Page 1

Uwolnij magię…

Wenecja jest miastem pełnym niespodzianek – mroczne kanały, połyskujące złotem maski i… wszędobylskie koty znające najskrytsze tajemnice. Colette wraz z matką – utalentowaną, lecz ubogą szwaczką – wykonują misternie zdobione suknie dla zamożnych weneckich dam. O swoim ojcu Colette wie niewiele, bo matka prawie nigdy o nim nie mówi. Jednak dziewczyna podejrzewa, że musiał parać się magią, gdyż wszystko wskazuje na to, że ona sama ma magię we krwi. I rzeczywiście, pewnego dnia odkrywa, że jej ojciec to znany wytwórca masek i potężny mag. Prawda okazuje się znacznie bardziej skomplikowana.

W serii:

Odkryj magię Wenecji w nowej serii Holly Webb.

W serii:

www.publicat.pl ISBN 978-83-245-2196-8

P.PA.HOL011.1.01.01

cena 29,90 z∏

Córka wytwórcy masek

Czy Colette sprosta temu, co przyniesie jej los?

Autorka bestsellerowej serii o ROSE

C órka

m y c r a ó s w e t k y w


CÓRKA WYTWÓRCY MASEK Włosy mężczyzny były zaczesane gładko do tyłu i zebrane na karku w kucyk. W przeciwieństwie do większości noszących się modnie szlachetnie urodzonych nie pudrował ich – w migotliwym blasku świec połyskiwały to miedzią, to złotem. Jego orzechowe oczy rozbłysły, gdy napotkały wzrok Colette. – Wiesz, kim jestem? – spytał łagodnie. – Mama powiedziała, że umarłeś – wykrztusiła dziewczyna. – O ile jesteś tym, kim myślę, że jesteś… – Cóż, skoro po tym, jak się rozstaliśmy, nie chciała mnie widzieć, to dla niej właściwie umarłem – stwierdził z goryczą w głosie. – Ona i ja… nie zgadzaliśmy się. I to w wielu sprawach. Ale to nie zmienia faktu, że jestem twoim ojcem.


Inne niesamowite książki autorstwa Holly Webb Seria o magii Wenecji: Wodny rumak Syrenia siostra Seria o Rose: Rose Rose i zaginiona księżniczka Rose i maska czarnoksiężnika Rose i srebrna zjawa Seria o Lily: Lily Lily i błyszczące smoki Lily i więzień magii Lily i zaklęcie zdrajców www.holly-webb.com


Dla Felicity

Nasze ksià˝ki kupisz na:

First published in Great Britain in 2016 by Orchard Books Tytuł oryginału – The Maskmaker’s Daughter Ilustracja na okładce © Sarah Gibb Projekt okładki – Becky Glibbery Tłumaczenie – Paulina Kielan PRE-TEKST, www.pre-tekst.com Redakcja – Marta Pawlus Skład – Elżbieta Olma Opracowanie komputerowe okładki – Elżbieta Baranowska Redakcja techniczna – Zbigniew Wera Text © Holly Webb 2016 Polish edition © Publicat S.A. MMXVII All rights reserved ISBN 978-83-245-2196-8

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: papilon@publicat.pl www.publicat.pl


ROZDZIAŁ PIERWSZY

C

olette pogładziła dłonią jedwab. Kiedy szorstka skóra jej palców zaczepiła o delikatną materię, dziewczyna drgnęła i  pospiesznie ukryła ręce w  fałdach spódnicy. Jedwab był zbyt cenny  – nie mogła ryzykować uszkodzenia włókien, a  jednak pokusa okazała się zbyt silna. Marzyła o tym, by owinąć się od stóp do głów w połyskujący błękit, poczuć na sobie jego chłód i gładkość. Lejąca tkanina mieniła się to zielenią, to błękitem, w zależności od kąta padania światła i ułożenia fałd. 5


