Issuu on Google+


Puls UM

SPIS TREŚCI

Drodzy Czytelnicy!

Spis treści

Sesja ciągła, choć z definicji trwać powinna nieprzerwanie przez cały rok akademicki, dziwnym trafem dla wielu z nas zwykle nabiera tempa pod jego koniec. I chociaż warunki atmosferyczne przyswajaniu wiedzy nie do końca sprzyjają, trzeba zacisnąć zęby i wytrwale przysiadać nad książką (i to często nie jedną…), szczególnie, jeśli marzą nam się upojne wakacyjne wojaże w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku... Sposobów na to, jak konstruktywnie spędzić czas nad literaturą fachową, z pewnością nie brakuje – znajdziecie je zresztą i w tym numerze! Ruch, sen, energetyczne smakołyki i dobrze napisany podręcznik lub notatki (a nie, jak to się zwykło mawiać o studentach UM – nawet książka telefoniczna) to recepta znana i sprawdzona już wielokrotnie. Wskazana jest jednak jej modyfikacja – o lekturę nowego numeru „Pulsu UM”, który z pewnością pozwoli Wam zadbać o higienę umysłu. Bez problemu zatem można wysnuć prosty wniosek – jeśli czytacie słowo wstępne do bieżącego numeru, jesteście na dobrej drodze do zaliczenia wszystkich egzaminów ;) Oczywiście jeśli nie zapomnicie o pozostałych elementach naszej recepty. A później czeka Was już z pewnością zasłużony odpoczynek; zatem w imieniu Redakcji i swoim własnym życzę Wam udanych i pełnych niezapomnianych wrażeń wakacji . Do zobaczenia już w październikowym numerze „Pulsu UM”! Aleksandra Suchecka

Mikroskop........................................................................4 – Bliżej zrozumienia mechanizmów upośledzenia... – Pasy bezpieczeństwa chronią także płód – Skuteczniejsze leczenie nudności i wymiotów Wariograf.........................................................................5 – dr n. med. Krzysztof Osmola Kilka pytań do.................................................................6 – prof. UM dr. hab. n. farm. Edmunda Grześkowiaka – prof. dr. hab. n. med. Andrzeja Tykarskiego Niech mówią o mnie, co chcą, byle te dzieci miały wszystko... .......................................................................8 – wywiad z prof. Alicją Chybicką Informacje z Uczelni......................................................11 – Nowy akademik Miesiąc wiedzy o............................................................12 – DS „Hipokrates” Rozbrat zostaje! ...........................................................13 UM w Poznaniu najlepszy!...........................................13 Ja a ja (i mój pacjent)....................................................14 Szpital od drugiej strony...............................................15 Z repertuaru Filharmonii Poznańskiej.......................16 – Wygraj bilety! The Medical Inquirer....................................................17 Ogłoszenia......................................................................20 Suchy przeciek...............................................................21 Recepta na egzamin.......................................................22 Xocolatl..........................................................................24 Ostatni egzamin? ..........................................................26 Podążać śmiało tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek..........................................................................27 Kącik filmowy................................................................28 – Gdy odchodzi ktoś bliski… Wspomnieniem przez świat..........................................30 – W krainie co się Rajem zowie Jolka...............................................................................32 Humor...........................................................................33

“Puls UM” Gazeta Studentów Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu Redaktor Naczelna: Aleksandra Suchecka (a.suchecka@pulsum.pl) Z-ca Redaktor Naczelnej: Maciej Tomczak (m.tomczak@pulsum.pl) Sekretarz: Beata Leszczak (b.leszczak@pulsum.pl) Redaktor Techniczny: Dawid Brudnicki (d.brudnicki����������� @pulsum.pl)

Grafik: Michał Maliński (m.malinski����������� @pulsum.pl) Kolegium Redakcyjne: Łukasz Chojnowski, Marta Kamińska, Ewa Kubacka, Agnieszka Leszczyńska, Anika Mielewczyk, Marta Mozol, Katarzyna Paczkowska, Mateusz Pawelczak Współpracownicy: Jan Nowak, Piotr Skrobich

Adres redakcji: ul. Przybyszewskiego 39, DS „Eskulap”, pok. 3 (obok administracji), 60-356 Poznań, tel./faks (061) 658-44-35, www.pulsum.pl; e-mail: pulsum@ump.edu.pl, Prosimy o przesyłanie tekstów na adres teksty@pulsum.pl. Nadesłanych tekstów nie zwracamy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania i adiustacji tekstów oraz zmiany ich tytułów. Druk: Wydawnictwo Uczelniane Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, nakład 4000 egz. Numer zamknięto 16.05.2009 Projekt okładek: Michał Maliński (foto: D. Brudnicki) Skład: D. Brudnicki, Ł. Chojnowski, M. Tomczak 


MIKROSKOP

Gazeta Studentów

MIKROSKOP czyli porcja interesujących nowinek ze świata nauki specjalnie dla Was!!! Bliżej zrozumienia mechanizmów upośledzenia umysłowego Zespół Angelmana to rzadka forma upośledzenia umysłowego, której wystąpienie jest uwarunkowane brakiem genu UBE3A. Eksperyment na mysim modelu zespołu Angelmana wykazał, że w korze nowej chorych myszy poważnie ograniczona została zdolność neuronów do zmiany układu wzajemnych połączeń w odpowiedzi na wrażenia wzrokowe. To odkrycie sugeruje, że u chorych z zespołem Angelmana podłoże trudności rozwojowych stanowi brak zdolności mózgu do zapisywania in-

formacji. Co ciekawe, myszy po okresie redukcji bodźców zmysłowych (deprywacji sensorycznej) przejawiały poprawę zdolności kory mózgowej do reagowania na nowe doświadczenia. Choć krótkotrwały, efekt ten był powtarzalny, co daje nadzieję na opracowanie metod leczenia. Jest możliwe, że odkryty mechanizm utraty plastyczności odgrywa rolę nie tylko w zespole Angelmana, ale także m.in. w autyzmie. (Nature Neuroscience z 10. maja 2009 r.)

Pasy bezpieczeństwa chronią także płód Wiele ciężarnych nie zapina pasów bezpieczeństwa podczas podróży samochodem, obawiając się o bezpieczeństwo płodu w razie zderzenia. Analiza 2400 przypadków ciężarnych, które zostały ranne w wypadkach, wykazała, że kobiety zapinające pasy bezpieczeństwa

miały niższe ryzyko powikłań w ciąży względem tych, które pasów nie zapięły. Najkorzystniejsza była sytuacja ciężarnych, które były dodatkowo chronione poduszką powietrzną. (Wiley-Blackwell Press Room, 16. maja 2009 r.)

Skuteczniejsze leczenie nudności i wymiotów

Leczenie nudności i wymiotów związanych z silnie emetogenną chemioterapią jest wciąż nierozwiązanym problemem współczesnej onkologii. W wieloośrodkowym, randomizowanym badaniu z podwójnie ślepą próbą porównano efektywność terapii standardowej (deksametazon, ondasteron) i wzbogaconej o badaną substancję

(mezylat kasopitantu). Leczenie przeciwwymiotne było skuteczne u 66% pacjentów leczonych standardowo i u aż 86% przyjmujących mezylat kasopitantu. Prawdopodobnie nowy lek będzie można przyjmować doustnie. (The Lancet Oncology z 11. maja 2009 r.) Opracował: Jan Nowak

Uwaga konkurs!!! Zapraszamy do wzięcia udziału w konkursie „Pulsu UM” na:

opowiadanie o tematyce medycznej Dodatkowe informacje i regulamin znajdziecie na stronie

www.pulsum.pl




WARIOGRAF

Puls UM

Imię i nazwisko:

Krzysztof Osmola

Stopień naukowy, stanowisko, miejsce pracy: dr n. med., p.o. Kierownika Katedry i Kliniki Chirurgii Szczękowo-Twarzowej Staż na Uczelni: 25 lat 1. Trzy słowa, które najtrafniej mnie opisują: tolerancja, stanowczość, uczciwość 2. Jestem mistrzem w: narciarstwie 3. Mam słabość do: samochodów, nart, rogali marcińskich 4. Nie potrafię: obrażać się na długo 5. Zawsze chciałem się nauczyć: pilotować samolot 6. Chciałbym jeszcze: nauczyć się mikrochirurgii 7. Autorytetem jest dla mnie: Profesor Stefan Flieger, Jan Nowak-Jeziorański 8. Kiedy kłamię: aby nie sprawić przykrości 9. Irytują mnie: upadek dobrych manier, powszechna agresja i zachowania graniczące z chamstwem 10. Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem? może ratownikiem górskim

11. Studentom zazdroszczę: Nie zazdroszczę nikomu. Może tylko trochę młodości i dobrych oczu. 12. Kiedy stoję w korku: słucham radia 13. Zawsze mam przy sobie: chustkę do nosa (jednorazową) 14. Niezwykła umiejętność, którą posiadam: technika jazdy telemarkiem 15. Moje ulubione miejsce na Ziemi: Zakopane 16. Muzyka, przy której się bawię: nie tańczę, rock 17. Muzyka, przy której odpoczywam: jazz instrumentalny 18. Energii dodaje mi: jazda na nartach 19. Moja dobra rada dla studentów: Uczyć się od „starych” praktyków, pamiętać o etyce zawodowej. Zawód, który wybraliście, to kwintesencja rzetelności, fachowości, kultury osobistej. Bądźcie wizytówką polskiego społeczeństwa. 


KILKA PYTAŃ DO...

Gazeta Studentów

KILKA PYTAŃ DO...

... Dziekana Wydziału Farmaceutycznego prof. UM dr. hab. Edmunda Grześkowiaka W dniach od 5 lutego do 29 kwietnia 2009 roku za pośrednictwem forum „Pulsu UM” (http://www. pulsum.pl/forum) oraz poczty elektronicznej, studenci mogli zadawać pytania prof. UM dr. hab. Edmundowi Grześkowiakowi – Dziekanowi Wydziału Farmaceutycznego. Poniżej prezentujemy wybrane pytania wraz z odpowiedziami pana profesora. (M.T.) Dlaczego po obronie pracy magisterskiej na farmacji trzeba czekać z rozpoczęciem stażu do 1 października, niezależnie od tego, kiedy się obroni pracę? Czy w przyszłości ma szansę pojawić się możliwość rozpoczęcia stażu wcześniej? Na innych uczelniach jest to możliwe. Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 16 lutego 2009 roku w sprawie praktyki zawodowej w aptece ukazało się w Dz.U. 09.31.215 z dnia 26 lutego 2009 roku. Rozporządzenie to w § 3 precyzuje, iż: Praktyka rozpoczyna się po wykonaniu i obronie pracy magisterskiej, nie później niż z dniem 1 października, i kończy się po 6 miesiącach, pod warunkiem zrealizowania pełnego programu praktyki w łącznej liczbie 960 godzin dydaktycznych, przy czym godzina dydaktyczna realizacji zajęć w ramach praktyki trwa 45 minut. Rozporządzenie MZ zmienia zatem wcześniejsze regulacje Konferencji Dziekanów Wydziałów Farmaceutycznych, według których realizacja praktyki zawodowej w aptece rozpoczynała się w 11 semestrze, czyli po 1 października. Pragnę w tym miejscu przypomnieć, że w szczególnych, losowych przypadkach władze dziekańskie wyrażały zgodę na wcześniejsze rozpoczęcie praktyki zawodowej w aptece, chociaż znacznie częściej prośby o zmianę terminu dotyczyły możliwości późniejszego jej rozpoczynania, czego obecnie nie przewiduje cytowane wyżej Rozporządzenie MZ. Czy będą studia magisterskie na kosmetologii? Środowisko akademickie Wydziałów Farmaceutycznych Uniwersytetów Medycznych prowadzących studia na kierunku kosmetologia, praktycznie od 13 czerwca 2006 roku, czyli od momentu opublikowania Rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, w myśl zapisów którego to dokumentu kosmetologia ograniczona została wyłącznie do studiów I stopnia czyli licencjackich, podejmuje działania, by przywrócić temu kierunkowi sta

tus studiów magisterskich. Zgodnie z posiadaną ekspertyzą prawną, tegoroczna rekrutacja będzie więc ostatnią na studia magisterskie na kierunku kosmetologia. Lista działań, inicjatyw i interwencji w tej sprawie jest niezwykle długa. Przełomem wydawała się być inicjatywa Pana Andrzeja Witolda Włodarczyka, Podsekretarza Stanu w Ministerstwie Zdrowia, który 14 lutego 2008 roku zwrócił się do Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego z postulatem przywrócenia kształcenia na studiach II stopnia na kierunku kosmetologia. Wielokrotnie też Konferencja Dziekanów Wydziałów Farmaceutycznych wyższych uczelni medycznych w Polsce, której przewodniczę od 2008 r., jednomyślnie podejmowała uchwały popierające przywrócenie kształcenia na studiach II stopnia na kierunku kosmetologia. Efektem interpelacji poselskiej jest pismo Pani prof. Barbary Kudryckiej, Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, z dnia 23 kwietnia br., adresowane do Marszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, Pana Bronisława Komorowskiego, w którym stwierdza się, że „…wszelkie kolejne opinie dotyczące rozszerzenia katalogu kierunków studiów prowadzonych jako studia pierwszego i drugiego stopnia w zakresie ,,kosmetologii” zostaną wnikliwie przeanalizowane i wzięte pod uwagę przy nowelizacji stosownych aktów prawnych”. Reasumując więc, udzielenie konkretnej odpowiedzi na postawione pytanie jest rzeczą trudną, zupełnie niezależną od chęci czy woli jednostki szkolącej, co nie powinno jednak decydować o zaniechaniu dalszych wysiłków na rzecz przywrócenia kształcenia na poziomie magisterskim. W działaniach tych nieodzowna jest także pomoc i poparcie studentów, o co gorąco apeluję. Dlaczego osoby posiadające Starą Maturę i jednocześnie wykształcenie mgra chemii lub biologii przy zdawaniu egzaminów wstępnych na Uniwersytecie Medycznym muszą zdawać również arkusz równoważny maturze na poziomie rozszerzonym z danego przed-


KILKA PYTAŃ DO...

Puls UM miotu, posiadając już wyżej wspomniane wykształcenie wyższe? Jak to odnosi się do osób, które są zwalniane z powodu bycia laureatem olimpiady przedmiotowej? Kandydaci legitymujący się tzw. „starą maturą”, podobnie jak kandydaci z tzw. „nową maturą”, przyjmowani są na rok akademicki 2009/2010 według zasad i trybu określonych w Uchwale Senatu Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Uchwała w punkcie dotyczącym „starych maturzystów” nie dzieli kandydatów na tych, którzy są absolwentami (magistrami) chemii, biologii, innych kierunków oraz na tych, którzy posiadają maturę, a nie ukończyli szkoły wyższej.

W naszej Uczelni nie stosuje się przelicznika ocen zdobytych na „starej maturze” na punkty, natomiast „starych maturzystów” obowiązuje zdawanie egzaminu wstępnego, który jest równoważny nowej maturze na poziomie rozszerzonym lub podstawowym. Przyjmowanie laureatów i finalistów olimpiad stopnia centralnego z biologii i chemii określa również Uchwała Senatu. Dotyczy ona laureatów i finalistów olimpiad przeprowadzanych w okresie, w którym obowiązywała stara lub nowa matura. Laureatom i finalistom przyznaje się 100 pkt. z przedmiotu, którego dotyczyła olimpiada, pod warunkiem wpisu na świadectwie „zwolniony” i złożenia odpowiednich dokumentów potwierdzających.

KILKA PYTAŃ DO...

