Issuu on Google+


SPIS TREŚCI

Puls UM

Drodzy Czytelnicy! 2008 rok rozpoczął się już na dobre i co więcej, wcale nie zamierza zwalniać tempa, ale gna jak szalony do przodu. Karnawał dopiero się zaczynał, a tu już po ostatkach; Bal Medyka także za nami – zostały tylko wspomnienia i sporo zdjęć – niektóre z nich możecie oglądać na naszej okładce. Na Uczelni też o wytchnienie trudno. Co prawda, zbliżają się powoli zimowe ferie, ale chyba jeszcze będziemy musieli na nie solidnie zapracować i nieraz wykazać się wiedzą (przed liczeniem tylko na szczęście przestrzegam)… Niewątpliwie jednak szybki upływ czasu ma też swoje zalety, bo oto na przykład minęliśmy już półmetek zimy i tylko patrzeć, kiedy zza chmur wyjrzy nieśmiało wiosenne słońce. Póki co, zamiast na dworze, niektórym z nas zrobi się pewnie trochę cieplej na sercu i to już niebawem – a wszystko za sprawą patrona… epileptyków, który obchodzi swoje imieniny 14 lutego. Jak zawsze jednak zachęcam do obchodzenia osobistych Walentynek w każdym, dowolnie wybranym dniu roku – myślę, że warto. W oczekiwaniu na pierwsze oznaki wiosny czy (jak kto woli) na Walentynki, albo po prostu pomiędzy egzaminami i zaliczeniami, zapraszam do lektury lutowego „Pulsu UM”. W tym numerze możecie m.in. prześledzić, jak powstaje nasza gazeta, poznać bardzo różne opinie o Dniu Zakochanych, ale także już tradycyjnie wybrać się w podróż (póki co palcem po mapie) i wygrać atrakcyjne nagrody – a to tylko niektóre z naszych lutowych propozycji. Mam nadzieję, że i tym razem warto się skusić… Miłej lektury! Aleksandra Suchecka

Spis treści

Drodzy Czytelnicy!...........................................................3 Mikroskop.........................................................................4 – Twój lekarz powie Twoim komórkom, co mają robić – Bakteryjna dywersja – Hamburger zbiera żniwo, jak przewidywano – Nerkowy mikroodkurzacz Gdzie się podziały tamte mikroby, Panie Profesorze?.....5 – prof. dr. hab. med. Andrzej Szkaradkiewicz Wariograf.........................................................................6 – dr hab. Franciszek Główka Bal Medyka 2008.............................................................8 „Aha… zagraniczna – no, to nic się nie stało…”...........10 – czyli o nierównym traktowaniu studentów Miesiąc wiedzy o...........................................................12 – stypendia socjalne 65 gramów......................................................................14 – czyli jak powstaje „Puls UM”? Przeciw marzeniom........................................................16 – o Uniwersytecie Marzeń polemika WalęTynki…..................................................................18 – czyli Święto Zakochanych od innej strony Jak to jest być sobą za 50 lat?.........................................20 Poezja..............................................................................21 Kicz, czy dzieło...............................................................22 – czyli krótki przegląd komedii romantycznych Piła 4................................................................................25 – kultowy horror czy beznadziejna komedia? Wspomnieniem przez świat............................................26 – Kraina czterech pór roku Poradnik Studenta-Turysty..............................................28 – tym razem o formalnościach Muzyka filmowa.............................................................30 – „Ostrożnie, pożądanie” Krzyżówka......................................................................32 Nagrodzeni......................................................................33 Humor.............................................................................33

“Puls UM” Gazeta Studentów Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu Redaktor Naczelna: Aleksandra Suchecka, ola.jogi9@gmail.com Z-ca Redaktor Naczelnej: Maciej Tomczak, czamuko@gmail.com Sekretarz: Piotr Chomiak, chomiakbox-pulsam@yahoo.pl Redaktor Techniczny: Dawid Brudnicki, dawid@srg.pl

Grafik: Maciej Chojnacki Rysunki: Agnieszka Gut Kolegium Redakcyjne: Dorota Karmowska, Patryk Konieczka, Marcin Kordasz, Ewa Kubacka, Beata Leszczak, Anika Mielewczyk, Marta Mozol, Mateusz Pawelczak, Łukasz Waligórski Współpracownicy: Łukasz Chojnowski, Jagoda Matuszak, Izabela Niśkiewicz, Jan Nowak, Piotr Skrobich

Adres Redakcji: ul. Przybyszewskiego 39, DS „Eskulap”, pok. 3 (obok administracji), 60-356 Poznań, tel./faks (061) 658-44-35, e-mail: pulsum@wp.pl, pulsum@ump.edu.pl, www.pulsum.pl Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania i audiustacji tekstów oraz zmiany ich tytułów. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za fantazję reporterów. Nadesłanych tekstów nie zwracamy. Druk: Wydawnictwo Uczelniane Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, nakład 4000 egz. Numer zamknięto 4.02.2008 Projekt okładek: Maciej Chojnacki Skład: Dawid Brudnicki, Marcin Kordasz, Maciej Tomczak 


MIKROSKOP

Gazeta Studentów

MIKROSKOP czyli porcja interesujących nowinek ze świata nauki specjalnie dla Was!!! Twój lekarz powie Twoim komórkom, co mają robić

Specjalną zdolnością mezenchymalnych komórek macierzystych jest możliwość różnicowania w komórki tkanek, takich jak: mięśniowa, nerwowa czy tłuszczowa. Ponieważ komórki te znajdują się w naszym szpiku kostnym, możliwość sterowania ich wzrostem przyniosłaby potężne możliwości terapeutyczne. Właśnie na to daje nam nadzieję nowe odkrycie naukowców z Bostonu. David Scadden ze swoim zespołem odkrył, że stosując lek przeciwnowotworowy bortezomib, można skłonić mezenchymalne komórki macierzyste do przekształcenia w osteoblasty. Gdyby takie przekształcenie mogło zajść wewnątrz ludzkiego organizmu, wykształcone osteoblasty naprawiałyby szkody powstałe w wyniku osteoporozy albo niektórych typów nowotworów, takich jak np. szpiczak mnogi.

Bakteryjna dywersja

Campylobacter jejuni to jeden z paskudnych mikrobów, które potrafią się ukrywać wewnątrz naszych komórek. Dlaczego fortel temu sprawcy zakaźnych biegunek uchodzi na sucho, sprawdzili Robert Watson i Jorge

Galan z Yale University. Pierwsza adaptacja C. jejuni do przeżycia wewnątrz komórek jelita to głębokie zmiany fizjologiczne. Drugie przystosowanie wydaje się bardziej spektakularne – bakteria, która jest po fagocytozie kierowana do lizosomów, opuszcza pęcherzyk fagocytarny, zanim dotrze na miejsce. Lepsze zrozumienie zachowania C. jejuni może się przyczynić do skuteczniejszego leczenia wywoływanych przez ten drobnoustrój chorób.

Hamburger zbiera żniwo, jak przewidywano

W Polsce zespół metaboliczny, czyli współistnienie kilku istotnych czynników ryzyka chorób układu krążenia, zdiagnozowano u 4% osób poniżej 30. roku życia. W Stanach Zjednoczonych zdiagnozowano go u 9%... nastolatków. Statystyka przygotowana przez Stephena Cooka dla Pediatric Metabolic Syndrome Working Group pokazuje, że mimo ostatnich sukcesów kampanii antynikotynowych, stan zdrowia populacji Stanów Zjednoczonych może nie ulec wyraźnej poprawie ze względu na głęboko zakorzenione złe nawyki żywieniowe.

Nerkowy mikroodkurzacz

Obraz z mikroskopu elektronowego: komórki 6 godzin wcześniej zakażone C. jejuni. Źródło: PLoS Pathogens Vol. 4, No. 1, e14. 

Czy budziło to czyjeś zdziwienie, że mimo przylegania dużych białek do kłębuszkowej błony filtracyjnej w nerkach, ta nie zatyka się niczym syfon zaniedbanego zlewu? Tym, których nurtuje to pytanie, odpowiada w PNAS z 15. stycznia 2008 r. Shreeram Akilesh wraz z zespołem. Okazuje się, że na powierzchni kłębuszkowych podocytów występują receptory, które wyłapują przylepione do błony filtracyjnej przeciwciała IgG. Po wykryciu przeciwciała podocyt wchłania je, tym samym oczyszczając błonę filtracyjną. Możliwe, że podobny mechanizm działa w nerkach także dla innych białek. Odkrycie zapewne przyczyni się do poznania genetycznych podstaw niektórych chorób nerek. Opracował: Jan K. Nowak


NAUKA

Puls UM

Gdzie się podziały tamte mikroby, Panie Profesorze? Rozmowa z prof. dr. hab. n. med. Andrzejem Szkaradkiewiczem, kierownikiem Katedry i Zakładu Mikrobiologii Lekarskiej.

W ostatnich latach coraz częściej słyszymy o ciężkim, piorunującym przebiegu zakażeń. Czy pojawiły się zatem nowe mikroorganizmy, będące patogenami człowieka? Drobnoustroje, spośród których bakterie jako pierwsze pojawiły się na naszej planecie około 3,8 mld lat temu, tworząc od milionów lat otoczenie zwierząt i ludzi, ulegają stałej ewolucji. Mechanizmy obronne (odpornościowe) człowieka, stosowane leki przeciwdrobnoustrojowe, czynniki środowiskowe, oddziałując ewolucyjnie, zmuszają patogeny do poszukiwania własnych, coraz nowszych strategii wirulencji, czyli zjadliwości. Efektem tych zjawisk są więc nowe patogeny i związane z nimi nowo pojawiające się lub nawracające choroby zakaźne. Przykładem może być dynamiczny wzrost występowania w Europie, w tym także w Polsce, inwazyjnej choroby meningokokowej wywołanej bakterią Neisseria meningitidis C, często o piorunującym przebiegu, wyłanianie się nowych wirusów grypy i rozprzestrzenianie się wysoko patogennego wirusa grypy ptasiej (H5N1), pojawienie się nowego koronawirusa (SARS-CoV), wywołującego ciężki ostry zespół oddechowy (SARS). Aktualnie, co najmniej 30 nowych chorób zakaźnych zagraża ludziom na świecie, przy czym wobec większości z nich nie są znane skuteczne metody terapeutyczne. Na czym właściwie polega ta wysoka patogenność wirusa grypy ptasiej (H5N1)? Chodzi tu o ciężki przebieg choroby. Aktywne ogniska zapalne rozwijają się u człowieka w miąższu płucnym i układzie pokarmowym, co w efekcie prowadzi do wysokiej śmiertelności, w zakresie od 33% do ponad 50%. Wystarczy porównać z wirusami grypy człowieka (A i B), powodującymi śmiertelność na poziomie 0,1%. Jednak nie jest to też niski odsetek, wobec ponad 100 mln ludzi chorujących rocznie na świecie na grypę. A więc, z jednej strony nowe groźne dla człowieka patogeny, a z drugiej znane wprawdzie patogeny, ale oporne na antybiotyki? Te „znane” lekooporne, często wielolekooporne patogeny są przyczyną bardzo poważnych, uogólnionych zakażeń, często o śmiertelnym przebiegu. W ostatnich latach

obserwuje się gwałtowny wzrost lekooporności bakterii, co wiąże się z poważnym nadużywaniem antybiotykoterapii. Pierwszy, wprowadzony do lecznictwa w 1943 roku, antybiotyk – penicylina, stosowany był w początkowym okresie przede wszystkim w leczeniu ran zakażonych przez gronkowce. Już w 1944 roku pojawiły się szczepy oporne na penicylinę, a obecnie ponad 98% izolowanych gronkowców charakteryzuje się opornością na ten antybiotyk. Jednocześnie, w latach 60-tych opisano gronkowce oporne na metycylinę (MRSA), tzn. oporne na wszystkie antybiotyki beta-laktamowe i inne grupy antybiotyków, jednak pozostające wrażliwe na antybiotyki glikopeptydowe (wankomycyna). Aktualnie ocenia się, że około 53 mln ludzi na świecie jest nosicielami MRSA. Niestety, w 2002 roku w USA pojawiły się szczepy S. aureus całkowicie oporne na wankomycynę, tzw. VRSA. Szczęśliwie, jak dotąd wyizolowano od chorych w USA jedynie trzy takie szczepy. Poważny problem terapeutyczny stanowią także enterokoki oporne na wankomycynę (VRE), jak również pałeczki jelitowe, wytwarzające enzymy rozkładające antybiotyki o bardzo rozległych profilach substratowych (ESBL, AmpC itd.). Rozprzestrzenianie się lekooporności wymaga stałego monitorowania oraz działań opartych o sieć międzynarodowego nadzoru i zwalczania w ramach WHO, ECDC, w czym także uczestniczy Katedra i Zakład Mikrobiologii Lekarskiej UM w Poznaniu. W otaczającym nas świecie zachodzi więc ciągła przemiana. Dotyczy to także naszej Uczelni, szczególnie w tym „roku wyborczym”. Czy można przewidzieć kierunek ewolucji? Analizując z perspektywy patogenów, ewolucja może być wynikiem zmian stopniowych (mówimy wówczas o przesunięciach antygenowych) lub skokowych, co wiąże się z wyłonieniem nowego mikroorganizmu. Oczywiście, ewolucja „skokowa” jest trudno przewidywalna i może stanowić nowe zagrożenia biologiczne. Jednak, najważniejszy jest zawsze genom i nisza ekologiczna, z którą jest związany. Dziękujemy za rozmowę. Opracował: Maciej Tomczak 


WARIOGRAF

Imię i nazwisko:

Gazeta Studentów

Franciszek Główka

Stopień naukowy, stanowisko, miejsce pracy: dr hab., Kierownik Katedry i Zakładu Farmacji Fizycznej i Farmakokinetyki UMiKM w Poznaniu Staż na Uczelni: 1 października 2007 roku minęło 25 lat pracy 1. Trzy słowa, które najtrafniej mnie opisują: odpowiedzialny, niecierpliwy, konsekwentny 2. Jestem mistrzem w: Nie mnie oceniać siebie, słowo „mistrz” kojarzy mi się z czymś niedoścignionym. 3. Mam słabość do: Jeżeli już, to do wszystkiego, co jest piękne, np. pięknej, delikatnej porcelany... 4. Nie potrafię: Jest wiele rzeczy, których nie potrafię robić np. grać na skrzypcach, za to chętnie słucham muzyki, gdzie słychać dźwięki tego pięknie brzmiącego, a jednocześnie bardzo trudnego do nauki, instrumentu. 5. Zawsze chciałem się nauczyć: Może to zabrzmi banalnie, ale zawsze, kiedy spacerowałem nad Jeziorem Maltańskim i oglądałem zjeżdżających slalomem narciarzy, chciałem nauczyć się jazdy na nartach. W końcu późno, ale od dwóch lat zjeżdżam ze stoku, może jeszcze nie ostrym slalomem. 6. Chciałbym jeszcze: Jest wiele rzeczy, których chciałbym jeszcze nauczyć się, np. jazdy na snowboardzie, języka hiszpańskiego, czy też gry na akordeonie. 7. Autorytetem jest dla mnie: Miałem dość dużo szczęścia w swoim życiu, począwszy od najmłodszych lat, spotkać wielu zacnych ludzi, których postawa życiowa w zgodzie z zasadami etycznymi i przepełniona pracą była i jest dla mnie niewyczerpanym drogowskazem życiowym. Noszę głęboko w sercu pamięć o tych ludziach i wielką wdzięczność za to, co dla mnie zrobili, czego nauczyli. 8. Kiedy kłamię: Odpowiem tak: „Kłamstwo jest złym nawykiem człowieka i jest stale na ustach ludzi źle wychowanych” i dodam: bojących się odpowiedzialności za swoje czyny. 9. Słowa, których nadużywam: właściwie, w zasadzie 10. Irytuje mnie: głupota, brak odpowiedzialności ludzi za siebie i innych, egoizm i pycha. Jazda z nadmierną szybkością, palenie tytoniu w kawiarniach, restauracjach, klubach, nadużywanie alkoholu i innych używek oraz bycie 


