Issuu on Google+


SPIS TREŚCI PUBLICYSTYKA

Ewa Szumowicz Co by było, gdyby...

5

Agnieszka Zienkowicz Głowologia stosowana

10

Maciej Lewandowski Co z tym końcem?

14

Anna Sitko Porytkon – relacja

16

OPOWIADANIA

26

Aleksandra Brożek i Rafał Sala Chimeryczność rzeczy martwych

20

Marcin Bekiesz Jest ósmy maja, wieczór

32

Łukasz Henel O tym, jak parobek Korporacjusz...

36

Marcin Rusnak Ostatni śnieg w roku

40

Paweł „DarkAraghel“ Rejdak Pasja (fragment)

46

Paweł Kaleta Po drugiej stronie

56

Andrzej Biedroń Stworzony, a nie zrodzony

60

Marcin Bekiesz Śmierć w Buszu

66

Marta Tarasiuk Vlaravn

70

Tomasz Bełzowski

74

GALERIA

Anna Thol i Jakub Grabowski Komiks

86

Marta Kisiel Dożywocie (Jagoda Wochlik)

91

Antologia Głos Lema (Jacek Orlicz)

92

Michael J. Sullivan Królewska krew. Wieża elfów (Anna Perzyńska)

94

Andrzej Pilipiuk Aparatus (Ewelina Kozik)

95

POLECANKI

Mary Roach Ale kosmos! Jak jeść, kochać się i korzystać z WC... (Maryla Kowalska)

96

Jesús Bastante Liébana Schizma (Natalia Bilska)

98

Scott Westerfeld Behemot (Kamil Dolik)

100

Jeaniene Frost Jedną nogą w grobie (Magdalena Mińko)

101

Mo Hyder Rytuał (Olga Michalik)

103

Robert M. Wegner Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód (Łukasz Szatkowski) 104 Kącik Wujka Zło QFun

2

INNE

106 110

SPIS TREŚCI


WSTĘPNIAK Zasiadając do pisania tego tekstu, zastanawiam się nad przyszłością „Qfantu”. Aktualny stan mnie zupełnie nie zadowala. Wydawanie w Internecie miało być przejściowym stadium, tak mi obiecywano, gdy wstępowałem do redakcji w dniu utworzenia naszego czasopisma. Niedawno minęły trzy lata od tego momentu, a zmianom uległo naprawdę niewiele. Trochę mi z tego powodu przykro, stąd moje postanowienie noworoczne, które, mam nadzieję, uda się zrealizować. Chciałbym do końca roku 2012 trzymać w ręce papierową wersję „Qfantu”. Piszę Wam o tym, by mieć świadków mojego postanowienia i bym nie mógł się z niego wykręcić. Jednak mimo wszystko nie mogę powiedzieć, by ten czas był czasem zmarnowanym, a zwłaszcza zeszły rok, który był bardzo owocny i bogaty w niespodzianki. Po raz pierwszy organizowaliśmy w takim wąskim gronie ogólnopolski konkurs Horyzonty Wyobraźni i szcze-

Wstępniak

rze jestem zaskoczony efektem, jaki udało się osiągnąć. Dopiero co ogłosiliśmy zwycięzców i wręczyliśmy nagrody, a już rozpoczęliśmy prace nad kolejną edycją. Finalistom Horyzontów Wyobraźni chciałbym jeszcze raz pogratulować, jednak nie tylko im, a wszystkim autorom, którzy postanowili nadesłać swoje opowiadania na konkurs, gdyż to pierwszy krok, by stać się prawdziwym pisarzem. Nie należy chować tekstów w szufladzie, narażając je na zapomnienie. Dobrze, że nie uczynili tego autorzy, których opowiadania macie przyjemność przeczytać w tym numerze naszego dwumiesięcznika. Po raz kolejny gościmy na naszych stronach Marcina Bekiesza, który powoli staje się jednym z bardziej płodnych autorów, jakich znam. Warto rzucić okiem na wstęp do powieści „Pasja” Pawła „Darkaraghela” Rejdaka, która, jak zapewnia autor, ukaże się jeszcze w tym roku. Jednak to nie jedyne teksty, do których warto zajrzeć. Zachęcam do przeczytania wszystkich opowiadań, gdyż są naprawdę ciekawe. Miłej lektury!

3


Ewa Szumowicz

Co by było gdyby... Fantastyka od zawsze lubiła gdybanie. Jest ono niejako wpisane w jej kanon. Eksplorowanie różnych teorii, mniej lub bardziej naukowych, wizje przyszłości, alternatywne rzeczywistości – wachlarz możliwych narzędzi jest szeroki. Ale nie tylko pisarze lubią pofantazjować. Naukowcom też się zdarza, a prym wiodą przedstawiciele dwóch teoretycznie ścisłych nauk – fizycy i biolodzy. Dokładniej rzecz ujmując: fizycy teoretyczni i astrobiolodzy. Jednak nie fizykom i ich mocno abstrakcyjnym wieloświatom o egzotycznych właściwościach poświęcę ten tekst, a biologom. A dokładnie – różnym, alternatywnym formom życia. Już samo pojęcie „życie” nastręcza sporo problemów w kwestii sformułowania definicji. Niby każdy intuicyjnie rozumie jego znaczenie, ale gdy przychodzi do określenia, czym ono właściwie jest, zaczynają się schody. Większość naukowców zgadza się co do tego, że istota żywa to układ zdolny przechowywać i obrabiać pewien rodzaj informacji, potrafiący pobierać ze środowiska składniki odżywcze, przekształcać je w energię, usuwać zbędne produkty metabolizmu oraz mogący się rozmnażać. Trzeba przyznać, że ramy definicji życia są bardzo szerokie, a granica między żywym a nieżywym niezwykle płynna (vide wieczysty spór o „żywość” wirusów). Organizmy żywe występujące na Ziemi cechuje zadziwiająca jednorodność na poziomie molekularnym. Dwadzieścia lewoskrętnych aminokwasów, prawoskrętne cukry i helisa DNA złożona z czterech nukleotydów. I to właściwie wszystko. A co z resztą? Pierwotna zupa, która buzowała w oceanach młodej Ziemi, miała

Co by było, gdyby…

znacznie bogatszy skład. Można to stwierdzić choćby dzięki analizie składu lodu kometarnego i meteorytów. Dlaczego wszystkie związki chiralne w organizmie żywym charakteryzują się jednolitą symetrią, jest akurat łatwe do wyjaśnienia. Tylko związki o tej samej chiralności mogą współtworzyć większe struktury i tworzyć wspólne szlaki metaboliczne. Dlatego w organizmach żywych nie ma racematów. Jednak, przykładowo, dlaczego nasze białka budują akurat L-aminokwasy, to już nie jest takie oczywiste, ich właściwości chemiczne poza skrętnością są przecież takie same jak D-aminokwasów. Prawdopodobnie jest to po prostu dzieło przypadku i gdyby życie mogło startować od zera, równie dobrze helisa DNA mogłaby skręcić w odwrotną stronę. I wcale nie straciłaby przez to na swojej funkcjonalności. „Lustrzany świat” oparty na odwrotnej do naszej chiralności zasadniczo mógłby być (oczywiście jeśli wyeliminujemy wszystkie inne możliwe zmienne) praktycznie identyczny z naszym. Skoro tak, to co właściwie przeważyło i dlaczego cały znany nam świat ożywiony ma jednolitą chiralność? Teoria biologicznego determinizmu głosi, że życie stanowi naturalną konsekwencję ewolucji wszechświata i jest niejako wpisane w prawa przyrody. Według jej zwolenników wcale nie jest powiedziane, że nawet tu, na Ziemi, życie powstało tylko raz. Możliwe, że w jego początkach istniały organizmy zarówno prawo-, jak i lewoskrętne (pozwolę sobie użyć takich określeń), a dominacja jednego z dwóch alternatywnych szlaków to po prostu przypadek, ślepy los, który dał szansę akurat tej, a nie innej ścieżce metabolicznej. Później

5


do głosu doszła jeszcze presja środowiska, coraz mocniej dominowanego przez jeden system skrętności. Co wcale nie oznacza, że organizmy o odwrotnej chiralności – jeśli w ogóle powstały – musiały wymrzeć. Mając całkowicie odrębne szlaki metaboliczne, nie konkurowały przecież o środowisko z dominującą grupą. Być może gdzieś wśród otaczających nas bakterii istnieją prawdziwi obcy – organizmy na pierwszy rzut oka takie same jak reszta mikrobów, a przecież o metabolizmie odwrotnym, opartym na związkach kompletnie niemożliwych do wykorzystania przez zwykłe życie (ze wszystkich znanych organizmów tylko jedna bakteria należąca do naszego szlaku metabolicznego mogłaby ewentualnie konkurować o składniki odżywcze z „lustrzanymi” – jest to Anaerovirgula multivorans, posiadająca niezwykłą zdolność do modyfikacji chiralności aminokwasów i cukrów). Życie na innych światach, jak widać, wcale nie musiałoby być oparte na innych szlakach metabolicznych, by stać się obce – wystarczyłaby maleńka modyfikacja skręcalności cząsteczek. Przejdźmy może poziom wyżej: do alternatywnych cząsteczek. Wszystkie organizmy zbudowane są z dwudziestu podstawowych aminokwasów. Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale nie stanowią one podstawowego budulca i zazwyczaj nie są kodowane w DNA (np. hydroksyprolina, ważny składnik kolagenu). Analiza chemiczna składu lodu kometarnego i znalezionych na Ziemi fragmentów komet wykazała jednak, że pierwotne życie miało ich do wyboru znacznie więcej. Na przykład wykryto izowalinę i pseudoleucynę, egzotyczne aminokwasy, które nie występują w znanych żywych organizmach. Być może część aminokwasów została wyeliminowana, bo ich właściwości nie pozwalały uzyskać odpowiedniego zwijania się nici peptydowej, a w konsekwencji budowania wyższych struktur białka. Ale niektóre z nich chyba się po prostu nie załapały. W szczególności dotyczy to tak zwanych α-metyloaminokwasów. Przeprowadzone badania wykazały, że nici z nich zsyntetyzowane zwijają się prawidłowo, więc mogą stanowić budulec białek. A jednak nie ma ich w żadnym znanym organizmie.

6

Nie tylko struktura białek wydaje się dziwnie ograniczona, także nukleotydów możliwych do wykorzystania przez alternatywne organizmy jest znacznie więcej niż standardowe cztery budujące DNA plus uracyl. Przykładem mogą być 5-hydroksymetylocytozyna (naturalnie występująca tylko u wirusów), hipoksantyna i jej nukleozyd inozyna oraz nukleozydy pseudourydyna i rybotymina. Wymieniłam tylko te, które naturalnie występują w organizmach i są przez nie wykorzystywane do różnych celów. I przynajmniej niektóre mogłyby skutecznie pełnić rolę nośnika kodu. A co z tymi, które w ogóle nie występują u znanych istot żywych? Chemia związków purynowych i pirymidynowych jest znacznie bogatsza, nie kończy się na tych kilku wyżej wymienionych związkach (samych alkaloidów jest co najmniej kilkanaście rodzajów). Alternatywne organizmy mogą równie dobrze korzystać z zupełnie nam nieznanych, egzotycznych par nukleotydów. Samo DNA, z jego trójkowym kodowaniem, wydaje się strukturą bardzo skomplikowaną, nazbyt wyrafinowaną, by mogła być pierwotną. Bardziej prawdopodobne, że powstało w wyniku optymalizacji przez selekcję naturalną pod kątem wydajności. Pierwotnie mógł to być kod dwójkowy, kodujący tylko dziesięć aminokwasów, albo RNA. Albo – niewystępujący w żadnym znanym żywym organizmie – PNA, czyli kwas peptydonukleinowy. Ten ostatni wydaje się niezwykle ciekawy z punktu widzenia alternatywnej biologii. Ma stosunkowo prostą budowę chemiczną oraz zdolność tworzenia dwuniciowych helis. Brak ładunku ujemnego w cząsteczce (w DNA i RNA generowanego przez resztę kwasu fosforowego) powoduje, że helisa jest dużo bardziej stabilna niż np. RNA oraz że PNA znacznie łatwiej przenika przez błony komórki. Tworzy też stabilne struktury z DNA i RNA. U alternatywnych organizmów PNA mogłoby pełnić taką funkcję, jaką u nas pełni RNA, a być może stanowić nawet podstawowy kwas nukleinowy. Pójdźmy krok dalej. Dotąd opisywałam opcje w ramach znanej nam chemii, niejako elementy przez ewolucję pominięte. Nadal jednak

Ewa Szumowicz


możliwe. A gdyby tak całkowicie przebudować metabolizm, wykorzystując do tego zupełnie inne pierwiastki i związki? Cała biochemia opiera się na sześciu podstawowych pierwiastkach biogennych: wodorze, węglu, tlenie, azocie, fosforze i siarce. Z tej grupy najbardziej newralgicznym dla nowo powstającego życia wydaje się fosfor, którego na młodej Ziemi było niewiele. Za to znacznie więcej było następnego w kolejności pierwiastka w grupie azotowców, arsenu. Dla naszych, opartych na fosforze, organizmów arsen jest śmiertelną trucizną, właśnie dlatego, że jego właściwości chemiczne są tak podobne. Prawdopodobnie wchodzi w szlaki metaboliczne fosforu i je blokuje. A gdyby tak to podobieństwo wykorzystać, co wtedy? Przewaga fosforu nad arsenem wynika z dwóch głównych cech: estry fosforanowe są znacznie stabilniejsze niż arsenianowe oraz arsen(V) ma dużą tendencję do redukcji do arsenu(III). Jednak pozostałe właściwości, w tym ważna z punktu widzenia życia zdolność tworzenia wysokoenergetycznych wiązań, są na tyle zbliżone, że w środowisku, w którym panuje znaczący niedobór fosforu, a łatwy dostęp do arsenu, ten drugi mógłby spokojnie pełnić funkcję pierwszego jako jeden z podstawowych pierwiastków biogennych. Jeden taki organizm prawdopodobnie znaleziono nawet na Ziemi (prawdopodobnie, bowiem wyniki badań wywołały spore kontrowersje i nadal są weryfikowane). Jest to bakteria GFAJ-1, żyjąca w wysyconym arsenianami Jeziorze Mono w Kalifornii. Jej odkrywcy wskazują szereg przystosowań metabolicznych bakterii, które mają za zadanie zmniejszenie „niedoskonałości” arsenu, by był jak najbardziej funkcjonalny (np. podwyższone stężenie polihydroksymaślanu, pełniącego prawdopodobnie funkcję stabilizatora zapobiegającego zbyt szybkiej hydrolizie wiązań estrowych). Sugerują też, że pierwotnie to właśnie arsen, nie fosfor, był głównym budulcem organizmów żywych i dopiero w trakcie ewolucji został zastąpiony stabilniejszym fosforem. Niemniej jednak bez problemu można sobie wyobrazić egzotyczne istoty żywe, których metabolizm nadal oparty jest na arsenie i dla których to fosfor

Co by było, gdyby…

jest śmiertelną trucizną. Pójdźmy jeszcze krok dalej. Wyeliminujmy wodę. W tym momencie wchodzimy na arenę czystych spekulacji. Czy aby na pewno? Spór o ekosferę, czyli strefę wokół gwiazdy, gdzie woda jest w stanie utrzymać formę ciekłą i gdzie może powstać życie, wywołał największy z księżyców Saturna – Tytan. Jest większy od Merkurego, posiada gęstą, azotowo-metanową atmosferę i jest chyba najbardziej podobnym do Ziemi obiektem w Układzie Słonecznym. Poza atmosferą, której skład niezwykle przypomina pierwotną Ziemię, z naszą planetą łączą go jeszcze dwie cechy – występują na nim cykle pogodowe i ma zbiorniki cieczy na powierzchni. Dzięki temu w rankingu na podobieństwo wyprzedza planety teoretycznie leżące w ekosferze, czyli suchego jak pieprz Marsa, który wodę i atmosferę już w większości stracił, oraz Wenus, która bardziej przypomina chrześcijańskie wyobrażenia piekła niż miejsce nadające się do życia. Jest tylko jeden problem – średnia temperatura na Tytanie wynosi 93K, co oznacza, że woda – choć jest jej tam naprawdę dużo – ma twardość granitu. Zbiorniki są więc wypełnione nie wodą, a ciekłymi węglowodorami, głównie metanem i etanem. Jednak niektórzy naukowcy spekulują, że pomimo wszystko na tym księżycu może istnieć życie. W końcu jest tam dużo azotu i związków organicznych, a te, jak wiadomo, mogą gromadzić się w niebywale złożone struktury kompleksowe. Czy jednak na tyle skomplikowane, by zaczęły spełniać kryteria życia? Jedno jest pewne – jeśli istnieje tam życie, jest ono krańcowo różne od tego, jakie znamy. Na Ziemi niemal wszystkie procesy biochemiczne są zależne od wody, czy to jako środowiska, rozpuszczalnika, czy składnika procesu chemicznego. Jednak płynne węglowodory wykazują się zupełnie innymi właściwościami chemicznymi niż woda, od rozmieszczenia ładunku po typy wiązań. A zatem życie na nich oparte będzie miało skrajnie inny metabolizm, nawet nie potrafimy sobie wyobrazić jaki. I tylko zastanawiam się, czy – jeśli kiedykolwiek zostanie podjęta próba znalezienia jego oznak na Tytanie – będziemy potrafili je rozpoznać. Niemniej jed-

7


nak odkrycia dokonane na tym księżycu Saturna ponownie przetasowały poglądy na warunki konieczne do powstania życia – co nie zmienia faktu, że nadal będziemy szukać planet podobnych do Ziemi i z wodą. Mam jednak wrażenie, że nie dlatego, iż nie ma możliwości, by życie powstało gdzie indziej, ale dlatego, że tylko takie jego przejawy znamy i zdołamy rozpoznać. Na koniec pozbądźmy się ostatniego elementu wiążącego nas ze znanym światem ożywionym – węgla. Poświęćmy zatem kilka słów chyba najbardziej ukochanej przez pisarzy fantastyki grupie ze wszystkich omówionych – organizmom krzemowym. Krzem jest następnym w kolejności pierwiastkiem w grupie węglowców po węglu, z którym dzieli sporo właściwości chemicznych. Jego walencyjność w większości związków jest taka sama jak węgla i wynosi cztery, ma on też zdolność do tworzenia łańcuchów -Si-Si-, dzięki czemu może tworzyć związki będące opcjami alternatywnymi dla związków węgla. Związki krzemoorganiczne (nawet z wyłączeniem tych mieszanych krzem–węgiel) obejmują sporą grupę, liczącą około trzystu tysięcy przedstawicieli (jednak do wyników węgla jest krzemowi wciąż daleko). Zasadniczo związki te dzieli się tak samo jak ich organiczne odpowiedniki, mają też podobne właściwości chemiczne, choć są z reguły bardziej reaktywne (częściej też bywają niestabilne). Za to krzem ma jedną przewagę nad węglem – zakres rozpowszechnienia. Na powierzchni Ziemi krzem jest drugim co do liczebności pierwiastkiem, po tlenie. Metabolizm oparty na jego związkach wydaje się być chyba jeszcze bardziej egzotyczny niż wyżej opisany metabolizm bez wody. Pierwszy z brzegu przykład: dwutlenek węgla, będący jednym z podstawowych związków tlenowego metabolizmu, jest gazem, zaś jego krzemowa alternatywa – ciałem stałym, w dodatku bardzo mało reaktywnym. Oczywiście, nikt nie powiedział, że organizmy krzemowe będą oddychać tlenowo, chciałam tylko zilustrować, jak bardzo inne byłyby alternatywne organizmy. Co nie oznacza jednak, że ich istnienie jest niemożliwe.

8

Jak widać, ewolucja ma bardzo wiele możliwości. Jeśli teoria determinizmu biologicznego jest prawdziwa, opcjonalne organizmy żywe mogą być skrajnie różne: od zdradliwie do nas podobnych po tak egzotyczne, że wyobrażenie sobie, na jakich zasadach mogłyby funkcjonować, zaczyna wychodzić poza ramy nauki i zmienia się w spekulacje. Tych możliwości jest tyle, że być może życie wcale nie powstało tylko raz. Nie bez powodu naukowcy przeczesują różne skrajnie nieprzyjazne środowiska i to nie tylko w poszukiwaniu modeli innych światów. Szukają życia, które narodziło się na naszej planecie jako alternatywne. Zepchnięte na margines przez dominującą jego formę jest gdzieś tam, ukryte głęboko. „Gabinet cieni”, niemożliwy do zauważenia, gdy bada się organizmy klasycznymi metodami, bowiem posiada metabolizm, który oparty jest na zupełnie innych podstawach. Być może nie musimy lecieć w kosmos, by spotkać obce formy życia. Bo obcy są wśród nas.

Ewa Szumowicz Urodziła się i wychowała na Mazurach w pięknej miejscowości Pisz. Absolwentka Akademii Medycznej w Gdańsku, wydział farmacji, aktualnie zamieszkała w Szczytnie (choć akurat to się może szybko zmienić, bo nie lubi długo mieszkać w jednym miejscu), prowadzi jedną z tamtejszych aptek. W wolnym czasie czyta, głównie polską fantastykę, oraz sama próbuje swoich sił na tym polu, bez większych sukcesów. Interesuje się wszystkim, od gotyckich zamków (zwiedziła ich ponad trzydzieści i planuje w najbliższym czasie zwiększyć tę liczbę co najmniej trzykrotnie), przez fizykę kwantową, po językoznawstwo, choć jej największą miłością na zawsze pozostaną rośliny lecznicze. Niepoprawna i nieuleczalna kociara.

Ewa Szumowicz


Agnieszka Zienkowicz

Głowologia stosowana, czyli szeptuchy, kołtuny i samospełniające się proroctwo ilustracja: Kornel Kwieciński Głowologia – termin ukuty przez Terry’ego Pratchetta w cyklu „Świat Dysku”. Stanowi z jednej strony filozofię, z drugiej zaś naukę, która wyznacza sposób działania czarownic na Dysku. Jest pilnie strzeżonym sekretem, gdyż sprawia, że magia wiedźm działa realnie. W dużym uproszczeniu głowologia to otoczone mgiełką tajemnicy, magii oraz szacunkiem czarnego, szpiczastego kapelusza leczenie i poradnictwo, które wykorzystuje nic innego jak sprawdzone, naukowe sposoby. Myśląc o czarownicy, mamy przed oczami osobę, która rzuca uroki, uzdrawia, warzy eliksiry pomagające rozwiązać każdy problem oraz jest pilotem nietypowych obiektów latających – mioteł, czarnych kotów i kogutów. Rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że czarownice, te z baśni, jak i żyjące na polskich wsiach zamawiaczki i szeptuchy, to kobiety na swój sposób wykształcone, o nieprzeciętnej inteligencji i z darem wglądu w ludzką psychikę oraz najczęściej nieprzystające do społeczności, w której żyją. Na uroki czy nagłe uzdrowienia większy wpływ mają osoby, które zwracają się do nich o pomoc niż one same. Kim są w takim razie owe wiejskie zamawiaczki i szeptuchy? Obie nazwy to określenie na tą samą kobiecą profesję. Termin „szeptucha” pochodzi od słowa „szeptać” i związany jest z jedną z czynności, jaką wykonuje wiejska czarownica w trakcie odprawiania swoich czarów – mianowicie z szeptaniem, czyli cichym odmawianiem modlitwy lub zaklęcia. Zamawiaczka to nazwa o zbliżonym pochodzeniu. Wywodzi się od „zamawiać” w znaczeniu: „zamawiać uroki”, co również nawiązuje do szeptanych w trakcie magicznych czynności słów. Odmawiane modlitwy, często

10

powtarzane w kółko jak mantry, są niezwykle ważnym elementem w praktyce szeptuchy. To one nadają moc wykonywanym czynnościom i sprawiają, że czarownica jest szanowana w społeczności. Tylko ona bowiem zna słowa, które mogą uczynić naprawdę wiele… Wbrew powszechnym opiniom ludzie nie zwracali się do zamawiaczek po eliksiry miłosne czy rzucenie złego uroku. To tylko niewielki odsetek codziennej działalności szeptuch. Główne powody wizyt u czarownicy i zwracania się do niej o pomoc to własna choroba lub niedomaganie członka rodziny, poród, choroba zwierząt gospodarskich oraz… kołtuny. Ostatnia przyczyna była jednocześnie najczęściej występującą. Brak higieny, długie, nieobcinane do dnia ślubu i nieznające grzebienia włosy oraz powszechna wszawica powodowały tworzenie się na głowach nierozczesywalnych supłów. Taki kołtun mógł objąć nawet całą głowę i ważyć kilka kilogramów (najdłuższy zachowany kołtun mierzy po rozwinięciu 1,5 m). Jego powstanie często przypisywano złym duchom oraz rzuconemu urokowi. Nie wolno było go rozczesywać i obcinać, gdyż po pierwsze i tak by to raczej nie przyniosło efektu (wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, próbę rozczesania posklejanych i splątanych włosów, a następnie przemnóż otrzymany wysiłek przez sto), po drugie mogłoby sprowadzić złe moce i chorobę na osobę pomagającą. Dodatkowo skuteczną walkę z kołtunem uniemożliwiały pewne zabobony, według których kołtun zamiast być wynikiem działania złych mocy, chronił przed nimi. Tu na pomoc licznym skołtunionym głowom ruszały zamawiaczki. Wiedziały one, kiedy kołtun można obciąć oraz co z nim zrobić,

Agnieszka Zienkowicz


a dzięki znajomości magii były chronione przed złymi duchami. Kołtuny były odpowiednio przypalane przy głowie, następnie obcinane i spalane przy wtórze zaklęć. A osoba uwolniona od nich nie musiała się obawiać żadnych chorób psychicznych (ewentualnie opętania przez złe moce) czy ślepoty. Szeptuchy swoją antykołtuńską

Głowologia stosowana...

działalnością znacznie ograniczały populację wszy oraz leczyły zakażenia i choroby skóry. Ważnym obowiązkiem zamawiaczek było również asystowanie przy porodzie – tak ludzi, jak i zwierząt. Tutaj mniejsze znaczenie miało „klepanie” zaklęć – kobieta krzycząca w bólach niezbyt zwracała uwagę na magiczną otoczkę.

11


Liczyły się sprawne ręce, szybkość podejmowania właściwych decyzji i doświadczenie, okraszone odrobiną wiedzy na temat ludzkiej anatomii. Dzięki temu dzieci zakleszczone podczas porodu czy owinięte pępowiną oraz ich matki miały większe szanse na przeżycie. Pomoc ciężarnym kobietom wiązała się również z niechlubnym spędzaniem płodów, czyli wywoływaniem poronień. Gdy (najczęściej młoda i niezamężna) kobieta zaszła w niechcianą ciążę, mogła liczyć na „poradę” wiejskiej czarownicy. Wystarczyło podać odpowiednie napary z ziół, by wywołać poronienie lub przedwczesny poród. Takie działania cieszyły się popularnością, mimo że były bardzo ryzykowne i wiązały się z wysoką śmiertelnością przyszłych matek. Jednym z najważniejszych i przynoszących największy szacunek zadań szeptuch było uzdrawianie. Brak dostępu do lekarza i weterynarza na polskich wsiach powodował, że te role musiały być przejęte przez członków społeczności. I tak kowal – z racji swojej siły i tego, że dysponował odpowiednimi narzędziami (obcęgami) – służył mieszkańcom jako dentysta (co sprowadzało się we wszystkich przypadkach do wyrywania zębów). Szeptuchy natomiast były wychowywane i uczone, tak by stać się dla swojej społeczności namiastką służby zdrowia. Ich sposoby uzdrawiania w głównej mierze sprowadzały się do kręgarstwa i ziołolecznictwa. Jednak gdy dołożymy do tego uważne obserwacje, dzięki którym zamawiaczki poznawały anatomię ludzi i zwierząt oraz zamiłowanie do eksperymentów (oczywiście na ludziach), bez których nie powstałyby nowe lekarstwa, to otrzymujemy całkiem skutecznego lekarza. Na jaką terapię moglibyśmy liczyć u zamawiaczki? W przypadku bólu ucha – świecowanie. W bolące ucho wkładano woskową tubkę, którą następnie podpalano. Szeptucha odmawiała kilka niezbędnych zaklęć, a podciśnienie wytwarzane przez płonącą tubkę wyrównywało ciśnienie w uchu wewnętrznym i rozgrzewało przewód słuchowy. Ból przechodził jak ręką odjął. Na kaszel bardzo skuteczny był wywar z babki lancetowatej (oczywiście zbieranej pod-

12

czas pełni księżyca) z towarzyszeniem odpowiedniego szeptania. Natomiast gdy jakiemuś gospodarzowi położyła się krowa, wystarczyło wymówić odpowiednie zaklęcia i przebić jej żołądek ostrym kołkiem. Gazy wywołujące niebezpieczne wzdęcie ulatywały, a krowa (prawie) w pełni sił mogła wrócić do przeżuwania i muczenia. Jednak niezawodnym sposobem na wszystkie znane i nieznane choroby było toczenie surowego jajka, które wyciągało złe moce z ciała. I wbrew pozorom to również było skuteczne. Dlaczego? W tym miejscu wracamy do głowologii, ponieważ to w niej tkwi sedno działania szeptuch. Doskonale ten fenomen opisuje poniższy fragment „Równoumagicznienia”: Jeżeli dasz komuś butelkę syropu na wiatry, może mu pomóc. Ale jeśli chcesz, żeby pomogło na pewno, musisz pozwolić, żeby jego umysł zmusił lek do działania. Powiedz, że to promienie księżyca rozpuszczone w winie elfów czy coś w tym rodzaju. Pomamrotaj trochę. Tak samo z klątwami. Stosowaną przez zamawiaczki głowologię można opisać za pomocą kilku (a właściwie dwóch najistotniejszych) efektów psychologicznych. Pierwszy z nich to efekt placebo. Dwóm pacjentom z identycznym schorzeniem podajemy identycznie wyglądający, identycznie smakujący i identycznie pachnący lek, ale tylko jedna z substancji ma właściwości lecznicze. Jeśli efekt placebo zadziała, obaj pacjenci wyzdrowieją, mimo że pierwszy otrzymał skuteczne lekarstwo, a drugi substancję niemającą wpływu na stan zdrowia (placebo). Ten fenomen pokazuje, jak ważna jest psychika chorego w procesie leczenia. Osoba niedomagająca jest w stanie sama siebie uleczyć tylko dlatego, że wierzy w moc medykamentów lub lekarza. Ten sam efekt występował wśród klientów czarownic. Wierząc w moc zamawiaczki i jej magicznych formuł czy naparów, chory wpływał na poprawę swojego zdrowia (tego fizycznego, jak również psychicznego). Wiele eksperymentów z placebo pokazało również, że bardzo ważna

Agnieszka Zienkowicz


jest forma podania leku – np. zastrzyki dawały większy efekt niż tabletki czy krople. Dlatego też im bardziej magiczny i niecodzienny był lek od szeptuchy, tym szybciej i skuteczniej uzdrawiał. Magiczne rytuały czy szeptane zaklęcia pełniły w głowologii jeszcze jedną, niezwykle ważną rolę. Stanowiły doskonałe wytłumaczenie, gdy coś w trakcie leczenia poszło nie tak. Krowa po przebiciu żołądka mogła zdechnąć – wdało się zakażenie lub czarownica nie trafiła w odpowiednie miejsce. Kobieta podczas porodu mogła umrzeć, bębenek w uchu pęknąć od nadmiernego ciśnienia. Tym samym zamawiaczka mogła sprowadzić na siebie niemałe kłopoty. Jak temu zapobiec? Można zrzucić winę na złe moce, diabła, duchy i silną czarną magię. Skoro bowiem istnieją czary zamawiaczki, muszą istnieć też złe czary. I to one sprowadzają na ludzi wszystko, co najgorsze. Drugim efektem psychologicznym, za pomocą którego można opisać głowologię, jest samospełniające się proroctwo. Może ono działać na dwa różne sposoby: pozytywnie (efekt Galatei) lub negatywnie (efekt Golema). Posłużmy się przykładem. W klasie mamy dwóch przeciętnych uczniów o zbliżonych zdolnościach, motywacji itd. Podając się za autorytety z dziedziny psychologii, tłumaczymy nauczycielowi, że jeden z tych uczniów posiada wybitne zdolności, drugi natomiast nie ma warunków, by cokolwiek osiągnąć. Po pół roku gwarantuję, że pierwszy uczeń nagle zacznie się wyróżniać na tle klasy (efekt Galatei), drugi zaś znacznie się pogorszy (efekt Golema). Dlaczego? Nauczyciel wierząc w słowa „autorytetu”, będzie faworyzował jednego ucznia, poświęcał mu dużo uwagi i każde jego działanie tłumaczył wybitnymi zdolnościami. Drugiego natomiast zacznie lekceważyć i na skutek własnych oczekiwań wpłynie na warunki nauki uczniów, a ostatecznie na ich wyniki. Ale wróćmy do zamawiaczek – tłumaczą one chorym, że tylko to konkretne lekarstwo czy działanie ma olbrzymią moc i najpóźniej za miesiąc będą już zdrowi. Chory oczekując poprawy, stosuje się do wszystkich zaleceń zamawiaczki i bacznie obserwuje stan swojego zdrowia – jest więc

Głowologia stosowana...

bardzo przykładnym pacjentem. A przykładny pacjent ma większe szanse na wyzdrowienie niż ignorujący objawy i lekceważący lekarza. Istnieje wiele podobieństw między psychologią czy psychiatrią a głowologią. Natomiast jest jedna, ale bardzo znacząca różnica. Jednak w tej ostatniej kwestii podejmowanej w moim artykule pozwolę sobie oddać głos wielkiemu autorytetowi w dziedzinie głowologii – sir Terry’emu Pratchettowi: Chociaż między psychiatrą a głowologiem może istnieć powierzchowne podobieństwo, w praktyce różnią się zasadniczo. Kiedy psychiatra ma do czynienia z pacjentem, który wierzy, że ściga go wielki i straszny potwór, będzie się starał go przekonać, że potwory nie istnieją. Babcia da komuś takiemu stołek, żeby na nim stanął, i bardzo gruby kij. Źródła: 1.http://pl.wikipedia.org/wiki/ Ko%C5%82tun. 2. Aronson E., Wilson T., Akert R., Psychologia społeczna. Serce i umysł, Poznań 1997. 3. Chomiuk M., Dziwy spod strzechy i wierzbowej dziupli, Michów 2005. 4. Pratchett T., Maskarada, Warszawa 2003. 5. Pratchett T., Równoumagicznienie, Warszawa 2006. Przekazy ustne

Agnieszka Zienkowicz „Rocznik Czarnobyla”. Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania i z zawodu copywriter. Codziennie zmaga się z ubraniem w poetyckie metafory tematu pieców i kotłów C.O. tudzież malowania proszkowego czy obuwia sportowego. Dzięki temu przekonała się, że żaden tekst nie jest jej straszny. W wolnych chwilach czytuje pisarzy rosyjskich i udziela się w Qfancie.

13


Maciej Lewandowski

Co z tym końcem? Świat nie przestanie istnieć. Ot, zgasną światła i od biedy wybuchnie jakiś generator. Przynajmniej tak mówią. Od jakiegoś czasu NASA systematycznie wypuszcza w eter informacje, że nie zagraża nam żadna kosmiczna katastrofa. Robi to z takim zapamiętaniem, że zaczynam podejrzewać, iż nie mówią wszystkiego… Pomijając wiszące nad nami (nomen omen) zagrożenie deszczu kosmicznego żelastwa w postaci spadających satelitów, co chwila coś dybie na Ziemię, ludzkość i mydlane opery. By nie sięgać daleko: w zeszłym tygodniu nie uderzył w nas, powtarzam, NIE uderzył meteoryt wielkości lotniskowca. Szczęśliwie przecisnął się między planetą a Księżycem. Wspomniany obiekt cyklicznie mija błękitny glob. Następne podejście czeka go za plus minus sto lat. Ledwo ludzkość zdążyła się otrząsnąć po widmie zagłady, a tu już nadciągają kolejne. Tym razem na tapecie jest „promień śmierci” wysłany ze Słońca. Wszystko sprowadza się do tego, że jakoś tak w przyszłym roku Ziemia zamieni się w skwarkę. Taka wizja idzie w parze z pomysłami scenarzystów-socjopatów usiłujących ubić tak wiele przedstawicieli ziemskich gatunków, ile tylko jest możliwe. Dzięki produkcji „2012” przyszły rok i przypadający na ten okres „wybuch słoneczny” miały spory potencjał. NASA zaprzecza. Naukowcy potwierdzają, że Słońce z racji swojej natury musi – mówiąc ogólnikowo – raz na jakiś czas wybuchnąć. Podług ostatnich pomiarów wszystko toczy się w cyklach jedenastoletnich – stąd data 2012. Agencja podkreśla jednak, że „zwyczajnie nie ma wystarczającej energii w Słońcu, by wysłać morderczą kulę ognia na odległość 93 milionów mil, żeby zniszczyć Ziemię”. Uff. Kamień z serca.

14

Niemniej specjaliści z NASA wspominają o zaburzeniach elektromagnetycznych, jakie wybuch może spowodować. Nic takiego. Ot, daleko idące zakłócenia elektroniki, m.in. w sztucznych satelitach, awarie GPS, kłopoty z telefonią komórkową oraz – co bardzo interesujące – wybuchy transformatorów. Nic poważnego. Naukowcy doradzają, by na ten czas wyłączyć wszelkie urządzenia, zabezpieczyć co się da i zwyczajnie „schodzić z drogi” zagrożeniom. Bez wątpienia spadające samoloty, satelity itp. widać z daleka. Jak zostało podane na stronie agencji, „nie możemy ignorować kosmicznej pogody, ale możemy się przed nią zabezpieczyć”. NASA zapowiedziała rozsyłanie stosownych komunikatów i ostrzeżeń do firm i korporacji zajmujących się dostawami prądu oraz transportem lotniczym. Dobrze, że wszyscy sobie wszystko wyjaśniliśmy.

Maciej Lewandowski Jegomość osobliwy. Urodził się czas jakiś temu, na szczęście może kupować samodzielnie piwo. Dawno temu był Lewandowski poetą dekadentem. Pisał, że smutno mu bardzo, a świat jest felerny. Szczęśliwie, wiersze owe zaginęły. Na studiach jął Lewandowski bazgrać prozę. Tak też zostało. W międzyczasie porzucił doktorat, ponieważ chciał jechać do Las Vegas. Obecnie Lewandowski pisze dużo, czasami dostając za to marne wynagrodzenie. Nie dotarł do Las Vegas.

Maciej Lewandowski


Porytkon 2011 relacja: Anna Sitko Z Sosnowca wracam z mieszanymi uczuciami i wciąż trudno mi zdystansować się do tego, czego byłam tam świadkiem. Jedno jest pewne – „Poryty konwent” zdecydowanie zasłużył w moich oczach na swoją nazwę (mimo wszystko raczej w negatywnym tego słowa znaczeniu). Do Sosnowca dotarłam w piątek wieczorem. Po zalogowaniu się w budynku akredytacyjnym, wraz z mym towarzyszem podrałowaliśmy przez mróz z budynku „A” do budynku „C”, do którego wieść miała – narysowana na przyczepionej do drzewa kartce – strzałka. Ach, gdybyż przykleić jeszcze ze dwie takie strzałki po drodze! Więcej wskazówek niestety nie było, a drogę znaleźliśmy dzięki dwóm dziewczynom – z kocimi uszami – wychodzącym właśnie z budynku „B”. Dostaliśmy instrukcję („wyjdziecie w lewo, potem wzdłuż głównej ulicy, a gdy zobaczycie po lewej podejrzanie wyglądającą, mroczną uliczkę, gdzie na pewno nie chcielibyście po nocach skręcać – tam właśnie należy się skierować”) i po kilku minutach kroczenia mrocznymi ścieżkami – okraszonymi różnej maści otaku – znaleźliśmy się w odpowiednim budynku.

