Page 1


TRZECI KLUCZ Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka


Tytuł oryginału Sorgenfri Projekt okładki MARIUSZ BANACHOWICZ

Redakcja SYLWIA MAZURKIEWICZ

Korekta DOROTA SIDEROPULU

Redakcja techniczna JOLANTA KRAWCZYK

Copyright © Jo Nesbø 2002 Published by agreement with Salomonsson Agency Polish edition © Publicat S.A. MMVII, MMXVI (wydanie elektroniczne) Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione. All rights reserved

ISBN 978-83-245-8993-7

jest znakiem towarowym Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


Cz´Êç pierwsza

1

PLAN

Umieram. To bezsensowne. Nie taki by∏ plan, w ka˝dym razie nie mój. Mo˝liwe, ˝e wszystko zmierza∏o do tego punktu. Ale bez mojej wiedzy. Mój plan nie by∏ taki. Mój plan by∏ lepszy. Mój plan mia∏ sens. Patrz´ w luf´ i wiem, ˝e w∏aÊnie stamtàd nadejdzie pos∏aniec. Przewoênik. Czas na ostatni Êmiech. Âwiate∏ko w tunelu mo˝e byç iskrà zapalnika. Czas na ostatnie ∏zy. MogliÊmy razem zmieniç to ˝ycie w coÊ dobrego. GdybyÊmy post´powali zgodnie z planem. Ostatnia myÊl. Wszyscy pytajà, jaki jest sens ˝ycia, a nikt nie pyta, jaki jest sens Êmierci.

2

ASTRONAUTA

Stary cz∏owiek przywodzi∏ Harry’emu na myÊl astronaut´. Komiczne drobne kroczki, sztywne ruchy, czarne martwe spojrzenie i monotonne szuranie butami po pod∏odze. Jak gdyby ba∏ si´, ˝e straci kontakt z ziemià i uleci w przestrzeƒ kosmicznà. Harry spojrza∏ na zegar na bia∏ej Êcianie nad drzwiami wejÊciowymi. 15.16. Za oknem, na Bogstadveien, przesuwali si´ ludzie ogarni´ci piàtkowym poÊpiechem. Niskie paêdziernikowe s∏oƒce odbi∏o si´ w bocznym lusterku samochodu, ledwie toczàcego si´ w korku. Harry skupi∏ si´ na starym cz∏owieku. Kapelusz i szary elegancki prochowiec, któremu co prawda przyda∏oby si´ czyszczenie. Pod nim tweedowa marynarka, krawat i znoszone szare spodnie w ostry jak brzytwa kant. Wyczyszczone do po∏ysku buty ze zdartymi obcasami. Jeden z emerytów tak g´sto zaludniajàcych dzielnic´ Majorstua. Nie by∏o to przypuszczenie. Harry wiedzia∏, ˝e August Schulz ma osiemdziesiàt je-

5


den lat, kiedyÊ zajmowa∏ si´ sprzeda˝à konfekcji, a na Majorstua mieszka∏ przez ca∏e swoje ˝ycie, z wyjàtkiem okresu wojny, kiedy to zajmowa∏ miejsce w baraku w Auschwitz. A sztywnoÊç kolan by∏a wynikiem upadku z k∏adki dla pieszych nad Ringveien, którà przechodzi∏, gdy regularnie udawa∏ si´ z wizytà do córki. Wra˝enie mechanicznej lalki pog∏´bia∏y jeszcze zgi´te w ∏okciach pod kàtem prostym i lekko wysuni´te w przód r´ce. Na prawym przedramieniu wisia∏a bràzowa laska, a lewa d∏oƒ zaciska∏a si´ na przekazie bankowym, wyciàganym ju˝ ku m∏odemu, krótko ostrzy˝onemu m´˝czyênie w okienku numer dwa, którego twarzy Harry nie widzia∏, lecz wiedzia∏, ˝e urz´dnik wpatruje si´ w starego cz∏owieka z litoÊcià przemieszanà z irytacjà. Nadesz∏a ju˝ godzina 15.17 i August Schulz nareszcie znalaz∏ si´ przy okienku. Harry westchnà∏. W okienku numer jeden siedzia∏a Stine Grette i odlicza∏a siedemset trzydzieÊci koron dla ch∏opca w niebieskiej robionej na drutach czapce, który przed chwilà poda∏ jej polecenie wyp∏aty. Za ka˝dym razem, gdy k∏ad∏a banknot na ladzie, b∏yska∏ brylant na serdecznym placu jej lewej r´ki. Harry nie widzia∏ tego, lecz wiedzia∏, ˝e z prawej strony ch∏opca, przed okienkiem numer trzy, stoi kobieta z wózkiem dzieci´cym, którym ko∏ysze, najprawdopodobniej w roztargnieniu, poniewa˝ dziecko Êpi. Czeka∏a, a˝ obs∏u˝y jà pani Branne, która w tej chwili g∏oÊno t∏umaczy∏a jakiemuÊ m´˝czyênie przez telefon, ˝e nie mo˝e skorzystaç z polecenia zap∏aty, jeÊli odbiorca nie podpisa∏ w tej kwestii odpowiedniej umowy, i ˝e to ona pracuje w banku, a nie on, wi´c raczej powinni ju˝ zakoƒczyç dyskusj´. W tym momencie drzwi do banku otworzy∏y si´ i do Êrodka wesz∏o dwóch m´˝czyzn, jeden wysoki, drugi niski, ubranych w identyczne ciemne kombinezony. Stine Grette podnios∏a g∏ow´. Harry zerknà∏ na w∏asny zegarek i zaczà∏ liczyç. M´˝czyêni zdecydowanie skierowali si´ do rogu, w którym siedzia∏a Stine. Wysoki porusza∏ si´ tak, jakby przeskakiwa∏ przez ka∏u˝e, ni˝szy natomiast szed∏ ko∏yszàcym krokiem cz∏owieka, któremu mi´Ênie rozros∏y si´ bardziej, ni˝ mia∏ na nie miejsce. Ch∏opiec w niebieskiej czapce odwróci∏ si´ powoli i ruszy∏ w stron´ drzwi, tak zaj´ty przeliczaniem swoich pieni´dzy, ˝e w ogóle nie zwróci∏ uwagi na tych dwóch.

