Page 1


PENTAGRAM Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka


Tytuł oryginału Marekors Projekt okładki MARIUSZ BANACHOWICZ

Redakcja SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Korekta AGNIESZKA DACUŃ-SKOWRONEK

Redakcja techniczna JOLANTA KRAWCZYK

Copyright © Jo Nesbø 2003 Published by agreement with Salomonsson Agency. Polish editions © Publicat S.A. MMVII, MMXVI (wydanie elektroniczne) Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione. All rights reserved

ISBN 978-83-245-8994-4

jest znakiem towarowym Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


Cz´Êç pierwsza

1

PIÑTEK. JAJKA

Kamienic´ zbudowano w roku 1898 na gliniastym pod∏o˝u, które od zachodu odrobin´ si´ podda∏o, wi´c teraz woda ∏atwo pokona∏a próg pod drzwiami od strony zawiasów. Sp∏yn´∏a na pod∏og´ sypialni i mokrym strumykiem pobieg∏a po d´bowym parkiecie, stale podà˝ajàc na zachód. W lekkim zag∏´bieniu klepek strumyk na moment si´ zatrzyma∏, ale zaraz pod naporem wi´kszej iloÊci wody pomknà∏ jak wystraszony szczur ku listwie pod Êcianà. Tam woda rozla∏a si´ ju˝ na obie strony, szukajàc, jak gdyby w´szàc pod listwà, a˝ znalaz∏a szczelin´ pomi´dzy kraƒcem klepek a Êcianà. W szczelinie le˝a∏a pi´ciokoronowa moneta z profilem króla Olafa, wybita w roku 1987. Rok póêniej moneta wypad∏a z kieszeni stolarza, ale to by∏y czasy wzrostu gospodarczego, wiele strychów przerabiano na mieszkania i stolarzowi nie chcia∏o si´ szukaç pienià˝ka. Woda nie potrzebowa∏a d∏ugiego czasu na znalezienie drogi pod parkietem. Nie liczàc zalania w roku 1968, tym samym, w którym w kamienicy wymieniono dach, Êwierkowe deski bowiem sch∏y i kurczy∏y si´ nieprzerwanie od roku 1898, wi´c teraz szpara mi´dzy dwiema po∏o˝onymi najbli˝ej Êciany wynosi∏a pó∏ centymetra. Przez t´ szpar´ woda la∏a si´ na jednà z belek i sp∏ywa∏a po niej coraz dalej w kierunku zachodnim, wnikajàc w Êcian´ zewn´trznà. Tam wsiàka∏a w wapienny tynk i zapraw´, którà ponad sto lat wczeÊniej sporzàdzi∏ mistrz murarski i ojciec pi´ciorga dzieci, Jacob Andersen. Podobnie jak inni murarze w Oslo, w owym czasie równie˝ Andersen przygotowywa∏ zapraw´ i tynk wed∏ug w∏asnego przepisu. Nie doÊç ˝e stosowa∏ swoje wyjàtkowe proporcje mieszanki wapna, piasku i wody, to jeszcze uzupe∏nia∏ jà specjalnymi sk∏adnikami: koƒskim w∏osiem i Êwiƒskà krwià. Jacob Andersen ˝ywi∏ bowiem przekonanie, ˝e w∏osie i krew na-

5


dajà zaprawie dodatkowej trwa∏oÊci. Nie on sam to wymyÊli∏, jak wyjawi∏ swoim niedowierzajàcym kolegom po fachu. Jego ojciec i dziadek, Szkoci, u˝ywali tych samych sk∏adników, tyle ˝e owczych. I chocia˝ Andersen porzuci∏ swoje szkockie nazwisko i przybra∏ nazwisko mistrza, u którego terminowa∏, to nie widzia∏ powodu, by rezygnowaç z doÊwiadczenia gromadzonego przez szeÊçset lat. Niektórzy murarze uwa˝ali, ˝e to niemoralne, inni twierdzili, ˝e zawar∏ pakt z diab∏em, ale wi´kszoÊç po prostu go wyÊmiewa∏a. Byç mo˝e w∏aÊnie Andersen jako jeden z ostatnich rozpowszechnia∏ histori´, która mia∏a na dobre zakorzeniç si´ w rozrastajàcym si´ mieÊcie nazywanym w owych czasach Kristianià. Otó˝ pewien woênica z Grünerløkka poÊlubi∏ kuzynk´ z Värmland i razem przeprowadzili si´ na Seilduksgata, do pokoju z kuchnià w jednej z kamienic, w których budowie uczestniczy∏ Andersen. Pierwsze dziecko ma∏˝onków nieszcz´Êliwie przysz∏o na Êwiat z czarnymi k´dziorami i piwnymi oczami, a poniewa˝ oboje byli jasnow∏osi i niebieskoocy, a m´˝czyzna ponadto mia∏ natur´ zazdroÊnika, pewnej nocy skr´powa∏ ˝on´, zaniós∏ jà do piwnicy i zamurowa∏ w Êcianie. Jej krzyki skutecznie st∏umi∏y grube mury, gdy sta∏a zwiàzana, wciÊni´ta pomi´dzy dwie warstwy cegie∏. Mà˝ byç mo˝e sàdzi∏, ˝e kobieta udusi si´ z braku powietrza, ale murarze umieli zadbaç o odpowiednià wentylacj´. Nieszcz´sna w koƒcu zaatakowa∏a mur z´bami. Dzia∏anie to nie by∏o byç mo˝e ca∏kiem pozbawione sensu, gdy˝ Andersen, Szkot, poniewa˝ wykorzystywa∏ krew i w∏osie, to jednoczeÊnie uwa˝a∏, ˝e mo˝e dzi´ki temu zaoszcz´dziç na wapnie, w wyniku tego powsta∏ porowaty mur, który podda∏ si´ atakowi mocnych värmlandzkich z´bów. Cechujàca jednak kobiet´ ˝ar∏ocznoÊç ˝ycia sprawi∏a niestety, ˝e bra∏a zbyt du˝e k´sy zaprawy i cegie∏. Nie by∏a w stanie ani ich pogryêç, ani prze∏knàç, ani wypluç, i piasek, drobny ˝wir i kawa∏ki wypalonej gliny zatka∏y jej w koƒcu tchawic´. Zsinia∏a na twarzy, serce zacz´∏o biç wolniej i przesta∏a oddychaç. Wi´kszoÊç ludzi powiedzia∏aby, ˝e umar∏a. Wed∏ug legendy jednak smak Êwiƒskiej krwi sprawi∏, ˝e nieszcz´sna kobieta wcià˝ uwa˝a∏a, ˝e ˝yje. Nagle bez najmniejszego wysi∏ku wyzwoli∏a si´ z p´t sznura, którym by∏a zwiàzana, przesz∏a przez Êcian´ i zacz´∏a straszyç. Niektórzy starzy ludzie z Grünerløkka wcià˝ pami´tajà histori´ z dzieciƒstwa o kobiecie z g∏owà Êwini, która wieczorami

