READ Magazyn #6

Page 1


Jakub Ciosiński DYREKTOR ARTYSTYCZNY / KREATYWNY DZIAŁ: FILM

Ola Bąk DYREKTOR KREATYWNY DZIAŁ: MUZYKA

KOREKTA Paulina Imiela, Katarzyna Romaniuk ZESPÓŁ REDAKCYJNY Dominik Kowol, Kamil Łukowicz, Jarosław Majętny, Maciej Mańka, Wojciech Mazur, Judyta Patoka, Damian Wojdyna

Zdjęcia: mat. prasowe Kontakt: readmagazyn@gmail.com



;=-…łkl;lm, n


Trupa Trupa - Wywiad Muzyczna podr贸偶 po Londynie Kendrick Lamar I Quebonafide - Wywiad Newsy Koncerty Recenzje Little Red Ostatni Sarmata ++


TRUPA TRUPA

„NA PEWNO NIE MOŻEMY NARZEKAĆ” Judyta Patoka Macie w swojej szafie koszulę w kwiaty ?

Komercja jest ich przeciwieństwem, a psychodela to drugie imię. Trupa Trupa to zespół nie tyle kontrowersyjny, co zaskakujący. Za cel stawiają sobie tworzenie naprawdę dobrej muzyki, która łączy w sobie charaktery wszystkich członków zespołu i ogromne pokłady energii. O tym, czy naprawdę są tak mroczni, jak się wydają i dlaczego nagrali płytę w synagodze opowiedział Grzegorz Kwiatkowski.

Myślę, że coś by się znalazło. Chociaż w tej piosence chodzi raczej o zakochanie się w kobiecie bezdomnej, tak zwanej dworcowej księżniczce, a nie o kwestie modowe. Pierwszą EP wydaliście w 2010 roku, pokazując tym samym, że jeszcze nie słyszeliśmy wszystkiego. Gdzie to wszystko ma swój początek? Początek jest chyba w naddatku energii, w sytuacji kiedy ta energia na tyle nas roznosi, że musimy przeszczepiać ją na jakiś inny grunt, np. na grunt muzyczny. Jak przyjęło zespół Wasze rodzinne Trójmiasto? Chyba dość dobrze. W tym roku jesteśmy nominowani do nagrody kulturalnej trójmiejskiej Gazety Wyborczej. W 2012 roku zostaliśmy laureatami tej nagrody. W tym samym roku graliśmy na festiwalu Open'er. Także na pewno nie możemy narzekać.


Na tytuł najnowszego krążka składają się dwa plusy. Trudno o Was powiedzieć, że jesteście optymistami, sama nazwa zespołu oddaje klimat w jakim tworzycie. Czy plus i plus dają w tym przypadku minus? Interpretowanie tytułu to sprawa dowolna. Wszelkie odczytania są możliwe. Rzeczywiście, płyta plus plus nie należy do najbardziej radosnych, chociaż piosenka zamykająca płytę, to znaczy Exist, ma w sobie wiele optymizmu. Skąd pomysł na nagranie kilku kawałków ++ w synagodze? W jaki sposób wpłynęło to na jej ostateczne brzmienie? Nie tylko kilka piosenek, ale cała płyta została nagrana w synagodze. Pomysł wziął się z płyty PJ Harvey Let England Shake. Ta płyta była nagrywana w kościele. Podobało nam się jej brzmienie. Szukaliśmy sytuacji analogicznej. Wasza ostatnia płyta ma już rok, a wciąż zbiera same pozytywne recenzje. Możecie już zdradzić coś o jej następcy? Pracę nad kolejną płytą trwają. W tej chwili mamy 6 albo 7 nowych piosenek. Jeśli będziemy mieli całość, to rozpoczniemy procedurę rejestracyjną. Zapewne nowa płyta ukaże się w 2015 roku. Ale nie mamy wielkiego ciśnienia. To po prostu musi być dobre. Jeśli będzie dobre, to będzie wydane. Kilkutysięczna publiczność, kampanie reklamujące płytę, gadżety z nazwą zespołu... Widzicie gdzieś tam siebie? Publiczność na koncertach to dobra sytuacja. Koncerty na których jest dużo osób są ewidentnie

lepsze, niż te z brakiem publiczności. Pozostałe kwestie na pewno nie szkodzą, a pewnie mogłyby pomóc. Ale to sfera sciene ficition. Co jest dla Was najważniejsze gdy gracie koncert? Miałam okazję być na Waszym występie i był niesamowity. Obrazy w tle nadawały szczególnego klimatu. Najważniejsza jest sytuacja odsłuchów, dobrego nagłośnienia oraz samej przestrzeni. Miło jeśli jest teatralnie i kameralnie. Właśnie wtedy wizualizacje Kasi Łygońskiej działają najlepiej i najmocniej. Jesteście często określani mianem perwersyjnych i psychodelicznych. Jak się z tym czujecie? Być może dla niektórych z boku tak to wygląda. Ale tak nie jest. Być może natężenie pesymizmu i pewnej swawoli jest większe niż przeciętnie, ale to nie jest sytuacja chorobowa. Sami o sobie pisać nie lubicie, wszystko przekazujecie głównie poprzez muzykę i wywiady. W jednym z nich powiedzieliście, że planowanie przyszłości nie jest dla Was. Czy Trupa Trupa to nadal ten sam zespół co 4 lata temu? Chyba ten sam. Skład jest ten sam. Na pewno jesteśmy teraz bardziej zgrani i lepiej rozumiemy się muzycznie, ale również przyjacielsko. Relacje są bliższe i mocniejsze. Podsumowując: It's getting better all the time!



MUZYCZNA PODRÓŻ PO

LONDYNIE Ola Bąk

Londyn to miasto Big Bena, London Eye oraz fish and chips. Jest też miastem, w którym swoje pierwsze kroki na scenie muzycznej stawiali Pink Floyd, The Rolling Stones i Led Zeppelin. Trudno zliczyć wszystkich artystów, którzy tworzyli w tym wielokulturowym mieście, kłopot może sprawić nawet samo wymienienie wszystkich kultowych miejsc na muzycznej mapie Londynu. Udajmy się zatem w krótką podróż, podczas której poznamy kilka tych najbardziej charakterystycznych.


Historia pewnego studia Naszą muzyczną wycieczkę rozpoczynamy na kultowej już ulicy Abbey Road, gdzie mieści się studio nagraniowe. Codziennie spotkamy tam tłumy ludzi, usiłujących zrobić sobie zdjęcie stylizowane na okładkę płyty Abbey Road Beatlesów. Najlepsze jest to, że właściwie nie trzeba mieć już ze sobą aparatu, by mieć na pamiątkę zdjęcie na słynnej zebrze - wszystko rejestruje kamera, której zapis można odtwo-

rzyć na stronie www.abbeyroad.com/Crossing. Beatlesi są mocno związani z tym studiem – to właśnie tu powstała większość ich krążków. Studio Abbey Road odgrywa znaczącą rolę w historii (nie tylko brytyjskiego) przemysłu muzycznego i do dziś uważane jest za jedno z najbardziej prestiżowych. Swoje płyty nagrywali tu m. in. Pink Floyd, Radiohead, Oasis, a ostatnio Sam Smith.


Najpopularniejsza sala koncertowa Mówiąc o Londynie nie można zapomnieć o Millennium Dome, lepiej znanej jako O2 Arena. Nie bez powodu magazyn Forbes uznał ją za najpopularniejszą salę koncertową na świecie. To właśnie tutaj odbywają się największe koncerty na Wyspach, które przyciągają tłumy słuchaczy, za czym idzie oczywiście spory

sukces finansowy. Mogąca pomieścić dwadzieścia tysięcy widzów hala gościła w swoich murach takich artystów jak m. in. Whitney Houston, The Rolling Stones, Red Hot Chili Peppers czy Beyoncé. To właśnie w O2 Arenie w 2007 roku swój ostatni koncert o nazwie Celebration Day dali muzycy z Led Zeppelin. Hala miała być też miejscem ostatnich koncertów Michael Jacksona - muzyk planował zagrać tu 50 koncertów w ramach serii This Is It.

Londyńska kuźnia talentów Jest w Londynie pewna szkoła, o której nie mówi się inaczej niż kuźnia talentów. Chodzi oczywiście o założoną na początku lat 90’. BRIT School, która swoich uczniów kształci w zdecydowanie nietypowych, jak na szkołę, dziedzinach: tańcu, muzyce, interaktywnych mediach, muzycznym i technicznym teatrze

oraz sztukach wizualnych i designie. BRIT School znana jest z tego, że co roku wypuszcza rzesze absolwentów, którzy stają się znaczącym postaciami nie tylko brytyjskiego show-biznesu. Niech o świetności tej uczelni świadczy fakt, że nauki pobierali tutaj m. in. Adele, Amy Winehouse, Katy B, muzycy z The Kooks czy King Krule.


KENDRICK

LAMAR I Kamil Łukowicz

Takich historii wejścia na szczyt w dobrze znanym wszystkim stylu american dream było wiele. Ba, rodzinne Compton zna mnóstwo historii raperów z nizin społecznych , którzy osiągnęli sukces. Lecz żaden z nich z Kendrickiem Duckworthem równać się nie może.

U

rodzony w 1987 roku raper ukazał się szerokiej publiczności już w wieku... 8 lat. Wtedy bowiem wystąpił w teledysku do singla California Love autorstwa Tupaca Shakura. Jednak atencja związana już bezpośrednio z jego twórczością pojawiła się w roku 2010, po wydaniu mixtape’u Overly Dedicated , siedem lat po premierze Youngest Head Nigga in Charge (Hub City Threat: Minor of the Year), jeszcze pod pseudonimem K Dot. Wybrany w 2011 w prestiżowej akcji XXL Freshman Class magazynu XXL wydał swój album Section 80. we współpracy z Top Dawg Entertainment.



Dwa debiuty

Dobry dzieciak, złe miasto

Section 80. okazało się sporym sukcesem. Lamar udowodnił swoje ogromne umiejętności w każdej dziedzinie rapowego rzemiosła. Zaangażowane społecznie i emocjonalnie teksty łączyły się ze świetnym flow i głosem, który w znakomity sposób (w stopniu porównywalnym do Eminema) oddawał emocje rapera. Jednak to przede wszystkim treści i warstwa liryczna albumu przyciągnęły uwagę słuchaczy. Tytuł Section 80. odnosi się do pokolenia urodzonego w tejże dekadzie, wychowanego w czasie rządów Ronalda Reagana i najbardziej niszczycielskiego okresu pod względem handlu i zażywania kokainy. Lamar stał się dosłownie głosem swojego pokolenia, biorąc na warsztat taki , a nie inny koncept albumu. Największą uwagę krytyków przyciągnął wyprodukowany przez znanego rapera J. Cole’a utwór HiiiPoWeR , pierwszy singiel pochodzący z tego materiału. Piosenka jest doskonałym przykładem tego, kim jest Kendrick Lamar i jakie poglądy prezentuje. Jednak przede wszystkim pokazuje ogromny kunszt i wyczucie artysty. Po bardzo dobrym odbiorze materiału wystarczało tylko czekać na debiut. Piszę debiut, gdyż opisany wyżej materiał był objęty dystrybucją wyłącznie internetową – przez iTunes. Z minimalną promocją w mainstreamowych mediach ,po roku od premiery sprzedał się w 80 tys. egzemplarzy. Wkrótce po premierze raper podpisał umowę z Aftermath– wytwórnią legendy Compton – Dr Dre.

