Issuu on Google+

Nr 4 (16) KWIECIEŃ 2012

Tzawsze ERAZ i

Cena 5 zł (w tym 8% VAT)

Barnaba – a kto to taki?

PORTUGALIA przykurzona świetność

Ć Ś O D RA

na przekór

U M E I K T S WSZY

NUMER ISSN: 2082-6133 ISSN 2082-6133

9 772082 613126

04


Tzawsze ERAZ i

Nr 4 kwiecień 2012

3C  HRZEŚCIJANIN NIE JEST WIELBŁĄDEM Nie na zapas, ale na czas.

4R  ADOŚĆ NA ZŁOŚĆ DIABŁU Sztuka smakowania życia.

7Z  ASKOCZONA RADOŚCIĄ Powracające rękawiczki.

8B  ARNABA – MISTRZ DRUGIEGO PLANU

Prawie nieznany, ale niezastąpiony.

16

Przygotowania do wielkiej Gali

12 O IN VITRO Z EMOCJAMI

Polemicznie na temat sztucznego zapłodnienia.

14 DLACZEGO? Poetycko.

15 WIADOMOŚCI DOBRE ...dobrem zwyciężaj.

16 B  ITWA O GALĘ

Święto tysiąca kobiet.

19 C  O ZATRUWA CIAŁO I DUSZĘ?

Powiedz mi, co jesz, a powiem ci, jak się będziesz czuć.

21 ŚWIATOPOGLĄD – TRZY KRYTERIA I DWIE OBSERWACJE Opowieści drobne.

22 N  IGDY SIĘ NIE PODDAWAJ

Zaczęło się od prośby o dwa złote.

24 PRZEŚLADOWANI ZA WIARĘ

Recenzja książki Brothera Andrew i Ala Janssena „Prześladowani za wiarę. Dramatyczne historie chrześcijan nawróconych z islamu”.

25 PORTUGALIA – NIE DLA CIEPŁOLUBNYCH LEŻAKOWICZÓW Mały kraj nie tylko pięknych widoków.

Roman Kłosiński, a w tle rzeka Tag

15 OŚCI D OM

E BR O

WIA D

25

...dobrem zwyciężaj...


J

ak wiadomo, Biblia pełna jest przeróżnych historii, które mają swoje drugie dno. Pokazując jakąś sytuację z życia codziennego, ilustrują jednocześnie ważną duchową zasadę. Choćby sprawa manny. Bóg karmił nią Izraelitów podczas całej wędrówki po pustyni. Ale przykazał im, aby nie zostawiali jej sobie na później, ale zbierali tyle, ile potrzebują na każdy dzień, aby się nasycić, a następnego ranka będą mogli zbierać znów tak, że im nie zabraknie (wyjątkiem był sabat, kiedy korzystali z tego, co zebrali poprzedniego dnia). Historia ta obrazuje różne prawdy krążące wokół tego, że Bóg nas zaopatruje i robi to tak, by nam nie brakowało. Ale jest w tej opowieści coś jeszcze. Mówi nam ona, że w naszym życiu duchowym nie jesteśmy w  stanie nazbierać sobie Bożego błogosławieństwa, Jego łaski i objawienia na zapas. Otrzymamy tyle, ile potrzebujemy właśnie teraz. I  za każdym razem da nam dość, tak że nie wrócimy z pustymi rękami. Jest taka stara (nie tylko) dziecięca zabawa: „Gdybyś

Bóg skonstruował nas tak, żebyśmy musieli wciąż do Niego przychodzić. Nie dlatego, żeby nas uwiązać, zniewolić, ale dlatego, że chce nas karmić najlepszym, świeżym, zdrowym, odpowiednim do chwili pokarmem duchowym. To jest właśnie jeden z  głównych powodów tego, że potrzebujemy być w stałej łączności z Bogiem, codziennie się modlić, regularnie czytać Jego Słowo. Niech nie rozczarowuje nas fakt, że nie za każdym razem, kiedy otwieramy Biblię, w  uderzający sposób do nas „mówi”, a kiedy otwieramy usta, by się modlić, natychmiast słyszymy, co zrobić, a  czego unikać. To nie działa w ten sposób. Na pewno jednak każdy nasz kontakt z  Bogiem i  Jego Słowem sprawia, że do naszego wnętrza dociera „ożywcze tchnienie” (Ez 37), które poprawia naszą witalność, nawet jeśli nie od razu zdajemy sobie z tego sprawę. Tymczasem skoro podziwiamy życie wielbłądów, nauczmy się czegoś od nich. Te zabawne zwierzęta dość szybko i  łatwo dały się udo-

Tu i teraz!

Chrześcijanin nie jest wielbłądem mógł być zwierzęciem, to jakim?”. Mam wrażenie, że wielu z  nas chciałoby być wielbłądami. Dlaczego? To sympatyczne zwierzę potrafi bardzo długo wytrzymywać bez wody, dzięki temu, że w swym garbie (lub garbach) gromadzi tłuszcz. Kiedy przetwarza owe zapasy na energię, powstaje woda, której potrzebuje. My też chcielibyśmy umieć gromadzić owoce naszych spotkań z  Bogiem. I  później przetwarzać je na duchową moc. U  wielbłąda jednak ta zdolność jest efektem trudnych warunków życia w jego środowisku naturalnym, u nas natomiast jest wynikiem duchowego wygodnictwa, jeśli wręcz nie lenistwa. Ale przecież nie da się tak żyć. Oczywiście można całkiem udanie funkcjonować w  oparciu o  stare zapasy. Przypomina to jednak jedzenie z puszek. Mało jest ludzi, którzy zajadają się takim pożywieniem i na nic by go nie zamienili. Może i twój kot by to wybrał, ale ty lepiej rozejrzyj się za czymś świeżym.

Tzawsze ERAZ i

mowić – zrezygnowały z  wolności, poddając się człowiekowi. Ten nie karmi ich, jedynie prowadzi na pastwiska, a  one korzystają z  nich w  całej pełni, bo wiedzą, że od tego zależy ich życie. Są w stanie przetrwać w bardzo trudnych warunkach. Wytrzymają bardzo wiele, ale kiedy spragnione zaprowadzić do wody, wówczas piją, piją, piją. W  krótkim czasie są w  stanie wypić ilość wody równą jednej trzeciej ich wagi ciała! Czy kiedykolwiek myślałeś o słowach Jezusa: „Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije” (J 7:37) w ten sposób? Nie na zapas, nie na później, ale dlatego, że pragnienie jest oznaką braku, co więcej – ostrzeżeniem. Już 11 procent utraty wody z naszego organizmu kończy się śmiercią. I nie wzorujmy się tu na wielbłądach, które potrafią poradzić sobie z tym znacznie, znacznie lepiej.

Adres redakcji: Agenda Wydawnicza TERAZ i ZAWSZE, ul. Puławska 114, 02-620 Warszawa e-mail: tzawsze@gmail.com nr konta 15 1160 2202 0000 0001 8845 3686 Korekta: Ula Grabczan

WŁODEK TASAK www.schpolnoc.pl Redaguje kolegium: Gosia Góra, Jarek Michalczuk, Agnieszka Prokopowicz, Bożena Sand-Tasak, Włodek Tasak (red. nacz.). Oprac. graficzne: Jarek Michalczuk

Wydawca: Agenda Wydawnicza TERAZ i ZAWSZE Adres Wydawcy: ul. Puławska 114, 02-620 Warszawa Drukarnia „MIKROGRAF”, ul. Zabraniecka 82, 03-787 Warszawa


ŻYJĄC SŁOWEM

Radość na złość diabłu

Bóg zatroszczył się o to, żebyśmy mieli z czego czerpać radość. Nie mówi nam: wymyśl coś, poszukaj sobie dobrych bodźców, to ci dobrze zrobi. On porozrzucał je wokół nas, aby wystarczyło się rozejrzeć bądź schylić

4

Tzawsze ERAZ i

W

yobraźmy sobie, że zagraża nam złodziej, który może kraść zarówno rzeczy materialne, jak i  te należące do sfery duchowej. Czego najbardziej balibyśmy się utracić? Na pewno na pierwszych miejscach znalazłyby się takie wartości jak życie nasze i naszych bliskich, zdrowie, praca. I o nie najczęściej się modlimy. Jednak wygląda to trochę tak, jakbyśmy dobrze zabezpieczyli drzwi i okna do naszego domu, ale swojemu losowi zostawili małe okienko piwniczne. W  piwnicy przecież nie trzymamy cennych rzeczy, ale to przez nią można dostać się do głównych pomieszczeń. Prawda jest taka, że ten złodziej istnieje naprawdę. I  okrada nas w  czasie rzeczywistym. A  co jest tym oknem piwnicznym? To mogą być różne rzeczy dla każdego spośród nas. Chcę zwrócić uwagę

TEKST WŁODEK TASAK

na jedną z  tych wartości, której strzeżemy nie dość uważnie. Mam na myśli radość. Czy doceniamy miejsce radości w swoim życiu? Każdy lubi być radosny, prawda? Poza niewielkim gronem chorobliwych melancholików i  hipochondryków, większość ludzi pragnie doznawać radości. A jednak ilu z nas powie, że towarzyszy nam ona na co dzień? Czyżbyśmy zgadzali się ze słowami Friedricha Schillera: „Niezmącona radość życia nie jest udziałem śmiertelnych”? Ale przecież Paweł pisał Tesaloniczanom: zawsze się radujcie (1 Tes 5:16). Zacznijmy od dwóch uwag. Kiedy Paweł pisał jeden ze swoich wcześniejszych listów, 1 List do Koryntian, wymienił w  nim trzy największe cechy chrześcijańskiego życia: wiarę, nadzieję i miłość. Kiedy jednak jego życie dobiegało końca i  on zdawał już sobie z  tego sprawę, pisząc List do Filipian, w  dużej mierze poświęcił go radości.


Po co nam radość? Radość to taki ciekawy stan ducha, kiedy nie tylko jest nam dobrze teraz, ale też w pozytywny, spokojny, ufny sposób patrzymy w  przyszłość. Czyż nie miał racji Johann Wolfgang Goethe, gdy pisał: „Radość i miłość są skrzydłami wielkich przedsięwzięć”? Albo Samuel Taylor Coleridge: „Bo radość to słoneczny kolor życia”? Kiedy odczuwamy radość, nie pamiętamy o  kryzysie, dolegliwościach, zmęczeniu, niezałatwionych sprawach. Najkrócej to ujmując: chce nam się żyć! Niestety często nie potrafimy tego docenić. Zamiast zawołać za Goethem: „Chwilo, jesteś piękna, trwaj!”, wołamy: dlaczego dobre rzeczy tak rzadko nas spotykają? Radość jest jednym z największych wynalazków Boga. Jedną z najlepszych rzeczy, jakie mógł nam ofiarować. Wielka szkoda, że ludzie nie potrafią połączyć tych dwóch oczywistości: radość równa się Bóg. Sami sobie jesteśmy winni. Erma Bombeck opisuje scenę, której była świadkiem: „Pewnej niedzieli w  kościele przyglądałam się bacznie małemu dziecku. Chłopczyk rozglądał się wokół; uśmiechał się do wszystkich, nie gadał, nie pluł, nie mruczał, nie kopał, nie darł śpiewników i nie wysypywał na podłogę zawartości torebki mamy. Uśmiechał się. W końcu matka potrząsnęła nim i  powiedziała jadowitym szeptem: – Przestań stroić miny! Jesteś w kościele! – powiedziawszy to, porządnie go szturchnęła. Małemu stanęły łzy w oczach. – No, teraz lepiej – stwierdziła z satysfakcją i powróciła do modlitwy... (...) Cóż za głupota, pomyślałam. Kobieta siedzi obok ostatniego światła naszej cywilizacji – jedynej nadziei (...) Jeżeli chłopcu nie wolno śmiać się w  kościele, to dokąd pójdzie?” (Philip Yancey, Zaskoczeni łaską, Katowice 2003). Wielka szkoda, że zamiast Boga łączyć z radością, połączyliśmy Go z powinnością, poczuciem winy, obowiązkiem osiągania doskonałości i  innymi rzeczami, z  którymi On sam nie chciałby mieć nic wspólnego. Bóg to łaska, przebaczenie, miłość i właśnie radość. A przez nie prowadzi nas do doskonałości, wolności od winy, służenia z ochotą.

Kiedy prorok zapowiadał przyjście Jezusa, Duch Święty wplótł w  tę wiadomość takie słowa o  Chrystusie: „Udzielisz mnóstwo wesela, sprawisz wielką radość, radować się będą przed tobą, jak się radują w żniwa, jak się weselą przy podziale łupów” (Iz 9:2). I nie były to czcze słowa. Jezus był tym, który przyniósł z sobą wielką radość. Nie trzeba przecież tłumaczyć dlaczego. O  co więc chodzi? Dlaczego z takim trudem przychodzi nam doświadczanie radości z  Boga? Czy podpiszemy się pod słowami Dawida: „Uradowałem się, gdy mi powiedziano: Do domu Pana pójdziemy!” (Ps 122:1). Nie mówię tego po to, by wzbudzać poczucie winy, przecież piszę o radości.

Przyszedł nas okraść. Nie zabiera tego, co mu wpadnie w ręce. Wie, po co przyszedł. Po naszą radość

A wydawałoby się, że radość jest domeną młodości i  może być efektem bardziej niefrasobliwego niż dojrzałego podejścia do życia. Kiedy Nowy Testament mówi na temat radości, częściej określa ją jako stan ducha niż poziom przeżywanych emocji. Jakub pisze o  radości cierpienia, Jan o  swojej reakcji na wieści o współbraciach, natomiast autor Listu do Hebrajczyków czy Paweł mówią o  służeniu innym z  radością. Prawdą niezaprzeczalną jest to, że Bogu bardzo zależy na tym, abyśmy mogli doświadczać radości. Przykłady? Proszę bardzo. „Albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym” (Rz 14:17). „Ale teraz do ciebie idę i  mówię to na świecie, aby mieli w  sobie moją radość w pełni” (J 17:13). „Dotąd o  nic nie prosiliście w  imieniu moim; proście, a weźmiecie, aby radość wasza była zupełna” (J 16:24).

Diaboliczny plan Gdyby artykuł był filmem, teraz mielibyśmy nagłe przejście do zupełnie nowej sceny. Inne światło, inna scenografia, inna muzyka. Jezus mówi: „Złodziej przychodzi tylko po to, by kraść, zarzynać i wytracać. Ja przyszedłem, aby [owce] miały życie i obfitowały” (J 10:10). Na scenę wkracza złodziej. Właściwie arcyksiążę złodziei. Przyszedł nas okraść. Nie zabiera tego, co mu wpadnie w ręce. Wie, po co przyszedł. Po naszą radość. John Eldredge pisze: „Ależ oczywiście. Nagle wszystko nabrało sensu. Awantury. Walki. Rozczarowania. Straty. Rezygnacja. Dlaczego nie widziałem tego wcześniej? To znaczy codziennie prowadzę rozmaite utarczki, teraz jednak ujawniła się intryga, diaboliczna intryga, która się za tym wszystkim kryje. Zacząłem dostrzegać, że wróg od początku starał się odebrać mi wszelką radość życia. Chciał mnie zmęczyć. Wtedy wykończony i spragniony byłbym podatny na fałszywe przyjemności. Zaczęłoby się od drobnych uzależnień, które potem zmieniłyby się w coś poważniejszego. W ten sposób zniszczyłby wszystko, co Bóg zrobił we mnie i  przeze mnie. Przecież to jasne. Oczywiście” (John Eldredge, Dziennik pokładowy, Poznań 2008). „Matką rozpusty nie jest radość, lecz brak radości” – nie zgadlibyście, kto to napisał. Fryderyk Nietzsche. Złodziej wie, F

5


ŻYJĄC SŁOWEM

że kiedy zabierze nam radość, ma otwarte drzwi do reszty naszego życia. Nie, radość to nie jest miły dodatek do życia, który sprawia, że staje się ono przyjemniejsze. Radość to klucz (i tu to słowo nabiera szczególnego znaczenia) do naszego życia. Pięknie ujął to Ronald Russell: „Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i  pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radością”. Miłość i piękno to coś, na co diabeł ma alergię. Dusi się od tego. Nie może przebywać w  takim otoczeniu. Za to rozkoszuje się ich brakiem. Wtedy odżywa, jest w  swoim żywiole. Już Ajschylos to dostrzegał, pisząc: „Nasze smutki są radościami naszych wrogów”. To naprawdę poważna sprawa. Pozwalając sobie trwać w przygnębieniu, trosce, smutku, karmimy wroga, który dzięki temu potężnieje i zdobywa coraz większą władzę nad naszym życiem. W przenośni, nie mówię tu o żadnym opętaniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w swoim życiu przeżywamy tragedie i dramaty, nad którymi trudno tak po prostu przejść do porządku dziennego. Ale nawet i one nie muszą przejąć kontroli nad naszym życiem. Zwykle jednak chodzi o to, o czym pisał Eldredge: drobiazgi dnia codziennego. Mnie na przykład w  przygnębienie na

prowadzić wojnę, jeśli nie potrafią nawet załatwić dżemu!? – odparła starsza pani.

