Issuu on Google+

P I E, R W S Z Y SNIEG


PIERWSZY SNIEG Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka


Tytuł oryginału Snømannen Projekt okładki MARIUSZ BANACHOWICZ

Redakcja SYLWIA MAZURKIEWICZ

Korekta JANINA GERARD-GIERUT

Redakcja techniczna JOLANTA KRAWCZYK

Copyright © Jo Nesbø 2007 Published by agreement with Salomonsson Agency Polish edition © Publicat S.A. MMX, MMXVI All rights reserved

ISBN 978-83-245-8988-3

jest znakiem towarowym Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


Dla Kirsten Hammervoll Nesbø


Cz´Êç I

1

ÂRODA, 5 LISTOPADA 1980. BA¸WAN ZE ÂNIEGU

To by∏o tego dnia, kiedy spad∏ Ênieg. O jedenastej przed po∏udniem z bezbarwnego nieba bez ˝adnej zapowiedzi zacz´∏y si´ sypaç olbrzymie p∏atki Êniegu, niczym armada z kosmosu przybywajàca na podbój pól, ogrodów i trawników w Romerike. O drugiej w Lillestrøm do akcji wkroczy∏y p∏ugi Ênie˝ne, a kiedy Sara Kvinesland o pó∏ do trzeciej wolno i ostro˝nie skierowa∏a swojà toyot´ coroll´ SR5 mi´dzy wille na Kolloveien, listopadowy Ênieg przykrywa∏ ju˝ puchowà ko∏drà pofa∏dowany krajobraz. Wydawa∏o jej si´, ˝e domy w Êwietle dziennym wyglàdajà inaczej. Do tego stopnia inaczej, ˝e o ma∏o nie min´∏a wjazdu do jego gara˝u. Samochód poÊlizgnà∏ si´, gdy przyhamowa∏a, a z tylnego siedzenia rozleg∏o si´ prychni´cie. W lusterku zobaczy∏a niezadowolonà min´ syna. – To nie potrwa d∏ugo, kochanie – powiedzia∏a. Przed gara˝em wÊród ca∏ej tej bieli widnia∏ du˝y czarny prostokàt asfaltu. Zrozumia∏a, ˝e w∏aÊnie w tym miejscu musia∏ staç samochód firmy przeprowadzkowej. Âcisn´∏o jà w gardle. Oby tylko nie przyjecha∏a za póêno. – Kto tu mieszka? – pad∏o pytanie z tylnego siedzenia. – Po prostu znajomy – odpar∏a Sara i odruchowo poprawi∏a fryzur´ w lusterku. – Najwy˝ej dziesi´ç minut, kochanie. Zostawi´ kluczyk w stacyjce, ˝ebyÊ móg∏ pos∏uchaç radia. Wysiad∏a, nie czekajàc na odpowiedê, i w butach na Êlizgajàcych si´ podeszwach podrepta∏a do drzwi, przez które tyle razy wchodzi∏a i wychodzi∏a, ale nigdy w ten sposób, nigdy w Êrodku dnia, w pe∏ni widoczna dla wszystkich ciekawskich oczu w tej willowej dzielni-

7


cy. Nie chodzi∏o o to, ˝e póêne wieczorne wizyty wyglàda∏y na bardziej niewinne, lecz z jakiegoÊ powodu s∏uszniejsze wydawa∏o si´ pope∏nianie takich czynów po zapadni´ciu ciemnoÊci. Us∏ysza∏a buczenie dzwonka w Êrodku; zabrzmia∏ jak trzmiel zamkni´ty w s∏oiku po d˝emie. Czeka∏a z narastajàcà desperacjà, zerkajàc w okna sàsiadów. Niczego nie zdradza∏y, ukazywa∏y jedynie odbicia czarnych nagich jab∏oni, szarego nieba i mlecznobia∏ego krajobrazu. Wreszcie us∏ysza∏a kroki za drzwiami i odetchn´∏a z ulgà. Moment póêniej ju˝ by∏a w Êrodku, w jego ramionach. – Nie wyje˝d˝aj, kochany – poprosi∏a, czujàc p∏acz Êciskajàcy w gardle. – Musz´ – odpar∏ takim tonem, jakby powtarza∏ refren, który mu si´ znudzi∏. Ale jego d∏onie ju˝ szuka∏y znajomych Êcie˝ek, które nigdy si´ im nie sprzykrzy∏y. – Wcale nie musisz – szepn´∏a mu do ucha. – Chcesz. Zaczà∏eÊ si´ baç. – To nie ma ˝adnego zwiàzku z tobà i mnà. Us∏ysza∏a irytacj´ w jego g∏osie, a jednoczeÊnie jego r´ka, ta silna, lecz zarazem mi´kka r´ka, przesun´∏a si´ po jej skórze na krzy˝u i wpe∏z∏a pod pasek spódnicy i rajstop. Byli jak wyçwiczeni tancerze, znajàcy ka˝dy, nawet najdrobniejszy ruch partnera, ka˝dy krok, oddech i rytm. Najpierw bia∏a mi∏oÊç. Ta dobra. Potem czerƒ. Ból. Jego r´ka przesun´∏a si´ po p∏aszczu, szukajàc pod grubym materia∏em brodawek piersi. Zawsze go fascynowa∏y, stale do nich wraca∏. Mo˝e dlatego, ˝e sam ich nie mia∏. – Zaparkowa∏aÊ przed gara˝em? – spyta∏ i mocno jà uszczypnà∏. Kiwn´∏a g∏owà; ból przeszy∏ jà niczym strza∏a ˝àdzy si´gajàca a˝ do mózgu. Pochwa otworzy∏a si´ dla jego palców, które ju˝ nied∏ugo mia∏y tam trafiç. – Ma∏y czeka w samochodzie. Jego d∏oƒ gwa∏townie znieruchomia∏a. – On nic nie wie – wydusi∏a z siebie, czujàc jego wahanie. – A twój mà˝? Gdzie jest teraz?

8


– Jak ci si´ wydaje? OczywiÊcie w pracy. Teraz to ona mówi∏a z irytacjà. I dlatego, ˝e on wprowadzi∏ m´˝a do tej rozmowy, i dlatego, ˝e trudno jej by∏o o nim mówiç, nie irytujàc si´ przy tym. A poza tym jej cia∏o tak bardzo go pragn´∏o. Teraz, ju˝! Sara Kvinesland rozpi´∏a m´˝czyênie rozporek. – Nie… – zaczà∏, ∏apiàc jà za nadgarstek. Z ca∏ej si∏y uderzy∏a go drugà r´kà w twarz. Patrzy∏ na nià zdumiony, zaskoczony. Na policzku rozlewa∏a si´ czerwona plama. Ona si´ uÊmiechn´∏a i przyciàgn´∏a jego twarz do swojej. – Wyjedziesz – sykn´∏a. – Ale najpierw b´dziesz mnie r˝nà∏. Zrozumiano? Poczu∏a jego oddech na twarzy, szybszy i urywany. Jeszcze raz uderzy∏a go wolnà r´kà, a jego cz∏onek trzymany tà drugà zaczà∏ si´ powi´kszaç. Pchni´cia by∏y coraz mocniejsze, ale ekscytacja ju˝ min´∏a. Ogarn´∏o jà odr´twienie, magia znikn´∏a, napi´cie opad∏o i zosta∏a jedynie rozpacz. Traci∏a go. W∏aÊnie teraz, le˝àc tu, traci∏a go. Wszystkie lata, przez które t´skni∏a, wszystkie wyp∏akane ∏zy, rozpaczliwe posuni´cia, do których jà sk∏ania∏, nic nie dajàc w zamian. Oprócz tego jednego. Sta∏ przy brzegu ∏ó˝ka, bra∏ jà z zamkni´tymi oczami. Sara wpatrywa∏a si´ w jego tors. Poczàtkowo jà to dziwi∏o, ale z czasem zaczà∏ jej si´ podobaç widok bia∏ej g∏adkiej skóry na mi´Êniach piersi. Przypomina∏ jej stare posàgi, pozbawione brodawek piersiowych, by nie siaç publicznego zgorszenia. Zaczà∏ sapaç g∏oÊniej. Wiedzia∏a, ˝e ju˝ nied∏ugo dojdzie ze wÊciek∏ym rykiem. Uwielbia∏a ten ryk, i ten zawsze pe∏en zaskoczenia, ekstatyczny, Êwiadczàcy niemal o bólu wyraz twarzy, jak gdyby orgazm za ka˝dym razem przechodzi∏ jego najdziksze oczekiwania. Teraz czeka∏a tylko na ten ostatni ryk, na g∏oÊne po˝egnanie w jego zimnej sypialni, ogo∏oconej z obrazów, zas∏on i dywanów. On wkrótce si´ ubierze i wyjedzie do innej cz´Êci kraju, gdzie, jak twierdzi∏, otrzyma∏ propozycj´ pracy, z której nie móg∏ zrezygnowaç. Ale z tego móg∏ zrezygnowaç. Z tego. Chocia˝ rycza∏ z rozkoszy.