... Dziekana Wydziału Lekarskiego II prof. dr. hab. Andrzeja Tykarskiego W dniach od 5 lutego do 29 kwietnia 2009 roku za pośrednictwem forum „Pulsu UM” (http://www.pulsum. pl/forum) oraz poczty elektronicznej, studenci mogli zadawać pytania prof. dr. hab. Andrzejowi Tykarskiemu – Dziekanowi Wydziału Lekarskiego II. Poniżej prezentujemy wybrane pytania wraz z odpowiedziami pana profesora. (M.T.) Studenci stomatologii wiele sprzętów i materiałów muszą kupować we własnym zakresie, a to niemałe wydatki. Czy jest szansa na zmianę/polepszenie tej sytuacji? To najważniejszy problem związany z dydaktyką kierunku lekarsko-dentystycznego, jaki chciałbym rozwiązać w tej kadencji. Miałem już wiele sygnałów, że konieczność kupowania tzw. wyprawki stomatologicznej stanowi duży problem finansowy dla studentów. Szansa rozwiązania pojawiła się pod koniec zeszłego roku, kiedy Ministerstwo zapowiedziało przekazanie dużych, dodatkowych środków dydaktycznych dla Uczelni do wykorzystania na celowane projekty dydaktyczne. Przygotowaliśmy wspólnie z kierownikami Klinik Stomatologicznych i PTSS projekt zakupu około 600 zestawów niezbędnego sprzętu i materiałów, co pochłonęłoby około 300 tys. złotych. Niestety, przyszedł kryzys i tych środków Uczelnie Medyczne nie dostały. Ale na pewno będzie kolejna okazja. Jak to możliwe, że w Collegium Stomatologicum jest stały problem z pozostawieniem płaszczy w szatni? Czy naprawdę nie stać Uczelni na dokupienie dodatkowych wieszaków, tak żeby i studenci, i pacjenci mogli spokojnie pozostawić okrycia?

Podobna kwestia dotyczy szafek. Czy jest szansa na zwiększenie ich liczby? Obecnie z jednej szafki korzysta często kilku studentów, a szanse na pustą szafkę są bliskie zeru. Sprawdziłem, że w szatni ogólnej jest zaledwie 180 wieszaków łącznie dla pacjentów i studentów. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę, że w Collegium Stomatologicum przebywa jednorazowo „lekko licząc” 200 studentów, miejsca szybko się wyczerpują. Naradzę się z Dyrektorem Centrum Stomatologii, czy można temu zaradzić. Co do szafek w szatni studenckiej, to jest ich za mało, ale po wizji lokalnej wydaje się, że jest tam miejsce na ustawienie dodatkowych szafek i spróbujemy to załatwić przy przychylności finansowej JM Rektora i Pana Kanclerza.

Uzyskałeś interesujące informacje w dziale „Kilka Pytań Do...”? A może chciałbyś „przepytać” kogoś jeszcze? Napisz do nas i powiedz, z kim mamy porozmawiać w przyszłym roku!

kilkapytando@pulsum.pl http://www.pulsum.pl/kilkapytando 


WYWIAD

Gazeta Studentów

„...Niech mówią o mnie, co chcą, byle te dzieci miały wszystko...” Kiedy trzy tygodnie temu przeglądałam najnowszy numer „Twojego Stylu”, bardzo zainteresował mnie artykuł o prof. Alicji Chybickiej – Kierowniku Katedry i Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej Akademii Medycznej we Wrocławiu. Tekst dotyczył tego, że Pani Profesor otrzymała tytuł Kobiety Roku 2008. Pomyślałam, że bardzo chciałabym się z Nią spotkać i przeprowadzić wywiad do najnowszego numeru „Pulsu UM”. Rozpoczęłam próby odnalezienia Jej adresu mailowego, telefonu. Choć trwało to parę dni, w końcu dostałam wiadomość zwrotną: „Zapraszam Panią w piątek na 10:00”. Oznaczało to wyjazd z Poznania o 6:45, ale naprawdę było warto! Przyjęła mnie niesamowicie sympatyczna i ciepła osoba, która z zaangażowaniem odpowiadała na moje pytania, choć za chwilę wyjeżdżała na konferencję do Gdyni. Kiedy rozpoczęła się Pani fascynacja medycyną? Czytałam, że zastanawiała się Pani również nad wyborem studiów elektronicznych... Prof. Alicja Chybicka: To trudne pytanie. Nigdy nie myślałam o tym, że będę lekarzem. W szkole średniej miałam bardzo dobre oceny ze wszystkich przedmiotów. Matematyk namawiał mnie, żebym poszła na uniwersytet. Brałam także udział w konkursie polonistycznym, na pracę dotyczącą Stanisława Augusta Poniatowskiego, a gdy zdobyłam pierwsze miejsce, moja polonistka uważała, że jedynym kierunkiem, jaki mogę wybrać, jest polonistyka. Postanowiłam, że będę zdawać na medycynę, a jeśli mi się nie uda, to na elektronikę. Mogę powiedzieć, że spełniłam marzenie mojej Mamy, która bardzo chciała zostać lekarzem. Dziś z perspektywy czasu uważam, że dobrze się stało. Nie tylko dlatego, że bardzo lubię swoją pracę, ale również dlatego, że na pewno byłabym beznadziejnym elektronikiem. Zrozumiałam, że aby zostać dobrym inżynierem, nie wystarczy tylko piątka z matematyki [śmiech]. A samo zainteresowanie onkologią dziecięcą? Czy ktoś miał wpływ na wybór takiej specjalizacji? Onkologią nigdy nie byłam zainteresowana! To był czysty przypadek. W czasie studiów mia

łam dobre wyniki w nauce, więc na trzecim roku rektor zaproponował mi indywidualny tok studiów. Ale zasada była taka, że miałam sama znaleźć sobie opiekuna. Byłam wtedy krótko po zajęciach z pediatrii, które prowadziła młodziutka pani docent Janina Bogusławska-Jaworska. Była dla mnie taką niesamowitą „torpedą” – zawsze pełna energii. Dlatego gdy trafiłam pod Jej skrzydła, moje zainteresowanie pediatrią rosło, choć początkowo marzyłam o zostaniu chirurgiem. Jednak doszłam do wniosku, że nie mam tyle sił, aby spędzać przy stole operacyjnym kilka godzin, dlatego zrezygnowałam z tego pomysłu. Doktor Jaworska pracowała w klinice pediatrii ogólnej

Pani Profesor na tle swoich licznych nagród


Puls UM i dopiero w 1973 roku rozpoczęła starania o utworzenie oddziału hematologii. A ja cały czas Jej towarzyszyłam. Można powiedzieć, że byłam tu od samego początku, gdy powstawała hematologia i onkologia dziecięca. Kiedy kończyłam studia w 1975 roku, obowiązywał nakaz pracy. Jednak studenci, którzy tak jak ja posiadali czerwony dyplom, mogli wybrać sobie oddział, na którym chcą pracować. Dlatego trafiłam na pediatrię ogólną, oddział hematologii. Siłą rzeczy rozpoczęłam doktorat pod kierunkiem – już wtedy – prof. Jaworskiej. W 1982 roku, gdy powstała klinika, skończyłam doktorat i specjalizację, więc byłam już w pewnym sensie ukierunkowana. Dlatego kłamstwem byłoby, gdybym powiedziała, że to była miłość do onkologii. Nie, tak po prostu wyszło. To, że wytrwałam trzydzieści lat w onkologii dziecięcej, zawdzięczam temu, iż zawsze uważałam, że ktoś tym dzieciom musi pomagać. Onkologii i hematologii nie da się uwielbiać. To dziedzina bardzo trudna, w której każde dziecko walczy nie tylko o swoje zdrowie, ale przede wszystkim życie. Gdy rozpoczynałam pracę, udawało nam się ratować tylko 10-15% maluchów. Dziś jest to ok. 80%. I oczywiście w ciągu tych lat miałam wiele momentów załamań, szczególnie gdy umierały dzieci, z którymi się zaprzyjaźniłam. To jest ogromny dramat, gdy umiera maluch, który „rósł na moich oczach”. Jednak zawsze po tych trudnych chwilach, patrzyłam na buzie innych moich pacjentów i dochodziłam do wniosku, że nie mogę odejść, nie wolno mi ich zostawić, bo jeśli wszyscy tak zrobimy, to kto będzie te dzieci leczył...? Chciałabym na moment wrócić do Pani słów, dotyczących tego, że początki onkologii dziecięcej w Polsce były bardzo trudne. Jak sobie Pani z tym radziła, jako tak młoda osoba? Pojawiały się chwile zwątpienia i pytania: „Czy to był dobry wybór?” Nigdy nie miałam takich chwil zwątpienia. Nie zastanawiałam się, czy to jest to, również dlatego, że wybór tej dziedziny był przypadkiem. Poza tym dzięki wspaniałej szefowej, jaką była prof. Jaworska, z każdym rokiem można było zauważyć postępy, rozwój nowych metod. I ja widziałam, że to wszystko ma sens. Wyleczalność poprawiała się z roku na rok. Wiedziałam, że trzeba o te dzieci walczyć. Mówiła Pani o tym, że tutaj każde dziecko walczy o życie. Czy uważa Pani, że dzieci są trudniejszymi pacjentami niż dorośli? Uważam, że są one innymi pacjentami niż dorośli.

WYWIAD Z dziećmi powinny pracować osoby, które je kochają, umieją się nimi zajmować. Ja na przykład nie nadaję się na internistę, natomiast uwielbiam dzieci. Nie mogłabym pracować nigdzie indziej. Nowotwór u dziecka jest jak burza: zabija wszystko. Tutaj bardzo dużo jest w naszych rękach, każda zwłoka może skutkować śmiercią. U dorosłych nowotwory rozwijają się latami, natomiast u dzieci można czasem zaobserwować, jak guz powiększa się z godziny na godzinę. Myślę, że aby pracować z dziećmi, trzeba mieć spore doświadczenie i umiejętności. Bardzo trudno jest przede wszystkim z dziećmi do 3. roku życia, które nic nie powiedzą albo zmyślą. To, co mówią, trzeba 15 razy przesiać. Gdy się je pyta „Chcesz iść tu?” – kiwną głową, „Boli cię brzuszek?” – też kiwną. A to wszystko „guzik prawda”. Dlatego trzeba mieć większe umiejętności w badaniu fizykalnym dziecka niż w przypadku dorosłego, który po prostu wszystko powie. Rozmawia Pani z dziećmi? Czy wiedzą, co im dolega? Rozumieją, że choroby może nie udać się wyleczyć? Nie mówimy dzieciom, że choroba może skończyć się śmiercią. Natomiast wiedzą, że są chore na poważną chorobę. Odpowiada się na poziomie tych dzieci, na każde zadane pytanie. To jest niewiarygodne, ale dzieci są tak mądre. Czują, co je może spotkać. Wydaje mi się, że są doroślejsze od swoich zdrowych kolegów. To na pewno niełatwa praca. Trzeba także zmagać się z przeciwnościami prawnymi, ekonomicznymi. Gdy w 2007 roku komornik zajął konto szpitala, uniemożliwiając leczenie dzieci, wystąpiła Pani z chorymi maluchami przed kamerami. Potem Minister Zdrowia uznał, że to zachowanie nieetyczne. Czy było warto? Oczywiście, że było warto. Komornik zabrał wszystkie pieniądze, a klinika była pełna dzieci. Choć to może niewiarygodne, tę konferencję zorganizowali rodzice. Ja wysiadłam z samochodu, oni czekali pod kliniką i prosili, żeby przeprowadzić konferencję. Wszyscy myśleli, że to „jak zwykle TA Chybicka”, ale to nieprawda. Wszystko przygotowali ci ludzie, a ja zgodziłam się wystąpić z dziećmi przed kamerami. Jeśli chodzi o zarzut Pana Ministra, to odpowiedziałam, że nieetyczny jest brak leków i skazanie dzieci na śmierć, a nie to, że one próbują o swoje życie same walczyć. Bo to dzieci, które doskonale wiedzą, że są ciężko chore, rozumieją, co je czeka, wiedzą, kiedy powinny przyjąć lek. Zdają sobie sprawę z tego, że gdy czegoś zabraknie, może się to skończyć tragicznie. 


WYWIAD

Gazeta Studentów

Dzięki takiej postawie, w środowisku medycznym przylgnęło do Pani określenie „żelazna Alicja”. Nigdy nie traci Pani ducha walki? Absolutnie nie należę do żelaznych osób. Być może jestem twarda, gdy trzeba walczyć o leki dla dzieci. Ale generalnie jestem bardzo łagodna, dzieci mi tu wchodzą na głowę. Grają w piłkę, pchają wózki, służące do rozwożenia leków. I właściwie bardzo łatwo uzyskują ode mnie zgodę na to, na co mają ochotę; na wyjście do domu, wyjazd do Jana Pawła II... Jednak jeśli chodzi o sprawy leków, rzeczywiście jestem żelazna. Wychodzę z założenia, że jeśli Pan Bóg kogoś odwołuje do siebie – to trudno. Ale jeśli to jest nieudolność urzędników, brak pieniędzy, jest to po prostu niedopuszczalne! Niech mówią o mnie, co chcą, byle te dzieci miały wszystko. Naprawdę nie zależy mi na pełnieniu tej, czy innej funkcji. Ale póki los zadecydował, że kieruję tą kliniką i odpowiadam za życie tych dzieci, to uważam, że muszę zrobić wszystko, żeby te maluchy dostawały leki. I nie jest w stanie mnie nikt nastraszyć... W ciągu wielu lat pracy otrzymała Pani niezliczoną ilość nagród i wyróżnień. Ostatnio także tytuł Kobiety Roku, przyznawany przez miesięcznik „Twój Styl”. Czy któraś z nagród miała szczególne znaczenie? Dla mnie najpiękniejszą nagrodą jest Order Uśmiechu, przyznawany przez dzieci... W takim razie jak się udało wypić szklankę soku z cytryny, przy odbiorze tego wyróżnienia? Oczywiście wypiłam go z przyjemnością, tylko dlatego, że podały mi go moje dzieci z kliniki. A normalnie nie przepadam za kwasami. Rzeczywiście mam bardzo dużo odznaczeń państwowych i rektorskich, jednak najbardziej cieszy mnie to, co dostaje od młodych ludzi. Choć tak naprawdę nic nie sprawia mi takiej radości, jak widok uśmiechniętej buzi dziecka. Natomiast jeśli chodzi o tytuł Kobiety Roku, to uważam, że kompletnie na niego nie zasługuję. Jaka ze mnie Kobieta Roku? Nie mam czasu na nic, a już na pewno nie na to, żeby się czesać, malować. Bardzo często przychodzę tylko ze spiętymi włosami, w normalnych ubraniach. I to jest Kobieta Roku? Odbierając nagrody zawsze powtarzam, że tutaj o zdrowie dzieci walczy sztab ludzi. To nie ja! Ja tylko nimi kieruję, więc odbieram wyróżnienia w imieniu całego zespołu – lekarzy, pielęgniarek, kucharek czy sprzątaczek. 10

Wykonany z makaronu prezent od małych pacjentów Każdego dnia jest Pani lekarzem, naukowcem, społecznikiem i managerem. Jak znaleźć na to wszystko czas? Czy znajduje Pani chwile na własne przyjemności, hobby? W tej chwili nie mam czasu na nic. Niedawno jeszcze życzyłam sobie, żeby doba trwała 48 godzin. Dziś potrzebowałabym 72 godzin. Ostatnio muszę rezygnować i dziękować za zaproszenia. Mam też mnóstwo zaległości w różnych abstraktach, pracach, recenzjach. Bardzo lubię teatr, operę, ale teraz mogę brać udział jedynie w koncertach charytatywnych. A gdyby jednak pojawiła się chwila wolnego? To siedziałabym w ogrodzie, bo uwielbiam grzebać w ziemi, sadzić rośliny. Poświęcałabym jak najwięcej czasu mojemu wnukowi, który ma prawie dwa latka. Obecnie każdą wolną chwilę spędzam z wnukiem, w moim ogrodzie, w którym na dzień dzisiejszy rosną głównie chwasty. Ma Pani marzenia? Związane zarówno z życiem prywatnym, jak i zawodowym?