16

Gdy tylko przetarłam zaparowane okulary, uderzył mnie ogrom mangowych gadżetów noszonych przez konwentowiczów (kocie uszka to naprawdę nędzne minimum szanującego się fana mangi) oraz stosunkowo niewielka liczba ludzi zdających się nie utożsamiać z cosplayującą gawiedzią. Na żadnym jeszcze konwencie nie widziałam takich dysproporcji między mangowcami a fantastami. Ci drudzy (o czym przyszło mi się później przekonać) na terenie konwentu utworzyli sobie trzy getta, poza którymi ciężko było uświadczyć kogoś ich pokroju pośród stad Pikachu, lolit i Sailor Moon. W zasadzie nic dziwnego – już pierwsza strona informatora konwentowego pokryta jest atomówko podobnymi obrazkami Batmana, Vadera (z pokeballem) i Hellsinga. Nasze kroki skierowaliśmy na piętro pierwsze. Obecne tam stoiska dawały żywy obraz zaobserwowanym wcześniej dysproporcjom – na jedno stoisko z grami/rękodziełem przypadały trzy kramy z mangowymi gadżetami. Pooglądaliśmy asortyment i ruszyliśmy w stronę games roomu.

Anna Sitko


Znajome twarze wydających planszówki przywróciły uśmiech na twarz. Pochyliliśmy się nad asortymentem i zaczęliśmy szukać czegoś dla siebie. – Widzieliście to co ja? Na dole kartki do wpisywania się na sesje – i wszystkie puste. Widział tu ktoś może jakiegoś mistrza gry? Przyszliśmy sobie pograć, a w sali na sesje ciemno i głucho! – Nie widział. Ale chodźcie do nas, to pogramy w Munchkina. A więc pograliśmy. W games roomie przez dwa dni konwentu z kilkoma sympatycznymi ekipami zdążyłam zagrać w Ticket to ride, Banga, Munchkina i Wiedźmina. Trzeba było jednak ruszyć tyłki i pozwiedzać. Mój towarzysz postanowił spróbować swoich sił w konkursie wiedzy o cRPG (skąd w niedługim czasie uciekł z kwikiem), a ja pochodziłam po salach i odkryłam, że to, co się w nich dzieje, niekoniecznie odpowiada temu, co mam zapisane w informatorze (minus dla organizacji, plus

Porytkon 2011

dla niespodzianki) i trafiłam na bardzo dobrą prelekcję „Japończyk a społeczeństwo” Marcina „Meva” Chludzińskiego, której przysłuchiwałam się dłuższą chwilę. Po 23.00 zahaczyłam również o jedno z gett niemangowych – trafiłam na balangę Outpostu, gdzie trwał konkurs na najlepszy postapokaliptyczny męski striptiz. Głośna muzyka i pozytywna atmosfera roznosiły się echem po całym piętrze. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, a potem zawinęliśmy do portu, by na konwent wrócić w sobotę po południu. A w sobotę pojawiło się więcej atrakcji – sesje, sale z konsolami, fajne prelekcje i larpy. Co do tych ostatnich – szczególnie apetycznym dla naszego towarzysza miał być ten w klimatach Star Wars. Z przyczyn obiektywnych (czyt. ochroniarzy chodzących po północy po budynku i wyrzucających tych, którzy nie mieli akredytacji na niedzielę), nie było nam jednak dane przekonać się o jego rzeczywistej atrakcyjności. Tak czy inaczej – zarówno atrak-

17


cji dla erpegowców, jak i samych erpegowców było jakby więcej. Wywieszono nawet kartkę zapowiadającą potyczkę Mangowcy vs Fantaści. Nie spodziewałam się wielkiej frekwencji tej drugiej grupy (nie wiem, jak to jest z mangowcami) – bo kto normalny wstawałby na to o dziesiątej rano? Powałęsałam się trochę po salach z grami, pograłam w Dynę, poobserwowałam naukę skośnookiej kaligrafii, pooglądałam, jak jeden z kamratów dostaje bęcki w Mortal Kombat i znów skierowałam swoje kroki w poszukiwaniu interesującej prelekcji. Chyba żadna prelekcja nie przyciągnęła takiej publiczności, co ta o magii ludowej (wdzięczny temat – a jakże!) prowadzona przez Mateusza Kościelnickiego. Krótki wykład z etnologii praktycznej okraszony wieloma soczystymi przykładami „z życia” polskiej wsi sprawił, że słuchacze to śmiali się, to truchleli. Gdy po godzinie wychodziliśmy z sali, każdy wiedział już, dlaczego kobieta wszelkiego zła jest siedliskiem i czemu zmarłe niemowlaki należy chować pod progiem domu.

18

Na wysokości zadania stanął również Portal. Sympatyczni jego przedstawiciele zorganizowali turniej gry „Zombiaki II” i choć nie dostałam się do finału, to bawiłam się naprawdę świetnie. Nie wiedziałam, że zasady tak prostej gry dają miejsce tylu wątpliwościom… Oczekiwania zawiodła prelekcja Janusza „Ivelliosa” Kamieńskiego – „Etnografia Stosowana w RPG. Raport obieżyświata”. Uboga wartość merytoryczna prezentacji i ogrom błędów rzeczowych sprawiły, że opuściłam salę po czterdziestu męczących minutach. Wypisałam sobie nawet na kartce uwagi, jakie miałam do tej prelekcji, żeby je tutaj choć w części przytoczyć, ale nawet tego mi się nie chce… Z braku miejsca w salach grający zaczęli wychodzić z gett na korytarze i siadali, gdzie się dało. Outpost niezmiennie – prowadził prelki i imprezował, a gracze przy konsolach napinali swoje e-muskuły. Sobota to był dobry dzień dla ludzi niezainteresowanych cosplayowaniem czy konkursami wiedzy o Kuroshitsuji. Widząc już wiele osobliwości, nie sądziłam, że tego dnia coś jeszcze mnie zaskoczy… A jednak. Moją misją było znalezienie dodatkowych dwóch graczy do Banga. Wyszłam na korytarz i skierowałam się w stronę zbiegowiska rozentuzjazmowanych przebierańców czatujących pod salą. – Co tu się dzieje? – pytam dwie dziewczyny lat około szesnastu. – W sali jest yuri praktyczne. Zaraz wchodzimy. Wiedziona antropologiczną ciekawością weszłam z nimi.

Anna Sitko


W sali panował niemożebny zaduch. Wypełniony po brzegi podnieconymi mangowcami pokój, co rusz rozbłyskiwał światłem fleszy i migającymi światełkami kamer. Dziewczyny stanęły na środku sali i zaczęły przedstawienie. Ja przycupnęłam przy drzwiach. – W czym mogę pani pomóc? – Wracałam od byłej dziewczyny i zwichnęłam sobie nogę… Proszę mi pomóc. – Od byłej dziewczyny? – odgrywająca zaczęła kołysać biodrami, wypinać biust, zarzucać włosami, mrużyć oczy i wykonywać szereg innych kocich ruchów… wszystkie na raz. – Tak, teraz już od byłej. – No to trzeba będzie temu zaradzić. Usiadła jej na kolanach, tamta ją podniosła i nastąpił długo wyczekiwany, namiętny pocałunek, który wzbudził salwę rozbłyskujących fleszy. Wyszłam z sali. – Czemu nie było cię tak długo? – spytali mnie kamraci. – Nie wiem, co to było… dziewczyny odgrywają yuri praktyczne. – Znaczy, że co? – Znaczy, że machają dupami i liżą się przed publicznością. – Całujące się nastki?! Zaraz wracamy! – I pobiegli. A wrócili rzeczywiście zaraz. Widać seks oralny przez spodnie dwóch napalonych mangowych kotek nie jest czymś, co satysfakcjonuje tak jak lesbijskie pornosy ;)

Podsumowując – konwent zapewnił mi wiele rozrywki, choć głównie poprzez dostarczanie odpowiedniej nerdowej pożywki w postaci gier planszowych. Zaliczył kilka drobnych wpadek organizacyjnych (często rozsypujący się harmonogram, brak informacji przy opisach prelekcji i wydarzeń o miejscu ich przeprowadzania). Zamieszczano jednak łatwe w obsłudze mapki „Co? Gdzie? Kiedy?”, za co serdeczne dzięki. Niewątpliwym plusem było też otwarcie stołówki dla konwentowiczów (czynna nawet późno w nocy), zapewnienie zniżek w Telepizzy i okolicznym pubie. Nie można było odmówić mu porytości w pewnych jego dziedzinach. Nie zawsze owa porytość mi odpowiadała, ale zdołała zaskarbić sobie rzesze fanów. Konwent był rajem dla mangowców. Mniej miejsca poświęcono tym, którzy przybyli tu dla innych niż manga rozrywek, i niewiele mogłam znaleźć w ofercie dla siebie. Ciekawa jestem, czy konwent nadrobi braki w przyszłym roku.

Anna Sitko Studentka krakowskiej etnologii oraz filologii wschodniosłowiańskiej. Miłością do fantastyki została zarażona w wieku lat czterech, do literatury – kilka lat później. W wolnych chwilach gra w planszówki, jeździ na konwenty, praktykuje śpiew biały i mniej lub bardziej skutecznie próbuje swoich sił w rękodzielnictwie. Słowianofilka.

Porytkon 2011

19


Aleksandra Brożek i Rafał Sala Chimeryczność rzeczy martwych ilustracja: Magda Mińko Prolog Zrodziły mnie nienawiść i udręka. Każde uderzenie, każda rysa przybliżały moment inicjacji. Powstawałem w bólu i niełasce, nękany fantasmagoryczną obsesją samozwańczego demiurga. Zapamiętały artysta stworzył mnie na swoje podobieństwo, dzieląc się częścią własnej, zatrutej duszy. Jego żebro moim żebrem, jego łzy moją radością, jego niechęć moją pogardą. Aż w końcu, po niezliczonych nocach, z bezkształtnej bryły wyłoniłem się ja. Kim był mój stwórca? Gdy zaledwie kilkuletni chłopiec szedł przez las, każda trzaskająca pod nogą gałązka wzbudzała strach i popychała do ucieczki. Gael, bo tak nazywali go prawie wszyscy, właśnie tutaj usiłował znaleźć azyl. Las był cichy i nieruchomy. Drzewa wpuściły go na swoje terytorium i kusiły obietnicą schronienia. Promienie słońca prześwitywały przez liście. Chłopiec rozglądał się czujnie. Przystanął przy wąskim strumyku i napił się zimnej, orzeźwiającej wody. Podniósł głowę, bo zdawało mu się, że słyszy czyjeś kroki, jednak uspokoił się, gdy w leśnej gęstwinie zamajaczyły dwie sarny. Ominęły chłopca i zniknęły między drzewami. Na brodzie Gaela zostało kilka kropel wody. Wytarł je wierzchem dłoni i wstał. Wtedy coś przykuło jego uwagę. Nieco dalej, pomiędzy dwoma sosnami leżał głaz. Chłopiec uklęknął przy znalezisku. Na jednym z boków, tuż przy ziemi, zostały wyryte dziwne symbole. Nigdy wcześniej nie widział takich znaków i choć usiłował znaleźć w nich jakiś sens, nie potrafił. Uśmiechnął się na samą myśl, że udało mu się odnaleźć własny

20

skarb. Pogładził szorstką powierzchnię kamienia, a znaki zalśniły na chwilę ledwie widocznym światłem. Nabrał pewności, że symbole muszą być magiczne. Chłopiec przytulił się do ciepłego kamienia i postanowił nadać mu imię. Gdy słońce przygasło, a Gael poczuł chłód, postanowił wrócić do domu. Obiecał sobie jednak pojawić się tu nazajutrz. I dotrzymał słowa. Przychodził, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Wymykał się z domu i biegł do lasu, by podziwiać swój skarb. Traktował go jak przyjaciela. Szeptał w kamienne ucho wszystko, co go trapiło, przynosił też troski innych. Czasem sprawy błahe i prawie nieznaczące, innym razem prawdziwe tragedie. Kamień słuchał i dopiero po wielu latach wypowiedział pierwsze słowa. I nie była to prośba, a raczej rozkaz. – Daj mi ciało – zabrzmiało w głowie Gaela. Gael okazał się posłusznym i pełnym pasji wykonawcą woli magicznej skały. Mozolnie rzeźbił w granicie, postępując wedle wskazówek tego, który został uwięziony w bladoróżowym kamieniu. I Etienne spoglądał od niechcenia na żółte światło latarni, której blask zdawał się tworzyć magiczną kulę lewitującą nad brukiem paryskiej ulicy, lecz jego myśli krążyły gdzie indziej. Niespełna pół godziny wcześniej stał na moście gotowy rzucić się w smolistą głębię Sekwany. Co go powstrzymało? Na pewno nie myśl o Yvonne, podrzędnej aktoreczce siedzącej teraz u jego boku i trajkoczącej coś tym swoim irytującym głosikiem. Leniwie przeniósł wzrok

Aleksandra Brożek i Rafał Sala


na przesadnie wypudrowaną twarz i czerwone usta. Nie była piękna, lecz gdy patrzył w jasnozielone oczy, które miały niemal ten sam kolor, co opróżniona do połowy butelka stojącego na stoliku absyntu, przychodziła mu na myśl beztroska dzieciństwa i szmaragdowa głębia morza, w którym nurkował w młodości. Przymknął na chwilę powieki i wsłuchał się w kawiarniany gwar. Dźwięki niezbyt dobrze nastrojonego pianina mieszały się z echem rozmów, a nad wszystkim górowały okrzyki prostytutek stojących w grupce gdzieś z tyłu. Jeszcze dwa lata temu pachnący papierosami i absyntem świat, w którym królowały muzyka, poezja i wolność, stanowił inspirację i sens życia. A teraz? Pełne uroku uliczne kawiarenki były już tylko knajpami, w których zaspokajał alkoholowy głód, w pięknych kochankach widział jedynie prostytutki, które pod długimi, kolorowymi sukniami skrywały niedoskonałości urody, a zielony świat śmiechu i tańców o świcie przerażał szarością niewyspania, skacowanym brudem i ziewającą nagością. Był też Gérard. – Widujecie się? – piskliwy głos Yvonne wyrwał go z zamyślenia. – Wyprowadziłem się. Już w zeszłym miesiącu. – Wiem – przerwała mu. – Pytałam, czy się spotykacie. – Czasem – mruknął, podnosząc się z miejsca. – Etienne! – krzyknęła. – Myślałam, że dziś… że my… – Jestem zmęczony. Do widzenia. Au revoir. Przed odejściem dopił napoczęty kieliszek. Nic nie mogło się zmarnować. Dziś wydał ostatniego franka. II Oddaliwszy się od stolika o zaledwie kilka kroków, poczuł się nieswojo. Miał wrażenie, że przemykający uliczką ludzie rzucają mu ukradkowe spojrzenia. Jakże wydawali mu się prości! Rozpędzone insekty, dla których pełny brzuch, dach nad głową i gorączkowo powtarzane plotki stanowiły istotę egzystencji. Miał ochotę splunąć

Chimeryczność rzeczy martwych

prosto w pozbawione wyrazu twarze. Ze złości kopnął walający się pod nogami kamień. – Auu! – krzyknął elegancik z laską i odwrócił się, by poszukać winowajcy, ale towarzysząca mu, wyzywająco ubrana kobieta pociągnęła go za rękaw. – Venons! Nie mam dla ciebie całej nocy! Etienne dopiero teraz dostrzegł stojącego pośrodku ulicy cudacznego człowieka. Chudy garbus o prawdopodobnie najbrzydszej facjacie w całym Paryżu wyciągał w stronę przechodniów pokurczone palce. Usiłował zatrzymać mijające go pary, ale te zdawały się go nie dostrzegać. Szkaradność garbusa była na swój sposób pociągająca. Paskudny obłąkaniec zdawał się być kimś wyjątkowym. Etienne miał wrażenie, że przechodnie nie tyle ignorują starca, co naprawdę go nie widzą. I wtedy stało się. Podpity mężczyzna zderzył się z garbusem i przewrócił razem z nim. Gramoląc się z bruku, szukał przeszkody, przez którą upadł. Na próżno. Garbus był niewidzialny! Ale nie dla Etienne’a. Kiedy niefortunny przechodzień oddalił się, rzucając przekleństwa na prawo i lewo, Etienne podszedł do leżącego i wyciągnął do niego drżącą dłoń. – Potrzebuje pan pomocy? Nieznajomy uniósł głowę. Podkrążone oczy popatrzyły badawczo, rozległ się obleśny chichot. Śmiały się głębokie bruzdy na czole i szerokie blizny na policzkach. Śmiał się haczykowaty nochal. – A może to ty potrzebujesz pomocy – w zachrypniętym głosie pobrzmiała nutka szyderstwa – poeto? – Ja?! Czy my się znamy? – Słuszne pytanie. – Garbus chwycił dłoń młodzieńca i gwałtownie przyciągnął go do siebie. – Spójrz mi w oczy. Mężczyzna okazał się silniejszy, niż się wydawało. I to kamienne spojrzenie. Czy garbus znał jego najskrytsze marzenia? Wpatrując się jak zahipnotyzowany w wielkie źrenice szaleńca, ujrzał Gerarda – ale nie wycieńczonego chorobą człowieka, lecz pewnego siebie, butnego mężczyznę, którego poznał przed laty, spacerując po Polach Elizejskich.

21


– Tego właśnie pragniesz, prawda? Żeby był zdrowy. Mogę dać wam nawet więcej. Bogactwo i nieśmiertelność. – A cco... czego chcesz w zamian? – A jakiej ceny się spodziewasz? – odpowiedział nieznajomy, puszczając dłoń młodzieńca. – Proponuję rzecz dla ciebie nieosiągalną, więc i zapłata musi być odpowiednia. Nastąpiła chwila pełnej napięcia ciszy. – Nie bądź głupi, Etienne! – warknął w końcu garbus, marszcząc czoło. Etienne nie usiłował nawet domyślać się, skąd ten zna jego imię. – Nie jestem twoim wrogiem – dodał łagodniej nieznajomy. – Wręcz przeciwnie. – Co zatem miałbym zrobić? Wzrok garbusa spoczął na grupce przechodniów. Etienne zauważył, że ich twarze zrobiły się rozmyte i niewyraźne. Tymczasem kostropate palce rozmówcy znów zacisnęły się na jego delikatnej ręce. – Cieszę się, że myślimy o tym samym. Etienne poczuł się nieswojo. Głosy zlewały się w jednostajny szum, wibrowały w uszach i nie pozwalały na trzeźwe myślenie. Wtedy dosłyszał jeszcze coś. Najpierw ciche, bardzo odległe westchnięcie. Potem głos przybrał na sile. „Etienne! Etienne!”, gdzieś za nim stał ktoś, kogo znał. Resztkami sił obrócił się. Kosztowało to sporo wysiłku, bowiem dłoń garbusa zdawała się miażdżyć mu kości. Jednak w końcu spojrzał przez ramię. W głębi kawiarenki dostrzegł kobietę. Widziała go, wołała. To była Yvonne. Naraz wszystko ustało. Ból w dłoni minął prawie natychmiast, podobnie jak zamroczenie. Spojrzał w miejsce, gdzie powinien stać garbus, ale nie zobaczył nikogo. Nieznajomy zniknął. A może wcale nie było go tu wcześniej? – Pozdrów ode mnie Gerarda! Bonne nuit! – krzyknęła Yvonne i ruszyła w kierunku grupki znajomych przy pianinie. III Wsłuchany w tupot uderzających o bruk obcasów, oddalał się od miejsca, gdzie spotkał niepokojącego dziwaka. Z każdym krokiem

22

jego nogi robiły się lżejsze. Stuk, stuk. Szybciej i szybciej. Bez dachu nad głową, bez grosza w kieszeni, bez obowiązków. Tak, teraz naprawdę czuł się wolny. Być może znów spędzi noc w zaułku czy, jak wczoraj, zdrzemnie się pod drzewem, oparty o jeden z grobowców na cmentarzu Pere-Lachaise. Przystanął na chwilę, aby pozachwycać się aurą paryskiej nocy. Śmieci walające się przy murze, smród z rynsztoków, wrzaski i jęki dobiegające z otwartych okien. Jeszcze nie czas na sen. Gerard. Bywały chwile, kiedy szczerze go nienawidził. Przyjaciel potrafił obudzić w nim najgorsze instynkty, przy nim śmierć i życie splatały się w jedno. Hotelik La Marquise. Kanciasta rudera stanowiąca schronienie dla samozwańczych geniuszy i zatwardziałych nałogowców. Etienne nacisnął klamkę i wszedł do zadymionego przedsionka. Recepcjonistka chrapała. Ostrożnie pokonał odległość dzielącą go od schodów. Dwukrotnie cięższa od niego kobiecina z pewnością złamałaby go wpół. W napięciu wchodził na kolejne stopnie, przy każdej głośniejszej skardze spróchniałych desek wstrzymując oddech w oczekiwaniu na tubalne jusqu’ou?!. Na drugim piętrze zatrzymał się przy pierwszych drzwiach po prawej. Drzwi Gerarda. Etienne nie był tu od kilku tygodni, ale miał niezmąconą pewność co do tego, kogo znajdzie w środku. Przyjaciel mieszkał tu przed dwoma miesiącami, dwoma laty, a możliwe, że też dwadzieścia lat wcześniej. – Kto tam? – odezwał się znajomy, chrapliwy głos po tym, jak zaskrzypiały popchnięte przez Etienne’a drzwi. – Wiedziałem, że przyjdziesz. – Gerard, zapomnijmy o tamtym. To głupstwo. – Głupstwo. Całe życie jest głupstwem... – przerwał mu nagły atak kaszlu. Poszarzała twarz skurczyła się. Przymknął powieki, zacisnął pięści i upadł na kolana. Etienne podniósł go z podłogi i zaciągnął w stronę łóżka. Gerard nie należał do najlżejszych. Przez chwilę miał wrażenie, że wlecze za sobą trupa. Tylko że trupy nie plugawią plwociną czystej poduszki. – Etienne…

Aleksandra Brożek i Rafał Sala


– Tak? – Wody… – Proszę. Wziąwszy kilka łyków, Gerard usiadł na łóżku. – Już dobrze. Atak minął. Przyjaciel wyraźnie uspokoił się, co nie zmieniało faktu, że bardziej przypominał kościotrupa niż człowieka. – Zmizerniałeś. – Nic nie mów! – Etienne zdziwił się, że chory potrafi krzyczeć tak głośno. Teraz już nie wyglądał na wycieńczonego. Wychudzona twarz nabrała rumieńców, oczy pojaśniały, ruchy nabrały wigoru. – Nie mówmy o mnie – dodał przez zaciśnięte zęby Gerard. – Widzę, że… – Ani słowa! Wiesz, o czym… Ani słowa… – Jak chcesz. Gerard z ulgą położył głowę na poduszce. Etienne rozejrzał się po tak dobrze znanym mu miejscu. Zielona farba odchodziła od ścian, stół pokrywała warstewka kurzu, na podłodze leżało przewrócone drewniane krzesło. Na parapecie, pod przesłoniętym zabrudzoną firanką oknem stał rząd pustych butelek. Etienne poczuł nagle na szyi silny uścisk, szczupłe palce złapały go za kołnierz koszuli i pociągnęły na łóżko. Leżeli obok siebie, ramię przy ramieniu. Jak dawniej. Gerard położył dłoń pomiędzy nogami Etienne’a, który przymknął oczy, wciągając w nozdrza przesiąknięte zapachem alkoholu i choroby powietrze. Gerard był niezwykle namiętnym kochankiem. Żadna uliczna tancerka nie mogła się z nim równać. IV Kiedy się obudził, była jeszcze noc. Poczekał, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności i zerknął na leżące obok wychudzone ciało. Oddech Gerarda był ciężki i urywany. Etienne poczuł nagły przypływ wyrzutów sumienia. Koszula, spodnie, buty. Oby się tylko nie obudził! Nie chciałby mu teraz spojrzeć w oczy. Ukradkiem wymknął się z pokoju, boso zbiegł po schodach, minął wciąż śpiącą recepcjonistkę

Chimeryczność rzeczy martwych

i wyszedł z budynku. Chłód twardego bruku i kaleczące stopy kamienie jeszcze dotkliwiej przypomniały o beznadziejności sytuacji. Wtedy podjął decyzję. Tak, zrobi to. Poszuka garbusa i wysłucha jego propozycji. Noc miała się ku końcowi, gdy dotarł do miejsca, gdzie wieczorem spotkał nieznajomego. Etienne co chwilę miał wrażenie, że z cienia wyłania się poszukiwany człowiek, jednak raz za razem okazywało się, że to tylko zabłąkany łachmaniarz albo prostytutka z klientem. Walcząc z rozgoryczeniem, przypomniał sobie wiersz. Napisał go tak dawno, że nie pamiętał tytułu, lecz słowa uparcie tkwiły w jego głowie. Przyjaciele, co katu głowę pod topór oddali, najkrwawszą ofiarą szafując na prawo i lewo, ci, którzy szarfę poddaństwa z szyi zerwali, a gdy łańcuch ich oplótł, spoglądali w niebo, nie spadną w otchłanie potępieńczych ogni, lecz zasiądą na tronach, jako bogom podobni! Jego głos przybrał na sile: Ci zaś, co słowo szlachetne butem podeptali, i posępnie powlekli się do kościelnej bramy, gdzie pyłem przydrożnym się przeżegnali, strwożeni wielce panowie i lękliwe damy. Ci rozpadną się prędko jak skruszona skała… – …bo żyli nie dla duszy, lecz dla marnego ciała – dokończył ktoś za jego plecami. Natychmiast rozpoznał ten głos. – Jesteś – powiedział, odwracając się. – Czekałem na ciebie. – Piękne słowa, poeto – rzekł garbus, uśmiechając się krzywo. – Taki świat zasługuje jedynie na śmierć. Etienne skinął głową, choć nie był do końca przekonany co do prawdziwości tego twierdzenia. W każdym razie za nic nie chciał, by garbus znów zniknął. Był pewien, że ten człowiek jest jego ostatnią deską ratunku. – Przemyślałem twoją propozycję. Jestem gotów ci pomóc.

23


– Nam, drogi Etienne, nam – poprawił go mężczyzna. – Przejdźmy może do konkretów, panie… – Arsene – przedstawił się z pokracznym ukłonem. – Po prostu Arsene. – Co zatem mam zrobić? Garbus pogrzebał pod płaszczem i wyciągnął z kieszonki mały flakonik. Trzymał go z tą szczególną ostrożnością, którą można zauważyć u księży dzierżących w dłoniach relikwię. – Co to takiego? – spytał Etienne, przyglądając się gęstej cieczy. – Chcesz znać szczegóły? – Garbus zdawał się uradowany swoim pytaniem. – Chyba nie muszę – stwierdził Etienne. – Ale co mam z tym zrobić? – W odpowiednim momencie opróżnisz ją. Bardzo ostrożnie odkorkował buteleczkę, z której wydobyła się delikatna mgiełka. Rozejrzał się po ulicy. W ich kierunku zmierzał wyraźnie utykający na prawą nogę człowiek. – To lek, Etienne – powiedział i dmuchnął delikatnie w szyjkę flakonika. Opary pofrunęły w stronę nozdrzy kulejącego. Mężczyzna upadł na bruk. – Widzisz? To lek. Przestał kuleć. Etienne mimowolnie uśmiechnął się na ten dowcip. – Zabiłeś go – powiedział spokojnie. – Mylisz się, chłopcze. Mówiłem, że to lekarstwo. Garbus zakorkował buteleczkę, zupełnie nie zwracając uwagi na tłum, który zbierał się wokół leżącego na ulicy człowieka. W końcu udało im się go ocucić. Podniósł się, rozejrzał w popłochu i pobiegł przed siebie. Najwyraźniej odzyskał władzę w nogach. – Musisz wiedzieć, że moje lekarstwo działa nie tylko na ciało, ale też na umysły – wyszczerzył zęby garbus. – Co mam z tym zrobić? – To proste – rzekł Arsene – będziesz moim apostołem. Udasz się do świątyń i tam rozgłosisz moje słowo. – Nie rozumiem? – Zmieszasz to z wodą święconą w każdym kościele.

24

– Dlaczego sam tego nie zrobisz? Garbus wcisnął flakonik w dłoń Etienne’a. – Chcesz wiedzieć, dlaczego? Zamknij na chwilę oczy. Etienne zawahał się, lecz nie chcąc drażnić Arsene’a, zrobił, co mu kazano. – Bo mnie nie ma – dosłyszał. Zdziwiony, podniósł powieki, ale garbusa już nie było. Zmieszany, wcisnął flakon do kieszeni i zerknął na zegarek, jedyną rzecz, której jeszcze nie sprzedał. Ludzie mówią, że poeci nie liczą czasu. Ale Etienne miał swoje dziwactwa. Lubił wiedzieć, która jest godzina. Nie spieszył się nigdzie, nie miał zobowiązań i nie musiał dostosowywać rytmu życia do ruchu wskazówek zegara. Za to był obserwatorem. Godziny i minuty nie były tylko liczbami. Symbolizowały szaloną rotację codzienności. W świecie Etienne’a nie było kupców, arystokratów czy literatów. Byli ludzie godziny czwartej, którzy z pierwszymi promieniami świtu wypływali łodziami, by zarzucić sieci w rzece, byli ludzie godziny dwunastej, którzy sennie przecierali oczy, gdy katedralny dzwon obwieścił południe i wielu innych. To dla nich mierzył czas. Zresztą, blaszany, odrapany czasomierz z pewnością nie był wiele wart u żadnego z lichwiarzy. Piąta. Senny, letni Paryż godziny piątej był miastem skąpanym w niewyraźnej, mglistej poświacie poranka. Okrutny świt malował się już na ścianach najwyższych kamienic, dogaszał tlące się światła latarni. Budynki dopiero nabierały kształtów, a na ulicach królowała cisza. Kłopotliwa cisza. Etienne nie znosił poranków. Wraz ze wschodzącym słońcem wracało wspomnienie wydarzeń ubiegłej nocy, któremu towarzyszył ból w skroniach i uczucie suchości w ustach. A dziś dodatkowo miał mętlik w głowie z powodu tego przeklętego garbusa. Przechodząc obok zamkniętej jeszcze piekarni, zauważył kilka ustawionych pod ścianą skrzynek. Chwycił jedną i usiadł. Trzeba zebrać myśli. Jego dłoń powędrowała do kieszeni, gdzie znajdował się przekazany mu przez Arsene’a flakon. Wyciągnął go i obrócił w palcach. Czyżby dziwna substancja rzeczywiście miała uzdrawiającą moc? Jeśli tak, to powinien

Aleksandra Brożek i Rafał Sala


czym prędzej udać się z nią do Gerarda. A jeśli to trucizna? Może numer z kulawym był tylko sztuczką nieznajomego? Jego dywagacje zostały przerwane przez głośne gruchanie. Dopiero teraz zauważył, że kilka metrów dalej na lewo stalowoszary gołąb drepcze wokół sporego skrawka bagietki. Zadowolone ptaszysko raz po raz stukało dziobem w twardą skórkę. Wtem obok pierwszego gołębia pojawiły się dwa inne. Natarły ze złością

Chimeryczność rzeczy martwych

na dumnego właściciela bułki, który, spłoszony, odskoczył pod sam mur. Następnie zwycięzcy zaczęli walczyć ze sobą. Grruuuu... gruuuuu... ghrrruuuuuuu... W powietrze uleciało kilka piór, po czym przegrany odfrunął na bezpieczną odległość. Etienne lubił patrzeć na ptaki. Były takie... ludzkie. – Symbole pokoju, też coś – mruknął. – No już, wynocha! – Kopnął czubkiem buta skubiącego bagietkę gołębia i podniósł ją z ziemi.

25


„Wygląda nieźle”, pomyślał i nadgryzł mały kęs. Zazwyczaj nie był głodny przed południem, ale nauczył się już, że trzeba korzystać z każdej nadarzającej się okazji. Nie wiadomo, czy potem zdobędzie coś do jedzenia. Przydałaby się jeszcze tylko butelka wina. Schował bułkę do kieszeni (lecz nie tej samej, w której znajdowała się zagadkowa substancja) i ruszył przed siebie. Kilka przecznic dalej spodziewał się znaleźć mały kościółek, którego nazwy nie pamiętał. Zlecenie garbusa wydawało się nazbyt absurdalne, by w ogóle zawracać sobie nim głowę, ale czy miał co innego do roboty? Mógłby pójść do Gerarda, ale na myśl o wychudzonej, trupiobladej twarzy przyjaciela i o wydobywającym się z jego piersi rzężeniu czuł ucisk w gardle. „Niech się dzieje, co chce! Ostatecznie to dziwne zadanie i tak jest naszą ostatnią deską ratunku”. Kiedy dotarł do schodów świątyni, miasto budziło się już do życia. Na ulicach pojawili się przechodnie, słychać było terkotanie wozów i okrzyki handlarzy. Ciężkim krokiem wspiął się na stopnie świątyni i wszedł do środka. W pachnącym kadzidłami wnętrzu było jeszcze chłodniej niż na ulicy. Na ołtarzu paliły się świece, ale w kościele nie było nikogo. Dłoń ponownie sama trafiła do kieszeni, a palce zacisnęły się na flakoniku. „Wystarczy jedna kropla”, głos garbusa zadźwięczał mu w głowie. Nie do końca wierząc w to, co robi, szybkim ruchem wpuścił po kropli do obu naczyń z wodą święconą. Nic się nie wydarzyło. Etienne pomyślał, że z pewnością padł ofiarą wariata albo żartownisia. Zaśmiał się cicho, przeklinając własną głupotę. Szerokie, drewniane ławy dawały możliwość odpoczynku, z której skwapliwie skorzystał. Wsunął do ust kawałek umęczonej bułki i położył się w ostatnim rzędzie. Zanim zacznie się msza, zdąży się troszkę zdrzemnąć. Przymknął powieki i starał się myśleć o czymś przyjemnym. – Co tu robisz, włóczęgo?! – stentorowy głos rozwiał marzenia o drzemce. Otworzywszy oczy, zobaczył nad sobą nalaną twarz sługusa kościelnego. – Chciałem... – Wynoś się! Ale to już! Va te promener! –

26

Uniesiona w powietrze pięść nie wróżyła niczego dobrego. – Uderzysz mnie? – wysyczał Etienne. – Przyznaj, że się brzydzisz. Nawet byś mnie nie dotknął, prawda? – Prowokacyjnie pochylił się w stronę tłuściocha. – Wwwwyjdź, bo jak nie, to... – Uniesiona pięść zadrżała, a z ust pieniacza wydobyła się strużka śliny. – A niech cię diabli!! Niech was wszyscy diabli! – Etienne kopnął ławkę i odwrócił się na pięcie. Po drodze rąbnął otwartą dłonią uchylone drzwi konfesjonału, a potem, nie oglądając się za siebie, ruszył do wyjścia. „Zasrani hipokryci, kłamcy, świętoszki...”. W drzwiach omal nie zderzył się z postawnym jegomościem w cylindrze. Nieznajomy posłał mu pogardliwe spojrzenie, po czym uniósł dumnie głowę, minął go i wszedł do kościoła. W stronę świątyni zmierzały teraz rozgadane grupki paryżan; kobiety nachylały ku sąsiadkom zdobione piórami kapelusze, a panowie w zielonych i brązowych surdutach żywo rozprawiali, gestykulując dłońmi. Już miał zejść ze schodów, kiedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Zepsuje im tę imprezę! Oszpeci świątynię swoją szarą fizjonomią i podartym, śmierdzącym ubraniem. Ściągnął z głowy przepocony kapelusz i rozsiadł się na schodach, kładąc go obok siebie. A co! Może nawet ktoś wrzuci kilka monet, będzie z czym pójść do knajpy starego Claudeta. Już za chwilę minęły go szeleszczące suknie i stukające obcasy. Nie patrzył na twarze, ale wyobrażał sobie, z jaką pogardą bogaci mieszczanie zerkają na podejrzanego obdartusa. A może nie patrzyli w ogóle? W końcu żebracy nie byli dla nikogo nowością. – Cosette! – zawołał młody, kobiecy głos. – Cosette, zostaw. Nie chodź tam! Etienne odwrócił głowę i zobaczył, że w jego stronę podeszła mała, mniej więcej pięcio-, sześcioletnia dziewczynka. Jej matka właśnie zbliżała się do schodów. – Już – mruknęła mała, ale nadal wpatrywała się z zainteresowaniem w siedzącego na schodach oberwańca. Zrobiła nawet mały krok w jego stronę. W końcu matka dogoniła ją.

