Issuu on Google+


SPIS TREŚCI

Puls UM

Drodzy Czytelnicy!

Listopad ma, z całą pewnością, wiele cech, za sprawą których można go nie lubić. Słońca za oknem coraz mniej, wieczór przychodzi już po południu, dzień wstaje często później, niż spieszący na zajęcia studenci. Robi się zimno, ale nie na tyle, by spadł biały, puszysty śnieg, zamiast niego siąpi albo po prostu leje deszcz, zaś z kolorowych jesiennych liści pod nogami zostało już tylko brązowe błoto… Zanim jednak poddacie się jesiennej chandrze, koniecznie przeczytajcie „Puls UM”! U nas na pewno nie jest ani szaro (choć kolorowe mamy, póki co, tylko okładkę i wersję elektroniczną), ani zimno, ani mokro. Specjalnie dla Was zatrzymaliśmy na stronach tego numeru resztki letniego słońca, złapaliśmy też odrobinę już zimowego śniegu. Na deszcz i pluchę miejsca, na szczęście, nie starczyło! W listopadowym numerze odwiedziło nas wielu niezwykle ciekawych gości – m.in. prof. dr hab. Michał Wojtalik – znakomity kardiochirurg dziecięcy, z którym przedstawicielom naszej Redakcji udało się przeprowadzić interesującą rozmowę. Na łamach „Pulsu UM” na stałe zagościły też rubryki poświęcone podróżom – może i Was zainspirują do odkrywania nieznanych zakątków globu? Tradycyjnie przygotowaliśmy dla Was garść informacji, recenzje, szczyptę humoru i okazję do „połamania głowy” w dowolnie wybrany późnojesienny wieczór… I nagle listopad przestał być smutny i przygnębiający. Nie wierzycie? Sprawdźcie Sami! Zapraszam do lektury! Aleksandra Suchecka Redaktor Naczelna „Pulsu UM”

Spis treści MIKROSKOP...................................................................4 – Powszechny dostęp do wszystkich nowych publikacji... – Malaria – wreszcie wygrywamy? – Stary jod, nowa tabletka Doktor Miś Dzieciom........................................................5 – znów odwiedzi dzieci Rozbudzić w sobie pasję....................................................6 – rozmowa z prof. dr. hab. Michałem Wojtalikiem Wariograf..........................................................................9 – Wojciech Michał Manikowski Kodeks walki z rakiem....................................................10 Rozmowa z p. Rafałem Stachlewskim............................11 Miesiąc wiedzy o... RUSS-ie..........................................12 Praktyka z TESCO w UK ...................................................14 Jak to Lwów bratał się z Poznaniem...............................16 Klub Anonimowych Chóroholików (KAC)....................18 – zaproszenie do wspólnego śpiewania Mołdawia – kraj winem płynący.....................................20 Klub Turystyczny............................................................22 – Pomysł na wyjazd: Praga Sekcja Turystyczna.........................................................23 – ogłoszenie Wspomnieniem przez świat............................................24 – Kraina, z której podbijano kosmos Wyprawa po szczęście....................................................27 – „Wszystko będzie dobrze” – recenzja filmu Muzyka filmowa.............................................................28 – Pachnidło Humor.............................................................................30 Jolka................................................................................32 Oceń „Puls UM”.............................................................33 „Pulsowe Kubki rozdane”...............................................33 112, Can I Help You.........................................................34

“Puls UM” Gazeta Studentów Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu Redaktor Naczelna: Aleksandra Suchecka, jogi9@wp.pl Z-ca Redaktor Naczelnej: Maciej Tomczak, czamuko@gmail.com Sekretarz: Piotr Chomiak, chomiakbox-pulsam@yahoo.pl Redaktor Techniczny: Dawid Brudnicki, dawid@srg.pl

Grafik: Maciej Chojnacki Kolegium Redakcyjne: Karolina Dwornik, Iza Filut, Dorota Karmowska, Katarzyna Kosicka, Marta Mozol, Mateusz Pawelczak, Łukasz Waligórski Współpracownicy: Łukasz Chojnowski, Patryk Konieczka, Marcin Kordasz, Hubert Kowalewski, Ewa Kubacka, Beata Leszczak, Anika Mielewczyk, Jan Nowak, Piotr Skrobich

Adres Redakcji: ul. Przybyszewskiego 39, DS. „Eskulap”, pok. 3 (obok administracji), 60-356 Poznań, tel./fax (061) 658-44-35, e-mail: pulsum@wp.pl, pulsum@ump.edu.pl, www.pulsum.pl, skype: puls_um Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania i audiustacji tekstów oraz zmiany ich tytułów. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za fantazję reporterów. Nadesłanych tekstów nie zwracamy. Druk: Wydawnictwo Uczelniane Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, nakład 3000 egz. Numer zamknięto 10.11.2007 Projekt okładek: Maciej Chojnacki Skład: Dawid Brudnicki, Maciej Tomczak 


MIKROSKOP

Gazeta Studentów

MIKROSKOP czyli porcja interesujących nowinek ze świata nauki specjalnie dla Was!!!

Powszechny dostęp do wszystkich nowych publikacji finansowanych przez NIH Senat Stanów Zjednoczonych 23 października br. zatwierdził prawo, zgodnie z którym naukowcy publikujący wyniki badań finansowanych przez Narodowe Instytuty Zdrowia (NIH), mają obowiązek przesłania swojej pracy do publikacji w systemie PubMed w ciągu 12 miesięcy od ukazania się artykułu w czasopiśmie. Oznacza to, że wkrótce uzyskamy dostęp do pełnych wyników najbardziej aktualnych badań, których sponsorowanie ma w tym roku pochłonąć 28,1 mld USD. (źródło: aaas.org, bmj.com)

Malaria – wreszcie wygrywamy? W „PLoS Medicine” z listopada br. (4, 11, e309) Bhattarai, Ali, Kachur, Martensson, Abbas i wsp. przedstawiają postępy w walce z malarią na terenie Zanzibaru. Analizując obszerne dane statystyczne z lat 1999-2006, badacze



wyróżnili dwa przełomowe momenty: – wrzesień 2003 r. – wprowadzenie darmowej antymalarycznej terapii opartej na pochodnych artemizyny (ACT), – kwiecień 2006 r. – rozpoczęcie akcji rozdawania długodziałających siatek impregnowanych insektycydem (LLIN), który zabija przenoszące malarię komary. W ciągu 2 lat od wprowadzenia leczenia ACT liczba nowo opisywanych przypadków malarii spadła o 77%, w tym samym czasie o połowę spadła liczba zgonów dzieci. Śmiertelność z powodu malarii również spadła o połowę. Zjawiska te obrazuje łamana wykresu, przedstawiająca liczbę nowo zdiagnozowanych przypadków malarii miesięcznie (skala po prawej). Słupki przedstawiają wielkość opadów (skala po lewej). Strzałka „A” – leczenie niepowikłanej malarii ACT, strzałka „B” – rozdawanie siatek LLIN kobietom w ciąży i dziecom młodszym niż 5 lat. Malaria zabija każdego roku milion osób. Zaprezentowane w „PLoS Medicine” obserwacje dają nadzieję na osiągnięcie Milenijnych Celów Rozwoju w zakresie zwalczania malarii i spadku umieralności dzieci w wieku do lat 5.


WYDARZENIA

Puls UM

Stary jod, nowa tabletka W artykule z listopadowego (vol. 96 no. 11) „Journal of Pharmaceutical Sciences” Mizrahi i Domb wskazują na etylocelulozę i hydroksypropylocelulozę, jako na potencjalne składniki preparatów stosowanych w zapaleniach jamy ustnej. Substancje te wykazują dwie istotne właściwości: – łatwo przylegają do śluzówki jamy ustnej, – tworzą kompleksy z jodem, który następnie stopniowo uwalniają. Jod z kolei działa przeciwbakteryjnie, przeciwgrzybiczo i przeciwwirusowo. W opisanych badaniach udało się

stworzyć tabletkę, która hamowała wzrost C. albicans i P. gingivalis w promieniu centymetra od miejsca adhezji. Możliwość miejscowego dozowania jodu i wydłużenie czasu jego uwalniania dadzą lekarzom skuteczniejsze narzędzie w walce ze schorzeniami takimi jak kandydoza i zapalenia dziąseł. Znaczenie tych chorób jest duże – warto pamiętać, że P. gingivalis może migrować do tętnic i, wywołując w nich stan zapalny, przyczyniać się do rozwoju choroby wieńcowej. Opracował: Jan Nowak

Doktor Miś Dzieciom Akcja studentów Uniwersytetu Medycznego „Doktor Miś Dzieciom” jest przedsięwzięciem odbywającym się corocznie, począwszy od 2001 roku, w okresie bezpośrednio poprzedzającym święta Bożego Narodzenia. Wiele chorych dzieci zmuszonych jest spędzać ten radosny czas w wyjątkowo smutnych miejscach, jakimi są szpitale. Często nawet mały gest jest w stanie wywołać uśmiech na twarzy dziecka i umilić tak trudne dla niego chwile. Każdy z nas pragnie spędzić święta w gronie rodziny, czując ciepło domowego ogniska. Małe pociechy odczuwają tę potrzebę jeszcze silniej. Studiując na Uniwersytecie Medycznym, spotykamy się z chorymi dziećmi bardzo często podczas codziennych zajęć. Uczymy się, żeby w przyszłości profesjonalnie i z pełnym zaangażowaniem zatroszczyć się o ich zdrowie. Widząc cierpienie dzieci, już teraz – z niemniejszym poświęceniem – pragniemy sprawić, aby świat stał się dla nich troszkę bardziej kolorowy, a na twarzy zagościł uleczający uśmiech. Co roku bardzo liczna grupa Świętych Mikołajów oraz ich współpracowników w śnieżnobiałych fartuchach i czerwonych czapkach stara się odwiedzić jak najwięcej oddziałów pediatrycznych poznańskich szpitali, śpiewając kolędy i rozdając pluszowe misiaki, które wywołują ogromne poruszenie i radość wśród małych pacjentów. W tym roku w ramach akcji odbędą się: • kiermasz słodyczy w najbardziej popularnych miejscach naszej Uczelni: 4 i 5 grudnia 2007 r. • koncert Chóru UM w Kościele Wszystkich Świętych 9 grudnia 2007 r., po Mszy św. o godz. 1200 (ul. Grobla 1) • impreza andrzejkowa dla studentów „Doktor Miś Dzieciom” w klubie muzycznym „Eskulap”: 29 listopada 2007 r. Dochód ze sprzedaży przeznaczony będzie, oczywiście, na zakup pluszaków! I najważniejsze: kolędowanie z małymi pacjentami połączone z wręczaniem miśków odbędzie się 19 grudnia 2007 r.!

Szczegółów szukajcie już wkrótce na plakatach i ulotkach! Serdecznie zapraszamy wszystkich studentów, którzy chcieliby przyłączyć się do naszej akcji!!! Kontakt pod adresem: angelikakuczmarska@gmail.com (Angelika), izalipska@onet.eu (Iza) 


WYWIAD

Gazeta Studentów

Rozbudzić w sobie pasję Rozmawiamy z prof. dr. hab. Michałem Wojtalikiem, kierownikiem Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej przy Szpitalu Klinicznym Przemienienia Pańskiego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Panie profesorze, jak to wszystko się zaczęło, czyli łem z liceum o niskim poziomie nauczania i nie wiedziadlaczego zdecydował się Pan zostać lekarzem? łem, jak zdobywać wiedzę. Zaległości się kumulowały, Z jednej strony była to łatwa decyzja, ponieważ mój nie mogłem sobie z nimi poradzić, ale wyrobiłem w sobie ojciec był lekarzem, a mama pracowała w służbie zdrosystematyczność, w czym pomogło mi to, że uprawiałem wia. Rodzice jednak nie wpływali sport wyczynowo (żeglarstwo i na mój wybór studiów – początkołucznictwo). Wykazałem wtedy, że wo nawet myślałem o łączności czy mam w sobie upór. Doszedłem do elektronice. Natomiast z drugiej wniosku, że nauka w nocy dzień strony wybór ten był podyktowany przed kolokwium nie opłaca się, bo strachem przed wojną z imperialiczłowiek jest potem przemęczony i zmem. Pomyślałem sobie, że, bęwszystko mu się miesza. dąc lekarzem, pozostanę na drugiej To jeśli chodzi o start. Natolinii frontu, będę mógł pomagać miast potem wszystkie zajęcia były ludziom, bez brania bezpośrednieciekawe. Najtrudniejszym przedgo udziału w walce – istniała wtedy miotem była dla mnie psychiatria mniejsza szansa, że zginę z głodu, – nie zdałem za pierwszym podejbo w szpitalu zawsze znajdzie się ściem, co nie zdarzyło mi się w jedzenie [śmiech – przyp. red.]. poprzednich latach. Do dziś mam Za pierwszym razem nie dostałem problem z jej zagadnieniami. Na się na medycynę – zostałem przywiększość egzaminów uczyłem jęty pod warunkiem, że przez rok się 2 tygodnie, co wystarczało na będę pracował w służbie zdrowia uzyskanie oceny dobrej lub bardzo jako salowy na sali operacyjnej, a dobrej. Oprócz tego sporo czasu później w laboratorium. W liceum Prof. dr hab. M. Wojtalik w swoim gabinecie poświęcałem działalności w orgabardziej poświęcałem się sportom, nizacjach studenckich. aniżeli nauce, a od kiedy dostałem się na studia, złapałem bakcyla medycyny i byłem wyróżniającym się studentem. No właśnie, był Pan V-ce Przewodniczącym Studenckiego Towarzystwa Naukowego... Czy miał Pan jakieś autorytety, mistrzów, na których Tak. Prezesem Zarządu STN był wówczas Piotr Kokosię Pan wzorował? Może ojciec był dla Pana wzorem? wicz, który zaproponował mi, żebym wszedł do Zarządu Rodzice zawsze są autorytetem, mimo że w okresie i został pełnomocnikiem ds. kół chirurgicznych. To była buntu czasami się im przeciwstawiamy. Często w dorobardzo dobra okazja, aby nabyć umiejętności organizacyjsłym życiu zastanawiamy się, jak oni postąpiliby na nane. Uważam, że mając konkretny cel, trzeba sobie wytyszym miejscu. W życiu zawodowym miałem kilka takich czyć drogę, aby go zrealizować. wzorów, do których zdecydowanie należy prof. Zbigniew Religa. Czy działał Pan w jakimś kole naukowym? Czy miało to wpływ na wybór specjalizacji? Jakie jest Pana najmilsze wspomnienie ze studiów? Wiedziałem, że jestem sprawny manualnie – mój ojJakie zajęcia Pan najbardziej lubił? Czy jakieś spraciec był chirurgiem. W związku z tym zapisałem się do wiały Panu trudność? Koła Naukowego Chirurgii Naczyniowej. W tym czasie Studia to był bardzo fajny okres, bo, jak powiedziałem, powstał projekt indywidualnego toku studiów – zdecydomedycyna stała się moją pasją. Nauka nie sprawiała mi wałem się skorzystać z tej możliwości. W praktyce wyspecjalnych trudności, może poza początkiem. Wychodziglądało to tak, że miałem zajęcia z całą grupą, a w ramach 


Puls UM koła naukowego robiłem własne projekty. W tym czasie napisałem kilka prac. Dlaczego kardiochirurgia? Dlaczego kardiochirurgia dziecięca? Gdy zbliżał się koniec studiów, wiedziałem, że chcę zostać zabiegowcem, a potem pół roku spędziłem chodząc od szpitala do szpitala szukając pracy. Pewnego dnia w drzwiach Collegium Maius zaczepił mnie ówczesny Prorektor – prof. Mieczysław Wójtowicz i zapytał, czy nie chciałbym u niego pracować. I tak przez przypadek zostałem kardiochirurgiem dziecięcym. Początki były trudne, ponieważ z pozycji przewodniczącego koła naukowego i zasłużonego działacza społecznego, stałem się zwykłym stażystą. Minęło około półtora roku, zanim pozwolono mi pierwszy raz operować (była to stulejka).