Dlaczego Bogu zależy na naszej radości? Ale wróćmy na naszą słoneczną planetę. Tak, to nie pomyłka. Doceńmy to miejsce, które dał nam Bóg. „Gdyby ludzie zamieszkujący planetę, na której nie kwitną kwiaty, mogli je poznać, stwierdziliby, że my, ziemianie, musimy chyba szaleć z radości, mając je wciąż wokół siebie” – zauważyła Iris Murdoch. Bóg wie, jak działa plan złodzieja i dlatego przygotował wiele sposobów, żeby nam pomóc pokrzyżować mu szyki. Kiedyś odkryłem, że bez względu na to, nad czym bym się nie zastanawiał, jeśli chodzi o chrześcijańskie życie na ziemi, zawsze muszę wrócić do obrazu Boga, jaki mam w sercu. Jeśli mój obraz świata... i Boga wygląda tak, że widzę, iż On stoi z boku i przypatruje się jedynie mojemu życiu, moja radość życia będzie doświadczeniem epizodycznym. Znacznie lepiej ujął to George MacDonald: „Gdybym powiedział sobie: Bóg czasami się wtrąca, Natychmiast moja wiara stałaby się ślepa. Widzę Go we wszystkim...

o  udręce gwoli radości, że się człowiek na świat urodził. I  wy teraz się smucicie, lecz znowu ujrzę was, i będzie się radowało serce wasze, a nikt nie odbierze wam radości waszej” (J 16:19-22). Jezus w  tej krótkiej wypowiedzi pokazał, co jest kwintesencją chrześcijańskiej radości. W  wersecie 20. mówi o  czasie, kiedy my będziemy doznawać smutku, za to ludzie wokół będą wyglądali na zadowolonych i radosnych. Tak było, kiedy uczniowie opłakiwali Jego śmierć i wydawało im się, że wszystko stracone. Później jednak ta sytuacja miała się odwrócić. Jezus zmartwychwstał i  radość wróciła. To nas uczy, że smutek jest przejściowy, za to radość jest wieczna. Jak pisał Augustyn z  Hippony: „Chcesz mieć radość wieczną, złącz się z Tym, który jest wieczny”. Po drugie, smutek, ciężar, ból jest nieporównany z  radością, która go zastąpi. Tak jak bóle porodowe są niewspółmierne z radością wydania na świat małego człowieka. Wreszcie jest to radość niezniszczalna, bo jej źródło tkwi w samym Jezusie. A On jest niezniszczalny, zwycięski, niezachwiany! Można stracić wszystko i wszystkich, a jednak mając Jezusa, mamy pełnię, bowiem wszystko, co na ziemi, bez Jezusa daje tylko nicość

Trzeba pomyśleć, przypomnieć sobie, wypatrzyć Boże dzieła w naszym życiu i wokół nas, które nas ucieszą cały wieczór potrafi wprawić niepowodzenie mojego ulubionego klubu piłkarskiego. Rozgryzłem ten mechanizm. Jakiś problem, przeszkoda, zła wiadomość wysysa z nas radość, zastępując ją gorzką pigułką rozczarowania. To nie szkodzi, że sprawa jest błaha. Ważne, że uruchomiła proces. Granat został odbezpieczony. Później już nawet może nie pamiętamy, od czego się to zaczęło, ważne że ryba połknęła haczyk. Wystarczy czekać i dorzucać inne, równie błahe bodźce, a z czasem człowiek nawet nie wie, dlaczego nie ma energii, nic mu się nie chce, widzi wszystko w czarnych barwach i jest zły na cały świat. O ileż łatwiej postępuje ta manipulacja, kiedy zdarzą się realne problemy. Ale też o ileż łatwiej jest stawić czoło trudnościom, mając pogodny stosunek do życia. Podczas II wojny światowej pewna starsza Angielka poszła do swego pobliskiego sklepu po ulubiony dżem pomarańczowy, który zawsze tam kupowała. – Niestety są trudności z zaopatrzeniem, jest przecież wojna – usłyszała od sprzedawcy. – To jak oni chcą

6

Tzawsze ERAZ i

On jest miłością, która patrzy i słucha”. Bóg zatroszczył się o  to, żebyśmy mieli z czego czerpać radość. Nie mówi nam: wymyśl coś, poszukaj sobie dobrych bodźców, to ci dobrze zrobi. On porozrzucał je wokół nas, aby wystarczyło się rozejrzeć bądź schylić. To jednak wymaga od nas pewnego wysiłku, rzadko spadnie nam wprost z nieba. Trzeba pomyśleć, przypomnieć sobie, wypatrzyć Boże dzieła w naszym życiu i wokół nas, które nas ucieszą.

Krótka lekcja na temat radości od samego Jezusa „Poznał Jezus, że go chcieli zapytać, i rzekł im: Pytacie się nawzajem o to, co powiedziałem: Jeszcze tylko krótki czas, a nie ujrzycie mnie, i znowu krótki czas, a ujrzycie mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Wy płakać i narzekać będziecie, a świat się będzie weselił; wy smutni będziecie, ale smutek wasz w radość się zamieni. Kobieta, gdy rodzi, smuci się, bo nadeszła jej godzina; lecz gdy porodzi dzieciątko, już nie pamięta

i  pozór posiadania. Obecność Jezusa w  naszym życiu, choćbyśmy byli pozbawieni tego wszystkiego w ziemskim sensie, ciągle oznacza Bożą pełnię. A zatem nawet, gdy radość wydaje się niemożliwa w  warunkach przykrych i niewygodnych, radość chrześcijańska jednak trwa, gdyż żadna obawa i strach nie mogą nas oddzielić od miłości Bożej. Kiedyś, będąc już pastorem młodzieżowym, rozmawiałem z  pewną wierzącą dziewczyną, mówiąc jej, że życie nie jest wcale takie łatwe. – Ale przecież Bóg rozwiązuje problemy! – brzmiała jej prosta, ufna odpowiedź, którą bardzo mnie zawstydziła. Bóg uczy nas bardzo ważnej zasady: radość z Jezusa jest naszą potężną bronią, której diabeł nie może niczego przeciwstawić. A jeśli nie będzie potrafił na dobre odebrać nam radości, nie będzie w stanie nas powstrzymać w uwalnianiu innych do radosnego życia. Bo jak napisał Julian Tuwim: „Dwa szczęścia są na świecie: jedno małe – być szczęśliwym, drugie wielkie – uszczęśliwiać innych”. WŁODEK TASAK


TEKST BOŻENA SAND-TASAK

Zaskoczona radością

C

hyba każdy z nas tęskni czasem do krainy utraconej ojczyzny – dzieciństwa, w którym świat stawał przed nami otworem, fascynował i  zapraszał do wielkiej przygody. I to przyjemne uczucie wyczekiwania: co też przyniesie dzisiejszy dzień? Otuleni miłością rodziców i bliskich wierzyliśmy, że świat do nas należy! I wszystko jest możliwe! Kiedy nam, dorosłym towarzyszyło to „ukłucie radości”, jak określiłby to S.C. Lewis? Kiedy ostatnio dałeś/dałaś się zaskoczyć radości, bez wielkiego powodu, nawiedzającej życie bez naszego udziału, takiej, na jaką nie musiałeś/musiałaś zapracować? Czy wierzysz, że coś takiego może się jeszcze tobie przytrafić? Tak po prostu, zwykłego, pochmurnego poranka... Wygramoliliśmy się z  autobusu 132, zaopatrzeni w  parasole, jeszcze w  zimowych czapkach i  kurtkach, choć był początek kwietnia, jednak przedwiośnie tego roku nie chciało się z  nami pożegnać. Całą gromadką, to znaczy: Dominika (moja bratowa), 4-letnia Alunia (moja bratanica), 7-letni Dawidek (mój bratanek) i  ja zmierzaliśmy w  kierunku miejsca nabożeństwa. Najpierw strome schody, potem przejście pod wiaduktem (będącym wciąż placem budowy), a  potem jeszcze odległość jednego przystanku, którą postanowiliśmy przemierzyć pieszo. Trzymając dzieci za ręce, co rusz pociągałyśmy je, aby nie spóźnić się na nabożeństwo. Miałyśmy jeden cel – jak najszybciej znaleźć się na miejscu,

tym bardziej, że ani okolica (industrialna Praga-Północ) ani pogoda nie zachęcały do podziwiania krajobrazu wokół. Na szczęście dzieci potrafią wykorzystać każdą okazję, by z tego, co zwykłe i z pozoru nieciekawe, wydobyć COŚ. Dawid – znany wojownik – wymachiwał parasolem – ach przepraszam – mieczem, aby torować drogę damom pozostającym pod jego opieką, oczy zaś najmłodszej uczestniczki naszej wyprawy bacznie śledziły teren, wypatrując co ciekawszych obiektów... I  nie na darmo! Aluni udało się w  końcu, choć na chwilę, wyswobodzić z mocnego uścisku kochającej, matczynej ręki; doskoczyła do płotu (siatki) i z rozbrajającym uśmiechem i  nieskrywanym zdumieniem wykrzyknęła: – Moja rękawiczka! Wycieczka stop! Wszyscy stanęliśmy, wpatrzeni w różowo-fioletową rękawiczkę. To przecież ta, którą zgubiła jakieś dwa tygodnie temu i nikt nie miał pojęcia, gdzież mogła się podziać, jakby pod ziemię się zapadła. A  tu proszę! Wisiała sobie cierpliwie, czekając na swoją właścicielkę. Wszyscy czworo wybuchnęliśmy śmiechem. A  najgłośniej Ala. To była kaskada perlistego, melodyjnego śmiechu, fala czystego uczucia radości zmieniającego coś w nas i wokół nas. Zrobiło się tak przyjemnie. Jednak świat nie jest jedynie polem minowym. Przeszliśmy kilkanaście kroków. Dominika, widać bardziej pojętna uczennica niż ja, przygotowana na dalsze niespodzianki, w pewnym momencie zawołała do synka: – Dawidku, zobacz tam, na

chodniku coś leży! Dawidek doskoczył do wskazanego obiektu i wykrzyknął: – Moja rękawiczka! Musieliśmy przystanąć. Pękaliśmy ze śmiechu. Znalazła się kolejna zguba! Jednak coś potrafi spadać nam z nieba. Uradowani, przestąpiliśmy próg kościoła. Ala wołała: Dzień rękawiczki! Dzień rękawiczki!, śmiejąc się ze swojego żartu. Jak zawsze nabożeństwo rozpoczyna się pieśniami uwielbienia, ale nasze uwielbienie Boga zaczęło się kilka chwil wcześniej. Jestem pewna, że nasz śmiech był zaraźliwy i Pan Bóg też miał niezły ubaw. A  Jezus rzekł: „Zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mt 18:3). A  Królestwo Boże to przecież miłość i radość właśnie. Gdy zaczyna nam jej brakować, widać czas się zatrzymać i przyjrzeć się, co dzieje się z naszym sercem. Bo od niego zależy optyka naszego życia. Może staje się ono mniej ufne, mniej przekonane o  miłości naszego Ojca w niebie? Może staliśmy się za bardzo dorośli, niezależni, samodzielni, za bardzo zdystansowani, trochę zgorzkniali, bo daliśmy sobie wmówić, że zostaliśmy opuszczeni... a w rezultacie coraz rzadziej nawiedzani przez niczym niezasłużoną, łaskawą radość prosto z nieba. Bo to prawda, że Bóg daje dobre dary swoim dzieciom... właśnie dzieciom. Czas więc stać się jak dziecko w  wyczekiwaniu i  przyjmowaniu prezentów od Pana Boga. Czas się rozejrzeć. Daj się zaskoczyć! BOŻENA SAND-TASAK

DAJE DO MYŚLENIA

7


ŻYJĄC SŁOWEM Barnaba i Maria Magdalena – malowidło z bazyliki mniejszej w Rzymie

Barnaba nie był na ustach wszystkich. Nie zajmował eksponowanego stanowiska. Nie był błyskotliwy, szczególnie obdarowany czy uzdolniony. A jednak odegrał rolę zupełnie wyjątkową

8

Tzawsze ERAZ i

BARNABA

mistrz drugiego planu TEKST WŁODEK TASAK

S

ą takie chwile, kiedy staje chrześcijanin przed lustrem, patrzy i  mruczy pod nosem: „Spójrz na siebie, ty – duchowy mocarzu!”. Kiedyś mój przyjaciel powiedział, że ma już dosyć stawiania Pawła za wzór, kiedy jemu tak trudno mu dorównać. Przyjrzyjmy się więc jednej z  najbardziej niedocenianych postaci Nowego Testamentu. To typowy

bohater z  drugiego planu. W USA już dawno zauważono, że jest to ważna pozycja, przyznaje się nawet Oscara za rolę drugoplanową.

Prezentacja – Barnaba w Jerozolimie Poznajemy go w  dniach największego entuzjazmu i rozkwitu w życiu pierwszego Kościoła w  Jerozolimie. Pochodził z Cypru, był więc, podobnie jak wielu innych

w  tym zborze, uczestnikiem pielgrzymki do Jerozolimy na Święto Zbiorów, które w owym roku pokryło się ze Świętem Zesłania Ducha Świętego. Barnaba nawrócił się wówczas i  tam pozostał. Nie miał więc za sobą kombatanckiej przeszłości ucznia Jezusa. Na fali ogólnego entuzjazmu, poddając się powszechnej tendencji (uwaga: cecha, która jeszcze raz da znać o  sobie), zlikwidował swoje


interesy i wszystko, co miał, zainwestował w coś, co odtąd miało być jego całym życiem: „sprzedał rolę, którą posiadał, przyniósł pieniądze i złożył u stóp apostołów” (Dz 4:37). Ot, tak po prostu. Uważał to za oczywiste. Bez wielkich słów i gestów. Jego oryginalne imię brzmiało: Józef Yoseph, co jest skrótem od słowa Yoseph’el, oznaczającego: „Oby Bóg dorzucił” jeszcze inne dzieci do tego, które dopiero co się narodziło. Pierworodny syn patriarchy Jakuba i Racheli nosił to imię jako pierwszy w historii. Jednak tylko za pierwszym razem jest tak w Biblii nazwany, później występuje już jako Barnaba. Imię to znaczy „Syn Pocieszenia” lub „Syn Zachęty”. Widać jego postawa życiowa i stosunek do innych ludzi (widoczne choćby w  fakcie podzielenia się swoją własnością z potrzebującymi) sprawiły, że apostołowie nadali mu takie imię, które dobrze oddawało jego charakter, co było zgodne z żydowską tradycją. Wygląda na to, że już od początku uwidoczniła się jego cecha charakterystyczna, jakże ważna w Kościele. Trudno wyobrazić sobie żyjący Kościół, w którym brakuje pocieszania i zachęcania. To taka żmudna, mało efektowna praca, polegająca na wyszukiwaniu pojedynczych osób, przeżywających w  kącie swoje problemy, załamania, zniechęcenia i  zwątpienia, i  pocieszaniu ich, zachęcaniu, czasem przez samo odszukanie, wysłuchanie i  wspólną modlitwę. Tu nie trzeba stawać przed tłumem, by wygłosić mądrą mowę. Co ciekawe, Barnaba robił to, chociaż wcale nie był pastorem. Nie pełnił żadnej funkcji w zborze, nikt mu tego nie zlecił. Po prostu widział taką potrzebę. Miał czułe serce, zależało mu na ludziach. Później Barbana znika na długie trzy i  pół rozdziału Dziejów Apostolskich. Ani słowa o nim. Jest wielki Piotr, jest Jan, Szczepan, Filip. Barnaba usuwa się na dalszy plan. A jednak kto wie, ilu ludzi uratował od duchowego załamania, zapomnienia, zniechęcenia? Ilu przywrócił do społeczności z  Bogiem, do ponownego udziału w dziele Bożym na ziemi? Powraca on na karty Biblii w  towarzystwie kogoś, kto jeszcze niedawno był prawdziwym postrachem młodego Kościoła.