22 października 2012 roku Aftermath wypuściło w świat goodkid, m.A.A.d. city - pierwszy debiut, idąc tokiem rozumowania starej fonografii. Mimo początkowych obaw co do albumu, związanych z jego trywializacją i uproszczeniem treści i brzmień na potrzeby lepszej sprzedaży (ze względu na wytwórnię, w której został wydany), Kendrick pokazał, że jest w pełni świadomy tego, co robi. Album oparty na filmowym koncepcie, którego głównym bohaterem jest młody Lamar, to 68 minut doskonałej muzyki. Doskonałość ta została jednoznacznie potwierdzona przez krytyków i słuchaczy – album zebrał niesamowitą ilość pozytywnych recenzji i sprzedał się w ponad milionowym nakładzie, okrywając się platyną w USA. Raper połączył świetne wyczucie do podkładów z genialnymi tekstami i potężnymi umiejętnościami wokalnymi. Podśpiewuje, dysponuje szerokim wachlarzem flow, zmienia swój głos w tylko sobie znany sposób. Wszystko zostało okraszone ogromną charyzmą. Treści również nie zawiodły, a samokrytyczne i niezwykle plastyczne wersy wprawiają w zachwyt i osłupienie. Trzeba być kimś niezwykłym aby w czasach , w których najlepiej sprzedaje się hedonizm ubrany w specjalnie spłycane teksty (tzw. Bow-down) w stylu Wiz Khalify czy A$apaRocky’ego, by osiągnąć taki komercyjny sukces. GKMC to płyta w swoim rzemiośle stricte hip – hopowa. Nie ma trance’owych remixów, niepotrzebnych featuringów ( na albumie wystąpili Dr Dre, Drake, MC Eiht oraz Jay Rock)


i niepotrzebnego efekciarstwa . Musisz zaakceptować zasady, jakim rządzi się ten album. Wracając do brzmień – Kendrick, obok uznanego w branży Pharella czy Just Blaze, pokazał szerszej publice mniej znanych producentów, takich jak TMinus, który wyprodukował chyba najgłośniejszy singiel albumu – Swimming Pools (Drank) .

Echa sukcesu Tak jak wspominałem, po premierze środowisko hip-hopowe, kiedy już pozbierało szczęki z podłóg i wstało z klęczek, zaczęło snuć wiele wizji i oczekiwań wobec rapera, widząc w nim kogoś, kto może odmienić hip – hop. Nie obyło się bez porównań do rapowego topu – Nasa czy Tupaca. Mało który z największych MC’s nie był pełen uznania dla pracy, którą Lamar włożył w ten album – wystarczy wspomnieć o oficjalnym remixie Bitch Don’t Kill My Vibe z udziałem Jay’a Z. Sam Kendrick w roku 2013 ogłosił się, w gościnnym występie w numerze rapera Big Seana pt. Control, królem Nowego Jorku, co wywołało ogromną burzę medialną i zaowocowało dissami takich tuzów, jak m.in. Lupe Fiasco. Ze sporej ilości gościnnych występów, które pojawiły się po sukcesie jego płyty, warto wymienić ten na Marshall Mathers LP 2 , gdzie dał świetną zwrotkę u boku Eminema w kawałku Love Game . Nie muszę chyba mówić, jak potężne oczekiwania wobec niego ma branża hip-hopowa.

Kendrick Lamar – artysta niszowy Mimo sprzedania ponad miliona kopii swojego albumu, Lamar nie jest artystą o ogromnej popularności wśród ludzi niesłuchających na co dzień rapu. Jeśli chodzi o Polskę – jego występ na Open’erze nie był szerzej komentowany, mimo iż był już wtedy artystą docenionym, choć jednak nieznanym szerzej wśród polskiej publiczności. Jednak to, co ważniejsze, to jego odbiór za oceanem. Najlepszy przykład to niedawne rozdanie nagród Grammy (o którym możecie przeczytać w poprzednim numerze) , na którym Kendrick nie zdobył żadnej statuetki, mimo tego, że był nominowany aż w 7 kategoriach ( w tym za najlepszego nowego artystę, album roku, czy rapowy album roku) . Środowisko wrzało, szczególnie gdy większość nagród w kategorii rap zdobyli Macklemore i Ryan Lewis. Niestety, kolejny raz popularność wzięła górę nad jakością. A główny bohater tego tekstu? Po raz kolejny udowodnił swoją wysoką formę w mash-upie utworu m.A.A.d. City i Radioactive zespołu Imagine Dragons. Po tym świetnym występie w sieci udostępniono remix utworu Radioactive, właśnie z udziałem Kendricka , który jak zwykle uraczył nas potężną dawką ekspresji. Po takich wykonaniach niepotrzebna jest żadna z nagród.



QUEBONAFIDE „ŻYJEMY Z RAPU I JEST OKEJ” Kamil Łukowicz

28 lutego po koncercie organizowanym przez Big Bang PL w katowickiej Scenie Gugalander postawiliśmy pod gradobiciem pytań jednego z autorów Płyty Roku oraz jednej z największych niespodzianek roku poprzedniego w polskim rapie, czyli Eklektyki. Trochę o poprzednim wydawnictwie z Eripe, o najnowszych planach i o polskiej scenie hip-hopowej. Zapraszamy!

Minęły właśnie dwa miesiące od premiery Płyty Roku. Jesteś zadowolony z odbioru? Jestem bardzo zadowolony z Płyty Roku. Jestem bardzo zadowolony z odbioru Eklektyki. W ogóle jestem zadowolony z odbioru mojej twórczości, mówiąc lakonicznie i sztampowo, ale właśnie tak to wygląda. Zarówno sprzedażowo, jak i świadomościowo jestem bardzo zadowolony, bo ludzie, którzy przychodzą na koncerty kumają o co chodzi. Pieniądze też są z tego, nie ma co się oszukiwać. Żyjemy z rapu i jest okej. Czy udało się Wam zrealizować ten cel, który stawiał przed Wami Eripe, a mianowicie płyta bez słabej linijki? Kurczę, chyba nie. Chyba musze to kontestować. Z pewnością mam jakieś słabe linijki. Parę sucharów na pewno rzuciłem, bo inaczej się nie da. (śmiech) A propos sucharów. Czy Quebo przejmuje się recenzjami? Nie wpływają one negatywnie na mój stan psychiczny. (śmiech) Biorę je na pewno do siebie i jestem w stanie się zawsze skonfrontować z tymi opiniami. Nie mam z tym żadnego problemu, ale nie jest też tak, że krytyka mnie jakoś przytłacza. Rozumiem, że to co robię może się komuś nie podobać.

A jak reagujesz na te pozytywne recenzje i opinie, obecność w podsumowaniach roku? Jakby na to nie patrzeć Eklektyka to pewne odkrycie i jakiś sukces. Ja trochę udaję, że podchodzę do tego z dystansem. Jaram się tym, bo to jest zajebiste. Jestem bardzo wdzięczny wszystkim osobom za takie komentarze. Ważne jest to, że mówisz szczerze, nie jesteś fałszywie skromny. Tak, staram się tego nie piętnować, nie nagłaśniać plebiscytów. Ludzie doceniają, jak człowiek się nie pcha na afisz, tylko muzyka się broni. Idę tym szlakiem i jak na razie jest dobrze. Co sądzisz o otaczaniu kultem takich raperów, którzy kiedyś rapowali, a teraz przestali się tym zajmować, jak np. Smarki, Pan Wankz, Jimson? Ja sam jestem jednym z tych słuchaczy, którzy otaczają kultem. Jimson to jeden z moich ulubionych raperów.Wankza też bardzo cenię i lubię, ale mniej go słucham. Smark to legenda i nie da się tego zanegować. Moim zadaniem to jest jeden z najlepszych raperów wszechczasów. Jaram się, lubię podziemny rap. Fajne jest to, że ludzie doceniają podejście i mentalność tych osób, które starają się bronić tylko muzyką.


Na Eklektyce pokazałeś, że potrafisz poruszać się w szerokim wachlarzu tematycznym, a jednak Płyta Roku oparta jest głównie na braggadacio. Co było tego powodem?

skrajne, a często nawet oparte na takich bardzo populistycznych i nie do końca merytorycznych hasłach?

Po Eklektyce, która była bardzo różnorodna stylistycznie chciałem by kolejna płyta, którą zrobię, w tym przypadku z Eripem,była w jednym konkretnym schemacie. Moim zdaniem kawałki braggowe są kawałkami, które nam najlepiej wychodziły. Następna płyta będzie jeszcze w innym klimacie. Będzie chyba trochę smutniejsza, będzie bardziej refleksyjna i tam na tę chwilę w ogóle nie ma na niej bragga.

Powiem tak: kiedy już nagrałem ten kawałek to trochę się nad nim zastanawiałem. Nie wiem czy terazz perspektywy czasu trochę nie żałuję, że zrobiłem ten numer i czy wyświetlanie się z poglądami w rapie jest do końca fair. Mnie się wydaje, że Polis jest w miarę merytorycznie napisane. Jest tam kilka argumentów. Na Kwiatach zła Piha jest spoko kawałek (mowa o Rosyjskiej Ruletce – przyp. red.) o sytuacji politycznej.

Mówisz o Ezoteryce?

A np. Ponad Prawem Bezczela?

Tak, mówię o Ezoteryce.Nie ma tam bragga, ale teraz nie wiem jeszcze jak płyta będzie do końca wyglądała.Myślę, że będzie eksperymentalna. To co będę chciał robić, to nie zamykać się w jakimś jednym konkretnym nurcie czy płynąć jednym spływem.

Ten numer za bardzo mi się nie podoba, choć Bezczela lubię bardzo i cenię. Słucham jego kawałków.