INFORMACJE Z UCZELNI

Puls UM Oczywiście, że mam. Z pracą – to zrozumiałe – żeby dzieci nie chorowały, by odkryto coś, co dokona przełomu w leczeniu nowotworów... Myśli Pani, że współczesna onkologia zmierza w dobrym kierunku? Czy uda się wynaleźć ten „cudowny lek”? To dzieje się powoli, sprawa jest bardzo skomplikowana. Patogeneza raka jest trudna, wieloczynnikowa. Ale wierzę, że kiedyś się uda. Choć wtedy wszyscy moi koledzy – lekarze onkolodzy – stracą pracę... A w życiu prywatnym? Chciałabym mieć mnóstwo wnuków, więcej czasu... ... i ogród bez chwastów? [śmiech] Może nawet być z chwastami, żebym mogła tam buszować całe dnie. Na zakończenie, chciałabym prosić o radę, dobre słowo, dla studentów kierunków medycznych. Jak w dzisiejszych, zwariowanych czasach, pozostać tak jak

Pani – wspaniałym lekarzem, ale przede wszystkim dobrym człowiekiem? Myślę, że dzisiejszy program studiów nie jest dobry. Ma zbyt mało zajęć dotyczących pomocy psychologicznej dla przyszłego adepta sztuki lekarskiej. Taki młody lekarz nie wie, jak sobie poradzić z tym ogromnym stresem, jak nie załamać się po niepowodzeniach. I to jest wielki błąd. Myślę także, że powinno być więcej zajęć dotyczących tego, jak postępować z pacjentem, jak go badać, rozmawiać z nim. A co doradzam tak prywatnie? Myślę, że trzeba zachować umiar i równowagę we wszystkim. Zwolnić w tym szaleńczym biegu, bo to nic dobrego nie przyniesie. Życie nie może składać się tylko z pracy i nauki. Trzeba mieć swoje ideały, zainteresowania. Należy jeść, spać, patrzeć jak kwitną drzewa. Nie można całej doby spędzać nad książkami czy przed komputerem. Trzeba czerpać z życia pełnymi garściami, bo jest ono krótkie. Szczególnie teraz, gdy jako młodzi ludzie macie największy potencjał, musicie dobrze go wykorzystać: na to, co się musi, ale także na to, co się lubi. Dziękuję ślicznie za rozmowę Ewa Kubacka

Nowy akademik

Znany jest już wygląd nowego domu studenckiego, który ma stanąć w miejscu obecnego Studium Wychowania Fizycznego i Sportu. W piwnicy budynku znajdować się będzie rowerownia, pralnia i suszarnia. Na parterze będą pomieszczenia Studium Wychowania Fizycznego i Sportu oraz punkt gastronomiczny. W budynku ponadto znajdą się: sala telewizyjna, pokoje dla niepełnosprawnych, pokoje gościnne i pokój nauki. Powierzchnia każdego pokoju wynosić będzie ok. 21 m2, łącznie z przedpokojem i węzłem sanitarnym. W każdym pokoju będzie telefon i łącze internetowe. Bezpieczeństwo budynku zapewniać będzie monitoring oraz kontrola dostępu. Nie jest jeszcze znana nazwa akademika – sprawą ma zająć się Rada Uczelniana Samorządu Studenckiego, która

ogłosi odpowiedni konkurs. Nie wiadomo też, ile kosztować będzie miejsce w tym domu studenckim. Maciej Tomczak

Zapraszamy do udziału w konkursie fotograficznym „UMP w obiektywie”! Czekamy na zdjęcia osób, obiektów i wydarzeń związanych z życiem naszej Uczelni. Może zdjęcie zrobione przez Ciebie zostanie fotografią miesiąca lub roku?

Szczegółów szukaj na stronie : www.pulsum.pl/foto

Warto podjąć to wyzwanie! 11


RUSS

Gazeta Studentów

MIESIĄC WIEDZY O... O CZYM? O DS „Hipokrates”. Adres: ul.Wilczak 12a, 61-623 Poznań, tel. (61) 659 79 03 (administracja) ILU STUDENTÓW MOŻE MIESZKAĆ W HIPOKRATESIE? Dwa piętra i parter pomieszczą 176 studentów. JAK WYGLĄDA POKÓJ W HIPOKRATESIE? W Hipokratesie są dwa typy pokoi dwuosobowych – o nowszym i starszym standardzie. Starszy segment – pokoje są całkiem spore jak na realia akademikowe (ok. 20 m2). Znajdziemy tu dwie szafy, dwa łóżka, dwie szafki nocne, biurko, stół z krzesłami, regał na książki, półkę kuchenną, lodówkę oraz umywalkę i lustro. Łazienka znajduje się na korytarzu. Nowy segment – pokoje są mniejsze (ok. 12 m2). Na wyposażeniu są dwa biurka, szafa, dwa łóżka, regał, dwie szafki nocne, lodówka, a w oknach rolety ;) Łazienka – jedna na dwa pokoje. GDZIE MOGĘ COŚ UGOTOWAĆ I COŚ WYPRAĆ? Kuchnia znajduje się na każdym piętrze. W pralni przeznaczonej dla wszystkich mieszkańców znajdziemy 5 pralek. CZY W POKOJACH JEST DOSTĘP DO INTERNETU? W większości pokoi jest dostęp do Internetu. Z roku na rok rośnie liczba pokoi podłączonych do sieci. JAKIE JESZCZE POMIESZCZENIA SĄ W HIPOKRATESIE? Jak na akademik przystało, są miejsca do uczenia się – dwie świetlice. Poza tym znajduje się tu sala komputerowa czynna zazwyczaj w godzinach popołudniowych. CZY MOŻE MNIE KTOŚ ODWIEDZIĆ? Oczywiście! Twój gość musi jednak zostawić w portierni dokument tożsamości. Natomiast na noc potrzebna jest już przepustka. JAKI JEST KOSZT MIESZKANIA W HIPOKRATESIE? 250 zł lub 290 zł zależnie od typu pokoju. Pokój jednoosobowy – 350 zł. Biuro RUSS, DS Medyk ul. Rokietnicka 4, pokój 018 12

Weronika Pelczar Rada Uczelniana Samorządu Studenckiego


WYDARZENIA

Puls UM

Rozbrat zostaje!

Niewiele jest miejsc na świecie, gdzie poświęca się czas na rozwój kultury alternatywnej, gdzie człowiek ma okazję poznać lepiej samego siebie, odkryć śpiące w nim talenty i robić to, co naprawdę lubi. Jednym z takich miejsc jest istniejący już 15 lat na hektarowej działce Skłot Rozbrat, który znajduje się w Poznaniu przy ulicy Pułaskiego 21a. Rozbrat jest niezależnym centrum kultury alternatywnej, miejscem, gdzie można naprawdę się spełnić i rozwijać społecznie. Poznański Skłot ma na swoim koncie niezliczone ilości koncertów artystów z całego świata, setki wystaw i tysiące spotkań. To jedyne tak offowe miejsce w naszym mieście, które nie może zniknąć z jego powierzchni. Problem jest w tym, że władze miasta Poznania chcą pozbawić ludzi tego jedynego w swoim rodzaju miejsca, gdzie wyobraźnia pobudzana jest do granic możliwości. Chcą je nam odebrać, a na miejsce naszego centrum społecznego i politycznego postawić prywatne osiedle, gdzie 1 m2 ma kosztować ponad 10 tys. zł. Chcą pozbawić dachu nad głową ponad 20 ludzi i uniemożliwić realizację swoich marzeń wielu tysiącom. Nie da się stworzyć drugiego na taką skalę unikatowego i zarazem utopijnego miejsca, którego konieczność istnienia tak bardzo podkreślam. Nie pozwólmy na to, by bogaci mieli być dzięki temu jeszcze bogatsi, a społeczeństwo stało się uboższe kulturowo. Rozbrat to nie tylko 20 osób, które tam zamieszkuje – to także cała społeczność alternatywna. 9 maja 2009 roku około godziny 15:00 pod Operą w Poznaniu rozpoczęła się demonstracja zorganizowana przez Kolektyw Rozbrat. W manifestacji wzięło udział około 1,5 tys. osób, w tym wielu ludzi ze środowisk na-

ukowych, szereg organizacji i grup polskich, jak i zagranicznych stowarzyszeń. Sama miałam przyjemność rozmawiania z Hiszpanami, Francuzami i Niemcami, którzy w ramach solidarności przyjechali bronić poznańskiego Rozbratu. Sama demonstracja nie dotyczyła tylko i wyłącznie obrony Skłotu, ale była też sprzeciwem wobec bezmyślnej polityki miasta, przeciw prywatyzacji przestrzeni publicznych oraz odzwierciedleniem problemów, z jakimi borykają się młodzi ludzie – braku mieszkań dostępnych na każdą kieszeń. Trasa przemarszu była zorganizowana tak, by każdy z demonstracyjnych okrzyków dotarł do jak największej ilości ludzi. Manifestowaliśmy swoje poglądy na Rondzie Kaponiera, św. Marcinie, Półwiejskiej, Starym Rynku, a także przed byłym Skłotem, z którego zostali wyeksmitowani skłotersi w najcięższym, bo zimowym okresie. Cały protest obfitował w wiece, gdzie przemawiali różni działacze i przedstawiciele ważnych organizacji. Wydaje mi się, że akcja demonstracyjna udowodniła, jak ważnym i wyjątkowym miejscem jest dla nas Rozbrat. Jak cenny jest – nie grunt, na którym stoi, lecz to, co nam przekazuje i jakie daje nam możliwości. Nie dajmy się ludziom, którzy w imię finansów chcą rządzić życiem i przestrzenią innych. Mimo że sama stosunkowo od niedawna bywam na Rozbracie, czuję się solidarna z ludźmi, którzy tak bezinteresownie potrafią poświęcać samych siebie dla celów społecznych. Mam nadzieję i liczę na to, że w przyszłości będę mogła wykrzyczeć wniebogłosy, z przekonaniem, że Rozbrat zostaje, że został uratowany. Anna Jeżewska

UM w Poznaniu najlepszy!

W rankingu „Perspektyw” i „Rzeczpospolitej” Uniwersytet Medyczny w Poznaniu wśród uczelni medycznych zajął pierwsze miejsce. Kolejne miejsca zajmują uczelnie z Krakowa i Wrocławia. Wśród ogółu uczelni zajmujemy miejsce 9. W tym rankingu zdecydowanie prowadzą Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski, a miejsce trzecie zajmuje Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Najważniejszymi kryteriami oceny były: siła naukowa (40%; rozwój nauki, ilość pracowników z tytułami naukowymi, publikacje, cytowania, projekty badawcze) i prestiż (30%; ocena pracowników w środowisku naukowym oraz preferencje pracodawców). Mniej istotne były warunki studiowania (15%; dostępność podręczników, kadr, możliwość rozwijania zainteresowań, osiągnięcia sportowe) i umiędzynarodowienie studiów (15%; ilość obcokrajow-

ców, zajęcia w obcych językach, zagraniczni nauczyciele, wymiany studenckie). Nasza Uczelnia została szczególnie wysoko oceniona za swój potencjał naukowy oraz za wielokulturowość środowiska studenckiego. Wysokie noty zebraliśmy też za nadane stopnie naukowe, rozwój własnej kadry, ilość publikacji, liczbę akredytacji, dostępność wysoko wykwalifikowanych kadr dla studentów, warunki korzystania z biblioteki, ilość osób studiujących w językach obcych i ilość wykładów w językach obcych. Ranking „Perspektyw” i „Rzeczpospolitej” przygotowywany był już po raz dziesiąty. W latach 2007-2008 w klasyfikacji ogólnej UMP zajmował odpowiednio 15 i 9 miejsce. W rankingu uczelni medycznych było to miejsce 4 i 2. Maciej Tomczak 13


FELIETON

Gazeta Studentów

Ja a ja (i mój pacjent) Moje liceum to był trochę inny świat. Mówiono o nim, że ma „system amerykański”, chociaż wymyślony był w Polsce i żaden Amerykanin nie miał z tym nic wspólnego. Długo by opowiadać o systemie i całej szkole. W każdym razie zamiast normalnych przedmiotów mieliśmy kursy i tak np. język polski był podzielony na 8 kursów podstawowych i kilka rozszerzonych. Przedostatni podstawowy – moim zdaniem najciekawszy, najważniejszy, najlepiej przeze mnie zapamiętany, odbywał się pod hasłem „ja a ja”. Z ciekawości (sentymentu?) zerknęłam dziś jeszcze raz w program tego kursu. Są tu „Treny”, „Liryki lozańskie”, „Testament Mój”. Przypominam sobie, jak mocno przeżywałam tamte zajęcia. Zderzenie moich wyobrażeń i emocji z tymi, o których pisali inni ludzie. Zwykle żyjący w zupełnie innych czasach, środowisku. Mający doświadczenia, których ja nie miałam, a mimo to przedstawiający je tak sugestywnie, że pobudzały mnie nawet do jakiejś formy współodczuwania. Te teksty, atmosfera zajęć, młodzieńczy i dość „emocjonalny” wiek – to wszystko pozwalało mi odkryć w sobie całą masę nieznanych uczuć. I nie tylko je zauważyć, ale także przemyśleć, nazwać i poukładać w głowie na odpowiednie półki. To ostatnie było najcenniejsze, bo przecież uporządkowanie emocji jest pewną miarą dojrzałości. Można więc powiedzieć, że przez trzy miesiące codziennego zaglądania w siebie na polskim, bardzo dojrzałam. Pewnie się zastanawiacie, po co Wam o tym wszystkim piszę. Powody są dwa. Po pierwsze, chcę zachęcić wszystkich, aby posłali swoje przyszłe latorośle do tego właśnie liceum (info na maila;)). Po drugie, bardzo mi się to wspomnienie kojarzy z moimi studiami. Bo przecież każde zetknięcie z pacjentem to takie mini „ja a ja”. Na szpitalnej sali spotykamy się ze zlepkiem ludzkich przemyśleń, refleksji i emocji, dużo bardziej jaskrawych, niż te podane nam w formie poetyckiej czy prozy. Ale też mniej „czarno na białym”, subtelniej, inaczej, dogłębniej, prawdziwiej. I to jest dla mnie najbardziej fascynująca, ale i najtrudniejsza, rzecz w byciu lekarzem. Przyjście do drugiego człowieka, wsłuchanie się w niego, zrozumienie jego strachu, bólu, cierpienia, nadziei, o których przecież wcale nie musi mówić, chociaż są. I poradzenie sobie z tymi emocjami. Przepracowanie ich w sobie, zrozumienie, zachowanie się odpowiednio do 14

nich, czyli tak jak pacjent od nas by tego oczekiwał. To znacznie trudniejsze, niż tylko przyjęcie ich do wiadomości, ma jednak często ogromną rolę terapeutyczną. Niełatwo jest stawić czoła cudzemu cierpieniu, odchodzeniu, smutkowi. Są one negatywne, trudne, ciężkie. Jako że nikt nie lubi czuć się źle, staramy się od takich uczuć uciekać. Zarówno kiedy sami je przeżywamy, jak i kiedy dotyczą naszego pacjenta. Nie jest to dobre wyjście, bo uwolnienie ich może przynieść wielką korzyść. Jednak zbytnie skupienie na nich jest bardzo negatywne. Jak więc wypośrodkować? Na to trudne pytanie zaczynam układać sobie w głowie odpowiedź. Nie wiem, czy jest prawidłowa. Myślę, że aby być dobrym lekarzem, trzeba poradzić sobie z własnymi emocjami. Przepracować je i przemyśleć. Aby je rozumieć, nie bać się ich i przywiązywać do nich akurat taką wagę, na jaką zasługują. Ponieważ nie jesteśmy w stanie doświadczyć wszystkich ich odcieni, potrzeba nam dużo empatii i wyobraźni. Pomaga też literatura, poezja, do której czytania serdecznie zachęcam (w końcu jesteśmy na najbardziej humanistycznym z kierunków). Także bliskie relacje z innymi ludźmi oraz wszystkie te rzeczy, z których tak często rezygnujemy, bo „musimy się uczyć”, paradoksalnie czynią nas potencjalnie lepszymi lekarzami. Droga do poznania, zrozumienia i zaakceptowania własnych emocji musi być jednak świadoma. I właśnie teraz, jeszcze na studiach, warto się w tę drogę wybrać. Dla mnie zaczęła się ona na zajęciach z deontologii. Tam właśnie zrozumiałam, co może czuć osoba cierpiąca i umierająca. Mimo że niechętnie zastanawiałam się nad problemem śmierci, cierpienia, odchodzenia, zajęcia te przyniosły mi pewną ulgę. Bo teraz znacznie łatwiej mi zachować się wobec pacjenta. Rozumiem go i potrafię wyobrazić sobie, czego ode mnie oczekuje. Cykl zajęć kończył się obowiązkowym pisaniem eseju. Każdy poruszał trochę inny temat. Bardzo żałuję, że nie miałam okazji żadnej z tych prac przeczytać. Dlatego apeluję do odważnych (zarówno tych, którzy pisali w tym roku, jak i w latach poprzednich), aby przesłali swoje eseje na adres redakcji „Pulsu UM”. Tak wiele możemy się od siebie nauczyć! Marta Mozol