Zaufanie – Barnaba z Saulem w Jerozolimie Kiedy Saul nawrócił się na drodze do Damaszku, niedługo potem postanowił wrócić do Jerozolimy. Był to powrót do miasta niechlubnej przeszłości, ale on chyba z  natury nie unikał trudnych sytuacji,

mógł tam bowiem oczekiwać wrogości po obu stronach: Kościoła, który prześladował i  Synagogi, którą zdradził. I  rzeczywiście: „gdy przybył do Jerozolimy, starał się przyłączyć do uczniów, ale wszyscy się go bali, nie wierząc, że jest uczniem (Dz 9:26). Nie było łatwo, ciążyła na nim fatalna reputacja z całkiem niedalekiej przeszłości. A nuż to sztuczka – mogli myśleć niektórzy – żeby rozbić zbór, aresztować wszystkich jego liderów (wówczas przywódców całego Kościoła na świecie). I w tym momencie, kiedy Saul był już bliski załamania i zniechęcenia w stosunku do chrześcijan, pojawia się Barnaba. „Syn Pocieszenia” nie bał się wyciągnąć ręki do Pawła. Wprowadził go do „towarzystwa”. Paweł bardzo potrzebował kogoś takiego. Nie jest łatwo żyć w osamotnieniu, kiedy nie ma się nikogo bliskiego, okazującego zainteresowanie. Brak takich ludzi jak Barnaba to pięta achillesowa wielu zborów. A o ileż łatwiej o pustkę wokół siebie, kiedy przychodzi się z opinią prześladowcy i krzywdziciela. Na pewno byli tam ludzie, którzy doświadczyli zgubnej gorliwości Saula, jeśli nie na własnej skórze, to na swoich bliskich. Umieć przebaczyć i zaufać to wielka sztuka. Rola, jaką w życiu Pawła odegrali ludzie tacy jak Barnaba czy Ananiasz jest olbrzymia. Nie byli ewangelistami, nauczycielami, prorokami, pasterzami, a  jednak ich wkład w  dzieło rozwoju Kościoła jest nie do przecenienia. Jakie wnioski? W każdym zborze, gdzieś w kącie też siedzą potencjalni Ananiaszowie i Barnabowie.

Barnaba z misją specjalną Ponownie Barnaba pojawia się dwa rozdziały dalej. Kiedy do Jerozolimy doszły słuchy, że w Antiochii wielu ludzi nawróciło się do Pana, postanowiono wysłać tam człowieka, który zorientuje się w  sytuacji i  pomoże im stanąć na nogi. Tak oto inspektor Barnaba wyrusza na swoje pierwsze samodzielne zadanie. I  całe szczęście, że posłali właśnie jego, bo „był to mąż dobry i  pełen Ducha Świętego i  wiary” (Dz 11:24), „który, gdy tam przybył” i zobaczył, jak Bóg działa, „uradował się i  zachęcał wszystkich, aby całym sercem trwali przy Panu” (Dz 11:23). Niby oczywiste, ale czasem patrząc na niektórych chrześcijan, jak rozmawiają z  ludźmi poznającymi Boga, zdaje się, jakby chcieli powiedzieć: „Uważaj, jeszcze się dobrze zastanów, nie będzie ci łatwo, nie raz się rozczarujesz”. Tymczasem Barnaba, kiedy zobaczył tych ludzi, zawołał: „Jak się cieszę, że was

widzę. To cudowne, co Bóg zrobił w  waszym życiu. Trzymajcie się Pana ze wszystkich sił, będę się o was codziennie modlił. Pomódlmy się teraz, żeby podziękować Mu za to, co dla nas zrobił!”. Jeszcze jedno – Barnaba był prekursorem. To był pierwszy zbór poganochrześcijański. Dopiero co Piotr tłumaczył się przed braćmi ze swojej wizyty u  Rzymianina Korneliusza. Barnaba nie był jednak formalistą, który nie zrobi niczego, jeśli wszyscy tego powszechnie nie robią, jeśli nie stoi za tym święta tradycja i doświadczenie pokoleń. I skromne podsumowanie jego obecności w  Antiochii: „Sporo też ludzi zostało pozyskanych dla Pana” (Dz 11:24). Widząc, jak wiele pracy jest wciąż przed nim, nie chciał zostawić ich swojemu losowi, zaraz po chrzcie przypomniał sobie o  pewnym człowieku, którego poznał dziewięć lat wcześniej. Wówczas zwrócił jego uwagę swoim niezwykłym oddaniem Jezusowi, gorliwością w głoszeniu Ewangelii. Co się z nim stało? Pochodził z Tarsu?! Postanowił za wszelką cenę go odszukać. Tymczasem Saul po przykrych doświadczeniach w Damaszku i Jerozolimie, gdzie Żydzi nastawali na jego życie, powrócił do Tarsu, swojego rodzinnego miasta. Tam, nie mając oparcia w  innych chrześcijanach, po pewnym czasie podjął pracę w szkolnictwie, a że mu to nie wystarczało, skończył kurs doskonalenia zawodowego, w  specjalności szycia namiotów. I  wiódł spokojne życie niespokojnej duszy. Może za jakiś czas przeszedłby na spokojną nauczycielską emeryturę, gdyby pewnego dnia do jego drzwi nie zastukał Barnaba. Ten odszukał Saula i wziął go do pomocy. Wiedział, że w Antiochii można było wykorzystać jego teologiczny i  intelektualny potencjał, który w połączeniu z jego oddaniem dawał prawdziwy duchowy dynamit. I  tak Saul, odkurzony z  zapomnienia, przez cały rok mógł pracować u  boku Barnaby, ucząc się pracy z  ludźmi, a  jednocześnie pracy w  zespole. Nauczyciele w Izraelu byli „wielkimi samotnikami”, za to chrześcijaństwo to przebywanie i praca w społeczności.

Na pierwszej linii... nieoczekiwana zmiana miejsc Po roku żmudnej pracy nad umacnianiem w  wierze antiocheńskich chrześcijan (to właśnie tam zaczęto nazywać tak uczniów Chrystusa) nasi obydwaj bohaterowie otrzymali nowe zadanie. Jeszcze nie wiedzieli, że kiedyś otrzyma F

9


ŻYJĄC SŁOWEM

ono nazwę... „Pierwszej wyprawy misyjnej Pawła”. O  tym, jak to się stało, pisze Łukasz. „W  Antiochii, w  tamtejszym zborze, byli prorokami i  nauczycielami: Barnaba i Symeon, zwany Niger, i Lucjusz Cyrenejczyk, i  Manaen, który się wychowywał razem z Herodem tetrarchą, i Saul. A gdy oni odprawiali służbę Pańską i pościli, rzekł Duch Święty: Odłączcie mi Barnabę i Saula do tego dzieła, do którego ich powołałem” (Dz 13:2). Co ciekawe, Duch Święty do zadania wyznaczył nie pierwszych dwóch, ale pierwszego i  ostatniego (co pokazuje, że pozycja Pawła w  ówczesnym Kościele była jeszcze nie tak eksponowana, jak się do tego przyzwyczailiśmy). W  systemie nomenklatury komunistycznej lista dostojników partyjno-państwowych w  oficjalnych komunikatach podawana była zawsze w ściśle określonej kolejności (podobnie ich miejsca na trybunie honorowej podczas wszelkich uroczystości), od najważniejszych począwszy. Jednak w Królestwie Bożym wygląda to zupełnie inaczej: nie liczą się zasługi, pozycja, osiągnięcia, a  nawet zdolności, ale wybór Boży. Nierzadko początkowo zaskakujący. W  ten sposób ten kiedyś niepozorny Barnaba został posłany na pierwszą linię Bożej misji. W trakcie jej trwania dochodzi do zasadniczej zmiany. Jeszcze podczas pierwszej części wyprawy (podobnie jak u  jej progu), w  kontekście spotkania

były okoliczności zmiany, o ich powodach możemy jedynie spekulować. Barnaba, jak widać, posiadał umiejętność usuwania się w  cień. Był starszym chrześcijaninem niż Paweł i to jego postawiono na czele wyprawy. Jednak w obliczu kryzysowej sytuacji potrafił się podporządkować Pawłowi, dostrzegając jego duchowy autorytet. Oto wspaniały przykład pokory w  służeniu Panu. Doskonale do tej sytuacji pasują słowa Jana Chrzciciela, wypowiedziane o Jezusie: „On musi wzrastać, ja zaś stawać się mniejszym” (J 3:30). Niewiele rzeczy zrobiło równie wiele zła w kościele, co nieumiejętność podporządkowania się innym, pozostania na drugim planie, zamiast usilnego pracowania na swoją sławę. Dla Barnaby mógł to być rodzaj testu na jego motywacje pełnienia tej służby, którą mu powierzono w Antiochii. Czy Paweł wiele lat później, pisząc Efezjanom: nie pełniąc służby dla oka, jakobyście chcieli ludziom się przypodobać, lecz jako słudzy Chrystusowi, którzy pełnią wolę Bożą z  całej duszy (Ef 6:6), nie miał aby przed oczami swojego druha i przyjaciela, który kiedyś i dla niego samego był nauczycielem?

Barnaba na chwilę schodzi z piedestału Jeśli ktoś jest już zmęczony nieskazitelnym wizerunkiem naszego bohatera, oto

z wyraźnym żalem. Rzecz polegała na tym, że tak zwani judeochrześcijanie (nawróceni Żydzi) uważali, że w  myśl nauczania Prawa niedopuszczalne jest, by Żydzi i poganie zasiadali przy wspólnym stole. Piotr początkowo bronił stanowiska, że w  kościele obowiązują nowe zasady, niestety do czasu. Kiedy bowiem z Jerozolimy przybyła grupa ortodoksyjnych, radykalnych zwolenników starotestamentowych porządków, Piotr im uległ. A w ślad za nim poszli inni antiocheńscy Żydzi, w tym i nasz szlachetny Barnaba. Jak w tym momencie mogli się czuć odtrąceni, niedawno nawróceni poganochrześcijanie? (Jak przewrotna potrafi być historia pokazuje przykład o  dziewiętnaście wieków późniejszy, kiedy to w Trzeciej Rzeszy, po wprowadzeniu w 1934 r. antysemickich ustaw norymberskich, tym razem judeochrześcijanie wyrzucili z Kościoła swoich braci pochodzenia żydowskiego). Nic dziwnego, że tak zdecydowanie wkroczył w to zamieszanie Paweł, nie dopuszczając do wprowadzenia w  Kościele tego rodzaju podziałów. Dlaczego jednak tak wrażliwy na drugiego człowieka Barnaba zachował się w tej sytuacji tak niegodnie? Myślę, że na jego postawie mogło zaważyć przywiązanie do autorytetów – przecież Żydzi z Jerozolimy występowali w imieniu apostoła Jakuba, a przyłączył się do nich Piotr. Oto więc dwa najwięk-

Może za jakiś czas przeszedłby na spokojną nauczycielską emeryturę, gdyby pewnego dnia do jego drzwi nie zastukał Barnaba u rzymskiego prokonsula Sergiusza Pawła, Barnaba wymieniany jest na pierwszym miejscu (Dz 13:7), przed Saulem, tymczasem w wersecie 13. tego samego rozdziału niespodziewanie czytamy: „A Paweł i jego towarzysze, odpłynąwszy z Pafos, przybyli do Perge w Pamfilii; Jan zaś, odłączywszy się od nich, wrócił do Jerozolimy”. Zdanie to jest ciekawe z co najmniej trzech powodów. Oto widzimy, że Saul właśnie stał się Pawłem i przejął dowodzenie wyprawą. Jak to się stało? Kluczem do tej zagadki jest zapewne pobyt na Cyprze, rodzinnej wyspie Barnaby. Tam, na dworze wspomnianego Sergiusza Pawła, doszło do konfrontacji pomiędzy misjonarzami a czarnoksiężnikiem i fałszywym prorokiem Elymasem, zwanym też Bar-Jezus („syn Jezusa”), którego to SaulPaweł zgromił tak, że ten stracił wzrok (Dz 13:8-11), zaś prokonsul się nawrócił. Takie

10

Tzawsze ERAZ i

dobra wiadomość: nie był on wcale papierowym rycerzem bez skazy. Człowiek robi się jakby sympatyczniejszy, bliższy nam przez to, że zaliczy jakąś wpadkę. Barnaba był człowiekiem prostodusznym, a  przez to zdarzało mu się popełniać błędy. Jedną z  takich sytuacji opisuje Paweł: „A  gdy przyszedł Kefas do Antiochii, przeciwstawiłem mu się otwarcie, bo też okazał się winnym. Zanim bowiem przyszli niektórzy od Jakuba, jadał razem z  poganami; a gdy przyszli, usunął się i odłączył z obawy przed tymi, którzy byli obrzezani. A wraz z  nim obłudnie postąpili również pozostali Żydzi, tak że i  Barnaba dał się wciągnąć w  ich obłudę” (Gal 2:11-13). Mimo że to nie Barnaba był inicjatorem tego karygodnego postępowania wobec nawróconych z pogaństwa, jednak dał się w nie wciągnąć, za co publicznie przez Pawła został napomniany, choć ten ostatni zrobił to

sze filary ówczesnego Kościoła narzucają pewien punkt widzenia, a Barnaba im ulega. Jednak w Kościele autorytet człowieka nie może stać ponad autorytetem Jezusa i  Bożego Słowa. Dlatego niezależnie, kto mówi nam, co mamy robić, w  sytuacjach wątpliwych potwierdzenia tego powinniśmy szukać w Biblii i przed Bogiem.

Bolesne pożegnania – radosne powroty Ostatnią sytuacją, w  której znów pozytywnie uwidacznia się charakter Barnaby, opisuje Łukasz w  15. rozdziale Dziejów Apostolskich. On i  Paweł szykowali się do rozpoczęcia drugiej podróży misyjnej, podczas której planowali odwiedzić tych, którzy nawrócili się w trakcie ich poprzedniej wyprawy. Stało się jednak coś, co sprawiło, że ich drogi rozeszły się na zawsze. Powodem tego konfliktu był młody


człowiek zwany Janem Markiem, będący ich towarzyszem podczas tej pierwszej podróży. Wydaje się, że spełniał wówczas pomocniczą rolę w  ich wyprawie, troszcząc się o  ich życiowe potrzeby, usługując im, ale będąc też bratnią duszą w modlitwie i duchowych problemach. Jeśli Barnaba był bohaterem drugoplanowym, to Jan Marek otrzymał do odegrania rolę epizodyczną, ale to nie znaczy, że nieistotną. „Kiedy jednak przybyli do brzegów Azji, Jan nagle ich opuścił” (to jest właśnie ta trzecia istotna myśl tekstu Dz 13:7). Łukasz w  swojej relacji zachowuje dyplomatyczne milczenie na temat powodów powrotu do Jerozolimy pomocnika naszych misjonarzy. Jednak uważna lektura dalszego ciągu Dziejów Apostolskich rzuca nieco światła, nie tylko na tę sytuację, ale i udział w  niej Barnaby. Kiedy on i  Paweł szykowali się w  Antiochii do swej drugiej wyprawy misyjnej, „Syn Pocieszenia” chciał zabrać ze sobą też Jana Marka (nota bene swego siostrzeńca, Kol 4:10), dając mu drugą szansę, licząc na to, że tym razem sprosta on wyzwaniu, co da mu możliwość podjęcia w  przyszłości samodzielnej pracy misyjnej. Paweł jednak zaprotestował. Pomiędzy przyjaciółmi doszło do poważnego konfliktu, który opisujący to Łukasz określił słowami egneto de paroksizmos („najwyższy stopień gorączki”). Autor Dziejów Apostolskich był lekarzem i dla obrazowego opisania powagi problemu odwołał się do języka medycznego, chcąc za pomocą takiej metafory pokazać, jak gwałtowny był przebieg ich dyskusji. Nie byli w  stanie osiągnąć porozumienia, „tak że się rozdzielili: Barnaba zabrał Marka i popłynął na Cypr, a Paweł dobrał sobie za towarzysza Sylasa i wyszedł polecony przez braci łasce Pana” (Dz 15:39-40). Sytuacja ta pokazuje, jak ważne było dla Barnaby wyciągnięcie ręki do człowieka w potrzebie, zaufanie mu. Tak przecież zrobił kilka lat wcześniej w  stosunku do Pawła. Ten zaś, choć w  wielu sytuacjach dawał dowody tego, że drugi człowiek jest dlań ważny, tym razem, jak się zdaje, skupił się na zadaniu i jego bezpośrednich potrzebach, nie zaś na pracy wychowawczej.