9


Zamkn´∏a oczy. Ale ˝aden ryk si´ nie rozleg∏. On znieruchomia∏. – Co si´ sta∏o? – spyta∏a, otwierajàc oczy. Wykrzywi∏ si´. Ale nie z rozkoszy. – Twarz – szepnà∏. Sara ca∏a a˝ drgn´∏a. – Gdzie? – Za oknem. Okno znajdowa∏o si´ za ∏ó˝kiem, tu˝ nad jej g∏owà. Obróci∏a si´, poczu∏a, jak on si´ z niej wysuwa, ju˝ mi´kki. Okno by∏o za wysoko, by mog∏a przez nie wyjrzeç, le˝àc, za wysoko te˝, by ktoÊ móg∏ przez nie zajrzeç do Êrodka, stojàc na ziemi. W zapadajàcych ju˝ ciemnoÊciach zobaczy∏a jedynie podwójne odbicie sufitowej lampy w szybie. – Widzia∏eÊ siebie – powiedzia∏a niemal b∏agalnym tonem. – W pierwszej chwili te˝ mi si´ tak wydawa∏o – odpar∏, wcià˝ nie odrywajàc oczu od okna. Sara ukl´k∏a. Potem wsta∏a i wyjrza∏a na ogród. I rzeczywiÊcie zobaczy∏a twarz. RozeÊmia∏a si´ g∏oÊno. Twarz by∏a bia∏a, mia∏a oczy i usta z czarnych kawa∏ków ˝wiru, prawdopodobnie zebranych z podjazdu, a r´ce z ga∏´zi jab∏oni. – Na mi∏oÊç boskà – zanios∏a si´ Êmiechem. – To przecie˝ tylko ba∏wan ze Êniegu! – Âmiech zaraz przeszed∏ w p∏acz. Szlocha∏a bezradnie, dopóki nie poczu∏a jego obj´ç. – Musz´ ju˝ iÊç – wykrztusi∏a. – Zostaƒ jeszcze troch´. Zosta∏a. Kiedy sz∏a w stron´ gara˝u, zobaczy∏a, ˝e min´∏o prawie czterdzieÊci minut. Obieca∏, ˝e od czasu do czasu zadzwoni. Zawsze umia∏ k∏amaç, a ona wyjàtkowo si´ z tego cieszy∏a. Jeszcze zanim dotar∏a do samochodu, zobaczy∏a bladà buzi´ ch∏opca, który patrzy∏ na nià z tylnego siedzenia. Szarpn´∏a za drzwiczki, ale ku swemu zdumieniu stwierdzi∏a, ˝e sà zamkni´te. Popatrzy∏a na syna przez zaparowane okna. Dopiero gdy zastuka∏a w szyb´, otworzy∏.

10


Usiad∏a za kierownicà. Radio milcza∏o, a w samochodzie panowa∏o lodowate zimno. Kluczyki le˝a∏y na siedzeniu pasa˝era. Odwróci∏a si´ do syna. By∏ blady, dolna warga mu dr˝a∏a. – CoÊ si´ sta∏o? – spyta∏a. – Tak – odpar∏. – Widzia∏em go. W g∏osie ch∏opca brzmia∏ cienki przenikliwy ton strachu, którego nie s∏ysza∏a od jego dzieciƒstwa, kiedy chowa∏ si´, wciskajàc mi´dzy rodziców na kanap´ przed telewizorem, r´kami zas∏aniajàc oczy. A teraz przechodzi∏ mutacj´, przesta∏ ju˝ dawaç jej buzi na dobranoc, zaczà∏ si´ interesowaç silnikami i dziewczynami. KtóregoÊ dnia on te˝ wsiàdzie do samochodu z któràÊ z nich i od niej odjedzie. – O czym ty mówisz? – spyta∏a, wsun´∏a kluczyk do stacyjki i przekr´ci∏a. – O ba∏wanie… Silnik nie zareagowa∏, a jà bez najmniejszej zapowiedzi ogarn´∏a panika. Nie wiedzia∏a, czego tak naprawd´ si´ boi. Wyjrza∏a przez przednià szyb´ i spróbowa∏a jeszcze raz. Czy˝by akumulator zdà˝y∏ paÊç? – Jak ten ba∏wan wyglàda∏? – spyta∏a, naciskajàc gaz do dechy i w desperacji kr´càc kluczykiem tak mocno, ˝e o ma∏o go nie z∏ama∏a. Ch∏opiec odpowiedzia∏, ale jego s∏owa zag∏uszy∏ ryk zaskakujàcego silnika. Sara wrzuci∏a bieg i puÊci∏a sprz´g∏o, jak gdyby nagle strasznie zacz´∏o jej si´ spieszyç. Ko∏a zabuksowa∏y w mi´kkim lepkim Êwie˝ym Êniegu. Doda∏a wi´cej gazu, ale nie ruszyli, a ty∏ samochodu wolno zaczà∏ przesuwaç si´ w bok. W koƒcu opony przedar∏y si´ do asfaltu, rzuci∏o ich w przód na drog´. – Tata na nas czeka – powiedzia∏a. – Musimy si´ pospieszyç. W∏àczy∏a radio, podkr´ci∏a g∏oÊnoÊç, ˝eby wype∏niç zimnà przestrzeƒ w samochodzie dêwi´kami innymi ni˝ w∏asny g∏os. Spiker po raz setny tego dnia informowa∏, ˝e Ronald Reagan pokona∏ dziÊ w nocy Jimmy’ego Cartera w amerykaƒskich wyborach prezydenckich. Ch∏opiec znów coÊ powiedzia∏. Popatrzy∏a w lusterko. – Co mówisz? – spyta∏a g∏oÊno.

11


Powtórzy∏, ale ona wcià˝ nie s∏ysza∏a. Przyciszy∏a radio, kierujàc si´ w stron´ szosy i rzeki, dwóch czarnych ˝a∏obnych wstà˝ek, wijàcych si´ wÊród Êniegu. Drgn´∏a przestraszona, gdy uÊwiadomi∏a sobie, ˝e ch∏opiec wychyli∏ si´ do przodu mi´dzy siedzeniami. Jego g∏os tu˝ przy jej uchu zabrzmia∏ jak suchy szept, jak gdyby wa˝ne by∏o, by nikt inny oprócz ich dwojga go nie us∏ysza∏. – Umrzemy.

