Issuu on Google+


CZLOWIEK NIETOPERZ Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka


Tytuł oryginału Flaggermusmannen Projekt okładki MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce MARK PELLEGRINI Zdjęcie i okładka dostępne na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa-Na Tych Samych Warunkach 3.0 Pełen tekst licencji dostępny na stronie: http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/pl/legalcode

Korekta IWONA GAWRYŚ, EWA KOWALIK

Copyright © Jo Nesbø 1997 Published by agreement with Salomonsson Agency. Polish edition © Publicat S.A. MMXII, MMXVII All rights reserved

ISBN 978-83-271-5653-2

jest znakiem towarowym Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


Od autora – 20 lat później CHCIAŁEM PISAĆ. COŚ. COKOLWIEK Był rok 1996. Nocami bez wytchnienia koncertowałem z  moim zespołem, natomiast w dzień pracowałem jako makler giełdowy. To było dziwne życie, niczym doktor Jekyll i  pan Hyde, i  z  perspektywy czasu nie mogę się nadziwić, jak przetrwałem tamten rok. W końcu poddałem się. Nie mogłem spać, chociaż mój organizm najbardziej domagał się właśnie snu. Poprosiłem o  trochę wolnego – najpierw mojego szefa od maklerki, potem zespół. Wyjechałem do Australii. Dlaczego akurat tam? Liczyło się to, że nie jestem w Oslo. Pomyślałem, że jeśli dopadnie mnie nuda, wezmę się za powieść, której napisanie obiecałem sobie (i znajomej dziewczynie z wydawnictwa w Oslo). Nie zwiedziłem Australii, tak jak planowałem. Ale nie nudziłem się. Pisałem. Czasem osiemnaście godzin dziennie. W  inne dni tylko po dwanaście. Mieszkałem w małym pokoju, w hotelu w King Cross – w tej części Sydney, do której w  tamtych czasach przyjeżdżało się po narkotyki i seks. Ja również, raz spróbowałem i uzależniłem się. Od pisania. Jak ćpun żyłem tylko tym. Od momentu, kiedy się budziłem, aż do chwili, gdy zapadałem w sen, wyczerpany całodzienną harówką. Na podobieństwo narkomana kradłem, co tylko mogłem, byle dalej żyć na haju. Australijska historia, kultura barowa, oceanarium i  opera w Sydney, prostytucja na Darlinghurst Road, klechdy Aborygenów, które znalazłem w Muzeum Australii, plejada australijskich artystów estradowych i klownów, lunaparki, narodziny i rozkwit ruchu hipisowskiego nad Zatoką Byrona, środowisko gejów i  transwestytów w australijskim San Francisco, rugby i kurs spadochronowy na przedmieściach Newcastle. To wszystko i  jeszcze więcej 5


trafiło na karty mojej powieści, która rozrastała się i której nadałem tytuł zaczerpnięty z  legendy australijskich Aborygenów. Człowiek-nietoperz. W wersji anglojęzycznej musiałem go zmienić, gdyż inni mieli prawo do bardzo podobnie brzmiącego tytułu (nie, Aborygeni nie wytoczyliby mi procesu, ale…). Wróciłem do domu. Zespół uprzedziłem, żeby na razie nie spodziewał się po mnie nowych piosenek. Szefowi od maklerki oznajmiłem, że tam, gdzie byłem, nie miałem czasu pracować, bo życie toczyło się wartko i zajmowały mnie inne rzeczy. Przyznałem się do mojego uzależnienia. Następnie wysłałem rękopis do wydawnictwa, w którym pracowała znajoma dziewczyna. Byłem bezrobotny i  zastanawiałem się, co przyniesie przyszłość. Spałem dobrze. Kilka tygodni później zadzwonił telefon. „Jo Nesbø”, powiedziałem do słuchawki. Wtedy głos po drugiej stronie zapytał: „To kim właściwie jest ten Harry Hole?”. Książka ukazała się jesienią 1997 roku. Jo Nesbø Oslo, 31 sierpnia 2016 roku


