Issuu on Google+


26 Widok buddyjskich mnichów jest stałym elementem krajobrazu w Azji Południowo-Wschodniej

Tzawsze ERAZ i

Nr 7 sierpień 2012

3 SŁABO W OBU KLASYFIKACJACH Olimpiada w Londynie daje do myślenia.

4 ...BY UCHWYCIĆ NAJWAŻNIEJSZE Szybko żyjesz? Uważaj – grozi niedowidzeniem i niedosłyszeniem.

7P  OZA ŚWIATEM

Z zachwytu Bożym dziełem.

8N  IE W OWCZYM PĘDZIE

Nie tylko o pożytku z dobrego traktowania owiec.

10 CIII... Posłuchaj wiatru. 1 1 SKLEP Z PRAWDĄ Wybierz dobrze.

13 O POCZUCIU HUMORU Opowieści drobne.

14 WILLIAM CAREY – SZEWC Z WIZJĄ DLA ŚWIATA Człowiek, który zmienił Kościół.

17 ODPOCZNIJ SOBIE

Zamknij, wyłącz, zapomnij...

20 I RAN UCZNIÓW CHRYSTUSA

Najszybciej rozwijający się Kościół na świecie.

22 ...NA CAŁY ŚWIAT

Drobne wiadomości z Królestwa Bożego.

23 W  IADOMOŚCI DOBRE

Wciąż na świecie dobro się znajduje.

24 DOBRY CZŁOWIEK

Dotyk anioła (no, prawie).

25 POKORA KRÓLOWĄ CNÓT

Recenzja książki „Pokorni odziedziczą ziemię”.

26 W  YPRAWA NA WSCHÓD Niemal na kraniec świata.

WIA D

...ja zaś będę szedł powoli, tak jak będzie mogła nadążyć moja trzoda...

OŚCI D OM

E BR O

8

23 ...dobrem zwyciężaj...


W

  ciągu ostatnich stu lat sport zrobił oszałamiającą karierę. W igrzyskach olimpijskich w Sztokholmie w  1912 r. wzięło udział zaledwie 28 państw. W  zakończonej niedawno olimpiadzie w Londynie reprezentowane były 204 kraje, z których przybyło 10 820 zawodników i zawodniczek, startujących w 302 konkurencjach. Jeszcze większe wrażenie robią liczby obrazujące zainteresowanie kibiców i pieniądze do zarobienia na sporcie. Te pierwsze, dotyczące oglądalności najpopularniejszych imprez sportowych, liczy się w miliardach, te drugie – związane z zarobkami największych gwiazd sportu – w setkach tysięcy dolarów (tygodniowo!). Sport jest absurdalny. I wiemy to już co najmniej od czasów starożytnych. „Wielki filozof Diogenes z Synopy wyszedł kiedyś ze swojej beczki, gdzie mieszkał, i  spotkał radosny korowód, który niósł olimpionika i wiwatował na jego cześć. Spytał go więc Diogenes, z czego tak się cieszy ów olimpionik. Ten mu odparł, że zwyciężył

dokonują czegoś wyjątkowego. „Nasi” wygrali, więc my też otrzymujemy nieco z  tego splendoru. Ta odrobina chwały spada na nas, którzy możemy przez chwilę poczuć się dumni z tego osiągnięcia. Nie ma w tym nic złego. Czyż chwała Chrystusa nie udziela się nam, Jego uczniom? Poczucie przynależności to coś bardzo ważnego. Bóg nazwał nas swoimi dziećmi, i to dodaje nam powagi i wartości – a przecież nie ma w tym żadnej naszej zasługi! W zawodach międzynardowych rywalizacja sportowców jest substytutem wojny. Nieraz dosłownie. Podczas olimpiady w Melbourne w 1956 r. półfinałowy mecz piłki wodnej mężczyzn rozgrywany był pomiędzy Węgrami a  ZSRR. Miał on miejsce niedługo po krwawym stłumieniu przez wojska sowieckie antykomunistycznego powstania Węgrów. Mecz był tak zacięty, że polała się krew. Wygrali Węgrzy (podobnie jak późniejszy finał z Jugosławią). Podczas olimpiady w Londynie nie miały miejsca tak dramatyczne historie, a jednak dla władz chińskich spra-

Tu i teraz!

Słabo w obu klasyfikacjach

w Starożytnych Igrzyskach, więc dalej pyta filozof: A byli mocniejsi czy słabsi ci, z którymi wygrałeś? Wielce sfrustrowany olimpionik odpowiada: No... przecież jasne, że skoro wygrałem, to musieli być słabsi... To z czego się cieszysz, skoro pokonałeś słabszych od siebie? - padło pytanie”. Niekiedy jednak zwycięstwa odnosi się o  włos. I  nie musi to wcale być przenośnią. Sylwia Bogacka o  jeden milimetr (!) przegrała złoty medal w  strzelectwie. Brazylijczycy wygrywali w finale siatkówki z Rosjanami 2:0 w  setach i  w  trzecim mieli dwie piłki meczowe. Czyli dwa razy znajdowali się o włos od zdecydowanego, bezdyskusyjnego zwycięstwa nad swymi rywalami. Wystarczyło, aby raz piłka uderzona przez jednego z zawodników odrobinę silniej lub minimalnie w  lewo czy w prawo spadła w nieco innym miejscu. Tak się jednak nie stało, seta wygrali Rosjanie. Podobnie jak dwa następne. I to oni okazali się mistrzami, bohaterami, zwycięzcami. Przechodząc jednocześnie do historii, a mnie całkowicie psując niedzielę. Tak się bowiem składa, że porażka potrafi być boleśniejsza, niż zwycięstwo byłoby radosne. Dlaczego kibicujemy? Otóż, nie mogąc na co dzień uczestniczyć w czymś ważnym, istotniejszym niż banalna codzienna egzystencja, lubimy wejść w rolę rych, którzy

Tzawsze ERAZ i

wa wygrania klasyfikacji medalowej była kwestią udowodnienia supremacji ich kraju w  dziedzinie sportu (szczególnie w konfrontacji z USA). Zdarzały się więc sytuacje, że sportowcy tego kraju, którzy nie zdobyli złotego medalu, składali publiczną samokrytykę, przepraszając naród (ale głównie władze) za sprawiony zawód. Klasyfikację medalową ostatecznie dość wyraźnie wygrali Amerykanie. My, Polacy, nie jesteśmy aż tak ambitni – i całe szczęście! Czasem chciałoby się jednak, aby zależało nam bardziej, byśmy w  klasyfikacji medalowej olimpiady w Londynie nie okupowali (wraz z Azerbejdżanem!) 30. miejsca, wyprzedzeni przez wszystkich sąsiadów z wyjątkiem Słowacji i Litwy. Trochę mi to przypomina „osiągnięcia” naszych ewangelicznych Kościołów. Ze wzrostem na poziomie 1,5 proc.rocznie (w  dodatku przy udziale w  całej populacji Polaków na poziomie zaledwie 0,3 proc.), na liście światowej znaleźlibyśmy się jeszcze niżej niż nasi olimpijczycy (tu wygrywa Iran – 19,6 proc. wzrostu rocznie). Ciekawe, czy jest jakaś prawidłowość, która to tłumaczy?

Adres redakcji: Agenda Wydawnicza TERAZ i ZAWSZE, ul. Puławska 114, 02-620 Warszawa e-mail: tzawsze@gmail.com nr konta 15 1160 2202 0000 0001 8845 3686 Korekta: Ula Grabczan

WŁODEK TASAK www.schpolnoc.pl Redaguje kolegium: Gosia Góra, Jarek Michalczuk, Agnieszka Prokopowicz, Bożena Sand-Tasak, Włodek Tasak (red. nacz.). Oprac. graficzne: Jarek Michalczuk

Wydawca: Agenda Wydawnicza TERAZ i ZAWSZE Adres Wydawcy: ul. Puławska 114, 02-620 Warszawa Drukarnia „MIKROGRAF”, ul. Zabraniecka 82, 03-787 Warszawa


ŻYJĄC SŁOWEM

...by uchwycić najważniejsze TEKST WŁODEK TASAK

Żyjemy w czasach nastawionych na osiąganie zysków, na produkowanie osiągnięć, podnoszenie wydajności, osiąganie celów. Żyjemy niczym zaprogramowane roboty: działać! Działać! A modlitwa, jako że wymyślono ją w czasach przedindustrialnych funkcjonuje w myśl zasady: zatrzymaj się! Zatrzymaj się!

4

Tzawsze ERAZ i

N

asze czasy nie sprzyjają życiu duchowemu. Ich natura jest jego przeciwieństwem. Są skonstruowane w myśl hasła: „teraz, już, natychmiast”, a życie z Bogiem biegnie według rachuby „wiecznie”. „Teraz” różni się od „wieczne” tym, że wprawdzie przychodzi „natychmiast”, ale już za chwilę staje się nieaktualne. Natomiast na „wiecznie” trzeba poczekać, ale za to nie psuje się, nie dezaktualizuje, nie przestaje cieszyć. Nie kończy się.

Życie bez przerwy Żyjemy w  czasach nastawionych na funkcjonowanie na wysokich obrotach. Ludzie wciąż się spieszą. Jaki to paradoks: dziś wiele rzeczy przychodzi nam znacznie szybciej niż dawniej: podróżowanie, komunikowanie się, wytwarzanie, kupowanie, prace domowe, a  jednocześnie jesteśmy pod ciągłą presją braku czasu; wciąż nie nadążamy. Czas stał się towarem tak deficytowym, że ludzie nie potrafią dać sobie przerwy nawet w  czasie podróży: jedni się uczą, drudzy załatwiają sprawy przez telefon, trzeci myślą, że w przeciwieństwie do poprzednich dwóch, odpoczywają – mają

na uszach słuchawki swoich odtwarzaczy mp3. W  domu podobnie – wciąż towarzyszy nam dźwięk: TV, muzyka, komputer. Kiedy człowiek słyszy własne myśli? Kiedy ma czas po prostu się zastanowić? Rozejrzeć się, dostrzec słońce, kolory przyrody, czyjś uśmiech? Bardzo tego potrzebujemy dla zwyczajnej higieny psychicznej, po to, by nasz organizm lepiej funkcjonował, odnawiając się i regenerując po okresach stresu, napięcia i zwyczajnego zmęczenia. Wiedzą o tym lekarze, psychologowie... i  mądrzy pracodawcy. Ale jest coś jeszcze. I to coś nawet ważniejszego. To sprawa naszej dbałości o stan swego ducha. Jezus powiedział: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzyście spracowani i obciążeni, a Ja wam sprawię odpocznienie” (Mt 11:28, BG). Nasz Zbawiciel nie miał na myśli pakietu socjalnego, gwarantującego odpowiedni czas pracy, przetykany niezbędnymi przerwami na regenerację sił (o to zatroszczył się Bóg ustanawiając dzień odpoczynku – starotestamentowy sabat). Do czego więc zachęca nas Jezus? Mówi: są takie chwile, że trzeba zatrzymać się w  swojej pogoni za doczesnością, która przyprawia nas o  ból głowy i drżenie kolan, a nawet na chwilę rzucić


Żyjemy w czasach nastawionych na osiąganie zysków, na produkowanie osiągnięć, podnoszenie wydajności, osiąganie celów. Żyjemy niczym zaprogramowane roboty: działać! Działać! A  modlitwa, jako że wymyślono ją w czasach przedindustrialnych funkcjonuje w  myśl zasady: zatrzymaj się! Zatrzymaj się! Nie chodzi o to, że każda modlitwa musi się odbywać za zamkniętymi drzwiami, gdzie jestem tylko ja i  Bóg. Bez ustanku się módlcie – wzywa nas Paweł. Więc módlcie się zawsze i wszędzie. Ale jeśli modlę się tylko w  windzie, samochodzie, tramwaju, w  drodze dokądś, to tak się nie da. Spróbujcie przez jakiś czas jeść tylko i wyłącznie – ale tylko i  wyłącznie – jedzenie z fast foodów. Pewien dziennikarz zrobił taki eksperyment i nakręcił o tym film. Długo nie wytrzymał. My z taką modlitwą fast food wytrzymujemy dłużej? O  ile tamto jedzenie rozwala wątrobę (choć nie tylko), taka modlitwa rozwala serce – w rozumieniu biblijnym. Po kilku latach takiej duchowej „diety” nasze serce jest wrakiem tego organu, który naturalnie wzdycha do Boga.

Zbyt zajęty, by się modlić wszystko, by znaleźć się u samego źródła prawdziwego życia. Tam znajdziemy odpoczynek, regenerację sił, inspirację co do kierunku dalszej wędrówki i sensu jej kontynuowania.

Modlitwa anachronizmem w XXI w. Nasze życie stało się tak wymagające i  wyczerpujace, że dziś, może jeszcze bardziej niż kiedyklowiek wcześniej, potrzebujemy zwolnić, by móc słuchać, przyjmować i rejestrować te wszystkie Boże próby utrzymywania nas na powierzchni. Bogu zależy na nas, to rzecz pewna, niezależnie od naszych osobistych doświadczeń, zresztą subiektywnie interpretowanych. Zapewnia nas o tym: „Pouczę ciebie i wskażę ci drogę, którą masz iść; będę ci służył radą, a oko moje spocznie na tobie” (Ps 32:8). Dlaczego więc tak trudno przychodzi nam dziś prowadzić właściwe życie modlitewne? Ale takie prawdziwe, z  którego można czerpać inspirację i pomoc, a nie to formalne, religijno-dewocyjne. Modlitwa jest jednym z  największych anachronizmów naszych czasów. I  nie mówię tego z  punktu widzenia ateisty, ale współczesnego chrześcijanina. Jak to? Ano zobaczmy.

Wróćmy do modlitwy. A  właściwie do mechanizmu, który świetnie się w nas rozwinął, aby pozbawić nas życiodajnego kontaktu z Bogiem. Działa on w sposób następujący, kiedy tłumaczymy sobie: Jestem taki zagoniony, nie zdążę z tym czy z tamtym – i w tej sytuacji mam się wyłączyć na pół godziny czy więcej, żeby się modlić? Nie ma mowy! Praca sama się nie zrobi. (Co ciekawe, Marcin Luter stosował w swoim życiu dokladnie odwrotną zasadę.) Praca to praca, z niej wynikają konkretne efekty, a modlitwa? To jęczenie przed Bogiem słabych, którym nic nie wychodzi. W godzinę zrobię tyle, napiszę tyle, przygotuję tyle, załatwię tyle, a godzina modlitwy? Co zmieni? Praca zatrzymana przed modlitwą stoi dokładnie w tym samym miejscu. No, dobrze, modlę się, modlę i nie widzę żadnych efektów, nie widzę, żeby modlitwa cokolwiek zmieniła w mojej sprawie czy we mnie. Gdzieś podświadomie wiemy, że większość z  tego, to nieprawda, ale i  tak robimy wszystko tak, jakby prawdą to było. Wracamy na szlak. Włączamy wyższy bieg. Pomagamy sobie zwalczyć zmęczenie – w mniej lub bardziej szkodliwy sposób. Żyjemy w zgodzie z bezbożną zasadą: „Jeśli sam sobie nie pomożesz, nikt ci nie pomoże”.