6


– CzeÊç – powiedzia∏ do Stine ten wysoki, podszed∏ jeszcze bli˝ej i z ha∏asem po∏o˝y∏ na kontuarze czarnà walizk´. Ma∏y poprawi∏ ciemne lustrzane okulary i umieÊci∏ identycznà walizk´ obok tej pierwszej. – Pieniàdze! – pisnà∏ wysokim g∏osem. – Otwieraç drzwi! Nagle sta∏o si´ tak, jakby ktoÊ wcisnà∏ guzik pauzy. Wszelki ruch w lokalu bankowym zamar∏. O tym, ˝e czas si´ nie zatrzyma∏, Êwiadczy∏y jedynie poruszajàce si´ samochody za oknem. I wskazówka sekundnika na zegarku Harry’ego, która pokazywa∏a, ˝e up∏yn´∏o dziesi´ç sekund. Stine wcisn´∏a guzik pod swoim pulpitem. Zaszumia∏a elektronika i ma∏y pchnà∏ kolanem niskie drzwiczki przy samej Êcianie. – Kto ma klucz? – spyta∏. – Pospieszcie si´, nie mamy ca∏ego dnia do stracenia! – Helge! – zawo∏a∏a Stine przez rami´. – S∏ucham? – G∏os dobieg∏ zza otwartych drzwi do jedynego w lokalu bankowym gabinetu. – Mamy goÊci, Helge! W drzwiach ukaza∏ si´ m´˝czyzna w muszce i okularach. – Panowie chcà, ˝ebyÊ otworzy∏ bankomat – wyjaÊni∏a Stine. Helge Klementsen pustym wzrokiem popatrzy∏ na dwóch m´˝czyzn w kombinezonach, którzy znajdowali si´ ju˝ za kontuarem. Ten wysoki nerwowo zerka∏ w stron´ drzwi, ni˝szy natomiast utkwi∏ wzrok w kierowniku oddzia∏u. – A, tak, oczywiÊcie – wydusi∏ z siebie Helge Klementsen, jak gdyby w∏aÊnie przypomnia∏ sobie, ˝e spotkanie by∏o umówione, i wybuchnà∏ g∏oÊnym nerwowym Êmiechem. Harry nawet nie drgnà∏. Wzrokiem ch∏onà∏ tylko wszystkie szczegó∏y gestów i mimiki. DwadzieÊcia pi´ç sekund. Wcià˝ patrzy∏ na zegar nad drzwiami, ale kàtem oka widzia∏, ˝e kierownik oddzia∏u otwiera bankomat od Êrodka, wyciàga z niego dwie pod∏u˝ne metalowe kasety i oddaje je m´˝czyznom. Wszystko odbywa∏o si´ bardzo pr´dko, w milczeniu. Pi´çdziesiàt sekund. – A to dla ciebie, ojczulku! – Ni˝szy z m´˝czyzn wyjà∏ z walizki dwie identyczne kasety i poda∏ je Helgemu Klementsenowi. Kierownik oddzia∏u prze∏knà∏ Êlin´, kiwnà∏ g∏owà i umieÊci∏ kasety we wn´trzu bankomatu. – Mi∏ego weekendu – rzuci∏ ten ni˝szy, wyprostowa∏ si´ i chwyci∏ walizk´.

7


Pó∏torej minuty. – Nie tak pr´dko – odezwa∏ si´ Helge. Ma∏y zesztywnia∏. Harry wciàgnà∏ policzki i usi∏owa∏ si´ skupiç. – Pokwitowanie – oÊwiadczy∏ Helge. Przez d∏ugà chwil´ dwaj m´˝czyêni w kombinezonach wpatrywali si´ w niewysokiego siwow∏osego szefa oddzia∏u, w koƒcu ni˝szy zaczà∏ si´ Êmiaç. Wysokim cienkim Êmiechem, z histerycznym tonem, jakim Êmiejà si´ ludzie na haju. – MyÊla∏ pan, ˝e zamierzamy uciec bez podpisu? ˚e damy dwa miliony bez pokwitowania? – No có˝ – odpar∏ Helge Klementsen. – W zesz∏ym tygodniu ma∏o brakowa∏o, ˝eby jeden z was o tym zapomnia∏. – Ostatnio w przewozach gotówki jest bardzo wielu nowicjuszy – stwierdzi∏ ma∏y, po czym obaj z Klementsenem podpisali pokwitowanie, jeden wzià∏ ró˝owà, drugi ˝ó∏tà kopi´. Harry zaczeka∏, a˝ drzwi wejÊciowe zasunà si´ za nimi, i dopiero wtedy znów zerknà∏ na zegarek. Dwie minuty i dziesi´ç sekund. Przez szyb´ w drzwiach widzia∏, jak odje˝d˝a bia∏a furgonetka z logo banku Nordea. W banku od˝y∏y rozmowy. Harry nie musia∏ liczyç, lecz mimo wszystko to zrobi∏. Siedem. Trzy w okienkach i trzy przed nimi, ∏àcznie z dzieckiem, i jeszcze m´˝czyzna w ogrodniczkach, który w∏aÊnie wszed∏ do Êrodka i stanà∏ przy stoliku poÊrodku lokalu, ˝eby wpisaç numer konta na blankiecie wp∏aty, przeznaczonym, jak Harry wiedzia∏, dla biura podró˝y „Saga – s∏oneczne wyjazdy”. – Do widzenia – powiedzia∏ August Schulz i zaczà∏ szuraç w kierunku drzwi. By∏a godzina 15.21.10 i w∏aÊnie wtedy wszystko tak naprawd´ si´ zacz´∏o. Kiedy drzwi si´ otworzy∏y, Harry zobaczy∏, ˝e Stine Grette na moment oderwa∏a g∏ow´ od papierów i zaraz jà spuÊci∏a. Chwil´ póêniej znów jà podnios∏a, tym razem powoli. Harry przeniós∏ spojrzenie na drzwi wejÊciowe. M´˝czyzna, który wszed∏ do Êrodka, ju˝ zdà˝y∏ rozpiàç suwak kombinezonu i wyjàç czarno-oliwkowy karabin AG3. Granatowa

