Issuu on Google+


WYBAWICIEL Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka


Tytuł oryginału Frelseren Projekt okładki MARIUSZ BANACHOWICZ

Redakcja SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Korekta BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna JOLANTA KRAWCZYK

Copyright © Jo Nesbø 2005 Published by agreement with Salomonsson Agency Polish edition © Publicat S.A. MMIX, MMXVI (wydanie elektroniczne) Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione. All rights reserved

ISBN 978-83-245-8992-0

jest znakiem towarowym Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


Któ˝ to jest ten, który przybywa z Edomu, z Bosry idzie w szatach szkar∏atnych? Ten wspania∏y w swoim odzieniu, który kroczy z wielkà swà mocà? – To ja jestem tym, który mówi sprawiedliwie, pot´˝ny w wybawianiu. Proroctwo Izajasza, 63,1*

*

Biblia Tysiàclecia, Wydawnictwo Pallottinum, Poznaƒ 1965 (przyp. t∏um.).


Cz´Êç pierwsza

ADWENT 1

SIERPIE¡ 1991. GWIAZDY

Mia∏a czternaÊcie lat i by∏a pewna, ˝e jeÊli zaciÊnie powieki i mocno si´ skoncentruje, to przez dach zobaczy gwiazdy. Wokó∏ niej przez sen oddycha∏y kobiety. Równymi, ci´˝kimi oddechami. Chrapa∏a tylko jedna, ciotka Sara, którà umieÊci∏y na materacu pod otwartym oknem. Zamkn´∏a oczy i stara∏a si´ oddychaç jak pozosta∏e. Trudno by∏o usnàç, zw∏aszcza odkàd wszystko wokó∏ niej sta∏o si´ takie nowe i takie inne. Odg∏osy nocy i lasu za oknem na Østgˆrd by∏y inne. Ludzie, których tak dobrze zna∏a ze spotkaƒ w Âwiàtyni i z letnich obozów, byli jakby odmienieni. Ona te˝ nie by∏a taka sama. Tego lata jej twarz i cia∏o w lustrze nad umywalkà wyglàda∏y inaczej. Nowe te˝ by∏y jej uczucia, te dziwne pràdy, na przemian goràce i zimne, które przez nià przep∏ywa∏y, gdy czu∏a na sobie wzrok któregoÊ z ch∏opców, a raczej wzrok jednego z nich. Roberta. On te˝ w tym roku si´ zmieni∏. Otworzy∏a oczy i zapatrzy∏a si´ przed siebie. Wiedzia∏a, ˝e Bóg posiada moc czynienia wielkich rzeczy, mo˝e równie˝ sprawiç, ˝e uda jej si´ zobaczyç gwiazdy przez dach. Gdyby tylko zechcia∏. To by∏ d∏ugi, obfitujàcy w wydarzenia dzieƒ. Suchy letni wiatr szumia∏ w zbo˝u na polach, listki na drzewach taƒczy∏y rozgoràczkowane, a migotliwe Êwiat∏o sàczy∏o si´ na letników siedzàcych na trawie na podwórzu. S∏uchali opowieÊci jednego z kadetów Szko∏y Oficerskiej Armii Zbawienia o jego dzia∏alnoÊci kaznodziejskiej na Wyspach Owczych. Kadet by∏ sympatyczny, mówi∏ z wielkim zaanga˝owaniem i zapa∏em. Ale jà bardziej interesowa∏o odganianie trzmiela krà˝àcego nad g∏owà,

7


a gdy owad nagle odlecia∏, upa∏ wprawi∏ jà w sennoÊç. Kiedy kadet skoƒczy∏ opowiadaç, oczy wszystkich zwróci∏y si´ na komandora*, Davida Eckhoffa, który patrzy∏ na nich rozeÊmianymi, m∏odymi, choç liczàcymi ju˝ ponad pi´çdziesiàt lat oczami. Komandor zasalutowa∏ charakterystycznym gestem Armii Zbawienia: uniós∏ ponad bark prawà d∏oƒ z palcem wskazujàcym skierowanym w Królestwo Niebieskie, towarzyszy∏o temu dêwi´czne „Alleluja!”. Potem pomodli∏ si´ o b∏ogos∏awieƒstwo dla pracy kadeta wÊród ubogich i odrzuconych, przypomnia∏ te˝ wszystkim s∏owa z Ewangelii Êwi´tego Mateusza o tym, ˝e Jezus Zbawiciel mo˝e chodziç wÊród nich, po ulicach, pod postacià nieznajomego, g∏odnego, nieodzianego czy wtràconego do wi´zienia. I o tym, ˝e w dniu Sàdu Ostatecznego sprawiedliwi, ci, którzy pomagali najmniejszym, pójdà do ˝ycia wiecznego. Zapowiada∏a si´ d∏u˝sza przemowa, ale ktoÊ coÊ szepnà∏, komandor si´ rozeÊmia∏ i powiedzia∏, ˝e oczywiÊcie, przecie˝ w programie jest teraz „Kwadrans M∏odzie˝y”, wi´c kolej na Rikarda Nilsena. Us∏ysza∏a, ˝e Rikard, dzi´kujàc komandorowi, stara si´ nadaç swemu g∏osowi bardziej doros∏e ni˝ w rzeczywistoÊci brzmienie. Jak zwykle przygotowa∏ swoje wystàpienie pisemnie i nauczy∏ si´ go na pami´ç. Stanà∏ i zaczà∏ rozprawiaç o walce, której pragnà∏ poÊwi´ciç ˝ycie, o walce Jezusa dla Królestwa Bo˝ego. Mówi∏ nerwowo, lecz jednoczeÊnie monotonnie, usypiajàco. Jego ponury, zazwyczaj zwrócony ku sobie wzrok spoczywa∏ teraz na niej. Zamruga∏a, wpatrzona w jego spoconà górnà warg´, która, poruszajàc si´, formu∏owa∏a znajome, bezpieczne, nudne frazy. Nie zareagowa∏a, kiedy czyjaÊ d∏oƒ dotkn´∏a jej pleców, okrytych letnià sukienkà. Dreszcz przeszy∏ jà dopiero, gdy poczu∏a koniuszki palców sunàce wzd∏u˝ kr´gos∏upa a˝ do krzy˝a i jeszcze ni˝ej. Odwróci∏a si´ i popatrzy∏a w rozeÊmiane piwne oczy Roberta. Po˝a∏owa∏a, ˝e nie ma równie ciemnej cery jak on, nie móg∏by wtedy zauwa˝yç jej rumieƒca. – Cicho – powiedzia∏ Jon.

* G∏ówny dowódca Armii Zbawienia na terytorium obejmujàcym Norwegi´, Islandi´ i Wyspy Owcze ma stopieƒ komandora, odpowiadajàcy stopniowi komisarza (commissioner) w innych krajach (przyp. t∏um.).