Niestety zbyt mocno ufamy swemu doświadczaniu, zamiast polegać na Bożym Słowie. A  czego uczy nas w  tej kwestii Biblia? „Nie macie, bo nie prosicie. Prosicie, a nie otrzymujecie, dlatego że źle prosicie, zamyślając to zużyć na zaspokojenie swoich namiętności” (Jk 4:2b-3). To nie modlitwa jest przestarzałym i  nieskutecznym środkiem komunikacji, to nie Bóg jest obojętny, ale to my nie potrafimy się z Nim porozumiewać. Jakie to paradoksalne: wiemy, jak posługiwać się smartfonem, komputerem i  innymi gadżetami naszych czasów, a  nie wiemy, jak słuchać Boga. W komórce i na Facebooku możemy mieć niezliczoną liczbę kontaktów, ale nie umiemy pozostawać w kontakcie z naszym Bogiem. Uczniowie poprosili Jezusa: „Panie, naucz nas modlić się, jak i Jan nauczył uczniów swoich” (Łk 11:1). Może trzeba wrócić do początków? Może modlitwa to jednak dobre wykorzystanie czasu? Pierwsza lekcja jest taka, że modlitwa wymaga czasu i skupienia. Nie ma nic wspólnego z  obsługiwaniem automatu zamówieniowego. W  walce z  pośpiechem, od której zacząłem, wcale nie chodzi o to, żeby się po prostu zatrzymać, by się nie męczyć. Chodzi o to, by pośpiech zastąpić czymś, co ma większą wartość. Wszystko ma bowiem swoją cenę. Coś za coś. Sukces, bogactwo, sława – to nie są złe rzeczy same w sobie, godne potępienia z definicji. Ale czy chcielibyśmy zapłacić taką samą cenę, jak większość z tych, którzy to osiągnęli? Ilu z nich ma wciąż tę samą żonę, tego samego męża? Czy takim ludziom zazdrościmy, że są kochani i kochają, czy raczej tego, co osiągnęli, bo w tamtej dziedzinie nie mają się czym pochwalić? Gonitwa zniewala. Goniąc coś, musisz za tym podążać. Nie idziesz tam, gdzie chcesz, kiedy chcesz i  po co chcesz, ale to obiekt twojej gonitwy o tym wszystkim decyduje. Żyjemy w  absurdalnych czasach, kiedy o  wolności mówi się tak wiele, jak nigdy, ale jednocześnie ludzie masowo dają się zniewalać stylowi życia, jakiego pożądają. Więcej, szybciej, dalej, wyżej. Przepraszam za dosadne porównanie: w wyścigach psów każe im się gonić sztucznego zająca. Nie są w stanie go dogonić, ale biegną tyle, ile ma trwać bieg. Dzisiejszy świat uczestniczy w takim biegu. Każdy ma nadzieję dogonić to swoje szczęście, ale on tylko biegnie; im szybciej, tym łatwiej pozbywa się swojej wolności. Kto inny ustala czas biegu, dystans i tempo uciekania naszego obiektu. F

5


ŻYJĄC SŁOWEM

Nie idziesz tam, gdzie chcesz, kiedy chcesz i po co chcesz, ale to obiekt twojej gonitwy o tym wszystkim decyduje „A to [ziarno], które padło między ciernie, oznacza tych, którzy usłyszeli, ale idąc drogą wśród trosk, bogactw i rozkoszy życia, ulegają przyduszeniu i nie dochodzą do dojrzałości” (Łk 8:14). Nie do takiego życia stworzył nas Bóg. „Szczęśliwy mąż, który nie idzie za radą bezbożnych ani nie stoi na drodze grzeszników, ani nie zasiada w gronie szyderców, lecz ma upodobanie w zakonie Pana i zakon jego rozważa dniem i nocą” (Ps 1:1-2). Proste, prawda? Wie, co jest mądre, wie, jakich miejsc i towarzystwa jakich ludzi unikać. Tu nie chodzi tylko o rozpustę, niemoralność. To zbyt proste. Tu chodzi o wartości. To wynika z drugiej części tego fragmentu. To w Słowie Bożym szuka właściwego systemu wartości. To z  kontaktu z Bogiem rodzi się umiejętność posługiwania kompasem w życiu. Zdolność eliminowania już na starcie podejrzanych pomysłów, podszeptów, okazji. Eliminowania nie tylko tego, co złe, ale też tego, co nie dość dobre. Żyjemy w  czasach dyktatury powierzchowności: w  pracy, w  małżeństwie, w życiu codziennym, odpoczynku, rozrywce i jedzeniu nawet.

Nie goń sztucznego zająca Widziałem niedawno ciekawe zestawienie: po jednej stronie wizerunki ludzi autorstwa kilkuletnich dzieci, które oglądają TV mniej niż 60 minut dziennie, a po drugiej stronie tych, które oglądają ją ponad 180 minut. Te drugie obrazki były niezwykle uproszczone, dosłownie parę kresek, jak piktogramy. Żadnych szczegółów ubiorów, fryzur, płci. Bardzo pouczające zestawienie. Bóg mówi: zatrzymaj się, zastanów się, a jeśli trzeba – zawróć. Nie bądź psem goniącym sztucznego zająca. Bóg obiecuje: „Pouczę ciebie i wskażę ci drogę, którą masz iść; będę ci służył radą, a oko moje spocznie na tobie” (Ps 32:8). To bardzo konkretna obietnica dla tych, którym się nie spieszy. Nie dlatego im się nie spieszy, bo im nie zależy, ale przeciwnie: zależy im zbyt mocno, by popełnić błąd, pójść złą drogą. Zatrzymaj się, posłuchaj, jaką drogę wybrać. Czasem Bóg nas pośpiesza, bo tego wymaga sytuacja, ale zwykle w Biblii pośpiech jest synonimem... sami zobaczcie, czego:

6

Tzawsze ERAZ i

„Zamysły pilnego prowadzą do zysków, lecz każdy, kto w pośpiechu działa, ma tylko niedostatek” (Prz 21:5). „Czy widziałeś nierozważnego przez pośpiech w  swoich słowach? Więcej można się spodziewać po głupim niż po nim” (Prz 29:20).

Jak wykorzystywać czas? Bardzo na czasie, w  kontekście naszego współczesnego zalatania brzmią słowa apostoła Pawła skierowane do Efezjan: „Baczcie więc pilnie, jak macie postępować, nie jako niemądrzy, lecz jako mądrzy, wykorzystując czas, gdyż dni są złe. Dlatego nie bądźcie nierozsądni, ale rozumiejcie, jaka jest wola Pańska. I nie upijajcie się winem, które powoduje rozwiązłość, ale bądźcie pełni Ducha, rozmawiając z  sobą przez psalmy i hymny, i pieśni duchowne, śpiewając i grając w sercu swoim Panu, dziękując zawsze za wszystko Bogu i  Ojcu w  imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, ulegając jedni drugim w bojaźni Chrystusowej” (Ef 5:15-21). Osią tego tekstu jest fraza wykorzystując czas (w. 16). To bardzo pasuje do naszych czasów. Ale do czego mamy go wykorzystywać? By móc więcej działać, pracować, zdobywać, osiągać? Nie... Nie po to. Paweł wymienia pięć rzeczy, które uważa za ważne w obliczu złych czasów i w kontekście dobrego wykorzystania czasu, jaki mamy do dyspozycji. Nie ma tam niczego, co wiąże się z dzisiejszymi kanonami dobrego zarządzania czasem – w celu zwiększenia efektywności, wydajności i osiągania celów. Jest za to rozumienie woli Pańskiej, bycie pełnym Ducha, utrzymywanie właściwych relacji ze sobą, opartych o to, co wielbi Boga, dziękczynienie Bogu i w końcu uległość wobec drugich, czyli niestawianie siebie w  centrum, by podporządkowywać wszystko swoim pragnieniom. Inaczej mówiąc, chodzi o  to, żebyśmy w życiu zatrzymywali się, pytając Boga: co dalej? Dokąd teraz? Jak to zrobić? Paweł mówi, że taka postawa to nie jest marnowanie czasu, ale wykorzystywanie go. Aby to było skuteczne, potrzebujemy być pełni Ducha, bo to Duch ma w istocie nas prowadzić. Pełni Ducha, więc całkowicie Mu

poddani, idący za Nim, a nie próbujący ciągnąć Go za sobą. Z innymi mamy żyć tak, by nawzajem się zachęcać, wspierać, pomagać sobie, tak by nasze życie chrześcijańskie było pieśnią uwielbienia Boga. We wszystkim mamy pragnąć okazywać Mu wdzięczność, to znaczy mamy umieć dostrzegać wokół siebie dowody Bożego działania. To też łatwiej przychodzi, kiedy tak nie pędzimy przed siebie, nie zauważając poszczególnych dni, twarzy, zdarzeń. Mamy przypominać sobie wysłuchane modlitwy, a  nie ciągle myśleć, że Bóg nie odpowiada. I w końcu – poddawać się innym, mając respekt przed Bogiem, że życie na ziemi nie ma służyć wyłącznie nam i  naszej wygodzie. Ustępować innym, kiedy trzeba, a nie oczekiwać, że jedynie nam wszyscy będą ulegać.

Nie chodzi o osiągnięcia i dorobek I  takie właśnie życie Paweł nazywa dobrym wykorzystaniem czasu. Tu nie chodzi o osiągnięcia, dorobek. Tu nawet nie chodzi o metody. Sednem są wartości. Jeśli moją największą wartością w  życiu jest Bóg, zatrzymam się ze względu na Niego. Poczekam na Niego. Nie dlatego, że On nie nadąża, ale dlatego, że ja mogłem się zgubić i lepiej, jak poczekam na przewodnika. To Jego świat, nie mój. Jeśli moim największym pragnieniem jest coś w  życiu osiągnąć, to mądrość nakazuje osiągnąć to z  Bogiem – wtedy będzie to miało wartość wieczną. I nie mam na myśli jedynie tego, co wiąże się ze służbą w Kościele. Cokolwiek będziemy robić, poddani Bogu, doprowadzi nas to do dzieła, które nie zniszczeje. Będzie żyć wiecznie, w tym czy innym człowieku, na którego wywarliśmy wpływ. Każde inne dzieło czeka żywot opakowań jednorazowych. Dziś są, jutro ich nie ma. Dlatego potrzebujemy się regularnie zatrzymywać w  naszym życiu, by nasłuchiwać, co mówi nam Bóg. Nie możemy sobie pozwolić na to, by przegapić to, co w  życiu najważniejsze, wieczne i decydujące nie o chwili, lecz o całości życia. WŁODEK TASAK


Poza

światem

J

ZDJĘCIE WŁODEK TASAK

ak przyjemnie jest budzić się i  nie zastanawiać, jaka będzie dzisiaj pogoda. Tam, dokąd się wybraliśmy, słońce miało świecić zawsze. Cykady ponaglały, by otworzyć oczy i nie stracić ani chwili z kolejnego pięknego dnia, który stawał przed nami otworem, zapraszając do nowej przygody. Na tej rajskiej wyspie każdy mógł stać się odkrywcą. Zaopatrzeni w mapkę wyruszyliśmy na wyprawę... Przemierzaliśmy wąskie ścieżki prowadzące w górę, by cieszyć oko panoramicznym widokiem na „naszą wyspę” – majestatyczne pasmo górskie, jakby wyrastające z morza, oraz na zatoczkę porośniętą dumnymi, sięgającymi nieba, smukłymi cyprysami, górującymi nad bujnymi krzewami i  drzewkami, których świeża zieleń doskonale eksponowała intensywną barwę usianych gdzieniegdzie fioletowych buganvillii. „Niesamowite” – to słowo nie schodziło z  moich ust. A  to był zaledwie początek. W  powietrzu unosił się zapach lasu sosnowego, który z czasem zaczął się przerzedzać, a między drzewami coraz wyraźniej przebijał się kolor nieba. Podeszliśmy bliżej, tam, gdzie ląd zlewał się z błękitem nieba, i  okazało się, że stoimy nad przepaścią. Wystarczyło lekko się wychylić, aby dojrzeć bogactwo kolorów i wyliczyć kilka odcieni barw otwartego morza: od jasnej zieleni, po lazurowy błękit, turkus i głęboki grafit odleglejszych wód. Ostrożnie stawialiśmy kroki, idąc wzdłuż wysokiej ściany klifów. Właśnie znaleźliśmy się u szczytu „Błękitnych Pieczar”, do których można było się wedrzeć od strony morza, płynąc kajakiem. Podziwianie ich z  góry było dostateczną nagrodą. Aż tu nagle dostrzegliśmy sposób, by znaleźć się bliżej tego cudu przyrody. Przed nami otwierała się nowa droga – kamienne schodki prowadzące w  dół, dobrych kilka pięter, do plaży, a  właściwie paru ogromnych głazów, z których można było zażywać niezapomnianych kąpieli. Najpierw ostrożnie, a potem coraz śmielej pokonywaliśmy kolejne stopnie. Gdy znaleźliśmy się na dole, nie było wyjścia, jak tylko rzucić się w krystaliczną wodę rozbijającą się o ścianę klifu

TEKST BOŻENA SAND-TASAK

i odkrywającą także swoje podwodne bogactwo – skały wyrastające z dna morskiego, ale wciąż znajdujące się pod powierzchnią, wydawałoby się – niegroźne, bo gdzieniegdzie otulone miękkością mchu. Unoszona falami pławiłam się w chwalebnym pięknie otaczającej nas, prawdziwie niebiańskiej, scenerii. Aż otwierałam usta, nie mogąc wyjść z  podziwu (wciąż pamiętam ten słony smak wody), dosłownie piszcząc z  zachwytu. Służyły nam słońce, woda, drzewa, jakby natura była nam poddana – a  wszystko dla naszej radości. To rzadkie uczucie. Znaleźliśmy się w miejscu (gdzieś na poziomie naszej duszy), do którego docierały wiadomości z „odległej krainy”, naszej prawdziwej ojczyzny. To było szczęście, które zarówno syci, jak i potęguje głód, wzmaga tęsknotę za w pełni objawioną tożsamością, za doświadczaniem chwały, o której pisał C. S. Lewis jako światłości, wspaniałości, jasności, pięknie, które się nie tylko ogląda, ale w nim uczestniczy. Bo prawdą jest, że „chcemy czegoś więcej, co trudno ująć w słowa – zjednoczenia z  obserwowanym pięknem, wniknięcia w nie, wchłonięcia go w siebie, pławienia się w nim...”, przywdziania na siebie jutrzenki, słonecznej światłości, jaką obiecał nam Bóg. I nie chodzi tutaj o propagowanie pogańskiego zamiłowania do łączenia się z naturą, gdyż „ona jest śmiertelna,

my ją przeżyjemy. Gdy przeminą wszystkie słońca i  ich mgławice, każdy i  każda z was nadal będzie żyć. Natura to tylko wizerunek, symbol... Zostaliśmy powołani do przejścia przez naturę, do wykroczenia poza nią ku wspaniałości, którą tylko cząstkowo odzwierciedla...”(C. S. Lewis, „Brzemię chwały”). Jednak zdaje się, że istotniejszym dla Lewisa aspektem pojmowania chwały, było rozumienie jej jako sławy, uznania, docenienia, aprobaty, przyjęcia przez Boga, który pochwali nas wobec całego stworzenia za dokonanie przez nas najważniejszego i  najmądrzejszego wyboru – uznania Jego Syna. Wywyższyliśmy Jezusa, a  zatem i Bóg Ojciec wywyższy nas. A chwała i splendor, jakie będą naszym udziałem, przewyższą wszystko. Obecnie – jak pisze autor słynnego eseju – jesteśmy poza światem, po złej stronie drzwi. Ale zdarza się – i to nie tylko w bezchmurne, wakacyjne dni – że te drzwi bywają uchylone i docierają do nas przebłyski Bożej chwały, a „pogłoski o tamtym świecie” układają się w piękną, ponadczasową opowieść, do której zostaliśmy zaproszeni i której jesteśmy bohaterami, a nie jedynie czytelnikami, bo przecież „Chrystus w nas, nadzieja chwały”.

DAJE DO MYŚLENIA

BOŻENA SAND-TASAK

7


Nie w owczym pędzie

ŻYJĄC SŁOWEM

TEKST LESŁAW JUSZCZYSZYN

P

odekscytowany siedziałem w izbie przyjęć jednego z  warszawskich szpitali, gdy wszedł starszy mężczyzna z  kaskiem w  ręku. Sapnął i  usiadł obok mnie na ławce. – Motorkiem to chyba przyjemnie w taki upał? – zagadnąłem. – O, tak! – przyznał. Gdzie tam samochodem przeciskać się teraz przez miasto. Zresztą, to tylko skuter, ale za to „sześćsetka”! Kiedyś miałem motor! – kontynuował rozmowę. – A pan na kogo czeka? – zapytał zaciekawiony. – Na żonę. – A ja na wnuka! Właśnie synowa rodzi. Będzie wnuk. Trzeci! Synów też mam trzech. Z dwoma razem pracujemy i blisko siebie mieszkamy, razem jeździmy na wczasy. Czasem do Włoch na narty, czasem na rowerach pojeździmy. Ależ to frajda. To jest radość! – uśmiech rozjaśnił mu zmęczoną twarz. – Jak się ścigam z wnukami, to muszę udawać trochę bohatera, bo już nie nadążam za nimi. Ale dopóki mogę, to chciałbym z nimi być. Zamyślił się na chwilę, spoważniał i  powiedział: – Mój trzeci syn, najstarszy, wyrodził się całkiem. Bierze udział w wyścigu szczurów, jak to się mówi. Ma dobre stanowisko, dobrze zarabia i zbudował wielki dom. Będzie chyba 280 metrów. No i  nigdy nie ma czasu na wyjazd z  nami, bo pilnuje posady w firmie.

8

Tzawsze ERAZ i

Co najwyżej tydzień urlopu wyskrobie, ale i tak nie wyjeżdża jak poza dom, bo boi się, że ktoś go wysadzi z fotela. Duży dom, duże koszty. Szkoda. Tak go ten wyścig szczurów wciągnął. Bez niego jeździmy wszyscy – urwał. Zwiesił głowę.

Ujmujące spotkanie w izbie przyjęć Opowiedział mi jeszcze, jak poznał swoją żonę i jak to pierwsza wizyta u teściów nauczyła go delikatności dla żon swoich synów. Do dzisiaj pamięta słowa teściowej, że mu nie ufa. Do dzisiaj odzywa się to uczucie, które wtedy ukłuło go w  serce. – Nie jest tak łatwo zapomnieć i nie jest tak łatwo przebaczyć! A miała rację, kiedy to mówiła. Nie byłem godzien jej córki. To była wspaniała dziewczyna, a ja, a ja, no dzisiaj jestem zupełnie innym człowiekiem – lekko zadrżał mu głos. Zamieniliśmy jeszcze parę zdań, w drzwiach pojawił się syn cyklisty. – Miło było porozmawiać – rzucił na odchodne i  wyciągnął dłoń. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Podałem mu jeszcze paczkę papierosów, która wysunęła się na ławkę z jego kieszeni. Co za facet! – pomyślałem. Zastanawiałem się przez chwilę, co mnie tak w  nim poruszyło. Czy ciepło,

które wniósł ze sobą, czy jego otwartość, a  może szczerość, jakaś taka przeźroczystość? Przez głowę przelatywały mi urwane słowa: „wyścig szczurów”, „co za frajda z tymi wnukami”, „ach, to radość”, „wyrodził się ten najstarszy”, „na nartach poszusować”. A  że trwają wakacje, pomarzyłem o wypoczynku.