FELIETON

Puls UM

Szpital od drugiej strony – Dzień dobry. Byłam dziś umówiona na przyjęcie... – pytam w Izbie Przyjęć, czy to nadal aktualne. – Proszę stanąć w tej kolejce – odpowiada dyspozytorka, wskazując mi kilkunastometrowy rząd ludzi. No nic – czekam. W końcu pada zaproszenie: – Osoby do przyjęcia wchodzą poza kolejnością! – i już jestem do przodu względem tych, którzy przyszli tu na ostry dyżur. Ciekawe, kiedy oni zostaną „obsłużeni”? Po kilkudziesięciu minutach docieram do lekarza. Nie mówi dużo. Pyta o powód przyjęcia, ogląda skierowanie, wykonuje 5-cio sekundowe badanie przedmiotowe. – Proszę wrócić z tym na izbę – zwraca się do mnie, podając mi kilka kartek – a potem przyjść tu z powrotem. Pół godziny później zbliżam się ponownie do lekarza. Teraz już zajmuje się mną inny „doktor”. Głównym tematem rozmowy jest zgoda na wszelakie czynności, które mają być wykonane względem mojej osoby podczas pobytu w szpitalu. Wreszcie mogę iść na oddział. Tam wita mnie wywiad epidemiologiczny – dosyć barwny, z racji tego, że jestem studentką UM w Poznaniu. Dostaję salę, pielęgniarka prowadzi mnie na nią, każe się rozgościć. „Całkiem miło” – myślę sobie, nie przeczuwając, że to tylko wyjątek potwierdzający regułę. Leżę na sali, rozglądam się, poznaję topografię oddziału. Czekam na swojego lekarza prowadzącego – wszak widziałam już dwójkę, ale nie wiem, czy któryś z nich nim zostanie. Czekam... i nic. Potem jest obchód, na którym spotykam tych samych lekarzy, ale żaden nie uważa się za mojego lekarza prowadzącego. „No cóż” – myślę – „może jutro ktoś się pojawi”. Okazuje się, że dużo się nie mylę. Pojawia się pani doktor, przedstawia się, rozpoczyna wywiad. Szkoda, że rozmawiamy na korytarzu – przytulny gabinet, odizolowany od reszty pacjentów, byłby lepszy dla uzyskania dobrego kontaktu. Może wtedy miałabym odpowiednie warunki, aby zapytać, jak wyglądać będzie zabieg, któremu mam zostać dzisiaj poddana? Ale cóż, idę w ciemno. „Jakoś to będzie” – myślę. Potem przychodzi czas na badanie przedmiotowe. Lekarz zbliża się do mnie z różnymi przyrządami. Nie wyjaśnia, czego powinnam się spodziewać. Dziwi się, że reaguję na badanie lękiem: – Jak trudno zbadać pacjenta, gdy on nie chce współpracować – narzeka inny lekarz. A ja męczę się dalej. Nadchodzi czas zabiegu. Jestem już znieczulona mentalnie. Fizycznie jeszcze nie. Blok operacyjny wita mnie wielkim napisem. Równie dobrze mogłoby tam być napisane „stolarnia”, ale nie chcę tutaj wchodzić w

szczegóły swojego zabiegu. Z mojego punktu widzenia istotne jest to, że ktoś zapomniał podać mi środka przeciwbólowego. Znieczulenie miejscowe też nie jest rewelacyjne, ale nie będę narzekać – ostatecznie wychodzi to chyba korzystniej niż ból gardła po rurce intubacyjnej i ryzyko nieobudzenia się. Wracam obolała na swoją salę. Śpię. Próbuję spać. Walam się z boku na bok. Środek przeciwbólowy działa, ale mógłby lepiej. Po kilkudziesięciu minutach przychodzi lekarz: – Rozpisałam pani środki przeciwbólowe... ale proszę nie korzystać z nich za często. „Cięcia budżetowe” – pomyślałam w moim półśnie i pogrążyłam się w nim dalej. Wieczorem budzi mnie obchód. „Nie za dobrze, wszystko mnie boli” – odpowiadam w myślach na niezadane pytanie. Pełna obaw idę po środek przeciwbólowy – widzę, że koleżanki z sali mają problem z uzyskaniem go. W końcu na farmakologii mówili, że teraz w medycynie jest trend leczenia bez bólu i że dominuje podawanie środków przeciwbólowych, zanim on nadejdzie, a nie na żądanie. „Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz” – myślę. Po kilku minutach z kroplówki przyjemnie sączy się Ketonal. Od razu lepiej... Po nieprzespanej nocy patrzę z nadzieją w nowy dzień – „Przyjdzie moja lekarka, powiem jej o tym, że mnie boli i o innych objawach – może coś zaradzi?”. Ale nie zaradziła, bo się nie pojawiła. Coraz bardziej czuję się jak popsuta szafa albo co najwyżej samochodowe drzwi do wyklepania. Ustalam sobie w myślach, że będę prosiła o środki przeciwbólowe co 8 godzin – da to wprawdzie tylko pewną ulgę, ale może chociaż trochę pośpię. Boli mnie. Idę po kroplówkę. – Niech pani nie przesadza! Przed chwilą pani dostała! – z wrodzoną uprzejmością odpowiada pielęgniarka. „Ach, to były przeciwbólowe!” – stwierdzam, sądząc, że dostałam wtedy inny lek. Tylko skąd mam to wiedzieć, skoro personel nie informuje, jaki lek podaje? OK, skoro tak, to niech tak będzie. Idę do łóżka. Nie mogę spać. Choć wiem, że daleko mi do bólu nowotworowego, momentami czuję, że umieram. Ale o środki prosić nie chcę. Te kilka godzin wytrzymam. Teraz już wiem – będę się uczyć o godzinę w tygodniu mniej, a przez ten czas popracuję nad sobą, nauczę się lepiej rozumieć ludzi i z nimi po prostu rozmawiać. 200 książek w małym palcu i średnia 5.0 to nie wszystko. Moi pacjenci na pewno to docenią. Monika 15


ARS MUSICA

Gazeta Studentów

Z repertuaru Filharmonii Poznańskiej 5 czerwca (piątek) 2009, godz. 19:00 Aula Uniwersytecka FANFARY I WIEDEŃCZYCY Orkiestra Filharmonii Poznańskiej Krzysztof Urbański – dyrygent Alexander Vavtar – fortepian Eva Steinschaden – skrzypce program: Monika Kędziora – Fanfary dla Rzeczpospolitej (utwór zamówiony przez Filharmonię Poznańską w 20. rocznicę 4 czerwca 1989 roku) Joseph Haydn – Koncert na klawesyn, skrzypce i orkiestrę smyczkową F-dur, Hob. XVIII:6 Johannes Brahms – II Symfonia D-dur op.73 12 czerwca (piątek) 2009, godz. 19:00 Aula Uniwersytecka ZAKOŃCZENIE SEZONU Orkiestra Filharmonii Poznańskiej Chór Akademicki UAM (Jacek Sykulski – przygotowanie) Chór Kameralny UAM (Krzysztof Szydzisz – przygotowanie) Poznański Chór Kameralny (Bartosz Michałowski – przygotowanie) Poznański Chór Chłopięcy (Jacek Sykulski – przygotowanie) Marek Pijarowski – dyrygent Iwona Hossa – sopran Piotr Łykowski – kontratenor Artur Ruciński – baryton

program: Carl Orff – Carmina Burana 19 czerwca (piątek) 2009, godz. 20:00 Konin, Rynek WIRTUOZI I SZTUCZNE OGNIE Orkiestra Filharmonii Poznańskiej Łukasz Borowicz – dyrygent Janusz Wawrowski – skrzypce Łukasz Kuropaczewski – gitara Szymon Jabłoński – akordeon program: Antonio Vivaldi – Koncert nr 1 E-dur Wiosna Antonio Vivaldi – Koncert nr 2 g-moll Lato z Czterech pór roku Pablo Sarasate – Zapateado na skrzypce i orkiestrę Joaquin Rodrigo – Concierto de Aranjuez Niccolo Paganini – Sonata na skrzypce i gitarę Astor Piazzolla – Koncert na bandoneon i orkiestrę Aconcagua, cz. 1 Georg Friedrich Haendel – Muzyka sztucznych ogni 28 czerwca (niedziela) 2009, godz. 19:00 Malta, Trybuny ziemne GWIEZDNE WOJNY, GWIAZDY NAD MALTĄ Z OKAZJI DNIA PATRONÓW POZNANIA Orkiestra Filharmonii Poznańskiej Łukasz Borowicz – dyrygent Współpraca: Władze Samorządowe Poznania

Zainteresowanym większą ilością informacji polecamy stronę: www.filharmoniapoznanska.pl. Agnieszka Leszczyńska Jeśli odpowiesz prawidłowo na pytania konkursowe, możesz wygrać bilety na następujące koncerty w Filharmonii:

1. 2.

5 czerwca (piątek) 2009 FANFARY I WIEDEŃCZYCY – 1 podwójny bilet 12 czerwca (piątek) 2009 ZAKOŃCZENIE SEZONU – 2 podwójne bilety

Odpowiedzi proszę przesyłać na: a.leszczynska@pulsum.pl. Proszę wskazać na zgłoszeniu wybrany koncert. Ostateczne terminy przesyłania odpowiedzi to: na koncerty nr 1) 5 czerwca – do 2.06.09, na 2) 12 czerwca – do 5.06.09. Po każdym z tych terminów odbędzie się losowanie wśród zgłoszeń nadesłanych na dany koncert. A oto pytania: I. Kto skomponował kantatę Carmina Burana i w którym roku? II. Co to jest „neum” w terminologii muzycznej? III.Wymień 3 języki, w m.in. których został napisany zbiór rękopisów „Carmina Burana”. 16


The Medical Inquirer – Student Newspaper

Issue No. 7

Dear Reader, this edition of the Medical Inquirer is the last one before the summer break.So at this point I would like to thank the Medical Inquirer staff for doing such a good job this year. Most of us were writing articles for the first time in their lives and I think we managed pretty well. I would also like to thank Puls UM for giving us a chance to publish our newspaper. They really did a great job in helping us do our first steps in the newspaper business and without them our newspaper would probably not exist today. Most importantly, I hope that you, our Readers, enjoyed our 6 editions and that you are looking forward to more to come. Since some of our editors are graduating this year we are looking for new editors for our newspaper. Anyone who would be interested in writing articles for the Medical Inquirer after the summer please send us an email. We are also looking for a new chief editor who would be in charge of the newspaper after summer. I am finishing up my internship this October and I will probably leave Poland so I can no longer be the chief editor. Even if I decide to stay I will be busy with work, finishing up my PhD and with my other research projects. I would like to give a student a chance to be the chief editor since this newspaper is a student newspaper. So everyone who is interested in being in charge of the Medical Inquirer please contact me directly via my emailadress:Lukasz.Janiak@hotmail.com. Let us hope that next years staff will also do such a good job and that the Medical Inquirer will remain the voice of the English program students. Lukasz Janiak The Chief Editor of the Medical Inquirer

17


A Racist Poznan u Racism has existed as long as man has, and it doesn’t seem to be going anywhere. Poznan is no different, but it’s definitely not as bad as some other places on our little world. Racism itself probably stems from our ancient instinct to fear the unknown, especially strangers. That mistrust and healthy fear allowed our ancestors to survive. Unfortunately, in a modern world like the one we have today, where world leaders cry for peace and prosperity, it’s hard to let go of our Stone Age brain. So, mistrust and fear eventually lead to hate, and in the immortal words of Master Yoda, “hate leads to suffering”. Poland has a history as being one of the most progressive and tolerant Christian European nations of the past few centuries. It accepted Jews, Mongols, and Muslims. It created a constitution long before the States ever did. But, for all its progress, it still rotted from within and eventually ceased to exist, reappearing only to be subjugated again by some of the most tyrannical of peoples. WWII changed Poland, and the Soviet occupation afterwards did not help. Gone were the high minded thoughts of tolerance and progress. But, Poland has taken long strides in order to overcome and catch up with the rest of the world since it’s ultimate self-liberation. Now, it has people of all different colors and creeds living and working together within its red and white borders. One need look no further than the Medical University in Poznan. It has accepted people from Nigeria to Taiwan, and created a truly international academic setting within its halls. Although, that doesn’t mean everyone here is jumping for joy at the sight of us. Poland still has a way to go before it becomes a truly tolerant nation, but it’s not hard to understand when the population is 98% Caucasian and Catholic. North America deals with racism every day, but no one stares at you in public just because you are brown or black. They only stare if you look funny. Funny as in Mohawks and way too many piercings. That’s because the continent is a melting pot. People are exposed to other peoples from an early age, it becomes normal. Poznan itself only has isolated incidents of outright, in your face racism. Not like the east of Poland, where goose stepping neo-fascists attack and badly injure a Norwegian student for having a darker shade of skin. Here, you might find yourself verbally abused, with the classic “Ching chang chong”, for example. Or two teenagers walking by 18

saying how nice it probably is to sexually assault an asian girl. There’s the occasionally name calling, using imaginative comparisons of dark skinned people to one animal or another. Not to mention the constant staring, and whispering. Problem is, I truly can’t say I know how it feels, this has all been related to me by various friends of mine. I’m a white boy. I can’t experience Poznan like some of my colleagues do. But, my color lets me hear what the white folk around here really think or have to say. My favorite quote, coming out of a college educated twenty-something year old girl, “Poland is for Polish People. Don’t you agree?”. I must say, that was when that date officially turned into, “I had fun, let’s never see each other again.” As grim as it may seem, we are doing our part in improving Poland, specifically, Poznan. Just by being around, all those kids that stare and remember you won’t mind or stare later on in their lives. It will be absolutely normal to see someone other than a pale Catholic, running errands around the city they live in. Just by being here, we are raising awareness. “There are people out there unlike me and there’s nothing wrong with that”. How many sushi restaurants are there in Poznan? Four or five, right? When I got here, there was one, maybe two. And that was five years ago. How many of us are there in the English programs? Somewhere around a couple of hundred, maybe? When it all started around 15 years ago, it was less than a dozen, total. Change takes time, and it seems Poznan is on the right track. Michael Losos