2

2 LISTOPADA 2004. DZIE¡ 1. OCZY ZE ˚WIRU

Harry Hole drgnà∏ i szeroko otworzy∏ oczy. By∏o lodowato, a w mroku rozlega∏ si´ g∏os, który go zbudzi∏. Obwieszcza∏, ˝e dziÊ naród amerykaƒski zdecyduje, czy jego prezydent równie˝ przez nast´pne cztery lata b´dzie si´ nazywa∏ George Walker Bush. Listopad. Harry pomyÊla∏, ˝e zdecydowanie nadciàga era ciemnoÊci. Odrzuci∏ ko∏dr´ i dotknà∏ stopami pod∏ogi. Linoleum by∏o tak zimne, ˝e a˝ zapiek∏o. Zostawi∏ nadajàce wiadomoÊci radio z budzikiem w∏àczone i poszed∏ do ∏azienki. Przejrza∏ si´ w lustrze. Tam te˝ listopad, mglisty, szaroblady i pochmurny. Oczy by∏y jak zwykle przekrwione, a pory na nosie przypomina∏y wielkie czarne kratery. Worki pod oczami z jasnoniebieskimi, rozmytymi alkoholem t´czówkami zniknà, kiedy poczujà ciep∏à wod´, r´cznik i Êniadanie. Tak przynajmniej przypuszcza∏. Harry nie mia∏ pewnoÊci, jak dok∏adnie b´dzie z up∏ywem dnia wyglàda∏a jego twarz teraz, kiedy skoƒczy∏ ju˝ czterdzieÊci lat. Czy zmarszczki si´ wyg∏adzà i czy zniknie wyraz l´ku pojawiajàcy si´, gdy rano budzi∏ si´ po nocach, w które dr´czy∏y go koszmary? Takich nocy by∏a wi´kszoÊç. Nie wiedzia∏, bo unika∏ luster, gdy ju˝ raz wyszed∏ ze swojego malutkiego, spartaƒsko umeblowanego mieszkania na Sofies gate, ˝eby si´ staç komisarzem Hole z Wydzia∏u Zabójstw Komendy Okr´gowej Policji w Oslo. Patrzy∏ raczej w inne twarze, szukajàc w nich ich bólu, pi´t achillesowych, koszmarów, motywów i powodów do samooszustwa, jednoczeÊnie s∏ucha∏ m´czà-

12


cych k∏amstw i próbowa∏ doszukaç si´ sensu w tym, co robi∏: w zamykaniu w wi´zieniu ludzi, którzy ju˝ dawno zamkn´li si´ we w∏asnych wi´zieniach, w nienawiÊci i pogardzie dla samych siebie, które sam zna∏ a˝ za dobrze. Przeciàgnà∏ d∏onià po sztywnych jak szczotka krótko obci´tych jasnych w∏osach, które ros∏y dok∏adnie w odleg∏oÊci stu dziewi´çdziesi´ciu trzech centymetrów od wych∏odzonych stóp. Obojczyki rysujàce si´ pod skórà wyglàda∏y jak wieszak. Du˝o trenowa∏ od czasu tej ostatniej sprawy. Niektórzy twierdzili, ˝e wr´cz fanatycznie. Oprócz jazdy na rowerze zaczà∏ te˝ dêwigaç ci´˝ary w si∏owni mieszczàcej si´ w piwnicy Budynku Policji. Lubi∏ ból, palenie mi´Êni, które odsuwa∏o myÊli. Mimo to chud∏. T∏uszcz znika∏, a mi´Ênie uk∏ada∏y si´ niczym warstwa pod∏u˝nych smug mi´dzy szkieletem a skórà. KiedyÊ mia∏ szerokie bary, a Rakel mówi∏a, ˝e ma atletycznà budow´, teraz zaczà∏ przypominaç obdartego ze skóry niedêwiedzia polarnego, którego zdj´cie kiedyÊ widzia∏. Umi´Ênionego, lecz mimo wszystko szokujàco chudego drapie˝nika. Harry po prostu znika∏. Chocia˝ to w∏aÊciwie nie mia∏o ˝adnego znaczenia. Westchnà∏. Listopad. B´dzie jeszcze ciemniej. Poszed∏ do kuchni, wypi∏ szklank´ wody na ból g∏owy i mru˝àc oczy, zdziwiony wyjrza∏ przez okno. Dach kamienicy po drugiej stronie Sofies gate zbiela∏, a odbijajàce si´ od niego ostre Êwiat∏o k∏u∏o w oczy. W nocy spad∏ pierwszy w tym roku Ênieg. PomyÊla∏ o liÊcie. Zdarza∏o si´, ˝e dostawa∏ takie listy, ale ten by∏ wyjàtkowy. Wspomina∏ o Toowoombie. W radiu zaczà∏ si´ program przyrodniczy. KtoÊ podnieconym g∏osem opowiada∏ o fokach. „Ka˝dego lata foki Berhausa gromadzà si´ w CieÊninie Beringa na gody. Poniewa˝ przewa˝ajà wÊród nich samce, rywalizacja o samice jest tak ostra, ˝e te, którym uda si´ zdobyç partnerk´, b´dà si´ jej trzymaç przez ca∏y okres godowy. Samiec pilnuje samicy, dopóki m∏ode nie przyjdzie na Êwiat i nie osiàgnie samodzielnoÊci. Nie powoduje nim jednak mi∏oÊç, tylko uwielbienie dla w∏asnych genów. Wed∏ug teorii Darwina to dobór naturalny w walce o przetrwanie nakazuje fokom Berhausa monogami´, a nie moralnoÊç”.

13


Mo˝e i tak, pomyÊla∏ Harry. G∏os w radiu z zachwytu przeszed∏ niemal w falset: „Ale zanim foki odp∏ynà z CieÊniny Beringa, by szukaç po˝ywienia na otwartym morzu, samiec b´dzie próbowa∏ zabiç samic´. Dlaczego? Poniewa˝ samica foki Berhausa nigdy nie parzy si´ dwa razy z tym samym samcem! Dla niej wa˝na jest ró˝norodnoÊç genetyczna. Rozwiàz∏oÊç jest w jej wypadku biologicznie racjonalna i samiec o tym wie. UÊmiercajàc jà, nie dopuszcza do tego, by inne m∏ode foki rywalizowa∏y z jego potomstwem o po˝ywienie”. „Teoria Darwina dotyczy równie˝ nas, dlaczego wi´c ludzie nie myÊlà tak jak foki?” – spyta∏ inny g∏os. „Ale˝ w∏aÊnie tak myÊlimy! Nasze spo∏eczeƒstwo wcale nie jest tak monogamiczne, na jakie wyglàda, i nigdy takie nie by∏o. Przeprowadzone niedawno w Szwecji badania wykaza∏y, ˝e od pi´tnastu do dwudziestu procent wszystkich dzieci ma innego ojca, ni˝ uwa˝ajà one same, a tak˝e ich zarejestrowany ojciec. DwadzieÊcia procent! To przecie˝ oznacza, ˝e co piàte dziecko ˝yje w k∏amstwie. Ale to równie˝ jest dba∏oÊç o ró˝norodnoÊç genetycznà”. Harry pokr´ci∏ ga∏kà, szukajàc znoÊnej muzyki. Zatrzyma∏ si´ na staroÊwieckiej wersji Desperado Johnny’ego Casha. KtoÊ mocno zapuka∏ do drzwi. Harry poszed∏ do sypialni, wciàgnà∏ d˝insy, wróci∏ do przedpokoju i otworzy∏. – Harry Hole? – Ubrany w niebieski kombinezon m´˝czyzna patrzy∏ na niego zza grubych szkie∏ okularów. Oczy mia∏ jasne jak dziecko. Harry kiwnà∏ g∏owà. – Ma pan grzyb? – M´˝czyzna zada∏ pytanie beznami´tnym tonem. D∏ugi kosmyk w∏osów bieg∏ przez czaszk´ i klei∏ si´ do czo∏a. Nieznajomy Êciska∏ pod pachà plastikowà podk∏adk´ z klipsem przytrzymujàcym g´sto zapisanà kartk´. Harry czeka∏ na dalszy ciàg, który by mu cokolwiek wyjaÊni∏, ale nic takiego nie nastàpi∏o. Tylko to jasne szczere spojrzenie. – To – odezwa∏ si´ wreszcie Harry – to jest absolutnie prywatna sprawa.

