercyjnych nie moglibyśmy liczyć na sukces tej książki”. „Podwójna wygrana jak nic” na pozór opowiada historię hazardzisty, który wpada w obsesję napisania książki autobiograficznej. Planuje za

38 strona książki wygrane w kasynie pieniądze zamknąć się na 365 dni w wynajętym pokoju i wylać na papier historię dziewiętnastoletniego francuskiego Żyda, który przetrwał Zagładę i przypływa tuż po drugiej wojnie światowej do Nowego Jorku. Jednak sytuacja nie jest tak prosta, jakby się wydawało. Otóż Federman przedstawia w tej konstelacji cztery, a nie dwie osoby. Hazardzista jest Drugim, czyli poniekąd również bohaterem, który chce napisać książkę z udziałem Trzeciego, czyli młodzieńca przybywającego do Ameryki. Pierwszy, jak protokolant, spisuje cały pa-

ranoiczny proces myślowy Drugiego. Zaś Czwarty jest odpowiednikiem Freudowskiego superego, czyli po prostu autorem. Czytelnik wkracza w świat, gdzie zaciera się granica między fikcją a fikcją płynącą z fikcji. Czyta się bowiem z jednej strony historię Drugiego (hazardzisty aspirującego do miana pisarza), który skrupulatnie planuje swój proces twórczy, komponując dietę składającą się z klusek i sosu pomidorowego, robiąc listy niezbędnych zakupów, takich jak kawa, papierosy, papier toaletowy, szczoteczka, pasta do zębów, ryzy papieru, gumy do żucia itd. Wszystko dokładnie liczy, zestawia, wtrącając przy tym masę przezabawnych refleksji (choć są one przez Drugiego niezamierzone, a raczej obmyślone przez Czwartego, tyle że spisane przez Pierwszego). Z drugiej strony, niedoszły pisarz wymyśla w międzyczasie poszczególne wątki historii Trzeciego: jak poznaje już na statku młodą Amerykankę i się w niej zakochuje, jak w porcie wita go wuj, z którym jedzie metrem na Bronx, wpatrując się w czeluść między nogami siedzącej naprzeciwko Murzynki itd. Przy tym Drugi nieustannie zmienia swoje decyzje dotyczące sposobu narracji, imion postaci, ich wyglądu, wpadając nawet niekiedy w rezygnację – chce wszystko rzucić w diabły. Zaś całość ta przestawiona jest w sposób absolutnie nieprzewidywalny. Zapisana od dołu do góry, od lewej do prawej, po skosie, spiralnie… Każda strona „Podwójnej wygranej…” jest osobną typograficzną kompozycją, Federman stworzył kompletną architektoniczną strukturę, która czyni powieść wielopiętrową w najrozmaitszych obszarach, również w tym związanym ze zwy-

czajnie rozumianym odbiorem – czytaniem. Trzeba przy tej okazji pogratulować znakomitego tłumaczenia i składu Jerzemu Kutnikowi, przyjacielowi Federmana, który być może jako jedyny (to dopiero trzeci na świecie przekład „Double or Nothing”) oddał w pełni wizję autora, który w 2008 roku ucieszył się z planu przetłumaczenia powieści na polski, nie doczekał jednak podziwianych dziś efektów, gdyż zmarł w 2009 roku. Nie sposób przy tym przemilczeć faktu, że to sam Raymond Federman urodził się w 1928 roku we Francji i cudem przeżył, dwukrotnie ocierając się o śmierć. Jego rodzicom i siostrom nie udało się przetrwać, on zaś rzeczywiście opuścił Francję po wojnie i wylądował w Stanach Zjednoczonych, gdzie po tym, jak podejmował się różnych prac, m.in. w zakładach Chryslera i odbył służbę wojskową, zdobył znakomite wykształcenie. Jednak pisarz podchodzi do wszelkich autobiograficznych faktów nieufnie, będąc przekonanym, że są one pełne przekłamań i dziur, a nieobliczalność rzeczywistości wielokrotnie przechytrzyła już ludzką wyobraźnię. Federman ukuł więc termin surfikcji – prozy, która rzuca wyzwanie tradycji pisania, nie próbuje niczego naśladować, ujawnia fikcyjność rzeczywistości.