Wzniósł się w powietrze z szeroko rozpostartymi skrzydłami, a potem opadł; skrzydła, teraz trzepocząca peleryna, owinęły się mocno wokół ciała mężczyzny. Frank Miller


WALLA


1

SYDNEY, PAN KENSINGTON I TRZY GWIAZDKI Zaczęło się nie najlepiej. Kobieta sprawdzająca paszport w  pierwszej chwili uśmiechnęła się szeroko: – Jak samopoczucie? – Dziękuję, świetnie – skłamał Harry Hole. Czuł się fatalnie. Minęło już ponad trzydzieści godzin od chwili, gdy wyruszył z  Oslo przez Londyn, a  od przesiadki w  Bahrajnie siedział w samolocie na fotelu koło wyjścia awaryjnego. Ze względów bezpieczeństwa oparcie ledwie dawało się odchylić do tyłu i  krzyż niemal mu pękł, zanim jeszcze dotarli do Singapuru. A teraz kobieta za ladą przestała się uśmiechać. Z wyraźnym zainteresowaniem przejrzała paszport do końca. Harry nie potrafił powiedzieć, co początkowo wywołało jej wesołość: jego zdjęcie czy pisownia nazwiska. – Interesy? Harry Hole był przekonany, że kontrolerzy paszportów w większości innych miejsc na świecie dodaliby sir, ale czytał, że tego rodzaju formalne uprzejmościowe zwroty nie były szczególnie popularne w Australii. Nie miało to zresztą dla niego wielkiego znaczenia. Podróżował rzadko, nie był też snobem. Teraz pragnął jedynie jak najszybciej znaleźć się w hotelowym pokoju z łóżkiem. – Tak – odparł, bębniąc palcami o ladę. I właśnie wtedy kobieta z kwaśną miną ściągnęła usta i spytała ostrym głosem: – Dlaczego w pańskim paszporcie nie ma wizy, sir? Harry’emu serce podskoczyło w  piersi, jak to się dzieje w  przeczuciu nadciągającej katastrofy. Może formy sir używano dopiero wtedy, gdy sytuacja stawała się poważna? – Przepraszam, zapomniałem – mruknął, gorączkowo przeszukując wewnętrzne kieszenie. Dlaczego specjalnej wizy nie mogli wkleić na stałe do paszportu, tak jak się robi ze zwykłymi wizami? I  dlaczego, u  diabła, nigdy nie potrafił zapamiętać, co 11


wkłada do której kieszeni? Za plecami słyszał lekki szum walkmana i wiedział, że stoi tam jego sąsiad z samolotu, który przez całą drogę słuchał jednej i tej samej kasety. Było gorąco, chociaż dochodziła już prawie dziesiąta wieczorem. Harry poczuł, że zaczyna go swędzieć głowa. Wreszcie znalazł dokument i położył go na ladzie. – Jest pan policjantem? Kontrolerka podniosła wzrok znad specjalnej wizy i  bacznie mu się przyjrzała, ale na jej twarzy nie dostrzegł już niechęci. – Mam nadzieję, że nie zamordowano jasnowłosych Norweżek? – Roześmiała się i energicznie przybiła stempel na wizie. – Cóż, tylko jedną – odparł Harry. W hali przylotów roiło się od trzymających tabliczki z nazwiskami przedstawicieli biur podróży i  kierowców limuzyn, ale Harry na żadnej nie dostrzegł swojego. Już miał szukać taksówki, kiedy między tabliczkami, wyraźnie zmierzając w  jego stronę, przecisnął się ciemnoskóry mężczyzna z  niezwykle szerokim nosem i czarnymi kręconymi włosami, ubrany w jasnoniebieskie dżinsy i hawajską koszulę. – Mister Hoo-li, prawda? – oświadczył triumfalnie. Harry Hole przez moment odczuł zaskoczenie. Nastawił się na to, że początek pobytu w Australii będzie musiał poświęcić na korygowanie wymowy swojego nazwiska tak, by nie nazywano go „dziurą”. „Święty”* brzmiało o wiele lepiej. – Andrew Kensington. Jak się pan miewa? – Mężczyzna, szczerząc zęby w uśmiechu, wyciągnął wielką dłoń. Chwyt miał mocny jak imadło. – Witamy w Sydney. Mam nadzieję, że podróż minęła dobrze – dodał serdecznie, jak echo powtarzając słowa stewardesy sprzed zaledwie dwudziestu minut. Chwycił prawie nową walizkę Harry’ego i  ruszył w  stronę wyjścia, nie oglądając się za siebie. Harry pospieszył za nim, starając się nie stracić z oczu jego pleców. – Pracuje pan dla policji w Sydney? – zapytał. * Hole (ang.) – dziura, holy (ang.) – święty (przyp. tłum.).