Historie ojców i ich synów, matek i ich córek Znowu wróciła historia, która mnie nieustannie inspiruje. Historia zaczerpnięta z  pierwszej księgi Biblii. Ileż tam niezwykłych historii ojców i ich synów, matek i ich córek! Splątane ludzkie losy, w których uczestniczył Najwyższy. Rozdział 33 tej pierwszej księgi opowiada o pojednaniu Ezawa z Jakubem. Jakub nie był pewny dobrego przyjęcia ze strony starszego brata, któremu podstępem odebrał przywilej pierworództwa i przygotował się na najgorsze. Pokora Jakuba i jego dary przekonały jednak Ezawa i historia zbawienia mogła potoczyć się dalej. W  lekturze rozdziału dochodzimy do momentu, który jest dla mnie najciekawszy. Otóż na wezwanie Ezawa do pośpiechu: „Ruszajmy w drogę i chodźmy”, Jakub odpowiedział: „Wiesz, panie mój, że mam dzieci wątłe, a  owce


Jakub prowadził swoje owce (i nie tylko je) powoli, łagodnie. To oznacza zwolnienie tempa, aby zadbać o siebie, a mówiąc konkretniej – o jakość życia. Ty jesteś ważniejszy, ty jesteś ważniejsza od tego, co robisz w życiu

i krowy karmią młode; jeśli je będę pędził choćby dzień jeden, padnie mi cała trzoda. Idź więc, panie mój, przed sługą swym, ja zaś będę szedł powoli, tak jak będzie mogła nadążyć moja trzoda, którą pędzę, i jak będą szły dzieci, aż przyjdę do ciebie, panie mój, do Seiru” (Rdz 33:13-14, BT). Jakub prowadził swoje owce i swoje dzieci powoli, łagodnie! Nie popędzał i nie poganiał. Prowadził je łagodnie! Troszczył się o ich komfort! Czy nie tak prowadzi nas Bóg? Nie pogania nas i nie popędza – ale prowadzi powoli, łagodnie. Liczy się z naszymi ograniczeniami i słabościami. On najlepiej wie, jakie są nasze fizyczne, psychiczne i duchowe możliwości. On nas przecież zna! Zna i kocha. Dlatego prowadzi powoli i łagodnie!

Bądź dla siebie dobry I tak sobie pomyślałem: czy ja siebie sam nie popędzam i nie poganiam? Czy liczę się ze swoimi fizycznymi, psychicznymi i duchowymi możliwościami? Czy liczę się ze swoimi prawdziwymi potrzebami i  ograniczeniami? Czy je w ogóle znam? W kontekście Olimpiady 2012 w  Londynie niejednokrotnie dało się słyszeć o  kolejnym przekraczaniu granic ludzkich możliwości. I  kolejne granice pękają. Ludzie też.

Wszystko ma swoje granice i swoje możliwości. Ludzie też. Dlatego Jakub prowadził swoje stada i  swoje dzieci powoli, łagodnie! Jestem pewien, że to zdanie pokazuje serce naszego Boga. On jest łagodny dla ciebie i  dla mnie! On prowadzi nas, swoje dzieci, łagodnie. Jest dobry! I  daje czas. Całe życie mam na „dorastanie”. Całe życie! Nie muszę się spieszyć. Owszem, żeby zdobyć Królestwo, trzeba się i porozpychać łokciami (czy nie „gwałtownicy zdobywają niebo”?), ale to nie oznacza, że należy biec z językiem na brodzie, na złamanie karku! Przez głowę przechodzi mi czasem pytanie: czy ja jestem dla siebie po prostu dobry? Czy nie wymagam od siebie zbyt wiele? Czy daję sobie czas? Czy potrafię po prostu żyć i nie oczekiwać, nie wymagać od życia zbyt wiele? W  swoich notatkach znalazłem pewną „starą mądrość”: „Jedz, kiedy jesteś głodny. Pij, gdy masz pragnienie. Śpij, kiedy odczuwasz zmęczenie”. Jak to wyrazić inaczej? Czy nie chodzi o  rym, o  jakiś stały rytm w naszym życiu? Ten rym i ten rytm ma swój „wyższy” cel. Jeden z największych teologów wszechczasów, Tomasz z Akwinu, wyraził to w dość lapidarny sposób, co da się sparafrazować mniej więcej tak: „Podstawą życia duchowego jest dobrze zjeść, napić się i wyspać”! Zjeść, napić się i wyspać! I znowu zadaję sobie pytanie, czy jem zdrowo i regularnie, czy piję zdrowo i wtedy, kiedy mam pragnienie, czy się wysypiam. Czy nie próbuję przekraczać granic możliwości swojego organizmu? Niejeden próbował i  pękł. Bo człowiek to duch, dusza i ciało. Człowiek to jedność. Jeżeli szwankuje fizyczność, wówczas psychika i  duchowość też to odczuje. Jeżeli pęknie psychika, to fizyczność i duchowość też pęka. Jeśli mamy chorego ducha – reszta popada w ruinę. Sprawa wygląda dość banalnie: kiedy boli mnie ząb, myślę o dentyście, a nie o modlitwie. Tak jesteśmy skonstruowani.

Porządek i rytm od niemowlęctwa Od jakiegoś czasu interesuje mnie rozwój niemowląt, stąd zatopiłem się w lekturze książki Tracy Hogg, „Język niemowląt” (Warszawa 2003). W rozdziale zatytułowanym „Łatwy plan” pisze ona o tym, że porządek w działaniu jest receptą na sukces. Ta znana położna zastrzega, że niemal wszyscy mamy uprzedzenia do schematów i harmonogramów i dlatego zaleca pewną elastyczność. Jednocześnie nie pozostawia wątpliwości co do tego, że „potrzebna jest jednak pewna konsekwencja wprowadzająca

porządek i  rytm w  życie niemowlęcia” (s. 51). Czy jedynie niemowlę potrzebuje „łatwego planu”? Czy jedynie „małe dzieci potrzebują regularności i porządku”? Pytam zatem siebie, czy jest w moim życiu jakaś konsekwencja wprowadzająca porządek i rytm (skąd bierze się przekonanie, że tylko to, co spontaniczne, ma wartość, a to, co uporządkowane, jest be?). Jak to wyraził popularny polski muzyk jazzowy (znany ze wspaniałych improwizacji): „To, co improwizowane – dobrze przygotowane”. Kiedyś przyznał się, że zawsze przygotowuje na koncert improwizację! Muzyka to przeciwieństwo chaosu. Owszem, niezbędne są chwile ciszy. W życiu, jak w muzyce, jeśli ma być piękne i harmonijne, nie może być chaosu. Potrzebne są natomiast chwile ciszy, rym i rytm. Są wakacje, ale zaraz się skończą. Pierwsze pola po skoszonych zbożach zostały zaorane. Wrócimy z zasłużonego odpoczynku do naszych domów, do naszych kościołów i do naszych prac. Czy to wróży koniec dobrego snu, jedzenia i picia? Starzy chrześcijanie mawiali, że: „łaska buduje na naturze”. Konsekwentnie: koniec dobrego snu, jedzenia i picia, to koniec dobrych relacji z  samym sobą, bliźnimi i  Panem Bogiem! A  zatem czy to koniec dobrych, miłych, twórczych relacji z  samymi sobą, z innymi ludźmi i Panem Bogiem? Co zrobimy z tęsknotą, za czymś więcej?

Gdzie jest ocean? Kiedyś usłyszałem takie oto opowiadanko o  małej rybce: „Mamo, gdzie jest ocean – spytała mała rybka? Mama ryba odpowiedziała: Pływasz w  nim!”. Życie jest jak ocean. Szukamy sensu i głębi, a jednocześnie zapominamy, że to wszystko mamy w zasięgu ręki i na co dzień! „Bo w nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17:28, BT). Zapominamy, że oddychamy Nim! Dlatego warto odkryć dla siebie modlitwę, która jest „oddychaniem Bogiem”. Jeżeli skorzystamy z  tekstu Modlitwy Pańskiej (Ojcze nasz), to wtedy każdemu słowu odpowiada jeden wdech i wydech („Ojcze” – wdech i wydech, „nasz” – wdech i wydech itd.)… To samo można zrobić z  psalmami. Nie spiesz się. Smakuj (przeżuwaj) każde słowo. Skosztuj, jak słodki jest Pan. Taka modlitwa daje nam odpoczynek w  Bogu, daje wyciszenie i  uspokojenie. Jakub prowadził swoje owce i dzieci powoli i łagodnie... Bóg prowadzi cię powoli i łagodnie. Nie spiesz się. Bóg nie tylko daje nam sens, który potrzebujemy odkryć, ale sam jest sensem! Bóg nie tylko daje nam głębię, ale F

9


ŻYJĄC SŁOWEM

Przez głowę przechodzi mi czasem pytanie: czy ja jestem dla siebie po prostu dobry? Czy ja sam siebie nie popędzam? Czy liczę się ze swoimi prawdziwymi potrzebami i ograniczeniami?

jest głębią, w której potrzebujemy zanurzać się każdego dnia! Każdego dnia? A skąd na to wziąć czas? Najczęstszą naszą wymówką jest brak czasu. Rzeczywiście jesteśmy zabiegani (naprawdę jesteśmy bardzo pracowici!). A  może dlatego jesteśmy zabiegani, żeby nie mieć czasu (i jest to ucieczka, a nie pracowitość)? Pamiętamy już, że Jakub prowadził swoje owce (i  nie tylko je) powoli, łagodnie. To oznacza zwolnienie tempa, aby zadbać o  siebie, a  mówiąc konkretniej – o  jakość życia. Ty jesteś ważniejszy, ty jesteś ważniejsza od tego, co robisz w  życiu. Twojej wartości nie da się zmierzyć ilością zajęć!

Kto to powiedział: „Kochaj Boga, bliźniego, jak siebie samego?”. Kimkolwiek on był, z pewnością wskazał na to, co jest kluczowe. Kluczem jest to: „jak siebie”.

Wolę wiedzieć, co się dzieje z moim sąsiadem Pięć lat temu „wyprosiłem” telewizor z  domu. Od czasu do czasu włączam radio. Wyraźnie zyskałem na czasie (i na spokoju). Kiedy mówię ludziom, że od pięciu lat nie mam telewizora, strasznie się dziwią. A ja dziwię się im. Nie potrzebuję kolejnych informacji o kolejnych katastrofach. I  tak wiem, co się dzieje w  świecie. Chcę wiedzieć, dlatego czytam. Ale nie muszę

zaśmiecać swojego umysłu wszystkimi „newsami” z  całego świata. Jeśli wiem, co się dzieje z moim sąsiadem i mam czas na wypicie z nim kawy, to jest to! Więcej czytam, więcej rozmawiam. Mam wrażenie, że jestem bliżej realnego życia. Może warto zwolnić tempa, może warto wyłączyć telewizor, Internet, komórkę. Nie dla wyłączenia samego, ale po coś więcej. Chodzi o  kosztowanie życia. Chodzi o włączenie tego, co daje życie. Może warto wreszcie posłuchać bicia własnego serca, jak to ujęła autorka poniższego wiersza, który dedykuję wszystkim zbyt zabieganym. LESŁAW JUSZCZYSZYN

Ciii... a teraz zamknij oczy wsłuchaj się w szept wiatru w szum brzozy pozwól niech słońce ramiona ci pieści a trawa w koc miękki ułoży niech wiatr na twe wargi kochanka cień rzuci a ptaków śpiew niesie w obłoki zapomnij na małą choć chwilę o świecie za szklanym ekranem o murach, sklepikach opłatach, wypłatach protestach, pochodach, rocznicach... zapomnij na małą choć chwilę posłuchaj jak serce ci bije ELŻBIETA JUSZCZYSZYN

10

Tzawsze ERAZ i


NA CO DZIEŃ

SKLEP

z prawdą

Gdzieś na samym dnie duszy jesteśmy głęboko świadomi tego, że prawda nie istnieje w próżni. Gdy się ją przyjmuje, ona musi coś w nas wywołać. Coś zmienić. A to niczym łańcuch reakcji jądrowej stwarza ciśnienie do wprowadzenia zmian w naszym myśleniu i działaniu

N

ie wierzyłem własnym oczom widząc szyld: „Sklep z  prawdą”. Zaciekawiony wszedłem. Grzeczna ekspedientka zapytała mnie: „Jaki rodzaj prawdy chciałby Pan kupić? Prawdę częściową czy prawdę całkowitą?”. „Oczywiście, że całkowitą” – odparłem podekscytowany. Nie chciałem oszustw, pochlebstw ani racjonalizmu. Chciałem, aby moja prawda była naga, czysta, jasna i absolutna. Ekspedientka zaprowadziła mnie do części sklepu z tym rodzajem prawdy. Tam jednak inny sprzedawca spojrzał na mnie ze współczuciem i wskazał na etykietkę z ceną. „Cena jest bardzo wysoka, proszę pana – powiedział. – Nie wiem, czy pana na to stać”. „Jaka?” – spytałem, zdecydowany nabyć prawdę za wszelką cenę. „Cena jest taka – odpowiedział sprzedawca – że jeśli pan tę prawdę przyjmie, nie będzie pan już miał wytchnienia do końca życia. Ceną będzie brak złudzeń, usprawiedliwień i mamienia siebie lekko podkolorowywaną rzeczywistością. Czy jest pan

gotowy żyć w prawdzie?”. A czy ty jesteś na to gotowy? Czy naprawdę chcesz prawdy?

Gotowy na prawdę „Co to jest prawda?” – Piłat spytał Jezusa. Pozornie nie otrzymał odpowiedzi, ale światło prawdy prześwietliło jego serce. Podobnie dzieje się z każdym, kto dziś spotyka Chrystusa. A On stawia pytanie: „Co zrobisz z moją prawdą?”. Prawda jak światło przenika i  obnaża. Uwidacznia to, co rzeczywiście ma miejsce. Pokazuje rzeczy takie, jakie są, a nie takie, jakimi chcielibyśmy, aby były. Jest jak prześwietlenie promieniami rentgenowskimi, które ujawniają nie tyko to, co na zewnątrz, ale i  to, co jest w  środku. W  przeciwieństwie do ciemności, która zaciera szczegóły i łatwo ukrywa to czy owo. Ludzie są mistrzami kamuflażu. Każdy z nas to robi. Zaciemniając sprawę, sami siebie potrafimy oszukiwać tak, że już po pewnym czasie zaczynamy wierzyć w stworzony przez siebie wariant rzeczywistości. Usprawiedliwiamy się, że przecież każdy ma swój własny punkt

widzenia. Czy prawdą nie jest w końcu to, co uznamy za takową? Tak sobie tłumaczymy, ale prawda jest tylko jedna. Piłat zapytał Jezusa, co nią jest, słysząc od Niego: „Ja się na to narodziłem i  na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu” (J 18:37b). Pytaniem tym ujawnił, że miał z prawdą kłopot, podobnie jak każdy z nas. Z jednej strony ją cenimy i jej poszukujemy. Z  drugiej jednak – często nie chcemy jej przyjąć. Problem w tym, że podobnie jak sprzedawca „prawdy całkowitej”, jesteśmy gdzieś na samym dnie duszy głęboko świadomi tego, że prawda nie istnieje w próżni. Gdy się ją przyjmuje, ona musi coś w nas wywołać. Coś zmienić. A to niczym łańcuch reakcji jądrowej stwarza ciśnienie do wprowadzenia zmian w naszym myśleniu i  działaniu. Nagle przymierzamy się do idealnego wzorca i już wiemy, co jest nie tak. Niektórzy chcą to tak zostawić. Żyć bez zmian. Ale tego już nie da się zahamować. Jedyne, co człowiek może zrobić, to ukierunkować to ciśnienie tak, by F

11


NA CO DZIEŃ

wykonało pożyteczną pracę, albo zepchnąć je głęboko w podświadomość i udawać, że nic się nie wydarzyło.

