Page 1

Gazeta Studentów AM w Poznaniu Nr 71 Luty 2004 Rok 8

W numerze: - wywiad z Prof.dr.hab.Witoldem Woźniakiem - rozmowa z Prof.dr.hab.Zbigniewem Religą - relacja z praktyk w Zambii oraz w Egipcie - „Głos w sprawie…ignorancji”, czyli kto ma lepiej – my, czy studenci zagraniczni?


Gazeta Studentów 2

Od Redakcji Witajcie w ten piękny zimowy czas, czas lepienia bałwanów, wojaży na sankach i…sesji (przede wszystkim, niestety!). Zapraszamy Was gorąco do przeczytania lutowego wydania „Pulsu AM” oraz przypominamy, iż czekamy na wszystkie pomysłowe osoby, chętne do pisania artykułów, reportaży, przeprowadzania wywiadów, tworzenia rysunków..! Dołączcie do nas! W momencie zamykania numeru otrzymaliśmy informację, że biblioteka Wydziału Nauk o Zdrowiu przyłączyła się do programu „uwalniania książek” (nie chodzi bynajmniej o oddawanie wypożyczonych książek). Więcej o tej akcji, zwanej również „bookcrossingiem” dowiecie się w bibliotece WNoZ przy ul. Smoluchowskiego lub na stronie: www.bookcrossing.pl

Puls AM Gazeta Studentów Akademii Medycznej w Poznaniu Redaktor Naczelny: Z.-ca Redaktora Naczelnego: Sekretarz: Współpracownicy:

Daria Martenka, dariam@poczta.onet.pl Dorota Wesół, dorotawesol@o2.pl Witold Pawelczak, witoldpawelczak@o2.pl Piotr Arcimowicz, Piotr Chomiak, Dorota Karmowska, Ewa Kozber, Tomasz Ługowski, Aneta Orczyk

Adres Redakcji: ul. Przybyszewskiego 39, D.S. Eskulap, pok. 3 (obok administracji) 60 – 356 Poznań, tel. (061) 869-44-35, e-mail: pulsam@wp.pl, pulsam.prv.pl Redakcja zastrzega sobie prawo do skracani i audiustacji tekstów oraz zmiany ich tytułów. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za fantazję reporterów. Nadesłanych tekstów nie zwracamy. Druk: Wydawnictwo Uczelniane Akademii Medycznej w Poznaniu, nakład 1500 egz.


Puls

AM 3

Echa publikacji. W numerze 67 zamieściliśmy duży materiał, który przedstawiał uwagi i propozycje studentów dotyczące kształcenia na Wydziale Lekarskim I. Zasugerowaliśmy, aby skonfrontować stan obecny z faktami opisanymi. Nieoficjalnie dotarło do nas kilka komentarzy, z których wynikało, że nie wszyscy dokładnie zapoznali się ze „słowem wstępnym” i w złym kontekście rozpatrywali przedstawione dane. Nadeszła jedna oficjalna wiadomość, którą cytujemy poniżej. Studenci roku VI Wydziału Lekarskiego I, którzy odbyli ćwiczenia w Klinice Chorób Tropikalnych i Pasożytniczych w Szpitalu Klinicznym nr 2, przy ul. Przybyszewskiego, nie zgadzają się z opinią na temat sposobu prowadzenia zajęć, przedstawionego w listopadowym numerze „Pulsu AM”. Uważamy, iż zajęcia były przeprowadzone w sposób interesujący, profesjonalny i bezstresowy, za co bardzo dziękujemy wszystkim pracownikom Kliniki. Rok VI WL I Po publikacji dotarło do nas również pismo od RUSS, z którego wynikało, że opracowanie „Propozycje studentów dotyczące udoskonalenia procesu dydaktycznego na kierunku lekarskim rok 2002/2003” znalazło się na łamach bez ich zgody i wiedzy. Sytuacja ta została określona jako sprzeczna z prawem prasowym i w związku z tym zostaliśmy poproszeni o sprostowanie, które zamieszczamy poniżej. SPROSTOWANIE… W związku z pismem od RUSS, muszę zaznaczyć, sporne informacje nie zostały opublikowane bez zgody i wiedzy RUSS. Ich obecność w numerze 67 jest jedynie wynikiem nieporozumienia i obustronnego błędu w procesie przekazywania informacji i jej autoryzowania. Pomimo okoliczności, które towarzyszyły publikacji, „Puls AM” jest nadal otwarty na współpracę. Witold Pawelczak Sekretarz „Pulsu AM”


Gazeta Studentów 4

MIKROSKOP czyli porcja interesujących nowinek ze świata nauki specjalnie dla Was!!! Rewolucja w owulacji Wyniki nowych badań w dziedzinie ginekologii wywołały ogromne kontrowersje wśród lekarzy. Zespół kanadyjskich naukowców twierdzi, że kobiety mogą jajeczkować częściej niż raz w ciągu cyklu miesięcznego. Jeśli te informacje się potwierdzą, to wiele od dawna uznanych rozdziałów w książkach dotyczących ludzkiego rozrodu trzeba będzie napisać od nowa, donosi „New Scientist”. Zespół Rogera Piersona z University of Saskatchewan poddał codziennej kontroli ultrasonograficznej grupę 63 zdrowych, regularnie miesiączkujących kobiet w wieku 18-40 lat. Badania trwały przez sześć tygodni. W ich trakcie analizowano średnice pęcherzyków jajnikowych w poszczególnych fazach rozwoju. Fizjologicznie w pierwszej fazie cyklu wzrasta i dochodzi do powierzchni jajnika grupa składająca się z 15-20 pęcherzyków. Ostatecznie jeden z nich przerasta pozostałe i następnie, przy odpowiednim stężeniu hormonów, uwalnia komórkę jajową, która kieruje się do jajowodu i jamy macicy. Pozostałe pęcherzyki obumierają. Do tej pory uważano, że w czasie jednego cyklu występuje tylko jedna taka „fala wzrostowa pęcherzyków” i jedna owulacja. – W rzeczywistości wcześniej nikt nie zweryfikował tej tezy, była ona jednak powszechnie akceptowana, mówi Pierson. W trakcie badań, jego zespół stwierdził, że wszystkie kobiety miały więcej niż jedną „falę wzrostową pęcherzyków”, u 68% z nich wystąpiły dwie, a u 32% aż trzy, jednak nie wszystkie kończyły się owulacją. W trakcie sześciu tygodni trwania eksperymentu, 50 kobiet jajeczkowało jednokrotnie, u siedmiu nie doszło do owulacji, a u pozostałych sześciu stwierdzono dwukrotne jajeczkowanie w ciągu jednego cyklu, w dwóch różnych jego dniach. O komentarz na temat tych doniesień poproszono eksperta zajmującego się problematyką ludzkiego rozrodu, Williama Ledgera z University of Sheffield w Wielkiej Brytanii: - To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to fakt, że nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, by przeprowadzić podobne badania. Według niego zjawisko podwójnej owulacji może wyjaśniać, dlaczego aż w 10% przypadków dochodzi do ciąż dwujajowych, kiedy to rodzą się bliźniaki, z których każdy ma indywidualny zestaw materiału genetycznego. Tłumaczyłoby to także, skąd biorą się różnice w czasie trwania okresu rozrodczego – U kobiet z wielokrotnymi owulacjami w ciągu cyklu szybciej dochodziłoby do „wyczerpania” zapasu komórek jajowych i w związku z tym wcześniej występowałaby u nich menopauza - uważa Ledger - Jeśli stwierdzono by w tym wypadku zależność genetyczną, to otwierałoby to drogę do stworzenia testu, który wskazywałby przybliżony czas trwania okresu kobiecej płodności, dodał. Zespół Piersona planuje już kolejne badania, w których spróbują oni ustalić, dlaczego niektóre z „fal wzrostowych pęcherzyków” kończą się owulacją, a inne nie. Podejrzewa on, że odpowiada za to regulacja hormonalna, w wyniku której po owulacji zablokowane zostaje dojrzewanie kolejnych pęcherzyków. Odkrycia te zdają się być ważnym krokiem w medycynie, nie brak jednak i głosów sceptyków. Richard Kennedy z Brytyjskiego Towarzystwa Płodności twierdzi: - Fazy wzrostu pęcherzyków jajnikowych były już dokładnie badane przez dziesięciolecia. Doniesienia Piersona wpisują się w naszą dotychczasową wiedzę, a ich wyniki wciąż wymagają potwierdzenia.

Na podstawie „New Scientist”tłum. (tł)


Puls

AM 5

MIAŁEM BYĆ KADETEM Rozmowa z Prof.dr.hab. Witoldem Woźniakiem, Kierownikiem Katedry i Zakładu Anatomii Prawidłowej. Przez wielu studentów jest Pan Profesor postrzegany jako człowiek mający ogromną wiedzę i umiejętność jej przekazywania, ale również jako surowy wykładowca. Czy taki rygor na anatomii jest konieczny? Co Pani ma na myśli mówiąc „surowy”? Bardzo wymagający... Wrażenie rygoru wynika z dużego zakresu materiału. Wśród studentów krąży fałszywa informacja, że muszą opanować siedem, no, teraz pięć nowych tomów podręcznika Bochenka-Reichera na pamięć. W trakcie zajęć okazuje się, że tak nie jest. Nie ukrywam, że przedmiot jest obszerny i że trzeba aktywnie uczestniczyć w ćwiczeniach anatomicznych. Wyobrażenie o rygorze wynika też z tego, że wymagamy punktualności, systematycznego uczęszczania na zajęcia i choćby ogólnego do nich przygotowania. Opracowaliśmy zbiorowy, krótki podręcznik, ułatwiający studiowanie. Regulamin zajęć z anatomii rzeczywiście wymaga dużej dyscypliny od studentów. Regulamin zajęć z każdego przedmiotu, w tym również anatomii, jest przedstawiany dziekanowi i zatwierdzany przez kolegium dziekańskie z udziałem reprezentantów studentów. Wiecie przecież, że jestem elastyczny jeśli chodzi np. o zmiany terminów sprawdzianów, ustalanie terminów egzaminów. Jestem też jednak wrażliwy na punkcie systematyczności i obowiązkowości. Punktualność jest cechą dobrego wychowania. To dawny mit, że dobrego lekarza poznaje się po tym, że zawsze się na niego czeka. Taka dyscyplina studiów jest na zachodzie, a wiadomo, co nas czeka od maja. Powiedzmy szczerze, że regulaminu nie akceptują osoby, które go często naruszają. To tak jak z prawem. Część studentów i lekarzy zastanawia się: „Po co nam taki zakres anatomii”? Co Pan Profesor o tym sądzi? W tej chwili nie wymagamy takich rzeczy, jakie nie mają zastosowania klinicznego dla lekarza ogólnego. Nie wymagamy np. przyczepów końcowych mięśni przedramienia, trzeciorzędowych odgałęzień naczyń i nerwów, jak również dokładnej anatomii kości. Obecny zakres wymaganych wiadomości jest bardzo zredukowany i nie można go bardziej ograniczyć. Dlaczego na niektórych uczelniach anatomia trwa dwa, a na innych, trzy semestry? To, czy trwa dwa czy trzy semestry, absolutnie nie warunkuje zakresu wymaganej wiedzy. Ilość godzin przeznaczona na anatomię jest jednakowa na wszystkich uczelniach. Ja byłem zwolennikiem rozciągnięcia przedmiotu na trzy semestry. Dlaczego? Zakres przedmiotu jest bardzo szeroki, jednak to nauka podstawowa dla wszystkich specjalności. Wymaga dłuższego okresu nauczania po to, by utrwalić wiadomości. Jest ona wtedy bardziej zintegrowana z fizjologią. Drugim celem jest to, aby anatomia nie stanowiła przedmiotu odsiewowego na pierwszym roku. Anatomia może być nauczana w sposób zblokowany, ale wtedy egzamin jest też wcześniej. Wejście do Unii zmieni nauczanie.


Gazeta Studentów 6

Jakie Pan Profesor widzi możliwości rozwoju Katedry Anatomii? Czy zmieni się na przykład forma egzaminu? Tak, na pewno ulegnie to zmianie, kiedy zniknie tzw. sesja ciągła i będzie tylko jeden termin dla wszystkich studentów. Egzamin testowy jest najbardziej obiektywny. Jaki charakter ma anatomia jako dziedzina nauki - rozwija się obecnie, czy też może jest zamknięta? Nowoczesna anatomia nie jest tylko anatomią opisową, ale dziedziną, która w opisie nawiązuje do czynności i do wymogów nowoczesnych technik diagnostycznych: TK, MR, USG, angiografia... Rozwój tych technik wymaga dokładnego poznania ważnych struktur oraz znajomości tzw. anatomii warstwowej. Wprowadzenie np. operacji naprawczych stawu biodrowego wymaga bardzo dokładnego poznania poszczególnych więzadeł i unaczynienia stawu. Konieczna jest anatomia powierzchniowa: to, co lekarz bada, a to wymaga znajomości rzutowania narządów, naczyń, nerwów na powierzchnię ciała. Jakie są ostatnie odkrycia na polu anatomii? Dziś zwraca uwagę anatomia rozwojowa, odmiany anatomiczne, dokładne unaczynienie narządów. Największe odkrycia w chwili obecnej dotyczą anatomii układu nerwowego i sercowo-naczyniowego. Nerw promieniowy - ku szczęściu studentów - biegnie tak samo! W jaki sposób udaje się Panu Profesorowi tak ciekawie opowiadać na wykładach o rzeczach z pozoru nudnych jak na przykład mięśnie ręki? Anatomia jest tylko wtedy interesująca, jeśli przy opisie narządów nawiązuje się do ich czynności i do faktów klinicznych. Tutaj istotne jest także zapraszanie na wykłady klinicystów i upraktycznienie zajęć. Talent? Praca. Nic wrodzonego! To doświadczenie pedagogiczne, które nabywa się w jej trakcie. Teraz wiem dobrze, czego studenci nie umieją i jak im to przekazać. Czy przed wykładem powtarza Pan Profesor anatomię? Tak. Czyta Pan Profesor Bochenka? Nie tylko Bochenka. Czytam nowsze podręczniki i nawet obszerniejsze np. Gray’a czy Testut’a. Zapoznaję się z zagadnieniami dydaktyki anatomicznej. Przed każdym wykładem rozważam sposób prezentowania wiadomości – co mam napisać, co pokazać. Przygotowuję się także w domu. Przed wykładem w Zakładzie Anatomii „nie ma mnie przez minimum pół godziny”. Kilkakrotnie przebywał Pan Profesor na uczelniach medycznych w USA. Jakie zaobserwował Pan Profesor różnice w sposobie nauczania oraz podejściu do nauki studentów amerykańskich i polskich? Amerykanie mają nauczanie zblokowane, w krótkim czasie. Liczba godzin i zakres wiedzy są porównywalne, z tym, że bardziej jest tam rozbudowana anatomia układu nerwowego. Amerykańscy studenci są po college’ach, są starsi i do tego bardziej zmotywowani, choćby dlatego, że płacą dużo za studia. Nie ma powtarzania roku. Studia są bardzo rygorystyczne. Student amerykański nie może sobie pozwolić na niezdanie egzaminu. Urlop dłuższy niż pół roku niesie za sobą konsekwencję w postaci utraty pożyczki na studia. Co mógłby Pan Profesor powiedzieć na temat ich stosunku do nauczycieli akademickich? Są bardziej wymagający. Jeśli wykładowca jest zły i niekompetentny, idą do dziekana i wyrażają dezaprobatę. Zarówno nauczyciele jak i studenci są systematycznie oceniani. Studenci oceniają nauczycieli i odwrotnie. Są bardziej aktywni na zajęciach niż nasi studenci. Pytają