14


M´˝czyzna leciutko si´ uÊmiechnà∏, jakby us∏ysza∏ dowcip, którego mia∏ ju˝ serdecznie doÊç. – Grzyb w mieszkaniu. Albo pleʃ. – Nie mam powodów, ˝eby tak sàdziç. – W∏aÊnie tak jest z grzybem. Rzadko daje powody, by podejrzewaç, ˝e jest. – M´˝czyzna possa∏ z´by i zako∏ysa∏ si´ na pi´tach. – Ale? – spyta∏ w koƒcu Harry. – Ale jest. – Dlaczego pan tak uwa˝a? – Bo paƒski sàsiad ma pleʃ. – Tak? MyÊli pan, ˝e mog∏a si´ tu przenieÊç? – Pleʃ si´ nie przenosi. Przenosi si´ grzyb domowy. – Wi´c… – System wentylacyjny w Êcianach tej kamienicy ma b∏àd konstrukcyjny. Pleʃ ma doskona∏e warunki wzrostu. Mog´ zajrzeç do kuchni? Harry usunà∏ si´ na bok. M´˝czyzna skierowa∏ si´ do kuchni, gdzie natychmiast przycisnà∏ do Êciany pomaraƒczowy aparat przypominajàcy suszark´ do w∏osów. Urzàdzenie dwa razy pisn´∏o. – Higrometr – wyjaÊni∏, patrzàc na coÊ, co najwyraêniej by∏o wskaênikiem. – Dok∏adnie tak jak myÊla∏em. Jest pan pewien, ˝e nie widzia∏ pan ani nie czu∏ niczego podejrzanego? Harry nie bardzo wiedzia∏, co by to mia∏o byç. – Taki osad jak na starym chlebie – wyjaÊni∏ m´˝czyzna. – Zapach zgnilizny. Harry pokr´ci∏ g∏owà. – Piek∏y pana oczy? Czu∏ si´ pan zm´czony? G∏owa pana bola∏a? – OczywiÊcie. – Harry wzruszy∏ ramionami. – Odkàd pami´tam. – Ma pan na myÊli, odkàd pan tu mieszka? – Byç mo˝e. Prosz´ pos∏uchaç… Ale m´˝czyzna nie s∏ucha∏, tylko wyciàgnà∏ zza paska nó˝. Harry wstrzyma∏ oddech, wpatrzony w uzbrojonà r´k´, która unios∏a si´ wysoko i z wielkà si∏à uderzy∏a. Rozleg∏o si´ jakby

15


st´kni´cie i ostrze zanurzy∏o si´ w gipsowà p∏yt´ pod tapetà. M´˝czyzna wyciàgnà∏ nó˝, wbi∏ go jeszcze raz i wyd∏uba∏ kawa∏ek kruszàcego si´ gipsu, po którym w Êcianie zosta∏a czarna dziura. Potem wyjà∏ niedu˝à d∏ugopisowà latareczk´ i poÊwieci∏ w otwór. Nad wielkimi szk∏ami okularów ukaza∏a si´ g∏´boka zmarszczka. W koƒcu przysunà∏ nos do samej dziury i powàcha∏. – No w∏aÊnie – powiedzia∏. – Witam was. – Kogo? – spyta∏ Harry, podchodzàc bli˝ej. – Aspergillus – wyjaÊni∏ m´˝czyzna. – Kropidlaki to taki rodzaj pleÊni. Mo˝emy wybieraç spoÊród trzystu-czterystu gatunków i trudno stwierdziç, który jest akurat tutaj, bo na tych twardych powierzchniach roÊnie tak cienkà warstwà, ˝e jest niewidoczny. Ale co do zapachu nie mo˝na si´ pomyliç. – To jakiÊ problem? – spyta∏ Harry, usi∏ujàc sobie przypomnieç, ile mu zosta∏o na koncie po tym, jak wspólnie z ojcem zasponsorowa∏ wyjazd do Hiszpanii Sio, m∏odszej siostrze, która, jak sama mówi∏a, mia∏a „malutkiego Downa”. – To nie jest coÊ takiego jak prawdziwy grzyb domowy, kamienica si´ nie rozpadnie – wyjaÊni∏ m´˝czyzna. – Ale pan mo˝e. – Ja? – JeÊli ma pan do tego sk∏onnoÊci. Niektórzy chorujà, gdy oddychajà tym samym powietrzem co pleʃ. Niedomagajà ca∏ymi latami i oczywiÊcie wyzywa si´ ich od hipochondryków, bo nikt niczego nie mo˝e u nich znaleêç, a inni, którzy tam mieszkajà, sà zdrowi. A poza wszystkim te potwory z˝erajà tapet´ i p∏yty gipsowe. – Mhm. Co pan proponuje? – Rozprawi´ si´ z tym diabelstwem. – A jednoczeÊnie z moimi finansami. – Mojà us∏ug´ pokryje ubezpieczenie kamienicy, wi´c pana nie b´dzie to kosztowaç ani korony. Musz´ jedynie mieç dost´p do mieszkania przez kilka nast´pnych dni. Harry wyjà∏ z szuflady w kuchni zapasowe klucze. – B´d´ tu tylko ja – powiedzia∏ m´˝czyzna. – Tak tylko uprzedzam. Ró˝ne rzeczy si´ dziejà. – Tak? – Harry uÊmiechnà∏ si´ ze smutkiem i wyjrza∏ przez okno.

16


– Co pan mówi? – Nic – odpar∏ Harry. – Tu i tak nie ma co ukraÊç. Musz´ ju˝ iÊç. Niskie poranne s∏oƒce odbija∏o si´ w szkle Budynku Policji, g∏ównej kwatery Komendy Okr´gowej Policji w Oslo, która ju˝ od blisko trzydziestu lat mia∏a siedzib´ tu, na szczycie wzgórza w okolicach Grønlandsleiret. Policja – chocia˝ nikt g∏oÊno nie mówi∏, ˝e by∏o to zamierzone – mia∏a stàd blisko do najbardziej obcià˝onych przest´pczoÊcià wschodnich okolic centrum miasta, a zarazem jej najbli˝szym sàsiadem by∏o „Bayern”, wi´zienie. Budynek Policji otacza∏ trawnik, poroÊni´ty zbràzowia∏à wi´dnàcà trawà, ros∏y na nim klony i lipy, które w ciàgu nocy pokry∏a cienka warstewka szarawego Êniegu przypominajàca ca∏un. Czarnym pasem asfaltu Harry dotar∏ do g∏ównego wejÊcia i wszed∏ do centralnego holu, gdzie p∏ynàca woda na porcelanowej dekoracji Êciennej autorstwa Kari Christensen nieustannie szepta∏a swoje tajemnice. Skinà∏ g∏owà stra˝nikowi w recepcji i windà wjecha∏ na szóste pi´tro do Wydzia∏u Zabójstw. Chocia˝ odkàd dosta∏ nowy pokój w czerwonej strefie, min´∏o ju˝ blisko pó∏ roku, w pierwszej chwili skierowa∏ si´ do ciasnego, pozbawionego okien pokoiku, który kiedyÊ dzieli∏ z sier˝antem Jackiem Halvorsenem. Teraz rzàdzi∏ tam sier˝ant Magnus Skarre. A Jack Halvorsen le˝a∏ w ziemi na cmentarzu Vestre Aker. Rodzice poczàtkowo chcieli pochowaç syna w rodzinnym Steinkjer, poniewa˝ Jack i Beate Lønn, szefowa Wydzia∏u Techniki Kryminalistycznej, nie byli ma∏˝eƒstwem ani nawet nie zarejestrowali partnerstwa. Gdy jednak dowiedzieli si´, ˝e Beate jest w cià˝y i latem urodzi, zgodzili si´, by grób Halvorsena by∏ w Oslo. Harry wszed∏ do nowego pokoju. Wiedzia∏, ˝e na zawsze pozostanie nowym pokojem, tak samo jak pi´çdziesi´cioletni stadion klubu pi∏karskiego Barcelona po kataloƒsku wcià˝ nazywano Camp Nou, czyli nowy stadion. Ci´˝ko usiad∏ na krzeÊle i w∏àczy∏ radio, na dzieƒ dobry kiwajàc g∏owà zdj´ciom ustawionym na pó∏ce i opartym o mur, które pewnego dnia w nieznanej przysz∏oÊci, gdy w por´ przypomni sobie o koniecznoÊci zakupu odpowiednich