Wróćmy do Eklektyki i kawałka Polis. Poruszasz tam polityczne tematy. Co sądzisz o raperach wydających kawałki, które są

A propos polskiej sceny - jak wiemy Eripe lubi się trochę przewieźć po niektórych raperach. Ty też w swoim bragga często nie oszczędzasz różnych postaw na scenie, ale chciaіbym pójść trochę w inną stronę. Z czego Ty jako słuchacz i twórca możesz być dumny? Podoba mi się to, że mogę sobie śpiewać w numerach w roku 2014 i nie dostaję za to hejtingu. Podoba mi się to, że ludzie mają coraz bardziej otwarte głowy. To, że poziom rapu idzie stylistycznie w kilka kierunków równocześnie, nie tylko w jeden. Podoba mi się ta otwartość głów i to, że w rapie coraz więcej się eksperymentuje. To jest według mnie kierunek, w którym rap powinien iść – jak najwięcej różnorodności i eksperymentów. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że darzysz sympatią działalność niezależną. Czy coś się w tej kwestii zmieniło? Doceniam to, że ludzie własną pracą i własnymi siłami dochodzą do jakichś pewnych etapów


i u mnie mam nadzieję, że będzie podobnie. Będę się starał, żeby słuchacze mnie nie zobaczyli w żadnej wytwórni. Zobaczą mnie w moim własnym labelu, który w najbliższym czasie planuje rozkręcić. Pierwsze kroki już poczyniłem. A jak to jest z SB Mafiją? Kto jest prezydentem? Ja miałem jakąś kadencję, ale obecnie jestem administratorem Glam Rapu. Teraz ludzie już wiedzą, dlaczego jest tam tyle pozytywnych komentarzy. Zostałem administratorem, Tede mnie mianował i Glam Rap płonie. (śmiech) Lanek był papieżem, ale w obecnym momencie nie wiesz kto jest prezydentem? Lanek abdykował. Nie wiem teraz co się dzieje w naszym małym SB Mafijnym państwie. Które się coraz bardziej rozrasta. A gdzie będziemy mogli Cię usłyszeć w najbliższym czasie w gościnych występach? Z tymi gościnkami to też jest spora zagwostka. Dostaję zaproszenia i z wielu chciałbym skorzystać, ale ostatnio skupiam się na mixtapie. Chciałbym dużo podziałać z podziemnymi raperami. Wielu bardzo dobrych raperów mnie zaprasza. Ostatnio dostałem zaproszenie od 101 Decybeli czy Pawbeatsa na ich płyty. Czyli możemy liczyć, że wyciągniesz z niebytu Jimsona, Smarkiego i Pana Wankza? Oj choćbym bardzo chciał, to chyba jest nierealne. Pisałem do Smarkiego, ale to niestety mission impossible, nie dostałem nawet odpowiedzi. Co uważasz o beefach na polskiej scenie? Nie lubię bardzo naciąganych beefów, które się biorą z niczego. Myślę, że można znaleźć wśród beefów perełki.

Nie są więc zjawiskiem negatywnym? To jest niewymierne. Ja ze stanowiska słuchacza jak najbardziej lubię odpalić sobie beefy. Skupiam się na kawałkach – ten słabszy, ten lepszy. Na koniec zapytam o Twoje plany na ten rok. Jest solowy mixtape, coś jeszcze się szykuje? Na razie tylko mixtape. Nie chcę przedobrzyć, żeby mnie było za dużo. Chcę to zbilansować i staram się bym nie wyskakiwał ludziom z lodówki. Płyta Roku wyszła na przełomie 2013/2014, Eklektyka ukazała się w 2012 i myślę, że to i tak jest dużo - 3 płyty w przeciągu 3 lat. Dziękuję bardzo za rozmowę. Chcesz coś jeszcze przekazać swoim słuchaczom, czytelnikom? Chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy głosowali na nas w plebiscycie Rap Dumy.


NEWSY Ola Bąk

Pierwszy solowy singiel Rojka Informacja o tym, że Artur Rojek planuje wydać na wiosnę solowy krążek wzbudziła niemałe zainteresowanie. Teraz mamy już pogląd na to, w jakim kierunku poszedł muzyk – właśnie ukazał się pierwszy singiel promujący album. Autorami tekstu i muzyki Beksy są Artur Rojek i Bartosz Dziedzic, który współpracował już m. in. z Brodką. Zestawienie fragmentu już nie wytrzymuję tempa, wszystko kurwa skręca z dziecięcym chórkiem jest bez wątpienia odważnym posunięciem.


Drunk in love w nowych wersjach W ostatnim czasie żaden utwór nie był chyba tak rozchwytywany jak Drunk in love z ostatniej płyty Beyoncé. Jego własne wersje wypuścili już m. in. Diplo, James Blake, T.I, The Weeknd i Kanye West. Największą popularnością cieszą się remiksy tych dwóch ostatnich. Przyjaciel państwa Carterów dołożył do swojej wersji kilka linijek tekstu, w których w perwersyjny sposób rapuje o seksie z Kim Kardashian. Drunk in love w wykonaniu The Weekend utrzymane jest natomiast w charakterystycznym dla niego, melancholijnym stylu.

Kanye West i James Blake będą współpracować Już w ubiegłym roku Kanye West przyznał, że James Blake jest jego ulubionym artystą. Teraz, jak wyznał Blake, raper zaprosił go do współpracy. Brytyjczyk zgodzi się, ale pod jednym warunkiem – w nagrywaniu mają wziąć udział tylko oni, bez osób trzecich. Sam Blake jest bardzo podekscytowany propozycją rapera, a my nie możemy się już doczekać efektów tej kooperacji.


KONCERTY Ola Bąk

Justin Timberlake przyjedzie do Polski Na tę informację czekaliśmy już od kilku lat. Swój pierwszy solowy koncert w naszym kraju muzyk zagra 19 sierpnia w gdańskiej PGE Arenie. Ceny biletów zaczynają się od 150 złotych. Podczas występu usłyszymy

materiał z dwóch ostatnich krążków Justina, ale z pewnością nie zabraknie także starszych utworów m. in. z fenomenalnego Future Sex/Love Sounds. Koncert, który śmiało można już teraz nazwać najważniejszym wydarzeniem muzycznym tego roku, organizowany jest przez firmę Prestige MJM, we współpracy z Multimedia Organisation Ltd.


Goodfest prezentuje swój lineup

FreeFormFestival odkrywa karty

Tegoroczny lineup festiwalu Goodfest robi wrażenie. W Dębicy wystąpi bowiem czołówka polskich artystów, czyli Brodka, Kaliber 44, Dawid Podsiadło, KAMP!, BOKKA, Fismoll, Stara Rzeka i Rebeka. Co ważne, wstęp na festiwal jest całkowicie bezpłatny, toteż już teraz warto zarezerwować sobie ostatnią sobotę sierpnia.

Poznaliśmy nazwiska kolejnych artystów, którzy 910 maja wystąpią w Warszawie w ramach FreeFormFestival 2014. Do ogłoszonych wcześniej gwiazd – MØ, Charli XCX i Jona Hopkinsa - dołączyli właśnie: TRUST, Evian Christ i Roosevelt. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczna, jubileuszowa edycja będzie jedną z najlepszych.

Tauron Nowa Muzyka ogłasza kolejnych artystów Po dwóch latach przerwy festiwal wraca na swoje stałe miejsce, czyli do Nowej Siedziby Muzeum Śląskiego w samym centrum Katowic. Do wcześniej ogłoszonych muzyków dołączyli: Dixon, Mouse On Mars, Jackson and his Computer Band, Ben UFO, Kelela i ubiegłoroczne objawienie polskiej sceny muzycznej, czyli BOKKA.

Audioriver rośnie w siłę Poznaliśmy już kolejną pulę artystów, którzy wystąpią w lipcu w Płocku. Podczas tegorocznej odsłony Audioriver usłyszymy m. in. : Little Dragon, projekt Skalpel, KOVEN., Daniel Avery, Maribou State i Lakker. Scenę DJ-ską zasilą natomiast John Digweed i DJ Koze.

Eripe & Quebonafide Scena Gugalander (28.02.14r.) Relacja Katowicki koncert organizowany przez Big Bang PL można bez wątpienia nazwać niezwykle udanym. Co równie ważne, koncert w/w gentelmanów pokazał, iż ilość nie zawsze równa się jakości. Fani, którzy nie przybyli w liczbie równającej się tłumom w klubach największych pokazali to w sposób dobitny. Nieprzypadkowi ludzie na scenie odpowiadali nieprzypadkowym ludziom pod sceną, a taka sytuacja często jest wyłącznie mrzonką. Główni bohaterowie wieczoru uwolnili ogromne pokłady energii zarówno w samych sobie jak i w słuchaczach. Bez zblazowania, za to z kreatywnością i pomysłem. I któż by się przejmował w takiej sytuacji jakimikolwiek problemami technicznymi? [Kamil Łukowicz]


Katy B Little Red Ola Bąk Mimo że Katy B na swoim koncie ma dopiero dwa albumy, to oczekiwania wobec niej były ogromne. Nie od dziś przecież wiadomo, że druga płyta to zawsze wyzwanie większe od debiutu. Samo utrzymanie wysokiego poziomu (choć niełatwe) nie wystarcza. Słuchacze chcą więcej i lepiej. Tym razem Katy B udało się spełnić tylko ten pierwszy warunek, a szkoda. Little Red jest wydawnictwem zdecydowanie bardziej dojrzałym, różnorodnym. Wokalistka nie boi się eksperymentować z amerykańskim R&B, jak chociażby w Play, w którym towarzyszy jej Sampha czy w Still, który wyróżnia się partią piano. I choć jest tu więcej house’owych brzmień, to Katy nie zapomniała całkiem o dubstepie, i w kilku kawałkach wraca do swoich tanecznych korzeni. Na Little Red brak jednak tej świeżości i energii, którymi cechowały się kawałki z On a Mission. Brytyjka postawiła tym razem na typowo radiowe piosenki, wśród których nie brak

melancholijnych ballad (Crying for No Reason). Niestety ta melancholia przybiera zbyt często melodramatyczny ton. Całość ratuje jednak wokal Katy i ciekawi goście na płycie (świetne Aaliyah z udziałem Jessie Ware). Choć nie wszystkie pomysły Katy są udane, to nie można odmówić jej odwagi i kreatywności. Klubowe rytmy i pulsujące dźwięki tworzą mieszankę idealną na imprezę. Największym minusem jest to, że album jest po prostu zbyt długi (17 piosenek w wersji deluxe), przez co chwilami męczący. Gdyby artystka pozbyła się kilku niezapadających w pamięć wypełniaczy dostalibyśmy krótszy, ale o wiele spójniejszy i robiący większe wrażenie materiał. Warto zaznaczyć, że przemiana zaszła także w samej Katy, która z dziewczynki z londyńskiej ulicy przemieniła się w pewną siebie kobietę glamour. Tym bardziej nie mogę się już doczekać, czym zaskoczy nas następnym razem.