To już drugie takie starcie Pawła i  Barnaby (po tym, co czytamy w  Gal 2:13). Obraz daleki od sielanki. Ale takie właśnie jest chrześcijaństwo. Dalekie od tonu pobożnych czytanek o bohaterach tak doskonałych, że... aż zniechęcających. Historia jednak wcale się na tym nie kończy. Oto 20 lat później Jan Marek znów pojawia się na kartach Nowego Testamentu i  to w  związku z  osobą... Pawła. Ten bowiem, pisząc z  więzienia w Rzymie List do Kolosan, wspomina o nim (Kol 4:10) jako swym towarzyszu, a  krótko przed śmiercią, pisząc do Tymoteusza, prosi go o  przysłanie mu właśnie Marka („bo mi jest bardzo potrzebny do posługiwania”, 2 Tm 4:11). Jak widać, Paweł nie żywił do niego urazy i  niechęci przez resztę życia, kiedy – jak można przypuszczać – w następnych latach ów siostrzeniec Barnaby (ze znaczącą pomocą swojego wuja) rehabilituje

i  przyprowadź ze sobą; jest mi bowiem przydatny do posługiwania”).

Podsumowanie

Barnaba jest przykładem chrześcijanina, który się nie wybijał. Nie był na ustach wszystkich. Nie zajmował eksponowanego stanowiska. Nie był błyskotliwy, szczególnie obdarowany czy uzdolniony. Jego wszystkie cechy wydają się zwyczajne, drugoplanowe. A jednak w całej swojej zwyczajności, pozbawionej cudów, spektakularnych znaków, czyli tego wszystkiego, co było wówczas chlebem powszednim w Kościele, odegrał w nim rolę zupełnie wyjątkową. Wywarł bardzo znaczący wpływ na dwa najważniejsze zbory ówczesnego chrześcijaństwa, bo był „Synem Pocieszenia”. Wielu ludzi zachęcił do wytrwania przy Chrystusie, pomagając im przetrwać trudne chwile, troszcząc się o nich, okazując miłość przez zainteresowanie. Odegrał niezwykle ważną rolę w  życiu Saula. Raz, jako pierwszy, podając mu rękę w  Jerozolimie, wprowadzając go do zboru, i drugi raz odnajdując go w  Tarsie po dziewięciu latach oderwania od życia Kościoła, wprowadzając go do służby i  ucząc jej. Dodając do tego jego wsparcie dla Jana Marka, wywarł decydujący wpływ na dwie pierwszoStarożytne ruiny w Pafos na południu planowe postaci rodząCypru, gdzie Barnaba i Paweł cego się Kościoła, a  przy głosili Ewangelię prokonsulowi tym dwóch ważnych auSergiuszowi Pawłowi torów ksiąg Nowego Testamentu. się i znów staje się człowiekiem godnym Oczywiście nie robił tego sam z siebie zaufania i bliskim Pawłowi. – to Bóg posługiwał się nim, aby zrealiHenry Emerson Fosdick napisał: „Nikt zować swoje cele. Ilu takich Barnabów nie musi pozostawać w takim stanie, w ja- siedzi w  każdym zborze, nie wiedząc kim obecnie się znajduje”. Markowi po- o  sobie, kim są – drugoplanowymi bomógł Barnaba. Wielu z nas potrzebuje ta- haterami pierwszorzędnej wagi! Siedzą kich „Synów Pocieszenia”, by w  trudnych sobie spokojnie, nawet nie zdając sobie chwilach znaleźli się koło nich, poda- sprawy z  tego, jak ważne zadania Bóg li pomocną dłoń, wsparli, podtrzymali na może przez nich wykonać. Nasz bohaduchu. ter zaczął od tego, co było jego naturalDzięki trosce Barnaby z  Jana Marka ną cechą jako chrześcijanina – wrażliwyrósł później autor jednej z Ewangelii, wości i  pogodnego usposobienia. Duch nazwanej jego drugim imieniem. Co Święty tylko to rozwinął, a efekt był nieciekawe, także Paweł po czasie go do- zwykły, w  życiu tylu ludzi. Nie musisz cenił i  tak uczeń Barnaby stał się póź- być Pawłem czy Piotrem. Bądź sobą, niej znowu jego współpracownikiem, bądź Barnabą! o czym dowiadujemy się choćby z 2 Listu Pawła do Tymoteusza 4:11 („Weź Marka WŁODEK TASAK

11


O in vitro z emo MOIM ZDANIEM

TEKST LESŁAW JUSZCZYSZYN

Pytanie zmierza do tego, czy to, co jest technicznie możliwe, jest jednocześnie godziwe? Czy to jest etyczne? Czy to jest dobre i zdrowe w konsekwencji? Zapytajmy prawa natury. To podstawowe prawo

Tzawsze ERAZ i

P

rzeczytałem z  zainteresowaniem artykuł „O in vitro bez emocji” w poprzednim numerze „Teraz i  zawsze”. Emocji rzeczywiście było niewiele, bo tekst pokazuje in vitro od strony technicznej problemu. I rzeczywiście Autorka bardzo rzetelnie pokazała, na czym in vitro polega, jakie niesie korzyści i  wspomniała nawet o zastrzeżeniach natury moralnej. Tych zastrzeżeń ze zrozumiałych względów było najmniej, a to one wywołują najwięcej emocji.

Królewna i królewicz w sali balowej Bardzo spodobał mi się bajkowy język, jakiego użyła Autorka w celu opisania zapłodnienia in vitro. Komórka jajowa występuje jako księżniczka oczekująca na swojego śmiałka – księcia, którym jest wygrywający konkurencję plemnik. Problem w  tym, że przy procedurze In vitro sala balowa zamienia się w  laboratorium, a  trudnym zalotom towarzyszą

ginekoludkowie wspomagający tę parę przy pomocy techniki. Gdyby nie oni, księżniczka pozostałaby uwięziona w swojej wieży, bo śmiałkowie byli zbyt słabi albo było ich zbyt mało, albo w  ogóle żaden z  nich nie wyruszyłby w konkury. Stąd odpowiedni język do tej sytuacji: „Wartość mierzonej retardacji wewnętrznej warstwy osłonki komórek jajowych koreluje z  jakością komórek jajowych oraz potencjałem rozwojowym, mającego powstać z nich zarodka. Swoisty konkurs na królową balu…”. Czyżby konkurs? Cóż to za konkurs, który rozgrywa komisja konkursowa (ginekoludkowie), a  nie uczestnicy konkursu? I  cóż to za bal w oszklonej sali (probówce), gdzie niemal każdy ruch został zaprogramowany. Gdzie spontaniczność, zauroczenie, gdzie zapasy ducha i ciała, które towarzyszą autentycznym spotkaniom? Naprawdę podziwiam możliwości techniczne współczesnej medycyny i  jestem pełen uznania dla poświęcenia lekarzy, którzy służą życiu. Jednak tej kwestii, jak w  przypadku każdej


ocjami

i obowiązków rodzicielskich tylko z jednej przyczyny – jeśli mężczyzna zamierzał poświęcić życie studiowaniu Tory. Oczywisty powód wykluczający małżeństwo to jakaś ewidentna wada uniemożliwiająca poślubienie żony czy męża. Warto wiedzieć, że nakaz: „Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię” był powodem zniszczenia wieży Babel i kary dla jej budowniczych. Oni, budując wieżę Babel, podważyli Boży plan mający na celu napełnienie ziemi! Chcieli skupić ludzi w  jednym miejscu, a Stwórcy zależało i ciągle zależy na ekspansji ludzkości. Skoro tak, powie zwolennik in vitro, metoda pozyskiwania dzieci z probówki powinna być wręcz zalecana przez chrześcijan, a nie kontestowana! A  jednak jest stawiana pod znakiem zapytania. Dlaczego?

Czy dziecko „należy” się tym, którzy go pragną?

ludzkiej działalności, towarzyszą nieodłączne pytania o ich aspekt etyczny.

Jedyne naturalne laboratorium Pytanie zmierza do tego, czy to, co jest technicznie możliwe, jest jednocześnie godziwe? Czy to jest etyczne? Czy to jest dobre i  zdrowe w  konsekwencji? Zapytajmy prawa natury. To podstawowe prawo. Część tego prawa odnajdujemy w Biblii. Przenieśmy się w wyobraźni do rajskiego ogrodu. Jest to moment, kiedy Adam poznał Ewę, swoją żonę i z entuzjazmem stwierdził, że tylko ona jest równa jemu. Jednocześnie mężczyzna odkrył, że kobieta jest kimś tak wyjątkowym, że tylko ona może go dopełnić i  usatysfakcjonować (1 M 2:23). Obydwoje, nadzy i  szczęśliwi, patrzą na siebie z  zachwytem i  słyszą znamienne słowa: „Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię” (1 M 2:28, BW). Raj to jedyne naturalne laboratorium, jakie istniało na ziemi. Natomiast posiadanie potomstwa to podstawowy nakaz samego Stwórcy! Dlatego w Izraelu można było zwolnić się od małżeństwa

Kluczem w sprawie jest to, co godziwe i to, co niegodziwe, to, co etyczne i to, co nieetyczne. Zatem pytanie jest o to, czy godziwe jest poczęcie dziecka w nienaturalnych warunkach. Naturalne warunki stwarza łono kobiety podczas miłosnej relacji małżonków, kiedy następuje połączenie materiału genetycznego i towarzysząca temu połączeniu wymiana uczuć kochających się rodziców. Nienaturalne warunki stwarza laboratorium i  szkło. Owszem materiał genetyczny jest, warunki techniczne są, ale w  poczęciu aktywnie uczestniczą fachowcy, a nie rodzice. Zdaję sobie sprawę, że rodzice bardzo pragną tego dziecka. Kochają się i  bardzo pragną mieć dziecko. Tutaj nasuwa się kolejna wątpliwość i pytanie z dziedziny etyki: czy dziecko „należy” się zawsze tym, którzy go pragną? Bezdzietne małżeństwa cierpią, to prawda. Ale czy dziecko jest czymś, co się należy rodzicom? I to za wszelką cenę. Czy dziecko nie jest raczej darem? Można i trzeba współczuć małżonkom, którzy nie mogą począć dziecka w  sposób naturalny, trzeba pochylić się nad ich bólem. Jednak musimy pamiętać, że dziecko nie jest środkiem do poprawiania dobrego samopoczucia ojca czy matki. Przeczytałem w  prasie ciekawe zdanie na temat współczesnych rodziców: „Mają wszystko fantastycznie zaplanowane, dziecko ma pasować do tego idealnego planu”. Czy to jest uczciwe wobec dziecka? Czy to jest etyczne? A co jeśli dziecko nie podpasuje rodzicom?

Wątpliwość budzi już samo określanie in vitro jako leczenie niepłodności (pomijam tu całkowicie techniki wspomagania rozrodczości). Gdyby to było leczenie niepłodności, to procedura powinna kończyć się płodnością rodziców. Ale tak nie jest. Rodzice pozostają bezpłodni, a procedura pozwala jedynie „ominąć” tę cywilizacyjną przeszkodę.

Bardzo mały człowiek, to wciąż człowiek Kolejną wątpliwość budzi procedura pozaustrojowego zapłodnienia zarodków, z których dwa lub trzy umieszcza się w łonie matki, a pozostałe (jeśli są) zamraża się na wypadek, gdyby były potrzebne w  przyszłości. Problem etyczny stanowi to, że przy rozmrażaniu część z nich ginie. Dlaczego jest to problem etyczny? Bo zarodek to żywy człowiek. Mały człowiek, ale człowiek. Chrześcijanie wierzą i wiedzą, że życie ludzkie zaczyna się wraz z  poczęciem. Zniszczenie zarodka ludzkiego jest równoznaczne ze zniszczeniem dziecka. Jak już jesteśmy przy zarodkach, trzeba zapytać o handel zarodkami. Taki handel istnieje. Czy etyczne jest sprzedawanie ludzkich zarodków? W  ofercie jednej z  klinik znajduje się „Program Biorstwa Komórek Jajowych i  Zarodków” oraz „Program przygotowany dla Pacjentek, które z  przyczyn medycznych muszą korzystać z  banku komórek jajowych bądź zarodków”. Oferty dostępne w  Internecie przewidują wszystkie możliwe konfiguracje, łącznie ze skorzystaniem z banku spermy, jak i z banku komórek jajowych, ewentualnie z  banku gotowych zarodków. I  to wszystko na życzenie, za pieniądze. Czy ten proceder jest etyczny? Czy dziecko poczęte przy wykorzystaniu materiału genetycznego pobranego nie od jego prawnych rodziców będzie wiedziało, kim jest? Jaka jest jego prawdziwa tożsamość? Czy to jest uczciwe wobec dziecka?

Dziecko nie należy do rodziców W biblijnej optyce dziecko nie jest środkiem do jakiegokolwiek innego celu poza tym, jaki został opisany w Piśmie Świętym: „wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nienaganni przed obliczem jego; w miłości” (Ef 1:4, BW). Dziecko należy do Boga. Dziecko nie jest własnością rodziców i nie służy zaspokajaniu ich pragnień i  oczekiwań. Rodzice są raczej jego towarzyszami w drodze. F

9


MOIM ZDANIEM

Czy znacie takich rodziców, którzy latami walczyli o posiadanie dziecka, a kiedy się w końcu pojawiło, to szybko oddawali je do żłobka, a oni wracali do pracy zawodowej? W  takich sytuacjach pytałem siebie: zależało im na dziecku, czy na swoim dobrym samopoczuciu z posiadania dziecka? Pewne jest to, że chęć posiadania dziecka dla zaspokojenia swoich

że mogę robić, co chcę również ze swoim ciałem i  materiałem genetycznym. Wolność ma swoje granice. Wolność badań naukowych również ma swoje granice. Wyznacza je godność człowieka. I nieważne, że ten człowiek jest tak mały jak główka od szpilki. Granicę wyznacza miłość. Miłość nie krzywdzi, nie wykorzystuje, nie nadużywa. Jak napisał apo-

Pytając o in vitro, pytajmy o miłość!

Nie muszę dodawać, że w chrześcijaństwie podstawą etyki jest nauka Jezusa Chrystusa. Chodzi w  niej o  motywację i  inspirację w  dążeniu do pełni ludzkiej dojrzałości. Etyka chrześcijańska czerpie wskazania dla moralności z  prawa natury i  z  objawienia zawartego w  Piśmie

Czy dziecko poczęte przy wykorzystaniu materiału genetycznego pobranego nie od jego prawnych rodziców będzie wiedziało, kim jest? egoistycznych pragnień jest niegodziwe i nieetyczne. Jest szkodliwe dla dziecka! Kolejna przemilczana rzecz to niszczenie ludzkich zarodków. To również jest niegodziwe i  nieetyczne. Selekcja ze względu na płeć, kolor oczu czy włosów jest amoralna.

Wolność nie bez granic Prawo do in vitro miałoby wynikać z prawa do wolności. Skoro jestem wolny/a, to mam prawo. Jednak wolność to nie samowola. Wolność nie oznacza,

stoł Paweł: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z  niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie” (1 Kor 13:4-8, BT).

Świętym. Chodzi zwłaszcza o starotestamentalny dekalog, który ma ponadczasowy charakter i przykazanie miłości, które jest esencją nauczania Jezusa. Żywym wzorcem jest sam Jezus Chrystus, zdrowy mężczyzna, doskonały, wewnętrznie zintegrowany człowiek. Popatrzmy zatem na in vitro oczami Stwórcy, a  zarazem oczami najdoskonalszego człowieka, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi – Jezusa.