Prawdziwa światłość Jezus jest prawdziwą światłością świata. Kto idzie za Nim, nie chodzi w ciemności, lecz ma światło życia (J 1:5,9; 8:12). Jeśli zdecydujemy się wpuścić to światło i korzystać z jego blasku, zmiany, jakie w nas dokona Duch Boży, będą niesamowite. Będą nieść ze sobą życie i błogosławieństwo nie tylko dla nas samych, ale też będą wywierać pozytywny wpływ na innych. Podobnie jak rośliny, które wyniesione z  ciemnego pomieszczenia na słoneczne światło, zaczynają odżywać i wzmacniać się, a w końcu są gotowe na wydawanie owoców, tak chrześcijanie korzystający z życiodajnego światła prawdy, które jest w Jezusie, pozwalają Mu na odkształcanie zafałszowanego obrazu Boga, siebie i świata. To światło wyzwala ich umysły i  serca, pozwala widzieć wszystko w nowy sposób, w świetle prawdy (J 8:32). Dlatego mamy być świadomi tego światła w nas i pozwalać mu działać. „Wy jesteście

również nie zdawali sobie sprawy, że wypełnia ich ciemność przytępiająca umysły i serca, znieczulająca ich na to, co prawdziwe i wypływające z miłości Boga. Byli przekonani o swoim posłannictwie, by otwierać oczy innym i  wydobywać ich z  ciemnoty i fałszu. Popełniali straszny błąd, prowadząc na manowce nie tylko siebie, ale tych, którzy nie znali tak dobrze pism. Ich sposób myślenia podobny jest do metody diagnozowania przez pewnego znanego profesora okulisty. Moja znajoma, kierując się bardzo pozytywnymi rekomendacjami innych rodziców, przyprowadziła kiedyś do niego swoje dziecko. Jej mały synek, trochę onieśmielony, usiadł w foteliku. Miał odpowiadać na pytania, co widzi na planszy, gdy pan profesor wskazywał na różne obrazki. Niestety, na żadne z nich nie odpowiedział, nawet gdy pan profesor wskazywał na duże i wyraźne kształty na samej górze. Diagnoza brzmiała, że dziecko jest ślepe i  głuche. Matka oniemiała w pierwszej chwili, ale potem sama podeszła do planszy i  wskazała na kilka obrazków. Ku zaskoczeniu lekarza dziecko, które nieco się rozluźniło, bezbłęd-

potrafimy właściwie ocenić sytuację, rozeznać z kim albo z czym mamy do czynienia. Tymczasem nasze zdolności postrzegania rzeczywistości są mocno ograniczone, a  niekiedy również znacznie zniekształcone. Zatrzymują światło, zamiast przepuszczać je do wnętrza, niczym niesprawne komórki w chorym oku. Pan Jezus przyszedł uzdrowić ten stan rzeczy. On potrafił uzdrowić fizyczne oczy niewidomego od urodzenia, potrafi też uzdrowić nasze postrzeganie rzeczywistości. Rozświetla nasze wnętrze swoim światłem, tak że ciemność znika, a my sami stajemy się niczym lampy służące innym. Prawdziwe światło od tego, co udaje tylko światłość, różni się tym, że jego działanie nie tylko jest dobre, ale również jednoznacznie wskazuje na Boga jako jego źródło. Bo prawdziwym światłem nikt nie jest w stanie świecić sam z siebie. Chrześcijanin może jedynie zadbać, by coraz bardziej poddawać się Bożemu działaniu i  czynić przezroczystym swe życie, by to światło docierało przez nas coraz dalej na zewnątrz. By było niczym niezakłócone i  wykonało to, do czego zostało powołane. Pytanie o to,

Jezus potrafił uzdrowić fizyczne oczy niewidomego od urodzenia, potrafi też uzdrowić nasze postrzeganie rzeczywistości światłem świata (…). Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5:14-16). „Nikt nie zapala światła i nie stawia go w ukryciu ani pod korcem, lecz na świeczniku, ażeby jego blask widzieli ci, którzy wchodzą. Światłem ciała jest twoje oko. Jeśli twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli jest chore, ciało twoje będzie również w ciemności. Patrz więc, żeby światło, które jest w tobie nie było ciemnością. Jeśli zatem całe twoje ciało będzie w świetle nie mając w sobie nic ciemnego, całe będzie w świetle, jak gdyby światło oświecało cię swym blaskiem” (Łk 11:33-36).

Fałszywe światło Nie zawsze jednak światło, o  którym ktoś mówi, że je ma, jest nim faktycznie. Faryzeusze myśleli o sobie, że znają prawdę, ale w konfrontacji z wcieloną Prawdą okazywało się, że są ślepi i pogrążeni w ciemnościach. Ich światłość była ciemnością, a ich wzrok, który wydawał im się sokoli, nie był w stanie dostrzec prawdy. Co gorsza, nie tylko nie mieli świadomości swojej ślepoty, ale

12

Tzawsze ERAZ i

nie powiedziało, co przedstawiają. To nie ono było ślepe i  miało problem, lecz pan profesor okazał się ograniczony w  swoim myśleniu. Podobnie jak faryzeusze, którzy usłyszeli od Jezusa: „Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: Widzimy, grzech wasz trwa nadal”. Jezus przyszedł na świat po to, aby przeprowadzić sąd. Aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a  ci, którzy widzą stali się niewidomymi (J 9:38-41). To, jak postrzegamy rzeczywistość, wpływa na nasze emocje i działanie. Środowisko, w jakim przebywamy, autorytety, które uznajemy, język, jakim się posługujemy – to wszystko ma wpływ na to, jak postrzegamy świat. Podobnie jak oko wpuszcza do naszego wnętrza światło i uruchamia szereg procesów, dzięki którym widzimy, tak nasze postrzeganie wpływa na nasz osąd i myślenie. Jeśli jest ono zgodne z prawdą i rzeczywistością, nasze działania są właściwe. Je��li jest urojone, to i działania, i myślenie są zniekształcone.

Nie sami z siebie Wszyscy jednak w większym lub mniejszym stopniu jesteśmy przekonani, że

czy chce się żyć w  prawdzie, jest równoznaczne z tym, czy ktoś pragnie być czystą lampą ustawioną jak najwyżej, latarnią na wzburzonych wodach tego świata. Jeśli tak, to dbaj o jasność swojego światła, codziennie podłączając je do źródła mocy Bożego Słowa i konfrontując z Nim swoje przekonania i wierzenia. To nasza odpowiedzialność – nie zamykać oczu na prawdę i nie ukrywać światła z obawy przed zmianami lub zranieniami.

Za Jezusem Mamy świecić. Co to jednak oznacza w  praktyce? Najlepiej pokazał to sam Chrystus. Swym postępowaniem, rozumowaniem i wypowiadanymi słowami objawił prawdę o Bogu, kim jest i jaki ma stosunek do ludzi. Pan Jezus, będąc tu na ziemi, świecił Bożym blaskiem. We wszystkim, co mówił, myślał i czynił odbijał Boży charakter. Czy to jednak możliwe, abyśmy mogli robić to samo? Tak, i to właśnie jest cudowne. Chrystus przyszedł na świat nie tylko pokazać nam naturę Boga Ojca i wyposażyć nas w wiedzę o Nim, ale uczynił również możliwym życie na miarę Boga. Zlikwidował


przeszkody, zwyciężając grzech i  szatana, dając nam moc do życia odzwierciedlającego Boże standardy, wartości i przekonania. I to nie tylko w spektakularnych chwilach prób czy ważnych doświadczeniach testujących naszą wiarę i zaufanie do Niego, ale w tych prozaicznych, codziennych czynnościach i wyborach matek, ojców, pracowników, obywateli, po prostu ludzi. Wystarczy iść w ślady Jezusa. On nie zrobił kroku bez rozmowy z Ojcem, bez przekonania, że jest to Jego wolą. Chodzenie z Nim było to dla Niego powszednim chlebem – tak naturalne i codzienne. Dawało Mu siłę do podejmowania właściwych decyzji i  działań (J 4:34). Każdy duchowy chrześcijanin potrafi żyć według tego scenariusza. W codziennej zależności od Niebieskiego Ojca i nieustannym dostrajaniu swojego postrzegania do

Bożego sposobu myślenia. Czyniąc poznanie Boga swoim priorytetem i  największym skarbem. W praktyce oznacza to ciągłe odpowiadanie sobie na pytanie: „Co Jezus by zrobił na moim miejscu?”. Jeśli codziennie będziemy praktykować życie zgodnie z  odpowiedziami na to pytanie w konkretnych sytuacjach życiowych, korzystając ze źródła Bożej mocy, jakie jest w  Jego Słowie i  Duchu, szybko odkryjemy, że nasz duchowy stan stanie się coraz bardziej stabilny, duchowy wzrok i słuch wyostrzy się, możliwości rozumienia Boga będą coraz większe, a charakter coraz wyraźniej będzie ujawniać owoce Ducha Świętego. Momenty powrotu do myślenia cielesnego, zgodnego z  systemem wartości tego świata, staną się coraz rzadsze. Choć będzie to

proces, coraz wyraźniej będzie widać, do kogo stajemy się podobni. Oczywiście, nie stanie się to automatycznie, ale będzie wymagało od nas czynnego i świadomego udziału. To proces uzdrawiania duszy i  stawania się podobnym do Chrystusa. Żeby postępował, musisz uczynić poznawanie Boga swoim skarbem i  prosić o prowadzenie Ducha Świętego, poddając się pod Jego kierownictwo. W  końcu to On jest nazwany Duchem Prawdy i  potrafi skutecznie wprowadzić cię w jej światło. Bądźmy więc pełni Ducha Bożego i  świećmy mocnym blaskiem Jego światła, zmieniając siebie i  świat, na chwałę Bogu. „A  światłość świeci w ciemności, lecz ciemność jej nie przemogła” (J 1:5). KASIA MASEWICZ

O POCZUCIU HUMORU

Opowieści drobne

MAREK STĄCZEK

Pewnie i Wam zdarzyła się taka oto sytuacja. Otóż ktoś próbuje przedstawić jakąś rzecz bardzo prosto i – jakby w podzięce – spotyka się z pretensjami, że „życie przecież nie jest takie zerojedynkowe, ba, jest złożone, a tu takie banalne zasady!”, więc – by zaradzić sytuacji i wyjść naprzeciw oczekiwaniom swojego rozmówcy – wchodzi głębiej. Pokazuje niuanse, wnikliwie analizuje złożoną sytuację i wtedy – jakby drugi raz w podzięce – słyszy: „to za bardzo skomplikowane, by mogło działać!”, i w ogóle boli już głowa od tych zawiłości! Więc dzisiaj ja, uroczyście, od progu oświadczam –„dziś głowa ma boleć!”. Będzie trudniej, zawile, a może i głębiej. Chciałbym się podzielić tym, co niedawno odkryłem, analizując temat poczucia humoru. Proponuję, abyśmy popatrzyli na to zjawisko z podwójnej perspektywy: jako na postawę, jaką człowiek może przyjąć względem otaczającej go rzeczywistości, oraz jako na specyficzną formę komunikacji. 1. Humor jako postawa względem otaczającej nas rzeczywistości. Ten punkt można by zatytułować: „o prapoczątkach humoru”, bo dotyczy ukrytego źródła, z którego często wypływa humor. Angielski pisarz William Hazlitt kiedyś powiedział: „człowiek jest jedynym stworzeniem zdolnym do śmiechu, dlatego że jako jedyny gatunek w przyrodzie zdolny jest do rozróżnienia pomiędzy tym, jak jest, a tym, jak powinno być”. Innymi słowy, można by powiedzieć, że w poczuciu humoru nic do śmiechu (sic!). Taki stosunek do świata rodzi się w chwili, gdy dostrzegamy w otaczającej nas rzeczywistości niespójność, bolesny rozdźwięk czy paradoks. W takim ujęciu humor jest naszą odpowiedzią na niewspółmierność, a czasami tragizm świata, w którym żyjemy! Bardzo podobnie pisał o tym Søren Kierkegaard, gdy wspominał: „To, co uprawomocnia humor, to jego tragiczna strona, to pojednanie się z bólem, przed którym cofa się rozpacz, jakkolwiek nie zna drogi ucieczki”. Dlatego nie powinno nas dziwić, gdy podczas

spotkań z osobami o tzw. tendencji do depresji zobaczymy wyrafinowany humor. Nie powinno nas dziwić, że spod pióra nostalgicznego króla Salomona w jego księdze Eklezjasty wypływa pochwała radości. W mojej ocenie pogodny, niekiedy melancholijny humor jest naszym „tak” wobec złożonej rzeczywistości. To sposób na uniknięcie niszczącego cynizmu, to – czasami – schronienie przed naporem nihilistycznej aury. Na koniec tego punktu jeszcze jedna wypowiedź, która popiera przyjęty tu kierunek myślenia. Kiedyś Leszek Kołakowski napisał: „śmiech jest bardzo dobrym wynalazkiem, a jako że świat jest nam raczej wrogi, trzeba jego wrogość stępiać humorem”. Czyli tak rozumiany humor nie ma nic wspólnego z błazeństwem, płytką wesołkowatością. Humor jest odpowiedzią trzciny myślącej kołysanej na wietrze. 2. Forma komunikacji. Humor to bardzo interesująca forma komunikacji, bo ktoś, kto się nim posługuje, dąży do tego, by rozśmieszyć i wejść w dialog. Jego celem jest stworzenie rozbawionej i pogodnej wspólnoty. Człowiek wygłaszający suchy referat nie koncentruje się na odbiorcy, nie dba, czy zostanie zrozumiany, zadowolony jest, gdy dobrze uporządkuje treść. Humor za punkt honoru obiera sobie cel – dotrzeć. Ta forma interakcji społecznej w swoją strukturę wpisane ma wzbudzenie refleksji (docere), wywołanie pozytywnej reakcji słuchacza (movere), poruszenie (delectare) – nawiązuje tu do formuły Kwintyliana. Humor tworzy wspólnotę i otwartość, ironia zaś wywołuje postawę zamknięcia, rani, tworzy mury. Ironia to wyraz sceptycznego czy sarkastycznego podejścia do świata i ludzi. Humor – jak zaznaczyliśmy wcześniej – godzi się na sprzeczności i tworzy wspólnotę, która wie, że w takim świecie żyje. Wspólnotę, która wyrusza dalej na poszukiwanie. Czy ma coś z męstwa? Pewnie trochę tak. Na tym kończę: dużo dobrego, mądrego humoru życzę.


LUDZIE BOŻEGO FORMATU

Dom, w którym urodził się Carey

WILLIAM CAREY– szewc z wizją dla świata

Nie dysponowali żadnymi większymi środkami, nie mieli poparcia nikogo znaczącego, nawet pozostałe zbory baptystyczne w Anglii o niczym nie wiedziały. A jednak ta dwunastka zapoczątkowała coś, co radykalnie zmieniło dzieje chrześcijaństwa

TEKST WŁODEK TASAK

P

ewnego razu William Carey brał udział w  przyjęciu w  Kalkucie, na którym siedział obok brytyjskiego gubernatora Indii. Jeden z  gości, angielski generał, z nieskrywanym szyderstwem w głosie, zapytał gospodarza spotkania, czy prawdą jest, że Carey w przeszłości był szewcem. Ten ostatni natychmiast odpowiedział: „Nie, tylko łataczem butów”. Nazwisko generała szybko zniknęło w pomroce dziejów, za to człowiek, którego chciał poniżyć, zostawił po sobie dzieło, które do dziś w Indiach rozwinęło się do poziomu 71 milionów chrześcijan. William Carey był dzieckiem swojej epoki. Kiedy w 1761 r. przyszedł na świat, w Anglii, w najlepsze rozwijało się przebudzenie ewangeliczne pod wodzą Wesleya i Whitefielda, a kapitan James Cook w czasie swych podróży opracowywał mapy wysp Pacyfiku, Nowej Zelandii i  wschodniego wybrzeża Australii. Cztery lata wcześniej Robert Clive po zwycięstwie pod

14

Tzawsze ERAZ i

Plassey, praktycznie podporządkował Indie Wielkiej Brytanii. Początkowo dla dorastającego Williama największym bohaterem z nich wszystkich był kapitan Cook, którego dzienniki podróży chłopiec pochłaniał z wypiekami na twarzy. Pasję podróżniczą rozwijał w nim także wuj, który po latach spędzonych w  puszczach Kanady, właśnie wrócił do ojczyzny, a  William chłonął wszystko, co usłyszał o  tym dalekim kraju. Nawet z  kawałków skóry, własnoręcznie zszytych, zrobił sobie globus.

Szewc i kaznodzieja Interesowała go także botanika, ale ciężka alergia sprawiła, że nie mógł się poświęcić ulubionemu zajęciu ogrodnika. Kiedy zaliczył podstawowe wykształcenie, mając 16 lat trafił na naukę do szewca. Mniej więcej w  tym samym czasie nawrócił się i  przyłączył do zboru nonkonformistów w Hackleton. Mając 21 lat został okazjonalnym kaznodzieją w pobliskiej wiosce Earls

Barton. Rok wcześniej ożenił się ze starszą od siebie o  pięć lat Dorothy Plackett. Niewiele po urodzeniu zmarło ich pierwsze dziecko, córka Ann. W kolejnym roku niespodziewanie zmarł jego szwagier, zostawiając pod opieką Careya siostrę Dorothy i jej czworo dzieci. William mając na utrzymaniu sześć osób, kontynuował służbę świeckiego kaznodziei, a przy tym rozwijał swoją pasję uczenia się języków: łaciny i greki, studiując Biblię i pochłaniając książki podróżnicze. Jednak później, jak pisze jego biograf, S. Pearce Carey: „Jego wielki smutek z powodu śmierci pierworodnego dziecka sprawił, że stał się bardziej wrażliwy. Zaczęły go pociągać morza południowe. Marzył o innych statkach niż Endeavour i  Resolution Cooka — o  statkach wypływających w  celach szlachetniejszych niż naukowe: by głosić Ewangelię łaski”. Radykalizowały się też jego poglądy społeczne i  polityczne. Inaczej niż większość Brytyjczyków, sympatyzował


z amerykańskimi kolonistami podczas ich wojny o niepodległość, bojkotował też cukier importowany z Indii Zachodnich, ponieważ w ten sposób protestował przeciwko niewolnictwu. W  1785 r. zaproponowano mu objęcie pastorstwa w zborze baptystów w Moulton. Jednak przed ordynacją miał wygłosić kazanie w znacznie większym budynku zboru w Olney, który mógł pomieścić 700 osób. Próba tak go zestresowała, że wypadł kiepsko, kazanie uznano za nudne, a jemu poradzono, by nadal pozostał świeckim kaznodzieją. Dopiero rok późnej, przy następnym podejściu poszło mu lepiej i tym razem został ordynowany na etatowego pastora. Miał otrzymywać pensję w  wysokości 10 funtów rocznie, czyli mniej niż zarabiał ówcześnie robotnik rolny w  tych okolicach. Nie było to jednak efektem skąpstwa wiernych, ale ich ubóstwa. Aby utrzymać rodzinę (do tej pory urodziło mu się trzech synów), musiał nadal dorabiać szewstwem, nie zniechęcało go to jednak. Przybywało nawracających się, także jego żona poprosiła zbór o  chrzest, którego sam Carey jej udzielił. Cały czas nie zaniedbywał uzupełniania własnej edukacji, którą w  formalnym zakresie zakończył bardzo szybko. Dalej uczył się łaciny i greki, teraz dodał do tego naukę hebrajskiego. Dołożył do tego jeszcze włoski, francuski i niderlandzki. Jednocześnie prowadził lokalną szkołę. Kiedy Thomas Gotch, który był odbiorcą jego pracy przy szyciu butów, dowiedział się, że Carey jest tak pilnym lingwistą, zaproponował, że będzie mu płacił równowartość jego dotychczasowego zarobku szewskiego, w  zamian za poświęcenie tego czasu na studia językowe.