WYWIAD Jak przyjmują operacje? Czy przed zabiegiem rozmawia Pan z nimi i informuje, na czym on polega? Operujemy głównie niemowlęta, więc kontakt ogranicza się tylko do wzrokowego. Myślę, że każdy pacjent jest taki sam, bo każdy tak samo cierpi, tak samo boi się, tylko że dzieci bardziej otwarcie to okazują. Raczej jednak nie rozmawiamy z dziećmi i koncentrujemy się na rodzicach.

Jaka część dzieci rodzi się z wadami serca? Ilość wad serca jest pochodną liczby urodzeń. Uważa się, że jest to 1-1,5% żywo urodzonych dzieci, jednak może być to wartość zaniżona, ponieważ część dzieci umiera przed wykryciem u nich wady. Na przykład 2 lata temu urodziło się około 380 tys. dzieci, a około 3 tys. było operowane. Jak ocenia Pan stan kardiochirurgii w Poznaniu na tle ogólnopolskim? Czy poznański ośrodek ma się czym pochwalić? Mamy porównywalny poziom z innymi ośrodkami nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jeśli chodzi o ilość operacji, to jesteśmy na IV miejscu w kraju, ponieważ ze względu na stosunkowo mniejszą ilość ludności w naszym rejonie (północno-zachodnia część Polski), większa liczba operacji nie jest konieczna. Podczas mojej pracy w Zabrzu, a od 1997 roku w Poznaniu, wspólnie z ośrodkiem łódzkim, wprowadziliśmy niektóre nowoczesne operacje na noworodkach i niemowlętach. Jesteśmy np. wyspecjalizowani w przełożeniu wielkich pni tętniczych. Od trzech lat prowadzimy badania z prof. Kalangosem. Dotyczą one leczenia niedomykalności zastawek przedsionkowo-komorowych z użyciem pierścienia wchłanialnego. Jako ośrodek referencyjny szkolimy pozostałe polskie odziały w tym zakresie. Naszą wiedzą dzielimy się nie tylko z kolegami z Polski, ale także wykorzystujemy ją w różnych zakątkach świata. Dzięki współpracy z prof. Kalangosem udało mi się przez miesiąc zoperować 22 dzieci na Mauritiusie. Czy dzieci są trudniejszymi pacjentami niż dorośli?

Uczestniczka jednej z imprez organizowanych przez Stowarzyszenie „Nasze Serce” Czy śledzi Pan losy swoich pacjentów? Czy wie Pan, co dzieje się z tymi wszystkimi maluchami? Czy ma Pan kontakt z ich rodzicami? W celach naukowych – tak, jednak do wyjątku należą spotkania prywatne. Na szczęście mam możliwość kontaktu przez Stowarzyszenie „Nasze Serce”, które założyłem, by pomagać w rozwoju kardiochirurgii, ale również wspierać rodziny pacjentów. Raz w roku organizuję tzw. „Dzień sportu”, który ma na celu zachęcić operowane dzieci do umiarkowanych zajęć fizycznych. Poprzez gry i zabawy pokazujemy im, iż, mimo że były operowane, mogą prowadzić normalne życie. Na spotkania zapraszamy też osoby i instytucje wspierające nas finansowo. Głównym celem stowarzyszenia jest zakup sprzętu specjalistycznego oraz szkolenia lekarzy. Najważniejszymi zakupami są: echokardiograf, amplazery oraz kamera czołowa, która umożliwia przekaz obrazu z sali operacyjnej czy nagranie zapisu operacji na taśmę. W początkowych latach działalności stowarzyszenia dowiedziałem się, że mój przyjaciel chce zbudować hotel dla rodzin pacjentów. Ja również o tym myślałem. Posia


WYWIAD dałem wtedy 1/3 potrzebnych środków, ale w ciągu roku udało mi się zebrać resztę (głównie dzięki sponsorom oraz zwykłym ludziom, którzy regularnie wpłacają, choćby niewielkie, kwoty jak np. 1% podatku). Ostatnio mogliśmy o Panu usłyszeć jako o lekarzu, który przeprowadził operację dziesięciomiesięcznej Irakijki imieniem Jannat. Czy mimo szumu medialnego wokół tej operacji i świadomości, że cała Polska niemalże patrzy Panu na ręce, traktował Pan tę operację jak każdą inną, czy czuł Pan pewną presję, denerwował się? Wielokrotnie operowałem dzieci pochodzące z różnych rejonów świata, ale akurat sprawa Jannat uzyskała takie nagłośnienie. Dla mnie to była po prostu normalna, trudna operacja – tego typu zabiegi przeprowadzam zresztą kilkanaście razy w roku. Dodatkowym stresem było to, że operacja była w „świetle jupiterów” – sukces wtedy ma wspaniały smak, ale porażka jest odpowiednio gorzka. Dosyć mocno przeżyłem śmierć Jannat, o której dowiedziałem się z mediów. W naszej specjalności jednak typowe jest to, że zdarzają się nie tylko sukcesy, ale i niepowodzenia – jedna operacja idzie gładko, a następna, która wydałaby się prosta, nie udaje się. Trzeba żyć przyszłością, a nie przeszłością. Nie możemy jednak zapominać o porażkach, ponieważ dzięki nim wzrasta nasze doświad-

Gazeta Studentów czenie i stajemy się coraz bardziej skuteczni – możemy lepiej pomagać dzieciom. Jest Pan aktywnym lekarzem, wykonuje mnóstwo operacji, jeździ na kursy i szkolenia oraz sam Pan takowe organizuje. Oprócz tego działa Pan w organizacjach charytatywnych, nie tylko w Polsce, ale i na świecie – proszę nam powiedzieć, jak Pan znajduje czas na to wszystko? Czy ma Pan jakieś hobby? Przede wszystkim staram się nie robić wszystkiego sam. Uważam, że do realizacji jakiegoś zadania trzeba znaleźć sobie odpowiednich partnerów. Potrafię dobrze współpracować z grupą. W szpitalu mam bardzo dobry zespół chirurgiczny. Od początku postawiłem na nich i dziś wiem, że nawet, kiedy wyjadę na 2 tygodnie czy miesiąc, nic złego się nie stanie. Wszystkie te zajęcia, wyjazdy szkoleniowe, Stowarzyszenie „Nasze Serce” i Klub Rotary Starówka (organizacja, której celem jest lokalna pomoc charytatywna), to jest właśnie moje hobby. Praca jest moją pasją! To są przyjemności, które mnie nie męczą. Niestety, z wyżej wymienionych powodów, mam mniej czasu dla rodziny... Co poradziłby Pan tym studentom, którzy zwątpili, którzy nie mają przekonania, że wybrali dobry zawód, czy może po prostu boją się? Młodzież studiująca była i jest bardzo zdolna. Jest jednak stosunkowo niewielu takich, dla których studia są pasją. Trzeba umieć ją w sobie rozbudzić, rozsmakować się w tym, czego się uczymy, co studiujemy. Studia nie mają być obowiązkiem, programem, ale drogą do realizacji swojej pasji życiowej. Jeśli tak będziemy do tego podchodzić, to, prędzej czy później, znajdzie się ktoś, kto nas zauważy, albo sami znajdziemy to, co nas w medycynie najbardziej interesuje. Jeżeli nie uda nam się rozbudzić w sobie tej pasji, musimy po prostu próbować być dobrymi rzemieślnikami w swoim zawodzie, bo dobrych lekarzy ciągle brakuje.

Prof. dr hab. Michał Wojtalik na tle Hotelu dla Matki z Dzieckiem zbudowanego ze środków Stowarzyszenia „Nasze Serce” (www.serce.ipi.pl) – tutaj rodzice pacjentów mogą zatrzymać się podczas pobytu ich dzieci w szpitalu 

Dziękujemy za rozmowę. Rozmawiali: Ewa Kubacka Maciej Tomczak


WARIOGRAF

Puls UM

Imię i nazwisko:

WOJCIECH MICHAŁ MANIKOWSKI Stopień naukowy, stanowisko, miejsce pracy: dr n. med., asystent w Klinice Fizjoterapii, Rematologii i Rehabilitacji Staż na uczelni: 3 lata 1. Trzy słowa, które najtrafniej mnie opisują: wesoły, leniwy, ? 2. Jestem mistrzem w: człowiek uczy się całe życie 3. Mam słabość do: słodyczy 4. Nie potrafię: jest wiele rzeczy, których nie potrafię 5. Zawsze chciałem się nauczyć: latać 6. Chciałbym jeszcze: rozwijać się zawodowo 7. Autorytetem jest dla mnie: mój ojciec 8. Kiedy kłamię: w różnych sytuacjach 9. Słowa, których nadużywam: nie wiem, chyba że... [cenzura] 10. Irytuje mnie: żucie gumy przez studentów, niekontaktowość innych ludzi

11. Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem? archeologiem, nurkiem, taki Clive Cussler 12. Studentom zazdroszczę: luzu, programu studiów, sił witalnych 13. Kiedy stoję w korku: lepiej nie mówić, co robię 14. Zawsze mam przy sobie: fajki 15. Niezwykła umiejętność, którą posiadam: to muszą inni ocenić (studenci) 16. Moje ulubione miejsce na Ziemi: Alaska – Park Kenai 17. Muzyka, przy której się bawię: każda, przy której jest to możliwe 18. Muzyka, przy której odpoczywam: Enya 19. Energii dodaje mi: rodzina 20. Moja dobra rada dla studentów: wykładowcy nie są źli, tylko czasami mają zły dzień




KONFERENCJA

Gazeta Studentów

Kodeks walki z rakiem Chociaż to AIDS przypadło, poważane w półświatku chorób, miano ,,dżumy XX wieku’’, to jednak nowotwory złośliwe w swojej hierarchii zawodowej zajmują bardzo poczesne miejsce – jeszcze w 2004 roku uśmierciły w Polsce prawie 90 tysięcy ludzi, ustępując pola jedynie chorobom układu krążenia. I trzeba przyznać, że w wielu punktach bardzo pomagamy im w utrzymaniu tej pozycji, mimo że dobrze wiemy, iż korzyści z tego sojuszu są dla nas mocno wątpliwe. Zaniedbujemy regularne badania, najczęściej zgłaszamy się do lekarza, gdy jest zbyt późno, prowadzimy niezdrowy tryb życia, często podtruwamy się własnymi produktami... Najpierw pokornie oddajemy władzę nowotworom, a później, w szaleńczym zrywie, staramy się je pokonać. Ale że, mimo szybkiego rozwoju technologii, wciąż nie dysponujemy naprawdę dobrymi narzędziami do wykrywania i walki z nimi – często, niestety, nasza insurekcja upada. A nowotwory w spokoju wspinają się po rankingach... Zdaje się, że wobec braku odpowiedniej broni masowego rażenia, musimy zmienić zupełnie nasze podejście do walki. I tu z pomocą przychodzi nam prewencja pierwotna – a więc wyedukowanie potencjalnych chorych w kierunku zmiany trybu życia na taki, który drastycznie (nawet o 1/3) zmniejszy szanse nowotworów na rozwinięcie się. Dzięki temu, choć z pewnością nie wyeliminujemy ich, to przynajmniej ostro im dokuczymy – i zrzucimy z piedestału skutecznych chorób. W tym właśnie celu powołany został, na podstawie Europejskiego Kodeksu Walki z Rakiem, w ramach Narodowego Programu Zwalczania Nowotworów, Program Prewencji Pierwotnej. Jego zadaniem jest wyeliminowanie czynników, które zwiększają ryzyko zachorowania – takich jak palenie tytoniu, otyłość, alkoholizm itd. W każdym z 13 województw powołano zespół zajmujący się tym zagadnieniem, pozostający pod ogólnopolską kontrolą Zespołu Sterującego. Program zaplanowano na lata 2006 – 2015 i w tym czasie organizatorzy chcą upowszechnić wiedzę na temat nowotworów zarówno wśród lekarzy, jak i potencjalnych pacjentów oraz doprowadzić do zwiększenia jakości profilaktyki w naszym kraju – tak, żebyśmy nie odbiegali w tym względzie od krajów UE. W tym celu podejmują różne działania interwencyjne, czy wręcz legislacyjne, a przede 10