Dlaczego? dlaczego ? dlaczego nie zacząć śpiewać w tramwaju autobusie na rynku pośród tłumu czy gdzieś na chodniku dlaczego nie zacząć tańczyć ot tak w tym momencie bo słońce zaświeciło bo wiosna zzieleniała dlaczego się nie uśmiechnąć do przechodzącego tłumu do starca do matki do grajka zza muru   dlaczego tylko dziecko nie ujdzie za wariata ELŻBIETA JUSZCZYSZYN

10

Tzawsze ERAZ i

LESŁAW JUSZCZYSZYN


WIADOMOŚCI dobre 10-latka oglądała „Chirurgów”. Uratowała matkę „Chirurdzy” to jeden z  najpopularniejszych seriali w  amerykańskiej TV. Każdego tygodnia w  USA przyciąga do telewizorów 19 milionów widzów. 10-letnia Madisyn Kestell użyła technik, których nauczyła się podczas oglądania popularnego serialu, by – jak to ujęła prasa – „przywrócić do życia” swoją mamę, która zemdlała i przestała oddychać. Jak pisze „Daily Telegraph”, gdy matka dziewczynki po ataku astmy zemdlała w  ich domu w  Sheboygan (stan Wisconsin), dziewczynka najpierw zadzwoniła po pogotowie, a później skutecznie użyła metod ratowania życia podpatrzonych w serialu „Chirurdzy”. Wraz z 12-letnią koleżanką Katelynn Vreeke przeprowadziła resuscytację krążeniowo-oddechową do czasu, aż przybyli ratownicy medyczni. 10-latka zastosowała metodę usta-usta, a Katelynn robiła masaż serca. 36-letnią matkę dziewczynki zabrano do szpitala. – Po prostu, gdyby Maddie nie zachowała spokoju i nie zadzwoniła pod 911, to nie byłoby mnie dziś tutaj – powiedziała kobieta. ŹRÓDŁO: JAK/TR

102-latka znalazła książeczkę oszczędnościową 96 lat temu, pewna mała Włoszka

dostała od swojego ojca prezent, książeczkę oszczędnościową, na którą tata wpłacił swój cały żołd, otrzymany po zaciągnięciu się do wojska. Niedługo potem mężczyzna zginął na froncie I wojny światowej. Mała dziewczynka straciła również matkę i została przygarnięta przez dalszą rodzinę, a o książeczce całkowicie zapomniała. Teraz, jako 102-latka, przypadkiem ją odnalazła i jak się okazało prezent od taty jest obecnie dużo warty. W książeczce widnieje wpis o  wpłaceniu 25 lirów w 1916 roku. Jak podaje dziennik „Il Messaggero” obecnie suma ta z  odsetkami stanowi równowartość 100 tysięcy euro. Staruszka, mieszkająca z jedną z córek w  Rzymie, postanowiła odzyskać tę sumę. Sprawę powierzyła dwóm adwokatom, specjalizującym się w odzyskiwaniu pieniędzy z dawnych książeczek oszczędnościowych. Podobne przypadki nie są rzadkie, jednak ten depozyt jest wyjątkowy, ponieważ ma prawie sto lat. ŹRÓDŁO: REUTERS

Szczodry szef. Milion w spadku dla szofera 67-letni milioner Alan Meltzer był szefem nowojorskiego Wind-Up Records. Zmarł w Halloween ubiegłego roku. Rok wcześniej, po 13 latach małżeństwa odeszła od niego żona, a para nie miała dzieci. Po tym wydarzeniu pomocni w odzyskaniu formy Meltzera okazali się szofer i portier. Potentat muzyczny postanowił odwdzięczyć się swoim pracownikom za wspieranie go w  trudnych momentach. Zostawił im w spadku 1,5 miliona dolarów. Jak informuje „New York Post”, Alan Meltzer przekazał swojemu szoferowi 10 procent swojego majątku, który wynosił ponad 10 milionów dolarów. Kierowca milionera, Jean Laborde mówi, że nie wie, co zrobi z pieniędzmi: – Będę co roku zanosił kwiaty na grób Meltzera – zapowiada. Kawałek majątku w spadku otrzymał

również portier. Do Chamila Demiraja trafiło 500 tys. dolarów. – Był wspaniałym człowiekiem. A także moim przyjacielem. Pokój jego duszy – tyle mogę powiedzieć – skomentował Demiraj. ŹRÓDŁO: AB\MTOM

Zostawił miliony w toalecie. Specjalnie Starannie ułożone i  owinięte w  reklamówkę banknoty znaleziono w  toalecie dla niepełnosprawnych, w  siedzibie władz miasta Sakado koło Tokio. Do pieniędzy dołączony był list z  zaleceniem, aby trafiły one do ofiar marcowego trzęsienia ziemi oraz tsunami – poinformowała BBC. Anonimowy darczyńca zostawił w toalecie 10 mln jenów (ok. 425 tys. zł). „Jestem całkiem sam i nie potrzebuję tych pieniędzy” – napisał w liście. Jak poinformowali urzędnicy, osoba ta wślizgnęła się do budynku i opuściła go niezauważona. Miejskie władze zapowiedziały, że przekażą znalezione pieniądze Czerwonemu Krzyżowi, jeśli w  ciągu trzech miesięcy darczyńca nie rozmyśli się i nie zażąda ich zwrotu. To nie pierwszy tego typu przypadek, gdy anonimowi dobroczyńcy zostawiają pieniądze w  japońskich toaletach. W  2007 roku 400 kopert z  banknotami o nominale 10 tys. jenów znaleziono w toaletach siedzib władz lokalnych, znajdujących się w  różnych częściach kraju. W  tym samym czasie 18 mieszkańców jednego z  apartamentowców w  Tokio wyciągnęło ze swoich skrzynek pocztowych koperty, które łącznie zawierały 1,8 mln jenów (ok. 76 tys. zł) w gotówce. W innym miejscu, z bloku mieszkalnego w pobliżu osiedlowego sklepu, zrzucono milion jenów (ok. 42 tys. zł). Większość tych pieniędzy została przekazana policji. ŹRÓDŁO: DP\MTOM OPRACOWAŁA ULA GRABCZAN

11


KOŚCIÓŁ NA ŻYWO

Monika Kuszyńska podczas koncertu

Bitwa o Galę TEKST WALENTYNA JAROSZ ZDJĘCIA FUNDACJA PROeM

Przysłowiowe schody zaczęły się w poniedziałek rano – wszelkie masowe imprezy mają być odwołane. Teatr nie widzi szans, aby nasza Gala miała się odbyć. Kobiety dzwonią i pytają, a my odpowiadamy, że w naszych planach nic się nie zmieniło

16

Tzawsze ERAZ i

W

szystko zaczęło się od jęczmienia na oku. No, nie... Chyba trochę przesadziłam, chociaż to była jedna z  bitew. To była moja prywatna bitwa, o której napiszę później. Tak naprawdę to wszystko zaczęło się dwa lata temu, po konferencji „Barwy Życia”. Słowa zachęty zawarte w  ankietach wypełnionych po tej konferencji przyczyniły się do zorganizowania „Wieczoru Galowego dla Kobiet”. Decyzję o  tym podjęłyśmy prawie że natychmiastowo. Prace nad projektem rozpoczęłyśmy we wrześniu 2010 r.

Wydarzenie na 1000 miejsc! Osobom niezorientowanym wyjaśnię, dlaczego piszę w liczbie mnogiej i co to była za konferencja „Barwy Życia”. Otóż „my” to grono kobiet reprezentujących różne ewangeliczne kościoły warszawskie oraz organizacje parakościelne. Najpierw roboczo, a teraz już oficjalnie nazwałyśmy nasze grono „Kobiety Razem”. Tak się złożyło, że przeważnie jesteśmy żonami pastorów i/ lub liderkami służb kobiecych. Naszą ideą, która zrodziła się w  2008 roku, było zorganizowanie takiego spotkania, w którym

uczestniczyć będzie przynajmniej 50 procent kobiet spoza naszych ewangelicznych kręgów. Teatr Roma liczy ok. 1000 miejsc, tyle też skierowano zaproszeń. My, organizatorki, wzięłyśmy na siebie zadanie przygotowania programu ewangelizacyjnego w formie, która poruszy serca zgromadzonych osób. Okazało się, że tak proste narzędzia, jak dobra muzyka, historie z życia i jasne przesłanie Ewangelii wystarczą. „Barwy Życia” stały się organizacyjnym i  duchowym sukcesem.

Nowy faraon w „Romie” Wydawałoby się, iż zdobyte podczas realizowania poprzedniego projektu doświadczenie sprawi, że będzie nam łatwiej. Nie było... A  nawet twierdzimy, że było trudniej. Nie chciałyśmy zrobić „kalki” poprzedniej konferencji. Nie chciałyśmy w  ogóle robić konferencji. I  tu miałyśmy problem z porozumieniem się, jaki mamy obraz planowanego wydarzenia. Niektóre miały wrażenie, że spotkanie będzie za rozrywkowe, inne oczami wyobraźni już widziały to, co wczoraj miało miejsce w  Teatrze Roma. Możliwe, że troszkę zamieszania wprowadzało hasło spotkania. Pierwotnie miało ono brzmieć: „Poświętuj


sobie, kobieto!”. To chyba dobrze, że nie przeszło. Wracając do przygotowań, wiele czynników się zmieniło, włącznie ze zmianą kierownika administracyjnego Teatru Roma i  stawkami za udostępnienie pomieszczeń. Posłużę się tu słowami z  2 Księgi Mojżeszowej 1:8:  „Tymczasem rządy nad Egiptem objął nowy król (faraon), który nie znał Józefa”, co niewątpliwie miało wpływ na prowadzone z teatrem rozmowy. Większe koszty wydarzenia i  wyższa cena za bilet wystawiały naszą wiarę na próbę. Wpływy z  biletów pokrywać miały połowę zaplanowanych wydatków, a co z resztą? To jedna z tych bitew, która została wygrana. Nie miałyśmy jeszcze kompletu zgłoszeń, a już zebrana kwota pozwoliła zamknąć nasz budżet na tydzień przed wydarzeniem. A  zapisy? W  Teatrze Roma, który oficjalnie liczy 960 miejsc, pojawiło się chyba z 1200 kobiet. Niektóre przestały cały program, ale nie wyglądały na zniechęcone. Mamy nadzieję, że te, których obsługa teatru już nie wpuściła, wybaczą to nam. 

I zakończyła optymistycznie: – Za 5-7 dni się wchłonie, a jeśli nie, to trzeba będzie naciąć. Cóż mi pozostało – prośba o modlitwę, którą rozpisałam do przyjaciół. Przy okazji przypomniałam sobie, co napisałam do kobiet dokładnie na dzień przed „Barwami Życia”:  …od wczoraj popołudnia leżę. Dopadło mnie paskudne przeziębienie… powierzam się Waszym modlitwom. … Na szczęście na jutro wszystko mam przygotowane, więc bez stresu mogę leżeć w łóżku. Takie déjà vu. I tym razem, tak jak dwa lata wcześniej, bitwa została wygrana.

Będzie, nie będzie...? Jednak do ostatecznego starcia doszło w  dniu planowanej Gali, czyli 5 marca 2012. Już dzień wcześniej wiedziałyśmy, że w  związku z  tragedią pod Szczekocinami

Lista ofiar przygotowań Nie rozpisując się już zbytnio o  przeszkodach i trudnościach, wspomnę, że rozdzieliłyśmy pomiędzy siebie zadania zgodnie z naszymi obdarowaniami, biorąc pod uwagę rzeczy, w  których sprawdziłyśmy się podczas organizowania „Barw Życia”. I też nie było łatwiej, a dodatkowo niektóre z  nas przechodziły przez przeróżne przykre doświadczenia. Pamięć jest zawodna, ale kilka wymienię. Mój mąż i  syn jednej z  nas poważnie zachorowali, ich życie było zagrożone. Dwie inne kobiety straciły swoich bliskich (jedna matkę, druga ojca). Kolejna stawiła czoła bolesnej diagnozie, a następna złamała nogę. W końcówce przygotowań jednej z organizatorek spalił się komputer, drugiej mąż stracił pracę. Dwaj kolejni mężowie trafili do szpitala. I  pewnie o  czymś  jeszcze  zapomniałam. Zastanawiająca kumulacja nieszczęśliwych zdarzeń w  gronie zaledwie kilkunastu kobiet. Niezłe pole bitwy, nieprawdaż? A  na koniec, na cztery dni przed imprezą, którą miałam prowadzić,  powstał  na moim oku jęczmień. Tak naprawdę nie wiedziałam, co to jest. Powieka była czerwona, spuchnięta i  bolesna, a  pod okiem stworzył się wielki opuchnięty worek. Lekarka na ostrym dyżurze zdiagnozowała jęczmień. Przepisała maść (chyba skuteczną, bo mała i  bardzo droga) oraz masaże ciepłym jajkiem.

odpowiedzialna za imprezy w foyer, piszę do kilkunastu osób: Proszę, działajcie zgodnie z naszymi ustaleniami. Tymczasem, za kulisami wykonuje się dziesiątki telefonów, pisze tyleż samo SMSów i maili. A nawet, naprędce powstają oficjalne pisma, które kursują pomiędzy organizatorkami, teatrem i  urzędnikami na wysokich szczeblach państwowych. Zapewniamy wszystkich, że nic, co wydarzy się na scenie i podczas całego wieczoru, nie będzie niegodne i nieprzystające do sytuacji żałoby narodowej. Na FB/Wydarzenie wpisuję post: WIARA JEST PEWNOŚCIĄ TEGO, CZEGO SIĘ SPODZIEWAMY... (Hbr 11:1a). A  czego się spodziewamy od Boga dzisiaj? Ja i  pozostałe Kobiety Razem spodziewamy się spotkać z  Wami dzisiaj w Teatrze Roma... Prosimy o modlitwę; decydująca rozmowa z Teatrem jeszcze przed nami. Wierzymy jednak, że tam na GÓRZE wszystko jest już postanowione.  Werset, który dziś rozważałam:  „Mojżesz rzekł do Boga: Kimże jestem, bym miał pójść do faraona...? I odpowiedział Bóg: Będę z tobą” (2 M 3:11-12a). Duże grono wtajemniczonych kobiet modliło się o powodzenie naszych działań. Można powiedzieć, że jako organizatorki stoczyłyśmy bitwę o Galę. I z Bożą pomocą ją wygrałyśmy. 

Pięknie wyglądać, pięknymi być w środku Po dwóch poważnych operacjach Mateusz jest zdrowy i… nadal rozwija swoją pasję – taniec będzie ogłoszona żałoba narodowa. Narastał w nas niepokój, ale ufałyśmy, że nic nie zagrozi naszym planom. Zadzwoniłam do Beaty Bednarz, aby omówić punkt programu związany z uczczeniem ofiar katastrofy. Przysłowiowe schody zaczęły się w  poniedziałek rano – wszelkie masowe imprezy mają być odwołane. Teatr nie widzi szans, aby nasza Gala miała się odbyć. Kobiety dzwonią i pytają, a my odpowiadamy, że w naszych planach nic się nie zmieniło. Na stronie www pojawia się wpis, że impreza się odbędzie. Muzycy zmierzają do Warszawy z  południa Polski. Oni też nie zamierzają zmieniać swoich planów. Beata Bednarz i  Monika Kuszyńska o 11:00 wyjeżdżają z Łodzi. Ekipa z PROeMu i  EXODUS 15 też są w  drodze. Ania Jamróz już jest w  Warszawie. Jako

Potem to już wszystko poszło wspaniale. Atrakcje w foyer ruszyły od 17:00. Wiele z nich zaaranżowałyśmy z myślą o uczestniczkach. Było to, co kobiety lubią najbardziej – stoiska: z dobrymi książkami (kilka tytułów z  możliwością zdobycia autografu), z  dobrą muzyką (płyty naszych gości), z piękną biżuterią i z różnymi wyrobami artystycznymi. Reprezentowane były także cztery firmy kosmetyczne. Miały one ogromne powodzenie. Ja też skorzystałam i  zrobiłam się na bóstwo. Musiałam się przecież na scenie jakoś zaprezentować. A jeszcze, przy okazji, była artystyczna fotka. Ten punkt, pośród imprez towarzyszących, również cieszył się powodzeniem. A na scenie wszystko, co było śpiewane i mówione, miało charakter refleksyjnej, spokojnej zadumy nad treścią doświadczeń płynących z życia zaproszonych gości, z przesłaniem nadziei na lepsze jutro. Tak więc od strony muzycznej usługiwał nam zespół EXODUS 15. Muzycy sami są twórcami wykonywanych utworów, stąd przekaz treści uwielbienia i chwały F

17


KOŚCIÓŁ NA ŻYWO

Bogu staje się bardzo osobisty. Muzyka była mocna i  głośna, ale wiedziałyśmy, że spodoba się młodszym uczestniczkom spotkania. Wspaniałą równowagę wniosły Beata Bednarz i  Monika Kuszyńska (była solistka zespołu Various Manx). Nasi artyści uzupełniali swój wy-

świadectwa. Izabella Ciesiółka opowiedziała o  tym, jak pragnienie macierzyństwa i  długie lata oczekiwania na własne dziecko spowodowały, że wraz z mężem podjęli decyzję o adopcji dwojga cudownych dzieci. Jadwiga Zaremba opowiedziała o  walce o  ży-