Puls

AM 7

w trakcie wykładu! Są tak wychowani, że jeśli im się coś należy, to żądają. Amerykańscy studenci aktywizują naszych. To ich dobry wpływ. Czego brakuje polskim studentom? Większość to dobrzy studenci. Część jednak wybiera studia, w tym medyczne, bez umotywowania. W Polsce student zdaje równocześnie na kilka różnych uczelni. W Stanach jest tak, że jeśli zdaje równocześnie, to na kilka uczelni medycznych. Część studentów jest mało samodzielna. To nie ich wina. Odczuwa się nadopiekuńczość rodziców. Przyzwyczajeni są do „prowadzenia za rękę”. Mówi im się: nie pytaj, nie wychylaj się, nie wyróżniaj się. Amerykanie przeciwnie. Czyli pasywny charakter polskich studentów to wina ich mentalności czy wychowania? Nie tylko. To też jest spowodowane postawą niektórych nauczycieli akademickich, którzy uważają, że student nie ma prawa dyskutować. Słaby pedagog zaczyna zajęcia od pytania, bo pyta wtedy z tego, co sam wie. Robi Pan Profesor kolokwia asystentom? Nauczyciel akademicki powinien pogłębiać wiedzę. Wiedza asystentów w zakładzie jest sprawdzana. Asystenci podlegają ocenom okresowym przez władze uczelni. W dyscyplinach podstawowych istnieje bardzo duża rotacja kadrowa, co spowodowane jest przechodzeniem asystentów do dyscyplin klinicznych, pojawiają się młodzi pracownicy, z małym doświadczeniem dydaktycznym, co często rzutuje na relacje student-asystent. Co Pan Profesor lubi w polskich studentach? Są bardzo uprzejmi, grzeczni. Odnoszą się z szacunkiem do wykładowców. Czy zawsze chciał Pan Profesor być lekarzem? Dlaczego medycyna..? Miałem być kadetem. Mój ojciec był zawodowym wojskowym przed wojną. Wojna moje plany pokrzyżowała. Drugą wymarzoną dyscypliną była medycyna. Już w szkole średniej kierunkowałem się na tę dziedzinę. Jak się potoczyła kariera Pana Profesora po studiach? Dlaczego anatomia? Anatomię polubiłem już na pierwszym roku studiów. Dlaczego? Ponieważ była to dyscyplina od początku mająca najwięcej związku z medycyną (Marksizm nią nie był...). Pod koniec pierwszego roku byłem w Anatomicznym Kole Naukowym, a już w czasie studiów pracowałem jako wolontariusz w Katedrze Anatomii. Który to był rok studiów? Drugi, potem byłem stypendystą naukowym. Od czwartego roku pracowałem jako „prowadzący ćwiczenia”. Po ukończeniu studiów w 1960 roku zostałem asystentem anatomii, a po dwóch latach obroniłem doktorat z układu nerwowego. Myślałem wtedy o tym, by rozpocząć specjalizację z ginekologii. Otrzymałem też propozycję, by specjalizować się z chirurgii, później myślałem o pediatrii. Gdy w 1967 roku wyjechałem na roczny pobyt do Zakładu Anatomii w St.Louis, zrezygnowałem z medycyny klinicznej. Jaką ocenę miał Pan Profesor z anatomii? Bardzo dobrą, choć nie zdałem sprawdzianu z osteologii, o czym zawsze mówię studentom. Czy jest jakiś dział anatomii, jakiego Pan Profesor nie lubił? Nie ma. No, może najmniej wdzięcznym dla mnie działem anatomii są narządy ruchu. Odniosłam wrażenie, że ten dział Pan Profesor bardzo lubi! Powiedzmy, że jest to zagadnienie najmniej interesujące dla studentów. Panie Profesorze, obserwował Pan tyle pokoleń studentów. Proszę powiedzieć, jakie Pan Profesor zaobserwował różnice w mentalności studentów na przestrzeni lat? To trudne pytanie. Pozytywny dziś trend: to, że coraz więcej studentów stara się uzyskiwać lepsze wyniki w nauce. Nie wystarcza im już zdanie egzaminu czy uzyskanie dyplomu. Te-


Gazeta Studentów 8

raz studenci mają większe ambicje co do oceny. Nie ma to jednak odzwierciedlenia w uznaniu społecznym. Poza tym, kiedyś grupa studencka to była rodzina! Teraz jest większa indywidualizacja, zanik życia grupowego. Uważam jednak, że większa konkurencyjność to pozytywne zjawisko. Książki w życiu Pana Profesora… Czytam trudne książki. Polecam „Pasję życia” J.Palczewskiego. Jednak moją ulubioną pozycją relaksującą, do której ciągle wracam jest „Trylogia” Henryka Sienkiewicza. Wymarzone miejsce na wakacje, a może to marzenie już się spełniło? Moim marzeniem była Grecja - i ono spełniło się już nie raz. Mentalność Greków, klimat, sposób życia - wszystko to sprawia, że człowiek czuje się kompletnie zrelaksowany i świetnie odpoczywa. Lubię też wyjazdy do USA. Do którego stanu konkretnie? Najpiękniejszy to Kalifornia, podobna do Grecji... W Kalifornii byłem kilkakrotnie, w Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis koło Sacramento jako konsultant z zakresu neurobiologii rozwojowej w ramach stypendium NIH. Wiążę z pobytem tam milsze wspomnienia niż z St.Louis. Hobby Pana Profesora... Historia medycyny i anatomii, prowadzenie samochodu, praca na działce, kibicowanie sportowe. Trzy rzeczy, których Pan Profesor nie lubi. Bezsensowne gadanie (rewelacje przez rekonstrukcję), kłamstwa i brak lojalności. Proszę o dokończenie zdania: W życiu najważniejsze jest... Przyzwoitość, profesjonalizm. Czego Pan Profesor życzyłby studentom w Nowym Roku? Spełnienia wszystkich marzeń, ukończenia studiów wymarzonej specjalizacji i - dobrych kontraktów po studiach! Rozmawiała: Ewa Kozber

PRAKTYKA WAKACYJNA W KABANANA HOME-BASED CARE PROJECT

LUSAKA (ZAMBIA) 2003 Zambia, niegdyś jeden z najlepiej rozwijających się krajów Afryki Subsaharyjskiej, po załamaniu się koniunktury na miedź, przeżywa jeden z największych kryzysów w regionie. W Zambii choruje niemal wszystko: służba zdrowia, ludzie, przemysł, ekonomia; szaleje za to korupcja. Tylko 5 % obywateli pracuje legalnie i odprowadza podatki. Od roku odzyskania niepodległości (1964) średnia długość życia spadła z 54 do zaledwie 37 lat. A tłem dla całego tego obrazu jest epidemia AIDS. Mogłem się temu przyjrzeć dzięki stypendium Fundacji „Redemptoris Missio” – Medicus Mundi Poland, podczas praktyki wakacyjnej latem 2003 roku. Zambia liczy sobie ponad 752 tys.km2 powierzchni oraz około 10 mln mieszkańców, co sprawia, że gęstość zaludnienia jest około 10 razy mniejsza niż w Polsce. Mimo to ok. ¾ obywateli mieszka w miastach na bardzo małym skrawku tego ogromnego kraju. Z tego powodu mieszkańcy posiadają małe działki budowlane, a na nich niewielkie, prymitywne zabudowania z pustaków, często bez prądu i bieżącej wody. I w tak trudnych warun-


Puls

AM 9

kach bytowych domy zasiedlone są często po kilkanaście osób. Od razu pojawiają się pytania o warunki sanitarne, higienę, wodę pitną, żywność, warunki socjalne. Odpowiem tak: przeciętny Europejczyk nie potrafi sobie tego wyobrazić. Ja nie potrafiłem... Była godzina 13:30 dnia 17 lipca 2003r., gdy wraz z moimi przyjaciółmi z Akademii Medycznej w Poznaniu postawiliśmy stopy na tafli lotniska stolicy Zambii Lusaki. Cała nasza piątka została rozdzielona. Magdalena Jankowska rozpoczęła pracę w „Mother of Mercy Hospice” w Chilandze, Gabriela Majkut w sierocińcu w Kasisi, a Dawid Szmydt i Dawid Szpecht w „Our Lady’s Hospice” w Kalingalinga (Lusaka). Ja z kolei zatrzymałem się w St. John’s Parish w Kabanana (Lusaka). Jest to placówka składająca się z kościoła, szkoły z kuchnią dla sierot, projektu Home-Based Care, dużej sali o różnorakich funkcjach, pomieszczeń z wyposażeniem dla kursantów krawiectwa oraz sala komputerowa. Całość opatrzono nazwą „St. John’s Parish Community Centre”. Co to jest Home Based Care Project? Jest to struktura, która ma za zadanie zapewnienie podstawowej opieki chorym na gruźlicę oraz AIDS (najczęściej obu naraz) w ich własnym domu. Do tego celu projekt skupia wokół siebie 46 wolontariuszy (care givers, czyli opiekunów społecznych, pracujących za worek kukurydzy na miesiąc), pielęgniarkę, osobę odpowiedzialną za finanse i dystrybucję żywności. Nad wszystkim czuwa koordynatorka projektu Monica Lumoso oraz proboszcz Fr. Billy Fereeck. Do zadań pani Lumoso należy też counselling, czyli poradnictwo w zakresie podstawowej wiedzy na temat AIDS. Pacjentami są najczęściej ludzie pozbawieni jakiejkolwiek opieki, schorowani, cierpiący, którzy czasem nie mają nikogo, kto by ich nakarmił lub umył. Warunkiem koniecznym do spełnienia, aby móc liczyć na pomoc, jest przedstawienie dokumentów potwierdzających rozpoczęcie leczenia przeciwgruźliczego lub dodatni wynik testu na obecność we krwi przeciwciał przeciw HIV. Po załatwieniu formalności (niewielu) odpowiedni opiekun ma obowiązek doglądać takiego pacjenta. Gdy jest z nim gorzej, odwiedza on wtedy pielęgniarkę w projekcie lub pielęgniarka składa wizytę w jego własnym domu. Niestety lekarz, który jest przypisany Kabananie, odwiedza to miejsce średnio raz na 3 miesiące. Opieka jest więc w zasadzie pielęgniarska, a nie lekarska. Do dyspozycji jest jedna szafa z lekami (podstawowe antybiotyki, leki przeciwbólowe, przeciwgruźlicze, przeciwmalaryczne, witaminy i nieliczne z innych grup farmaceutycznych) oraz minimum (!) środków opatrunkowych (w tym nic jałowego). Dodam tylko termometr i zepsuty ciśnieniomierz. W taką właśnie rzeczywistość musiałem się wpasować ze swoim stetoskopem i głową studenta po piątym roku wydziału lekarskiego. Wszystko, z czego mogłem korzystać, jeśli chodzi o stawianie diagnoz i wybór odpowiedniego leczenia, to moje oczy, uszy i to, co między nimi. Szczęśliwie 70-80% poprawnego rozpoznania to wywiad, bo z innych metod diagnostycznych pozostawało tylko badanie lekarskie, żadnego labolatorium, RTG, USG, czegokolwiek. Najbardziej bolał brak leków. Pacjenci za nie nie płacili, ale czasem nawet najlżejszych przypadków nie było czym leczyć. Odesłanie pacjenta do kliniki było bezcelowe, gdyż szpitale rządowe cierpią na chroniczne strajki. A gdy w Zambii się strajkuje, to na całego i pacjenci zostają bez opieki. Na przykład w szpitalu w Ndoli (Copperbelt) w samym tylko sierpniu z powodu strajku zmarło 400 pacjentów. Za to chorych, o których mowa, nie stać na prywatne leczenie. Pracowałem od godziny 8.00 do 16.00 z przerwą na tradycyjny obiad (przygotowany przez kucharki projek-


Gazeta Studentów 10

tu; spożywany tradycyjnie, czyli rękoma). Część czasu spędzałem w „gabinecie” przyjmując pacjentów, a resztę -odwiedzając chorych, którzy nie byli w stanie przyjść o własnych siłach. Najczęściej miałem do czynienia z gruźlicą i innymi chorobami dróg oddechowych, biegunkami różnego pochodzenia, zakażeniami układu moczowego, uogólnionymi stanami zapalnymi stawów. Bardzo duży procent stanowiły przypadki dermatologiczne, zwłaszcza świerzb, grzybice skóry i paznokci, choroby przenoszone drogą płciową (najczęściej kiła – na podstawie obrazu klinicznego), mnogie ropnie, mięsaki Kaposiego. Łatwo się jednak domyślić, że podłoże wszystkich niemalże wyżej wymienionych chorób jest jedno... Społeczeństwo Zambii cierpi z powodu jednej z największych epidemii AIDS na świecie. Według najnowszych obliczeń aż 20,5% Zambijczyków jest nosicielami HIV. Jak twierdzi prof. Michael Kelly z University of Zambia (jezuita), średnio 300 osób dziennie (czyli jedna co 5 minut!) umiera w tym kraju z powodu AIDS i tyle też zakaża się HIV w tym samym czasie. Sytuacja epidemiologiczna w Zambii jest tematem bardzo obszernym wartym odrębnego opracowania. Kabanana Community Centre to nie tylko chorzy, ale także młodzież i dzieci. Co rano przychodzą do szkoły sieroty z okolicznych domostw. Dzieci rozpoczynają dzień śniadaniem (owsianką), potem mają lekcje do południa, chwilę zabawy, następnie lunch i mogą iść do domu (tzn. krewnych bądź dziadków; rodzice to ofiary AIDS), w którym najczęściej nie uświadczają już kolacji. Na około 100 sierot z Kabanany (w całej Zambii jest ich już ponad 600.000) blisko 60 jest nosicielami HIV. Te, które dorastają wieku szkolnego, to silniejsze jednostki. Zazwyczaj HIV-dodatnie dziecko umiera w wieku 1-3 lat. Dodam, że HIV-dodatnia matka ma 30-40% szans na to, że przekaże wirusa każdemu swojemu dziecku z osobna czy podczas ciąży, w trakcie porodu, bądź też w okresie karmienia piersią. Powstają z tego względu specjalne placówki mające na celu edukację w zakresie planowania rodziny. Z drugiej strony medalu Zambia jest wprost przepiękną i przeuroczą krainą (nawet w porze suchej tj. między kwietniem a listopadem). Wystarczy wyjechać niedaleko poza teren zurbanizowany, aby dostrzec skrawki raju na Ziemi. Wymienię tu chociażby Wodospad Wiktorii wraz z dzikimi wodami Zambezi, Jezioro Kariba, leniwą Luangwę, południowy brzeg Jeziora Tanganika, góry w Mpanshyi oraz zwierzęta na wolności. A Zambijczycy? To niezmiernie przyjazny, otwarty i radosny naród. Nie znają tam na szczęście wojen. Są bardzo biedni, ale żyjąc w zgodzie z naturą od wieków, zdają się być do ubóstwa dostosowani i chwilami odniosłem wrażenie (wcale nie takie subiektywne), że do zmian nie bardzo im się spieszy. Pośpiechu w tym kraju nie widać w ogóle. Może to wina rozleniwiającego, wszechobecnego, gorącego słońca, którego nie brakuje nawet w sezonie deszczowym między grudniem a marcem. Cóż, co kraj, to obyczaj. Za 10 długich i wspaniałych tygodni spędzonych w Afryce pragnę podziękować pracownikom i Zarządowi Fundacji „Redemptoris Missio” z Poznania. Wyrazy uznania kieruję do siostry Franciszki z Chilangi, siostry Crucis z Kalingalinga, ojca Billego Fereecka z Kabanany oraz braci jezuitów z Luwisha House w Lusace. Dziękuję współtowarzyszom „niedoli” i sobie za kawał dobrej roboty, jaką odpracowaliśmy w służbie najbardziej potrzebującym chorym. Wiele jeszcze wody upłynie w Zambezi zanim Zambia „stanie na nogi” i będzie mogła sama zadbać o swoje zdrowie. Przysłowie mówi, że biednemu zawsze wiatr dmucha prosto w oczy. Ja uważam, że tak wcale nie musi być i że możemy to zmienić. Wystarczy, że każdy włoży w dzieło pomocy potrzebującym odrobinę własnego wysiłku. Wyjechałem z Polski z jedną walizką, a wróciłem z o wiele większym bagażem doświadczeń, wrażeń, wiedzy i umiejętności. I niech ktoś mi powie, że podróże nie kształcą! Adam Chicheł, student VI roku Wydziału Lekarskiego AM w Poznaniu