8


we∏niana kominiarka zakrywa∏a ca∏à twarz oprócz oczu. Harry znów zaczà∏ liczyç od zera. Jak u kukie∏ki z Muppet Show kominiarka zacz´∏a si´ poruszaç w miejscu, gdzie powinny znajdowaç si´ usta. – This is a robbery. Nobody moves. Nie mówi∏ g∏oÊno, ale w niewielkim dusznym lokalu bankowym zapad∏a cisza jak po strzale armatnim. Harry patrzy∏ na Stine. WÊród odleg∏ego szumu przeje˝d˝ajàcych samochodów us∏ysza∏ g∏adki trzask naoliwionych cz´Êci, gdy m´˝czyzna za∏adowa∏ broƒ. Lewe rami´ Stine ledwie dostrzegalnie si´ zni˝y∏o. Dzielna dziewczyna, pomyÊla∏ Harry. A mo˝e po prostu Êmiertelnie przera˝ona. Aune, psycholog, który wyk∏ada∏ w Szkole Policyjnej, mówi∏, ˝e ludzie osiàgajàcy pewien poziom l´ku przestajà myÊleç i zaczynajà dzia∏aç tak, jak zostali wczeÊniej zaprogramowani. Aune twierdzi∏, ˝e wi´kszoÊç pracowników banków przyciska guzik bezg∏oÊnego alarmu informujàcego o napadzie w stanie bliskim szoku, i powo∏ywa∏ si´ na to, ˝e podczas póêniejszych przes∏uchaƒ wielu nie by∏o w stanie sobie przypomnieç, czy w ogóle uruchomili alarm. Kierowa∏ nimi autopilot. Dok∏adnie tak, jak w wypadku bandyty, który z góry zaprogramowa∏ si´, ˝e b´dzie strzela∏ do ka˝dego, kto spróbuje go powstrzymaç. Aune twierdzi∏, ˝e im bardziej przest´pca si´ boi, tym mniejsze jest prawdopodobieƒstwo, ˝e coÊ go sk∏oni do zmiany decyzji. Harry nawet nie drgnà∏. Usi∏owa∏ tylko pochwyciç wzrokiem oczy bandyty. Niebieskie. Przest´pca zdjà∏ z ramienia czarnà torb´ i postawi∏ jà na pod∏odze mi´dzy bankomatem a m´˝czyznà w ogrodniczkach, który wcià˝ przyciska∏ czubek d∏ugopisu do ostatniej p´telki w ósemce. Ubrany na czarno bandyta przeszed∏ szeÊç kroków do niskich drzwiczek w kontuarze, usiad∏ na jego brzegu, przerzuci∏ nogi na drugà stron´ i stanà∏ za plecami Stine, która siedzia∏a nieruchomo i patrzy∏a tu˝ przed siebie. Dobrze, pomyÊla∏ Harry. Dziewczyna zna instrukcje, nie wpatruje si´ w niego i nie prowokuje jego reakcji. M´˝czyzna przy∏o˝y∏ luf´ karabinu do karku Stine, pochyli∏ si´ nad nià i szepnà∏ jej coÊ do ucha. Ona jeszcze nie wpad∏a w panik´, ale Harry widzia∏, ˝e piersi unoszà jej si´ i opadajà, jak gdyby delikatne cia∏o, opi´te bia∏à bluzkà, która na-

9


gle zrobi∏a si´ jakby za ciasna, nie dostawa∏o dostatecznej iloÊci powietrza. Pi´tnaÊcie sekund. Stine chrzàkn´∏a. Raz. Dwa razy. Wreszcie struny g∏osowe zacz´∏y jej s∏uchaç. – Helge! Klucze do bankomatu – powiedzia∏a Êciszonym zachrypni´tym g∏osem, ca∏kowicie ró˝nym od tego, którym wypowiada∏a niemal dok∏adnie te same s∏owa zaledwie trzy minuty wczeÊniej. Harry nie widzia∏ go, lecz wiedzia∏, ˝e Helge Klementsen us∏ysza∏ pierwsze s∏owa bandyty i ju˝ sta∏ w drzwiach gabinetu. – Pr´dko, bo inaczej... – Jej g∏os ledwie by∏o s∏ychaç, a w chwili przerwy, która nastàpi∏a, dobiega∏o jedynie szuranie butów Augusta Schulza po pod∏odze, niczym przeciàganie miote∏kami po skórze b´bna w niezwykle powolnym shuffle. – ...on mnie zastrzeli. Harry popatrzy∏ za okno. Prawdopodobnie gdzieÊ tam sta∏ samochód z w∏àczonym silnikiem, lecz stàd nie da∏o si´ go zauwa˝yç. Widoczne by∏y jedynie toczàce si´ samochody i ludzie, mniej lub bardziej beztrosko sunàcy za szybà. – Helge... – G∏os Stine brzmia∏ teraz b∏agalnie. Dalej, Helge, pop´dzi∏ go w myÊlach Harry. O starzejàcym si´ kierowniku oddzia∏u te˝ ju˝ dowiedzia∏ si´ niema∏o. Wiedzia∏, ˝e ma dwa królewskie pudle, ˝e w domu czeka na niego ˝ona i Êwie˝o porzucona ci´˝arna córka. ˚e ju˝ si´ spakowa∏y i by∏y gotowe do wyjazdu do domku letniskowego w górach, gdy tylko Helge Klementsen wróci z pracy. I ˝e w∏aÊnie w tej chwili Klementsen mia∏ wra˝enie, ˝e znalaz∏ si´ pod wodà, tak jak w jednym z tych snów, w których wszystkie ruchy sà spowolnione, bez wzgl´du na to, jak bardzo cz∏owiek si´ spieszy. W koƒcu pojawi∏ si´ w polu widzenia Harry’ego. Bandyta obróci∏ krzes∏o Stine w taki sposób, ˝e wcià˝ sta∏ za nià, lecz teraz przodem do Helgego Klementsena. Kierownik jak wystraszone dziecko, które ma nakarmiç konia, sta∏ z górnà po∏owà cia∏a odchylonà w ty∏, a r´k´ trzymajàcà klucze wyciàga∏ jak najdalej od siebie. Bandyta szepnà∏ coÊ do ucha Stine, przesuwajàc broƒ na Klementsena, który zachwia∏ si´ i zrobi∏ dwa niepewne kroki wstecz. Stine znów odchrzàkn´∏a. – On mówi, ˝e masz otworzyç bankomat i w∏o˝yç te dwie nowe kasety z pieni´dzmi do czarnej torby.