7


Abel Ostatni Sarmata Kamil Łukowicz Po przesłuchaniu pierwszego solowego albumu reprezentanta Smagalaz jestem pewien jednego: w osobie Abla znaleźliśmy drugiego Polaka, który odbył podróż w kosmos. A pomyśleć, że z ostatnim sarmatą startowaliśmy z niewielkich Słubic. Ale po kolei. Jeden z bardziej niedocenionych MC na swoim albumie pozwolił sobie na wszystko. Zarówno ze strony tekstowo – wokalnej, jak i muzycznej. Za tą drugą w całości odpowiadają DJ Pete i Brat Jordah, którzy są konstruktorami tego rodzimego Sputnika. Na czym się tutaj nie rapuje! Produkcje są niezwykle ciekawe, w całym tym bałaganie i rozstrzeleniu niezwykle oryginalne. Niesamowicie świeża elektronika znajduje się tutaj obok ludowych zaśpiewów i akordeonów. Potem producenci znów sypią nam w twarz syntetykami i trapem, by totalnie skołować słuchacza nutą klasycznego boom – bapu.

Trupa Trupa

przez samego MC. Abel ma sporo do powiedzenia, a i wie w jaki sposób to przekazać, gdyż jego flow jest niesamowicie giętkie. Na najbardziej połamanych i eklektycznych podkładach płynie z dużą gracją. Tematyka opiewająca finanse i sukcesy ( a raczej dążenia) stanowi główny motyw albumu, jednak nie jest wtórna. Z resztą nie mogłaby być przy wersach takich jak „Raj na ziemi ? Nie kłam, idź po szczeblach wyżej/Bieg na szybkość ? A co ja kur** jestem wyżeł ?!” . Goście, czy ci rapujący ( Tede, Mops i Gonix), czy śpiewający (m.in. Bartosz Borula) również prezentują solidny poziom. Jednak solidny to określenie niepasujące zupełnie do oceny całego LP. Konsekwencja brzmieniowo – stylistyczna i otwartość zaowocowała sporą niespodzianką i płytą zapełniającą rapową pustkę w roku 2014. A że niektóre numery są zbędne, czy rozbuchane pod względem czasu trwania ?

8

++ Judyta Patoka

Plus plus jest płytą zaskakującą i przez wielu słusznie określaną mianem jednej z najlepszych w 2013 roku. Drugi album zawsze jest wielką niewiadomą, i często zdarza się, że nie jest to miła niespodzianka. Jednak w tym przypadku spotykamy się z naprawdę dobrą produkcją. Trupa Trupa to jeden z tych zespołów, który inaczej brzmi na płycie, inaczej na żywo, ale w obu przypadkach świetnie. Jeśli ktoś przed poznaniem piosenek zajrzałby do tekstów i dopiero potem posłuchał muzyki byłby w niemałym szoku. Słowa pełne śmierci i przemocy, w tle alternatywne dźwięki rocka lat 60. -robi wrażenie. Melodie na przemian delikatne i wciągające przemieszane zostały z prawdziwą psychodelą ozdobioną mocnymi

gitarowymi riffami, ale również z rock'n'rollem, Jednak mimo tego płyta jest spójna, jak np. w See you again, przy którym, zapewniam, nie usiedzicie spokojnie. Otwierający krążek utwór I hate dokładnie pokazuje na co stać zespół. Ciągłe zmiany w melodii, dokładane stopniowo instrumenty i końcówka urwana niczym hejnał składają się na elektryzującą całość. Gdy za którymś razem słyszymy wokal krzyczący tytułowe I hate mamy ochotę wrzasnąć razem z nim. Po mocnym uderzeniu wpadamy w niepokojąco spokojne objęcia Felicy, żeby potem dać się porwać przy Miracle. Na koniec zostaje nam przepiękne, niezwykle melodyjne Exist, a także nadzieja, że słowa we don't exist no more nigdy nie zostaną powiedziane na poważnie, i szybko, na przekór, przyniosą kolejny krążek. Na ++ po prostu nie ma złych momentów.

9



Nieefektywne efekty Prosty gwiazdor Magia marketingu Klockowe plakaty Recenzje Ona American Hustle LEGO Przygoda Tajemnica Filomeny Jack Strong Sierpień w Hrabstwie Osage


NIEEFEKTYWNE

EFEKTY Dominik Kowol

Nie macie już dosyć komputerowych efektów specjalnych w filmach? Na Boga, ciężko dziś znaleźć jakikolwiek film, który w jakimś stopniu nie opierałby się na sztucznie generowanych tłach czy eksplozjach. Tęsknicie za starą trylogią Star Wars,a może za pierwszą częścią Parku Jurajskiego? Nie ukrywajmy – czasy zachwytu nad efektami generowanymi komputerowo minęły już ładnych kilka lat temu. Przyzwyczailiśmy się do trójwymiarowych modeli biegających między aktorami i do aktorów biegających po dwuwymiarowych tłach, a co za tym idzie, coraz łatwiej nam odróżnić CGI (ang. Computer Generated Imagery) od technicznych efektów specjalnych. Nie dlatego, że są coraz mniej realistyczne, po prostu wiemy czego się po nich spodziewać. Współczesne kino zasypuje nas terabajtami nieistniejących i niepotrzebnych efektów, które robią na nas coraz mniejsze wrażenie.



P

oczątki CGI były huczne i efektowne. Park Jurajski do dziś trzyma się całkiem dobrze, wliczając nawet nieco kanciastą scenę podziwiania zauropoda. Wszyscy byli zahipnotyzowani realizmem, na który wcześniej nikt nie mógł sobie pozwolić. Dlaczego mimo upływu lat cały czas możemy oglądać ten paleontologiczny klasyk bez obrzydzenia przestarzałą animacją? Otóż cała magia kina tkwi w mnogości form. Animowane modele wklejone do nagranych ujęć i zdalnie sterowane roboty czy gumowe kukły znajdujące się na planie razem z aktorami tworzą niemalże doskonałą równowagę. Użyto wielu różnych metod by oszukać nasze oko, a im więcej wariacji, tym trudniej będzie nam się do nich przyzwyczaić i zacząć zwracać na nie uwagę. Jeszcze lepszym przykładem są wcześniej wspomniane Gwiezdne Wojny. Każdy AT-AT, każdy X-wing, wszystkie kosmiczne bitwy były kręcone przy użyciu ręcznie robionych modeli i przedpotopowej techniki komputerowej; sztuką było sprawić, że malutkie modele wydawały się gigantycznymi statkami handlowymi, a rozsypana na stole mąka powierzchnią zamarzniętej planety Hoth.

To tylko cholerny gryzoń Tak… dinozaury zjadające bogatych inwestorów, kosmiczne batalie, aż miło popatrzeć. Niestety, i to przestaje wystarczać, chcemy więcej, bo możemy

więcej. Więcej wybuchów, gigantycznych maszyn, epickich scen walki i fantazyjnych lokacji… Najlepiej niech efekty będą tanie i wymagają jak najmniejszej pracy technicznej, wtedy będziemy mogli przyspieszyć produkcję! W tym momencie dochodzimy do punktu, w którym wiele wysokobudżetowych blockbusterów strzela sobie w stopę i upada poniżej poziomu filmów klasy Z. Czytelniku, nie zrozum mnie źle, nie jestem przeciwny CGI, Gollum z Władcy Pierścieni bez dwóch zdań wyglądał oszałamiająco. Głównym celem osób pracujących przy takich efektach jest oszukanie widza, że naprawdę coś znajduje się na planie, że Frondo naprawdę siłuje się z Gollumem, że Królik Roger rzeczywiście tańczy na scenie i wchodzi w interakcję z innymi postaciami. Potrzebujemy komputerowego Golluma, potrzebujemy diplodoka, a bez pomocy programów i grafików wszystko posypałoby się w drobny mak. Pacific Rim czy Avatar są swego rodzaju symfoniami CGI, które służą pokazaniu możliwości współczesnej technologii, i nie widzę w tym nic złego. Solą w oku są jednak efekty, które bez większych problemów można zastąpić kilkoma fajerwerkami czy parą kaskaderów. Dlaczego gofer z pierwszej sceny Królestwa Kryształowej Czaszki musiał być animowany? To tylko jeden cholerny gryzoń, znalezienie żywego okazu nie mogło być aż tak trudne. Dlaczego sarenki w Jestem Legendą muszą wyglądać tak sztucznie? Załatwiliście sobie Willa Smith’a, a nie dostaliście żywej sarny? Karygodne lenistwo i skąpstwo.


Próba oddania skrajnego realizmu jest bezcelowa Animowana Opowieść Wigilijna z Jimem Carreyem nie przypadła mi do gustu. Dlaczego?! Przecież to świetna adaptacja wykonana na wysokim poziomie! Czemu miałaby się komukolwiek nie podobać? Niepotrzebne marnowanie pieniędzy, ot co. Shrek wykorzystał swoje możliwości, i ,tak jak większość filmów animowanych techniką komputerową, pozwolił postaciom na rzeczy, których zwykli aktorzy nie mogliby zrobić nawet z pomocą kaskaderów. Jeśli już pozbywamy się aktorów z planu filmowego, to skorzystajmy z ich braku i dodajmy coś od siebie – więcej dynamiki, karykaturalną ekspresję twarzy, więcej emocji. Oglądając Opowieść Wigilijną cały czas widziałem pana Carreya, z lekko wydłużonym nosem i dodanymi zmarszczkami, ale cały czas człowieka, który w świecie animacji jest powolny i ociężały. Próba oddania skrajnego realizmu jest w takich wypadkach bezcelowa, bo równie dobrze mógłby to zagrać dobrze ucharakteryzowany aktor, nawet jeśli musiałby grać na niebieskim tle.

Chcemy więcej kreatywności Sin City, tak jak większość filmów Robert Rodrigueza (innym przykładem może być film 300 Zacka Snydera), wyraźnie tworzy większość świata przedstawionego ze sztucznie i nierealistycznie wyglądającego tła, które jest tak stylowe i klimatyczne, że nikomu nie przeszkadza jego abstrakcyjność czy kiczowatość. Jeśli tylko dobrze pokierować oprawą artystyczną, grą świateł i kolorystyką, można z niczego stworzyć niemały klasyk kina akcji. Jakie dziś wyciągniemy wnioski? Nie chcemy by CGI zniknęło z kin, chcemy więcej kreatywności, więcej zabawy możliwościami. Tam, gdzie potrzebne są efekty komputerowe, zróbcie z nich coś, co będziemy chcieli oglądać, nie wstawiajcie trójwymiarowych modeli tam, gdzie możecie zatrudnić aktora. Nie zapominajcie o klasycznych efektach i pirotechnice, eksperymentujcie i zachwyćcie nas własną wyobraźnią. Film jest medium, które cały czas ewoluuje, więc nie kupujcie kolejnego greek boxa i pokażcie nam wreszcie coś nowego!