Puls

AM 11

BIURO FUNDACJI: Fundacja Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio” Medicus Mundi Poland Ul. Dąbrowskiego 79 pok. 809 6060-529 Poznań telefon: (0(0-61) 847847-7474-58 w. 195

************************************* Wymiana studentów na Wydziale Farmaceutycznym Realizując postanowienia umowy zawartej w 1996 roku pomiędzy Państwowym Uniwersytetem Medycznym im. Daniła Halickiego we Lwowie a Akademią Medyczną im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, w dniach od 27 do 29 października 2003r. przedstawiciel Wydziału Farmaceutycznego naszej Uczelni, dr hab. Lucjusz Zaprutko przebywał z roboczą wizytą na Wydziale Farmaceutycznym Uniwersytetu Lwowskiego. W jej efekcie ustalono zakres dalszej współpracy pomiędzy Katedrą Chemii Farmaceutycznej, Organicznej i Bioorganicznej Uniwersytetu Lwowskiego oraz Katedrą Chemii Organicznej naszej Akademii. Uzgodniono m.in. wspólne podejmowanie prac badawczych, wymianę magistrantów i doktorantów, wymienny udział w konferencjach naukowych danego kraju, oraz wymianę stażystów finansowaną przez instytucje przemysłowe. Postanowiono także podjąć wspólne działania zmierzające do uzyskania finansowania prowadzonych badań przez programy UE. W ramach nawiązanej współpracy, w styczniu i lutym 2004r. przebywać będzie na stażu w Poznaniu prowizor farm. Oksana Hrem. Podczas pobytu we Lwowie dr hab. L. Zaprutko podejmowany był przez rektora tamtejszego Uniwersytetu, prof. dr n. farm. Borysa Zimenkowskiego oraz prorektora ds. nauki, prof. dr n. med. Mieczysława Grzegotskiego. Rektor wyraził nadzieję, że wspólne przedsięwzięcia wymienionych Katedr dadzą dobry początek szerszej współpracy całych Wydziałów Farmaceutycznych. W efekcie dalszych kontaktów ustalono, że już w bieżącym roku będzie mogło dojść do wymiany studentów wykonujących prace magisterskie w zakresie chemii organicznej. Wymiana ta w kolejnych latach będzie prawdopodobnie mogła być rozwinięta również na inne Katedry Wydziału Farmaceutycznego.

Dorota Karmowska


Gazeta Studentów 12

„Głos w sprawie...ignorancji” O tym, że polscy studenci naszej uczelni skarżą się na czasem niewłaściwe ich traktowanie w porównaniu ze studentami zagranicznymi, wszyscy – tak władze uczelni, jak i prowadzący zajęcia asystenci – świetnie zdają sobie sprawę. Wśród nas – studentów – nie jeden raz spotkałam się z głosami co najmniej niezadowolenia z tej sytuacji, ale ponieważ nigdy nie stanęłam w jej obliczu, jak większość z Was, nie przejmowałam się tym szczególnie. Zapewne gdzieś głęboko tkwi w nas przekonanie, że tak już być musi, że to nie my tutaj decydujemy. Najwidoczniej nie wierzymy też w siłę sprawczą naszych przedstawicieli w samorządzie studenckim. Opiszę więc sytuację, której byłam niedawno świadkiem. Na zajęciach z chirurgii zdarzyło się, że mieliśmy równolegle zajęcia ze studentami zagranicznymi. Akurat była szansa na przypatrywanie się zabiegowi kardiochirurgicznemu, a zatem – nie lada to gratka dla studentów. Nasz asystent bardzo musiał postarać się, abyśmy weszli na salę operacyjną, ponieważ, jak nas wprost uprzedził: „Studenci zagraniczni mają, niestety, pierwszeństwo!” Mało tego-dokonał „wykroczenia”, rozdając nam maseczki jednorazowego użytku, co jak wiadomo, nie jest zwyczajem, gdyż studenci korzystają z tych wielokrotnego użytku. Spotkało się to z ostra reakcją jednej z pielęgniarek, która bez ogródek przyznała, że „jednorazowych dla polskich studentów nie ma!” Dla zagranicznych – owszem, znalazły się. Dziękuję Panu Doktorowi, że się nie ugiął, ale nie zmienia to faktu, że sytuacja była dla nas niemiła, wręcz upokarzająca. Nie wiem, kto wydaje podobne zarządzenia, ale z pewnością nie mają one nic wspólnego ze sprawiedliwością i tworzeniem przejrzystej, przyjaznej atmosfery w relacji na linii student-asystent oraz studenci polscy-zagraniczni. Nie podoba mi się, że na uczelni, która szczyci się osiągnięciami w zakresie współpracy międzynarodowej, buduje śmiało swój pozytywny wizerunek w oparciu o prestiż z tego wynikający, że – tutaj właśnie – tak wyraźnie brakuje jasnych reguł, otwartości, równego traktowania. A podobno my, Polacy, jesteśmy ludźmi „mówiącymi tak na tak, nie na nie”? Tymczasem prawdę o tym, że warunki studiowania niekoniecznie są równe dla wszystkich słyszymy za zamkniętymi drzwiami. Bo faktycznie – nie ma się czym chwalić, jest to prawda krepująca, stawiająca wszystkich w niełatwym położeniu. Nie dziwię się, że tylko się o niej „przebąkuje” – zamiast ją dosadnie artykułować. Chciałabym, jak zapewne wielu z was, znać powody, racje stojące za tymi, którzy taki porządek ustanawiają lub dają na niego ciche przyzwolenie poprzez swoją bierność. Trudno też uwierzyć, że chodzi tylko o czyjąś złą wolę i nadgorliwość. Winne jest też nasze ograniczone zainteresowanie, brak otwartości dyskusji, która hamuje nasz polski kompleks ksenofoba. Tylko nazywając rzeczy po imieniu i domagając się wyjaśnień można tego rodzaju trudności przezwyciężyć. W pierwszym rzędzie trzeba sobie jednak uświadomić, jakiego studiowania na tej uczelni sobie życzymy i w naprawianie tego, co nam się nie podoba, osobiście się angażować. W przeciwnym razie inni wymyślą naszą rzeczywistość, a nam samym pozostanie tylko święte oburzenie i ukochane... narzekanie. Małgorzata Kruk, Vrok WL I


Puls

AM 13

KOMENTARZ O skomentowanie powyższego artykułu poprosiliśmy Prof.dr.hab.n.med. Władysława Manikowskiego – Dziekana Wydziału Lekarskiego I. Pan Dziekan był zbulwersowany zaistniałą sytuacją. Takie wydarzenie jest karygodne i nie powinno mieć miejsca! Nikt nie ukrywa, że pieniądze, które płacą studenci obcojęzyczni są potrzebne Uczelni, ale to nie daje im większych „przywilejów”, niż mają studenci uczący się w języku polskim. Dziekan walczy z „podobnymi zjawiskami” już dłuższy czas, gdyż dochodzą do niego tylko słuchy, że „gdzieś”, „ktoś” i „coś” się stało, a nie ma konkretnych nazwisk, a już najwyższy czas pociągnąć do odpowiedzialności konkretne osoby! Dlatego, w imieniu Dziekana, zwracamy się z prośbą o zgłaszanie wszelkich „podobnych” incydentów, może wspólnie uda nam się uzdrowić chore relacje. Nie chcemy bynajmniej wszczynać konfliktu między studentami polsko– i obcojęzycznymi, gdyż nikt ze studentów tu nie zawinił, ale życzylibyśmy sobie, by studia nie były rywalizowaniem o dostęp do źródeł wiedzy, względy asystentów czy korzystniejsze warunki do nauki, ale by, poza czysto merytoryczną wiedzą, uczyły również współpracy i odpowiedzialności za siebie nawzajem. Czy to życzenie jest tylko utopią? – To już zależy od nas wszystkich. Redakcja (Dorota Wesół)

Grupa dyskusyjna studentów AM w Poznaniu Z inicjatywy Oddziału Lokalnego Poznań IFMSA-Poland powstała grupa dyskusyjna dla studentów Akademii Medycznej w Poznaniu. Aby się zapisać wystarczy wysłać maila na:

AM-poznansubscribe@yahoogroups.com Stanowi internetową płaszczyznę do wymiany doświadczeń, rozwiązywania problemów oraz integracji studentów naszej uczelni.

Zapraszamy!!!

PRZYPOMINAMY O PRZEDŁUŻENIU PODRĘCZNIKÓW – TERMIN WYPOŻYCZENIA UPŁYWA Z DNIEM 1 MARCA. KSIĄŻKI MOŻNA PRZEDŁUŻAĆ OD 9-GO – LUTEGO (ANI DNIA WCZEŚNIEJ ZE WZGLĘDU NA SYSTEM KOMPUTEROWY). WYSTARCZY SPISAĆ NUMERY SYGNATUR Z KSIĄŻEK I DOSTARCZYĆ JE DO BIBLIOTEKI. JEŚLI NUMER TEN JEST NIECZYTELNY, MOŻNA PRZEPISAĆ NUMER SPOD KODU KRESKOWEGO. PS. Ciekawe, kiedy będzie można przedłużyć książki telefonicznie?


Gazeta Studentów 14

Drodzy Czytelnicy, w poprzednim numerze „Pulsu AM” rozpoczęliśmy cykl artykułów, w których prosimy znanych i lubianych wykładowców naszej Uczelni o opis wspomnień z czasów studenckich. Jacy byli, co ich wzruszało i bawiło, co najbardziej utkwiło im w pamięci. Jeśli jest taka osoba, której wspomnienia chcielibyście poznać, napiszcie do nas, czekamy na Wasze propozycje! A teraz serdecznie zapraszamy do lektury – oto, co napisał dla nas prof. dr hab.Wojciech Kozubski, Kierownik Katedry i Kliniki Neurologii Akademii Medycznej w Poznaniu.

Pamiętam jak dziś. Moi mistrzowie – Profesor Antoni Prusiński Chciałbym napisać kilka zwykłych, ciepłych słów o Profesorze Prusińskim tak, żeby nie wypadło to laurkowo i przez to sztucznie i nieprzekonująco. Mija 50 lat Jego pracy zawodowej, jest to na pewno okazja do wspomnień; nie chciałbym, aby moje miały oficjalny charakter, wystarczająco dużo takich pojawi się w innych miejscach i okolicznościach. Znam profesora Prusińskiego od około 25 lat – co (obym się nie mylił) ustawia mnie w szacownym gronie osób np. Vladimir Nabokov, których głównym kapitałem są już jedynie wspomnienia. Poznałem Profesora jako student 3 roku Wydziału Lekarskiego łódzkiej AM, rozpoczynałem wówczas studia w ramach Indywidualnego Toku Studiów w Klinice Neurologii. Profesora pamiętam z obchodów lekarskich (tzn. wizyt), na które gorliwie „uczęszczałem”, prawdopodobnie (a nawet bardziej niż prawdopodobnie) nie mając pojęcia, czym jest i czym ma dla mnie być neurologia kliniczna. Profesor ujmował ciepłym, spolegliwym, syntoniczym stosunkiem do pacjenta. Był cierpliwy, wyrozumiały, nawet dla ciekawskich pytań takich żółtodziobów, jak (powiedzmy w tym czasie) ja. W następnym roku z równą gorliwością bywałem na wykładach Profesora, pomimo że mój rok studiów przewidziane miał zajęcia wykładowe dopiero na roku V. Profesor wykładał jasno, niemalże zawsze demonstrując wywód badaniem pacjenta. Na wykładach nie odpytywał, nie strofował, nie ośmieszał jak tylu innych przed Nim i po Nim – publicznie studentów; był dla nich – studentów, wykładał po to, aby przekazać wiedzę, wiadomości, nauczyć stosunku do chorego. Na rok przed należnym terminem będąc studentem ITS-u zdawałem egzamin u Profesora: był przyjazny, dyskutujący (dalekim awansem, co oczywiste), pytał o zagadnienia neurologii klinicznej, jakby pytał o radę. Nie było w Profesorze nic z besserwiserstwa demiurga wieszczącego ex caetedra, jedynego szafarza prawdy. I takim był i pozostał: partnerski, dyskutujący, nie nakazujący, uważnie słuchający zdania interlokutora, nigdy nie narzucający swojej "jedynej racji". W latach 1980-83 byłem doktorantem Katedry i Kliniki Neurologii AM w Łodzi, specjalizowałem się wówczas również z neurologii. Pamiętam życzliwą bezinteresowność, z jaką Profesor pomagał mi zarówno zawodowo, jak i naukowo. Nie zapomnę swojego pierwszego dyżuru w Klinice: Profesor przyszedł wieczorem dodać mi otuchy; rano zaś, kończąc odprawę, zaznaczył cicho: Sukcesem pierwszego dyżuru jest, jeżeli przeżyje lekarz. Cały Pokój Lekarski wybuchnął zdrowym – i adekwatnym, na dodatek – śmiechem. W latach 80-tych, zaznaczonych w kraju przez swoją „specyficzną" atmosferę biedy i beznadziejności względnie – z dzisiejszego punktu widzenia – często wyjeżdżaliśmy