Lepiej usiądź i nie ekscytuj się... Gdy pewnego razu Carey przemawiał podczas  pastorskiej konferencji, zaproponował do przedyskutowania problem: „Czy nakaz dany apostołom, by nauczali wszystkie narody, nie obowiązuje wszystkich kaznodziejów aż do skończenia świata, skoro obietnica, jaka temu nakazowi towarzyszy, rozciąga się w  takim samym zakresie?”. Pewien starszy kaznodzieja skarcił go słowami: „Usiądź, młody człowieku. Usiądź. Jesteś entuzjastą. Jeśli Bogu upodoba się nawrócić pogan, to zrobi to, nie radząc się ciebie ani mnie”.

Carey jednak coraz bardziej pochłonięty był wizją głoszenia Ewangelii poganom. Czytał życiorysy Eliota i  Brainerda, pionierów pracy misyjnej wśród Indian północnoamerykańskich, studiował też Biblię pod tym kątem, widząc, jak wiele uwagi i w Starym, i Nowym Testamencie poświęcone jest tam sprawie misji. W 1789 r. Carey otrzymał zaproszenie do objęcia większego i bogatszego zboru baptystów w  mieście Leicester. Chociaż pod każdym względem była to propozycja nader kusząca, on sam jeszcze przez pięć tygodni szukał Bożego potwierdzenia dla decyzji, jaką powinien podjąć. W  końcu zdecydował się na przeprowadzkę. Nie było mu tam łatwo, nie tylko dlatego, że kilkanaście miesięcy później pochował swoją ukochaną córeczkę Lucy. Jednak z czasem problemy w zborze ustały, a oddana praca Careya zaczęła przynosić efekty, także poza Leicester, bowiem wytrwale wędrując z poselstwem Ewangelii po okolicznych wioskach, zakładał fundamenty nowych zborów w Thurmaston, Syston, Sileby, Blaby i Desford. Jego nowi przyjaciele zaszczepili mu wrażliwość na ówczesne problemy społeczne: współczucie dla brutalnie traktowanych więźniów i  problem okrucieństwa wobec umysłowo chorych, które dołączyły do jego wcześniejszej niezgody wobec niewolnictwa.

Książka porównywana do wystąpienia Lutra To wszystko nie było jednak w stanie odwieść Careya od tego, co było jego głównym brzemieniem – ewangelizacji świata. Nie mogąc przekonać do tej idei nawet swoich najbliższych przyjaciół, wiosną 1792 r. napisał i wydał 87-stronicowy esej, zgodnie z  XVIII-wieczną manierą zatytułowy niezwykle rozwlekle: „An Enquiry into the Obligations of Christians, to use means for the Conversion of the Heathens in which the Religious State of the Different Nations of the World, the Success of Former Undertakings, and the Practicability of Further Undertakings, are Considered” („Zbadanie obowiązku chrześcijan co do starań o  nawrócenie pogan...). Sam tekst „jest sam w  sobie argumentem, przeglądem, analizą, wezwaniem i  programem. Przedstawia główne zarzuty krytyczne, z jakimi Carey od dawna spotykał się, broniąc sprawy misji, oraz odpowiedzi na nie” – pisał S. Pearce Carey. Na jedno z pytań, stawianych do dziś odpowiadał następująco:

„Czyż jednak nie mamy dość pracy z poganami we własnym kraju? Niewątpliwie, skoro tysiące rodaków żyje w tym kraju jak najdalej od Boga. Winniśmy być dziesięć razy bardziej gorliwi, by pozyskać ich dla Chrystusa. Przynajmniej jednak mogą oni usłyszeć Ewangelię, i prawie w każdej części kraju są wierni kaznodzieje. Gdyby Kościół w tym kraju obudził się, poganie w Anglii szybko zostaliby pozyskani. Jednak kraje pogańskie nie mają ani Biblii, ani prawdziwych kaznodziejów Słowa. Wielu nie ma języka pisanego, przyzwoitego rządu, ani też żadnego z naszych najważniejszych błogosławieństw. Żal niemniej chrześcijański winien przymuszać nas do niesienia natychmiastowej pomocy”. Cały tekst tej niewielkiej książki był efektem ośmioletnich przemyśleń pastora-szewca, a ona sama okazała się tak znacząca, że jej wpływ na rozwój chrześcijaństwa przyrównuje się do skutków 95 tez Marcina Lutra. W  ostatnich dniach maja 1792 r. w  Nottingham miała miejsce okręgowa konferencja tamtejszego stowarzyszenia baptystów. Podczas niej William Carey wygłosił kazanie, które przeszło do historii. Było ono oparte o tekst z  Iz 54:2-3: „Poszerz zasięg twojego namiotu i  zasłony twoich mieszkań, nie krępuj się, wydłuż twoje sznury i wbij mocno twoje paliki! Bo się rozszerzysz w  prawo i  w  lewo, a  twoje potomstwo odziedziczy narody i zaludni spustoszone miasta”. Zawarł w  swym nauczaniu wezwanie, które przeszło do historii: „Oczekujcie od Boga rzeczy wielkich! Porywajcie się dla Boga na rzeczy wielkie!”. Co ciekawe, słowa „od Boga” i „dla Boga” nie znajdowały się w  oryginalnie w  tym fragmencie jego nauczania, zostały dodane przez innych później – jednak było to całkowicie zgodne z  wciąż powracającą myślą przewodnią kazania, podkreślającą wiodącą rolę Boga w tym dziele. Zakończył je, podobnie jak Piotr w dniu Pięćdziesiątnicy, wezwaniem do podjęcia działania w odpowiedzi na potrzeby pogańskiego świata. Zwiastowanie to w zgodnej ocenie wielu uchodzi za jedno z najbardziej inspirujących i zmieniających Kościół kazań wszystkich czasów. Wygłosił je człowiek, który jeszcze siedem lat wcześniej uznany został za niespełniającego wymogów dobrego kaznodziei.

Znów nic z tym nie zrobicie? Następnego dnia zebrani pastorzy i  kaznodzieje    spotkali się, by podjąć decyzje F


LUDZIE BOŻEGO FORMATU

Inaczej niż większość Brytyjczyków, sympatyzował z amerykańskimi kolonistami podczas ich wojny o niepodległość, bojkotował też cukier importowany z Indii Zachodnich, ponieważ w ten sposób protestował przeciwko niewolnictwu odnośnie treści konferencji. Każdy z  nich przeznaczył znaczną sumę pół gwinei (nieco ponad pół funta) na walkę z „nieludzkim i  bezbożnym handlem ludźmi”, utworzyli też fundusz na dwie misje krajowe, które dopiero powstawały. Kiedy mieli się odnieść do wezwania Careya, stare wahania i niepewność zaczęły przeważać nad uchem odważnych decyzji. Widząc to, 31-letni kaznodzieja złapał za ramię Andrew Fullera, jednego ze swoich najbliższych przyjaciół i wpływowych uczestników spotkania, wołając z rozpaczą w głosie: „Czy i teraz nic nie zrobicie?”.  Fuller zadrżał i zdobył się na odwagę poparcia swego przyjaciela. Jak pisze S. Pearce Carey: „stał się pierwszą osobą, która się nawróciła dla tej sprawy i jego pierwszym towarzyszem, pierwszym więźniem Careya, pierwszym z nowych »pełnych nadziei pracowników«. Przekroczył Rubikon. Przyłożył obie ręce do pługa i  nigdy więcej nie spojrzał wstecz. Od tego momentu

stanął niczym Kaleb obok Jozuego. Byli to dwaj mężowie o jednej duszy. (…) [Ludzie] Mogli unikać samego Careya, tego obsesyjnego entuzjasty o zajęczym mózgu. Ale nie mogli uciec przed Fullerem i Careyem. Twarz Fullera była niczym uśpiony grom — nie wolno było z  nim żartować. Kiedy Fuller nalegał na ponowne rozważanie sprawy uznanej za zamkniętą, nie mogli się temu sprzeciwić. Zdobywał Królestwo Boże gwałtem”.                                                      Kilka miesięcy później, 2 października 1792 r. w  Kettering zawiązano „Baptystyczne Towarzystwo Misyjne dla głoszenia Ewangelii wśród pogan”, jedną z pierwszych na świecie organizacji misyjnych poświęconych głoszeniu Ewangelii w  krajach zamorskich. Jego założycielami było 12 pastorów, w  większości z  małych, wiejskich zborów, student Bristol Baptist College i młody diakon, wśród nich pięciu, którzy stanowili rdzeń tej idei: Carey, Fuller,

Perce, Ryland i  Sutcliff. Nie dysponowali żadnymi większymi środkami, nie mieli poparcia nikogo znaczącego, nawet pozostałe zbory baptystyczne w Anglii o niczym nie wiedziały. A jednak ta dwunastka zapoczątkowała coś, co radykalnie zmieniło dzieje chrześcijaństwa. Czy pamiętali słowa Jozuego i  Kaleba, jedynych, którzy po powrocie ze zwiadu w Ziemi Obiecanej nie przestraszyli się przeszkód, ale powiedzieli: „Jeżeli Pan ma w  nas upodobanie, to wprowadzi nas do tej ziemi i da nam tę ziemię, która opływa w mleko i miód” (4 M 14:8)? Nawet jeśli nie przywoływali tej sytuacji, wiedzieli, że pomimo wszystkich przeciwności Boga mają po swojej stronie. Dokończenie w następnym numerze. WŁODEK TASAK


NA CO DZIEŃ

Odpocznij sobie TEKST WALENTYNA JAROSZ

Ż

yjemy w  czasach natłoku spraw do załatwienia, rzeczy do zrobienia. Jednak mimo wielu jednocześnie podejmowanych działań i coraz szybszego tempa naszego życia (owej programowej dynamicznej aktywności) przytłacza nas świadomość, że owych rzeczy i spraw w ogóle nie ubywa. Przeciwnie, ciągle piętrzą się zaległości, nowe zobowiązania, zadania, wyzwania. Stojąc twarzą w twarz z  przytłaczającymi nas wymaganiami, trudno jest nam, bez wyrzutów sumienia, pozwolić sobie choć na chwilę odpoczynku, na zrobienie przerwy.

Potrzeba odpoczynku Zapomnieliśmy już, że potrzebujemy mieć takie chwile oderwania od rutyny dnia codziennego, od ciągłego wyścigu z czasem, od nadmiaru obowiązków, od stresów w  pracy, od kłopotów rodzinnych, zdrowotnych, finansowych. Zapomnieliśmy, że nasza energia też nie jest wieczna. Musimy uzupełniać jej zapasy

poprzez sen, odpoczynek, właściwe odżywianie i zwykły relaks. Nasze dni, wypełnione zajęciami, wysysają z nas wszystkie siły. Działając na wysokich obrotach, wykorzystujemy nasze wszystkie zapasy: fizyczne, emocjonalne, umysłowe i  duchowe. I  zanim się zorientujemy, cała nasza energia zostanie zużyta. Jednak bycie wyczerpanym może spowodować, że nasza percepcja zostanie zaburzona, zniekształcona i nasze reakcje na innych ludzi mogą stać się negatywne (wyładujemy się na żonie czy mężu, na dzieciach czy na zwierzaku domowym). Co więcej, jeśli nic z tym nie zrobimy, to po jakimś czasie stan ten może wywołać u nas choroby fizyczne lub psychiczne (a  przynajmniej zaburzenia emocjonalne). Jesteś mądrym człowiekiem, jeśli umiesz robić sobie krótkie przerwy na odpoczynek w ciągu dnia pracy. Jeśli potrafisz zgasić światło o odpowiedniej porze i pozwolisz sobie na dobry, nocny odpoczynek. Już te rzeczy pomogą ci zadbać o zapas twojej energii na każdy dzień i uzdolnią cię do bycia bardziej produktywnym i zadowolonym. F

Jesteś mądrym człowiekiem, jeśli umiesz robić sobie krótkie przerwy na odpoczynek w ciągu dnia pracy. Jeśli potrafisz zgasić światło o odpowiedniej porze i pozwolisz sobie na dobry, nocny odpoczynek. Już te rzeczy pomogą ci zadbać o zapas twojej energii na każdy dzień i uzdolnią cię do bycia bardziej produktywnym i zadowolonym 17


NA CO DZIEŃ

Myślę, że dobrą rzeczą jest nauczyć się, jak organizować sobie takie krótkie „przerwy w życiorysie” każdego dnia, aby nie zwariować, nie wypalić się, nie paść na zawał czy udar… Aby po prostu żyć i pozwolić żyć innym. Wspomnę, że taką regenerującą przerwą może być chwila spędzona z  Bogiem. Brat Wawrzyniec wyznaje: „Całkowicie zanurzony w  moim pojmowaniu Bożego majestatu, miałem w zwyczaju zamykać się w swojej kuchni. Tam, w samotności, po zakończeniu wszelkich koniecznych prac, oddawałem się modlitwie na cały czas, jaki pozostał mi do podjęcia innych obowiązków” („O praktykowaniu Bożej obecności”). Niewątpliwie warto zanurzyć się w modlitwie nawet w czasie tych krótkich chwil, które inni poświęcają przerwie na papierosa. Warto też pomyśleć o korzyściach – odświeżona perspektywa, jaśniejszy ogląd, odzyskana energia, duchowa gotowość! Ktoś inny dał następującą radę – prostą, ale jakże pomocną. (Nie podaję nazwiska, ponieważ zdania, co do autorstwa są podzielone dodatki w  nawiasach są moje.) Codziennie należy przeczytać jeden dobry wiersz (a  na pewno werset z Biblii), obejrzeć piękny obraz (albo spojrzeć na dzieło Stwórcy), posłuchać lekkiej piosenki (albo samemu zaśpiewać pieśń uwielbienia; zachęcam do słuchania Radia Chrześcijanin, kanały muzyczne), porozmawiać serdecznie z przyjacielem (wysłać maila lub SMS-a, a przede wszystkim nie zapomnieć o rozmowie z Bogiem). Również badania medyczne wykazały, że istnieją pewne pomagające w radzeniu sobie z przepracowaniem, ze zmęczeniem i stresem techniki. Są to: spacer, ćwiczenia gimnastyczne, siłownia, jogging, długa kąpiel z bąbelkami, głaskanie domowego pupila, modlitwa. To wszystko może pomóc nam w  odzyskaniu jasności umysłu, wewnętrznego pokoju i dobrego samopoczucia. Ale są też inne, tu niewymienione, miłe sposoby na odpoczynek, do których równie gorąco zachęcam. Naszym zadaniem jest odkryć to, co najlepiej na nas działa. Ustalony w naszym kalendarzu (i przestrzegany) czas na odpoczynek i relaks jest w stanie odmłodzić naszego ducha i nasze ciało. Ujmując to obrazowo, w naszym codziennym, zabieganym życiu potrzebujemy świateł stopu. Nasze przeciążenie pracą i napięty grafik potrzebują tego szczególnego „zaburzenia” w postaci czasu na odpoczynek i refleksję. Bez tych rzeczy możemy poważnie zachorować na którąkolwiek z chorób spowodowanych stresem (chorób naszych czasów): nadciśnienie, wylew, zawał, wrzody żołądka,

18

Tzawsze ERAZ i

Stres związany z życiem codziennym, a szczególnie zawodowym, ograbia nas z tego błogiego stanu i zamiast pokoju mamy niepokój; zamiast poczucia bezpieczeństwa zmaganie się z lękiem o jutro i strach o przyszłość

rak w różnej postaci… Aby nie skończyło się tak, jak w swoim wierszu ujmuje to Katarzyna Zychla: szybko w szklanych pałacach po krętych schodach z marmuru wbiegają codziennie szybko garnitur koszula i krawat dobrane nienagannie służbowy laptop szybko na biurku zdjęcie w kosztownej ramce żona dzieci i pies dzwonią na chwilę bo klient już czeka szybko lat trzydzieści nie więcej ocenia lekarz bez emocji zawał tak nagły szybko w szklanych pałacach nie ma czasu na życie służbowy uśmiech gaśnie szybko wieczność trwa długo...