17


haczyków, mia∏y znaleêç si´ na Êcianie. Ellen Gjelten, Jack Halvorsen i Bjarne Møller. Stali w takiej kolejnoÊci, chronologicznie. Dead Policemen’s Society. W radiu norwescy politycy i publicyÊci wypowiadali si´ na temat amerykaƒskich wyborów prezydenckich. Harry rozpozna∏ g∏os Arvego Støpa, w∏aÊciciela odnoszàcego wielkie sukcesy magazynu „Libera∏”, znanego jako jeden z posiadajàcych najwi´kszà wiedz´, najbardziej aroganckich, a zarazem najzabawniejszych opiniotwórców. Harry podkr´ci∏ g∏oÊnoÊç, a˝ rykn´∏o wÊród Êcian, i si´gnà∏ po swoje kajdanki marki Peerless le˝àce na nowym biurku. Zaczà∏ çwiczyç speedcuffing, b∏yskawiczne zakuwanie, na nodze biurka ju˝ zniszczonej od tego brzydkiego nawyku, którego nabra∏ na organizowanym przez FBI kursie w Chicago i który doprowadza∏ do perfekcji w samotne wieczory w wilgotnym mieszkaniu w dzielnicy Cabrini-Green przy wtórze wrzasków awanturujàcych si´ sàsiadów i w obecnoÊci Jima Beama, jego jedynego towarzysza. Sztuka polega∏a na takim uderzeniu otwartà bransoletà o nadgarstek osoby zatrzymywanej, by ruchome rami´ na spr´˝ynce obróci∏o si´ i wsun´∏o w zamek po drugiej stronie. Przy zachowaniu precyzji i odpowiedniej si∏y mo˝na by∏o jednym ruchem przykuç si´ do aresztanta, nim ten zdà˝y∏ zareagowaç. Harry’emu ta umiej´tnoÊç w pracy nie przyda∏a si´ nigdy, a ta druga, której si´ tam uczy∏, jak z∏apaç seryjnego zabójc´, przyda∏a si´ tylko raz. Kajdanki zatrzasn´∏y si´ wokó∏ nogi biurka, g∏osy w radiu dalej ciàgn´∏y swoje: „Jak pan sàdzi, panie Støp, skàd bierze si´ norweski sceptycyzm wobec Georga Busha?”. „JesteÊmy nadmiernie chronionym krajem, który w zasadzie nigdy nie walczy∏ na ˝adnej wojnie. PozwalaliÊmy, by inni to za nas za∏atwiali. Anglia, Zwiàzek Radziecki i USA. W∏aÊciwie od czasów wojen napoleoƒskich ukrywaliÊmy si´ za plecami starszych braci. Norwegia zbudowa∏a swoje bezpieczeƒstwo na przekazywaniu odpowiedzialnoÊci w r´ce innych, gdy coÊ zaczyna∏o p´kaç. Trwa to ju˝ od tak dawna, ˝e zatraciliÊmy orientacj´ w rzeczywistoÊci i wierzymy, ˝e Ziemia w zasadzie zamieszkana jest przez ludzi, którzy pragnà naszego – czyli najbogatszego kraju na Êwiecie

18


– dobra. Norwegia jest jak gadajàca od rzeczy bezdennie g∏upia blondynka, która zapuÊci∏a si´ w mroczne zau∏ki Bronksu i oburza si´, ˝e jej ochroniarz jest taki brutalny wobec napastników”. Harry wykr´ci∏ numer Rakel, jedyny oprócz telefonu do Sio, jaki zna∏ na pami´ç. Kiedy by∏ m∏ody i niedoÊwiadczony, uwa˝a∏, ˝e dla Êledczego marna pami´ç to kalectwo. Teraz wiedzia∏ lepiej. „A tym ochroniarzem jest Bush i Stany Zjednoczone?” – spyta∏ prowadzàcy. „Tak. Lyndon B. Johnson powiedzia∏ kiedyÊ, ˝e USA wcale nie wybra∏y sobie takiej roli, ale zrozumia∏y, ˝e nikogo innego nie ma. I mia∏ racj´. Nasz ochroniarz to neofita, facet z kompleksem ojca, problemami z alkoholem, ograniczony intelektualnie i pozbawiony kr´gos∏upa bodaj na tyle, by uczciwie ods∏u˝yç wojsko. Krótko mówiàc, facet, z którego powtórnego wyboru na stanowisko prezydenta Ameryki powinniÊmy si´ dzisiaj cieszyç”. „Zak∏adam, ˝e powiedzia∏ pan to z ironià?”. „Ale˝ skàd! S∏aby prezydent s∏ucha swoich doradców, a w Bia∏ym Domu sà ci najlepsi, prosz´ mi wierzyç. Chocia˝ po tym idiotycznym serialu telewizyjnym o Gabinecie Owalnym mo˝na odnieÊç wra˝enie, ˝e to demokraci majà monopol na inteligencj´, to jednak, o dziwo, w∏aÊnie w skrajnie prawicowym skrzydle republikanów mo˝na znaleêç najbystrzejsze umys∏y. Norwegia jest w najlepszych r´kach”. – Przyjació∏ka przyjació∏ki uprawia∏a z tobà seks. – Naprawd´? – zdziwi∏ si´ Harry. – Nie z tobà – odpar∏a Rakel. – Mówi´ do tego drugiego. Do Støpa. – Przepraszam. – Harry Êciszy∏ radio. – Po jakimÊ wyk∏adzie w Trondheim. Zaprosi∏ jà do pokoju. By∏a tym zainteresowana, ale uprzedzi∏a go, ˝e ma usuni´tà pierÊ. Powiedzia∏, ˝e si´ zastanowi, i poszed∏ do baru. Potem po nià wróci∏. – Mhm. Mam nadziej´, ˝e sprosta∏ oczekiwaniom. – Nic nie jest w stanie sprostaç oczekiwaniom. – No tak. – Harry zaczà∏ si´ zastanawiaç, o czym rozmawiajà. – Co z dzisiejszym wieczorem? – spyta∏a Rakel.

19


– O ósmej w Palace Grill mi pasuje. Ale co to za wyg∏upy, ˝e nie mo˝na wczeÊniej zarezerwowaç stolika? – Przypuszczam, ˝e przez to robi si´ tam jeszcze ekskluzywniej. Umówili si´ na spotkanie w barze obok restauracji. Kiedy si´ roz∏àczyli, Harry siedzia∏ i myÊla∏. Rakel wydawa∏a si´ zadowolona, niefrasobliwa. Usi∏owa∏ sprawdziç, czy cieszy si´ w jej imieniu, czy cieszy si´, ˝e kobieta, którà tak bardzo kocha∏, jest szcz´Êliwa z innym m´˝czyznà. Rakel i on mieli swój czas, dane im by∏y szanse. Wykorzystali je. Dlaczego wi´c mia∏by si´ nie cieszyç, ˝e jej jest dobrze? Dlaczego mia∏by nie porzuciç myÊli o tym, ˝e mog∏o byç inaczej, i po prostu ˝yç dalej w∏asnym ˝yciem? Obieca∏ sobie, ˝e jeszcze bardziej si´ postara. Poranna odprawa min´∏a szybko. Nadkomisarz Gunnar Hagen, szef Wydzia∏u Zabójstw, szybko omówi∏ sprawy, nad którymi pracowali. Nie by∏o tego du˝o, bo akurat nie toczy∏o si´ Êledztwo w ˝adnej Êwie˝ej sprawie zabójstwa, a jedynie Êwie˝e zabójstwa sprawia∏y, ˝e puls wydzia∏u przyspiesza∏. Obecny na odprawie sier˝ant Thomas Helle z Sekcji Osób Zaginionych zrelacjonowa∏ spraw´ kobiety, która zagin´∏a przed rokiem. ˚adnych Êladów przemocy, ˝adnych Êladów sprawcy i ˝adnych Êladów zaginionej. Nigdzie nie pracowa∏a, a ostatni raz widziano jà w przedszkolu, do którego rano odprowadzi∏a synka i córeczk´. Mà˝ i wszystkie pozosta∏e osoby z jej najbli˝szego kr´gu mieli alibi, wykluczono ich wi´c jako podejrzanych. Ustalono, ˝e sprawie przyjrzy si´ Wydzia∏ Zabójstw. Magnus Skarre przekaza∏ pozdrowienia od Stˆlego Aune, psychologa na sta∏e wspó∏pracujàcego z wydzia∏em, którego odwiedzi∏ w szpitalu Ullevˆl. Harry poczu∏ wyrzuty sumienia. Stˆle Aune by∏ nie tylko jego doradcà w sprawach kryminalnych, lecz równie˝ osobistym wsparciem w walce z alkoholem i cz∏owiekiem najbardziej zas∏ugujàcym na miano zaufanego przyjaciela. Minà∏ ju˝ ponad tydzieƒ, odkàd Aunego po∏o˝ono w szpitalu z niejasnà diagnozà, lecz Harry wcià˝ jeszcze nie zdo∏a∏ przezwyci´˝yç swojej niech´ci do szpitali. W Êrod´, pomyÊla∏ teraz. Albo w czwartek.