wszystkim organizują konferencje, festyny i inne wydarzenia, mające na celu edukację różnych środowisk w zakresie walki z rakiem. Druga już z kolei konferencja dla studentów UM odbyła się 27 października br. w Wielkopolskim Centrum Onkologii. O pierwszej pisała dwa numery temu nasza Redaktor Naczelna i wówczas opisała zalecenia Kodeksu, dlatego też nie będę się rozwodził nad merytoryczną zawartością spotkania. Tym razem prezentowany materiał był podobny, nieco tylko zawężony (zlikwidowano co nudniejsze wykłady). Co najbardziej rzucało się w oczy, to liczba uczestników – wszystkie miejsca w sali były zajęte, a prawie setka studentów siadała, gdzie popadnie: na dostawionych krzesłach, na schodach, na podłodze... Łącznie przybyło ok. 220 osób, co w porównaniu z kwietniową imprezą (niecałe 50 uczestników) było ogromną zmianą. Wykłady były na dość wysokim poziomie – prelegenci mówili ciekawie i przystępnie, czasem tylko przesadnie teoretyzując, zamiast przedstawić bardziej kliniczne ujęcie tematu. Ale uczestnicy i tak słuchali z uwagą, nie było widać śladów znudzenia, nawet pomimo przedłużających się wystąpień. Mnie osobiście najbardziej uderzyło wystąpienie pana dr. n. med. D. Iżyckiego, który przedstawił wyniki badań jego zespołu nad szczepionką przeciwko czerniakowi. Jest ona już w drugim etapie testów klinicznych i może stanowić przełom w leczeniu tego nowotworu – napiszemy o niej pewnie szerzej w którymś z następnych numerów. Oczywiście, nie zabrakło też wielu praktycznych wskazówek – takich, o których pisała w majowo-czerwcowym numerze Ola, ale tu odsyłam już do jej artykułu. Zarówno konferencja jak i cały program są niewątpliwie bardzo dobrymi przedsięwzięciami i z pewnością warto zainteresować się następnymi tego typu wydarzeniami. Wszelkie informacje, wraz z materiałami konferencyjnymi, znajdziecie na stronie: http://www.wco.pl/pp/. Jeśli zaś ktoś z Was chciałby zaangażować się w ten program – może zawsze przyjść do jego biura, które ma swoją siedzibę w odrestaurowanej części Wielkopolskiego Centrum Onkologii, w tzw. ,,Kantorze Cegielskiego’’ przy ul. Garbary 15 w Poznaniu. Cóż, pozostaje tylko mieć nadzieję na jak najszybsze owoce tej inicjatywy. Marcin Kordasz


Puls UM

KONFERENCJA

Rozmowa z p. Rafałem Stachlewskim, inspektorem ds. koordynacji programów profilaktycznych Biura Programu Prewencji Pierwotnej dla Wielkopolski, jednym z organizatorów konferencji. Puls UM: Liczba uczestników tej konferencji przerosła chyba Państwa oczekiwania, najprawdopodobniej po części dzięki Waszej działalności. Czy to był pierwszy taki sygnał, że Wasza praca przynosi jakieś wymierne efekty w postaci wzrostu zainteresowania tematem? RS: Rzeczywiście, frekwencja przerosła nasze oczekiwania. Sala Centrum Onkologii chyba nie widziała jeszcze takich tłumów – jest przeznaczona na 120 osób, a przybyło o 100 więcej. To już jest kolejne szkolenie z cyklu szkoleń w ramach Programu Prewencji Pierwotnej Nowotworów i pierwszy raz (jeśli chodzi o studentów UM) ta frekwencja była tak duża. Puls UM: A jak to wygląda poza studentami UM? Czy gdzie indziej też obserwujecie Państwo większe zainteresowanie? RS: Tak. Nasze inne szkolenia, festyny, prezentacje są skierowane, oprócz studentów, także do personelu medycznego oraz do całej populacji (mam tu na myśli szkoły, przedszkola, zakłady pracy) – i widzimy, że tam również liczba osób systematycznie się zwiększa. Szczególnie jest to widoczne na przykład w szkołach. Puls UM: A jak u nas wygląda praca w ramach tego projektu, w porównaniu do innych województw? Czy macie Państwo np. większe problemy ze środkami, czy wręcz przeciwnie? RS: Jesteśmy jednym z 13 województw realizujących Program Prewencji Pierwotnej. Środki na ten program są takie same w każdym województwie, bez względu na ilość mieszkańców. Także można powiedzieć, że to jest troszkę niesprawiedliwe. Wielkopolska ma 3 miliony mieszkańców, a są województwa, które nie przekraczają miliona. Mają tyle samo pieniędzy, a i oni, i my musimy obejmować swoim działaniem całą populację. Oczywiście, całej społeczności nigdy się nie obejmie, ale program jest skierowany do wszystkich mieszkańców. Puls UM: Ale jak widać, radzicie sobie jakoś z tym problemem... RS: Oczywiście, że sobie radzimy. Ile by tych środków nie było, wiadomo, że zawsze byłoby wszystko wydane. Teraz mamy październik, a środki nam się skończyły – także można powiedzieć, że zaplanowaliśmy to dobrze.

Ale oczywiście – gdybyśmy mieli więcej pieniędzy – robilibyśmy więcej. Puls UM: A jak realizacja tego programu w Polsce przedstawia się na tle innych krajów? RS: Program Prewencji Pierwotnej ruszył niejako pod wpływem UE, ale w krajach starej unii był już realizowany wcześniej. Dla nas punktem wyjścia jest Europejski Kodeks Walki z Rakiem, a konkretnie jego III część, która powstała w 2003 roku. Instytucja Europe Against Cancer stworzyła ją specjalnie z myślą o rozszerzaniu się UE i o nowych państwach członkowskich (jak Polska, Czechy, Słowacja), które wniosły zróżnicowanie do starej Europy. Czyli Program Prewencji Pierwotnej w Polsce istnieje od 2006 roku, także to jest dopiero raczkowanie w porównaniu do krajów starej unii. Puls UM: Kiedy spodziewacie się Państwo zaobserwować namacalne efekty Waszej pracy, w postaci zmiany statystyki zachorowań na raka? RS: Na pewno nie jest to kilka lat, a prawdopodobnie też nie kilkanaście – przypuszczam, że kilkadziesiąt. Trzeba obserwować statystyki, które prowadzi np. Wielkopolski Rejestr Nowotworów, działający razem z nami w Wielkopolskim Centrum Onkologii, ale wydaje mi się, że to kwestia kilkunastu-kilkudziesięciu lat. Puls UM: Czy studenci UM mogą w jakiś sposób pomóc, jako wolontariusze, w realizacji tego programu? RS: Jak najbardziej. Puls UM: A jak by Pan widział ich rolę? RS: Podam przykład. Oprócz szkoleń, oprócz kolportażu materiałów informacyjnych, realizujemy festyny zdrowotne, na przykład ostatnio mieliśmy taki festyn w Środzie Wlkp. Polega to na tym, że jest impreza plenerowa zorganizowana wspólnie z Urzędem Miasta czy Urzędem Gminy – szczególnie tam, gdzie nie ma ośrodka onkologicznego, gdzie dostęp do onkologa jest trudniejszy i gdzie trzeba promować profilaktykę. Ta pomoc mogłaby wiązać się chociażby z uczestnictwem studentów w tym festynie, na którym na przykład maluje się dzieciom buzie, rozdaje się owoce, przeprowadza się prezentacje, rozmawia się z ludźmi i zachęca do profilaktyki. To jest tylko jeden taki przykładowy zakres, w którym studenci mogliby być pomocni. Puls UM: Dziękuję bardzo za rozmowę. RS: Dziękuję. Rozmawiał Marcin Kordasz 11


RUSS

Gazeta Studentów

MIESIĄC WIEDZY O... O CZYM? O RUSS-ie. Co to jest Samorząd Studencki? Samorząd Studencki tworzą wszyscy studenci UMP, a jest nas ponad 8000. Co to jest RUSS? RUSS, czyli Rada Uczelniana Samorządu Studenckiego, to 12 przedstawicieli wszystkich studentów. Z Wydziału Lekarskiego I w RUSS-ie znajduje się 5 osób, z Wydziału Lekarskiego II – 2 osoby, Wydział Farmaceutyczny reprezentują 3 osoby, w tym jedna z Oddziału Analityki Medycznej, zaś Wydział Nauk o Zdrowiu posiada dwóch swoich przedstawicieli. Kadencja członków RUSS trwa 2 lata. Najbliższe wybory odbędą się w maju 2008 r. Jaki jest skład RUSS-u, kadencji 2006-2008? WL I Paweł Żebryk – student VI roku – przewodniczący Jan Nowak – student III roku – zastępca przewodniczącego

Anna Kaczmarek – studentka V roku Hubert Stępak – student VI roku Anna Zajączkowska – studentka II roku

WL II Maciej Czerwiński – student V roku stomatologii

Bartosz Rabiega – student V roku stomatologii

WF Magdalena Cerbin – studentka III roku farmacji – zastępca przewodniczącego

Piotr Garbacki – student III roku farmacji Joanna Brud – studentka IV roku analityki medycznej

WNoZ Natalia Cicha – studentka II roku zdrowia publicznego

Anna Jeżewska – studentka II roku pielęgniarstwa

Kim jest wolontariusz RUSS-u? Wolontariusz to osoba, która nie została wybrana w wyborach, nie ma prawa głosu, ale pomaga członkom RUSS-u w wykonywaniu różnych zadań. Wolontariuszem może być każdy, kto ma mnóstwo pomysłów, czas i lubi pracować w organizacjach takich jak RUSS. Struktura RUSS-u? Jesteśmy organizacją, która zajmuje się wieloma aspektami życia studenckiego. Aby praca w RUSS-ie była bardziej uporządkowana, podzieliliśmy ją pomiędzy 8 komisji: socjalno-bytową, organizacji, kultury, promocji, ds. dydaktyki, ds. finansów, informatyki, ds. kontaktów pozauczelnianych. Przewodniczący danej komisji musi być członkiem RUSS-u. Inne osoby uczestniczące w pracach komisji mogą być wolontariuszami, dlatego zapraszamy wszystkich chętnych do współpracy. Kiedy odbywają się spotkania RUSS-u? W każdy poniedziałek w naszym biurze (adres poniżej) o godzinie 1830. Kontakt z RUSS-em? DS. „Medyk” pokój 018 ul. Rokietnicka 4 60-806 Poznań tel. 0-61 658 42 75 e-mail: samorzad@ump.edu.pl tel./fax 0-61 658 42 81 gadu-gadu: 11804723 Anna Zajączkowska RUSS 12


REKLAMA

Puls UM

Uczta Babette Uczta Babette to prawdziwa radość dla podniebienia. Jedyna w swoim rodzaju restauracjo-kawiarnia, gdzie można wypić: * ponad 20 rodzajów kawy o kilkunastu smakach * 17 rodzajów finezyjnych koktajli (Różowy Wykręt, Słodkie Marzenie, Młody Tancerz, Rozkosz Tropików) Zjeść: * szarlotkę na ciepło z lodami i przysmak firmowy o nazwie Babette * dobry lunch, zupę, danie z makaronu * tartę, sałatki i pożywny obiad * przepyszne desery Na zimowe wieczory oferujemy również cały bukiet smakowy herbatek i goracą czekoladę o różnych smakach z jedyną w mieście naturalną bitą śmietaną. W naszej kawiarni, przy dobrej muzyce i różnorodnych drinkach, można poczytać codzienną prasę, pograć w szachy i miło spędzić czas z przyjaciółmi. Serdecznie zapraszamy! Godziny otwarcia: pon. – czw. od 1100 do 2300 piątki i soboty od 1100 do 200 w nocy w niedziele od 1200 do 2200 Zapraszamy na ulicę Żydowską 27/2 Telefon (61) 855 77 88

13


PRAKTYKI

Gazeta Studentów

Praktyka z TESCO w UK dla polskich studentów farmacji Podczas, gdy w Polsce studenci farmacji próbują walczyć o swoje prawa w czasie stażu, a właściwie sześciomiesięcznych praktyk, firma TESCO z Wielkiej Brytanii zorganizowała dla piętnaściorga studentów farmacji z 3 miast (Poznań, Sosnowiec, Kraków) wakacyjne praktyki w sieci swoich aptek. Naprawdę, warto było to przeżyć! Już sam początek starań o dostanie się na te praktyki dał nam odczuć, że jesteśmy na progu naszej profesjonalnej kariery. Najpierw odbyło się spotkanie informacyjne. Firma chciała sprawdzić, czy jest wśród nas zainteresowanie takimi praktykami i ewentualną pracą w Wielkiej Brytanii po ukończeniu studiów. Zaproponowano nawet, że moglibyśmy odbyć staż, albo przynajmniej jego część, w brytyjskich aptekach. Niestety, dziekani poszczególnych uczelni się na to nie zgodzili. Tak więc TESCO zorganizowało dla nas praktyki wakacyjne. Z perspektywy mogę powiedzieć, że warto było poświęcić swój wolny czas. Wymagania były takie, jakbyśmy się starali o prawdziwą pracę. Pisanie CV, listu motywacyjnego, rozmowa kwalifikacyjna… I to wszystko w języku angielskim! Opłaciły się długie godziny nauki angielskiego od podstawówki ;0) Atmosfera od samego początku była bardzo przyjazna, nawet „interview” wspominam jako przyjemną rozmowę. W czerwcu odbyło się ostatnie spotkanie informacyjne i we wrześniu mogliśmy już wyruszyć na podbój brytyjskich aptek :0) TESCO opłaciło nam przeloty samolotem w obie strony, wszelkie koszty podróży, zakwaterowanie w centrum szkoleniowym i potem w miastach, do których

trafiliśmy. Niemal każdy z nas odbywał swoją praktykę w innej części kraju: np. York, Cambridge, Doncaster, Leeds itd. Mimo to cały czas mieliśmy ze sobą kontakt, gdyż mogliśmy korzystać z darmowych połączeń telefonicznych 14

między sklepami. Przydało się to, gdy potrzebowaliśmy choć przez chwilę porozmawiać po polsku lub zwyczajnie podzielić się wrażeniami. I co chyba bardziej interesujące dla stażystów-praktykantów: za całe praktyki zapłacono nam jeszcze wynagrodzenie!