8


Robert i Jon byli braçmi. W dzieciƒstwie wiele osób bra∏o ich za bliêniaków, mimo ˝e Jon by∏ o rok starszy. Ale teraz Robert mia∏ ju˝ siedemnaÊcie lat i chocia˝ braterskie podobieƒstwo zachowa∏o si´ w rysach twarzy, ró˝nice mi´dzy ch∏opakami sta∏y si´ wyraêne. Robert by∏ weso∏y, beztroski, lubi∏ ˝artowaç i dobrze gra∏ na gitarze, ale nierzadko si´ spóênia∏ na nabo˝eƒstwa w Âwiàtyni, a w ˝artach czasami posuwa∏ si´ za daleko, szczególnie gdy widzia∏, ˝e rozÊmiesza innych. W takich sytuacjach cz´sto ingerowa∏ Jon. Starszy z braci by∏ sumiennym, obowiàzkowym ch∏opcem, panowa∏o wi´c przekonanie, ˝e pójdzie do Szko∏y Oficerskiej i – chocia˝ tego nie mówiono g∏oÊno – poszuka sobie dziewczyny w Armii. To ostatnie nie wydawa∏o si´ a˝ tak oczywiste w wypadku Roberta. Jon by∏ o dwa centymetry wy˝szy ni˝ Robert, lecz, o dziwo, to m∏odszy brat wydawa∏ si´ wi´kszy. Wynika∏o to stàd, ˝e Jon ju˝ jako dwunastolatek zaczà∏ si´ garbiç, jakby dêwiga∏ na barkach brzemi´ ca∏ego Êwiata. Obaj mieli Êniadà cer´ i ∏adne, regularne rysy, ale Robert mia∏ w sobie coÊ, czego brakowa∏o Jonowi. CoÊ w oczach, jakàÊ mrocznoÊç, rozbawienie, coÊ, co mia∏a ochot´, a zarazem nie mia∏a ochoty zbadaç. Podczas przemowy Rikarda przesuwa∏a wzrokiem po znajomych twarzach. KtóregoÊ dnia poÊlubi ch∏opca z Armii Zbawienia, byç mo˝e otrzymajà rozkaz przeniesienia si´ do innego miasta, w inny obszar kraju. Ale zawsze b´dà wracaç tu, na Østgˆrd, na niedawno kupionà przez Armi´ farm´, która od tej pory b´dzie ich wspólnym letniskiem. Poza kr´giem zebranych, na schodach do domu siedzia∏ jasnow∏osy ch∏opiec i g∏aska∏ kota, który u∏o˝y∏ mu si´ na kolanach. Wyczu∏a, ˝e ch∏opak przed chwilà na nià patrzy∏, ale zdà˝y∏ uciec wzrokiem, zanim go na tym przy∏apa∏a. By∏ tutaj jedynà nieznajomà osobà, ale wiedzia∏a, ˝e nazywa si´ Mads Gilstrup i jest wnukiem poprzednich w∏aÊcicieli Østgˆrd, ˝e jest od niej starszy o jakieÊ dwa lata i ˝e rodzina Gilstrupów jest bogata. By∏ ca∏kiem przystojny, ale sprawia∏ wra˝enie samotnego. I co on w∏aÊciwie tu robi∏? Zjawi∏ si´ poprzedniego wieczoru i kr´ci∏ po podwórzu ze zmarszczkà gniewu na czole, z nikim nie rozmawiajàc. Ale ona par´ razy czu∏a jego wzrok na sobie. Wszyscy w tym roku na nià patrzyli. To równie˝ by∏o nowe. Z zamyÊlenia wyrwa∏ jà Robert, który w∏o˝y∏ jej coÊ do r´ki, mówiàc: – Przyjdê do stodo∏y, kiedy ten przysz∏y genera∏ skoƒczy przemawiaç. Chcia∏bym ci coÊ pokazaç.

9


Wsta∏ i odszed∏, a ona spojrza∏a na d∏oƒ i ma∏o brakowa∏o, a krzykn´∏aby g∏oÊno. Zas∏aniajàc drugà d∏onià usta, wypuÊci∏a trzmiela w traw´. Wcià˝ si´ porusza∏, ale nie mia∏ ani nóg, ani skrzyde∏. Rikard wreszcie skoƒczy∏, ale ona nie ruszy∏a si´ z miejsca, patrzàc, jak jej rodzice wraz z rodzicami Roberta i Jona podchodzà do stolików nakrytych do kawy. Wszyscy czworo zaliczali si´ w Armii do tak zwanych silnych rodzin, wiedzia∏a wi´c, ˝e stale jest pod obserwacjà. Skierowa∏a si´ w stron´ wygódki. Dopiero za w´g∏em, kiedy nikt ju˝ nie móg∏ jej widzieç, pomkn´∏a do stodo∏y. – Wiesz, co to? – spyta∏ Robert g∏´bokim g∏osem, którego nie mia∏ poprzedniego lata. Le˝a∏ na plecach w sianie i sk∏adanym no˝em, który zawsze nosi∏ przy pasku, rzeêbi∏ korzeƒ. Podniós∏ go do góry, a ona wtedy zobaczy∏a, co to jest. Widzia∏a to na obrazkach. Mia∏a nadziej´, ˝e w stodole jest za ciemno, by dostrzeg∏, ˝e znów si´ zaczerwieni∏a. – Nie – sk∏ama∏a, siadajàc obok niego na sianie. Popatrzy∏ na nià tym swoim ˝artobliwym spojrzeniem, jakby wiedzia∏ o niej coÊ, czego sama nie wiedzia∏a. Wytrzyma∏a jego wzrok i po∏o˝y∏a si´, opierajàc na ∏okciach. – CoÊ, co wchodzi tutaj – powiedzia∏ ze Êmiechem w oczach, wsuwajàc jej nagle r´k´ pod sukienk´. Poczu∏a korzeƒ na wewn´trznej stronie uda i nim zdà˝y∏a Êcisnàç nogi, korzeƒ dotknà∏ majtek. Szyj´ owionà∏ goràcy oddech. – Robert, nie – szepn´∏a. – Ale ja go zrobi∏em specjalnie dla ciebie – wydysza∏. – Przestaƒ, nie chc´! – Odmawiasz? Mnie? Zapar∏o jej dech w piersiach, nie by∏a w stanie ani odpowiedzieç, ani krzyknàç. Nagle od drzwi stodo∏y dobieg∏ ich g∏os Jona: – Robert! Nie! Robert! Poczu∏a, ˝e Robert ust´puje, rezygnuje i tylko drewniany korzeƒ zosta∏ mi´dzy jej zaciÊni´tymi udami, gdy r´ka wysun´∏a si´ spod sukienki. – Chodê tu! – Jon mówi∏ takim tonem, jakby zwraca∏ si´ do niepos∏usznego psa.

10


Robert ju˝ si´ podniós∏ ze Êmiechem, puÊci∏ do niej oczko i wybieg∏ na s∏oƒce, do brata. Ona usiad∏a, otrzepa∏a si´ z siana, czu∏a jednoczeÊnie ulg´ i wstyd. Ulg´ dlatego, ˝e Jon przerwa∏ t´ szalonà zabaw´. Wstyd, poniewa˝ on najwyraêniej uwa˝a∏, ˝e to by∏o coÊ wi´cej ni˝ zabawa. Póêniej, podczas modlitwy przed kolacjà, patrzy∏a prosto w piwne oczy Roberta i widzia∏a, jak jego wargi formujà s∏owo, którego nie zrozumia∏a, ale zacz´∏a chichotaç. Co za szaleniec! A ona… No w∏aÊnie, jaka by∏a ona? Te˝ szalona. Szalona. I zakochana? Tak, w∏aÊnie zakochana. Nie tak zakochana, jak wtedy, gdy mia∏a dwanaÊcie czy trzynaÊcie lat. Teraz mia∏a ju˝ czternaÊcie i to by∏o coÊ wi´kszego, wa˝niejszego i bardziej emocjonujàcego. Czu∏a, ˝e nawet teraz, gdy le˝àc, próbowa∏a wzrokiem zrobiç dziur´ w dachu, znów wzbiera w niej Êmiech. Ciotka Sara pod oknem zamrucza∏a i przesta∏a chrapaç. CoÊ zahucza∏o. Sowa? Musia∏a iÊç siusiu. W∏aÊciwie nie mia∏a si∏y, ale musia∏a. Musia∏a przejÊç przez mokrà od rosy traw´, minàç stodo∏´, ciemnà i zupe∏nie innà teraz, w Êrodku nocy. Zamkn´∏a oczy, ale to si´ na nic nie zda∏o. Wype∏z∏a ze Êpiwora, wsun´∏a stopy w sanda∏y i po cichutku podesz∏a do drzwi. Na niebie pojawi∏o si´ kilka gwiazd, ale ju˝ za godzin´ mia∏y zniknàç, kiedy rozjaÊni si´ na wschodzie. Powietrze owiewa∏o jà ch∏odem, gdy bieg∏a, s∏uchajàc odg∏osów nocy, których nie umia∏a nazwaç. Owadów przesypiajàcych dzieƒ. Polujàcych zwierzàt. Rikard mówi∏, ˝e w zagajniku widzia∏ lisa. A mo˝e to by∏y te same zwierz´ta, które krà˝y∏y w ciàgu dnia, tylko teraz wydawa∏y inne dêwi´ki. Zmienia∏y si´. Troch´ tak, jakby zmienia∏y skór´. Wygódka sta∏a osobno na niewielkim wzniesieniu, za stodo∏à. Powi´ksza∏a si´ z ka˝dym jej krokiem. Dziwny krzywy domek, zbudowany z surowych desek, wypaczonych, pop´kanych i poszarza∏ych ze staroÊci, nie mia∏ okien, tylko serduszko w drzwiach. Ale najgorsze, ˝e nigdy nie by∏o wiadomo, czy ktoÊ ju˝ w nim nie siedzi. Teraz mia∏a zdecydowane wra˝enie, ˝e ktoÊ tam jest. Zakas∏a∏a, aby ewentualna osoba w Êrodku mog∏a daç sygna∏, ˝e zaj´te.