20


– Mamy nowà kole˝ank´ – oznajmi∏ Gunnar Hagen. – Katrine Bratt. M∏oda kobieta w pierwszym rz´dzie wsta∏a bez dodatkowej zach´ty, ale nie obdarzy∏a zebranych uÊmiechem. By∏a bardzo ∏adna. ¸adna, chocia˝ wcale si´ nie stara, stwierdzi∏ Harry. Cienkie, niemal wystrz´pione w∏osy zwisa∏y bez ˝ycia po obu stronach twarzy o czystych regularnych rysach, bladej i naznaczonej powagà, wr´cz zm´czeniem, jakie Harry widywa∏ u innych pi´knych jak z obrazka kobiet, które tak ju˝ si´ przyzwyczai∏y, ˝e ktoÊ si´ im przyglàda, ˝e zacz´∏o im to byç oboj´tne. Katrine Bratt by∏a ubrana w niebieski kostium podkreÊlajàcy jej kobiecoÊç, ale grube czarne rajstopy wy∏aniajàce si´ spod brzegu spódnicy i praktyczne kozaczki oddala∏y wszelkie podejrzenia o to, ˝e kobiecoÊcià pragnie coÊ wygraç. Stojàc, przesun´∏a wzrokiem po zebranych, jak gdyby podnios∏a si´ po to, by si´ im przyjrzeç, nie odwrotnie. Harry obstawia∏, ˝e dok∏adnie zaplanowa∏a zarówno strój, jak i ten krótki wyst´p pierwszego dnia pracy w Budynku Policji. – Katrine przez cztery lata pracowa∏a w Komendzie Okr´gowej Policji w Bergen. G∏ównie w obyczajówce, ale pewien okres sp´dzi∏a te˝ w tamtejszym Wydziale Zabójstw i Osób Zaginionych – ciàgnà∏ Hagen, zerkajàc na kartk´ b´dàcà, jak Harry przypuszcza∏, CV Katrine. – Studia prawnicze na Uniwersytecie Bergeƒskim ukoƒczone w roku 1999, Wy˝sza Szko∏a Policji, a teraz praca tutaj. Na razie nie ma dzieci, ale jest m´˝atkà. Jedna wàska brew Katrine Bratt unios∏a si´ ledwie zauwa˝alnie. Hagen albo to zauwa˝y∏, albo sam uzna∏, ˝e ostatnia informacja by∏a ca∏kowicie zb´dna, bo doda∏: – Dla tych, których by to interesowa∏o… Podczas dusznej i wiele mówiàcej chwili milczenia, która teraz nastàpi∏a, Hagen najwyraêniej uÊwiadomi∏ sobie, ˝e tylko jeszcze wszystko pogorszy∏. Chrzàknà∏ wi´c dwa razy i powiedzia∏, ˝e ci, którzy dotàd nie zg∏osili swojego udzia∏u w przyj´ciu Êwiàtecznym, muszà to zrobiç do Êrody. Zaszura∏y krzes∏a. Harry zdà˝y∏ ju˝ wyjÊç na korytarz, gdy za plecami us∏ysza∏ g∏os: – Zdaje si´, ˝e jestem twoja.

21


Harry odwróci∏ si´ i zobaczy∏ twarz Katrine Bratt. Zada∏ sobie pytanie, jak pi´kna mog∏aby byç, gdyby jej na tym zale˝a∏o. – Albo ty mój – doda∏a, ukazujàc rzàd równych z´bów w uÊmiechu, który nie dotar∏ do oczu. – Zale˝y, jak si´ na to spojrzy. Mówi∏a dialektem bergeƒskim z umiarkowanie gard∏owà wymowà „r” i Harry gotów by∏ si´ ze sobà za∏o˝yç, ˝e Katrine pochodzi z Fana albo Kalfaret czy jakiejÊ innej solidnej mieszczaƒskiej dzielnicy. Ruszy∏ dalej. Katrine przyspieszy∏a kroku i zrówna∏a si´ z nim. – Wyglàda na to, ˝e nadkomisarz zapomnia∏ ci´ poinformowa��. – Powiedzia∏a to z lekko przesadnym naciskiem na wszystkie sylaby stopnia Gunnara Hagena. – Ale masz mnie oprowadziç i zajàç si´ mnà przez nast´pne dni. Dopóki nie b´d´ mog∏a zaczàç dzia∏aç na w∏asnà r´k´. Jak myÊlisz, dasz rad´? Harry si´ uÊmiechnà∏. Na razie Katrine mu si´ podoba∏a, ale oczywiÊcie pozostawa∏ otwarty i w ka˝dej chwili móg∏ zmieniç zdanie. Zawsze by∏ sk∏onny daç ludziom kolejnà szans´ trafienia na czarnà list´. – Nie wiem – odpar∏, zatrzymujàc si´ przy maszynie do kawy. – Zacznijmy od tego. – Ja nie pij´ kawy. – Wszystko jedno. Ona jest oczywista. Jak zresztà wi´kszoÊç spraw tutaj. Co myÊlisz o tym zagini´ciu? Wcisnà∏ guzik przy napisie „americano”, który w tym wypadku oznacza∏ kaw´ tak samo amerykaƒskà, jak norweska kawa na promie. – A o co ci chodzi? – spyta∏a Katrine. – MyÊlisz, ˝e ona ˝yje? – próbowa∏ rzuciç to od niechcenia, ˝eby Katrine nie zrozumia∏a, ˝e to test. – Masz mnie za g∏upià? – prychn´∏a, z nieskrywanym obrzydzeniem patrzàc, jak maszyna, charczàc, pluje czernià do bia∏ego plastikowego kubka. – Nie s∏ysza∏eÊ, jak nadkomisarz mówi∏, ˝e przez cztery lata pracowa∏am w obyczajówce? – Mhm – mruknà∏ Harry. – Nie ˝yje? – Martwa jak kamieƒ – odpar∏a Katrine Bratt.

22


Harry si´gnà∏ po bia∏y kubek. W∏aÊnie dostrzeg∏ mo˝liwoÊç, ˝e oto pojawi∏a si´ kole˝anka, którà byç mo˝e b´dzie ceni∏. Kiedy Harry po po∏udniu wraca∏ do domu, Ênieg zniknà∏ ju˝ z ulic i chodników, a delikatne lekkie p∏atki, które wirowa∏y w powietrzu, asfalt po˝era∏, gdy tylko dotkn´∏y ziemi. Harry wstàpi∏ do swojego ulubionego sklepu muzycznego na Akersgata i kupi∏ ostatnià p∏yt´ Neila Younga, chocia˝ podejrzewa∏, ˝e mo˝e byç do niczego. Kiedy otworzy∏ kluczem drzwi mieszkania, zorientowa∏ si´, ˝e coÊ si´ zmieni∏o. CoÊ z dêwi´kiem. Albo mo˝e z zapachem. Zatrzyma∏ si´ gwa∏townie na progu kuchni. Ca∏a jedna Êciana znikn´∏a. To znaczy tam, gdzie wczeÊniej by∏a jasna tapeta w kwiatki na gipsowych p∏ytach, teraz widzia∏ rdzawe ceg∏y, szarà zapraw´ i ˝ó∏toszarà drewnianà konstrukcj´ z dziurami po gwoêdziach. Na pod∏odze sta∏a skrzynka z narz´dziami grzybiarza, a na kuchennym stole le˝a∏a kartka z informacjà, ˝e rzemieÊlnik wraca jutro. Harry wszed∏ do salonu, nastawi∏ p∏yt´ Neila Younga, po kwadransie przygn´biony wy∏àczy∏ jà i puÊci∏ Ryana Adamsa. Nie wiadomo, skàd si´ wzi´∏a myÊl o drinku. Zamknà∏ oczy, wpatrujàc si´ w roztaƒczony wzór krwi i czarnej Êlepoty. Znów myÊla∏ o liÊcie. O pierwszym Êniegu. O Toowoombie. Dzwonek telefonu rozdar∏ Shakedown On 9th Street Ryana Adamsa na dwoje. Kobieta, która przedstawi∏a si´ jako Oda, powiedzia∏a, ˝e dzwoni z redakcji „Bosse zaprasza”, i podzi´kowa∏a za ostatnie spotkanie. Harry jej nie pami´ta∏, przypomina∏ sobie za to program telewizyjny. To by∏o wiosnà. Chcieli, ˝eby wystàpi∏ w programie i opowiedzia∏ o seryjnych zabójcach, poniewa˝ by∏ jedynym norweskim policjantem, który szkoli∏ si´ w FBI i szczególnie studiowa∏ ten temat, a ponadto Êciga∏ prawdziwego seryjnego zabójc´. A Harry by∏ na tyle g∏upi, ˝e si´ zgodzi∏. Wmówi∏ sobie, ˝e robi to, by powiedzieç coÊ wa˝nego i jako tako prawdziwego o ludziach, którzy zabijajà, a nie po to, by wystàpiç w najpopularniejszym talk-show w kraju. Póêniej nie mia∏ ju˝ co do tego pewnoÊci. Ale nie to okaza∏o si´ najgorsze. Najgorsze okaza∏o si´ to, ˝e

