Issuu on Google+


Knutowi Nesbø, piłkarzowi, gitarzyście, kumplowi, bratu


P OLIC J A Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka


Tytuł oryginału Politi Projekt okładki MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce © DIMEDROL68 / shutterstock.com Redakcja IWONA GAWRYŚ

Korekta URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna ADAM KOLENDA

Copyright © Jo Nesbø 2013 Published by agreement with Salomonsson Agency. Polish editions © Publicat S.A. MMXIII, MMXVI All rights reserved

ISBN 978-83-245-9406-1

jest znakiem towarowym Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


CZĘŚĆ I


PROLOG Spał w środku, za drzwiczkami. Wnętrze narożnej szafki pachniało starym drewnem, nagarem i smarem do broni. Kiedy słońce wpadało przez okno do pokoju, promień światła w kształcie klepsydry przeciskał się przez dziurkę od klucza w drzwiczkach szafki i gdy słońce ustawiało się pod odpowiednim kątem, pistolet leżący na środkowej półce przez chwilę lekko połyskiwał. Była to rosyjska odessa, kopia bardziej znanego stieczkina. Miała za sobą burzliwe życie. Z kułakami z Litwy podróżowała na Syberię, wędrowała po głównych kwaterach urków na południowej Syberii, znajdowała się w posiadaniu pewnego atamana, przywódcy kozaków, który zginął zabity przez policję ze swoją odessą w ręku, nim wreszcie trafiła do domu kolekcjonera broni, a zarazem dyrektora więzienia w Tagile. W końcu brzydki, kanciasty pistolet maszynowy został przywieziony do Norwegii przez Rudolfa Asajewa, który przed swoim zniknięciem zmonopolizował rynek narkotyków w Oslo, wprowadzając na niego violinę – przypominający heroinę opioid. Broń pozostała w tym mieście, a konkretnie na Holmenkollveien, w willi Rakel Fauke. W magazynku odessy mieściło się dwadzieścia naboi kalibru 9×18 mm Makarowa i można było z niej zarówno oddawać pojedyncze strzały, jak i strzelać salwami. W magazynku zostało dwanaście kul. Trzy naboje wystrzelono do Albańczyków z Kosowa stanowiących konkurencję na rynku narkotyków, przy czym tylko jedna kula wbiła się w ciało. Dwa następne strzały zabiły Gusta Hanssena, młodego złodzieja i dilera, który przywłaszczył sobie pieniądze i narkotyki Asajewa. Pistolet wciąż było czuć trzema ostatnimi strzałami, które trafiły w głowę i pierś byłego policjanta, Harry’ego Hole, podczas śledztwa w sprawie zabójstwa właśnie Gusta Hanssena. A adres tego ostatniego miejsca zdarzenia był taki sam jak adres poprzedniego: Hausmanns gate 92.

7


Policja wciąż jeszcze nie rozwiązała sprawy Gusta, a osiemnastoletni chłopak, którego aresztowano na początku śledztwa, został zwolniony. Między innymi dlatego, że nie zdołano znaleźć broni, z której zabito Gusta, ani w żaden sposób go z nią powiązać. Chłopiec nazywał się Oleg Fauke i budził się co noc, wpatrzony w ciemność i wsłuchany w odgłos strzałów. Nie tych, którymi zabił Gusta, tylko tych drugich. Tych oddanych do policjanta, który w okresie jego dorastania był dla niego jak ojciec i w dawnych marzeniach chłopca miał poślubić jego matkę, Rakel. Do Harry’ego Hole. Spojrzenie Harry’ego płonęło przed Olegiem w ciemności, każąc mu myśleć o pistolecie schowanym głęboko w narożnej szafce i mieć nadzieję, że już nigdy więcej go nie zobaczy. Że nikt więcej go nie zobaczy. Że będzie tam spał przez całą wieczność. Spał w środku, za drzwiami. Strzeżona sala szpitalna pachniała lekarstwami i farbą. Urządzenie stojące obok rejestrowało uderzenia serca. Isabelle Skøyen, radna do spraw społecznych w ratuszu Oslo, i Mikael Bellman, świeżo mianowany komendant okręgowy stołecznej policji, mieli nadzieję, że nigdy więcej go nie zobaczą. Że nikt więcej go nie zobaczy. Że będzie spał przez całą wieczność.