6


krà˝y∏a po ulicach z no˝em i obcina∏a g∏owy dzieciom, zbyt póêno wracajàcym do domu; musia∏a bowiem nieustannie czuç smak krwi, by ca∏kiem nie zniknàç. Bardzo niewielu natomiast zna∏o nazwisko murarza, wi´c mistrz Andersen dalej przyrzàdza∏ bez przeszkód swojà zapraw´ o szczególnym sk∏adzie. Kiedy trzy lata póêniej przy murowaniu Êcian kamienicy, w której teraz p∏yn´∏a woda, spad∏ z rusztowania, pozostawiajàc po sobie dwieÊcie koron i gitar´, do czasu, gdy murarze zacz´li w mieszankach cementu u˝ywaç sztucznych przypominajàcych w∏osie w∏ókien, a w pewnym laboratorium w Mediolanie stwierdzono, ˝e mury Jerycha wzmocniono krwià i sierÊcià wielb∏àdzià, mia∏o up∏ynàç jeszcze blisko sto lat. Wi´kszoÊç wody nie wsiàka∏a jednak w Êcian´, lecz sp∏ywa∏a w dó∏, bo woda, tchórzostwo i ˝àdza zawsze poszukujà najni˝szego punktu. Pierwszà porcj´ wody wch∏on´∏a grudkowata pylista glinka tworzàca izolacj´ pomi´dzy warstwami belek, lecz wody wcià˝ dop∏ywa∏o wi´cej. Glinka wreszcie si´ nasyci∏a, a wtedy woda przedar∏a si´ przez nià, moczàc gazet´ „Aftenposten” z 11 lipca 1898, prorokujàcà, ˝e wysoka koniunktura w bran˝y budowlanej Kristianii prawdopodobnie osiàgn´∏a ju˝ szczyt i mo˝na mieç nadziej´, i˝ pozbawionych skrupu∏ów spekulantów nieruchomoÊciami czekajà wreszcie gorsze czasy. Na stronie trzeciej pisano, ˝e policja wcià˝ nie natrafi∏a na ˝aden Êlad w sprawie morderstwa m∏odej szwaczki, którà tydzieƒ wczeÊniej znaleziono zak∏utà no˝em w ∏azience. W maju nad rzekà Aker odkryto zw∏oki dziewczyny zabitej i okaleczonej w podobny sposób, ale policja odmawia∏a odpowiedzi na pytanie, czy te dwie zbrodnie nale˝y ze sobà ∏àczyç. Woda przeciek∏a przez gazet´ i przela∏a si´ mi´dzy znajdujàcymi si´ pod nià deskami podsufitki na pomalowane farbà olejnà p∏ótno. Poniewa˝ podczas zalania w roku 1968 uleg∏o ono perforacji, woda przesàcza∏a si´ przez otworki, tworzàc krople, które wisia∏y tak d∏ugo, a˝ zrobi∏y si´ dostatecznie du˝e, by si∏a cià˝enia pokona∏a si∏´ wiàzaƒ powierzchniowych. Odrywa∏y si´ i swobodnie spada∏y z wysokoÊci trzech metrów i oÊmiu centymetrów. Tam woda wreszcie si´ zatrzymywa∏a. W wodzie. Vibeke Knutsen mocno pociàgn´∏a papierosa i wydmucha∏a dym przez otwarte okno na czwartym pi´trze. By∏o popo∏udnie, goràce po-

7


wietrze unosi∏o si´ znad spieczonego s∏oƒcem asfaltu na podwórzu i podrywa∏o rozwiewajàcy si´ dym w gór´ jasnoniebieskiej fasady. Zza domu od czasu do czasu dochodzi∏y odg∏osy samochodu przeje˝d˝ajàcego zwykle tak ucz´szczanà Ullevˆlsveien. Teraz jednak, w okresie urlopowym, mo˝na by∏o odnieÊç wra˝enie, ˝e miasto jest po ewakuacji. Na parapecie le˝a∏a mucha ze sztywno wyciàgni´tymi nogami. Zabrak∏o jej rozumu, ˝eby uciec przed upa∏em. W cz´Êci mieszkania wychodzàcej na Ullevˆlsveien by∏o ch∏odniej, ale Vibeke nie lubi∏a widoku w tamtà stron´. Na Cmentarz Zbawiciela. Pe∏en s∏ynnych ludzi. S∏ynnych zmar∏ych ludzi. Na parterze jej domu by∏ sklep, w którym sprzedawano „pomniki”, jak g∏osi∏ szyld, czyli nagrobki. To si´ chyba nazywa bliskoÊç rynku zbytu. Vibeke przy∏o˝y∏a czo∏o do ch∏odnej szyby. Cieszy∏a si´, gdy zrobi∏o si´ ciep∏o, lecz ta radoÊç pr´dko przemin´∏a. Ju˝ teraz t´skni∏a za ch∏odnymi nocami i za ludêmi na ulicach. Dzisiaj w galerii by∏o pi´cioro klientów przed lunchem i troje po. Z nudów wypali∏a pó∏torej paczki papierosów, serce zacz´∏o jej ∏omotaç, a gard∏o mia∏a tak wysuszone, ˝e ledwie mog∏a mówiç, gdy zadzwoni∏ szef z pytaniem, jak idzie. Mimo wszystko, gdy tylko zdà˝y∏a wróciç do domu i nastawiç ziemniaki, znów g∏ód nikotyny zaczà∏ jà ssaç. Rzuci∏a palenie dwa lata temu, gdy zwiàza∏a si´ z Andersem. Wcale jej o to nie prosi∏. Przeciwnie. Gdy poznali si´ na Gran Canaria, poprosi∏ nawet, by pocz´stowa∏a go papierosem, ot tak, dla zabawy. A kiedy zamieszkali razem, zaledwie w miesiàc po powrocie do Oslo, to jednà z pierwszych rzeczy, jakà powiedzia∏, by∏o to, ˝e odrobin´ biernego palenia ich zwiàzek musi przecie˝ wytrzymaç. I ˝e naukowcy prowadzàcy badania nad rakiem z ca∏à pewnoÊcià przesadzajà. I ˝e z czasem na pewno przyzwyczai si´ do zapachu dymu, którym przesiàkajà ubrania. Dzieƒ póêniej Vibeke podj´∏a decyzj´. Gdy Anders po kilku dniach przy obiedzie zauwa˝y∏, ˝e ju˝ dawno nie widzia∏ jej z papierosem, odpowiedzia∏a, ˝e w∏aÊciwie nigdy nie by∏a na∏ogowà palaczkà. UÊmiechnà∏ si´, pochyli∏ nad sto∏em i pog∏aska∏ jà po policzku. – Wiesz, Vibeke, przez ca∏y czas mia∏em takie wra˝enie. Us∏ysza∏a bulgotanie w garnku za plecami i popatrzy∏a na papierosa. Jeszcze trzy pociàgni´cia. Wzi´∏a pierwsze. Nie poczu∏a ˝adnego smaku.