Praca w aptece znacznie różniła się od tej w Polsce. Co podobało mi się najbardziej: jako praktykanci dostaliśmy do wykonania moduły z ćwiczeniami, które pozwoliły w mig zapoznać się z asortymentem leków OTC (i nie tylko) oraz z najważniejszymi informacjami, o których powinniśmy zawsze pamiętać. Dodatkowo mieliśmy wypełniać tzw. „evidence collection”. Była to dokumentacja sytuacji, jakie się nam przydarzyły w aptece. Trzeba było pokrótce opisać przypadek (symptomy itp.), co poleciliśmy, na co zwróciliśmy uwagę, czego się nauczyliśmy i z czego jeszcze musimy się doszkolić, o czym poczytać, a co sobie przypomnieć. Raz w tygodniu mieliśmy spotkanie z naszym tutorem, podczas którego omawialiśmy różne przypadki, mogliśmy wyjaśnić wszelkie wątpliwości i przedstawić nasze dotychczasowe osiągnięcia i oczekiwania na przyszłość. W ten sposób dostosowywano bowiem program do umiejętności poszczególnych praktykantów. Chodziło o to, by jak najefektywniej wykorzystać czas. Czego warto się nauczyć od Brytyjczyków? Mają oni naprawdę dobrze zorganizowany system opieki farmaceutycznej, o czym u nas szumnie i wiele się mówi, ale z wprowadzeniem tego w życie jest już trudniej. Jak dla mnie, rewelacyjny jest chociażby system pytań WWHAM, które standardowo zadaje się pacjentom przed wydaniem


Puls UM jakiegokolwiek leku, by rozeznać się szybko w sytuacji i wydać ten najwłaściwszy. Są to: 1) Who is it for? 2) What are the symptoms? 3) How long have you had the symptoms? 4) Action already taken? 5) Medication being taken? Wierzcie mi, że to naprawdę działa. Nie musicie główkować, o co jeszcze zapomnieliście zapytać, bo te pytania Was zawsze naprowadzą. Nie będę się skupiać na różnicach między polską i angielską farmacją. Chciałabym tylko pokazać studentom, co można zyskać dzięki takim praktykom. Z całą pewnością można tam szybko, efektywnie i bezstresowo powtórzyć sobie farmakologię :0) Każdy pracownik apteki ZAWSZE chce jak najbardziej pomóc, więc od dyspensera (ktoś jak nasz technik) po magistra farmacji, wszyscy udzielają Ci potrzebnych informacji, wyjaśniają, podpowiadają. Także pacjenci są bardzo przychylni. Ich świadomość farmakoterapii jest naprawdę imponująca. A gdy mają poczucie, że mogą Ci jeszcze pomóc, robią to tym chętniej. Zdarzało się, że sami podpowiadali nazwy handlowe preparatów ;0) Najtrudniejsza na początku była bowiem nieznajomość właśnie tych ostatnich. Co z tego, że umiem nazwy chemiczne, a czasem nawet narysować wzór, gdy nie mogę znaleźć nic odpowiedniego na półce czy w szufladzie? Ale dość szybko udało mi się w tym wszystkim połapać. Jeżeli zaś chodzi o magistrów farmacji, to nasza praca tam wygląda zupełnie inaczej – jesteśmy tam odpowiedzialni za to, czy dla danego pacjenta wydawane są odpowiednie leki; przy polipragmazji udzielamy wskazówek na temat zażywania przepisanych przez lekarza leków; decydujemy, czy danemu pacjentowi możemy wydać lek „P” („Pharmacy only”) albo udzielamy rad w mniej poważnych dolegliwościach lub zalecamy pacjentowi wizytę u lekarza. Na wszystko są gotowe procedury, więc nie musimy błądzić po omacku. Gotowe są foldery, do których

PRAKTYKI zawsze można zajrzeć. Pomiary ciśnienia krwi, poziomu glukozy itp. wykonuje odpowiednio przeszkolony farmaceuta; udziela on najwłaściwszych wskazówek. Co mnie uderzyło: farmaceuci traktowani są tam naprawdę z szacunkiem. Nie ma mowy o podejściu jak do „sprzedawcy leków”. No i istnieje współpraca między lekarzem a farmaceutą. Opowiadać mogłabym naprawdę dużo. Począwszy od różnic w prawie farmaceutycznym, podziale leków umieszczanym na opakowaniach, dzięki czemu unika się pomyłek (GSL – General Sales List, P – Pharmacy Only, POM – Prescription Only Medicines), na temat recept (99,9% z nich jest drukowanych!) itd. Może zrobię to przy innej okazji.

Pamiętajcie, że takie praktyki to także możliwość obejrzenia ciekawych miejsc. Każdy z naszej 15-stki zwiedził to, co miał najbliżej. Jedni skorzystali i pojechali do Londynu, inni zwiedzali wybrzeża, jeszcze inni najstarsze zakątki UK… Nie ukrywam, że przydatne okazało się nasze zarobione „kieszonkowe”. Nawet pogoda nam sprzyjała, bo niemal przez cały czas naszego pobytu na wyspie prawie nie padało :0) Chciałabym poinformować wszystkich zainteresowanych, że pilotażowy program się sprawdził i TESCO postanowiło zorganizować go ponownie. Szczegółów na temat rekrutacji szukajcie na stronie Młodej Farmacji www.mloda.farmacja.pl albo bezpośrednio u osób, które były w UK w tym roku. Będą tam zamieszczone odpowiednie informacje także dla absolwentów. Naprawdę gorąco polecam zdobywanie doświadczeń poza granicami naszego kraju. Poszerzy to Wasze horyzonty, pozwoli spojrzeć z innej perspektywy na wiele spraw i wrócić z dobrymi pomysłami do kraju. Może uda się nam zmienić coś na lepsze? Polecam! Dorota Karmowska 15


ROZMAITOŚCI WYMIANA

Gazeta Studentów

Jak to Lwów bratał się z Poznaniem – historii ciąg dalszy Tradycją stały się już coroczne wymiany studentów wydziałów farmaceutycznych UM im. Karola Marcinkowskiego i UM im. Daniła Halickiego we Lwowie, które mają na celu zacieśnienie przyjaźni studentów z Polski i Ukrainy. Jak to z tradycją bywa, należy ją kultywować, co w minione wakacje pozwoliło nam, jako studentom i przyszłym farmaceutom, poznać kulturę i sposób wykonywania naszego przyszłego zawodu na Ukrainie. Skład „polskiej ekskursji” był niezwykle różnorodny, stanowili go bowiem zarówno studenci po II roku (Agnieszka Kowalczyk i Michał Parys), jak i świeżo upieczeni magistrowie rozpoczynający staż zawodowy (Monika „Melka” Seńczuk, Ewelina Stefańska, Joanna Jaguszewska i Marcin Leśniak). Studentami opiekowała się pani mgr Agnieszka Sobczak – pracownik naukowo-dydaktyczny Katedry i Zakładu Chemii Farmaceutycznej.

W czasie naszego dwutygodniowego pobytu we Lwowie odwiedziliśmy szereg aptek ukazujących nam różne aspekty farmacji. Pierwszymi z nich były apteki należące do prężnie rozwijającej się sieci „Da Signa, Market Uniwersalny”, funkcjonujące zgodnie z najwyższymi europejskimi standardami. Mieliśmy tam przyjemność poznać właściciela i kierowników aptek, którzy pochwalili się 16

najbardziej prestiżowymi wyróżnieniami w branży farmaceutycznej. Następnie, od strony praktycznej, poznaliśmy sposoby wykonywania leków w recepturze Apteki Mikulicza, w której przed laty Ignacy Łukaszewicz skonstruował lampę naftową. Apteka ta urzekła nas tradycyjnym wystrojem wnętrz. „Starsi studenci” mogli wykazać się doświadczeniem w wykonywaniu leków recepturowych, natomiast my, młodsi, mieliśmy okazję po raz pierwszy spotkać się z techniką realizacji recept i przygotować lek w postaci czopka (w języku ukraińskim nazywanego „świeczką”). Prawdziwą perełką historii farmacji jest lwowska, do dziś funkcjonująca, „Apteka Muzeum”. Krążąc w labiryncie pomieszczeń znajdujących się w podziemiach apteki, odczuwaliśmy klimat rozwoju farmacji od czasów alchemii do współczesności. Będąc na Ukrainie, mieliśmy możliwość przyjrzenia się tamtejszemu systemowi kształcenia farmaceutów, zostaliśmy bowiem zaproszeni do katedr, w których zajęcia odbywają nasi ukraińscy koledzy. Największe wrażenie na nas zrobiła Katedra Farmacji Klinicznej, Farmakologii i Farmakoterapii. Niemniej interesujące okazały się być również Katedra Botaniki Farmaceutycznej i Farmakognozji oraz Katedra i Zakład Chemii Bioorganicznej, Organicznej i Farmaceutycznej, w której zwykle można było spotkać naszych ukraińskich opiekunów: mgr. Daniła Kamińskiego, mgr. Dmitra Atamanyuka i mgr Annę Kryszczyszyn oraz Dziekana Wydziału Farmaceutycznego prof. Romana Lesyka. Nasz wyjazd, choć naukowy, nie ograniczał się jedynie do czysto medyczno-farmaceutycznych aspektów. Mieliśmy również czas na to, by zwiedzić niezwykle uro-


Puls UM kliwy Lwów oraz jego okolice. Turystyczne atrakcje rozpoczęliśmy od zwiedzania samego miasta wraz z jego bogatym zapleczem architektonicznym i muzealnym. Wieczorami, pomimo zmęczenia, znajdowaliśmy siły na wspólną zabawę i integrację polsko-ukraińską. Niestety, dwa tygodnie spędzone na Ukrainie minęły bardzo szybko i musieliśmy opuścić naszych ukraińskich przyjaciół. Na szczęście nie na długo, bo już 9. września lwowska „ekskursja”, w skład której wchodzili: Artur Lendyak, Artem Gorilyk, Olga Furceva, Iryna Vermeniczeva, Svitlana Slawioglo oraz Anna Koretska (wszyscy po IV roku), pod opieką Daniła Kamińskiego, przyjechała do Poznania i mogliśmy dalej się integrować. Staraliśmy się, aby ich pobyt, tak jak nasz, był pełen nie tylko naukowych wrażeń.

WYMIANA

W czasie wizyty lwowscy studenci mieli okazję zwiedzić katedry i zapoznać się ze standardami nauczania farmacji w Polsce. W naszym odczuciu, szczególnie zainteresowały ich Katedry Toksykologii, Farmacji Klinicznej oraz Botaniki Farmaceutycznej, gdzie mogli zobaczyć bardzo rzadkie okazy gatunków roślin wyhodowanych metodą in vitro przez pracowników naszej Uczelni. W „Aptece Akademickiej” natomiast mieli okazję udoskonalić swój warsztat aptekarski, wykonując leki recepturowe oraz zaznajamiając się z przepisami obowiązującymi w polskich aptekach. Kiedy program nie przewidywał zajęć na Uczelni, nasi goście zwiedzali Poznań i jego okolice. Poza podziwianiem zabytków architektonicznych, odwiedzili Aqua Park w Lesznie, gdzie wyszaleli się podczas wodnych zabaw i zrelaksowali w jacuzzi. Wspominając polsko-ukraińską wymianę, moglibyśmy zapisać wiele więcej, ale przekroczyłoby to zapewne objętość „Pulsu UM”, dlatego tak pokrótce je przedstawiliśmy. Jedno jest pewne: nasz wyjazd nie byłby tak udany, gdyby nie wielkie zaangażowanie naszych ukraińskich opiekunów i tamtejszych studentów, którzy włożyli dużo pracy w to, by nasz pobyt na Ukrainie obfitował w wiele wrażeń i pozostawił niezapomniane wspomnienia. Mamy nadzieję, że druga strona podziela nasze zdanie. Agnieszka Kowalczyk Michał Parys 17


CHÓR UM

Gazeta Studentów

Chór UM

Klub Anonimowych Chóroholików (KAC) Dwa razy w tygodniu po dwie godziny, późną wieczorną porą, nierzadko po całym dniu trudnych zajęć; niejeden weekend, niejedna zainwestowana złotówka, niejedna rezygnacja ze studenckiej imprezy, fajnego filmu czy przyjemnej książki… Często zastanawiam się, co sprawia, że „członkowie KAC” od wielu lat spotykają się niezmordowanie w prawie każdy poniedziałek i czwartek w Sali Czarnej Coll. Anatomicum, by spędzić wieczór na wspólnym śpiewaniu? Nierzadko okazuje się, że z pozoru prosta „przygoda” w Chórze, która miała być głównie rozrywką w trakcie studiów, przedłuża się do 10, 15 czy nawet 20 lat wspólnego tworzenia muzyki, a nawet może skończyć się małżeństwem! „Jestem uzależniona od śpiewania w chórze... Jak kilka dni nie śpiewam, to mam delirium! A więc śpiewam, bo... już teraz muszę:))))” – mówi nasza Chórzystka. „Ja przychodzę na próby, ponieważ, rzecz jasna, lubię śpiewać :) Ale chyba jeszcze ważniejsza jest ta przyjazna, radosna atmosfera, którą tworzą wspaniali ludzie. Dzięki niej mogę zapomnieć o uczelnianym stresie i szczerze się pośmiać :) Trudno mi jest zrezygnować z próby, nawet kiedy jestem chora albo mam przed sobą ważny egzamin... Może też już należę do grona uzależnionych? ;)” Zadaję sobie często pytanie, jaka jest motywacja ludzi, którzy przychodzą na przesłuchania?... „Czasem do chóru pchnie człowieka pasja śpiewacza, czasem tradycja rodzinna… Innym razem jest to zachwyt po usłyszeniu Bocellego, Pavarottiego czy innej osobistości typu Małgorzata Walewska... Marzy się kariera jak z ekranu... A mnie, skromnego Guzmana, do chóru zaprowadziła litość. Litość nad współbraćmi i współmieszkańcami akademika. Usłyszałam kiedyś bardzo mądre, choć humorystyczne, hasełko, że ŚPIEWAĆ KAŻDY MOŻE, ALE NIE KAŻDY MOŻE TEGO SŁUCHAĆ! Dlatego miejmy litość – WYJMY POD PRYSZNICEM ALBO GDZIEKOLWIEK NAS NAJDZIE, ALE CHOCIAŻ NIEFAŁSZYWIE!!! Sprawa nie jest łatwa, dlatego radzę zabrać się za nią od razu, bo młodość ucieka, współspaczom uszy więdną, ukochany/ukochana studzi się w uczuciach, słysząc nasze popisy spod płaszcza wodnego w łazience i w ogóle Europa wzywa!!! Przychodźcie do nas masowo – zapraszamy wszystkie 18