10


Helge Klementsen jak zahipnotyzowany wpatrywa∏ si´ w karabin skierowany prosto w niego. – Masz dwadzieÊcia pi´ç sekund. Potem b´dzie strzela∏. Do mnie. Nie do ciebie. Usta Klementsena otwiera∏y si´ i zamyka∏y, jak gdyby chcia∏ coÊ powiedzieç. – Szybciej, Helge! – ponagli∏a go Stine. Rozleg∏ si´ brz´czyk mechanizmu otwierajàcego drzwi i Helge Klementsen wyszed∏ na sal´. Od rozpocz´cia napadu up∏yn´∏o trzydzieÊci sekund. August Schulz dotar∏ ju˝ prawie do samych drzwi. Kierownik oddzia∏u osunà∏ si´ na kolana przed bankomatem, gapiàc si´ na p´k kluczy. By∏o ich cztery. – Zosta∏o dwadzieÊcia sekund – powiedzia∏a Stine. Komenda policji na Majorstua, pomyÊla∏ Harry. Ju˝ sà w samochodach. Osiem przecznic. Piàtkowe korki. Helge Klementsen dr˝àcymi palcami wybra∏ klucz i wcisnà∏ go w otwór zamka. Klucz zatrzyma∏ si´ w po∏owie. Klementsen przycisnà∏ mocniej. – SiedemnaÊcie. – Ale... – zaczà∏. – Pi´tnaÊcie. Kierownik wyjà∏ klucz i spróbowa∏ u˝yç innego. Ten wszed∏ w zamek, ale nie chcia∏ si´ obróciç. – Ale, na Boga... – TrzynaÊcie. Znajdê ten oklejony zielonà taÊmà, Helge. Helge Klementsen wpatrywa∏ si´ w p´k kluczy, jak gdyby nigdy wczeÊniej go nie widzia∏. – JedenaÊcie. Trzeci klucz wszed∏ do zamka. I przekr´ci∏ si´. Helge Klementsen otworzy∏ drzwiczki, a potem obróci∏ si´ w stron´ Stine i bandyty. – Musz´ otworzyç jeszcze jeden zamek, ˝eby wyjàç kase… – Dziewi´ç! – zawo∏a∏a Stine. Kierownik wyda∏ z siebie szloch, przyciskajàc palce do zàbków kluczy, jak gdyby nagle straci∏ wzrok, a zàbki by∏y pismem dla niewidomych i mia∏y mu powiedzieç, który klucz jest w∏aÊciwy.

11


– Siedem. Harry intensywnie si´ ws∏uchiwa∏. Wcià˝ nie s∏ychaç policyjnych syren. August Schulz si´gnà∏ do klamki drzwi wejÊciowych. Zabrz´cza∏ metal, gdy p´k kluczy upad∏ na pod∏og´. – Pi´ç – szepn´∏a Stine. Drzwi otworzy∏y si´ i do Êrodka wpad∏y odg∏osy ulicy. Harry’emu wyda∏o si´, ˝e z oddali dobiega znajomy, pe∏en skargi ton, który raz opada∏, raz si´ wznosi∏. Syreny policyjne. Potem drzwi znów si´ zamkn´∏y. – Dwie. Helge! Harry zamknà∏ oczy i policzy∏ do dwóch. – Ju˝! – to krzyknà∏ Helge Klementsen. Uda∏o mu si´ otworzyç drugi zamek, wsta∏ z kolan i przykucni´ty zaczà∏ szarpaç i ciàgnàç za kasety, które najwyraêniej si´ zablokowa∏y. – Pozwól mi wyjàç pieniàdze! Ja... Przerwa∏o mu przenikliwe zawodzenie. Harry przeniós∏ wzrok na drugi koniec lokalu, gdzie przera˝ona klientka wpatrywa∏a si´ w bandyt´, stojàcego nieruchomo z bronià przyciÊni´tà do karku Stine. Kobieta dwa razy mrugn´∏a, ruchem g∏owy bez s∏owa wskazujàc na wózek, z którego dochodzi∏ coraz g∏oÊniejszy, Êwidrujàcy w uszach p∏acz. Gdy pierwsza kaseta uwolni∏a si´ z szyn, Helge Klementsen o ma∏o nie upad∏ do ty∏u. Przyciàgnà∏ do siebie czarnà torb´. W ciàgu szeÊciu sekund wszystkie kasety znalaz∏y si´ w Êrodku. Na rozkaz bandyty Klementsen zasunà∏ zamek torby i stanà∏ przy kontuarze. Wszystkie polecenia przekazywa∏a Stine, której g∏os brzmia∏ teraz zaskakujàco pewnie i spokojnie. Jedna minuta i trzy sekundy. Napad si´ skoƒczy∏. Pieniàdze le˝a∏y w torbie na Êrodku lokalu. Za kilka sekund mia∏ przybyç pierwszy radiowóz. Za cztery minuty inne samochody policyjne powinny zamknàç najbli˝sze trasy ucieczki wokó∏ miejsca napadu. Wszystkie komórki w ciele bandyty musia∏y w tej chwili krzyczeç, ˝e najwy˝szy czas si´ stàd wynosiç. I w∏aÊnie wówczas wydarzy∏o si´ coÊ, czego Harry nie móg∏ zrozumieç. To po prostu nie mia∏o sensu. Zamiast uciekaç, bandyta obróci∏ krzes∏o Stine tak, ˝e siedzia∏a teraz twarzà do niego. Pochyli∏ si´ nad nià i coÊ do niej szepnà∏. Harry zmru˝y∏ oczy. Powinien nied∏ugo iÊç na kontrol´ wzroku. Ale i tak zobaczy∏ to, co mia∏ zobaczyç. Podczas