Tak miękko poddawała się jej palcom, gdy sunęła nimi po lśniącej powierzchni. Nie! Nie wolno jej! Nie może dotknąć materii, chociaż każda z delikatnych nitek przyzywa ją ku sobie z ogromną siłą. Dawne zaklęcia, które zwykle stosowały z  mamą, burzyły dziewczynie krew i wprawiały jej dłonie w drżenie. To właściwie nie były czary, a jedynie drobne uroki czy życzenia, nic ważnego. Zwyczajne formułki mamrotane pod nosem przeciwko zawęźlonej przędzy czy tępym ostrzom nożyc. Taką magię mistrzynie igły przekazywały swym uczennicom, by trudne życie szwaczki uczynić choć odrobinę znośniejszym. Ale w tym niebieskim jedwabiu była inna magia, znacznie potężniejsza. Colette nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Mama mówiła, że przywieziono go z  Dalekiego Wschodu statkiem, który zacumował u wylotu Canal Grande. Usłyszawszy niewybredne przekleństwa handlarzy, mama dziewczyny usiłowała ją odpędzić, lecz Colette przemknęła pod jej ramieniem. Wtedy ujrzała błysk błękitnej materii – tak przynajmniej powiedziała później mamie, bo w  rzeczywistości nic nie widziała, ale w i e d z i a ł a, 6


że ten błękit tam jest, niedbale owinięty, a przez to podniszczony przez słoną wodę. Wołał do niej. Chwilę targowały się z kupcem, a ten chętnie opuścił cenę, zadowolony, że zniszczony towar przyniesie mu choć niewielki zysk. Potem zabrały belę tkaniny na ramiona i wróciły do domu. Tam rozłożyły i dokładnie obejrzały swój nabytek. O dziwo, spore słone nacieki, które tak rozwścieczyły handlarza, zniknęły. Obserwując falujące wzory, jakie w promieniach słońca odsłoniła jedwabna mora, Colette mogłaby przysiąc, że woda wsiąkła do wewnątrz i tam już została. Jakże cudowne suknie mogłaby uszyć, gdyby tylko jedwab należał do niej… A tak te wszystkie mieniące się odcienie, ta energia i światłość zostaną zakryte złotym haftem, świecidełkami i koronką. – Colette! – Głos matki wdarł się brutalnie w myśli dziewczyny i wyrwał ją z rozmarzenia. – Opamiętaj się! Przestań śnić na jawie! Czas nas goni. Odłóżże wreszcie ten jedwab! Popraw włosy i ogarnij się nieco. Będą tu lada chwila. – Dobrze, już dobrze.  – Colette poderwała się gwałtownie i kosztowny materiał zsunął się z jej kolan połyskliwą falą. 7


Matka zacmokała z dezaprobatą i wyciągnęła rękę po cenny towar, ale zaraz opadła ciężko na krzesło, powalona kolejnym atakiem kaszlu. Colette przypatrywała się jej z  troską, trzymając w objęciach jedwab. Dziewczynie serce się kroiło, gdy słuchała urywanego oddechu matki lub gdy patrzyła na jej wystające obojczyki. – Kurz – wycharczała po chwili kobieta. – Wszystko przez ten nieznośny kurz. Ścinki, nici, włókna… Wszystko pyli. – Zaraz pozmiatam – przyrzekła Colette skwapliwie. – Wczoraj chyba zrobiłam to za mało dokładnie i  dlatego dziś znów męczy cię kaszel. I  pozmywam podłogi. Nie zostanie nawet najmniejszy pyłek, a wtedy nic już nie będzie podrażniać ci gardła. Obiecuję. Nagle mama dziewczyny znieruchomiała, czujnie nasłuchując. – Idą! – wyszeptała nagląco. Zerwała się z krzesła i kurczowo chwyciła oparcie, żeby nie upaść. – Słyszę ich. Biegnij do zakładu, dziecko. Będziesz tam szybciej niż ja. Nie każ pani hrabinie czekać. Teraz Colette również słyszała przybyłych. Wybiegła z  pracowni, przywołując na twarz uniżony 8