Puls

AM 15

z Profesorem na zagraniczne zjazdy, sympozja, „konwektyle” naukowe. Szczupłość (mało powiedziane) środków finansowych niejednokrotnie zmuszała nas do mieszkania w jednym pokoju hotelowym lub „nie-hotelowym”. Profesor był uroczym, niekrępującym, dowcipnym, ironicznym (i autoironicznym) rozmówcą, trochę gorzkim i sarkastycznym, co jedynie przydawało autentyczności naszym rozmowom. Profesor dał się poznać jako człowiek w pełni spolegliwy w rozumieniu prof. Kotarbińskiego. Wielokrotnie znajdowałem się w opresjach życiowych z własnej woli czy winy, a także z pomocą „życzliwych”, których nigdy nie brak. Zawsze mogłem liczyć na pomoc Profesora; kilkukrotnie miałem możliwość przekonać się o tym. Swoją spokojną, konkretną, pomocną życzliwością wybawiał mnie z opresji lub chociażby wspierał radą. Profesor dbał o rozwój „młodej kadry naukowej”, ułatwiał kontakty (a miał ich niemało), pomagał w zjazdowych, kongresowych czy sympozjalnych wyjazdach, bardzo popierał, pomagał w stypendialnych czy szkoleniowych wyjazdach zagranicznych, które w tym czasie (w czasie Jego kierowania Kliniką) były prawdziwą atrakcją: naukową, społeczną, towarzyską; pozwalały na rozwinięcie skrzydeł, na powiększenie dorobku naukowego, rozszerzały horyzonty naukowe, zawodowe, czasem, choć zwykle w niewielkim stopniu, pomagały finansowo. Profesor był – powszechnie wiadomo – niestrudzonym animatorem, propagatorem wiedzy, nauki o bólach głowy. Był organizatorem – jednym z nielicznych w tym czasie, międzynarodowych konferencji nt. migreny i pokrewnych bólów głowy. Był twórcą i wieloletnim Przewodniczącym Sekcji Migrenowej Polskiego Towarzystwa Neurologicznego, twórcą i pierwszym Prezesem Polskiego Towarzystwa Bólu Głowy. Poświęciłem znaczną część życia zawodowego i „naukowego” zagadnieniom bólów głowy: to wyłączna zasługa Profesora Prusińskiego, to On przez wiele lat cierpliwie pomagał, doradzał, ułatwiał pracę, kontakty, poprawiał moje niewprawne maszynopisy „prac naukowych”. W 1998 roku, w zakończeniu I Zjazdu Polskiego Towarzystwa Bólu Głowy przekazał mi rodzaj dziedzictwa: prezesurę Towarzystwa. W okresie kadencji pełnionych obowiązków Prezesa próbowałem kontynuować linię działalności Profesora na polu bólów głowy. Nie jestem pewien, czy choćby w części mi się to udało. Przeszedłem pod kierunkiem Profesora długą drogę; nie wiem i nie mnie to oceniać, czy wyniosłem jakikolwiek kapitał wiedzy, który w kontaktach ze mną próbował mi przekazać Profesor Prusiński: poczucie odpowiedzialności za chorego człowieka, rzetelność w „uprawianiu” nauki, spolegliwy, pomocny stosunek do nieszczęścia, czy (choćby tylko) kłopotów drugiego człowieka. Chciałbym, abym mógł przekazać swoim współpracownikom choćby część tej wiedzy, prawdy o życiu, o chorym człowieku i naszym lekarskim obowiązku w stosunku do tego, co Seneka nazywał res sacra miser, a co wyniosłem z kontaktów z Profesorem Prusińskim. Prof. dr hab. med. Wojciech Kozubski Katedra i Klinika Neurologii Akademii Medycznej w Poznaniu


Gazeta Studentów 16

CICHE WAGONY Ostatnio wiele słyszało się o nowym projekcie PKP, by wprowadzić na długich trasach „ciche wagony”, w których obowiązywałby zakaz prowadzenia głośnych rozmów, korzystania z telefonów komórkowych, czyli jednym słowem, siedź człowieku cicho jak mysz pod miotłą i nie przeszkadzaj innym. Pomysł wydaje się być trochę kontrowersyjny, gdyż, jakby na to nie spojrzeć, ogranicza nasze swobody osobiste. Z drugiej jednak strony, gdy przypomnę sobie moją ostatnią podróż pociągiem… Zrelaksowana i wypoczęta po długiej przerwie świątecznej niestety musiałam wracać do Poznania. Swoją drogą, dlaczego wszystkie święta trwają tak krótko? Przede mną rozciągała się wizja koszmarnego tygodnia (począwszy, o zgrozo, od poniedziałku!!!), no i całej końcówki semestru wypełnionej po brzegi kołami, zaliczeniami, a „na deser” – egzaminem (po prostu żyć nie umierać). Jeszcze tylko pożegnanie z przyjaciółmi na dworcu i wsiadłam do wagonu. Czekała mnie dwugodzinna jazda, więc znalazłam sobie miejsce, rozłożyłam się i wyciągnęłam notatki z fizjologii. Zauważyłam jeszcze kilka osób z podobnymi planami nadrobienia „świątecznych” zaległości. Chłopak po prawej studiował pilnie podręcznik (chyba coś z prawa), a dwa boksy dalej ktoś wertował notatki. Wkuwanie czas zacząć…  Niestety na przeciwko siedziały jakieś dwie dziewczyny z kolegą. Gdy tylko pociąg ruszył, jedna z nich zaczęła swą „opowieść życia”. Pomiędzy erytropoezą, leukopoezą a prawami Landsteinera poznałam burzliwe dzieje związku owej „niewiasty” z nieszczęsnym Rafałem. Zanim pociąg zatrzymał się we Wrześni, wiadomo było wszystkim współ pasażerom, że ów Rafał nie może przeboleć straty i stara się ową dziewczynę odzyskać na różnorakie sposoby (szczegóły również zostały nam „przedstawione”), a ona ma tego serdecznie dość. Swoją drogą – plus dla niego za wytrwałość, ale czy warto? Potem zaczęła się opowieść o studiach. Z rozmowy wynikało, że to I rok chemii na UAM. Dowiedziałam się, że jakaś dziewczyna „jest głupia”, bo mylą się jej nawet symbole pierwiastków, z czym (jak się sama do tego przyznała) miała również problemy mówiąca, o budowie atomów nie wspominając. Gdy pociąg zatrzymał się w Swarzędzu, na samą myśl, że za 15 minut będę wysiadać, szczerze się ucieszyłam. Co za ulga! Tego typu opowieści można się nasłuchać za każdym razem, gdy korzysta się z jakichkolwiek publicznych środków transportu. Raz poznałam historię choroby pewnej pani w średnim wieku, innym razem nasłuchałam się nader „interesujących” rzeczy o moich znajomych. Jakaś nieuważna dziewczyna (którą, nota bene, znam), że się tak wyrażę, paplała wszem i wobec co to nie oni. Śmiać mi się chciało, bo znałam sytuację, o której była mowa i, powiedzmy, że mogłam zweryfikować „zasłyszane nowości”. Tu przestroga dla jeżdżących koleją – uważaj, gdy mówisz o kimś coś złego, nigdy nie wiesz, kto cię słyszy. Jeszcze sprawa nieszczęsnych „smyczy”. Świetną sprawą jest, że posiadacz komórki jest niemal wszędzie osiągalny, ale gdy w przedziale zacznie nagle dzwonić telefon co drugiego pasażera albo, o zgrozo (!) jakiś „jednokomórkowiec” zacznie demonstrować wszystkie możliwe dzwonki, to przyznam się szczerze, krew mnie zalewa! Nie ma nic bardziej irytującego, jak tego typu „znęcanie się” nad współpasażerem, który po całym koszmarnym dniu/tygodniu/miesiącu/semestrze (wybrać właściwe ☺) ostatkiem sił próbuje dostać się do upragnionej oazy spokoju – domu, nierzadko oddalonego o dziesiątki, a nawet setki kilometrów. Z uwagi na własne „przejścia” byłabym nawet za utworzeniem takich „cichych wagonów”. Ograniczenie swobody osobistej? Przecież na własne życzenie i zupełnie świadomie wybrałabym taki przedział, jeżeli miałabym ochotę na podróż w błogim spokoju. Z drugiej jednak strony, patrząc na kłopoty finansowe PKP, nie sądzę, aby było ich na nie stać. Choć kto wie, może stałyby się hitem?


Puls

AM 17

Tak więc studencie – podróżniku koleją (czy jakimkolwiek wehikułem publicznym), daj żyć innym i tego samego wymagaj od nich! Z okazji zbliżającego się masowego powrotu do domów (powodzenia na wszelkich egzaminach i zaliczeniach), życzę wszystkim UDANEJ PODRÓŻY!!! Dorota K.

************************************************

PRAKTYKA MEDYCZNA W EGIPCIE czyli krótkie opowiadanie nie tylko o Sfinksie, upale i piramidach... Zabrzmi to może egzotycznie, ale tak się złożyło, że zeszłoroczną wakacyjną praktykę medyczną odbyłam w kraju faraonów, Sfinksa i raf koralowych – Egipcie. Wyjazd ten zorganizowało IFMSA – Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny. Po uzyskaniu określonej liczby punktów potrzebnych do zakwalifikowania się do wyjazdu, musiałam zdecydować, który z krajów chcę odwiedzić. Do wyboru miałam dwa: Rumunię i Egipt. W pierwszej chwili wahałam się – obydwa, każde na swój sposób, wydawały mi się ciekawe i kuszące; stanęło jednak na Egipcie – Rumunia jest bliżej, więc może jeszcze kiedyś pojadę, poza tym, miałam nadzieję, że dzięki tej podróży uda mi się odkryć Egipt inny niż ten, znany z kolorowych katalogów biur podróżniczych. I tak też się stało, ale może od początku. Praktykę odbywałam w Aleksandrii – mieście, w którym znajdował się dawniej jeden z cudów świata starożytnego: latarnia z wyspy Faros. Cytadelę stojącą na tym miejscu, jak i Morze Śródziemne, widziałam z okien akademika, co zachwyciło mnie już pierwszego dnia. Może dzięki temu zaszła tu pewna równowaga, ponieważ warunki sanitarne zakwaterowania, co tu dużo mówić, trochę zmroziły mi krew w żyłach już zaraz na początku, pomimo, że psychicznie nastawiałam się na tego typu „niespodzianki”. Dziesięć niezbyt czystych pokoi, unoszący się zapach wilgoci i zaduchu, trzy łazienki ( w jednej nie było wody w toalecie, w drugiej światła, w trzeciej - wody w umywalce), do tego przemykające pod ścianą dziesięciocentymetrowe karaluchy, które mieliśmy okazję poznać bliżej dopiero w godzinach wieczornych, jak się domyślacie. „I ja mam tu mieszkać przez miesiąc?” pomyślałam ze zgrozą, a moje Pamiątkowe zdjęcie ze szpitala w Aleksandrii współlokatorki, dwie dziewczyny z Rumunii (studentka ze stetoskopem-to ja ☺ ) (znowu ta Rumunia ☺) stały z nieokreślonym wyrazem twarzy. Jednak, jako że człowiek ponoć może do wszystkiego przywyknąć, postanowiliśmy potraktować sprawę z przymrużeniem oka (tak, tak, okazało się to możliwe!) „Hotel Hyde Park” stał się ulubionym tematem żartów i anegdotek, chociaż miał też swoje plusy – codziennie rano jedliśmy tam śniadanie i lunch, które razem z praktykami szpitalnymi i zakwaterowaniem gwarantowało nam IFMSA, a także to, że do szpitala klinicznego były „dwa kroki”. Każdego dnia pokonywaliśmy tę drogę mijając tłum ludzi przyglądających się nam i wołających: „Welcome to Alex!”, uważając przy okazji, aby nie zostać rozje-


Gazeta Studentów 18

chanym przez pędzące auta (nie trzeba długich obserwacji, aby stwierdzić, że „główna zasada na ulicach Aleksandrii to kompletny brak zasad!”). Wśród mieszkańców Aleksandrii wzbudzaliśmy ogólną ciekawość, zwłaszcza jeśli chodzi o rodzaj ubioru – wszystkie Egipcjanki chodzą w długich, szerokich sukniach. Niektóre z nich mają zakrytą twarz, my natomiast, nawet w swoich długich spódnicach i koszulkach z krótkim rękawkiem stanowiłyśmy „atrakcję”. Do dzisiaj śmiać mi się chce na wspomnienie zabawnej sytuacji – jednej koleżance ktoś poradził w jej kraju, że jeśli zostanie zaczepiona w Egipcie przez kogoś nachalnego, ma mu stanowczo powiedzieć: „Jalla”, co oznacza „Odejdź, dość”. Po kilku dniach, czytając przewodnik, natknęłam się na słowniczek z rozmówkami, w którym – jak byk! – było napisane, że „Jalla” to znaczy... „Chodźmy!” W jednej chwili zrobiło mi się aż słabo, ale wkrótce śmiechowi nie było końca. Tak na marginesie - „Dość” po arabsku to: „Chalas!” Może się przydać, gdyż Europejki spacerujące samotnie po ulicach arabskiego miasta są naprawdę „atrakcją” i trzeba być ostrożną. My staraliśmy się wszędzie chodzić razem, a było nas niemało – ponad dwadzieścia osób z całej Europy: z Wielkiej Brytanii (grupka z Londynu, która w większości pochodziła z Indii oraz chłopak z Chin), Hiszpanii, Włoch, Grecji, Rumunii, Węgier, Czech, Słowacji, Bułgarii, Turcji i ja jedyna, z Polski. W pokoju, jak już wspomniałam, mieszkałam z Daną i Dianą, a więc nasz pokój to był „D-room”. Wszyscy razem dzieliliśmy jedno piętro i wspólne łazienki, co czasami, a nawet przeważnie, było dużym utrudnieniem zważywszy na to, że regularnie cierpieliśmy na dolegliwości żołądkowo-jelitowe, których niestety trudno jest uniknąć mieszkając miesiąc w arabskim kraju. Poza warunkami zakwaterowania, był to drugi minus tego pobytu, choć wszystko tak naprawdę zależało (i zależy) od indywidualnego nastawienia i ogólnej zdolności organizmu do radzenia sobie z drobnoustrojami. Faktem jest jednak, że „diarrhea” stało się najpopularniejszym słowem pobytu i często zdawaliśmy sobie nawzajem relację o „postępie” lub „remisji” swojej choroby. Leki przeważnie pomagały, choć na przykład Lucia ze Słowacji większość pobytu gorączkowała i miała silne bóle brzucha. Ja miałam dwa „ostrzejsze” incydenty trwające po dwa-trzy dni, ale gdy tylko przeszły, to jak tu nie spróbować takiego dobrego melona ☺, a podobno „Polak mądry po szkodzie”... Praktykę szpitalną odbywaliśmy w Main Hospital na oddziale chirurgii, gdzie zajęli się nami dwaj przesympatyczni lekarze: dr Mohammed Said i dr Mohammed Sharaan. Codziennie rano mieliśmy krótką „pogadankę” na wybrane tematy (bynajmniej nie po arabsku, lecz angielsku, tym bardziej, że w Egipcie medycynę studiuje się właśnie w tym języku) m.in. na temat żółtaczek, przepukliny, raka piersi. Zbieraliśmy wywiad z pacjentami, którzy okazywali nam dużo wyrozumiałości i serdeczności. Nie zapomnę mojego małego faux pas, kiedy to w wywiadzie zapytałam pacjentkę o palenie papierosów, co u nas jest przecież jak najbardziej pożądanym pytaniem, podczas gdy w krajach muzułmańskich kobiety nie stosują żadnego typu używek (o czym wiedziałam, ale jakoś wypadło mi to w tym momencie z pamięci). Lekarz na szczęście uświadomił mi to mówiąc, że pytanie to mogłoby skrępować pacjentkę i lepiej będzie nie tłumaczyć go jej na arabski. W całej naszej praktyce medycznej mieliśmy także dzień w przychodni, w której wykonywano „drobne” zabiegi chirurgiczne na przykład... obrzezanie chłopców. Było to dla nas – co dopiero dla tych małych pacjentów – traumatycznym przeżyciem: szybko zorientowaliśmy się, iż jedynym(!) środkiem znieczulającym była... potężnie zbudowana, ważąca z dobre 150 kilogramów pielęgniarka, która swoją posturą kładła się na malucha i przyciskała do stołu, aby nie wiercił się i nie krzyczał. Za drzwiami z kolei stał tłumek zawodzących kobiet, które po zabiegu, na widok drącego się wniebogłosy dzieciaczka, zaczęły śpiewać rytualną pieśń. Innym razem spędziliśmy czas na sali operacyjnej obserwując operacje: tarczycy, wyrostka robaczkowego