12


gdy Stine wpatrywa∏a si´ w niewidocznà twarz przest´pcy, jej w∏asna twarz ulega∏a powolnemu przeobra˝eniu w miar´, jak dociera∏o do niej znaczenie przekazywanych szeptem s∏ów. Wàskie wypiel´gnowane brwi u∏o˝y∏y si´ w dwie poziome litery S nad oczami, które zdawa∏y si´ teraz wychodziç z g∏owy. Górna warga unios∏a si´ lekko, a kàciki ust opad∏y w groteskowym wykrzywieniu. Dziecko przesta∏o p∏akaç równie nagle, jak zacz´∏o. Harry nabra∏ powietrza. Bo on wiedzia∏. To by∏ zatrzymany kadr, mistrzowski obraz. Dwoje ludzi uchwyconych w momencie, gdy jedno z nich akurat przekaza∏o drugiemu wyrok Êmierci. Zamaskowana twarz o dwie szerokoÊci d∏oni od tej drugiej twarzy, ods∏oni´tej. Kat i jego ofiara. Lufa karabinu skierowana w zag∏´bienie szyi i ma∏e z∏ote serduszko zawieszone na cienkim ∏aƒcuszku. Harry nie widzia∏ tego, lecz i tak czu∏ jej puls bijàcy pod cienkà skórà. St∏umiony j´kliwy dêwi´k. Harry nastawi∏ uszu. Ale to nie by∏y syreny policyjne, tylko telefon dzwoniàcy w sàsiednim pomieszczeniu. Bandyta obraca si´ i patrzy na kamer´ umieszczonà na suficie za kontuarem. Podnosi do góry r´k´ z rozstawionymi pi´cioma palcami, obciàgni´tymi czarnà r´kawiczkà. Potem zamyka d∏oƒ i wystawia palec wskazujàcy. SzeÊç palców. SzeÊç sekund poza wyznaczonym czasem. Znów obraca si´ do Stine, chwyta broƒ obiema r´kami, trzymajàc jà na wysokoÊci bioder, a lufà celujàc w g∏ow´ urz´dniczki. Staje z lekko rozstawionymi nogami, aby przyjàç odrzut. Telefon nie przestaje dzwoniç. Minuta i dwanaÊcie sekund. PierÊcionek z brylantem b∏yska, gdy Stine lekko unosi r´k´, jakby chcia∏a komuÊ pomachaç na po˝egnanie. Jest dok∏adnie godzina 15.22.22, kiedy bandyta naciska spust. Strza∏ jest krótki, przyt∏umiony. Krzes∏o Stine odsuwa si´ do ty∏u, a jej g∏owa taƒczy na szyi jak u popsutej lalki. W koƒcu krzes∏o si´ przewraca. Rozlega si´ g∏uche stukni´cie, gdy g∏owa urz´dniczki uderza o kraw´dê biurka, i Harry przestaje jà widzieç. Nie widzi ju˝ tak˝e reklamy nowego funduszu emerytalnego Nordei, przyklejonej na zewnàtrz szyby nad kontuarem, bo jej t∏o zabarwia si´ nagle na czerwono. S∏yszy jedynie nieustajàcy telefon, dzwoniàcy uporczywie, ze z∏oÊcià. Bandyta przeskakuje ponad kontuarem, podbiega do le˝àcej na Êrodku torby. Harry musi si´ zdecydowaç. Bandyta ∏apie torb´, a Harry podejmuje decyzj´. Gwa∏townym ruchem zrywa si´ z krzes∏a. SzeÊç d∏ugich kroków. I ju˝ przy nim jest. Podnosi s∏uchawk´.

13


– Prosz´ mówiç. WÊród g∏uchej ciszy wychwytuje dobiegajàcy z telewizora w du˝ym pokoju odg∏os syreny policyjnej, pakistaƒski przebój od sàsiada i ci´˝kie kroki na klatce, jakby to sz∏a pani Madsen. Potem na drugim koƒcu linii s∏ychaç mi´kki Êmiech. To Êmiech z odleg∏ej przesz∏oÊci. Odleg∏ej co prawda nie w czasie, lecz mimo wszystko dalekiej. Podobnie jak siedemdziesiàt procent ca∏ej przesz∏oÊci Harry’ego, w regularnych odst´pach powracajàcej do niego w postaci niejasnych plotek lub wr´cz wymyÊlonych historii. Ale t´ histori´ móg∏by potwierdziç. – Naprawd´ wcià˝ udajesz takiego macho, Harry? – Anna? – Doprawdy, potrafisz zaimponowaç! Harry poczu∏ s∏odycz rozlewajàcà si´ w brzuchu prawie jak whisky. Prawie. W lustrze zobaczy∏ zdj´cie, które przypià∏ do przeciwleg∏ej Êciany. Dwoje dzieci, on i Sio, podczas odleg∏ych wakacji w Hvitsten. Oboje si´ uÊmiechali, tak jak uÊmiechajà si´ dzieci, które wcià˝ wierzà, ˝e nic z∏ego nie mo˝e ich spotkaç. – Co porabiasz w niedzielny wieczór, Harry? – No có˝. – Harry us∏ysza∏, ˝e jego w∏asny g∏os odruchowo usi∏uje upodobniç si´ do jej g∏osu, staje si´ odrobin´ zbyt g∏´boki i zbyt leniwy. A wcale nie chcia∏, ˝eby tak by∏o. Nie teraz. Chrzàknà∏ i spróbowa∏ odezwaç si´ bardziej neutralnym tonem: – To samo co wi´kszoÊç ludzi. – To znaczy? – Oglàdam film na wideo.