WARIOGRAF

Puls UM zaślepionym niewolnikiem panującej mody mieści się w tym, co wcześniej powiedziałem. Jeżeli chodzi konkretnie o studentów, to irytuje mnie najbardziej, można to nazwać rozpowszechnionym swego czasu terminem, pomroczność. Wyjaśniam: niektórzy zaraz po zakończeniu zajęć przestają poznawać swoich nauczycieli, wykładowców. Dziwna metamorfoza zachodzi u niektórych osób. Dodam, że nie jest to tylko moje spostrzeżenie. 11. Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem? Dość przewrotne pytanie. Jeżeli już mam odpowiedzieć, to myślę, że chciałbym być malarzem portrecistą, bądź muzykiem. 12. Studentom zazdroszczę: Powiem wprost: niczego młodym ludziom nie zazdroszczę. Czyż można zazdrościć ciężkiej pracy, stresu przed egzaminami, nieprzespanych nocy, często niedostatku pieniędzy? Młodości? Lata młodości mam już za sobą i trzeba się cieszyć tym, co się ma, to też sztuka, a nie zazdrościć. Zazdrość rodzi same problemy, a pożytku zapewne żadnego. 13. Kiedy stoję w korku: staram się zachować spokój, chociaż niełatwa jest to sztuka, zwłaszcza, że wszyscy śpieszymy się. Gdy mnie zaczyna złość ogarniać, staram się stosować do zapamiętanej myśli: „najpierw sam powinieneś trwać w pokoju, aby ten pokój zanieść innym”, w tym przypadku innym kierowcom, też zapewne spieszącym się, jak ja. Gdy widzę mocno spieszącego, przepychającego się kierowcę, to mówię sobie: spiesz się, spiesz i tak się spotkamy „przy światłach”. Z reguły sprawdza się. 14. Zawsze mam przy sobie: portfel z dokumentami, nie za-

wsze wypełniony pieniędzmi i coś słodkiego 15. Niezwykła umiejętność, którą posiadam: Nic mi o tym nie wiadomo, posiadam umiejętności zwykłego śmiertelnika, o których nie wypada nawet w tym miejscu pisać. Jeżeli coś czasami lepiej mi się udaje zrobić niż innym, to dlatego, że gdy bardzo lubię to coś robić, znacznie więcej się angażuję. Pochłonięty jestem wówczas osiągnięciem celu. 16. Moje ulubione miejsce na Ziemi: Mam takie trzy ulubione miejsca. Jedno znajduje się w Wielkopolsce, drugie na Ziemi Lubuskiej, a trzecie gdzieś w Europie. Gdzie dokładnie? To już moja mała tajemnica. 17. Muzyka, przy której się bawię: Teraz rzadko się bawię, ale jeżeli już to muzyka z lat 70-tych i 80-tych. Nie znoszę głośnej muzyki, którą serwują kluby młodzieżowe, ale nie tylko. Jak przy tym można odpocząć, jest dla mnie zagadką. 18. Muzyka, przy której odpoczywam: muzyka klasyczna – Mozart, Debussy, Grieg 19. Energii dodaje mi: wypoczynek w otoczeniu zielonej przyrody, odrobina promieni słonecznych i trochę radości np. z sukcesów moich dzieci. Trudno nie wspomnieć o smacznym domowym obiedzie. 20. Moja dobra rada dla studentów: Paradoksalnie doświadczenie jest nieprzekazywalne, młodzi mają dość rad starszych. Jeżeli już mam coś powiedzieć, to zacytuję słowa naszego Wielkiego Rodaka: „Młodzieży, wymagajcie od siebie, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. Często też powtarzam moim studentom słowa z Księgi Mądrości „Każdy trud przynosi zysk”. I tyle.

W dniach 22-24. lutego 2008r. Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego organizuje „Drzwi Otwarte” dla kandydatów na studia

Harmonogram wykładów otwartych piątek, 22. lutego (Centrum Kongresowo-Dydaktyczne): Wydział Lekarski I godz. 13:00 Wydział Lekarski II godz. 16:00 sobota, 23 lutego (Collegium Stomatologicum) Wydział Nauk o Zdrowiu godz. 12:00 niedziela, 24 lutego (Centrum Kongresowo-Dydaktyczne) Wydział Farmaceutyczny godz. 11:00 Dodatkowo wykłady z kosmetologii:

„Mity i fakty współczesnych terapii przeciwzmarszczkowych. Czy nastolatki potrzebują kosmetyków przeciwzmarszczkowych?” Collegium Stomatologicum, sala 202 – 22 lutego, godz. 13:15 „Jak właściwie pielęgnować skórę?” Collegium Stomatologicum, sala 202 – 23 lutego, godz. 14.30

Zapraszamy !!! 


WYDARZENIA

Gazeta Studentów

Bal Medyka 2008 Jeśli zapytać przypadkowo spotkanego studenta, z czym kojarzy mu się styczeń, jego odpowiedź najprawdopodobniej będzie brzmiała: z sesją. Nieważne, czy będzie to żak z Akademii Rolniczej, czy AWF-u – wszyscy odpowiedzą tak samo. Podejrzewam jednak, że wśród wielu studentów Uniwersytetu Medycznego odpowiedź będzie zupełnie inna. Otóż dla wielu z nas styczeń jednoznacznie kojarzy się z Balem Medyka, chyba jedynym tak dużym wydarzeniem na poznańskich uczelniach. Również w tym roku mieliśmy okazję wybrać nową sukienkę, wyprasować specjalnie zakupioną na tę okazję koszulę, aby podczas wyjątkowej sobotniej nocy móc zabawić się wraz z kadrą profesorską w odświętnie przystrojonym Collegium Stomatologicum. Niewiele jednak brakowało, abyśmy zostali pozbawieni tej przyjemności. Dwa dni przed terminem Balu został on odwołany. Ze względu na wprowadzenie żałoby narodowej podjęto decyzję o jego przełożeniu na następny weekend. Nie byłoby to jednak takie proste, gdyż Bal Medyka nie jest imprezą, którą planuje się dwie godziny przed wyjściem z domu. Ale o tym później... Jako, iż po kilku godzinach od podjęcia decyzji o odwołaniu Balu okazało się, że żałoba narodowa trwa do godziny 19:00 w sobotę, nic nie stało na przeszkodzie, aby 26 stycznia o godzinie 20:00 móc rozpocząć „bal na ponad 300 par”. Gdy już wszyscy goście dotarli do Collegium Stomatologicum (warunki atmosferyczne na pewno tego nie ułatwiały), można było rozpocząć część oficjal-

ną. Życzenia dobrej zabawy usłyszeliśmy m.in. z ust JM Rektora prof. dr. hab. Grzegorza Bręborowicza oraz Pawła Żebryka, przewodniczącego Rady Uczelnianej Samorządu Studenckiego. Czym byłby jednak bal bez tradycyjnego poloneza? W pierwszej parze tańczyli JM Rektor oraz Magdalena Cerbin, zastępca przewodniczącego RUSS. Za nimi tanecznym krokiem podążało tylko 69 par (to i tak dużo, jak na tak małą ilość miejsca). Po kilku minutach parkiet był już do dyspozycji wszystkich gości i tak pozostało do późnych godzin nocnych (a może lepiej – wczesnych porannych). Bal Medyka to nie tylko okazja do tańca. Dzięki niemu możemy spotkać znajomych z innych kierunków czy wydziałów. Na dwóch piętrach Collegium Stomatologicum, przy stołach zastawionych jedzeniem oraz napojami, studenci naszej Uczelni mają okazję porozmawiać nie tylko ze sobą, ale także z kadrą profesorską. Dzięki temu może zawiązać się nić przyjaźni między studentami a wykładowcami. Na sali wykładowej nie zawsze jest to możliwe... Tradycją na Balu Medyka stały się wybory Króla i Królowej Balu. Konkurs ten przebiega w dwóch etapach. Najpierw 10 par ubiegających się o ten tytuł musiało zatańczyć tango, które zostało ocenione przez specjalnie utworzoną komisję. Najlepsi z nich otrzymali zaproszenia do teatru. Natomiast przyznanie najważniejszego wyróżnienia powierzono ślepemu losowi. Każda z par otrzymała różę – 9 z nich było białych, jedna czerwona. Szczęśliwcami, którzy pod folią aluminiową zakrywającą kwiaty ujrzeli piękne, czerwone płatki byli Małgorzata Kalenicz i Jacek Pierzchlewski. Przez resztę wieczoru mogli cieszyć się oni mianem Króla i Królowej Balu. Dzięki jednemu ze sponsorów ponownie będą mogli poczuć się wyjątkowo podczas kolacji w hotelu Sheraton. Do samego rana na parkiecie rozegranych zostało jeszcze kilka konkursów, a w odstępach między nimi mogliśmy wykorzystać ostatnie dni karnawału i oddać się magii tańca. Tegoroczny Bal Medyka na pewno na długo pozostanie w naszej pamięci. Jedna z par będzie wspominać go chyba jeszcze dłużej, gdyż właśnie Przygotowanie zastawy dla 700 gości to nie lada przedsięwzięcie... tego wieczoru około północy pewien




Puls UM

Część transportu krzeseł z Eskulapa chłopak oświadczył się swojej partnerce, a świadkami tego wydarzenia były osoby znajdujące się w tamtej chwili na parkiecie. To tylko potwierdza, że Bal Medyka jest wyjątkowym wydarzeniem w „kalendarzyku imprezowym” wielu studentów Uniwersytetu Medycznego. Niestety, o godzinie 4:00 nad ranem muzyka przestała grać i należało udać się do domu. Ale nie wszyscy mogli to uczynić...

WYDARZENIA Przez kilka tygodni członkowie Samorządu oraz wolontariusze każdą wolną chwilę poświęcają przygotowaniom do tej sobotniej nocy. Poprzekładane egzaminy, niezaliczone kolokwia, wiele nieprzespanych nocy, godziny spędzone z telefonem w ręku to tylko namiastka tego, co poświęcają dla nas Organizatorzy. Najwięcej pracy czeka na nich w przeddzień oraz w dzień Balu. Osoby, które nigdy nie brały w tym udziału, nie są w stanie wyobrazić sobie, jaką ilość m.in. krzeseł należy przetransportować do Collegium Stomatologicum. W tym miejscu należy podziękować za pomoc naszym uczelnianym kierowcom, gdyż tylko dzięki nim może odbyć się to tak sprawnie. Gdy już wszystkie transporty dotrą do Stomatologicum, należy rozplanować rozstawienie stołów, dokładnie przeliczyć potrzebne miejsca, zająć się przystrojeniem sali, rozstawić zastawę stołową, patery z jedzeniem, owoce. Każdego z Organizatorów kosztuje to mnóstwo sił oraz nerwów. Równie dużo pracy czeka na nich w niedzielę, kiedy niejednokrotnie bez przespania nawet 3 godzin muszą posprzątać po Balu... W ciągu ostatniego weekendu wielu z Organizatorów spędziło w Collegium Stomatologicum łącznie nawet po 40 godzin. Godzin przeznaczonych na wcześniejsze przygotowania nikt nie jest w stanie policzyć... W tym miejscu w imieniu wszystkich „balowiczów” chciałem podziękować Organizatorom za trud włożony w przygotowanie Balu Medyka 2008. Tylko dzięki Wam mógł się on odbyć. Dziękujemy i mamy nadzieję, że w przyszłym roku również spotkamy się podczas wspólnej zabawy! Dawid PS Fotorelację z Balu Medyka znajdziecie na drugiej okładce.

Tak – to są stoły! Dla większości Bal Medyka to jedna, styczniowa noc. Jest jednak grupa studentów, którzy o Balu zaczynają myśleć już w listopadzie, czyli ponad dwa miesiące wcześniej. Przede wszystkim trzeba pozyskać sponsorów, uzyskać odpowiednie pozwolenia, zaczynając od zarezerwowania Collegium Stomatologicum, a kończąc na znalezieniu odpowiedniej ilości krzeseł, stołów itp. Równie dużo czasu pochłania poszukiwanie najbardziej korzystnej oferty firmy cateringowej, zespołu, oświetlenia i nagłośnienia, zaprojektowanie plakatów, biletów...

Tegoroczne dekoracje podobały się wszystkim 


DO DYSKUSJI

Gazeta Studentów

Zapraszamy do dyskusji...

„Aha… zagraniczna – no, to nic się nie stało…” czyli o nierównym traktowaniu studentów

W ramach Koła Naukowego Psychologizujących Studentów Medycyny postanowiliśmy przeprowadzić ankietę, której celem było poznanie opinii na temat traktowania studentów anglo- i polskojęzycznych na naszej Uczelni. Badanie zostało przeprowadzone wśród studentów III – VI roku Wydziału Lekarskiego I. Każdego ankietowanego prosiliśmy o to, by podczas wypełniania kierował się wyłącznie własnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami, a nie sugestiami innych osób. Aby badanie było jak najbardziej obiektywne, zostało przeprowadzone zarówno wśród studentów polskich, jak i anglojęzycznych. Ostatecznie poznaliśmy opinię 162 studentów polskich i 40 studentów zagranicznych. Pomysł badania zrodził się w odpowiedzi na liczne sygnały od studentów świadczące o tym, że na naszej Uczelni zdarzają się sytuacje nierównego traktowania studentów obydwu grup. Jednocześnie chcemy podkreślić, że nasza ankieta nie miała na celu pogłębienia różnic między studentami – wręcz przeciwnie, chcielibyśmy, aby każdy na naszej Uczelni, bez względu na pochodzenie ani na to, czy płaci za naukę czy też nie, był traktowany jednakowo. A oto wyniki naszych badań (na grupie na tyle małej, by nie móc ich uznać za w pełni reprezentatywne, lecz na tyle dużej, by móc powiedzieć, że pokazują określoną tendencję w poglądach studentów). Wśród studentów polskich: – 75% ankietowanych uważa, że nauczyciele akademiccy lepiej traktują (są bardziej uprzejmi, przyjaźni, mają większy szacunek itp.) studentów anglojęzycznych; – 84% ankietowanych uważa, że dostęp do materiałów dydaktycznych (preparaty, materiały wykładowe itp.) jest lepszy dla studentów anglojęzycznych; – 66% ankietowanych uważa, że studenci anglojęzyczni mają łatwiejszy dostęp do miejsc w akademikach; – 45% ankietowanych uważa, że regulamin studiów jest bardziej egzekwowany od studentów polskich; – 75% ankietowanych spotkało się z sytuacją nierównego traktowania studentów anglo- i polskojęzycznych (w tej grupie 64% badanych uznało, że takie sytuacje zdarza10

ją się często, a 23%, że bardzo często). Musimy przyznać, że nie spodziewaliśmy się tak jednoznacznego wyniku ankiety. Jesteśmy przekonani, że problem różnic w traktowaniu studentów musi być jak najszybciej rozwiązany. Nie trzeba przecież wnikliwych obserwacji, by stwierdzić, że na naszej Uczelni brak jest oznak integracji między studentami polsko- i anglojęzycznymi, a sytuacje, w których większość z nas widzi przejawy nierównego traktowania Polaków przez wykładowców, z pewnością nie sprzyjają nawiązywaniu bliższych kontaktów. Na czym polega nierówne traktowanie studentów, najlepiej widać w opiniach przytaczanych przez samych respondentów: ● Pani dr Y. tak długo krzyczała na studentkę, dopóki nie zorientowała się, że ta nie mówi po polsku, po czym powiedziała: „Aha – zagraniczna… no, to nic się nie stało.” ● Wystarczy odwiedzić I i II piętro w Eskulapie, aby zauważyć różnice. ● Denerwuje mnie przepis, że na min. 6 studentów polskojęzycznych przypada 1 asystent, a anglojęzycznych nie może być więcej niż 3 na 1 asystenta. ● Wchodzą nagminnie bez kitli, ale za to z jedzeniem na zajęcia. ● Przykładowo w bibliotece studenci anglojęzyczni mogą wnosić do czytelni plecaki oraz jedzenie i picie. ● Mogą oni zamieszkiwać w akademiku ten sam pokój przez cały okres studiów i mają możliwość jego urządzania bez obowiązku usuwania zmian przed wakacjami. ● Skracanie zajęć: „bo studenci anglojęzyczni będą mieli wcześniej”, zajmowanie sal, mimo że na planie zajęć widniała polska grupa. ● Pan prof. X. ściska się ze studentami zagranicznymi i robi sobie z nimi zdjęcia, a z polskimi – nie. ● Gdy mamy zajęcia na bloku operacyjnym, na ogół wtedy można odczuć, jak mało znaczymy, bo nawet strojów często dla nas nie ma, bo muszą zostać dla anglojęzycznych. Wyniki badania przeprowadzonego wśród studentów zagranicznych były znacznie bardziej zróżnicowane. Mała