występujące w naturze płcie, a szczególnie te z wysokim poziomem testosteronu, bo ich zawsze jest za mało – w planach ciekawe wyjazdy zagraniczne i spotkania z innymi chórami z Polski i Europy!!! POZDROWIONKA!” ­– pełen wiary w ludzkie miłosierdzie i zdrowy rozsadek – Guzman. Pytam też często: co daje członkom KAC śpiewanie w Chórze?... „Co mi daje śpiewanie w naszym Chórze? 4 godziny tygodniowo świetnej zabawy podczas naszych prób, fantastyczne wyjazdy na koncerty, wiele nowych znajomości, poczucie jedności, kiedy wspólnie pracujemy nad nowym utworem, i wreszcie radość, kiedy widzę podziw i zadowolenie w oczach naszych słuchaczy.” „Chór daje mi prawdziwą muzykę i poczucie, że ja także mogę tworzyć coś pięknego, wspólnie z innymi, poznanymi zresztą na próbach, ludźmi.” O tym, jak wyglądają próby, opowiada jedna z członkiń KAC: „Robię dzióbek, szczerzę ząbki, wietrzę ząbki, buzia w kubek, na znak znów ponawiam próbę, nie przeszkodą jakieś rąbki, gdy wysoko, tłumię ryki, kiedy nisko, jest tubalnie, byleby nie wyszły kwiki, kiedy śpiewam, jest mi fajnie” Wszystkich zainteresowanych wstąpieniem do KAC zapraszamy serdecznie na przesłuchania w każdy poniedziałek i czwartek o godz. 20:00 do Sali Czarnej Coll. Anatomicum! „Gdzie słyszysz śpiew, tam wstąp, Tam ludzie dobre serca mają. Bo ludzie źli, ach, wierzaj mi, Ci nigdy nie śpiewają” (Znalezione przez „Chóroholika” Kacpra) Justyna Chełmińska


19


WYMIANA

Gazeta Studentów

Mołdawia – kraj winem płynący

Kiedy okazało się, że wraz z dwiema koleżankami z wałyśmy się do dalekiej podróży, gdy okazało się, że nie mojego wydziału: Karoliną Sulkowską i Partycją Rychły, wszystko jest gotowe na nasz wyjazd. Muszę BARDZO zakwalifikowałyśmy się do wyjazdu do Mołdawii, nawet PODZIĘKOWAĆ wszystkim Paniom w rektoracie, które nie spodziewałyśmy się, co nas czeka. Niewiele wtedy pomogły nam wyjaśnić wszelkie nieporozumienia i w trywiedziałyśmy o tym kraju. Reakcja naszych znajomych bie ekspresowym pozałatwiać niedopełnione formalności. zawsze była podobna: „A gdzie to jest?”. Już wyjaśniam: Gdy już udało się rozwiązać wszystkie problemy, kupić to kraj między Ukrainą a Rumunią, wielkością zbliżony do odpowiednie bilety (co wcale nie jest takie łatwe z naszym Wielkopolski :0) PKP), ruszyliśmy w niemal 40-godzinną podróż rosyjską Wszystko zaczęło się od prof. dr. hab. Michała Umbreita, który zaprzyjaźnił się z prof. Prokopiszynem z Uniwersytetu Medycznego w Kiszyniowie (stolica Mołdawii). Od wielu lat obaj starali się zorganizować wymianę studencką między naszymi uczelniami. W tym roku doszła ona do skutku po raz pierwszy. Pod koniec lipca, po załatwieniu wszystkich wizowych formalności, do Poznania przyjechało troje studentów po IV roku farmacji: Elena, Cristina i Vladimir. Nasze pierwsze spotkanie było dość nietypowe, ale jedno muszę przyznać: ich znajomość angielskiego była imponująca :0) Szybko więc przełamaliśmy „pierwsze lody” i zaczęliśmy poznawać uroki Poznania. Chcieliśmy przedstawić naszą farmację z jak najlepszej Z Panem Dziekanem Ciobanu i studentami w Kiszyniowie strony, więc pokazaliśmy im niemal wszystko: byliśmy w Aptece Akademickiej, aptece szpitalnej przy ul. Polnej, w Biofarmie i Herbapolu, w kilku katedrach naszej Uczelni (m.in. Katedrze Leku Naturalnego, gdzie specjalnie dla nas zorganizowano krótką lekcję aromaterapii). Jednym słowem – było co oglądać przez te dwa tygodnie. Ale przecież Poznań ma do zaoferowania o wiele więcej :0) Mimo czasami paskudnej wręcz pogody, zwiedzaliśmy, ile się tylko dało. Nasi goście byli zauroczeni Starówką, Cytadelą (gdzie zmokłyśmy z dziewczynami niesamowicie), Parkiem Sołackim, Kórnikiem… Podobało im się także w Browarze Lecha ;0) Wieczorami urządzaliśmy w kuchni w akademiku smakowite kolacje. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie jadłam ziemniaków w tylu postaciach naraz ;0) Prym w gotowaniu zdecydowanie wiódł Vlad. On też dbał o nawiązywanie międzynarodowych kontaktów. Bo tak się akurat złożyło, że w tym samym czasie swoje praktyki w ramach wymian międzynarodowych z IPFS-u kończyły studentki z Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych i Holandii… Dołączyła też do nas Włoszka. Oj, było wesoło! Dwa tygodnie zleciały w mgnieniu oka. Już szyko20

kuszetką. To dopiero była przygoda. Żeby było „weselej”, tuż przed naszym odjazdem, w polskich serwisach informacyjnych podano, że najbiedniejszy kraj Europy – Mołdawia – przeżywa teraz największą klęskę żywiołową od ponad 50 lat. Takiej suszy nie widziano tam od dawna. Aż trudno w to było uwierzyć, skoro u nas ciągle lało. Nasi przyjaciele i najbliżsi zaczęli się martwić, czy aby będziemy mieli tam co jeść ;0) No cóż, bilety już kupiłyśmy, więc nie było odwrotu. Podróż była baaardzo długa. Gdy w końcu dotarłyśmy do Kiszyniowa, powitała nas całkiem spora delegacja, składająca się z przedstawicieli Uniwersytetu i rodzin naszych nowych przyjaciół. Zabrano nas do hotelu-akademika, w którym każda z nas miała osobny pokój. Szybki prysznic i spanie. Każdy dzień był dokładnie zorganizowany. Nie było czasu na nudę. Mnóstwo spotkań oficjalnych z władzami Uczelni, z kierownikami poszczególnych katedr, a nawet z ambasadorem Polski. Zwiedziliśmy naprawdę wszystko, co związane jest z farmacją: uczelnię, apteki: szpitalne i szkoleniową, firmy farmaceutyczne, hurtownie, odpowiednik naszej Izby Aptekarskiej czy Inspektoratu


WYMIANA

Puls UM

Farmaceutycznego… Cały czas opiekował się nami Dziekan Wydziału Farmaceutycznego, pan M. Ciobanu, i jeden ze studentów. Porównywaliśmy nasze kraje, nasze obyczaje, nasze uniwersytety. Jedno muszę przyznać – tamtejsi studenci są zdecydowanie lepiej przygotowani praktycznie do wykonywania zawodu farmaceuty. Wynika to z lepszych rozwiązań w systemie nauczania, bo programy przecież mamy bardzo podobne. Chociażby prosty przykład: na temat ok. 100 najczęściej używanych leków uczą się wszystkiego (zastosowanie, dawki, działania niepożądane, przeciwwskazania itp.), z farmakognozji uczą się praktycznego zastosowania leków roślinnych, a nie miliona związków chemicznych, które łatwo zapomnieć, a praktyka poparta jest pracą w uniwersyteckim ogrodzie botanicznym. Muszę przyPrzed prawosławną świątynią (wejście tylko w chustkach na głowie) znać, że wiele z tych roślin widziałam po codziennie sprawiały, że wieczorami padałyśmy ze zmęraz pierwszy, choć uczyliśmy się o nich teoretycznie na czenia. Ale warto było to wszystko zobaczyć. Kiszyniów zajęciach. Na koniec studenci piszą pracę magisterską, ale bowiem to dla mnie miasto kontrastów. Obok blokowisk nie wszyscy (!). Dla nich to wyróżnienie. Większość zdawyrastają ekskluzywne wille; obok ulicznych handlarzy je egzamin przed ok. 10-osobową komisją, która zadaje – wielkie centra handlowe, gdzie znaleźć można wszelkie pytania z zakresu całego toku studiów. Rangą można to symbole „współczesności”. Wiele jest pozostałości koporównać do LEP-u. Warto utrzymać kontakt z Uniwermunistycznych. Była to dla nas lekcja historii. Całe życie sytetem w Kiszyniowie i wymieniać się doświadczeniami. jest skoncentrowane w stolicy, ale także poza nią można Możemy się więcej od siebie nauczyć. wytropić swoiste perełki. Słynne winnice Cricova i MiA poza farmacją? Jeżeli chodzi o upały: rzeczywilesti Mici są imponujące, a smak mołdawskich win jest ście były wręcz… masakryczne. 42°C w cieniu niemal naprawdę warty polecenia. A wiem, co mówię ;0) Także Ach, to Wino! prawosławne ikony w Mołdawii robią wrażenie. Nieporównywalne z niczym zaś jest Orhei Vechi, zwłaszcza, gdy ma się w pamięci krajobraz całego kraju. Mam nadzieję, że nasza Uczelnia będzie kontynuować takie wymiany studenckie. Można dzięki nim poszerzać swoje horyzonty. Jeśli ktoś chciałby na własnej skórze przekonać się, jaka naprawdę jest Mołdawia, powinien zgłosić się na wymiany w przyszłym roku. Naprawdę warto poznać coś nowego! Dorota Karmowska PS W czasie naszych wycieczek po kraju zawitałyśmy także do Domu Polskiego w Balti. Jeżeli chcielibyście pomóc naszym rodakom, którzy tam znaleźli ostoję polskości, możecie wysłać im książki, kasety, płyty… Jednym słowem: wszystko, co może się im przydać. Oto adres: Stowarzyszenie DOM POLSKI str.Pâcii 31, MD-3100 Bâlti MOLDOVA tel./fax (373-231)-22413 e-mail: polonia@beltsy.md 21


KLUB TURYSTYCZNY

Gazeta Studentów

Pomysł na wyjazd: Praga Chciałem napisać coś o możliwościach wyjazdów sylwestrowych. Po chwili zastanowienia uznałem jednak, że w chwili, gdy ukaże się ten numer i tak już wszyscy będą mieli jakieś plany na tę wyjątkową noc. Pomyślmy więc bardziej perspektywicznie. Najbliższy moment, kiedy będziemy mieli trochę więcej czasu wolnego, wypadnie w połowie lutego. Będą to tygodniowe ferie zimowe. Moja propozycja dla tych, którzy nie jeżdżą na nartach, jest jedna: czeska Praga. Jak dojechać? Dojazd najlepiej będzie zorganizować samochodem. Trasa przez Berlin jest dużo szybsza niż przejazd przez góry, a jej długość to ok. 1200 km w jedną stronę. Koszt paliwa wyniesie nas więc w sumie jakieś 300-350 zł. Jeśli pojedziemy w czwórkę, da nam to koszt mniejszy niż cena przejazdu pociągiem. Ten ostatni jest jednak też dość ciekawą opcją, zwłaszcza, jeśli na równi z poznawaniem świata cenimy spotkania z ludźmi i spędzanie czasu w gronie przyjaciół. Pociąg bezpośredni z Poznania do Pragi to koszt rzędu 150 zł w jedną stronę. Z przesiadką na granicy (tak, aby przekroczyć ją pieszo i nie płacić za bilet w taryfie międzynarodowej) będzie można zbić ten koszt nawet do połowy. Dojazd tym sposobem zajmie nam ok. 9-12 godzin. Gdzie zamieszkać? W Internecie działa kilka klubów zrzeszających ludzi z całego świata, którzy bez żadnych kosztów goszczą się wzajemnie w każdym zakątku naszego globu. Największe z nich (HospitalityClub.org i CouchSurfing. com) mają już po 330-350 tysięcy członków (w Pradze zrzeszonych w HC jest ich prawie 2000). Rejestracja jest darmowa i jedyne, czego potrzeba, aby włączyć się do tej społeczności, to gotowość przyjęcia gości u siebie w domu. Alternatywą jest hostel. „Jedynki” można wynająć za 60 zł, a w salach wieloosobowych ceny za dobę zaczynają się od 30 zł. Taki nocleg może być mniej wygodny, ze względu na mniejsze poczucie prywatności, ale za to jest okazją do poznania ciekawych ludzi, których w tak turystycznych miastach jak Praga nigdy nie brakuje. 22

Co zwiedzić? Obowiązkowe punkty każdej wycieczki to oczywiście Stare Miasto, most Karola, Pałac Wallensteina, Złota Uliczka i całe Hradczany (czyli Pałac Królewski). Informacje o nich znajdziecie w każdym przewodniku. Mając jednak trochę więcej czasu, warto podelektować się nieco klimatem miasta. Tym, o czym przewodniki nie piszą. Podstawą będzie tu skosztowanie specjałów kuchni czeskiej takich jak knedliki czy smażony ser. Jeśli jednak chcecie poznać prawdziwy klimat Pragi, sprawa jest nieco trudniejsza… I bardziej procentowa… Nie można uznać Pragi za „zwiedzoną”, jeśli nie wypije się tam porządnego czeskiego piwa. Aby móc skosztować tego specjału w odpowiednich warunkach, warto spędzić trochę więcej czasu z dala od tych najbardziej obleganych przez turystów miejsc. Nie trzeba w tym celu koniecznie zapuszczać się w odległe robotnicze dzielnice miasta, ale wypada wystrzegać się lokali pełnych kiczu, zorientowanych na zachodnich turystów. Nie zawsze też przeładowanie symbolami, żywcem wyjętymi z „Przygód dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haszka, będzie stanowiło o doskonałości lokalu. Aby uniknąć błędu i rzeczywiście poczuć się jak w Pradze z dawnych lat, na początek warto przyjść na piwo do „Cerneho Volu” przy ulicy Loretańskiej, niedaleko Hradczan. Lokal znajduje się akurat na trasie zwiedzania, choć nie jest szczególnie widoczny z ulicy. Później zajrzeć

Pałac Wallensteina


KLUB TURYSTYCZNY

Puls UM

kolwiek indziej (34 CZK, czyli 4,60 zł), a klimat jest absolutnie nieporównywalny. Ile to będzie kosztować? Całość wyjazdu, biorąc pod uwagę przejazdy, noclegi i zwiedzanie, przy założeniu kilkudniowego wypadu (np. na 3 dni zwiedzania), wyniesie nas jakieś 400-450 zł. Pamiętajmy jednak, że Praga to miasto piękne i warte wydania tych pieniędzy. Doskonały pomysł na krótkie ferie dla tych, którzy wolą zwiedzanie świata od jazdy na nartach.