11


Z ga∏´zi drzewa na skraju lasu poderwa∏a si´ sroka. Poza tym panowa∏a cisza. Wesz∏a na kamienny stopieƒ. Si´gn´∏a do drewnianego ko∏ka pe∏niàcego funkcj´ klamki. Pociàgn´∏a. Otwar∏a si´ przed nià czarna, pusta przestrzeƒ. Odetchn´∏a z ulgà. Przy siedzeniu sta∏a latarka, ale nie musia∏a jej zapalaç. Podnios∏a klap´ i dopiero potem zamkn´∏a drzwi na haczyk. Podciàgn´∏a nocnà koszul´, spuÊci∏a majtki i usiad∏a. W ciszy, która zapad∏a, wyda∏o jej si´, ˝e coÊ s∏yszy. CoÊ, co nie by∏o ani owadem, ani srokà, ani zwierz´ciem, które zmieni∏o skór´. CoÊ, co porusza∏o si´ szybko w wysokiej trawie na ty∏ach wygódki. Zaraz jednak plusk zag∏uszy∏ tamten odg∏os. Ale jej serce ju˝ zacz´∏o waliç jak m∏otem. Kiedy skoƒczy∏a, szybko podciàgn´∏a majtki i po ciemku nas∏uchiwa∏a. Ale teraz s∏ysza∏a jedynie lekki szum w koronach drzew i pulsowanie w∏asnej krwi w uszach. Zaczeka∏a, a˝ t´tno jej si´ uspokoi, podnios∏a haczyk i otworzy∏a drzwi. Mroczna postaç wype∏ni∏a niemal ca∏y otwór drzwiowy. Musia∏ czekaç nieruchomo na schodku. Moment póêniej le˝a∏a na siedzeniu ubikacji, a on sta∏ nad nià. Zamknà∏ drzwi za sobà. – To ty? – spyta∏a. – Ja – odpar∏ obcym, dr˝àcym, niewyraênym g∏osem. Rzuci∏ si´ na nià. Oczy b∏yszcza∏y mu w ciemnoÊci, gdy gryz∏ jà w warg´ do krwi, wsuwajàc r´k´ pod nocnà koszul´ i Êciàgajàc majtki. A ona le˝a∏a jak sparali˝owana pod ostrzem no˝a palàcym w szyj´, kiedy uderza∏ w nià podbrzuszem, jeszcze zanim Êciàgnà∏ spodnie, jak oszala∏y na punkcie parzenia si´ pies. – Jedno s∏owo, a potn´ ci´ na kawa∏ki – szepnà∏. Nigdy nie powiedzia∏a ani jednego s∏owa. Mia∏a czternaÊcie lat i by∏a pewna, ˝e jeÊli dostatecznie mocno zaciÊnie powieki i si´ skoncentruje, b´dzie mog∏a zobaczyç gwiazdy przez dach. Bóg posiada∏ moc sprawiania takich rzeczy. JeÊli tylko zechcia∏.

12


2

NIEDZIELA, 13 GRUDNIA 2003. WIZYTY DOMOWE

Studiowa∏ odbicie w∏asnych rysów w oknie pociàgu. Usi∏owa∏ si´ zorientowaç, co to jest, w czym tkwi tajemnica. Ale nad czerwonà apaszkà nie móg∏ dojrzeç nic szczególnego, jedynie twarz bez wyrazu z oczami i w∏osami, które na tle Êcian tunelu mi´dzy Courcelles i Ternes wydawa∏y si´ równie czarne jak odwieczna noc panujàca w metrze. „Le Monde” na jego kolanach zapowiada∏ Ênieg, lecz ulice Pary˝a nad nim wcià˝ by∏y zimne i nagie pod niskà, nieprzeniknionà pokrywà chmur. Nozdrza mu si´ rozszerzy∏y, gdy wciàgnà∏ s∏aby, ale charakterystyczny zapach wilgotnego cementu, ludzkiego potu, spalonego metalu, wody koloƒskiej, tytoniu, mokrej we∏ny i kwasu ˝ó∏ciowego, zapach, którego nigdy nie da∏o si´ ani zmyç, ani wywietrzyç z siedzeƒ wagonów. Zmiana ciÊnienia powietrza wywo∏ana ruchem pociàgu nadje˝d˝ajàcego z przeciwnej strony wprawi∏a szyb´ w wibracje, a mrok na chwil´ ustàpi∏ bladym prostokàtom Êwiat∏a przemykajàcym za oknem. Podsunà∏ r´kaw p∏aszcza i zerknà∏ na zegarek, Seiko SQ50, który dosta∏ jako cz´Êç zap∏aty od jednego z klientów. Na szkie∏ku ju˝ pojawi∏y si´ rysy, nie mia∏ wi´c pewnoÊci, czy zegarek jest oryginalny. Pi´tnaÊcie po siódmej. By∏a niedziela wieczór i wagon zape∏niony ledwie w po∏owie. Rozejrza∏ si´. Ludzie w metrze spali. Spali zawsze. Szczególnie w dni powszednie. Wy∏àczali si´, zamykali oczy i pozwalali, by codzienna podró˝ zmienia∏a si´ w pozbawionà snów mi´dzyprzestrzeƒ nicoÊci z czerwonà albo niebieskà kreskà na mapie metra, b´dàcà niemym ∏àcznikiem mi´dzy pracà a wolnoÊcià. Czyta∏ o m´˝czyênie, który przesiedzia∏ w metrze ca∏y dzieƒ z zamkni´tymi oczami, je˝d˝àc tam i z powrotem, i dopiero kiedy opró˝niano wagony na noc, zorientowano si´, ˝e nie ˝yje. Byç mo˝e ten cz∏owiek zstàpi∏ tu, do tych katakumb, w∏aÊnie w tym celu, ˝eby bez przeszkód narysowaç w blado˝ó∏tej trumnie niebieskà kresk´ ∏àczàcà ˝ycie z zaÊwiatami. On sam rysowa∏ kresk´ w odwrotnà stron´. W stron´ ˝ycia. Pozostawa∏a mu jeszcze do za∏atwienia dzisiejsza robota i ta w Oslo. Ostatnia. Potem ju˝ na dobre opuÊci katakumby.

13


Fa∏szywie zadêwi´cza∏ dzwonek alarmowy i drzwi zatrzasn´∏y si´ na stacji Ternes. Znów si´ rozp´dzili. Zamknà∏ oczy, próbowa∏ wyobraziç sobie ten drugi zapach. Zapach odÊwie˝ajàcych tabletek do pisuarów i Êwie˝ego ciep∏ego moczu. Zapach wolnoÊci. Ale byç mo˝e racj´ mia∏a jego matka, nauczycielka, mówiàc, ˝e ludzki mózg jest w stanie ze szczegó∏ami przypomnieç sobie wszystko, co cz∏owiek widzia∏ albo s∏ysza∏, lecz nie potrafi odtworzyç nawet najbardziej podstawowego zapachu. Zapach. Pod powiekami zacz´∏y przesuwaç si´ obrazy. Mia∏ pi´tnaÊcie lat i siedzia∏ w korytarzu szpitala w Vukovarze, s∏uchajàc, jak matka na okràg∏o mamrocze modlitw´ do Êwi´tego Tomasza Aposto∏a, patrona budowniczych, b∏agajàc go, by oszcz´dzi∏ jej m´˝a. S∏ysza∏ ryk artylerii serbskiej strzelajàcej znad rzeki i krzyki ludzi operowanych w sali dla noworodków, w której nie by∏o ju˝ noworodków, bo kobiety z Vukovaru od rozpocz´cia obl´˝enia miasta przesta∏y rodziç. Pracowa∏ w szpitalu jako ch∏opiec na posy∏ki i nauczy∏ si´ odcinaç od dêwi´ków, i od krzyków, i od artylerii. Ale nie potrafi∏ odgrodziç si´ od zapachów. Szczególnie od jednego. Podczas amputacji chirurdzy musieli najpierw przeciàç cia∏o do koÊci i po to, by pacjent nie wykrwawi∏ si´ na Êmierç, urzàdzeniem przypominajàcym lutownic´ przypalali naczynia krwionoÊne, by w ten sposób je zamknàç. Palone cia∏o i krew mia∏y zupe∏nie inny zapach ni˝ wszystko. Na korytarz wyszed∏ lekarz i gestem przywo∏a∏ matk´ i jego. Kiedy zbli˝ali si´ do ∏ó˝ka, nie mia∏ odwagi spojrzeç na ojca. Patrzy∏ jedynie na wielkà Êniadà pi´Êç zaciskajàcà si´ na materacu, jak gdyby usi∏owa∏a rozerwaç go na dwoje. I by∏aby w stanie to zrobiç. To by∏y najsilniejsze r´ce w mieÊcie. Jego ojciec zajmowa∏ si´ gi´ciem ˝elaza. To on przychodzi∏ na place budowy, kiedy murarze koƒczyli robot´, k∏ad∏ swoje wielkie r´ce na wystajàcych z betonu koƒcówkach pr´tów zbrojeniowych i szybkim, ale starannie wyçwiczonym ruchem przygina∏ je i splata∏ ze sobà. Widzia∏ ojca przy pracy. Wyglàda∏o to tak, jakby wykr´ca∏ Êcierk´. Wcià˝ jeszcze nie wynaleziono maszyny, która lepiej by sobie z tym radzi∏a. Zacisnà∏ oczy, s∏yszàc g∏os ojca zanoszàcego si´ krzykiem bólu i rozpaczy. – Wyprowadêcie ch∏opca!