DO DYSKUSJI

Puls UM ilość wypełnionych ankiet przez studentów anglojęzycznych wynikała głównie z faktu odmowy udziału w badaniach, z którą nie spotkaliśmy się u studentów polskich. Analizując ankiety studentów anglojęzycznych dostrzec można dwie dominujące tendencje: nie dostrzegają różnic w traktowaniu lub nie mają na ten temat opinii. Na 40 osób tylko jedna była świadkiem nierównego traktowania studentów: „I went to anatomy lab and the English program students got there own lab room with nice specimens. Two Polish students were asked by the lab attended to go to the different room; were not allowed to look at the specimen we had in our room?”. Wydaje nam się, że kwestia uprzywilejowanego traktowania studentów zagranicznych tkwi raczej w mentalności Polaków w ogóle. W anachronicznym poglądzie, że mieszkańców zagranicy powinniśmy traktować ze szczególną estymą, z grzecznością większą niż wobec rodaków. Chciałoby się więc zapytać, dlaczego polski student je-

dzący na zajęciach to ktoś źle wychowany, ale zagraniczny już nie? Czy noszenie kitli na wybranych zajęciach to wymóg higieniczny czy jedynie utrudnienie wymierzone w polskiego studenta? Czy lepsze warunki mieszkaniowe zagranicznego studenta można jedynie tłumaczyć tym, że on płaci za swoje studia więcej? Należałoby tu wspomnieć, że część polskich studentów pracuje na renomę naszej Uczelni, która przyciąga zagranicznych studentów i ich pieniądze. I wreszcie pytanie, które stawiamy sami sobie: czy nam to bardzo przeszkadza? Mamy wrażenie, że raczej nie, że bardziej nas smuci lub śmieszy i że to pewien objaw naszego stosunku do ludzi z zagranicy, który, jakże słusznie, odchodzi już do lamusa. Członkowie Koła Psychologizujących Studentów Medycyny Opiekun SKN: dr Jarosław Skommer

Zapraszamy do dyskusji na naszym forum internetowym: http://www.pulsum.pl/forum/viewtopic.php?t=1598 Czekamy też na Wasze listy dotyczące tego tematu. Nasz adres mailowy: pulsum@ump.edu.pl

www.halny.org

Akademicki Klub Górski Halny przy Politechnice Poznańskiej zaprasza wszystkich miłośników gór na RAJD PRZEBIŚNIEGOWY w Gorce 7–9 marca. Zapraszamy także na pokazy slajdów w czwartki o godz. 19:30 (PP ul. Piotrowo 3a, łącznik, sala A): 21.02.08 – Australia i Nowa Zelandia 28.02.08 – Łodzią przez Laos, motorem przez Kambodżę

ZAPRASZAMY!

Więcej informacji na stronie www.halny.org lub we wtorki o 19:00 w siedzibie Klubu w DS 6 przy ul. Św. Rocha 11b/9.

11


RUSS

Gazeta Studentów

MIESIĄC WIEDZY O... O CZYM? O stypendiach socjalnych. CZYLI CO? Jedna z form pomocy dla studentów będących w trudnej sytuacji materialnej. Czy stypendia socjalne to jedyna forma pomocy materialnej na naszej uczelni? Nie. Oprócz stypendium socjalnego student może otrzymać stypendium na wyżywienie, stypendium mieszkaniowe, stypendium dla osób niepełnosprawnych, a także zapomogę. Na jak długo przyznawane jest stypendium? Wymienione stypendia przyznaje się na okres semestru, natomiast zapomogę przyznaje się jednorazowo. Kto dostaje stypendia? Dostają je osoby, których dochód na jedną osobę w rodzinie jest nie większy niż 572 zł miesięcznie. Stypendium na wyżywienie przysługuje każdemu, kto otrzymuje stypendium socjalne. Stypendium mieszkaniowe może otrzymać student, który nie jest zameldowany w Poznaniu, mieszka w akademiku lub udokumentuje fakt wynajmowania mieszkania w Poznaniu. Zapomoga jest przyznawana osobom, które przejściowo znalazły się w trudnej sytuacji materialnej np. z powodu urodzenia dziecka, zawarcia związku małżeńskiego, w przypadku śmierci rodzica. A co jeśli dochód jest większy o jedną złotówkę? Niestety, w tym przypadku stypendium nie przysługuje. Jak wysokie są kwoty stypendiów na naszej uczelni? * 425 PLN przy dochodach do 401,00 PLN na osobę, * 340 PLN przy dochodach od 401,01 PLN do 485,00 PLN na osobę, * 255 PLN przy dochodach od 485,01 PLN do 572,00 PLN na osobę. Stypendium na wyżywienie: 100 PLN Stypendium mieszkaniowe: 160 PLN Stypendium dla osób niepełnosprawnych: 250 PLN Zapomoga: w zależności od sytuacji materialnej, maksymalnie 1200 PLN Jakie dokumenty należy złożyć? Lista wymaganych dokumentów jest dostępna na stronie RUSS www.samorzad.ump.edu.pl, na stronie oraz w biurze Działu Spraw Studenckich. Są tam również dostępne odpowiednie wnioski. Jaki jest ostateczny termin składania dokumentów? Termin składania dokumentów w semestrze letnim roku akademickiego 2007/2008 upływa 31. marca 2008 r. Gdzie należy składać dokumenty? W Dziale Spraw Studenckich, który znajduje się w Collegium Maius przy ul. Fredry 10. 12


RUSS

Puls UM

Jaka jest rola Starosty Ekonomicznego, a jaka przedstawicieli RUSS? Starosta ekonomiczny reprezentuje studentów danego roku w zakresie pomocy materialnej i spraw finansowych (bierze udział w przyznawaniu stypendiów socjalnych i innych). Starosta ekonomiczny powinien też informować studentów swojego roku o terminach składania dokumentów, doradzać w sprawach budzących wątpliwości. Rolą przedstawicieli RUSS (zwłaszcza komisji socjalno-bytowej) jest udział w komisjach odwoławczych; współdecydują one o podziale funduszu pomocy materialnej, wydają opinie na temat studentów, w sprawach dotyczących pomocy materialnej. Gdzie można dowiedzieć się, czy dostałem (-am) stypendium? W gablocie Działu Spraw Studenckich oraz u Starosty Ekonomicznego Roku. Od decyzji komisji przysługuje odwołanie w terminie do 14 dni od ogłoszenia wyników. Piotr Garbacki RUSS UMP

Biuro RUSS, DS Medyk ul. Rokietnicka 4, pokój 018

UWAGA!!!

Nowe godziny dyżurów Redakcji.

Zapraszamy w poniedziałki oraz wtorki w godzinach 17:45 – 18:45

Kabaret studencki „Czołówka Piekła” z AWF-u zaprasza wszystkich chętnych do współpracy. Jeśli interesujesz się aktorstwem, teatrem, filmem, a przede wszystkim kabaretem Jeśli masz poczucie humoru, żartujesz na każdym kroku, masz wiele ciekawych pomysłów i chcesz się sprawdzić na scenie Jeśli masz talent wokalny, komponujesz, grasz na instrumencie. Kabaret jest Twoim hobby, lubisz go oglądać – może czas najwyższy spróbować samemu. Być może masz doświadczenie sceniczne, pomysły schowane w szufladzie, a nie masz ich z kim realizować?

Zapraszamy do współpracy! Kabaret istnieje od 18 miesięcy. Powstał na AWF-ie, na Wydziale Turystyki i Rekreacji. Mamy za sobą kilkanaście występów. Zbieramy doświadczenie (kursy aktorskie, szkoła muzyczna, warsztaty teatralno-kabaretowe) po to, aby w przyszłości stworzyć wyjątkowy program, spektakl, który będzie zabijał śmiechem :)

Kontakt: Łukasz, tel. 512 034 700 e-mail: tmscrew@wp.pl 13


ROZMAITOŚCI

Gazeta Studentów

65 gramów czyli jak powstaje „Puls UM”? Trzymacie właśnie w ręku najnowszy numer „Pulsu UM”. Naturalne jest dla Was to, że w drugiej połowie każdego miesiąca znajdujecie go tam, gdzie macie zajęcia. Czy jednak zastanawialiście się kiedyś, jak on powstaje i jak wygląda jego droga od pomysłu do gotowego wydania papierowego? Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam do lektury! Pomysł Wszystko zaczyna się od spotkania redakcyjnego, które odbywa się ok. 3 tygodnie wcześniej, najczęściej tydzień po zamknięciu poprzedniego numeru. Wtedy większość członków redakcji dyskutuje ze sobą na temat tego, co powinno pojawić się w następnym numerze. Omawiane są też sprawy ważne dla całej organizacji. Każdy może przedstawić swoje pomysły, które następnie poddawane są dyskusji. Po takiej burzy mózgów, która potrafi trwać nawet kilka godzin, dochodzimy do konstruktywnych wniosków i każdy już wie, czym ma zajmować się w najbliższym czasie, o czym ma napisać i dokąd pójść. W podobnym terminie wszystkie organizacje studenckie otrzymują informację o tzw. deadlinie, czyli dniu, do kiedy muszą przysyłać nam swoje teksty. Zazwyczaj deadline jest jednym z ostatnich dni miesiąca poprzedzającego wydanie gazety. Skład Przysyłane do nas artykuły trafiają do internetowego systemu edycji tekstów. Jest to bardzo wygodne rozwiązanie, ponieważ wszystkie osoby biorące udział w korekcie mają dostęp do każdego artykułu przez 24 godziny na dobę i mogą nanosić swoje poprawki i sugestie. Ola, nasza redaktor naczelna, zbiera je wszystkie i, po zatwierdzeniu, przesyła tekst Dawidowi, który zajmuje się jego obróbką

Dawid Brudnicki podczas pierwotnego składu 14

Czasem Dawidowi ktoś pomaga techniczną. Proces ten trwa od kilku godzin do kilku dni, w zależności od czasu, którym dysponujemy. Zdjęciami dołączonymi do artykułów zajmuje się Maciej Chojnacki, który obrabia je zgodnie z wytycznymi drukarni – jest to konieczne, aby wyglądały dobrze zarówno w czarnobiałej wersji papierowej, jak i w internetowej – kolorowej. W momencie, w którym Dawid posiada już wszystkie teksty i zdjęcia, może rozpocząć się właściwy skład przy pomocy programu Adobe InDesign. Ustawiana jest odpowiednia czcionka i inne parametry tekstu, dokładane są zdjęcia, rysunki, ramki i tabelki oraz wszelkie typy formatowania czcionki – pogrubienia, pochylenia, indeksy itd. Mimo że „Puls UM” wygląda już jak gazeta, możemy powiedzieć, że to dopiero połowa pracy. Korekta Drugą częścią, tą bardziej pracochłonną, ale jednocześnie dosyć przyjemną z racji pracy w grupie, jest ostateczna korekta. Poszczególne teksty są drukowane, a następnie przekazywane „korektorom”, którzy czytają każdy tekst i nanoszą na niego swoje poprawki. W tym samym czasie ustalany jest ostateczny układ gazety. Ostatnim etapem składu jest naniesienie poprawek osób sprawdzających teksty, dodanie odpowiednich nagłówków oraz konstrukcja spisu treści. Najczęściej na tym etapie dochodzi też tzw. „wstępniak”.


Puls UM

ROZMAITOŚCI

łowie miesiąca 30 paczek, każda o masie prawie 7 kg, odbieranych jest z budynku Collegium Stomatologicum, gdzie mieści się drukarnia Wydawnictwa Uczelnianego UM. Gazeta rozwożona jest do większości budynków Uczelni. Z naszych doświadczeń wynika, że „Puls UM” potrafi bardzo szybko znikać – większość z 800 egzemplarzy, które trafiają do Collegium Anatomicum, potrafi rozejść się w ciągu jednego dnia. Nic dziwnego – studentów UM jest prawie 3-krotnie więcej (ponad 8000), niż wyRedakcja podczas korekty. Od lewej: Anika, Jagoda,Dorota, Ola, Ewa, Łukasz nosi nasz nakład (3000). Po kilku godzinach spędzonych w redakcji rozchoW dniu oddania numeru do druku rozpoczynają się pradzimy się do domów. Korzystając z faktu, że w weekence związane z umieszczeniem go na stronie internetowej. dy nasza drukarnia ma wolne, cały numer, ten pozornie skończony, rozsyłamy do wszystkich członków i współpracowników redakcji, których zadaniem jest dokładne przejrzenie go i wyłapanie błędów, które nie zostały znalezione wcześniej. Ich uwagi są nanoszone do dokumentu, a po kolejnym ogólnym przejrzeniu gazety, można stwierdzić, że jej środkowa część jest skończona! Okładki Sprawa okładek wygląda trochę inaczej. Po pierwsze, tworzone są w prograDrukarnia Wydawnictwa Uczelnianego Uniwersytetu Medycznego – to tutaj właśnie drukowany jest „Puls UM” mie Corel Draw. Maciej Chojnacki, nasz grafik, już od spotkania redakcyjnego, w połowie poA już kilka dni po ukazaniu się gazety ma miejsce przedniego miesiąca, intensywnie myśli, czym by Was kolejne zebranie redakcji, na którym znów dzielimy się zachwycić w kolejnym numerze. Owoc tego myślenia poobowiązkami... wstaje najczęściej kilka dni przed zamknięciem numeru. Maciej przesyła nam swoje propozycje, a po zmianach i Zapraszamy! poprawieniu ewentualnych błędów, gotowe okładki, zajMam nadzieję, że teraz już wiecie, skąd w Waszych mujące nierzadko po 100 MB, przesyłane są na serwer rękach wzięło się te 65 gramów papieru. Jeśli podczas czydrukarni. Podobnie dzieje się ze środkiem numeru, któtania tego tekstu chociaż raz przeszło Wam przez myśl: „Ja rego, choć zajmuje trochę mniej, na pewno nie można też tak chcę!”, zapraszamy na spotkania naszej redakcji. nazwać „lekkim”. Jedno z nich odbędzie się pewnie już w najbliższy poniedziałek! Możecie sprawdzić to na naszym forum, a także Kolportaż napisać do nas lub zadzwonić. Serdecznie zapraszamy! Druk numeru trwa zazwyczaj około tygodnia. W poMaciej Tomczak 15