To Cheat or Not to Cheat, that is the moral question Before you get all riled up, please hear me out. Not everyone cheats. There – I said it. While trying to find the students that do not cheat in medical school is literally like trying to find a needle in a haystack, they do exist. I am almost sure that each of us can think of that one solitary student (or maybe two) who would be characterized as students who do not cheat. But what about the rest? Is cheating really that bad? What can be done to decrease cheating? These are just a few of the questions I sought answers to. It would be safe to assume that in the world of learning, cheating has been around as long as education itself and exists in all education systems. It is regarded as a significant problem because of its frequency and interference in learning and evaluation processes. As cheating is not a fair behavior, it can be dealt with morally (more on that a bit later in this article). I am sure we can all come up with examples of cheating from our personal educational experiences from talking to the person nearby to signing in an absent student to using cheat sheets and at some schools, even paying to passing an exam occurs. When it comes to the percentages of students who cheat, the numbers varied immensely among all the different levels of education (i.g. primary school to university to professional school), among different faculties (i.g. engineering, medical, business), and differed depending on the world region of the school as well. However, the reasons given by students were similar. Reasons included: the negative attitudes of teachers, examinations depending primarily on memorizing, inability to understand the lesson, the psychological pressure of family and not studying enough. While these reasons point to individual student reasons, studies agree that some of the responsibility also lies within the educators. Especially in Eastern Europe universities, two main factors are proposed. The first factor being that senior professors and department heads (and higher) are given positions for political reasons rather than for academic reasons. The second factor being that irrelevant and poorly specified curricula

are placing an intolerable burden on the already fragile backs of medical students. Studies across the board all provide evidence that cheating goes on in medical school but evidence is also provided that such cheating may predict dishonesty later on. This dishonesty may predict unethical behavior in professional practice, regardless of the reasons. Studies have found that as high as 25% of students had seen or heard about dishonesty concerning clinical findings. Dr. Warner adamantly states, „reporting of inaccurate information on record forms is something that affects us all.” It is primarily these findings that can be most frightening. When cheating no longer is confined to a written exam but to patient records. The Hindustan times printed an interesting article in 2008 entitled, “License to kill: Cheating to serve the nation.” The article was based on a situation where rampant impersonation was discovered to be occurring on their foreign medical graduate exam. “They don’t go abroad to study, but to get degrees,” says an investigating officer of the Crime Branch. That the officer is talking about aspiring doctors whose knowledge could be responsible for the health and well-being of some of us in the years to come explains the gravity of the situation. Unfortunately, this attitude of foreign trained doctors and dentists is shared by many in the public eye. Ultimately, it is exactly the severity of this situation that worries researchers, and should worry us as students as well. If students are willing to cheat within the classrooms, if students cheat within the clinics with patient records in medical school, one can, based on studies, believe that a history of cheating is the biggest factor in it continuing. So where does one draw the line? What is permissible as acceptable, what is not? Can students agree exactly what to do to combat the cheating that goes on? Students suggest that cheating could be decreased by teaching that requires learning as opposed to strictly memorizing and by careful observation by supervisors during examinations. One study suggested that almost 30% of students agreed that if a student was caught cheating, they should be kicked out of university. It is here where the “moral” question comes into play. Students cannot say, no matter how much they think about it, that cheating is a positive moral trait and that it is universal. Although cheating is not accepted as a moral trait according to the majority of students, the high rate of cheating shows that students do not really interiorize what they think. According to Kohlberg’s moral development, it is observed that students choose the moral principles that 19


they want to have - independent from other students and any authorities. Every one of us establishes a value system unique to ourselves. Kohlberg’s moral values are universal, but the moral values that every individual establishes for himself/herself could not be thought to be universal. With each one of us establishing our own moral values essentially, as each of us has to answer the question to cheat or not to cheat, especially as we enter sesja/final exams session. It is my hope that we as students (and educators who may be reading this) consider the long-term effects of cheating. Learning takes time, in medical school, it takes a lot of time. But the process of learning is important in becoming a life-long learner. And whether you are studying medicine, dentistry, or pharmacy – careers in the health care profession require that we are life-long learners. To cheat or not to cheat – it is indeed the moral question facing us. Jennifer Romaszewski Sources used in this article: de Saintonge, D. Mark Chaput; Palovic, Alexander. “Commentaries Cheating.” Medical Education 2004 (38): 8-9. Donthi, Praveen, Licence to kill: Cheating to serve the nation Hindustan Times, Jun 08, 2008. Semerci, Çetin. “The opinions of medicine faculty stu-

OGŁOSZENIA

dents regarding cheating in relation to Kohlberg’s moral development concept.” Social Behavior & Personality: An International Journal. 2006 (34) 41-49. Walsh, Kieran. “You couldn’t make it up. Or could you?” Medical Teacher 2006(28): 81-82. Werner DL, Heiberge M., Feldmar J. Johnston E. “The Prevalence of Unethical Student Behavior in Optometry Schools.” Optom Ed 2000. 25(3) 82-87.

The Medical Inquirer staff:

Chief Editor: Deputy Editor: Section Editors:

Lukasz Janiak Michael Losos Peter Chiu, Aneta Bakula, Jennifer Romaszewski Katarzyna Piotrowska Malgorzata Patro

Emails with suggestions or questions please send to:

The.Medical.Inquirer@gmail.com Gazeta Studentów

Zapraszamy studentów Wydziału Nauk o Zdrowiu do wypełniania ankiet dydaktycznych! Możecie to zrobić logując się do Wirtualnego Dziekanatu do 30 czerwca br. Wykorzystajcie daną Wam szansę! UNIVERSITY OF BATH ENGLISH LANGUAGE TESTING CENTRE oraz STUDIUM PRAKTYCZNEJ NAUKI JĘZYKÓW OBCYCH UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO IM. KAROLA MARCINKOWSKIEGO W POZNANIU informują o egzaminach UBELT dla LEKARZY, STOMATOLOGÓW, FARMACEUTÓW oraz studentów medycyny, stomatologii i farmacji, które odbędą się w salach Studium w następujących terminach: 24.06 oraz 16.09 br. Ostateczny termin zgłoszeń oraz uiszczenia opłat to 12.06, w przypadku pierwszego terminu egzaminu oraz 04.09, w przypadku drugiego terminu. Cena jednostkowa testu wynosi £150 dla studentów oraz £165 dla osób spoza Uczelni. Zgłoszenia należy składać w formie elektronicznej poprzez stronę University of Bath, UBELT – Professional Language Testing http://www.bath.ac.uk/ubelt/ oraz http://www.bath.ac.uk/ubelt/test-poznan.htm. Zainteresowanych prosimy o kontakt sylwiw@poczta.onet.pl. Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych 20


FELIETON

Puls UM

Suchy przeciek Spora część uczniów trzecich klas liceów w noc tuż przed maturą wpisuje w wyszukiwarkę internetową magiczne dwa słowa „matura przeciek”, po czym, z wypiekami na twarzy, kieruje się na każdą z zaproponowanych stron. Jako że właśnie jest noc tuż przed maturą (4 maja, godz. 5:43), zdecydowałem się również poszperać po Internecie, choć, jak nietrudno się domyślić, egzamin maturalny udało mi się (i to bez przecieków) zdać już jakiś czas temu. Prosto z drukarni Pierwsza strona, na którą trafiłem, grzecznie informuje, że arkusze pochodzą od ojca kolegi, który pracuje w drukarni, gdzie drukowane są testy. „Tylko słuchajcie, z wiadomych powodów to nie może wypłynąć dalej – nie rozsyłajcie linka do tej strony nie wiadomo gdzie, bo może być wtopa.” – ostrzegają autorzy. Ponieważ wybór jest dość szeroki, najpierw decyduję się poznać arkusz z polskiego, jako że już za parę godzin setki tysięcy maturzystów go właśnie będą pisać. I tutaj już magia pryska – z głośników zaczyna się sączyć „Hej, za rok matura!” w wykonaniu zespołu „Czerwone Gitary”, a jednym z wykradzionych tematów na dzisiaj jest „W oparciu o trzecią część Dziadów, rozwiń wątek ‘Spieprzaj dziadu’. Powołaj się na życie codzienne i treść lektury.”. Trochę zniechęcony (a co pomyślałby sobie w tym momencie jakiś maturzysta!) – szukam dalej. Biznes się kręci Kolejna strona to blog, który ma wtyki chyba u samego Pana Boga, bo arkusze proponował już w grudniu 2008 roku. Autor zastrzega jednak: „Hasło podaję tylko mailowo, ponieważ muszę mieć absolutną pewność, że każdy, kto do mnie pisze, jest tegorocznym maturzystą. Nie chcemy mieć przypału przecieków 2009 na całą Polskę, prawda?”. Pod postem znajduje się ponad 600 komentarzy, z czego jedna trzecia powstała w ciągu ostatnich 24 godzin. „Poproszę arkusze z polskiego, gegry, rosyjskiego – wszystko podstawowe!” albo „Bardzo proszę o polski, angielski, matmę i biologię rozszerzoną. Z góry dzięki.” – prośby brzmią dosyć poważnie, a do każdej dołączony jest adres e-mail. Spamerzy już zacierają ręce... Gdzieniegdzie przewija się zamaskowany link z adnotacją „może to potem zniknąć albo zostać zastąpione czymś innym, wiec nie miejcie żalu, jak nie zdążycie!!!”. Ciekawostką jest to, że adres prowadzi do strony o rozpowszechnieniu świńskiej grypy na świecie. Jest tu też zaproszenie na stronę, która chętnie sprzeda dzisiejsze zadania za 3 zł plus VAT (płatność smsem). „Jak ktoś ma dużo kasy na koncie i nie będzie żałował, to niech sprawdzi... tylko 3 zł” – zachęca osoba podająca adres. A kasa leci. Nie muszę wspominać, że każda tego typu strona jest bardzo dokładnie oklejona reklamami.

Lepiej skorzystaj z mózgu Jedna z witryn zdecydowała się nie mamić trzecioklasistów gotowcami, tylko wprost zachęcić ich do uczciwej pracy („Do nauki głąbie! Uczyć się, a nie szukać po necie odpowiedzi! xD. Wspominałem już przecież, że żaden przeciek nie istnieje, a Ty zmarnowałeś/aś właśnie kolejne minuty, które należałoby poświęcić na przygotowania do egzaminu dojrzałości.”). Autor bez owijania w bawełnę przyznaje: „Stronę stworzyłem w celu uzyskania jak największej liczby wyświetleń z wyszukiwarek”. Ostatnia propozycja to zadania rzekomo zamieszczone na stronach Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Podany link oczywiście nie działa, ale dzięki szybkości palców autora strony mogę ściągnąć poczynioną przez niego kopię w formacie PDF, po kliknięciu której otrzymuję komunikat witający mnie 3-4 literowym słowem na (c)h, informujący, że jestem 98 887 nierobem tutaj. Jak jest naprawdę? Czy przecieki rzeczywiście pojawiają się w sieci? Setki tysięcy maturzystów sądzi, że tak właśnie jest – inaczej nie da się wytłumaczyć tak dużego ruchu na stronach zamieszczających fałszywe przecieki oraz na mnogości stron je oferujących. Samo istnienie przecieków wydaje mi się bardzo prawdopodobne – w końcu nad każdym etapem produkcji arkuszy maturalnych czuwają ludzie. Ludzie, którzy mają dzieci-, rodzeństwo-, wnuki-maturzystów. Niezrozumiałe jest dla mnie, dlaczego mieliby wykradzione testy umieszczać w Internecie – przecież w ten sposób poprawiliby wyniki konkurentów swoich pociech. Maturzyści w stresie egzaminacyjnym najwidoczniej o tym nie myślą... Maciej Tomczak PS O godz. 7:00 trafiłem na coś, co wyglądało jak prawdziwy maturalny przeciek – normalny arkusz, napis „maj 2009”, pełen profesjonalizm... Przyznam szczerze, że uwierzyłem, iż trafiłem na dzisiejsze zadania. Kilka minut później ktoś skomentował ten plik, ujawniając, iż są to zadania z jednej z poprzednich matur... 21


ROZMAITOŚCI

Gazeta Studentów

Recepta na… egzamin Majowe i czerwcowe dni to okres prawdziwej próby charakteru dla większości studentów. Za oknem cudowna pogoda, bzy kuszą miodową wonią, trawa mami soczystą zielenią, a my jedynie siłą woli pochylamy głowy nad opasłymi tomiskami zawierającymi tajemną wiedzę medyczną. Niezależnie od motywów, jakie nami kierują, każdy z nas pragnie przecież zdać wszystkie egzaminy i to w miarę możliwości jak najlepiej. Na szczęście dzięki znajomości pewnych mechanizmów rządzących procesami pamięciowymi jesteśmy w stanie znacznie podnieść efektywność naszych przygotowań. W poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania z zakresu zdobywania wiedzy, przeprowadziłam rozmowy z cenionymi pedagogami, przewertowałam wiele publikacji naukowych oraz skonstruowałam specjalną ankietę. Miała ona na celu zebranie podstawowych danych o stylu życia, a szczególnie sposobach nauki stosowanych przez studentów naszej Uczelni. Wypełniło ją łącznie 105 respondentów z 2. oraz 4. roku medycyny, za co bardzo im dziękuję. Prezentowane przeze mnie informacje są z oczywistych względów jedynie pewnym zarysem fascynujących możliwości naszych umysłów, ale mam nadzieję, że dla niektórych okażą się przydatne. Meandry pamięci Napoleon Bonaparte mawiał, że „Głowa bez pamięci, to twierdza bez garnizonu”. Jednak mimo znacznego rozwoju nauki, o pamięci wciąż wiemy niewiele więcej od starożytnych Egipcjan, którzy w procesie mumifikacji skrupulatnie usuwali kawałek po kawałku mózg zmarłego, uważając go za zupełnie nieistotny pod względem funkcjonalnym organ. Obecnie postuluje się, że siedliskiem pamięci jest kora czuciowa, a strukturami ściśle zaangażowanymi w jej tworzenie: hipokamp, ciało migdałowate oraz ciała suteczkowate. Hipokamp jest szczególnie odpowiedzialny za konsolidację, czyli transformację pamięci krótkotrwałej (o trwałości od kilku sekund do kilku godzin i znacznie ograniczonej pojemności) w długotrwałą (nieograniczoną, utrzymującą się latami). Jego znaczenie odkryto w 1953 r. 22

dzięki przypadkowi cierpiącego na epilepsję Henry’ego M. Jako terapię zastosowano radykalną lobotomię skroniową obejmującą oba hipokampy. Pacjent został szczęśliwie uleczony z padaczki, doskonale pamiętał wszystkie wydarzenia z przeszłości, ale niestety nie był w stanie utrwalić żadnych nowych informacji. Mówił, że czuje się, jakby co chwilę budził się z głębokiego snu, nie wiedząc, gdzie się znajduje i dlaczego. Udowodniono, że bardzo silny stres może doprowadzić do uszkodzenia rogu Ammona, co na szczęście studentom naszej Almae Matris raczej nie grozi. W stupunktowej skali oceniali swój poziom napięcia średnio na 55 punktów. Obecnie obok pamięci krótko- i długotrwałej wyróżnia się pamięć deklaratywną (czyli odnoszącą się do faktów) oraz pamięć niedeklaratywną (obejmującą umiejętności i nawyki). Studiowanie na kierunkach medycznych łączy w sobie oba te typy. Czy wyobrażacie sobie stomatologa, który dokładnie wie, jak pozbyć się próchnicy, ale nie potrafi poprawnie trzymać wiertła? Albo chirurga, który mógłby godzinami opowiadać o transplantacji serca, ale w praktyce przyszywa żyły główne do lewego przedsionka? Brrr, powiało grozą. Choć przytoczone przeze mnie przykłady wydają się niemalże absurdalne, spójrzmy na to od innej strony. Wszyscy studenci naszej Uczelni doskonale znają ABC resuscytacji, czyż nie? Dokładnie wiemy, po ilu minutach należy skontaktować się z pogotowiem, ile razy ucisnąć mostek, z jaką częstotliwością i siłą etc. Ale ilu z nas, w obliczu realnego zagrożenia, byłoby w stanie bezbłędnie wypełnić całą procedurę i uratować czyjeś życie? Obstawiam maksymalnie 5%. Z kilku powodów. Po pierwsze ćwiczenia wykonujemy, co zupełnie zrozumiałe, ale mało obrazowe, na fantomach. W dodatku zaledwie parokrotnie z uwagi na znaczną liczebność grup. To zdecydowanie za mało, aby dany ciąg czynności został utrwalony w pamięci długotrwałej. Ponadto niepowtarzane działania ulegają stopniowemu zapomnieniu. To znamienne, że prawie 60% ankietowanych wymieniło wprowadzenie większej liczby zajęć praktycznych jako prośbę do złotej rybki dydaktycznej, która może spełnić tylko jedną, najbardziej