Aleksandra Brożek i Rafał Sala


– Mówiłam, żebyś się nie oddalała. Chodź! – Pociągnęła dziewczynkę za rękę. Ciekawskie oczy patrzyły za nim jeszcze chwilę, dopóki obie, matka i córka, nie zniknęły we wnętrzu kościoła. Do środka weszło jeszcze kilka osób, po czym rozległ się monotonny śpiew. Etienne nasunął na głowę, pusty niestety, kapelusz i wstał. Nie wiedział już, czy bardziej drażni go fałszywie zaintonowana pieśń, czy gruchanie gołębi, które gromadnie obsiadły plac przed schodami. – Boże! Pomóżcie. Ludzie, pomocy!! – przenikliwy krzyk zatrzymał go na ostatnim stopniu. Chyba nie...? Nie, to bzdura. Pewnie ktoś zemdlał. – Cosette! Cosette! Obudź się! – Miał wrażenie, że dźwięki docierają do niego z bardzo daleka. Jak we śnie, wbiegł na schody i zajrzał do środka. V Tym razem Etienne’owi było obojętne, czy gruba recepcjonistka go usłyszy. Nie spojrzał nawet w jej kierunku. Obiecana przez Arsene’a nagroda zdawała się być w tej chwili ledwie mrzonką, ale nie to było najgorsze. Dziś stał się zbrodniarzem. Nie żeby przeraził go widok kilku trupów. Otruci mieszczanie i tak byli dla niego nikim. Bał się za to, że przeklnie go ten, na którym zależało mu najbardziej. Wspinając się na schody, zastanawiał się, czy powinien opowiedzieć o swojej klęsce Gerardowi. Obtarł zroszoną potem twarz. Jak on to przyjmie? Znalazłszy się pod samymi drzwiami, usłyszał gwizdanie. Ze środka dobiegała radosna pijacka melodia. Etienne z wahaniem uchylił drzwi i przez powstałą szparę zajrzał do środka. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Przy oknie stał Gerard. Nie podpierał się na lasce ani nie rzęził. Wyprostowany, trzymając się pod boki, gwizdał, przytupując wesoło do rytmu. Etienne raz po raz zamykał i otwierał oczy, ale przy każdej próbie okazywało się, że to, co widzi, jest prawdą. – Gerard… Ten odwrócił się w zgrabnym, jakby od dawna ćwiczonym piruecie i uśmiechnął się. Kolory, które tak dawno temu zniknęły z twarzy

Chimeryczność rzeczy martwych

Gerarda za sprawą choroby, wróciły. Wąskie usta nie były już sine. A to, co Etienne dostrzegł w błyszczących oczach przyjaciela, sprawiło, że gruźlica stała się tylko złym snem. – Wiesz, co sobie kiedyś postanowiłem? – zapytał nonszalancko Gerard, jak gdyby powrót do zdrowia był czymś normalnym. – Nie? – Że jeśli będę miał w sobie tyle siły, by wspiąć się na parapet, to z niego zeskoczę. Chciałem choć przez chwilę poczuć się… – Wolny? – spytał Etienne. – Już nie musisz tego robić. Jesteś wolny Gerardzie, jesteś. – Etienne. Nie rozumiesz mnie. – Gerard podszedł do towarzysza. Objął go i zatopił palce w jego włosach. – Wyskoczyłem – szepnął mu do ucha. – Wyskoczyłem i żyję. Spojrzeli sobie w oczy i choć Etienne najpierw wziął słowa przyjaciela za metaforę, to po chwili dotarło do niego ich znaczenie. – Nie wiem, jak to się stało. – Gerard mówił przez łzy. – Może… Etienne położył palec na jego wargach. – Wszystko wyjaśnię – rzekł całując go w szyję. – Ale nie teraz. – Językiem otarł o włosy kochanka, przygryzł delikatnie płatek uszny. Wsunął dłoń pod materiał spodni i pocierał rozpalone podbrzusze. – Mamy dużo czasu, Gerardzie – powiedział. – Nawet nie wiesz, jak dużo. VI Ich gładka, ciemnoszara kłódka kontrastowała z grawerowanymi i zdobionymi kłódeczkami zawieszonymi tu przez współczesną młodzież. Mimo wszystko nie była pordzewiała. A oni? – Croissants! Croissants! – donośny głos sprzedawcy rogali wyrwał Etienne’a z zamyślenia. Popołudniami Pont des Arts, na którym zakochani zawieszali kłódki z inicjałami, tętnił życiem. – Mamy jeszcze pięć euro. Chyba możemy kupić po jednym? – Pytanie Gerarda odebrało mu apetyt. Owszem, byli nieśmiertelni, ale od prawie dwóch wieków żyli jak żebracy. Nie

27


wykonał zadania do końca, więc zasłużyli tylko na część nagrody. – Nie jestem głodny – odparł ponuro. Jego wzrok powędrował ku lewemu brzegowi Sekwany, gdzie rozciągał się budynek Luwru. – Wiem, obiecałem ci, że tam pójdziemy – odezwał się Gerard – i zrobimy to. Mamy dużo czasu, prawda? – Tak, Gerard. Całą zafajdaną wieczność! A ja mam dosyć! Dosyć! Gdybyśmy chociaż mogli stąd wyjechać… – Daj spokój. Będzie dobrze. Pamiętasz, co mi powiedziałeś? Że bieda nie ma znaczenia, dopóki jesteśmy razem. – Coś w tonie Gerarda sugerowało, że nie jest do końca szczery. Etienne z trudem zdusił jęk. Miał mu powiedzieć, że go nienawidzi? Gdyby nie on, nie pisałby się na ten piekielny pakt. Nie zgodziłby się zrobić czegoś tak głupiego, gdyby nie miał na uwadze troski o najbliższą osobę. – Chcę być sam – burknął. – W porządku – odparł Gerard i oddalił się. Etienne rozejrzał się dokoła. Z otaczających go ludzi emanowały entuzjazm i radość życia. Roześmiane twarze, nadzieja, butnie przechylane butelki z winem. Z goryczą przyznał przed samym sobą, że chciałby być taki, jak oni. A może powinien poszukać sobie młodego… – Zobacz, co znalazłem! – Gerard z uśmiechem ściskał banknot o wartości pięćdziesięciu euro.– Pójdziemy do Luwru, tak jak zawsze chciałeś. Zobaczymy obrazy, jakie namalowano przez te wszystkie lata. Etienne ożywił się. – Nie zwlekajmy. Chodźmy tam! Mimo biedy przyjaciele wyglądali w miarę przyzwoicie. Lepsze czy gorsze ubrania można było znaleźć przy śmietnikach, z myciem też nie było większego problemu, a u progu XXI wieku cudaczne fryzury czy zarost nie przyciągały niczyjej uwagi. Zwiedzanie zajęło im cały dzień. Kiedy wychodzili z pawilonu Richelieu, mieszczącego rzeźby rodzimych artystów, znużone słońce wisiało już nisko nad miastem. – Chodźmy jeszcze na cmentarz! Dawno tam nie byliśmy. – Etienne mimo wszystko czuł pewien niedosyt.

28

– Pere-Lachaise? To prawie godzina drogi. – To nic! Chodźmy, Gerard, chodźmy. Przecież nie umrzemy z przemęczenia! – Sarkastyczny śmiech Etienne’a przypieczętował decyzję. VII Układające się do snu miasto oszukało ich pryzmatycznymi kształtami. To był jeden z tych wieczorów, kiedy mimo podarowanej im niezniszczalności, musieli stawić czoło niepewności i lękowi. Realność znów zastawiła na nich widmowe pułapki, by brutalnie przypomnieć, że należą do banitów normalnego świata. Miasto pokurczyło się jak pognieciona mapa, zapędzając ich do labiryntu bolesnych wspomnień. Radość, która towarzyszyła im za dnia, ulotniła się, a pozostały tylko przygnębienie i smutek. Niezrozumiały letarg trwał, dopóki nie stanęli przy żeliwnej bramie zapuszczonego cmentarza. Nie, to nie był uporządkowany i czysty Pere-Lachaise. Przekrzywione krzyże, przeżarte pleśnią nagrobki i oplecione pędami krzewów tablice odstraszały potencjalnych turystów. – Zostanę tu – odezwał się z rezerwą Gerard. – Ale rozejrzyj się, jeśli chcesz – dodał, siadając na murku. – Dobrze – mruknął Etienne i udał się w głąb cmentarza. Im bardziej oddalał się od bramy, tym węższa robiła się prowadząca pomiędzy grobami ścieżka. Z pewnością nikt nie zaglądał tu od lat. Na nagrobkach spoczywała gruba warstwa liści, wiele tablic było popękanych, a figury świętych pokrywał brud. Jedna rzeźba szczególnie przyciągnęła uwagę Etienne’a. Za grubym pniem przygarbiła się niewielka, marmurowa postać. Zamarł na chwilę. Deja vu? Gdzieś już widział podobną figurę. Podszedł bliżej i szybkimi ruchami począł ścierać zaschnięte błoto. Pod grubą warstwą brudu odnalazł doskonale znane rysy. Arsene! Dotykając chropowatej, kamiennej twarzy, doświadczał czegoś niezwykłego. Zerknął w pozbawione źrenic oczy i znów poczuł się tak, jak przed laty, kiedy to spotkał Arsene’a po raz

Aleksandra Brożek i Rafał Sala


pierwszy. Miał świadomość, że garbus nigdy nie powiedział, kim jest. Tymczasem teraz stał tu zaklęty w kamień, nieruchomy, a jednak pełen uroku i wyczekiwania. Nieopodal rozgruchał się gołąb. Mężczyzna spojrzał w kierunku, z którego dobiegał dźwięk. I znów naszły go wspomnienia. Gołębie walczące o kawałek bagietki. Takie ludzkie, parszywe. Szczęśliwe tylko wtedy, gdy pokonają pobratymców, gdy zostaną same. – Same – mruknął do siebie Etienne i rozejrzał się dokoła. Gerard najwyraźniej rzeczywiście pozostał przy bramie. Ostatnimi laty obaj czuli coraz silniejszą potrzebę samotności. Etienne dotknął sztywnej ręki garbusa. Zimny kamień przez chwilę wydał się mu odrobinę cieplejszy. Z trudem powstrzymał okrzyk, gdy wyrzeźbione ramię poruszyło się. Ożywiona rzeźba poprowadziła jego dłoń do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Pod palcami poczuł doskonale znany mu przedmiot. Z niedowierzaniem wyszarpnął go ze schowka. Pamiętnik Gerarda! Oprawionej w skórę książeczki z kluczykiem nie sposób było z niczym pomylić. Przyjaciel nigdy nie pozwolił mu do niej zajrzeć. A dziś Etienne wyciągnął ją z posągu. Kluczyka nie było. Spróbował otworzyć pamiętnik i bez zdziwienia spostrzegł, iż ten jest otwarty. Niestety na żadnej ze stron nie znalazł zapisków kochanka. – Karty są puste – rozległ się głos, który dobiegał od strony przerażającego pomnika. Etienne podniósł głowę i zauważył, że dotąd zaciśnięte, kamienne usta, są teraz półotwarte. – To on mnie wyrzeźbił. Jestem jego dziełem – powiedziała rzeźba. – Ttty? Znowu chcesz mnie oszukać! Gerard nigdy nie rzeźbił. – Tak, wypalił się. Po tym, jak stworzył mnie. Swoje alter ego. Słyszałeś mit o Pigmalionie? – Bzdura! Ty… ty żyjesz! Poza tym w niczym go nie przypominasz. – Etienne gorączkowo rozejrzał się dokoła. Nagle zaczął obawiać się, że Gerard przyłapie go na rozmowie z tym demonem. Przez te wszystkie lata nie wyjawił mu całej prawdy. – Jesteś tego pewien? – przemówił Arsene, tym razem podnosząc marmurowe po-

Chimeryczność rzeczy martwych

wieki. Etienne już miał mu przytaknąć, kiedy w brązowych tęczówkach ożywionego posągu spostrzegł coś niepokojącego. Znajomy błysk. – Otwórz go jeszcze raz – dodał garbus, wskazując na pamiętnik. Etienne posłuchał go. Okazało się, że pierwsza strona zapisana jest drobnym, pochyłym, tak dobrze znanym mu pismem. Dwustrofowy wiersz. – Gerard nie pisał wierszy? – zauważył niepewnie, wpatrując się w Arsene’a. – Tak mało o nim wiesz, prawda? Nie, jego zapisków nie można nazwać wierszami. To tylko taki... zapis myśli. Przeczytasz? – tym razem w głosie Arsene’a, poza szyderstwem, można było dosłyszeć też smutek. Etienne przeniósł wzrok na papier i cicho przeczytał: Ożywiony woła: jesteś mój! Jak gdyby nie wiedział, że mogę należeć tylko do siebie. Zostawiam pośród drzew tego, który chronił mnie przed złem tego świata: przed krzykiem, biciem i gwałtem. Przed matką i ojcem. Odgraża się. Mój runiczny twór, mój wskrzeszony posąg twierdzi, że zostawiłem w nim część własnej duszy. Rzekomo kiedyś odnajdzie mnie i uratuje po raz drugi. On, który łączy świat karczmarzy i poetów chamów i mizantropów potworów i fircyków wróci po mnie. – Wyrosłem z jego nienawiści do świata, z wściekłości na wiecznie pijaną matkę, ojca sadystę, siostrę kurwę i tych pijaków mianujących się dziećmi cyganerii, którzy zgwałcili go w śmierdzącym zaułku. Poświęcił mi wiele lat. A potem poznał ciebie. A mnie… wyrzucił. – A ty uratowałeś mu życie? Nonsens.

29


– Nie mogę istnieć bez niego, tak jak on bez ciebie. – To znaczy, że Gerard przez cały czas wiedział o tym, co się stało?! – Nie, młodzieńcze. Nasze istnienia są od siebie zależne, ale już od dawna posiadam własną wolę. Wolną wolę. – Nie rozumiem. Jeśli jesteś zwykłym kamieniem, jak to możliwe, że podarowałeś nam wieczne życie? – Żaden kamień nie jest zwyczajny, Etienne. Pozwól, że wyjaśnię ci to od początku. W naturze nie ma podziału na żywe i martwe. To ludzie nie potrafią dostrzec przejawów życia w tym, co nieruchome. Drzewa, skały, nawet woda – mają swoją duszę. Dzięki Gerardowi stałem się łącznikiem pomiędzy światem tak zwanej martwej przyrody, a ludźmi. Mogłem przekazać wam część mocy, jaką dysponuje natura. Ale we wszechświecie musi panować równowaga. Życie za życie. – A gdybym wówczas wypełnił zadanie do końca? Otruł całe rzesze mieszczan? Arsene zarechotał, równocześnie prostując się. Gdzieś przepadł garb i kamienna powłoka. Sylwetka wyszczuplała, wydłużyła się. Twarz stała się o wiele mniej odpychająca. – Posłałbyś ich tam, gdzie byłoby im o wiele lepiej. Przyznaj ‒ czy jesteś szczęśliwy tu na ziemi? Nie czekając na odpowiedź, Arsene odwrócił się i odszedł w głąb cmentarza. Trzepot skrzydeł sprawił, że Etienne wzdrygnął się z przestrachem. Szybkim ruchem ukrył pamiętnik pod koszulą. Gołąb minął jego głowę o zaledwie kilka centymetrów i przysiadł na sąsiednim nagrobku. Gerard, który pojawił się jak z podziemi, rzucił się do przodu i schwycił ptaka, po czym bez wahania ukręcił niewielki łebek. Etienne patrzył na to bez emocji, podobnie jak wtedy w kościele, gdy leżała przed nim martwa dziewczynka. – Możemy iść – rzekł Gerard, uśmiechając się. Etienne odwzajemnił uśmiech i spojrzał na ptasiego trupka, którego Gerard rzucił na

30

ziemię. „Gołębie jednak wiedzą lepiej”, pomyślał z narastającym przygnębieniem. Nigdy nie uwolni się od nich dwóch. Nieśmiertelność to nie byle jaki kawałek bagietki.

Rafał Sala Urodzony w Małopolsce i tam mieszkający. Lubi ciszę i spokój, a dom na wsi (Juszczyn – tak się zwie) mu je gwarantuje. Poza tym oddaje się grze na gitarze i pseudośpiewaniu. Od około roku pisze – głównie fantastykę – ale coraz bardziej otwiera się na tak zwany „mainstream”. Uważa, że pisanie w duecie to świetny sposób doskonalenia warsztatu, ale też szkoła cierpliwości (śmieje się). Nie obawia się końca świata (uśmiech nieznacznie gaśnie) i nie wierzy w przesądy. No może poza jednym. Urodzeni w niedziele są leniwi.

Aleksandra Brożek Rocznik 1979. Mieszka w Gdańsku, ale kocha Skandynawię (na zdjęciu troll z tamtych okolic). Tłumaczka języka angielskiego, mama pięcioletniej Julii. Pomiędzy pracą a opieką nad dzieckiem znajduje czas na pisanie. A że ten czas przypada akurat na noc, często chodzi niewyspana. Lubi tworzyć przy muzyce i nosić glany. Swojemu duetowemu partnerowi usiłuje wyjaśnić zasady wstawiania przecinków. Bezskutecznie. Gdy obierze sobie cel, uparcie do niego dąży. Jej nałogiem jest kawa i czytanie, niekoniecznie w tej kolejności.

Aleksandra Brożek i Rafał Sala


h c y w o l e C ń a w i k u z s o P u ł o p s e Z i c Policjan w ó c r e d r o m h c y tn y w h c u e i n e i p o r t na

www.zysk.com.pl

ŁOWCY GŁÓW ROBERT ZIÓŁKOWSKI

Ziółkowski w olśniewającym debiucie godnym wprawnego pióra doświadczonego pisarza powieści sensacyjnych prowadzi nas po zakamarkach ludzkich dusz i kuluarach policyjnej pracy. Polskim kryminałom bardzo często zarzuca się powierzchowność w kreowaniu realiów pracy policyjnej. Łowcy głów temu zaprzeczają i po raz kolejny potwierdza się znana prawda, że najbardziej nieprawdopodobnie historie dzieją się w prawdziwym życiu, tuż obok nas.


Marcin Bekiesz

Jest ósmy maja, wieczór ilustracja: Tomasz Bełzowski O mój Boże. Mój dobry Boże, który zawsze byłeś mi oparciem w godzinie strachu i zwątpienia, światłem w ciemnej dolinie, schronieniem na czas burz. Radością i tarczą moją. Dlaczego odszedłeś? Dlaczego, za jakie winy zesłałeś nas za życia tu, do piekła na ziemi, i zostawiłeś na pożarcie wrogom naszym? Czym Cię obraziliśmy? Czy tym, że sami to piekło zbudowaliśmy? Dlaczego odszedłeś? Zwątpiłem w Ciebie. Zwątpiłem, bo nie mogłem pojąć sensu tej próby, jakiej nas poddałeś. Nie chciałem na to przystać. Po raz pierwszy w życiu powiedziałem Ci: „nie”. Ale czy mnie słyszałeś? Normandia, 6 czerwca 1944, plaża Omaha Nie mogę uspokoić oddechu. Jesteśmy jeszcze daleko od brzegu, ale już czuję strach wgryzający się w moje ciało, jego tępe zęby zaciskające się na moich wnętrznościach. Zacina mżawka, łajbą kolebie nieprzyjemnie. Ktoś wymiotuje, ktoś szepcze modlitwę. Większość milczy, starając się nie patrzeć sobie w oczy. Tylko huk fal i monotonny warkot silnika… Podnoszę wzrok, patrzę na stalowoszare niebo. Czemu nie widzę żadnych mew? Powinny chyba tu być? Nie czuliśmy się wtedy jak bohaterowie. Nie byliśmy nimi. Byliśmy normalnymi chłopakami, którzy zamiast podrywać dziewczyny czy myśleć o skończeniu studiów, srali w gacie ze strachu na samą myśl o tym, co się stanie, gdy za moment dobijemy do brzegu. Nie byliśmy kuloodporni ani szybcy jak błyskawice. Byliśmy cholernie zwyczajni. I właśnie o tym myślałem, gdy

32

zbliżaliśmy się do tej francuskiej plaży. Ktoś kiedyś powiedział, że nic tak nie uspokaja jak szum morza. Chciałbym, żeby był tam wtedy z nami. Biegnij. Gdy huk fal powraca, wyrywając cię z zamyślenia – a raczej przepojonej strachem apatii, a wraz z nim łoskot piorunów ciskanych przez rozwścieczonych bogów, nieustający warkot dobywający się z gardeł żądnych krwi brytanów, które spuścili ze smyczy – wtedy w głowie, jak latarnia pośród mroku, płonie tylko jedna myśl. Biegnij. Biegnij, by żyć. To nie pioruny lecą z niebios na ziemię, to pociski. To nie opętane psy o wielu pyskach warczą i szczekają – to działa i karabiny. To nie makabryczne kraby zagrzebały się w żółtym piasku plaży. To miny. A krzyki, które słyszysz ze wszystkich stron, nie wzywają do bohaterskiej walki z bogami o ich tajemnice. Wzywają pomocy. Czasem matki. Nie usłyszysz w nich odwagi ani radości ze śmierci z bronią w ręku. Usłyszysz strach, grozę, przerażenie. Usłyszysz, jak wraz ze śpiewnym wizgiem ołowianych, morderczych pszczół porywających rozum do śmiertelnego tańca, coś pęka ludziom w ich umysłach. Coś się kończy. Coś się poddaje. Bliżej już nie podpłyniemy. Klapa barki opada niczym most do Tartaru. Biegnij… Na powitanie ktoś chlusnął mi szampanem w twarz. Szampan jest gęsty, ciepły i czerwony. Facet stojący przede mną, w pierwszym

Marcin Bekiesz


rzędzie, rzuca mi się w ramiona. Nie daję rady go utrzymać i obaj lecimy do tyłu. Ląduje na mnie, odwraca twarz i widzę potok krwawych łez płynący z lewego oka. Jakby płakał z radości, że trafił w tak wspaniałe miejsce. Z brzuchów kolejnych barek dobijających do brzegu wysypują się niezliczone szeregi szarozielonych mrówek. Ich celem są bure ciastka bunkrów, upuszczone wśród wydm przez niemieckich budowniczych, którzy niedawno urządzili sobie piknik. Piknik na plaży! Fajerwerki! Tygodnie treningu, ćwiczeń, przygotowań, oswajania się z hukiem dział, z ciasnotą na barce, ze zgiełkiem walki. Plany, makiety, szczegółowo przydzielane zadania. Orientacja w terenie, czytanie map, zaznajamianie się z ekwipunkiem. Harmonogramy, zdjęcia lotnicze, wyszukiwanie najsłabszych punktów w obronie przeciwnika. Nawet sobie nie wyobrażacie, ile czasu poświęcono na to wszystko. Żeby wszystko poszło sprawnie, szybko, żeby było zapięte na ostatni guzik… To wszystko wzięło w łeb, zanim jeszcze na dobre wylądowaliśmy. Burdel, chaos, rozpierducha. Równie dobrze mogli nas wziąć wprost z ulicy i wysłać w to piekło z drewnianymi kijkami, efekt byłby z grubsza taki sam. Nikt nie wiedział, gdzie się znajduje, gdzie jest jego oddział ani co ma robić, gdy wszystkie plany poszły się już pieprzyć. Mogliśmy tylko szukać schronienia i próbować dożyć do momentu, gdy coś lub ktoś będzie w stanie zmienić sytuację, powstrzymać żądne krwi demony krążące w powietrzu. Nie wiem tylko, czy kiedykolwiek próbowaliście grać w chowanego na plaży?

z oczu. Dopóki twoje płuca nie zaczną krzyczeć z tęsknoty za powietrzem, okryj się płaszczem fal dającym złudne poczucie bezpieczeństwa. Jak w dzieciństwie, gdy zamykając oczy, myślałeś, że stajesz się niewidzialny. Skacz! Więc skaczę. Zrzucam z siebie ciało przyjaciela, podnoszę się i skaczę. Obok mnie ktoś osuwa się w dół z krótkim jękiem; nie widzę kto to, jestem już po drugiej stronie. Chowam się w wodzie jak żaba. Tak, mam nawet w miarę odpowiedni kolor; mała żabka chowająca się w wodzie przed paskudnymi ropuchami, które rozsiadły się na brzegu i wypluwają piekielny rechot z tysiąca czarnych luf. Przez chwilę, która mogłaby trwać wieczność, słyszę tylko szum wody, jednak nie mogę tu zostać. Podnoszę się więc i ponownie uderza mnie piekło – huk, wrzaski, smród. Smród strachu i śmierci. Powietrze tną posłańcy nienawiści, niosący krótkie wiadomości swoich panów w tej ognistej wymianie zdań. Biegnij. Biegnę więc, biegnę z innymi; szukamy osłony za metalowymi blokadami, na których

Skacz. Skacz za burtę, niech zimna woda zamknie cię w swoich objęciach, niech ukryje cię przed wzrokiem morderców, niech otuli ciszą niczym łono matki. Niech na ten krótki moment odgrodzi cię od śmierci, bólu, od strachu i rozpaczy. Od krwi i nieuniknionego końca. Od wrogów i przyjaciół. Skacz, bo jeśli nie skoczysz, ołowiani drapieżcy rozedrą twoje ciało na strzępy. Ukryj się pod falującym sklepieniem, na chwilę zejdź im

Jest ósmy maja, wieczór

33


ołowiane demony wojny wygrywają piekielne staccato za ciałami poległych, w lejach po wybuchach. Ale to nie jest tak jak w tym dowcipie, gdzie słoń schował się za mrówką. Nikt się nie śmieje. Pamiętam. Nie potrafię wyrzucić tych upiorów z pamięci. Są niczym słowa okrutnej zemsty, które jakiś barbarzyński bóg wytrawił na metalowej płycie mojego umysłu. W dzień, ukryte przed światłem słońca, szepczą tylko, chowając się za drzwiami świadomości. Wracają w nocy, dręczą mnie, trzymają tuż pod powierzchnią snu – tak bym płonął, ale nie mógł się obudzić. Co noc przechodzę nad piekłem po cienkiej linie zawieszonej w otchłani szaleństwa. Co noc poddaję się twojej próbie Boże, ale wiem, że werdykt zapadł już dawno. I ogłoszony zostanie już niedługo, w największym, niewybaczalnym bluźnierstwie przeciw Tobie. Wciąż się zastanawiam, czy to zaczęło się właśnie wtedy. Czy to był początek końca? Końca naszego człowieczeństwa? Gdy czołgając się w mokrym piachu, wśród stygnących ciał, parliśmy wciąż naprzód, by pierwsi zabić ich zanim oni zabiją nas? Czy to wtedy, gdy zaprosiliśmy ciemność do naszych umysłów, gdy zmieniliśmy się w bezlitosnych oprawców, którzy krew i przemoc próbowali zmyć jeszcze większą ilością krwi i przemocy? Którzy pili, by zapomnieć, że piją… Nie, to wszystko było przecież takie ludzkie. Czyż nie tego uczy nas historia? Śmierć, trupia kochanka, delikatnie pieści nasze twarze zimnym wiatrem. Stoimy na szczycie niemieckich umocnień, wśród setek ciał, wśród dymu, niczym mityczni bohaterowie. Znów da się słyszeć szum morza, w ciszy, jaka zapada po bitwie, zdaje ci się nawet, że słyszysz bicie własnego serca – ale to nie serce; to demony szaleństwa walą w bramy twojego rozsądku. Już tu są. Niedługo urządzą sobie ucztę z twojej przerażonej duszy, ale jeszcze nie teraz. Niech dojrzewa, w strachu i bólu nabierając smaku. Jakie to uczucie zabijać ludzi? Z przerażeniem stwierdzam, że żadne. Jak rozgnieść karalucha. Ale wiem – to tylko kwestia czasu.

34

Gdy opadnie adrenalina, demony rzygną mi do krwi trucizną. Patrzę na barki, które niczym ryby wyrzucone przez fale na brzeg osiadły na ciemnożółtym piasku. Na zdobiące go plamy czerwieni i nieruchome, szarozielone kształty. Patrzę na żywych, zbierających umarłych. Kogo jest tu więcej? Śmierć, trupia kochanka, pieści nasze twarze zimnym wiatrem. Czuję ją w powietrzu, w ziemi, we krwi. Jest wszędzie. Niemal słyszę, jak szepce nam do uszu swoją pieśń. Czeka na nas, wie, że wkrótce wszyscy do niej dołączymy. Dni mijały szybko, zlewały się ze sobą jak krople wosku kapiącego z płonących świec naszej pamięci. Dni wypełnione grą z Czarną Panną o to, kto z nas nie doczeka jutra, dni wypełnione żarciem z konserw, błotem, krwią, pogonią za wrogiem lub ucieczką przed nim. Zlewały się w tygodnie, w miesiące, odmierzane jedynie zbyt częstym widokiem starych przyjaciół niepodnoszących się już z ziemi i zbyt rzadkim pojawieniem się nowych twarzy w ich miejsce. A ona wciąż szła za nami, niemal codziennie zabierając kogoś ze sobą. Krążyła wokół nas, nie pozwalała zasnąć, nie dawała choć na chwilę uciec myślom gdzie indziej. Ciągle jeszcze trzymała brytany szaleństwa na smyczy; nocą zdawało mi się, że słyszę ich warkot. Nieraz budziłem się z krzykiem z udającego sen letargu, przekonany, że jeden z nich właśnie przebiegł obok mnie, że poczułem na twarzy gorący, tchnący zgnilizną oddech. Pozwalała im wdychać nasz strach, który zaostrzał im apetyt. Ale koniec wciąż nie nadchodził. Tłumaczę sobie, że na wojnie to normalne. Że to jedyny sposób, by nie oszaleć, by nie zacząć krzyczeć i walić głową w mur tak długo, aż ochrypnę i krew zaleje mi całą twarz. Nieludzki, ale jedyny skuteczny. Znieczulić się. Nie myśleć, nie pozwolić, by to, co widzę, przedarło się do wnętrza umysłu. Patrzeć, ale nie widzieć. Powtarzam to jak mantrę, ale mimo to czasami czuję, jak coś we mnie wzbiera, jak rzuca się z wściekłością na ściany klatki, w której jest zamknięte. Od nienawiści metalowe pręty rdzewieją, pojawiają się pierwsze pęknięcia. Już niedługo.

Marcin Bekiesz


Mogła mieć szesnaście, może osiemnaście lat. Patrzę w niebieskie oczy, szeroko otwarte ze strachu i niewidzące już szarego nieba nad nimi. Na zaschniętą, stężałą czerwień, makabryczną krwawą różę, która wykwita spomiędzy jej żeber. Na zeszyt do nut, moknący w kałuży, dzielący się z nią muzyką zapisaną na jego pięcioliniach. Spoglądam w te oczy nawet teraz, kiedy dawno już mnie tam nie ma. Widzę je w snach, pełne życia i radości, cudem niezauważające wnętrzności wylewających się z rozdartego brzucha. Widzę też innych. Widzę ich cały czas, niekiedy nawet za dnia. Zaczęli do mnie przychodzić od kiedy wróciłem. Od kiedy zaczął się koniec. Za siedmioma morzami, za siedmioma górami leżała szczęśliwa kraina, gdzie ludzie żyli ze sobą w zgodzie, bez wiary w bogów i ideologie, bez płonących stosów i kości bielejących wśród bezkresnych pól. Nieba nie zasnuwał czarny dym, powietrza nie psuł odór rozkładających się zwłok. Krainą rządził mądry król, a dostać się tam można było jedynie po łuku tęczy. Widziałem morza krwi. Widziałem góry ciał. A jednak nie ujrzałem utkanego z promieni słońca łuku, wiodącego do nierealnego snu. Dotarłem w zupełnie inne miejsce. Jest ósmy maja, wieczór. Od wczoraj prawie cały świat pijany jest z radości, gdy ogłoszono, że nazistowska bestia wydała swe ostatnie tchnienie. Ludzie tańczą na ulicach. Ale nie ja. Wróciłem do domu na początku marca. Wróciłem, ale już nie byłem mną. Byłem pustą skorupą, mnie już tam nie było. To mógł być początek nowego życia w nowym świecie… Ale był to początek końca. Siedzę w ciemnej piwnicy, w ręku ściskam sznur. Przez małe okienko pod sufitem dobiegają mnie stłumione kanonady sztucznych ogni, ale nie budzą we mnie żadnej radości. Odkąd wróciłem, mój umysł jest jak twierdza bez obrońców. Pozbawiony adrenaliny, niezajęty ciągłym wyścigiem ze śmiercią; już nie musi wypatrywać wroga ani nasłuchiwać, czy nie

Jest ósmy maja, wieczór

skrada się za plecami. Nie musi ciągle czuwać. Świadomość, pozbawiona resztek tego, co trzymało ją przy normalności, uległa demonom. Widzę obrazy. Zabijam na nich ludzi tylko dlatego, że ktoś kazał im zabić mnie. Zabawne, to byli tacy sami ludzie jak ja. Czy potrafiliby mi wybaczyć? Słyszę głosy. Krzyczą z bólu, przerażenia, żalu za życiem uchodzącym z każdym oddechem. Widzę krew, która jest jak olej do trybów torturującej nas machiny pamięci. Widzę, jak rozpada się klatka, ta klatka wewnątrz mnie, w której dojrzewał mój koszmar. I moje własne ręce, zaciskające na sznurze pętlę. Boże, czy świat nie radowałby się dzisiaj, gdybyś mnie oszczędził od przeprawy przez sam środek piekła? Słyszę obłąkańczy skowyt demonów, które przyszły za mną stamtąd. Mój strach był dla nich jak posoka dla myśliwskich ogarów. Dopadły swoją zwierzynę. Boże, dlaczego w takim razie nie pobłogosławiłeś mnie łaską zapomnienia w śmierci? Dlaczego nie odpowiadasz? Są coraz bliżej. Śmierć, trupia kochanka, szepce mi do ucha swoją tęskną pieśń. Czeka już tylko na mnie. Przygarnie mnie, odegna upiory. Jej chłód ukoi wszelki ból. Pętla jest gotowa. Zawieszam sznur.

Marcin Bekiesz Rocznik 1983, opolanin z urodzenia, mieszka w Krapkowicach. Ukończył anglistykę i po dziś dzień zastanawia się, po co mu to było. Uwielbia pizzę, czekoladę, ciemne piwo i serię Command & Conquer. Już od przedszkola chciał robić dwie rzeczy: pisać opowiadania i grać na gitarze w rockowej kapeli. Owoc pierwszej pasji właśnie przed wami, twórczość muzyczna do posłuchania na myspace.com/anahatapolaand.

35


Łukasz Henel

O tym, jak parobek Korporacjusz dętkę do roweru atomowego kupował ilustracja: Tomasz Bełzowski W opowiadaniu historii dobry nie jestem, więc od razu napiszę, że był sobie raz, dawno temu, parobek Korporacjusz. Razu jednego, zanim jeszcze ranne wstały zorze, koło godziny czwartej zerwał się z łóżka, krótki pacierz zmówił i do roboty się szykować zaczął. Gdy jednak z domu wyszedł, do pracy w te pędy jechać, spostrzegł Korporacjusz z przestrachem, że mu w rowerze zasilanym atomowo dętka poszła. Nasamprzód klejem usterkę usunąć próbował, ale ręce sobie jeno skleił, bo majster z niego żaden był. A że klej mocny, najnowszej generacji, dwie godziny pod ciepłą wodą ręce trzymać musiał, żeby się rozkleiły. A że słońce już zza horyzontu wychynęło, zadrżał Korporacjusz przerażony, że się do pracy spóźni. Nic na to jednak poradzić nie mógł, bo do fabryki daleko miał, a na teleportację go stać nie było. Trudno, tylko ten jeden raz – pomyślał Korporacjusz – spóźnię się do pracy, przynajmniej zobaczę, jak to jest. W tym momencie aż światło przygasło, widać czujniki myśli takiego obciążenia anarchią znieść nie mogły, a obrazy święte, również w czujniki myśli wyposażone, gniewliwie na niego spojrzały. Struchlał Korporacjusz, ale nic więcej się nie wydarzyło. Wyruszył więc z domu, żeby dętkę do roweru zakupić i całą sprawę rozwiązać. Nasamprzód wyruszył do miasta, na główną ulicę, gdzie jak mu się zdawało, sklep z częściami do rowerów atomowych ostatnio widział. Daleka to droga była i niełatwa, bo pojazdy możnowładców co rusz błotem go ochlapywały. Gdy na miejsce dotarł, sklepu z dętkami już nie było, a jedynie punkt z szybkimi pożyczkami, gdzie pieniądze

36

na procent pożyczać można było. Ale co to – rozejrzał się zdumiony Korporacjusz niepewien do końca, czy mu się nie zwiduje – tam, gdzie sklepy kiedyś były, teraz banki pootwierali. A było ich tak dużo, że parobkowi aż się w głowie zakręciło: szybkie pożyczki i nadświetlne pożyczki, nanopożyczki z nanoratą i pożyczki maxi przez Bank Galaktyczny gwarantowane. I pożyczki na dobre słowo i za dobry uśmiech, i pod zastaw narządów, i pod zastaw swoich przyszłych dochodów, pod zastaw krewnych, pod zastaw dobrych myśli, pod zastaw domowych pupili, dla zadłużonych po uszy, dla długowłosych, dla piegowatych z upustem, Bank Reinkarnacyjny nawet pod zastaw przyszłych wcieleń pożyczki oferował. A przed każdym bankiem kolejka stała, niektórym z czekających kończyn brakowało i zębów, bo je już widać wcześniej zastawili. Będę mądrzejszy i tak nie skończę – pomyślał Korporacjusz i raźno przed siebie na poszukiwanie sklepu wyruszył. A smród w mieście od wyziewów, dymów i spalin, i odpadów radioaktywnych był nie do zniesienia. Drzew już w ogóle nie było, bo je dla bezpieczeństwa wycięto, ponieważ podobno na pojazdy możnowładców gałęzie spadały. Co rusz tylko z bramy akwizytor namolny wyskakiwał i pożyczkę lub kredyt podstępnie ofiarował. Mieć się na baczności musiał nasz parobek, bo na mniej uczęszczanych ulicach zbójcy grasowali, co groźbą, z karabinami neutronowymi do podpisania umowy kredytowej na niekorzystnych warunkach zmuszali. Na ulicach raz po raz dostrzec się dało stylizowane na czarne trumny pojazdy Wielkiej Windykacji. Z zamontowanych na nich głośników

Łukasz Henel


dobiegały pogrzebowe pieśni. Po chodnikach spacerowali tu i ówdzie przedstawiciele Policji Bankowej i bankowi szpicle. Na słupach ogłoszeniowych i na plazmowych bilbordach wyświetlały się twarze Niewypłacalnych Dłużników, wrogów społecznych numer jeden. Straszna to była wizja i straszna wędrówka, dlatego drogą przez miasto znużony parobek duchowej osłody potrzebować zaczął. A tu okazja akurat się dobra napatoczyła, bo przy drodze kościół się nadarzył. Ale i tu coś się pozmieniało. Rozgląda się zdumiony parobek i oczom nie wierzy, bo na ołtarzu posąg świętej Mamony stoi, co błyska żarówkami energooszczędnymi zamiast oczu, a za każde błyśnięcie dziesięć złotych europejskich płacić każe sobie. Na zbożne cele żałować nie będę – pomyślał Korporacjusz, ostatnie dziesięć złotych europejskich wysupłał i w otwór przy ołtarzu włożył. Rozdygotała i rozdzwoniła się maszyneria, popłynęła odtwarzana z komputerowej pamięci pobożna pieśń: Oto głos płynący z nieba, długi zawsze spłacać trzeba, bo pieniądze to rzecz święta, od Pana Boga wzięta, aby wspierać niebożęta. Wzruszył się tą prostą pieśnią Korporacjusz do łez, jako że serce miał wrażliwe. Ze świątyni wyszedł tak wewnętrznie pokrzepiony, że świat mu się naraz zdał weselszy. Ruszył przed siebie raźno i niebawem ujrzał na końcu ulicy sklep z częściami do rowerów atomowych. Stało ich tu bez liku, a wszystkie nowiusieńkie, tylko brać. A sprzedawca elegancki i ładny, jakby w Święto Mamony na procesję się wyrychtował. Dętek jednak w sklepie nie było. Zdziwił się niepomiernie Korporacjusz, jak to świat naprzód poszedł, a on w tyle został, dlatego że przez pracę czasu w ogóle nie miał. Ale go sprzedawca na szczęście szybko oświecił, że dętek ani innych części już nie produkują, nowe, całe rowery atomowe tylko są w sprzedaży, a koszt jednego nie-

O tym, jak parobek Korporacjusz...