POLEMIKA ROZMAITOŚCI

Gazeta Studentów

Przeciw marzeniom „Nie ma gorszych głupców od wykształconych głupców.” Francois de La Rochefocauld W poprzednim numerze „Pulsu UM” autor artykułu pt. „UM = Uniwersytet Marzeń” nakreślił obraz swojej wyśnionej Almae Matris – przyjaznej dla studentów, dostarczającej im fachowej wiedzy i będącej samym pożytkiem dla pacjentów. Zagłębiłem się w tę oniryczną scenę i przez mgnienie oka stałem po trochę oczarowany fantastycznością wizji – ale po chwili, kiedy stworzony w artykule świat ożył i przed oczami stanęły mi kolejne dni, miesiące i lata nowego UM – musiałem mocno uszczypnąć się, żeby wyskoczyć w ostatniej chwili z przeradzającego się w koszmar marzenia. Przy całym szacunku dla Autora i jego dobrych intencji, nie mogę przyjąć pewnej podstawowej cechy jego wymarzonego Uniwersytetu. Otóż z całej tej wizji bije pragnienie nie tylko upraktycznienia edukacji, ale też znacznego jej wyspecjalizowania w bardzo wąskim zakresie. A to jest właśnie zmora, której obawiam się najbardziej – i to ona sprawiła, że z krzykiem wybiegłem zza murów Uniwersytetu Marzeń. To oczywiste, że żeby móc robić cokolwiek sensownego, trzeba w czymś się specjalizować – i zwłaszcza w dzisiejszych czasach żadne „złote rączki” nie mają racji bytu. Zarówno nauka, jak i poszczególne rzemiosła, rozwijają się w tak szybkim tempie, że niepodobna samemu okiełznać wszystkie gałęzie tego rosnącego w oczach dębu. Nie ma też wątpliwości co do tego, że sam organizm ludzki jest zbyt złożony, żeby jeden człowiek mógł ogarnąć wszystkie zachodzące w nim procesy i go wyleczyć. Ale trzeba tutaj zadać podstawowe pytanie – do czego mają służyć studia? Czy do tego, żeby produkować skrojonych na miarę specjalistów, ograniczonych do jednej dziedziny i niemających pojęcia o żadnej innej? Czy może do tego, żeby dawać ukierunkowane, ale wszechstronne, wykształcenie z możliwością specjalizowania się w jego ramach? Ta pierwsza koncepcja jest dość powszechna w zachodniej Europie – i nie trzeba być geniuszem, żeby dostrzec, że to przede wszystkim dlatego polscy pracownicy są tam tak cenieni. Kiedy np. niemieckiemu inżynierowi zleci się coś, w czym się nie specjalizuje – ten bezradnie rozkłada ręce. Polak zwykle odpowiada: „Na tym się nie znam, ale się nauczę” – i w rozsądnym czasie wykonuje zadanie. A przecież na studiach uczył się tylko nikomu niby niepotrzebnej teorii... 16

Nie czuję się jeszcze uprawniony, żeby wydawać kategoryczne sądy co do tego, która koncepcja jest słuszna w przypadku edukacji stricte medycznej. Przeraża mnie co prawda trochę obraz człowieka wykrwawiającego się na śmierć na oczach lekarza-dermatologa, który w takiej sytuacji umie tylko napisać skierowanie do chirurga... Ale jako że nie wiem z autopsji, jak wygląda kształcenie ściśle zawodowe na prawdziwym UM, nie podejmę się na tym polu jego obrony przed marą tego wymarzonego. Nie jest to zresztą tak istotne, bo prawdziwą fachową wiedzę zdobywa się i tak w trakcie pracy i żadne studia (nawet Uniwersytet Marzeń), nie są w stanie zastąpić lat praktyki. Ale nie do przyjęcia jest dla mnie sama idea węższego ukierunkowania edukacji z bardzo prostej przyczyny – jest ona i tak zbytnio wyspecjalizowana. Dziadek Norwid drwił swego czasu w wierszu „Specjalności”: Czemu? ten świat nie – jako Eden; Czemu nie – Ideałem? – Słuchaj, d w ó c h ludzi znałem: Ach! Z tych dwóch... cóż byłby za j e d e n! Takich to pół-ludzi nasz obecny system kształcenia produkuje już i tak zbyt wielu. Brniemy dość intensywnie w ślepy zaułek, sukcesywnie ograniczając pole zdobywanej w toku nauki wiedzy. Zachłyśnięci kultem „fachowców” i „specjalistów”, usuwamy kolejne przedmioty niezwiązane bezpośrednio z kierunkiem kształcenia (choć UM wygląda w tym względzie jeszcze nienajgorzej, o czym za chwilę), pozwalamy, by poziom matury spadał na łeb, na szyję, do szkół wprowadzamy coraz bardziej uszczegółowiony program... Zapominamy o tym, że człowiek wykształcony powinien być przede wszystkim integralny i wszechstronny – po to, żeby móc zdobyć specjalistyczną wiedzę i umiejętności, ale jednocześnie mieć jak najszersze spojrzenie na świat. Jeżeli tego elementu brakuje – zamiast intelektualisty i prawdziwego fachowca otrzymujemy wzorowy materiał na wykształciucha. Tu, z racji panującego terroru leksykalnego, należy się wyjaśnienie. Określenie „wykształciuch” zostało zupełnie zakrzywione przez chór obrażonych dziennikarzy, którzy uparcie starali się nadać temu słowu pozytywne zabarwienie – i wielu dzisiaj utożsamia „wykształciucha” z intelek-


Puls UM tualistą. Ale znaczenie tego Sołżenicynowskiego terminu jest zupełnie inne. Wykształciuchy to przede wszystkim, jak to określił J. M. Rymkiewicz w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” – „ci, co wykształcili się zawodowo, ale nie wykształcili się moralnie – są egoistyczni, cyniczni, myślą tylko o własnym interesie i własnej karierze.”. To owi „wykształceni głupcy” z maksymy La Rochefocauld’a – ci, których kult „fachowości” zaprowadził na manowce. Już dzisiaj, nawet bez węższego wyspecjalizowania Uczelni, mamy wystarczająco wiele takich zbłąkanych owiec. Gdyby nakreślić portret przeciętnego, współczesnego inteligenta, wyszłaby z tego istna karykatura. Wyszedłby człowiek świetnie obeznany z własną specjalnością, ale bez elementarnej wiedzy o otaczającym świecie, ba! bez zainteresowania tym światem – bo przecież to nie jego dziedzina. Człowiek żywiący pogardę zarówno do przedstawicieli innych zawodów (bo przecież tylko ON posiadł wiedzę tajemną i to ON skończył „najtrudniejsze studia”), jak i do swoich gorzej wykształconych rówieśników (bo przecież to „dresy”, „kibole” i „wsiury”). Człowiek zupełnie pusty ideowo, zdolny co najwyżej ślepo wspierać różne formy totalitaryzmu (nie bez powodu Lenin nazywał zachodnich inteligentów „pożytecznymi idiotami”) i przymilać się do tych, którzy są silniejsi (Stalin miał już bardziej dosadne określenie: „k...y”). Człowiek traktujący swoją profesję i wykształcenie wyłącznie jako środek do zarabiania pieniędzy, a w najlepszym razie – do „samorealizacji”. Człowiek z dziecinną naiwnością czczący lansowane przez media, zionące pustką „autorytety moralne”, a z drugiej strony z fanatyzmem godnym lepszej sprawy zwalczającym zwykłe, tradycyjne wartości... Ot, wykształciuch w pełnej krasie. Oczywiście, sprowadzanie tego problemu do samej tylko przesadnej specjalizacji to daleko idące uproszczenie. Szkoły uczą źle nie tylko z powodu zbyt uszczegółowionych programów, także przez coraz większe ograniczanie uprawnień nauczycieli, którzy, sterroryzowani ideą „bezstresowego wychowania”, nie mają już żadnego wpływu na uczniów... Ale i tutaj przeklęte „specjalności” wrzucają swoje trzy grosze – bo coraz większa część nauczycieli to „fachowcy”, „specjaliści” bez powołania. Znający świetnie geometrię różniczkową, ale niepotrafiący nauczyć nikogo tabliczki mnożenia... Całość składa się na bardzo smutny obraz. Ostatnio znajomy student geografii opowiadał mi o swoich praktykach nauczycielskich, podczas których musiał przyzwyczaić się do tego, że żaden uczeń III klasy gimnazjum nie potrafi pokazać Europy na mapie (sic!), ani podać nazwy najwyższego

POLEMIKA szczytu Ziemi... Jeżeli tak dalej pójdzie, dogonimy bohaterów filmu „Stupid Americans”, który niedawno obiegał Internet... Do tego dochodzi coraz bardziej miałka kultura, którą wyspecjalizowane wykształciuchy bezkrytycznie chłoną i wychwalają pod niebiosy. I tutaj niepotrzebne są żadne przykłady, wystarczy włączyć telewizor albo popatrzeć na cenione współcześnie książki i tzw. „dzieła sztuki”... To już jest Herbertowska „kwiestia smaku”... Waldemar Łysiak („Wyspy Bezludne”): „Znaleźć człowieka, z którym można porozmawiać nie wysłuchując (...) specjalistycznych bełkotów „fachowca”, dla którego branżowe wykształcenie (plus umiejętność trzymania widelca) jest całą jego kulturą (...) – to znaleźć skarb.” Takiego „skarbu” właśnie nam brakuje. Brakuje nam tego archaicznego, przedwojennego modelu polskiego intelektualisty – mającego ukształtowany świat wartości i szerokie horyzonty. Potrafiącego odróżnić sztukę od kiczu i dobro od zła. Umiejącego docenić cudzą pracę – każdą pracę. Nieznającego pojęcia „samorealizacji” i traktującego swój zawód jako służbę narodowi i społeczeństwu. Biorącego na siebie większe obowiązki niż ludzie słabiej wykształceni – bo przecież „od każdego, któremu wiele dano, wiele domagać się będą” (Łk 12,48). Prawdziwego Intelektualisty... My zamiast tego zachłystujemy się „fachowością” i lansujemy model wykształciucha. Aż strach pomyśleć, jak wyglądałby świat, gdyby powstały dziesiątki Uniwersytetów Marzeń i corocznie wypluwały tysiące jeszcze bardziej wyspecjalizowanych i jeszcze bardziej ograniczonych wykonawców poleceń... Dlatego cieszmy się, że studiujemy na rzeczywistym Uniwersytecie, który, przy wszystkich swych wadach i słabościach całego systemu, daje dość szerokie spektrum działania. Że oferuje jako fakultety nawet przedmioty czysto humanistyczne. Że wspiera działalność organizacji studenckich, które pozwalają na rozwijanie pozazawodowych umiejętności i wykształcenie pewnych zdrowych społecznych postaw. Że – tak! – że każe nam poznać wszystkie dziedziny medycyny, zanim wybierzemy tę „naszą”... Mam cały czas nieodparte wrażenie, że tego nie da się już zatrzymać, że już weszliśmy na równię pochyłą... I że za parę lat powstanie jednak ów wymarzony Uniwersytet – mennica produkująca tysiące identycznych srebrników... Jeżeli do tego dojdzie – błagam, ostatni niech przynajmniej zgasi światło... Ale mimo wszystko ciągle wierzę, że tak się nie stanie. Chcę wierzyć. Przeciw nadziei. Przeciw marzeniom... Marcin Kordasz 17


FELIETON

Gazeta Studentów

WalęTynki… czyli Święto Zakochanych w oczach istoty subtelnej niczym młot pneumatyczny :) Kochani moi, w związku z tym, iż zbliża się cudowny i przesycony uczuciami (jakże skrajnymi!) dzień – Święto Zakochanych – postanowiłam podzielić się z Wami moimi przemyśleniami [z góry przepraszam :)]. 14. lutego – data jak każda inna, a jednak nie do końca. Rzadko kto jest wobec niej obojętny, tylko nasze babcie wydają się nie do końca zdawać sobie sprawę z „ogromu” tego święta (jakie one muszą być szczęśliwe!). Nie wiem, czy ktokolwiek pamięta te piękne czasy, kiedy mieliśmy po 5 lat i nikt z nas nie słyszał o Walentynkach – może wydać Wam się to teraz niedorzeczne i niewyobrażalne, ale po prostu ich w Polsce wtedy nie było. Nie potrzebowaliśmy, a raczej nasi „przodkowie” nie potrzebowali pretekstu, żeby powiedzieć „kocham”. Potem nadszedł przełom – kolejny „rewelacyjny” towar eksportowy z Zachodu przybył, aby urozmaicić nasze „zacofane” życie (czasem mam wrażenie, że komunistyczni przywódcy chroniący ludzi przed „Zachodem”

gdzie trzeszczący głos (jakość głośników, przynajmniej w mojej szkole, pozostawiała wiele do życzenia) oznajmiał nam, że Jacek kocha Marysię, a Rysiu – Grażynkę :) Nie oszukujmy się, dzieci są okrutne, my również byliśmy – nic nie umknęło naszej uwadze, zawsze byliśmy gotowi, by kogoś wyśmiać i poplotkować na nowy temat, co by lekcje nie były tak długie i nudne jak zwykle. W starszych klasach już nie było tak różowo – niektórym zaczęło być przykro, że ktoś dostał 5 wyznań miłości, a oni tylko 2 czy 3. Albo jeszcze gorzej – żadnego! To już była tragedia pokroju zamachu terrorystycznego albo trzęsienia Ziemi – kompleksy się pogłębiały, poczucie własnej wartości spadało z prędkością światła na samo dno – straszne! Dopiero w liceum zaczęliśmy „ewoluować” (a raczej nasze spojrzenie na „sprawę”, bo my sami w sobie często nie ewoluowaliśmy od czasów Australopiteków). Oczywiście ewolucja nie dotyczyła wszystkich, ponieważ duża grupa „entuzjastów” pozostała przy swoim ślepym

niekiedy miewali rację). Gdy byliśmy jeszcze dziećmi, było to dla nas święto jak każde inne – pretekst, żeby rodzice mogli pokazać, jak bardzo nas kochają – czyli prezenty i tony słodyczy, których w normalne dni nam zabraniano, bo psuły nasze, jakże cenne, mleczne ząbki (nie to żeby i tak niedługo miały wypaść). Jak mogliśmy nie pokochać Dnia Świętego Walentego? No właśnie, nie mogliśmy – więc pokochaliśmy. Potem nasza miłość się pogłębiała. Bo jakże to było rozkoszne, kiedy w podstawówce można było pośmiać się z osób, które dostały „walentynkę” (ze wzruszeniem wspominam napisy „ Jaś + Małgosia = Wielka Nieskończona Miłość” na ławkach). Ileż nieukrywanej radości sprawiały nam „audycje” puszczane przez radiowęzeł,

zauroczeniu Świętem Zakochanych – oni już na kilka tygodni przed planowali swoją wymarzona randkę, rysując serduszka na marginesach i przemalowując swoje pokoje na różowo – nie wiem czemu w większości były to osobniki płci żeńskiej :) „Ewoluujący” podzielili się na trzy grupy – tych, których ten cały „serduszkowo-misiowy” zgiełk irytuje do granic możliwości (o tak, zgadliście, należę do tej właśnie grupy!), tych, których to totalnie nie obchodzi – to m.in. babcie, o których pisałam wcześniej oraz inni „nieuświadomieni” lub oporni, do których nie dociera, że Boże Narodzenie czy Wielkanoc mogą „się schować” – Walentynki to przecież najważniejszy dzień w roku (szczęśliwi ludzie!) i tych, którzy udają, że jest im to obojętne, płacząc nocami w poduszkę w oczekiwaniu na wielką miłość (biedni, swoją drogą…). Ale tak naprawdę to ludzie tacy jak ja przez to świę-