Złota uliczka trzeba z kolei do „Kocoura”, znajdującego się w okolicy Placu Malostrańskiego. Te knajpki mają już taką renomę i taką ilość stałych gości wśród mieszkańców miasta, że nie muszą uczestniczyć w walce o klienta, co pozwala im naprawdę zdumiewać niewymuszoną autentycznością. Przy tym piwo kosztuje tam mniej więcej tyle samo, ile gdzie-

W następnym numerze: Od przyszłego miesiąca zaczynamy planowanie naszego Wyjazdu Życia. Pomyślcie nad swoim wymarzonym krajem lub kontynentem. Już w następnym numerze znajdziecie zbiór przydatnych informacji i linków do stron, które pomogą Wam w planowaniu. Patryk Konieczka, patryk@konieczka.net

Sekcja Turystyczna Czytaliście może w ostatnim numerze „Pulsu UM” artykuły poświęcone wyjazdom do dalekich krain? Fascynują Was takie podróże, ale nie mieliście nigdy odwagi podjąć się organizacji podobnej eskapady? To właśnie dla Was, przy współpracy ze Studium Wychowania Fizycznego i Sportu oraz redakcją „Puls UM”, powstaje Klub Turystyczny Uniwersytetu Medycznego. Jego działalność będzie ukierunkowana na rozwój turystyki aktywnej i niskobudżetowej. Co miesiąc na łamach „Pulsu UM” będziemy podpowiadać Wam, jak, „krok po kroku”, przygotować Wyjazd Życia. I nieważne, czy będzie to wyprawa autostopem po Europie, podróż pociągiem przez Afrykę, czy spływ statkiem po Amazonce – z naszych rad postaramy się uczynić uniwersalny przewodnik. Jednocześnie z publikacją poradnika, już w tym miesiącu ruszają spotkania Klubu, na których będzie można wymienić się doświadczeniami i wspólnie zacząć planować wyjazdy. Oczywiste jest bowiem to, że w „Pulsie UM” nie zmieścimy wszystkiego, co można napisać na temat turystyki. Serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych aktywnym i nietypowym spędzaniem wolnego czasu. Jeśli byliście w ciekawym miejscu godnym polecenia albo chcecie dostać się w jakiś rejon świata w najbliższe wakacje, przyjdźcie do Sali 106 (nad trybunami hali sportowej) w czwartek 6 grudnia o godzinie 2000. Zapraszam!!! Patryk Konieczka

23


WSPOMNIENIEM PRZEZ ŚWIAT

Gazeta Studentów

Kraina, z której podbijano kosmos „Spójrz, on nie ma ręki!” – powiedziała A. o kierowcy zdezelowanego forda, który sunął górską serpentyną 100 km/h, wioząc nas z Sinai – turystycznej stolicy Rumunii – do Sacele pod Brasovem. Chwilę wcześniej złapaliśmy ten samochód na stopa, toteż nie zwróciliśmy na to od razu uwagi. Na szczęście na siedzeniu pasażera siedział inny facet, który w kluczowych momentach lewą ręką sterował skrzynią biegów. Natomiast w prawej cały czas trzymał dwa zapalone papierosy: jeden dla siebie, drugi od cza-

Mimo że bloki wyglądały tak, jakby nic z nimi nie robiono od 50-ciu lat, to w prawie każdym garażu mogłem ujrzeć limuzynę, jaka w tym czasie brylowała na salonach samochodowych całego świata. Najczęściej było to Porsche Cayenne bądź Volkswagen Tuareg. Bez tablic rejestracyjnych, co chyba oczywiste. Miasto to było dla nas miejscem przesiadki do celu głównego – Cheii. Jednak podróż zabrała nam znacznie więcej czasu, niż się spodziewaliśmy. Powód był prozaiczny. Drogą tą nie jeździł prawie

Ciucas z charakteru przypomina Bieszczady su do czasu przykładał do ust kierowcy. Tak zaczynał się pierwszy etap naszej podróży do gór Ciucas. Jest to jedna z zapomnianych przez los rumuńskich krain. Nawet na wielu mniej dokładnych mapach obszar ten często widnieje jako biała plama. Niestety w owych czasach (być może nadal) nie jeździł tam żaden środek publicznego transportu, toteż autostop był środkiem z konieczności, a nie z wyboru. Zawędrować tam chcieliśmy w 9 osób, a jedynym tropem, jaki mieliśmy, było zdjęcie najwyższego szczytu tego mało znanego pasma górskiego. Secele do tej pory kojarzą mi się z „luksusem” rzadko wtedy w Polsce spotykanym. Było to jedno z miejsc eksperymentów Caucescu, próbującego przerobić Cyganów z odwiecznych wędrowców w prawych i karnych wyznawców komunizmu. Efekt był „masakrycznie” zaskakujący. 24

żaden pojazd, którym moglibyśmy się zabrać. Czasem coś mignęło, ale było wypakowane do granic wytrzymałości. Szliśmy tak wzdłuż drogi, licząc na okazję, a zaraz za nami maszerowała cała horda tubylców. Sytuacja ta sama w sobie napawała nas przerażeniem i skutecznie odstraszała kierowców. Dopiero, gdy już zmierzchało, odwrotną stroną jezdni przejechał jakiś stary samochód, który na nasz widok zawrócił. Kierowca przystanął i krzycząc, że jest tam niebezpiecznie, kazał się nam wszystkim natychmiast wpakować do pojazdu. Jechaliśmy stłoczeni w 7 osób, wraz z plecakami. Dobry człowiek nadłożył 60 kilometrów, by jechać w stronę, z której dopiero co wracał... W ten oto sposób znalazłem się w miejscu, o którym nic nie wiedziałem. Chmury, utrzymujące się na wyjątkowo niskim pułapie, nadawały górom tajemniczego i nieob-


Puls UM liczalnego charakteru. Jedyne, co można było zaobserwować, to ciemne korony borów porastające dolne partie wzniesień, wyżej jasne obłoki mgieł, a ponad nimi ostre wierzchołki nagich skał. Właśnie tak wyobrażałem sobie ojczyznę Vlada Tepesa, zwanego Palownikiem... Niesamowite! Tak jak z prawdziwej fogaraskiej siedziby tego okrutnego władcy nie pozostał kamień na kamieniu, a zamek w Brann powstał tylko jako nędzna imitacja, tak w Ciucasie wszystko było prawdziwe i namacalne. Niewiele takich miejsc pozostało w Transylwanii. Stolica regionu – Cheia – jest zarazem jedyną większą osadą w promieniu wielu kilometrów. Nie znaczy to, że ten region jest tak mało zamieszkany. Mniej więcej co parę kilometrów znajdują się wielkie, odcięte od świata monastyry męskie i żeńskie. Sami chcieliśmy w jednym z nich zanocować, ale, o dziwo, spotkaliśmy się z odmową. Podobno w tym rejonie to rzecz bardzo rzadka. Wskazano nam jedynie miejsce przy drodze, gdzie mogliśmy rozbić namioty. Odnośnie nas i naszej sytuacji, myślę, że wszystko wyglądałoby inaczej, gdybyśmy przyjechali w jakimś innym celu niż komercyjna turystyka. Wtedy wnętrza monastyrów stałyby otworem. Stan zakonny w Rumunii jest bowiem wyjątkowo popularny. Jednak nie trzeba takiej decyzji podejmować od razu. Można spędzić w takim miejscu tylko parę miesięcy, pomedytować i potem wybrać, jak dalej pokierować swoim życiem. Po krainie tej bardzo dogodnie podróżowało się stopem. Liczne remonty bardzo zdewastowanej drogi sprawiały, że robotnicy musieli się jakoś przemieszczać. Stwarzało to nam wyborne możliwości do złapania jakiejś okazji. Jeśli zaś nie jechaliśmy wozem ekipy budowlanej, to zwykle takim, który bez wątpienia był z nią jakoś powiązany, na przykład ciężarówką wiozącą alkohol do przydrożnego sklepu. W istocie miejsce to nadaje się idealnie, by spowolnić sobie trochę życie i podumać nad butelką złocistego trunku. Pomyśleć o fenomenie Transylwanii, o tych wszystkich rozmytych i niejasnych granicach, które ją stworzyły. O zawiejach historii, która tak okrutnie się

WSPOMNIENIEM PRZEZ ŚWIAT

Monastyr św.Zofii z nią obeszła. Cytując Emila Ciorana: „Tu jest prawdziwa ojczyzna melancholijnych, drwiących demonów. Są w wietrze i powietrzu, nie można się przed nimi ukryć. Są w jeziorach i wśród wzgórz, w konarach drzew i na mokradłach, w skalistych górach, są w wiejskich karczmach i na opustoszałych w niedzielę ulicach miasta, w dzieciach, mężach i starcach. Tutaj wszyscy przesiąknięci są śmiercią. Tutaj śmierć ma postać pięknego pejzażu, czasem jest jesienna i chłodna, czasami wiosenna i ciepła. Jesienią gotycka, wiosną barokowa. Niczym kościoły rozsiane po całym kraju.” W istocie to właśnie ta martwa przyroda, te dzikie, nieokiełznane góry są najciekawszą ofertą, jaką wiedzie ze sobą Ciucas. Co ciekawe, tylko połowa regionu jest dostępna turystycznie. Kaprysem (jednym z wielu) Nicolasa Caucescu utworzono gigantyczny poligon, na którym Rumunia, jako jeden z nielicznych krajów na świecie, a na pewno najmniejszy i najbiedniejszy, realizowała swój program kosmiczny. Do tej pory zresztą od czasu do czasu startuje stamtąd rakieta wynosząca satelity na orbitę. Pozostałością po okresie świetności tego miejsca są dwie wielkie anteny, o powierzchni boiska piłkarskiego każda. Obecnie straszą one jednak raczej ogromnymi płatami rdzy niż samym rozmiarem. Wiedzeni ciekawością, wybraliśmy się ścieżką wzdłuż poligonu w kierunku widocznych na horyzoncie szczytów. Ogromnym problemem tych gór jest dostęp do wody. 25


WSPOMNIENIEM PRZEZ ŚWIAT

Gazeta Studentów

Jeziorko zagubione w górach Czy to walcząc z upałem, czy z ulewnym deszczem, uczunawet przy nim rozbić, ale, gdy już stawialiśmy namiocie jest zawsze to samo. Przeogromne pragnienie... Taszty, przyszło do nas dwóch pasterzy i ostrzegło, że w nocy cząc ze sobą zapasy wina sami zresztą napędzaliśmy ten schodzi do tego miejsca cała okoliczna zwierzyna, a jakieś proces. Na szczęście w górach spotkać można także padwa tygodnie temu znaleziono tam zwłoki dwojga turysterzy, którzy są nieocenionym źródłem nie tylko inforstów rozszarpane przez niedźwiedzie. macji, ale i wody. To, że przy niewielkim źródełku jedWydawałoby się, że trafiliśmy do krainy zapomniana butelka często napełniała się przez kilkanaście minut, nej przez ludzi. Do miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. wobec godzin poświęconych na jego szukanie, nie miało Że byliśmy meteorem, który przemknie po nieboskłonie i najmniejszego znaczenia. Dla wszystkich miłośników piezniknie za horyzontem, tak by wszystko potem powróciło szych wędrówek Ciucas jest wymarzonym miejscem. Z do normy, do swojego stanu równowagi, niezakłócanego charakteru przypomina trochę Bieszczady. Całymi dniami przez wścibskich turystów. Jakby nas nigdy tam nie było, można chodzić po połoninach, można też zdobywać wysojakbyśmy nigdy nie istnieli. Dlatego naprawdę bardzo pokie na kilkaset metrów lite skały zbudowane, z nieznanego zytywnie byliśmy zaskoczeni, zerkając do wnętrza starego mi bliżej, jasnoczerwonego minerału. Góry te, zachowując spalonego schroniska nieopodal wspomnianego jeziorka. wszystko, co najlepsze w przyrodzie, jednocześnie ofiaruOdnaleźliśmy tam dowody, że – mówiąc kolokwialnie ją turyście to, czego brakuje w wielu innych miejscach: – „nasi już tam byli”. Czasem zwykły napis, nawet nazwa poczucie absolutnego spokoju i wyalienowania. Przez piłkarskiej drużyny, czy dołączony do niej epitet, stają się cały okres wędrówki spotkaliśmy tylko jednego turystę: częścią natury, elementem dziedzictwa, jako spuścizny dla wąsatego mężczyznę z reklamówką, który chciał z nami potomnych. Wystarczy, że miną lata i to, co było aktem po francusku porozmawiać o Wałęsie i Solidarności. Taki czystego wandalizmu, staje się wyrazem ekspresji minioto bowiem kraj, że co człowiek, to bardziej oryginalny. nego pokolenia. My, zostawiając Ciucas samemu sobie, W górach Ciucas spotkać można także olbrzymie stapomknęliśmy przed siebie wraz z przygodnie zatrzymada wpół dzikich koni. Widok „galopującego zbocza” nie nym kierowcą. Idylliczny obraz nie może przecież trwać należy wcale do rzadkości. Dziwiłem się tylko, skąd biorą wiecznie. Lepiej prędko go zburzyć, niż czekać, aż sam one wodę. Jak się okazało, problem wody dla zwierząt nie runie. Transylwania, powtarzając za klasykiem Emilem istnieje. Co więcej, nie tylko dla koni, ale dla rozmaitej Cioranem, to „umiłowanie dewastacji, wewnętrznego bamaści wszelkich innych roślinożerców i drapieżców. Udałaganu, świata podobnego do burdelu w płomieniach, to ło się nam odkryć jedyne, jak się okazało, oczko wodne w sardoniczne spojrzenie na dokonane lub nadchodzące katych górach. Wybijało ono na samej grani, ale ze względu taklizmy, ta cierpkość, to słodkie nieróbstwo cierpiących na zbyt duże zanieczyszczenie odchodami, nie nadawana bezsenność...” ło się do picia dla ludzi. W głupocie swej chcieliśmy się Piotr Skrobich 26