1 To był ciepły, długi wrześniowy dzień, pełen tego światła, które zmienia Oslofjorden w  płynne srebro i  sprawia, że niskie wzgórza z pojawiającymi się na nich pierwszymi oznakami jesieni zaczynają się żarzyć. Jeden z tych dni, które zmuszają mieszkańców Oslo do złożenia przysięgi, że nigdy, przenigdy się stąd nie wyprowadzą. Słońce zachodziło za wzgórzem Ullern i jego ostatnie promienie przesuwały się płasko po krajobrazie, po niskich, surowych kamienicach, świadczących o skromnych początkach miasta, po kosztownych loftach z tarasami opowiadającymi baśń o ropie naftowej, za której sprawą kraj stał się jednym z najbogatszych na świecie, po ćpunach na szczycie wzniesienia w Stensparken w tym małym uporządkowanym mieście,

8


w którym zgonów z przedawkowania było więcej niż w ośmiokrotnie większych miastach Europy. Po ogrodach, w których trampoliny zabezpieczała siatka, a skakało na nich najwyżej troje dzieci, tak jak zalecała instrukcja obsługi. Po wzgórzach i lasach, które w połowie otaczały tak zwaną nieckę Oslo. Słońce nie chciało rozstawać się z miastem, wyciągało promienie jak palce ręki wysuwającej się z okna pociągu w przedłużanym pożegnaniu. Ranek przyniósł chłodne przejrzyste powietrze i ostre światło, takie jak z lamp na sali operacyjnej. W ciągu dnia temperatura wzrosła, błękit nieba nabrał intensywności, a powietrze przyjaznej namacalności, dzięki której wrzesień stawał się najpiękniejszym miesiącem roku. A kiedy przyszedł zmierzch, miękko i ostrożnie, w dzielnicach willowych na zboczach ciągnących się w stronę jeziora Maridalsvannet pachniało jabłkami i rozgrzanym świerkowym lasem. Erlend Vennesla zbliżał się do szczytu ostatniego wzgórza. Czuł już gromadzący się w mięśniach kwas mlekowy, ale koncentrował się na odpowiednim pionowym nacisku na zatrzaskowe pedały i na lekkim wygięciu kolan do wewnątrz. Bo właściwa technika była ważna. Szczególnie wtedy, gdy pojawiało się zmęczenie, a mózg nabierał ochoty na zmianę pozycji ciała i na obciążenie mniej zmęczonych, lecz przy tym pracujących mniej skutecznie mięśni. Erlend czuł, jak sztywna rama roweru absorbuje i wykorzystuje każdy wciskany w nią wat energii, jak nabiera pędu przy przełączeniu na wyższy bieg. Podniósł się z siodełka, próbując utrzymać tę samą częstotliwość pedałowania, około dziewięćdziesięciu obrotów na minutę. Zerknął na pulsometr. Sto sześćdziesiąt osiem. Skierował czołówkę na przymocowany do kierownicy wyświetlacz GPS-u. W urządzeniu znajdowała się szczegółowa mapa Oslo i okolic oraz aktywny nadajnik. Rower wraz z dodatkowym wyposażeniem kosztował znacznie więcej, niż powinien wydawać świeżo emerytowany śledczy, ale utrzymanie formy było ważne, zwłaszcza teraz, gdy życie stawiało przed nim inne wyzwania. Mniejsze, szczerze mówiąc. Zakwasy piekły już i  w  udach, i  w  łydkach. Bolało, lecz ten ból był jednocześnie cudowną obietnicą tego, co wkrótce miało nastąpić: uczty endorfin. Przyjemnej sztywności mięśni. Zadowolenia z siebie. Piwa z żoną na balkonie, jeśli temperatura po zachodzie słońca za bardzo nie spadnie.

9


I nagle znalazł się na samej górze. Droga stała się płaska, a przed nim rozciągało się jezioro, Maridalsvannet. Zwolnił. Był na wsi. To właściwie absurdalne, że po piętnastu minutach ostrej jazdy rowerem z centrum europejskiej stolicy człowieka nagle otaczają wiejskie zagrody, pola i gęsty las, pełen turystycznych ścieżek znikających powoli w wieczornej ciemności. Od potu swędziała go głowa pod antracytowoszarym kaskiem firmy Bell, który sam kosztował tyle co dziecięcy rowerek dla wnuczki, Line Marie, kupiony przez Erlenda na jej szóste urodziny. Ale Erlend Vennesla nie zdjął kasku. Wśród cyklistów przeważającą przyczyną zgonów są obrażenia głowy. Znów spojrzał na pulsometr. Sto siedemdziesiąt pięć. Sto siedemdziesiąt dwa. Mile widziany lekki powiew wiatru przyniósł z miasta odgłosy zbiorowego aplauzu. Musiały dochodzić ze stadionu Ullevaal, na którym tego wieczoru rozgrywano jakiś międzynarodowy mecz. Ze Słowacją czy Słowenią. Erlend Vennesla przez chwilę wyobrażał sobie, że te okrzyki podziwu są dla niego. Trochę czasu już minęło, odkąd ktoś go oklaskiwał. Ostatnie oklaski usłyszał chyba podczas ceremonii pożegnalnej w KRIPOS na Bryn. Tort, przemowa szefa, Mikaela Bellmana, który od tamtej pory podążył wyznaczonym kursem ku stanowisku komendanta okręgowego. A Erlend przyjmował te oklaski, nie uciekał od spojrzeń, dziękował i nawet poczuł ściskanie w gardle, kiedy sam miał wygłosić swoją prostą, krótką i opartą na faktach mowę, jak nakazywała tradycja w KRIPOS. Jako specjalista od zabójstw miał swoje wzloty i upadki, ale udało mu się uniknąć wielkich wpadek. Przynajmniej na tyle, na ile wiedział. Bo takich rzeczy nigdy nie można być pewnym na sto procent. Zwłaszcza teraz, kiedy technologia analizy DNA zaszła już tak daleko, a szefostwo policji wysyłało sygnały świadczące o tym, iż zamierza ponownie przyjrzeć się niektórym starym sprawom, istniało ryzyko, że pojawią się odpowiedzi. Nowe odpowiedzi. Rozwiązania. Dopóki chodziło o sprawy niewyjaśnione, Erlend uważał, że to w porządku, ale nie mógł pojąć, dlaczego policja chce poświęcać środki również na grzebanie w sprawach od dawna rozwiązanych i zakończonych. Ciemność już gęstniała i nawet w blasku latarni mało brakowało, a nie zauważyłby drewnianego drogowskazu kierującego w głąb lasu. Ale drogowskaz tam był. Tak jak go zapamiętał. Erlend skręcił z szosy na ścieżkę w miękkim leśnym podszyciu. Jechał najwolniej, jak potrafił, nie tracąc jednocześnie równowagi. Snop światła zamontowanej na