14


– Sam prosi∏… – Wyprowadêcie! G∏os lekarza: – Krwawienie usta∏o, zaczynamy! KtoÊ z∏apa∏ go pod ramiona i uniós∏. Próbowa∏ si´ opieraç, ale by∏ taki ma∏y, taki lekki. I wtedy poczu∏ ten zapach. Spalonego cia∏a i krwi. Na koniec znów us∏ysza∏ g∏os lekarza: – Pi∏a. Drzwi si´ za nim zatrzasn´∏y, osunà∏ si´ na kolana i podjà∏ modlitw´ w miejscu, w którym przerwa∏a jà matka. Ocal go. Niech b´dzie kalekà, ale niech prze˝yje. Bóg posiada moc sprawiania takich rzeczy. JeÊli tylko zechce. Poczu∏, ˝e ktoÊ na niego patrzy. Otworzy∏ oczy i znalaz∏ si´ z powrotem w metrze. Naprzeciwko niego siedzia∏a kobieta z napi´tymi mi´Êniami szcz´ki, mia∏a zm´czone, dalekie spojrzenie, które uciek∏o od jego wzroku. Wskazówka sekundnika na zegarku przesuwa∏a si´ skokami, gdy w duchu powtarza∏ adres. Sprawdzi∏. Puls wydawa∏ si´ normalny. G∏owa lekka, ale nie za lekka. Nie by∏o mu ani zimno, ani si´ nie poci∏, nie czu∏ l´ku ani radoÊci, przyjemnoÊci ani nieprzyjemnoÊci. Pociàg zwolni∏. Charles de Gaulle-Étoile. Ostatni raz zerknà∏ na kobiet´. Przyglàda∏a mu si´ uwa˝nie, lecz gdyby jeszcze kiedyÊ go spotka∏a, mo˝e nawet dziÊ wieczorem, i tak by go nie rozpozna∏a. Podniós∏ si´ i stanà∏ przy drzwiach. Hamulce j´kn´∏y cicho. Tabletki odÊwie˝ajàce i mocz. I wolnoÊç. Równie niewyobra˝alna jak zapach. Drzwi si´ rozsun´∏y. Harry wysiad∏ na peronie, stanà∏ i wciàgajàc ciep∏y piwniczny zapach, zerknà∏ na kartk´ z adresem. Us∏ysza∏, ˝e drzwi si´ zamykajà, i kiedy pociàg znów ruszy∏, poczu∏ lekki powiew powietrza na plecach. Skierowa∏ si´ w stron´ wyjÊcia. Tablica reklamowa nad ruchomymi schodami powiedzia∏a mu, ˝e istniejà sposoby na unikni´cie przezi´bienia. Zakas∏a∏ jakby w odpowiedzi, myÊlàc: Za choler´ nie. Wsunà∏ r´k´ do g∏´bokiej kieszeni we∏nianego p∏aszcza, pod piersiówkà i pude∏kiem z tabletkami na gard∏o znalaz∏ paczk´ papierosów. Papieros podskakiwa∏ mu w ustach, kiedy wychodzi∏ przez szklane drzwi, zostawiajàc za sobà wilgotne, nienaturalne ciep∏o podziemnej kolej-

15


ki Oslo, i wbiega∏ po schodach prowadzàcych do jak najbardziej naturalnego zimna i grudniowych ciemnoÊci stolicy. Odruchowo si´ skuli∏. Egertorget. Niewielki otwarty plac stanowi∏ skrzy˝owanie deptaków w samym sercu Oslo, o ile miasto mia∏o jakiekolwiek serce o tej porze roku. Sklepy by∏y otwarte mimo niedzieli, poniewa˝ by∏ ostatni weekend przed Êwi´tami, i w ˝ó∏tym Êwietle padajàcym z okien skromnych trzypi´trowych, zajmowanych przez firmy kamienic, które otacza∏y plac, roi∏o si´ od ludzi spieszàcych w ró˝ne strony. Harry przyjrza∏ si´ torbom z zapakowanymi prezentami i upomnia∏ si´ w duchu, ˝e musi pami´taç o kupieniu czegoÊ dla Bjarnego Møllera, który nazajutrz mia∏ po raz ostatni przyjÊç do pracy. Szef Harry’ego i jego g∏ówny obroƒca w policji przez wszystkie te lata wprowadzi∏ wreszcie w ˝ycie swój plan zwalniania tempa i od nast´pnego tygodnia mia∏ objàç stanowisko tak zwanego starszego Êledczego do spraw specjalnych w Komendzie Policji w Bergen, co w praktyce oznacza∏o, ˝e Bjarne Møller do przejÊcia na emerytur´ b´dzie móg∏ robiç, co chce. Mo˝e i nieêle, ale Bergen? Deszcz i cisnàce si´ na miasto góry. Møller nigdy si´ stamtàd nie wydostanie. Harry zawsze lubi∏ Bjarnego Møllera, ale nie zawsze go rozumia∏. M´˝czyzna w puchowym kombinezonie, spowijajàcym go od stóp do g∏ów, minà∏ Harry’ego krokiem astronauty, szczerzàc z´by w uÊmiechu i wydmuchujàc ob∏oczki pary z okràg∏ych zaró˝owionych policzków. Przygarbione plecy i zamkni´te zimowe twarze. Harry dostrzeg∏ bladà kobiet´ ubranà w cienkà czarnà skórzanà kurtk´ z dziurà na ∏okciu, która przest´powa∏a z nogi na nog´ pod Êcianà zak∏adu zegarmistrza, wzrokiem przeszukujàc t∏um w nadziei na znalezienie swojego dilera. ˚ebrak, d∏ugow∏osy i nieogolony, ale dobrze ubrany w ciep∏e, modne, m∏odzie˝owe ubranie, siedzia∏ na ziemi w pozycji jogina, oparty o s∏up latarni z g∏owà pochylonà jak do medytacji, przed nim sta∏ bràzowy kartonowy kubek po cappuccino. Harry w ostatnim roku zauwa˝a∏ coraz wi´cej ˝ebraków i uÊwiadomi∏ sobie, ˝e sà do siebie podobni. Mieli nawet takie same kartonowe kubki, jak gdyby pos∏ugiwali si´ tajemnym kodem. Mo˝e to by∏y istoty z kosmosu, które po cichu zajmowa∏y jego miasto, jego ulice? I co z tego? Zapraszamy! Harry wszed∏ do zak∏adu zegarmistrza. – Da si´ go zreperowaç? – spyta∏ m∏odego cz∏owieka za kontuarem, podajàc mu zegarek po dziadku. Harry dosta∏ go w Åndalsnes tego