Nie da się tego opisać w skrócie, to trzeba było przeżyć. Na stronie naszego wydarzenia zamieściłyśmy takie słowa: Każda z nas, kobiet, jest wyjątkowa, ma swoją wartość i godność, choć nie zawsze to dostrzegamy. (...) Ten niezwykły wieczór był okazją do  spojrzenia na siebie w nowy sposób. Prawdziwe historie, któ-

W Teatrze Roma, który oficjalnie liczy 960 miejsc, pojawiło się chyba z 1200 kobiet. Niektóre przestały cały program, ale nie wyglądały na zniechęcone. Mamy nadzieję, że te, których obsługa teatru już nie wpuściła, wybaczą to nam stęp osobistymi refleksjami odnoszącymi się do ich życiowych doświadczeń, do życia wiary. Pięknym akcentem muzycznym, już na samym początku, była pieśń „Cudowna Boża łaska”, wykonana przez Beatę Bednarz. Pieśń ta była dedykowana ofiarom katastrofy pod Szczekocinami i  pogrążonym w  żałobie rodzinom. Niezwykle cenne okazały się świadectwa życia. Dla kobiet z  młodszego pokolenia dotrzeć mogła Miss Polski 2009, Anna Jamróz. Bardzo ucieszył nas fakt, że na Wieczór Galowy zapisało się dużo matek z  córkami. Książka Jennifer Strickland „Idealna dziewczyna”, podpisywana przez Anię Jamróz, autorkę przedmowy do polskiego wydania, cieszyła się dużym powodzeniem wśród kobiet. Poruszające były dwa

18

Tzawsze ERAZ i

cie i zdrowie swojego 18-letniego syna, który został jednostronnie sparaliżowany powiększającym się tętniakiem. Lekarze nie dawali mu żadnych szans, Bóg jednak miał w stosunku do niego inne plany. Po dwóch poważnych operacjach Mateusz jest zdrowy i… nadal rozwija swoją pasję – taniec. Sam Mateusz miał szansę dopowiedzieć zebranym i wzruszonym kobietom kilka słów o  swoim doświadczeniu ciemnej doliny. A  potem ten „tańczący żywy cud” zaprezentował nam swój kunszt. Zatańczył dwukrotnie. Raz sam, raz w  duecie z  koleżanką Agnieszką Sikorską. Program przesłaniem ewangelizacyjnym zakończyła Jagoda Markiewicz.

re usłyszymy, mogą zainspirować do odkrywania własnego potencjału, do osobistego rozwoju i pięknego życia w harmonii z Bogiem, sobą i innymi tak, by świat wokół nas zmieniał się na lepsze. Taki był cel tego spotkania i myślę, że go osiągnęłyśmy. Dla tych kobiet, które nie miały szansy uczestniczyć w  tym wydarzeniu, pozostaje cierpliwie czekać, aż nagranie z Gali będzie dostępne w internecie. Jeszcze jedna rzecz, która nie byłaby możliwa bez udziału Boga, przeszła do historii. I  podsumuję tymi samymi słowami, jakimi zakończyłam opis konferencji „Barwy Życia”: Podejmujmy się wielkich rzeczy dla Boga i spodziewajmy się wielkich rzeczy od Niego (William Carrey).

...by  świat wokół nas zmieniał się na lepsze

WALENTYNA JAROSZ


ŻYJ ZDROWO

Co zatruwa ciało i duszę? TEKST ANNA KŁOSIŃSKA

Pozbycie się niepotrzebnego balastu w postaci zanieczyszczeń, toksyn uwalnia od chorób ciało. Dobrze jeśli post cielesny połączony jest również z oczyszczeniem duszy

D

laczego chorujemy? Czasem nietrudno znaleźć przyczynę: ubranie nieodpowiednie do pory roku, przejedzenie się, wypicie czy zjedzenie czegoś, co na pewno nam nie posłuży. Bywa, że na chorobę „pracujemy” trochę dłużej: codzienny stres, niedosypianie, przemęczenie, śmieciowe jedzenie.

Nasze pamiętliwe komórki Nie od razu odczuwamy skutki braku troski o  własne zdrowie. Może trudno to sobie wyobrazić, ale komórki naszego ciała wykazują się swoistą pamięcią i  skrupulatnie odnotowują wszelkie zaniedbania. Niedoleczona choroba może dać znać o sobie wiele lat później, gdy już zupełnie o niej zapomnieliśmy. Jedzenie

dużej ilości mięsa czy tłuszczów zwierzęcych sprawia, że podczas, gdy my zachwycamy się smakiem schabowego czy pieczeni, w  wewnętrznych ścianach naszych tętnic systematycznie przez wiele lat tworzy się tak zwana blaszka miażdżycowa, a  wątroba i  serce z  upływem lat coraz bardziej ulegają otłuszczeniu. Jedzenie pysznych ciast, deserów to przyczynek do nadmiernego wydzielania insuliny i  obciążenia trzustki. A  czy mamy świadomość, że im słodsze i  bardziej przetworzone nasze jedzenie, tym w większym stopniu jesteśmy zakwaszeni od środka. Pamiętamy o codziennych zabiegach higienicznych i  pielęgnacyjnych własnego ciała, nie uświadamiając sobie, że możemy mieć również wpływ na stan zanieczyszczenia organizmu od środka. Zdarza się, że bez wyraźnych przyczynF

19


ŻYJ ZDROWO

czujemy się zmęczeni, przygnębieni, ospali. Uporczywych bólów głowy pozbywamy się za pomocą tabletek przeciwbólowych. Z  innymi dolegliwościami, dopóki nie staną się zbyt męczące, radzimy sobie również własnymi sposobami. Na alergie stosujemy leki przeciwhistaminowe. Wysypki i egzemy zaleczamy stosując maści, często sterydowe. Tymczasem powyższe objawy świadczą o obciążeniu organizmu toksynami.

Choroba może ratować Już wiele lat temu Hipokrates stwierdził, że przyczyną większości chorób są toksyny. Dodatkowe i  niepotrzebne substancje dostając się do organizmu zakłócają przebieg jego funkcji fizjologicznych. Toksyny mogą pochodzić z  zewnątrz w  postaci substancji chemicznych (np. z jedzenia, środków czystościowych), metali ciężkich, wirusów, bakterii, grzybów, ale też tworzą się wewnątrz ciała, jako produkty reakcji związanych z trawieniem i metabolizmem. Za oczyszczanie organizmu odpowiadają głównie: wątroba, nerki, jelito grube. Gdy naturalne mechanizmy odtruwające są przeciążone, wówczas toksyny przedostają się drogą zastępczą przez płuca i  skórę. Coraz częściej zarówno u  dzieci, jak i  dorosłych obserwujemy infekcje górnych dróg oddechowych (powtarzające się zapalenia zatok, gardła, krtani), ale też zapalenia oskrzeli, płuc. Problemy skórne (egzemy, łuszczyca, zmiany zapalne), alergie to też wynik zanieczyszczenia toksynami. Może wydawać się, że takie dolegliwości jak nadpobudliwość czy autyzm u  dzieci mają podłoże wyłącznie genetyczne, tymczasem okazuje się, że ich przyczyną bardzo często są toksyny. Spory jest też ich udział w powstawaniu depresji czy chorób psychicznych. Są także zagrożeniem dla układu odpornościowego i przyczyną wielu chorób, w tym nowotworów. Gdy dotyka nas choroba, rzadko kiedy jesteśmy z  tego zadowoleni. Przychodzi bowiem zazwyczaj wtedy, gdy absolutnie nie mamy na nią czasu. Może to dziwne, ale niejednokrotnie choroba bywa dla nas błogosławieństwem. To sygnał dla naszego organizmu, że powinniśmy zwolnić tempo, odpocząć, pomóc sobie samym. Zanieczyszczenie organizmu toksynami prowadzi do zaburzenia jego funkcji. Proces rozgrywa się przez wiele lat. Najpierw pojawia się gorsze

20

Tzawsze ERAZ i

samopoczucie, niewielkie, a  następnie coraz większe dolegliwości, w końcu zaś choroba, często niestety nieuleczalna.

Grzech truje Podobnie rzecz ma się z  grzechem. Wprowadza on w  nasze życie bałagan, dezintegrację. Cierpi zarówno dusza, jak i ciało. Jeśli znikąd nie doczekamy się pomocy, dotyka nas duchowa śmierć. W  Liście do Rzymian (3:23) czytamy, że grzech jest udziałem wszystkich ludzi. Jest wszechobecny i  ulegamy mu wszyscy. Następstwa popełnienia grzechu mają katastrofalne skutki dla duszy grzesznika. Biblia mówi, że zostaliśmy stworzeni na „obraz i podobieństwo Boże”. Grzech jednak powoduje zamazanie, zniekształcenie obrazu Boga w człowieku. Nasze dążenie do piękna i  harmonii odsuwa się tym samym na dalszy plan. W  planie Bożym człowiek dostał naturę cielesną, a także duchową, dzięki której może komunikować się ze swoim Panem i  Stwórcą. Grzech staje na drodze tej pierwotnej łączności Boga i człowieka. Nie słyszymy słów, które kieruje do nas Pan, a także coraz mniejsza w nas potrzeba oddawania swoich spraw opiece Stwórcy. Ulegając codziennym grzechom, stajemy się coraz bardziej podatni na oferty dochodzące do nas ze strony świata. Lekarstwem na drobne nieposłuszeństwa bywa praca, Internet, telewizja. Znieczulając swoje sumienie, wpadamy coraz głębiej, w  coraz mniejszym stopniu reagujemy na sygnały wysyłane nam przez Pana. Podobnie jak toksyny zatruwają ciało, tak też grzech zatruwa naszą duszę.

Zakład Oczyszczania Organizmu Tak jak często nie chcemy zaakceptować choroby, tak też nie przychodzi nam łatwo zgodzić się na pojawiające się niedogodności losu. Najczęstszą reakcją bywa bunt. Drobne choroby, dolegliwości są następstwem naszych zaniedbań zdrowotnych. Gdy zareagujemy właściwie, zwalniając tempo, zmienimy dietę, zastosujemy być może kurację ziołową wszystko wróci do normy. Przeciwności losu bywają dla nas sygnałem do zmiany naszych priorytetów, zwrócenia się w stronę Pana i ukorzenia się przed Nim. Stanem właściwym dla ciała i  duszy jest stan wewnętrznej harmonii i łączności z Bogiem. W Liście do Rzymian (6:23) czytamy: „Albowiem

zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest żywot wieczny w Chrystusie Jezusie, Panu naszym”. Wracając do praktyki, jak możemy sobie poradzić z  zanieczyszczeniem organizmu, kiedy organizm nasz daje nam znaki, ze rzeczywiście powinniśmy coś zrobić dla siebie. Częste zmęczenie, bóle głowy, migreny, alergie, wysypki, zaparcia, dyskomfort ze strony układu pokarmowego to objawy zatrucia toksynami. Warto zatem podjąć trud oczyszczenia się od środka. Dobrym pomysłem może być tu przeprowadzenie diety warzywno–owocowej. Kojarzona jest ona z  osobą doktor Ewy Dąbrowskiej, która zastosowała ją do leczenia pacjentów nawet z  bardzo poważnymi schorzeniami. Podczas terapii organizm pozbywa się złogów, zwyrodniałych komórek i ognisk zapalnych, aby móc zregenerować młode, zdrowe komórki. W efekcie następuje przywrócenie sił witalnych oraz odmłodzenie organizmu. Leczenie polega na jedzeniu wyłącznie warzyw (bez ziemniaków i  strączkowych) i  owoców (jabłka, cytryny, grejpfruty) przez okres 6 tygodni, a następnie zdrowe żywienie oparte na pełnym ziarnie, warzywach, roślinach strączkowych, owocach przy niewielkim udziale produktów zwierzęcych.

Daniel – prekursor zdrowej diety Bardziej dogodna i  łatwiejsza do realizacji będzie dieta oczyszczająca 7- lub 14-dniowa. Kuracja warzywno–owocowa ma swoje źródło w Księdze Daniela. Za czasów króla Nabuchodonozora Daniel oraz jego trzej towarzysze zostali osadzenia na dworze obcego władcy. Młodzieńcy postanowili „nie kalać się potrawami ze stołu królewskiego ani winem, które król pijał” (Dn 1:8a). Zamiast tego jedli oni warzywa i pili wodę. „A po upływie dziesięciu dni okazało się, że lepiej wyglądali i byli tężsi na ciele niż wszyscy młodzieńcy, którzy jedli pokarm z  królewskiego stołu” (Dn 1:15). Można domyślać się, że post wspierany był modlitwą. Oczyszczeniu ciała towarzyszyło także oczyszczenie duszy. Pozbycie się niepotrzebnego balastu w  postaci zanieczyszczeń, toksyn uwalnia od chorób ciało. Dobrze jeśli post cielesny połączony jest również z oczyszczeniem duszy. Celem pokuty jest zerwanie z grzechem, ukorzenie się przed


Kuracja warzywno–owocowa ma swoje źródło w Księdze Daniela Bogiem, przemiana życia. Wiemy, jak niełatwo tego dokonać, a  wiadomo, że o  własnych siłach nie jesteśmy w  stanie nic zrobić. Ale żeby zerwać z  grzechem, trzeba najpierw go wyznać zarówno przed Bogiem, jak też przed ludźmi, wobec których zawiniliśmy. Tak jak przebacza nam Pan, powinniśmy czekać na przebaczenie ze strony ludzi.

W zdrowym ciele zdrowy duch

MAREK STĄCZEK

Opowieści drobne

Niejednokrotnie doświadczyliśmy, jak ból, objawy chorobowe zostały usunięte dość szybko przy pomocy środków przeciwbólowych, antybiotyków. Nie znaczy to jednak, że usunięto prawdziwą przyczynę choroby. Dopóki nie została ona prawdziwie zdiagnozowana, nie dotarliśmy do tego, co ją wywołało,

może powrócić z  jeszcze większym nasileniem. Podobnie jest z  grzechem. Nie wystarczą powierzchowne działania, musimy dotrzeć do źródła grzechu i wykorzenić go z własnego serca. Georg Stenberger w  swej książce „Pokuta jest darem Bożym” pisze: „Każdy grzech, popełniony przez nas zewnętrznie, popełniliśmy najpierw w sercu. Dlatego Jezus ingerował właśnie tutaj, wyprowadzając na światło nieczyste pobudki, zamiary i  żądze serca, i  określając je jako grzech”. W  Kazaniu na górze czytamy: „Błogosławieni czystego serca”. Słowo Boże ocenia głębię naszych serc, diagnozuje prawdziwe przyczyny choroby duszy. Paweł wzdychając: „Nędzny ja człowiek”, wyraża jednocześnie przekonanie, że „grzech nad wami [nami] panować nie

będzie” (Rz 6:14). Krzyż jest miejscem, gdzie możemy oddać samych siebie, gotowi do ukrzyżowania naszej grzesznej natury, występków, myśli. Musimy zrezygnować całkowicie z siebie, a oddać panowanie Bogu. Kiedy już prawdziwie poddamy się wewnętrznemu oczyszczeniu, nie będziemy potrzebowali powrotu do wcześniejszego stanu. Ale aby stan ten mógł trwale gościć w  naszej duszy, potrzebna jest nieustanna modlitwa, bo ona daje moc i siłę. Czy oczyszczenie ciała jest konieczne, aby zbliżyć się do Boga? Nie jest. Warto jednak zasmakować jednego i  drugiego. Zdrowie fizyczne pozwala bowiem na służenie Bogu ciałem oraz na korzystanie w pełni z życia danego nam przez Pana. ANNA KŁOSIŃSKA