18


FELIETON

Puls UM to „cierpią” najbardziej. Bo jeśli ktoś ma alergię na różowo-czerwone, oblepione serduszkami ulice, witryny sklepowe, urzędy, szkoły i co tam jeszcze znajduje się w zasięgu wzroku, kiedy tylko wyjdzie się z domu, na reklamy pokroju „Kup dropsy w specjalnym opakowaniu z serduszkiem, dzięki któremu zdobędziesz ukochanego”, na romantyczne piosenki w radio i, co chyba najgorsze, na kolejny polski komediowo-romantyczny chłam w kinach, którego sam zwiastun przyprawia o mdłości, to ma szansę się udusić przez miesiąc „wielkich przygotowań” (bo jeśli ktoś nie zauważył – mniej więcej tyle to trwa). A mnie bardziej jest w stanie zirytować chyba tylko widok choinki czy Świętego Mikołaja i dźwięki kolęd rozbrzmiewające w supermarketach już w listopadzie. Chyba po prostu nie pasuje mi znajdowanie coraz to nowych powodów do zrobienia kasy na ludziach, którzy zaślepieni przez media nie mogą być przecież obojętni na jedyny dzień w roku, kiedy mogą kochać… Możecie mnie uznać za biednego, sfrustrowanego człowieka, który nie cierpi Walentynek, bo nigdy nie było mu dane ich obchodzić. Ale, niestety, muszę Was rozczarować – tacy ludzie (grupa trzecia, jeśli pamiętacie podział) nie przelewają na papier swoich „wrażeń”, tylko umawiają się w Internecie na zbiorowe samobójstwa lub zakładają stowarzyszenia obchodzące anty-walentynki – a to rodzaj nowego masowego „święta”, któremu jestem przeciwna [ach, te moje konserwatywne zacofanie… :)]. Po prostu uważam i mam nadzieję, że chociaż kilkoro z Was podziela moje zdanie, że pójść na randkę, dać kwiaty, prezent, czy powiedzieć coś miłego można – a nawet po-

winno się – w zwykły dzień, bez okazji, tak po prostu – na tym powinno polegać okazywanie miłości. Czy naprawdę nie umiemy już być spontaniczni? Jesteśmy tak zaganiani, że nie mamy czasu pomyśleć o ukochanej osobie 25. marca, 18. sierpnia czy 24. października? Czy musimy poddawać się presji otoczenia i zachowywać się jak roboty, które robią to, co wszyscy, bo nie chcą być w żaden sposób odmienni? I w końcu, czy jeśli nasz partner zapomni o tym wielkim wydarzeniu (wiem, że jest to trudne, zważywszy na szum wokół niego), to jest to powód do zerwania? Takie przypadki też znam... Nie namawiam Was do zbojkotowania Święta Zakochanych (swoją drogą, dla zakochanych świętem powinien być każdy dzień), chociaż ja zamierzam to uczynić (ale możecie być pewni, że 15. lutego będę obchodzić święto zakończenia mojej audio-wizualnej męki). Skłaniam Was tylko do nieprzykładania tak wielkiej wagi do tego „wydarzenia” – jeśli macie ukochaną osobę, to cieszę się Waszym szczęściem, ale nie obnoście się z tym – komuś może się zrobić przykro (pamiętajcie – zbiorowe samobójstwa!), nie starajcie się też, aby ten dzień był idealny – to może wszystko popsuć, bo, jak wiemy, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, a nie ma nic gorszego niż zawiedzione nadzieje. Jeśli natomiast nie macie z kim świętować – nie przejmujcie się i nie popadajcie w depresję – korzystają na tym tylko psychoanalitycy i firmy farmaceutyczne (a może kupiliście już coroczny zapas Deprimu?). Jeśli nie damy się zwariować, dla wszystkich ten dzień będzie o wiele mniej „bolesny”. A-M

Serdecznie zapraszamy na II Stomatologiczna Sesję Edukacyjną DENTAL NEWS organizowaną przez Polskie Towarzystwo Studentów Stomatologii 28-30 MARCA 2008 Coll. Stomatologicum sala wykładowa 202 dodatkowe informacje w biurze PTSS-u w pokoju 407A w Coll. Stomatologicum oraz na stronie www.ptss.pl 19


FELIETON

Gazeta Studentów

Jak to jest być sobą za 50 lat?

Nie tak dawno napisałam tekst o starości. Jeden z niewielu tych, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Nie warto było go bowiem poprawiać. Mdły, melodramatyczny, słaby. W chwili, kiedy pierwszy raz w życiu obejrzałam wieczór wigilijny na oddziale neurologicznym, w mojej głowie zaczęły kiełkować myśli. „Notatki o skandalu” – film, który nawiasem mówiąc bardzo polecam – okazał się dla myśli doskonałą pożywką. Siedzę więc i piszę. Za 26 minut nadejdzie 26 grudnia. Kiedy ma się, dajmy na to, 85 lat, to niemal 100 procent populacji widzi się jako dzieci. Bo przecież Twoje własne mają teraz ok. 60-tki. Kiedy zamknę oczy, potrafię to sobie wytłumaczyć tak, że siedzę na skraju basenu, a wokół mnie co najmniej trzysta latorośli w różnym wieku. I ja jestem jedyną, która może przestrzec to towarzystwo, przed wszystkimi niebezpieczeństwami życia. Nie jestem naiwna, wiem, że wiele z nich umie pływać, poza tym to nie niemowlęta, dobrze radzą sobie same, ale wydają się takie kruche, niedoświadczone, delikatne. Kiedy wyobrażę to sobie przez chwilę, nie dziwię się już babcinej manii dokarmiania, przypominania o szaliku, ciągłym radom. I myślę, że cudownie jest mieć kogoś, kto chce mnie uchronić przed błędami, które i tak muszę popełnić. Od dwóch dni wiem też, że starość to coś takiego, co potrafi pokrzyżować każdy plan. Wiele osób mawia, że wyśpi się na emeryturze. Radzę zmienić to zamierzenie, raczej małe szanse. Wiele osób starszych bowiem budzi się definitywnie już o czwartej– piątej rano i za nic nie jest w stanie potem zasnąć. A jest to pora, w której trudn o

20

znaleźć sobie zajęcie. Zwłaszcza, kiedy jest się nie do końca wyspanym. Czytania też nie radzę odkładać na jesień życia, bo wtedy okulary to już fizjologia, nawet jeśli bardzo dbało się o wzrok. Ale to wszystko są drobiazgi, do których stopniowo łatwo się przyzwyczaić. Trudniej trochę pogodzić się z codzienną dusznością z niewydolności serca czy bólami za mostkiem. Ostatecznie jednak obie dolegliwości narastają powoli, dając czas na oswojenie się z sobą. No i nie dotykają wszystkich, co jednak jest chyba słabą pociechą dla tych, którzy na nie cierpią lub będą cierpieć. Gorzej jest, kiedy, na ten przykład, wstaje się rano z łóżka, ubiera choinkę i czeka na ukochane wnuczęta. One przychodzą, zaczynają nakrywać do stołu. Pojawia się radość, że znów wszyscy razem, że o niczym się nie zapomniało, że zaraz zasiądziemy do kolacji. Duże emocje. Drętwieje ręka, prawa strona twarzy lub po prostu traci się przytomność. A kolacja będzie dziś połączona z patrzeniem w biały szpitalny sufit. Czy choćby najzwyklejszy dzień. Idzie się na zakupy, ale ogromny ból krzyża prowadzi z powrotem do łóżka. I nie dasz dziś rady kupić sobie chleba sam(a). Trzeba poprosić. O ukochanych ciasteczkach trzeba zapomnieć, za dużo tłumaczenia, poza tym do tej pory nikomu z proszonych nie udało się ich jeszcze odnaleźć. Niby prosta sytuacja, ale traci się kontrolę nad własnym ciałem i wie się o tym. I to przeraża. Może wpada się w hipochondrię, może zaprzecza wiekowi, może nie robi się nic. Ale trudno na to nie zwrócić uwagi. To prywatny dramat. Chociaż starość nie jest chorobą, myślę, że nie jest się z nią równie trudno pogodzić. I tak samo jak wiele chorób, niesie ze sobą sygnały nadchodzącej śmierci. Tyle, że starzeje się każdy. Mówią, że starość Panu Bogu nie wyszła. Trudno się jednak pod tym jednoznacznie podpisać. Ma bowiem wiele zalet. Dwie najważniejsze to perspektywa i mądrość. Trzeba naprawdę dużo przeżyć, żeby móc patrzeć na świat z perspektywy, trzeźwo oceniać sytuacje, w których się człowiek znajduje, odkrywać rozwiązania, a na dodatek na tyle rozumieć ludzką naturę, by wiedzieć, jak się zachować wobec innych, aby nie wzbudzać negatywnych emocji po żadnej ze


FELIETON

Puls UM stron. Lepiej niż kiedykolwiek zna się swoje potrzeby, co niesamowicie ułatwia życie. I ma się mądrość, czyli wie się, jak skonstruowany jest świat. Popełniło się już wystarczająco dużo błędów, żeby wiedzieć, które ścieżki warto preferować, których unikać. To oczywiście nie to samo, co recepta na każdy problem, ale jednak bardzo pomaga. Ma się także rodzinę i masę rzeczy, z których osiągnięcia można być dumnym. Piękne barwne wspomnienia. A gdy ma się szczęście (choć nie jest to znów takie rzadkie), u boku jest ktoś, kogo znamy dłużej i lepiej niż kogokolwiek innego i w jego oczach wciąż odbijamy się jako najważniejsi ludzie na Ziemi. Trudno też przecenić wspaniałą umiejętność układania spraw we właściwej kolejności i zawsze na swoim miejscu. Bo wie się, gdzie to miejsce jest – a to już prawdziwy skarb. Każdy był kiedyś młody i myślał o sobie dokładnie to, co my myślimy dzisiaj. Że mamy jeszcze czas, aby zrobić

bardzo dużo i siłę, aby tego dokonać. Dziś dziadek zwrócił się do mnie słowami „Byłem wtedy w Twoim wieku i wciąż jestem przekonany, że to było bardzo niedawno”. Czasami boję się, że ktoś nagle przewinie moje życie 50 lat do przodu. Że nawet się nie obejrzę, aż i mnie dogoni starość. Nie obawiam się jednak miażdżycy ani osteoporozy, choć być może jestem w grupie ryzyka. Najbardziej przeraża mnie problem, który dotknął główna bohaterkę wspomnianego na wstępie filmu. Samotność, obojętność, chłód. Puste ściany, kartka dwa razy w roku, niezrozumienie dla moich lęków i słabości. Radio i seriale jako jedyny przyjaciel. Brak osoby, do której mogłabym powiedzieć „A pamiętasz?...”. Mija pierwsza godzina nowego dnia. W kilku oknach pali się jeszcze światło. To moje dwudzieste pierwsze święta. Nie udały się. Dobranoc. Marta Mozol

Fotografujesz? Zapraszamy do wzięcia udziału w II Edycji Konkursu Fotograficznego „Pulsu UM”. Pokaż wszystkim swoje prace! Na początek – na naszym forum. A później – może to właśnie Twoje zdjęcie pojawi się na okładce październikowego numeru? Szczegóły oraz regulamin znajdziesz na stronie http://www.pulsum.pl

Poezja zabawa w dom

częstotkliwość

w prawdziwym domu nigdy nie skrzypią drzwi ani podłoga ani ściany z palców

przestałem się przejmować od kiedy bogu zdarza się zapomnieć o wieczornej modlitwie. w dodatku staruszek często się spóźnia a moja dusza czekać nie znosi. codziennie przed snem próbuję doschnąć ale gdy cisza bywa wymowniejsza od patosu a ten od źródła zamykam powieki udając się gdzieś blisko domu. gdzieś wsiąknąć zwyczajnie . upić się nie wypada bo wódka wiosny nie czyni a tak chciałbym się zakochać. znów w sobie. dotknąć tych wszystkich rzeczy widzialnych i jeszcze niewidzialnych

wystarczy zmrużyć powieki by wejść usiąść za stołem zapłonąć kominkiem prawdziwy dom pachnie Tobą przy szyi i lekko szumi jak oddech i krew w twoich żyłach zewsząd rozbrzmiewa cisza i Twoich oczu najwierniejsze kopie musisz być cichy by tu wejść bo koty bardzo szanują miejsca Marta Mozol

Michał Górski 21


ROZRYWKA

Gazeta Studentów

Kicz, czy dzieło – czyli krótki przegląd komedii romantycznych

Czy tego chcecie czy nie, nieuchronnie i wielkimi krokami zbliża się TEN dzień – WALENTYNKI. A wraz z nim odwieczny (no dobra, od kilku lat), coroczny problem: co z nim zrobić? Pomysłów tak wiele jak myślących głów. Jednak jeden z nich pojawia się nad wyraz często – FILM. Wraz z tą ciężko podjętą decyzją nasuwa się kolejne pytanie – jaki film? Większość z Was (nie oszukujmy się – dziewczyn) od razu krzyknie: „Jak to jaki? Komedia romantyczna!”. I tu dochodzimy do sedna sprawy – co warto obejrzeć? Gdyby ktoś chciał zadać mi powyższe pytanie, powiem szczerze: nie umiałabym na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Chociaż, jak część z Was to wie, orientuję się nieco w tym temacie :) Wiecie też doskonale, że tego typu filmów jest porażająco dużo, a średnio co ok. 10 minut wymyślane jest nowe, „świeże” love story… Jakiś zagorzały przeciwnik tego gatunku od razu powiedziałby: „Po co w ogóle dywagować nad komediami romantycznymi? Przecież co jedna, to gorsza. Każdy wie, jak się skończy, zanim się zacznie. A do tego ten poziom gry aktorskiej – MASAKRA!”. Wielki miłośnik natomiast nie zwróciłby uwagi na aktorów i zawsze przewidywalne zakończenie. Zauważyłby, że tak właśnie te filmy są skonstruowane. Że to nie wartka akcja, cięte dialogi i zaskakujący finał nadają im charakter. Że ich zadaniem jest bawienie, odrywanie od szarej rzeczywistości i przenoszenie widza w lepszy, piękniejszy świat, chociaż na półtorej godziny. A ja? Ja powiem, że każdy z nich ma dużo racji i trafne argumenty. Ale przejdźmy do konkretów. PRETTY WOMAN – historia kopciuszka XX wieku, czyli o tym jak z prostytutki zostać dziewczyną bogatego biznesmena. To proste – wystarczy mieć burzę rudych loków i ogromny uśmiech Julii Roberts. No i należy spot22

kać na swej drodze człowieka o twarzy Richarda Gere’a. Film z początku lat ‘90, który dał tym obojgu, a zwłaszcza Julii, przepustkę do wielkiego Hollywood. Duża doza śmiechu, genialny humor sytuacyjny i bezbłędnie dobrana para głównych aktorów – krótko mówiąc, dzieło w swym gatunku. Mówiąc o „Pretty Woman” i duecie Roberts-Gere, nie można nie wspomnieć o UCIEKAJĄCEJ PANNIE MŁODEJ. Historia jest prosta: on jest wziętym nowojorskim dziennikarzem, ona po raz kolejny chce wyjść za mąż. Po raz kolejny, bo ostatnimi razy w dniu ślubu „zwiewała”, pozostawiając przyszłych mężów i rodzinę z całym ślubnym rozgardiaszem. Do dziennikarza dociera jej historia, więc postanawia na niej zarobić. „Uciekającej…” się to nie spodoba. Film tego samego reżysera, z tymi samymi odtwórcami głównych ról – nie może być gorszy od poprzednika. Zdecydowanie nie jest. Julia Roberts to również kolejny hit tego rodzaju – NOTTING HILL. Oprócz obsady film ma jeszcze jedną istotną zaletę: to produkcja angielsko-amerykańska. Do doświadczenia amerykańskiego dołączono angielski pomysł i humor. Połączenie, któremu żaden widz się nie oprze. A na pewno nie powstrzyma śmiechu. Zapytacie o treść? Ona jest gwiazdą filmową, przyjeżdża do Anglii na premierę i promocję swojego nowego filmu. Podczas spaceru po Londynie spotyka skromnego, nieśmiałego, z lekka zawiedzionego życiem właściciela księgarni. W tej roli superpopularny przedstawiciel angielskiego kina – Hugh „słodki niezdara” Grant. Jak się potoczy ich historia – wiecie. Mimo to warto poznać Annę i Williama. Angielski humor i osoba Hugh Grant’a to kolejna pozycja na liście hitów o miłości: DZIENNIK BRIDGET JONES. Treści chyba nie muszę nikomu przybliżać, wspomnę tylko, że jest to historia samotnej, sfrustrowanej trzydziestolatki, balansującej między dwoma różnymi fa-