wszelkich eksperymentów, to musi być konsekwentna – nawet za cenę zapoznania. Nie chodzi o to, żeby literatura była «czytelna» dla miernot, ale o tworzenie literatury, która naprawdę wyraża nasze czasy, nawet jeśli jest «nieczytelna». Być może to nie nasze książki są nieczytelne, tylko czytelnicy zapomnieli, jak czytać.” „Podwójna wygrana jak nic” jest książką totalną i przełomową. Może właśnie dlatego nikt nie chciał jej opublikować. Ta bezradność wobec rosnącej masy książek, pisanych zawsze tak samo i zawsze o tym samym, wspieranej przez krytycznoliteracki establishment, skłoniła pisarza i bliskiego znajomego Federmana, Ronalda Sukenicka, do założenia w 1977 roku magazynu literackiego „American Book Review”. „ABR” do dziś promuje prozę i poezję powszechnie pomijaną, oferując jej rzetelną analizę przeprowadzaną zwykle przez samych pisarzy. Wspaniale, że i w Polsce istnieją instytucje, którym zależy, aby przybliżać nam dzieła najwyższej próby. Mówię serio. Wkrótce ma się ukazać nakładem wydawnictwa Nowa Proza tłumaczenie ostatniej książki zaliczanego do grona najwybitniejszych postmodernistów Thomasa Pynchona, „Against the Day”, która będzie nosić tytuł „Na dzień sądu”. Tylko się cieszyć, później zaś czytać. A wszystkie książki z supermarketów spalić. Albo lepiej: zrecyklingować i zrobić z nich papier toaletowy – nigdy nie wiadomo, jakiemu geniuszowi może się kiedyś przydać. Szczepan Orłowski

Raymond Federman, w komentarzu do eseju „Surfikcja – cztery propozycje w formie wstępu”, opublikowanego w zbiorze szkiców krytycznych „Nowa proza amerykańska”, wydanym przez Czytelnika w 1983 roku, stwierdził: „Uważam, że jeśli [powieść] ma przeżyć obecny nacisk komercjalizmu rodem z supermarketów, który zmusza ją do porzucenia

reklama

Źródło: news.bbc.co.uk

Public Eye Awards

Public Eye Awards to ranking wskazujący najgorsze firmy świata, których działania są sprzeczne z zasadami odpowiedzialnego biznesu. Są rozdawane w czasie, gdy prezesi największych firm świata i przywódcy polityczni debatują o ładzie społecznym na Forum Ekonomicznym w Davos. W plebiscycie organizowanym przez szwajcarski oddział Greenpeace i organizację EvB Bern przyznawane są co roku dwie nagrody: o pierwszej z nich (Global Award) decydują głosy jury konkursu, o drugiej (People’s Award) opinie internautów. W tym roku zdaniem jury najgorsza firma to koncern górniczy AngloGold Ashanti z RPA, który na skutek wydobycia złota w kopalni w Ghanie zanieczyścił wodę pitną. W konsekwencji miało to tragiczne skutki dla lokalnej ludności i środowiska. Zdaniem internautów wygrał fiński producent biopaliw Neste Oil. Aby wyprodukować biopaliwa, firma musi pozyskać ogromne ilości oleju palmowego, który otrzymuje w wyniku degradacji lasów deszczowych. Co więcej, Neste Oil nazwało swój produkt „green diesel”.

opr. Roksana Gowin

18

Źródło: www.publiceye.ch

19


KULTURA_SŁOWO

KULTURA_EKRAN

Kobieca perspektywa

Niedobranocka Pomysł przerobienia znanej baśni na produkt z etykietą „tylko dla dorosłych” nie jest może specjalnie świeży – jeśli chodzi o komiks, przypomina się tu „Piotruś Pan” Regisa Loisela. Za sprawą Winshlussa i jego nagrodzonego w 2008 roku prestiżową nagrodą na festiwalu Angouleme „Pinokia” okazuje się, że nadal może to być bardzo dobry pomysł. Winshluss oparł swój komiks na szkielecie powieści Carla Collodiego, poddając go sporym przekształceniom, nie tylko w sferze estetyki, tym razem skierowanej do dojrzałego czytelnika. Wzbogacił historię pajacyka o dużą liczbę nieoczekiwanie splatanych ze sobą wątków, zarówno cytujących kulturę wyższą i niższą, jak i ukazujących makabryczny, przerysowany

świat, do absurdu przepełniony okrucieństwem, egoizmem, marnością oraz pozbawiony złudzeń. Bohaterowie: czy to apatyczny Pinokio, bardziej cyborg niż pajacyk, czy niespełniony i znudzony, zamieszkały w jego głowie karaluch Jiminy, sadystyczne krasnoludki od Królewny Śnieżki czy też najpierw niewidomy, później fanatyczny Wonder – wszyscy potwierdzają rozpaczliwe wołanie autora. W dodatku robią to zwykle bez słów, samymi obrazami. Nie dlatego, że takie było sztuczne założenie twórcy, ale dlatego, że szaleńczy rytm historii zwykle po prostu nie potrzebuje dialogu czy komentarza. Autor utkał ten pęd ze świetnych rysunków, kojarzących się z komiksem frankofońskim, choć jakby bardziej poszarpanych. Winshluss wykorzystuje najróżniejsze techniki, przy okazji wtykając gdzie tylko może liczne nawiązania czy kryptocytaty, których pula zaczyna się na Disney’u i horrorach klasy B, a kończy na arcydziełach malarstwa, choćby „Lekcji anatomii doktora Tulpa” Rembrandta. Dodać należy, że Kultura Gniewu wydała „Pinokia” nie tylko wzorowo, ale i przepięknie. Można tylko i wyłącznie bardzo polecać.