10


kasku czołówki omiatał ścieżkę i zatrzymywał się na ciemnej ścianie świerków po obu jej stronach. Cienie pierzchały przed nim, wystraszone i płochliwe. Przeobrażały się i znikały w ukryciu. Właśnie tak to sobie wyobrażał, gdy usiłował postawić się w jej sytuacji. Biegnąca, uciekająca z latarką w dłoni, zamknięta i gwałcona przez trzy dni. A kiedy w tej samej chwili ujrzał latarkę zapalającą się w ciemności przed nim, przez chwilę wydawało mu się, że to jej latarka, że to ona znów biegnie, a on siedzi na motorze, który ją ściga i dogania. Światło przed Erlendem zamigotało i skierowało się wprost na niego. Zatrzymał się i zsiadł z roweru. Czołówką poświecił na pulsometr. Już poniżej stu. Nieźle. Rozpiął pasek pod brodą, zdjął kask i podrapał się po głowie. Boże, co za przyjemność! Zgasił czołówkę, powiesił kask na kierownicy i zaczął prowadzić rower w stronę światła latarki. Kask chybotał się i uderzał go w przegub. Zatrzymał się przed latarką, która skierowała się do góry. Ostre światło zapiekło w oczach. Oślepiony pomyślał, że wciąż słyszy swój ciężki oddech. I że to dziwne, skoro puls ma już tak niski. Dostrzegł ruch czegoś, co zostało uniesione ponad wielki, drżący krąg światła, usłyszał cichy świst w powietrzu i w tej samej chwili przyszła mu do głowy dziwaczna myśl. Że nie powinien był tego robić. Nie powinien był zdejmować kasku. Wśród cyklistów większość zgonów… Myśl jakby się zająknęła, jakby szarpnęło nią w czasie, jakby na moment zerwał się jej związek z obrazem. Erlend Vennesla zdumiony patrzył przed siebie, czując gorącą kroplę potu spływającą po czole. Mówił, ale słowa nie miały sensu, jakby zepsuło się połączenie między mózgiem a ustami. Znów usłyszał ten sam cichy świst. I wszystkie dźwięki zniknęły. Wszystkie. Nie słyszał już nawet własnego oddechu. Zorientował się, że klęczy, a rower powoli przewraca się do rowu. Przed nim tańczyło żółte światło, ale zniknęło, kiedy kropla potu dotarła do nasady nosa i spłynęła do oczu, oślepiając go. Zrozumiał wtedy, że to nie jest pot. Trzecie uderzenie było jak sopel lodu wbijany przez głowę i szyję do wnętrza ciała. Wszystko w nim zamarzło. Nie chcę umierać, pomyślał, próbując unieść rękę, żeby osłonić głowę, ale ponieważ nie mógł poruszyć żadną kończyną, zrozumiał, że jest sparaliżowany.

11


Czwartego uderzenia nie zarejestrował, ale po zapachu mokrej ziemi poznał, że na niej leży. Kilkakrotnie zamrugał i odzyskał wzrok w jednym oku. Tuż przed sobą ujrzał dwa duże ubłocone buty. Pięty się uniosły i w tej samej chwili buty oderwały się od ziemi. I wylądowały. Zaraz się to powtórzyło. Najpierw uniosły się pięty, a potem buty. Jakby ten, który uderzał, podskakiwał. Po to, by włożyć w ciosy jeszcze większą siłę. Ostatnią myślą, jaka przebiegła mu przez głowę, było to, że musi zapamiętać imię wnuczki, że nie może go zapomnieć.