16


dnia, kiedy pochowali matk´. By∏ wtedy jeszcze ch∏opcem i prawie si´ przerazi∏, ale dziadek uspokoi∏ go, mówiàc, ˝e zegarki to coÊ, co si´ oddaje w prezencie, Harry powinien wi´c pami´taç o przekazaniu go dalej, „zanim b´dzie za póêno”. Harry ca∏kiem zapomnia∏ o zegarku a˝ do tej jesieni, kiedy w mieszkaniu na Sofies gate odwiedzi∏ go Oleg i w szufladzie, w której szuka∏ gameboya Harry’ego, znalaz∏ srebrny zegarek. Oleg mia∏ dziewi´ç lat, ale ju˝ dawno pokona∏ Harry’ego w b´dàcej ich wspólnà nami´tnoÊcià, chocia˝ troch´ niemodnej grze komputerowej Tetris. Zapomnia∏ o planowanym pojedynku, na który tak si´ cieszy∏, i zaczà∏ grzebaç w zegarku z nadziejà, ˝e go uruchomi. „On jest zepsuty”, powiedzia∏ Harry. „Phi – mruknà∏ Oleg. – Wszystko mo˝na naprawiç”. Harry mia∏ w g∏´bi serca nadziej´, ˝e to twierdzenie jest prawdziwe, ale bywa∏y dni, gdy mocno w to wàtpi∏. A jednak momentami si´ zastanawia∏, czy nie powinien zaprezentowaç Olegowi zespo∏u Jokke&Valentinerne i albumu zatytu∏owanego w∏aÊnie Wszystko mo˝na naprawiç. Po d∏u˝szym zastanowieniu doszed∏ jednak do wniosku, ˝e matki Olega, Rakel, nie zachwyci∏aby taka konstelacja: jej by∏y facet, alkoholik, wciska synowi piosenki o tym, jak to jest byç alkoholikiem, napisane i wykonywane przez zmar∏ego na∏ogowca. – Nadaje si´ do naprawy? – spyta∏ m∏odego cz∏owieka za kontuarem. W odpowiedzi zr´czne d∏onie szybko otworzy∏y zegarek. – Nie op∏aca si´. – Nie op∏aca? – Jak pan pójdzie do antykwariatu, dostanie pan lepszy zegarek, na chodzie, za mniejsze pieniàdze, ni˝ b´dzie kosztowaç naprawa. – Prosz´ mimo wszystko spróbowaç – powiedzia∏ Harry. – Dobrze. – M∏ody cz∏owiek ju˝ zaczà∏ studiowaç wn´trznoÊci zegarka i w∏aÊciwie wydawa∏ si´ ca∏kiem zadowolony z decyzji Harry’ego. – Prosz´ przyjÊç w Êrod´ w przysz∏ym tygodniu. Po wyjÊciu z zak∏adu Harry us∏ysza∏ kruchy dêwi´k pojedynczej gitarowej struny ze wzmacniacza. Dêwi´k si´ wzmóg∏, gdy gitarzysta, ch∏opak z rzadkim zarostem, w mitenkach, podkr´ci∏ g∏oÊnoÊç. By∏a pora jednego ze sta∏ych przedÊwiàtecznych koncertów na Egertorget, podczas których znani artyÊci grali na rzecz Armii Zbawienia. Ludzie

17


ju˝ zacz´li gromadziç si´ przed zespo∏em, który ustawi∏ si´ za wiszàcym na statywie na Êrodku placu czarnym Êwiàtecznym kocio∏kiem, do którego Armia Zbawienia tradycyjnie zbiera∏a datki dla potrzebujàcych. – To ty? Harry odwróci∏ si´. Zaczepi∏a go ta kobieta z oczami narkomanki. – To ty, prawda? Ty jesteÊ od Snoopy’ego. Musz´ natychmiast dostaç dzia∏k´, bo mam… – Sorry – przerwa∏ jej Harry. – To nie ja. Przyjrza∏a mu si´. Lekko przekrzywi∏a g∏ow´, mru˝àc oczy, jakby ocenia∏a, czy jà ok∏ama∏. – W∏aÊnie, ˝e ty. Ju˝ ci´ kiedyÊ widzia∏am. – Jestem z policji. Wstrzyma∏a oddech. Harry wypuÊci∏ powietrze. Reakcja nastàpi∏a z opóênieniem, jak gdyby wiadomoÊç musia∏a przejÊç okr´˝nà drogà, omijajàc przepalone w∏ókna nerwowe i zniszczone synapsy. W koƒcu w oczach kobiety zap∏on´∏o s∏abe Êwiate∏ko nienawiÊci, na które Harry czeka∏. – Gliniarz? – MyÊla∏em, ˝e obowiàzuje umowa, ˝e b´dziecie si´ trzymaç Plata. – Harry przeniós∏ wzrok na wokalist´. – Phi! – Kobieta stan´∏a tu˝ przed nim. – Ty nie jesteÊ z Narkotyków. Ty jesteÊ ten z telewizji, ten, co zabi∏… – Wydzia∏ Zabójstw. – Harry ujà∏ jà lekko pod r´k´. – Pos∏uchaj, to, czego szukasz, znajdziesz na Plata. Nie zmuszaj mnie, ˝ebym ci´ zamknà∏. – Nie mog´ – wyrwa∏a mu si´. Harry natychmiast po˝a∏owa∏, ˝e jej dotknà∏, obie r´ce podniós∏ do góry. – Powiedz przynajmniej, ˝e nie b´dziesz próbowa∏a nic tu kupiç, to b´d´ móg∏ sobie iÊç. Okej? Przekrzywi∏a g∏ow´. Cienkie bezkrwiste wargi odrobin´ si´ napi´∏y, jak gdyby dostrzega∏a w tej sytuacji coÊ zabawnego. – Powiedzieç ci, dlaczego nie mog´ tam iÊç? Harry czeka∏. – Bo mój syn tam chodzi.

18


Poczu∏ Êciskanie w ˝o∏àdku. – Nie chc´, ˝eby mnie zobaczy∏ takà. Rozumiesz, gliniarzu? Popatrzy∏ na jej zadziornà twarz, próbujàc u∏o˝yç jakieÊ zdanie. – Weso∏ych Êwiàt – doda∏a, odwracajàc si´ do niego plecami. Harry rzuci∏ papierosa w bia∏y sproszkowany Ênieg i ruszy∏ dalej. Chcia∏ mieç t´ robot´ za sobà. Nie patrzy∏ na ludzi nadchodzàcych z przeciwka, a oni nie patrzyli na niego, tylko gapili si´ w lód, jakby mieli wyrzuty sumienia, jakby jako obywatele najhojniejszej socjaldemokracji na Êwiecie mimo wszystko si´ wstydzili. „Bo mój syn tam chodzi”. Na Fredensborgveien, obok Biblioteki Deichmana Harry zatrzyma∏ si´ pod numerem zapisanym na kopercie, którà mia∏ przy sobie. Odchyli∏ g∏ow´. Niedawno odremontowanà fasad´ pomalowano na szaro-czarno. Mokry sen grafficiarza. W niektórych oknach wisia∏y ju˝ Êwiàteczne ozdoby, ich kontury rysowa∏y si´ wyraênie na tle ˝ó∏tego mi´kkiego Êwiat∏a bijàcego z tego, co wyglàda∏o na ciep∏e, bezpieczne domy. I mo˝e rzeczywiÊcie tak by∏o, usi∏owa∏ przekonywaç si´ Harry. Usi∏owa∏, bo nie mo˝na przepracowaç dwunastu lat w policji, nie zara˝ajàc si´ pogardà dla ludzi, nieuniknionà w tym zawodzie. Ale stara∏ si´ jej opieraç, to trzeba przyznaç. Znalaz∏ nazwisko przy domofonie, zamknà∏ oczy, próbujàc wymyÊliç w∏aÊciwy sposób sformu∏owania. Nie pomog∏o. Jej g∏os wcià˝ mu przeszkadza∏. „Nie chc´, ˝eby mnie zobaczy∏ takà…” Podda∏ si´. Czy istnieje jakiekolwiek w∏aÊciwe sformu∏owanie na wyra˝enie tego, co niemo˝liwe? Dotknà∏ kciukiem zimnego metalowego przycisku i gdzieÊ we wn´trzu domu rozleg∏ si´ dzwonek. Kapitan Jon Karlsen puÊci∏ przycisk, odstawi∏ ci´˝kie plastikowe torby na chodnik, odchyli∏ g∏ow´ i spojrza∏ na fasad´. Kamienica wyglàda∏a na ostrzelanà przez lekkà artyleri´. Tynk odpada∏ p∏atami, a okna uszkodzonego w po˝arze mieszkania na pierwszym pi´trze zakrywa∏y deski. W pierwszej chwili minà∏ niebieski dom Fredriksena, mia∏ wra˝enie, ˝e mróz wyssa∏ wszelkie kolory, upodobniajàc do siebie wszystkie fasady na Hausmanns gate. Dopiero gdy zobaczy∏ okupowanà kamienic´ z namalowanym na Êcianie napisem „Zachodni Brzeg”, zrozumia∏,