12


– Jasne. Uwaga! Obrotowe drzwi uderzyły Harry’ego w  twarz, prosto w  nos; natychmiast łzy trysnęły mu z oczu. Marna slapstikowa komedia nie mogłaby zacząć się gorzej. Rozcierał nos, przeklinając po norwesku, a Kensington przyglądał mu się ze współczuciem. – Cholerne drzwi, nie? Harry nie odpowiedział. Bo i co tu mówić? Na parkingu Kensington otworzył bagażnik małej zniszczonej toyoty i wrzucił do niego walizkę. – Ma pan ochotę prowadzić? – spytał zaraz, zaskoczony. Harry zorientował się, że stoi po stronie kierowcy. Cholera, przecież w Australii obowiązuje ruch lewostronny. W końcu i tak musiał usiąść z  tyłu, bo na przednim siedzeniu pasażera leżało mnóstwo papierów, kaset i śmieci. – Jest pan Aborygenem? – odezwał się, kiedy wjeżdżali na autostradę. – Widzę, że nie da się pan oszukać – odparł Kensington, zerkając w lusterko. – W Norwegii nazywamy Aborygenów „australijskimi Murzy­ nami”. Kensington wciąż patrzył w lusterko. – Naprawdę? Harry poczuł się nieswojo. – Hm. Chodzi mi po prostu o to, że pańscy przodkowie najwyraźniej nie wywodzili się spośród skazańców zesłanych tu z Anglii dwieście lat temu – zaczął tłumaczyć, chcąc wykazać się przynajmniej minimalną znajomością historii tego kraju. – Racja, Hoo-li. Moi przodkowie zjawili się tu nieco wcześniej, a mówiąc dokładniej, czterdzieści tysięcy lat temu. Kensington uśmiechnął się do lusterka. Harry obiecał sobie, że przynajmniej przez jakiś czas będzie trzymał gębę na kłódkę. – Rozumiem. Proszę mi mówić Harry. – Okej, Harry. Mów mi Andrew. Przez resztę drogi Andrew nie zamykał ust. Wiózł Harry’ego do King’s Cross i opowiadał, że ta część Sydney to dzielnica dziwek, 13


a  także centrum handlu narkotykami i  w  zasadzie całej innej przestępczej działalności. Co drugi publiczny skandal łączył się z  którymś z  hoteli albo barów ze striptizem, położonych na obszarze tego kilometra kwadratowego. – No, jesteśmy na miejscu – oświadczył nagle Andrew. Podjechał do chodnika, wyskoczył z samochodu i wyjął z bagażnika walizkę Harry’ego. – Widzimy się jutro – dodał i  w  jednej chwili zniknął razem z samochodem. Harry, z  zesztywniałym kręgosłupem, coraz bardziej otumaniony długą podróżą i zmianą stref czasowych, został nagle sam ze swoją walizką w mieście liczącym mniej więcej tylu mieszkańców, ile jest ludności w całej Norwegii. W końcu na drzwiach okazałego budynku dostrzegł napis „Crescent Hotel”. Obok widniały trzy gwiazdki. Szefowa policji w  Oslo nie słynęła z  szerokiego gestu, jeśli chodziło o fundusze na zakwaterowanie podwładnych, ale może nie będzie tak źle. Może urzędnikom państwowym przysługuje jakiś rabat. Harry pomyślał z rezygnacją, że zapewne dostanie najmniejszy pokój w całym hotelu. I tak też się stało.



"Człowiek nietoperz" Jo Nesbo