PROSTY

GWIAZDOR PHILIP SEYMOUR HOFFMAN Maciej Mańka

Drugiego lutego 2014 świat kina na zawsze opuścił Philip Seymour Hoffman, jeden z członków hollywoodzkiego panteonu. Warto poświęcić trochę miejsca jego ogromnemu dorobkowi artystycznemu, jak i jego aktorskiemu kunsztowi.

Człowiek, który byłby ostatnim skojarzeniem do wielkiej gwiazdy Fabryki Snów. Korpulentny, o sylwetce pulchnego wyrośniętego bobasa, którego w dzieciństwie zawsze stawiali na bramce. Nikt nie pomyślałby, że ktoś o takich warunkach fizycznych jest w stanie zrobić karierę jako aktor. Hoffman w każdym swoim filmie, od Big Lebowskiego, przez Czerwonego Smoka, oscarową kreację w Capote, aż po ostatnie Igrzyska Śmierci, pokazywał swój kunszt i podnosił ocenę filmu o kilka gwiazdek. Głównym narzędziem sztuki była dla niego podpita, ryża wręcz twarz, którą pokazywał nam prostego faceta, wykonującego rzetelnie swoją robotę. W życiu prywatnym znany był jako introwertyk. Oschły, czasem nieuprzejmy wobec swoich fanów, potęgował tylko

wrażenie tęgiego chłopa, który nie jest zainteresowany upublicznianiem swoich prywatnych spraw. Nie miał także obawy przed pokazywaniem się w strojach niemarkowych, z bejsbolówką na czole, manifestując swoją naturalność. Jego wielkim osiągnięciem było to, że nie dał się zaszufladkować. Całą gamą kreacji, od dramatopisarza w Rodzinie Savage, po trenera baseballu w Moneyball, pokazywał nam intelektualistów zwykle skrywających problemy moralne. Jego ostatnim, pośmiertnym występem będzie rola Plutarcha Heavensbee w ostatnich dwóch częściach Igrzysk Śmierci, do których na szczęście udało mu się zakończyć większość dni na planie zdjęciowym. Śmierć Philipa Seymoura Hoffmana to wielka strata dla kina, a także upokarzający koniec jednego z aktorskich mistrzów.


MAGIA MARKETINGU Jarosław Majętny

Niektóre filmy są po prostu pięknymi z zewnątrz, a pustymi w środku bańkami mydlanymi. Nieraz zdarzyło mi się wyjść z kina rozczarowanym, mając przed oczami wszystkie pochwalne recenzje, które przeczytałem przed seansem, rozmyślając: czy to ja byłem zbyt głupi żeby zrozumieć głębszy sens jakiejś produkcji, czy to może recenzje były sponsorowane przez twórców filmu.

Avatar Już pisząc sam tytuł czuję setki oczu wytrzeszczonych w niedowierzaniu - jak tę produkcję można uznać za słabą?! O ile może ze słabą nieco przesadziłem, to produkcja Jamesa Camerona nie wybija się niczym ponad przeciętność. Po premierze filmu ludzie dzielili się na dwa obozy- tych, którzy ten film uwielbiali i tych, którzy prawie na nim usnęli, bo byli na zwykłej wersji 2D. Prawda jest taka, że to właśnie w 3D i efektach specjalnych tkwiła cała magia tej produkcji, i kiedy ich zabrakło to został jedynie sztampowy, do bólu oklepany scenariusz. Jak już wcześniej wspomniałem - nie jest źle, jednak filmów o takiej tematyce są dziesiątki, a jako że lata 80-te, czyli czas kultu dzielnych amerykańskich intergalaktycznych żołnierzy już się skończył, to jednak odbiorcy zdawaliby się mieć większe wymagania. W dniu premiery Avatar może i był technicznym kamieniem milowym, jednak, gdy film się starzeje, zawsze wspomina się go za to, czym wciąż jest, czyli scenariusz i grę aktorską, a nie za to, czym był, czyli niegdyś świetną technologią.



Paranormal Activity Popularność tego filmu jest dla mnie wciąż ogromną zagadką. Pomimo tego, że nie oglądam horrorów, bo się ich zwyczajnie boję, po okrzyknięciu przez wielu tej produkcji filmem, który będzie wskazywany jako klasyk gatunku stwierdziłem, że muszę to zobaczyć. Efekt był taki, że jedyną rzeczą, której bałem się podczas tego filmu było to, że umrę z nudów. Cała produkcja udaje film dokumentalny, w którym pewna rodzina co noc pozostawia włączoną kamerę w celu nagrania powtarzających się w nocy zjawisk paranormalnych. O ile sam pomysł jest całkiem ciekawy, to wykonanie jest porażająco słabe. Do słabej gry aktorskiej w horrorach już się przyzwyczailiśmy i można by ją przeboleć gdyby nie fakt, że ten film jest przeraźliwie nudny. I nie mówi tego weteran gatunku, tylko osoba zupełnie zielona w horrorach jak ja, co powinno samo w sobie mówić o tym jak płytką produkcją jest Paranormal Activity.

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki Jak to mawiał klasyk polskiej sceny muzycznej: Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Niestety, twórcy niegdyś świetnej serii o poszukiwaczu przygód nie zastosowali się do tej zasady, i stwierdzili, że zrobią z biednego Harrisona Forda na starość pajaca i przy okazji zabrudzą dobre imię marki, jaką jest Indiana Jones. O ile ta seria od zawsze słynęła z nieprawdopodobnych sytuacji i nadmiernego szczęścia głównego bohatera, to tutaj scenarzyści posunęli się o krok dalej. Już na początku nasz poczciwy Indiana przeżywa wybuch bomby atomowej chowając się w… lodówce. Niestety jest to tylko czubek góry lodowej złożonej z kiczowatych sytuacji, drętwych dialogów i nieśmiesznych żarcików. Mnóstwo zmarnowanego potencjału.


Gwiezdne wojny Część I – Mroczne Widmo Pomimo tego, że ta seria ma gigantyczną ilość fanów, to zdecydowana większość może się z tym zgodzić - Mroczne Widmo nie jest dobrym filmem. Podobnie jak miało to miejsce z pierwszą częścią prequela do Władcy Pierścieni, czyli Hobbit: Niezwykła Podróż, film zdaje się być skierowany do dzieci, naruszając nieco renomę poprzedzającej go właściwej trylogii. To, co z filmem jest najbardziej nie tak można podsumować w 3 słowach: Jar Jar Binks. Nie dość, że przez dużą część filmu doprowadzał on widzów do białej gorączki swoim słabo zanimowanym wyglądem, to jeszcze zdecydowanie za często odzywał się swoim nieziemsko irytującym głosem. Ogółem Mroczne Widmo nie jest złym filmem, i gdyby był osobnym projektem, a nie częścią tak dużej marki jak Gwiezdne wojny, to może i jego grzechy byłyby wybaczone.

Zmierzch O ile nie można tej produkcji nazwać powszechnie lubianą, to paradoksalnie jej popularność i zyski są ogromne. Oczywiście wiadomym jest, że grupą odbiorców dla tej serii są głównie nastoletnie dziewczynki, które nie mają zbyt wysublimowanego gustu w kwestii filmów, jednak efekty specjalne, fabuła i gra aktorska są tak absurdalne, że warto o tym filmie wspomnieć na tej niekoniecznie pochwalnej liście. O ile temat wampirów i wilkołaków nie należy do najbardziej oryginalnych, to nie znaczy to od razu, że trzeba ten temat aż tak spartolić. Główną bohaterką jest dziewczyna o jednym wyrazie twarzy, której jedynym celem życia jest znalezienie chłopaka. Podczas gdy walczą o nią wampir i wilkołak, ona nie do końca zdaje się ogarniać całej sytuacji, podobnie jak ja oglądając tego potworka.


KLOCKOWE

PLAKATY Czekając na tegoroczne rozdanie Oscarów, zainspirowany wchodzącym właśnie do kin filmem LEGO Przygoda, grafik Old Red Jalopy postanowił umieścić nominowane do Oscarów filmy w realiach klocków LEGO. Wynikiem jego pracy jest dziewięć dokładnie zrekonstruowanych względem oryginału plakatów. Znalazły się tutaj między innymi takie filmy jak American Hustle, Ona czy Tajemnica Filomeny. Recenzje tych produkcji, jak i LEGO Przygody, znajdziecie na następnych stronach.



ONA Jakub Ciosiński Przeszklone wieżowce, sterylne mieszkania, ludzie zapatrzeni jedynie w ekrany swoich telefonów – przyszłość widziana oczami Spike’a Jonze’a wcale tak bardzo nie odbiega od tego, z czym spotykamy się na co dzień. Świat, w którym żyją bohaterowie filmu Ona, mimo że ubrany w otoczkę science fiction, stanowi bardzo aktualny komentarz obecnego postępu technologicznego i zagrożeń z nim związanych. Głównym bohaterem słodko-gorzkiego filmu Spike’a Jonze’a jest Theodore (Joaquin Phoenix). Aspołeczny i odrobinę wyobcowany mężczyzna, spędzający czas na dwóch czynnościach – pracy i wirtualnej rozrywce w postaci gier wideo i seks-czatów. Jego podejście do życia zmienia się wraz z zainstalowaniem na komputerze inteligentnego systemu operacyjnego, przemawiającego do użytkownika seksownym damskim głosem (Scarlett Johansson). System wybiera sobie imię Samantha. Szybko okazuje się, że potrafi ona zrozumieć problemy i potrzeby Theodora lepiej niż jakikolwiek człowiek.

W odbiorze panującej w filmie specyficznej atmosfery pomaga idealnie wkomponowana muzyka autorstwa Arcade Fire. Soundtrack zawiera kilka instrumentalnych kawałków z Reflektora i stanowi przemyślaną mieszankę muzyki alternatywnej i klasycznej. W równym stopniu zachwycają zdjęcia, które w akompaniamencie wspomnianych utworów tworzą spójną i intrygującą wizję przyszłości. Wszystkie pozornie abstrakcyjne pomysły i fantazje reżysera mają swój punkt zaczepienia we współczesności, a najmniej prawdopodobne sceny są tylko rozwinięciem paradoksów obecnie otaczającej nas rzeczywistości. Reżyser nakreśli zdumiewająco wiarygodny obraz niedalekiej przyszłości jako świata pozbawionego uczuć, gdzie panuje przejmująca samotność, a ludzie wypełniają potrzebę bliskości światem wirtualnej iluzji. Dokładnie tak, jak zaczynają robić już teraz

9 9


LEGO PRZYGODA Dominik Kowol

Wszystko jest wspaniałe! Nie żartuję, dosłownie wszystko. Próbowałem obejrzeć ten film i z góry nie nastawiać się tak entuzjastycznie, być neutralnym… naprawdę próbowałem! Wszystkie moje postanowienia legły jednak w gruzach już po kilku minutach seansu. Na niecałe dwie godziny znowu stałem się dziesięciolatkiem bawiącym się swoimi zestawami LEGO rycerzy i gwiazd NBA. Emmet jest przeciętnym klockowym budowniczym, jego życie jest skrajnie monotonne i kręci się tylko wokół odgórnie ustalonych schematów. Mimo to nasz żółty bohater jest energiczny, głośny i cieszy się każdą sekundą spędzoną w swoim klockowym domu, klockowym aucie i klockowej pracy. Cały jego świat wywraca się do góry nogami gdy dowiaduje się, że jest wybrańcem, który uratuje świat LEGO przed złym Lordem Biznesem. Zwykły obywatel wrzucony do niezwykłych realiów ratuje świat – bla bla bla, widzieliśmy to już setki razy, czy warto jeszcze eksploatować ten temat? Otóż okazuje się, że warto. A to wszystko było prawdą, bo się rymowało.