ŚWIATOPOGLĄD – TRZY KRYTERIA I DWIE OBSERWACJE W światopoglądzie, czyli poglądzie na świat, idzie o pewną wiedzę, która nam ów świat usensownia, czyni go bardziej zrozumiałym i „do przyjęcia”, czyli zgodnie z pierwszym kryterium dobrego światopoglądu pytamy: „na ile i jak dobrze,  przekonująco tłumaczy on wszystko, co dzieje się na zewnątrz, a także… wewnątrz  nas?”. Mówimy na przykład: „ten pogląd jest lepszy, bo lepiej tłumaczy nasze tu i teraz”. Tak więc pierwsze kryterium to wyjaśnienie świata. Drugie natomiast to jego wewnętrzna spójność, to znaczy, czy poszczególne części tej wiedzy nie wykluczają się wzajemnie, czy cały pogląd nie zawiera w sobie sprzeczności. I wreszcie trzecie kryterium – prawdziwość  światopoglądu, poprzez co rozumiem, że istnieje możliwość, by niektóre, ważniejsze jego części udowodnić na drodze rozumowej. W tym kryterium pytam o racjonalne dowody, które można przytoczyć na jego rzecz. Kolejność kryteriów, które podałem, nie jest przypadkowa, bo sądzę, że w większości sytuacji to właśnie pierwsze kryterium jest najważniejsze. Pomimo że w dyskusjach (z reguły) koncentrujemy się na tym kryterium trzecim: „jak możesz tego dowieść?”. Po tym długim dictum dwie obserwacje dotyczące naszego chrześcijańskiego światopoglądu. Obserwacja pierwsza. Rozmawiając niedawno z moim znajomym, który jest buddystą, uświadomiłem sobie, że jego światopogląd byłby dla mnie trudny do przyjęcia, ponieważ skazuje na… samotność. Oto ja i pusty kosmos. Ja i moje milczące, nieuniknione cykle reinkarnacji w niemej czasoprzestrzeni. Nie ma tam Kogoś, kto jest mną

zainteresowany, nie ma tu czułości, wsparcia. Słowem, brak tego wszystkiego, co odnajdujemy w chrześcijaństwie. W buddyzmie kresem jest nirwana, w chrześcijaństwie – biesiada przy stole (która symbolizuje relacje i towarzystwo). Budda oferuje wygaśnięcie, Chrystus – nową jakość w wybornym towarzystwie. Obserwacja druga. Podczas Świąt Wielkiej Nocy wiele dobrych i mądrych rzeczy mówiono o Zmartwychwstaniu, jego znaczeniu, ale jakoś pomijano historyczność tego wydarzenia. Fakt, że wypadki, jakie dokonały się 2000 lat temu, można – pod względem metodologii historycznej – dokładnie przebadać i dojść do wiążącej konkluzji: „był – umarł – zmartwychwstał”. Otóż, dysponujemy  dokumentami, mamy wczesne manuskrypty, znane są relacje naocznych świadków. Słowem, komplet materiałów do przebadania. Pamiętam, jak właśnie ten punkt (historyczna wiarygodność chrześcijaństwa) był jednym z kluczowych argumentów, które w czasie studiów przybliżyły mnie do Chrystusa. Potem znalazłem w chrześcijaństwie satysfakcjonujące, egzystencjalne wyjaśnianie dla mojego „tu i teraz”. Rozumiałem: „nie muszą odrzucić intelektu, by wierzyć”. Ale czy z tego można wnosić, że jest łatwo i gładko? Nie, moi drodzy. Nie można tego oczekiwać od naszego światopoglądu, bo opisuje on świat złożony, świat załamany, skażoną rodzinę Adama, więc nie ma co liczyć na proste katechizmowe wyjaśnienia. A to jeszcze nic, bo ów pogląd odnosi się do Najwyższego, Nieskończonego. Tu trzeba się często nagłowić. Czego Wam i sobie życzę.

21


ŚWIADECTWO ŻYCIA

Nigdy się nie

poddawaj Byłam skrzywdzona, czułam ogromną pustkę, nienawiść i straszny ból. W lutym 2011 roku umarł mój syn. Miał 31 lat. Ogarnęła mnie rozpacz i tak ogromny smutek i żal, że zachorowałam na Miłosz z Danutą i Wiolettą depresję

B

ył koniec listopada. Dzień wydawał się stracony, jeśli chodzi o głoszenie Ewangelii. Wracałem do domu ze spuszczoną głową. Po drodze postanowiłem kupić coś do jedzenia. Wychodząc ze sklepu, zwróciłem uwagę na pewnego chłopaka, który stał niedaleko. Widząc, że się zatrzymałem, ruszył w moją stronę. Pomyślałem: „Boże, jeśli podejdzie, jakiekolwiek są jego intencje, proszę, daj mi mądrość, abym umiał mu opowiedzieć o Tobie i uratować go od piekła”. Na jego twarzy zobaczyłem zagubienie i smutek. Był alkoholikiem, co potwierdziła jego prośba o  2 zł na piwo. „Nie mogę dać ci pieniędzy, o które prosisz – odpowiedziałem – ale chcę ci dać coś o  wiele bardziej wartościowego – wolność w  Jezusie”. Był zaskoczony, ale też zainteresowany, więc dałem mu traktat z Ewangelią oraz kontakt do siebie, a potem pomodliłem się o niego. Okazało się, że to nie był zmarnowany dzień. Niedługo potem Dominik – bo tak ma na imię ten chłopak – zadzwonił z prośbą: „Moja mama i znajoma są teraz ze mną w pokoju i chcą cię poznać. Czy możemy się spotkać?”. Umówiliśmy się na konkretny

22

Tzawsze ERAZ i

termin. Mieliśmy spotkać się na mieście, a  potem razem pójść do jego domu. Dominik wyszedł po mnie, ale w  tym samym czasie dostał wiadomość, że do jego mamy niespodziewanie przyjechał starszy syn, w dodatku pijany, i potrzebna była interwencja policji. Spotkanie trzeba było przełożyć na inny termin. Przykra sytuacja, ale na ile potrafiłem, starałem się pocieszyć jego mamę, uspokoić i zapewnić o modlitwie. Widziałem w tym ogromny sprzeciw złego, co jeszcze bardziej mnie zachęciło do walki o tę rodzinę. W modlitwę o nich zaangażowałem wiele osób, między innymi ze zboru w Ostrowie. Następne spotkanie odbyło się bez przeszkód. Danuta opowiedziała mi o  swoim bólu i  cierpieniu, samotności i  odrzuceniu. Poznałem historię jej syna, który zmarł w  młodym wieku. Za każdym razem, gdy o  nim mówiła, zanosiła się płaczem. Widziałem też w niej wiele żalu i nieprzebaczenia. W  obliczu jej problemów, tak po ludzku, nie byłem w stanie nic poradzić ani powiedzieć. Jednak Pan Bóg jest wielki i  ma moc zmienić życie człowieka, bo jest żywym Bogiem. Pomodliliśmy się razem i zaraz po wyjściu dostałem od niej

SMS-a, w którym napisała, że nasza rozmowa dała jej więcej niż 20 lat spotykania się ze Świadkami Jehowy, więcej niż całe życie chodzenia do kościoła. Na następnym spotkaniu, które odbyło się niedługo potem, była już Wioletta – znajoma Danuty. Razem rozważaliśmy te fragmenty Słowa Bożego, które wzbudzały ich wiarę. Spędziliśmy przy tym około trzech godzin, bo obie kobiety miały dużo pytań i niesamowity głód poznania Jezusa. Nie udawało mi się skończyć spotkania pomimo kilku prób. Nagle zza ściany wyszedł mąż Danuty (z  którym pozostaje w  separacji). Przepędził mnie i Wiolettę z domu, przeklinając i wyzywając przy tym od najgorszych. Kiedy tylko wyszliśmy i wsiedliśmy do jej samochodu, nagle pojawił się kolejny problem. Pijany Dominik, bardzo agresywny i jakby w amoku, jakby opętany, zaczął ją wyzywać, a  mi grozić pobiciem. Oczywiście stanąłem mu na drodze i zacząłem się modlić. Nigdy nie uznawałem siłowych rozwiązań za dobre. Podniósł pięść, ale zaraz ją opuścił i chwycił mnie za ubranie. W  tym momencie jakby go coś oparzyło, więc natychmiast mnie puścił i przestraszony odszedł. Później, przy następnym


spotkaniu twierdził, że ani nie rozumiał swojego zachowania, ani tej mocy, która go powstrzymała przed najgorszym. Dlatego pokutował z tego i innych grzechów. Tego samego wieczoru Wioletta wyznała grzechy Bogu i oddała Panu Jezusowi swoje życie. Ten dzień w niesamowity sposób pokazał mi moc Bożą i łaskę, którą ma dla zgubionych ludzi. W przejmujący sposób oddają to słowa samej Danuty: „Moje życie przez prawie 50 lat składało się z  bólu, upokorzeń, złamanych obietnic, a przede wszystkim nie było w nim oparcia w kimś, komu mogłabym na tyle zaufać, by tak prawdziwie powierzyć swoje myśli i to, co czuję – moje serce.  Byłam skrzywdzona, czułam ogromną pustkę, nienawiść i straszny ból. W lutym 2011 roku umarł mój syn. Miał 31 lat. Ogarnęła mnie rozpacz i tak ogromny smutek i żal, że zachorowałam na depresję. Byłam sama, bez wsparcia – tylko ja i straszny ból, który rozrywał mi serce i duszę. I ta doskwierająca samotność. Pewnego dnia, kilka tygodni temu spotkałam Miłosza. Pytałam go o to, co stało się z moim synem, również o  wiele innych spraw dotyczących Biblii, których nie rozumiałam. Do tej pory ciągle szukałam czegoś lub kogoś, kto

mi pomoże zrozumieć, jaki jest sens życia.  Przy pomocy przewodnika „Odkryj Życie” (studium biblijnego – od red.) mogę powiedzieć, że dzisiaj już poznałam Jezusa, Jego bezgraniczną miłość i  poświęcenie. Mogę tylko powiedzieć: Uwielbiam Pana i niech Jego Imię będzie wysławiane, bo On jest ponad wszystko. Rozpromienił moje serce, płacz zamienił w  radość, a  nienawiść w  przebaczenie. Chwała Mu, bo wypełnił moje serce miłością, wlał we mnie spokój. Dzisiaj już to wiem – najpiękniejszym darem było dla mnie poznanie Jezusa, bo On wypełnił pustkę w moim życiu. Wiem, że Jezus dostrzegł mnie, gdy cierpiałam ból i pomógł mi go pokonać. Kocham Go i uwielbiam”. Z czasem do spotkań dołączył 11-letni synek Danuty, Wojtuś. On też wyznaje, że kocha Pana Jezusa i chce wzrastać w wierze. Kiedyś powiedział, że pewnej nocy, gdy się obudził, kilka godzin się modlił, a  mimo to wstał wyspany i  miał dobry dzień z Bogiem. Warto dodać, że od czasu pierwszego spotkania Danuta ani razu nie płakała, choć do tej pory robiła to codziennie. Więcej, została wyrwana z depresji i nieprzebaczenia.

dzielnakobieta.pl czasami taka jestem: - Zaradna - Efektywna - Atrakcyjna - Współczesna

Odkryj siebie na: www.dzielnakobieta.pl

Wioletta natomiast poprawiła swoje relacje z mężem, odnalazła Prawdę, której szukała, a Wojtuś pokochał Jezusa i bardzo ucieszył się z  paczki Gwiazdkowej Niespodzianki. Nawet w tak małej sprawie Bóg jest wierny, bo chłopiec znalazł w niej rzeczy, o których marzył. Ze względu na przeciwności ze strony męża Danuty musieliśmy poszukać innego miejsca na spotkania. Udało nam się znaleźć pomieszczenie w przyszkolnej bursie i niedawno mieliśmy tam pierwsze spotkanie. Towarzyszyli nam także wierzący z  ostrowieckiego zboru, którzy mają w sercu misję w  Ostrzeszowie i  wspierają ją modlitwą. Dalej razem odkrywamy Boże Słowo i coraz bardziej poznajemy Boga. MIŁOSZ NOWAK Miłosz jest jednym z kilku misjonarzy, którzy we współpracy z Ligą Biblijną zakładają nowe zbory w naszym kraju. Ich służba jest możliwa dzięki wsparciu i modlitwom wierzących ludzi. Jeśli chciałbyś wspierać służbę Miłosza czy pozostałych misjonarzy, więcej informacji znajdziesz na stronie www.ligabiblijna.pl w zakładce „Wesprzyj”


Prześladowani za wiarę

N

ie wiem, od czego zacząć, myśli kłębią mi się w głowie, to tak trudny i  ważny temat, tak bardzo kontrowersyjny. Siedzę wygodnie w fotelu, popijam zieloną herbatę, jest tu ciepło i miło, nic mi nie zagraża. Obok śpi kot, mruczy przyjaźnie, w radiu słychać jakąś łagodną melodię, za oknem czasem kłócą się wróble – to mój świat. Jest bezpieczny i  stabilny... przynajmniej na razie. A przede mną lektura książki „Prześladowani za wiarę. Dramatyczne historie chrześcijan nawróconych z islamu”. Autorami są Br. Andrew i Al Janssen. Kiedy ją otworzyłam i  zaczęłam czytać, już nie mogłam się oderwać. Poruszyła mnie do głębi i zmusiła do zastanowienia się, czym jest tak naprawdę dla mnie chrześcijaństwo, co robię, co jestem w stanie poświecić, aby inni ludzi mogli poznać Jezusa. Książka, napisana w formie powieści, pokazuje losy grupki ludzi, których życie stało się dramatycznie trudne i niebezpieczne tylko dlatego, że zaufali Chrystusowi. Przenosi nas w  zupełnie inną rzeczywistość, dotyczącą jednak sporej części świata, czyli Bliskiego Wschodu. Staramy się wiedzieć, co się dzieje na świecie, a  większość informacji, która do nas dociera, jest raczej zła. Słuchamy, wzdychamy i ruszamy dalej do swoich zajęć. Ta książka zmusza jednak do głębszej refleksji. Pokazuje wojnę, tę duchową, w której – chcąc nie chcąc – i tak uczestniczymy. Kościół istnieje w świecie islamu, w takich krajach jak: Iran, Irak, Indonezja, Pakistan, Egipt, na Bliskim Wschodzie i w Azji Centralnej. Często działa w ukryciu i jest bardzo słaby. Te kościoły były świadkami powstawania i rozprzestrzeniania się islamu. Często były prześladowane i niszczone. Chrześcijanie w  krajach Bliskiego Wschodu walczą, a  ich życie często naznaczone jest ogromnym cierpieniem. Codziennie stają przed dylematami i decyzjami określającymi, kto jest w ich życiu najważniejszy. Nieraz są więzieni, bici, prześladowani, zabijani. Żyją w  rezultacie tak blisko i tak daleko nas. Szerzący się islam i  nienawiść jego wyznawców do nas, chrześcijan, i  kultury

24

zachodniej stanowi realne zagrożenie dla naszego świata. Ta garstka ludzi, która walczy tam, na pierwszej linii frontu, powinna być dla nas zachęceniem do naszej walki duchowej, ale i realnego działania, które mogłoby zmienić ich rzeczywistość. Jak wygląda kondycja współczesnego świata i nasza rola, jako Kościoła? Jak bardzo nasze życie jest odzwierciedleniem miłości do Jezusa, a  jak często miłym letargiem i  pewną rutyną działań? Jak często wychodzimy z  naszej strefy bezpieczeństwa, aby zmieniać świat wokół nas? To są pytania, które nasuwają się po przeczytaniu książki. Islam wydaje się stawać religią silniejszą niż chrześcijaństwo. Dla nich wiara i życie jest spójną całością, nie oddzielają tych dwóch stref. Taką samą miarę przykładają do chrześcijaństwa, przyglądając się Europie lub Ameryce, oceniają nas według swoich standardów. Głoszą, iż islam jest jedynym rozwiązaniem dla wszystkich problemów – moralnych, społecznych i  kulturowych. Zwiastowana im Ewangelia często nie robi na nich wrażenia, ponieważ obserwują nasz świat, demokratyczny, owszem, ale nietrzymający się norm moralnych. Kilka lat temu przywódca Hamasu zaprosił jednego z  autorów książki na uroczystość otwarcia nowej sali wykładowej Uniwersytetu Islamskiego w Gazie. Poproszono go, aby wygłosił wykład na temat: Czym jest prawdziwe chrześcijaństwo? „Patrząc na przywódców Hamasu siedzących naprzeciw mnie, oświadczyłem: Wy, muzułmanie, nie zrozumiecie przesłania krzyża, dopóki my, chrześcijanie, nie zaczniemy żyć słowami Chrystusa, który nakazał nam zaprzeć się samych siebie, wziąć nasz krzyż i  pójść za Nim”. W  komentarzu poniżej pisze: „Jeśli tego nie zrobimy, nie będziemy mieć żadnego wpływu na świat islamu. Nasze świadectwo będzie słabe i nic się nie zmieni, chyba że na gorsze, ponieważ będziemy się cofać przed ich szturmem”. Na świecie trwa wojna, także w wymiarze duchowym, której przejawem są konflikty ogólnoświatowe. Możemy stać się jej świadomymi i aktywnymi uczestnikami...

czego OKO nie widziało czego UCHO nie słyszało...