Ta przejmująca książka pokazuje wojnę od strony, od której możemy oglądać ją bardzo rzadko – z perspektywy walczących na froncie kobiet. Białoruska reporterka wysłuchała niezliczonej liczby opowieści i ułożyła z nich chór niesłyszanych wcześniej głosów. Wiele z tych kobiet opowiada, że ich mężowie rozkładali na stole mapy i przyuczali je, aby wiedziały, co mówić – gdzie był front, gdzie kompania, kto dowodził. Ale zamiast tego opowiadały, jak widziały wojnę swoimi kobiecymi oczyma – a to inna wojna niż ta, na której walczą mężczyźni. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swietłana Aleksijewicz Wyd. Czarne Premiera: 3 listopada 2010 Adrian Stachowski

Pałacem jest dwór porzucony przez szlachecką rodzinę u progu wojny. Zostawiony samemu sobie chłop przekracza jego próg i w swej wyobraźni zaczyna przeżywać sceny z życia dawnych panów. Powieść jest zapisem ostatnich chwil świata chronicznej nierówności. Chłop staje po drugiej stronie jako świadek odejścia klasy panów i tka misterny traktat społeczny. Autor pisze intensywnie, z pewnego rodzaju „pisarskim gestem”, oddając wykwint pałacowego życia. Dzięki ujęciu narracji w monolog bohatera stajemy się uczestnikami jego imaginacji. Powieść do powolnego smakowania.

Winshluss: „Pinokio” Kultura Gniewu Premiera: 25 listopada 2010

„Pałac” Wiesław Myśliwski Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak” Premiera: 25 listopada 2010

Radek Pulkowski

Rudolf Wyczółkin

Autobiograficzne post scriptum Podsumowanie Pały Jedno z najlepszych wydawnictw komiksowych na rynku wydało „dzieła zebrane” niejakiego Pały – punka i tej proweniencji zinowego rysownika. Zbiór jest okolicznościowy i sentymentalny, bo fama głosi, że Kultura Gniewu pierwotnie powstała t ylko po to, aby w ydać właśnie „Zakazany owoc”. Dla współczesnego, nieżywiącego podobnych uczuć cz y telnika, ten szacunek do trudnych początków, z jakiego znane jest ś r o d ow isko ko miksowe w Polsce, będzie raczej ciężkostrawny. „Zakazany owoc i Bracia Kowalscy w jednym” prezentują estetykę lubianą tylko przez osoby w koszulkach z nadrukiem „Old Punks Never Die”. Niestety, obecnie już raczej die, a dziełko niewielkie ma szanse funkcjonować na innej zasadzie, bo shorty w nim zawarte zazwyczaj po prostu nie do końca mają jakikolwiek sens. Jednak ewentualni fani prawdopodobnie nie potrzebują żadnej rekomendacji: Pała to Pała, raczej. „Zakazany owoc i Bracia Kowalscy w jednym” Dariusz „Pała” Palinowski Kultura Gniewu Premiera: 4 października 2010 Radek Pulkowski

20

„Wzburzenie” to jedna z nowszych książek Philipa Rotha, którego coraz lepsze zadomowienie w polszczyźnie nastąpiło już jakiś czas temu. Dziś mamy dostęp do większości ważnych powieści tego pisarza i wydaje się, że rozpoczęcie przygody z jego twórczością od opisywanej książki nie jest najlepszym pomysłem. Bohater tekstu, Marcus, to Żyd, student starający wyzwolić się spod nadzoru nadopiekuńczego ojca. W tym celu zmienia uczelnię na oddalony od rodzinnych stron Winesburg College, gdzie oprócz zawierania nowych znajomości, będzie musiał zmierzyć się z konserwatywnym charakterem uczelni, z którym również nie będzie mógł się pogodzić. „Wz b u r ze ni e ” p o d w i el o ma względami eksploruje teren znanych rothowskich obsesji: dorastanie w mieszczańskim domu, presja otoczenia i próby wyrwania się z wszelkich możliwych więzów: wyznaniowych, rodzinnych, społecznych. Jeśli zastosowalibyśmy podział powieści wg klasyfikacji Raymonda Queneau, „Wzburzenie” byłoby iliadą - losy Marcusa zostają wprzęgnięte w historię Stanów Zjednoczonych, które znajdują się w jednym z kluczowych momentów wojny koreańskiej. Zabieg ten jednak przeprowadzony jest bez gracji, charakteryzującej najlepsze dokonania Rotha, a sama powieść zdaje się jedynie przesyconym autobiografizmem post scriptum dla świetnego „Everymana”.