19


˝e poszed∏ za daleko. P´kni´cie w szybie drzwi wejÊciowych tworzy∏o liter´ V. Symbol zwyci´stwa. Jon zadr˝a∏, z zadowoleniem myÊlàc o tym, ˝e pod wiatrówkà ma mundur Armii Zbawienia z czystej grubej we∏ny. Kiedy po ukoƒczeniu Szko∏y Oficerskiej mia∏ dostaç nowy mundur, okaza∏o si´, ˝e ˝aden z rozmiarów w dziale handlowym Armii Zbawienia na niego nie pasuje. Przydzielono mu wi´c materia∏ i pos∏ano do krawca, który dmuchnà∏ mu dymem w twarz i niepytany wypar∏ si´ Jezusa jako swego osobistego Zbawiciela. Ale krawiec zna∏ si´ na swojej robocie i Jon ciep∏o mu podzi´kowa∏, bo nie by∏ przyzwyczajony do dobrze le˝àcego ubrania. Podobno z powodu przygarbionych pleców. Ci, którzy widzieli, jak idzie w gór´ Hausmanns gate tego popo∏udnia, prawdopodobnie sàdzili, ˝e pochyla si´ tak, by ochroniç si´ przed lodowatym grudniowym wiatrem, zmiatajàcym igie∏ki lodu i sztywne Êmieci z chodników przy wtórze szumu nieustannie przeje˝d˝ajàcych samochodów. Ale ci, którzy go znali, mówili, ˝e Jon Karlsen garbi si´, ˝eby zniwelowaç swój wzrost. I ˝eby dotrzeç do tych, których ma pod sobà. Teraz te˝ si´ schyli∏, by dwudziestokoronowa moneta trafi∏a do bràzowego tekturowego kubka tkwiàcego w brudnej dr˝àcej d∏oni przy bramie. – Co tam s∏ychaç? – spyta∏ Jon przypominajàcego stos szmat cz∏owieka, który w Ênie˝nej zadymce siedzia∏ po turecku na roz∏o˝onym na chodniku kawa∏ku kartonu. – Jestem w kolejce na kuracj´ metadonem – odpar∏ nieszcz´Ênik oboj´tnie, zacinajàc si´, jakby wyg∏asza∏ marnie wyçwiczony wers psalmu, nie odrywa∏ przy tym oczu od kolan czarnych mundurowych spodni Jona. – PowinieneÊ si´ wybraç do naszej kawiarni na Urtegata – powiedzia∏ Jon. – Troch´ si´ ogrzaç, coÊ zjeÊç i… Reszta s∏ów znikn´∏a w ryku samochodów, kiedy Êwiat∏o zmieni∏o si´ na zielone. – Nie mam czasu – odpar∏ ˝ebrak. – A ty nie znalaz∏byÊ przypadkiem pi´çdziesiàtki? Jona nigdy nie przesta∏a dziwiç niez∏omna koncentracja narkomanów wokó∏ jednego. Z westchnieniem wepchnà∏ stukoronowy banknot do kubka.

20


– Idê, poszukaj jakiegoÊ ciep∏ego ubrania we Freteksie*. Jak tam nic nie znajdziesz, to wiem, ˝e mamy nowe zimowe kurtki w naszym oÊrodku, w Latarni Morskiej. W tej cienkiej d˝insowej zamarzniesz na Êmierç. Powiedzia∏ to z rezygnacjà cz∏owieka, który ju˝ ma ÊwiadomoÊç, ˝e jego dar pójdzie na narkotyki, ale co z tego? To by∏ ten sam refren. Po prostu jeden z tych niemo˝liwych moralnych dylematów, które wype∏nia∏y mu dni. Jeszcze raz nacisnà∏ guzik domofonu. Widzia∏ swoje odbicie w brudnej szybie wystawowej obok drzwi wejÊciowych. Thea mówi∏a, ˝e jest wielki. A on wcale nie by∏ wielki, tylko ma∏y. Ma∏y ˝o∏nierzyk. Ale póêniej ma∏y ˝o∏nierzyk pobiegnie przez „Dolink´” na Møllerveien, przez most na rzece Aker, gdzie zaczyna si´ wschodnia cz´Êç miasta i dzielnica Grünerløkka, przez park Sofienberg, do kamienicy na Gøteborggata cztery, b´dàcej w∏asnoÊcià Armii i wynajmowanej jej pracownikom. Otworzy kluczem drzwi do klatki B, mo˝e przywita si´ krótko z jakimÊ lokatorem, który, miejmy nadziej´, uzna, ˝e Jon zmierza do swojego mieszkania na czwartym pi´trze. A on zamiast tego pojedzie windà na piàte, przez strych przejdzie na klatk´ A, chwil´ b´dzie nas∏uchiwa∏, czy droga wolna, a potem podbiegnie pod mieszkanie Thei i zastuka umówionym kodem. Ona otworzy drzwi i obj´cia, w które b´dzie móg∏ si´ wtuliç i odtajaç. Zatrz´s∏o si´. W pierwszej chwili myÊla∏, ˝e to trz´sie si´ ziemia, miasto, fundamenty. Odstawi∏ jednà torb´ i si´gnà∏ do kieszeni spodni. Komórka wcià˝ wibrowa∏a mu w r´ku. Na wyÊwietlaczu ukaza∏ si´ numer Ragnhild. To ju˝ trzeci raz, tylko dzisiaj. Wiedzia∏, ˝e nie mo˝e d∏u˝ej tego odk∏adaç, musi jej w koƒcu powiedzieç. Powiedzieç, ˝e zamierza si´ zar´czyç z Theà. Kiedy tylko znajdzie w∏aÊciwe s∏owa. Schowa∏ telefon z powrotem do kieszeni, unikajàc swojego odbicia. Ale podjà∏ ju˝ decyzj´. Musi przestaç byç tchórzem. B´dzie dzielny. B´dzie wielkim ˝o∏nierzem. Dla Thei na Gøteborggata. Dla ojca w Tajlandii. Dla Pana Boga w niebiosach. – Co znowu? – burkn´∏o w g∏oÊniku nad przyciskami. *

Fretex – sieç prowadzonych przez norweskà Armi´ Zbawienia sklepów z rzeczami u˝ywanymi (przyp. t∏um.).

21


– O, czeÊç, tu Jon. – Co? – Jon z Armii Zbawienia. Jon czeka∏. – Czego chcesz? – zatrzeszcza∏ g∏os. – Przynios∏em troch´ jedzenia, mo˝e by si´ wam przyda∏o… – Papierosy masz? Jon prze∏knà∏ Êlin´ i tupnà∏ w Êniegu. – Nie, tym razem starczy∏o mi pieni´dzy tylko na jedzenie. – Cholera! Znów zapad∏a cisza. – Halo? – zawo∏a∏ Jon. – Tak, tak. MyÊl´. – Mog´ wróciç póêniej. Rozleg∏ si´ brz´czyk, wi´c Jon czym pr´dzej pchnà∏ drzwi. Na klatce schodowej, wÊród ˝ó∏tych pagórków zamarzni´tego moczu, wala∏y si´ gazety i puste butelki. Mróz jednak sprawi∏, ˝e Jon nie musia∏ wdychaç przenikliwego s∏odko-kwaÊnego odoru, który wype∏nia∏ klatk´ w cieplejsze dni. Stara∏ si´ stàpaç lekko, ale i tak tupa∏ na schodach. Kobieta oczekujàca go w drzwiach wbi∏a spojrzenie w torby. Nie chce patrzeç bezpoÊrednio na mnie, pomyÊla∏ Jon. Mia∏a obwis∏à, nabrzmia∏à po wielu latach na∏ogu twarz, nadwag´, a pod szlafrokiem brudny bia∏y T-shirt. Z drzwi bucha∏ smród. Jon odstawi∏ torby na podeÊcie schodów. – Czy pani mà˝ jest w domu? – Tak, jest – odpar∏a mi´kko po francusku. By∏a pi´kna. Mia∏a mocno zarysowane koÊci policzkowe i du˝e oczy w kszta∏cie migda∏ów. Wàskie bezkrwiste wargi. I by∏a dobrze ubrana. Przynajmniej ta jej cz´Êç, którà widzia∏ przez szpar´ w drzwiach. Odruchowo poprawi∏ czerwonà apaszk´. Oddziela∏ ich od siebie ∏aƒcuch z solidnego mosiàdzu, przymocowany do ci´˝kich d´bowych drzwi bez tabliczki z nazwiskiem. Kiedy sta∏ pod kamienicà na Avenue Carnot i czeka∏, a˝ konsjer˝ka mu otworzy, zauwa˝y∏, ˝e wszystko wyglàda tu na nowe i drogie. Okucia, domofon,

