Page 17

wywiad

Co uznaje pani za swój sukces? Moim sukcesem jest przede wszystkim to, że Fundacja Między Niebem a Ziemią tak skutecznie działa. Istniejemy przecież dopiero od trzech lat. Ratujemy życie 42 rodzinom, nie tylko ich dzieciom. Zapewniamy im poczucie bezpieczeństwa, dajemy takie ludzkie wsparcie. Dostarczamy jedzenie, a zimą czasami drewno na opał, meble, łóżka i sprzęt medyczny. Rehabilitujemy dzieci, pokrywamy opłaty za opiekę i leczenie, a także pomoc psychologiczną. Warto przy okazji podkreślić, że wspieramy tylko tych najbardziej potrzebujących, najbiedniejszych, częstokroć bezrobotnych. Dofinansowujemy też leczenie dzieci, wysyłamy je na turnusy rehabilitacyjne. Kupujemy sprzęt medyczny, tj. wózki rehabilitacyjne (30–80 tys. zł). Za mój sukces uznałabym również to, że udało mi się tak wielu prawników z całej Polski zaangażować w działalność fundacji. Jestem wszystkim bardzo wdzięczna za zaufanie, jakim mnie obdarzają. Trudno pomaga się ludziom, którzy żyją „z odroczonym wyrokiem śmierci”. Liczy pani czasami na cuda, że ktoś z  pani podopiecznych odzyska zdrowie i wróci do przynajmniej w miarę normalnego życia? W naszej fundacji cuda się raczej nie zdarzają. Nasi podopieczni mają chyba wszystkie najcięższe choroby świata (porażenie mózgowe, padaczki, nie potrafią samodzielnie jeść, mówić i chodzić, czasami są też niewidomi). U takich dzieci trudno liczyć na cud, a przynajmniej ja w niego nie wierzę. Możemy im za to ulżyć w cierpieniu, ich rodzinom również. Naszym samotnym mamom pokrywamy koszty pomocy psychologicznej, gdy jej potrzebują. Rozmawiamy z nimi. One zawsze mogą do nas zadzwonić i – tak po przyjacielsku – zwyczajnie wygadać się. To jest dla nich bardzo ważne, ponieważ często jest tak, że znajomi zapominają o nich, gdy pojawia się cierpiące dziecko. Na cuda nie liczę, wolę konkretnie pomagać. Owszem, są takie choroby, jak np. rak, które dziś są uleczalne i potrafią się cofać. W większości przypadków jednak nasze dzieci są nieuleczalnie chore. Pani też zachorowała na raka. I to tuż po uruchomieniu fundacji.... To była niesamowita historia. Trzy lata temu, kiedy jeszcze nikt nie znał ani mnie, ani mojej fundacji, która dopiero raczkowała, organizowałam akcję pod hasłem Kobiety Prawa 2012.

Zachęcałam dwanaście pań, aby sfotografowały się na potrzeby kalendarza i wtedy dowiedziałam się, że mam złośliwego raka. To był dla mnie szok. Co teraz robić? – pomyślałam. Zostawić fundację czy dalej ją rozwijać? Wiedziałam, że jak ta pierwsza akcja wypali, to dalej pójdzie nam już łatwiej. Dlatego postanowiłam to dalej ciągnąć. W przerwach między kolejnymi chemioterapiami doprowadziłam do powstania kalendarza-cegiełki, zorganizowałam też aukcje charytatywne. Bardzo pomagały mi wtedy koleżanki z fundacji: Durga, Eliza i Paula. Być może, gdybym jeszcze wtedy nie miała fundacji, to dziś głównym celem statutowym nie byłaby pomoc dzieciom z hospicjów, ale osobom z problemami onkologicznymi. Wyzdrowiałam. Paradoksalnie myślę, że właśnie fundacja dodała mi sił i pozwoliła nie popaść w depresję. Miałam tyle rzeczy do zrobienia, że... nie miałam czasu myśleć o chorobie. Gdy byłam chora, moja koleżanka z fundacji – Paula Rettinger-Wietoszko – powiedziała mi: – Zobaczysz, że gdy wyzdrowiejesz, to stwierdzisz, że ta choroba była czymś najlepszym, co ci się w życiu przytrafiło. Wtedy byłam wściekła, że tak mówi, ale dzisiaj jestem jej za te słowa wdzięczna.

(Wrocław, Kraków, Gdańsk, Warszawa, Poznań i Zielona Góra).

Dlaczego? Bo tak w istocie jest. Ciężka choroba zmienia człowieka. Przez tydzień, czekając na wyniki, czy mam przerzuty, żyłam na krawędzi przepaści. Nie wiedziałam, co ze mną będzie za miesiąc czy rok. Czy będę żyła, czy wyzdrowieję. Podczas choroby poznałam też inny świat, inne problemy. Rak uzmysłowił mi, co jest w życiu najważniejsze. Doceniłam to, co mam. Dzięki mojej chorobie stałam się też bardziej wrażliwa na cierpienie innych.

Co planujecie w najbliższej przyszłości? Nasza najnowsza akcja odbędzie się pod hasłem „Smaki nieba i ziemi”. Ponad 40 prawników zdecydowało się wziąć w niej udział. Będą przygotowywać potrawy na podstawie przepisów, które opracują dla nich szefowie kuchni ze znanych restauracji, tacy jak Robert Sowa, Andrzej Polan czy rodzina Kręglickich. Będziemy też gotować w restauracjach w Gdańsku, Krakowie i Wrocławiu. Z tego powstanie książka kucharska, która zostanie wydana we wrześniu i będzie stanowiła cegiełkę, z której dochód zasili konto naszej fundacji. Będzie ją można nabyć na organizowanych przez nas jesienią i zimą akcjach charytatywnych.

Jak udaje się pani łączyć pracę na rzecz fundacji z obowiązkami zawodowymi? To rzeczywiście bywa trudne. Są takie okresy, kiedy skupiam się tylko na sprawach zawodowych, bo na fundację nie ma czasu. Wtedy jej funkcjonowanie nadzoruje jeden z moich współpracowników. Są też takie momenty, kiedy więcej daję fundacji, bo w pracy jest luźniej. Czasami jest też tak, że w ciągu dnia zajmuję się sprawami kancelarii, a w nocy pracuję na rzecz fundacji. Ale to nie jest dla mnie poświęcenie, bo fundacja jest moja. Nie biorę z niej ani grosza, a niejednokrotnie dokładam do niej z własnej kieszeni, aby pokryć różne koszty. Jakie cele stawia pani przed fundacją na najbliższe lata? Nie mam wielkich celów. Chcę, żeby było tak, jak jest, bo jest naprawdę wspaniale. Żyję dniem dzisiejszym.

Fot. archiwum

zamieszkała w małej kawalerce. Nie było jej stać na zakup mebli. A dziekan Michał Korwek kupił lodówkę. To są konkretne rzeczy. Piszę do prawników, kto mógłby pomóc i mam natychmiastowy odzew. To jest naprawdę wspaniałe.

Czym się pani zajmuje w fundacji? Codziennym zarządzaniem, pozyskiwaniem pieniędzy na jej działalność. Koordynuję nasze akcje i aukcje charytatywne w sześciu miastach

Radca Prawny 17

Radca Prawny nr 148 / kwiecień 2014  

Radca Prawny nr 148 / kwiecień 2014  

Advertisement