8


Nie potrafi∏a sobie przypomnieç, kiedy w∏aÊciwie znów zacz´∏a paliç. Mo˝e w ubieg∏ym roku, mniej wi´cej wtedy, gdy Anders zaczà∏ wyje˝d˝aç w tak d∏ugie podró˝e s∏u˝bowe? A mo˝e oko∏o Nowego Roku, odkàd prawie co wieczór zostawa∏ w pracy po godzinach? Czy to dlatego, ˝e by∏a nieszcz´Êliwa? Czy w ogóle by∏a nieszcz´Êliwa? Przecie˝ nigdy si´ nie k∏ócili. Nie sypiali te˝ ju˝ prawie ze sobà, ale to dlatego, ˝e Anders tyle pracowa∏. Tak powiedzia∏ i porzuci∏ temat. Nieszczególnie jej tego brakowa∏o. Kiedy od czasu do czasu odbywali niezbyt nami´tne stosunki, mia∏a wra˝enie, ˝e jego i tak przy niej nie ma. Dosz∏a wi´c do wniosku, ˝e i jej mo˝e przy tym nie byç. Ale si´ nie k∏ócili. Anders nie lubi∏, gdy ktoÊ podnosi∏ g∏os. Vibeke spojrza∏a na zegarek. Kwadrans po piàtej. Gdzie on si´ podziewa? Zazwyczaj przynajmniej uprzedza∏, ˝e si´ spóêni. Zgasi∏a papierosa, wyrzuci∏a go na podwórze, odwróci∏a si´ do kuchenki i zajrza∏a do ziemniaków. Wbi∏a widelec w najwi´kszy. Prawie gotowe. Na powierzchni wrzàcej wody unosi∏o si´ kilka malutkich czarnych grudek. Dziwne. Ciekawe, czy to z ziemniaków, czy z garnka? Akurat próbowa∏a sobie przypomnieç, do czego u˝ywa∏a go ostatnio, gdy otworzy∏y si´ drzwi wejÊciowe. Z przedpokoju dobieg∏ zdyszany oddech i odg∏os zrzucanych butów. Anders wszed∏ do kuchni i otworzy∏ lodówk´. – I co? – spyta∏. – Kotlety siekane. – Okej… – Ton g∏osu podniós∏ si´ na koniec w znaku zapytania. Vibeke mniej wi´cej wiedzia∏a, co oznacza: „Znowu mi´so? Nie powinniÊmy cz´Êciej jadaç ryb?”. – Na pewno b´dà dobre – doda∏ Anders oboj´tnie i pochyli∏ si´ nad garnkiem. – Co ty robi∏eÊ? JesteÊ ca∏y mokry od potu. – Wieczorem nie b´d´ móg∏ trenowaç, wi´c pojecha∏em rowerem nad Sognsvann i z powrotem. Co to za grudki w wodzie? – Nie wiem – odpar∏a Vibeke. – Dopiero teraz je zauwa˝y∏am. – Nie wiesz? Przecie˝ kiedyÊ by∏aÊ prawie kucharkà? B∏yskawicznym ruchem wyciàgnà∏ dwoma palcami jednà z grudek i zaraz w∏o˝y∏ jà do ust. Vibeke wpatrywa∏a si´ w ty∏ jego g∏owy. W rzadkie bràzowe w∏osy, które poczàtkowo tak jej si´ podoba∏y. Zadbane, odpowiednio

9


przystrzy˝one, z przedzia∏kiem na bok. Wyglàda∏ wtedy tak porzàdnie. Jak cz∏owiek, który ma przed sobà przysz∏oÊç. Nie tylko dla jednej osoby. – Czym to smakuje? – spyta∏a. – Niczym – odpar∏, wcià˝ pochylony nad kuchenkà. – Jajkami. – Jajkami? Ja przecie˝ umy∏am ten garnek… Urwa∏a nagle. Anders si´ odwróci∏. – Co si´ sta∏o? – Kapie – wskaza∏a na jego g∏ow´. Zmarszczy∏ czo∏o i dotknà∏ r´kà w∏osów. Potem jak na komend´ oboje odchylili g∏owy i popatrzyli na sufit. Na bia∏ym sklepieniu wisia∏y dwie krople. Vibeke, która mia∏a krótki wzrok, pewnie w ogóle by ich nie dostrzeg∏a, gdyby by∏y ca∏kiem przezroczyste. Ale nie by∏y. – Wyglàda na to, ˝e Camilla ma potop – stwierdzi∏ Anders. – Idê do niej, a ja Êciàgn´ dozorc´. Vibeke wpatrywa∏a si´ w sufit zmru˝onymi oczyma, a potem popatrzy∏a na grudki w garnku. – Bo˝e – szepn´∏a, czujàc, ˝e serce znów zaczyna jej si´ t∏uc w piersi jak zajàcowi. – Co si´ tym razem sta∏o? – spyta∏ Anders. – Idê po dozorc´ i razem zadzwoƒcie do Camilli. Ja w tym czasie zatelefonuj´ na policj´.