Puls UM cetami – wiecznym podrywaczem Danielem – Hugh Grant i statecznym Markiem – Colin Firth (ach!). Domyślamy się, którego wybierze, ale ile zabawnych sytuacji to za sobą pociągnie! To trzeba zobaczyć! Co ciekawe, odtwórczyni roli Bridget – Renne Zellweger, Amerykanka, musiała nie tylko przytyć na potrzeby filmu, ale także przejść męczący (jak się domyślam) kurs brytyjskiej wymowy, słownictwa i akcentu. Bardziej zainteresowanych odsyłam również do lektury powieści o tym samym tytule, pióra Helen Fielding. Obie pozycje – REWELACJA. Znawcy gatunku w tym miejscu wspomną o kolejnej świetnie dobranej parze szklanego ekranu: Meg Ryan & Tom Hanks. Ich pierwsza historia zaczęła się od tego, że on, samotny ojciec, wdowiec, cierpiał na BEZSENNOŚĆ W SEATTLE. Jego cierpieniu chciał ulżyć syn, który w wigilijny wieczór na antenie radia zażyczył sobie, żeby jego ojciec znalazł towarzyszkę życia. Historia trwa kilka dni i intryguje między innymi Annie. Ona też chce poznać Sama i jego syna… Po kilku latach Meg i Tom spotkali się ponownie. Ona prowadzi małą księgarnię na rogu ulic na Manhattanie. On właśnie otwiera tuż obok megawielki bookstore. Jako konkurenci darzą się wzajemną nieogarnięta niechęcią. W końcu on chce ją „wygryźć”, a ona – bądź, co bądź – jest dość kłopotliwym wrogiem. Wieczorami natomiast oboje zasiadają przed komputerem i wpadają w wir internetowego życia. Z niecierpliwością czekają na kolejne MASZ WIADOMOŚĆ pojawiające się przy starcie systemu. Coraz większa nienawiść do konkurencji i coraz większa fascynacja nadawcą e-maili – co może z tego wyniknąć? Hmmm… a co powiecie na temat facetów, którzy wiedzą, jak

ROZRYWKA dobrze traktować kobietę? Którzy potrafią ją zrozumieć? Niemożliwe? A co, jeśli w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności i energii, jeden z przedstawicieli płci męskiej zaczyna słyszeć kobiece myśli? Wtedy doskonale wie, co zrobić, żeby zdobyć absolutnie każdą. Wie, CZEGO PRAGNĄ KOBIETY. Czy to wystarczy jednak, żeby zdobyć tę jedyną? Wiadomo… Jednak widok Mela Gibsona w rajstopach lub z ciepłym woskiem na nogach – bezcenne :) Warto też wspomnieć o tym, że nie tylko ponętni dwudziestolatkowie mają prawo do miłości. Ludzie nieco posunięci w latach też mogą kochać w komediach romantycznych. Mało interesujące? Ale nie w wykonaniu Diane Keaton i Jacka Nicholsona. On jest podstarzałym Casanovą. Właśnie „złapał” kolejną małolatę. Ale niestety jego serducho nie wytrzymało kolejnej „przygody miłosnej”. Trafia do szpitala z zawałem, a potem do domu matki swojej młodej kochanki. Ta natomiast jest odnoszącą sukcesy dramatopisarką, ale jej życie prywatne pozostawia wiele do życzenia. Oboje z początku się nienawidzą. Z początku… Ale w końcu LEPIEJ PÓŹNO NIŻ POŹNIEJ. Wspomniane wcześniej połączenie angielsko-amerykańskie to nie jedyna udana współpraca producencka (czy może lepiej – językowa). Kooperacja z francuskim przemysłem filmowym również powoduje stworzenie obrazów „z górnej półki”. Zwłaszcza, jeżeli uruchamia nie tylko zmysł wzroku, ale też, np. smak… Smak CZEKOLADY, bo o tym właśnie produkcie myślę, wbrew pozorom ma wiele odcieni. Wie to również Vianne, która przybywa wraz z córką do małego francuskiego miasteczka, gdzie otwiera kawiarnię. Początkowo trudno zyskać jej akceptację, nie mówiąc o przychylności mieszkańców. 23


ROZRYWKA Jednak serwowane przez Vianne czekoladowe wyroby stopniowo wywierają na nich coraz większy wpływ. Jej i tak już trudną sytuację skomplikuje jeszcze bardziej przybywająca grupa wędrownych Cyganów. Zwłaszcza osoba ich przywódcy – Rouxa. Niesamowita atmosfera filmu, wręcz magia, smak czekolady, który jest niemal wyczuwalny i Johnny Depp (po stokroć ACH!) w roli Rouxa… Aż niebezpieczne :P W katalogu filmów o miłości pojawiają się również produkcje, które nie wyszły z „HoliŁodzi :)”. Myślę tu o dwóch francuskich komediach: AMELIA i MIŁOŚĆ. NIE PRZESZKADZAĆ! Pierwsza o młodej paryżance, która znalazłszy za kafelkami swojej łazienki „dziecięcy skarb” sprzed około pięćdziesięciu lat i zobaczywszy radość właściciela, kiedy ten go odzyskuje, postanawia zmienić swoje życie i uprzyjemniać życie innym, choć w maleńkim stopniu. Któregoś dnia jednak będzie musiała pomyśleć o swoim szczęściu. W drugiej komedii to ona jest modliszką. Uwodzi bogatych mężczyzn i oskubuje ich ze wszystkich środków finansowych, z jakich może. Pewnego dnia myli biednego kelnera z milionerem. Kiedy prawda wychodzi na jaw, odchodzi. Ten jednak nie chce jej tak szybko stracić. Ona zdradza mu więc tajniki swej „profesji”. Chłopak podejmuje jej grę, zaczynają wspólnie „zarabiać”, a dziewczynie coraz bardziej podoba się nowe wcielenie kelnera. Co się stanie, gdy ona postanowi wrócić do swojego „byłego”? Oba filmy ze świetną Audrey Tatou, oba ciepłe i prześmieszne. Kategoria MUST SEE. No i na koniec – dwa filmy, o których nie można nie wspomnieć, mimo że to nie obrazy stricte Walentynkowe. Mówię tu o angielsko-amerykańskich (kolejne!) produkcjach wypuszczanych na Boże Narodzenie: TO WŁAŚNIE MIŁOŚĆ – kilka dobrze dobranych i genialnie zagranych historii miłosnych. Premier Wielkiej Brytanii, jego siostra, szwagier, pisarz, asystentki, Portugalka, ojciec i jego zakochany syn – to tylko część postaci przewijających się w kadrze. Wątki przeplatają się, ale na pewno nie gubią widza, nie przytłaczają natłokiem zdarzeń. I na dodatek śmietanka angielskiego kina: Emma Thompson, Hugh Grant, Liam Neeson, Colin Firth, Keira Knightley, Alan Rickman… KONIECZNIE, KONIECZNIE! And last but not least – HOLIDAY. Amerykanka właśnie zrywa z chłopakiem, który ją zdradza. Angielka potrzebuje wyrwać się ze swojej rzeczywistości, gdzie jej miłość ma niebawem poślubić inną. Obie znajdują się w sieci i umawiają na zamianę domów. Amerykanka przerażona rozmiarem (małym!) domu w Anglii poznaje tam przystojnego brata koleżanki zza oceanu. Angielka również przerażona 24

Gazeta Studentów

ogromem domu w Los Angeles poznaje współpracownika Amerykanki. Czy inspiracja legendarnego hollywoodzkiego scenarzysty-mentora wyleczy jej złamane serce? Różnice kulturowe, tak małe, a zarazem tak znaczące, które generują przezabawne sceny, no i znane twarze w głównych rolach (Cameron Diaz, Kate Winslet, Jude Law, Jack Black) sprawiają, że warto rzucić okiem na tę produkcję. No i jeszcze ten brytyjski akcent! (wybaczcie :P) Być może część z Was widziała powyższe pozycje i to kilka razy. Być może powiecie, że to nie są hity na Waszej liście przebojów. Być może przytoczycie jeszcze piętnaście tytułów, które powinny się tu znaleźć. Ale wiedzcie, że nie zależy mi na tym, żeby Wam narzucić, co macie obejrzeć. Chciałam tylko przybliżyć Wam moje typy na najlepszą komedię gatunku. Moje TOP… kilka. Filmy, które zawładnęły moim umysłem tak bardzo, że uśmiecham się na samą myśl o nich. Więc Mężczyźni: jeżeli Wasza ukochana nie widziała któregoś z powyższych obrazów, czym prędzej zróbcie Jej tę przyjemność. Natomiast Wy – Dziewczęta cieszcie się, jeżeli On wytrzyma z Wami te 90 minut. Ja w każdym razie bym się cieszyła. Życzę Wam, moi drodzy, MIŁEGO OGLĄDANIA. Ja polecam, Wy zrobicie, co chcecie :D Be To Sister for inspiration & great help. Thx:*


FILM

Puls UM

Piła 4 – kultowy horror czy beznadziejna komedia? Od niedawna na ekranach kin możemy oglądać kolejną – już czwartą – część „Piły”, filmu w reżyserii Darrena Lynn Bousmana. Miłośnicy horrorów długo czekali na tę premierę w Polsce. Czy przeżyją rozczarowanie? Słysząc różne opinie na temat horroru, który jest kontynuacją serii, sama postanowiłam udać się na seans i ocenić jakość produkcji. Jak można było się domyślić, tak jak poprzednie „Piły”, ta także była krwawa i brutalna. Psychopatyczny morderca w nietypowy sposób torturował swoje ofiary, zastawiając pułapki i w najmniej oczekiwanym momencie skazywał je na okrutną śmierć. Przerażające, a wręcz niesmaczne, sceny dominowały, a napięcie rosło z minuty na minutę.

Podczas oglądania filmu coś przykuło moją uwagę. Zauważyłam, że spora część ludzi podczas najokrutniejszych scen śmiała się do rozpuku. Przeraziłam się. Dlaczego oni się śmieją? – pomyślałam. Zaintrygowana tym problemem postanowiłam dowiedzieć się, co jest przyczyną takich emocji, podczas oglądania filmu pełnego scen krwawych i brutalnych. Zaraz po wyjściu z sali kinowej podeszłam do grupki młodych ludzi, którzy zajmowali prawie cały rząd przede mną. Oni śmiali się najgłośniej. Zapytałam, co ich tak rozśmieszyło. Pierwsza odpowiedziała chyba najmłodsza osoba w tym gronie: „Jak dla mnie to ten film był źle nakręcony. Zamiast krwi był ketchup”, tłumaczyła pół żartem, pół serio Kasia. Na to odezwał się jej straszy kolega, Daniel: „Uważam, że w tym filmie nie było ani jednej przerażającej sceny, a najbardziej rozbawił mnie moment, w którym dwie bryły lodu roztrzaskały głowę tamtego gościa, wiesz którego...”. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, dlatego że właśnie ta scena przeraziła mnie najbardziej. Czy ich reakcja wynika z kompletnego braku wrażliwości na zło? A może przyszli z nastawieniem na beznadziejną komedię? Moja ciekawość nie została zaspokojona. Udałam się więc do biura w Multikinie Stary Browar w Poznaniu i miałam okazję krótko porozmawiać z dyrektorem kina – panem Remigiuszem – na trapiący mnie temat. Dowiedziałam się, że dużo ludzi idzie na ten film więcej niż jeden raz. Z jego obserwacji wynika, że spora część tych osób wychodzi z kina uśmiechnięta, zadowolona i w bardzo pozytywnym nastroju – jak po komedii z Jimem Carrey’em . Natomiast sam pan Remigiusz uważa, że jest to kultowy horror, po którym wielu z nas nie może spać. Jaka jest naprawdę czwarta część „Piły”? Czy faktycznie dla niektórych to po prostu dobra komedia? A może ci, którzy najgłośniej śmieją się w kinie, potem najbardziej się boją? Chyba każdy, kto obejrzy „Piłę 4”, sam sobie odpowie na to pytanie. Jagoda Matuszak 25


WPOMNIENIEM PRZEZ ŚWIAT

Gazeta Studentów

Kraina czterech pór roku Płatki śniegu sypały wokoło, snopy iskier odbite od igiełek lodu raziły w oczy. Na niebie świecił księżyc, gwiazdy – częściowo schowane przez niewielkie kłęby szarych chmur – rozświetlały nieboskłon. Patrząc przed siebie widziałem obłe, białe kopuły gór. Kierując wzrok w dół zauważyć mogłem jedynie czarną, jednolitą masę drzew. Za moimi plecami znajdowały się dwa rozbite przed chwilą namioty. Pomyślałem o niezwykłości tego położenia. O nadzwyczajnych okolicznościach, które sprawiły, że musieliśmy zatrzymać się na przełęczy o nieznanej nam nawet nazwie i nocować na dość znacznej wysokości. Wtem ciałem mym wstrząsnął dreszcz. Nie nawykłem do mycia się w śniegu w temperaturze poniżej zera. Była co prawda końcówka kwietnia i na nizinach trwała wiosna w najlepsze. W Poznaniu temperatury sięgały pewnie 25-30 stopni, ale tam, gdzie się wtenczas znajdowaliśmy, była jeszcze zima i nic nie zapowiadało, żeby prędko miało się to zmienić. Do spania wybraliśmy miejsce w sposób, który – można by rzec – był nieco lekkomyślny. Na wysokiej przełęczy nieosłoniętej z żadnej strony roślinnością narażeni byliśmy na podmuchy wiatru, co sprawiało, że przy większej wichurze nasze namioty mogły ulecieć gdzieś daleko, być może aż do Polski. Umiejscowienie ich pod pojedynczym drzewem groziło zaś rażeniem pioruna. Wierzyliśmy jednak wtedy

Zima w swoją szczęśliwą gwiazdę. Najważniejsza wówczas była bowiem teraźniejszość, a ta mówiła nam, że nie czeka nas nic innego, jak noc na grubych pokładach śniegu w górach dość gęsto zamieszkiwanych przez głodne o tej porze roku niedźwiedzie. Dlatego unikaliśmy lasów, w których aż roiło się od odcisków łap dzikich zwierząt. Wybraliśmy przełęcz, usunęliśmy co nieco śniegu i w pozycji mocno wcale-nie-horyzontalnej poszliśmy spać. 26