Br. Andrew, Al Janssen, „Prześladowani za wiarę”, Wydawnictwo Kefas, 2011, s. 384 I  jeszcze krótki cytat z  książki: „Dopóki nie będziemy gotowi oddać wszystkiego, co uważamy za wartościowe: wygody, samochodów, domów, kariery zawodowej, rozrywki, oszczędności, funduszy emerytalnych, czegokolwiek, o co poprosi nas Chrystus, aby stać się Jego uczniami i wypełnić Jego misję, dopóty świat nie będzie traktował Kościoła poważnie. To jest wyzwanie rzucone nam przez naszych braci żyjących pod jarzmem islamu [...], którzy zechcieli pójść za Chrystusem, nawet za cenę własnego życia”. Autorzy założyli stronę internetową: www.secretbelievers.org. Można tam znaleźć więcej informacji na tematy poruszane w książce. Warto zajrzeć. Jest to niezwykła książka, pisana miłością i  krwią, w  której wartość życia mierzy się wiarą w Jezusa, gdzie nie ma miejsca na kompromis, a za wybór płaci się najwyższą cenę. To życie toczy się równolegle z naszym, tak niedaleko. Nie powinniśmy pozostać obojętni, tym bardziej, że problem może dotknąć każdego z nas.

CZYTAŁEM, WIDZIAŁEM, SŁYSZAŁEM

MONIKA KRZYŻANOWSKA


PORTUGALIA

nie dla ciepłolubnych leżakowiczów

TEKST I ZDJĘCIA ROMAN KŁOSIŃSKI

Nie ma tam obiektów, które byłyby rozpoznawalne tak jak wieża Eiffla w Paryżu, Koloseum w Rzymie czy Tower Bridge w Londynie. Jednak przez to zwiedzanie może być ciekawsze

P

ortugalia – piękny kraj na samym krańcu Europy... dalej już tylko ocean. Z  powodu odległości to dla nas miejsce egzotyczne. W  dodatku to istotny element historii świata, dawne imperium. To wszystko sprawiało, że już dawno chcieliśmy z bliska zobaczyć ten kraj. W dodatku nasza córka kończący semestr swoich studiów podyplomowych spędzała w Coimbrze – jednym z najstarszych uniwersytetów Europy. Trudno było nie wykorzystać takiego zbiegu okoliczności.

Kuchenno-łazienkowe ulice Do Lizbony przybyliśmy w  spokojny, świąteczny dzień. To znacznie ułatwiło jazdę do hotelu po opustoszałej tego dnia Lizbonie. Pogoda również była przychylna – upał, ale na poziomie bardziej warszawskim niż iberyjskim. Położenie hotelu – w centrum, niedaleko jednej z dwóch linii metra – ułatwiało rozpoczęcie poznawania Lizbony. Nie ma tam obiektów, które

byłyby rozpoznawalne tak jak wieża Eiffla w Paryżu, Koloseum w Rzymie czy Tower Bridge w  Londynie, brak jest czegoś, co chciałoby się od razu zobaczyć, aby utwierdzić się w świadomości, że oto TU jestem. Jednak przez to zwiedzanie może być nawet ciekawsze, bo trzeba trochę większego wysiłku, aby wyszukać to, co warto zobaczyć. Widać było, że Lizbona swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Ciekawostką, która dość szybko rzuciła się w oczy, było bardzo częste zastosowanie płytek ceramicznych, czyli popularnej glazury, jako wykończenia ścian zewnętrznych, czy też wykorzystanych do wykonania tabliczki z  nazwą ulicy. Dla nas, przyzwyczajonych do obecności takich elementów prawie wyłącznie na ścianach kuchni i łazienek, był to widok dość osobliwy.

Most jak z Żoliborza na Mokotów Lizbona położona jest u ujścia rzeki Tag, ale słowo „rzeka” nie pasuje do naszego

KARTKA Z PODRÓŻY

wyobrażenia. Z  dwóch mostów znajdujących się w  Lizbonie ten krótszy ma ok. dwóch kilometrów, dłuższy – prawie 10. Gdy stoi się na środku dużego, nadbrzeżnego placu Praca de Comercio, można sobie wyobrazić to samo miejsce kilka wieków temu, gdy wyruszały stąd wyprawy na podbój świeżo odkrytych lądów. Wtedy wyrosła potęga kolonialna Portugalii. Z tamtych czasów świetności zostały w Lizbonie wspaniale budowle, które obejrzeliśmy następnego dnia w dzielnicy Belem. Największe wrażenie robi zespół klasztoru Hieronimitów z  XVI wieku. Monumentalne, a  jednocześnie misterne, koronkowe budowle. I wszechobecne płytki na ścianach. Zgodnie z  sugestią Oli, poświęciliśmy trochę czasu na zwiedzanie starej Lizbony tramwajem. Na pewnych liniach jeżdżą stare wagony, takie jak pamiętam z Warszawy wczesnych lat 60., zwane wówczas „kowbojkami”. Przy tym jeżdżą przez starsze dzielnice, bardzo wąskimi uliczkami, tak że mijane budynki F

25

KARTKA Z PODRÓŻY

Widok na dolinę Duro (po degustacji porto trzeba zjechać na dół)


KARTKA Z PODRÓŻY

naprawdę można często dotknąć ręką nie wychylając się przez okno.

Zimny Atlantyk W  Lizbonie zetknęliśmy się z  problemem, który występuje w większości krajów południowych. W  godzinach popołudniowych, które są dla nas normalnym czasem posiłku, tam można zjeść co najwyżej kanapkę lub sałatkę. Aby zjeść obiad, trzeba się udać do restauracji ok. 14.00, tak aby zdążyć zjeść przed zamknięciem. Później, aż do 20.00 możemy liczyć na wspomniane kanapki i sałatki. Po dwudniowym pobycie w  Lizbonie przenieśliśmy się na jeden dzień o kilkanaście kilometrów w okolice Sintry. Tak nam się tam spodobało, że zarezerwowaliśmy sobie pokój również na ostatnie dni przed opuszczeniem Portugalii. Następnego dnia wyjechaliśmy rano do Coimbry, aby spotkać się z Olą i razem spędzić kolejne dni. Po drodze widać było dobrze wykorzystane środki uzyskane po wejściu do Unii; Portugalia ma dzięki nim dość dobrą sieć autostrad. Niestety w większości są płatne i to czasem dość wysoko. Odcinek nieprzekraczający 250 kilometrów kosztował ponad 40 euro. Na chwilę zatrzymaliśmy się w Coimbrze. Tam mieści się jeden z trzech najstarszych uniwersytetów w  Europie. Ponieważ była niedziela, miasto było opustoszałe. Jest ono położone ok. 40 km od wybrzeża, na górzystym terenie. To jest przyczyną naprawdę dokuczliwych upałów, więc każdy, kto ma możliwość, w wolny dzień stamtąd ucieka. My również wraz z Olą pojechaliśmy razem na atlantycką plażę, do miasteczka Aveira, które możemy uznać za tamtejszy Sopot czy Międzyzdroje. Plaża naprawdę imponująca – całe kilometry wydm, za którymi pojawia się kilkadziesiąt metrów ładnego piasku i falujący Atlantyk. Woda była niestety dość zimna, szczególnie jeżeli porównać ją z  morzem Czerwonym czy Śródziemnym, ale skorzystaliśmy, na ile to możliwe, z tego, co zaoferowała natura.

„Hej, sokoły” usłyszane w Porto Wieczorem dotarliśmy do Porto. Ola poprowadziła nas intrygującymi zaułkami nad rzekę, do której zeszliśmy bardzo krętymi, kamiennymi schodami. Porto położone jest w dolinie rzeki Duro. Znane jest właśnie z  porto (wzmacnianego wina portugalskiego). Na jednym brzegu znajdują się słynne na cały świat piwnice-magazyny z tym trunkiem. Wszystkie, dzięki olbrzymim neonom, są widoczne z  drugiego brzegu, wzdłuż którego

26

Tzawsze ERAZ i

ciągną się całe kilometry restauracyjek. W jednej z nich, po wyczerpującym dniu, mogłem w towarzystwie córek skosztować lokalny specjał. Mieliśmy tam niespodziewane spotkanie. Wzdłuż bulwaru chodziła młoda dziewczyna i grała na skrzypcach. Zatrzymała się też niedaleko naszego stolika. Po zakończeniu krótkiego recitalu przeszła między stolikami z kapeluszem. Ponieważ to, co grała, podobało nam się, zasiliłem jej nakrycie głowy, a ona powiedziała „dziękuję”. Okazało się, że jest Ukrainką i kilka lat mieszkała w Polsce. Opowiedziała nam nieco o życiu w Portugalii, a później zagrała coś polsko-ukraińskiego, czyli „Hej, sokoły”.

Zdarzyło się nawet, że kelner w Aveira, nad morzem, gdy usłyszał zamówienie: dwie porcje i dwie sałatki (na cztery osoby), powiedział, że nie przyniesie, bo to dla nas za dużo!

rzeki, była całkowicie przeszklona. Dzięki temu do przeżyć smakowych można było dołączyć estetyczne, ponieważ widok na wijącą się w dole rzekę był wspaniały. Z  żalem opuszczaliśmy piękną dolinę, tym razem nie zatrzymując się w mijanych po drodze urokliwych miasteczkach.

Kelner każe redukować zamówienie W Bradze rozstaliśmy się z naszą starszą córką i pojechaliśmy do hotelu. Braga – zgodnie z  tym, co o  niej mówią Portugalczycy („Jak się uczyć to w  Coimbrze, bawić w  Porto, a  moDachy w Porto, po drugiej stronie rzeki piwnice z porto

Jeden z bajkowych pałaców w Sinatrze

Porto z Porto

Kolejnym etapem podróży była dolina rzeki Duro.Właśnie tam są winnice, z których owoce – po przerobieniu na porto – stanowią tutejsze bogactwo. Losowo wybraliśmy jedną z winnic i niezwykle krętą, długą drogą, wspinając się serpentynami, dojechaliśmy do celu. Budynek, z zewnątrz kamienny, wyglądający dość wiekowo, w  środku zaskoczył bardzo nowoczesnym wyposażeniem. Tam można było się zapoznać ze sposobem produkcji porto, obejrzeć olbrzymie beczki z  dojrzewającym trunkiem, dokonać degustacji i  oczywiście nabyć dowolną ilość napoju. Degustacja odbywała się w sali, w której ściana od strony

dlić w  Bradze”), jest miastem kościołów. Zresztą bardzo ładnym. Jednym z  ciekawszych obiektów jest kompleks klasztorny Bom Jesus, położony w  pięknym parku na jednym ze wzgórz otaczających Bragę. Najbardziej charakterystyczne są kaskadowe schody prowadzące od dołu do dziedzińca przed głównym kościołem kompleksu. Wieczorem przenieśliśmy się ponownie do Porto, aby poznać je za dnia. Wieczorne impresje zostały potwierdzone – to naprawdę pięknie położone miasto, jak większość w  Portugalii, na wzgórzach, wzdłuż rzeki, z  wieloma ciekawymi miejscami wartymi obejrzenia.


Podczas powrotnej drogi na południe zatrzymaliśmy się na chwilę w Coimbrze. Ola wraz z polskim kolegą ze studiów zaprowadzili nas na obiad do restauracji, do której na pewno byśmy nie trafili. A gdyby nawet, to natychmiast po wejściu byśmy zrejterowali. Pomieszczenie było naprawdę małe – kilka ciasno ustawionych stolików, wrażenie prowizorki i  zaniedbania. Tymczasem jedzenie było naprawdę dobre i obfite. Gdy zbliżała się godzina 15.00, restauracja została zamknięta, a personel sam przystąpił do jedzenia, przy sąsiednim stoliku (w tamtym pomieszczeniu w zasadzie wszystkie stoliki były sąsiednie), nie zwracając na nas specjalnej uwagi.

lepszego smaku niektórych owoców, np. pomarańczy. A  tymczasem Brazylijczycy twierdzą, że pomarańcze w  Portugalii nie umywają się do tych w  Brazylii. Ciekawe wobec tego, co powiedzieliby o tych dostępnych w Polsce?

Wieże jak ścięte mieczem Przemieszczając się na południe, zatrzymaliśmy się, aby obejrzeć Monasteiros de Batalha. To kościół i klasztor, którego budowę trwającą 150 lat rozpoczęto w XIV wieku. Ogrom, a  jednocześnie precyzja detali tej gotyckiej budowli robi wrażenie. Ale najbardziej zapada w  pamięć niedokoń-

dekoracją na torcie, zrobioną przez szalonego cukiernika. Portugalia żegnała nas drobnym deszczem i temperaturą niewiele przekraczającą 15 stopni, co na początek lipca jest raczej ewenementem. Czułem trochę niedosytu z  powodu niespróbowania prawdziwego surfingu i innych atrakcji wodnych. Sam ocean, z  uwagi na temperaturę wody, nie zachęca do dłuższych kąpieli. Portugalia nie jest więc wymarzonym miejscem dla ciepłolubnych „leżakowiczów”, ale w pełni to rekompensuje wieloma innymi atrakcjami. ROMAN KŁOSIŃSKI

Widziany z wieży Belem most nad Tagiem (w węższym miejscu)

Schody w Bom Jesus w mieście kościołów – Bradze; na zdjęciu autor z córką

Wielkość porcji w restauracjach zdumiewała nas od początku pobytu (może poza Lizboną). Zdarzyło się nawet, że kelner w Aveira, nad morzem, gdy usłyszał zamówienie: dwie porcje i dwie sałatki (na cztery osoby), powiedział, że nie przyniesie, bo to dla nas za dużo! Zredukowaliśmy zamówienie, a gdy je dostaliśmy, okazało się, że miał całkowitą rację. Później zawsze zamawialiśmy mniej, niżby to wynikało z liczby osób, i zawsze byliśmy najedzeni. Szczególnie dobre są tam ryby, a wśród nich portugalska specjalność i potrawa narodowa – Bacalao, czyli po prostu dorsz, przyrządzany na różne sposoby. Jedzeniowym spostrzeżeniem była konstatacja bardzo różnego, znacznie

czona z  niewiadomych powodów kaplica: okrągła, o średnicy ponad 30 m, mająca być miejscem pochówku króla Edwarda I. Pozbawiona dachu, z wieżami, które wyglądają jak obcięte gigantycznym mieczem, jest świadectwem nietrwałości ludzkich zamysłów i dokonań. Ostatnim miejscem, w którym spędziliśmy dość dużo czasu, była ponownie Sintra. To miejsce o  niezwykle dużym nasyceniu zamkami i pałacami, zarówno zrujnowanymi, jak i zadbanymi, utrzymywanymi w bardzo dobrym stanie. Szczególnie wyróżnia się Palacio de Pena, a  to przez różnorodność stylów, kolorów, położenie na szczycie wzgórza, kojarzący się z jakąś misterną

KARTKA Z PODRÓŻY

27


Pasjonaci Wspólnych Marzeń zapraszają na:

OBÓZ CHRZEŚCIJAŃSKI Integrujemy, sięgając Nieba!

z dopiskiem: Obóz Wetlina + Wycieczka (imię i nazwisko)

- z wycieczką - zaliczka 385 zł

z dopiskiem: Obóz Wetlina (imię i nazwisko)

Do 15 czerwca zaliczkę prosimy wpłacać na konto: Ewa Gajewska: 20 1140 2004 0000 3302 7419 0920 - tylko obóz - zaliczka 300 zł

11 – 18 sierpnia, Wetlina ( Bieszczady) wycieczki górskie wycieczka w dzikie strony Bieszczad rejs statkiem - Jezioro Solińskie wieczory uwielbieniowe wieczór łemkowski, gry zespołowe goście: pastorstwo Mariola i Krzysztof Zaręba Koszt obozu: osoba dorosła: do dnia 15.06 – 740 zł / osobę od dnia 16.06 – 780 zł / osobę dziecko: 7 - 12 lat: 490 zł / osobę

* wycieczka dodatkowo płatna 85 zł / osobę

Ostateczny termin zgłoszeń mija 20 lipca 2012 r.

kontakt: pwm.group@schpolnoc.pl Więcej informacji na stronie: www.schpolnoc.pl zakładka Pasjonaci Wspólnych Marzeń

| PASJONACI WSPÓLNYCH MARZEŃ | Społeczność Chrześcijańska "Północ" | 03-215 Warszawa | ul. Jagiellońska 71 | www.schpolnoc.pl |


Teraz i Zawsze nr 4 (16) Kwiecień 2012