TAJEMNICA FILOMENY W walce o Oscary udział biorą filmy Maciej Mańka

kontrowersyjne, rewelacyjne i nieporozumienia. Jednak w samym środku tej skali znajduje się Tajemnica Filomeny. Jest to film według wszelkich standardów dobry. Stare, dobre, brytyjskie kino, ciekawe kreacje i porządna fabuła czynią z niej pozycję wartą zobaczenia. Film opowiada nam historię starej Irlandki (Judi Dench), która jako młoda kobieta została oddana do zakonu po tym, jak zaszła w ciążę. Jej dziecko zostało adoptowane, lecz teraz, po 50 latach, matka próbuje odszukać swojego syna. Pomaga jej w tym dziennikarz (Steve Coogan), szukający sposobu na walkę z goniącą go depresją. Odkrywają oni wiele strzępków historii, często przerażających, które prowadzą ich po nitce do wydarzeń z przeszłości syna kobiety.

Żarty – zabawne i na poziomie, nie tak jak w wielu współczesnych filmach animowanych, które na siłę próbują rozbawić nas internetowymi memami i zwykłą głupotą. Fabuła – zaskakująco głęboka, ale nieprzesadzona, z twistem fabularnym, którego można się spodziewać, ale nie jest oczywisty. Zarówno dorosłych, jak i dzieci zmusi do krótkiej refleksji, nie przytłaczając niepotrzebnym dramatyzmem. Oprawa wizualna – film jest po prostu piękny. Ciężko nie ulec wrażeniu, że to wszystko animacja poklatkowa, i to, co widzimy, to po prostu zdjęcia prawdziwych klocków. Twórcy momentami nawet obniżyli ilość wyświetlanych klatek na sekundę, żeby jeszcze bardziej utwierdzić nas w tym przekonaniu. Widok falującego morza wykonanego w stu procentach z klocków LEGO – istna magia. Czy polecam LEGO: The Movie? Oj tak! Wskakuj w swoje kanciaste portki i zaiwaniaj do kina! Przygotuj się na największy komercyjny hit, który w przeciwieństwie do reszty komercyjnych hitów nie okazał się kompletną klapą

7

Duet jaki stworzyli główni bohaterowie jest bajeczny. Dziwna, podstarzała, religijna babunia mierzy się z ironicznym, sceptycznym dziennikarzem szukającym dobrej historii. Słusznie postawiono na dialogi między aktorami, co powoduje, że nie tyle bawią, co poprawiają skutecznie nastrój. Jednakże pod tym sielankowym teatrzykiem ukryta jest przejmująca historia, pełna ciekawych, choć nieco spodziewanych zwrotów akcji. Reżyser zabiera nas w podróż w czasie, gdzie wraz z bohaterami odkrywamy kolejne stadia życia poszukiwanego, obserwując jednocześnie reakcję kochającej, tęskniącej matki. Po filmie nie należy się spodziewać żadnych ekstremów. Jeśli nastawimy się na swobodne, ciekawe kino dramatyczne, na pewno wyjdziemy z sali kinowej usatysfakcjonowani. Pozycja po prostu przyzwoita.

7


AMERICAN HUSTLE Jarosław Majętny Przede wszystkim: klimat, klimat i jeszcze raz klimat! Akcja filmu dzieje się na przełomie lat 70-tych i 80-tych, a fabuła jest oparta na częściowo prawdziwych wydarzeniach. Opowiada historię niejakiego Irvinga Rosenfelda (Christian Bale), który, żyjąc z przekrętów finansowych, w pewnym momencie znajduje się pomiędzy młotem a kowadłem. Historia w filmie jest bardzo dobra, jednak tym, czym produkcja znacznie wybija się ponad przeciętność, jest obsada, gra aktorska i wspomniany na samym początku klimat lat 80-tych. Wszystko jest absolutnie na swoim miejscu, a rewelacyjna ścieżka dźwiękowa tylko dopełnia całości. Cały film jest podzielony na 3 wątki. Pierwszy skupia się na wspomnianym wcześniej oszuście, który przez swoją nieuwagę zostaje zmuszony do wspierania agenta FBI we wrabianiu polityków i gangsterów w oszustwa finansowe. Kolejną postacią której została poświęcona duża część filmu jest Sydney (Amy Adams), oszustka na wstępie współpracująca z Irvingiem. Trzecim, i najbardziej mieszającym

w całej fabule bohaterem jest Richie DiMaso, tajny agent FBI, który zebranymi dowodami szantażuje Irvinga i Sydney, jednocześnie zmuszając ich do współpracy z nim. Pomimo niewielkiej roli, Jennifer Lawrence dzięki swojej charyzmie również udało się skraść uwagę widzów. Grająca rozpieszczoną żonę Irvinga jest tak wiarygodna, że ciężko wyobrazić sobie kogokolwiek innego w tej roli. American Hustle jest filmem wyjątkowo dyskusyjnym, wszystko zależy od punktu widzenia. Sam przyznaję, że o ile spodziewałem się odrobinę lepszego scenariusza, to klimat, dialogi, muzyka i gra aktorska przeszły moje najśmielsze oczekiwania, dzięki czemu wciąż bardzo przyjemnie oglądało mi się ten film. Pomimo tego, że czasem może się zdawać, że akcja nieco się dłuży, to bez wątpienia jest to produkcja wymagająca myślenia, co zawsze jest rzeczą dobrą.

8


SIERPIEŃ W HRABSTWIE OSAGE ______

Maciej Mańka

Jak wyhodować czarnego konia Hollywood? Trzeba oczywiście wziąć ciekawy projekt, parę znanych twarzy, a to wszystko rozreklamować. Sierpień w hrabstwie Osage doskonale spełniał te wytyczne. Czy jednak trafił w gusta widzów i krytyków? Przede wszystkim- scenariusz to samograj. Broadwayową sztukę, która zrobiła furorę, lekko tylko zmieniono i postanowiono zrobić z niej film. Walorem tego dzieła, oprócz scenariusza czysto teatralnego, jest także fenomenalna obsada, zaczynająca się na arcymistrzyni Meryl Streep, poprzez Julię Roberts, Evana McGregora, aż do m.in. Benedicta Cumberbatcha. Film po prostu zapada w pamięć. Fabuła rozgrywa się w posiadłości w hrabstwie Osage, gdzie chora na raka głowa rodziny (Meryl Streep) zwołuje swój ród po śmierci męża. Przyjeżdżają więc wszystkie trzy córki, dwie z nich ostatnio odwiedzały rodziców wiele lat temu, przyjeżdża także cała reszta rodzinki. I zaczynają się czysto teatralne perypetie. Film bardzo wciągający, jesteśmy niesamowicie ciekawi tego, co stanie się dalej w gronie uroczej

JACK STRONG Maciej Mańka

Kiedy Polacy robią film o swojej historii można obawiać się patetyzmu, przerysowania i dużego niesmaku. Z przyjemnością ogłaszam, że Jacka Stronga ogląda się świetnie. To pierwsza tak błyskotliwa i wciągająco opowiedziana polska historia szpiegowska. Film wprowadza nas w losy Ryszarda Kuklińskiego (Marcin Dorociński), wysoko postawionego pułkownika Ludowego Wojska Polskiego, który swą błyskotliwością i zmysłem strategicznym zdobywa aprobatę radzieckich generałów. W miarę coraz większego zaufania ze strony ZSRR, Kukliński zdobywa ściśle tajne informacje o planach wojennych Układu Warszawskiego. Rozpoczyna się jego wewnętrzny kryzys, który potęgują wola służby swemu krajowi oraz kolejne krytyki jego syna (Piotr Nerlewski), który widzi w ojcu służalczego

familii, a kolejne gagi i humor sytuacyjny rozwesela nas przez cały czas jego trwania. To, na co postawili twórcy, i co jest w tym filmie najlepsze, to gra aktorska. Meryl Streep jak zwykle wzbija się na aktorskie wyżyny, pokazując nam (może nawet nieco przerysowaną) histeryczną narkomankę, która trzyma rodzinę w żelaznej ręce. Jej córka Barbara (Julia Roberts), wraz z siostrami balansuje pomiędzy wstydem, a złością na matkę, która bezczelnie krytykuje je wszystkie, nie okazując żadnej miłości. Aktorów ogląda się wspaniale, każdy stworzył postać wyrazistą, ciekawą, a ich kolejne sekrety dodają im pikanterii. Sednem całego filmu jest scena obiadowa, która zarówno bawi nas do rozpuku, jak i smuci. Film jest zdecydowanie warty zobaczenia, choć nie wykorzystuje wielu zalet kina. Streep i Roberts są tegorocznymi pretendentkami do Oscarów za swoje olśniewające kreacje. Kawałek porządnego kina i gry aktorskiej.

8 radzieckiego psa. Pułkownik decyduje się więc na nawiązanie kontaktów z wywiadem amerykańskim. Marcin Dorociński perfekcyjnie wciela się w głównego bohatera. Nie wiem czy po obejrzeniu filmu ktokolwiek będzie w stanie wyobrażać sobie Kuklińskiego inaczej. Idealnie odgrywa on narażającego życie swoje i rodziny, zmuszonego do konspiracji nawet przed najbliższymi, patriotę, który zdecydował się na podjęcie śmiałych kroków. A wszystko po to, żeby służyć swej ojczyźnie. Na scenie wyróżniają się jeszcze Patrick Wilson w roli agenta CIA oraz Dmitri Bilov jako bezwzględny agent KGB. Obaj zagraniczni aktorzy dodali dziełu wiarygodności, czyniąc Jacka Stronga najlepszym polskim filmem od dobrych paru lat.