„Wzburzenie” Philip Roth Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik Premiera: 7 marca 2011 Łukasz Łachecki

Zainteresowanie średniowiecznym malarstwem Lech Majewski ujawnił już w „Ogrodzie rozkoszy ziemskich”, kiedy to dał wyraz swojej fascynacji twórczością Hieronima Boscha. Bohaterka tamtego filmu poszukuje prawdy o życiu, analizując jeden z najsłynniejszych obrazów artysty. W „Młynie i krzyżu” Majewski poszedł znacznie dalej, próbując dosłownie ożywić „Drogę krzyżową” Pietera Bruegla. Wizjonerski pomysł i technologiczne możliwości pozwoliły stworzyć wyjątkowy, niezwykły kinowy obraz – osobliwe dzieło sztuki. Podjęcie próby ożywienia dzieła flamandzkiego mistrza było przedsięwzięciem karkołomnym. Pozornie wydaje się, że malarstwo jako sztuka statyczna jest nieprzekładalna na język kina, o ile nie znajdzie się fortelu, który by tę adaptację umożliwił. Majewski znalazł sposób, choć początkowo pewnie tylko on wierzył w sukces swojego konceptu. Reżyser wybrał dwanaście postaci i ukazał ich codzienne życie – zna-

lazły się wśród nich m.in. roznosiciel chleba czy zakochana para. Nad wszystkimi, niczym demiurg, króluje młynarz, ze spokojem spoglądający z umieszczonego na wysokiej skale młyna. Dialogów praktycznie nie ma – z jednej strony może to wynikać z chęci ukazania codziennego, monotonnego dnia pracy (niczym w „Nagiej wyspie” Kaneto Shindo), z drugiej zaś z dążenia do „przemawiania” obrazem zamiast słowem, zgodnie z malarskimi tradycjami. Nieprzypadkowo najwięcej mówi sam Pieter Bruegel, w którego wcielił się Rutger Hauer. Majewski chce oddać jego wizję możliwie najpełniej – dlatego to właśnie jemu powierza komentowanie wydarzeń. Aktorzy grają bez nadmiernej ekspresji, nie wyróżniają się, pozostają jednymi z wielu równorzędnych bohaterów, co jest zrozumiałe, zważywszy, że u Bruegla nawet postać Jezusa nie jest wyeksponowana na pierwszym planie. Choć „Młyn i krzyż” jest rodzajem eksperymentu filmowego, ogląda

obrzezany

„Cukrowy Kreml” Władimir Sorokin Wydawnictwo W.A.B. Premiera: 13 stycznia 2011 Rudolf Wyczółkin

reklama

Poni˝ej normy

się go wyśmienicie. Odbiór filmu przypomina kontemplowanie malarskiego arcydzieła, przykuwającego wzrok, zmuszającego do refleksji. I choć oryginał „Drogi krzyżowej” odnaleźć można tylko w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, jego filmowa replika nie traci siły oddziaływania.

Włosi

Cukrowy krem Rok 2028. Rosją rządzi jedynowładca, na ulicach szaleją oprycznicy. Tytułowy Kreml jest zaś wyrobem cukierniczym, urastającym do rangi symbolu relacji „władza-lud” w despotycznie rządzonym kraju. Władimir Sorokin żongluje literackimi typami, a rajdy stylistyczne zapierają dech. Pod warstwą wysmakowanego absurdu tkwi jednak gorzka prawda o poradzieckim społeczeństwie. Karykaturalne odwrócenie pojęć i przetasowanie wartości po rozpadzie ZSRR stanowi właściwą materię tej powieści. Autor nie zawodzi, serwując znów koktajl aluzji literackich, historii i zwariowanej fikcji.

Książce można zarzucić sporą nonszalancję. Precyzyjnie tkana narracja nagle zostaje zerwana, pozostawiając uczucie niedosytu i niedopracowania. Należy zatem traktować „Wzburzenie” jako zaledwie wprawkę, nie do końca poukładany szkic, który autorowi często stawianemu wśród największych współczesnych prozaików raczej nie przystoi.

Kamera jako p´dzel

Bez rewelacji W szkole Dominika wychodzą na jaw jego ciągoty homoseksualne. Wrażliwiec zamyka się w pokoju i uzależnia od internetu. Zaczyna korespondować z Sylwią, która wciąga go w grę komputerową pod nazwą Sala Samobójców. Członkowie grupy noszą się z zamiarem skrócenia sobie życia. Posługują się jakąś karkołomną nowomową - bełkotem tak niezrozumiałym, że mózg sam przechodzi w stan uśpienia. Sekwencje dziejące się w grze są animowane i nudne. Dalszą część filmu wypełniają jęki Dominika i wysiłki jego rodziców, którzy starają się wyciągnąć syna z depresji. Kompletny brak struktury. Film jest zwyczajnie męczący, trudno się zmusić do oglądania fruwających na ekranie wirtualnych postaci, które wyglądają niczym bohaterowie tanich kreskówek. Jedynie aktualna tematyka nie pozwala skreślić filmu do końca. „Sala samobójców”, reż. Jan Komasa Dystrybucja: ITI Cinema Premiera: 4 marca 2011 Joanna Filipiak