2

PIÑTEK. PLAN URLOPÓW

Budynek Policji, g∏ówna siedziba Komendy Okr´gowej Policji na Grønland, po∏o˝ony by∏ na wzgórzu w paÊmie ciàgnàcym si´ od Grønland w stron´ Tøyen i roztacza∏ si´ z niego widok na wschodnià cz´Êç Êcis∏ego centrum miasta. Wybudowano go ze szk∏a i stali w roku 1978. Nie sk∏ania∏ si´ w ˝adnà stron´, idealnie trzyma∏ poziom, a architekci, Telje, Torp i Aasen, otrzymali dyplom. Telemonter, który zak∏ada∏ kable w dwóch d∏ugich skrzyd∏ach biurowych, wysokich na siedem i dziewi´ç pi´ter, dosta∏ zasi∏ek i stek wyzwisk od ojca, gdy spad∏ z rusztowania i z∏ama∏ kr´gos∏up. „Od siedmiu pokoleƒ jesteÊmy murarzami i balansujemy mi´dzy niebem a ziemià, dopóki si∏a cià˝enia nie przyciÊnie nas do ziemi. Mój

10


dziadek próbowa∏ uciec przed tym przekleƒstwem, ale towarzyszy∏o mu nawet na drugi brzeg Morza Pó∏nocnego. W dniu, w którym si´ urodzi∏eÊ, poprzysiàg∏em sobie, ˝e twój los b´dzie inny. Wierzy∏em, ˝e mi si´ to uda∏o. Telemonter! Czego, do cholery, mo˝e szukaç telemonter szeÊç metrów nad ziemià!”. Tego dnia po miedzianych drutach w∏aÊnie w tych przewodach, które uk∏ada∏ jego syn, sygna∏ z pogotowia policji przebieg∏ przez stropy kolejnych pi´ter odlane z fabrycznej mieszanki cementu i dotar∏ do biura naczelnika wydzia∏u policji Bjarnego Møllera. W Wydziale Zabójstw na szóstym pi´trze Møller akurat si´ zastanawia∏, czy si´ cieszy, czy martwi zbli˝ajàcym si´ urlopem z rodzinà w domku letniskowym, który wynaj´li w Os pod Bergen. Os w lipcu z du˝ym stopniem prawdopodobieƒstwa oznacza∏o paskudnà pogod´. Wprawdzie Bjarne Møller w∏aÊnie w tej chwili nie mia∏ nic przeciwko zamianie fali upa∏ów zapowiadanej dla Oslo na odrobin´ m˝awki, lecz znalezienie zaj´cia dla dwóch bardzo energicznych ch∏opców w ulewnym deszczu, kiedy ma si´ do dyspozycji jedyny Êrodek pomocniczy w postaci talii kart, w której brakuje waleta kier, mog∏o byç prawdziwym wyzwaniem. Bjarne Møller rozprostowa∏ d∏ugie nogi i podrapa∏ si´ za uchem, s∏uchajàc informacji. – Jak to odkryli? – spyta∏. – Przeciek∏o do sàsiadów – odpar∏ g∏os dy˝urnego. – Dozorca z sàsiadem zadzwonili do mieszkania. Nikt im nie otworzy∏, ale drzwi nie by∏y zamkni´te na klucz, wi´c weszli do Êrodka. – W porzàdku. WyÊl´ dwóch naszych ludzi. Møller od∏o˝y∏ s∏uchawk´, westchnà∏ i przeciàgnà∏ palcem po liÊcie dy˝urów, le˝àcej pod plastikiem na biurku. Po∏owy wydzia∏u brakowa∏o. Tak by∏o ka˝dego roku w okresie urlopowym. Nie oznacza∏o to jednak szczególnego zagro˝enia dla mieszkaƒców Oslo, gdy˝ miejscowi bandyci najwyraêniej równie˝ cenili urlop w lipcu, który okazywa∏ si´ wyraênie martwym sezonem pod wzgl´dem przest´pstw b´dàcych w kompetencji Wydzia∏u Zabójstw. Palec Møllera zatrzyma∏ si´ przy nazwisku Beate Lønn. Wybra∏ numer do Wydzia∏u Techniki Kryminalistycznej na Kjølberggata. Nikt nie odebra∏. Zaczeka∏, a˝ po∏àczenie zostanie przekazane do centrali. – Beate Lønn jest w laboratorium – poinformowa∏ go m∏ody g∏os.

11


– Mówi Møller z Wydzia∏u Zabójstw. Prosz´ jà znaleêç. Czeka∏. To Karl Weber, od niedawna emerytowany szef Wydzia∏u Techniki Kryminalistycznej, Êciàgnà∏ Beate Lønn z Wydzia∏u Napadów do technicznego. Møller traktowa∏ to jako kolejny dowód teorii neodarwinistów g∏oszàcych, ˝e jedynà si∏à nap´dowà ka˝dego osobnika jest pragnienie przekazania dalej w∏asnych genów. A tych, zdaniem Webera, Beate Lønn najwyraêniej mia∏a du˝o. Wprawdzie na pierwszy rzut oka Karl Weber i Beate Lønn mogli wydawaç si´ bardzo ró˝ni. Weber by∏ rozgoryczony i k∏ótliwy, Beate cicha, troch´ szara myszka, która po ukoƒczeniu Wy˝szej Szko∏y Policyjnej czerwieni∏a si´, gdy tylko ktoÊ si´ do niej odezwa∏. Ale ich geny policyjne by∏y najwyraêniej identyczne. Oboje zaliczali si´ do tego samego ogarni´tego pasjà gatunku policjantów, który, zwietrzywszy zwierzyn´, potrafi odciàç si´ od wszystkiego i wszystkich, skupiç na jednym Êladzie, jednej poszlace, nagraniu wideo, niewyraênym rysopisie, a˝ w koƒcu zaczyna to przynosiç sens. Z∏e j´zyki twierdzi∏y, ˝e miejsce Webera i Lønn jest w laboratorium, a nie wÊród Êledczych, gdzie znajomoÊç psychiki cz∏owieka by∏a mimo wszystko wa˝niejsza ani˝eli odcisk buta czy luêna nitka pochodzàca z kurtki. Weber i Lønn zgadzali si´ co do twierdzeƒ dotyczàcych laboratorium, protestowali zaÊ przeciwko temu, co mówiono o odciskach butów i pojedynczych nitkach. – Lønn, s∏ucham. – CzeÊç, Beate. Mówi Bjarne Møller. Przeszkadzam? – OczywiÊcie. Co si´ dzieje? Møller wyjaÊni∏ jej krótko i poda∏ adres. – WyÊl´ te˝ dwóch moich ch∏opaków – doda∏. – Kogo? – Zobacz´, kogo mi si´ uda znaleêç. Urlopy, sama wiesz. Møller od∏o˝y∏ s∏uchawk´ i znów zaczà∏ przesuwaç palcem wzd∏u˝ listy. Zatrzyma∏ si´ na nazwisku Toma Waalera. Rubryka przeznaczona na wpisanie daty urlopu by∏a pusta. Nie zdziwi∏o to Bjarnego Møllera. Od czasu do czasu mo˝na by∏o odnieÊç wra˝enie, ˝e komisarz Tom Waaler nigdy nie bierze urlopu, ba, ˝e wr´cz prawie nigdy nie Êpi. Jako Êledczy stanowi∏ jeden z najmocniej-