3

HOUSE OF PAIN

– Oglàda∏eÊ film na wideo? Zepsute krzes∏o obrotowe j´kn´∏o w proteÊcie, gdy sier˝ant Halvorsen odchyli∏ si´ w ty∏ i popatrzy∏ na starszego o dziewi´ç lat koleg´, komisarza Harry’ego Hole, z wyrazem niedowierzania na m∏odej, niewinnej twarzy. – No tak. – Harry przeciàgnà∏ dwoma palcami po cienkiej obwis∏ej skórze pod przekrwionymi oczami.

14


– Przez ca∏y weekend? – Od przedpo∏udnia w sobot´ do niedzieli wieczór. – No to przynajmniej w piàtek wieczorem troch´ si´ zabawi∏eÊ – stwierdzi∏ Halvorsen. – Owszem. – Harry wyjà∏ z kieszeni p∏aszcza niebieskà teczk´ i po∏o˝y∏ jà na biurku stojàcym vis-á-vis biurka Halvorsena. – Czyta∏em protoko∏y z przes∏uchaƒ. Z drugiej kieszeni Harry wyciàgnà∏ szarà torb´ z kawà French Colonial. Dzieli∏ z Halvorsenem pokój prawie na samym koƒcu korytarza w czerwonej strefie na szóstym pi´trze Budynku Policji na Grønland. A dwa miesiàce temu zdecydowali si´ na zakup ekspresu do kawy firmy Rancilio Silvia, który zajà∏ honorowe miejsce na szczycie szafki z dokumentami, pod oprawionym w ramki zdj´ciem dziewczyny siedzàcej z nogami na biurku. Dziewczyna na piegowatej twarzy mia∏a takà min´, jakby próbowa∏a si´ wykrzywiç, ale ogarnà∏ jà niepohamowany Êmiech. T∏o fotografii stanowi∏a ta sama Êciana, na której wisia∏o zdj´cie. – Wiedzia∏eÊ o tym, ˝e trzech na czterech policjantów nie potrafi prawid∏owo napisaç s∏owa „nieinteresujàcy”? – spyta∏ Harry, odwieszajàc p∏aszcz na stojàcy wieszak. – Albo piszà roz∏àcznie, albo... – Interesujàce. – A ty co robi∏eÊ w weekend? – Piàtek przesiedzia∏em w radiowozie pod rezydencjà ambasadora amerykaƒskiego z powodu anonimowej groêby o bombie pod∏o˝onej w samochodzie, z którà zadzwoni∏ jakiÊ ˝artowniÊ. OczywiÊcie fa∏szywy alarm. Ale oni akurat teraz szalejà na tym punkcie, wi´c musieliÊmy tkwiç tam przez ca∏y wieczór. W sobot´ znów próbowa∏em znaleêç kobiet´ mego ˝ycia. W niedziel´ uzna∏em, ˝e ona nie istnieje. Co wynikn´∏o z przes∏uchaƒ na temat tego bandyty? – Halvorsen odmierzy∏ kaw´ do podwójnego filtra. – Nic. – Harry Êciàgnà∏ bluz´. Pod nià mia∏ antracytowy, a kiedyÊ czarny, T-shirt, na którym litery napisu „Violent Femmes” prawie ca∏kiem si´ zatar∏y. Z j´kiem osunà∏ si´ na krzes∏o. – Nie zg∏osi∏ si´ nikt, kto by zauwa˝y∏ poszukiwanego w pobli˝u banku przed napadem. JakiÊ facet wychodzi∏ ze sklepu 7-Eleven po drugiej stronie Bogstadveien i widzia∏, jak bandyta bieg∏ w gór´ Industrigata. Zwróci∏ na niego uwag´ z powodu kominiarki. Kamera na zewnàtrz banku zarejestrowa∏a ich w chwili, gdy