Puls

AM 19

itp. Jednym słowem – była to dla nas niezwykle ciekawa, urozmaicona praktyka szpitalna, wzbogacona o kontakt z ludźmi o odmiennej niż europejska kulturze, lecz równie ( a może nawet bardziej?) otwartymi i przyjaznymi. W drugiej połowie sierpnia realizowaliśmy program turystyczny – bo, jak tu być w Egipcie i nie widzieć piramid? Nasi koledzy z Aleksandrii, grupka wesołych i pomysłowych studentów medycyny, wspaniale nam tę stronę pobytu zorganizowała. Najpierw pojechaliśmy na kilka dni do Oazy Siva – jest to miejsce oddalone około dziewięciu godzin drogi od Aleksandrii na zachód, w stronę Libii. Było tam strasznie gorąco i – magicznie: osiołki chodzące po ulicach, leniwa atmosfera, wszędzie piasek i pył... Miało się nieodparte wrażenie, że życie w Oazie tysiąc lat temu niewiele się różniło od tego dzisiaj. Mieszkaliśmy w hoteliku „Kleopatra”, w którym sprzęty w pokojach pokryte były grubą warstwą piasku i kurzu. Jedną ze wspanialszych tam atrakcji była wyprawa jeepami po Wielkim Morzu Piasku – pustyni, na której znajduje się prawdziwy cud natury: niewielkie jezioro otoczone trzcinami… Po powrocie z Oazy pojechaliśmy do Kairu, gdzie zwiedziliśmy słynne piramidy w Gizie, Muzeum Egipskie z fascynującymi skarbami Tutanchamona, Cytadelę z Meczetem Alabastrowym i wiele innych ciekawych zakątków. Wieczorem czekała nas dyskoteka na barce stojącej na Nilu oraz krótki rejs feluką. Moja uwaga: jeśli wybierzecie się kiedyś do Kairu, uważajcie na „naganiaczy”, których jest pełno szczególnie pod piramidami – za to, że razem z koleżanką z Czech usiadłyśmy na wielbłądzie i facet zrobił nam zdjęcie (z piramidami w tle oczywiście – jakie to „oryginalne” ☺) chciał sto dolarów amerykańskich, mimo, że obiecywał nam, że będzie to prezent od niego! Na widok naszego oburzenia nie chciał oddać aparatów fotograficznych, my z kolei nie bardzo umiałyśmy zejść z wielbłąda, co zaowocowało komiczną sytuacją – siedząc z dwa metry nad ziemią zaczęłyśmy kłócić się z oszustem i w całej tej scenerii tylko wielbłąd zachował spokój - stojąc jak święta krowa leniwie przeżuwał coś w pysku. Ostatecznie zapłaciłyśmy dziesięć funtów egipskich (tj. około dwóch dolarów), ale nerwów kosztowało to sporo. Po Kairze spędziliśmy blisko tydzień na Synaju, gdzie nurkowaliśmy wśród zachwycających raf koralowych, odbyliśmy rejs łodzią, z której widzieliśmy delfiny, tańczyliśmy na dyskotekach, spacerowaliśmy po pięknych plażach... Był to drugi, cudowny aspekt praktyki szpitalnej w Egipcie, myślę, że na siłę można to „podciągnąć” pod „praktyki z ratownictwa wodnego”☺. Odwiedziliśmy też Klasztor Św. Katarzyny oraz Górę Synaj – tę, pod którą Mojżesz miał ujrzeć gorejący krzak z Dziesięciorgiem Przykazań. Z tego właśnie szczytu powitaliśmy wschód słońca. Po powrocie z Synaju pojechaliśmy pociągiem z Kairu do Asuanu – miasta najdalej wysuniętego na południe Egiptu, skąd rozpoczęła się nasza następna wspaniała przygoda – rejs statkiem-hotelem po Nilu, aż do Luxoru. Przez trzy dni odpoczywaliśmy tam po „programie Synaj” (gdzie, dzięki licznym atrakcjom spaliśmy średnio trzy godziny na dobę). Leżakując na pokładzie „The Silver Moon”, podziwialiśmy piękne brzegi Nilu. Wieczorem odbywały się imprezy m.in. „Galabaya Party”, na którą każdy z nas przebrał się w orientalny, egipski strój. Nie obyło się też bez pokazu tańcu brzucha, ale jak powiedział nasz kolega z Hiszpanii: „Tancerki dzielą się na te, które są tancerkami oraz na te, które pracują jako tancerki”. Nasza „belly – dancer” niestety należała do tej drugiej grupy - jej taniec w żałosny sposób przypominał pląsy Moby Dicka, za to dwie Włoszki z naszej grupy niespodziewanie zrobiły prawdziwy popis tej egipskiej przecież atrakcji! I tak upływał nam ten leniwy czas; na ląd schodziliśmy dopiero wieczorami, aby zwiedzić starożytne świątynie: Kom Ombo, Edfu i Esna. Jednym z ostatnich punktów zwiedzania była oczywiście Dolina Królów, gdzie upał


Gazeta Studentów 20

dosłownie zwalał z nóg, a w grobowcach panowała duchota trudna do opisania. Czego się jednak nie robi, aby zobaczyć „cuda tego świata”. Na pewno było warto! Po tak wspaniałej i dalekiej wycieczce „krajoznawczej” Aleksandrię powitaliśmy jak dobrze znany nam dom, a ostatnie tam dni upłynęły na „pożegnalnych” imprezach w akademiku, jako że co kilka dni ktoś wracał do swojego kraju, a hotel robił się coraz bardziej pusty i jakiś smutny. Nasi egipscy przyjaciele, którzy w IFMSA działają od dobrych kilku lat, powiedzieli nam, że ostatnio tak zgraną i wesołą grupę mieli trzy lata temu... i może to tłumaczyło te wszystkie łzy i ciepłe pożegnania w chwili odjazdu. Moja przygoda dobiegła końca, ale dzięki temu doświadczeniu wiem tylko jedno – niezależnie, z jakiego kraju pochodzimy i jakim językiem się porozumiewamy, wszędzie, na całym świecie spotkać możemy wspaniałych, przyjaznych nam ludzi. Ludzi, którzy dadzą nam na zawsze kawałek siebie. Jeśli chcielibyście odbyć praktykę zagraniczną, zachęcam Was do tego z całego serca, a jeżeli zastanawiacie się może nad Egiptem, tym bardziej – nie wahajcie się! Będzie to dla Was cudownym przeżyciem i bogatym doświadczeniem i nie są to wcale utarte slogany - ja to po prostu WIEM ☺. A więc – oby do wakacji! Daria Martenka

************************************************ ********** **************************************

HOMO SUBAQUATICUS - mała dawka nurkowego abecadła, czyli jak zapoznać się ze światem podwodnym, nie rozstając się jednocześnie z życiem Człowiek już od prawieków marzył o zagłębieniu się w mroczne, tajemnicze otchłanie mórz, od początku zniewalające pierwszych morskich podróżników swym ogromem oraz bioróżnorodnością form żywych. Jak głosi legenda, Aleksander Macedoński polecił opuścić się w kryształowej beczce na dno morza, gdzie został otoczony przez morskie potwory oddające mu cześć. Na pierwsze projekty machin podwodnych nadające się do praktycznej realizacji, trzeba było niestety poczekać dosyć długo, aż do okresu Rewolucji Przemysłowej i wojennej zawiechury, które to spowodowały sprzyjającą koniunkturę dla rozwoju podwodnej techniki. Wiele wybitnych umysłów pracowało latami w pocie czoła, by znaleźć sposób na zrównoważenie sił w odniesieniu do potężnej Floty Angielskiej, posługując się czymś, co w dzisiejszych czasach nazwalibyśmy miniaturowymi łodziami podwodnymi. Miały one za zadanie przenosić małe miny, przyczepiać je do nieprzyjacielskiego okrętu i oddalać się w szybki i bezszelestny sposób. Równolegle jednak istniała grupa ludzi, których zainteresowania nie koncentrowały się wokół strony militarnej, tylko czysto poznawczej. Chęci przeniknięcia niedostępnego dotychczas żadnemu człowiekowi milczącego świata i uświadomienia ludziom, że kilkanaście metrów pod taflą wody istnieje kraina, zawierająca wspaniałości, przy których bledną najwspanialsze bogactwa królewskich dworów. Przez cały czas, pierwsi śmiałkowie zdobywali morskie głębiny otoczeni przez grube pancerne skorupy swych batyskafów lub nieporęczne i ciężkie stroje nurków klasycznych, połączeni grubymi „pępowinami” ze statkiem – matką, które dostarczały powietrze, umożliwiały komunikację i wyciągnięcie na pokład. Era nowoczesnego nurkowania swobodnego rozpoczęła się w 1943 roku, kiedy to oficer marynarki Jaques Cousteau oraz inżynier Emil Gagnan skonstruowali w pełni automatyczny aparat powietrzny. Od tamtej chwili człowiek otrzymał klucz do całkowitej swobody i wolności, dzięki któremu miliony dziś ludzi mogą poczuć się obywatelami podwodnego świata.


Puls

AM 21

PARĘ SŁÓW O SPRZĘCIE Musimy pamiętać, że zanurzając się pod wodę, stajemy się gośćmi w nowym i nieznanym środowisku. Nasze zmysły, przyzwyczajone do funkcjonowania na powierzchni, tu mogą często płatać nam figle. Zaburza się postrzeganie odległości, przedmioty wydają się większe. Wskutek silnej absorpcji przez wodę fal świetlnych w zakresie czerwieni, na głębokości poniżej 10m krew wydaje się niebieska! Rękawice i skafander zaburzają czucie i manipulacje drobnymi przedmiotami, a percepcja dźwięku odbywa się głównie dzięki przewodnictwu kostnemu. Człowiek staje się niezdolny do lokalizacji jego źródła, co może mieć fatalne konsekwencje, gdy na przykład słyszymy hałas silnika motorówki, a nam kończy się powietrze i musimy się wynurzyć! Nurkując w polskich wodach, już poniżej poziomu kilkunastu metrów panuje mrok, a temperatura spada do kilku stopni powyżej zera. Człowiek staje się zdany na łaskę delikatnego aparatu oddechowego z życiodajnym powietrzem, z którego należy korzystać w sposób optymalny regulując odpowiednio oddech. Wszystkie te czynniki wpływają silnie stesująco na początkującego nurka i mogą być przyczyną groźnych sytuacji, z którymi na lądzie potrafimy poradzić sobie doskonale, a które pod wodą stają się trudne do opanowania. Tak więc wyposażając się w odpowiedni atestowany sprzęt, dostosowany do warunków nurkowania, podnosimy nasz poziom bezpieczeństwa i zwiększamy komfort nurkowania. W zależności od zasobności portfela i ambicji podwodnych eksploracji, w obecnych czasach możemy zaopatrzyć się praktycznie we wszystko. Wyrosłe jak grzyby po deszczu prywatne firmy specjalizujące się w produkcji sprzętu nurkowego, wykorzystują stale wzrastający trend zainteresowania nurkowaniem i kuszą swymi bogatymi ofertami klientów, którzy są w stanie zapłacić kilka tysięcy dolarów za odrobinę adrenaliny przy odwiedzaniu głęboko położonych wraków czy jaskiń. Tymczasem to, co często obserwujemy na kanałach typu „Discovery”, pokazujących na przykład penetrowanie głęboko położonych wraków czy innych podwodnych systemów zamkniętych takich jak groty i zalane sztolnie kopalń, wymaga naprawdę wyśmienitych umiejętności i bardzo wyrafinowanego sprzętu o kilku stopniach zabezpieczeń. Niestety, dużego doświadczenia i wiedzy nie da się kupić za pieniądze, stąd często słyszymy o wypadkach nurkowych, których można było uniknąć, a które za to na długi czas uplasowują nurkowanie wśród sportów niebezpiecznych i zagrażających życiu. Tymczasem nurkowanie konwencjonalne, od którego zaczyna każdy początkujący, różni się od nurkowania technicznego, wspomnianego wyżej, tym czym spacer po parku od wspinaczki na Mount Everest i przy spełnieniu pewnych zasad sztuki nurkowej nie jest bardziej groźne od jazdy na rowerze. Zacznijmy zatem od podstawowego wyposażenia ABC Podstawowe ABC sprzętowe stanowi maska, płetwy i fajka ( przez laików nazywana „rurką”). Powinni się w nie zaopatrzyć wszyscy, którzy chcą rozpocząć kurs nurkowy, gdyż pierwsze zajęcia praktyczne odbywają się na basenie i bez nich nie ma sensu wchodzić do wody. Skafander Kolejnym bardzo ważnym zakupem jest skafander nurkowy. Jeśli uświadomimy sobie, że przewodnictwo cieplne wody jest około 25- krotnie większe od powietrza, staje się jasne, że jeśli nie nurkujemy w okolicach słonecznych, podzwrotnikowych wysp Umfa-Umfa, lecz w niezbyt rozpieszczających płetwonurków polskich jeziorach, musimy wyposażyć się w solidną ochronę przed zimnem. Skafandry generalnie dzielą się na „mokre” i „suche”. Tą pierwszą nazwą nie należy się zbytnio przerażać widząc nurkujących w nich ludzi pod lodem, gdyż woda przedostająca się przez mikropory bardzo szybko ogrzewa się od powierzchni skóry i tworzy cieniutką warstewkę między ciałem, a zewnętrzną neoprenową powłoką. Zaletami tego skafandra są jego niska cena (w granicach kilkuset złotych), poręczność, niezawodność oraz zachowana izolacja cieplna nawet w przypadku rozdarcia. Niestety, w warunkach niskiej temperatury lub długiego pobytu pod wodą nie zapewnia on bardzo dobrej izolacji. Również w przypadku głębokich nurkowań, izopren ulega kompresji ciśnieniowej i jego grubość dramatycznie maleje i tak na przykład: grube rękawice piankowe na głębokości kilku-