Historia intymnych relacji mężczyzny (Bruno) z bliskimi to opowieść o śmierci, fascynacji, strachu, zazdrości, a przede wszystkim o czasie, który nadaje znaczenie decyzjom bohaterów. „Italiani” to kolejny film Łukasza Barczyka, w którym eksperymentowanie formą, ciekawe zabiegi wizualne i tematyczne wysuwają się na pierwszy plan. Postaci, grane przez znanych z teatru aktorów, są w dramatyczny sposób przerysowane. Minimalną liczbą słów są w stanie wyrazić skrajne emocje. Film atakuje obrazami – hipnotyczne zdjęcia Kariny Kleszczewskiej budują całą historię. Zamiast doszukiwać się sensu w rozbitej fabule, lepiej chłonąć to, co nadaje znaczenie całości: milczenie bohaterów, klimatyczną scenografię, zmysłowe pejzaże, dźwięki opery, niepokojącą atmosferę. Absurd rodem ze snu. „Italiani” reż. Łukasz Barczyk Dystrybucja: Gutek Film Premiera: 11 marca 2011 Klaudia Lis

Pic na wod´ Miało być wielkie widowisko, istna wojna światów, a tu co? Wrzucają nas między wąskie uliczki, abyśmy śledzili dzielne poczynania paru marines. Zamiast ukazać inwazję na wielką skalę, autorzy myślą, że wykpią się kilkoma panoramami płonącego miasta. Skoro blockbuster, to gdzie gwiazda? Aaron Eckhart może strugać bohatera, ale mimo to zlewa się z tłem swoich szeregowców. Skoro blockbuster, to gdzie „fajna dupeczka”? Skoro blockbuster, to... Wszystko tu na opak, posklejane jakby na pół gwizdka i wręcz ociekające patetyczną tandetą w stylu „God bless America”. Jonathan Liebesman kontynuuje swoją tragiczną passę, a my tęsknimy za dobrym Spielbergiem. „Inwazja. Bitwa o Los Angeles” Dystrybucja: United International Pictures Premiera: 18 marca 2011 Kajetan Poznański

„Młyn i krzyż”, reż. Lech Majewski Produkcja: Polska / Szwecja Premiera: 18 marca 2011

Zawiodą się ci, którzy po najnowszej produkcji Woody’ego Allena spodziewają się czegoś wyjątkowego. Nie chodzi o to, że filmowi daleko do słynnego „Manhattanu”. Nie chodzi też o to, że nie sprawdzili się zbyt hollywoodzcy aktorzy. Istotniejsze jest, że gdzieś zgubiły się absurd, przewrotność, ironia i lekkość wpisane w codzienność. Mamy bohaterów, którzy w tej scenerii powinni się odnaleźć. Mamy węzeł emocjonalno-uczuciowych perypetii i serię nieprzewidzianych zdarzeń, podsumowanych w szekspirowskim cytacie, że życie jest powieścią idioty. Zabrakło jednak nowojorskiego dystansu i tradycyjnego pół żartem, pół serio. I wbrew tytułowi, nawet na moment nie pojawia się żaden przystojny brunet. „Poznasz przystojnego bruneta”, reż. Woody Allen Dystrybucja: Kino Świat Premiera: 11 marca 2011

Patryk Juchniewicz Izabela Smolińska

Tak jest przyjemniej Początek filmu to zarazem początek życia. Na naszych oczach rodzi się bohater – trzydziestokilkuletni Tono. Czym zasłużył sobie na taką szansę? Kryminalną przeszłością, którą odpokutował w więzieniu i po pięciu latach może cieszyć się wolnością. Wolność to jednak pojęcie względne, a radość nie trwa długo. Tono powraca do starych realiów. Ta sama wioska, knajpa, żona, sąsiedzi. I pokusy. Chce być u c z c i w y, a l e wszystko układa się wbrew jego woli. Walkę Tono o to, aby nie powrócić do dawnych nawyków, symbolizują próby zabicia jelenia. Mężczyzna nie może znieść swojej słabości, ale z drugiej strony nie jest w stanie przełamać się do ponownego czynienia zła. Bardziej współgra on z naturą niż z ludźmi, czuje się wyalienowany. Jego oczy pozostają martwe. Brak w nich miłości, gdy patrzy na żonę i syna, brak zachwytu, kiedy spaceruje po górach, nie ma w nich również dobroci. Film zdecydowanie nie wpisuje się w kampanię antynikotynową, a tym bardziej antyalkoholową. Niewiele jest scen, w których nie pojawiłaby się słowacka śliwowica domowej roboty. Kiedy jeden z bohaterów pyta, czy w tym kraju da się coś załatwić na trzeźwo odpowiedź jest jednoznaczna: „Da się, ale tak jest przyjemniej”. Postacią tą jest przyjaciel Tono, grany przez Roberta