2 Sierżant policji Anton Mittet z niewielkiego czerwonego ekspresu do kawy Nespresso D290 wyjął napełniony do połowy plastikowy kubek, schylił się i odstawił go na podłogę. W pobliżu nie było żadnego mebla, na którym mógłby go umieścić. Potem odwrócił podłużne pudełko do góry dnem, tak by w dłoń wpadła świeża kapsułka z kawą, odruchowo sprawdził, czy wieczko z cienkiej metalowej folii nie jest przedziurawione, co oznaczało, że kapsułka naprawdę nie była używana, po czym włożył ją do ekspresu. Pusty kubek podsunął pod kranik i wcisnął jeden ze świecących guzików. Kiedy maszyna zaczęła dyszeć i parskać, spojrzał na zegarek. Niedługo północ. Zmiana dyżuru. W domu na niego czekali, ale uważał, że i tak będzie musiał wprowadzić swoją zmienniczkę w obowiązki, bo była przecież jedynie studentką szkoły policyjnej. Silje, chyba tak miała na imię. Anton Mittet spojrzał na kranik. Czy poszedłby po kawę, gdyby to był mężczyzna? Nie wiedział. Zresztą wszystko jedno, przestał już szukać odpowiedzi na takie pytania. Zrobiło się tak cicho, że słyszał, jak do kubka wpadają ostatnie, niemal przezroczyste krople. Z kapsułki nie dało się już wycisnąć więcej koloru ani smaku, ale ważne było, by nie zmarnować najmniejszej drobiny, bo dziewczynę czekał długi nocny dyżur. Bez towarzystwa, bez żadnych wydarzeń, bez żadnego innego zajęcia niż wpatrywanie się w niepomalowane gołe betonowe ściany Szpitala Centralnego. Dlatego postanowił przed odejściem wypić z nią kawę. Wziął oba kubki i ruszył z powrotem. Echo jego kroków odbijało się od ścian. Mijał pozamykane na klucz

12


drzwi. Wiedział, że za nimi nie ma nic ani nikogo, tylko kolejne gołe ściany. Podczas budowy Szpitala Centralnego Norwegowie wyjątkowo patrzyli w przyszłość, świadomi tego, że będzie nas więcej, będziemy starsi, bardziej chorzy i bardziej wymagający. Myśleli dalekowzrocznie. Tak jak Niemcy budujący swoje autostrady, a Szwedzi lotniska. Ale czy nieliczni kierowcy mknący przez niemiecką wieś w samotnym majestacie betonowych mastodontów w latach trzydziestych albo szwedzcy pasażerowie przemierzający ogromne hale na lotnisku Arlanda w latach sześćdziesiątych też uważali, że tam straszy? Że straszyło tam, chociaż wszystko było nowe, nietknięte, dziewicze, a  jeszcze nikt nie zginął w wypadku samochodowym czy lotniczym? Czy już wtedy myśleli, że reflektory samochodowe w każdej chwili mogą wyłowić z ciemności rodzinę na skraju drogi, skamieniałe twarze, zakrwawione i blade, wpatrujące się w światło, ojca przebitego drążkiem, matkę z głową obróconą tyłem do przodu, dziecko z kończynami tylko po jednej stronie? Że zza plastikowej zasłony na taśmie bagażowej w hali przylotów na Arlandzie nagle mogą zacząć się wyłaniać spalone zwłoki, które wciąż jeszcze się żarzą, wtapiają w gumę, z otwartymi dymiącymi ustami zastygłymi w niemym krzyku? Żaden z lekarzy nie potrafił mu powiedzieć, do czego z czasem miało zostać przeznaczone to skrzydło. Pewne było jedynie, że za tymi drzwiami będą umierać ludzie. To już dawało się wyczuć w powietrzu. Niewidzialne ciała z niemogącymi zaznać spokoju duszami już zostały przyjęte na ten oddział. Anton skręcił za róg i  otworzył się przed nim nowy korytarz, oszczędnie oświetlony, pusty i tak symetrycznie prostokątny, że wywołał dziwne złudzenie optyczne: dziewczyna w mundurze siedząca na krześle na samym jego końcu wyglądała jak obrazek powieszony na przeciwległej ścianie. – Proszę, tobie też przyniosłem – powiedział Anton, stając przed nią. Ile mogła mieć lat? Dwadzieścia? Trochę więcej. Może dwadzieścia dwa. – Dziękuję, ale mam własną – odparła i wyjęła termos z plecaczka, który postawiła przy krześle. W jej akcentowaniu słów dało się wychwycić ledwie słyszalny wznoszący się ton, może resztki dialektu z północy. – Ta jest lepsza. – Wciąż trzymał rękę wyciągniętą przed siebie. Zawahała się, w końcu wzięła kubek.