15


bandyta mija Êwiadka przed metalowym kontenerem stojàcym przed 7-Eleven. Jedyna interesujàca rzecz, jakà Êwiadek móg∏ nam powiedzieç, a której nie zarejestrowa∏a kamera, to ta, ˝e sprawca pobieg∏ dalej w gór´ Industrigata i tam dwukrotnie przebieg∏ z jednego chodnika na drugi. – Widaç facet nie móg∏ si´ zdecydowaç, którà stron´ ulicy ma wybraç. Dla mnie to nieinteresujàce. – Halvorsen umieÊci∏ podwójny filtr w pojemniku. – Pisane ∏àcznie i przez „à”. – Zdaje si´, ˝e niewiele wiesz o napadach na bank, Halvorsen. – A po co mi to? Mamy ∏apaç morderców, z∏odziejami niech si´ zajmujà ci z Hedmark. – Z Hedmark? – Nie zwróci∏eÊ na to uwagi, chodzàc po Wydziale Napadów? Tam s∏ychaç tylko ten ich dialekt i wsz´dzie dooko∏a sà swetry w ludowe wzory. Ale o co ci chodzi? – O „Victora”. – O sekcj´ patroli z psami? – Z regu∏y zjawiajà si´ na miejscu przest´pstwa jako jedni z pierwszych, a doÊwiadczony przest´pca napadajàcy na banki Êwietnie o tym wie. Dobry pies mo˝e tropiç bandyt´ poruszajàcego si´ po mieÊcie piechotà, ale jeÊli ten cz∏owiek przetnie ulic´, a po jego Êladach przejadà samochody, pies gubi trop. – I co z tego? – Halvorsen ubi∏ kaw´ i zakoƒczy∏ skomplikowanà procedur´ wyg∏adzania jej powierzchni przez obracanie dociskacza, co, jak twierdzi∏, odró˝nia profesjonalistów od amatorów. – To umacnia podejrzenie, ˝e mamy do czynienia z doÊwiadczonym przest´pcà. I ju˝ sam ten fakt sprawia, ˝e musimy skupiç si´ na dramatycznie ni˝szej liczbie osób, ni˝ gdyby by∏o inaczej. Szef Wydzia∏u Napadów powiedzia∏ mi... – Ivarsson? Nie sàdzi∏em, ˝e lubicie sobie pogadaç. – Bo nie lubimy. On przemawia∏ do grupy prowadzàcej Êledztwo w tej sprawie, której ja te˝ jestem cz∏onkiem. Powiedzia∏, ˝e w Oslo Êrodowisko bandytów napadajàcych na banki sk∏ada si´ z mniej ni˝ stu osób. Pi´çdziesiàt z nich to durnie, çpuny albo debile, którzy wpadajà prawie za ka˝dym razem. Czyli po∏owa siedzi, o nich wi´c mo˝emy zapomnieç. Czterdziestu pozosta∏ych to zr´czni rzemieÊlnicy, którzy potrafià umknàç, jeÊli ktoÊ im pomo˝e w planowaniu. Zostaje dziesi´ciu

16


profesjonalistów obstawiajàcych transporty pieni´dzy i centra gotówki. Do ich z∏apania potrzebujemy troch´ szcz´Êcia. Staramy si´ wiedzieç, gdzie przebywajà o ka˝dej porze. DziÊ sprawdzane jest ich alibi. – Harry zerknà∏ na Silvi´ parskajàcà na szczycie szafki z dokumentami. – No i jeszcze rozmawia∏em w sobot´ z Weberem z Wydzia∏u Techniki Kryminalistycznej. – MyÊla∏em, ˝e Weber w tym miesiàcu przeszed∏ na emerytur´? – KtoÊ si´ pomyli∏ w obliczeniach. Dopiero latem. Halvorsen rozeÊmia∏ si´. – Pewnie jest jeszcze bardziej z∏y ni˝ zwykle. – Owszem, ale nie dlatego – odpar∏ Harry. – On i jego ludzie nie znaleêli kompletnie nic. – Nic? – ˚adnych odcisków palców, ani jednego w∏osa. Nawet jednego w∏ókienka z ubrania. A Êlady pokazujà oczywiÊcie, ˝e bandyta by∏ w nowiusieƒkich butach. – To znaczy, ˝e nie da si´ porównaç wzoru zdzierania podeszew z innymi jego butami? – No w∏aÊnie – odpar∏ Harry z naciskiem na „w∏aÊnie”. – A broƒ u˝yta podczas napadu? – spyta∏ Halvorsen, ostro˝nie przenoszàc fili˝anki na biurko Harry’ego. Kiedy podniós∏ wzrok, zobaczy∏, ˝e lewa brew kolegi unios∏a si´ niemal pod samà nasad´ jasnych obci´tych na je˝a w∏osów. – Przepraszam. Broƒ, którà dokonano zabójstwa. – Dzi´kuj´. Nie odnaleziono. Halvorsen usiad∏ po swojej stronie po∏àczonych biurek i wypi∏ ma∏y ∏yk z fili˝anki. – Krótko mówiàc, facet w bia∏y dzieƒ wszed∏ do banku pe∏nego ludzi, zabra∏ dwa miliony koron, zabi∏ kobiet´, a potem wyszed∏ stamtàd na mo˝e nie pe∏nà ludzi, ale w ka˝dym razie ucz´szczanà ulic´ w centrum stolicy Norwegii, kilkaset metrów od posterunku policji. A my, op∏acani z paƒstwowej kasy profesjonaliÊci, funkcjonariusze policji królewskiej, nic nie mamy? Harry wolno kiwnà∏ g∏owà. – Prawie nic. Mamy film wideo. – Który, jak ci´ znam, potrafisz teraz odtworzyç sekunda po sekundzie.