Puls UM pilną potrzebę studentów. Okazuje się, że umiejętności, jakie zdobywamy na praktykach wakacyjnych, są dla nas niewystarczające. W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie już w 1910 r. (!) raport Abrahama Flexnera, obejmujący wszystkie uczelnie medyczne w obu krajach, zrewolucjonizował sposób nauczania. W dotychczasowym podejściu, jakie można określić jako „overlecturing and underteaching”, w sposób zasadniczy odwrócono zachwiane proporcje pomiędzy teorią a praktyką. Jakże istotne wydają się w tym kontekście słowa wybitnego lekarza kanadyjskiego, Williama Oslera: “Obserwuj, odnotowuj, porządkuj i komunikuj się. Używaj swoich pięciu zmysłów... Naucz się widzieć, naucz się słyszeć, naucz się czuć i wiedz, że tylko poprzez praktykę możesz zostać ekspertem”. Zdobywanie wiedzy nieodmiennie kojarzy mi się z układaniem puzzli. Na początku potrafimy uchwycić tylko pewne elementy, z czasem zaczynamy widzieć powiązania pomiędzy nimi, a w końcu dane zagadnienie objawia nam się w całej okazałości. Skoro wiedza to połączenie zrozumienia danej informacji z zapamiętaniem jej, w jaki sposób możemy uczynić to najskuteczniej? Zacznijmy od zrozumienia. Trudno uczyć się czegoś, co jest dla nas jedynie zlepkiem nic nieznaczących zdań. W jaki sposób możemy sprawdzić, czy dobrze pojęliśmy dane zagadnienie? Najlepszym sposobem jest powtórzenie sobie przed chwilą przeczytanego tekstu własnymi słowami. Jeśli nie potrafimy tego zrobić, oznacza to, że zupełnie nie wiemy, na czym skupialiśmy wzrok przez ostatnie minuty. Technikę tę stosuje niecałe 26% ankietowanych. Dobrym sposobem może być także odpytywanie się ze znajomymi (9,5%), dzięki czemu możemy zwrócić uwagę na informacje, które wcześniej uznaliśmy za nieistotne. Jeśli nie pojmujemy jakiejś kwestii w trakcie trwania zajęć, nie bójmy się zapytać prowadzącego. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że inni też mają z tym problem, tylko boją się do tego przyznać. Triumfująca obecnie „testokracja”, mimo że jest najbardziej obiektywną, sprawiedliwą i szybką formą sprawdzania wiedzy, niestety nie wykazuje, czy studenci rzeczywiście rozumieją dany materiał. Sami zapewne zauważyliście, że wystarczy dobre kojarzenie faktów, zasłyszane gdzieś zdanie, czy też po prostu inteligencja, aby zaliczyć. W wielu krajach zamiast testów lub jako ich uzupełnienie stosuje się portfolio przypadków. Nadzorowani przez mentora studenci zbierają w nim informacje o pacjentach oraz przebiegu chorób, a następnie stawiają swoje pierwsze diagnozy i proponują leczenie. Metoda ta ma na celu pobudzenie do kreatywnego myślenia, poszerzanie wiedzy z własnej woli poprzez studiowanie journali naukowych, a przede wszystkim uzyskiwanie informacji

ROZMAITOŚCI zwrotnej (tzw. „feedback”). Skoro najlepiej uczymy się na własnych błędach, miejmy okazję je popełnić. W przypadku zapamiętywania danego zagadnienia, na szczególną uwagę zasługują dwa zjawiska: „efekt pierwszeństwa” oraz „efekt świeżości”. Udowodniono, że zdecydowanie najlepiej odtwarzamy treści, które przeczytaliśmy na początku oraz na końcu nauki. Dlatego o wiele lepiej jest uczyć się w 20-50 minutowych blokach z obowiązkową przerwą 10-minutową, niż dajmy na to 3 godziny non stop. Powtarzanie materiału jest również bardzo istotne. Aby dana informacja została wprowadzona do pamięci długotrwałej, w której pozostanie przez całe lata, zaleca się powtórki po 10 minutach, a w następnej kolejności po jednym dniu, tygodniu, miesiącu i ostatecznie po 6-ciu miesiącach od zakończenia nauki. Zdaję sobie sprawę z tego, że w obliczu ogromnych ilości materiału, jakie musimy opanowywać każdego dnia, wydaje się to niemalże niewykonalne (świadczyć o tym może znaczna dysproporcja pomiędzy liczbą powtórzeń materiału, jaka daje nam poczucie jego przyswojenia, a tą, jaką w rzeczywistości realizujemy), jednak opisany wyżej sposób jest wbrew pozorom najszybszy i najskuteczniejszy. Na polu nauki znajdziemy jeszcze więcej paradoksów. Okazuje się, że sen pozwala nam dłużej przechowywać informacje. Krzywa zapominania, zamiast charakterystycznej hiperboli, jaką możemy zobrazować losy wymazywanego z naszej pamięci materiału w czasie czuwania, od trzeciej godziny snu osiąga fazę plateau. Tak więc z czystym sumieniem możemy się wyspać, a i tak będziemy pamiętać więcej, niż w przypadku całonocnej nauki. Niezbędna równowaga W 2001 r. International Longevity Center opublikowało specjalny raport, w którym udokumentowano istnienie ścisłej relacji pomiędzy trybem życia a zdolnością do utrzymania umysłu w dobrej kondycji. Zgodnie z wynikami ankiety, zdecydowana większość studentów naszego Uniwersytetu odżywia się regularnie i zgodnie z zalecanymi normami, dba także o odpowiednią liczbę godzin snu. Dużo gorzej przedstawia się stan kondycji fizycznej. Według p. dr n. med. Jacka Nikischa z Katedry i Zakładu Fizjologii, niezbędne minimum, jakie pozwoli nam się utrzymać we względnej homeostazie, to przynajmniej trzy godziny treningu tygodniowo. Prawie 60% respondentów trenuje jedynie 2 h i mniej. Brylanty zamiast diamentów Nawet najlepsi studenci nigdy nie zostaną dobrymi 23


ROZMAITOŚCI

Gazeta Studentów

lekarzami, farmaceutami czy ratownikami bez odpowiedniego ukształtowania ze strony kadry dydaktycznej, tak w sferze naukowej, jak i etycznej. Uniwersytet im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu został uznany za najlepszą uczelnię medyczną AD 2009. Mam nadzieję, że ten niewątpliwy sukces stanie się zarówno dla studentów, jak i pracowników naszej Almae Matris, motywacją do utrzymania jakości kształcenia na jak najwyższym poziomie. Zaskoczyły mnie wyniki ankiety, w której zaznaczyła się wyraźna nierówność pomiędzy tym, jak studenci oceniają swój kierunek pod względem realizacji życiowego powołania a poziomem dydaktyki. Wielu z nas studiuje z prawdziwą pasją, ale oczekiwałoby nie tylko wspomnianej wyżej większej liczby zajęć praktycznych, ale także zmniejszenia liczebności grup na klinikach, wprowadzenia synchronizacji treści na różnych przedmiotach oraz innowacji tj. „Wirtualny pacjent”, OSCE (Objectively Structured Clinical Examination), PBL (Problem Based Learning) i ITS (Indywidualny Tok Studiów). Sonda wykazała również problem dotyczący wykładów. Dlaczego nie cieszą się zainteresowaniem, jakiego należałoby

oczekiwać? Moim zdaniem przyczyn należy upatrywać w prezentacjach multimedialnych, które zdominowały osobę wykładowcy. Studenci zamiast skupiać się na słowach pedagoga, gorączkowo przepisują slajdy, w przekonaniu, że ewentualne pytania na egzaminie mogą dotyczyć li i jedynie treści zawartych w prezentacji. Jednocześnie deklarują, że najbardziej cenią w wykładowcach umiejętność zaciekawienia słuchacza oraz duże kompetencje. Utworzenie uczelnianego repozytorium wszystkich prezentacji pozwoliłoby na minimalizację tego zjawiska. Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim Czytelnikom powodzenia w egzaminacyjnych zmaganiach! Bardzo dziękuję p. prof. Teresie Torlińskiej z Katedry i Zakładu Fizjologii za ukierunkowanie merytoryczne oraz Zuzannie Paluch, Janowi Nowakowi i Łukaszowi Pruchniewskiemu za nieocenioną pomoc w gromadzeniu materiałów naukowych. Daria Adamczak

Xocolatl

Wydaje mi się, że wśród studentów ciężko byłoby znaleźć osobę, która nigdy jej nie próbowała, a biorąc pod uwagę szeroki wybór smaków – mało kto jej nie lubi. Większości z nas pewnie ciężko sobie wyobrazić życie bez tego rozpływającego się w ustach smakołyku... O czym mowa? Oczywiście o CZEKOLADZIE! Nie raz pewnie słyszeliśmy od rodziców, że od czekolady tylko psują się zęby, jednak i rodzice czasem się mylą. Dla smakoszy czekolady interesującą powinna być informacja, że czekolada nie tylko nie niszczy zdrowia, ale wręcz je poprawia. Sporządzono listę około 100 dolegliwości leczonych przez ostatnie kilkaset lat kakao i czekoladą. Znalazły się na niej między innymi: zmęczenie, apatia, słaby apetyt, a także wyczerpanie nerwowe. Co takiego ma w sobie czekolada, że można ją uznać za, chyba najsmaczniejsze, lekarstwo? Odpowiedź jest prosta – w jej skład wchodzą substancje mające pozytywny wpływ na organizm człowieka. Czekolady są bogate w takie pierwiastki jak: magnez, cynk oraz żelazo. Magnez to pierwiastek stanowiący materiał budulcowy kości i zębów (to na tyle, jeśli chodzi o mit, że od czekolady zęby się tylko psują). Natomiast cynk jest niezbędny do syntezy DNA i RNA, a także insuliny; uczestniczy w metabolizmie tłuszczów, białek i alkoholu, wpływa na prawidłowe gojenie ran. Oznacza to, że osoby przechodzące rekonwa24

lescencję nie powinny sobie żałować czekoladowych smakołyków. Kolejnym ważnym pierwiastkiem, wchodzącym w skład czekolady, jest żelazo. Uczestniczy ono w produkcji czerwonych krwinek, jest składnikiem hemoglobiny, a co za tym idzie, uczestniczy również w transporcie tlenu z płuc do wszystkich komórek ciała. Wymienione pierwiastki wpływają na prawidłowość funkcjonowania organizmu człowieka, jednak według mnie na szczególną uwagę zasługują badania przeprowadzone w ramach nauki o przyjemnościach – dowodzą one, że rozkosze spożywania czekolady mają źródło w czysto chemicznych procesach, zachodzących w układzie nerwowym. Testy laboratoryjne dowodzą, że kiedy doznajemy przyjemności, wzmacnia się układ odpornościowy organizmu. Natomiast, gdy jesteśmy nieszczęśliwi i zestresowani, układ ten działa mniej skutecznie i wówczas stajemy się bardziej podatni na różnego rodzaju infekcje. Co łączy te wnioski z czekoladą? Obecne w niej związki zawierające azot: teobromina, kofeina i fenyloetyloamina. Teobromina – to właśnie jej obecności czekolada (co jest wyczuwalne zwłaszcza w gorzkiej czekoladzie) zawdzięcza typowy, gorzki smak. Ze względu na dzielenie przez teobrominę miana alkaloidu z takimi sławami jak: kokaina czy morfina, jej odkrycie w czekoladzie wywołało duże emocje. Jeśli ktoś zaczął się już denerwować, że je-


ROZMAITOŚCI

Puls UM dzenie czekolady jest równoznaczne z zażywaniem narkotyku takiego jak kokaina, to zupełnie niepotrzebnie, ponieważ działanie teobrominy jest bardziej podobne do kofeiny, ale dużo słabsze. Dodatkowo występuje w małych ilościach i jest szybko wchłaniana przez nasz organizm. Jednak stanowi ona śmiertelne zagrożenie dla zwierząt, np. dla psów, u których tempo metabolizmu teobrominy jest znacznie wolniejsze. Dla 25-kilogramowego psa śmiertelne mogą się okazać już dwie tabliczki czekolady, o czym powinni pamiętać właściciele zwierząt, którzy w ramach szeroko pojętej miłości do swoich pupilków dzielą się z nimi słodyczami. Kofeina pobudza ośrodkowy układ nerwowy oraz ośrodki wegetatywne: oddechowy, naczynioruchowy i nerwu błędnego. Pobudza równomiernie korę mózgową – zwiększa sprawność myślenia, znosi zmęczenie fizyczne i psychiczne, przez co okazuje się być wspaniałą pomocą naukową podczas długich, nocnych sesji naukowych. Niektórzy w teobrominie i kofeinie widzą przyczynę uzależnienia od czekolady, jednak prawdziwą substancją uzależniającą jest fenyloetyloamina. Dlaczego? Jej obecność powoduje poprawę koncentracji, wzrost aktywności, łagodzi objawy depresji, uspokaja i poprawia nastrój, stymuluje uczucia od łagodnej szczęśliwości po euforię. Okazuje się, że nawet osoby, które nie są zakochane, mogą poczuć jak to jest, ponieważ fenyloetyloamina jest również odpowiedzialna za euforię miłości, pobudzając w mózgach u zakochanych ośrodki odczuwania przyjemności. I skoro to fenyloetyloamina

jest przyczyną uzależnienia od czekolady, to czy miłość przypadkiem również nie uzależnia? Pochodne fenyloetyloaminy występują w naturze jako substancje pełniące rolę hormonów i neuroprzekaźników o działaniu zbliżonym do endorfin. Do tej grupy należą: dopomina, adrenalina, ale również amfetamina, czy MDMA (ecstasy). Jedna zwykła czekolada, którą świstak siedzi i zawija w te sreberka, a tyle związków chemicznych, wywołujących tak różne reakcje w organizmie człowieka. Słodka lub gorzka czekolada potrafi uwieść smakiem – mało kto jest odporny na jej wdzięki, ale też mało kto zna całą prawdę o niej. I jak to się dzieje, że udało jej się uwieść tylu ludzi, niech pozostanie jej słodką tajemnicą. Katarzyna Paczkowska Na podstawie artykułu zawartego w gazecie „Chemia w szkole”.