37


wielki, bo od tysiąca pięciuset polskich złotych europejskich. Zawahał się był Korporacjusz srodze, bo tysiąc pięćset europejskich złotych polskich w miesiąc zarabiał. A jeszcze mu z tego podatki potrącali, na drogi, co po nich wielmoże jeździli, na badania nad nieśmiertelnością, na badania nad kosmosem, na dzieci, co mają się urodzić i na lasy, które trzeba będzie na nowo zasadzić, na Wielką Windykację, na Policję Bankową, na pogrzebanie umarłych, na ubezpieczenie od kolizji z asteroidą, na Świętych Obcowanie, na prowizję od wypłaty, odsetki od prowizji i prowizję od odsetek. Tak że mu tysiąc europejskich złotych, ale na minusie zostawało, tak że wypłatę dostając, chcąc nie chcąc, automatycznie pożyczkę zaciągał. Sprzedawca widząc, że zafrasowany jest Korporacjusz wielce, zaraz wykład z historii najnowszej mu zrobił, a tak mu to składnie przedłożył, że Korporacjusz migiem wszystko pojął. A to, że kiedyś ludzkość ten problem miała, że pieniędzy nie posiadali co poniektórzy. Ciężkie to były czasy, ale teraz już dobrze jest, bo Bank Galaktyczny wszystko i wszystkim łaskawie kredytuje. Korporacjusz olśniony już najtańszy rower atomowy chciał wziąć, kiedy sprzedawca wizję straszliwą przed nim roztoczył: że te najtańsze to tylko katastrofy powodują i do niczego się nie nadają, uranem plują i trują, i raka powodują, i że jak już brać, to najlepszy i najdroższy, bo Bank Galaktyczny i tak za wszystko zapłaci. Nie chciał Korporacjusz za wsteczniaka uchodzić, więc w końcu się ugiął i umowę zawarł. Na rower atomowy wskoczył i do fabryki pognał, aż się mu prawie reaktor zagotował. Na drugą zmianę jeszcze zdążyć chciał, ale go majster w drzwiach za kołnierz ucapił i do dyrektora zawlókł. Dyrektor to była wielka szycha, bo mu już jakiś czas temu zamiast mózgu procesor komputerowy o wielkiej wydajności wszczepiono, dlatego najlepiej wszystko wyliczał i emocje były mu obce. Tu się okazało, że na miejsce parobka Korporacjusza czeka dwudziestu siedmiu inżynierów, z których każdy skończył cztery politechniki oraz pięćdziesięciu ośmiu magistrów,

38

z których każdy miał trzy fakultety. Z przyczyny spóźnienia swojego wywalony został Korporacjusz z roboty i na nic się nie zdały jego szlochy, jęki i rzewne błagania. Załamał się był Korporacjusz straszliwie, a po tygodniu do drzwi zapukała Policja Bankowa, która wszędzie miała swoich szpicli i dobrze wiedziała, kto w jakim jest położeniu. Nie minął miesiąc, jak i funkcjonariusze Wielkiej Windykacji opróżnili mieszkanie Korporacjusza, zabierając mu plazmową szczoteczkę do zębów, holograficzny telewizor i psa robota, do którego wielce był przywiązany. Wreszcie zabrali się i za samego Korporacjusza, i na nic się zdały jego błagalne okrzyki. Wszyscy sąsiedzi tonęli w długach, tak samo jak on i woleli nie wyściubiać nosa, ponieważ byli już zadłużeni do dwudziestego siódmego pokolenia naprzód. Tak to amputowano Korporacjuszowi najpierw jedną nogę, potem drugą. Potem obie ręce, a nawet tułów, który wystawiono na licytację. W końcu została sama, podtrzymywana przez specjalną maszynę przy życiu głowa. Rzecz jasna, za pracę maszyny pobierane były już karne odsetki. W końcu stały się tak duże, że wzburzeni słusznym gniewem funkcjonariusze Policji Bankowej postanowili rozszczepić głowę Korporacjusza na cząstki elementarne i wystawić je osobno na aukcjach. Były to biliony bilionów aukcji i od samego początku wiadomo było, że realizacja pomysłu zajmie dziesiątki, jeśli nie setki lat, dlatego z góry za okres ten nałożono już dodatkowe opłaty. Zdarzył się był jednak cud. Jedna z cząstek elementarnych wymknęła się bankowym siepaczom i tunelowała się znienacka na sam koniec galaktyki. Jak na ironię, była to właśnie ta cząsteczka, w której ukryta jest świadomość człowieka, jaźnią zwana. Tak wymknął się Korporacjusz z przeklętego świata, i choć pozbawiony zmysłów, pozbawiony ciała, pozbawiony jakiejkolwiek świadomości (na razie) pędził przez galaktyki i światy, i pędziłby zapewne nadal, gdyby się nie zbudził gwałtownie ze swojego snu, zlany potem.

Łukasz Henel


Jakąż ulgę i nieopisaną radość odczuł Korporacjusz, gdy zdał sobie sprawę, że wszystko jeno snem było. Z jakąż radością spoglądał na swoje maciupeńkie mieszkanko, znajome sprzęty. Z jaką tkliwością myślał o tym, że ma pójść do pracy. Myślał dobrze nawet o dyrektorze-procesorze. Naraz jednak do drzwi pukanie się rozległo. W drzwiach Policja Bankowa stoi. Mówią, że za zakupy, nawet te we śnie zapłacić trzeba na jawie. Że za rower atomowy już odsetki karne płyną, czujniki myśli cały zapis snu już zarejestrowały. Ubrał się jak najszybciej Korporacjusz, sam nie do końca pewien, co jawą jest, a co snem, niezupełnie jeszcze przebudzony i do pracy pognał. Szczęście, że rower atomowy sprawny się okazał. Rower kupiony we śnie spłacał Korporacjusz do końca swoich dni, bo a to się z ratą spóźnił i odsetki karne szybko znów urosły, a to upomnienie mu przysłali i opłatę pocztową za odsetki karne i prowizję od odsetek i odsetki od prowizji plus marżę już naliczyć zdążyli. Działo się to jeszcze przed Kryzysem i Wielką Rewolucją, kiedy to wyrżnięto w pień Policję Bankową, a Wielkiego Windykatora powies-

zono na latarni w stolicy Państwa Europejskiego. Dziś nie ma już banków ani pożyczek. Pożyczanie na procent jest przestępstwem karanym więzieniem, a umowy bankowe Trybunał Praw Człowieka uznał za formę niewolnictwa i pańszczyzny. Historia Korporacjusza jest prawdziwa, ale działo się to dobre pół wieku temu, więc coś przekręcić mogłem, za co z góry przepraszam.

Łukasz Henel Jest absolwentem filozofii. Fascynacja przyrodą, lasem, malowniczymi terenami województwa lubuskiego oraz niewyjaśnionymi zjawiskami zaowocowała powieścią „Szkarłatny blask”, która ukaże się w bieżącym roku nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. Obecnie pracuje nad kolejną powieścią, której akcja rozgrywa się w okolicach Poznania.

39


Marcin Rusnak

Ostatni śnieg w roku ilustracja: Magda Mińko Nazywam się Conan Doyle. Sir Arthur Conan Doyle. Umieram. Za oknem pada deszcz, chyba deszcz ze śniegiem, nad ranem mróz malował kwiaty na szybie. Pokój jest pusty, szary, nijaki; pokój człowieka, który niczego nie potrzebuje, bo ma wszystko. Próbuję zamknąć oczy i zasnąć, ale nie mogę. Jest dzień, za wcześnie na sen. Unoszę powieki i patrzę w sufit, tak jakbym potrafił przelać ból w drewniany strop. Nie potrafię. Boli tak bardzo, że nie zwracam już nawet uwagi na łzy cieknące po policzkach. Najgorszy jednak jest nie ból, ale głos – młody męski głos, należący do człowieka pewnego siebie i ufnie spoglądającego w przyszłość. Chcę napisać książkę, mówi, książkę o człowieku, który błądzi. – Nikt nie chce takich książek – odpowiadam szeptem. Na nic więcej mnie nie stać. Ja chcę, oznajmia głos. Brzmi znajomo, jakby towarzyszył mi od stuleci. – Kim jesteś? – pytam. Wargi mi drżą, język mam zdrętwiały, wysuszony. Umieram. A na dodatek boję się, że znam odpowiedź. Jak to kim?, dziwi się głos. Nazywam się Sherlock Holmes. Pozwól, że napiszę o tobie książkę. A jednak zasnąłem. Budzę się, gdy zaczyna się ściemniać. Sięgam do lampy, moment później w pokoju jest już jasno. Dobrze, głos w ciemności jest wyraźny, złowrogi, ale w świetle słabnie. Przyzwyczajam się powoli do tego, że prawie nigdy nie milknie. Ból tymczasem ustąpił. Nie mam wątpliwości,

40

że wróci, ale cieszę się na myśl o kilku chwilach spokoju. W domu panuje cisza. Jean najpewniej zapadła w poobiednią drzemkę. I dobrze. Potrzebuje snu, może nawet bardziej niż ja. Przez chwilę patrzę na odbiornik radiowy, ale nie włączam go. Zamiast tego podnoszę się z łóżka, bardzo ostrożnie, jakby ból był psem śpiącym u moich stóp. Nie chcę go obudzić. Podchodzę do biblioteczki, przesuwam dłonią po grzbietach kolejnych pozycji. Jakieś trzydzieści tytułów, wszystkie moje. Czemu więc myśl o tym, że jestem pisarzem, wydaje się tak absurdalna? Pozwól, że napiszę o tobie książkę. Spoglądam na najwyższą półkę. Stoi tam szereg niemal identycznych tomów. Zamykam oczy i dotykam palcami żłobień na grzbietach, śledzę kolejne litery. Arthur Conan Doyle – Sherlock Holmes. Który to autor, a który to twór? Nie mam odwagi otworzyć żadnej z nich i się przekonać. Nazywam się Sherlock Holmes. Jestem pisarzem. Ból pojawia się znikąd. Opieram dłoń o stół i wracam do łóżka. Jakoś docieram na miejsce, ale na pościel osuwam się zmęczony, z sercem, wokół którego zaciska się żelazna obręcz. Litości, co za ból! Co się ze mną stało? Kiedyś byłem na wojnie, na prawdziwej przeklętej wojnie, nie zwracałem uwagi na świst kul i krew cieknącą między palcami. Nie zważałem na ból. Wtedy byłem mężczyzną, byłem Sir Arthurem Conanem Doylem, kimś więcej niż tylko pisarzem. Byłem kimś więcej niż kłębkiem bólu. Decydowałem o swoim losie. Było tak, przysięgam!

Marcin Rusnak


Pozwól, że napiszę o tobie książkę. Ból słabnie na moment przed tym, jak rozlega się pukanie do drzwi. Skrzypią zawiasy, w szczelinie pojawia się twarz Jean. Zatroskana, z drobnymi promyczkami nadziei kryjącymi się gdzieś w kącikach oczu. Ona też wie, że umieram. Ma tylko nadzieję, że nie cierpię za bardzo. – Śpisz, skarbie? – Nie – szepczę tak cicho, że muszę pokręcić głową, żeby mnie zrozumiała. – Jak się czujesz? Podchodzi bliżej, siada na krawędzi łóżka. Gładzi mnie dłonią po policzku. – Dobrze, ślicznotko. Dobrze – mówię. Uśmiecha się, jej oczy mają tę samą barwę i błysk, co w dniu, gdy się poznaliśmy. – Przyszedł doktor Watkins. Mogę go wpuścić? – pyta. Kiwam głową. Po chwili znika, wchodzi natomiast szanowny doktor. Czuję wilgoć, którą wniósł ze sobą, oraz przyjemny zapach czarnej skóry jego lekarskiej torby. Nie rozmawiamy ze sobą, ja i doktor Watkins – jedyny kontakt to życzliwe skinięcie głową. Kiedy bada mnie stetoskopem, myślę o setkach pacjentów, których sam w ten sposób badałem. Było to dawno temu, tak dawno, jakby za życia kogoś innego, jakby... W pierwszym tomie. – Cicho, na litość boską – mruczę rozzłoszczony. – Słucham? – odzywa się doktor Watkins. Zbywam go machnięciem dłoni. To mu wystarczy; jest profesjonalny, życzliwy, nienachalny... stereotypowy lekarz z wieloletnim stażem i właściwą Anglikom flegmą. Człowiek, który nigdy nie wyszedł ze swojej roli, człowiek, który nie... Nazywam się Sherlock Holmes. Chcę napisać książkę o człowieku, który błądzi. ... błądzi. Czasami chciałbym móc powiedzieć to samo o sobie. Może takie życie nie byłoby wcale złe? Egzystencja spędzona na pomaganiu innym, zamiast rzucania się od pisania do polityki, od zabawy w detektywa do flirtu ze spirytualizmem. Może wtedy Luiza... Nie pochlebiaj sobie. Musiała umrzeć.

Ostatni śnieg w roku

Słyszałeś chyba o czymś takim jak punkt zwrotny w fabule, prawda? – Dość! – na wpół krzyczę, na wpół jęczę, bo na to tylko starcza mi sił. Doktor Watkins spogląda na mnie zaniepokojony, chowa stetoskop do torby i rusza do drzwi. – Nie będę pana dłużej niepokoił – mówi. – Przyjdę jutro. W pierwszej chwili chcę go zatrzymać, ale daję spokój. Umieram, konwenanse przestają mieć znaczenie. Niech go diabli, tego idiotycznego, sztampowego lekarza płaskiego jak... jak kartka papieru. Jak drugoplanowy bohater. Zza drzwi docierają do mnie strzępy rozmowy Watkinsa z Jean. Pojawiają się słowa takie jak „pobudzony”, „słaby”, „ból”. I najgorsze z nich: „wkrótce”. Budzi się uśpiony pisarz, jakaś część mnie z tych kilku wyrazów składa spójną fabułę. Gdy do cząstki pisarza dołącza medyczne doświadczenie, nie mam wątpliwości, że punktem kulminacyjnym tej opowieści będzie moja śmierć. Wkrótce. Na miłość boską. Wkrótce. Kroki Watkinsa giną w korytarzu, przez moment w domu panuje cisza. Otwierają się drzwi do pokoju, Jean podchodzi bliżej, siada, bierze mnie za rękę. Znam ją od dawna, wiem, że jest przerażona. Zarezerwowała jednak dość sił na jeszcze jeden uśmiech. Kochana Jean. – Umieram – mówię. Tego już nie może zignorować, łzy pojawiają się właściwie znikąd, uśmiech zamiera na wargach. – Nie mów tak, skarbie. – Umieram i nawet nie wiem, kim jestem. – Patrzę jej w oczy, widzę, jak pęka jej serce. – Kim ja jestem, Jean? – Jesteś wspaniałym człowiekiem. – Gładzi mnie dłonią po policzkach i czole. – Ale kim? Kim ja jestem? Waha się, nie rozumie. Niedobrze, bo ja też nie bardzo wiem, o co mi chodzi. Pytanie, które jeszcze ułamek temu wydawało się logiczne, teraz sprawia wrażenie pozbawionego sensu. Jak całe moje życie... kiedyś logiczne, ale u skraju, z perspektywy... bezsensowne. I nierzeczywiste. Musi takie być. Przecież to fikcja. Wiem, że dłużej tego nie zniosę. Patrzę na biblioteczkę, z trudem opanowuję szybsze bi-

41


cie serca i drżenie rąk. Jestem zdecydowany; przerażony i zdecydowany. Muszę wiedzieć. Choćby to oznaczało szaleństwo. – Jean – odzywam się. Zwilżam wargi językiem, ale to nie pomaga. Usta mam wyschnięte na wiór, cały się trzęsę. Muszę wiedzieć. – Poczytasz mi? Jean oddycha z ulgą, czuje, że wracamy do normalności. Podchodzi do szafki i sięga po moją ulubioną pozycję. – Nie – mówię – nie to. Wyżej. Na samej górze, po lewej. Wiedzie dłonią zgodnie z moimi słowami, zatrzymuje ją, kiedy kiwam głową. Waha się przez krótką chwilę, później bierze książkę do

42

ręki. Na grzbiecie dwa nazwiska układają się w autora i tytuł. Arthur Conan Doyle – Sherlock Holmes. Sherlock Holmes – Arthur Conan Doyle. – Jesteś pewien? – pyta miłość mojego życia, siadając z powrotem na łóżku. Kiwam głową. Jean czeka jeszcze moment i zaczyna czytać. Ma ładny głos – to jedna z rzeczy, które się u niej nie zmieniły. Słucham z przymkniętymi oczyma, w myślach wyprzedzam jej słowa o ułamek sekundy. Znam je, znam je tak dobrze, jak znać można własne dzieci. Pamiętam poszczególne zdania układające się w ten niepowtarzalny rytm opowieści; rytm hipnotyzujący chyba bardziej nawet niż gra nigeryjskich bębniarzy.

Marcin Rusnak


Zatracam się w nim, odnajduję spokój. Na krótko. Zaraz wdziera się dysonans, powstaje chaos, budzę się z transu. Mrugam oczami; przez ułamek sekundy nie wiem, co się dzieje. Jean zauważa to, przestaje czytać i przygląda mi się uważnie. – Przeczytaj jeszcze raz ostatnie zdanie – proszę. Głos mi się łamie, czuję, jak na czoło występuje pot. Jean patrzy na mnie przez moment, po czym przenosi wzrok na tekst i czyta: – „To było jeszcze zanim zdecydowałem się pójść na szkolenie chirurga wojskowego i uczestniczyć w tym makabrycznym szaleństwie, które nazwano drugą wojną burską”. – Zerka na mnie, w jej oczach dostrzegam troskę. – Wszystko w porządku, kochanie? Nie słucham jej. Czy pamięć płata mi figle? Przecież Watkins... tfu, nie Watkins, tylko Watson, ten Watson, którego stworzyłem, nieodłączny towarzysz detektywa wszechczasów, służył w Afganistanie! To ja byłem na wojnie burskiej! Nie on, ja! A może się mylę? Czytałem o obu tych konfliktach tyle, sam napisałem niemało... może to ja byłem w Afganistanie, a Watson w Oranii? Problem w tym, że to nie jest powieść o Watsonie. To powieść o człowieku, który błądzi. – Dość, proszę! – cedzę przez zaciśnięte zęby. Czuję, że po moich policzkach uciekają paciorki łez. Jean ściska mnie za rękę; wiem, że mój widok sprawia jej ból. Nic nie mogę na to poradzić. Wątpliwości rozsadzają mi głowę, gdy serce tłoczy krew jak stara zardzewiała pompa. Ból sprawia, że nie wiem, co się wokół mnie dzieje. Ledwo słyszę głos Jean, prawie nie czuję na ustach dotyku szklanki; leki z trudem odnajdują drogę przez ściśnięty przełyk. Po chwili ból słabnie, czuję się zmęczony, słaby. Zasypiam. Sen jest boleśnie realny. Gdyby nie fakt, że nie ma w nim mnie samego, uwierzyłbym, że faktycznie ma miejsce. Pokój jest ciemny, na potężnym dębowym biurku pali się samotna lampka. Okno jest

Ostatni śnieg w roku

zamknięte, w powietrzu kłębi się dym z fajki. Fajka zaś tkwi w ustach Sherlocka Holmesa. Mojego dziecka. Człowieka, który uczynił mnie tym, kim jestem. Mojego koszmaru. Za biurkiem siedzi mężczyzna z twarzą doktora Watkinsa. Nie odzywa się, czeka. Chciałbym napisać książkę – mówi Holmes. – Wielką realistyczną powieść o człowieku, który błądzi. – Do czego ja ci jestem potrzebny? – pyta człowiek z twarzą doktora Watkinsa. Głos ma inny – młodszy, ale w jakiś sposób bardziej doświadczony. Głos kogoś, kto był w Afganistanie albo w Oranii; kogoś, kto słyszał świst kul i grał w kanastę ze śmiercią. Nie mam pieniędzy. Ty masz. Mógłbyś pomóc mi ją wydać. Doktor waha się, przygryza wargi. Patrzy przyjacielowi w oczy. – Powiedz mi coś więcej. O czym ona miałaby być? To historia niezwykłego, a zarazem zupełnie zwyczajnego człowieka. Długa, obszerna, pełna niezwykłych epizodów. Historia lekarza, weterana, popularnego pisarza. Ale też niespełnionego polityka, wzgardzonego obrońcy potrzebujących. Człowieka do bólu logicznego, a jednak wytrwale poszukującego i pokładającego ufność w tym, co niezwykłe, nadprzyrodzone, cudowne. Kogoś, kto bardzo chciał wierzyć, tylko nie wiedział, w co. Lekarza tak zajętego sobą, że pozwolił umrzeć żonie. To nieprawda! – ryczę w myślach. Luiza była ciężko chora, nie mogłem nic poradzić! Chcę krzyczeć, ale nie mogę. Tak naprawdę mnie tam nie ma, nie ma więc też ust, które mogłyby wydać z siebie dźwięk. – To niemożliwe, drogi Holmesie! – mówi doktor. – To zupełnie nieprawdopodobna postać. Któż chciałby czytać o kimś takim? Każdy, Watsonie – odpowiada Sherlock, ale nie patrzy na rozmówcę. Patrzy na mnie i w końcu puszcza do mnie oko. – O to chodzi w literaturze. Ludzie uwielbiają czytać o tym, czego nie ma.

43


Budzę się zlany potem, oddycham szybko i płytko. Jest noc, spojrzenie na zegar mówi mi, że do świtu zostało niecałe pół godziny. Za oknem łagodnie prószy śnieg. Pewnie ostatni w tym roku. To niemożliwe, mówię sobie. Całe moje życie nie może być fikcją, nie może być wyłącznie igraszką jakiegoś człowieka z piórem w ręku. Wszystko mi się miesza, a żywe wspomnienia snu oraz nigdy nie cichnący głos wcale nie ułatwiają sprawy. Jestem Sherlock Holmes. Jestem pisarzem. Chcę napisać powieść o... Podnoszę się z łóżka. Wzrok wciąż mam utkwiony w płynących za oknem białych płatkach. Zarzucam na ramiona szlafrok, później zawieszone na drzwiach palto. Wychodzę z pokoju powoli i ostrożnie, żeby nie obudzić Jean. Po chwili docieram do drzwi wychodzących na ogród. Wsuwam stopy w stare znoszone buty i wychodzę na zewnątrz. Jest zimno – mróz szczypie w dłonie i w twarz, każdy oddech budzi do krótkiego życia obłoczek pary. Ziemię pokrywa cienka warstwa białego puchu, która najpewniej nie doczeka południa. Stąpam moją ulubioną ścieżką i na moment zapominam o głosie, o zbliżającej się śmierci, o tym, że tak naprawdę nie mam pojęcia, kim jest ten schorowany mężczyzna, którym zupełnie niepostrzeżenie uczyniło mnie życie. A przecież nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był kimś innym. Nagle widzę kształt wychylający się wstydliwie spod śniegu – pierwszy w tym roku przebiśnieg. Pochylam się nad nim, ale starcze mięśnie nie są tak elastyczne jak dawniej. Muszę znaleźć się na kolanach, żeby dosięgnąć go dłonią. Jest śliczny, drobny i delikatny, kompletnie niepowtarzalny w tym półmroku poprzedzającym kolejny dzień. Od świtu dzielą mnie minuty, a płatki śniegu osiadają mi na ramionach.

44

Chcę napisać książkę... Jak to możliwe – powiedział ktoś dawno temu, chyba w moim poprzednim życiu – że krople wody są tak do siebie podobne, a nie sposób znaleźć dwóch identycznych płatków śniegu? Olśnienie. Fikcja czy nie fikcja? Życie czy jego imitacja? Czy odpowiedź może być taka prosta? Czy może nią być niepowtarzalność płatków śniegu? Musi nią być. Bo mam dość. Bo muszę wiedzieć. ...o człowieku, który błądzi. Wyciągam dłoń, aby spadło na nią parę płatków i pochylam nad nimi twarz, zanim zdążą się roztopić. Ten człowiek będzie się nazywał... W chwili gdy słońce wreszcie wydostaje się nad horyzont, ja osuwam się na ziemię z bolesnym jękiem. Jedną dłonią ściskam serce, drugą pierwszy w tym roku przebiśnieg. Błagam, żeby śmierć wreszcie nadeszła. Nie chcę zaakceptować tego, co zobaczyłem. ...będzie się nazywał Conan Doyle. Sir Arthur Conan Doyle. Nie chcę wiedzieć, że wszystkie płatki śniegu przypominają moją twarz.

Marcin Rusnak Wrocławianin, rocznik 1984. Z wykształcenia anglista, z zamiłowania pisarz. Fan Neila Gaimana, ostrego rocka i czeskiego piwa. Publikował w Esensji, Qfancie, Creatio Fantastica. Zdobywca I miejsca w konkursie „Horyzonty Wyobraźni 2009”. Więcej na: www.rusnak.unreal-fantasy.pl.

Marcin Rusnak


Paweł „DarkAraghel“ Rejdak Pasja (fragment)

ilustracja: Magda Mińko Egipt, 1330 p.n.e. Pod niebem królowała atramentowa czerń. Rozpalony za dnia piasek stygł w lodowatym uścisku nocy, która spadła na pustynię wiele godzin temu. W otaczających wszystko ciemnościach wydmy w pobliżu Achetaton wyglądały niczym fale czarnego oceanu, który zamarł, jakby zapomniał o nim czas. Konie zarżały. Silna dłoń ściągnęła uzdę, osadzając zwierzęta w miejscu. Koła wojennego rydwanu zaryły głęboko w ziemię. Hor Nefru zeskoczył na zimny piasek. W jednej ręce trzymał jakiś błyszczący przedmiot, w drugiej – drapieżnego sokoła. W mroku rysowały się niewyraźne kontury nekropolii Horusa. Wojownik odwrócił głowę. Ścigali go. Choć nie widział sylwetek, nie słyszał odgłosów pogoni, to jednak był pewien, że podążają za nim. Nawet w zgiełku i wrzawie, jakie podniosły się po śmierci Echnatona, wrogowie jego pana nie zapomnieli o nim, a nieprzyjaciele byli wszędzie… * Nowy Jork, czasy obecne W oddalonym od zgiełku niedużym, podziemnym pomieszczeniu zapłonęły świece. Ściany, obdarte z tynku, nosiły ślady głębokich bruzd, jakby poorano je czymś w rodzaju szponów, do tego pomazane były zbrązowiałą już krwią. Wkoło unosił się mdlący odór stęchlizny, a niezmąconą ciszę co jakiś czas przerywał rytmiczny odgłos wody spadającej ze sklepienia. Delikatna dłoń artysty z namaszczeniem dotknęła nowego pędzla. Spazm ekstazy przebiegł kilkukrotnie przez twarz i zalał całe ciało lawiną ekstatycznych dreszczy. Z plastikowego pudła dłoń powoli wyjęła krwawy strzęp – kiedyś

46

ludzki żołądek. Drugą ręką artysta chwycił niewielki sznurek. Wystarczył lekki ruch, by jedwabna zasłona spłynęła bezszelestnie na ziemię, ujawniając biel rozpiętego na sztaludze płótna. Wdech. Malarz chwycił paletę. Jego niezwykły pędzel dotknął krzykliwych barw. Wydech. Kałuże kolorów zmieszały się ze sobą i z krwią, którą ociekał żołądek. Po krótkiej chwili twórca był gotowy położyć pierwszą kreskę. Wdech. Drżąca dłoń zbliżyła się do płótna, dzikie zielone oczy błysnęły spod kaptura, spojrzenie artysty pobiegło w zacieniony kąt. Zdobna, złocona rama czekała cierpliwie na gotowe dzieło. Miała już nawet tabliczkę z tytułem. Płótno z lekkim sykiem wessało farbę. Smuga siwej purpury. Jak rzeka. Jak rzeka krwi. W panującym wkoło zaduchu, stęchliźnie i wilgoci typowej dla podmiejskich kanałów dało się wyczuć jakąś dziwną woń. Zapach był ostry, wiercący w nosie, bardzo wyrazisty. Coś jak wilgotne paprocie i zmoczona deszczem sierść, wkoło nie było jednak żadnych zwierząt, tylko samotna postać artysty-malarza odzianego w powłóczysty, lejący habit. * Na rogu Wayne i 211 królowała ciemność. Noc poczerniła mury ceglastych kamienic, zamieniając je w atramentowe posągi. Ostatnie plamy złocistego światła powoli gasły, przykryte zimnym i nieprzyjaznym mrokiem. W pobliżu cmentarza i krematorium Woodlawn nie było nikogo, tylko posępna i wiecznie milcząca straż ulicznych latarni, które dziś wieczór jakimś

Paweł Rejdak


dziwnym trafem zupełnie nie chciały się zapalić. Grafitowy crown victoria nadjeżdżał samotnie od strony Harlem River. Jaskrawa czerwień i zimny błękit budziły ciekawość w oknach przycupniętych przy ulicy domów. Łuna policyjnych świateł rozganiała ciemności, przeganiając z serc mieszkańców Bronxu niepewność i strach. Służyć i chronić. Zawsze. O ile stróże prawa nie przybyli zbyt późno. Silnik splunął resztkami spalin i zamilkł, a reflektory zamknęły swe jasnożółte ślepia. Już po chwili nocną ciszę przerwał rytmiczny stukot męskich obcasów. Spieszyli się. Nieopodal bocznego wejścia było na co popatrzeć. Ogrodzenie wyłamano tak, jakby jakaś nieznana siła dosłownie przezeń przebiegła, zostawiając szczerzącą pręty wyrwę. Powyginana stal uśmiechała się szyderczo w stronę dwóch detektywów, którzy z posępnymi minami spoglądali na otwór wielkości dwóch dobrze zbudowanych mężczyzn. Aaron odsunął żółtą, policyjną taśmę i podszedł z latarką bliżej, aby przyjrzeć się dziurze. – Zapewne nikt niczego nie zauważył. Jak zwykle – rzucił z ironią Dominic. – Ani też nie usłyszał. – Odpowiedziała mu tylko cisza, którą po chwili przerwał szum krótkofalówki. – Poruczniku Steels, słyszy mnie pan? – zatrzeszczał znajomy głos. – Tak, Johnny. Jesteśmy już na miejscu – odpowiedział Dominic. – Zaraz będziemy u was z Aaronem, oglądamy nowe drzwi. – Niech pan tu lepiej przyjdzie, to pan jeszcze coś zobaczy, panie sierżancie – zatrzeszczało. – Jasne, już idziemy. – Zastanawiam się nad czymś – rzekł Aaron, nie odrywając wzroku od powyginanych prętów. – Gdzie znów położyłeś krótkofalówkę? – zadrwił Dominic. – Nie – odrzekł, kierując światło latarki na pobliską kamerę. – Zastanawiam się, czy system kamer ma nam coś ciekawego do pokazania. Wiatr świszczał wśród posępnych nagrobków, kapryśnie przeganiając po ziemi żółte i czerwone liście. Stare epitafia wyryte w kamie-

Pasja (fragment)

niach skutecznie zatarł czas i ignorancja bliskich. Nie wszyscy znajdowali w sobie dość woli, by pamiętać o tych, którzy już odeszli. Noc była wyjątkowo zimna, a oplatająca groby szara mgła skutecznie tłumiła odwagę i pewność siebie, toteż nawet uzbrojeni w niezawodne glocki 22 stróże prawa nowojorskiej policji nie czuli się tu zbyt komfortowo. Szli w milczeniu w stronę pobliskiej kaplicy, gdzie w pobliżu srebrzystej lipy widać było błyski policyjnych fleszy. – Oho – Dominic zmełł przekleństwo w ustach – hienki od koronera. – Nigdy nie rozumiałem, co ty od nich chcesz. Wykonują swoją pracę. Któryś zalazł ci za skórę, czy co? No co? – Zatrzymał się, gdy sierżant Stanton obdarzył go wymownym spojrzeniem. – To nie wiesz, że niedobrze jest przebywać w towarzystwie takich ludzi? – Dominic ściszył głos, jakby obawiał się, iż ktoś może ich usłyszeć. – Eee? Że co? – No wiesz – dodał, rozglądając się bacznie. – Obcujący ze śmiercią ściągają ponoć ogromne nieszczęście. Czytałem o tym w poważnej… publikacji. – Czyś ty zgłupiał! – Steels machnął ręką i ruszył przed siebie. – Tylko żeby potem nie było „a nie mówiłem!”. Zaułek przy kaplicy wyglądał naprawdę nieszczególnie. Ciemności potrafiły skutecznie przygasić tak piękno, jak i wszelkie potworności, ale nie mogły zdusić tego parszywego smrodu. Smrodu krwi. Nic w tym dziwnego, bo krew była dosłownie wszędzie. Ciało młodej dziewczyny straszliwie pokiereszowano. Zlepione posoką i rozpapranym mózgiem włosy otaczały zastygłą w przerażeniu twarz. Denatka miała rozprutą tchawicę, z której bezładnie zwisały strzępki okrwawionej skóry. Oberwane i przemieszczone lewe ramię dyndało na kawałku ścięgna gdzieś w okolicy bioder, jednak makabra zaczęła się dopiero, gdy Steels do końca odsunął czarny worek. Korpus dosłownie wypatroszono. Otwarta jama brzuszna i żebra sterczące z potrzaskanego mostka wyglądały jak okrwawione szpony, wewnątrz których dygotały jeszcze ciepłe wnętrzności. Steelsowi zrobiło się

47


niedobrze. Odwrócił na chwilę twarz, szukając po kieszeniach chusteczki. Smród przyprawiał go o mdłości. Żaden z gliniarzy nie wyglądał zbyt dobrze. Może poza jedną osobą. Dominic „Goryl” Stanton jako jedyny miał ten dziwny błysk w oczach. Za każdym razem, kiedy przed oczami miał poćwiartowane ciało, coś dzikiego budziło się w jego sercu. Coś, czego wstydził się sam przed sobą. Zwierzęcy głód, rausz, podniecenie – cokolwiek to było, serce zaczynało bić mu szybciej, a do ust napływała ślina. Steels z obrzydzeniem patrzył na partnera, który chłonął obraz zbrodni, jakby to był długo wyczekiwany obiad. Goryl odruchowo sięgnął do kieszeni i jakby bezwiednie wpakował do ust podwójnego Snickersa. Żuł machinalnie, nie odrywając wzroku od zmasakrowanego ciała. Steels wiedział o tej przypadłości, ale nie trzeba było, aby dwiedział się o tym ktokolwiek inny. – No już dość tego, napatrzyliśmy się – rzucił ostro, zakrywając ciało dziewczyny czarną folią. – Zapakujcie ją, a my podjedziemy do prosektorium przejrzeć analizę jutro wieczorem. – Jasne, poruczniku, dopilnuję, żeby była gotowa – rzucił niski i podpasiony Latynos, zwany przez kolegów „Johnnym”. Aaron stanął twarzą w twarz z pochylonym nieco gorylem. Oczy sierżanta zdradzały objawy odurzenia lub jakiejś hipnotycznej katatonii. – Ciekawe, czego tym razem brakuje! – krzyknął mu prosto w twarz. Dominic ocknął się i podskoczył, jakby ktoś oblał go wrzątkiem. – Ty, aa, eee. Aha… no, ciekawe. – Miała coś przy sobie? – spytał Johnny’ego porucznik. – Tak, klucze do auta, którym powinna przyjechać, jednak nigdzie go nie możemy znaleźć, przynajmniej tu w okolicy, a mieszkać tu przecież nie mieszkała. – Tylko tyle? – Nie. – No dalej, co ja cię za język muszę ciągnąć, człowieku?! – Spoko, spoko, coś pan taki nerwowy, poruczniku. Johnny podał Steelsowi zwinięty bilet do

48

kina na seans „Upadłe Anioły”, zamknięty w plastikowym, szczelnym woreczku, wyjaśniając, że znaleźli to w kieszeni. I jeszcze to – rzucił Steelsowi plastikowy woreczek z niewielką alabastrową figurką. – Miała to w ustach, jak poprzednie ofiary. Steels tylko kiwnął głową i zamyślił się, wpatrując w główkę szakala wyrzeźbioną w jasnym, połyskliwym kamieniu. – Anubis, nie ma co. Na pewno Anubis – powiedział Stanton, przełykając resztki. – Wiesz, Aaron, bóg śmierci i w ogóle. Albo to opłata dla tego ich przewoźnika, Szarona czy coś, czytałem o tym. Ten Szaron miał podobno psa, właśnie chyba Anubisa, o ile dobrze pamiętam. Co się tak patrzysz? – spytał z wyrzutem. – Byłem kiedyś w szkole dobry z historii. – Właśnie widzę… – Spojrzenie kolegi zamknęło sierżantowi usta. – Chcę mieć na jutro wszystkie taśmy z tych kamer, Johnny. Na jutro do południa. – Tak jest, szefie. Drzwi grafitowego forda zamknęły się z głuchym trzaskiem. Martwe do tej chwili latarnie lekko się rozjarzyły. Skąpe światło omiotło samochód, na drzwiach którego luminescencyjna farba układała się w napis „Interceptor”. Policyjne wozy pościgowe, przeznaczone do nocnej jazdy, nie różniły się na pozór niczym od tych dziennych, czarnych sedanów, jakich stada przemierzały ulice amerykańskich miast i miasteczek. Oczywiście to były tylko pozory. „Przechwytywacze” – jak je potocznie określano – były doskonale wyposażonymi maszynami do ulicznych pościgów, których potężne silniki zbudowano po to, aby po wciśnięciu pedału gazu ważące niemal dwie tony auto dosłownie połknęło przestrzeń dzielącą je od celu. – Nie wiem, czy to Anubis – rzekł z kwaśną miną porucznik – ale wiem na pewno, że to nie żadna opłata i na pewno nie żaden „Szaron”. Na przyszłość nie myl wierzeń i mitów różnych krajów i epok. Nie przekręcaj nazw, chociaż to ostatnie można by zrzucić na dławienie się tym pieprzonym batonikiem! – O co ci znowu chodzi, wiesz, że lubię

Paweł Rejdak


słodycze, a ty się mnie ciągle czepiasz. – Goryl spojrzał na kumpla z wyrzutem. – Poza tym, raz byłeś z babą w Egipcie i już nosa zadzierasz. – Przeszliśmy razem przez gówno – warknął Steels, biorąc ponad dwumetrowego goryla za fraki – i zawsze, od ponad dwudziestu lat możemy na sobie polegać. Jestem jak twoja cholerrrna żona, której zresztą nigdy nie miałeś, Dominic, i wiem… Wiem, że podnieca cię krew. – Jest w tobie coś, czego czasem sam się boję – dodał po chwili – i gdybym cię nie znał, już dawno postarałbym się, żebyś dostał bilet w jedną stronę do czubków! – krzyknął i odepchnął Stantona od siebie. – Pracuj nad sobą albo idź z tym gdzieś, bo kiedyś ktoś się zorientuje i będzie straszny smród. A jak nie smród, to wstyd. Więc się opanuj. – Nie wiem, co mam z tym zrobić… to… to się dzieje jakby samo z siebie. Rozumiesz, ja… – Wiem! Widzę. Ślina ci cieknie z ust, a im bardziej ktoś pokiereszowany, tym większy masz w spodniach namiot! To jakiś szok… Steels kręcił głową z niedowierzaniem. – Jedź – rzucił po chwili – nie chcę już o tym gadać. Chcę, żebyś coś z tym zrobił, bo nam obu przysporzy to kiedyś problemów. – Jasne. Wiesz, sorry, nie wiem co... – Zawahał się, widząc spojrzenie Aarona. – Dobra już, dobra. To dokąd jechać? – Sprawdzimy jej mieszkanie. Jak się nazywała, wziąłeś te papiery od Johnny’ego? – Tak, mam. Trish Lemnor, 9790 Madison Village. – Co dupa z Manhattanu robiła nocą sama na Bronxie…? – Co za durne pytanie, a jak myślisz? – Faktycznie, jedź. Zobaczymy, co ma w domu. – Kto będzie mówił? – Hm? – No wiesz, złe nowiny. – Dziś? Ty. – Ale dlaczego ja, ostatnio też byłem ja. – Żarłeś i jarałeś się przy zwłokach, opanuj się, to następna lekcja nie będzie konieczna. – Kurwa mać! No dobra…a wracając do sprawy tego boga… mówię ci, to może być Sza-