Zwolnij tempo Szybko, szybko, szybko… czytamy w wierszu. Rzeczywiście, żyjemy w  tak szybkim tempie, że bardzo rzadko udaje nam się przejść na jakiś wyższy poziom, odmienny od tego powierzchownego, pobieżnego i płytkiego, jaki każdego dnia nam towarzyszy. Przekartkowujemy książki i czasopisma. Pobieżnie przyjmujemy wszelkie informacje.

Surfujemy po programach telewizyjnych. Kupujemy „fast foody” w  „drive-through” i  zjadamy je, jadąc w  kierunku kolejnego miejsca przeznaczenia. Słuchamy strzępków newsów i opinii w nocnych wiadomościach. Na poczcie głosowej osób, do których dzwonimy, zostawiamy 30-sekundowe wiadomości. Zapominamy, jaki jest dziś dzień lub nie potrafimy przypomnieć sobie, co działo się wczoraj. Wszelkie dane, opinie, uwagi, jakie przechowujemy, jakie jesteśmy w stanie przechować, można zapisać na formacie najmniejszego rozmiaru samoprzylepnych karteczek. W Kiędze Jeremiasza (8:6b) znalazłam taki obraz: „Każdy pędzi na oślep w swoim biegu, jak koń cwałujący w bitwie”. Jest to smutne podsumowanie powyższych rozważań. Spróbuj tak czasem po prostu nic nie robić. Zamknąć się przed światem. Wyłączyć telefon, telewizor. Zapomnieć o  Internecie i Facebooku. Wyjść na balkon, popatrzeć na gwiazdy i  spróbować zneutralizować swoje serce i umysł. „Tak mówi Pan: Przystańcie na drogach i patrzcie, pytajcie się o odwieczne ścieżki, która to jest droga do dobrego i chodźcie nią, a znajdziecie odpoczynek dla waszej duszy!” (Jer 6:16). Niestety, stres związany z życiem codziennym, a szczególnie zawodowym, ograbia nas z tego błogiego stanu i zamiast pokoju mamy niepokój; zamiast poczucia bezpieczeństwa zmaganie się z lękiem o jutro i strach o przyszłość. Oto pewne statystyki pozbierane w  Internecie (sprzed kilku lat): 63 proc. Polaków pracuje więcej niż 8 godzin dziennie; 1,2 miliona Polaków ma więcej niż jedno zatrudnienie; najwięcej czasu spędzają w pracy Koreańczycy – 2390 godzin rocznie; Polacy – 1984 godzin rocznie. W  Japonii z  powodu przepracowania umiera kilkadziesiąt tysięcy osób rocznie. Zjawisko to ma swoją nazwę - karoshi. (Japończycy chcieli mieć 10-dniowy system pracy. Nieliczenie się z  mądrością Stwórcy wielu przypłaciło życiem.) Naprawdę nasze ciała nie zostały stworzone to tego, aby pracować w tak bezlitosnym systemie, żyć w takim stresie i tempie.

Rutyna Każdy z  nas wykonuje codziennie szereg powtarzających się czynności i  wyznaczonych zadań. Nazywa się to rutyną. Urodzony w  Warszawie żydowski filozof i  teolog, Abraham Heschel, twierdził: „Rutyna czyni nas odpornymi na cuda”. Jest w tym wiele prawdy. Jeśli pozbawimy nasz rozum możliwości rozmyślania nad życiem, zachwycania się chwilą, to pozwolimy, aby strach o „chleb codzienny” pozbawił nas chociażby poczucia


tego, jak bardzo cenni jesteśmy w  oczach Bożych i jak wiele dla Niego znaczymy. I jak piękny może być świat wokół nas, łącznie z ludźmi, którzy żyją obok. Kiedy praca staje się dla nas ciężarem, brzemieniem, to nie daje nam satysfakcji, powoduje frustrację i  prowadzi do wypalenia i  depresji. Zaczyna brakować nam celu i motywacji. Każdy z nas potrzebuje odpoczynku, który jest swego rodzaju antytezą do tego, co wykonuje przez cały dzień. Ci, którzy są zaabsorbowani „pracą umysłową”, potrzebują takiego hobby czy takich zajęć, które pozwolą im się poruszać, popracować rękami i które sprawią im przyjemność. I odwrotnie, ci, którzy pracują ciężko fizycznie, cieszą się, kiedy mogą odpoczywać biernie: poczytać książkę, zapisać się na jakiś kurs językowy czy nawet poukładać puzzle. Ci, którzy pracują z  ludźmi, w warunkach podwyższonego stresu, na pewno znajdą przyjemność w zajmowaniu się ogródkiem, gdzieś w odosobnieniu. Ci natomiast, którzy pracują samodzielnie, w  pojedynkę, chętnie spędzą swój wolny czas w gronie przyjaciół. Każdy z nas potrzebuje być całkowicie „wyautowany” ze swojego trybu pracy, chociażby na chwilę każdego dnia, na dzień lub dwa w tygodniu i przynajmniej na tydzień lub dwa w ciągu roku. To jest podstawa do zachowania w życiu zdrowego balansu! Musimy też uczyć się nowych sposobów odpoczynku, relaksu. To nie ma być nicnie-robienie. Tomasz a’ Kempis napisał: „Nigdy

nie bądź całkiem bez zajęcia, lecz: albo czytaj, albo pisz, albo módl się, albo rozważaj, albo zajmij się jakąś pracą dla dobra wspólnego”. To dobra rada; niejednokrotnie ją sprawdziłam.

Pamiętaj, abyś dzień święty święcił – kilka słów o sabacie Sabat, to po prostu odpoczynek od pracy. Oto, co o odpoczynku napisał teolog ewangelicki, prof. Witold Benedyktowicz w książce „Co powinniśmy czynić”: „Praca nie jest celem dla siebie. Jest środkiem zapewnienia człowiekowi egzystencji. […] Człowiek powinien stawiać rozsądne granice swoim potrzebom i swojej aktywności. To przykazanie Dekalogu ma nie tylko sens religijny: poniechanie pracy w dniu świętym, by w szczególny sposób poświęcić go chwale Bożej. Sens tego przykazania jest o wiele szerszy, jest on etyczny, społeczny, ekonomiczny i głęboko humanistyczny. […] Praca jest przykazaniem, ale i odpoczynek jest przykazaniem. Przykazanie to ustanawia pewien rytm, rytm pracy i odpoczynku. Ma ono sens społeczny: człowiek potrzebuje rekreacji, odnowy sił, by mógł na nowo, skutecznie podjąć pracę. […] Ważnymi współczynnikami odpoczynku są przyjemność i zabawa. Nie ma biblijnych podstaw do eliminowania przyjemności z życia”. Bardzo spodobało mi się to, co na ten temat napisał Tomasz Bogowski (politolog, teolog protestancki., felietonista): „Dzień święty, czyli szabat, czyli po naszemu dziś – chill out. Chill out, czyli wyluzowanie się, odpoczynek od codziennych zajęć, obowiązków, zadań do

wykonania. Wydawałoby się, że człowieka nie trzeba długo namawiać, żeby odpoczął. A jednak! […] Wyjątkowo właśnie w XXI wieku, a  już szczególnie w  dużych aglomeracjach możemy zaobserwować pęd, pośpiech, gonienie czegoś. Po co w takim razie dzień odpoczynku, kiedy na topie są takie słowa jak »wydajność« oraz »sukces«. […] Robimy po dwa fakultety, pracujemy na kilka etatów, rozpoczynamy kursy i szkolenia. Za mało jest dni w tygodniu, żeby to wszystko ogarnąć, a jednak Bóg nie zmienia swojego Słowa, aby się dopasować do naszego trybu życia. To my mamy się dopasować do Niego! Bóg wie, że łatwo nam, ludziom się zajechać. To trudne wyłączyć telefon, komputer, nie myśleć o zadaniach do wykonania, ale jak bardzo jest to też wyzwalające! Jeśli tak zrobisz, to uda ci się od poniedziałku wystartować do swoich zajęć z nową, ośmielę się powiedzieć ponadnaturalną energią. Tylko spróbuj, odetnij się, wyluzuj. […] Czy jesteś gotów jedną siódmą swojego życia oddać szczególnie Bogu i po prostu odpoczywać sobie w Nim? Spróbuj, bo bez tego naprawdę daleko nie zajedziesz. To Bóg jest siłą, inspiracją, energią i odpoczynkiem, którego nie da nawet najlepszy napój energetyczny ani najwygodniejsza kanapa”. Podsumuję to wszystko tak: Jeśli nie potrafisz odpoczywać, nie masz pomysłu na ucieczkę od rutyny, na zwolnienie codziennego tempa, na korektę listy priorytetów, to zrób choć tę jedną rzecz – pamiętaj o dniu sabatu (2 M 20:8-11). WALENTYNA JAROSZ

19


KOŚCIÓŁ NA ŚWIECIE

Powierzchnia: 1,648 mln km². Liczba ludności:75 mln. Dochód na osobę: 4600 dolarów (Polska – 13 800).

Jeszcze w 1979 r. chrześcijan legitymujących się muzułmańskim pochodzeniem było w Iranie zaledwie 500, dziś jest to grupa licząca już ponad 100 tys. ludzi, i stale rośnie

IRAN

Opracował WŁODEK TASAK

UCZNIÓW CHRYSTUSA

K

iedy patrzymy na rozwój Kościoła jedynie przez pryzmat naszych polskich doświadczeń, obraz ten nie wygląda zbyt zachęcająco. Jednak obserwując rozwój Królestwa Bożego na całym świecie, łatwo dostrzegamy, że jeszcze nigdy w  dziejach nie był on tak intensywny (nawet w  Dziejach Apostolskich!) i  ekspansywny. A  jednocześnie, wraz z  ogromnie dynamicznym rozwojem chrześcijaństwa w  krajach panowania innych religii, obserwujemy bezprecedensowy

20

Tzawsze ERAZ i

w historii okres ograniczania praw ludziom wierzącym w Chrystusa w świecie zachodnim, będącym jeszcze niedawno ostoją Kościoła. Dlatego, by nieco przybliżyć te fascynujące wydarzenia, rozpoczynamy w  niniejszym numerze „Teraz i zawsze” nową rubrykę „Kościół na świecie”. Będzie się ona składała z  dwóch części: prezentacji sytuacji w jednym z krajów o niewielkiej do niedawna liczbie chrześcijan w  społeczeństwie, a  teraz szybko się powiększającej, oraz kilku drobnych wiadomości o wydarzeniach na świecie o  bardzo różnym ciężarze gatunkowym: i tych ważkich, ale także lżejszego kalibru.

Iran nie tylko Ahmadineżada Iran to kraj o historii liczonej w tysiącleciach, będący spadkobiercą starożytnego imperium perskiego. Dziś znany jest głównie z  powodu przypuszczeń o  zaawansowanym procesie budowania przez to państwo bomby atomowej, a  także ze

względu na swego prezydenta Mahmuda Ahmadineżada, który lubi szokować światową opinię publiczną nawoływaniem do zniszczenia państwa Izrael i negowaniem Holokaustu.

Dzieje misji Partowie i  Medowie (czyli mieszkańcy starożytnej Persji) wymienieni są jako ci, którzy w  dniu zesłania Ducha Świętego, byli jego świadkami (Dz 2:9). Chrześcijaństwo do starożytnej Persji zawitało na dobre pod koniec drugiego wieku, by w  225 r., ciesząc się wolnością religijną, posiadać tam (razem z  sąsiednią Mezopotamią) już 17 biskupstw, czyli dużych kościołów lokalnych. Dopiero, kiedy chrześcijaństwo za Konstantyna Wielkiego stało się religią popieraną przez cesarstwo rzymskie, walczący z nim król Szapur II (310-380) zaczął prześladować chrześcijan z  powodów politycznych. Historyk Kościoła Sozomen wspomina o 16 tysiącach znanych imiennie męczenników. Później


przez dłuższy czas zapanował spokój. W V w. do Persji napłynęli prześladowani we wschodnim cesarstwie rzymskim nestorianie. Założyli tam perski Kościół nestoriański, który rozwinął następnie pracę misyjną sięgającą Indii i Chin. Niestety, zarówno z Persji, jak i ze wspomnianych terenów, z czasem zostali oni w  większości przepędzeni, a  ci, którzy zostali, zamknęli się w  swoich niewielkich grupach etnicznych (Ormianie, Chaldejczycy i Asyryjczycy).

Sytuacja chrześcijaństwa dziś Po podboju Iranu (Persji) przez Arabów, co dokonało się w VIII w., kraj ten stał się niemal jednolicie muzułmański. Dziś wyznawcy islamu stanowią tam 98,64 proc. populacji. Chrześcijanie stanowią w tym kraju drugą co do wielkości grupę religijną, licząc zaledwie 0,51 proc. mieszkańców Iranu (365 tys.). Jednak chrześcijaństwo w tym państwie, mimo wrogiego nastawienia władz (Iran jest oficjalnie państwem wyznaniowym, z dominującą pozycją szyickiej wersji is-

zniechęconych sytuacją panującą w  ich ojczyźnie, gdzie brakuje wolności politycznej i obyczajowej (na jej straży stoją Strażnicy Rewolucji pilnujący przestrzegania surowych zasad islamu). Co roku emigruje z  kraju 200 tys. najlepiej wykształconych młodych Irańczyków, a  36 proc. ich rówieśników chciałoby zrobić to samo. Na drugim biegunie jest prawie 5 mln narkomanów (największy poziom uzależnionych od opium na świecie). Jako że w Iranie legalnie może działać jedynie kościół składający się z  Ormian czy Asyryjczyków, a  konwersja z islamu na chrześcijaństwo jest zakazana, kościoły prowadzące misję wśród muzułmanów działają w  podziemiu. I  większość z  nich składa się z młodych Irańczyków. Wysoki poziom emigracji z  Iranu (sięgający jeszcze 1979 r., czyli początków rewolucji islamskiej), powoduje, że irańska diaspora liczy na świecie około 4 mln ludzi, rozsianych po wielu krajach świata zachodniego. Spośród nich około 200 tys. emigrantów tworzy oko-

prowadzone przez Internet i za pomocą telefonii komórkowej.

Irański męczennik Haik Hovsepian (1945-1994) pochodził z  ormiańskiej rodziny mieszkającej w Teheranie. W wieku 15 lat nawrócił się do Chrystusa. Siedem lat później został pastorem zboru zielonoświątkowego na przedmieściach Teheranu. Chociaż sam był Ormianinem, Hovsepian poświęcił się dziełu ewangelizacji irańskich muzułmanów. Wkrótce stał się odważnym chrześcijańskim apologetą, ewangelistą i utalentowanym muzykiem. Za jego sprawą doszło do zacieśnienia się współpracy pomiędzy irańskimi ewangelicznymi chrześcijanami po islamskiej rewolucji i  dojściu do władzy ajatollacha Chomeiniego w  1979 r. Jako biskup zielonoświątkowego kościoła Jama’at-e Rabbani i  przewodniczący Rady Pastorów Protestanckich w  Iranie, Hovsepian nie bał się upominać o  prawa chrześcijan w tym kraju. W 1993 r., jako zaledwie jeden z  dwóch przywód-

Iran znajduje się na piątym miejscu na świecie na liście organizacji Open Doors, dotyczącej krajów najbardziej prześladujących chrześcijan lamu), rośnie w  tempie ponad 5 proc. rocznie. Oznacza to roczny przyrost wyznawców Chrystusa na poziomie 18 tys. ludzi. Jeszcze w  1979 r. chrześcijan legitymujących się muzułmańskim pochodzeniem było w Iranie zaledwie 500, dziś jest to grupa licząca już ponad 100 tys. ludzi, i  stale rośnie (niektórzy optymistycznie szacują liczbę tamtejszych muzułmanów nawróconych na chrześcijaństwo na około milion osób). Wśród chrześcijan największy odsetek stanowią prawosławni Ormianie, należący do jednej z  mniejszości narodowych, a  na drugim miejscu niezależne grupy wierzących, niezwiązane z  największymi wyznaniami. O  ile od 1979 r., kiedy w Iranie doszło do obalenia szacha i  wprowadzenia dyktatury religijnej, większość tradycyjnych wyznawców chrześcijaństwa wyemigrowała z  tego kraju (jeszcze w  1975 r. chrześcijanie stanowili tam 1,5 proc. populacji), jednak w  ich miejsce przybywa nawracających się z islamu, głównie młodych ludzi,

ło 800 perskich kościołów i społeczności domowych. Nawróceni Irańczycy są niezwykle aktywni w prowadzeniu pracy misyjnej wśród swoich rozsianych po świecie rodaków, a także w próbach docierania do tych, którzy pozostali w ojczyźnie.