Czekoladowy konkurs! Na zakończenie słodki konkurs: wśród osób, które prawidłowo odpowiedzą na poniższe pytania rozlosujemy trzy atrakcyjne upominki. Lista nagrodzonych zostanie opublikowana w październikowym numerze. 1. Bez jakiej rośliny nie powstałaby czekolada? 2. Jaki lud jako pierwszy stworzył czekoladę (należy podać jego nazwę i kraj, z którego się wywodził). 3. Z jakiego języka wywodzi się słowo będące tytułem powyższego artykułu i co ono oznacza? Odpowiedzi na pytania prosimy przesyłać na adres: k.paczkowska@pulsum.pl do 10.10.2009 r. 25


FELIETON

Gazeta Studentów

Ostatni egzamin? Ostatni egzamin. Spoglądam na leżąca przede mną książkę – zdobycz z biblioteki. Sporo przeszła. Okładka nie wytrzymała trudów transportu na zupełnie inne zajęcia niż te, do których ją napisano. Istotne pojęcia podkreślono już chyba z pięć razy, i to za każdym razem innym kolorem. Przebrnęło już przez nią wielu (dziś) absolwentów. Teraz moja kolej. Zastanawiam się jedynie, dla ilu z nich przygoda z tą podniszczoną skarbnicą wiedzy tajemnej była, podobnie jak dla mnie, ostatnim naukowym zmaganiem na tych studiach. Chyba trudno jednoznacznie określić, jakie to uczucie. Sześć lat studiów to nieco więcej, niż tzw. średnia krajowa. Jeśli doliczyć do tego staż, a później jeszcze specjalizację – wygląda to już imponująco. Chyba nie będę zbytnio oryginalna, jeśli przyznam, że tak naprawdę nie wiem, kiedy minęło owe sześć lat. Wprawdzie kolokwium z głowy i szyi było wieki temu, ale… że przed ponad pięciu laty?! Próbuję zrobić bilans… trudno nawet wyliczyć wszystkie egzaminy i kolokwia, które przecież kosztowały mnie sporo energii i nerwów, twarze asystentów i wykładowców też czasem znikają gdzieś w meandrach pamięci. A wytrwale zdobywana wiedza? Ile procent z niej na dobre pozostało w głowie i pozwoli podjąć dobrą dla pacjenta decyzję w stosownym momencie? Pewnie czas to pokaże. Czego nauczyła mnie sześcioletnia przygoda z UMP? Z całą pewnością tego, że nie ma rzeczy niemożliwych i że nigdy nie wiemy ani nie możemy być pewni wszystkiego do końca. Myślę, że można to nazwać rodzajem pokory, która w życiu zawodowym lekarza bywa bardzo przydatna. Studia medyczne pozwoliły mi też przekonać się, paradoksalnie, że nie samą nauką żyje człowiek, choć początkowo mogło się przecież wydawać, że aby nauczyć się wszystkich detali w wystarczającym stopniu, doba musiałaby mieć co najmniej 48 godzin. Odnajdowania czasu dla siebie i innych, swoich zainteresowań czy chociażby

„twórczego lenistwa” też trzeba było się nauczyć gdzieś między anatomią, biochemią czy farmakologią. Nie dać się zwariować, a przynajmniej nie do końca, skoro i tak, jak to się zwykło mawiać, zdobywając dyplom uczelni wyższej zawsze jest się w pewnym stopniu wariatem. Sposobów na spędzenie bardziej lub mniej wolnego czasu jest oczywiście wiele – dla mnie jednym z nich stało się współtworzenie „Pulsu UM”, początkowo okazjonalne, a z czasem coraz bardziej wciągające i w konsekwencji przynoszące naprawdę sporo pozytywnej energii i satysfakcji. Ci, którzy kiedykolwiek działali w organizacjach studenckich, z pewnością potwierdzą moje słowa – warto spróbować swoich sił w takiej działalności. Nagle okazuje się, że wolnego czasu dla siebie i innych mamy więcej niż przypuszczaliśmy i wszystkie obowiązki, przy odrobinie sprytu i samozaparcia, uda się pogodzić… Po dwóch latach nauk podstawowych przyszedł czas na konfrontację z pacjentem i jego problemami. Założyć lekarski fartuch, zawiesić na szyi stetoskop – to było coś! To już prawie jak bycie lekarzem. O tym, że „prawie robi różnicę” przekonywaliśmy się zresztą wielokrotnie. Znów okazało się, że nie ma uniwersalnego klucza do wszystkich i wszystkiego, że znając definicje, klasyfikacje i wytyczne, można nie potrafić jasno odpowiedzieć na najprostsze pytanie albo nie umieć poradzić nic mądrego wobec ludzkiego dramatu. Następna lekcja pokory, kolejna i z pewnością nie ostatnia. I nagle okazuje się, że sześć lat studiów to w zasadzie niewiele. Wystarczy na kurs anatomii, biochemii czy pediatrii, ale z pewnością to za mało, aby poczuć i stać się lekarzem. Być może to banalny wniosek, ale ufam, że okaże się pomocny i motywujący, kiedy po ostatnim egzaminie oddam wysłużoną książkę do biblioteki, a studencką legitymację ostatecznie zawiozę do dziekanatu… ola

Fundacja Pomocy Humanitarnej Redemptoris Missio, Medicus Mundi Poland w Poznaniu uprzejmie zaprasza na kolejny doroczny kurs:

OPIEKA ZDROWOTNA W TROPIKU Poznań, 29 czerwca – 4 lipca 2009 Formularz rejestracyjny i bliższe szczegóły programu będą dostępne na stronie internetowej Fundacji:

www.ump.edu.pl/medicus

26


RECENZJA

Puls UM

Podążać śmiało tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek Początki Historia „Star Treka” rozpoczęła się w latach 60-tych, kiedy to Gene Roddenberry wpadł na pomysł stworzenia serialu science-fiction, opowiadającego o podróżach dzielnej załogi USS Enterprise, przemierzającej kosmos w poszukiwaniu obcych cywilizacji. Jednak serial znany jako „Star Trek: Oryginalna Seria” nie cieszył się zbyt dużą oglądalnością, przez co w 1969 roku zaniechano jego produkcji. Dopiero powtórki wzbudziły większe zainteresowanie. Rozkwit W 1977 roku fanów było tak dużo, że NASA zdecydowała się swój pierwszy wahadłowej nazwać właśnie „Enterprise”. W 1979 roku o „Star Treku” przypomniało sobie kino. Wtedy to powstał pierwszy film pełnometrażowy, o niewiele zdradzającym tytule „Star Trek: Film”. Potem już było tylko lepiej – nowe filmy pojawiały się średnio co 2-3 lata, zakończywszy niejako swój wysyp w 2002 roku filmem „Star Trek: Nemesis”. Rozkwit serialowy rozpoczął się w 1987 roku, kiedy to powstał serial „Star Trek: Następne Pokolenie”, który jest chyba najbardziej znanym produktem startrekowym. Mało kto chociaż raz w życiu nie śledził przygód „tego łysego kapitana”. Seriale były produkowane nieprzerwanie aż do 2005 roku, zakończywszy się na mało znanej w Polsce

serii „Star Trek: Enterprise”, opowiadającej o początkach podboju kosmosu przez Ziemian. Współcześnie O początkach, ale późniejszych, bo o młodym życiu załogi statku USS Enterprise z „Oryginalnej Serii”, opowiada najnowszy film J. J. Abramsa, zwany po prostu „Star Trek”. Akcja dzieje się na początku XXIII wieku. Poznajemy pewnego siebie Jamesa Tiberiusa Kirka, logicznego do bólu pół-człowieka, pół-Wolkanina Spocka i bojącego się latania doktora Leonarda McCoy’a w czasie, gdy dopiero podjęli się studiów w Akademii Gwiezdnej Floty. Po jej ukończeniu, wysłani zostali na swoją pierwszą misję – uratować Wolkan (ojczystą planetę Spocka) przed grożącym mu niebezpieczeństwem. Problem w tym, że Kirk nie został zaproszony na Enterprise z powodu oszustwa podczas testu Kobayashi Maru (symulacji sytuacji bez wyjścia, którą przeszedł odpowiednio przeprogramowując komputer). Nietrudno jednak odgadnąć, że przyszły kapitan nie zamierza śledzić tej walki w podprzestrzennej telewizji... Fani serii mogą czuć się trochę zawiedzeni, ponieważ film znacznie mija się z tym, do czego zostaliśmy przyzwyczajeni. Od początku wiadomo, że rzecz dzieje się w alternatywnej rzeczywistości. Ojciec Kirka umiera na samym początku filmu, podczas gdy kilka kilometrów da-

„Nowy Spock” i „Nowy Kirk” na mostku „Enterprise” 27


RECENZJA lej, w kapsule ratunkowej, na świat przychodzi jego syn. Jednak w oryginale to właśnie za sprawą sugestii Georga Kirka, James T. poszedł w ślady ojca i został studentem Akademii. Jak wspomniałem wyżej, przeznaczenie okazało się silniejsze... Zmian jest dużo więcej, jednak z oczywistych względów nie chciałbym ich zdradzać. Dla mnie szczególnie irytujący był pewien wątek uczuciowy... Myślę, że Gene Roddenberry, widząc to, musi przewracać się w grobie... Odstępstwa od pierwowzoru nie przeszkodzą jednak w delektowaniu się filmem osobom, które świat Kosmicznej Wędrówki widzą po raz pierwszy lub Oryginalną Serię znają dosyć powierzchownie (np. fani wspomnianego kapitana Picarda). Film jako całość zrobiony jest bardzo dobrze: są dynamiczne ujęcia, jest głośno, szybko i... śmiesznie. O ile w poprzednich częściach humor był mało istotnym elementem serii, tak tutaj, może nie dominuje, ale na pewno jest go więcej, do czego najbardziej przyczynia się Pawel Chekov ze swoim ekstremalnie rosyjskim akcentem. Warto wspomnieć, że w roli tej obsadzono prawdziwego Rosjanina, co w latach 60-tych, z powodu Zimnej Wojny, było nie do pomyślenia. Nie mógłbym nie wspomnieć o muzyce – po przesłuchaniu ścieżki dźwiękowej można odnieść wrażenie, że Michael Giacchi-

Gazeta Studentów no, twórca soundtracka, nie do końca wiedział, do czego komponuje. Tymczasem w samym filmie muzyka sprawdza się świetnie, choć bardzo brakuje znanego wszystkim motywu przewodniego z filmów pełnometrażowych. J. J. Abrams zrobił dobre kino akcji, które ma szansę otworzyć nowy rozdział w dziejach „Star Treka”. Założenie istnienia alternatywnej rzeczywistości umożliwia właściwie dowolnie pokierowanie akcją, bez zważania na to, co było kiedyś (a dokładniej: co będzie później). Czy to dobrze? Zdania są podzielone. Co dalej? Nieoficjalnie mówi się o produkcji kolejnego filmu „Star Trek” w reżyserii Abramsa. Jego premiera miałaby odbyć się już w 2011 roku. Mam jednak nadzieję, że startrekowe uniwersum, liczące już 726 odcinków seriali i 11 filmów pełnometrażowych, nie podda się tak łatwo w walce z innymi produkcjami fantastyczno-naukowymi. Życzę twórcom, aby w kolejnych częściach postawili bardziej na spójność fabuły niż efekty specjalne – zyski będą mniejsze, jednak wierni fani na pewno takie posunięcie docenią. Maciej Tomczak

O filmie Tytuł: Gatunek: Produkcja: Reżyseria: Scenariusz: Obsada: Zdjęcia: Muzyka: Montaż:

Star Trek Akcja, science-fiction Niemcy, USA; premiera: 2009.05.08 (Polska), 2009.04.06 (świat) Jeffrey Jacob Abrams Alex Kurtzman, Roberto Orci Chris Pine (Kirk), Zachary Quinto (Spock), Eric Bana (Nero), Bruce Greenwood (Christopher Pike), Simon Pegg (Scotty), Karl Urban (Leonard McCoy), John Cho (Sulu), Zoe Saldana (Nyota Uhura), Anton Yelchin (Pavel Checkov), Leonard Nimoy (Spock) Daniel Mindel Michael Giaccino Mary Jo Markey, Maryann Brandon

Gdy odchodzi ktoś bliski… Tegoroczny kwiecień nie ma niestety wiele do zaoferowania miłośnikom dobrego kina. Spośród dosłownie garstki wartych obejrzenia kwietniowych premier wybrałam dla wiernych czytelników „Pulsu UM” dzieło Andrzeja Wajdy „Tatarak”. Dlaczego znalazłam się na seansie tego filmu? Powód był bardzo prozaiczny – ciekawość efektu pracy przy tej samej produkcji takich wielkich nazwisk jak wspomniany 28

wcześniej Andrzej Wajda, Krystyna Janda i Paweł Edelman. Film to adaptacja opowiadania „Tatarak” Jarosława Iwaszkiewicza przeplatana monologami Krystyny Jandy o bardzo osobistej treści, które z fabułą dzieła poety łączy motyw przemijania i czyhającej na każdego z nas nieuchronnej śmierci. Główną bohaterką części adaptacyjnej jest pani Marta


KĄCIK FILMOWY

Puls UM (Krystyna Janda), nieco już starsza i doświadczona życiowo żona doktora (Jan Englert). Los na pewno jej nie oszczędzał. W przeszłości spotkała ją wielka tragedia – w Powstaniu Warszawskim zginęli jej dwaj synowie. Teraz wykryto u niej nowotwór. O swoim stanie nie ma jednak zielonego pojęcia, gdyż mąż nie ma odwagi wyznać jej prawdy o chorobie. Kobieta u boku mało wylewnego męża-lekarza i po stracie dzieci czuje się bardzo samotna. Nadzieją na szczęście dla naszej bohaterki jest znajomość z dwudziestoletnim Bogusławem. Chłopak swoim prostym podejściem do świata i młodzieńczą naiwnością fascynuje Martę. Jest on dla niej też pewnego rodzaju odskocznią od

przebywania ze zblazowanym współmałżonkiem i sposobem na zapełnienie emocjonalnej pustki... Krystyna Janda nie tylko wciela się w rolę doktorowej Marty. Ta genialna aktorka współtworzy również sam scenariusz – jest autorką monologów, w których możemy podziwiać jej wybitną grę. Myślę, że to właśnie one są w tym filmie najbardziej wzruszające i interesujące dla widza. Aktorka w poszczególnych partiach monologu opisuje uczucia towarzyszące jej podczas chyba najtrudniejszego okresu jej życia – choroby i śmierci męża. Wszystkie sceny z monologami rozgrywają się w jednym pokoju i w większości z tym samym ustawieniem kamery. Dzięki temu na pierwszy plan wysuwają się same słowa, a nie obrazy. Krystyna Janda nie mówi też w stronę obiektywu, przez co widz może czuć się, jakby dane mu było podsłuchiwać najintymniejsze myśli aktorki. Twórcy osiągnęli dzięki tym zabiegom niesamowity efekt autentyczności monologu, co powoduje, że film oddziałuje na odbiorców jeszcze większym ładunkiem emocjonalnym. Utrata najbliższej osoby to chyba najtrudniejsza sytuacja, jaka nas może spotkać. Niesie ona ze sobą zawsze mnóstwo cierpienia i każdy z nas, czy jest Krystyną Jandą, czy też zwykłym człowiekiem, musi na swój własny sposób dać sobie z nią radę. Nie pomogą tu rady osób, których wcześniej coś podobnego spotkało, dlatego też w filmie nie odnajdujemy żadnych złotych myśli, jak postępować, aby tak bardzo nie bolało… Daje on nam jednak świadomość, że nie jesteśmy sami ze swoim problemem. Dzieło Wajdy polecam oczywiście nie tylko osobom aktualnie cierpiącym po stracie kogoś bliskiego. Film ten z pewnością dostarczy wielu wzruszeń każdej wrażliwej osobie, wykazującej choć odrobinę empatii w stosunku do drugiego człowieka. Moja ocena 8/10 Marta Kamińska

O filmie Tytuł: Gatunek: Produkcja: Reżyseria: Scenariusz: Obsada: Zdjęcia: Muzyka: Montaż:

Tatarak Dramat obyczajowy Polska, premiera: 2009.04.24 (Polska), 2009.02.13 (świat) Andrzej Wajda Andrzej Wajda Krystyna Janda (Marta/Aktorka), Jan Englert (Doktor, mąż Marty), Jadwiga Jankowska-Cieślak (Przyjaciółka), Julia Pietrucha (Halinka), Paweł Szajda (Boguś) Paweł Edelman Paweł Mykietyn Milenia Fiedler 29


WSPOMNIENIEM PRZEZ ŚWIAT

Gazeta Studentów

W krainie co się Rajem zowie Był zimny, szary dzień. Od rana smagana porywami wiatru ulewa zraszała zielone, kwitnące łąki okolicznych wzgórz. Strugi wody, początkowo niewielkie, zespajały się w większe, by dać początek potokom, które nawodniły suchą i spękaną ziemię wysuszoną prażącym przez długi czas Słońcem. To, co dobre dla natury, nie zawsze służy jednak ludziom. W oddali monumentalne szczyty Tatr groźnie zasnute kłębiastymi chmurami rozświetlały się co moment ognikami błyskawic. Podgórski tramwaj kursował tego dnia nad wyraz wyludniony. Nieliczni turyści pojawiający się na dworcu czym prędzej czmychali w kuszące suchością drzwi taksówek. Krople deszczu bębniły nieustannie o sufit popradzkiego dworca. My zaś w kilkuosobowej grupie czekaliśmy na autobus, który miał nas zawieźć do Hrabusic – miasteczka położonego na skraju Słowackiego Raju. Wcześniej jednak, w południe, jeden ze znajomych postanowił udać się tam autostopem, zakładając, że mimo padającego deszczu, będzie to lepszy środek transportu, niż zawsze jednak pewniejszy, lecz poprzedzony 5-godzinną sjestą – autobus. Mimo wielkiej konsternacji reszta z nas przedkładała suchość nad ewentualną oszczędność czasu. Mijała tak już któraś godzina, a my za towarzyszy mieliśmy jedynie grupkę żebraków, bezczynnie czekających na nadjeżdżających podróżnych, a także trójkę meneli obalających owocowe wina parę stolików obok. Wkrótce także i ich niestety zabrakło, gdy zmożeni niewiarygodną siłą rajskich, białkopodobnych trunków, pokładli się pokotem wśród krzeseł i butelek. Wtenczas nadszedł już czas odjazdu i zmęczeni długotrwałą bezczynnością zajęliśmy

Fragment szlaku miejsca w autobusie. Parę kilometrów dalej dołączył do nas ów znajomy, zmoczony jak przysłowiowa „kura”, dając dowód, że autostop, pomimo niewątpliwych zalet, nie jest również pozbawiony ryzyka. Ruszyliśmy więc razem ile koni w silniku, by tuż po zmroku być już na miejscu. W chwili obecnej podróż do Słowackiego Raju jest znacznie łatwiejsza niż jeszcze parę lat temu. Przyjechawszy do Zakopanego wczesnym rankiem, można się zrazu udać do Popradu autobusem, a następnie do Vydrnika lub Spiskich Tomaszowców pociągiem. Wyjeżdżając więc z Poznania wieczorem, jest się na miejscu około południa dnia następnego.