12


szych atutów wydzia∏u, zawsze obecny, zawsze zaanga˝owany i prawie zawsze skuteczny. I w przeciwieƒstwie do drugiego asa wydzia∏u, na Waalerze mo˝na by∏o polegaç, mia∏ kartotek´ bez jednej plamki i by∏ szanowany przez wszystkich. Krótko mówiàc, podw∏adny jak marzenie. A zwa˝ywszy na bezdyskusyjne zdolnoÊci przywódcze Toma, w kartach zapisane te˝ by∏o, ˝e pewnego dnia, gdy przyjdzie na to czas, Waaler zastàpi Møllera na stanowisku NWP, naczelnika wydzia∏u policji. Dzwonek telefonu Møllera przedar∏ si´ przez Êcianki dzia∏owe. – S∏ucham, Waaler – odpowiedzia∏ mu dêwi´czny g∏os. – Tu Møller. Mamy… – Momencik, Bjarne, musz´ tylko skoƒczyç innà rozmow´. Bjarne Møller czekajàc, b´bni∏ palcami w blat biurka. Tom Waaler mia∏ szans´ na to, by zostaç najm∏odszym w dziejach naczelnikiem Wydzia∏u Zabójstw. Czy z uwagi na wiek Møller od czasu do czasu odczuwa∏ pewien niepokój na myÊl o tym, ˝e odpowiedzialnoÊç za prac´ wydzia∏u mia∏a przejÊç akurat na Toma Waalera? A mo˝e chodzi∏o o te dwa zdarzenia z bronià? Komisarz dwukrotnie si´gnà∏ po broƒ podczas aresztowania i jako najlepszy strzelec w si∏ach policyjnych za ka˝dym razem odda∏ Êmiertelny strza∏. Møller wiedzia∏ jednak równie˝, ˝e przy wyborze nowego naczelnika wydzia∏u paradoksalnie w∏aÊnie te dwa zdarzenia mog∏y ostatecznie zadecydowaç na korzyÊç Toma. Âledztwo prowadzone przez SEFO, Wydzia∏ Kontroli Wewn´trznej, nie ujawni∏o niczego, co mog∏oby podwa˝yç twierdzenie, ˝e Tom Waaler strzela∏ w samoobronie. Przeciwnie, w obu wypadkach wykazano dzia∏anie w dobrej wierze i zdolnoÊç w∏aÊciwego reagowania w sytuacjach krytycznych. A jakie lepsze Êwiadectwo mo˝na daç cz∏owiekowi ubiegajàcemu si´ o stanowisko szefa? – Przepraszam, Møller. Rozmawia∏em przez komórk´. W czym ci mog´ pomóc? – Jest sprawa. – Nareszcie. Dalsza cz´Êç rozmowy zakoƒczy∏a si´ w ciàgu dziesi´ciu sekund. Teraz brakowa∏o ju˝ tylko ostatniego cz∏owieka. Møller myÊla∏ o sier˝ancie Halvorsenie, ale z listy wynika∏o, ˝e jest na urlopie w rodzinnym Steinkjer. Sunà∏ palcem dalej w dó∏ listy. Urlop. Urlop. Zwolnienie.

13


Naczelnik wydzia∏u westchnà∏ ci´˝ko, gdy palec zatrzyma∏ si´ przy nazwisku, którego mia∏ nadziej´ uniknàç. Harry Hole. Samotnik. Pijak. Enfant terrible wydzia∏u. Ale obok Toma Waalera najlepszy Êledczy na ca∏ym szóstym pi´trze. Gdyby nie to, w po∏àczeniu z faktem, ˝e Bjarne Møller przez lata wypracowa∏ w sobie coÊ w rodzaju perwersyjnej sk∏onnoÊci do nadstawiania karku za tego obdarzonego wyjàtkowym wzrostem alkoholika, Harry Hole ju˝ dawno wylecia∏by z policji. Normalnie Harry by∏by pierwszà osobà, do której Møller by zadzwoni∏ i której zleci∏by t´ robot´, ale sytuacja nie by∏a normalna. A raczej: by∏a bardziej nienormalna ni˝ zwykle. Szczyt nastàpi∏ przed czterema tygodniami. Po tym, jak Harry zimà wróci∏ do starej sprawy zabójstwa Ellen Gjelten, swojej najbli˝szej kole˝anki, która zgin´∏a nad rzekà Aker, straci∏ zainteresowanie dla wszystkich innych Êledztw. Problem polega∏ na tym, ˝e sprawa Ellen by∏a dawno wyjaÊniona. Harry popada∏ jednak w coraz groêniejszà mani´ i Møller, szczerze mówiàc, zaczà∏ si´ ju˝ niepokoiç o jego równowag´ psychicznà. Miesiàc temu Harry stawi∏ si´ u niego i zaprezentowa∏ swoje spiskowe teorie, od których w∏os si´ je˝y∏ na g∏owie. Gdy jednak przysz∏o co do czego, nie potrafi∏ przedstawiç ˝adnego dowodu ani chocia˝by uprawdopodobniç swoich fantastycznych oskar˝eƒ przeciwko Tomowi Waalerowi. A potem Harry po prostu zniknà∏. Po kilku dniach Møller zadzwoni∏ do restauracji U Schrødera i potwierdzi∏o si´ to, czego si´ obawia∏: Harry znów p´k∏. Møller wpisa∏ go na list´ osób przebywajàcych na urlopie, ˝eby jakoÊ zatuszowaç jego nieobecnoÊç. Kolejny raz. Z regu∏y Harry dawa∏ znak ˝ycia po tygodniu. Tym razem min´∏y ju˝ cztery. Urlop si´ skoƒczy∏. Møller popatrzy∏ na s∏uchawk´ telefonu, potem wsta∏ i podszed∏ do okna. Dochodzi∏o pó∏ do szóstej, a mimo to park przed Budynkiem Policji by∏ niemal ca∏kiem wyludniony, pozostali jedynie pojedynczy czciciele s∏oƒca, którzy stawiali czo∏o upa∏owi. Na Grønlandsleiret siedzia∏o paru w∏aÊcicieli sklepów, skrytych wraz ze swoimi warzywami w cieniu markiz. Nawet samochody, pomimo zerowego ruchu, jeêdzi∏y jakby wolniej. Møller odgarnà∏ w∏osy z czo∏a w nawyku, który towarzyszy∏ mu przez ca∏e ˝ycie, a który, jak twierdzi∏a jego ˝ona, powinien wreszcie zarzuciç, bo