uśmiech. Paź hrabiny podchodził właśnie do wejścia – jego buty waliły z  impetem w  kamienne płyty chodnika. Dziewczyna otworzyła szeroko drzwi, zanim zaczął tłuc w nie pięściami. Miała nadzieję, że dzięki temu tym razem nie odpadnie z nich farba. Chłopak odsunął się, by przepuścić swoją panią, która usiłowała przecisnąć się przez wąski otwór, posapując z irytacji. Jej suknia miała tak szeroki stelaż, że kobieta musiała obrócić się bokiem, a w tym czasie służąca pilnowała, by atłas nie zahaczył o  framugę. Colette nie znała tej sukni – widać hrabina zamówiła ją u  innego krawca. Mama znalazłaby sposób, żeby umiejętnie wybić kobiecie z  głowy ciężki, nazbyt kwiecisty wzór. Wyglądała w nim jak chodząca rabata. Nawet jej delikatną złoconą maskę zdobiły kwiaty jaśminu bujnymi pękami okalające otwory na oczy. – Gdzie twoja matka, dziecko? – zapytała niecierpliwie przybyła. – Tutaj, pani.  – Mama dziewczyny weszła drobnym kroczkiem z pochyloną głową i dygnęła, ciągnąc córkę za rękę, by zrobiła to samo. Colette udawała, że nie słyszy złowróżbnego świszczenia, jakie dobywało się z piersi matki przy każdym 9


pochyleniu głowy. Mama obwiniała o to wiele rzeczy: a  to kurz podobno zalegający w  każdym kącie, a  to wszechobecną wilgoć przesączającą się przez ściany z  kanałów, a  to popiół z  bierwion, którymi opalały pomieszczenie, by pozbyć się wilgoci niekorzystnej dla cennych materii. Jak powtarzała, to nic dziwnego, że kaszle, na wiosnę jej się polepszy. „Ale już jest wiosna!” – chciała wykrzyczeć dziewczyna. Słowa paliły ją w gardle, jednak nie zdobyła się na to, by powiedzieć je głośno. Mogła tylko przytakiwać, modlić się i liczyć na cud. Jeśli hrabina Morezzi zamówi nową suknię dworską, Colette będzie mogła kupić zioła oraz inne składniki i zrobić mamie napój z mleka, wina i korzeni dla wzmocnienia gardła. A może też jajka na kogel-mogel ułatwiający przełykanie? Ucieszyłoby ją nawet to, że hrabina kupi niebieski jedwab, choć chciało jej się płakać na samą myśl, że wówczas w szwalni zabraknie jego zielonkawobłękitnego blasku. – Czy Wasza Łaskawość zechciałaby obejrzeć lalki?  – zapytała z  nadzieją szwaczka, prostując się służbiście.  – Mamy mnóstwo nowych modeli, prosto z Londynu. Najlepszej jakości. Powinny przypaść 10


Waszej Łaskawości do gustu. Te delikatne kolory! Będą doskonale podkreślać karnację, pani. Colette spuściła wzrok, z trudem powstrzymując parsknięcie. Nie było tajemnicą, że koloryt cery hrabiny to wyłącznie zasługa szeregu słoiczków ustawionych na jej toaletce. Sofie, osobista służąca arystokratki, co rano skrupulatnie nanosiła na twarz swej pani rozmaite róże i pudry, tuszując zmarszczki i nadając jej rumieńców. Zapewne nikt nie rozpoznałby na ulicy hrabiny nieumalowanej i  pozbawionej wysokiej i  szczodrze utapirowanej koafiury. „Tak naprawdę wygląda pewnie jak moja mama” – pomyślała dziewczyna. Ponownie dygnęła i podbiegła do półek w  tylnej części zakładu, by przynieść wspomniane lalki – małe modelki ubrane w suknie uszyte z próbek tkanin. Używano ich, by móc pokazać klientkom nowe materiały, kroje, wzory haftów i ozdoby. Hrabina oglądała lalki z każdej strony, wygładzała fałdy i  pocierała w  palcach tkaniny sukien, podczas gdy mama Colette trajkotała jak nakręcona o  szerszych panierach, które teraz są w  modzie, prawdziwym chińskim jedwabiu malowanym ręcznie i o lamówkach ze wstążki z podwójnymi zakładkami. 11