Pasja (fragment)

ron, czytałem o tym w poważnej książce. Facet jest jak Śmierć, tylko bierze za to pieniądze… Wystarczyło jedno spojrzenie Steelsa, żeby tamten się zamknął, tak jakby nagle odcięto mu powietrze. Goryl skrzywił się kwaśno i ruszył z piskiem opon. * Aaron Steels nie odrywał wzroku od monitora. Od blisko dwudziestu siedmiu lat pracował w wydziale zabójstw NYPD i przez ten czas pod nosem przemknęły mu dwa małżeństwa i trzy obiecujące romanse, jednak jego prawdziwą pasją i miłością była praca. Tylko jej tak naprawdę się poświęcał. To dlatego nic nigdy nie umknęło jego uwadze. Życie osobiste porucznika było natomiast obrazem ruiny. Rzec by można – typówka. Prawda jednak była nieco inna. Steels używał pracy jako kamuflażu, dymnej zasłony, za którą mógł przed swoimi kobietami ukryć dość nietypowe fakty. Aaron był dziwakiem, który – po bardzo krótkim czasie bytowania z drugą osobą – zdawał sobie sprawę, że gdzieś obok miłości i ogólnego zauroczenia prześlizgnęła się nuda, a zaraz za nią niechęć do partnera. Głupio mu było przyznać się swoim kobietom, że nie może już na nie patrzeć i że jedynym fizjologicznym odruchem, jaki u niego wywołują, są wymioty. Zwalał więc wszystko na pracę, to ona była jego ucieczką od narzekań, wypominków i ciągłych pretensji. One tego nie wytrzymywały. Izolacja skutecznie wyciszała bębny miłości. Steels był z tego zadowolony i zacierał potajemnie ręce, szukając sobie nowej podniety, która zmyłaby z niego nudę. A jak się robiło niewesoło, porucznik znów wpadał w wir pracy i wszystko się jakoś samo rozwiązywało. Steels po prostu nie umiał powiedzieć „nie”. Wiedział o tym, wiedział, że jest miękki. Wybierał więc inne rozwiązanie – unik. Z czasem nawet uwierzył w swoje kłamstwo i pokochał pracę w policji, bo co mu innego pozostało? – Na rany zbawiciela! – warknął i podszedł do okna, by się przeciągnąć. Była prawie dziesiąta. Od piątej rano siedział za biurkiem, oglądając nudne i nic nie wnoszące nagrania ze wszystkich dziewięciu kamer, które swym cyfrowym

49


okiem spoglądały na cmentarz przy Woodlawn. Nic nowego. Poza tym, że – tak jak podczas badania sprawy przy moście Harlemskim i tym zarżniętym w samochodzie biznesmenie – kamery, które mogły coś zarejestrować, wyłączały się prawie dokładnie na czas sceny morderstwa. To jakiś spisek! Prawie cztery minuty szumiącego ekranu i żadnych odpowiedzi… Porucznik podrapał się po kilkudniowym zaroście. Nie miał czasu na takie pierdoły jak golenie. Nie miał czasu na wiele rzeczy. Na jedzenie, na toaletę, na sen. W zasadzie to na nic nie miał czasu. To pewnie dlatego kumple z wydziału mówili na niego „pan śmierć”, i wcale nie mieli tu na myśli tego, czym się zajmował. Aaron Steels był niewysoki, bo mierzył zaledwie pięć stóp i trzy cale, a do tego ważył mniej więcej tyle, co zjadł. Nie cierpiał słońca, jego nieznający odpoczynku tryb życia odcisnął bladość i piętno koszmarnego zmęczenia na poznaczonej zmarszczkami twarzy. Do tego te papieroski. Steels palił jak lokomotywa. Codziennie nawet trzy paczki, a czasem odświętnie jakieś dobre cygaro. Toteż nic dziwnego, że wyglądał jak śmierć. Zmęczony stagnacją bardziej niż brakiem snu Steels podszedł do biurka, chwycił słuchawkę, wystukał kilka cyfr. Gdzieś po drugiej stronie, niedaleko Bronx i Pelham Parkway, zadzwonił telefon. – Mówi Steels – rzucił, gdy tylko usłyszał, jak ktoś podnosił słuchawkę. – Czekałam na pana telefon, poruczniku – odpowiedział nęcący kobiecy głos. – No to się doczekałaś. I co mi dziś pokażesz? – Niech pan przyjedzie, to może coś z tym zrobimy – przeciągnęła. – Dobrze, Cat. Będę za pół godziny. – Akurat zdążę się przebrać. Czekam. Steels wyszedł na zewnątrz, był kwadrans po dziesiątej. Ciepłe, spiżowozłote słońce odbijało się w szybach stojących wkoło budynków. Jesień dawała się coraz bardziej we znaki, jednak dziś zanosiło się na całkiem przyjemny dzień. Na parkingu stał znienawidzony samochód. Cywilny chevrolet, którego lakier każdemu

50

przypominał kolor sraki. Nikt w całym pięćdziesiątym posterunku policji przy Kingsbridge Avenue na Bronxie nie cierpiał tego auta. Miał chyba ze trzydzieści lat, wybite zawieszenie i co chwila gasł, jeśli tylko na chwilkę zdjęło się nogę z gazu. Jednak przez to mało kto z mieszkańców Bronxu zwracał na niego uwagę. Starych rumpli było tu jak naprał. Steels włożył do ust kilka listków Listerine, żeby odświeżyć oddech, i mocno wcisnął gaz. Silnik zadudnił pod maską i stara landara ruszyła z piskiem opon. Cat nie powinna czekać. Wizyty u niej prawie zawsze były owocne. * Wieczór cichutko przycupnął na podrdzewiałych parapetach niewielkiego domku przy Russel Brook Road. Jesienny zmierzch przylgnął do szyb zimną i nieprzyjazną pieszczotą. Budzące się w ogrodzie cienie chciwie chłeptały blask z ostatnich kałuż wieczornego światła. Dominic Stanton łakomym wzrokiem spoglądał na stos lukrowanych maślanych ciasteczek. Zapach cynamonowej herbaty przyjemnie drażnił nozdrza, a trzaskające w kominku polana dosłownie błagały o to, by się rozmarzył i rozleniwił. Zrobiłby to, gdyby tylko nie przyjechał porozmawiać z panią Lemnor o tym, jak – a przede wszystkim dlaczego – ktoś bestialsko zamordował jej córkę. Pani Lemnor była kobietą około pięćdziesiątki, ale przedwczesna śmierć męża, a teraz jej jedynej i ukochanej córki postarzyła ją o jakieś dziesięć lat, wciskając w kąciki oczu łzy, usta wykrzywiając goryczą. Była niewysoka, jak Trish, i mimo swych lat zachowała dobrą figurę. Starała się, jak mogła, aby tylko zatuszować żal, jaki przez kilka ostatnich nocy spędzał jej sen z powiek, ale sierżant Stanton dobrze o nim wiedział. Lata pracy nauczyły go patrzeć. – Wie pani, naprawdę strasznie mi głupio. Może chce pani to odłożyć? – Nie, nie, sierżancie. Z nowego Jorku do Downsville jest kawałek drogi. Jechałby pan na darmo, a tak przecież to, co powiem, może panu pomóc schwytać tego potwora, który zabił moją córeczkę, prawda? – W kącikach jej oczu zaszkliły się łzy.

Paweł Rejdak


– Tak, jak najbardziej. – Goryl podrapał się za uchem. – To może zaczniemy od tego, czy miała jakiś wrogów? Ktoś jej źle życzył? – Moja córeczka? Nigdy! – żachnęła się kobieta. – Pan jej nie znał, ona była jak aniołek, tak bardzo ją kochaliśmy z mężem. – Tak, jestem pewny, naprawdę bardzo mi przykro – rzucił, gdy wzrok kobiety wbił się w ustawione na komodzie zdjęcia. – Była taka dobra w college’u, mówię panu. Wszyscy się nią zachwycali. Nie dostała nawet mandatu za złe parkowanie. Zawsze była taka grzeczna. Taaak, a bilecik na „Upadłe Anioły” to na pewno nie do niej należał – pomyślał i sięgnął po ciasteczko. – Wie pani, że muszę o to spytać. Proszę nie czuć się dotkniętą. My musimy wiedzieć. Kobieta nie odrywała wzroku od fotografii córki. – Więc – zaczął nieśmiało – czy miała jakąś styczność ze złym środowiskiem? – Nie, absolutnie, ona nie była taka, pan jej nie znał. – Faktycznie, nie znałem. Bardzo pani współczuję, ale czy pani córka miała coś wspólnego z narkotykami? Gangami? Może związała się z kimś nieodpowiednim? – Nie. Ona nie była taka jak inne. Pan… – Tak, wiem, pani Lemnor – wszedł jej w słowo – nie znałem jej. – Właśnie. – Z kim się ostatnio spotykała? Na pewno taka ślicznotka – zająknął się, rzucając okiem na zdjęcia – znaczy się… yyy… piękna młoda dama, miała wielu tych, no, adoratorów! – Nie, moja córka z nikim się nie spotykała. – Ale Trish miała przecież już blisko dwadzieścia siedem lat – spytał zdziwiony – musiała się z kimś widywać. – Nigdy mi o tym nie mówiła. Ona była inna, nie taka jak wszyscy. Nie znał jej pan, to nie wie. Goryl powoli czuł, jak rośnie w nim irytacja, która z każdą kolejną chwilą przybiera na sile. Wkrótce ocean spokoju, jakim na co dzień był Stanton, pokryje się zmarszczkami nerwowych fal, a potem, gdy już skończy mu się

Pasja (fragment)

cierpliwość, w panią Lemnor pierdyknie tsunami i przesłuchanie dobiegnie końca. Zagryzł jednak zęby i zdecydował, że z tej zduszonej żalem kobiety wyciągnie wszystko, co tylko się da. Nerwy trzeba trzymać na wodzy. Za nic nie chciał jechać tu taki kawał po raz drugi, a gdyby tylko coś pominął, ten cholerny Steels wysłałby go tutaj na pewno z powrotem. – Miała jakieś koleżanki? Dobre, wie pani, takie przyjaciółki. Od serca. – Ach tak, miała masę koleżanek, znałam je wszystkie. Chodziły razem do kina, do teatru, do klubów. Choć mówiłam Trish, żeby nie chodziła za często do lokali, które otwierają się po zmroku. – A czemuż to? – Niech pan sam spojrzy. – Teresa Lemnor wstała i podała gorylowi zdjęcie córki z pobytu na Florydzie. Goryl był jak dziki pies na przestępców i jak stado szalonych bizonów, jeśli chodziło o kobiety. Zdjęcie od razu przykuło jego uwagę. Dziewczyna siedziała na piaszczystej plaży z łupiną kokosa w dłoni i w bardzo skąpym bikini w deseniu zebry. Kaskady platynowych włosów spływały po ramionach obok pięknej i delikatnej twarzy, której lekko zadarty nosek nadawał dziewczęcego charakteru. Była po prostu przepiękna. Żadna gwiazda telewizji czy wybiegu nie powstydziłaby się takiej urody. – No taaaa. – Pokręcił z niedowierzaniem

51


głową. – Rzeczywiście, to była bardzo piękna kobieta. Nie dziwię się pani. – Jeszcze ciastek? Widzę, że bardzo panu smakują. Pusty talerzyk uśmiechał się do goryla ledwie kilkoma okruszkami. Sierżant spłonął rumieńcem i zaczął lekko się jąkać. – Zaraz doniosę, moja Trish też je uwielbiała. Po chwili do uszu sierżanta Stantona zaczęły dobiegać typowe kuchenne odgłosy. – Proszę mi powiedzieć, czy… – Rzucił okiem po pokoju, szukając czegoś niezwykłego. – Trish miała na Manhattanie jakieś przyjaciółki? – Tam? Oj nie, ona nigdy by tam nie zamieszkała. – Wie pani, to dziwne, bo właśnie tam mieszkała, to jest wynajmowała tam mieszkanie i to dość, hmm, drogie. Kobieta stanęła w drzwiach pokoju ze zdziwioną miną. – Mieszkała w apartamencie? Jest pan pewny? – Jak najbardziej, znaleźliśmy klucze do jej mieszkania, a po jego przeszukaniu, które jest rutynowym działaniem z naszej strony w takich wypadkach, ustaliliśmy, że kopia umowy najmu jest wypisana na pani córkę. Na rok z góry. – To niemożliwe, ona nigdy, to jest my… nie byliśmy bogaci. Nie byłoby ją stać… naprawdę. Ojej – dodała po chwili – pan uważa, że ona w coś się wplątała? – Proszę się na zapas nie martwić, niczego jeszcze nie ustaliliśmy, ale na pewno ustalimy. Poprosiłbym panią tylko o przygotowanie mi spisu wszystkich koleżanek córki. Szczególnie tych najbliższych. Bo wie pani, w jej mieszkaniu znaleźliśmy sporo zdjęć, a raczej ramek, z których ktoś usunął fotografie. Stąd mamy pewne domysły, iż w morderstwo jest zamieszany ktoś bliski, może narzeczony lub chłopak. – Moja córka, sierżancie Stanton, nigdy nie zaległaby w łożu z mężczyzną bez ślubu – zdawała się nie mówić, a syczeć przez zęby. – To grzech! Pan jej nie znał, więc niech pan niczego nie insynuuje. Moja córka była czysta i cnotliwa. Wolna od grzechu. Tak ją wychowaliśmy z mężem!

52

Klucz zgrzytnął w stacyjce. Deska rozdzielcza policyjnego forda zapaliła się mnóstwem kolorowych cyferek i kontrolek. Goryl rozsiadł się wygodnie i westchnął, czując, jak uchodzi z niego napięcie. Wychowaliśmy ją na wolną od grzechu – zakpił, robiąc do lusterka głupawe miny. Rodzicie są zawsze tacy durni i ślepi… Spojrzał na dom, w oknie którego stała posągowa postać pani Lemnor. Wzgardliwie wydał wargi i wcisnął gaz do dechy. Stara dewota… Czerwone światła policyjnego wozu niknęły gdzieś w oddali. Goryl nie miał pojęcia, że odprowadza go nie dwoje, ale czworo oczu. Pośród otulającej samotny dom ciszy słychać było głęboki, basowy warkot. * Cat była piękną, seksowną Filipinką o zmysłowych kształtach. Fale kruczej czerni otaczały jej buzię puszystymi zakolami uwodzicielskich włosów. Nie była wysoka, ale buty na stalowej długiej szpilce rekompensowały te braki, a co więcej dodawały do jej wizerunku taką dawkę erotyki, że niejeden mężczyzna czuł się przy niej jak przysłowiowa beczka prochu. Do tego te oczy… zielone, szkliste, pociągłe i pełne dzikiej energii, jakby oczy drapieżnego kota. Mało kto przejmował się tym, że na co dzień kroiła dziesiątki ludzi i obcowała ze śmiercią więcej niż sami mordercy czy policjanci. Jako szefowa biura koronera na Bronxie była ze śmiercią za pan brat, ale w obejściu była ujmująca, prowokująca i wręcz diabelnie seksowna, a to gubiło wielu ludzi. Gubiło mężczyzn. Niejeden śnił o niej po nocach, jednak nie było takiego, który mógłby otwarcie powiedzieć, że kiedyś ją miał. W osobie Catherine Sharlize Vellentro kryło się wiele niespodzianek i Aaron Steels o tym wiedział. Kiedy wszedł do prosektorium, Cat siedziała przy biurku, szperając nerwowo w zapiskach. – Miło pana widzieć, poruczniku. – Spojrzała kusząco spod opuszczonych okularów. Jej wzrok świdrował mu głowę, ale nie byłoby tak źle, gdyby do nozdrzy nie zakradł się zapach. Jej zapach. Wraz z nim głęboko w sercu Aarona Steelsa zrodziło się pożądanie. – Ciebie też. – Z trudem odwrócił wzrok. – Masz podobno coś dla mnie. – Podszedł do

Paweł Rejdak


stołu, gdzie leżała denatka. Mało kto by ją teraz rozpoznał. Wypatroszona jak tusza po uboju. Sinoszara od lodówek i cuchnąca oparami formaliny. – Strasznie tu śmierdzi. – Wiem – odrzekła, idąc w kierunku porucznika. – To dla twojej ochrony, Steels. – Mojej? Przed kim? – Przede mną – stanęła bardzo blisko niego. Steelsa znów uderzył jej zapach. Niewiarygodnie silny, nieludzki, wręcz zwierzęcy… Woń odwiecznych praw natury, która krzyczała mu w głowie jednym słowem – kobieta… Nie… nie kobieta… Samica! Spod białego chirurgicznego kitla błysnął czernią skórzany gorset. Tego było za wiele. Steels potrząsnął głową i odskoczył jak oparzony. – Muszę wyjść na powietrze – syknął, niedowierzając swojej słabości. – Albo nie – zmienił zdanie i wczepił się w jej usta. Cat całowała przecudnie. Steels jednak wiedział, że nic z tego nie będzie. Catherine była przepiękna i niejeden pragnął jej bardziej niż powietrza, ale było też w niej coś takiego, co na przekór wszystkim napawało mężczyznę strachem i wymuszało dystans. Steels nie wiedział co to, ale czuł. Umysł fantazjował, wariował, gdy języki splatały się ze sobą w uwodzicielskim, wilgotnym tańcu. Porucznik był napięty, naprężony jak gotowa zaraz pęknąć struna, ale o dziwo obok podniecenia czuł przed tą kobietą paniczny strach. To właśnie strach sprawiał, że w spodniach Aaron Steels pozostał trupem. Po chwili odstąpił od niej, bełkocząc jakieś niezrozumiałe przeprosiny. Przetarł dłonią zroszone czoło i drżącym krokiem począł przemierzać pomieszczenie. – Proponuję zacząć od nowa i nie mówmy już o tym więcej – rzuciła pani patolog, poprawiając ubranie. Przez chwilę Steels chodził nerwowo wokoło, wbijając wzrok to w sufit, to w podłogę. – To co masz dla mnie? – zagadnął po chwili niezręcznej ciszy. Cat usiadła przy biurku, długie zgrabne palce zastukały w klawiaturę. Komputer przywołał

Pasja (fragment)

elektroniczną kartotekę denatki. – Zbadałam zwłoki, dość dokładnie, i chyba już wszystko mam. – Czy czegoś brakuje? Jak przy tamtych dwóch? – Tak. Tym razem sprawca usunął ofierze żołądek i to tak jak poprzednio – z chirurgiczną precyzją. Dokładnie na linii odźwiernika, pozostawiając dwunastnicę i jelita nienaruszone. – Taaak – Steels szepnął przeciągle jakby sam do siebie. Po chwili odwrócił się i wyjął z wewnętrznej kieszeni niewielką figurkę przedstawiającą łeb szakala. – Co to? – spytała z zaciekawieniem Cat. – A nic. – Podrzucił figurkę parę razy w dłoni i zaczął spacerować, zamykając oczy. – Znaleźliście to w jej ustach? – Tak, jak i tamte. Tym razem żałuj, że cię nie było. Stanton odwalił taką lekcję z historii, że dzieci z podstawówki posikałby się po nogach. To podobno jest – wyciągnął w jej stronę dłoń z figurką – Szaron. Strażnik umarłych. Albo jego pies – Anubis, bo stary miał podobno psa. – O kurde, żartujesz! – Mimo napięcia, jakie grało jej pod skórą, Cat zmusiła się do wybuchu śmiechu. Steels skrzywił się kwaśno i rzucił jej figurkę. Cat jednak zdążyła już odwrócić głowę. Porucznik odruchowo się skulił, widząc oczami wyobraźni, jak cenny dowód rozbija się na podłodze w drobny mak. Już miał coś krzyknąć, już otwierał usta, a wtedy Cat złapała ją z zadziwiającą lekkością. Jedną ręką, bez odwracania głowy. Twarz Aarona Steelsa skamieniała z wrażenia. – To nie Szaron, ale całkiem możliwe, że Anubis – powiedziała, przyglądając się figurce. – Macie coś jeszcze? – Nie i raczej, tak jak poprzednio, nie będziemy mieć. Chyba czas na wizytę u historyków, a może nawet archeologów. – Aha – przytaknęła. – Wracając co niej. – Wskazał podbródkiem na ciało. – Ślady przemocy, walki, tortur, seksualnej penetracji? – Cat zaprzeczyła ruchem głowy. – To co w takim razie? – rzucił. – Nic. Tak jak wtedy. We krwi nie miała na-

53


wet grama nikotyny czy marihuany, a co dopiero czegoś mocniejszego. Tuż przed śmiercią jadła. Dużo i bardzo szybko. Znalazłam ślady słabo rozdrobnionego pokarmu w przełyku. Musiała mało jadać w ogóle, bo błona śluzowa wpustu i dwunastnicy nie wygląda zdrowo. Ma kilkanaście nadżerek i sporo plam zapalnych, a na dodatek skurczony woreczek żółciowy nie zdążył się rozprężyć po wchłonięciu wielkich kęsów hamburgera. Możliwe, że zabito ją podczas posiłku i usunięto żołądek z treścią. Toteż uważam, że umarła około godziny 22:45, może 23.00. Trudno to określić. Wieczory są naprawdę chłodne, a ona była ubrana bardziej niż skąpo. Zjeść musiała dosłownie tuż przed zgonem. Dokonać jednak tak precyzyjnej sekcji, i to w terenie… – Ostatnia wieczerza…? – Heretyk – syknęła. – Prowokująca papistka. – Wyszczerzył zęby. Steels ruszył w stronę wyjścia i nim zniknął za rogiem, pomachał Cat, nie odwracając głowy. – Powodzenia, poruczniku – powiedziała przeciągle. – Dzięki, bo już czuję, że będę go potrzebował. – Do jej uszu dobiegł głos z ciemnego korytarza. Echo kroków zamilkło. Drzwi prowadzące na zewnątrz wpuściły nieco światła, po czym głośno trzasnęły. Wyszedł. Cat uśmiechnęła się, zadziornie prześlizgując językiem po nieco zbyt ostrych i zbyt długich kłach. Jej wzrok spoczął na denatce. – Byłaś taka piękna – rzuciła patomorfolog. Jej ciemnoskóra dłoń musnęła blady, zlodowaciały policzek. – Wybacz mi… Usta Cat dotknęły sinych warg denatki. * Był słoneczny, jesienny poranek. Ośmiocylindrowy crown victoria pędził po Harlem River Drive. Steels żuł gumę antynikotynową i co jakiś czas zaciągał się papierosem. Jego partner za to siedział rozparty w fotelu pasażera jak król i raczył się chipsami z czosnkiem i cebulą. Powietrze wpadało ze świstem przez otwarte okno po stronie pasażera, rozwiewając Santonowi lekko mokre włosy. – To październikowe słońce, Dominic,

54

zaziębisz się. – Ty prędzej umrzesz na raka. Kto to widział, żeby żreć te gumy i jednocześnie palić. – To mi pomaga. Już prawie rzuciłem. – Rzuć się pod pociąg, a jeśli jakimś cudem Bóg będzie chciał odesłać cię z powrotem, poproś go o nowy mózg. Steels wybuchnął śmiechem. – Widzę, że skory jesteś do żartów, kolego. – Daj mi spokój. – Zrobił dziwny gest rękami i skrzyżował je na piersi. – Wysłałeś mnie do najcięższej roboty świata. – Nie grzesz. Gdy ty przyjemnie jechałeś sobie autostradą i zadawałeś parę rutynowych pytań starszej pani, ja ciężko pracowałem. – Nie wkurwiaj mnie, Steels. – Sierżant obrócił twarz do okna i zaczął wpatrywać się rzekę, której dużo bliżej było do miana ścieku niż tej pompatycznej nazwy, jaką jej nadano. – Nie poczęstowała cię niczym słodkim? To zbrodnia! – Zarechotał. Stanton przeszył go wściekłym spojrzeniem i syknął coś przez zaciśnięte zęby. – Nie dąsaj się, tylko mów, co tam się działo, może nam to pomoże. – Pomoże, akurat. Stara kretynka. Ty nie masz pojęcia, przez co ja przeszedłem. Co chwila tylko „O nie, panie sierżancie, PAN-JEJNIE-ZNAŁ”. Szkoda, że nie liczyłem, ile razy, na pewno zabrakłoby mi baterii w kalkulatorze. Mam wrażenie, że im ktoś starszy, tym głupszy. Aaron Steels chichotał pod nosem, widząc, jak jego partner naśladuje mimikę i gesty jego niedawnej gospodyni. – Powinieneś zostać aktorem, marnujesz się w policji. Mówię ci. – Pocałuj mnie w dupę. Stara dewota jest tak przekonana o świętości i czystości swojej ukochanej córuni, jak ty o swojej terapii antynikotynowej. A tu taki wał! Śliczna Trish Lemnor sprzedawała się yuppies i bogaczom z Manhattanu za kupę kasiory. Nie dziwi mnie fakt, że miała same koleżanki – kurwy. Takie śmiecie społeczne zawsze trzymają się razem. Pewnie znajome po fachu. Nie dziwi mnie też to, że nie miała faceta. Ciekawe, który idiota by się na coś takiego zgodził.

Paweł Rejdak


– Są tacy, uwierz mi. – Nawet mi nie mów, chłopie, obraz tej starej mam wciąż przed oczami, jak można być tak ślepym, naprawdę. Durna baba. – To się nazywa rodzicielska miłość. – Albo głupota. Nazywaj to jak chcesz. Ja jestem pewny, że przy takim trybie życia to nie miała chłopa na stałe, chyba że… – Hmm? – Cicho! Próbuję zebrać myśli. Ty, a może ona miała chłopa, tylko się kryła. Tamten się dowiedział i ją zarżnął. – Tak jak pozostałych dwóch mężczyzn? – zakpił Steels. – To też były jego dziewczyny? – Nie wiem, kurde, może upozorował. Wiesz co, w dupę sobie wsadź te pytania, Steels, i niech ci wyjdą nosem. Stanton znów zaplótł ręce na piersiach i odwrócił się do okna. – Masz w sobie iskrę do tej roboty, Dominic – rzekł Aaron, wymijając jakiegoś zardzewiałego vana, który strasznie się wlókł. – Ale brak ci silnej woli. Szybko się zniechęcasz. Jednak nie jest aż tak źle, bo masz też coś, co pomoże ci rozwiązać w zasadzie każdą zagadkę trafiającą w ręce naszego wydziału i to bez zbędnego wysiłku. – Tak, a co to takiego? – To ja! – Steels uśmiechnął się szeroko, a po chwili obaj wybuchli radosnym śmiechem. Policyjny „Interceptor” skręcił w Melrose Avenue, gdy obaj detektywi usłyszeli głos dyspozytorki. – Siedemset czternaście do bazy. Poruczniku Steels? – Z radia wydobyło się kilka trzasków. – Tu siedemset czternaście – Dominic przysunął „gruchę” do ust. – Patrol sierżanta Wolseya odnalazł bordowego camaro, którego szukaliście. Aaronowi aż zapaliły się oczy. – Gdzie to jest? – spytał do mikrofonu Stanton. – Na rogu Bridge i Ludlow. – Trochę daleko… – szepnął pod nosem Aaron, ale po chwili kiwnął Dominikowi głową. – Już tam jedziemy. – Sierżant uśmiechnął się

Pasja (fragment)

pod nosem, odwieszając radio. – Co się tak cieszysz? – zapytał po chwili porucznik, gdy auto skręciło na północ. – Lubię, kiedy samo coś się znajduje. Poza tym – dodał po chwili – mamy coraz mniej tropów do sprawdzenia, a ja, jak to nazwałeś, nie lubię się przemęczać. Poza tym nie muszę, mam przecież ciebie. Prawda? – zapytał, głupawo ruszając brwiami. Z radia popłynęła przyjemna muzyka i po chwili w głośnikach zabrzmiał uroczy głos Briana Ferry’ego. Aaron szybko podłapał nuty lat osiemdziesiątych i podkręcił potencjometr. Dominic skrzywił się z dezaprobatą. – Widzę, że kompletnie nie znasz się na muzyce. – Wybacz, tato – odrzekł szyderczo Stanton, dmuchając z pogardą przez nos. – Jezu, ale korki, dojedziemy tam jutro – rzucił Steels, gdy skręcili w kolejną ulicę. – Włącz „wyjce” i daj po garach, bo nas tu starość zastanie, i jedź Osiemdziesiątą siódmą. Tam nie powinno być korków. Steels włączył syreny i wcisnął pedał gazu.

Paweł „DarkAraghel“ Rejdak Prozaik tworzący głównie w nurcie fantasy. Laureat wielu prestiżowych, ogólnopolskich nagród literackich m.in. Nagrody Specjalnej Ministra Kultury (2011), Świętokrzyskiej Nagrody Kultury (2011). Zdobywca I miejsca na Literackiej Olimpiadzie QFant (2010). Debiutował na rynku w 2009 r. zbiorem opowiadań pt. „Oko Węża Opowieści z Borgaanu t. I”. Książka spotkała się z szerokim przyjęciem i aprobatą czytelników, nie tylko gustujących w fantasy, co zaowocowało całkowitym wyczerpaniem kilkutysięcznego nakładu. Paweł Rejdak w swoich utworach ceniony jest przede wszystkim za doskonale zbudowane intrygi, barwne i bogate słownictwo oraz zaskakująco prowadzoną narrację i dynamikę utworu.

55


Paweł Kaleta

Po drugiej stronie ilustracja: Konstanty Wolny Sypialnia człowieka zazwyczaj odzwierciedla ogólny charakter osoby, do której należy, tak było i w tym wypadku. Drobinki kurzu na podłodze, ciuchy rzucone na oparcie skórzanego, zadbanego fotela, który zupełnie nie pasował do obdartego, z mniejszymi i większymi ubytkami w okleinie meblowej, biurka. Lustro w antycznej, greckiej ramie stojące w kącie. Niegdyś idealna, śnieżna biel ścian sczerniała wskutek upływu tych ośmiu lat – skoro tak długo palił, to z powodu lat, a nie papierosów. To nie jego wina, lecz czasu – ślepo sobie to wmawiał, co zmniejszało zapał do pracy. Pedantem nie jest, więc bałagan nie ma znaczenia, co najwyżej dla znajomych lub nowych dziewczyn. Promienie słońca przebijały się przez okna, oświetlając twarze Patryka i nowej kochanki, Alicji. Do tego ciszę rozpraszał dźwięk biegającego w kołowrotku chomika, Tytana. Dzień zapowiadał się ładnie, przynajmniej na pozór, a pozory – tu, na południu – często mylą. – Cześć, kochanie – przywitała chłopaka, po czym dała mu całusa. – Która godzina? – zapytał sennym głosem. – Dochodzi siódma. Przejdziesz się do sklepu po bułki i jajka? – Głaskała delikatnie rękę Patryka. – Jasne, daj mi tylko pięć minut. – Dobra, to przez ten czas wezmę prysznic. Poleżał jeszcze parę sekund, po czym ubrał się i wyszedł do sklepu. W czasie tak krótkiej chwili od pobudki szarawe chmury przysłoniły słońce. Do marketu nie dotarła – do tej pory – dostawa świeżego pieczywa, musiał więc wziąć wczorajsze. Niebo przybrało jeszcze ciemniejszy

56

odcień. Ostatnie metry przebiegł, rozwalając o siebie setki kropel deszczu. Wbiegł do mieszkania, zostawił reklamówkę z zakupami na stoliku i zmienił zmoczone ubranie na białą koszulkę i ciemne jeansy. – Prysznic? Chyba kąpiel – rzekł do siebie, patrząc na zapalone światło w łazience. Postanowił sam zrobić śniadanie, skoro nie miał nic lepszego do roboty. Przed tak trudnym zadaniem, jakim jest zrobienie jajecznicy, lepiej zapalić. Usiadł na fotelu, otworzył szufladę, z której wyjął paczkę szlugów. Wyciągnął jeden z dwóch pozostałych i odpalił. Obłok dymu rozchodził się po całym pomieszczeniu, a w prymitywnej popielniczce, zrobionej ze spodeczka, pojawiało się coraz więcej popiołu. Żar dochodził do filtra. Dogasił peta. W drodze do kuchni wziął zakupy z przedpokoju. Śniadanie wyszło, jak na jego zdolności kulinarne, naprawdę znakomicie. Rozłożył jajecznicę na dwa talerze, do każdego dając pół bułki posmarowanej masłem. Alicja jeszcze nie skończyła. Ach, te kobiety, pomyślał i zdecydował, że ją pośpieszy. – Długo jeszcze, kochanie? – skierował pytanie w stronę drzwi. Odpowiedziała cisza. Prysznic dalej włączony, ale – jak sobie przypomniał – był też włączony przed wyjściem jakieś pół godziny temu. To nie jest normalne. – Słuchaj, wchodzę. Nacisnął na klamkę. Drzwi powoli się otwierały, tak wolno, że Dawid nadał im nieco pędu, lekko je popychając. Kremowe kafelki, którymi obłożona była ściana, nadawały łazience klimatu, trudno stwierdzić jakiego. Kabina prysznicowa była uchylona, a z niej wystawała ręka

Paweł Kaleta


partnerki. Podbiegł, rozchylając drzwiczki jeszcze bardziej. W brodziku leżała martwa kobieta. Woda lecąca z góry spadała i spływała po ramionach, plecach, brzuchu i piersiach dziewczyny, zaś jej rude włosy delikatnie unosiły się na cienkiej warstwie wody. Doznał szoku. Mały gryzoń, Tytan, robił sobie ucztę z gardła Alicji. Mężczyzna starał się go pochwycić, aby wrzucić z powrotem do klatki, ale gdy wyciągnął ku niemu trzęsącą się rękę, ten zahaczył łapczywie zębami o jego palec wskazujący i za cholerę nie chciał puścić. Dawid wykonał potężny zamach i z impetem rzucił zwierzakiem o lustro. Nie był w stanie tego przeżyć, stwierdził, patrząc na rozbite szkło. Ciało chomika spadło do umywalki, a małe strumienie krwi spływały do syfonu. Procesy myślowe doprowadzały go powoli do szału, podjął decyzję, że nie może zadzwonić na policję i oskarżyć gryzonia o zabójstwo. To byłoby głupie. Zadał sobie pytanie: Co teraz? Fajka, trzeba zapalić. Ruszył szybko po ostatnią. Klatka postawiona na stoliku w sypialni została pusta, bez życia. Usiadł i odpalił papierosa.

Po drugiej stronie

Po ściągnięciu dwóch buchów z trocin Tytan wystawił łeb. Dawid dopalił spokojnie fajkę, przyglądając się zwierzątku. Wrócił do łazienki, aby upewnić się, czy to, co widział wcześniej, to prawda czy fikcja. Nic się nie zmieniło, nadal dwa trupy. Teraz ma zwidy? Wrócił do pokoju. Chomik radośnie i energicznie biegał w kołowrotku. Mężczyzna stanął przed imitacją starogreckiego lustra, aby spojrzeć na swoje oblicze. Oczy przekrwione, na twarzy widać zmęczenie, zaś na prawym policzku krew, pewnie po przetarciu palcem, który ucierpiał w walce z Tytanem. À propos gryzonia... nie było go w odbiciu. Odwrócił się. Chomik dalej biegał. Wgapiał się w lustro, nie było tam również śladu po ugryzieniu. Poprawił źle ułożone czarne włosy. Przetarł otwartą dłonią ślady krwi, trudno jest ją zmazać, lecz w znacznym stopniu się udało. Cała sytuacja spowodowała, że na jego twarzy pojawił się przelotny uśmiech. W zwierciadle ten grymas nie znikał. Przymknął na chwilę powieki z nadzieją, że złudy znikną. Wraz z otwarciem oczu poczuł ból przeszywający klatkę piersiową.

57


Obraz odbijany przez lustro pokazywał dłoń trzymającą wbity w ciało nóż. Biała koszulka zmieniała powoli barwę na intensywny szkarłat. Ręka powoli się cofała. Ofiara pogrążała się we wzmagającej się czerni. Odbicie mężczyzny przeszło przez szklaną barierę zwierciadła. Ruszyło pewnie, jakby doskonale znało plan kwatery, do łazienki. Wzięło nieżywego chomika i wróciło z powrotem do siebie, zostawiając za sobą martwe ciała. Słońce nacierało przez okna, oświetlając wszystkie ściany lokum. Drzwi mieszkania otworzyły się, a do domu weszła piękna, rudowłosa kobieta z gazetą w ręku. – Cześć, kochanie – powitała siedzącego na fotelu mężczyznę. – Niezła wpadka, czytałeś? – Dzień dobry, Ajcilo – powitał kobietę. – Raczej nie, a co dokładnie miałem czytać? – Zgadnij, co się ostatnio, do cholery, wydarzyło. Czekaj, podpowiem Ci, że miało to miejsce wczoraj. – A! – A!? – powtórzyła z zapytaniem. – Lepiej poczytaj. – Rzuciła gazetę na biurko. Diwad wziął gazetę do ręki i zabrał się za czytanie artykułu na głównej stronie. Tekst prasowy, z nagłówkiem Eksperyment na skraju zagrożenia, traktował o kolejnej wpadce w tym roku, która dotyczyła ogólnoświatowego projektu o nazwie „Po drugiej stronie”. Miał on na celu obserwację swoich karykatur w celi, jaką była stworzona przez naukowców atrapa świata, tudzież planeta o nazwie Ziemia. Jedno zwierzę z prawdziwego świata przedarło się do naukowej klatki, gdzie zabiło jednego eksperymentalnego humanoida. Dalsze wydarzenia wywołały niepotrzebną lawinę następstw, co sprawiło, że kolejny eksperyment wymknął się spod kontroli i zabił niewinnego zwierzaka. Problemy wywołane przez krwiożerczego humanoida wymagały szybkich działań. Bohaterski, jak napisane jest w gazecie, właściciel przedmiotu

58

badań zachował zimną krew i, poświęcając wyniki eksperymentu, uśmiercił go. Z tekstu wynika, że w najbliższych dniach zostanie zwołana narada, której celem będzie zdecydowanie, co dalej z „ Po drugiej stronie”. – Hm, „bohaterski” – przeczytał pod nosem. – Ta – przytaknęła ironicznie – nie mogłeś zamknąć dobrze Natyta? – Mój błąd, ale nie jest tak źle. Sama nie chciałaś być zmuszana do obserwacji badania. Nie podobało ci się prowadzenie dziennika czynności wykonywanych przez eksperyment ani ich imiona, które ciężko było wymówić. – Fakt, ale imiona są odwrotnością naszych, co ułatwia wyszukiwanie w bazie, zresztą jak zamkną projekt, to myślisz, że gdzie będę pracować? – Zawsze się coś znajdzie, szczególnie dla takiego mądrego naukowca jak ty, skarbie. – Dziękuję, ale to nie będzie łatwe. – Usiadła mu na kolanach. – Muszę coś wyznać. – Co? – zapytał z zaciekawieniem. – Nie bierz tego do siebie – szepnęła mu do ucha i wbiła nóż w jego serce. – Rozkaz agencji, spieprzyłeś sprawę, niestety.

Paweł Kaleta Ur. 22 czerwca 1993 r. w Sosnowcu, gdzie mieszka. Aktualnie uczeń na kierunku informatyki w lokalnym technikum. Uwielbia zapach papieru i tuszu. Pasjonat nowych technologii, głównie z działu IT. Pragnie rozwijać swoje umiejętności pisarskie. Jego marzeniem jest wydać własną powieść. Od czasu do czasu lubi pograć w gry komputerowe lub obejrzeć ciekawy film. Chętny do zdobywania nowych doświadczeń.