22


zamki. A fakt, ˝e blado˝ó∏ta fasada i bia∏e ˝aluzje by∏y pociàgni´te warstwà brudu z miejskich zanieczyszczeƒ, podkreÊla∏ tylko sta∏oÊç i solidnoÊç tej dzielnicy Pary˝a. Na klatce wisia∏y oryginalne obrazy olejne. – O co chodzi? Jej spojrzenie i ton nie by∏y ani ˝yczliwe, ani nie˝yczliwe, mo˝e skrywa∏y odrobin´ sceptycyzmu z powodu jego s∏abego francuskiego akcentu. – Przynosz´ wiadomoÊç, madame. Zawaha∏a si´. Ale w koƒcu zachowa∏a si´ tak, jak si´ spodziewa∏. – Ach tak. Prosz´ poczekaç, zaraz go zawo∏am. Zamkn´∏a drzwi, naoliwiony zamek zatrzasnà∏ si´ z mi´kkim klikni´ciem. Przestàpi∏ z nogi na nog´. Powinien lepiej nauczyç si´ francuskiego. Matka wieczorami wbija∏a mu do g∏owy angielski, ale z francuskim nigdy nie mog∏a sobie poradziç. Wpatrywa∏ si´ w drzwi. ¸adna. PomyÊla∏ o Giorgim. Giorgi o bia∏ym uÊmiechu, blondynek, drobny jak dziewczyna, by∏ od niego o rok starszy. Czy wcià˝ by∏ tak samo ∏adny? Zakocha∏ si´ w Giorgim, bez uprzedzeƒ i bez warunków, tak jak potrafià si´ zakochiwaç tylko dzieci. Ze Êrodka us∏ysza∏ kroki. Kroki m´˝czyzny. Majstrowanie przy zamku. Niebieska kreska mi´dzy pracà a wolnoÊcià, prowadzàca stàd do myd∏a i moczu. Wkrótce spadnie Ênieg. Przygotowa∏ si´. Twarz m´˝czyzny ukaza∏a si´ w drzwiach. – Czego, do cholery, chcesz? Jon podniós∏ torby i spróbowa∏ si´ uÊmiechnàç. – Âwie˝y chleb. ¸adnie pachnie, prawda? Fredriksen po∏o˝y∏ wielkà bràzowà d∏oƒ na ramieniu kobiety i jà odepchnà∏. – Czuj´ jedynie krew chrzeÊcijanina – s∏owa trolla z baÊni zosta∏y wypowiedziane z wyraênà, trzeêwà dykcjà, ale rozmyte t´czówki w zaroÊni´tej twarzy opowiada∏y ca∏kiem innà histori´. Oczy próbowa∏y si´ skupiç na torbach z zakupami. Ten cz∏owiek wyglàda∏ jak wielki silny m´˝czyzna, który wewn´trznie si´ skurczy∏. Jakby szkielet, sama czaszka zmniejszy∏a si´ pod skórà, ci´˝ko obwis∏à i o trzy numery za du˝à dla tej pe∏nej z∏oÊci twarzy. Fredriksen przeciàgnà∏ brudnym palcem po Êwie˝ych rozci´ciach na grzbiecie nosa.

23


– Nie b´dziesz g∏osi∏ kazania? – spyta∏. – Nie, w∏aÊciwie chcia∏em tylko… – Dalej, ˝o∏nierzu! Musicie przecie˝ coÊ z tego mieç, prawda? Na przyk∏ad mojà dusz´. Jon zadr˝a∏. – Nie ja mam w∏adz´ nad duszami, panie Fredriksen. Ale troch´ jedzenia mog´… – No, najpierw troch´ pogadaj! – Ju˝ mówi∏em, ˝e… – Gadaj! Jon patrzy∏ na Fredriksena. – Gadaj tà swojà ma∏à zasranà g´bà! – ryknà∏ Fredriksen. – Gadaj, ˝ebyÊmy mogli jeÊç z czystym sumieniem, ty cholerny dewocie! Dalej, miejmy to ju˝ za sobà! Jakà masz dziÊ wiadomoÊç od Boga? Jon otworzy∏ usta i zaraz je zamknà∏. Prze∏knà∏ Êlin´. Spróbowa∏ jeszcze raz i tym razem struny g∏osowe go us∏ucha∏y. – Dobra nowina jest taka, ˝e odda∏ Swego Syna, aby ten umar∏… za nasze grzechy. – K∏amiesz! – Nie, niestety to prawda – odpar∏ Harry, patrzàc na przera˝onà twarz m´˝czyzny w drzwiach. Pachnia∏o obiadem, a w tle szcz´ka∏y sztuçce. G∏owa rodziny. Ojciec. Do tej chwili. M´˝czyzna podrapa∏ si´ po przedramieniu, wbijajàc wzrok gdzieÊ ponad g∏owà Harry’ego, jakby ktoÊ si´ nad nim pochyla∏. Drapaniu towarzyszy∏ nieprzyjemny szorstki odg∏os. Podzwanianie sztuçców ucich∏o. Drepczàce kroki zatrzyma∏y si´ za m´˝czyznà, na jego ramieniu pojawi∏a si´ drobna d∏oƒ. Zza pleców wyjrza∏a twarz kobiety o wielkich wystraszonych oczach. – Co si´ sta∏o, Birger? – Ten policjant przyniós∏ wiadomoÊç – powiedzia∏ Birger Holmen p∏askim g∏osem. – Co si´ sta∏o? – Kobieta popatrzy∏a na Harry’ego. – Chodzi o naszego syna? O Pera? – Tak, pani Holmen. – Harry zobaczy∏, jak l´k nadpe∏za do jej oczu. Szuka∏ niemo˝liwych s∏ów. – ZnaleêliÊmy go dwie godziny temu. Paƒstwa syn nie ˝yje.