Gazeta Studentów 22 dziesięciu metrów umożliwiają wyczucie przez palce cienkiej igły. Jeśli chodzi o skafandry „suche”, to niewątpliwą ich wadą jest cena (około kilku tysięcy złotych). Obecnie produkowane są z bardzo mocnych i wytrzymałych materiałów. Pod spód zakłada się tzw. „śpiocha” czyli właściwy ocieplasz, którym jest wewnętrzny kostium z polaru. Wielką zaletą skafandrów „suchych” jest możliwość regulacji wypełnienia powietrzem przez specjalną złączkę z butli, co kompensuje kurczenie objętości przestrzeni powietrznych podczas schodzenia na większe głębokości. Skafander posiada hermetyczne mankiety i zamek gazoszczelny, przez który wchodzi się do środka. W takim skafandrze komfort nurkowania w zimnej wodzie w porównaniu z „mokrym” jest nieporównywalny. Pas balastowy Bardzo istotna częśc sprzętu umożliwiająca zbilansowanie dodatniej pływalności nurka. Bez niego niego nurek próbujący się zanurzyć przypominałby raczej spławik niż „człowieka-rybę”. Jako balastu używa się ciężarków ołowianych w liczbie dobranej indywidualnie. Pas posiada specjalną klamrę, umożliwiającą jego szybkie odrzucenie i wypłynięcie na powierzchnię. Nóż nurkowy Wbrew pozorom nie służy do obrony przed rekinami, ale pełni bardzo wiele innych pożytecznych funkcji. Jego obecność doceniło zapewne wielu nurków, którzy niefortunnie zaplątali się w resztki sieci rybackich lub musieli wykonać pracę podwodną wymagającą cięcia, podważania, piłowania itp. Kamizelka wypornościowa Stanowi nader przydatne urządzenie do regulacji pływalności. Stanowi zbiornik powietrza z wytrzymałego na rozrywanie materiału zakładanego na ramiona, stanowiącego jednocześnie „noszak” butli. Jest niezastąpiona jeśli chodzi o np. wyciąganie ludzi spod wody w akcjach ratowniczych, przy wyciąganiu znalezisk podwodnych czy przy konieczności przepłynięcia po powierzchni dłuższego dystansu w pełnym ekwipunku. Butla i automat oddechowy Stanowią kwintesencję całego wyposażenia nurka i głównie to one decydują o jego bezpieczeństwie. Obecnie butle produkowane są z metali o bardzo wysokiej wytrzymałości na rozrywanie i umożliwiają napełnianie ich powietrzem pod ciśnieniem 230 atmosfer. Mając do dyspozycji butlę np. 18 litrową możemy spędzić spokojnie ponad 2 godziny na głębokości 10 metrów. Automaty nurkowe służą do dostosowania ciśnienia z butli przez dwa stopnie redukcji, do ciśnienia panującego na danej głębokości. Tak więc płuca nurka nie ulegają zgnieceniu, gdyż w każdym przypadku pozostają w idealnej równowadze z ciśnieniem zewnętrznym. Tu warto wspomnieć jako ciekawostkę o bardzo niebezpiecznym zjawisku, zwanym po angielsku „squeez”, zdarzającym się w przypadku nurkowań w skafandrze klasycznym z metalowym hełmem. Otóż, przy gwałtownym opadnięciu nurka na dno, gdy powietrze z pomp nie zdoła wyrównać ciśnienia w skafandrze, dochodzi do zdekompensowania równowagi ciśnień i miękki skafander wraz z ciałem nurka wgniatany jest do hełmu. Konsekwencje tego są straszne – siła, jaka działa wtedy na nurka sięga kilkunastu ton przy różnicy poziomów 10 metrów ( 1kg/cm2 na powierzchnię skafandra – ok. 2m2 ) i powoduje z reguły śmiertelne obrażenia. W przypadku nurków swobodnych, takie ryzyko nie grozi, pojawia się natomiast niebezpieczeństwo nadciśnienia w płucach w trakcie wynurzania, ale o tym później. Do automatu zwykle podłączona jest tzw. „konsola” czyli manometr, głębokościomierz i czasomierz; może znajdować się tu także komputer nurkowy obliczający parametry dekompresji i wiele innych pożytecznych rzeczy jak np. kompas bardzo ułatwiający utrzymywanie wyznaczonego kierunku, gdy brak jest jakiegokolwiek punktu odniesienia.

Oczywiście nie jestem w stanie wymienić tu całego repertuaru sprzętu, który nurkowie zabierają ze sobą eksplorując podwodny świat, gdyż zależy to w dużym stopniu od charakte-


Puls

AM 23

ru ich pracy. Często, pokonując podwodne jaskinie, nurkowie posługują się praktycznie identycznym ekwipunkiem jak grotołazi czy taternicy. W drugiej części artykułu zostaną omówione zagadnienia związane z patofizjologią nurkowania, nurkowaniem technicznymi, „freedivingiem”, ciekawymi miejscami nurkowymi oraz informacjami o klubach organizujących kursy nurkowe. Piotr Arcimowicz

************************************* KRWAWYCH OBFITE PLONY KRW AWYCH ŻNIW W dniach 20-22 stycznia b.r. nasze Domy Studenckie „Eskulap” i „Wawrzynek” zamieniły się na kilka godzin w punkty krwiodawstwa. Akcja cieszyła się dużym zainteresowaniem. Chęć oddania krwi wyraziło ponad 200 osób. Ostatecznie na fotelu dla dawców usiadło 159 bohaterów. Każdy, kto odwiedził salę telewizyjną „Eskulapa” w dniach 20-21 stycznia w godzinach 12.00-16.00 oraz salę „Klubu Wawrzynek” 22 stycznia miał okazję przekonać się, jak wiele jest osób chętnych do oddania krwi. Jednak nie każdy – pomimo najszczerszych chęci z obu stron – mógł aktywnie przyłączyć się do akcji. Wchodzący do „punktu” otrzymywał, wraz z ankietą organizatorów i ulotkami naszego sponsora Centrum Fitness „Olimp”, kwestionariusz Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Zawierał on pytania dotyczące stanu zdrowia, przyjmowanych leków, kontaktu z chorymi i inne. Wiele osób już na tym etapie zdawało sobie sprawę, że nie odda tego dnia krwi. Ci, którzy szli dalej, ustawiali się w kolejce do rejestracji. To był najdłuższy i najmniej ciekawy etap marszruty dawców. Po wypełnieniu niezbędnych formalności nasi bohaterowie byli poddawani pierwszemu testowi – pobieraniu krwi na badania. Tutaj określano grupę krwi i poziom hemoglobiny. I tu znowu kilka osób zostało zdyskwalifikowanych na podstawie zbyt niskiego jej poziomu. Pozostałych czekał już ostatni punkt przed metą: badanie lekarskie. Ci, którym udało się uzyskać potwierdzenia pełni zdrowia, odbierali 450-mililitrowe woreczki plastikowe, zakładali niebieskie jednorazowe buciki foliowe i wędrowali w kierunku wygodnych foteli przeznaczonych dla dawców. Potem...chwila strachu...i po wszystkim. Większość dawców nie odczuła w ogóle utraty krwi, inni mieli niewielkie zawroty głowy. Wszyscy otrzymali 8 czekolad UNION (pycha!), herbatniki i soczek oraz legitymację Honorowych Dawców Krwi. Ostatniego dnia po zakończeniu akcji organizatorzy rozlosowali wśród wszystkich, którzy wypełnili nasze ankiety ponad 100 nagród (w tym wejściówki do Centrum Fitness OLYMP, obiady w stołówce Eskulapa, koszulki, kubki, czasopisma medyczne). A teraz odrobina statystyki opracowanej na podstawie wypełnionych przez uczestników ankiet: dziewczyny górą - ponad 66% uczestników było płci pięknej! Średni wiek kobiet: 21.4 lat, mężczyzn: 23.1. Najmłodsze uczestniczki miały 18 wiosen, najstarszy uczestnik – 55. Wniosek – akcja przyciągnęła również gości spoza naszej uczelni. I rzeczywiście, wśród dawców znalazły się osoby z Politechniki


Gazeta Studentów 24

Poznańskiej, UAM, Akademii Rolniczej, Wyższej Szkoły Handlu i Usług i Liceum Ogólnokształcącego oraz kilka osób, które już zakończyły edukację. Wśród naszych studentów przeważali przedstawiciele wydziału lekarskiego I (46%), co piąta osoba reprezentowała Wydział Nauk o Zdrowiu, byli też stomatolodzy i farmaceuci ( w sumie ok. 20%). 75% uczestników po raz pierwszy przełamało swoje opory przed oddaniem krwi właśnie w czasie Krwawych Żniw. Spośród pozostałych 25% dzielnych dawców: nasz rekordzista oddawał krew trzynasty (!) raz (GRATULUJEMY). Z ankiety przez nas opracowanej wynika, że 65% z Was chciało zrobić to już dawno, ale nie miało albo czasu albo motywacji. Cieszy nas fakt, iż ponad połowa oddała krew, ponieważ lubi pomagać innym i zdaje sobie sprawę, że on sam lub ktoś z bliskich w każdej chwili może być w potrzebie. Jeszcze większą radość sprawia nam chęć ponad 75% uczestników do wzięcia udziału w następnych takich przedsięwzięciach Ponad 87% respondentów postawiło nam - organizatorom najwyższa notę. Dziękujemy za docenienie naszych starań i wysiłków włożonych w przygotowanie akcji. Celem bezpośrednim akcji było zebranie jak największej ilości krwi. Uzbieraliśmy prawie 72 litry. Ograniczały nas jedynie czas i problemy techniczne, a nie liczba chętnych. Dlatego uważamy, iż cel ten został w pełni osiągnięty. Celem dalekim, perspektywicznym, było zachęcenie studentów naszej akademii do oddawania krwi teraz i w przyszłości. Wyniki ankiety napawają nas optymizmem i wskazują, że jest szansa na powiększenie się w najbliższym czasie grona stałych Honorowych Dawców Krwi wśród naszych studentów. Jako organizatorzy serdecznie dziękujemy władzom uczelni za zgodę na przeprowadzenie Krwawych Żniw i okazane wsparcie oraz pomoc. Dziękujemy także ekipom RCKiK za przybycie oraz kierownictwu obu domów studenckich za poparcie naszej inicjatywy i pomoc w jej realizacji. Ze swojej strony pragnę podziękować wszystkim kolegom i koleżankom, którzy włączyli się w realizację tego projektu, a szczególnie: Oli Żebrowskiej, Witoldowi Pawelczakowi, Kubie Knapikowi, Justysi Pohland, Kasi Zgole, Karoli Gajdziel, Małgosi Ściskale i Sylwi Radole. Mam nadzieję, że spotkamy się przy realizacji kolejnej edycji zbiórki krwi i będziemy się bawić równie dobrze jak tym razem! Małgorzata Andrzejewska Główny koordynator projektu IFMSA-POLAND OL POZNAŃ

Na fotelu: dawca krwi – nasza Redakcyjna Koleżanka Dorota ☺


Puls

AM 25

Ogólnopolska Edukacyjna II Ogóln opolska Sesja Edukac yjna „Postępy w klinice chorób układu krążenia” W dniach 23-24. stycznia b.r. w SPSK 2 w Sali Zeylanda, odbyła się II Ogólnopolska Sesja Edukacyjna „Postępy w klinice chorób układu krążenia” zorganizowana przez członków Studenckiego Towarzystwa Naukowego. Honorowy patronat objął J.M. Rektor AM w Poznaniu Prof. dr hab. Grzegorz H. Bręborowicz. Opiekunem merytorycznym został Prof. dr. hab. med. Romuald Ochotny. Celem spotkania było przedstawienie nowości w kardiochirurgii: w jakich kierunkach rozwija się ta dziedzina, do czego dąży, jakie są jej ostatnie sukcesy. Oczywistym jest, iż nie ma lepszego polskiego kandydata do opowiesci na ten temat niż Prof. dr. hab. med. Zbigniew Religa, który zaszczycił wszystkich zebranych swoją obecnością. Jak okazało się, nie tylko po to, aby zagłębić się w wyjaśniania naukowych odkryć i prac prowadzonych w zakresie chirurgii serca, ale i po to, aby tchnąć w nas optymizm i nadzieję, ukazując sens tego, co robim. Spotkanie podzielono na dwa dni – „kardiologiczny piątek” i „radiologiczną sobotę”. 23 stycznia obok Prof. Religi wystąpili powszechnie znani, szanowani i lubiani wśród studentów poznańskiej AM: • Dr med. M. Lesiak • Prof. dr hab. med. R. Ochotny • Dr med. P. Mitkowski • Dr hab. med. K. Lewandowski 24 stycznia zobaczyliśmy i wysłuchaliśmy: • Prof. dr. hab. med. M. Szczerbo-Trajanowkiej • Prof. dr. hab. med. St. Zapalskiego • Prof. dr. hab. med. K. Zawilskiej • Dr. med. F. Pukackiego Profesor Religa przedstawiał pierwsze slajdy, a wśród ciszy oczekujących na informacje siedzących i stojących, gdzie popadnie studentów oraz gości, słyszeliśmy trzaski fleszy i kroki kamerzystów. Profesor zdecydowanym głosem rozpoczął opowieść o dążeniu w kardiochirurgii do malej inwazyjności zabiegu: zminimalizowania urazu operacyjnego przez odstąpienie od krążenia pozaustrojowego, zmniejszenia ilości kaniul podłączonych w polu operacyjnym itp. Prelegent przedstawiał zalety operacji prowadzonych na bijącym sercu, przy wykorzystaniu tzw. „ośmiorniczki” – urządzenia stabilizującego obszar działań chirurga. Następnie poruszony został temat rezygnacji ze sternotomii na rzecz 4-5 centymetrowych nacięć skóry, przez które wprowadza się torakoskop. Technika ta to TECAB (Totally Endoskopic Coronary Artery Bypass), którą może wykonywać robot, sterowany z dowolnego miejsca (nawet z domu) przez chirurga. Przy operowanym pacjencie stoi jeden asystent, który wprowadza ramiona robota w pole zabiegu. „Nóż? Cóż to? Już się go nie używa. Teraz liczą się wolne od drżeń i ruchome w pełnym zakresie ręce maszyny. Jej narzędzia mieszczą się w 3-4 cm-ej przestrzeni międzyżebrowej.” Tak dotarliśmy do punktu kulminacyjnego tej opowieści - informacji o istnieniu polskiego robota do zabiegów kardiochirurgicznych. Nasz robot został stworzony przez grupę prof. Podsędkowskiego przy nadzorze technicznym dr. Zbigniewa Nawrota dzięki staraniom Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii utworzonej w Zabrzu przez prof. Religę. Obecnie robot jest testowany na zwierzętach.