23


przed programem wypi∏ o jeden drink za du˝o. By∏ pewien, ˝e to tylko jeden drink, ale w telewizji wyglàda∏o to tak, jakby wypi∏ pi´ç. Mówi∏ z wyraênà dykcjà, jak zawsze. Ale wzrok mia∏ zamglony, analizowa∏ ospale, a wyciàgnàç wniosków nie zdà˝y∏, bo prowadzàcy musia∏ przedstawiç kolejnego goÊcia, którym by∏a Êwie˝o upieczona mistrzyni Europy w uk∏adaniu dekoracji kwiatowych. Harry nic nie powiedzia∏, ale mowà cia∏a wyraênie da∏ do zrozumienia, co myÊli o debacie na temat kwiatów. Gdy prowadzàcy z pó∏uÊmiechem spyta∏, jaki jest stosunek Êledczego zajmujàcego si´ morderstwami do kwiatów, odpar∏, ˝e przynajmniej norweskie wieƒce pogrzebowe utrzymujà wysoki mi´dzynarodowy standard. Mo˝e to jego lekko zawiany, nonszalancki styl publicznoÊç w studio nagrodzi∏a Êmiechem, a ekipa programu poklepywaniem po plecach po nagraniu. Stwierdzili, ˝e si´ spisa∏. Poszed∏ z niewielkà ich grupkà do baru w Domu Artystów, gdzie mu stawiano, a nast´pnego dnia obudzi∏ si´, czujàc, jak ka˝de najmniejsze w∏ókienko w ciele krzykiem domaga si´ jeszcze. By∏a sobota, pi∏ do niedzieli wieczór. Siedzia∏ w restauracji U Schrødera, wo∏ajàc o piwo, kiedy b∏yska∏y Êwiat∏a, a˝ Rita, kelnerka, podesz∏a do niego i oÊwiadczy∏a, ˝e wi´cej go nie wpuszczà, jeÊli zaraz stàd nie wyjdzie i nie po∏o˝y si´ do ∏ó˝ka. Nast´pnego dnia rano Harry stawi∏ si´ w pracy punktualnie o ósmej. By∏ nienadajàcym si´ do niczego Êledczym, który po porannej odprawie rzyga∏ do umywalki, czepia∏ si´ krzes∏a, pi∏ kaw´, pali∏ i znowu rzyga∏, tym razem do kibla. Wtedy p´k∏ po raz ostatni. Od kwietnia nie tknà∏ nawet kropli alkoholu. A teraz chcieli, ˝eby znów wróci∏ na ekran. Kobieta wyjaÊni∏a, ˝e tematem jest terroryzm w krajach arabskich i ustalenie, czego trzeba, ˝eby zmieniç dobrze wykszta∏conych przedstawicieli klasy Êredniej w maszyny do zabijania. Harry przerwa∏ jej, zanim skoƒczy∏a: – Nie. – Ale tak byÊmy chcieli, ˝eby pan przyszed∏. Pan jest taki… odjazdowy! – rozeÊmia∏a si´ z zachwytem, którego szczeroÊci nie potrafi∏ ustaliç. Ale poznawa∏ ju˝ jej g∏os. By∏a tamtego wieczoru w Domu Artystów. ¸adna i m∏oda w nudny sposób, mówi∏a

24


w m∏ody nudny sposób i przyglàda∏a si´ Harry’emu z ˝ar∏ocznym apetytem, jakby by∏ egzotycznym daniem, co do którego nie mog∏a zdecydowaç, czy nie jest zbyt egzotyczne. – Prosz´ zadzwoniç do kogoÊ innego – powiedzia∏ i od∏o˝y∏ s∏uchawk´. Zamknà∏ oczy i us∏ysza∏ pytanie Ryana Adamsa: Oh, baby, why do I miss you like I do? Ch∏opiec patrzy∏ na m´˝czyzn´, który sta∏ obok niego przy kuchennym blacie. Âwiat∏o z pokrytego Êniegiem ogrodu odbija∏o si´ w bezw∏osej skórze napi´tej na masywnej czaszce ojca. Mama twierdzi∏a, ˝e ojciec ma takà du˝à g∏ow´, bo jest takim du˝ym mózgiem. Spyta∏, dlaczego mówi, ˝e j e s t mózgiem, a nie, ˝e m a mózg. RozeÊmia∏a si´ wtedy, pog∏adzi∏a go po czole i powiedzia∏a, ˝e tak cz´sto bywa z profesorami fizyki. Akurat teraz mózg p∏uka∏ ziemniaki pod kranem i wk∏ada∏ je bezpoÊrednio do rondla. – Nie obierzesz kartofli, tato? Mama zawsze… – Twojej mamy tu nie ma, Jonasie, wi´c zrobimy to po mojemu. Nie podniós∏ g∏osu, a mimo to wypowiedzia∏ te s∏owa z irytacjà, od której Jonas a˝ si´ skuli∏. Nigdy nie potrafi∏ ca∏kiem zrozumieç, co tak z∏oÊci ojca, a czasem nawet nie wiedzia∏, czy ojciec naprawd´ jest z∏y, dopóki na twarzy mamy nie ukazywa∏ si´ ów zal´kniony wyraz, Êciàgni´cie kàcików ust, które zdawa∏o si´ wprawiaç ojca w jeszcze wi´kszà irytacj´. Jonas mia∏ nadziej´, ˝e mama nied∏ugo wróci. – Nie tych talerzów u˝ywamy, tato! Ojciec trzasnà∏ drzwiami szafki, a Jonas przygryz∏ warg´. Twarz ojca zni˝y∏a si´ na wysokoÊç ch∏opca. B∏ysn´∏y cienkie jak listki kwadratowe szk∏a okularów. – Nie mówi si´ „talerzów”, tylko „talerzy” – oÊwiadczy∏ ojciec. – Ile razy mam ci to powtarzaç, Jonasie! – Ale mama mówi… – Mama nie mówi prawid∏owo, rozumiesz? Mama pochodzi z takiego miejsca i z takiej rodziny, w której nie dba si´ o j´zyk norweski. – Oddech ojca pachnia∏ s∏onymi zgni∏ymi wodorostami. Otworzy∏y si´ drzwi wejÊciowe.