24


Nie móg∏ d∏u˝ej patrzeç jej w oczy. – Ale on… on… gdzie… Spojrzenie kobiety przeskoczy∏o z Harry’ego na m´˝a, który nie przestawa∏ si´ drapaç. Zaraz podrapie si´ do krwi, pomyÊla∏ Harry i odchrzàknà∏. – W kontenerze w Bjørvika. Tak jak si´ obawialiÊmy. Nie ˝y∏ ju˝ od pewnego czasu. Birger Holmen nagle jakby straci∏ równowag´. Zatoczy∏ si´ w ty∏ oÊwietlonego przedpokoju i uchwyci∏ wieszaka. Kobieta stan´∏a w drzwiach, a Harry za jej plecami zobaczy∏, ˝e m´˝czyzna osuwa si´ na ziemi´. Harry odetchnà∏ g∏´biej, w∏o˝y∏ r´k´ do wewn´trznej kieszeni p∏aszcza. Metal piersiówki zmrozi∏ mu palce. Wyjà∏ kopert´. Nie czyta∏ tego pisma, ale zna∏ jego treÊç a˝ za dobrze. Oficjalna krótka wiadomoÊç o Êmierci odarta z wszelkich zb´dnych s∏ów. Przes∏anie Êmierci jako czynnoÊç biurokratyczna. – Bardzo mi przykro, ale moim obowiàzkiem jest oddaç to paƒstwu. – Co jest pana obowiàzkiem? – spyta∏ niedu˝y m´˝czyzna w Êrednim wieku z przesadnie eleganckà wymowà francuskà, charakteryzujàcà nie klas´ wy˝szà, tylko tych, którzy do niej aspirujà. GoÊç mu si´ przyglàda∏. Wszystko si´ zgadza∏o ze zdj´ciem w kopercie. Nawet skàpy w´ze∏ krawata i luêny czerwony tu˝urek. Nie wiedzia∏, co z∏ego zrobi∏ ten cz∏owiek. Raczej nie wyrzàdzi∏ nikomu krzywdy fizycznej, bo mimo irytacji malujàcej si´ na twarzy, mowa cia∏a wyra˝a∏a defensyw´, niemal l´k, nawet tu, w drzwiach do w∏asnego domu. Mo˝e ukrad∏ pieniàdze, mo˝e dokona∏ malwersacji. Sprawia∏ wra˝enie osoby pracujàcej z liczbami. Ale nie chodzi∏o o du˝e kwoty. Mimo pi´knej ˝ony wyglàda∏ na takiego, który uszczknie troch´ tu, troch´ tam. Mo˝e cudzo∏o˝y∏, mo˝e spa∏ z ˝onà niew∏aÊciwego cz∏owieka? Nie. Niskich m´˝czyzn, zamo˝nych zaledwie lekko powy˝ej Êredniej, majàcych ˝ony znacznie atrakcyjniejsze od nich samych, z regu∏y bardziej interesuje w∏aÊnie niewiernoÊç ˝on. M´˝czyzna go irytowa∏. Mo˝e o to chodzi∏o. Mo˝e po prostu kogoÊ zirytowa∏. Wsunà∏ r´k´ do kieszeni.

25


– Mój obowiàzek – powiedzia∏, przyk∏adajàc do napi´tego mosi´˝nego ∏aƒcucha luf´ llamy minimax, który kupi∏ zaledwie za trzysta dolarów. – …polega na tym. Wycelowa∏ wzd∏u˝ t∏umika. By∏a to prosta metalowa rurka przykr´cona do lufy na gwincie, który zrobi∏ mu rusznikarz w Zagrzebiu. Czarna taÊma klejàca, owijajàca z∏àczenie, s∏u˝y∏a wy∏àcznie jako uszczelnienie. OczywiÊcie móg∏ kupiç tak zwany t∏umik wysokiej jakoÊci za ponad sto euro, ale po co? I tak ˝aden nie by∏ w stanie zd∏awiç odg∏osu kuli prze∏amujàcej mur dêwi´ku, goràcego gazu stykajàcego si´ z zimnym powietrzem, mechanicznych metalowych czàstek pistoletu uderzajàcych o siebie. Jedynie w rzeczywistoÊci hollywoodzkiej pistolet z t∏umikiem wydawa∏ taki odg∏os jak popcorn p´kajàcy pod pokrywkà. Odg∏os zabrzmia∏ jak strzelenie batem. Wcisnà∏ twarz w wàski otwór. M´˝czyzna zniknà∏ ze szpary w drzwiach, upad∏ do ty∏u bez ha∏asu. W holu panowa∏ pó∏mrok, ale w lustrze na Êcianie zobaczy∏ Êwiat∏o wpadajàce z klatki i swoje w∏asne szeroko otwarte oko w obramowaniu ze z∏ota. Zmar∏y le˝a∏ na grubym bordowym dywanie. Perskim? Mo˝e jednak mia∏ pieniàdze. Teraz mia∏ tylko ma∏à dziurk´ w czole. Podniós∏ wzrok i napotka∏ spojrzenie ˝ony. JeÊli to by∏a ˝ona. Sta∏a w progu nast´pnego pomieszczenia. Za nià wisia∏a du˝a ˝ó∏ta lampa z papieru ry˝owego. Kobieta wpatrywa∏a si´ w niego, zas∏aniajàc usta r´kà. Krótko skinà∏ jej g∏owà. Potem delikatnie zamknà∏ drzwi, schowa∏ pistolet do kabury pod pachà i ruszy∏ schodami w dó∏. W powrotnej drodze nigdy nie u˝ywa∏ windy. Ani wynaj´tych samochodów czy motocykli lub innych pojazdów, które mog∏y nagle bez przyczyny stanàç. I nie bieg∏. Nie mówi∏ ani nie wo∏a∏, bo g∏os móg∏ byç wykorzystany w rysopisie. Odwrót stanowi∏ najbardziej krytyczny etap zadania, lecz równie˝ ten, który najbardziej lubi∏. By∏ niczym unoszenie si´ w powietrzu, jak pozbawiona marzeƒ nicoÊç. Konsjer˝ka wysz∏a przed drzwi swojego mieszkania na parterze i przyglàda∏a mu si´ niepewnie. Szepnà∏ jej s∏owa po˝egnania, lecz ona dalej tylko patrzy∏a w milczeniu. Gdy za godzin´ b´dzie jà przes∏uchiwaç policja, poprosi o rysopis, a ona im go poda. M´˝czyzna Êredniego

26


wzrostu, o zwyk∏ym wyglàdzie. DwadzieÊcia lat, a mo˝e trzydzieÊci. Na pewno nie czterdzieÊci. Tak jej si´ przynajmniej wydaje. Wyszed∏ na ulic´. Pary˝ hucza∏ cicho jak burza, która nie chce si´ zbli˝yç, ale te˝ nie chce minàç. Wrzuci∏ llam´ minimax do upatrzonego wczeÊniej kontenera na Êmieci. Dwa nowe nieu˝ywane pistolety tej samej marki czeka∏y w Zagrzebiu. Dosta∏ rabat za iloÊç. Gdy pó∏ godziny póêniej autobus na lotnisko mija∏ Porte de la Chapelle na autostradzie mi´dzy Pary˝em a lotniskiem Charles’a de Gaulle’a, w powietrzu zaroi∏o si´ od p∏atków Êniegu. K∏ad∏y si´ mi´dzy rzadkimi blado˝ó∏tymi êdêb∏ami, które zmarzni´te wyciàga∏y si´ ku szaremu niebu. Kiedy si´ odprawi∏ na swój lot i minà∏ kontrol´ bezpieczeƒstwa, skierowa∏ si´ prosto do m´skiej toalety. Stanà∏ na koƒcu rz´du bia∏ych pisuarów, rozpià∏ rozporek i wycelowa∏ strumieƒ moczu w bia∏e tabletki odÊwie˝ajàce na dnie miski. Zamknà∏ oczy, koncentrujàc si´ na s∏odkawym zapachu paradichlorobenzenu i aromatu cytrynowego z J&J Chemicals. Na niebieskiej kresce wiodàcej do wolnoÊci zosta∏ tylko jeden przystanek. Próbowa∏ posmakowaç tej nazwy. Os-lo.


Podczas przedświątecznego koncertu w zasypanym śniegiem Oslo ginie jeden z członków Armii Zbawienia. Fotograf prasowy uchwycił prawdopodobnego zabójcę na zdjęciach, ale ekspert od identyfikacji ma kłopoty z jego rozpoznaniem. Pościg komisarza Harry’ego Hole za człowiekiem bez twarzy toczy się w ciemnych zaułkach stolicy Norwegii, wśród narkomanów i dewiantów. Harry to policyjny anarchista stosujący metody dalekie od procedur, nałogowy palacz i alkoholik. Przed wyrzuceniem na bruk chroni go to, że jest niezwykle inteligentnym i efektywnym śledczym. Parasol ochronny rozpina nad nim także Bjarne Møller, przyjaciel i bezpośredni przełożony. Opowieść jest złożona, rozwój akcji niemożliwy do przewidzenia. Chciwość, żądza i pragnienie zemsty drzemią nawet w pozornie świętych ludziach. „The Evening Standard”

Cykl powieści kryminalnych z komisarzem Harrym Hole: CZŁOWIEK NIETOPERZ KARALUCHY CZERWONE GARDŁO TRZECI KLUCZ PENTAGRAM WYBAWICIEL PIERWSZY ŚNIEG PANCERNE SERCE UPIORY POLICJA

www.publicat.pl

P.WD.KRW036.1.02.17

jonesbo.pl

cena 34,90 zł


"Wybawiciel" Jo Nesbo