Gazeta Studentów 26

Pozostaje czekać z niecierpliwością i nadzieją na pozytywne wyniki tych testów. Zaciekawienie słuchaczy wzbudziła rónież opowieść o perspektywie klinicznego wykorzystania „vasculogenezy” Dowiedzieliśmy się, że określono już czynniki odpowiadające za pobudzenie angiogenezy w sercu. Ich wykorzystanie może pomóc w leczeniu chorych z rozsianymi zmianami w naczyniach wieńcowych, których przy nieskuteczności farmakoterapii trudno jest leczyć zabiegowo. Czynniki te to: FGF, VEGF, HGF, GMCSF. Najlepszą drogą ich podania są iniekcje dosercowe. Jakie jest marzenie profesora Religi? - „...pragnę zbudować sztuczne serce na baterie, najlepiej polską, by chore dzieci mogły wyjść ze szpitala i grać w piłkę, by ludziom czekającym na transplantacje serca dać jak najwięcej czasu i komfortu...” Profesor ze swoim zespołem naukowców, inżynierów, lekarzy dysponują już m.in. polskimi sztucznymi komorami serca oraz pneumatycznym sztucznym sercem działającym dzięki zewnętrznej jednostce napędowej. Te wynalazki są już wykorzystywane praktycznie i pomogły w ratowaniu życia pacjentów. Te i wiele innych informacji (choćby o implantach zastawek) wywarły na mnie ogromne wrażenie. Nie byłam jednak sama, gdyż po prelekcji na profesora spadla lawina pytań. Skierowane nie tylko do lekarza, ale i senatora ukazały profesora w „nowym” świetle. Ten człowiek jest dla nas wielkim autorytetem. Odnosi sukcesy nie tylko naukowe, ale angażuje się także w sprawy publiczne, polskie. Pragnie naprawy, ulepszenia, w każdym z tych aspektów, oddając siebie z ofiarnością sięgającą granic możliwości. Jest osobą szanowaną, budzącą zaufanie, myślącą otwarcie, przyszłościowo, NIEZALEŻNIE. Myślę, że właśnie takich wzorów nam potrzeba, które nadają sens oraz napawają optymizmem nasze życie, zajęcia i marzenia. Przybycie Profesora na Sesję dodało energii nam wszystkim, co dało się słyszeć m.in. w gromkich oklaskach po zakończeniu wykładu. Bardzo wysoko postawionej poprzeczki próbowali sięgać kolejni wykładowcy. Czy im się udało, mieliście szansę osądzić sami, jeśli słuchaliście. Według mnie za dużo pojawiło się trudno przyswajalnych procentów, wykresów, słupków, często podanych w „odrzutowym” tempie. Jeśli chodzi o wartość merytoryczną, odsyłam was do konspektów, które można było nabyć u organizatorów. Przedstawienie jej tu i teraz nie jest moim zadaniem. Wolę przekazać Wam to, czego tam nie znajdziecie. Są to wyznania prezentujących, które ożywiły twarze słuchaczy. I tak: • Prof. Religa stwierdził, że gdyby miał zawał to ze wszystkich dostępnych sposobów leczenia najchętniej zdecydowałby się na pierwotną angioplastykę • Dr Lesiak przedstawił obraz typowego zawałowca (61 lat, palacz, z cukrzycą, niewydolnością krążenia, 25% już po pierwszym zawale, część po PTCA i kilka procent po by-passach.) • Prof. Ochotny określił zdrowie jako stan przejściowy między jedną a drugą chorobą. Pokłada on w nas, studentach, nadzieję na twórców lepszej medycyny, z której sam wolałby nie korzystać. Jeśli chodzi o ACE-I i ich mechanizm działania, to zgodzi się ze wszystkim, czego by student na egzaminie nie wymyślił, zastanawiając się najpierw, co student miał na myśli. Powie o leku, którego nie nazwie, by go nie reklamować. „W przyszłości wszyscy odniosą korzyści ze stosowania ACE-I.” Karwedilol ma wpływ na „twardy punkt końcowy” (przedłuża życie). • Dr Mitkowski mówił o odniesieniu wyników do „żyły, która jest, bo gdyby jej nie było, to by badanie nie wyszło”. Nowatorsko przedstawił działanie: a) digoksyny – przyrównał ją do marchewki przed nosem osiołka oraz b) resynchronizacji – „to jakby osiołkowi dać wrotki”.


Puls

AM 27

Na koniec piątkowej sesji wystąpił dr hab. med. Krzysztof Lewandowski. W błyskawiczny sposób (prawie, że „kaskadowy”), spłynęła na nas wiedza o: FV Lei den, F 2, TAFI – cokolwiek by one nie oznaczały. Zmęczeni, z „rozmaglowanymi” nieco głowami opuściliśmy Salę Zeylanda, by wymienić ją chwilowo na parkiet Klubu Esculap oraz by powrócić na nią 24.01 z rana. Pomimo zmęczenia ochoczo, choć w dużo skromniejszym gronie, zajęliśmy się radiologią zabiegową i nie tylko. Pytaniom do prof. Szczerbo-Trojanowskiej nie było końca. Kto nie uczestniczył w Sesji, ten wiele stracił. Sporo można było dowiedzieć się, zobaczyć, wiele spraw zostało klarownie wyjaśnionych. Poznaliśmy prognozy, co do kierunków rozwoju medycyny, aktualną wiedzę i wiele nowinek. A wszystko to w przemiłej atmosferze (i o sytym brzuszku ☺). Organizatorom imprezy należy się wielki ukłon i wyrazy uznania oraz gorące podziękowania od słuchaczy. Aneta Orczyk

************************************************ Rozmowa z Prof. dr. hab. Zbigniewem Religą Po wygłoszonym przez Profesora Religę wykładzie, dwójka naszych dzielnych reporterów rzuciła się w pogoń za już spóźnionym na kolejne spotkanie autorytetem polskiej kardiochirurgii, aby zadać mu parę pytań. Udało się! Oto kilka słów od Profesora. Panie Profesorze, jakie można by wprowadzić zmiany w kształceniu polskich studentów, aby służba zdrowia była u nas tak dobra, jak za zachodnia granica? Jestem zachwycony systemem anglosaskim (amerykańskim). U nas od pierwszego roku jest czysta teoria, przynajmniej tak było, jak ja studiowałem i chyba nic nie zmieniło się. W Ameryce student ma bezpośredni kontakt z praktyką i z chorym, bo to jest najważniejsze. Wielu rzeczy można nauczyć się z książek, ale nie prawdziwej sztuki lekarskiej, rozmowy z chorym, diagnozowania. Właśnie tego bym oczekiwał, jeżeli chodzi o dalsze kształcenie lekarzy. W tej chwili w Polsce to już się zaczyna - chodzi mi o programy szkoleniowe. Jeśli pani na przykład robi specjalizację, to fakt, czy pani się rozwija czy nie, zależy od kierownika specjalizacji. Według mnie, by temu zapobiec, musi powstać schemat tego szkolenia na każde półrocze. Gdy zostanie wypełniony jako każdy punkt, kończąc specjalizację, jest pani nauczona tego wszystkiego, co specjalista danej dziedziny umieć powinien. Inaczej mówiąc – zaadaptowałbym system anglosaski, jeśli chodzi o czas studiów i czas podyplomowy. Ale proszę państwa! Nie narzekajmy, że polska medycyna jest fatalna, że polskie szkolenie jest złe. Z tym bym się nie zgodził - skończyłem tutaj w Polsce studia, wyrosłem na takiego lekarza, choć prawdą jest, że dostałem w życiu szanse - pracowałem w USA. Tam wiele się nauczyłem. Wydaje mi się, że gdy człowiek chce być dobrym lekarzem, to po ukończeniu studiów ma duże szanse, że nim zostanie, to wszystko zależy od niego.

Panie Profesorze, bardzo często sugeruje się nam, byśmy jednak wyjechali za granicę, ponieważ w Polsce nie ma dla nas dobrych perspektyw. Czy pan Profesor również podziela to zdanie, czy też może rozwiać ten pesymizm? Zdecydowanie nie będzie tak, że wyjazd stanie się jedynym rozwiązaniem dla otrzymania szansy i dobrej przyszłości. Jestem gorącym zwolennikiem wejścia Polski do Unii Europejskiej. Bardzo chciałbym, aby ten ważny krok nastąpił. To jest olbrzymia szansa dla postępu w polskim rozwoju cywilizacyjnym. Również zmieni się sytuacja w polskiej ochronie zdro-


Gazeta Studentów 28

wia, bo wymusi to sytuacja. To się nie zmieni z dnia na dzień, ale za 10 lat będziemy mieli kompletnie inną sytuację. Prawdopodobnie będziecie zarabiać w sposób zbliżony do kolegów z Niemiec czy Anglii. Tutaj, do nas, będą chcieli przyjeżdżać z Zachodniej Europy. Pewnie, że niektóre osoby z was wyjadą, ja jestem zresztą zwolennikiem tego. Skoro jest wspólna Europa, to czy będziesz mieszkać i pracować w Warszawie, Paryżu czy Londynie – nie powinno być różnicy. To nie jest jednak kwestia uwzględniona w powszechnym myśleniu, ale za parę lat tak będzie. Teraz nie ma już znaczenia, czy ktoś z was wyjedzie czy nie, dlatego to właśnie tutaj będą chcieli przyjeżdżać. dlatego nie boję się masowej ucieczki lekarzy. Rozmawiali: Aneta Orczyk i Witold Pawelczak (Dyktafon trzymał: Maciej Antczak)

Rozmowa ze zwycięzcą plebiscytu na Najpopularniejszego Sportowca 2003 roku Sergiuszem Duriaginem Serdecznie gratulujemy wyróżnienia, czy spodziewałeś się wygranej? Nie, na pewno nie. Powiedz krótko, na jakim jesteś wydziale, którym roku, jakiej sekcji oraz – jak długo w niej jesteś? Studiuję na czwartym roku wydziału lekarskiego i od dwóch lat należę do sekcji wspinaczki skałkowej. Czy twoja wygrana to bardziej zasługa trenera czy całej rzeszy studentów, która na Ciebie głosowała, jak uważasz? Na pewno jest to zasługa naszego trenera, guru i przyjaciela. Jak wiele czasu w tygodniu zajmują Twoje treningi? W sumie to jestem w dwóch sekcjach: wspinaczki i kulturystyki. Dlatego ogólnie mam cztery treningi na tydzień. Sama sekcja wspinaczki to 2-3 treningi w tygodniu. Co daje Ci wygrana, oprócz popularności, uznania i zadowolenia z siebie? Ciekawe nagrody? Myślę, że nagrody nie są tutaj ważne. Ja nawet ich jeszcze nie obejrzałem, ale na pewno są fajne. Są to rzeczy czysto materialne. Najbardziej cieszę się, że mam tylu przyjaciół i to prawdziwych, bo przyszli i na mnie zagłosowali.

W jaki sposób zdobyłeś sobie taką liczbę fanów? Prowadziłeś jakąś kampanię reklamową? Nie, nic z tych rzeczy. Może to efekt tego, że staram się utrzymywać jak najwięcej kontaktów z ludźmi. Czy Bal Sportowca to stały coroczny punkt programu w Twoim życiu? Nie, to dopiero mój drugi raz, ale w zeszłym roku było bardzo fajnie☺☺. A w tym roku??? Jest super! Gdzie mają zgłosić się osoby zainteresowane sekcją wspinaczki? Na ulicę Wielkopolską, tam czeka na nich ściana wspinaczkowa. Wszystkich bardzo serdecznie zapraszamy, można do nas dołączyć. Panuje bardzo mila atmosfera. Kiedy można do was przyjść? Każdego dnia w godzinach 9:30- 21:30, a w soboty i niedziele: 17:00-21:30. Jak liczna jest wasza sekcja? W tej chwili uczestniczy w niej 27 osób. Czy organizujecie jakieś treningi w prawdziwych skałkach? Tak, co roku jeździmy w polskie skałki Sokoliki. Wyjazdy zagraniczne - tylko we własnym zakresie. Serdecznie zapraszamy! Rozmawiała: AnetaOrczyk


P u ls A M

29

Bal Sportowca I Bal Stomatologa 23.01. b.r. godzina 21:00, piątek. W salach Klubu Studenckiego Eskulap roznosi się głos zapraszający na scenę, po której „kręcą” się odświętnie wystrojeni organizatorzy. Nad ich głowami wisi napis nie pozostawiający złudzeń: otwarto SIÓDMY BAL SPORTOWCA I PIERWSZY BAL STOMATOLOGA. Imprezę zorganizował AZS (Akademicki Związek Sportowy) oraz PTSS (Polskie Towarzystwo Studentów Stomatologii). Honorowy patronat objął J.M Rektor AM w Poznaniu Prof. dr. hab. med. Grzegorz H. Bręborowicz, który niestety, z powodu przeziębienia, nie mógł dotrzeć na Bal. Wśród ogólnego oczekiwania na dalszy rozwój zdarzeń, na scenie zaczęły pojawiać się osoby, którym prezes AZS-u, Agata Juskowiak, złożyła podziękowania za współpracę. Na koniec poznaliśmy dwóch wodzirejów, którzy od razu zaczęli rozgrzewać atmosferę. Zaczęto od wykonania poloneza, który zachęcił i tych, którzy jeszcze przed chwilą stali na scenie. Następnie – walc, a po nim zaprezentowali się członkowie sekcji tanecznej przy Studium WFiS. O godz. 22:00 wywołano trójkę zwycięzców konkursu „Dentista Optimus”. Byli to:  1.lek. stom. Zimowit Franaszek  2.lek. stom. Piotr Andrysiak  3. lek. stom. Przemysław Gajdus Ogłoszono także wyniki plebiscytu na Najpopularniejszego Sportowca 2003 roku AM w Poznaniu. Fanfary i nagrody wyróżniły dziesięciu sportowców, z których najważniejszym został Sergiursz Duriagin. Kolejno, przez wiele godzin, salę po brzegi wypełniały tłumy. Gromkie śpiewy, okrzyki i „piski” tancerek, które w zapomnieniu... coraz wyżej zadzierały sukienki. Z każdą chwilą z widoku ubywały marynarki, kamizelki, krawaty, szale, nawet buty! Totalny szał w kłębach pary. Dziewczyny zaproszono do kankana, a nasi mężczyźni odtańczyli Greka Zorbę. Ramiona nas rozbolały przy przebojach dziewczyn z Las Ketchup i YMCA. Przy słynnym „Baranku” Kultu męskie gardła zaśpiewały: „Na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek...”! Później – zmiana klimatu i po sali wiły się dwa „węże”, a potem – Desperado. W powietrze pofrunęły bańki mydlane. Zabawie nie było końca. Przerzedzenie w szeregach obserwowaliśmy dopiero około czwartej nad ranem. Uważam, że było nie tylko bardzo fajnie, wesoło i szaleńczo, ale i można użyć słowa – pięknie. Aneta Orczyk