Więckiewicza. To jednak nie jedyny polski akcent. Muzykę do filmu napisał Michał Lorenc, który pracował m.in. przy takich filmach jak „Różyczka” czy „Cztery noce z Anną”. Czerpiąc z etnicznych motywów wpisanych w symfoniczne dźwięki, zamienił muzykę w rytm serca natury. Historia byłego więźnia próbującego ułożyć swoje życie na nowo, umieszczo-

na w kontekście aktualnych problemów słowackiego społeczeństwa, wydaje się banalna. Mimo to film urzeka atmosferą, wprowadza do nieco zaściankowego, ale intrygującego świata. Jeśli dodać do tego symbiozę muzyki i nagrodzonych zdjęć, okazuje się, że warto go zobaczyć. Choćby po to, by przekonać się, czy Tono osiąga tytułowy „spokój w duszy”. „Spokój w duszy” reż. Vladimir Balko premiera: 25 lutego 2011 dystrybucja: Vivarto Klaudia Lis

21


Wyleêç z klatki To historia kobiety, której życie zaciska się na szyi niczym pętla. Życie skażone tym rodzajem grzechu, jaki odrywa się od oprawcy, by spocząć na ofierze. Ogromne wrażenie wywiera scena wywiadu dla TV, gdy prezenterka zarzuca rozmówczynię pytaniami, w ogóle nie słuchając odpowiedzi. Wyrwane z kontekstu fragmenty wypowiedzi są natychmiast wyśpiewywane jak reklamowe dżingle, pogłębiając wyrwę między bólem tej kobiety a beztroską aurą współczesnego show. Rozbawiona masa wyznawców idei Piękna i Humoru nie jest w stanie udźwignąć ciężaru prawdziwego ludzkiego dramatu. Nie-

reklama

dojrzałość społeczeństwa, reprezentowanego przez telewizyjne kamery, przeciwstawiona zostaje sceptycznej rozwadze skrzywdzonej kobiety. Siła spektaklu tkwi w niespójnej narracji, kojarzącej się z chaosem myśli. Obserwując relacje między postaciami, stosunkowo łatwo jednak rozpoznajemy chłodną matkę, ojca pijaka i przyjazną postać brata. Zaś sama bohaterka występuje w trzech osobach – to Herta Müller na różnych etapach życia. Narracja, uwolniona z klatki logicznego umysłu z jego zasadą liniowości, biegunowości, jednoznaczności, wynikania, pozwala wniknąć głębiej, a zarazem wzbudza

KULTURA_DŹWIĘK fot. Stefan Okołowicz

KULTURA_SCENA podziw dla kunsztu samego przedstawienia. W pewnym momencie matka sanitariuszka wojskowym krokiem maszeruje przez scenę, wydając sobie wojskowe komendy: „dwa, trzy, obrót!” – co za wspaniały formalizm! Wyraziste gesty, surowa mimika, żadnego udawania. Nie naśladuje się tu rzeczywistości, tylko konstruuje ją przez teatralną sztuczność. To tylko teatr – rozumie widz – po czym daje się wciągnąć opowieści o rzeczywistym cierpieniu. „Król kłania się i zabija”, reż. Agnieszka Korytkowska-Mazur Teatr Dramatyczny premiera: 8 stycznia 2011 Wioletta Wysocka

Portret nabazgrany W spektaklu o obiecującym tytule „Portret Doriana Graya” zainteresowały mnie dwie rzeczy: monolog głównego bohatera, nawiązujący jakby do Wielkiej Improwizacji z „Dziadów” oraz wątek sztucznego odmładzania się Harry’ego – ze względu na pętlę czasu, którą kreśli między romant yc z ny m te k s tem W ild e’a a współczesnością, gdzie szatanowi Doriana na imię Chirurgia Plastyczna. Trzeba mieć wiele dystansu do siebie i reguł rządzących teatrem,

by przez dwie godziny znosić trzech zniewieściałych facetów i ich chore podejście do życia. Jeśli dołożymy do tego profanację modlitwy, a potem zestawimy to wszystko z wzniosłymi odczytaniami powieści Wilde’a, uznanej za manifest sztuki – zrozumiemy, że nie warto. „Portret Doriana Graya”, reż. Michał Borczuch TR Warszawa premiera: 3 marca 2009 Wioletta Wysocka