Paweł Kaleta


Andrzej Biedroń

Stworzony, a nie zrodzony ilustracja: Krzysztof Trzaska To ja go stworzyłem. Jam jego Pan i Władca. Zdzisław Jabolski, człowiek swoich czasów, jest moją marionetką, postacią z którą mogę zrobić, co zechcę. Nie ma wyboru, nie ma nadziei. Będąc jedynie trybikiem w swoim świecie, nie ma wpływu na przeznaczenie. Na tle innych wymyślonych przeze mnie postaci wypada niezwykle chwiejnie, przecząc sobie samemu w większości sytuacji, jakie go spotykają. Sadystyczny obrońca prawości, okrutny ratownik wszelkiego dobra, przygłupi mędrzec. Takim go wymyśliłem, takie miał mieć cechy. Niech to szlag… I tyle. Jedna postać nie mogła stanowić jakości całego uniwersum. Wyobraźni starczyło mi jedynie na wymyślenie głównego bohatera, reszta świata była w powijakach. Wszelcy przestępcy, z którymi przyszłoby walczyć Zdzichowi, mieli wyłącznie imiona, nic więcej. Jedyny wyjątek z tej niechlubnej rzeszy nazwisk miał stanowić Buczer – nożownik, od lat skutecznie wymykający się Jabolskiemu z wszystkich zastawionych pułapek. Ale to tylko wyjątek. Stałem na werandzie swojego domu, opierając się o drewnianą balustradę. Przede mną roztaczał się przepiękny zachód Słońca. Myślałem o świecie Zdzicha. Co musiałby czuć, żyjąc w miejscu, gdzie zło i okrucieństwo bijące z ludzkich serc były w stanie ukryć nawet tak potężną rzecz jak Słońce? Żyjąc w ciągłym mroku i beznadziei, bez szans na lepsze jutro. – Co robisz? – zaszczebiotała mi nad uchem Monika. Monika. Mój Anioł, moja Miłość, mój Świat. Ostatnia osoba, dla której wciąż coś znaczyłem, przy której mogłem być sobą, bez względu na

60

konsekwencje. Gdy poznała mój problem, nie odrzuciła mnie. Wręcz przeciwnie, pomogła mi znaleźć pomoc, gdy sam nie byłem w stanie tego zrobić. Wyrwała mnie ze świata urojeń, ochroniła przed samym sobą. Czy wspominałem, że była Aniołem? – Nie… nic ważnego – mruknąłem niechętnie. – Myślałem trochę o… Na jej twarzy zawitał troskliwy uśmiech. – Znowu przejmujesz się Zdzichem i jego światem? – Położyła dłoń na moim policzku. – Może przestałbyś się wreszcie tak tym zadręczać? To tylko twoja wyobraźnia, nie istnieje ktoś taki jak Zdzisław Jabolski, Młody, Anowi czy nawet Buczer. – Spojrzała mi głęboko w oczy. – Ale mam pomysł, jak temu zaradzić. Pocałowała mnie w usta. Jej delikatny pocałunek wydał mi się idealnym lekarstwem na wszystkie natrętne myśli. Pal licho Zdzicha, pal licho jego świat! Miałem teraz własne uniwersum, z najwspanialszą dziewczyną u mojego boku. Wziąłem ją na ręce. Piszczała z zachwytu, gdy niosłem ją do sypialni. Delikatnie położyłem na łóżku, zasypując jej szyję pocałunkami. Jęknęła stłumionym głosem. – O nie, kochany. – Bez najmniejszego trudu wywinęła się z moich objęć. – Tym razem to ja będę na górze – mruknęła zachęcającym tonem. Cóż mogłem zrobić? Posłusznie położyłem się na plecach, oddając jej inicjatywę. Będąc już na górze, nachyliła się w moją stronę. Wtuliłem twarz w jej włosy, chłonąc ich upojny zapach. – Kocham cię – szepnęła. – I ja ciebie. – Ucałowałem jej ciepłe usta. Nagle rozległ się potężny huk. Brzdęknęła

Andrzej Biedroń


tłuczona szyba. Razem z Moniką instynktownie zerwaliśmy się z łóżka. – Kazik! – pisnęła, wystraszona. – Co to było? – Nie bój się kochanie, zaraz to sprawdzę. To na pewno nic groźnego – uspokajałem ją. Mówiłem jej, by się nie bała, choć sam byłem przerażony. Mieszkaliśmy na odludziu, więc to nie mógł być przypadek. Skrzypienie otwieranych drzwi rozwiało wszelkie moje wątpliwości. Ktoś się włamywał do naszego domu! Ostrożnie, nie chcąc narobić hałasu, otworzyłem szufladę biurka. Sięgnąłem po stary, jeszcze przedwojenny rewolwer dziadka. Nie miałem pojęcia, czy zadziała, lecz byłem pewien, że sam jego widok skutecznie odstraszy napastnika. O ile nie okazałby się uzbrojony. – Zostań tu i zadzwoń na policję – poleciłem Monice. W milczeniu kiwnęła głową na znak, że rozumie, po czym sięgnęła po telefon. Musiałem teraz już tylko powstrzymać złodzieja. Powoli wyszedłem na korytarz, zmierzając w stronę drzwi wejściowych. Serce jak szalone pompowało krew, nawet w uszach słyszałem jego nerwowy rytm. Chwyciłem mocniej broń. Jeszcze tego by brakowało, by podczas konfrontacji z napastnikiem wypadła mi z ręki! Zatrzymałem się na rogu korytarza. Poczułem uderzenie gorąca. Za sekundę miałem stanąć oko w oko ze sprawcą włamania. Ale spokojnie, policja już nadjeżdżała. Musiałem dać im trochę czasu. Teraz albo nigdy! – Stój, bo kurwa strzelam! – Wypadłem na korytarz, celując w stronę drzwi. Nerwowo zerknąłem w ich stronę, spodziewając się dostrzec nieznaną mi sylwetkę. Nikogo nie zauważyłem. Na podłodze leżały odłamki szkła, drzwi były tylko lekko uchylone. Gdzie był ten złodziej? Podszedłem bliżej, uważnie rozglądając się wokół. Może sprawca uciekł, może jakimś cudem nas dosłyszał? No tak, pewnie był kolejnym gówniarzem okradającym puste domy, zwiewającym w razie wpadki. Na pewno… Rozległ się wysoki, kobiecy pisk. – Kazik! Ratuj! Monika! Pobiegłem szybko w stronę sypialni. Teraz

Stworzony, a nie zrodzony

stary rewolwer był już bezużyteczny, właśnie odpadła szansa na udane zastraszenie. Skoro sprawca miał czelność atakować domownika, musiał być uzbrojony. Stanąwszy w progu, dostrzegłem leżącą na łóżku nieprzytomną dziewczynę. – Gdzie jesteś, kurewski draniu?! Pokaż się! – ryknąłem ile sił w płucach. – Tutaj, wedle rozkazu – zabrzmiało za moimi plecami. Nie zdążyłem się nawet obrócić. Usłyszałem świst powietrza i poczułem, jak w moją głowę uderza ciężki przedmiot. Zamroczony, osunąłem się na podłogę. Traciłem przytomność. – Niech cię szlag, suczy synu… *** Z trudem otworzyłem oczy. Musiało trochę potrwać, by wzrok wyostrzył się na tyle, abym był w stanie zauważyć, co się stało. Na kostkach i przegubach poczułem zaciśnięte obręcze kajdanek. Co to, do cholery, miało być? Rozejrzałem się po pokoju na tyle, na ile umożliwiło mi unieruchomione ciało. Znajdowałem się w sypialni, przykuty do łóżka. Co ten potwór zrobił z Moniką? – Moniko! Gdzie jesteś? – krzyknąłem niewyraźnie. Po uderzeniu wciąż niewyobrażalnie bolała mnie głowa, w obecnej chwili nie byłem w stanie nic więcej zrobić. – Wreszcie się obudziłeś. – Usłyszałem przytłumiony głos. Niespodziewanie obok mnie pojawił się nieznany mężczyzna. Ubrany w czarną bluzę i dżinsowe spodnie, na głowę miał nałożoną kominiarkę. – Skurwielu… – wydyszałem. – Co zrobiłeś z Moniką? – Z tą twoją panną? – Udawał, że nie rozumie. – Jest w sąsiednim pokoju. Czekałem z zabawą, aż się ockniesz. – Jaką zabawą? Co chcesz jej zrobić, potworze?! – Próbowałem zerwać się z łóżka. Poczułem jedynie ból w uwięzionych stawach. Szlag, gdyby nie te kajdanki! – Zaraz wszystko dokładnie usłyszysz,

61


nieszczęśniku. – Powoli wyszedł z pokoju. Zastukały podkute żelazem buty. Czekałem w napięciu na dalszy rozwój wypadków. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo, nie wiedziałem, co przestępca planował zrobić. Ciszę przerwał odgłos wymierzanego policzka. Usłyszałem stęknięcie Moniki. Musiałem coś zrobić! Ponownie szarpnąłem kajdanki, lecz metal nie puszczał. – Zostaw ją! – wykrzyknąłem z trudem. – Weź sobie mnie zamiast niej! – Spokojnie, spokojnie. Tobą zajmę się zaraz po niej. – Świsnęło powietrze, a do moich uszu dobiegł krzyk bólu. – Aaaaa… Potworze… Zostaw mnie. Tak bardzo boli… ‒ Monika zaczęła płakać. – Aj, aj. Ciąłem bardzo ostrożnie. Przecież chyba nie uszkodziłem ci otrzewnej… Nie, nic takiego nie widzę. Heh, więc jedziemy dalej! – zawołał radosnym tonem. Krzyk Moniki ponownie wypełnił mi uszy. Każdy zadany jej cios był ciosem prosto w moje serce. Z każdym cięciem z nas obydwojga ulatywało życie. Dlaczego nie mogłem nic zrobić, dlaczego było to poza moim zasięgiem? Zamknąłem oczy, próbując modlić się o ratunek. I co z tego, że byłem wierzący, jeśli podczas sytuacji takich jak ta nie mogłem liczyć na boże miłosierdzie? Mijały minuty, a krzyk Moniki zaczynał stopniowo słabnąć. Co sekundę zbliżała się tam, gdzie z czasem miałem do niej dołączyć. Stało się jasne, że nie było dla niej nadziei. Szykując się na najgorsze, zacząłem się modlić o jej jak najszybszą śmierć. Chociaż tyle mogłem dla niej zrobić. Zakręciło mi się w głowie i straciłem przytomność. Chociaż tyle mogłem zrobić dla siebie… *** Obudziła mnie jakaś podejrzana ciecz spływająca po twarzy. Ostrożnie wysunąłem język, chcąc poznać jej smak. Tak bardzo byłem spragniony… Żelazisty, charakterystyczny smak wypełnił mi usta. Z pewnością nie była to woda. Nagle dostrzegłem stojącego nade mną oprawcę w kominiarce. Spróbowałem krzyknąć,

62

lecz gość szybko uciszył mnie dłonią. – Uspokój się – syknął. – Nie lubię, jak ofiara krzyczy zanim zacznę. A i tak krzyk nie poprawi twojej beznadziejnej sytuacji. – Zabrał rękę z moich ust. – Kim jesteś? – spytałem. – Jak się nazywasz, skurwielu! – Nie powinienem ci mówić, ale skoro i tak zaraz umrzesz… – Udał, że się waha. – Możesz mi mówić Buczer. Sam nie wiem, co mnie tak w jego ostatnim zdaniu przeraziło. To, że wymyślona przeze mnie postać istnieje? Że była w stanie skrzywdzić najbliższą mi osobę? Przecież to było zbyt szalone, by mogło trzymać się kupy. – I jak? Pomogła ci ta informacja? – Buczer wziął ze stolika zakrwawiony nóż. Wbiłem w niego zdezorientowane spojrzenie. – Tak, tym właśnie zabiłem twoją dziewczynę. – Z rozanielonym wyrazem twarzy oblizał ostrze. – Prawda, że ma naprawdę pyszną krew? Przed chwilą i ty mogłeś się o tym przekonać. Nie potrafiłem powstrzymać wymiotów. Obróciłem głowę na bok i zacząłem charczeć. Musiałem to z siebie wyrzucić, Boże, musiałem! Jak mogłem to zrobić… Jak ON mógł to zrobić? Czegoś takiego nawet ja nie byłem w stanie wymyślić. Picie ludzkiej krwi – oby sczeznął w piekle! Minęło kilka chwil, nim udało mi się pozbyć całej treści żołądka. Oprawca wydawał się ze stoickim spokojem obserwować moje działania. Naprawdę nie robiło to na nim żadnego wrażenia? – Dlaczego… – jęknąłem. – Dlaczego nam to zrobiłeś? – Dla zabawy. – Wzruszył ramionami. – Czy mógłbym mieć w tym jakiś cel? Tu chodzi o rozrywkę. A, i jeszcze dlatego – dodał tonem, jakby sobie o czymś przypomniał – że bardzo lubię smak kobiecej krwi. Jest taki delikatny, z jakby różanym posmakiem. – Oblizał wargi. Znów zrobiło mi się niedobrze. Próbowałem zwymiotować, lecz nie miałem czym. Musiałem czymś go zająć, musiałem dać szansę policji… – Przecież to niemożliwe. Ja cię wymyśliłem – zacząłem. – Ty przecież nie istniejesz. Nie

Andrzej Biedroń


możesz istnieć… Buczer zaniósł się gromkim śmiechem. – Dlaczego miałbym nie istnieć? – spytał, ocierając łzę. – Dlatego, że TY tak uważasz? Dlatego, że jesteś przekonany, że tak ma być? No proszę cię… Czy to, że nikt nie widział Boga, ma oznaczać, że nie istnieje? Jestem tak samo rzeczywisty jak ty czy twoja laska. I zaraz ci to udowodnię. Podniósł nóż do góry. Zamknąłem oczy, szykując się na ostateczny cios… Nagle rozległ się przeraźliwy huk. Byłem przekonany, że to drzwi wypadły razem z futryną. Oprawca zatrzymał rękę. Obaj ze wzmożoną uwagą nasłuchiwaliśmy odgłosów z korytarza. – Puk, puk, he he. O kurwa, przecież były otwarte… – dobiegł nas stłumiony głos nieznajomego. To był na pewno policjant! – Ratunku! Pomocy! – krzyczałem. – Cholerny wieprzu. – Włamywacz chwycił jakąś szmatę i wepchnął mi ją do gardła. – Teraz już sobie nie pokrzyczysz. A jak wrócę, nie będę miał już dla ciebie litości. – Lubieżnie oblizał wargi. Stawiając powoli kroki, zaczaił się w pobliżu drzwi. Zacisnął palce na rękojeści noża, szykując się do zaatakowania pierwszej osoby, która weszłaby do pokoju. Miarowy stukot butów policjanta docierał do nas z coraz bliższej odległości. Gdy miałem wrażenie, że lada chwila w drzwiach stanie kolejna nieszczęsna ofiara sadysty – ucichł zupełnie. Przez chwilę wszyscy trwaliśmy w milczeniu. Wtedy niespodziewanie dotarło do mnie, że to była moja szansa! Mimo obecności knebla w ustach, krzyknąłem z całych sił, próbując zwrócić na siebie uwagę policjanta. Gruchnęła pękająca ściana, gdy wyłoniła się z niej potężna, zaciśnięta pięść. Będąc tuż przy szyi Buczera, rozwarła palce, po czym zacisnęła je na jego krtani. Właściciel ręki niemal natychmiast ją cofnął, próbując przeciągnąć nożownika przez powstałą dziurę. Trzasnęły pękające kręgi szyjne, kiedy „przypadkiem” okazało się to niemożliwe. Gliniarz poluzował uchwyt, a martwe ciało przestępcy osunęło się na podłogę.

Stworzony, a nie zrodzony

– Nie no, kurwa, Buczer! – wychrypiał mój wybawca, wchodząc do pokoju. – To po to ścigałem cię przez trzy lata, abyś skonał po jednym uderzeniu? – przemawiał z wyrzutem w stronę zwłok. – Zarób chociaż parę kulek, jak każdy uczciwy zbir. – Wyciągnął z kieszeni płaszcza nietypowy pistolet. Nie znałem się na broni, lecz mimo to nie miałem problemu z domyśleniem się, że była to jakaś przeróbka popularnego desert eagle’a. Powoli wycelował w głowę trupa i dwukrotnie nacisnął spust. Huk wystrzałów wypełnił pokój. Przez moją głowę przemknął potężny ból. Do diabła, dlaczego używał takiej broni w zamkniętym pomieszcze-

63


niu? On sam po kanonadzie schował broń do kabury, po czym zaczął gmerać palcami w uszach. Nie wydawał się zbyt inteligentny. Zaraz… Znałem tę skłonność do przemocy, głupotę i niewiarygodną skuteczność. Przyjrzałem się uważnie sylwetce mojego wybawiciela. Wysoki, potężnie zbudowany, łysy drab w skórzanym płaszczu. W dodatku te czerwone, pozbawione źrenic oczy… Zdzich Jabolski jak żywy! – Nic ci nie jest? – Łysol dopiero teraz zdał sobie sprawę z mojej obecności. Szybko uwolnił mnie z niewoli, posługując się własnym kluczem do kajdanek. Nie mam pojęcia, w jaki sposób mogło to zadziałać. – Nie, nie, wszystko w porządku – wyjąkałem, wyjąwszy z ust knebel. Tak, wszystko było w porządku, z wyjątkiem całej tej tragedii, jaka mnie właśnie spotkała. Biedna Monika… ‒ Zdzichu… czy… czy to ty? – spytałem nieznajomego. – Tak, to ja. Skąd ty właściwie mnie znasz? – Uniósł do góry brew. Cała ta sytuacja zaczynała mnie poważnie martwić. Czy to było normalne, by czyjeś wizje stawały się rzeczywistością? – Jestem twoim bogiem, Zdzichu. – Wziąłem głęboki wdech. – To ja cię stworzyłem. Policjant wybuchnął śmiechem. – Nie no, kurwa, to naprawdę śmieszny żart. – Poklepał mnie po ramieniu. – Gratuluję wyczucia chwili. Właśnie zabili ci pannę, a ty sobie jaja robisz? Takiego oryginała jeszcze nigdy nie spotkałem... – To prawda, Zdzichu. Zaraz ci wszystko wytłumaczę. I wytłumaczyłem. Opowiedziałem mu swoje pomysły, będące historią jego życia. Wymieniłem personalia wszystkich ważnych dla niego ludzi, o nikim nie zapominając. Łysol słuchał w milczeniu, jedynie czasami kiwając głową. Wydawał się wszystko rozumieć, nie podważał żadnej nowo usłyszanej teorii. Może nie był aż tak głupi, jak chciałem, żeby był? – W porządku, a teraz ty posłuchaj uważnie. – Skierował w moją stronę baczne spojrzenie. – Bo, widzisz, byłem już świadkiem podobnej „afery”. – W tej chwili mnie nieźle zaskoczył.

64

– Kiedyś spotkałem gościa wyglądającego zupełnie tak jak ja, utrzymującego, że przybył z równoległego wymiaru, by pomóc mi pokonać behemota… – Behemota? – spytałem zaskoczony. – Takiego jak u Hebrajczyków? – Identycznego. Ale nie jesteśmy tu od opowiadania sobie zabawnych historyjek z przeszłości. – Błyskawicznie powrócił do tematu. – Chodzi o fakt, że wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z teorią alternatywnych wymiarów… – Alternatywnych wymiarów? Przecież to niemożliwe do potwierdzenia. – Popukałem się w czoło. – Ech… Dlatego to była tylko teoria ‒ westchnął ciężko. – Ale teraz widzę, że jednak to prawda. Tamten Zdzich miał rację… – Zaraz, zaraz – przerwałem mu. – Czyli o co w ogóle chodzi w tej całej teorii? Bo jak na razie nic mi twoje ględzenie nie mówi. – W porządku… Spróbuję wytłumaczyć ci wszystko jak najdokładniej. Nie zdziw się jednak, jeżeli coś nie będzie miało sensu. Tę teorię usłyszałem od tamtego Zdzicha, a on usłyszał ją od znajomego fizyka. Sam rozumiesz… – Tak, tak, jasne, zaczynaj. Milczał przez chwilę, próbując zebrać myśli. – Przyjmijmy, że światy mają formy podłużnych tuneli – zaczął. – Zazwyczaj biegną obok siebie równolegle, stanowiąc przestrzenie będące miejscem działań dla prawie identycznych osób lub wydarzeń. Te różnice mogą przyjmować różne formy, od innych upodobań jednostki lub innej pory określonego zdarzenia, aż do kompletnie różnej historii świata. Takich światów jest nieskończona ilość, więc liczba potencjalnych kombinacji jest nieograniczona. Zazwyczaj nie jesteśmy świadkami oznak istnienia innego alternatywnego świata. Zdarzają się jednak sytuacje, gdy ludzie nawiązują kontakt z takim wymiarem, nie zdając sobie z tego sprawy. Później sądzą, że to jedynie ich własna wyobraźnia, a tylko co bardziej kreatywne jednostki opracowują na bazie takich kontaktów pomysły. – Pomysły? – wtrąciłem. – Więc stąd wy-

Andrzej Biedroń


nika fakt, że wyglądasz niemal identycznie jak Zdzich, którego wymyśliłem? – Dokładnie. Ty ponadto jesteś członkiem innej, zdecydowanie ważniejszej grupy – zakrzywiaczy. – Kogo? – Zakrzywiaczy – powtórzył spokojnie. – Dzięki czemuś, co rozumie się pod szerokim pojęciem „choroby psychicznej”, jesteś w stanie nakładać na siebie tunele alternatywnych światów. Dzięki temu w pewnych ścisłych okolicznościach możliwe jest przejście określonych istot z jednego wymiaru do drugiego. Stąd ja i ten tutaj. – Wskazał ręką leżące nieopodal zwłoki nożownika. – Rozumiesz teraz choć trochę lepiej, o co chodzi? Kiwnąłem lekko głową. To było zdecydowanie za wiele jak na jeden dzień. – Czyli… to tylko zły sen? – zapytałem naiwnie. Może nie wszystko jeszcze stracone? – Takie niezwykle wyraziste halucynacje? – Absolutnie nie, to twoja rzeczywistość. – Pokręcił przecząco głową. – Co się stało, to się nie odstanie. Jedyne, co ci zostało, to łyknąć specjalną tabletkę, aby zamknąć przejście między wymiarami. – Wyciągnął z kieszeni płaszcza małe, plastikowe pudełeczko. – Połknij jedną z nich. – Rzucił mi opakowanie. Ot, zwykły pojemniczek, posiadający dwie osobne przegródki z grzechoczącą zawartością. – Tylko uważaj, co łykasz! Dostałem je od tamtego Zdzicha. Mówił coś o tym, że jeśli pomylisz tabletki, zamiast poprawić, jedynie wszystko pogorszysz. A jeśli w ogóle jej nie łykniesz ‒ zawiesił głos – tamto przejście nigdy się nie zamknie. Nie muszę ci tłumaczyć, do czego może to doprowadzić? – Zdecydowanie nie musisz… – Dobra, ja znikam. – Ruszył w stronę dziury po drzwiach frontowych. – Gnida zabita, królewna uratowana, można iść się urżnąć. A, jeszcze jedno. – Odwrócił się w ostatniej

Stworzony, a nie zrodzony

chwili. – Zdzich wspomniał też coś o tym, że to zielona tabletka zamyka przejście. Nie musisz dziękować. – Mrugnął porozumiewawczo i wyszedł. Drżącymi rękami otworzyłem wieczko pojemnika. Przyjrzałem się jego zawartości. Owszem, były dwie grupy tabletek, jedne niebieskie, drugie zie… CZERWONE?! Zerwałem się z łóżka. Rzuciłem się w pogoń za Zdzichem. Jak mógł wprowadzić mnie w błąd? Wybiegłem przed dom, szukając jego śladu. Niestety, daremnie wytężałem wzrok, próbując dostrzec mojego wybawcę. Zrezygnowany usiadłem na schodach. Dlaczego mnie okłamał? Dlaczego? Zaraz… Jak on mówił? „Te różnice mogą przyjmować różne formy, od innych upodobań jednostki lub innej pory określonego zdarzenia, aż do kompletnie różnej historii…” Heh, więc o to mu chodziło. Ponownie spojrzałem na zawartość pojemniczka. Niebieskie i czerwone tabletki, identyczny kształt, identyczna ilość. Cholera… Które z nich były zielone?

Andrzej Biedroń Pierwsze opowiadanie napisał jeszcze w szkole podstawowej. Od tamtej pory nieustannie pracuje nad swoim stylem, inspirując się m.in. twórczością Philipa K. Dicka oraz klasykami mangi i anime. Prezentowane opowiadanie pochodzi z antologii „Rutyniarz”, opowiadającej o przygodach Zdzisława Jabolskiego – jednoosobowej armii ds. zwalczania wszelkiej przestępczości.

65


Marcin Bekiesz Śmierć w Buszu

ilustracja: Kornel Kwieciński Chciałam być Aniołem Śmierci. To było moje największe marzenie. Wysoko mierzyłam, ambitnie, ale tego właśnie chciałam. Bo po co być kimś przeciętnym, jednym z wielu? Gotowa byłam na wszystko, byle tylko dostać tę posadkę. A oni mi dali głupie skrzydełka, debilny kapelusik, jakiś durny kijek z gwiazdką na jednym końcu, która i tak nie świeciła, bo nie było styku. I kolorowe ciuszki, jakbym szła w jakiejś pieprzonej paradzie lesbijek. A na koniec worek monet, które miałam po nocach podkładać bachorom za ich zęby! Tak, tak, właśnie to: zrobili ze mnie Wróżkę-Zębuszkę. Uścisnęli dłoń i wręczyli krótką broszurkę: „Co każda wróżka wiedzieć powinna”. I lataj po nocach od okna do okna, jak dziwka na dwa etaty! Po jaką cholerę komu te zęby były? Kto mi powie? A mierzyłam tak wysoko… Ale trudno, co zrobić. Robota jest robota, żyć trzeba… *** − Zaczekaj. Nie odchodź jeszcze. Skoro tu po mnie osobiście przyszedłeś, zostań jeszcze chwilę. − Nie mogę. Muszę już iść, i ty również. − Dlaczego? Mówiłeś, że czas nie ma dla ciebie znaczenia. Więc zostań. − Tam. Ale tu, jeśli zostanę w jednym miejscu zbyt długo, mogę się stać… hm, zbyt widoczny dla otoczenia. A to jest na pewno nieprzepisowe i… − Tylko chwilę. Chciałbym zapytać cię o tyle rzeczy… − Naprawdę, nie powinienem.

66

− Przecież nikogo tu nie ma. Kogo się boisz? Kto cię może tu zobaczyć? − Zapominasz, kim jestem. Ja nie mam się czego bać. Jestem na końcu strachu, zaraz po nim, jeśli już doszukiwać by się jakiegoś związku. − Zostań. Mam jeszcze kilka pytań. Dosłownie parę. Nie o to co jest potem, spokojnie. O to nie ma sensu pytać, w końcu każdy i tak się dowie. Zresztą, ty też chyba nie masz często okazji z kimś porozmawiać? − Hm... To fakt. Może rzeczywiście znajdę chwileczkę. *** Busz nie spał. Nie o tej porze. Nocne życie wcale nie jest wymysłem paryżan. Było rozwinięte już na długo, zanim przyszli paryżanie przestali się okładać kokosami po głowach i zeszli z drzewa. I chociaż może paryżanom to nie w smak, to jednak taka jest prawda. Tu, z dala od świateł Paryża − i jakichkolwiek innych − noc była tak czarna, że kawa ze wstydu brązowiała, a gwiazdy lśniły tak niezwykle, że wszystkie diamenty świata rezygnowały z kariery u jubilera i dobrowolnie dawały się przerobić na wiertła i tarcze szlifierek. Tak – tutaj, w sercu Czarnego Lądu, skąpana w migotliwym świetle miriad gwiazd, chłonąca uciekające od ziemi ciepło, rozbrzmiewająca tysiącem odgłosów nocnego życia buszu, przepojona nieuchwytną wonią pierwotności − ta noc nie miała sobie równych. Była przesiąknięta tajemniczą energią, jakby zdawała sobie sprawę ze swej wyjątkowości. I miała rację, bowiem tej nocy miało wydarzyć się coś wyjątkowego.

Marcin Bekiesz


Stary szaman umierał. Miał ponad sto lat. Posiadł wiedzę, o jaką nie podejrzewaliby go zwykli śmiertelnicy. Nie podejrzewaliby nawet, że można wiedzieć takie rzeczy. A teraz umierał. Oczywiście, przewidział to wcześniej i zdążył się przygotować. Załatwił ziemskie sprawy, pożegnał ziemskie miejsca i istoty. Odprawił rytualne modły i wypił napar z korzenia rytualnej rośliny. Siedział teraz w wysokiej trawie, pod ogromnym, rozłożystym drzewem i nucił rytualną pieśń pożegnania, zlewającą się w jedno z opętańczą grą cykad. Dookoła, kryjąc się w trawie, krążyły lwy, nocni łowcy. Ale on wiedział, że zwierzęta nic mu nie zrobią. Jego przyjaciele przyszli tu, by pilnować jego spokoju. Ich oczy błyskały w ciemności pośród traw. Nie tkną go. Nie jego. Nucił dalej monotonną pieśń. Nagle urwał. Urwały się też popisy cykad. Zarechotała żaba w pobliskim bajorze, ale i ona zmitygowała się i wnet ucichła. Ucichło wszystko, jak nożem uciął. Nawet powietrze zdawało się być bardziej nieruchome niż zwykle. Noc wstrzymała oddech, jak gdyby Śmierć we własnej osobie zaszczycił okolicę swą ponurą obecnością. I chociaż niektórzy twierdzili, że jest okropnie brzydka, nie mogliby w tym momencie odmówić jej racji. Stary szaman uśmiechnął się, bo zdarzyło się coś, o czym doskonale wiedział, że się wydarzy. − Czułem w moich starych kościach, że nadchodzisz. Śmierć podszedł bliżej. Bezszelestnie. Czarne jak noc ostrze kosy błyszczało blado w świetle gwiazd. − Osobiście − powiedział szaman. − Jak ty to robisz, że potrafisz pojawiać się w tylu miejscach naraz? − Ponad siedemdziesiąt procent klientów zadaje mi to pytanie. − A odpowiedź na nie brzmi…? − Pytał dalej niezrażony szaman. Śmierć milczał przez chwilę. Może chciał dramatycznie westchnąć; nigdy się tego nie dowiemy, bo nie miał nosa.

Śmierć w Buszu

− Czas nie ma dla mnie znaczenia − odrzekł. − Czy tak trudno się tego domyślić? − przerwał na moment, po czym podjął: − Zresztą, ukazać się mogę tylko tym, którzy we mnie wierzą. To znaczy – w jakąś personifikację. Ale ja zawsze zjawiam się w tej samej postaci. Nie uwierzyłbyś, co niektórzy mogą wymyślić. − To wciąż dosyć spora grupa. Cisza. Na jedno mgnienie oka. − Z niej wybieram tych, którzy chcą mnie zobaczyć. Potem tych, którzy na to zasługują. A z nich wreszcie tych, którym ja się chcę ukazać. A wtedy już… wtedy już naprawdę czas nie ma znaczenia. − Ciekawe − uśmiechnął się szaman. − Czuję się więc zaszczycony. Tym słuszniej podejrzewałem, że się zjawisz. − Jako szaman w zasadzie rzadko myliłeś się

67


w sprawach związanych ze mną. Z zawodowego punktu widzenia. Szaman zaśmiał się. Ba, pomyślał, trudno się mylić w takich sprawach, kiedy ktoś naje się niewłaściwych grzybów albo podepcze go słoń. − Tak…, chociaż czasem wykazywałeś się swoistym poczuciem humoru… − Masz na myśli fenomen zombie? Nie mam nic wspólnego z tą sztuczką. Dopóki oczywiście, nie przedawkują. Szaman wpatrywał się w dal. Co odważniejsze cykady nieśmiało podejmowały swój koncert, świecące w ciemności kocie oczy błyskały spośród traw jak zabłąkane duchy. Lwy zdawały się podchodzić bliżej. − Nie żałuję − odezwał się w końcu szaman – niczego, co zrobiłem. Ani tego, że odchodzę; byłem tu dostatecznie długo. Ale chciałbym wiedzieć więcej. − Nigdy nie dowiedziałbyś się wszystkiego, co chciałbyś wiedzieć − odrzekł Śmierć. − Nigdy bym nie wiedział, że już to wiem! − Uśmiechnął się człowiek. Słaby wietrzyk zaszeleścił w gałęziach drzewa. Spośród traw dobiegały leniwe pomruki, znowu jakby bliżej. − Chodźmy − rzekł Śmierć. − Czas już na nas. − Zaczekaj – powiedział szaman. − Nie odchodź jeszcze. Skoro tu po mnie osobiście przyszedłeś, zostań jeszcze chwilę… *** Stary szaman po raz ostatni głęboko wciągnął w płuca ziemskie powietrze, do którego tak się przyzwyczaił. Przez moment rozkoszował się nim, smakował jak najwspanialszą delicję. Zamknął oczy. I umarł. Śmierć podszedł do tego z zawodowym dystansem. Lwy podeszły całkiem blisko, jakby chciały pilnować stygnącego ciała. Odpędził je machnięciem kościstej dłoni. − Nic tu po was − zadudnił, czując jak ulatuje ludzkie życie. I po wszystkim, pomyślał. Jakże się mylił.

68

Gniewne pomruki tym razem były skierowane do niego. Wielkie koty okrążyły ciało, łypiąc na niego latarkami oczu. A niech to, pomyślał Śmierć, dunder świśnie. Zasiedziałem się. − Uciekaj! − huknął, nastroszywszy się. Efekt był zupełnie odwrotny do zamierzonego. Bestia skoczyła ku niemu z rykiem i poszarpała pazurami jego szatę. Śmierć zaklął szpetnie w języku nieznanym mieszkańcom Ziemi, słowami niemającymi odpowiedników w ich mowie. Miarka się przebrała. Kiedy następny kocur zamierzył się na niego, ciął kosą. I bardzo się zdziwił. Wiedział, że koty mają po dziewięć żyć, jednak tym razem nie o to chodziło. Po prostu czas tych kotów jeszcze nie nadszedł. Śmierć nagle pojął jak wysoce niedopracowane były najnowsze regulacje urzędowe dotyczące jego funkcji. I poczuł się strasznie głupio. *** Wróżka-Zębuszka numer 47-303, pomyślała Dairy. Taki mi dali numer. Piękny, prawda? Jak jakiejś maszynie w fabryce konserw albo co. No, ale trudno. Robota jest robota. Trzeba się przyzwyczaić. „Twardym trzeba być, nie mientkim.” A mierzyłam, pomyślała sobie, tak wysoko. Właśnie wykradała się z kolejnego okna w małej, afrykańskiej wiosce, gdy nagle poczuła impuls. Cholera, pomyślała. Tego też nie lubię. Nie lubię, kiedy bez pytania mnie o zgodę, impulsem przypominającym kangura skaczącego mi po mózgu, próbuje porozumieć się ze mną Centrala. Ale, trzeba było przyznać był to najdyskretniejszy i najbardziej skuteczny sposób komunikacji, o jakim słyszała. Dairy, słyszysz mnie? Tu Centrala. Słyszę, odmyślała. Jak mam nie słyszeć. Co jest? Jakiś bachor ekstra na tę noc? Nie, coś poważniejszego, usłyszała. Straciliśmy kontakt ze Śmierciem. Jak to? Zamarudził przy tym szamanie, do którego dziś się wybierał. Na pewno ci o nim wspominał. No i teraz nie mogę się z nim skontaktować.

Marcin Bekiesz


Dairy odleciała w cień chaty, z dala od kurnika, obok którego drzemał pies. Prawo, mówiące o pozostawaniu dłużej w jednym miejscu, jej również się tyczyło. Nie to, żeby bała się psów. Po prostu była jedyną białą w okolicy. Może z nim jeszcze gada? Albo gdzieś się przeniósł. Potrafi o siebie zadbać, przecież nie urodził się wczoraj. Wiedziałbym, gdyby wciąż tam stał albo gdyby gdzieś polazł. Ale ja nie mam nic. Dlatego sprawdź to, proszę. Jesteś jedyna w okolicy. Muszę? Tak. − Pewnie, że muszę − mruknęła, gdy Centrala się wyłączyła − przecież jestem WróżkaZębuszka, a każda Wróżka-Zębuszka w razie potrzeby może się przedzierzgnąć w jednostkę patrolową Wróżka Mk III. Wetknęła więc swą różdżkę za pas i pomknęła na spotkanie Śmierci.

minut roboty i zrobi nową, lepszą. Za to kosa, czarne jak noc ostrze osadzone na mahoniowym stylisku, jedyna taka we wszechświecie, była nienaruszona. Podniosła ją, wciąż po trochu nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Kosa była leciutka jak piórko. Mierzyłam tak wysoko, powtarzała sobie w myślach Dairy. Tyle lat o tym marzyłam. A po tym, co się dzisiaj stało, na pewno zmienią regulacje. I nie mogą zignorować postępu emancypacji. A więc tym bardziej… nie dam sobie tego wydrzeć. Chciało jej się krzyczeć ze szczęścia. Krzyknęła więc. Krzyczała długo, ściskając kosę, a na koniec dorzuciła: − Nie dam sobie tego wydrzeć!!! I zaśmiała się obłąkańczo. Zawsze chciała być Aniołem Śmierci.

*** Kiedy dotarła na miejsce, przez długi moment wisiała w powietrzu z otwartymi ustami, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyła. Ale przecież nie mogła przeczyć faktom. Podleciała bliżej. Lwy spojrzały na nią, fuknęły, pokazały kły. Nie chciały się dzielić swą zdobyczą. Nie mogła uwierzyć. Lwy chrupały bielutkie kości. Kości, które zdawały się być tak znajome. To niemożliwe, pomyślała. Ale jednak. Te łydki… Część gnatów znikła już, pozostałe były rozrzucone tu i tam. Nigdzie nie widziała czaszki. Ale i bez tego była pewna. Machnęła różdżk. Snop iskier odpędził drapieżniki, które nie omieszkały zabrać paru kości ze sobą. Ale nie to ją obchodziło. Przyjrzała się uważnie. Patrzyła. I uśmiechnęła się triumfalnie, gdy wreszcie ujrzała rozwiązanie. Jedyne rozwiązanie właściwe w tej sytuacji. Czarna szata była podarta, ale to nic, parę

Śmierć w Buszu

Marcin Bekiesz Rocznik 1983, opolanin z urodzenia, mieszka w Krapkowicach. Ukończył  anglistykę i po dziś dzień zastanawia się, po co mu to było. Uwielbia pizzę, czekoladę, ciemne piwo i serię Command & Conquer. Już od przedszkola chciał robić dwie rzeczy: pisać opowiadania i grać na gitarze w rockowej kapeli. Owoc pierwszej pasji właśnie przed wami, twórczość muzyczna do posłuchania na myspace.com/anahatapolaand.