13


– I nic nie kosztuje. – Anton dyskretnie schował rękę za plecy, potarł poparzone czubki palców o chłodny materiał kurtki. – Mamy ten ekspres tylko dla siebie. Stoi w korytarzu przy… – Zauważyłam go, gdy tu szłam – przerwała mu. – Ale w instrukcji jest napisane, że nawet na moment nie możemy spuścić z oczu drzwi do sali pacjenta, więc przyniosłam własną kawę z domu. Anton Mittet wypił łyk z plastikowego kubka. – Nieźle wykombinowałaś, ale tu prowadzi tylko ten jeden korytarz. Jesteśmy na czwartym piętrze i między tymi drzwiami a ekspresem do kawy nie ma żadnych drzwi, które prowadziłyby do jakichś innych schodów czy przejść. Nie da się nas minąć niezauważenie, nawet jeśli pójdziemy po kawę. – Rzeczywiście mnie uspokoiłeś, ale chyba raczej będę się trzymała instrukcji. – Posłała mu krótki uśmiech. A potem, może dla zrównoważenia pośredniej przygany, też wypiła łyk kawy. Anton poczuł lekkie ukłucie irytacji i już chciał powiedzieć coś o samodzielnym myśleniu, którego nabywa się wraz z doświadczeniem, ale nie zdołał sformułować tej myśli do końca, ponieważ nagle zauważył jakiś ruch na końcu korytarza. Biała postać zdawała się unosić nad podłogą. Usłyszał, że Silje wstaje. Postać przybrała konkretniejszą formę. Zmieniła się w pulchną blondynkę w luźnym stroju pielęgniarki. Anton wiedział, że kobieta ma nocny dyżur. I że jutro wieczorem ma wolne. – Dobry wieczór. – Pielęgniarka uśmiechnęła się wesoło, pokazała dwie strzykawki, podeszła do drzwi i położyła rękę na klamce. – Chwileczkę. – Silje zrobiła krok do przodu. – Muszę jednak panią prosić o okazanie identyfikatora. Zna pani hasło na dzisiaj? Pielęgniarka zdumiona popatrzyła na Antona. – Chyba że mój kolega może za panią poręczyć – dodała Silje. Anton kiwnął głową. – Wchodź, wchodź, Mona. Pielęgniarka otworzyła drzwi, a Anton zajrzał do środka. W słabo oświetlonej sali dostrzegł urządzenia stojące wokół łóżka i palce stóp wystające spod kołdry. Pacjent był tak wysoki, że trzeba było zamawiać specjalne łóżko. Drzwi zaraz się zamknęły. – Świetnie. – Anton uśmiechnął się do Silje. I od razu spostrzegł, że wcale jej się to nie spodobało. Że uznała go za męskiego szowinistę, który właśnie wystawił szkolną ocenę młodszej koleżance, kobiecie.

14


Ale przecież ona była studentką, do diabła ciężkiego! I podczas roku praktyki miała się uczyć od starszych doświadczonych policjantów. Stanął, kołysząc się na piętach, niepewny, jak podejść do tej sytuacji. Silje go uprzedziła: – Przeczytałam instrukcję, tak jak mówiłam. A na ciebie pewnie czeka rodzina… Podniósł kubek z kawą do ust. Co ona mogła wiedzieć o jego stanie cywilnym? Czyżby coś insynuowała? Na przykład w związku z Moną? Wiedziała, że parę razy po dyżurze odwiózł ją do domu i że na tym się nie skończyło? – Nalepka z misiem na twojej torbie – wyjaśniła z uśmiechem. Wypił duży łyk. Chrząknął. – Mam czas. Ponieważ to jest twój pierwszy dyżur, powinnaś skorzystać z okazji, jeśli się nad czymś zastanawiasz. Nie zawsze wszystko da się znaleźć w instrukcji. – Przestąpił z nogi na nogę. Miał nadzieję, że zrozumiała podtekst. – Jak sobie chcesz – odparła z irytującą pewnością siebie, na jaką można sobie pozwolić tylko wtedy, gdy nie ma się jeszcze skończonych dwudziestu pięciu lat. – Ten pacjent, który tam leży. Kim on jest? – Tego nie wiem. I to również napisano w instrukcji. Jest anonimowy i taki ma pozostać. – Ale ty coś wiesz. – Tak sądzisz? – Mona. Nie przechodzi się z ludźmi na ty bez wcześniejszej rozmowy na jakiś temat. Co ci powiedziała? Anton Mittet przyjrzał jej się uważnie. Była raczej ładna, ale nie miała w sobie ciepła ani wdzięku. Trochę za chuda jak na jego gust. Zaniedbane włosy i lekko uniesiona przez nieco zbyt napięte wędzidełko górna warga, odsłaniająca przez to nierówne przednie zęby. Ale dziewczyna miała młodość. I jędrne wytrenowane ciało skryte pod mundurem, po prostu był tego pewien. Gdyby więc przekazał jej to, co wiedział, czy zrobiłby to, ponieważ podświadomie wykalkulowałby, że dzięki jego dobrej woli szanse na przespanie się z nią zwiększyłyby się o zero przecinek zero jeden procent? A może raczej ponieważ dziewczyny takie jak Silje w ciągu pięciu lat zostawały komisarzami lub śledczymi specjalnymi i mogły mu szefować, gdyż sam miał pozostać sierżantem, nędznym sierżantem tylko dlatego, że tamta sprawa