Dacza w centrum Raju 30

– Niestety, mamy tylko „maliczkie chatki”... – te słowa rozbrzmiewały w pamięci, przywodząc na myśl duszne, 4-osobowe sarkofagi dumnie oferowane turystom skłonnym zaakceptować wiele wyrzeczeń, byle by mieszkać w pobliżu wyjścia na szlak. Jednak wobec szykują-


Puls UM cych się na najbliższe dni upałów, skłonni raczej byliśmy zamieszkać w lesie pod chmurką niż w ciasnym i zagrzybionym, do tego śmierdzącym wnętrzu takiej budy. Coś jednak należało wymyślić. Z pomocą przyszła pracownica Informacji Turystycznej, która śpiewnym głosem zaoferowała, że ma znajomego, który będzie miał dla nas odpowiednią propozycję noclegu. Takim to oto sposobem, za niewygórowaną cenę, rozgościliśmy się w daczy położonej w samym centrum Słowackiego Raju. Do swojej wyłącznej dyspozycji mieliśmy nie tylko domek z werandą, ale także grilla, wiatę na letnie wieczory i miejsce pod ognisko wraz z zapasem drewna. Dookoła zaś dziko chodziły łosie i sarny, a nam zapowiadały się piękne wakacje. Jak widać problemu z noclegami – jak się chce – to nie ma. Warto jednak pamiętać, że zarówno w wakacje, jak i w dłuższe weekendy, okoliczne miasteczka zaludniają się turystami, dlatego warto też wcześniej pomyśleć o noclegu. Jeżeli ktoś nie dysponuje gotówką adekwatną do dostępnej w internecie hotelowej oferty, zawsze na forach znaleźć można podawane przez innych turystów adresy prywatnych właścicieli, którzy za niewielką opłatą wynajmą domek, pokój bądź mieszkanie. – Uważaj na jajka, bo nie będzie obiadu! – krzyczał jeden ze znajomych do drugiego, gdy ten, dzierżąc w jednej ręce reklamówkę z cennym towarem, stąpał po skoblach wbitych w litą skałę 10 metrów pionowo od spienionych wód Hornadu i musiał na moment oderwać drugą rękę od asekuracyjnego łańcucha. Takim bowiem szlakiem prowa-

WSPOMNIENIEM PRZEZ ŚWIAT

Przełom Hornadu dziła najbliższa droga z Hrabusic do naszej daczy. Jest to tzw. przełom Hornadu. Przez wieki rzeka ta wyżłobiła w miękkim wapiennym podłożu koryto o stromych ścianach, przecinające góry Słowackiego Raju zupełnie w poprzek. Taką oto drogą poprowadzono szlak, który bez wątpienia należy do jednych z najbardziej widowiskowych, jakie można sobie wyobrazić. Trzeba od razu dodać, że w Słowackim Raju aż roi się od tras, które są wytyczone wzdłuż strumyków i urozmaicone wszelkiej maści drabinkami, kładkami, mostami, tak że chodzi się tam raczej po stalowych skoblach niż po litym gruncie. Do najwspanialszych szlaków zaliczyłbym Sokolią Dolinę, Suchą Belę, Piecky, Wielkiego Sokoła. Jednocześnie, pomimo technicznych trudności, trasy są na tyle urozmaicone, że dostarczają niewątpliwej przyjemności, zarówno z charakteru, który bardziej przypomina dziecięcy plac zabaw, ale także z pięknego usytuowania, urokliwych widoków i przyrody, która jest wyjątkowo bujna. W Słowackim Raju byłem już 5-krotnie i za każdym razem przeżywałem niesamowity czas, w którym połączyć można było odpoczynek z pełnymi wrażeń spacerami, które stanowić mogły zarówno krótkie wycieczki, jak i całodzienne wyprawy. Wobec bliskości położenia, wielu atrakcji i konkurencyjnych cen, region ten niewątpliwie wymaga polecenia. Być może, planując wyjazd wakacyjny, warto uwzględnić w planach także i ten niesamowity zakątek świata?

Szlaki często prowadzą wzdłuż strumieni

Piotr Skrobich 31


KRZYŻÓWKA

Gazeta Studentów

Jolka

Po odgadnięciu haseł należy odnaleźć dla nich odpowiednie miejsce w diagramie. Litery z pól ponumerowanych od 1 do 16 utworzą rozwiązanie. Udanej zabawy i powodzenia!

11

13

5

1 15 6 9

10 14

3

2

7 12

4

8

Rozwiązanie:

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

Prawidłowe odpowiedzi, podpisane imieniem i nazwiskiem, wraz z tytułem wybranej książki możecie przesłać pocztą elektroniczną na adres pulsum@wp.pl. Czekamy do 10 października 2009 roku. Uwaga! Większa ilość prawidłowych rozwiązań dostarczona przez jedną osobę nie zwiększa jej szansy na wygraną! W tym miesiącu możecie wybierać spośród następujących nagród: „Endoskopia Przewodu Pokarmowego. Diagnostyka różnicowa” (Z.Martanka), „Farmacja Praktyczna” (R. Jachowicz), „Neurologia” (W.Kozubski, P.Liberski), „Ilustrowana Biochemia Harpera” (red. tłum. F. Kokot, A. Koj, A. Kozik, T. Wilczok). Nazwiska zwycięzców ogłosimy w październikowym numerze! 32

Ola


HUMOR

Puls UM Poziomo: – „bosi” zakonnicy – …ofiarny bywa szczególnie pożądany – …twórcza, gdy brak weny – …Wood – nazywany najgorszym reżyserem świata – 102 był Rudy – absolwent kosmetologii – barw, w ręku malarza – blaszany przyjaciel Alicji – bycie tym piątym nie jest miłe – czasem wyrasta na dłoni niedowiarków – działania lub awaryjny – grecka bogini łowów – Hugh… – inaczej kula ziemska – jedna z zasad purynowych – może być przetargowa – na malowane gapi się wół – PKO, SLD lub… ABW – przestraszył się pani Twardowskiej – sport z rakietą – świadczenie wypłacane osobie niezdolnej do pracy – święta królowa – ten w gardle nie jest niebieski – uraz termiczny

Pionowo: – „latająca mysz” – 10-9 metra – Azji był sztywny – cukiernicza masa z cukru i mleka – dumny ptak – dzielnica Poznania po prawej stronie Warty – główna lub pocieszenia – heavymetalowe „Tajne Stowarzyszenie Abstynentów” – jedyna komórka haploidalna – kulszowa lub barkowa – nużliwość mięśni – obok mirry i złota – ojczyzna samuraja – podróba – przezroczysty szal – przymus z zewnątrz – siódma litera alfabetu greckiego – słynna maszyna szyfrująca – szef uczelni – szyjna lub lędźwiowa – tani sklep – trofeum myśliwego – wybieg, chwyt – wychodzi z lewej komory – zacięta walka bywa do tej ostatniej

Nagrodzeni!

Za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki z numeru 115 „Pulsu UM” nagrody otrzymują: Maciej Korpusiński („Położnictwo i ginekologia błyskawicznie”), Aleksandra Pawlaczyk („Biochemia jamy ustnej”), Barbara Pawelska („Pielęgniarstwo internistyczne”), Katarzyna Malinowska („Chemia leków”). Prawidłowe rozwiązanie brzmiało: NATURA SANAT MEDICUS CURAT MORBUS (w haśle chochlik zamienił MORBUS na IORBUS, dlatego honorowaliśmy obydwa rozwiązania).

Humor Dlaczego perkusiści death-metalowi grają szybko i na dwie stopy? Bo jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. *** Makler do maklera: – Śnieg spadł! – To kupuj!!! *** Wpada facet do lekarza: – Panie doktorze, 10 minut temu pogryzły mnie psy! Doktor pyta: – A były szczepione? – Tak... dupami.

*** – Dlaczego w Pruszkowie nie lubią świadków Jehowy? – Bo tam w ogóle nie lubią żadnych świadków. *** Dwaj policjanci zastanawiają się, co kupić komendantowi na urodziny: – Może książkę? – mówi jeden. – Eee, coś ty, książkę to on już ma. *** Stirlitz wszedł do kawiarni Elefant. – To Stirlitz. Zaraz będzie zadyma – powiedział jeden z siedzących przy stole. Stirlitz wypił kawę i wyszedł. – Nie – odpowiedział drugi. – To nie on. 33


HUMOR – Jak to nie!? To Stirlitz!!! – krzyknął trzeci. Zaczęła się zadyma. *** Idzie dwóch pijaczków i zastanawiają się wspólnie, czym by się dzisiaj uraczyć... Mijają cysternę piwa. – Jasiu, to może piwko...? – Eee, piwko, piwko... Piwko to se na jutro zostawimy... Idą dalej. Mijają cysternę wina. – No, Jasiu, winka nie odmówisz? – Eee, winka, winka... A co ja Francuz jestem? Ruszają więc dalej. Mijają cysternę wódki. – No teraz, Jasiek, nie odmówisz!! – Eee... no wiesz, piwo było, wino było, wódka jest, to może coś jeszcze ciekawszego znajdziemy? Idą dalej... Nagle widzą cysternę paliwa rakietowego. – Ty, Jasiek, piłeś to kiedyś? – No nie! – To pijemy! Piją, piją... Napili się naprawdę solidnie. Rano jeden dzwoni do drugiego: – Jasiu, wstałeś? – A tak... – I jak się czujesz? – Stary, cudownie! Żadnego kaca, nawet głowa nie boli. Czuje się jak młody Bóg! – A... w kiblu już byłeś? – Nie... – To nie idź! Bo ja z Londynu dzwonię! *** Facet zjawia się wcześniej niż powinien w domu. Klasyka gatunku: widzi żonę robiącą nieprzyzwoite rzeczy obcemu facetowi w ich małżeńskim łożu. Zszokowany mąż pyta: – Co to wszystko ma znaczyć? Co to za facet?! – To faktycznie niegłupie pytanie – odpowiada spokojnym głosem żona, odwracając się jednocześnie do kochanka. – Słuchaj, jak ty właściwie masz na imię? *** Pewna pani spędzała czas z kochankiem. W pewnym momencie usłyszała, że ktoś wchodzi do domu. Pomyślała, że to pewnie mąż i jak zobaczy, co się dzieje, to zaraz ją zabije. Pomyślała sobie: „Panie Boże... Jeszcze niech to nie będzie teraz, jestem jeszcze taka młoda”. Na to usłyszała głos: „Dobrze, ale kiedyś przez to utoniesz”. Minęło parę lat, kiedy nie chodziła na basen, a kąpała się tylko pod prysznicem. I wygrała w piśmie dla kobiet rejs na Karaiby, ale tylko i wyłącznie z innymi czytelniczkami. Pomyślała, że skoro tyle lat jej się nic nie stało, to Pan Bóg o niej zapomniał. I pojechała. Rozpętał się straszny sztorm. Znowu więc w duchu zaczeła się modlić: „Panie Boże. Niech to nie będzie teraz. Przecież nie jestem jeszcze taka stara”. I usłyszała głos: „Jak to nie teraz? Przecież ja was, 34

Gazeta Studentów ladacznice, 5 lat do kupy zbierałem!” *** Na wyspie jest trzech rozbitków: dwudziestolatek, czterdziestolatek i siedemdziesięciolatek. Na sąsiedniej wyspie jest dziewczyna. Dwudziestolatek rzuca się w fale i krzyczy: – Płyńmy do niej! Na to czterdziestolatek: – Spokojnie, Panowie, zbudujmy najpierw tratwę. A siedemdziesięciolatek: – Panowie, po co! Stąd też dobrze widać. *** Umarł stary pobożny ksiądz. Idzie do nieba i staje przed Św. Piotrem. Św. Piotr pyta: – Faktycznie, byłeś pobożny. Nigdy nie zgrzeszyłeś nawet myślą? – Nie – odpowiada ksiądz. Ale Św. Piotr dalej go wypytuje. Ksiądz ukradkiem zagląda przez bramę do nieba; patrzy, a tam z jego parafii taki obrzępała Józik kierowca autobusu chodzi sobie po niebie. Ksiądz mówi: – Św. Piotrze, ale to niesprawiedliwe! Całe życie żyłem w celibacie, a Józik to nawet do kościoła nie chodził, a już po raju spaceruje. A Św. Piotr na to: – Bo widzisz: Ty jak odprawiałeś mszę, to cały kościół spał, ale jak Józik prowadził autobus, to wszyscy się modlili. *** Płynie kajakiem Kubuś Puchatek z Prosiaczkiem. Płyną... płyną... spoko machają wiosełkami... Nagle Kubuś Puchatek jak nie grzmotnie Prosiaczka przez łeb!!! Prosiaczek się odwraca biedny i pyta: „ale za co... dlaczego?!” A na to Kubuś Puchatek: – A bo wy, świnie, zawsze coś knujecie! *** Na lekcji religii nauczyciel omawia z 5 i 6-latkami 10 Przykazań. Właśnie omówili przykazanie o szanowaniu rodziców i nauczyciel spytał: – A czy jest jakieś przykazanie, które mówi o tym, jak traktować braci i siostry? Mały chłopiec (najstarszy z rodzeństwa) odpowiedział: – Nie zabijaj. *** Jasio przychodzi po dwudniowej nieobecności w szkole, a pani pyta: – Jasiu, dlaczego wczoraj nie byłeś w szkole? – Musiałem prowadzić krowę do byka! – A nie mógł tego zrobić ojciec? – Nie, proszę pani, to musiał zrobić byk! Przygotował: Mateusz



"Puls UM" nr 116-117, maj-czerwiec 2009