14


móg∏ zaczàç byç podejrzewany o prób´ uk∏adania po˝yczki. Naprawd´ nie mia∏ innej alternatywy ni˝ Harry? Møller Êledzi∏ wzrokiem pijaka idàcego chwiejnym krokiem w dó∏ Grønlandsleiret. Przypuszcza∏, ˝e pijak b´dzie próbowa∏ wejÊç do Ravnen. Przypuszcza∏, ˝e go tam nie wpuszczà. Przypuszcza∏, ˝e skoƒczy w barze Boxer. W tym samym miejscu, w którym postawiono ostatecznà kropk´ w sprawie Ellen. I byç mo˝e w sprawie policyjnej kariery komisarza Holego. Møller znalaz∏ si´ pod presjà, musia∏ w najbli˝szym czasie podjàç jakàÊ decyzj´, co zrobiç z problemem pod tytu∏em „Harry Hole”. Ale to póêniej. Na razie chodzi o bie˝àcà spraw´. Podniós∏ s∏uchawk´ i pomyÊla∏, ˝e w∏aÊnie przydziela Harry’ego i Toma Waalera do tego samego Êledztwa. Okres urlopowy to niez∏e gówno. Elektryczny impuls opuÊci∏ wzniesiony przez zespó∏ TeljeTorp-Aasen pomnik spo∏eczeƒstwa porzàdku i zaczà∏ dzwoniç gdzieÊ, gdzie rzàdzi chaos. W mieszkaniu na Sofies gate.

3

PIÑTEK. PRZEBUDZENIE

Krzykn´∏a jeszcze raz i Harry Hole otworzy∏ oczy. S∏oƒce wpada∏o mi´dzy leniwie powiewajàcymi zas∏onami, a wycie tramwaju hamujàcego na Pilestredet z wolna zamiera∏o. Harry próbowa∏ si´ zorientowaç. Le˝a∏ na pod∏odze we w∏asnym pokoju. èle ubrany, ale ubrany. Nie pe∏en ˝ycia, ale ˝ywy. Pot pokrywa∏ mu twarz jak gruba warstwa szminki, a serce uderza∏o lekko i szybko jak pi∏eczka pingpongowa odbijajàca si´ od cementowej posadzki. Gorzej by∏o z g∏owà. Harry zawaha∏ si´ przez moment, nim zdecydowa∏, by jednak dalej oddychaç. Sufit i Êciany kr´ci∏y si´ wokó∏ niego, ale w mieszkaniu nie by∏o ani obrazka, ani górnej lampy, na której móg∏by zatrzymaç si´ wzrok. GdzieÊ na kraƒcu pola widzenia wirowa∏ Ivar – rega∏ na ksià˝ki z Ikei, oparcie krzes∏a i zielony stolik-∏awa z komisu. Ale przynajmniej nic mu si´ ju˝ nie Êni∏o. To by∏ znów ten sam stary koszmar. Harry przygwo˝d˝ony, nie b´dàc w stanie si´ poruszyç, bezradnie stara∏ si´ zamknàç oczy, ˝eby nie

15


patrzeç na jej otwarte usta wykrzywione w bezg∏oÊnym krzyku. Na wielkie wpatrzone w pustk´ oczy, z których bi∏o nieme oskar˝enie. Kiedy by∏ ma∏y, Êni∏a mu si´ Sio, m∏odsza siostra. Teraz zastàpi∏a jà Ellen Gjelten. KiedyÊ krzyki by∏y nieme, teraz brzmia∏y jak zgrzyt metalowych hamulców. Nie wiedzia∏, co jest gorsze. Le˝a∏ ca∏kiem nieruchomo i przez zas∏on´ patrzy∏ na rozedrgane s∏oƒce wiszàce nad ulicami i kamienicami na Bislett. Letnià cisz´ przerywa∏ jedynie tramwaj. Harry nie mruga∏. Wpatrywa∏ si´ tylko, a˝ s∏oƒce zmieni∏o si´ w ˝ó∏te podskakujàce serce, t∏ukàce si´ o cienkà mlecznoniebieskà b∏on´ pompujàcà upa∏. Kiedy by∏ ma∏y, matka mówi∏a mu, ˝e dzieciom, które patrzà wprost na s∏oƒce, wypala ono wzrok i muszà ju˝ póêniej przez ca∏à dob´ do koƒca ˝ycia chodziç ze s∏oƒcem w g∏owie. W∏aÊnie tego teraz próbowa∏. Chcia∏, by s∏oƒce wypali∏o wszystkie inne obrazy. Na przyk∏ad obraz zmia˝d˝onej g∏owy Ellen na Êniegu przy rzece Aker i pochylajàcy si´ nad nià cieƒ. Od trzech lat usi∏owa∏ z∏apaç ten cieƒ. Ale to te˝ mu si´ nie uda∏o. Akurat w chwili, gdy sàdzi∏, ˝e ju˝ go ma, wszystko posz∏o w diab∏y. Nic mu si´ nie uda∏o. Rakel… Harry ostro˝nie podniós∏ g∏ow´ i popatrzy∏ na martwe oko automatycznej sekretarki. Nie zdradza∏o przejawów ˝ycia w ciàgu tych tygodni, które up∏yn´∏y od chwili jego powrotu do domu ze spotkania z naczelnikiem Biura Kryminalnego i Møllerem w Boxerze. Prawdopodobnie i je wypali∏o s∏oƒce. Cholera, ale˝ tu goràco! Rakel… Teraz to sobie przypomina∏. W pewnym momencie twarz we Ênie zmieni∏a si´ w twarz Rakel. Sio, Ellen, matka, Rakel. Twarze kobiet. W jednostajnym stale pompujàcym i pulsujàcym ruchu zmienia∏y si´ i stapia∏y ze sobà. Harry j´knà∏ i opuÊci∏ g∏ow´ na parkiet. Dostrzeg∏ butelk´ balansujàcà na kraw´dzi sto∏u nad jego g∏owà. Jim Beam from Clermont, Kentucky. ZawartoÊç znikn´∏a. Wyparowa∏a. Ulotni∏a si´. Rakel. Zamknà∏ oczy. Nic nie zosta∏o. Nie mia∏ poj´cia, która godzina. Wiedzia∏ jedynie, ˝e jest za póêno. Albo za wczeÊnie. ˚e to i tak niedobry moment na to, by si´ obudziç.