reklama

koƒca zimy Justin Broadrick, człowiek-instytucja eksperymentalnego metalu i spiritus movens formacji tak dlań zasłużonych, jak Godflesh i Jesu, powraca wraz z projektem Pale Sketcher do całkowitej muzycznej samowystarczalności. Jest to bez wątpienia dobra wiadomość, ponieważ – mimo szczerych chęci – o ostatnich nagraniach jego macierzy trudno powiedzieć cokolwiek dobrego. Z EP-ką „Seventh Heaven”, podobnie jak z w yda ny m w ubie głym roku długogrając ym debiutem w formie remiksów nagrań Jesu , spraw y mają się, na szczęście, zupełnie inaczej. Niemal całkowicie rezygnując z gitar i sięgając śmiało po elementy dotychczas do metalu ledwie inkorporowane, Broadrick nagrał album atmosferyczny i gęsty, będący fascynującym, twórczym rozwinięciem idei ubiegłorocznego „Pale Sketcher”. Przeszło dwudziestominutowa EP-ka rysuje się jako niepokojąca nocna medytacja z niespokojnego pogranicza posiekanego rytmicznie breakbeatu, hipnotycznej pulsacji Gas, rozmarzonego shoegaze’u, naiwnych kolaży spod znaku Kierana Hebdana, a nawet zadymionego, trip-hopowego odrętwienia. Intryguje sposób, w jaki Broadrick eksploruje własny głos: ścięte, zmultiplikowane i przetworzone wokale zdają się tu wręcz pełnić tu rolę pełnoprawnego instrumentu. Dawno już nie słyszałem w obrębie nowej elektroniki nagrania tak różnorodnego, a zarazem zręcznie uciekającego od pretensjonalności.

W kierunku minimalizmu James Blake jest postacią dobrze znaną na londyńskiej scenie elektronicznej. Jego muzyka często była wiązana z dubstepem. Była, bo wraz z ukazaniem się jego nowego materiału pojawiły się głosy sprzeciwu. Wystarczy jednak dokładnie przyjrzeć się poprzednim kompozycjom Blake’a, by zauważyć, że już wtedy podążał w stronę rozwiązań opartych przeważnie na wokalach. Materiał jest oryginalny. Blake wymaga od swojego słuchacza zaangażowania. Nie jest to muzyka prosta i przebojowa – jej głównym zadaniem jest zbudowanie specyficznej atmosfery. Blake bawi się ciszą, wplatając w nią pocięte dźwięki. Manipuluje tak, aby skierować uwagę na konkretne, drobne detale, a przez to zaznacza siłę brzmienia. Wie, kiedy i gdzie dokładnie wypunktować uderzenia, kiedy uż yć klawiszy, a kiedy to wszystko przeciąć. To właśnie druga rzecz, która nasuwa się na myśl przy słuchaniu: jest to album bardzo nieregularny rytmicznie. Może to być

„(…) trzeba unicestwić swoje myśli albo zabić ich materialną realizację. Pierwsze jest niemożliwe, drugie – zbyt podobne do zbrodni; szukanie motywacji we wszystkim, z czym się stykamy, jest antropomorfizacją (…)”. Z tekstu Lema wyjęto trochę interesujących myśli, choć część dialogów – zwłaszcza na początku – jest miałka. Za to kilka scen powala na kolana, zarówno ze względu na konstrukcję, jak i na kunszt warsztatu aktorskiego. Fabuła, wzięta z powieści fantastycznej Lema, przedstawia zmagania badaczy stacji kosmicznej Solaris z obcą planetą. Stację zaludniają postacie, będące materializacją ich myśli, lęków i wspomnień. Celowo lub nie, planeta niszczy ich psychikę, doprowadzając do obłędu. „Solaris” to dość niezwykły spektakl. Po pierwsze, wymusza na widzu pewien stopień samodzielności w sterowaniu własną uwagą. Po drugie, przestrzeń spektaklu, bardziej odczuwalna niż poznawalna, wsysa go do środka, odbierając chłodny ogląd, w zamian dając wrażenie uczestnictwa. Ba-

dacze wpatrują się w przestrzeń przed sobą jak w ciche, spokojne, nieodgadnione morze. Obserwujemy ich twarze, pełne ciekawości, podziwu, niepewności, a nawet lęku. Kontemplując widzów jako dziwną masę, pełną niezrozumiałej energii, wciągają ich do wnętrza swego iluzorycznego świata. Ich twarze upajają się widokiem, pozwalając czasowi na swobodny przepływ. Gdybym miała się przyczepić do inscenizacji, powiedziałabym, że za mało w niej grozy, a za wiele humoru. Groteska, która zawsze stanowi pewne urozmaicenie języka, godzi w tak starannie budowaną od pierwszej sceny powagę. Można też urągać, że czucie wypiera myślenie, przez co nie wnikamy w szczegóły historii Lema. Ostatecznie powiem jednak tylko: „trzeba unicestwić myśli…”

Pale Sketcher – „Seventh Heaven” [EP] premiera płyty to 22 marca 2011

„Solaris. Raport”, reż. Natalia Korczakowska TR Warszawa premiera: 2 października 2009 Wioletta Wysocka