Gazeta Studentów 30

Podsumowanie działalności

w roku akademic akademickim 2002/2003

Jak stanowi Ustawa o Szkolnictwie Wyższym: „Studenci uczelni tworzą samorząd studencki, a organy samorządu studenckiego są jedynym reprezentantem ogółu studentów”. Ten fakt sprawia, że samorząd studencki jest najliczniejszą organizacją działającą wśród studentów naszej uczelni, a powód tego jest bardzo prosty – zrzesza ich wszystkich. Rada Uczelniana Samorządu Studenckiego (RUSS) reprezentuje wszystkich studentów Akademii Medycznej zarówno na jej terenie, jak i poza nią. W jej skład wchodzi 12 osób – przedstawicieli wszystkich 4 wydziałów Uczelni (WL I – 5 osób, OS WL II – 2, WF – 3, WNoZ – 2). I. UDZIAŁ W ŻYCIU AKADEMII – DZIAŁALNOŚĆ STATUTOWA 1. Wielokrotne przedstawianie opinii i problemów studentów w różnych ciałach kolegialnych oraz w rozmowach z decydentami. 2. Zorganizowanie wyjazdu integracyjnego władz Uczelni i studentów do Chaty Studenckiej „Jagoda” w Święto Niepodległości. 3. Uczestnictwo w: • Inauguracji roku akademickiego • dyplomatoriach poszczególnych wydziałów • spotkaniach z kandydatami na studia podczas „drzwi otwartych” na wszystkich wydziałach. 4. Wytypowanie naszych przedstawicieli do organów uczelni i udział w ich pracach: • senat (5 osób) • kolegium rektorskie (1 osoba) • kolegia dziekańskie (4 x 1 osoba) • komisje senackie (15 osób) • Rada Programowa Klubu Eskulap (1 osoba) • Rada Programowa Klubu Wawrzynek (1 osoba) • Rada Biblioteczna (1 osoba) • Rektorska Rada ds. witryny internetowej Akademii Medycznej (1 osoba) • Rektorska Komisja ds. Rozwoju informatyki (1 osoba) 5. Zorganizowanie spotkania studentów z Prorektorem ds. studenckich. 6. Wielokrotne interwencje na wnioski studentów. 7. Przeprowadzenie wyborów uzupełniających do Rady Uczelnianej Samorządu Studenckiego 8. Aktywny udział w pracach nad zmianami w nowym Statucie Akademii Medycznej.


P u ls A M

31

9. Prace nad aktualizacją Regulaminu Domów Studenckich. II. SPRAWY SOCJALNE I EKONOMICZNE 1. Przeprowadzenie podziału funduszy na działalność studencką pomiędzy organizacje studenckie naszej Akademii. 2. Podział miejsc w akademikach pomiędzy wydziały. 3. Wybór ubezpieczyciela, oferującego najdogodniejsze warunki finansowe dla studentów. 4. Pomoc Radom Mieszkańców Domów Studenckich: "Eskulap", "Wawrzynek" oraz „Hipokrates”. 5. Opiniowanie odpłatności za miejsca w Domach Studenckich oraz za obiady w nowej stołówce studenckiej. 6. Opiniowanie wysokości stypendiów naukowych, socjalnych i zapomóg losowych. 7. Opiniowanie podań o obniżenie odpłatności za powtarzane przedmioty. 8. Opiniowanie podań o zapomogi socjalne. 9. Prace nad nowelizacją Regulaminu Pomocy Materialnej dla studentów naszej Akademii. 10. Prace nad powołaniem Studenckiego Biura Karier na naszej Uczelni. III. DYDAKTYKA 1. Opracowanie wyników przeprowadzonej ankiety dydaktycznej na Wydziale Lekarskim I oraz ich prezentacja podczas połączonego posiedzenia Rad Wydziałów Lekarskiego I i II poświęconego dydaktyce. 2. Aktywny udział w pracach Komitetu Organizacyjnego Międzynarodowej Konferencji „Edukacja medyczna w krajach Europy Środkowej i Wschodniej – od status quo do zmian”, Poznań 2003. 3. Opracowanie zestawienia propozycji i problemów w nauczaniu. 4. Udział w pracach nad zmianami w sposobie nauczania niektórych przedmiotów na Wydziale Lekarskim I. 5. Zorganizowanie spotkania ze starostami wszystkich lat i kierunków na Wydziale Nauk o Zdrowiu w celu omówienia problemów związanych ze sposobem nauczania niektórych przedmiotów. 6. Udział w pracach nad zmianami w programie nauczania na WNoZ. 7. Współpraca przy wprowadzeniu ankiet dydaktycznych oceniających nauczycieli akademickich. 8. Uzyskanie zgody na wprowadzenie studenckiej ankiety dydaktycznej dodatkowo na Wydziale Nauk o Zdrowiu oraz Wydziale Farmaceutycznym. 9. Organizacja plebiscytu w celu przyznania tytułów honorowych „Amicus Studentorum” najbardziej zaangażowanym nauczycielom akademickim za rok 2002/2003. 10. Zorganizowanie spotkania informacyjnego dla studentów AM w sprawie Lekarskiego Egzaminu Państwowego – LEP i Lekarsko-Dentystycznego Egzaminu Państwowego – LDEP. IV. DZIAŁALNOŚĆ KULTURALNO – ROZRYWKOWA I TURYSTYCZNA 1. Zorganizowanie „Otrzęsin 2002’’/„Freshmen Party” dla pierwszego rocznika naszej Akademii.


Gazeta Studentów 32

2. 3. 4. 5.

Organizacja Spotkania opłatkowego organizacji studenckich z władzami Uczelni. Organizacja „Balu Medyka 2003’’. Organizacja obozu adaptacyjnego w „Jagodzie” dla 30 beanów – sierpień 2002. Nadzór nad Radą Klubu Studenckiego „Wawrzynek” zajmującą się działalnością kulturalnorozrywkową klubu. 6. Udział w Juwenaliach 2003 – organizacja parady studenckiej oraz imprezy okolicznościowej na Starym Rynku z Udziałem Władz Uczelni Wyższych i Prezydenta miasta Poznania. 7. Organizacja Medykaliów 2003 – imprezy dla studentów AM w ramach Juwenaliów 2003

V. KONTAKTY POZAUCZELNIANE 1. Lobbing parlamentarny na rzecz nowelizacji ustawy o zawodzie lekarza w artykule dotyczącym państwowego egzaminu po stażu podyplomowym. 2. Komisja ds. Wyższego Szkolnictwa Medycznego Parlamentu Studentów RP: • udział w pracach tejże Komisji, a w szczególności wielokrotne wyrażanie opinii i protestów studentów naszej uczelni na temat sposobu wprowadzenia przez Ministerstwo Zdrowia nowego programu stażu podyplomowego lekarzy i lekarzy stomatologów, z kończącym go Lekarskim Egzaminem Państwowym, • poruszanie powyższych kwestii na spotkaniach z Ministrami Zdrowia Mariuszem Łapińskim oraz Leszkiem Sikorskim, oraz spotkaniu w Sejmie z Przewodniczącą Komisji Zdrowia Barbarą Błońską – Fajfrowską. 3. Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej: • udział w konferencjach szkoleniowych, • uczestnictwo w dorocznym Zjeździe Parlamentu Studentów RP, • prace na rzecz poprawy sytuacji studentów Polskich w tejże Radzie Studentów. 4. Powołanie i rozwój CIW - Centrum Informacji o Wyjazdach Studentów Akademii Medycznej w Poznaniu. 5. Opracowanie i udostępnienie w gablotach oraz na stronie internetowej zestawienia dostępnych wyjazdów i stypendiów zagranicznych. 6. Opracowanie Regulaminu Wyjazdów z Programu Socrates – Erasmus. 7. Czynny udział w pracach Kolegium Samorządów Studenckich Uczelni Wyższych Miasta Poznania (KSSUWMP) i wspólna organizacja Juwenaliów 2003. 8. Pomoc w pracach Europejskiego Stowarzyszenia Studentów Medycyny (EMSA) na naszej Uczelni oraz pomoc w zorganizowaniu międzynarodowego spotkania dotyczącego nauczania medycyny w krajach Unii Europejskiej. 9. Wyjazd przedstawicieli RUSS na spotkanie dotyczące Nauczania Problemowego (PBL) do Linköping (Szwecja). 10. Wyjazd przedstawiciela RUSS na zorganizowaną przez American Medical Students Association (AMSA) Konferencję w Waszyngtonie, gdzie Akademia Medyczna w Poznaniu została oficjalnie uznana za Oddział Międzynarodowy tejże organizacji. 11. Wyjazd przedstawiciela RUSS na Sympozjum „Diabetologicum’03” w Halle oraz nawiązanie kontaktów ze studentami tamtejszego Uniwersytetu.


P u ls A M

33

12. Koordynacja prac nad wyjazdem grupy studentów na praktyki wakacyjne na Uniwersytet Christiana Albrechtsa w Kilonii przy współpracy z DAAD. 13. Pomoc w zabezpieczeniu medycznym organizowanego przez Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu „Spotkania z Unią Europejską”. VI. INFORMACJA I PROMOCJA 1. Przekazywanie i rozpowszechnianie szeregu informacji wśród studentów Akademii. 2. Rozwój i udoskonalenie witryny internetowej Rady Uczelnianej Samorządu Studenckiego www.amp.edu.pl/samorzad 3. Propagowanie adresu e-mail: studenci@amp.edu.pl, jako nowej formy kontaktu studentów z Prorektorem ds. studenckich. 4. Rozpowszechnienie logo Rady Uczelnianej Samorządu Studenckiego. 5. Aktywizacja gablot samorządu studenckiego. 6. Współpraca z gazetą studencką „Puls AM” oraz miesięcznikiem „Fakty AM”.

Z ŻYCIA WZIĘTE ☺ Rozpoczęła się szkoła. Co nasze dzieci wiedzą o otaczającym je świecie? Poniżej fragmenty ze szkolnych wypracowań: * Wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz. * Wiewiórka żywi się orzechami bardzo twardymi, bo gdyby nie jadła twardego pożywienia, to by jej zarosła paszcza. * Porażonego prądem należy przede wszystkim wyciągnąć z kontaktu. * Poznać, że koń jest chory, po tym, że traci swą naturalną wesołość i jest zamyślony. * Najczęściej spotykanym ssakiem górskim jest góral. * Znanym drapieżnikiem leśnym jest drapichrust. * Człowiek rozmnaża się nie przez pączkowanie, tylko przyjemniej. * Kogut różni się od kury tym, że ma ostrogi, jest bardziej spadzisty, pieje i nie znosi jaj. * Błony komórkowe spełniają bardzo ważną funkcje w życiu komórki: wiedzą kogo wpuścić, a kogo wypuścić, czyli funkcje celnika. * Ślimak ma jednocześnie płeć żeńską i męską, ale z tego nie korzysta. * Do chorób zawodowych zaliczamy: pylicę, gruźlicę i rzeżączkę.


Gazeta Studentów 34

Walentynkowe rozterki Walentynki – Święto Zakochanych czy zwykła komercja? Moja nauczycielka twierdziła, że nie potrzebuje specjalnej okazji, by okazać miłość swojemu mężowi. Ma na to cały rok. Jak się nad tym zastanowić… Rzeczywiście, walentynkowa kampania reklamowa zaczyna się niemal zaraz po Sylwestrze, by swoje apogeum osiągnąć właśnie 14-ego lutego. Jeżeli z kimś jestem, to przecież nie okazuję mu uczucia tylko w dniu Św. Walentego. Dlatego osobiście jestem przeciwna szczególnemu celebrowaniu tego dnia. A walentynkowe „akcesoria” w większości wydają mi się wręcz tandetne. Każdemu miło jest dostać coś od serca od swojej „drugiej połowy”, a każda taka rzecz nabiera wtedy dla nas szczególnego znaczenia. Osobiście radziłabym pamiętać o zasadzie „…wystarczą małe gesty” ☺ (Jeżeli macie jakieś ciekawe pomysły, podzielcie się z nami - najbardziej zaskakujące nagrodzimy upominkami) Ale jest jeszcze druga strona medalu. Mam wrażenie, że 14 luty powinien być dniem „Skrycie Zakochanych”. Jest to bowiem dla nich szansa na wyznanie komuś swoich uczuć, chociażby anonimowo. Jest z tym tylko jeden problem - jaki ma to sens, jeżeli nie dowiemy się, co na to osoba, której to dotyczy. Moim zdaniem powinno się tak „nie podpisywać” walentynkowych kartek, aby adresat miał szansę odgadnąć, kim jest nadawca. Jeśli mu się uda, wiele może się w naszym życiu „zmienić” ☺ Jeżeli nie…no cóż, zawsze można znaleźć wytłumaczenie, że może niezbyt wyraźnie się „nie podpisaliśmy”. Dla odważnych zostaje jeszcze jedna możliwość – powiedzenie tych „kilku słów” (jeśli oczywiście się da) prosto w oczy. Czasem jednak najprostsze rzeczy najtrudniej przechodzą przez gardło. Oj, wiem coś o tym!... Ale o ile łatwiejsze byłoby nasze życie. Warto chyba jednak zebrać się na odwagę. Uwierzcie mi, efekt może was zaskoczyć bardziej niż byście się tego mogli spodziewać ☺! Przy okazji chciałabym pozdrowić „doktora Judyma”, który rok temu dokonał czegoś zaskakującego i w końcu stwierdził, że „w jasności lepiej widać”. ☺ W jego przypadku odpowiednie słowa podziałały. Spróbujcie, może wam też uda się coś zmienić! Jeżeli Walentynki, to zakochani; jak zakochani, to miłość od pierwszego wejrzenia. Istnieje czy nie? Jesteśmy jak ten mędrzec z ballady Mickiewicza. Czy nasze „szkiełko i oko” pozwalają nam w nią wierzyć? Podoba mi się pogląd Szymborskiej w wierszu pod tytułem (nota bene) „Miłość od pierwszego wejrzenia”: „ (…) Bardzo by ich zdziwiło, że od dłuższego już czasu bawił się nimi przypadek. Jeszcze nie całkiem gotów zamienić się dla nich w los. Zbliżał ich i oddalał, zabiegał drogę i tłumiąc chichot odskakiwał w bok. Były znaki, sygnały Cóż z tego, że nieczytelne. (…)” Resztę doczytajcie sobie sami (polecam motyw listka!) ☺ Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wam udanego dnia 14.lutego i oby Dzień Zakochanych trwał u was cały rok!! Powodzenia…. Dorota Karmowska

luty2004  

Nr 71 Luty 2004 Rok 8 - wywiad z Prof.dr.hab.Witoldem Woźniakiem - rozmowa z Prof.dr.hab.Zbigniewem Religą - relacja z praktyk w Zambii oraz...