FILM

Puls UM

Wyprawa po szczęście Gdy przeanalizujemy repertuar kin, z łatwością znajdziemy w nim filmy, w których jakiś cudowny bohater wybawia ludzkość od zagłady dokładnie jedną sekundę przed planowanym momentem destrukcji świata (lub 7 sekund, w przypadku James’a Bonda). Mnóstwo jest też filmów opowiadających przesympatyczne historie o miłości, z których możemy dowiedzieć się, że nasz obecny chłopak jest do niczego, podczas gdy naszym ideałem jest właśnie oglądany bohater filmowy. Można próbować z pomocą kina zdobywać umiejętności MacGyvera lub uczyć się od najlepszych, jak być wzorowym partnerem uczuciowym. Z czasem jednak każdemu te idealne, komercyjne filmy, zaczynają się nudzić. I wtedy pojawia się problem: co wybrać? W kinach, pozycji nienależących do jednej z wymienionych wcześniej kategorii jest niewiele. Przedstawicielem tej grupy jest jednak polski film pt. „Wszystko będzie dobrze”. Przyznam się bez bicia, że głównym powodem, dla którego wybrałem się na ten film, był fakt, iż jego scenarzystą jest Rafał Szamburski, nawiasem mówiąc, mój nauczyciel historii ze szkoły podstawowej (serdecznie pozdrawiam, jeśli to czyta!). Drugim, mniej ważnym, powodem była chęć dofinansowania małego kina w mojej miejscowości, do którego jakoś nikt nie chce chodzić, nie wiadomo dlaczego. Ale do rzeczy. Film opowiada historię 12-letniego Pawła (pierwotnie tytuł filmu miał brzmieć właśnie „Pawełek”), który zawiera swego rodzaju pakt z Matką Boską – on dotrze biegiem do Częstochowy, a ona wyleczy jego matkę chorą na raka. Prawda, że to uczciwy układ? Otoczenie chłopca najpierw próbuje mu to odradzić – sąsiedzi uważają, że to zbyt niebezpieczne. Pomysł najbardziej nie podoba się matce, która potrzebuje Pawła w domu. Niewiele jest w stanie zrobić sama, a pod opieką ma jeszcze lekko upośledzonego starszego syna. Pawełek jednak, na przekór wszystkim, rozpoczyna swoją wędrówkę. Na początku drogi dołącza do niego jego nauczyciel wf-u Andrzej (grany tutaj przez Roberta Więckiewicza), który towarzyszy mu podczas podróży, jadąc tuż za nim

swoim zdezelowanym samochodem. Czy ta wyprawa ma prawo się udać? Na uznanie zasługuje Adam Werstak, odtwórca głównej roli, dla którego film ten był debiutem filmowym. Doskonale zagrał on wymęczonego długim biegiem i ogromnie zdeterminowanego chłopca. Z kolei Andrzej, pierwotnie uznany za opiekuna Pawła, dbający o jego dobry stan fizyczny i psychiczny, w istocie okazuje się bardziej zależny od chłopca, niż mogłoby się wydawać na początku filmu. Bardzo pozytywnym bohaterem drugoplanowym jest dla mnie także upośledzony psychicznie brat Pawła (zagrany przez Daniela Mąkolskiego), który wnosi dużo dobrej energii do tego obrazu. Film „Wszystko będzie dobrze” zapewne nie był tworzony z myślą o szerokiej widowni – świadczy o tym choćby fakt, że nie ma tu efektów specjalnych, wybuchów i pościgów, a i tematyka filmu raczej odstrasza przeciętnego multipleksowca. Jednak, moim zdaniem, właśnie takich filmów potrzeba – głębokich, skłaniających do refleksji, a jednocześnie łatwych w odbiorze i przekazujących ową głębię w najprostszy sposób. Film polecam wszystkim tym, którzy od kina oczekują czegoś więcej, niż tylko migającego ekranu i drżenia subwoofera. Maciej Tomczak O filmie „Wszystko będzie dobrze” Rok produkcji: 2007. Produkcja: Polska. Gatunek: Obyczajowy. Reżyseria: Tomasz Wiszniewski. Scenariusz: Robert Brutter, Rafał Szamburski, Tomasz Wiszniewski. Zdjęcia: Piotr Śliskowski. Producent: Ewa Jastrzębska. Od lat: 12. Czas trwania: 98 minut. Nagrody dla filmu na festiwalu w Gdyni: * 2007 – Tomasz Wiszniewski – nagroda za reżyserię * 2007 – Michał Lorenc – nagroda za muzykę * 2007 – Robert Więckiewicz – nagroda za pierwszoplanową rolę męską * Jeden z najdłużej oklaskiwanych filmów: 6 minut. 27


MUZYKA FILMOWA

Gazeta Studentów

Pachnidło zapach muzyki

Raz na jakiś czas zdarzają się ścieżki dźwiękowe, które zapadają głęboko w pamięć. Ich wyjątkowość i uniwersalne piękno zachwyca wszystkich bez wyjątku, wynosząc je do miana arcydzieła. W niemal stuletniej historii muzyki filmowej sporo było takich ścieżek dźwiękowych, a ich pojawienie się zawsze zwracało uwagę. I nawet, jeśli nie były doceniane natychmiast, prędzej czy później i tak zyskiwały zasłużone uznanie, a ich twórcy przechodzili do historii. Ostatnimi czasy takiej muzyki filmowej powstaje niestety coraz mniej. Starzy mistrzowie powoli od nas odchodzą, a ich młodzi następcy nijak nie potrafią zachwycić swoją twórczością. Coraz częściej muzykę filmową tworzy się według szablonów, bez należytej uwagi i w rekordowo krótkich terminach. Takie warunki nie sprzyjają powstawaniu dzieł, które mogłyby przejść do historii i zachwycać kolejne pokolenia. Na szczęście, ciągle istnieją reżyserzy, którzy bardzo dużą uwagę zwracają na rolę muzyki w filmie, a jej tworzeniu poświęcają więcej czasu. Jeśli taki reżyser jest jednocześnie kompozytorem, to nieśmiało można przewidywać powstanie dobrej ścieżki dźwiękowej. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku „Pachnidła”. Reżyserem tego obrazu jest Tom Tykwer, który jednocześnie zatrudnił się w roli kompozytora muzyki. Podobnie, jak przy swoim najsłynniejszym filmie „Biegnij Lola, biegnij”, do współpracy postanowił zaprosić dwóch przyjaciół – Reinholda Heila i Johnny’ego Klimeka. Ci trzej artyści już od dziesięciu lat są członkami grupy o nazwie Pale 3, która zajmuje się tworzeniem muzyki filmowej, a 28

w planach ma także wydanie albumu studyjnego. Klimek i Heil mogą być znani miło��nikom muzyki filmowej z mniej ambitnych projektów, takich jak chociażby „Land Of The Dead”. Jednak w „Pachnidle” pokazują zupełnie inne oblicze. Oblicze, które dla wielu było zapewne nie lada zaskoczeniem. Nie bez znaczenia dla ich muzyki okazało się także zatrudnienie jednej z najlepszych orkiestr na świecie – Berlińskich Filharmoników, których poprowadził równie słynny dyrygent, sir Simon Rattle. Film „Pachnidło” trudno jest zdefiniować jednym słowem. To adaptacja bestsellerowej powieści Patricka Süskinda i jedna z najdroższych produkcji w historii kina europejskiego. Nazwać ten obraz horrorem byłoby chyba sporym nadużyciem, choć drastycznych i trzymających w napięciu scen w nim nie brakuje. Jest to historia pewnego człowieka, który posiada nadnaturalnie wyczulony zmysł powonienia. To właśnie węch staje się dla niego głównym sposobem postrzegania świata i jednocześnie sprowadza na drogę zbrodni. Mimo wielu podtekstów, „Pachnidło” pokazuje przede wszystkim, jak cienka jest granica między geniuszem a szaleństwem. I tak naprawdę film ten nie byłby niczym wyjątkowym, gdyby nie jeden jego element – muzyka. Muzyka z „Pachnidła” to bez wątpienia najlepsza ścieżka dźwiękowa roku 2006. Żadna inna bowiem, która powstała w tym czasie, nie wywołuje takich emocji, nie zachwyca tak ogromnym kunsztem wykonania i nie pozostaje tak długo w pamięci, jak to czyni „Pachnidło”. To właśnie ta muzyka wywindowała sam film co najmniej do


Puls UM poziomu znakomitości. Ogromny rozmach, jakim emanuja ta ścieżka dźwiękowa, udziela się obrazowi, nadając mu majestatu i artystycznej głębi. Doskonale wypełnia ona przestrzeń, jaką przeznaczono dla tego, co w filmie niezwykle trudno pokazać – zapachów. Długie momenty, kiedy główny bohater zatraca się w olfaktorycznym sposobie

Reinhold Heil, Tom Tykwer, Johnny Klimek postrzegania świata, zyskują dzięki niej niezwykłą poetykę i głębię. Bo o ile obraz nie jest w stanie pokazać zapachu, o tyle muzyka, niemal w pełni, ujmuje jego bogactwo. Innymi słowy rola, jaką ścieżka dźwiękowa Tykwera, Klimeka i Heila odgrywa w „Pachnidle”, jest nieoceniona i pokazuje, jak wiele ścieżka dźwiękowa może zdziałać w filmie. Fascynujące jest to, że mimo swojej funkcjonalności w filmie, muzyka z „Pachnidła” doskonale radzi sobie także poza nim. Odsłuch płyty jest niezwykłym doświadczeniem, kompletnie różniącym się od słuchania hollywoodzkich soundtracków. „Pachnidło” to zupełnie inna jakość, wykraczająca poza wszystko, co można było do tej pory usłyszeć. Brzmienie Berlińskich Filharmoników diametralnie różni się od sterylnych ścieżek dźwiękowych powstających w USA. Miejscami muzyka jest bardzo baśniowa i delikatna, ujmując piękną grą harfy i niemal anielskich chórów – chórów, które chwilami nieco przypominają te z „The Abyss” Alana Silvestri. Innym znowu razem orkiestra zmienia się w rozszalałego, monstrualnego potwora, którego sir Simon Rattle spuszcza z łańcucha. Czy to będą samotne wokalizy, piękne glissanda i pizzicata smyczków,

MUZYKA FILMOWA porywy chóru czy organy kościelne, ich brzmienie sprawia, że włosy na głowie stają dęba. Co ciekawe, muzykę tę nagrywano bez tradycyjnego klika – metronomu, stosowanego przy nagrywaniu muzyki filmowej, który pozwala utrzymać odpowiednie tempo gry i pomaga w późniejszej synchronizacji z obrazem. Podobno taki sposób nagrania tej muzyki był głównym warunkiem, jaki postawił sir Simon Rattle. Można się jedynie cieszyć z tego, że twórcy filmu na to przystali. Muzyka płynie tutaj swobodnie, przynosząc ogromne bogactwo brzmienia i emocji. Tematy zdecydowanie nie są mocną stroną tej ścieżki dźwiękowej. Słuchając ich, nie można im odmówić urody, jednak nie są to melodie, które niczym „Marsz Imperialny” z „Gwiezdnych Wojen” mogłyby przejść do historii. Gdyby doszukiwać się jakichś minusów, to trzeba przyznać, że dla niektórych płyta może wydać się nieco za długa. Mimo że zawarty na niej materiał tworzy jedną, bardzo spójną całość, pod koniec można poczuć znużenie. Ale nie jest to bynajmniej jakaś istotna wada, bo w końcu dobrej muzyki nigdy za wiele. Z takiego założenia wyszli zresztą jej twórcy i dzięki temu wszyscy posiadacze oryginalnych krążków mogą z oficjalnej strony soundtracku pobrać dodatkową, ekskluzywną kompozycję „Experiment”. Można by długo opisywać tę muzykę, jej smaczki i niebanalne rozwiązania melodyczno-orkiestracyjne, jednak nie temu ma służyć ta recenzja. Ma ona wskazać muzykę, która zdecydowanie zasługuje na największe pochwały i obok której nie da się przejść obojętnie. Jej ogromne bogactwo wprost uzależnia i sprawia, że ciągle chce się więcej i więcej. Paleta brzmień, jakie oferuje ta ścieżka dźwiękowa, sprawia, że płyta z „Pachnidła” jest niczym jakaś baśniowa opowieść, od której trudno się oderwać. Choć, w szerszej perspektywie, nie znajdziecie tutaj niczego absolutnie oryginalnego, to jej brzmienie jest unikalne i z łatwością rozpoznawalne już po kilku dźwiękach. Tę muzykę po prostu trzeba usłyszeć na własne uszy, żeby w nią uwierzyć! Łukasz Waligórski