15


z Drammen miała nigdy się od niego nie odkleić i być jak ściana, jak plama, której nie da się usunąć? – Usiłowanie zabójstwa –  powiedział Anton. –  Stracił mnóstwo krwi. Podobno kiedy go tu przywieźli, puls miał prawie niewyczuwalny. Od tej pory cały czas w śpiączce. – A dlaczego ochrona policyjna? Anton wzruszył ramionami. – Potencjalny świadek. Jeśli przeżyje. – A co on takiego wie? – Coś o narkotykach. Na wysokim szczeblu. Jeśli się ocknie, to najprawdopodobniej przekaże informacje, które mogą zniszczyć grube ryby na rynku narkotykowym w Oslo. No i oczywiście będzie mógł powiedzieć, kto próbował go zabić. – Czyli uważają, że zabójcy wrócą i dokończą dzieła? – Jeśli się dowiedzą, że żyje i gdzie jest, to tak. Właśnie dlatego tu jesteśmy. – Przeżyje? Anton pokręcił głową. – Lekarze sądzą, że zdołają utrzymać go przy życiu przez kilka miesięcy, jednak szanse na to, żeby się wybudził ze śpiączki, są raczej niewielkie. Ale i tak… – Znów przeniósł ciężar ciała na drugą nogę, bo badawcze spojrzenie Silje było na dłuższą metę wręcz nieprzyjemne. – Ale i tak do tej pory trzeba go pilnować. Anton Mittet opuszczał Silje z poczuciem klęski. Minął recepcję i wyszedł na jesienny wieczór. Dopiero kiedy na parkingu wsiadł do samochodu, zorientował się, że brzęczy komórka. Dzwonili z Centrali Operacyjnej. – Maridalen. Zabójstwo – poinformował Zero Jeden. – Wiem, że skończyłeś służbę na dzisiaj, ale potrzebne jest wsparcie do zabezpieczenia miejsca zdarzenia. A ponieważ już jesteś w mundurze… – Na jak długo? – Ktoś cię zmieni w ciągu maksymalnie trzech godzin. Anton nie posiadał się ze zdziwienia. Ostatnio robiono wszystko, byle tylko nie dopuścić do nadgodzin. Kombinacja sztywnych zasad z okrojonym budżetem nie pozwalała nawet na stosowanie praktycznych rozwiązań. Domyślił się, że to musi być jakieś specjalne zabójstwo. Miał tylko nadzieję, że nie chodzi o dziecko.

16


– W porządku – powiedział. – Prześlę ci współrzędne GPS. To była nowość – GPS ze szczegółową mapą Oslo i okolic oraz aktywnym nadajnikiem umożliwiającym Centrali Operacyjnej lokalizację funkcjonariuszy. Pewnie właśnie dlatego do niego zadzwonili. Był najbliżej. – Dobrze – zgodził się Anton. – Trzy godziny. Laura już się położyła, ale i tak lubiła, żeby po pracy prędko wracał do domu, więc wysłał jej SMS-a, a dopiero potem wrzucił bieg i ruszył w stronę Maridalsvannet. Anton nie musiał korzystać z GPS-u. Przy wjeździe na Ulle­vål­ seterveien stały zaparkowane cztery policyjne radiowozy, a nieco dalej drogę wskazywały biało-pomarańczowe taśmy. Wyjął latarkę ze schowka i podszedł do funkcjonariusza stojącego przed taśmami. Widział błyski latarek w lesie i reflektory techników, które zawsze kojarzyły mu się z planem filmowym. Zresztą nie było to takie dalekie od prawdy, bo teraz nie tylko robiło się zdjęcia, lecz również filmowało w jakości HD zarówno ofiary, jak i całe miejsce zdarzenia. Umożliwiało to ponowne obejrzenie całości i powiększenie na stop-klatce szczegółów, które początkowo wydały się nieistotne. – Co się dzieje? – spytał policjanta, który trząsł się ze skrzyżowanymi na piersi rękami. – Zabójstwo – odparł mężczyzna niewyraźnym głosem. Oczy miał zaczerwienione, a twarz nienaturalnie bladą. – To już słyszałem. Kto tu rządzi? – Technicy. Lønn. Anton słyszał szum głosów dobiegający z lasu. Było ich wiele. – Nie ma jeszcze nikogo z KRIPOS? Ani z Wydziału Zabójstw? – Z czasem przyjedzie więcej ludzi. Ciało dopiero co znaleziono. To ty masz mnie zastąpić? Jeszcze więcej ludzi. A jemu mimo wszystko dali nadgodziny. Anton przyjrzał się funkcjonariuszowi. Policjant miał na sobie gruby płaszcz, ale trząsł się coraz bardziej, chociaż wcale nie było tak zimno. – Byłeś na miejscu pierwszy? W milczeniu kiwnął głową i spuścił wzrok. Szerzej rozstawił nogi. Do diabła, pomyślał Anton. Dziecko. Przełknął ślinę.