16


A raczej na to, ˝eby spaç. O tej porze dnia coÊ powinno si´ robiç. Powinno si´ piç. Podniós∏ si´ na kolana. CoÊ zawibrowa∏o mu w spodniach. Zorientowa∏ si´, ˝e w∏aÊnie to go obudzi∏o. Uwi´ziona çma rozpaczliwie t∏ukàca skrzyd∏ami. Si´gnà∏ do kieszeni i wyciàgnà∏ komórk´. Wolnym krokiem Harry szed∏ w stron´ St. Hanshaugen. Ból g∏owy wysadza∏ mu oczy. Adres, który poda∏ mu Møller, znajdowa∏ si´ niedaleko. Harry obla∏ wi´c twarz wodà, znalaz∏ resztk´ whisky w jednej z butelek w szafce pod zlewem i wyszed∏ z domu z nadziejà, ˝e spacer rozjaÊni mu w g∏owie. Minà∏ Underwater. Od czwartej do trzeciej. W poniedzia∏ki od czwartej do pierwszej, w niedziele zamkni´te. Niecz´sto tu zaglàda∏, bo knajpa U Schrødera, której by∏ sta∏ym bywalcem, znajdowa∏a si´ na sàsiedniej ulicy, lecz jak wi´kszoÊç alkoholików Harry mia∏ w mózgu oÊrodek automatycznie notujàcy godziny otwarcia miejsc, w których podawano alkohol. Wykrzywi∏ si´ do w∏asnego odbicia w przyciemnionych szybach. Przyjdzie tu kiedy indziej. Na rogu skr´ci∏ w prawo i poszed∏ w dó∏ Ullevˆlsveien. Nie lubi∏ t´dy chodziç. Ullevˆlsveien to ulica dla samochodów, nie dla ludzi. Najlepszà rzeczà, jakà potrafi∏ o niej powiedzieç, to to, ˝e na prawym chodniku w takich dniach jak dzisiejszy mo˝na by∏o znaleêç troch´ cienia. Zatrzyma∏ si´ przed kamienicà pod wskazanym numerem i obrzuci∏ jà spojrzeniem. Na parterze mieÊci∏a si´ pralnia z czerwonymi pralkami. Na szybie wisia∏a kartka z informacjà o godzinach otwarcia, od ósmej do dwudziestej pierwszej codziennie, dwadzieÊcia minut suszenia w promocyjnej cenie trzydziestu koron. Przy wirujàcym b´bnie siedzia∏a ciemnoskóra kobieta w chuÊcie i wpatrywa∏a si´ przed siebie. Obok pralni by∏a witryna z nagrobkami, a nieco dalej, nad po∏àczeniem barku ze sklepem spo˝ywczym zielony neon z napisem „Kebab”. Harry powiód∏ wzrokiem w gór´ brudnej fasady. Farba na starych oknach pop´ka∏a, ale lukarny na dachu Êwiadczy∏y o tym, ˝e ponad czterema zwyk∏ymi pi´trami sà te˝ nowe mieszkania przerobione ze strychów. A nad niedawno

17


zainstalowanym domofonem przy zardzewia∏ej ˝elaznej bramie zamontowano kamer´. Pieniàdze z zachodnich dzielnic miasta p∏yn´∏y na wschód wolno, lecz pewnie. Wcisnà∏ najwy˝szy guzik domofonu, oznakowany nazwiskiem „Camilla Loen”. – Tak? – rozleg∏o si´ w g∏oÊniku. Møller go ostrzega∏, lecz Harry i tak drgnà∏, s∏yszàc g∏os Waalera. Próbowa∏ odpowiedzieç, ale struny g∏osowe odmówi∏y pos∏uszeƒstwa. Chrzàknà∏ i spróbowa∏ jeszcze raz: – Tu Hole. Otwórz. Rozleg∏ si´ brz´czyk. Harry ujà∏ ch∏odnà szorstkà klamk´ z kutego ˝elaza. – CzeÊç! Harry odwróci∏ si´. – CzeÊç, Beate. Beate Lønn, mniej ni˝ Êredniego wzrostu, z w∏osami w kolorze Êrednio blond, nie by∏a ani brzydka, ani ∏adna. Krótko mówiàc, ma∏o co w niej rzuca∏o si´ w oczy. Oprócz stroju: bia∏ego kombinezonu przypominajàcego strój astronauty. Harry przytrzyma∏ bram´, a Beate w tym czasie wstawi∏a za nià dwie metalowe walizki. – Przyjecha∏aÊ dopiero teraz? Stara∏ si´ wstrzymywaç oddech, gdy go mija∏a. – Nie. Musia∏am zejÊç do samochodu po reszt´ sprz´tu. JesteÊmy tu ju˝ od pó∏ godziny. Uderzy∏eÊ si´? Harry pog∏adzi∏ palcem strup na grzbiecie nosa. – Najwyraêniej. Poszed∏ za nià do nast´pnych drzwi prowadzàcych na klatk´ schodowà. – Jak to wyglàda tam na górze? Beate postawi∏a walizki przed zielonymi drzwiami windy i zerkn´∏a na niego przelotnie. – Wydawa∏o mi si´, ˝e jedna z twoich zasad brzmi: najpierw si´ rozejrzeç, a dopiero potem pytaç – powiedzia∏a, wciskajàc guzik przywo∏ujàcy wind´.