Lalki leżały bezwładnie na rozłożonych rękach Colette i głupiutko uśmiechały się uróżowionymi usteczkami. Hrabina pokręciła głową, a jej twarz wykrzywił pełen niesmaku grymas. – Nic nadzwyczajnego. Takie same jak wszędzie… – burknęła. Mama Colette westchnęła ledwo dosłyszalnie. No tak. Hrabina nie zamówi dziś u nich sukni. Może Sofie wybierze słoiczek różu lub kilka wstążek, ale dostaną za to tylko nędzne grosze. M u s i a ł y dostać nowe zlecenie. To była kwestia przetrwania – konieczność zapłaty za mieszkanie, żywność, leki… Matka dziewczyny cieszyła się opinią najlepszej szwaczki w mieście, lecz jej malutki i skromny warsztat nie był wystarczająco wytworny dla większości dworskiej arystokracji. W Wenecji szwaczka należała do rzadkości. Ten fach wciąż był zdominowany przez mężczyzn, stąd zwykle zakładano, zupełnie niesłusznie, że kobieta nigdy nie dorówna biegłością „prawdziwym” krawcom. A fakt, że tata Colette zmarł tuż po jej urodzeniu, wcale nie ułatwiał sprawy. Dopiero po wielu latach uporczywych starań wenecki cech krawców przyjął mamę dziewczyny do swego grona. 12


Colette dałaby sobie rękę uciąć, że hrabina przychodziła do ich zakładu, bo był tani i znajdował się blisko jej pałacu. Poza tym wciąż funkcjonował jako interesująca nowinka w  tym zdominowanym przez mężczyzn światku. Ubierając się w zakładzie prowadzonym przez kobietę, hrabina mogła pozować na modną ekscentryczkę, a  nawet dobrodziejkę patronującą małemu, rzadko uczęszczanemu miejscu. Dziewczyna miała zamiar błagać arystokratkę o zakup nawet na kolanach, ale sprawa przedstawiała się beznadziejnie. Mama dziewczyny sprawiała wrażenie pokonanej. Wzięła lalki z rąk córki i odłożyła je na miejsce, po czym skłoniła się nisko hrabinie, a z jej piersi znów dobył się ten uporczywy świst. – Czy Wasza Łaskawość zechce jeszcze chwileczkę zaczekać? – zapytała uniżenie. – Mamy tu pewien jedwab. Wprost niezwykły. Nikt w  Wenecji nie ma niczego takiego, pani. Gwarantuję. Karnawałowa kreacja z tej materii prezentowałaby się oszałamiająco. Nie do pobicia. – Nikt, powiadasz…? – Hrabina uniosła brwi, po czym spojrzała przenikliwie na szwaczkę. – A dlaczegóż to pokazujesz mi to dopiero teraz? 13


– Ledwo co go przywieziono – broniła się kobieta, zerkając z niepokojem na córkę. – Jest bardzo, bardzo cenny. Tylko na naprawdę specjalną okazję. Bardzo, bardzo cenny. Dziewczyna natychmiast wyczuła, że hrabina zesztywniała. Zaszeleściły atłasowe spódnice, mięsiste srebrne kwiaty wyhaftowane na gorsie rozbłysły wyzywająco. Colette stała bez ruchu ze wzrokiem wbitym w podłogę, wyłamując nerwowo palce za plecami. Czy mama zrobiła to celowo? I czy zdawała sobie sprawę z konsekwencji? Właśnie zasugerowała – nie wprost, ale intencja była aż nadto czytelna – że hrabina przypuszczalnie nie będzie mogła sobie pozwolić na tak unikatową i  szczególną suknię. To się mogło skończyć tylko na dwa sposoby. Hrabina albo wypadnie z furią z ich sklepiku i będzie rozpowiadać na prawo i lewo, że zakład Harriet jest tandetny i nierzetelny, albo… zamówi suknię z każdym możliwym absurdalnie drogim dodatkiem i ornamentem, którym da się ją upstrzyć. – Chcę go zobaczyć! – oznajmiła hrabina tonem nieznoszącym sprzeciwu. 14