69


Marta Tarasiuk Vlaravn

ilustracja: Barbara Wyrowińska Cóż teraz, królu? Gdzie twoje wojsko? Lennicy? Dworzanie? Gdzież twa narzeczona? Jesteś tu sam. Porzucony w krzewach niczym pies bezpański leżysz. Oczy szeroko otwarte jeno pustkę widzą. Serce martwym głazem w piersi stoi. Koszula, niegdyś biała, kwitnie czerwienią. Na co ci teraz korona? Cóż za wróg tego dokonał? Czy jak bohater w bitwie poległeś? Smok okrutny przebił twą pierś szponem? Pobił cię nieprzyjaciel przybyły zza morza? Dzieło to złego czarnoksiężnika? Nie! To twój brat własny ciosem zdradziecko zadanym miłość okazał. Cóż teraz, królu? Czy zaraz przybędą poddani? Łzami rzewnymi ranę śmiertelną obmyją? Lament podniosą? Do miasta ciało zabiorą? Godny pochówek przygotują? Gdzież oni są? Jesteś tu sam. Gdzie ci, którzy mienili się być przyjaciółmi twemi? Są! Przybywają jedyni żałobnicy – trzy kruki. Żadna dłoń nie zamyka powiek, lecz martwe oczy już nie patrzą. Pierwszy ptak lewe wydziobuje, drugi prawe. Co z trzecim krukiem? Cóż się jemu dostanie? On dziób potężny w pierś wbija. Wyjmuje serce. Połyka. Wiatr po dolinie krakanie niesie, co śmiech przypomina. *** – Dlaczego płaczesz, Birgitte? Przecież niczego ci nie brakuje. Oczy twe jak gwiazdy, włosy niczym łan zboża, a w szkatule liczne klejnoty. Osusz więc swe lice. Obdarz świat uśmiechem. Nie płacz już, Birgitte. – Jakże mam nie płakać? – rzeczesz. – Już

70

osiemnasta wiosna mi mija, a ja nie mam narzeczonego! – Nie masz? A twój luby – król Hákon? Jeszcze niedawno cię na rękach nosił, nieba gotów był ci przychylić. Co z nim? – Hákon nie żyje. – Nie żyje!? Jakże to?! Kiedyż był pogrzeb? Gdzież jego mogiła? – Nie było pogrzebu. Nie ma mogiły. Król przepadł bez wieści. Od miesięcy go nie widziano. Och, ja nieszczęsna! Cóż teraz pocznę? – Nie rozpaczaj, Birgitte! Może twój miły żyje? Może wkrótce powróci? – Nawet jeśli, cóż z tego!? – Ależ…? – Hákon nazbyt długo nie dawał znaku istnienia. Utracił koronę. Nawet jeśli powróci, już jej nie odzyska. Teraz na tronie zasiada brat jego – Ryker. Zabiegałam o jego względy, lecz mnie odtrącił! – A Hákon? Cóż z nim? Czyż go nie kochasz? Ty w głos się śmiejesz. – Hákon bez tronu równie dobry jak martwy. Czymże jest miłość wobec władzy?! – Więc tego pragniesz – być królową? Jeno to się dla cię liczy? – Tak! Wtem, chociaż dzień to, słońce znika. Zapada ciemność. Nie ma gwiazd ni księżyca. Na gałęzi drzewa ogromny kruk siada. Pióra jego bardziej niźli noc czarne, dziób od miecza potężniejszy być się zdaje. – Co byś dała, Birgitte – ludzkim głosem przemawia – za bycie królową? – Wszystko – bez namysłu odpowiadasz. – Magiczny ptaku, spraw, aby Ryker mnie swą

Marta Tarasiuk


małżonką uczynił, a dostaniesz, co zechcesz. – Niech więc tak będzie – kruk rzecze. – Już niedługo będziesz królową. Ptak odlatuje, słońce powraca. Myślisz, iż jeno ci się śniło. Jeżeli to była zaledwie mara, Birgitte, dlaczego drzewo uschło? Dlaczego, gdy wracasz do zamku, Ryker na kolana pada i o rękę prosi? *** Cóż to za wrzawa? Co to za hałasy?! Czyżby wojna jaka!? Nie, to nie wojna, jeno święto wielkie. Królowa Birgitte powiła dziecię. Król Ryker ma syna! *** I jak tam, Birgitte? Czy jesteś radosna? Dostałaś wszystko, czego pragnęłaś. Masz uwielbienie ludu oraz skarbiec pełen dukatów. Na twej głowie korona ze złota, a przy piersi dziecię. O tak, radujesz się wielce. Jeno czy o czymś nie zapominasz? Oto, mimo południa, świat znów ciemnieje. Przez okno ogromy kruk wlatuje. – Witaj, Birgitte – ptak przemawia. – Pamiętasz o swym przyrzeczeniu? Ja mej części umowy dotrzymałem. Teraz pora na ciebie. Przybywam po zapłatę. – Błagam – odpowiadasz – nie bierz zbyt wiele. Skarbiec królewski świeci pustkami. Birgitte, jak ty pięknie kłamiesz! Gdybyś zechciała, mogłabyś kąpać się w złocie, lecz żal ci rozstać się z chociażby jedną monetą. Nie musisz obawiać się o swe bogactwo, gdyż oto kruk odzywa się w te słowa: – Nie klejnotów, ni srebra, ni złota pragnę, Birgitte. Głaz ci z serca spada, jednakże na krótko. Ptak się na ciebie rzuca. Jedynego potomka z rąk porywa. Krzyczysz, walczysz, wszystek wysiłek na nic. Kruk odlatuje z niemowlęciem w dziobie. ***

Vlaravn

Cóż to za równina? Wygląda znajomo. Czy to nie tu…? Tak! To owo miejsce! Wciąż jeszcze widać pożółkłe, suche kości – tyle zostało z Hákona. Dziecię w dziobie kruka kwili. Ptak kładzie swą zdobycz na ziemi, tuż obok szczątków króla. Przez chwilę patrzy na królewicza, po czym uderza. Z maleńkiej piersi krew tryska strumieniem. Ciałko nieruchomieje, łkanie ustaje. Kruk w dziobie serduszko dziecięce trzyma. Łapczywie je pożera. Wiatr po dolinie śmiech niesie, co brzmi niczym krakanie. *** Cóż teraz uczynisz, Rykerze? Twój jedyny syn, dziedzic porwany przez bestię. Cóż uczynisz? Pośpiesznie zbierasz drużynę – najdzielniejszych mężów, kwiat rycerstwa. Wyruszasz wraz z nimi na poszukiwanie porywacza. Liczysz, iż chłopca żywego odnajdziesz. Wędrujecie długo, przemierzacie dziesiątki krain. Szukaliście potwora i go wypatrzyliście. Drogę zagradza wam olbrzym. Stwór bezlitosny, zbrojny w maczugę, żaden oręż się go nie ima. Chociaż rycerze mężni, rady dać mu nie mogą. Jeden po drugim pada. Wkrótce sam na placu boju zostajesz. Czujesz, iż sił ci zaczyna brakować. Czy przyjdzie ci tu umrzeć? Wtem zjawia się Czarny Rycerz. Gołymi rękoma giganta obala. Mięśnie rozrywa, kości miażdży, gruby kark skręca. – Wielkie ci dzięki, mości rycerzu – powiadasz. – Tobie zawdzięczam me życie. Odsłoń twarz skrytą przez przyłbicę. Zdradź swoje imię. Niech wiem, kto mym wybawcą. – Wybaczcie mi, panie – rzecze – nie mogę tego uczynić. Złożyłem śluby. Póki ich nie spełnię, nie wolno mi zdradzać mojego oblicza. – Ocaliłeś mi dziś życie. Pragnąłbym się odwdzięczyć. Powiedz słowo, a obsypię cię złotem. – Nie pożądam bogactwa. – Czegóż zatem chcesz? Co mogę ci podarować?

71


72

Marta Tarasiuk


– Od dawna już błąkam się po świecie – odpowiada. – Sam, bez domu. Nie mam nawet gdzie swej głowy złożyć. Pozwól mi iść ze sobą. Zabierz mnie na dwór swój. Ty zaś, Rykerze, przytakujesz skwapliwie, ciesząc się, żeś się wykpił tak niskim kosztem. Nic sam nie dajesz, a potężnego sprzymierzeńca zyskujesz – tak jeno ci się wydaje. *** Kimże jest ów rycerz tajemniczy? Czyż nie jest wspaniały? W walce nie ma sobie równych, wygrywa wszystkie turnieje. W potyczce na kopie samego króla Rykera pokonuje. Wszystkie damy doń wzdychają. Ty również, nieprawdaż, Birgitte? Chociaż posiadasz małżonka, Czarnego Rycerza miłością występną darzysz. Spokoju mu nie dajesz. Ciągle nagabujesz. Mąż ten pokonał setki wrogów, lecz z tobą szans nie ma. W końcu ulega. Zostanie twym kochankiem. Odsłoni przyłbicę i wyjawi swe imię. Jednakże stawia warunek jeden. Obawia się, aby król was na grzechu nie pochwycił. Daje ci zioła nasenne. Masz je z napojem podać mężowi. Zgadzasz się ochoczo. Mieszasz zioła z winem, kielich Rykerowi wręczasz. On, podstępu nie upatrując, bierze czarę i płyn wypija. Jak kamień zasypia. Zjawia się Czarny Rycerz. Dopiero teraz lęk się w twym sercu rodzi. Co jeśli twój mąż się zbudzi? – Nie lękaj się swego małżonka, królowo – odpowiada. – On już nie powstanie. W najgłębszy ze snów zapadł. To mówiąc, przyłbicę ściąga. Znasz go, prawda, Birgitte? Twarz upiornie blada, oczy

Vlaravn

zapadnięte w głąb czaszki. Mimo to go poznajesz. – Jam jest król Hákon! *** Cóż się dzieje? Czy to krzyczy królowa? Do komnaty wpadają straże. Pusto, nikogo nie ma. Pani Birgitte ani śladu. Jeno wiatr za oknem niesie… trudno stwierdzić, śmiech ludzki to czy krakanie ptasie.

Marta Tarasiuk Prawdopodobnie istota ludzka, rocznik 1991. Najczęstsze miejsca występowania: białostockie księgarnie i antykwariaty. Uzależniona od książek oraz czekolady. Potwornie leniwa, średnio rozgarnięta. Dość często myli lewą rękę z prawą nogą. Jedyna mapa, którą potrafi przeczytać, to ta w galerii handlowej – i to jedynie pod warunkiem, iż jest na niej wielki napis „TU JESTEŚ”. Ma irytujący zwyczaj nieodbierania telefonów, odpowiadanie na maile zajmuje jej całe milenia, a czas wolny (zajęty zresztą też) spędza na robieniu nie tego, co trzeba. Z niewiadomych powodów posiada własną stronę internetową: maerafey.bnx.pl, a przyjaciele zmusili ją do założenia konta na Fecebooku.

73


Tomasz Bełzowski Galeria Tomasz Bełzowski Nazywam się Tomek Bełzowski, chociaż w sieci funkcjonuję pod bardziej medialną ksywką jako Jan Boruta. Rysuję od kiedy pamiętam, ale wytworzone przeze mnie obrazki, które da się oglądać, to kwestia ostat-

74

nich czterech-pięciu lat. Jestem nieuleczalnym graczem komputerowym, miłośnikiem serii „Total War”, „Cywilizacji” i „Mount&Blade”. Fascynuje mnie przeszłość, w szczególności historia wojskowości i wojen morskich. Ostatnimi czasy mocno dryfuję w kierunku clock-, steam- i dieselpunku, inspirowanymi historią nowożytną, z XIX wiekiem i Wielką Wojną włącznie.

Tomasz Bełzowski


Galeria

75


76

Tomasz Bełzowski


Galeria

77


78

Tomasz Bełzowski


Galeria

79


80

Tomasz Bełzowski


Galeria

81


82

Tomasz Bełzowski


Galeria

83


84

Tomasz Bełzowski


Galeria

85


Anna Thol i Jakub Grabowski Komiks Anna Thol Obiektywistka. W życiu afirmująca niezależność, w sztuce romantyzm, którego główne założenia – jak twierdzi – odrodziły się

w literaturze fantastycznej. Próbuje sił w publicystyce, ale po cichu pisze opowiadania pod animacje dla dzieci, z nadzieją wskrzeszenia stylistyki disneyowskiej. Scenarzystka qfantowych komiksów. Weekendowa tenisistka.

Kuba Grabowski Urodzony 4 grudnia 1982 roku w Sosnowcu. Samouk. Interesuje się filmem, rysunkiem, komiksem, animacją oraz szeroko pojętą grafiką komputerową. Twórca serii pasków komiksowych „Bez Sensu”. Zaczynał od zeszytu i ołówka, a od paru lat stosuje techniki cyfrowe albo

86

połączenie technik tradycyjnych i cyfrowych. Rysuje zarówno paski komiksowe, jak i całe plansze. Lubi tworzyć różne ciekawe postaci. Spełnia się również jako ilustrator, grafik i animator. Tworzenie to dla niego nie tylko hobby, ale również praca. Z powodzeniem współpracuje z wieloma agencjami reklamowymi oraz klientami – głównie jako ilustrator, storyboardzista i grafik. Stara się nie ograniczać do jednego stylu, wciąż szukając nowych kierunków rozwoju. Strona autora: www.kubagraboski.pl

Anna Thol i Jakub Grabowski


Komiks

87


88

Anna Thol i Jakub Grabowski


Komiks

89


90

Anna Thol i Jakub Grabowski


Polecanki Marta Kisiel „Dożywocie”

Wydawnictwo: Fabryka Słów Data wydania: listopad 2010 ISBN: 978-83-7574-253-4 Liczba stron: 376

Polecanki

Narzędzie dożywocie.

zbrodni:

śmiech.

Wyrok:

Marty Kisiel nikomu nie trzeba już chyba przedstawiać. Nie trzeba też już dziś, w rok od publikacji jej debiutanckiej powieści „Dożywocie”, nikogo do niej przekonywać. Działanie takie byłoby równoznaczne z nawracaniem już wierzących. Dziś można jedynie dorzucić swoje zachwyty do długiej listy istniejących, co też niniejszym (jak stwierdziłby zapewne nieszczęsny panicz Szczęsny) zamierzam uczynić. Konrad Romańczuk jest początkującym pisarzem. Sam ten fakt stanowi dla niego wystarczające źródło ustawicznych kłopotów, a tu na dodatek dziedziczy dom po nieznanym dalekim krewnym. Pakuje manatki do starego Tico, podnajmuje mieszkanie i rusza na spotkanie nowego życia. Dom, o wdzięcznej nazwie Lichotka, okazuje się dwustuletnią rozpadającą się ruderą z gotycką wieżyczką, zamieszkiwaną przez dziwacznych lokatorów – chadzającego w różowych bamboszkach i wyciągniętych koszulkach z Garfieldem, anioła imieniem Licho, cztery utopce, widmo będącego w wiecznej depresji romantycznego poety Szczęsnego oraz mieszkającego w piwnicy pradawnego stwora zła – Krakersa. Do tej dziwacznej menażerii dołączyć także należy wiecznie ciosającą kołki na głowie biednego Romańczuka wredną agentkę-wampirzycę, która domaga się, by pisał więcej, szybciej, lepiej, a mimo to wciąż dobrze. Bo lepsze wrogiem dobrego? „Dożywocie” rozśmieszy Was tak bardzo, że wprost nie będziecie mogli się pohamować i wybuchniecie rechotem. Dlatego nie poleca się

91


czytania dzieła Marty Kisiel w autobusach lub pociągach, jeśli nie chcecie, by współpasażerowie popatrywali na was co najmniej dziwnie. Jednakże prawdziwa siła tej książki tkwi, moim zdaniem, w czym innym. „Dożywocie” to nieustanny fajerwerk erudycji. Pełno tu ukrytych i zawoalowanych, a nierzadko także zupełnie jawnych aluzji i nawiązań literackich. Weźmy choćby imię i nazwisko głównego bohatera, bowiem nie tylko na pośmiewisko otrzymał zgodne z naturą nazwisko – Konrad Romańczuk. Zupełnie jak nieszczęsnych bohater Mickiewiczowski, egzystujący w epoce, na którą wskazuje z kolei nazwisko tegoż Konrada. Znalazło się w „Dożywociu” miejsce nie tylko dla Mickiewicza, Słowackiego czy Mochnackiego. Znalazło się też miejsce dla gotycyzmu, werteryzmu, szkiełka i oka oraz wszelakiego rodzaju i nasilenia boleści dusznych. A to tylko wierzchołek tej, by nazwać fachowo, skoro profesja zarówno Konrada jak i nieszczęsnego Szczęsnego się tego domaga, intertekstualnej góry. Pełen zachwyt? A to wciąż jeszcze nie wszystko. Posiłkując się kpiarsko-ironicznym i dowcipnym tonem, Marta Kisiel pozwoliła sobie na kilka uszczypliwych uwag pod adresem współczesnego światka literackiego. I choć krwiożercza Carmilla jest jedyną postacią, któ-

rej nie udało mi się polubić, nie wyobrażam sobie, by miało jej nie być. Tylko dbająca o rozwój literackiej kariery swojego klienta agentka mogła wywołać u Konrada refleksję następującej natury: „Carmillo moja krwiożercza, współcześnie nawet Mickiewicz musiałby kręcić kiepskie filmiki autopromocyjne i rzucać je gdzie popadnie w sieci, a wstęp do „Ballad i romansów” zapewne zamieściłby na swoim blogasku. Dostawałby słitaśne komcie, a jakiś palant o przeroście ambicji bądź pragnienia intelektu krytykowałby go za to, że pisze ballady zamiast haiku, i bredziłby coś o zaprzepaszczeniu tradycji kogoś tam przez dwudziestoletnich grafomanów, którzy nie potrafią przyjąć słów krytyki na klatę”.1 To debiut, a przecież jest świetnie – inteligentnie, dowcipnie, ciekawie. Zatem dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że przed oczyma duszy mojej widzę karierę i ogromny literacki sukces Marty Kisiel. Tylko, pani Marto, proszę pisać, pisać, pisać, pisać, pisać, pisać. I to szybko, bo my, mierna, biedna, ale wierna publiczność, czekamy! Jagoda Wochlik 1

Marta Kisiel, „Dożywocie”, Lublin 2010, s. 266.

Antologia „Głos Lema” Data wydania: 20-10-11 Wydawnictwo: Powergraph Oprawa: miękka ISBN: 978-83-61187-32-5 Stron: 548 Wymiary: 125x195 „Głos Lema” to – jak stwierdza we wstępie antologii Jacek Dukaj – zbiór opowiadań mniej lub bardziej inspirowanych szeroko pojętą twórczością legendarnego pisarza. Czy to znaczy, że Stanisław Lem wytworzył swój własny, unikalny styl kreowania fantastycznej

92

Polecanki


rzeczywistości tylko po to, aby teraz inni twórcy kopiowali jego oryginalne pomysły i lepili z nich własne, nieudolne dziełka? Skądże znowu! „Głos Lema” to doskonały ukłon w stronę mistrza polskiej fantastyki, wizjonera i – nie da się ukryć – prawdziwego geniusza. Przez malownicze realia space opery, skomplikowane, zahaczające o filozofię, utwory ze „średniego” Lema, aż po ostre jak brzytwa, oddalone w przyszłość hard science-fiction ze sztuczną inteligencją, czającą się na każdym rogu… Nowa antologia spod znaku wydawnictwa Powergraph przenosi nas w krainy nietuzinkowe i… dziwnie znajome. Czy da się „pisać Lemem” i jednocześnie – robić to na podobnie wysokim poziomie jak mistrz? Nie mnie osądzać. Jedno mogę stwierdzić: w zbiorku dzieje się dużo, oj dużo… Tym, czego czytelnik mógłby się obawiać w przypadku podobnej antologii, jest „wtórność dosłowna”, czyli pisanina słowami wyjętymi wprost z tekstów Lema. Na szczęście konwencja zbioru oparta jest na twórczości „potencjalnej” pisarza, takiej, jaka rzeczywiście mogłaby zaistnieć, gdyby autor żył współcześnie. Dzięki temu możemy zapoznać się z rzeczywiście oryginalnymi i mocnymi tekstami, które – choć stylizowane na Lema – zachowują świeżość, zachwycają realistycznymi i klarownymi ideami, a przy tym nie odstają od najlepszych dzieł współczesnej fantastyki (choćby twórczości Wattsa, Dukaja czy Strossa). Już pierwsze opowiadanie, „Trzynaście interwałów Iorri”, brutalnie i nieoczekiwanie wrzuciło mnie w sam środek wysoce rozwiniętej, skrajnej rzeczywistości fantastycznej, w której manipulacje na poziomie całych układów gwiazdowych są dla ludzkości (a raczej jej pra-praprawnuków) chlebem powszednim. Krzysztof Piskorski z rozmachem i godnym najlepszych wizjonerów zapałem i odwagą opisuje rzeczywistość

Polecanki

ostateczną, gdzie granicą dla gatunku ludzkiego stają się same prawa fizyki, które – jak się okazuje – również można naginać. Temat walki z nieubłaganą, odwieczną potęgą entropii stanowi jeden z dwóch torów, które wyróżniają się we współczesnej fantastyce, a więc także u „Lema współczesnego”. Drugim jest sztuczna inteligencja, temat wdzięczny i szeroki, który z sukcesem wykorzystują niektóre z opowiadań, jak „Poryw” czy „Lalka”. Warto zauważyć, że „Głos Lema” to pewnego rodzaju ewenement w kwestii antologii: zamieszczone tutaj teksty, mimo że zebrane pod wspólnym mianownikiem, są niezwykle różnorodne (pod względem stylu, treści i realiów – tak jak na Lema przystało!). Wszystkie stoją na wysokim poziomie i w każdym z nich czuć duch wielkiego pisarza. Mamy tutaj zabawę słowami, przemycanie ważnych treści w postaci metafor i typowo „lemowych” – pozornie naiwnych i dziecinnych – tekstów. „Księcia Kordiana księżycowych przypadków część pierwsza i najprawdopodobniej ostatnia” to przykład znakomitej zabawy konwencją, gdzie pod pozorem absurdalnych i bajkowych realiów kryją się prawdy mówiące o ponadczasowych problemach dyskryminacji, równości i wolności. „Głos Lema” to swoisty przekrój współczesnych trendów fantastycznych, który dzięki krótkim tekstom pozwala nam odetchnąć i jednocześnie zaczerpnąć niezły kawałek autentycznej, wartościowej literatury. Nie wiem jak wy, ale ja, czytając Lema, zawsze potrafiłem zachwycić się nawet najbardziej pokręconym tekstem, choćby pisany był w sposób dziecinny, przesadzony albo trudno zrozumiały. Ciężko pojąć ten fenomen, ale przy opowiadaniach z „Głosu Lema” zaszło to samo zjawisko. Dobra robota! Jacek Orlicz

93


Michael J. Sullivan „Królewska krew. Wieża elfów”

Data wydania: 18 Październik 2011 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Wydanie: I ISBN: 978-83-7648-951-3 Oprawa: miękka Format: 125 x 195 mm Liczba stron: 736 Cena: 45,00 zł Tom cyklu: 1 i 2 Seria Nowej Fantastyki Riyira – czyli złodzieje do wynajęcia „Małe złodziejaszki wieszacie, wielkim – nisko się kłaniacie”. Mikołaj Rej Michael J. Sullivan swoją książką doprowadził mnie do literackiego haju. 728 stron (odjęłam okładki, reklamy i takie tam) przeczytałam w niecałe czternaście godzin – wprost nie

94

mogąc się oderwać. Mogłabym zatem skrócić tę recenzję do jednego tylko zdania: powieść jest fantastyczna. Z przyjemnością obserwuję wielki powrót autorów do „prawdziwego” fantasy. Nie przeczę, lubię wymyślne, zwariowane fabuły, ślizgające się po granicy między rzeczywistością a fantastyką; nic jednak nie sprawia mi takiej frajdy jak ciekawa, miejscami zabawna historia z innego świata. I taką właśnie opowieść serwuje nam Sullivan w dwóch pierwszych tomach przygód pary zawodowych złodziei. Przede wszystkim warto zauważyć, że autor doskonale umie łączyć schematy, którymi z założenia posługuje się literatura popularna – fantasy również. Całe mistrzostwo polega na tym, by umiejętnie je ze sobą mieszać, czasem przełamywać lub kontaminować. Zarówno w „Królewskiej krwi”, jak i „Wieży elfów” fabularne schematy są wyraźnie widoczne: tu spisek, niesłusznie oskarżony więzień, kobieta w opresji, tam zamknięta wieża, pradawny potwór, ponownie kobieta w opresji; i najważniejsze: dobry łotr (tu mamy ich aż dwóch), którego profesja może nie jest zbyt szlachetna, lecz zawodowa wirtuozeria, urok i kilka innych cech sprawia, że nie sposób go nie lubić. Poza doskonale zaplanowaną fabułą, obie powieści odznaczają się żwawą akcją i żywą narracją. Autor zrezygnował z archaizmów, języków obcych używa tylko fragmentarycznie, szybko i skrupulatnie tłumacząc niezrozumiałe słowa. Ciekawym zabiegiem wydaje mi się również niezwykle powolne odsłanianie przed Czytelnikiem przeszłości bohaterów. Pozwala to nam wyrobić sobie zdanie na podstawie ich działań i zachowań, a sama historia jest dzięki temu bardziej tajemnicza. Poza tym Sullivan doskonale tworzy dialogi i utrzymuje humor w powieści. „Królewska krew” odznacza się większym „zwichrowaniem”. Bohaterowie, duet Riyira, zostają wplątani w ponurą intrygę mającą na celu przejęcie tronu. Oskarżeni o morderstwo króla, mają niewielkie szanse na przeżycie. Liczne, nagłe zwroty akcji sprawiają, że do końca nie wiadomo, czyja wersja zdarzeń

Polecanki


jest prawdziwa. W tym tomie wyraźniej widać złodziejskie umiejętności Royce’a i Hadriana – dzięki temu możemy przyglądać się szalonym włamaniom przez dach, niezwykłym przebierankom i ucieczkom z więzień. Część druga, „Wieża elfów”, jest trochę inna. Chciałoby się powiedzieć, spokojniejsza – ale nie wydaje mi się to odpowiednim stwierdzeniem. Sławetnym złodziejom przyjdzie bowiem zmierzyć się z prastarą, latającą kreaturą, która pożera mieszkańców pewnej malutkiej osady, gdzieś na granicy królestwa. Oba tomy łączą nie tylko bohaterowie, lecz także pewien wątek przewodni dla całej serii, o którym nic jednak nie powiem. Andrzej Pilipiuk, „Aparatus”

Data wydania: 9.11.2011 Wydawnictwo: Fabryka Słów Liczba stron: 408 Ilustracje: Daniel Grzeszkiewicz Cena z okładki: 37.80

Polecanki

Michaelowi J. Sullivanowi udało się to, co rzadko udaje się pisarzom fantasy. Stworzył ciekawą, zabawną, miejscami zaskakującą książkę, która wciąga. Jeśli miałabym określać jej gatunek, byłaby to dla mnie łotrzykowskoprzygodowa powieść fantasy – w najlepszym swoim wydaniu. „Królewska krew. Wieża elfów” zajmie miejsce na mojej ulubionej półce, obok Raymonda E. Feista, Gail Z. Martin, Davida Gemmella i J.R.R. Tolkiena – jest to bowiem najlepsze miejsce dla książki Sullivana. Z przyjemnością przeczytam kolejne części. Anna Perzyńska Z antologiami opowiadań bywa różnie. Nawet jeżeli zawierają teksty jednego autora, pod okładką natknąć się można na efekty jego twórczości zachwycającej bardziej lub mniej. Albo wcale. Jeden, w subiektywnej ocenie czytelnika, znakomity utwór pośród średnich pozostałych, z pewnością w jego oczach nie uratuje całości. Jeżeli natomiast większość opowieści przypadnie czytelnikowi do gustu, pisarzowi śmiało można pogratulować. Czy Andrzejowi Pilipiukowi za antologię „Aparatus” należą się gratulacje? Cóż, niezupełnie. Przepłynęłam przez teksty jeden po drugim, zamknęłam tylną okładkę, lecz owe słowo nie chciało mi przejść przez usta. Nagle okazało się, że jest... jakby za małe. Najprościej mówiąc: najnowsza książka Andrzeja Pilipiuka sprawiła, iż brakło mi słów. Czy jest to proza przewrotna, fenomenalna, ambitna? – spytacie. Nie, nie jest. Wgniata w fotel? Rozkłada na łopatki? Sprawia, że podczas lektury tracimy od... Nie! Rozłożycie w konsternacji ręce: cóż zatem takiego tak bardzo mnie w niej urzekło? Odpowiedź brzmi: Wszystko! Na zbiór składa się osiem bezjakubowych opowiadań. Lekarz Paweł Skórzewski, postać dobrze już znana fanom prozy Andrzeja Pilipiuka, w „Chorobie białego człowieka” bierze udział w wyprawie ratunkowej, zapuszczając się do krain wiecznego śniegu. Opowieść porywa absolutnie, i chociaż po zakończeniu można się spodziewać czegoś więcej, to jednak sam

95


wyśmienity sposób prowadzenia narracji ten mało oryginalny pomysł wynagradza z solidną nawiązką. Skórzewski jest bohaterem także dwóch innych utworów: „Ostatniego biskupa”, w którym przebywającemu na Syberii lekarzowi przyjdzie wypełnić ostatnie życzenie umierającego mnicha, oraz jednego z najlepszych w zbiorze „Dzwonu Wolności”, tym razem z rewelacyjnym wręcz zakończeniem. Jest moc! Podczas lektury trzech innych tekstów spotkamy natomiast Roberta Storma, postać stosunkowo współczesną. W „Oślej opowieści” ten poszukiwacz, badacz i kolekcjoner usiłuje zgłębić tajemnicę osiołków lipardyjskich. Tekst niby lekki, niby zabawny, ale jednak dość przerażający (przynajmniej dla tych, którzy mają w sobie jeszcze choćby odrobinę dziecka). Człowiek czyta, uśmiecha się, a w środku cały drży. Opowiadanie „Aparatus” urzeka fenomenalnym klimatem, a „Księgi drzewne” znakomitą fabułą. „Za kordonem. Lwów” jest z kolei historią porucznika Zygmunta Winnickiego, jego podróży do Lwowa, w którym się urodził, w celu odnalezienia pewnej maszyny. Akcja „Stawu” natomiast rozgrywa się w WarMary Roach „Ale kosmos! Jak jeść, kochać się i korzystać z WC w stanie nieważkości”

szawskich Łazienkach za okupacji niemieckiej. Pod płaszczem porywającej fabuły Andrzej Pilipiuk przemyca obraz dawnych czasów – świata, którego nie moglibyśmy na własnej skórze poczuć, przeglądając jakikolwiek podręcznik, wpatrując się w daty, czytając artykuły. Opis wydarzeń i historyczna data to jedno, a zapach syberyjskiego lasu, dawnych warunków życia, przedmioty, których fakturę niemal można pod palcami poczuć – to drugie. Opisy w „Aparatusie” są niezwykle sugestywne. Proza tryska od wiedzy, intrygującej niezależnie od tego czy autor opowiada akurat o Carskiej Rosji, czy o sposobie wyrobu kabli w czasach przedwojennych. W zmyślny sposób łączy w opowieściach historię, sztukę, technikę, legendy oraz, rzecz jasna, fantastykę! Nie jest to proza przewrotna, ambitna. Ale czy nie jest tak, że dostarczający podczas lektury prostą czystą przyjemność, niezwykle klimatyczny „Aparatus” nie jest właśnie książką... genialną? Patrząc z pewną tęsknotą na tom stojący na półce, znam już odpowiedź na to pytanie. Ewelina Kozik

Data wydania: Marzec 2011 Wydawnictwo: Znak Tytuł oryginalny: „Packing for Mars” Przekład: Maciek Sekerdej ISBN: 978-83-240-1625-9 Liczba stron: 312 Wymiary: 136 x 205 mm Pamiętacie „Apollo 13” z Tomem Hanksem? Ten moment, w którym Hanks stoi w ogrodzie i zasłania kciukiem Księżyc, zmienił moje życie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jak dorosnę, polecę na Srebrny Glob. Będę skakać jak kangur po poprzecinanej kraterami powierzchni i patrzeć na Ziemię, lśniącą nad głową jak zielony klejnot. Albo przepływać w powietrzu z jednego pomieszczenia w rakiecie do drugiego. I zaczynać wszystkie rozmowy przez radio od: „Houston, tu Apollo…”

96

Polecanki


A potem poszłam do szkoły i były lekcje fizyki. Dlatego jestem na anglistyce. Jednak jeśli myślicie, że moje marzenia o Księżycu legły w gruzach, grubo się mylicie. Tylko że teraz latam, zamiast na Gemini czy Challengerze, na papierowych samolocikach zadrukowanych czarnymi literkami. Jeden z tych samolotów pragnę Wam gorąco zaproponować jako świetny środek transportu. Zbudowała go Mary Roach i ochrzciła „Ale kosmos! Jak jeść, kochać się i korzystać z WC w stanie nieważkości”. Jak wskazuje na to tytuł, na jakichś 300 stronach znajdziecie zaskakujące ciekawostki na temat lotów NASA i misji rosyjskich, ale także mnóstwo wiarygodnych informacji, które na nowo obudzą w Was pragnienia udania się w kosmos. Książka Mary Roach ma trzy zalety, które są absolutnie nie do pobicia. Po pierwsze, przybliża czytelnikowi naukowe zagadnienia, takie jak: dlaczego na Ziemi mamy wagę, a w kosmosie nie, albo o co właściwie chodzi kosmonaucie mówiącemu z przerażeniem „Mamy już 25 G!”. Po drugie, wyjaśnia to w sposób łatwo przyswajalny nawet dla kompletnego matematyczno-fizycznego gamonia, jakim jestem ja sama (a to oznacza, że książkę zrozumie absolutnie każdy). Po trzecie, przy okazji rozmów z kosmonautami autorka zadaje wszystkie pytania, jakie kiedykolwiek nam chodziły po głowie. Jak napić się soku w stanie nieważkości, ale tak, żeby się nie utopić. Jak skorzystać tam z toalety i dlaczego wolelibyście tego nie robić. Czy NASA przeprowadzała eksperymenty związane z rozmnażaniem w kosmosie i jak t o się tam właściwie robi. Dla Roach nie ma tematów tabu, zwierzeń zbyt krępujących albo pytań, które można zbyć zdawkową odpowiedzią. Ona drąży temat do bólu. Zazwyczaj do bólu czytelników – dobrze Wam radzę, nie czytajcie przy jedzeniu. To się może skończyć pechowo. Lektura książki jest wielce pouczająca, i nie tylko dlatego, że możemy przyjrzeć się przez lupę tej pierwszej, magicznej warstwie działań NASA w postaci trzech facetów zamkniętych w małej kabinie tysiące kilometrów nad Zie-

Polecanki

mią. Zaglądamy głębiej, w tryby machiny, która posłała nieszczęśników tak wysoko. I to jest dopiero coś! To, co dzieje się „za kulisami”, częstokroć jest skończenie przyziemne i całkowicie odarte z patosu, ale niepozbawione ogromnego potencjału komicznego. Małpanimfomanka dyskredytująca misję przed kamerami dziennikarzy? Proszę bardzo. Szczegółowe badania na temat „czy kurczak może puścić pawia oraz ile i dlaczego wymiotuje pies”? Zapraszamy do zapoznania się z bazą danych. Przygotowania do misji kosmicznej to setki testów, na których przeprowadzenie nigdy byście nie wpadli. Na dowód pozwólcie, że przedstawię jeden ze swoich ulubionych fragmentów, traktujący o próbach zbadania zachowań ciała w stanie nieważkości. Miłośnicy zwierząt proszeni są o wyłączenie odbiorników: „ [Pilot] miał poprowadzić samolot w górę … a potem wykonać łuk i zacząć spadać na dół… Kiedy samolot osiągnął zerową grawitację… ożywały obrazy jak z Salvadora Dalí. Badano między innymi zdolności orientacyjne kotów przy zerowej grawitacji. <<Ci faceci brali koty i patrzyli, co się stanie, jak się będą swobodnie unosić>>, wspomina [pilot]. <<Kiedy taki podlatywał do mnie, wypychałem go z powrotem do tyłu. Parę razy do kabiny wleciała małpa, to ją też wypchałem do tyłu>>”1. Podsumowując: Mary Roach stworzyła niesamowicie zabawną, interesującą i pouczającą książkę. To lektura pochłaniająca bez reszty i stanowczo rozszerzająca horyzonty, i to we wszystkie strony. Jeśli jesteście pasjonatami fizyki – marsz do księgarni. Jeśli fascynują Was misje kosmiczne, możecie już wkładać buty. Nawet jeśli macie w nosie loty na Marsa i inne rakiety, radzę Wam chociaż rzucić okiem na „Ale kosmos!”, choćby po to, żeby się pośmiać. Po prostu trzeba przeczytać książkę, której pierwszy rozdział ma tytuł: „On jest niezły, ale jego ptaki są do kitu”… Maryla Kowalska „Ale kosmos!” M. Roach, str. 81

1

97


Jesús Bastante Liébana „Schizma”

Data wydania: 2010 Wydawnictwo: Esprit ISBN 978-83-61989-19-6 Format: 165x235 Stron: 360 Rok wydania: 2010 Wydanie 1 Data. Wydarzenie. Przyczyny: pięć podpunktów, przebieg: dwa zdania wielokrotnie złożone, zawierające kilka nazw własnych, skutki: trzy podpunkty o dużym poziomie ogólności, kwintesencja stylu lapidarnego. I koniec, można zamknąć temat, zapomnieć o nim i przejść do kolejnego, potraktowanego przez podręcznik z taką samą, precyzyjną obojętnością. Przyczyn się nie kwestionuje, przebieg nie podlega dyskusji a nad skutkami i tak nie ma kiedy się zastanowić – w ciągu krótkiego czasu trzeba przecież ogarnąć wszystkie epoki! Gdybanie zaś to domena fantastyki, więc lepiej nie zawracać sobie głowy mrzonkami. Tak wygląda

98

„szkolne” podejście do historii. A jak na historię patrzą pisarze? Odpowiedź brzmi: bardzo różnie. Wydarzenia historyczne mogą być pretekstem do mówienia o czasach współczesnych, maską, za którą autor skrywa swoje poglądy. Mogą stanowić barwne tło urozmaicające akcję lub skarbnicę pomysłów fabularnych – literacki półprodukt, gotowy do natychmiastowego użycia. Bywa także, że autor wgłębia się w materię przeszłości i wysnuwa z niej daleko idące wnioski, balansując na granicy historii i filozofii. Niektórzy twórcy opisują przygody postaci fikcyjnych, inni skupiają się na losach ludzi żyjących naprawdę, reinterpretując biografie osób znanych nam z kronik czy podręczników. Władcy, dyplomaci, malarze, odkrywcy, których znamy jedynie z imienia i krótkiej wzmianki w słowniku, nagle, dzięki powieściom historycznym lub z historią związanym, stają się bliżsi współczesnemu czytelnikowi. „W zamku Wartburg, na stromym urwisku/ (Te niemieckie przepaście i szczyty)/Wbrew mej woli a gwoli ucisku/Wyniesiony pod boskie błękity/Pismo Święte z wszechwładnej łaciny/Na swój własny język przekładam […]”. Podczas lektury „Schizmy” Jesúsa Liébany, po głowie krążyła mi piosenka Jacka Kaczmarskiego, chociaż byłam pewna, że od dawna nie pamiętam już słów. Okazało się jednak, że z każdą stroną powieści, elementy układanki – te historyczne także, choć akurat one z niejakimi oporami – zaczynają wracać na swoje miejsca. Marcin Luter, reformacja, cesarz Karol, sejm w Wormacji… Zaintrygowało mnie, jaką strategię przyjmie hiszpański pisarz i w jaki sposób przedstawi przełomowe wydarzenia, które zmieniły oblicze szesnastego stulecia. Czy zajmie się biografiami najważniejszych decydentów, czyli cesarza, papieża i mnicha-reformatora? A może odda głos komuś innemu, świadkowi tamtych czasów? Postawi na akcję, sensacyjne wydarzenia, romanse i intrygi (tak lubiane przez czytelników), czy na historiozoficzne rozważania…? Wkrótce okazało się, że Liébana wybrał swoją własną drogę, daleką od moich przypuszczeń, wpisując