17


– Chyba nawet z dok∏adnoÊcià co do dziesiàtej cz´Êci. – A przes∏uchania Êwiadków mo˝esz oczywiÊcie cytowaç z pami´ci? – Tylko Augusta Schulza. Opowiada∏ mnóstwo ciekawych rzeczy o wojnie. Wylicza∏ nazwiska konkurentów z bran˝y konfekcyjnej, którzy byli tak zwanymi dobrymi Norwegami i uczestniczyli w konfiskacie majàtku jego rodziny po wojnie. Wiedzia∏ dok∏adnie, czym si´ zajmujà dzisiaj. Ale, niestety, nie zauwa˝y∏ ˝adnego napadu na bank. Dopili kaw´ w milczeniu. Deszcz dzwoni∏ o szyby. – Ty lubisz takie ˝ycie – stwierdzi∏ nagle Halvorsen. – Lubisz siedzieç sam przez ca∏y weekend i Êcigaç duchy. Harry uÊmiechnà∏ si´, ale nie odpowiedzia∏. – Sàdzi∏em, ˝e przesta∏eÊ byç odludkiem, odkàd masz zobowiàzania rodzinne. Harry rzuci∏ m∏odszemu koledze ostrzegawcze spojrzenie. – Nie wiem, czy ja tak samo na to patrz´. Nawet nie mieszkamy razem, przecie˝ wiesz. – No tak, ale Rakel ma ma∏ego synka, a wtedy jest troch´ inaczej, prawda? – Olega. – Harry podjecha∏ na krzeÊle do szafki z dokumentami. – W piàtek wyjechali do Moskwy. – Tak? – Na spraw´. Ojciec Olega domaga si´ praw rodzicielskich. – A tak, rzeczywiÊcie. Co to w∏aÊciwie za facet? – No có˝. – Harry poprawi∏ odrobin´ przekrzywione zdj´cie wiszàce nad ekspresem do kawy. – To jakiÊ profesor, którego Rakel pozna∏a, kiedy tam pracowa∏a. No i wysz∏a za niego. Pochodzi ze starej, piekielnie bogatej rodziny, która, jak mówi Rakel, ma ogromne wp∏ywy polityczne. – Pewnie znajà te˝ paru s´dziów, co? – Z ca∏à pewnoÊcià, ale przypuszczamy, ˝e to si´ dobrze skoƒczy. Facet jest szaleƒcem i wszyscy o tym wiedzà. Taki bystry alkoholik z marnà kontrolà nad impulsami. Znasz ten typ. – Chyba tak. Harry gwa∏townie podniós∏ wzrok. Akurat w czas, by zobaczyç, ˝e Halvorsen stara si´ zapanowaç nad uÊmiechem. W Budynku Policji by∏o powszechnie wiadomo, ˝e Harry ma problemy z alkoholem. Wprawdzie alkoholizm sam w sobie nie stanowi pod-

18


stawy do zwolnienia funkcjonariusza publicznego, ale ju˝ przychodzenie po pijanemu do pracy tak. Kiedy Harry p´k∏ ostatnim razem, ci z górnych pi´ter postanowili usunàç go z szeregów policji, ale szef Wydzia∏u Zabójstw, naczelnik wydzia∏u policji, Bjarne Møller, jak zwykle rozpostar∏ nad Harrym parasol ochronny i powo∏a∏ si´ na wyjàtkowe okolicznoÊci. Tymi okolicznoÊciami by∏ fakt, ˝e dziewczyna z fotografii wiszàcej nad ekspresem, Ellen Gjelten, partnerka i bliska przyjació∏ka Harry’ego, zosta∏a zabita kijem bejsbolowym na Êcie˝ce nad rzekà Aker. Harry po tym prze˝yciu zdo∏a∏ jakoÊ stanàç na nogi, ale bolesna rana nie dawa∏a mu spokoju, zw∏aszcza dlatego, ˝e w jego opinii sprawa wcià˝ pozostawa∏a niewyjaÊniona. Gdy wspólnie z Halvorsenem zdobyli wreszcie dowody przeciwko neonaziÊcie Sverremu Olsenowi, komisarz policji Tom Waaler b∏yskawicznie zjawi∏ si´ u Olsena w domu, by go aresztowaç. Olsen jednak odda∏ strza∏ do Waalera, który w samoobronie go zastrzeli∏. Tak wynika∏o z raportu Waalera i ani Êlady zebrane na miejscu zajÊcia, ani te˝ wewn´trzne Êledztwo prowadzone przez wydzia∏ SEFO nie wskazywa∏y, by mia∏o byç inaczej. Z drugiej jednak strony nigdy nie uda∏o si´ wyjaÊniç, jakie motywy kierowa∏y Olsenem, oprócz tego, ˝e by∏ zamieszany w nielegalny handel bronià, która w ostatnich latach zdawa∏a si´ zalewaç Oslo, i ˝e Ellen wpad∏a na jakiÊ trop. Ale Olsen by∏ jedynie ch∏opcem na posy∏ki, a na Êlad tych, którzy stali za tym wszystkim, policji na razie nie uda∏o si´ wpaÊç. W∏aÊnie po to, by pracowaç nad sprawà Ellen, Harry po krótkich goÊcinnych wyst´pach w POT, Policyjnych S∏u˝bach Bezpieczeƒstwa, mieszczàcych si´ na najwy˝szym pi´trze budynku, postara∏ si´ o przeniesienie z powrotem do Wydzia∏u Zabójstw. W POT wszyscy si´ ucieszyli, ˝e si´ go pozb´dà, a Møller by∏ zadowolony, ˝e znów go ma na szóstym pi´trze. – Zajrz´ z tym do Ivarssona z Wydzia∏u Napadów – burknà∏ Harry, machajàc kasetà VHS. – Chcia∏ na to zerknàç, razem z tym nowym cudownym dzieckiem, które si´ tam u nich pojawi∏o. – Co to za jeden? – Dziewczyna. Latem wysz∏a ze Szko∏y Policyjnej i podobno rozwiàza∏a trzy sprawy napadów, wy∏àcznie oglàdajàc filmy na wideo. – O rany! ¸adna? Harry westchnà∏.

19


– Wy, m∏odzi, jesteÊcie wprost do znudzenia przewidywalni. Mam nadziej´, ˝e jest zdolna, reszta mnie nie interesuje. – JesteÊ pewien, ˝e to dziewczyna? – Paƒstwo Lønn oczywiÊcie mogli byç na tyle dowcipni, ˝eby nadaç synkowi imi´ Beate. – Czuj´ po sobie, ˝e jest ∏adna. – Mam nadziej´, ˝e nie – odpar∏ Harry i odruchowo spuÊci∏ g∏ow´, ˝eby jego sto dziewi´çdziesiàt pi´ç centymetrów wzrostu zmieÊci∏o si´ pod futrynà. – Dlaczego? Odpowiedê dobieg∏a ju˝ z korytarza: – Bo zdolni policjanci sà brzydcy.


"Trzeci klucz" Jo Nesbo  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you