17


– O, Anton! Zero Jeden cię przysłał? Mittet podniósł głowę. Nie usłyszał tych dwojga, chociaż wyłonili się z gęstych zarośli. Już wcześniej miał okazję obserwować, jak technicy poruszają się w miejscu zdarzenia, trochę jak niezdarni tancerze, pochylają się i wyginają tak, by niczego nie dotknąć, a stopy stawiają, jakby byli astronautami na Księżycu. A może to po prostu ich białe stroje nasunęły mu takie skojarzenie. – Tak, mam tu kogoś zastąpić – odpowiedział Anton kobiecie. Dobrze wiedział, kim jest, wszyscy ją znali. Beate Lønn, szefowa Wydziału Techniki Kryminalistycznej, była sławna jako ktoś w rodzaju Rain Mana z powodu swojej zdolności rozpoznawania twarzy, którą wykorzystywano do identyfikowania rabusiów na ziarnistych, skaczących nagraniach z monitoringu. Mówiło się, że jest w stanie rozpoznać nawet dobrze zamaskowanych bandytów, jeśli tylko byli wcześniej skazani. I że ma w swojej jasnowłosej główce bazę danych z wieloma tysiącami policyjnych fotografii przestępców. To zabójstwo musiało więc być szczególne. Przecież szefów nie zrywa się z łóżka w środku nocy. Przy bladej, niemal przezroczystej twarzy delikatnej kobiety oblicze jej kolegi zdawało się niemal płonąć. Jego piegowate policzki zdobiły jak dwa półwyspy jaskraworude bokobrody. Mężczyzna miał lekko wyłupiaste oczy, jakby w głowie panowało zbyt wysokie ciśnienie, i przez to wydawał się stale nieco zdziwiony. Najbardziej jednak przyciągała uwagę czapka, która ukazała się, gdy ściągnął z głowy biały kaptur: wielka czapka rasta w kolorach zielonym, żółtym i czerwonym. Beate Lønn położyła rękę na ramieniu roztrzęsionego funkcjonariusza. – No to jedź już do domu, Simon. I nie mów, że ja tak powiedziałam, ale zalecam mocnego drinka, a potem szybko do łóżka. Policjant kiwnął głową, a trzy sekundy później jego przygarbione plecy pochłonęła ciemność. – Fatalnie to wygląda? – spytał Anton. – Nie masz kawy? – rzucił ten w rastafariańskiej czapce i otworzył termos. Już po tych trzech słowach Anton rozpoznał, że mężczyzna nie pochodzi z Oslo. Musiał być ze wsi, ale Anton, jak większość mieszkańców miast we wschodniej Norwegii, nie miał pojęcia o dialektach ani też za bardzo się nimi nie interesował. – Nie mam – odpowiedział.

18


– Zawsze mądrze jest zabrać własną kawę na miejsce zdarzenia – pouczyła Czapka Rasta. – Nigdy nie wiadomo, ile przyjdzie tu zabawić. – Daj spokój, Bjørn. On już pracował przy zabójstwach – włączyła się Beate Lønn. – W Drammen, prawda? – Zgadza się. – Anton zakołysał się na piętach. Prawidłowa odpowiedź powinna brzmieć: „O tyle o ile”. Niestety podejrzewał, dlaczego Beate Lønn go pamięta. Odetchnął głęboko. – Kto znalazł zwłoki? – On. – Beate Lønn ruchem głowy wskazała samochód funkcjonariusza, który właśnie włączył silnik. – Chodziło mi o to, kto poinformował o zwłokach? – Żona zadzwoniła, kiedy nie wrócił do domu z przejażdżki rowerowej – wyjaśnił ten w czapce. – Zapowiedział, że nie będzie go najwyżej przez godzinę, więc przestraszyła się, że serce mu wysiadło. Miał przy sobie GPS z nadajnikiem, dlatego szybko go znaleźli. Anton z namysłem skinął głową. Dalej potrafił sobie wszystko wyobrazić. Dwoje policjantów dzwoni do drzwi, kobieta i mężczyzna. Chrząkają, patrzą na żonę poważnym wzrokiem, który ma przekazać to, co za moment powtórzą słowami. Niemożliwymi słowami. Twarz żony, która się opiera, nie chce, ale mimo wszystko obnaża się, pokazuje całe swoje wnętrze. Przed oczami stanęła mu Laura, jego własna żona. Cicho podjechała karetka. Bez syreny, bez włączonego koguta. Antonowi rozjaśniło się w głowie. Błyskawiczna reakcja na zwykłe zgłoszenie zaginięcia. GPS z nadajnikiem. Mnóstwo ludzi. Nadgodziny. Kolega tak wstrząśnięty znalezionym ciałem, że musiał zostać odesłany do domu. – To policjant – stwierdził cicho. – Obstawiam, że temperatura tutaj jest o półtora stopnia niższa niż w mieście – powiedziała Beate Lønn i wystukała jakiś numer w komórce. – Zgadzam się – odparł ten w czapce i wypił łyk z kubka od termosu. – Na razie nie ma żadnych przebarwień skóry. Czyli że między ósmą a dziesiątą? – Policjant – powtórzył Anton. – To dlatego wszyscy tu są, prawda? – Katrine? – odezwała się Beate. – Możesz mi coś sprawdzić? Chodzi mi o sprawę Sandry Tveten. Dobrze. – Psiakrew! – zawołał ten w czapce. – Przecież prosiłem, żeby zaczekali, aż przywiozą worek na zwłoki!