Było nas sześcioro: Marysia, Ola, Witek, Michał, Jędrzej i ja. Naszym celem było zimowe przejście Tatr Niżnych z północy na południe i z zachodu na wschód. Rano wyruszyliśmy koleją ze słowackiego Popradu do Liptovskiego Hradoka. Podróż, mimo że trwała jedynie nieco ponad pół godziny, zostawiła w nas ślad. Mając okazję do świętowania upragnionego urlopu, wypoczywaliśmy tak, jak Polak umie najlepiej. W góry wyruszyliśmy więc lekko oszołomieni i już na początku świadomie zignorowaliśmy szlak ruszając drogą ani wcale wygodną, ani wielce odpowiednią. Naprawienie pomyłki zajęło nam parę godzin. Chodzenie po górach wedle kompasu w tak trudnych warunkach jest bardzo męczące. Szczególnie dla pierwszej osoby w kolumnie, która musiała przetrzeć szlak. Witek robił to jednak wyśmienicie. W końcu natrafiliśmy na jakieś na wpół zasypane ślady, które mówiły nam, że prawdopodobnie znajdujemy się na właściwej trasie. Piszę prawdopodobnie, gdyż do tej pory nie wiem czy szliśmy wówczas prawidłowym szlakiem, czy też nie. Od czasu do czasu mijaliśmy na drzewach niebieskie oznaczenia, ale zwykle podążaliśmy własnymi ścieżkami. Najważniejsze jednak było to, że w końcu dotarliśmy do miejsca, które zdawało się być najwyższym w okolicy. Pewnie była to Slema. Zimą w górach nic nie jest pewne. Może jedynie to, że, gdy zaczyna szarzeć, kwestią paru minut jest zapadnięcie zmroku. Nie mając za wiele czasu, zeszliśmy ze szczytu na najbliższą widoczną przełęcz i tam też spędziliśmy noc. Ranek przywitał nas piękną pogodą. Świeże, ostre, zimne jak lód powietrze sprawiało, że oddychanie stawało się wielką przyjemnością, a rześkość wyzwalała w nas pokłady energii. Zwinęliśmy namioty i posilając się prowiantem i herbatą zaparzoną w 60-cio stopniowym wrzątku – na więcej palnika nie było stać – ruszyliśmy w trasę. Jeszcze przez pewien czas mogliśmy podążać dawno przetartym szlakiem, wkrótce jednak zdani byliśmy już tylko na samych siebie. I tutaj pojawiła się dla mnie wielka niespodzianka. Gdy przeszliśmy ze zbocza północnego na południowe, wkroczyliśmy jakby w zupełnie inne góry. Zima ustąpiła miejsca wiośnie. Pokryty śniegiem las zamienił się w pastelowo-zieloną kwitnącą roślinność. Nareszcie mogliśmy przyśpieszyć kroku. W końcu przez cały pierwszy dzień zrobiliśmy jedynie ćwierć zaplanowanej wcześniej trasy. Nie nadrobiliśmy jednak za wiele. Tuż za Wielką Lodową Przepaścią znowu wkroczyliśmy w zimę. Czas w górach jest tak nieuchwytny, tak ulotny i płynie w sposób tak nieuświadomiony, że czasem po-


Puls UM

WSPOMNIENIEM PRZEZ ŚWIAT

czuć się można, jakby to właśnie rok minął miast godziny radoksalnie, nie jest to jednak przeciwstawne. Wystarczy marszu. Niczym po raz kolejny po wiośnie nastała zima. oddalić się w nocy na kilkanaście metrów od swojej grupy, Dla jednego ten rok zda się jednak tak by światła latarek przestały być błogosławieństwem, dla innebyć dostrzegalne, a poczuć możgo przekleństwem. Ocena czasu, na wtedy pierwotny lęk przed który się dłuży, jest bardzo susamotnością. Tak, jak unika się biektywna. dużych zgromadzeń, które spraTego dnia zdobyliśmy szczyt wiają, że jest się osobą całkowicie Rovnej Holi. Walcząc ze ścieżką, anonimową, tak też towarzystwo na przekór wyznaczonym trainnych jest największym dobrosom, wbrew mapie, idąc tylko za dziejstwem. Daje pewność bezgłosem kompasu wspomaganego pieczeństwa i zrozumienia. W rarozsądkiem osoby prowadzącej, zie czego jest się do kogo zwrócić pokonaliśmy zbocze, które latem i wie się, że w chwili kryzysu druprzy innej, lepszej aurze zdałoby ga osoba przeżywa to samo. Ma się banalne. Tym samym znaleźlisię poczucie, że obok są inni, któśmy się wewnątrz Tatr Niżnych, a rzy wcale nie mają lepiej. Rodzi oczom naszym ukazały się połoto poczucie wspólnoty i daje siłę, Wiosna żone dookoła zaśnieżone szczyty by razem dotrzeć do zaplanowai przełęcze, z groźnym Dumbierem na czele. Początkowo nego celu. W grupie osób zawsze drzemią większe możliwochcieliśmy trawersować dalej w kierunku Certovicy, lecz ści i większa odwaga niż w poszczególnych jednostkach. szlak okazał się zbyt groźny. Nie chcieliśmy wywołać Kolejny nocleg, mimo że nadal w górskim terenie, lawiny, tym bardziej stać się też jej ofiarami. Jedyne, co nie był już tak ekstremalny. Udało się nam nawet rozpamogliśmy zrobić w tej sytuacji, to zejść do najbliższej lić ognisko, przy którym siedzieliśmy do późnych godzin miejscowości – Vyznej Bocy. Wybraliśmy szlak najłagodnocnych. Tak długie wieczerzanie pozytywnie odbiło się niejszy z możliwych. Ale i tak nasza trasa była na tyle trudtakże na ciężarze naszych plecaków. Panujący jednak na, że przy każdym kroku przebijaliśmy się nogami przez chłód sprawił, że rozgrzewać ogniem musieliśmy się dośnieg o głębokości sięgającej do połowy ud i stąpaliśmy syć intensywnie. Pamiętać także należy, o czym część z stopami po spływającym pod śniegiem strumyku. O sunas boleśnie nad ranem się przekonała, że butelka krążąca chości butów można było tylko w takiej chwili pomarzyć. wzdłuż ławki statystycznie dwa razy częściej gości u ludzi Dobrze, że nikt nie natrafił na ślad tak zwanych jezior podsiedzących w środku. Toteż nie dziwi pewnie fakt, że gdy śnieżnych. Mogłoby się to źle skończyć. Stąd też pierwkolejny ranek przywitał nas niemalże jesiennym oberwasze napotkane wtenczas domostwa napełniły nas radością niem chmury, niestety, wcale co poniektórym nie chciało i ciepłem. Pierwsza zaś spotkana knajpa obdarowała nas się wychodzić w góry i po raz kolejny zdobywać wysobardziej strawnym asortymentem. Nie dziwi więc chyba kość w niezwykle trudnym terenie. Wstawiliśmy więc fakt, że wychodząc na trasę – znowu po zmroku – planodrewniany stół turystyczny znaleziony gdzieś na szlaku wany odcinek do chat pod przystanek auschroniskowych, w tobusowy i tam też których mieliśmy nosiedzieliśmy jedząc cować, zamieniliśmy śniadanie i degustuna bardziej pewny jąc przeterminowane nocleg pod namiotanapoje za jedną komi na polu u podnóża ronę z pobliskiego góry przylegającej do sklepu. Vyžną Bocę miejscowości. Zimą zapamiętam więc w górach szuka się głównie z tego jedjednocześnie wyobnego posiłku, a takcowania i kontaktu że z plastikowych Jesień z człowiekiem. Pakrasnali strzegących 27


KLUB TURYSTYCZNY

Lato prawie każdego ogrodu niczym spod polskiej zachodniej granicy. Wieczorem uzmysłowiwszy sobie, że z planowanej trasy zrobiliśmy co najwyżej ułamek, a co więcej, nie mając po prostu szans na wypełnienie pełnych zamierzeń, które były ustalane na podstawie letnich czasów przejść, udaliśmy się tam, gdzie byliśmy pewni, że pogoda będzie lepsza. Wsiedliśmy w autobus i poprzez Liptowski Mikulaš pojechaliśmy do Słowackiego Raju. Podróż sprawiła nam trochę problemów i musieliśmy między innymi roz-

Gazeta Studentów bijać namioty po raz kolejny w bardzo ciekawej scenerii – pod kościołem w Vydrniku. Rano obudzili nas ludzie idący na poranną mszę, a my kontynuując rajd trafiliśmy wkrótce do miejsca przeznaczenia. W Słowackim Raju istotnie, tak jak przypuszczaliśmy, świeciło słońce. Lato, choć jeszcze w powijakach, opromieniło nam twarze. Groza, jaką jednak wzbudziły we mnie niedostępne i ponure szczyty Tatr Niżnych, została we mnie na długo. Była to moja pierwsza większa wyprawa w takich warunkach atmosferycznych. Góry te, mimo że latem łagodne, nauczyły mnie pokory. A także tego, że posiadają nie tylko jedno oblicze. W zasadzie każdego dnia są one inne. Niczym stary słowiański bożek Perun, w zależności od strony, z której się nań spogląda, prezentują inny humor. Są kapryśne i zepsute niczym bogowie z Olimpu. Nie dziwi więc fakt oddawania przez wiele kultur czci tym potężnym wzniesieniom. Równiny nie są na tyle dostojne, by równać się ze skałami. W taki oto sposób poniekąd uzależniłem się od zimowych wypraw w góry. Sprawdziła się stara zasada, że im trudniejsze warunki panujące na wyprawie, tym bardziej się do nich tęskni. Piotr Skrobich

Poradnik Studenta-Turysty czyli jak zorganizować podróż życia… za grosze… Do naszego wymarzonego wyjazdu zostało kilka miesięcy. Już wiemy, gdzie jechać i gdzie spać. Czas zadbać o to, żeby wpuszczono nas do kraju docelowego… CZĘŚĆ 3: Formalności Od niedawna Polska weszła do strefy Schengen. Granice wewnątrz Unii Europejskiej stanęły dla nas otworem i bez jakichkolwiek przeszkód możemy podróżować od Portugalii po Łotwę i od Islandii po Grecję… Prawie… Przyjęło się utożsamiać Schengen z Unią Europejską, ale okazuje się, że niektóre z państw UE nie należą do strefy, za to niektóre kraje spoza Unii zniosły już granice. Próbując podróżować przez Europę należy wciąż spodziewać się kontroli na granicach Wielkiej Brytanii, Andory, Szwajcarii, Liechtensteinu, San Marino, Bułgarii, Rumunii i krajów byłej Jugosławii. W praktyce kontrole te są bardzo pobieżne, a obywatele krajów Unii Europejskiej mają na granicach zazwyczaj swoje własne bramki, co bardzo usprawnia ruch i jest wielkim udogodnieniem. Wschód Gdy pojedziemy na wschód, sprawy się skomplikują. 28

Granica z Ukrainą jest relatywnie najłatwiejsza do przekroczenia, natomiast granice z Białorusią i obwodem Kaliningradzkim są trudne o tyle, że wymagana jest wiza wjazdowa. Należy się w nią zaopatrzyć przed wyjazdem, w stosownym konsulacie. Tu uwaga: konsulat Federacji Rosyjskiej w Poznaniu nie wydaje wiz do Rosji na więcej niż 14 dni (choć powinien na 30), lepiej więc załatwiać sprawy wiz w Warszawie. Najwygodniej skorzystać w usług biura pośrednictwa wizowego. Szeroką ofertę i skorych do negocjacji cenowych pracowników znajdziemy np. w biurze STUD-TOUR (http://www.wizy.stud-tour.edu.pl/) – tam można zaopatrzyć się w wizę do kilku ciekawszych państw Azji, a co najważniejsze – do Rosji, gdzie procedury są wyjątkowo zagmatwane. Planując samodzielne wyrabianie wizy rosyjskiej (zwłaszcza poza Polską), trzeba zawczasu dobrze zapoznać się z listą wymaganych dokumentów (http://www.poland.mid.ru/visa_pol.html) i


Puls UM pod żadnym pozorem nie wolno liczyć na to, że urzędnicy „przymkną oko” na jakikolwiek szczegół.

KLUB TURYSTYCZNY ilości czasu. Jak zapewne wielu z Was wie, w celu wyrobienia wizy do USA, należy zarejestrować się na stronie www (http://polish.poland.usembassy.gov/), a następnie odbyć wycieczkę do Warszawy (względnie do Krakowa) i porozmawiać z konsulem. Spotkanie to będzie podstawą do decyzji o wydaniu wizy. Należy pamiętać, że zdobycie wizy do USA będzie wymagane nawet przy tranzycie przez ten kraj, więc planując podróż na przykład do Meksyku, zawsze trzeba upewnić się, czy nie czeka nas przesiadka w którymś z portów lotniczych w USA. Zdobywanie wiz wjazdowych to zadanie czasem nie-

Południe Podróż do Afryki formalnie może być jeszcze trudniejsza. Do większości państw wymagana jest wiza wjazdowa (dokładną listę można zawsze sprawdzić na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych http://www.msz.gov. pl). Czasem zdobycie wizy w Polsce będzie trudne – do niektórych państw Afryki wizy dla Polaków wydają ambasady w Paryżu, Berlinie, czy nawet Moskwie, a przecież dotarcie do Rosji już samo w sobie jest kłopotliwe. Czasem najlepszym pomysłem będzie więc załatwianie wizy w kraju sąsiadującym z tym, do którego się udajemy. Ambasady w krajach Czarnego Lądu będą zdecydowanie łatwiejsze do znalezienia niż ich odpowiedniki w Europie. Jeśli chodzi o dawne kolonie francuskie, to czasem możliwe jest wyrobienie wiz w ambasadzie Francji, ale nie jest to zasadą i przed wyjazdem trzeba upewnić się o istnieniu takiej możliwości dla konkretnego kraju docelowego. W przypadku niektórych wyjazdów warto też wiedzieć o możliwości zaopatrzenia się w wizy łączone, np. Visa Touristique Entente to wspólna wiza do Beninu, Burkina Faso, Nigru, Togo i Wybrzeża Kości Słoniowej, którą możStrefa Schengen - tam możemy jeździć bez paszportu na zdobyć w każdym z tych krajów oraz ich i kontroli granicznych przedstawicielstwach na całym świecie, jak również w niektórych ambasadach Republiki Francuskiej. Kosztuje ona łatwe, niestety jest też dość drogie. W zależności od rejonu 25000 CFA, czyli jakieś 140 zł, co jest bardzo dobrą ceną. świata wydamy na to od kilku do kilkuset dolarów. Jest to Często bowiem koszt pojedynczej wizy to aż 100 dolarów. niestety wydatek, którego nie unikniemy w żaden sposób. Nietrudno jest więc się domyślić, co będzie stanowiło najPonieważ procedury są złożone, warto zacząć załatwianie poważniejszy koszt w czasie naszej podróży do Afryki. tych formalności już teraz. Pamiętajmy też, że większość wiz zostanie nam wydanych pod warunkiem posiadania Zachód paszportu ważnego jeszcze przez kilka miesięcy po plaPoza Europą, najwygodniej jest podróżować po Amenowanym terminie wizyty w danym państwie. Może więc ryce Południowej. Do żadnego z krajów tego kontynentu być konieczne wcześniejsze wyrobienie nowego paszpornie jest wymagana wiza wjazdowa. Co więcej – podobnie tu. Powodzenia! jak w strefie Schengen, nie ma tam najczęściej kontroli A jeśli będziecie potrzebowali pomocy lub praktyczgranicznych. Turysta sam więc musi zadbać o dopełnienie nych wskazówek, zawsze jest szansa, że je uzyskacie na formalności i zaopatrzenie się w pieczątkę w paszporcie, forum „Pulsu UM” w dziale Sekcji Turystycznej – zachęco należy uczynić na posterunku policji w miastach gracam do zadawania konkretnych pytań i wymiany informanicznych po obu stronach rogatki. cji Tradycyjnie też zapraszam na spotkania tej sekcji – terZabawa zaczyna się przy próbie odwiedzenia Stanów miny podajemy na stronie http://stum.medyczna.net Zjednoczonych lub Kanady. Tutaj procedury wizowe są bardziej złożone i wymagają poświęcenia nieco większej Patryk Konieczka 29


MUZYKA FILMOWA

Gazeta Studentów

Ostrożnie, pożądanie Kariera Alexandre’a Desplat jest zaiste imponująca. W ciągu zaledwie kilku lat stał on się jednym z najpopularniejszych kompozytorów muzyki filmowej, zyskując dostęp do najciekawszych projektów powstających w Hollywood. Francuz zachwycił wszystkich swoim talentem i niezwykłą dbałością o najdrobniejsze szczegóły pisanych przez siebie partytur. Jednocześnie pokazał, że u podstaw muzyki filmowej zawsze powinna leżeć jakaś koncepcja – pomysł, który będzie w inteligentny sposób wiązał muzykę z filmem. I to właśnie ta „muzyczna inteligencja”, poparta świeżym, europejskim brzmieniem, pozwoliła kompozytorowi na zaistnienie w świadomości entuzjastów muzyki filmowej. Trudno posądzić Alexandre’a Desplat o unikanie trudnych wyzwań. Przez ostatnich kilka lat pisał muzykę do niemal wszystkich gatunków filmowych – od dramatów,