8



gfd

Nowa jakość telewizji Wszystko pod ręką Dostawa do ogródka Gdzie leży złoty środek


4K


NOWA JAKOŚĆ

TELEWIZJI Wojciech Mazur

Ultra High Definition, czyli kolejna naklejka, którą prawdopodobnie coraz częściej będziemy mogli oglądać na ramkach telewizorów w sklepach czy spotach telewizyjnych promujących nowe, rewolucyjne technologie. Jednak dla większości osób, które nie mają pojęcia, czym różni się telewizor plazmowy od LCD i jedyne, czego chcą, to obejrzeć swój ulubiony serial, prawdopodobnie taka technologia pozostanie nieodgadnioną i nieciekawą zagadką.Przelatujące reklamy z głosem wykrzykującym o wspaniałych przecenach również nie są zachętą aby przekonać się, o co tak naprawdę chodzi i jakie mogę mieć z tego korzyści. Postaram się jednak przybliżyć w prosty sposób z czym się to je, aby każdy Kowalski nie musiał sugerować się jedynie kolorowymi obrazkami przechodząc się po markecie i kupując nowej zabawki do salonu.


4K Czym jest ten tajemniczy skrót? Otóż oznacza on w przybliżeniu liczbę pikseli, które posiada (w poziomie, gdyż na tej płaszczyźnie jest szerszy) wyświetlacz bądź film. Porównując do popularnego FullHD jest to czterokrotnie więcej pikseli.

Namacalne korzyści?

Każdy piksel to malutki punkcik, który wyświetla pewien kolor. W praktyce wygląda to tak, że im więcej takich punkcików, tym bardziej szczegółowy jest obraz. Natomiast większa szczegółowość przekłada się na większą realność obrazu, efekt teatru na ekranie telewizora, gdzie detale są tak dokładne, że możemy zobaczyć zmarszczki na twarzy czy pojedyncze włosy aktora, co przy mniejszej rozdzielczości jest trudne do uchwycenia, a polepsza odbiór filmu.

Gdzie leży granica?

Nie zawsze większa rozdzielczość musi dawać lepszy rezultat. Odsuwając się znacznie od telewizora szczegóły zanikają i rozdzielczość nie ma znaczenia. Przy telewizorze wielkości sześćdziesięciu cali i rozdzielczości FullHD optymalna odległość to około dwa metry i trzydzieści centymetrów, natomiast przy rozdzielczości UltraHD odległość skraca się do dość absurdalnego metra i piętnastu centymetrów. Większość mimo wszystko ogląda telewizję z większej odległości, więc przyjmując odległość 4K potrzeba telewizora o horrendalnej wielkości stu pięćdziesięciu cali. Oczywiście dane są uśrednione i wszystko zależy od preferencji użytkownika, jednak dla większości osób telewizor powyżej kilkudziesięciu cali to potwór, i mają trochę racji, gdyż przy bardzo dużych wyświetlaczach coraz trudniej zachować równomierne podświetlenie ekranu, odpowiednie kolory i niski pobór energii.

Dla kogo?

Odpowiem od razu – jak na razie dla nikogo. Chyba, że weźmiemy pod uwagę wąską grupę zapaleńców i fanów najnowszych technologii, którzy mogą sobie


pozwolić na niemałe wydatki. Pierwsze telewizory z UHD kosztowały kilkadziesiąt tysięcy i były tylko pewnym pokazem możliwości producentów. Około dwa lata po wejściu tych telewizorów na rynek ceny zaczynają osiągać bardziej realne kwoty- poniżej dziesięciu tysięcy złotych, a kilku „śmiałków” oferuje nawet produkty w cenach zbliżonych do zwykłych paneli większych korporacji, jak na przykład Polaroid, który niegdyś tworzył aparaty, a niedawno przedstawił telewizor o przekątnej pięćdziesiąt cali UHD w cenie około trzech tysięcy złotych.

Ale… co na tym oglądać?

Niestety, to właśnie jest problem, bo mimo, że kilka takich filmów pełnometrażowych zostało wypuszczonych, to nadal jest ich bardzo niewiele, a zanim kanały telewizyjne, które nadal w Polsce nie nadają nawet w formacie FullHD zaczną emitować programy w nowej jakości minie jeszcze sporo czasu. Filmy kręcone analogowo (tradycyjną kamerą) mogą zostać przekonwertowane do technologii 4K, gdyż odpowiadają właśnie takiej rozdzielczości, jednak nie to jest głównym problemem, a pojemność, jaką zajmuje taki film, a co za sobą niesie, trudność w jego przesłaniu. Większość nie ma szans zmieścić się

nawet na płycie Blu-Ray, a produkcja płyt o większej pojemności jest nieopłacalna. Na szczęście droga dystrybucji cyfrowej stoi otworem, a na przykład drugi sezon House of Cards, na platformie Netflix (największa na świecie wypożyczalnia filmów, niedostępna w Polsce) dostępny jest już w tej ogromnej rozdzielczości.

Granie w 4K

Komputer, który obsługuje taką dużą rozdzielczość? Czemu nie? Jednak musimy brać pod uwagę, że więcej pikseli to większe zapotrzebowanie na moc. Potrzebny będzie sprzęt z najwyższej półki, a i to może nie wystarczyć aby wszystko było tak płynne, jak większość graczy by sobie tego życzyła. Do tego, jakby na to nie patrzeć, potrzebujemy monitora w takiej rozdzielczości, a ich ceny zapierają dech w piersiach, czasem bardziej niż ceny telewizorów. W przypadku konsol najnowszej generacji, Playstation 4 i Xbox One,producenci zapewniają, że konsola obsługuje nowy standard, jednak, większość to gry, gdzie rozdzielczość jest sztucznie „rozciągnięta”. To trochę jak z koszulką w rozmiarze „S”, którą chcemy założyć na zawodnika sumo: istnieje taka możliwość, ale efekt prawdopodobnie nie byłby zachwycający.



WSZYSTKO

POD RĘKĄ Wojciech Mazur

Nie byłoby postępu, gdyby nie ludzka wrodzona potrzeba ułatwiania sobie każdej czynności. Jednak, wraz z rozwojem, kiedy podróż z jednego końca świata na drugi przestaje być problemem, ważnym aspektem staje się mobilność sprzętu, czyli jak najwięcej w możliwie najmniejszym opakowaniu. Potrzeba posiadania przy sobie elektroniki, zapoczątkowana wraz z powstaniem pierwszych przenośnych komputerów, wytycza coraz to nowsze ścieżki, sięgając wreszcie do rozmiarów, które pozwalają na ciągły dostęp do danego urządzenia. Próżno szukać sprzętu grubości koszulki, który byłby naprawdę użyteczny i wygodny, więc producenci celują głównie w zegarki i opaski, czasem zahaczając o okulary, buty czy kaski. Te dwa pierwsze przeszły w ostatnim czasie dość znaczącą metamorfozę w coś, co wreszcie jest godne uwagi i nie jest jedynie zabawką dla geeka, a wygląda i działa naprawdę dobrze.


Samsung Galaxy Gear Wysokiej jakości ekran, szybki procesor, kamera, mikrofon, niemal pełnoprawny Android – to wszystko znajdziemy w sprzęcie, który jakiś czas temu zaprezentowali nam Koreańczycy. Do plusów możemy również zaliczyć całkiem przyjemny interfejs, dostosowany do obsługi gestami i możliwość rozmawiania jak przez telefon, w końcu zdecydowano się nawet na montaż mikrofonu redukującego szumy z otoczenia. Niestety, urządzenie ma też swoje wady. Ze względu na zintegrowaną kamerę z opaską nie jesteśmy w stanie jej wymienić, czas ciągłego działania to tylko pięć godzin, do tego połączyć możemy się tylko z najnowszymi modelami smart fonów Samsunga , a całość jest naprawdę duża, przez co może przeszkadzać na nadgarstku. *Nowa wersja Galaxy Gear została niedawno zaprezentowana zatargach Mobile World Congress w Barcelonie. Jak na razie nie znamy oficjalniej ceny i daty premiery

Pebble Steel Świetnie wykonany i wyglądający zegarek z najwyższej półki. Mnóstwo aplikacji (a ich liczba wciąż rośnie), łatwość używania i idealne spasowanie części. Następca Pebble, jednego z najbardziej cenionych smartwatchy. Ekran wykonany jest w technologii e-ink, czyli papier elektroniczny, który wymaga bardzo mało energii, dzięki czemu bateria w tym zegarku nie powinna być problemem, choć są również wyrzeczenia, gdyż jest on jedynie dwukolorowy i nie możemy obsługiwać go dotykiem. Mimo wszystko, jest to jedna z topowych propozycji i dla większości osób zegarek ten, powinien być świetnym wyborem.


Basis Band Dzięki dedykowanej aplikacji, która zapisuje informacje o naszej aktywności i zdrowiu, mierniku tętna oraz śledzeniu snu, Basis Band to jedno z pierwszych urządzeń, które powinniśmy oglądać, jeśli chcemy zakupić inteligentny zegarek. Synchronizacja, zarówno z systemem iOS jak i Android, następuje przez Bluetooth, a design urządzenia jest naprawdę zachęcający. Edycja na rok 2014 zbudowana jest ze stali węglowej, co powoduje, że czujemy się jakbyśmy obcowali z urządzeniem z półki premium. Niestety, za jakość premium przyjdzie nam też więcej zapłacić, także jeśli poszukujemy czegoś względnie taniego, Band może nie być najlepszym wyborem. W przeciwnym wypadku, warto rozważyć taką propozycję.


Jawbone Up24 Jeśli jesteś zwolennikiem maksymalnej prostoty, design tego urządzenia powinien przypaść Ci do gustu. Posiada niemal wszystko, co potrzeba – liczy kroki, kalorie, dba o nasz sen. Jest oczywiście wodoodporny, do tego lekki i wygodny. Dzięki elastyczności oprogramowania, oprócz biegania rejestrować możemy również niestandardowe aktywności. Niestety, opaska nie posiada ekranu, dzięki któremu moglibyśmy na bieżąco sprawdzać nasze postępy, jednak jeśli nie jest to problem, wybór wydaje się oczywisty.

Fitbit Force Kolejne urządzenie firmy Fitbit, jedno z najlepszych, które ma za zadanie liczyć nasze kalorie, kroki czy przebyty dystans, i robi to całkiem nieźle! Wygodna, lekka gumowa opaska, która może być również używana jako zegarek. „Tracker” bezprzewodowo łączy się przez Bluetooth, synchronizując dane. Producenci dali nam również mnóstwo sposobów na wyświetlanie informacji, które nas interesują. Dostępne kolory to niebieski i czarny, w kilku rozmiarach, a (teoretyczny) czas pracy wynosi siedem do dziesięciu dni. Co prawda Force nie nadaje się do pływania, ale jest odporny na pot czy deszcz. Niestety mankamentem pozostaje fakt, że możemy połączyć się jedynie z nowszymi smart fonami, jak Note 3 czy Galaxy S3.