19


Anton odwrócił się i zobaczył przedzierających się przez zarośla dwóch mężczyzn z noszami techników. Spod koca wystawały buty do jazdy na rowerze. – On go znał – stwierdził Anton. – To dlatego tak się trząsł, prawda? – Mówił, że pracowali razem na Økern, zanim Vennesla przeszedł do KRIPOS – wyjaśnił ten w czapce. – Masz tę datę? – spytała Lønn kogoś w telefonie. Rozległ się okrzyk. – Do jasnej cho… – zaklął rastafarianin. Anton znów odwrócił głowę. Jeden z dźwigających nosze poślizgnął się w rowie. Promień światła jego latarki padł na nosze. Na koc, który się zsunął. Na… na co? Anton wybałuszył oczy. Czy to była głowa? Czy to, co wieńczyło bez wątpienia ludzkie ciało, naprawdę było kiedyś głową? W ciągu lat przepracowanych w Wydziale Zabójstw, przed swoim wielkim błędem, Anton miał okazję oglądać wiele zwłok. Ale czegoś takiego nigdy nie widział. Substancja ułożona w kształcie klepsydry skojarzyła mu się z niedzielnym rodzinnym śniadaniem, z ugotowanymi przez Laurę na półtwardo jajkami, na których wciąż tkwią resztki skorupek, pękniętymi tak, że żółtko wypływa, zastygając na ściętym, ale jeszcze miękkim białku. Anton stał i mrugał w ciemności, patrząc, jak tylne światła karetki znikają. I nagle uświadomił sobie, że to powtórka, że już to kiedyś widział. Ubrane na biało postacie. Termos. Stopy sterczące spod koca. Tak niedawno widział to w Szpitalu Centralnym. Tak jakby to był zwiastun. Głowa… – Dziękuję, Katrine – zakończyła Beate. – O co chodzi? – spytał ten w czapce. – Pracowałam z Erlendem dokładnie w tym miejscu – odpowiedziała Beate. – Tutaj? – zdziwił się jej kolega. – Dokładnie tutaj. On kierował śledztwem. Już z dziesięć lat temu. Sandra Tveten. Zgwałcona i zabita. Jeszcze dziecko. Anton przełknął ślinę. Dziecko. Powtórki. – Pamiętam tę sprawę – ożywił się rudzielec. – Los dziwnie się plecie. Zginąć w miejscu prowadzonego przez siebie śledztwa… Czy tamta sprawa też nie była jakoś na jesieni? Beate milczała, ale wolno skinęła głową.

20


Anton mrugał i mrugał. To nie mogła być prawda, on r z e c z y w i ś c i e widział podobne zwłoki. – Psiakrew! – zaklął cicho rastafarianin. – Nie chcesz powiedzieć, że…? Beate Lønn wzięła od niego kubek od termosu, wypiła łyk i oddała mu go z powrotem. Kiwnęła głową. – Niech to cholera – szepnął rudzielec.


Czy to zbieg okoliczności, że oficer policji zostaje znaleziony martwy w miejscu dawno popełnionej zbrodni, którą badał, ale jej nie wyjaśnił? Gdy taki sam los spotyka kolejnych funkcjonariuszy, schemat postępowania mordercy staje się równie oczywisty, co potworny: zabójstwom policjantów odpowiadają nierozwiązane zbrodnie z przeszłości. W miejscach przestępstw brakuje jakichkolwiek śladów, a Wydział Zabójstw właśnie stracił najlepszego śledczego. Jo Nesbø po raz kolejny dostarcza diabelnie przebiegłej historii o bezmiarze ludzkiego zła. Zabawa w kotka i myszkę dotyczy nie tylko ofiar i policji, ale także samego czytelnika.

Policja umocniła Jo Nesbø na pozycji mistrza światowego kryminału. „Adresseavisen” Prawdopodobnie najgłębsza i najambitniejsza powieść z cyklu, który z każdym tomem staje się mroczniejszy. „Kirkus Reviews”

Patronat medialny

Cykl powieści kryminalnych z komisarzem Harrym Hole: CZŁOWIEK NIETOPERZ KARALUCHY CZERWONE GARDŁO TRZECI KLUCZ PENTAGRAM WYBAWICIEL PIERWSZY ŚNIEG PANCERNE SERCE UPIORY POLICJA

www.jonesbo.pl

www.publicat.pl ISBN 978-83-245-9406-1

9 788324 594061 > P.WD.KRW088.1.01.11

cena 34,90 zł


"Policja" Jo Nesbo