Problemy, które potrzebują naszego wsparcia w modlitwie Iran znajduje się na piątym miejscu na świecie na liście organizacji Open Doors, dotyczącej krajów najbardziej prześladujących chrześcijan. Sytuacja pogorszyła się od 2005 r., kiedy wzrosła liczba aresztowanych chrześcijan (a  jeden z  pastorów licznych w  Iranie kościołów domowych, Ghorban Dordi Tourani, został zamordowany. Jego sylwetkę przedstawimy w  następnym numerze „Teraz i zawsze”). Drukowanie i dystrybuowanie Biblii jest w Iranie zabronione, jednak Słowo Boże jest tam bardzo poszukiwane. Znaczącą rolę w  ewangelizacji odgrywa też chrześcijańskie radio, literatura, muzyka (szczególnie wśród młodzieży), a także film i działania

ców chrześcijańskich w  tym kraju, odmówił podpisania deklaracji o  nieprzyjmowaniu nawróconych muzułmanów do kościołów chrześcijańskich. Odmówił także podpisania oświadczenia, że chrześcijanie w Iranie cieszą się pełną wolnością religjną. W  styczniu 1994 r. kilka dni po tym, jak sukcesem zakończyła się prowadzona przez Hovsepiana kampania na rzecz uwolnienia z więzienia jego przyjaciela Mehdiego Dibaja, on sam c. Chociaż władze Iranu zaprzeczały swojego związku z tym faktem, powszechnie uważa się, że Hovsepian padł ofiarą prześladowania z przyczyn religijnych. Jego żona Takoosh, wraz z  czwórką dzieci, wyemigrowała do USA. Wszyscy oni, a  także bracia Haika są zaangażowani w służbę chrześcijańską poza granicami Iranu. Opracował WŁODEK TASAK, na podstawie: Jason Mandaryk, Operation World. The Definitive Prayer Guide to Every Nation, 2010 oraz źródeł internetowych.


KOŚCIÓŁ NA ŚWIECIE

...na cały świat

Egipt: radykalni muzuł-

manie demaskują chrześcijańskie pomidory Grupa egipskich salafitów opublikowała na serwisie społecznościowym Facebook skierowane do muzułmanów ostrzeżenie przed pomidorami. Popularne w  tym kraju Egipskie Stowarzyszenie Islamskie zamieszczając zdjęcie rozkrojonego, popularnego warzywa, opatrzyło je komentarzem: „Jedzenie pomidorów jest zabronione, ponieważ są one chrześcijańskie. Chwalą krzyż zamiast Allaha. Wzywamy was, byście rozpowszechniali to zdjęcie. Pewna siostra ujrzała proroka Mahometa w  widzeniu. Płakał i  ostrzegał ten naród przed jedzeniem pomidorów. Jeśli nie przekażesz tej wieści dalej, wiedz, że to diabeł cię powstrzymał”. Pod ostrzeżeniem w  ciągu zaledwie 10 dni ukazało się aż 2700 komentarzy. Być może dlatego salafici dodali uzupełniającą wypowiedź: „Nie chodziło nam o  to, że nie można jeść pomidorów, a  jedynie, by nie kroić ich w sposób, który sprawia, że pokazują kształt krzyża”. Salafici należą do najbardziej tradycjonalistycznych

i  nieprzejednanych odłamów muzułmańskich. Chrześcijanin24.pl

Grecja: zmarła zamuro-

wana w celi pustelniczka W wieku 87 lat zmarła matka Christina, prawdopodobnie ostatnia na świecie pustelniczka, która większość życia spędziła zamurowana na własne życzenie w celi. Żyła w  pobliżu miasta Drama w  północnej Grecji, ciesząc się dużym szacunkiem miejscowej ludności. Pomimo przyjęcia takiej skrajnej formy fizycznej izolacji od świata zewnętrznego, nie do końca zerwała kontakt z  ludźmi, pozwalając się codziennie odwiedzać, by przez małe okienko klauzury udzielać im porad duchowych, a  także praktycznych. Zanim zdecydowała się na życie rekluzy, matka Christina mieszkała w pustelni na Górze Synaj. Surowy sposób życia rekluz, osób, które zobowiązują się nie opuszczać swojej celi i nie kontaktować z innymi zakonnicami czy zakonnikami, a w skrajnym przypadku nawet każą się zamurować, ma tradycję sięgającą starożytności. Onet Religia

Indie: zabójca i  prze-

śladowca chrześcijan ewangelistą Niladri Kanhar, mieszkający w  znanym z  prześladowań chrześcijan indyjskim stanie Orissa, przez lata nienawidził, napadał, a  nawet zabijał wyznawców Chrystusa. W  pewnym momencie Niladri Kanhar nie tylko się nawrócił, ale sam zaczął głosić Ewangelię. Według informacji agencji Fides, stało się to zaraz po tym, jak uzdrowiona została jego najstarsza córka. Wcześniej zarówno lekarze, jak i miejscowi szamani powiedzieli mu, że nic nie są w stanie zrobić i dziewczyna niechybnie umrze. Kiedy jednak wioskę Kanhara odwiedził pastor Pabitra Kata, poproszony o pomoc, modlił się o córkę znanego prześladowcy chrześcijan. Ta została uzdrowiona w imieniu Jezusa Chrystusa. Cała rodzina Niladriego Kanhara nawróciła się, wszyscy modlą się i czytają Biblię. Teraz to Kanhar, jako były przywódca radykalnych hinduistów, zaczął być prześladowany; mieszkańcy jego wioski pobili go, nakłaniając, by powrócił do religii przodków. Nic to nie dało, bowiem

Ulotka ostrzegająca muzułmanów przed niebezpiecznymi pomidorami Kanhar nadal składał świadectwo o Chrystusie. Teraz razem z pastorem Katą znajduje się w więzieniu oskarżony o prozelityzm, a więc o to samo, o  co wcześniej wielokrotnie oskarżał chrześcijan. Chrześcijanin24.pl

USA: walka na bilbordy

Wojujący ateiści z  Teksasu zrzeszeni w  organizacji Dallas-Fort Worth Coalition of Reason zorganizowali kampanię bilbordową na lokalnych autobusach, umieszczając hasło: „Miliony Amerykanów jest dobrych bez Boga”, któremu towarzyszył wizerunek amerykańskiej flagi z wkomponowanymi w  nią twarzami zaprzysięgłych ateistów i  agnostyków. W  przestrzeni publicznej zawisły też bilbordy z  napisem: „Nie wierzysz w Boga? Nie ty jeden”. W  odpowiedzi na taką reklamę świata bez Boga, na ulicach Fort Worth pojawiły się samochody z  umieszczonym na nich głównym hasłem: „Wciąż cię kocham – Bóg” i  towarzyszącym mu napisem: „2,1 miliardów ludzi jest dobrych dzięki Bogu”. Kampanię tę sfinansowała nieformalna grupa tamtejszych chrześcijan. „Przesłanie jest proste: Bóg kocha nas i kocha też ateistów” – powiedział Heath Hill stojacy na czele firmy Lime Media, na której samochodach widnieje ów napis. WFAA.com


WIADOMOŚCI dobre 7,5 tys. dolarów za płatny urlop od szefa

Łąka w kształcie serca Angielski rolnik, Winston Howes, mieszkający w  hrabstwie Gloucestershire, w  południowo-zachodniej części kraju, stworzył gigantyczne serce nieopodal domu. Przez 33 lata mieszkał tam z  żoną Janet, która nagle zmarła w 1995 roku z powodu niewydolności serca. Miała 50 lat. W  hołdzie ukochanej Howes zasadził 6 tysięcy dębów na obszarze 2,5 hektara. W  środku zostawił łąkę w  kształcie serca, które skierowane jest w  stronę wsi Wotton Hill, gdzie urodziła się jego żona. 70-letni dziś Brytyjczyk powiedział „Daily Telegraph”: „Pomyślałem, że to świetny pomysł – mieć zawsze obok siebie serce żony. To był błysk natchnienia”. Sadzenie drzew zajęło mu tydzień. Przez 17 lat pielęgnował teren. Wokół krawędzi serca posadził żonkile, które zakwitają każdej wiosny, a dookoła lasu zasadził żywopłot. W  ciągu minionych lat do środka serca wydeptał ścieżkę, bo przychodził posiedzieć i pomyśleć. Jadąc drogą nie ma możliwości zobaczyć, co stworzył romantyczny człowiek. Było to jego tajemnicą aż do momentu, gdy zobaczył to z  góry Andy Collett, który leciał balonem nad tym terenem. Zrobił zdjęcia i opublikował je w sieci, a historią miłosną Howesów zachwycił się cały świat. ŹRÓDŁO: HUFFINGTON POST

23

Tzawsze ERAZ i

Bart Lorang założył dwa lata temu firmę internetową FullContact API w  Denver, w amerykańskim stanie Kolorado. Chcąc zachęcić największe talenty z  branży do współpracy oferuje im nietypowe bonusy. Do pracy można przychodzić na luzie, na miejscu grać w minigolfa, są też przerwy na piwo. Teraz prezes wpadł na kolejny pomysł, aby jego pracownicy byli zadowoleni i wypoczęci – proponuje im 7,5 tysiąca dolarów za to, aby raz w roku pojechali na wakacje. Ustalił on jednak reguły, których należy przestrzegać, żeby dostać pieniądze. Trzeba rzeczywiście wziąć urlop, a potem całkowicie oderwać się od pracy. Oznacza to: żadnych telefonów, maili, tweetów i wiadomości z biura. Szef przyznał, że nawet jemu trudno dostosować się do tych zasad. Na zdjęciach z ostatnich wakacji w Egipcie można zobaczyć Loranga korzystającego ze smartphone’a  i  sprawdzającego maile z  pracy. Choć nie udało mu się zasłużyć na 7,5 tys. dolarów, nadal wierzy, że to dobry pomysł. Oderwanie od pracy sprawia, iż po powrocie ludzie są mniej zestresowani i  lepiej pracują – uzasadniał. Wieści o szczodrym szefie rozniosły się po kraju i do jego firmy napłynęło wiele życiorysów nowych kandydatów. ŹRÓDŁO: ABC NEWS

Po 42 latach odzyskał skradziony samochód W  1970 roku złodzieje ukradli austina healey spod domu właściciela Roberta Russella zamieszkałego w  stanie Teksas w USA. Mężczyzna nigdy nie zaprzestał poszukiwania pojazdu. 66-letni obecnie Russell powiedział, że za auto zapłacił tylko 3 tys. dolarów, ale miało ono dla niego wartość sentymentalną. Dzień przed kradzieżą zabrał tym samochodem swoją narzeczoną na randkę. Robert Russell latami szukał pojazdu. Odkąd miał dostęp do Internetu, przeglądał strony motoryzacyjne i aukcyjne. „To, że samochód

wciąż istnieje, wydawało się niemożliwe. Mógł trafić na złom albo zostać zniszczony” – powiedział. Jednak kilka tygodni temu spostrzegł auto na aukcji eBay, numery seryjne się zgadzały. Natychmiast zadzwonił do dealera w  Kalifornii, który je sprzedawał. Russell powiedział mu, że ma oryginalne kluczyki i dowód rejestracyjny. Właściciel odzyskał swą własność. Jego austin healy dziś jest wart 23 tys. dolarów. ŹRÓDŁO: DAILY TELEGRAPH

W poszukiwaniu właściciela luksusowego Rolexa Pracownik czyszczący studzienkę kanalizacyjną w pobliżu stacji kolejowej Chalkwall, w hrabstwie Essex we wschodniej Anglii trafił na godne uwagi znalezisko – wykonany z 18-karatowego złota zegarek marki Rolex, warty ok. 26 tys. euro. Mężczyzna przekazał zgubę na komisariat policji. Jednak ustalenie właściciela nie jest łatwe, gdyż – jak dotąd – nikt nie zgłosił utraty wspomnianego zegarka. Po 30 dniach o przyznanie własności będzie mógł się ubiegać 30-letni znalazca, który nie chciał ujawniać swojej tożsamości. ŹRÓDŁO: TVN24

Oddał zgubę wartą prawie pół miliona dolarów Saksi Ketsikaew, taksówkarz z Bangkoku, zwrócił biżuterię wartą 450 tys. USD, pozostawioną w jego taksówce przez pasażera – jubilera, który zajęty pomaganiem swej chorej małżonce, zapomniał zabrać kosztowności z auta. Pasażer był tak szczęśliwy z  odzyskania zguby, że wynagrodził taksówkarza dwoma naszyjnikami wartymi ok. 10 tys. USD, mimo że ten zwlekał trzy dni, aż ostatecznie zgłosił policji znalezienie ważącej 8,2 kg paczki ze złotą biżuterią.

ŹRÓDŁO: TVN24

OPRACOWAŁA ULA GRABCZAN

23


Dobry człowiek

K

onrad wygładził ręką policzek; być dobrze ogolonym na początek dnia to przyjemność. Do tego jajecznica na boczku i kawa. Dzień dawał się lubić po tych drobnych, przyjemnych akcentach. Warunkiem było wczesne zerwanie się na nogi, w przeciwnym razie stres niweczył wszelkie plany na cieszenie się spokojem poranka. Do tego dorzucał codziennie garść inspirującej lektury bądź jadąc do pracy słuchał z audiobooka czegoś, co go pokrzepiało. „Być człowiekiem, doszukać się czegoś więcej...” – te myśli towarzyszyły mu od lat i starał się, jak mógł, aby rozwijać się, pomagać innym i znaleźć głębszy sens bycia tu, na tej ziemi. – Ty zajmujesz się rzeczami, którymi wcale nie musiałbyś się zajmować – kolega, z którym pracował, często dziwił się jego postawie i wartościom. – A ty z kolei za rzadko zajmujesz się tym, co niematerialne. Pomyśl o tym. Takich rozmów było dużo, przypominały odbijanie piłki na korcie. Musieli lubić tę grę, gdyż nie stronili od swojego towarzystwa i lubili rozmawiać ze sobą. Przy rozpalonym grillu poruszali wiele innych tematów, pomijali jedynie politykę, aby nie toczyć jałowych dysput. – Angażuję się w pomoc kilku spalonym wioskom w Azji – Konrad rzucił do przyjaciela. – Nie chciałbyś wziąć w tej akcji udziału? – Nie dajesz spokoju, koniecznie chcesz zrobić ze mnie lepszego człowieka – Andrzej uśmiechnął się do siebie. – I pewnie do stania się lepszym muszę wyłożyć jakąś kasę? – Nic nie rozumiesz. Ech... masz czym, to się podziel. Co w tym dziwnego? – Dlaczego mam się dzielić? Czy wy wszyscy musicie mówić w tym kategorycznym tonie? – kolega spojrzał na niego prowokująco.

24

Tzawsze ERAZ i

TEKST HENRYK WITEK

– Dobra, dajmy spokój – Konrad nie szukał okazji, aby się spierać – tak tylko rzuciłem na wypadek, gdybyś od wczoraj nieco się zmienił. *** Trochę z boku, lekko oddalony od pełni Bożej chwały, stał zadumany anioł Dionizy. Dziś miał być jego wielki dzień, na krótki czas miał zejść na ziemię. Tyle opowieści słyszał o ludziach. Inni aniołowie mieli już swoje doświadczenia tam, gdzie jego noga jeszcze nigdy nie stanęła. Był podekscytowany. Na ziemski sposób uformował swoje ubranie, sprawdził, czy pasuje do czasu i miejsca. Mogłaby się przydarzyć jakaś pomyłka i wtedy wywołałby nadmierną sensację. Tego chciał uniknąć, jego zadaniem było wmieszać się w tłum i zobaczyć, jakie serca mają ludzie. – Pamiętaj – starszy anioł Peryliusz uważnie mu się przyglądał – masz stwarzać sytuacje, w których pokaże się serce człowieka, ale nie nagradzasz ani nie karzesz. A już w żadnym wypadku nie zdradzaj, kim jesteś. – Tak, oczywiście – Dionizy przytaknął. – Słyszałem to już tysiąc razy, na pewno zapamiętam. – Idziesz sam, będziesz musiał radzić sobie też sam. Powracasz dokładnie po upływie ziemskiej doby. Unikaj też niebezpiecznych sytuacji. Ludzie nie będą rozumieli, dlaczego ciebie nie można zranić. – Mam się zdać na swoją intuicję w wyborze ludzi, do których pójdę? – Tak, wybieraj sam – Peryliusz zamyślił się przez krótką chwilę. – Pójdź do tak wielu, na ile ci tylko czas pozwoli, to ci da dużo doświadczenia. Dionizy rozejrzał się wokoło, szukając czegoś wzrokiem. – Co ja jeszcze powinienem zabrać? Może jakieś ziemskie pieniądze, inne pomocne rzeczy? Peryliusz zaśmiał się.