Colette pospiesznie wróciła do pracowni i z ostrym ukłuciem żalu zgarnęła ze stołu błękitny jedwab. Fałdy chłodnej materii spłynęły jej po ramieniu niczym woda. Pochyliła głowę, by po raz ostatni potrzeć policzek o jedwabistą gładkość, po czym ruszyła do hrabiny. Już wkrótce mieniący się jedwab zniknie pod toną cekinów i  kilometrami wstążek w  bezskutecznym wysiłku, by przydać życia bladej, rybiej twarzy arystokratki. Niestety potrzebowały pieniędzy. I  potrzebowały reklamy w  postaci hrabiny Morezzi paradującej w sukni z pracowni matki. Zalegały z czynszem. To po prostu m u s i a ł o się udać. – Pokaż jej to. Błagam  – wyszeptała do jedwabnych zwojów. Jakby w  odpowiedzi włókna w  błękitnej tkaninie naprężyły się, zalśniły i zaczęły promieniować ledwo uchwytnym ciepłem. Colette ostrożnie zaniosła cenny ładunek hrabinie. – Idealna na karnawał, pani  – wymamrotała.  – Do tego wysoka fryzura. Możemy też wykonać hafty. Miniaturowe okręty i… może złote rybki albo syreny… – Jej niepewny głos stopniowo zamierał. 15


Przez chwilę panowała cisza. – Hm, mogłabym wydać bal – oznajmiła nagle hrabina.  – W  naszym palazzo. Patriotyczny bal, z  wielką pompą, dla uczczenia przymierza Wenecji z morzem. I racja. Koniecznie z wysoką peruką. Musi być trochę ekstrawagancka. Nawet mam coś odpowiedniego – mruczała do siebie półgłosem, przemierzając maleńkie pomieszczenie, po czym zatrzymała się przed szwaczką.  – Zrobisz mi tę suknię. Teraz, zanim nadejdą upały. Chcę mieć ją gotową za trzy tygodnie. – Trzy tygodnie?! – prawie jęknęła matka Colette z pobielałą twarzą. Hrabina stała nad nią, patrząc na kobietę z  góry i marszcząc długi, zakrzywiony nos, przez co wyglądała zupełnie jak wielka, napuszona mewa. – W rzeczy samej. – Oczywiście. – Szwaczka pospiesznie dygnęła. – Będzie za trzy tygodnie. – I  nie zapomnij przysłać mi szkice. Za tydzień zjawię się do pierwszej przymiarki. Hrabina zdjęła cieniutką rękawiczkę z  koźlęcej skórki, przesunęła dłonią po jedwabiu i  pokiwała 16


z zadowoleniem głową. Następnie wyprostowała się i  pożeglowała majestatycznie w  stronę wyjścia, budząc przysypiającego w  kącie pazia, który poderwał się jak oparzony, by otworzyć przed swoją chlebodawczynią drzwi i przepchnąć zwały ciężkich spódnic przez wąski otwór. Następnie pobiegł przodem w  kierunku kanału, odpędzając obszarpane, chude kocisko ocierające się o  łydki gondoliera. Po chwili hrabina została na pół wepchnięta, na pół wniesiona na pokład wąskiej łodzi. Matka Colette stała na nadbrzeżu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w odpływającą gondolę, dopóki córka nie wciągnęła jej z powrotem do zakładu. – Ona chce suknię, Colette – mruknęła. – Prawie w to nie wierzę. I ten jedwab! Tylko pomyśl, ile możemy za nią dostać! – Ale trzy tygodnie? Jakim cudem… – Nie wiem, dziecko, ale musimy zdążyć.  – Objęła córkę i uścisnęła ją mocno. – Nie możemy sobie pozwolić na odmowę.  – Sięgnęła do małej sakiewki zawieszonej u pasa i wyciągnęła monetę. – Daj tu ten jedwab, moja droga, i  pędź kupić świece. Będziemy pracować do późna. 17