29


HUMOR

Gazeta Studentów

Humor Biblia uczy nas kochać, Kamasutra uczy jak. *** Przybiega synek do mamy i krzyczy: — Mamo, mamo! Tata stoi na parapecie w oknie i chyba będzie skakał! Na to mama, ze stoickim spokojem, nie przerywając piłowania paznokci, odpowiada synkowi: — Powiedz Tatusiowi, że ma rogi, a nie skrzydła... *** Koleżanka blondynki dostała od niej faks. Za chwilę otrzymuje go po raz drugi, potem trzeci... Po 20-tej kopii zdenerwowana dzwoni do blondynki i pyta: — Czemu wysyłasz wciąż tę samą kartkę? — Bo mi, cholera, ciągle dołem wraca... *** Dwie blondynki oglądają film pornograficzny. Nagle jedna się rozpłakała. — Aniu, dlaczego płaczesz? — Bo myślałam, że się z nią ożeni! *** Siedzi dwóch kolesiów w kinie, a przed nimi taki wielki, łysy drechol, grube karczycho, złoty kajdan na szyi — siedzi z dziewczyną. Jeden z kolesiów zwraca się do drugiego: — Stary, założę się z tobą o 50 zeta, że nie klepniesz łysego w glacę. — No dobra, w sumie, co mi szkodzi — myśli ten drugi i klepie łysego w glacę. Łysy się odwraca, a koleś: — Krzychu, to Ty? A nie... To przepraszam... Łysy: — Żaden Krzychu, k..., dotknij mnie jeszcze raz, to Ci j...! — i wraca do oglądania filmu. Na to pierwszy koleżka do drugiego: — Stary, świetnie to rozegrałeś, ale idę z tobą o 200 zeta, że go drugi raz nie klepniesz. — No dobra, w sumie, co mi szkodzi — myśli sobie ten drugi i pac łysego w glacę. Łysy aż się zjeżył, odwraca się znowu, a na to koleś: — Krzychu, no k...! 8 lat w podstawówce, ze 3 lata w jednej ławce przesiedzieliśmy, Krzychu, no nie pamiętasz mnie? Łysy: — K..., nie byłem w żadnej podstawówce, zaraz ci tak przyp..., że się nie pozbierasz! Zaczyna się podnosić, żeby przyłożyć kolesiowi, ale dziewczyna łapie go za rękaw i mówi: 30

— No daj spokój, Józek, film jest, a Ty będziesz jakiegoś cieniasa bił, chodź do pierwszego rzędu i oglądajmy... Łysy niezadowolony, ale idzie z dziewczyną do pierwszego rzędu, siadają. Pierwszy koleś znowu do drugiego: — Stary, naprawdę, jestem pod wrażeniem! Nieźle to wymyśliłeś, ale idę o 1000 zł, że go trzeci raz nie klepniesz. — No dobra, w sumie, co mi szkodzi — myśli ten drugi. Idą do drugiego rzędu, siadają za łysym i koleś znów klepie łysego po głowie. Łysy się odwraca, wkurzony do granic, a na to koleś: — Krzysiu, to ja tam na górze jakiegoś łysego w glacę nap..., a Ty tu w pierwszym rzędzie siedzisz! *** Na wydziale prawa student przychodzi na egzamin z logiki i bezczelnie pyta profesora: — Pan się łapie w tej logice, panie profesorze? — Oczywiście, co za pytanie! — To ja mam taką propozycję, panie profesorze. Zadam panu pytanie i jeśli pan nie odpowie, stawia mi pan 5, a jeśli pan odpowie, wywala mnie pan na zbity pysk. — Dobrze. Niech pan pyta. — Co obecnie jest: legalne, ale nielogiczne, co jest logiczne, ale nielegalne, a co nie jest ani logiczne ani legalne? Profesor nie znał odpowiedzi i postawił studentowi 5. Następnie woła swojego najlepszego studenta i pyta go o odpowiedź. Ten mu natychmiast odpowiada: — Ma pan, panie profesorze, 65 lat i jest pan żonaty z 25-letnią kobietą, co jest legalne, ale nielogiczne. Pana żona ma 20letniego kochanka, co jest logiczne, ale nielegalne. Pan stawia kochankowi swojej żony 5, chociaż powinien go pan wywalić na zbity pysk i to nie jest ani logiczne ani legalne. *** Pan Nowak udał się do szpitala po wyniki badań żony. Pracownik szpitala mówi: — Bardzo nam przykro, ale mieliśmy tu trochę zamieszania i, niestety, wyniki pańskiej żony wróciły z laboratorium razem z wynikami jakiejś innej pani Nowak i teraz nie wiemy, które są które. Szczerze mówiąc ani te ani te nie są nadzwyczajne. — Co to znaczy? — Jedna z pań ma Alzheimera, a druga uzyskała pozytywny wynik testu na AIDS. — Ale chyba badania można powtórzyć?! — Teoretycznie można, ale te badania są bardzo drogie, a Narodowy Fundusz Zdrowia nie zapłaci za dwa testy dla tego samego pacjenta. — To co ja mam robić ?


Puls UM — Narodowy Fundusz Zdrowia zaleca w takiej sytuacji, by zawiózł pan żonę do śródmieścia i tam zostawił. Jeżeli trafi sama do domu, po prostu proszę zrezygnować ze współżycia. *** Facet z USA zwiedzał Polskę i się zgubił. Zobaczył rolnika pracującego na polu i zatrzymał się, aby zapytać o wskazówki. Rolnik powiedział mu, jak dostać się do głównej drogi. Facet chciał jednak trochę porozmawiać, więc pyta: — To pańska ziemia? — Taa — odpowiedział rolnik. — Duża jest? — No, zaczyna się tam, gdzie płynie strumień przy drodze, ciągnie się przez wzgórze, aż do tego miejsca, gdzie widać to wielkie drzewo. Sięga od tamtej stodoły do tej wielkiej sterty kamieni, tego płotu i biegnie aż do tej drogi. — To piękne miejsce. Ale opowiem panu o mojej ziemi w Stanach. Wsiadam do mojego samochodu na jednym końcu mojej farmy o wczesnym ranku. Jadę cały dzień i dopiero, kiedy słońce zachodzi, docieram do końca mojej posiadłości. Co pan o tym myśli? Rolnik myśli przez chwilę i mówi: — Też miałem kiedyś taki samochód. *** Stworzyciel przygląda się nieukończonemu jeszcze w pełni Adamowi i mówi do niego: — Adamie: mam dla ciebie dwie wiadomości: jedną dobrą, drugą złą. Dobra wiadomość jest taka, że zamierzam cię wyposażyć w dwa bardzo ważne organy: mózg i penis. — Świetnie, a jaka jest ta zła wiadomość?! — pyta Adam. — Dam ci tylko tyle krwi, że w tym samym czasie będziesz mógł korzystać albo z jednego albo z drugiego. *** Facet baraszkuje w łóżku z piękną blondynką. Nagle dziewczyna pyta: — Ale nie masz AIDS, co? — Oczywiście, że nie! — Dzięki Bogu! Nie chciałabym znowu tego złapać. *** Żona do męża: — Kochanie, jakie lubisz kobiety, ładne czy inteligentne? — Ani jedne, ani drugie, tylko ty mi się podobasz! *** Czym się różni krowa od traktora? — Jak traktor nawali – stoi, a jak krowa – to idzie dalej. *** Król lew zrobił zebranie w dżungli i powiedział: — Każdy musi opowiedzieć kawał, a jeżeli ktoś się nie zaśmieje, to opowiadający zostanie zjedzony! Opowiada małpa, wszyscy się śmieją oprócz żółwia. Małpa

HUMOR zjedzona. Opowiada zebra, wszyscy się śmieją oprócz żółwia. Zebra zjedzona. Opowiada antylopa, a w środku jej kawału żółw zaczyna się śmiać. Lew pyta: — Z czego się śmiejesz? — Ten kawał małpy był świetny! *** Policjant zatrzymuje samochód na autostradzie. Okno uchyla roztrzęsiona blondynka. – Co pani wyprawia? Jeździ pani od prawej do lewej krawędzi jezdni jak pijana! – Panie władzo – coś strasznego, tak się przeraziłam! Jadę sobie spokojnie, aż tu nagle przede mną drzewo! No bałam się potwornie, że w nie uderzę, więc skręciłam gwałtownie w prawo. A tam kolejne drzewo na wprost, a ja na nie jadę! Więc skręciłam jeszcze mocniej w lewo, a tam kolejne drzewo, więc znowu skręciłam, żeby nie uderzyć... Policjant zagląda do samochodu i mówi: – Spokojnie, proszę pani. To tylko odświeżacz powietrza... *** Był sobie facet bardzo brzydki, ale uczciwy i bogobojny. Cierpiał z powodu swojej brzydoty, dlatego, gdy był już w średnim wieku, postanowił zrobić sobie operację plastyczną. Efekt był znakomity. Facet był bardzo szczęśliwy, wierzył, że zmieni się jego życie. Wychodząc ze szpitala, wpadł pod ciężarówkę i zginął. Poszedł do nieba. Przy pierwszej okazji spotkał się z Panem Bogiem i mówi: – Panie Boże, dlaczego mi to zrobiłeś? Przecież całe życie postępowałem według Twoich przykazań, a teraz, kiedy moje życie mogło się odmienić, to Ty zrobiłeś mi takie świństwo! Dlaczego??? Pan Bóg na to: – Słuchaj, stary, ja ci powiem prawdę: ja cię naprawdę nie poznałem! *** Co mówi kobieta po wyjściu z łazienki? – Ładnie wyglądam? A co mówi mężczyzna po wyjściu z łazienki? – Nie wchodź tam teraz... *** Czy to prawda, że zastrzeliła pani swojego męża podczas meczu piłkarskiego? – pyta sędzia na rozprawie. – Tak to prawda. – A jakie były jego ostatnie słowa? – Strzelaj! Prędzej, strzelaj!

Opracowali: Mateusz Pawelczak soulafein Łukasz Waligórski 31


KRZYŻÓWKA

Gazeta Studentów

Jolka Objaśnienia haseł podane są w przypadkowej kolejności. Dla każdego hasła należy odnaleźć właściwe miejsce w krzyżówce. Litery z ponumerowanych od 1 do 16 pól utworzą rozwiązanie.

1

3 4

15 11

12

13

5

10

6

7

16

8 14 9 2

Prawidłowe odpowiedzi, podpisane imieniem i nazwiskiem oraz wydziałem studiów, możecie przynosić do siedziby redakcji (lub zostawić w portierni DS. „Eskulap”), przesyłać smsem pod numer 668 381 083 lub pocztą elektroniczną na adres pulsum@wp.pl. Czekamy do 3 grudnia 2007 roku. Uwaga! Większa ilość prawidłowych rozwiązań przyniesiona przez jedną osobę nie zwiększa jej szansy na wygraną! Wśród autorów poprawnych odpowiedzi rozlosujemy cztery podwójne zaproszenia do café „Uczta Babette” (o wartości 50 zł każde). Dobrej zabawy i powodzenia! Nazwiska zwycięzców ogłosimy w grudniowym numerze! Rozwiązanie:

1

2

3

4

5

6

7

Ola

8

9

10

11

12

13

14

15

16

Imię i nazwisko................................................................................ Tel./e-mail:....................................................................................... Zgadzam się na wykorzystanie moich danych osobowych przez Redakcję „Pulsu UM”, zastrzegając sobie prawo do ich sprawdzania i poprawiania. Podpis.............................................................................................. 32


KRZYŻÓWKA

Puls UM

Poziomo:

Pionowo:

• jego istnienie zauważył Fleming, zanim jeszcze odkrył penicylinę • najsłynniejsza z podwodnych była żółta • jeden z tych, którzy za kobietą powędrowali na „tamtą” stronę • mózgowe bez bieżnika • inaczej czador • w trawie puszczy ;) • ta z palindromu ma mały bok • bardziej rozrywkowe pokolenie mszaka • ojczyzna Bergmana • dziewiąty miesiąc w kalendarzu muzułmańskim • przed tym termicznym chroni HSP • dla chirurga to problem, dla Kuwejtu wielkie bogactwo • zakazany smakuje najlepiej

• sander lucioperca • Czarna Rzeka • waluta nad Styksem • rogaty przodek owcy domowej • zmysł sprawdzany przy tablicach Snellena • „…żywych trupów” dla tych, którzy noc już przetrwali • w psychiatrii: powtarzanie tych samych zdań w odpowiedzi na różne pytania • jedna ze stałych rubryk „Pulsu UM”, nie tylko dla histologów • jego obecność może złagodzić wyrok sądu w sprawie np. morderstwa • jedna z oper Pucciniego • jeden z podstawowych leków w leczeniu stanu padaczkowego

Oceń „Puls UM” W listopadzie i grudniu zapraszamy Was do wzięcia udziału w naszej ankiecie, którą znajdziecie na stronie www.pulsum.pl/ankieta. Możecie dzięki niej ocenić naszą działalność, podpowiedzieć nam, co powinniśmy zmienić, nad czym popracować. Dzięki Waszej pomocy będziemy mogli zmienić się na lepsze. Wśród osób, które wypełnią ankietę, rozlosujemy nagrody. Zapraszamy!!!

Pulsowe Kubki rozdane! 5 listopada, tuż po 1830 dwadzieścia Pulsowych Kubków, zgodnie z zapowiedzią, znalazło nowych właścicieli. Bardzo żałujemy, że nie mogliśmy nagrodzić wszystkich, którzy odwiedzili nas tego wieczoru. Wśród obdarowanych gadżetami znalazło się: 7 studentów Wydz. Lek. I 3 studentów Wydz. Lek. II 3 studentów Wydz. Farm. 7 studentów WNoZ Gratulujemy! Wszystkim tym, którym tym razem się nie udało, obiecujemy, że jeszcze nieraz nadarzy się okazja do zdobycia pulsowych gadżetów. Zdjęcia studentów i ich kubków możecie podziwiać na stronie 35. 33


OGŁOSZENIE

Gazeta Studentów

THE PROVINCIAL HEADQUARTERS OF THE STATE FIRE SERVICE IN POZNAN IS SEEKING ENGLISH SPEAKING FOREIGN STUDENTS

WILLING TO PARTICIPATE IN „112, CAN I HELP YOU” PROJECT FINANCED BY THE EUROPEAN UNION The aim of the project is to teach rescue service dispatchers in Wielkopolska to deal with emergency calls in English. We are looking for foreigners to record the emergency calls. The participation in the course involves one or two visits to the provincial headquarters in Masztalarska St. (close to the old town market).

All participants will be rewarded with special certificates confirming their involvement in this prestigious enterprise (first in Poland!).

Unfortunately, no financial gratification can be offered. If you are interested in taking part in this important project of international value, please contact: Robert Klonowski (project manager) via e-mail: rklonowski@wp.pl or via phone: (61) 8355930. 34



listopad2007