– Myślisz już jak człowiek. Jezus już to ćwiczył ze swoimi uczniami i od tamtej pory wyprawy anielskie są przeprowadzane tak samo. Ubranie, buty na nogi, a resztę niech ci dadzą dobrzy ludzie. Dionizy podrapał się w głowę. – No tak, jasne, niech tak będzie. *** Konrad skończył pracę, wybiegł w stronę windy i przewrócił się na mokrej podłodze. Nic mu się nie stało, potarł stłuczoną rękę, pozbierał rozsypane papiery i poszedł dalej. Nie powinien się spóźnić na zebranie zespołu roboczego w fundacji. Zaczynali wspaniały projekt. – Hej, człowieku uważaj! – krzyknął wyrwany z zamyślenia – jakiś rowerzysta chciał go najwidoczniej przejechać. Na ulicy było tłoczno, jak zawsze o tej porze. Biura wyrzuciły na chodniki tysiące twarzy, każda miała do załatwienia tysiące spraw. Szczęśliwi ci, którzy mogli po prostu usiąść i napić się kawy, ciesząc się popołudniowym słońcem. Konrad nie mógł sobie na to pozwolić, zazdrosnym okiem spojrzał na pobliską kafejkę, nie dziś, ale być może jutro uda mu się tutaj odetchnąć po pracy. Parking był blisko, za chwilę włączy swoją ulubioną płytę i to będzie namiastka popołudniowego relaksu. Nagle pojawiła się przed nim jakaś postać. Facet wyglądał na nieco zagubionego, podszedł do Konrada. – Dobry człowieku – zaczął nieznajomy – jestem zupełnie nowy w tym mieście, czy nie poratowałbyś mnie jakimś groszem, abym mógł zjeść kolację? Konrad stanął jak wryty, spojrzał uważnie na tego człowieka. Ubrany był zupełnie przyzwoicie, nigdy wcześniej go tutaj nie widział. – Czy ja wyglądam ma świętego Mikołaja? – rzucił i popędził do swego samochodu, przekonując sam siebie, że naciągaczom trzeba dawać odpór. HENRYK WITEK


Pokora królową cnót

Z

a oknem szaleje burza... Siedzimy zamknięci w  łazience razem z  Kiślem i Brombą, moimi psami. Dla nich burza jest jak olbrzymi potwór przesuwający się po niebie, wydający groźne dźwięki, warczący, grzmiący i nieprzyjazny. Dlatego siedzimy z włączonym wentylatorem, który szumi i  zagłusza potwora. Jednak psy i tak trzęsą się, jak w febrze. Ulokowaliśmy się na dywaniku, na podłodze. Ja piszę, psy leżą obok i drżą... Boją się, rozumiem, ja też się często boję, nie lubię tego uczucia. Boję się ludzi, ciemności, wystąpień publicznych, boję się wyprzedzać tiry na jednopasmówce… Boimy się tak wielu rzeczy, że często całkowitą zależność i  poddanie się Bogu zamieniamy na kontrolę, krytykę, uzależnienia. Czym stałoby się nasze życie, jak wyglądałby ten świat, gdyby próżność zastąpiła miłość, a pychę i niezależność pokora? Właśnie skończyłam czytać książkę Bogdana Olechnowicza „Pokorni odziedziczą ziemię”. To książka o pokorze, o Jezusie i  nas samych. Piękna, prosta w  przekazie i  dotykająca wszystkich zakamarków naszych serc. Książka, która może wiele zmienić w nas samych, jeżeli na to pozwolimy, której treść jest podyktowana życiem autora w bliskiej relacji z Bogiem. Czytając ją, zastanawiałam się, czy ten poziom pokory i  uniżenia, ale i  ogromu miłości, który miał Jezus, jest możliwy w moim życiu. Bez pomocy Boga na pewno nie, wtedy pozostaje zmaganie i  strach. Kiedy czytam książki poruszające serce, zawsze analizuję swoje życie. Czytałam, zastanawiałam się, i z pewnym zadowoleniem stwierdziłam, że może nie jest tak źle… Jak pewnie wiecie, Bóg ma poczucie humoru i zareagował natychmiast. Już chwilę potem skonfrontował mnie z wieloma poruszanymi w tej książce tematami. Leżałam jak długa, twarzą do ziemi, próby nie wypadły najlepiej. Bóg korzysta z każdej okazji, żeby uczyć, ale lubię te upadki. Wiem, że kiedy uczy

i strofuje, jest w Jego oczach czułość i miłość dla nas, dla mnie. Zastanawiałam się, co czuł Jezus, jak wielką miał miłość do każdego złamanego serca. Spotykając ludzi, nie myślał, tak jak ja, o swoim sercu. Widział tylko tego człowieka, ogarniał go swoją Bożą miłością. Jego życie nie prowadziło do sukcesu w naszym rozumieniu, ale do śmierci na krzyżu, oddał życie za innych, czym nas wybawił. Czy to jest najwyższy poziom pokory? Był tak bardzo podobny do ludzi, że garnęli się do Niego najgorsi grzesznicy. Nie miał w  sobie pychy, ale też nie potępiał nawet największych grzeszników. „To kolosalna, przez niektórych niezauważana, różnica pomiędzy prawdziwą pobożnością a  religijnością. Prawdziwa pobożność ma dla ludzi, nawet tych najbardziej grzesznych i zgubionych, tylko miłość i pragnienie, by im służyć. W prawdziwej duchowości nie ma potępienia ani oskarżenia. Agresywne potępienie cechuje pustą, legalistyczną religijność, która ukradkiem potrafi się wkraść w zakamarki naszych serc, a następnie zdominować życie całego kościoła”. Stajemy się bezużyteczni dla wielkiego nakazu misyjnego, który zostawił Jezus, o ile nie przylgną do nas słowa: „przyjaciel grzeszników”. Zmagamy się w relacjach z innymi ludźmi, w  końcu niewiele się zmieniliśmy od momentu upadku człowieka. Bóg chce ratować nasze życie, a „lekarstwem, które [...] próbuje zaaplikować człowiekowi, jest uniżenie. Tylko ta postawa okazuje się skuteczna w walce z ludzką próżnością, kłótliwością, egoizmem”. Czy w naszym życiu pragnienie Boga i  Jego działania jest większe niż chęć zachowania swojego „życia”, wizerunku w  oczach innych ludzi…? Uniżony człowiek nie zgłasza zastrzeżeń do tego, jak jest przez Boga prowadzony. Ufa, iż tylko On zna nasze serca i wie, co jest dla nas najlepsze, wie, jak doprowadzić człowieka do miejsca jego przeznaczenia. „Ta droga będzie zawsze wąska, a brama ciasna. Nie przeciśnie się przez nią żaden pyszałek i  człowiek, który nie chce zgiąć swojego twardego karku przed Bogiem” „Prawdziwy autorytet, wielkość, mądrość, bycie pierwszym i  przez samego

czego OKO nie widziało czego UCHO nie słyszało...

Boga wywyższonym wynika z  pokorne-

Bogdan Olechnowicz, „Pokorni odziedziczą ziemię”, Wyd. „W wyłomie”, 2009, s. 212, wydanie poszerzone go służenia Bogu i innym ludziom. To służenie oznacza, że nie ma rzeczy, której nie moglibyśmy zrobić, która byłaby poniżej naszej ludzkiej godności. Oznacza ono również to, iż nie ma człowieka tak zagubionego i  grzesznego, przed którym nie moglibyśmy uklęknąć w  akcie miłości i uniżenia. Prawdziwa królewska godność, którą Bóg w swoim słowie przypisuje swojemu ludowi, nie może się inaczej wyrażać, jak w gotowości służenia”. Jezus przyszedł nie po to, aby udowadniać swoje racje, ale złożyć swoje życie za tych, którzy trwali w wielkim błędzie. Chodzi o to, aby kochać innych. „Gdybyśmy na potencjalnego kandydata do nawrócenia spojrzeli przez pryzmat tej prawdy, zamiast go przekonywać i nawracać, z całą pewnością wielu ludzi poznałoby żywego Boga”. Te krótkie rozważania to tylko zarys tematów, które poruszył autor, ważnych i chwilami trudnych, ale jak bardzo istotnych na naszej drodze z Bogiem. Polecam!

CZYTAŁEM, WIDZIAŁEM, SŁYSZAŁEM

MONIKA KRZYŻANOWSKA

25


KARTKA Z PODRÓŻY

Młodzi Birmańczycy, kandydaci na mnichów – chłopcy i dziewczęta niemal nie do rozróżnienia

WYPRAWA NA WSCHÓD

TEKST I ZDJĘCIA PIOTR SZCZĘSNY

Młodzi ludzie są zazwyczaj wysyłani do klasztoru na kilka miesięcy, żeby nabrać dyscypliny i nasiąknąć duchowością mnichów oraz po to, żeby rodzice za rozsądną opłatą mieli chwilę wytchnienia

K

ażda podróż zaczyna się od jednego, pierwszego kroku, mniejszego lub większego. Dla niektórych jest to ekscytujący moment, są tacy, którzy się tym za bardzo nie przejmują, wręcz nudzą, pozostali trochę się boją, ale dla wszystkich to chwila wejścia w  nieznany świat złożony z  odmiennych dusz i  istnień. Przyznaję, że o  wyjeździe do południowo-wschodniej Azji marzyłem już od czasów dzieciństwa, gdy więc usłyszałem, że znajomi organizują tam wyprawę i zwolniło się miejsce w całkiem korzystnej cenie, powiedziałem sobie, że zrobię wszystko, żeby pojechać.

Festiwal barw i ornamentów Pierwsze wrażenia z  Tajlandii sprawiają, że każdy Europejczyk nabrałby kompleksów i przekonania, że Azja to naprawdę opływająca w bogactwa część świata. Ogromne, nowoczesne lotnisko, z którego przechodzi się do kolejki podziemnej, która zawozi wprost do centrum po to, aby aż do wyjścia z niej nie poczuć skwaru, jaki panuje na zewnątrz.

Tzawsze ERAZ i

Nagle oczom ukazuje się tętniące życiem i  mnóstwem kolorów ogromne miasto posiadające osobliwą, gorącą duszę. Tuż obok starych, orientalnych chatek wznoszą się to tu, to tam, drapacze chmur, wprost z filmów science-fiction, a gdzieniegdzie błyszczą złote dachy świątyń i igły stup (to najprostszy typ budowli sakralnej, najczęściej buddyjskiej). A  temu wszystkiemu przygląda się wszechobecny wizerunek króla. Chociaż nie ma on żadnej funkcji politycznej, pozostaje jednak dumą kraju, otoczony zawsze szczerą miłością i szacunkiem wszystkich obywateli. Od razu po przyjeździe zwiedziliśmy królewski kompleks pałacowy, który wygląda, jakby był cały poskładany z kawałków złota i drogich kamieni. Wszystko to jest tak inne od pozostałych kultur Azji, że myślę, iż już nigdy nie pomylę architektury tajskiej z żadną inną.

Obiad w cenie polskiej gazety A ważnym elementem kultury jest oczywiście kuchnia, a ta jest nie byle jaka, bo tajska. Jak zwykle dobrze doprawiona (ostra!). Znając tajskie restauracje w Warszawie, nie

uwierzylibyście, gdybyście usłyszeli cenę za obiad na mieście – 30 batów, czyli jakieś... trzy złote! Tajowie są niesamowicie mili, spokojni i bardzo towarzyscy. Pomiędzy przechodniami często można zobaczyć ubranych na pomarańczowo mnichów, którzy cieszą się powszechnym poważaniem, a mieszkańcy za przywilej uważają dawanie im codziennie rano jałmużny i jedzenia.

Prąd należy do Chińczyków Już drugiego dnia byliśmy z powrotem na lotnisku i  pognaliśmy, by doświadczyć zupełnie innego kraju – Związku Myanmaru, czyli dawnej Birmy. O stolicy, Yangon (dawny Rangun), nocą nie można za dużo powiedzieć, bo ogląda się ją przy zgaszonych światłach z powodu oszczędności. Prąd jest tu dość drogi, bo większość elektrowni, podobnie jak zasobów ogółem, leży w rękach chińskich. Z samego rana musieliśmy się wygramolić z łóżek tak, żebyśmy – spakowani na kolejny samolot do Mandalay – byli gotowi o 5:00 przed hotelem. Z rana popłynęliśmy


motorówką zobaczyć ogromną stupę, która była aż tak wielka, że nie zdążyli zbudować jej do końca.

Klasztor bez gwoździ Wybraliśmy się później do klasztoru królewskiego, całego z  drewna tekowego, zbudowanego bez ani jednego gwoździa czy śrubki. Spostrzegliśmy, że tutejsze budownictwo posiada własne, wyraźne cechy. Każdy centymetr ściany był wypełniony niesamowicie szczegółowymi rzeźbami o głębokiej symbolice. Każdy wizerunek bóstwa, wojownika, zwierzęcia czy rośliny miał ochraniać to miejsce przed złymi mocami. Zobaczyliśmy też ogromny kompleks świątynny, który ma taką powierzchnię w  niebagatelnym celu – w każdej z osobno stojących bielutkich kapliczek, ułożonych równo w  rzędy, mieści się jedna strona przesłania Buddy, rodzaju tamtejszej świętej księgi, każda wykuta w marmurowej płycie – zaledwie trzeci taki „egzemplarz” w historii. Jest to więc jedna z  najstarszych wersji księgi. Zachód słońca oglądaliśmy z klasztoru najwyżej wzniesionego nad miastem. Dopiero stamtąd dostrzegliśmy, że środek miasta jest parkiem o idealnie prostokątnym kształcie. Sytuacja trochę przypomina pewne miasto na wschodnim wybrzeżu USA, ale tu bynajmniej nie chodziło o  to, żeby mieszkańcy mieli gdzie uprawiać jogging i jogę. W XIX wieku brytyjska armia zajęła klasztor i z jego murów zbombardowała i doszczętnie zniszczyła pałac królewski w  Mandalay. Ludzie mówią, że bez powodu, ale ja mam teorię, że zrobili to ze zwykłej, powszechnej europejskiej zawiści. 

Posąg oblepiony złotem Kolejnego dnia rano wybraliśmy się do świątyni, w której znajduje się jedyny w swoim rodzaju posąg Buddy. Statua ma za sobą burzliwą historię, za każdym razem, gdy miasto najeżdżali cudzoziemcy, figura znikała na długie lata i niszczała. Obecnie niezauważalne jest żadne uszkodzenie, bo jest oblepiona przez pielgrzymów specjalnie przygotowywanymi w  tym celu płatkami szczerego złota, tworzącymi teraz kilkunastocentymetrową warstwę.  W  tamtym samym miejscu mieliśmy przywilej uczestniczyć w  wyjątkowej ceremonii. Młodzi ludzie są zazwyczaj wysyłani do klasztoru na kilka miesięcy, żeby nabrać dyscypliny i  nasiąknąć duchowością mnichów oraz po to, żeby rodzice za rozsądną opłatą mieli chwilę wytchnienia. Dla wielu jest to jedyna okazja na zdobycie podstawowej edukacji. Na ceremonię wprowadzenia

takiego mnicha (bywa to w  przeróżnym wieku dziecka, nawet od trzech lat do dorosłości) chłopcy ubierają się jak książęta, a dziewczynki jak księżniczki, chociaż przyznaję, że my nie widzieliśmy między nimi, na pierwszy rzut oka, żadnej różnicy, bo obydwie płcie miały na sobie obfity makijaż i utrefione włosy. Dziewczyny nie mogą wstąpić do męskiego klasztoru, za to ceremonia ta jest urządzana za każdym razem, gdy chce przekuć sobie ucho. Bajkowe. 

Autor artykułu z „bratem bliźniakiem”, mnichem z Myanmaru

Pobożniejsi niż polscy studenci Byliśmy też pewnego razu w  klasztorze wieczorną porą i  przysłuchiwaliśmy się wspólnemu recytowaniu długich fragmentów tekstów Buddy. Pośród posłusznie powtarzających mnichów byli staruszkowie, ale też czterolatki. Takie recytowanie trwa codziennie zaledwie do dwóch godzin, ale przed egzaminem muszą medytować i recytować przez cały dzień. Przyznałem, że pod tym względem są bardziej pobożni od polskich studentów – ci modlą się najwyżej 15 minut przed egzaminami. 

Setki stup, wiele z nich sprzed tysiąca lat

Młody mnich buddyjski w tradycyjnym stroju... i zachodnich okularach słonecznych

Mosty budowane z zapasem O zachodzie słońca pojechaliśmy nad najdłuższy drewniany most z drewna tekowego – oczywiście wciąż funkcjonujący! Turyści mogą zazwyczaj tylko z  zazdrością popatrzeć i pomarzyć o meblach z takiego materiału. Mosty tu muszą być zbudowane z niemałym zapasem zarówno pod względem długości, jak i wysokości, bo w porze deszczowej, która trwa tu od kwietnia do sierpnia, woda wznosi się nawet o kilka metrów. Następnego dnia wylecieliśmy do Bagan, gdzie na niewielkim obszarze byłego miasta wznosi się 2300 stup i świątyń. Stupa na stupie, a każda ma 800-1000 lat. Poza tym jest tu też wiele ogromnych świątyń, które z daleka wyglądają jak umieszczone na usypanych pagórkach strzeliste zamki, majaczące na bordowo lub na czarno, jeden obok drugiego, aż po horyzont. W Bagan spędziliśmy dwie noce, podczas których wieczorami żegnało nas głośne skrzeczenie gadów, a rankami witały głośne śpiewy ptaków. Nie mogliśmy tam jednak zostać dłużej, wpatrzeni w  majestatyczne morze ruin pradawnego miasta. Pożegnaliśmy je z niesłabnącym zachwytem i ciekawością następnych przygód. CDN

PIOTR SZCZĘSNY Filmowy bohater – most na rzece Kwai 27



Teraz i Zawsze nr 8 (19) Sierpień 2012