Czkawka Gallaghera Gdyby Liam Gallagher zechciał kiedykolwiek rywalizować o tytuł najbardziej grubiańskiego i karykaturalnego muzyka Wielkiej Brytanii, konkurencja mogłaby zapewne jedynie oglądać jego plecy. Mniej lub bardziej szczęśliwym zrządzeniem losu, odejście w 2009 roku z Oasis jego starszego i bardziej utalentowanego z braci, Noela, nie spowodowało bynajmniej dłuższej przerwy w scenicznej działalności Liama. „Different Gear, Still Speeding”, nagrane pod wdzięcznym szyldem Beady Eye wspólnie z muzykami współpracującymi z Oasis w ciągu ostatniej dekady brzmi dokładnie tak, jak można było tego oczekiwać. A ponieważ szczegółowa analiza tyleż garażowych, co zdradzających od zawsze tęsknotę za Brytyjską Inwazją melodii Oasis czy projektów wokół nazwiska któregokolwiek z Gallagherów związanych, jawi się jeszcze bardziej groteskowo, niż sami braciszkowie, powiem tylko, że debiutancki album Beady Eye po kilku piwach naprawdę ma szanse się podobać. Czekamy na ruch Noela?

jego zaletą, ale może stać się i wadą. Blake przez rozmazane plamy dźwięków stopniuje napięcie, które mocno zapada w pamięć. Tak jest w przypadku ,,Wilhelms Scream’’ i ,,I Never Learnt To Share’’. Trochę nudno i monotonnie jest w ,,Why Don’t You Call Me’’ i ,,Give Me My Month’’. Wszystkie kawałki charakteryzuje natomiast minimalistyczne brzmienie, w które chętnie włącza się pianino, a wszystko łączy połamany wokal Jamesa. Debiut wokalisty jest eksperymentalny, ale wydaje się, że takie było jego założenie. Blake’a cechuje niezwykła dojrzałość i wrażliwość na dźwięk. To bez wątpienia jego duży talent. Wieloznaczność i niebanalność kompozycji także są na miejscu, jednak trzeba być ostrożnym, ponieważ w zbyt dużych dawkach mogą dać efekt odwrotny od pożądanego – przerysowania i znudzenia. I tak też się stało w niektórych piosenkach na tym albumie (np. we wspomnianym ,,Why Don’t You Call Me’’).

James Blake jest oszczędny w emocjach i skupia się na brzmieniu. Ta płyta jest ciekawą propozycją dla fanów minimalizmu.

Szczery Êpiew

tańca, ale potrafi też wprowadzić w nastrój melancholii, a nawet lekkiego przygnębienia. Lykke Li nie kokietuje, wyraża emocje w sposób prosty, bezpośredni, dzięki czemu całość brzmi szczerze. Chwytliwe refreny oraz jej nonszalancki śpiew powodują, że ,,Wounded Rhymes’’ to album bardzo wciągający.

„Wounded Rhymes”, nowy album szwedzkiej wokalistki Lykke Li, jest zupełnie różny od jej debiutu – dojrzalszy, intensywniejszy. Dynamiczne, a jednocześnie surowe brzmienie tworzy eklektyczną mieszankę. Lykke Li potrafi być zabawna i prowokacyjna (,,Get Some’’), ale też chłodna i szorstka (zamykające album ,,Silent My Song’’). To album skrajny emocjonalnie. Dzięki cymbałkom, bębnom i plemiennym motywom zachęca do

Bartek Iwański

Daj si´ wciàgnàç

22

Szkice

Lepsze ju˝ było? O.S.T.R.y ze swoim planem wydawania płyty co roku utożsamia wyrobnictwo, przewidywalność, schematyczność. Odwołującemu się w tytule do najlepszych dokonań „Jazz dwa trzy” udaje się jednak zachować muzyczną klasę (bity w „Boję się zestarzeć” czy „W nienawiści”), świetną technikę i przekonanie, że tego naprawdę zdolnego muzyka stać na dużo odważniejsze ruchy niż kolejny solidny produkt. „Jazz, dwa, trzy”, O.S.T.R. Dystrybucja: EMI Premiera: 22 lutego 2011 Łukasz Łachecki

„James Blake”, James Blake Dystrybucja: Universal Music Poland Premiera: 4 lutego 2011 Paulina Mućko

„Wounded Rhymes”, Lykke Li Dystrybucja: Warner Music Poland Premiera: 14 marca 2011 Paulina Mućko

Dajà rad´ To podniecające, że mając ciężko wypracowane, sute emerytury, członkowie Radiohead nie odcinają kuponów. A jeśli nawet tego próbują, to przy wyciąganiu utworów sprzed lat pokazują klasę, aranżując je świeżo i ze smakiem. Radiohead w „King of The Limbs” pokazują mariaż wpływów wieloletnich (kraut), jak i tych przewidywalnych, ale jednak wcześniej nieobecnych w ich twórczości (dubstep). Wieńczący płytę „Separator” to najlepszy utwór RH od wielu lat, dlatego pojawiające się w nim słowa o tym, że to nie koniec, traktuję śmiertelnie poważnie. „King of The Limbs”, Radiohead Dystrybucja: Sonic Distribution Premiera: 28 marca 2011 Łukasz Łachecki

„Different Gear, Still Speeding” Beady Eye premiera – 28 lutego 2011 Kajetan Poznański

23



PDF nr 34 (maj 2011)