Polecanki


się jednak w nurt powieści historyzujących, cieszących się obecnie sporym zainteresowaniem. Nie znajdziemy tutaj, moim zdaniem, ani skrajnych emocji, ani suchego przytaczania faktów. Nie poczujemy „klimatu” epoki, ponieważ autor ani przez chwilę nie da nam zapomnieć o „historyczności” opisywanych przez siebie wydarzeń – ale dowiemy się czegoś więcej o przyczynach rozłamu w Kościele. Nie zdołamy polubić czy znienawidzić bohaterów (przynajmniej tak mi się zdaje, choć mogę się mylić), bo nie taka jest ich rola w powieści – ale być może zrozumiemy, dlaczego postępowali w taki, a nie inny sposób. Nie wyobrazimy sobie alternatywnej historii: „co by było, gdyby papież Hadrian VI, cesarz Karol Habsburg i Marcin Luter doszli do porozumienia” – ale uświadomimy sobie, jak niewiele potrzeba, by „historii sprężyna” (znowu cytat z Kaczmarskiego) zgięła się w zupełnie inny sposób. Za datami i suchymi faktami kryje się przecież całe morze wątpliwości, osobistych animozji i sympatii, kontrowersyjnych działań i przypadków. Czasem szalę przeważa czynnik, uznawany przez decydentów za nieistotny, a przez to – zupełnie nieprawdopodobny. Młody człowiek, wychowywany na króla Hiszpanii, musi się zmierzyć z problemami całego cesarstwa, zwykły mnich wznieca ogień społecznej rewolty, a papieżem zostaje humanista, nieroszczący sobie pretensji do tronu Piotrowego i od lat trzymający się z dala od Rzymu i jego intryg. „Skutki cnót nawet najlepszego z ludzi w wielkim stopniu zależą, niestety, od czasów, w jakich przyszło mu żyć!” – głosi epitafium na grobie Hadriana VI, zwolennika reform, których, z najróżniejszych względów (politycznych, religijnych, personalnych i innych) nie udało się wprowadzić w życie. Jakiego rodzaju powieścią historyczna jest więc „Schizma” Jesúsa Bastante Liébany? Gdy myślę o tym utworzę, na własny użytek określam go „zbeletryzowanym podręcznikiem”, chociaż przychodzi mi także do głowy

Polecanki

konwencja, wypracowana przez Bogusława Wołoszańskiego w „Sensacjach XX wieku”. Istotne są fakty, następstwo działań, sploty okoliczności – coś wynika z czegoś innego, jedna decyzja uruchamia lawinę skutków. Oglądamy materię historyczną w taki sposób, jakbyśmy byli świadkiem tkania kobierca; zaglądamy przez ramię rzemieślnikowi. Nie jest istotne, co czuł Karol Habsburg, pisząc list do papieża – nota bene swojego byłego nauczyciela – o ile nie ma to wpływu na dalszy rozwój wypadków. Gniew ma znaczenie niebagatelne, ale ból głowy czy tęsknota za kochanką już niekoniecznie. W książce Liébany elementy „fakultatywne”, służące tylko i wyłącznie celom literackim, estetycznym, zostają ograniczone do minimum, nie znajdziemy tu ornamentów w postaci wielopiętrowych metafor czy opisów przyrody. Styl powieści jest więc dość surowy, choć nie sposób mu odmówić pewnej lekkości (zasługa tłumaczenia) i nie próbuje przyćmić opisywanych wydarzeń. Podział na krótkie, zwarte rozdziały porządkuje treść i ułatwia jej przyswojenie także tym odbiorcom, którzy nie posiadają obszernej wiedzy historycznej. Liébana nie jest kuglarzem słowa i nie próbuje nikogo omamić literackimi trikami. Wycofuje się jako pisarz obdarzony określoną osobowością twórczą, żeby do głosu mógł dojść Liébana – miłośnik historii i kronikarz, spisujący dzieje wielkich jednostek. Na początku bałam się trochę, że jako dziennikarz zajmujący się na co dzień sprawami społeczno-religijnymi, nie uniknie nachalnego moralizatorstwa, ale nic podobnego nie pojawia się w „Schizmie” – powieść jest ideologicznie wyważona a wnioski zostają pozostawione bystrości czytelnika. Polecam tę książkę przede wszystkim osobom zainteresowanym historią – bardziej historią, niż literaturą piękną – które za datami i hasłami w słownikach potrafią dostrzec burzliwy świat ludzi sprzed kilku wieków. Natalia Bilska

99


Scott Westerfeld „Behemot”

Data wydania: 2011 Wydawnictwo: Rebis Przekład: Jarosław Bybski Ilustrował: Keith Thompson Data wydania polskiego: 2011 Wydawnictwo: Rebis ISBN: 978-83-7510-590-2 Wydanie: I Strony: 465 Oprawa: miękka, ze skrzydełkami Do dnia dzisiejszego mile wspominam chwile spędzone na pokładzie Lewiatana, monstrualnego statku żeglującego ponad wyśnioną przez Scotta Westerfelda, alternatywną Europą z czasów I Wojny Światowej. To było coś! Prawdziwa przygoda w znanym, a jednak zupełnie obcym świecie, pełna emocji, zwrotów akcji, żywych wyrazistych postaci, opisana lekkim

100

piórem i zobrazowana nastrojowymi ilustracjami. Jej jedynym znaczącym minusem był fakt, że kończyła się zdecydowanie za szybko (tom starczał na maksymalnie trzy solidne posiedzenia). Po kilku miesiącach oczekiwania, możemy się nareszcie zagłębić w ciąg dalszy tej opowieści. Drodzy Czytelnicy, powitajcie „Behemota”. Tytuł brzmi groźnie, sam tom już na pierwszy rzut oka wydaje się nieco grubszy od swego poprzednika i podobnie jak on mami wzrok świetnie wykonaną okładką. Pytanie, czy jest równie smakowity? „Behemot” stanowi bezpośrednią kontynuację wydarzeń, jakich byliśmy świadkami w „Lewiatanie”. Nie będę się tu zagłębiał w szczegóły, aby nie zepsuć zabawy osobom, które dopiero teraz (albo za czas jakiś) postanowią się zaznajomić z cyklem Scotta Westerfelda. Powiem tylko, że głównymi bohaterami powieści wciąż pozostają syn arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, Alek oraz Deryn, córka lotnika, która podstępem zaciągnęła się do brytyjskich Sił Powietrznych. Sporą rolę odgrywają również inne postaci znane z poprzedniego tomu – opiekunowie Alka (Klopp, Volger), czy pewna pani doktor. W „Behemocie” znalazło się również miejsce dla nowych bohaterów, między innymi sułtana Mehmeda Piątego, czy też tytułowego stwora. Podobnie jak to miało miejsce w „Lewiatanie”, osobowości poszczególnych bohaterów zostały skonstruowane w sposób przemyślany, są wyraziste i wywołują w czytelniku różne emocje. Podobnie ma się sprawa wydarzeń, jakich stajemy się świadkami w „Behemocie”. Powieść ta wciąż pozostaje żywiołową historią pełną zwrotów akcji. Czasem potrzyma w napięciu, czasem rozbawi, ani przez chwilę nie pozwoli się sobą znudzić. Dzięki temu przez tom (aż chce się rzec – po raz kolejny) czytelnik przechodzi niczym rozgrzane ostrze przez kostkę masła. Kilka godzin czytania i nagle koniec, trzeba czekać na część trzecią. Znów można doznać uczucia niedosytu (na szczęście mniejszego, niż miało miejsce w przypadku „Lewiatana”), zwłaszcza jeśli na dobre wciągniemy się w fabułę powieści. A wciągnąć się tu można naprawdę łatwo, na

Polecanki


przykład ze względu na rozmach wykreowanego przez Autora świata, czy lekkość, z jaką to wszystko zostało opisane (mimo iż zachodzące w tle wydarzenia wydają się być skomplikowane, z ich zrozumieniem nie powinni mieć problemu również młodsi czytelnicy). Europa w burzliwych czasach I Wojny Światowej, rozdarta pomiędzy dwa skrajne ugrupowania (rozmiłowani w bioinżynierii Darwiniści oraz zaawansowane technicznie Chrzęsty) to miejsce, które naprawdę oddziałuje na wyobraźnię czytelnika. Zdecydowanie jeden z najfajniejszych alternatywnych światów, z jakimi spotkałem się w literaturze w ciągu tego roku. Wewnątrz tomu, oprócz tekstu, ponownie czeka na nas solidna porcja ilustracji autorstwa Keitha Thompsona. Ów ilustrator, po raz kolejny, stanął na wysokości zadania – poszczególne rysunki przyciągają wzrok na dłużej niż kilka

chwil, są szczegółowe, sugestywne i znakomicie oddają nastrój panujący w „lewiatanowskiej” Europie. Uważam, że bez nich wydanie straciłoby naprawdę sporo ze swego uroku. Polskiemu wydaniu nie można nic zarzucić. Mamy efektowną oprawę, dobrze przetłumaczony tekst, bez wpadek wymagających korekty. Czyli znany już z innych pozycji Wydawnictwa Rebis solidny poziom wykonania. „Behemot” to znakomity tytuł dla osób lubiących lekką, a jednocześnie niebanalną przygodę. Jest to zarazem pozycja uniwersalna, dla czytelnika w każdym wieku. Tym niemniej przed zapoznaniem się z nim zalecam rendezvous z „Lewiatanem”. Kamil Dolik

Jeaniene Frost „Jedną nogą w grobie” Tom II serii „Nocna Łowczyni” Data wydania: październik 2011 Wydawnictwo: MAG Seria wydawnicza: Nocna Łowczyni tom 2 Tłumaczenie: Anna Reszka wydanie: wydanie I Oprawa: miękka Format: 125 x 195 mm Liczba stron: 440 ISBN: 978-83-7480-231-4 Jeżeli czytaliście „W pół drogi do grobu”, nie możecie przegapić kontynuacji przygód „Nocnej Łowczyni” Catherine Crawfield. Z kolejnym oczkiem w serii, temperatura uczuć i tempo akcji skaczą w górę i nie pozwolą Wam oderwać się od lektury (no, chyba żeby wziąć zimny prysznic). Od wydarzeń opisanych w pierwszym tomie cyklu minęły cztery lata. Przez ten czas Cat nie udało się skończyć – rozpoczętych po wielu trudnościach – studiów, znaleźć porządnego faceta, który spodobałby się jej matce, ani

Polecanki

101


ograniczyć spożycia ginu z tonikiem. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Półwampirzyca w wieku dwudziestu sześciu lat doczekała się stanowiska w tajnej jednostce rządowej. Korzystając z wiedzy, jaką przekazał jej Bones, seksowny ekstrener i kochanek w jednej osobie, szkoli agentów do walki z demonami działającym poza prawem ludzi. Wyposażona w nowoczesny sprzęt, kontynuuje prywatną krucjatę przeciwko wampirom, rozpoczętą na poczet krzywd wyrządzonych jej matce. I trzeba to przyznać – w ich zabijaniu jest naprawdę skuteczna. Gdy jednak nowa tożsamość Cat zostaje odkryta i dziewczyna staje się celem ataków płatnych morderców, jedyna osobą, która będzie mogła jej pomóc w stoczeniu nierównej walki z wampirzymi przywódcami będzie wampir, którego przed laty opuściła. Ponowne spotkanie z Bonesem zmusi Cat do spojrzenia wstecz i zmierzania się z widmami z przeszłości oraz całkiem realnymi namiętnościami, jakie wzbudza w niej bliskość wampira. Czy jednak nie jest aby za późno? „Jedną nogą w grobie” to książka jedyna w swoim rodzaju. Trup ściele się gęsto, a fabuła usiana jest zaskakującymi zwrotami akcji i soczystymi dialogami. Nawet wątek romantyczny poprowadzony bez zbędnego perypatetyzmu i pruderii, napisany został z lekkim przymrużeniem oka i humorem. Główna bohaterka z łatwością potrafi zyskać sympatię czytelników, tym bardziej, że mimo mieszanego pochodzenia, nie różni się wiele od przeciętnej śmiertelniczki w jej wieku. Choć chce uchodzić za wyrachowaną profesjonalistę, co krok zdarzają się jej towarzyskie gafy, a jej zachowanie trudno określić godnym „prawdziwej damy”. Często ma to wpływ na jej relacje z Bonesem, gdyż mimo jego zapewnień, nadal czuje się nie dość dobra, nie dość piękna, nie dość wysublimowana, by stać się towarzyszką kilkusetletniego wampira.

102

Choć książki Jeaniene Frost jak na razie należą do mojej ulubionej serii paranormal romance, w czasie lektury dwie kwestie wzbudziły moje wątpliwości. Po pierwsze nie mogę się pogodzić z decyzją autorki o dokonaniu tak gwałtownego przeskoku czasowego w fabule. To wybieg na skróty, ułatwiającym pracę samej pisarce, bez większych korzyści dla czytelników. Brakuje mi tych elementów powieści, o których Cat tylko wspomina. Zdobywania nowej tożsamości, początków pierwszej prawdziwej przyjaźni pomiędzy nią a śmiertelniczką, budowie relacji z agentami, szczególnie Donem, który w drugim tomie odegra niebagatelną rolę, mającą związek z przeszłością Cat. Druga kwestia to postępowanie agencji względem schwytanych wampirów. W pierwszym tomie, autorka była poruszona tematem niewolnictwa młodych kobiet przetrzymywanych i porywanych przez wampiry. Wykorzystywanych jako pożywienie i zmuszanych do prostytucji. Tymczasem, Cat zupełnie bez emocji relacjonuje jak pojmane wampiry są przetrzymywane w zamknięciu. Podtrzymywane przy życiu zwierzęcą krwią mają dostarczać surowicę, z której produkowane są „stopery” – pigułki z wydestylowanej krwi wampirów, wzmacniające siły witalne agentów. „Jedną nogą w grobie” pozwala – na kilka ekscytujących godzin – oderwać się od przytulnej codzienności. Świat Nocnej Łowczyni może nie zaskoczy co bardziej rozeznanego w temacie nieumarłych czytelnika, jednak dynamiczna narracja z dawką czarnego humoru, doprawionego szczyptą sarkazmu i ironii, z pewnością zrekompensuje to drobne niedopatrzenie. Zakończenie, tym razem mniej melodramatyczne i bliższe klasycznemu happyendowi, otwiera zupełnie nowe wątki w trzeciej części historii Cat i Bonesa. Jednego można być pewnym, seria jeszcze zaskoczy swoich wiernych fanów. Magdalena Mińko

Polecanki


Mo Hyder „Rytuał”

Data wydania: 2011 Wydawnictwo: Sonia Draga Oprawa: Miękka ze skrzydełkami Ilość stron: 408 Wymiary: 12.3 x 19.5 cm ISBN: 9788375084115 Tłumaczenie: Penksyk-Kluczkowska Ewa Chociaż Mo Hyder uznawana jest za jedną z największych współczesnych gwiazd brytyjskiej literatury sensacyjno-kryminalnej, w naszym kraju nie uzyskała jeszcze znaczącej renomy. Można wręcz powiedzieć, że mało kto miał okazję zetknąć się z jej twórczością. Do niedawna w Polsce opublikowano tylko jedną powieść tej autorki, pt. „Ptasznik”. Wydawnictwo Sonia Draga postanowiło to zmienić, wydając w bieżącym roku dwie najnowsze książki: „Skórę” oraz „Rytuał”. Dziś przybliżę Wam tę drugą pozycję.

Polecanki

Komisarz Jack Caffrey oraz policyjny nurek „Pchła” Marley prowadzą śledztwo w sprawie ludzkich szczątków odnalezionych w basenie portowym. Wszystko wskazuje na to, iż wyłowione przez Marley dłonie zostały odcięte jeszcze za życia ofiary. Ponieważ dalsze poszukiwania ciała nie przynoszą efektu, zachodzi podejrzenie, że okaleczony człowiek może być przez tajemniczych oprawców utrzymywany przy życiu. Podążając jego tropem, bohaterowie pogrążają się w nad wyraz brutalnej rzeczywistości bristolskiego półświatka, w którym kwitnie przestępczość i narkomania, a mordy rytualne wykonywane są na zamówienie. Podczas gdy Jack podąża tropem narkotykowym, „Pchła” zgłębia wierzenia i obrzędy kultywowane przez zamieszkującą tam ludność pochodzenia afrykańskiego. Popularne tam bowiem wierzenia woodoo oraz muti opierają się na oddawaniu ofiar z ludzkiej krwi i ludzkich części ciała w celu zapewnienia sobie przychylności rozmaitych bóstw. Mo Hyder znana jest z tego, że swoje powieści wzbogaca wyjątkowo drastycznymi opisami sadystycznych tortur oraz bestialskich morderstw. Jej książki są więc przeznaczone dla czytelników o silnych nerwach (z pewnością nie jest to literatura dla młodszych czytelników). Można wręcz powiedzieć, że są to „nieludzkie opowieści o ludzkim okrucieństwie”. Także „Rytuał”, jej najnowsza książka, nie jest w tym względzie wyjątkiem. Wciąga nas w przerażającą podróż po świecie makabrycznych wierzeń, silnych narkotyków oraz tajników najciemniejszych zakamarków ludzkiego umysłu. Wielowątkowa fabuła, dynamiczna akcja oraz dobrze stopniowane napięcie pozwalają zaliczyć„Rytuał” do miana doskonałego thrillera. Od pierwszej do ostatniej strony autorka utrzymuje czytelnika w stanie maksymalnego napięcia, nie pozwalając mu nawet przez moment myśleć o oderwaniu się od lektury. Wątek fabularny autorka urozmaica dokładnymi opisami życia wewnętrznego głównych bohaterów książki, co odróżnia ją od klasycznych powieści sensacyjno-kryminalnych. Zarówno Jack Caf-

103


frey, jak i „Pchła” Marley zmagają się z traumatycznymi wspomnieniami, które rzutują na ich obecne życie i sposób prowadzenia śledztwa. Główni bohaterzy nie mogą bowiem pogodzić się ze śmiercią najbliższych członków swojej rodziny. „Pchła” niedawno tragicznie utraciła rodziców, którzy podjęli próbę zejścia na dno tzw. Dziury Buszmena – bezdennego jeziora w Afryce Południowej. Natomiast Jack, mimo upływu kilkudziesięciu lat od czasów jego dzieciństwa, rozmyśla wciąż o tajemniczym zaginięciu swojego kilkuletniego brata, który prawdopodobnie padł ofiarą seryjnego mordercy i gwałciciela dzieci. Autorka opisuje także dramatyczne przeżycia młodego narkomana, który dla kolejnej „działki” zgodził się zagrać rolę ofiary w makabrycznym spektak-

lu zorganizowanym dla tajemniczych widzów. Nie wiedział jednak, że wstąpił w ten sposób na niekończącą się nigdy drogę bólu, cierpienia i poniżenia. Dogłębne i drobiazgowe przedstawienie wewnętrznych lęków, wspomnień oraz motywacji bohaterów sprawia, iż wydają się nam oni nie papierowymi postaciami z książki, a niemalże żywymi ludźmi. Połączenie policyjnego śledztwa z opisem krwawych obrzędów religijnych oraz narkotycznych wizji sprawia, że „Rytuał” z pewnością spodoba się nie tylko fanom klasycznych książek sensacyjnych, ale także wszystkim wielbicielom mrożących krew w żyłach powieści grozy. Olga Michalik

Robert M. Wegner „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód” Data wydania: wrzesień 2010 Wydawnictwo: Powergraph ISBN: 978-83-61187-16-5 Liczba stron: 688 O Wegnerze już od jakiegoś czasu jest głośno. Jego pierwszy zbiór opowiadań zebrał nadzwyczaj pochlebne opinie, a ich zwieńczeniem jest nagroda Zajdla za „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami”. Drugi tom w tym samym uniwersum również został przyjęty ciepło, choć w tym przypadku musiał obejść się tylko nominacją do wspomnianej nagrody, co i tak dla początkującego autora na pewno stanowi niemały powód do dumy. Jako że po opowiadania sięgam raczej rzadko, przez długi czas nie miałem okazji zapoznać się z „Opowieściami z meekhańskiego pogranicza”, jednak zasłyszane porównanie Wegnera do Sapkowskiego przelało czarę i to bynajmniej nie goryczy. Zatem bez większej zwłoki sięgnąłem po oba dzieła Roberta Wegnera, a oto dzielę się wrażeniami: formalnie z części „Wschód – Zachód”, w praktyce z obydwu.

104

Polecanki


Jak sam tytuł wskazuje, odwiedzimy wschodnie i zachodnie rubieże Imperium. Na wschodzie jeden z wolnych czaardanów, złożony z wielce podejrzanych osobników, zostanie wplątany, za sprawą swojego dowódcy, w wielką politykę i wojnę wywiadów. Granica, jak to ma w zwyczaju, płonie. Meekhan szykuje się do wojny z koczowniczymi plemionami Se-kohlandczyków, które być może wkrótce zostaną pozbawione Ojca Wojny. Zachód musi się mierzyć z konfliktem zupełnie innego rodzaju. W największym tamtejszym porcie, Ponkee-Laa, toczy się walka o władzę w mieście. Szlachta, kapłani, gildia złodziei – każdy walczy z każdym, zmienne sojusze jako tako utrzymują równowagę, lecz kiedy do gry włączą się bogowie, wszystko może runąć jak domek z kart. Kompozycja drugiego tomu „Opowieści…” nie zaskakuje. Analogicznie do pierwszego mamy podział na dwie części (tym razem wschód i zachód), a w każdej z nich po cztery opowiadania, które łączy jeden z głównych bohaterów. W efekcie dostajemy cztery indywidualne, całkowicie niezależne od siebie postacie funkcjonujące w czterech zupełnie odmiennych kulturach na czterech zróżnicowanych terenach. Doskonały przepis na dobrą drużynę, jak na fantasy przystało. Brakuje tylko maga, choć niektóre postaci posiadają moce, nie do końca jednak zależne stuprocentowo od ich woli. Tak czy inaczej występuje w „Opowieściach…” pewna symbolika. Cztery strony świata – góry, pustynia, stepy i morze. Topór, miecz, łuk, sztylet. Dowódca, wojownik, łuczniczka, złodziej. A to wszystko w jednym Imperium. Coś jest na rzeczy, prawda? Podejrzenia o budowaniu drużyny są uzasadnione chociażby tym, że dochodzi do, epizodycznego wprawdzie, spotkania Kennetha z Kailean (północ i wschód) oraz Yatecha z Altsinem (południe i zachód). Nie będę więc chyba szczególnie błyskotliwym odkrywcą, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, iż Robert Wegner w dalszych, zapowiedzianych już częściach swojej historii, pójdzie właśnie w stronę złożenia tej całej czwórki do kupy i wymyślenia im jakiejś wspólnej przygody. Brzmi może dosyć banalnie, ale banal-

Polecanki

ne zdecydowanie nie jest. Już dawno żaden polski autor fantasy nie zaskoczył mnie tak mile złożonością i dopracowaniem świata wypełnionego żywymi, intrygującymi bohaterami oraz, co najważniejsze, świetną opowieścią. A właściwie opowieściami, gdyż każde opowiadanie, choć połączone ze sobą wewnątrz poszczególnych części, stanowi odrębną historię. Niekiedy zabawną, innym razem wzruszającą, tragiczną czy oburzającą. Jednym słowem cały barwny wachlarz uczuć, który autor bardzo umiejętnie rozwija i zwija przed czytelnikiem, stosownie do potrzeb i okoliczności. To najbardziej odpowiadające mi połączenie, kiedy można zarówno podziwiać kunsztowną pracę, jaką autor włożył w tworzenie całej otoczki i postaci, jak i dać się ponieść emocjom, wejść w świat i historię, wczuć się w bohaterów. Osiągnąć stan, w którym książka przestaje być tylko książką, a staje się wrotami, przez które nie wiadomo kiedy wkracza się w twór tak drobiazgowo przygotowany przez pisarza. Tym właśnie różni się bardzo dobra pozycja od tej tylko dobrej czy ledwie przyzwoitej. Wracając na koniec do porównania z Andrzejem Sapkowskim, stwierdzić jednak muszę, iż Robertowi M. Wegnerowi trochę jednak jeszcze do mistrza i poziomu „Mniejszego zła” czy „Miecza przeznaczenia” brakuje. Niemniej nie spodziewałem się, że zbliży się aż tak, że nie będę mógł bezlitośnie wykpić i wyśmiać takiego porównania. Cóż, AS najlepsze lata ma już prawdopodobnie za sobą, a Wegner dopiero zaczyna. Na pewno z zaciekawieniem śledził będę jego dalszą pisarską karierę, już w tej chwili bardzo wyróżnia się spośród większości kolegów po piórze o podobnym książkowym dorobku – mam nadzieję, że będzie tylko lepiej. W każdym razie, między innymi dzięki „Opowieściom z meekhańskiego pogranicza”, spokojny jestem o dalszy los polskiej literatury fantasy. W powszechnym zalewie masowej papki, przeciętności i chłamu znalazł się ktoś godny do przejęcia pałeczki od starszych, zasłużonych kolegów. Łukasz Szatkowski

105


Kącik Wujka Zło Oskar Jach

WUJEK ZŁO aka Oskar Jach. Urodzony w latach osiemdziesiątych i mieszkający od zawsze w Krakowie, optymistycznie nastawiony do życia pożeracz literatury. Uzależniony do granic wytrzymałości od kofeiny, nikotyny i filmów porno, miłośnik horrorów (szczególnie z lat 80. i 90.). Meloman ze słabością do ciężkich brzmień i Franka Sinatry. Lubi czekoladę (dawkowanie wskazane: dwie tabliczki naraz) i placki ziemniaczane z sosem myśliwskim. Za te ostatnie przehandlował w 1998 roku kolekcję alabastrowych piesków i ćwiartkę duszy.

Czy wiesz, że...? Graham Masterton poza horrorami napisał kilka książek erotycznych i jest także autorem wierszy? Stephen King publikował książki pod pseudonimem Richard Bachman? Clive Barker publicznie przyznał się do bycia homoseksualistą? Stefan Darda był kiedyś członkiem zespołu „Orkiestra pod wezwaniem Świętego Mikołaja”?

Komix made by Komixiara

106

Oskar Jach


Warto przeczytać! Jacek Komuda „Herezjarcha“ Wydawnictwo: Fabryka Słów Data wydania: Listopad 2008 ISBN: 978-83-7574-006-6 Liczba stron: 344 Wymiary: 125 x 195 mm „Herezjarcha” to świetna pozycja na zimowe wieczory. Przygody najsłynniejszego paryskiego rzezimieszka Franciszka Villona pochłaniają czytelnika bez reszty. Historie o nawiedzonej parafii, mrocznych zabójstwach, sekretach martwych od lat mnichów i okrucieństwie wciągają na tyle, że trudno wstać z fotela na siku. Opowiadania przesycone są lepkim klimatem siedemnastowiecznego społeczeństwa oraz okraszone paskudnym zapachem brudnych ulic i kana-

Kącik Wujka Zło

lizacji. Podczas lektury niemalże czujemy, jak i na naszej skórze zaciska się pętla szubienicy, gdy wieszają bohatera. Jadąc razem z postaciami przez mroczną jaskinię, czujemy zimno pełznące po kostkach, a gdy autor zmusza swą postać, by ta wpełzła do jamy pod konarem martwego drzewa, my, czytelnicy, niemalże czujemy smak błota w ustach. Polecam!

107


Z książki na ekran #1 Istnieją książki dobre i bardzo dobre. Te dobre czyta się jednym tchem, a na te bardzo dobre i tchu czasem zabraknie. Podobnie jest z ekranizacjami owych książek. Istnieją te zrobione przyzwoicie oraz te, które smakują jak skrzyżowanie langusty z miodem. Zarówno autorzy książek, jak i reżyserzy, którzy przenoszą je na duży ekran, muszą wykazać

Graham Masterton „Manitou” vs William Girdler „Manitou” Wszystko zaczyna się w latach 70. W księgarniach pojawiła się wtedy książka Grahama Mastertona pod tytułem „Manitou”. Tytuł ten był swoistą mieszanką horroru, elementów wierzeń Indian, czarnego humoru i magii. Książka opowiada o dziwacznie skrzyżowanych losach kilku postaci. Harry Erskine to okultysta, który tyle ma wspólnego z okultyzmem, co ZUS z ucz-

108

się mistrzostwem warsztatu, jeśli chcą nas porządnie przestraszyć. W niniejszym cyklu przyjrzymy się właśnie tym mniej i bardziej udanym książkom oraz ich ekranizacjom. Zastanowimy się, gdzie tkwi sukces lub porażka literatury na dużym i małym ekranie. Wybierzemy się w podróż po umysłach szaleńców, dewiantów i ludzi skrzywdzonych przez los, zasmakujemy magii i, miejmy nadzieję, uda nam się poczuć dreszcz przerażenia pełznącego po karku…

ciwością; zarabia on na życie przepowiadając przyszłość klientkom, których głównymi atrybutami jest portfel wypchany pieniędzmi i początki starczej demencji. Starsze panie, wodzone za nos, uwielbiają wsłuchiwać się w prekognicje młodego i przystojnego wróżbity. Prawdopodobnie tak mogłoby być długo, niestety jednak dla Harrego pewnego dnia w jego małym przytulnym gniazdku zjawia się kobieta naprawdę opętana przez mroczne siły. Wizyta ta posuwa za sobą cały szereg dziwnych wydarzeń, na czele

Oskar Jach


których najważniejszy wydaje się powrót wielkiego indiańskiego szamana, Misquamacusa, który zamiast spokojnie przenieść się do krainy wiecznych łowów, decyduje się jednak odrodzić na plecach dziewczyny Harry’ego. A jakby tego było jeszcze mało, zwariowany szaman ma plan zniszczenia całej Ameryki w ramach szeroko pojętej zemsty za krzywdy, jakich doznał jego naród ze strony bogu ducha winnych obywateli USA. Jedyne, na co teraz może liczyć Harry, to pomoc żyjącego w rezerwacie Indianina Śpiewającej Skały, jednego z niewielu żyjących współcześnie szamanów. Ekranizacja „Manitou” powstała w 1978 roku, a reżyserii podjął się William Girdler. Film jak na owe czasy posiadał całkiem niezłe efekty specjalne, które w dobie dzisiejszej techniki raczej śmieszą, niż straszą, ale w latach 70. robiły naprawdę dobre wrażenie. Co więcej, ekranizacja ta była jednym z pierwszych filmów udźwiękowionych w systemie DOLBY. W filmie wystąpiły bardzo w tamtych czasach popularne gwiazdy ekranu. Harry’ego zagrał Tony Curtis, czyli jeden z symboli kina amerykańskiego lat 50. i 60., a prywatnie ojciec Jamie Lee Curtis. W rolę Śpiewającej Skały wcielił się Michael Ansara, a postać Karen zagrała Susan Strasberg. Z tej trójki do dnia dzisiejszego żyje już niestety tylko pan Ansara. Zazwyczaj bywa niestety tak, że ekranizacje książek rządzą się własnymi prawami i w dużej mierze na ich ostateczną formę wpływ ma głównie architektura wnętrz umysłu scenarzysty i reżysera. W tym wypadku jednak zabieg przeniesienia kart książki na szklany ekran udał się. Ekranizacja jest dość wiernym oddaniem wydarzeń mających miejsce w powieści. Znajdziemy też nieco różnic, ale te, które istnieją, nie zaburzają przekazu i przedstawiają w miarę spójnie i wiernie wydarzenia, o których czytaliśmy. Do najbardziej widocznych zmian względem książki należy zależność między dwojgiem głównych bohaterów, czyli pomiędzy Harrym Erskinem i Karen Tandy. W książce

Kącik Wujka Zło

byli oni jedynie przypadkowymi znajomymi, podczas gdy w ekranizacji są wieloletnimi kochankami. W ekranizacji Girdlera nie zobaczymy również próby pokonania szamana przez oddział policji. Kolejną pominiętą kwestią, która występuje w książce, a nie znajdziemy jej w filmie, jest obawa Misquamacusa przed chorobami i cała historia związana z przepędzeniem go przez Holendrów w siedemnastym wieku. Jednak film jest dość wierny swojemu papierowemu oryginałowi. Ogląda się go przyjemnie i bez nudy, najbezpieczniej jednak podchodzić do niego z lekkim dystansem. Mając w pamięci czasy, w jakich powstawał, oraz to, że reżyser nie doczekał się etapu post produkcji filmu (zginął w wypadku śmigłowca), przez co być może najczęściej wytykane jako słaby element filmu efekty specjalne, byłby nieco lepszej jakości. Przyjemność z oglądania go będzie wtedy większa, bowiem skupimy się bardziej na fabule niż na wyśmiewaniu niektórych słabszych momentów. No więc? Książka czy film? W tym odcinku nie będzie prostej odpowiedzi. Wujek Zło sugerowałby zapoznać się w pierwszej kolejności z literackim pierwowzorem. Następnie w któryś wolny niedzielny wieczór odpalić na rozgrzanie kawałek „The Mummys Ball” zespołu The Verdicts, a następnie dać się pochłonąć ekranizacji. Potem każde z Was będzie mogło odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bardziej pasuje mu książka, czy film. Jeśli odpowiedzią będzie książka, to czekają na Was jeszcze dwie jej bezpośrednie kontynuacje, czyli „Zemsta Manitou” oraz „Duch zagłady”. Jeśli z kolei na piedestale postawicie ekranizację, to cóż… tutaj nie mam już tak zachęcających informacji. Nie powstała do dnia dzisiejszego żadna inna ekranizacja którejkolwiek z następnych części „Manitou”. Kto wie, może kiedyś jeszcze przyjdzie na nie czas…

109


Nadchodzi zima, czy tego chcemy, czy też nie. Słońce zachodzi coraz szyciej, a zatem więcej czasu spędzamy w domu. Czas ten można spożytkować na wiele sposobów, na przykład przy dobrej książce albo przy wybornym kinie. Czasami jednak trzeba naładować swoje akumulatory humorem, bo jak wiadomo śmiech to zdrowie. Mamy nadzieję, że te kilka stron przysporzy wam trochę uśmiechu na twarzy. Śmiejcie się dużo, bo to nigdy nie szkodzi. Ahoj, czytelnicy!

110

QFUN


Autentyki, czyli i tak pomyślisz, że ktoś to wymyślił :) Piszemy kolokwium z fizyki i umawiamy się z profesorem na ewentualną poprawę. Profesor zaproponował, żeby napisać za tydzień, ale nikomu nie pasowało, bo za tydzień są juwenalia. Profesor na to: – Najważniejsza rzecz dla studenta, który przychodzi na egzamin, to trafić w drzwi, to jest połowa sukcesu. – Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia, czy mam przejść obok ciebie jeszcze raz? – Możesz przejść jeszcze raz, ale tym razem już się nie zatrzymuj...

QFUN

Pewna 26-latka z Wielkiej Brytanii na długo zapamięta ostatnią grę w paintball. Podczas jednej ze strzelanek dostała w pierś. Na początku kobieta myślała, że kulka z farbą zostawiła potężnego, bolesnego siniaka. Wiadomo „bez bólu nie ma zabawy“. Ból jednak nie ustępował, więc kobieta postanowiła udać się do lekarza. Ten stwierdził, że siła uderzenia rozerwała jej implant. Uraz – na nieszczęście – okazał się być bardzo kosztowny. Operacja wymiany implantu kosztowała kobietę aż 3 tys. funtów. Już widzimy pękających ze śmiechu właścicieli parku Paintzone, na którym doszło do tego zdarzenia. Po tym wypadku wszystkie panie posiadające implanty będą miały dodatkowe ochraniacze.

111


Bo grunt to dialog <krystek> poszedlem z nudow na wyklad a tam kolokwium <sor> Odpowiedzi zaznaczajcie ptaszkiem. <glos z sali> A długopisem można? <xd> jak napisać brajlem: “Nie dotykać, urządzenie elektryczne?“ <misiek> odchodzę <gosiak>ode mnie ? <misiek> na razie od kompa, ale dałaś mi do myślenia .... <Rio> Polska to jednak wspaniały kraj <Rio> oskarzyli u mnie w ośrodku zdrowia lekarza <Rio> bo sam sobie wystawiał zwolnienia lekarskie i nie przychodził do roboty <Rio> juz 3 miesiace przenoszą termin sprawy sądowej <Rio> z powodu jego zlego stanu zdrowia <Rio> popartego zaswiadczeniami lekarskimi <Rio> ktore wystawia sobie sam ^^ <marta> słuchaj, jestem załamana <marta> bartek, wiesz mój chłopak umówił się ze mną w kawiarni <marta> przychodzę, a on siedzi z poważną minią i zanim zdążyłam się z nim przywitać on wyszedł <marta> podchodzę do stolika a tam koperta, a w niej karta i tam pisze że z nami koniec ;/ <chomik> jest napisane.

112

<alek> przyszli do mnie jechowi dzisiaj, otworzyła babcia <pate_q> i co? <alek> po 30 minutach rozmowy chcieli przejść na chrześcijaństwo <olka21> Wiesz Patryk, chciałam Ci coś powiedzieć <patryk> dawaj ;* <olka21> No bo ja jestem w trakcie terapii hormonalnej, znaczy zmiany płci... <patryk> jaja sobie robisz? <skrzat> a jak tam z Miśkiem? <Ania> nie jestem już z nim... <skrzat> A co, samochód sprzedał? <koriiiiii>Czy jak kradnę internet od sąsiada i klikam w banner pajacyka, to jestem takim współczesnym Janosikiem ? <Agan> Tymbark zabija.... <Cirr> Jak to ? <Cirr> Zabija ? <Agan> tak sie dzis chlastnelem w palca ze myslalem ze sie wykrwawie ^_^ <Cirr> kapslem? xD <Agan> Tak, przy otwieraniu.... <Agan> A pod kapslem pisalo „Moze nastepnym razem“.... <klon> a Ty żonaty? <zubr> ta .. ale nie praktykujacy <kazak> ty wiesz ze co piaty czlowiek na swiecie to chinczyk? <kylu> ta, a co trzeci anglik to polak

QFUN


Złota My śl

Żyj tak, jak by każdy d z

ień był two im ostatnim

Źródła: www.garfield.org.pl www.komixxy.pl www.demotywatory.pl www.kwejk.pl www.bash.org.pl www.autentyki.pl

QFUN

113


QFANT ZARZĄD Redaktor naczelny: Piotr Dresler / piotrdresler@qfant.pl / Z-ca redaktora naczelnego: Jacek Skowroński / jacek.skowronski7@gmail.com / P. O. z-ca redaktora naczelnego: Anna Perzyńska / aperzynska.lan@gmail.com / Z-ca redaktora naczelnego: Michał Stonawski / mstonawski@gmail.com / P. O. sekretarz redakcji: Anna Perzyńska / aperzynska.lan@gmail.com / Mail: redakcja@qfant.pl Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo do redagowania nadsyłanych tekstów i nie odpowiada za treść reklam. DZIAŁ REDAKCJI JĘZYKOWEJ Kierownik działu: Anna Perzyńska / aperzynska.lan@gmail.com / DZIAŁ GRAFICZNY Kierownik działu: Magdalena Mińko / minkomaga@gmail.com / DZIAŁ PUBLICYSTYCZNY Kierownik działu: Łukasz Szatkowski / lukaszszatkowski@qfant.pl / Kierownik działu recenzji: Katarzyna Tatomir / tatomir.katarzyna@gmail.com /; Maryla Kowalska / kowalska.maryla@gmail.com / DZIAŁ WSPÓŁPRACY Z WYDAWNICTWAMI Kierownik działu: Marta Konopko / martakonopko@qfant.pl / Skład wersji PDF: Agata Sienkiewicz Skład wersji WWW: Nelliusz Frącek Projekt okładki: Magdalena Mińko & Agata Sienkiewicz Ilustracja na okładce: Magdalena Mińko Ilustracje: Tomasz Bełzowski, Kornel Kwieciński, Magdalena Mińko, Krzysztof Trzaska, Barbara Wyrowińska, Radosław Respond, Konstanty Wolny Korekta: Agnieszka Łobik-Przejsz, Paulina Koźbiał, Iga Pączek, Bożena Pierga, Katarzyna Tatomir, Ewa Wojdyńska, Aleksandra Żurek, Maja Borawska

114

Stopka redakcyjna


qfant-13