Sony SmartBand Na ostatnich targach w Las Vegas Sony zaprezentowało kilka nowych urządzeń. Jedynym z nich jest inteligentna opaska przeznaczona do uprawiania sportu. Linia produktów SmartWear ma za zadanie łączyć się ze smartfonami Xperia, a dane zapisywać w postaci graficznej w dedykowanej aplikacji Lifelog. Opaska jest wodoszczelna, posiada krokomierz oraz możliwość monitorowania snu, natomiast informacje przekazywane są za pomocą diod led oraz, jak twierdzi producent, dzięki delikatnym wibracjom. Z pewnością będzie to bardzo interesująca propozycja dla fanów Sony. Premiera ma nastąpić w kwietniu bieżącego roku.

Withings Pulse Ten mały klip na nadgarstek posiada możliwość mierzenia pulsu, krokomierz, możliwość śledzenia snu, co, zważając na rozmiary i jedyne osiem gram wagi, jest dość imponujące. Możemy bezprzewodowo połączyć się z urządzeniami z systemem Android czy iOS, cieszy również fakt, że urządzenie obsługuje ponad sto aplikacji. Możemy również sprawdzać nasze postępy w historii, a bateria pozwala na dwa tygodnie używania bez ładowania. Minusem z pewnością jest wyświetlacz, który może sprawiać problemy z odczytaniem tekstu przy mocnym słońcu, brak możliwości synchronizacji z systemem Windows czy Mac oraz brak wodoodporności.


DOSTAWA DO OGRÓDKA Jakub Ciosiński

Kupowanie produktów przez Internet stało się już powszechną i najwygodniejszą formą robienia zakupów. Ilość sklepów internetowych i serwisów aukcyjnych stale się powiększa. Zmieniają się produkty oraz ich ceny, ale to co pozostaje niezmienne, to czas i sposób ich dostawy pod drzwi klienta. Na progu rewolucji w tej dziedzinie stoi obecnie sklep internetowy Amazon wraz ze swoją pionierską usługą Prime Air.


C

ałe przedsięwzięcie powstało z myślą o jak najszybszym dostarczeniu przesyłki do domu kupującego. Amazon twierdzi, że czas na to potrzebny wyniesie zaledwie trzydzieści minut (!). W tym celu firma zamierza posłużyć się (może to zabrzmieć odrobinę jak science-fiction) specjalnymi, w pełni zautomatyzowanymi maszynami latającymi – tzw. dronami. Po zakupieniu w Internecie interesującego nas produktu do drona zostanie przyczepiona plastikowa skrzynka, w której znajdować się będzie nasze zamówienie. Tak zaopatrzona maszyna poleci bezpośrednio pod nasz dom i zostawi paczkę np. w ogródku. Na razie usługa ta jest jeszcze w fazie testów, a szansa jej wprowadzenia na szeroką skalę pojawi się najwcześniej za pięć lat. Przez ten czas Amazon musi

stworzyć odpowiednie oprogramowanie i czujniki, które wykrywałyby drzewa oraz inne obiekty z którymi dron mógłby się potencjalnie zderzyć. Jeśli maszyna nie będzie wystarczająco inteligentna żeby reagować na tego typu zagrożenia, to cały projekt z pewnością nie dostanie pieczątki od Federalnej Administracji Lotnictwa Stanów Zjednoczonych. W końcu, jakby na to nie patrzeć, drony mogą stwarzać poważne zagrożenie. Szczególnie latając w przestrzeni publicznej. Przed realizacją Prime Air jeszcze długa droga. Nie wiadomo również czy usługa będzie dostępna poza terenem USA. Obecnie w Polsce budują się jednak trzy bardzo duże magazyny sklepu Amazon, więc kto wie – może za kilka lat drony będą dostarczać przesyłki także i Polakom.



GDZIE LEŻY

ZŁOTY ŚRODEK Wojciech Mazur

M

oże masz do napisania pracę, lub chciałbyś poszukać tej części do samochodu, którą już od dawna miałeś kupić, a ciągle nie masz czasu. Ewentualnie chciałbyś odpisać do znajomego na Facebooku czy udostępnić komuś niezwykle ważne dokumenty. Podchodzisz do biurka i znów to samo. Pod drewnianym blatem spoczywa przykryty warstwą kurzu, nieużywany od paru ładnych lat komputer stacjonarny. Nikt nie wie, co mu dolega. Nawet nie próbowano go ratować, bo nikt nie uważał się za wystarczająco kompetentnego aby otworzyć jego pokrywę i grzebać mu w bebechach, z resztą swoje już zrobił, można mu odpuścić. Wydaje się, że umarł śmiercią naturalną. Wracasz wzrokiem na górną płytę biurka, gdzie leży kupiony w ramach zastępstwa zaraz po odejściu na emeryturę poprzedniego komputera laptop. Działa… bo więcej powiedzieć o nim nie można. Chętnie wziąłbyś go na fotel, położył na kolanach i bez zmartwień, siedząc wygodnie zajął się tym, co planowałeś. No właśnie, chyba pojawia się problem. Okres młodości nasza bateria ma już dawno za sobą, co za tym idzie po kilku minutach zostaniemy poinformowani, że bez prądu niestety, ani rusz. Ale nasza praca sama się nie napisze. Chwila, przecież odłożyłeś trochę grosza na dodatkowe wydatki i… lista owych wydatków chyba już nie jest pusta. Tylko co wybrać… Znowu laptop? Może tym razem tablet, w końcu ostatnio są tak popularne. Narzędzie bardziej do pracy czy jednak gadżet do oglądania filmów w podróży? Jakiś kompromis, złoty środek? Okazuje się, że jak najbardziej da się wstrzelić w 10, mając rozrywkę, mobilność i komfort pracy w jednym. Jednym z rozwiązań jest ultrabook, jednak teraz skupimy się na połączeniu laptopa z tabletem, tak zwanych hybrydach, gdzie rozstrzał cen jest nieco większy i łatwiej znaleźć coś na „studencką kieszeń”. Postaram się zaprezentować koronne przykłady trzech głównych nurtów, które możemy znaleźć rozglądając się za mobilnym, wielofunkcyjnym narzędziem.


Android Istnieje duże prawdopodobieństwo, że rozpoczynając poszukiwania najpierw trafisz na tablety z Androidem. Urządzenia z tym systemem to bardzo bogata oferta, zaczynając od mało znanej „chińszczyzny” aż po najdroższe urządzenia „highend”, czyli z najwyższej półki, z materiałów wysokiej jakości i ogromną ilością dodatków. Dzięki elastyczności owego systemu mamy możliwość dokupienia klawiatury czy innych rozszerzeń, zarówno od producenta, jak i „nieoficjalnych” firm. Istnieją również rozwiązania gotowe, które w swojej spójnej konstrukcji łączą klawiaturę i część centralną, czyli wspomniane wcześniej hybrydy. Propozycją budżetową będzie tutaj produkt polskiej firmy GoClever, model Hybrid, urządzenie, którego nazwa mówi za siebie. Akumulator w klawiaturze znacznie wydłuża czas działania tabletu i dodaje dwa pełne porty USB, dzięki którym możemy

na przykład podładować telefon, a gumowana powłoka zapewnia pewny i przyjemny chwyt urządzenia. Niestety, w tej cenie nie obejdzie się bez kompromisów na jakości. Obsługa klawiatury nie jest tak wygodna jak w standardowym laptopie, zawias, który trzyma klawiaturę nie wygląda na solidny, a oprogramowanie nie zawsze zachowuje się tak, jakbyśmy chcieli. Mimo wszystko zaletą takich małych producentów jest, że zwykle słuchają swoich klientów, i po pewnym czasie wychodzi seria która posiada usprawnienia w stosunku do starszych modeli, a oprogramowanie jest stosunkowo często aktualizowane. Jeśli chcemy przeznaczyć na taki cel większą ilość pieniędzy, to należy rozglądać się za urządzeniami pokroju Asus Transformer, gdzie jakość wykonania, oprogramowania i spasowanie są najwyższej klasy, jednak za odpowiednią cenę.

Windows Jeśli jednak poprzedni system od „zielonych” to nie twoja broszka, pewnie chętniej zapatrujesz się na tablety z najnowszym, przystosowanym do zastosowań mobilnych Windowsem 8.1. Wybór jest mniejszy, ale nadal pozostaje wystarczająco duży, aby większość osób znalazła coś dla siebie. To właśnie do takich zastosowań został przygotowany najnowszy system Microsoftu, i sprawdza się nadzwyczaj dobrze. Android posiada możliwość pracy, jednak całość opiera się głównie na zabawie i umilaniu sobie czasu. Urządzenia z systemem Windows świetnie sprawdzają się w przypadku prostych czynności za pośrednictwem ekranu Modern UI, a w przypadku bardziej zaawansowanych zastosowań uruchamiamy klasyczny widok, jaki znamy od lat ze stacjonarnych komputerów. Dobrym przykładem korzystnego

stosunku ceny do jakości jest Asus Transformer Book T100, który posiada pełnoprawny port USB, za pośrednictwem którego możemy podłączyć myszkę. Jakość wykonania jest na wysokim poziomie, a czas pracy z podłączoną klawiaturą to, w zależności od intensywności korzystania, od około ośmiu do nawet piętnastu godzin. Co prawda design urządzenia nie powala na kolana, jednak nadal jest ono jednym z najlepszych możliwych wyborów i w zasadzie brak mu znaczących minusów. Istnieją również tablety klasy PC, które oferują wnętrze zbliżone do komputerów stacjonarnych, jednak zwykle są one kilkukrotnie droższe i przy obecnej ofercie opłacalne tylko do profesjonalnych zastosowań.


Hybryda w hybrydzie? Oczywiście producenci nie mogą pozostawić żadnej luki na rynku, więc jeśli nie chcemy wybierać między dwoma systemami, które wymieniłem wcześniej, można znaleźć urządzenia, które posiadają oba systemy. Jednym z najnowszych urządzeń tego typu jest Asus Transformer Book Duet TD300 (uff, cóż za nazwa!), który zawiera w sobie system Windows 8.1 oraz Android. Nie jest to pierwsze urządzenie, które stara łączyć ze sobą dwa światy, ale ze względu na możliwość przełączania się jednym kliknięciem, a trwa to tylko 4 sekundy, wysuwa

się ponad konkurencję. Duży ekran o świetnych kolorach, oraz bardzo mocne wnętrze to ogromne zalety, lecz idzie za tym odpowiednia cena. Asus oferuje jeszcze wyższy model tego typu, jednak Duet wydaje się bardziej korzystnym rozwiązaniem dla przeciętnej osoby. Nadal jednak tego typu urządzenia to pewne ekstrema i warto się zastanowić przed zainwestowaniem w taki sprzęt lub po prostu potraktować go jako ciekawostkę.


ZNAJDŹ NAS NA FACEBOOKU