Dziewczyna schowała pieniądze i ruszyła do drzwi. Na progu obejrzała się jeszcze – jej mama stała przygarbiona, tuląc w ramionach materiał niczym niemowlę i  mrucząc coś do niego cicho i  łagodnie. Wyglądała o  wiele bladziej niż zazwyczaj, a  jej skóra wydawała się niemal przezroczysta. A  może był to jedynie odblask zielonkawoniebieskiej tkaniny? W każdym razie Colette bardzo chciała w to wierzyć. Szła szybkim marszem z  głową zaprzątniętą troską o  matkę i  perspektywą trzech tygodni pracy do późnych godzin nocnych przy słabym świetle świec. Była tak zaaferowana, że prawie przepadła, potykając się o chudego bezpańskiego kota, który nie wiadomo skąd wyskoczył jej nagle wprost pod nogi. Zwierzak uskoczył z  drogi z  pełnym oburzenia syknięciem, wyrażającym dobitnie, co myśli na temat podobnej bezmyślności. – Och… bardzo przepraszam – powiedziała Colette odruchowo. – Mam nadzieję, że nie zrobiłam ci krzywdy. Kot popatrzył na nią w  taki sposób, że wcale by się nie zdziwiła, gdyby jej odpowiedział. Potem wskoczył na balustradę mostu, jakby chciał przyjrzeć się 18


dziewczynie z bliska. Z  pewnością nie można go było nazwać pięknym, ale miał w sobie rodzaj zawadiackiego uroku  – szylkretowa sierść w  duże plamy i naderwane uszy przydawały mu pirackiej elegancji. Wokół oczu miał grube czarne obwódki, przez które wyglądał, jakby nosił maskę. – Martwiłam się czymś i  nie patrzyłam, gdzie idę – usprawiedliwiła się dziewczyna. – Przykro mi, jeśli przez przypadek nadepnęłam ci na łapę. Napotkawszy zielonkawozłote spojrzenie kocich oczu, postanowiła już nic nie mówić, na wypadek gdyby przypadkiem zwierzak jednak odpowiedział. Colette spotykała go od jakiegoś czasu włóczącego się po okolicy, ale nigdy dotąd nie widziała go z  tak bliska. Było w  nim coś osobliwego… Ten wyraz pyska i  do tego wąsy – z jednej strony czarne, a z drugiej białe. Głośno przełknęła ślinę, bo nagle zaschło jej w gardle. Wszyscy w  Wenecji wiedzieli, że służąca księżnej Oliwii miała czarodziejskiego kota, który nosił srebrną obróżkę i  chodził po całym dworze. Dworzanie byli przekonani, że zwierzak ich szpieguje. Ale n a w e t o n nie potrafił mówić. W każdym razie nikt nie słyszał, żeby to robił. 19


Kot skinął głową, jakby się kłaniał, i usiadł wyprostowany, miękko zawijając ogon wokół łap niczym salonowy pieszczoch, a  nie bezdomny uliczny włóczęga. Colette odruchowo także skłoniła głowę – jakoś wydało jej się to właściwe – minęła czworonoga i  odprowadzana jego czujnym zielonozłotym spojrzeniem przeszła przez mostek, po czym skierowała się na rynek, by kupić zapas łojowych świec.

"Córka wytwórcy masek" Holly Webb  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you