25


– CzeÊç! – rozleg∏o si´ Êpiewnie z przedpokoju. Jonas ju˝ mia∏ podbiec do matki, ale ojciec z∏apa∏ go za rami´ i wskaza∏ na nienakryty stó∏. – Jacy wy jesteÊcie dzielni! Jonas s∏ysza∏ cieƒ uÊmiechu w jej zdyszanym g∏osie, kiedy stan´∏a w progu, podczas gdy on rozk∏ada∏ sztuçce i fili˝anki najszybciej, jak potrafi∏. – I takiego wielkiego Êlicznego ba∏wana ulepiliÊcie! Jonas zdziwiony odwróci∏ si´ do matki, która rozpi´∏a ju˝ p∏aszcz. By∏a pi´kna. Mia∏a ciemnà cer´ i w∏osy, jak on, i ∏agodnoÊç w oczach, takà, która prawie nigdy z nich nie znika∏a. Prawie. Nie by∏a ju˝ tak szczup∏a jak na zdj´ciach z poczàtków ma∏˝eƒstwa z ojcem, ale Jonas zauwa˝y∏, ˝e gdy wybierali si´ razem na spacer po mieÊcie, m´˝czyêni si´ za nià oglàdajà. – Nie lepiliÊmy ˝adnego ba∏wana – powiedzia∏. – Nie? – Matka zmarszczy∏a czo∏o, wyplàtujàc si´ z d∏ugiego ró˝owego szala, który dosta∏a od Jonasa na Gwiazdk´. Ojciec podszed∏ do okna. – To pewnie ch∏opcy z sàsiedztwa – stwierdzi∏. Jonas wdrapa∏ si´ na kuchenne krzes∏o i wyjrza∏ przez okno. RzeczywiÊcie na trawniku, tu˝ przed domem, sta∏ ba∏wan. By∏ taki, jak powiedzia∏a matka, wielki. Oczy i usta zrobiono z kamieni, a nos z marchewki. Nie mia∏ kapelusza, czapki ani szalika, i tylko jednà r´k´, cienkà ga∏àzk´, urwanà, jak Jonas si´ domyÊla∏, z ˝ywop∏otu. Ale by∏o w nim coÊ dziwnego. Sta∏ odwrócony w z∏à stron´. Jonas nie wiedzia∏ dlaczego, ale ba∏wan powinien patrzeç na drog´, na otwartà przestrzeƒ. – Dlaczego… – zaczà∏ Jonas, ale ojciec mu przerwa∏: – Porozmawiam z nimi. – Po co? – spyta∏a mama z przedpokoju. Jonas s∏ysza∏, ˝e rozsuwa zamek b∏yskawiczny wysokich czarnych kozaków. – To przecie˝ nic nie szkodzi. – Nie chc´, ˝eby ktoÊ taki wa∏´sa∏ si´ po naszej posesji. Zajm´ si´ tym po powrocie. – Dlaczego on nie patrzy na zewnàtrz? – spyta∏ Jonas. Matka na korytarzu westchn´∏a.

26


– A kiedy wracasz, mój drogi? – Jutro. – O której? – Dlaczego pytasz? Umówi∏aÊ si´ z kimÊ? W tonie ojca by∏a dziwna lekkoÊç, od której Jonasowi ciarki przebieg∏y po plecach. – Chcia∏abym mieç obiad gotowy – odpar∏a mama, która w tej samej chwili wesz∏a do kuchni, nachyli∏a si´ nad kuchenkà, zajrza∏a do garnków i podkr´ci∏a temperatur´ dwóch p∏ytek. – Po prostu go przygotuj – ojciec odwróci∏ si´ do stosu gazet le˝àcych na kuchennym blacie. – A ja na pewno wróc´ do domu. – No dobrze. – Matka podesz∏a do ojca i przytuli∏a si´ do jego pleców. – Naprawd´ musisz jechaç do Bergen ju˝ dzisiaj? – Mam wyk∏ad o ósmej rano – odpar∏. – Dojazd z lotniska na uniwersytet zajmuje godzin´, wi´c nie zdà˝y∏bym, nawet gdybym polecia∏ pierwszym porannym samolotem. Jonas po jego mi´Êniach karku pozna∏, ˝e ojciec troch´ si´ rozluêni∏, ˝e mama znów zdo∏a∏a dobraç w∏aÊciwe s∏owa. – Dlaczego ten ba∏wan patrzy na nasz dom? – spyta∏ Jonas. – Idê umyç r´ce – powiedzia∏a matka. Jedli w milczeniu, przerywanym jedynie krótkimi pytaniami matki o to, jak by∏o w szkole, i równie krótkimi wymijajàcymi odpowiedziami Jonasa. Wiedzia∏, ˝e zbyt du˝a iloÊç szczegó∏ów mo˝e wywo∏aç nieprzyjemne pytania ojca o to, czego si´ uczà, a raczej nie uczà w tej „˝a∏osnej szkole”. Albo szybkie przes∏uchanie, gdyby Jonas wspomnia∏ kogoÊ, z kim si´ bawi∏. Pytania o to, co robià rodzice i skàd pochodzà, na które Jonas, ku irytacji ojca, nigdy nie potrafi∏ odpowiedzieç zadowalajàco. Kiedy Jonas ju˝ si´ po∏o˝y∏, le˝a∏ i s∏ucha∏, jak na dole ojciec ˝egna si´ z matkà, jak zatrzaskujà si´ drzwi, samochód rusza i odje˝d˝a. Znów zostali sami. Mama w∏àczy∏a telewizor. Jonas myÊla∏ o czymÊ, o co go spyta∏a. Dlaczego przesta∏ przyprowadzaç kolegów do domu? Nie wiedzia∏, co ma odpowiedzieç, nie chcia∏ przecie˝, ˝eby by∏o jej przykro. Ale teraz to jemu zrobi∏o si´ przykro. Ugryz∏ si´ w policzek. Poczu∏ nieprzyjemnie przyjemny ból pro-

27


mieniujàcy do ucha, zapatrzy∏ si´ w metalowe rurki dzwonka wiatrowego wiszàce pod sufitem. Wsta∏ z ∏ó˝ka i podrepta∏ do okna. Ânieg w ogrodzie odbija∏ dostatecznà iloÊç Êwiat∏a, by móg∏ dostrzec ba∏wana. Wyglàda∏ na samotnego. KtoÊ powinien w∏o˝yç mu czapk´ i szalik, i mo˝e daç szczotk´ do zamiatania. W tej samej chwili zza chmur wy∏oni∏ si´ ksi´˝yc. OÊwietli∏ czarne z´by i oczy. Jonas odruchowo wstrzyma∏ oddech i cofnà∏ si´ o dwa kroki. B∏ysn´∏y oczy ze ˝wiru. Nie doÊç ˝e patrzy∏y na Êcian´ domu, to jeszcze spoglàda∏y w gór´, prosto na pokój. Jonas zaciàgnà∏ zas∏ony i wróci∏ do ∏ó˝ka.


,

PIERWSZY SNIEG Jest listopad, w Oslo właśnie spadł pierwszy śnieg. Bir te Becker po powrocie z prac y do domu chwali syna i męża za ulepienie bałwana w ogrodzie. Nie jest on jednak ich dziełem… W t ym s amym c z asie komisar z Harr y Hole otrzymuje anonimowy list podpisany „Bałwan”. Zaczyna dostrzegać wspólne cechy dawnych, niewyjaśnionych spraw. Okazuje się, że wraz z pierwszymi oznakami zimy do gazet trafia informacja o nowym morderstwie. Ofiarą jest zawsze zamężna kobieta, a jednocześnie w pobliżu miejsca zbrodni pojawia się bałwan. Wszystko wskazuje na to, że po Oslo i okolicach znów krąży seryjny zabójca. Powieści o komisarzu Harrym Hole to kawał mocnej, mrocznej literatury kryminalnej. „Newsweek”

 Nesbø umiejętnie plącze wątki i myli tropy, prowadząc przy tym bardzo wyrafinowaną grę z czytelnikiem. „Esensja”

Cykl powieści kryminalnych z komisarzem Harrym Hole: CZŁOWIEK NIETOPERZ KARALUCHY CZERWONE GARDŁO TRZECI KLUCZ PENTAGRAM WYBAWICIEL PIERWSZY ŚNIEG PANCERNE SERCE UPIORY POLICJA

www.publicat.pl ISBN 978-83-245-8988-3

9 788324 589883 P.WD.KRW041.2.01.25

jonesbo.pl

cena 34,90 zł

5


"Pierwszy śnieg" Jo Nesbo