18


Harry kiwnà∏ g∏owà. Beate Lønn nale˝a∏a do tej cz´Êci ludzkoÊci, której cz∏onkowie pami´tajà wszystko. By∏a w stanie wyliczyç szczegó∏y przest´pstw, o których on ju˝ dawno zapomnia∏, a które wydarzy∏y si´, zanim zacz´∏a nauk´ w Wy˝szej Szkole Policyjnej. Ponadto zosta∏a obdarzona niesamowicie rozwini´tym gyrus fusiformus, fragmentem mózgu, odpowiedzialnym za zapami´tywanie twarzy. Poddano jà testom, których wyniki zadziwi∏y psychologów. Niemo˝liwe wi´c, by nie zapami´ta∏a tych drobiazgów, których zdà˝y∏ jà nauczyç, gdy wspó∏pracowali w sprawie ubieg∏orocznej serii napadów na banki. – RzeczywiÊcie, lubi´ si´ mo˝liwie najszerzej otworzyç na w∏asne wra˝enia, gdy jestem po raz pierwszy na miejscu przest´pstwa – przyzna∏ Harry i drgnà∏ przestraszony, gdy maszyneria windy nagle ruszy∏a. Zaczà∏ po kieszeniach szukaç papierosów. – Ale nie sàdz´, ˝ebym mia∏ pracowaç akurat nad tà sprawà. – Dlaczego? Harry nie odpowiedzia∏. Wyciàgnà∏ z lewej kieszeni spodni wygniecionà paczk´ cameli i wyjà∏ z niej jednego papierosa. – A tak, ju˝ pami´tam – uÊmiechn´∏a si´ Beate. – Mówi∏eÊ przecie˝ na wiosn´, ˝e wybieracie si´ na wakacje do Normandii, prawda? Szcz´Êciarz… Harry wsunà∏ papierosa do ust. Smakowa∏ ohydnie i na pewno nie móg∏ pomóc na ból g∏owy. Pomóc mog∏a tylko jedna rzecz. Zerknà∏ na zegarek. Poniedzia∏ek. Od czwartej do pierwszej. – Z Normandii nic nie wysz∏o – powiedzia∏. – Tak? – Tak, wi´c nie dlatego. Rzecz w tym, ˝e to on prowadzi t´ spraw´. Harry ruchem g∏owy wskaza∏ na gór´ i zaciàgnà∏ si´ dymem. Beate d∏ugo na niego patrzy∏a. – Uwa˝aj, ˝eby nie wpaÊç w mani´, Harry. Zostaw to. – Mam to zostawiç? – Wydmucha∏ dym. – On krzywdzi ludzi, Beate. Ty powinnaÊ o tym wiedzieç. Beate gwa∏townie si´ zaczerwieni∏a. – Tom i ja mieliÊmy krótki romans, Harry. To wszystko. – Czy to nie by∏o w tym samym czasie, kiedy chodzi∏aÊ z siniakami na szyi?

19


– Harry! Tom nigdy… – Urwa∏a gwa∏townie, s∏yszàc, jak g∏oÊno mówi. Echo ponios∏o ich g∏osy w gór´, ale zag∏uszy∏ je odg∏os windy, zatrzymujàcej si´ na ich poziomie z g∏uchym hukiem. – Ty go nie lubisz – powiedzia∏a. – Dlatego wyobra˝asz sobie ró˝ne rzeczy. Tom ma w rzeczywistoÊci sporo dobrych stron, których nie znasz. – Mhm. – Harry zgasi∏ papierosa na Êcianie. Beate otworzy∏a drzwi windy i wsiad∏a. – Nie jedziesz ze mnà? – spyta∏a i spojrza∏a na Harry’ego, który sta∏ na zewnàtrz, sztywno si´ w coÊ wpatrujàc. Winda. Mia∏a w Êrodku rozsuwanà krat´. Prostà krat´ z kutego ˝elaza, którà trzeba rozsunàç, a potem za sobà zasunàç, ˝eby winda ruszy∏a. Znów us∏ysza∏ ten krzyk. Niemy krzyk. Poczu∏ pot oblewajàcy ca∏e cia∏o. Tamten ∏yk whisky to by∏o za ma∏o. O wiele za ma∏o. – CoÊ nie tak? – spyta∏a Beate. – Nie – odpar∏ Harry ochryp∏ym g∏osem. – Nie lubi´ takich starych wind. Pójd´ schodami.


Ulice Oslo przemierza groźny Kurier Śmierci. Na miejscu zbrodni pozostawia charakterystycznie okaleczone zwłoki. Norweska policja mobilizuje wszystkie siły, by pojmać sprawcę i zapobiec kolejnym zabójstwom. W walce z nieuchwytnym mordercą sprzymierzają się dwaj odwieczni wrogowie: komisarz Harry Hole oraz Tom Waaler – niezwykle utalentowany śledczy. Harry przechodzi trudne chwile. Szarpany nałogiem, dręczony niewyjaśnioną śmiercią Ellen, swej byłej partnerki, czuje, że jego życie osobiste i zawodowe rozpada się. Sprawa Kuriera Śmierci ma być ostatnią w jego tak błyskotliwej dotąd karierze… W 2013 roku Jo Nesbø otrzymał prestiżową Nagrodę Peer Gynta za popularyzację kultury norweskiej. Fabuła mknie jak pociąg szybkobieżny, a Harry Hole systematycznie rozwiązuje nawet najbardziej zawikłaną intrygę. „New York Times”

Cykl powieści kryminalnych z komisarzem Harrym Hole: CZŁOWIEK NIETOPERZ KARALUCHY CZERWONE GARDŁO TRZECI KLUCZ PENTAGRAM WYBAWICIEL PIERWSZY ŚNIEG PANCERNE SERCE UPIORY POLICJA

jonesbo.pl

www.publicat.pl ISBN 978-83-245-8994-4

9 788324 589944 > P.WD.KRW022.1.02.18

cena 34,90 zł

"Pentagram" Jo Nesbo  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you