30

sensacji, fantasy aż po kino szpiegowskie i obyczajowe. Jego partytury prezentowały różny poziom, raz zachwycając wyrafinowaną fakturą („Malowany welon”), żeby po chwili trącić tanim, hollywoodzkim banałem („Firewall”). Jednak dzięki różnorodności podejmowanych projektów Desplat udowodnił, jak wszechstronnym jest kompozytorem i pokazał, gdzie leżą jego atuty. A do tych niewątpliwie należy doskonały warsztat i umiejętność rozumienia filmu. Te dwie cechy, poparte charakterystyczną dla europejskich kompozytorów wrażliwością, predysponują Francuza do pracy przy trudnych tematycznie i pełnych napięcia filmach. Takich, w których kilka dźwięków jednego instrumentu, w połączeniu z odpowiednim obrazem, może zalać widza falą niespotykanych emocji. Do takich filmów niewątpliwie należy „Ostrożnie, pożądanie” Anga Lee. Ten Tajwański reżyser, mimo że filmy kręci od zaledwie 10 lat, już zdążył stworzyć kilka znaczących obrazów. „Przyczajony tygrys, ukryty smok” i „Tajemnica Brokeback Mountain” to bez wątpienia dwa najważniejsze. Oprócz nazwiska reżysera i zasłużonej sławy łączy je jednak jeszcze coś... Ścieżki dźwiękowe z obu tych tytułów zostały uhonorowane Oscarem. Ang Lee ma niezwykły dar zatrudniania świetnych kompozytorów, którzy odpłacają mu się rewelacyjnymi partyturami. Tym razem ta muzyczna intuicja zawiodła Taja pod drzwi Alexandre’a Desplat. Efektem tego jest zjawiskowa ścieżka dźwiękowa z „Ostrożnie, pożądanie”, nie-


Puls UM stety pominięta wśród Oscarowych nominacji. Stylowa, elegancka, melodyjna i monotonna. Takie określenia chyba najlepiej pasują do tej muzyki. Pod wieloma względami jest ona powrotem do „Malowanego welonu” i jego orientalnego brzmienia. Co prawda, nie pojawia się tutaj ani jeden egzotyczny instrument, jednak drobne zabiegi orkiestracyjne, harmoniczne, solówki wiolonczeli i fletów oraz minimalistyczne motywy, delikatnie naprowadzają słuchacza na geograficzną tożsamość tej muzyki. Podobnie jak w „Malowanym welonie”, istotną rolę odgrywa tutaj fortepian, a wraz z nim świetny pianista Alain Planes. Dźwięk jego instrumentu kreuje kameralną atmosferę intymności i skupienia, która podkreślona jest rozmytym, nieco mglistym brzmieniem smyczków. Wszystko to składa się na specyficzną fakturę tej muzyki, bardzo klasyczną, a jednocześnie zahaczającą o minimalizm i ambient. Pojawiają się na tej ścieżce dźwiękowej dwa wyraźne tematy, z których przynajmniej jeden zrobi ogromną karierę – „Wong Chia Chi’s Theme”. To dość długa, ale urodziwa, melodia, której fragmenty porozrzucane są na całej płycie, w postaci krótkich, minimalistycznych motywów. Dopiero pod koniec albumu wszystkie one łączą się, tworząc jeden z najlepszych tematów filmowych autorstwa Alexandre’a Desplat. Niestety takich mocnych i wyrazistych akcentów na tej płycie jest bardzo mało. Największą wadą tego albumu jest monotonia, zwłaszcza w jego środkowej części. Po zaprezentowaniu materiału tematycznego w początkowych kompozycjach, dalej Desplat serwuje nam już tylko tło. Stylowe i eleganckie, ale wyłącznie tło. Jego słuchanie nie należy do przykrych doświadczeń, choć można się zwyczajnie znudzić taką monotonią. Nie jest to muzyka efektowna, a jedynie skupiająca się na wykreowaniu odpowiedniego klimatu – głównie za pomocą minimalizmu i ambientu. Desplat urozmaica ten element swojej muzyki różnymi orkiestracyjnymi smaczkami i solówkami, jednak mimo to słuchanie takiego tła, bez znajomości filmu, nieco się dłuży... Trudno nie dostrzec uroku w najnowszym dziele francuskiego kompozytora. Posiada ono kilka przyjemnych dla ucha melodii i wyjątkowy, pełen napięcia oraz skupienia, klimat. To zdecydowanie partytura nietuzinkowa, która zadowoli bardziej wymagających melomanów. Z drugiej strony jednak wiele osób może napotkać

MUZYKA FILMOWA

Alexandre Desplat pewną barierę, która zniechęci do głębszego zapoznania się z tą ścieżką dźwiękową. Jej ilustracyjność, mimo iż pokazująca bogaty warsztat kompozytora, wprowadza na płycie element monotonii i znużenia. W przypadku filmu nie ma to najmniejszego znaczenia i muzyka spisuje się tutaj nienagannie. Jednak soundtrack, który reprezentuje muzykę Desplat poza obrazem, nie jest pozycją zbyt zajmującą. W ogólnym rozrachunku to jednak pozycja wystająca dużo ponad przeciętną i zdecydowanie warta uwagi. Łukasz Waligórski

31


KRZYŻÓWKA

Gazeta Studentów

Krzyżówka Litery z szarych pól ponumerowanych w górnym rogu od 1 do 28 utworzą rozwiązanie. Miłej zabawy i powodzenia!

2

16

16

2

24

4

17

1

13

14

3 4

7

18

14

20

21 27

18

11

10

10

8 22

23

11

12

22

13

1

15

12

5

8

6

19

7

26

19

25

3

5

21

9

20

9

15

23

17

24

28

6

Prawidłowe odpowiedzi, podpisane imieniem i nazwiskiem, możecie przynosić do siedziby redakcji, przesyłać smsem pod numer 668381083 lub pocztą elektroniczną na adres pulsum@wp.pl. Czekamy do 28 lutego 2008 roku. Uwaga! Większa ilość prawidłowych rozwiązań przyniesiona przez jedną osobę nie zwiększa jej szansy na wygraną! W tym miesiącu możecie wybierać spośród następujących nagród: stetoskop Medica Optima oraz książki wydawnictwa PZWL: „Ginekologia. Podręcznik dla położnych, pielęgniarek i fizjoterapeutów” (pod red. T. Opali), „Farmacja praktyczna” (pod red. R. Jachowicz) i „Psychologia w praktyce medycznej” (pod red. A. Jakubowskiej-Wineckiej, D. Włodarczyk). Nazwiska zwycięzców ogłosimy w marcowym numerze!

1

2

3

4

Ola

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

15

16

17

18

Imię i nazwisko................................................................................ Wybieram nagrodę........................................................................... Tel./e-mail:....................................................................................... Zgadzam się na wykorzystanie moich danych osobowych przez Redakcję „Pulsu UM”, zastrzegając sobie prawo do ich sprawdzenia i poprawienia. Podpis.............................................................................................. 32


HUMOR

Puls UM

Poziomo 1. Inaczej karaczan 2. Roślina z żołnierskiej piosenki 3. Np. zaskroniec, ale salamandra już nie 4. Nie zagrzewa nigdzie miejsca na dłużej 5. Kapłanka strzegąca ognia w rzymskiej świątyni 6. Nowa wersja starego filmu 7. „Zasłona przeciwkomarowa” 8. Brutto minus netto 9. Wznoszony za zdrowie 10. Ohyda z chrząstki rekina 11. Bada to, co skrzydlate 12. Ma kłębuszki 13. Zbiór dzieł np. jednego artysty

Pionowo 2. Szef uczelni 5. Dobrze, gdy jest bezpieczeństwa 11. Jeśli nie na ugorze, to z zębami ;) 14. Instrument Wojskiego 15. Dobra na giełdzie 16. Obraz jak puzzle 17. Talia Ziemi 18. Intensywny czerwony kolor lub z greckiego… nieśmiertelność 19. Obronna wieża 20. Dziura po meteorycie 21. Ze stolicą w Luandzie 22. „… kowboj” z Jon’em Voight’em 23. Zwrot w danym języku, którego na inny nie można tłumaczyć dosłownie 24. Imię palindrom

Nagrodzeni

Nagrody za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki z 103 numeru „Pulsu UM” otrzymują: Paweł Zawadzki („Medycyna ratunkowa na dyżurze”), Alicja Luszczki („Rehabilitacja w chirurgii”), Joanna Wrotyńska („Podręczny słownik medyczny ang-pol i pol-ang”), Aleksandra Paciorkowska („Kosmetologia i farmakologia skóry”).

Gratulujemy!!!

Humor Na ławeczce w parku siedzą facet i kobieta. Obydwoje tak około 40. Ona czyta książkę, on rozgląda się ciekawie dookoła. W pewnym momencie rozlega się krzyk kobiety : – Ratunku, policjaaaa. Jak spod ziemi wyrasta patrol Straży Miejskiej. – Co się stało? – Ten facet chciał mnie zgwałcić! Aresztujcie zboczeńca! – Co pan ma na swoją obronę ? – strażnik zwraca się do mężczyzny – Paa-panie właa-adzo.To-o nie-nie-nieeeporozumie-eenie. Siedzi-i-my tu-tutaj ra-ra-razem, a-a na ale-e-ejce spa-a-ace-erują go-gołębie. To-o ja mó-mó-mówię „Momo-może my-y by-by-byśmy ta-a-ak ja-a-ak o-o-one”. Ty-tylko, że za-za-za-nim skoń-skończyłe-e-em mó-mómówić. to-o-o sy-y-ytuacja-a u go-go-łębi sie-ę-ę ra-ra-radyka-a-alnie zmie- zmie-zmieniła. *** Po operacji słonia lekarz mówi: – Pierwsza udana operacja słonia, siostro, i po raz pierwszy nic nie zostało w środku... – SIOSTRO? SIOSTRO???!!!

Dwaj znudzeni krupierzy siedzieli przy stole z ruletką, gdy do kasyna weszła bardzo atrakcyjna blondynka. Podeszła do stołu i zadeklarowała zakład na 20 tys. dolarów na konkretną liczbę. Zaraz potem dodała: – Mam nadzieję, że to wam nie będzie przeszkadzać, ale naprawdę szczęśliwe zakłady obstawiam kompletnie nago. Po czym zrzuciła z siebie suknię, bieliznę i buty i rozkręciła talerz ruletki z okrzykiem: – Mamusia potrzebuje pieniążki na nowe ubranko! Chwilę później już wykrzykiwała: – TAK! TAK! WYGRAŁAM! NAPRAWĘ WYGRAŁAM! Podskakiwała przy tym jak mała dziewczynka i obejmowała każdego z krupierów. Zaraz potem zebrała wszystkie pieniądze i swoje rzeczy i prędko opuściła kasyno. Krupierzy nieco zakłopotani popatrzyli na siebie, po czym jeden z nich zapytał drugiego: – Ty, a co ona właściwie obstawiała? Drugi odparł: – Nie mam pojęcia, myślałem, że Ty to sprawdzasz! 33


HUMOR Na pustym jeszcze placu budowy brygadzista staje przed robotnikami i mówi: – Panowie, rozpoczynamy i pamiętajcie: budujemy solidnie, bez fuszerki, bez wynoszenia na lewo materiałów. Budujemy najlepiej, jak umiemy, bo budujemy dla siebie. – A co to będzie? – pyta się jeden z robotników. – Miejska Izba Wytrzeźwień. *** W warsztacie samochodowym klient pyta mechanika: – Kiedy mam na liczniku 170 na godzinę, coś stuka mi w silniku. Jak pan myśli, co to może być? – Anioł Stróż. *** Praczłowiek do syna wracającego ze świadectwem szkolnym: – To, że masz tróję z myślistwa, mogę pojąć, boś jeszcze kurdupel, ale ta pała z historii? – Przecież to tylko dwie strony... *** Inżynier, fizyk i matematyk dostali taką samą ilość siatki ogrodzeniowej oraz polecenie otoczenia nią jak największego obszaru. Inżynier ogrodził obszar w kształcie kwadratu. Fizyk, jako osoba troszkę bardziej inteligentna, otoczył obszar w kształcie idealnego koła i stwierdził, iż lepiej się nie da. Matematyk natomiast postawił ogrodzenie byle jak, po czym wszedł do środka i powiedział: – Jestem na zewnątrz. *** Rozmawiają dwie krowy w rzeźni. Jedna mówi do drugiej: – Te, boisz się? – No... – Pierwszy raz w rzeźni? – Nie, k..., drugi! *** Facet przyszedł do szpitala: – Proszę mnie wykastrować. – Jest pan zupełnie pewien??? – Tak. Po operacji budzi się i widzi zgromadzonych wokół lekarzy. Pyta ich: – I jak, operacja się udała? – Udała się. Ale czemu pan tak postąpił??? – Niedawno ożeniłem się z ortodoksyjna Żydówka i wiecie, ... – To może chciał się pan obrzezać??? – A co ja powiedziałem?! *** W stołówce, w kolejce po zupę, rozmawiają dwaj studenci: 34

Gazeta Studentów – Masz jakieś wieści z domu? – Niestety. Ani złotówki. *** Rozmawiają studenci V roku Akademii Muzycznej na temat pracy dyplomowej: – Ty, słuchaj, może weź, przepisz ostatnie dzieło naszego mistrza profesora od końca... Po kilku dniach przy piwie: – Przepisałeś? – Tak. Wyszła piąta symfonia Beethovena... *** Jasiek chodzi na imprezę co tydzień, Mariola co 16 dni. Znając okres cyklu miesiączkowego Marioli oblicz prawdopodobieństwo, że na wspólnej imprezie wpadną. Oblicz prawdopodobieństwo, ze będą to bliźniaki. Pytanie dodatkowe: ile będą wynosić alimenty po 6 latach? *** Robotnik wykonuje swoją pracę w 4 dni i 5 godzin. Pijany robotnik tę samą pracę wykonuje w 7 dni i 8 godzin. Na budowie pracuje 7 robotników i 1 majster nadzorujący. Majster przychodzi trzeźwy na budowę co 3 dzień, a do sklepu monopolowego jest 13 minut biegiem. Oblicz zysk sklepu monopolowego, gdy budowany jest dom dwukondygnacyjny? *** Za górami, za lasami żyła sobie piękna, niezależna, pewna siebie księżniczka. Pewnego razu natrafiła na żabę siedzącą na kamieniu i przyglądającą się brzegom nieskazitelnie czystego stawu w pobliżu jej zamku. Żaba wskoczyła księżniczce na kolana i powiedziała: – Piękna Pani, byłem przystojnym księciem, aż pewnego razu zła wiedźma rzuciła na mnie urok. Jednakże jeden Twój pocałunek wystarczy, abym znów stał się młodym, żwawym księciem, jakim byłem przedtem. Wtedy, moja słodka, weźmiemy ślub i będziemy razem z moją matką gospodarować w tym zamku. Tam będziesz przygotowywać mi posiłki, prać moje ubranie, rodzić mi dzieci, i będziemy żyli długo i szczęśliwie... Tego wieczora przygotowując kolację, przyprawiając ją białym winem i sosem śmietanowo-cebulowym, księżniczka chichocząc cichutko pomyślała: – No cholera, nie sądzę... I dalej przewracała skwierczące na patelni żabie udka w panierce... *** – Czego powinien używać łysy do mycia głowy? – Najlepiej Cif, bo nie rysuje powierzchni. Soulafein z pomocą Redakcji



luty2008