Issuu on Google+


CZERWONE GARDLO Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka


Tytuł oryginału Rødstrupe Projekt okładki MARIUSZ BANACHOWICZ

Redakcja SYLWIA MAZURKIEWICZ

Korekta DOROTA SIDEROPULU

Redakcja techniczna JOLANTA KRAWCZYK

Copyright © Jo Nesbø 2000 Published by agreement with Salomonsson Agency. Polish editions © Publicat S.A. MMVI, MMXVI (wydanie elektroniczne) Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione. All rights reserved

ISBN 978-83-245-8991-3

jest znakiem towarowym Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


Cz´Êç pierwsza

Z PROCHU POWSTA¸EÂ 1

ALNABRU, PUNKT POBIERANIA OP¸AT ZA PRZEJAZD, 1 LISTOPADA 1999

W polu widzenia Harry’ego to pojawia∏ si´, to znika∏ szary ptaszek. Harry b´bni∏ palcami w kierownic´. Czas si´ wlók∏. Wczoraj ktoÊ w telewizji mówi∏ o wlokàcym si´ czasie. W∏aÊnie teraz czas si´ wlók∏. Jak w Wigili´ przed przyjÊciem Âwi´tego Miko∏aja. Albo na krzeÊle elektrycznym przed w∏àczeniem pràdu. Zab´bni∏ mocniej. W∏aÊnie parkowali na otwartym placu za kasami w punkcie pobierania op∏at za przejazd. Ellen nastawi∏a g∏oÊniej radio. Spiker mówi∏ uroczyÊcie, z nabo˝eƒstwem w g∏osie: – Samolot wylàdowa∏ przed pi´çdziesi´cioma minutami i dok∏adnie o godzinie szóstej trzydzieÊci osiem prezydent postawi∏ stop´ na norweskiej ziemi. Powita∏ go wójt gminy Jevnaker. W Oslo jest pi´kny jesienny dzieƒ, który stanowi wspania∏à, bardzo norweskà opraw´ dla tego spotkania na szczycie. Pos∏uchajmy jeszcze raz, co powiedzia∏ prezydent podczas rozmowy z prasà, pó∏ godziny temu. To by∏a ju˝ trzecia powtórka. Harry’emu znów stan´∏a przed oczami gromada t∏oczàcych si´ przy barierkach i przekrzykujàcych dziennikarzy, i m´˝czyêni w szarych garniturach po drugiej stronie zapory, którzy tylko troch´ starali si´ nie wyglàdaç na agentów Secret Service. Unosili barki i zaraz znów je opuszczali, skanujàc t∏um, po raz dwunasty sprawdzali, czy odbiornik tkwi na swoim miejscu w uchu, ponownie

5


skanowali t∏um, poprawiali ciemne okulary, znów skanowali t∏um, na par´ sekund zatrzymywali wzrok na jednym z fotoreporterów z nieco zbyt d∏ugim obiektywem, skanowali dalej i trzynasty raz sprawdzali, czy s∏uchawka nie wypad∏a z ucha. KtoÊ wypowiedzia∏ s∏owa powitania po angielsku, zapad∏a cisza, a˝ w koƒcu zatrzeszcza∏o w mikrofonie i prezydent po raz czwarty z charakterystycznym ochryp∏ym amerykaƒskim akcentem powiedzia∏: – First let me say I’m delighted to be here… – Czyta∏am, ˝e zdaniem pewnego znanego amerykaƒskiego psychologa prezydent cierpi na MPD – powiedzia∏a Ellen. – MPD? – Multiple Personality Disorder, czyli naprzemienne rozszczepienie osobowoÊci. Jak doktor Jekyll i mister Hyde. Wed∏ug tego psychologa normalna strona osobowoÊci prezydenta nie mia∏a poj´cia o istnieniu tej drugiej, demona seksu, uprawiajàcego mi∏oÊç fizycznà z tamtymi kobietami. I dlatego trybuna∏ nie móg∏ go skazaç za krzywoprzysi´stwo. – O rany – westchnà∏ Harry, zerkajàc w gór´ na helikopter, unoszàcy si´ wysoko nad ich g∏owami. W radiu ktoÊ spyta∏ po angielsku z norweskim akcentem: – Panie prezydencie, to pierwsza wizyta w Norwegii urz´dujàcego amerykaƒskiego prezydenta. Jakie uczucia panu towarzyszà? Pauza. – Bardzo mi mi∏o, ˝e znów mog∏em tu przyjechaç. Wa˝niejsza jednak moim zdaniem jest mo˝liwoÊç spotkania si´ tutaj przywódców paƒstwa Izrael i narodu palestyƒskiego. Kluczem do… – Czy pami´ta pan coÊ ze swojej poprzedniej wizyty w Norwegii, panie prezydencie? – OczywiÊcie. Mam nadziej´, ˝e podczas dzisiejszych rozmów zdo∏amy… – Jakie znaczenie ma Oslo i Norwegia dla pokoju na Êwiecie, panie prezydencie? – Norwegia odegra∏a istotnà rol´… G∏os bez akcentu norweskiego: – Jakie konkretne rezultaty sà, zdaniem pana prezydenta, realne? Przekaz uci´to, rozleg∏ si´ g∏os ze studia:

6


– A wi´c us∏yszeliÊmy to! Zdaniem prezydenta Norwegia odegra∏a decydujàcà rol´ dla… hm… pokoju na Bliskim Wschodzie. W∏aÊnie w tej chwili prezydent jest w drodze do… Harry westchnà∏ i wy∏àczy∏ radio. – Co si´ w∏aÊciwie dzieje z tym krajem, Ellen? Wzruszy∏a ramionami. – Min´li punkt dwadzieÊcia siedem – zatrzeszcza∏o w krótkofalówce na tablicy rozdzielczej. Harry zerknà∏ na Ellen. – Wszyscy na posterunkach gotowi? – spyta∏. Kiwn´∏a g∏owà. – To ju˝ zaraz – stwierdzi∏. Przewróci∏a oczami. Harry powtórzy∏ to po raz piàty od chwili, gdy kolumna samochodów wyruszy∏a z lotniska Gardermoen. Z miejsca, w którym parkowali, widaç by∏o pustà autostrad´, ciàgnàcà si´ od punktu pobierania op∏at w stron´ Trosterud i Furuset. Niebieskie Êwiate∏ko na dachu obraca∏o si´ leniwie. Harry opuÊci∏ szyb´ i wyciàgnà∏ r´k´, by stràciç po˝ó∏k∏y liÊç, który utknà∏ pod wycieraczkà. – Zobacz, rudzik – Ellen pokaza∏a palcem. – Tego ptaszka niecz´sto si´ widuje tak póênà jesienià. – Gdzie? – Tam. Na dachu tej budki. Harry nachyli∏ si´ i spojrza∏ przez przednià szyb´. – Ach tak, wi´c to jest rudzik? – OczywiÊcie. Czasami nazywajà go pliszkà czerwonogard∏à. Ale ty pewnie nie potrafisz odró˝niç rudzika od czerwonoskrzyd∏ego droêdzika. – Owszem. – Harry przes∏oni∏ r´kà oczy. Czy˝by wzrok mu si´ pogarsza∏? – Rudzik to rzadki ptak – ciàgn´∏a Ellen, zakr´cajàc termos. – Nie wàtpi´ – odpar∏ Harry. – Dziewi´çdziesiàt procent odlatuje na po∏udnie, ale nieliczne ryzykujà i niby u nas zostajà. – Niby zostajà? W radiu znów zatrzeszcza∏o: – Punkt kontrolny szeÊçdziesiàt dwa do HQ. Niezidentyfikowany samochód parkuje przy drodze, dwieÊcie metrów przed zjazdem na Lørenskog.

7


Z kwatery g∏ównej odpowiedzia∏ g∏´boki g∏os w dialekcie bergeƒskim: – Moment, szeÊçdziesiàt dwa, sprawdzamy. Cisza. – PrzeszukaliÊcie toalety? – Harry skinieniem g∏owy wskaza∏ na stacj´ benzynowà Esso. – Tak. Stacj´ oczyszczono z klientów i pracowników. Zosta∏ tylko szef. Zamkn´liÊmy go w biurze. – A kasy biletowe? – Sprawdzone. Wyluzuj, Harry. Wszystkie punkty, które nale˝a∏o obejrzeç, sà odhaczone. A wi´c, te, które zostajà, stawiajà na to, ˝e zima b´dzie ∏agodna, rozumiesz? Mo˝e im si´ udaç, ale jeÊli si´ pomylà, to ginà. Pewnie zadajesz sobie pytanie, dlaczego wobec tego wszystkie nie odlecà na po∏udnie. Czy te ptaki, które zostajà, sà po prostu leniwe? Harry zerknà∏ w lusterko na stra˝ników stojàcych po obu stronach wiaduktu kolejowego. Ubrani na czarno, w he∏mach, na szyi mieli zawieszone pistolety maszynowe MP5. Nawet z takiej odleg∏oÊci z ich ruchów odczytywa∏ napi´cie. – Chodzi o to, ˝e jeÊli zima oka˝e si´ ∏agodna, to b´dà mog∏y wybraç najlepsze miejsce do l´gów, zanim przyfrunà inne rudziki. – Mówiàc to, Ellen usi∏owa∏a wepchnàç termos do przepe∏nionego schowka. – Ryzyko skalkulowane, rozumiesz? Mo˝esz du˝o wygraç albo koszmarnie si´ wyg∏upiç. Ryzykowaç czy nie ryzykowaç? JeÊli zaryzykujesz, byç mo˝e pewnej nocy spadniesz zamarzni´ty z ga∏àzki i odtajesz dopiero na wiosn´. Ale jeÊli stchórzysz, to po powrocie mo˝esz nie mieç okazji do podupczenia. To jeden z odwiecznych dylematów, przed którymi stoimy. – W∏o˝y∏aÊ kamizelk´ kuloodpornà, prawda? – Harry odwróci∏ si´ i popatrzy∏ na Ellen. Nie odpowiedzia∏a. Wpatrzona w autostrad´ powoli pokr´ci∏a tylko g∏owà. – W∏o˝y∏aÊ czy nie? W odpowiedzi uderzy∏a si´ d∏onià w pierÊ. – Lekkà? Potwierdzi∏a.

8


– Do cholery, Ellen! Wyda∏em rozkaz, ˝eby w∏o˝yç kamizelki o∏owiane, a nie te dla Myszki Miki! – Wiesz, czego u˝ywajà ci z Secret Service? – Niech zgadn´. Lekkich kamizelek? – W∏aÊnie. – A ty wiesz, co mnie gówno obchodzi? – Niech zgadn´. Secret Service? – W∏aÊnie. RozeÊmia∏a si´. Harry te˝ si´ uÊmiechnà∏. W radiu zatrzeszcza∏o. – HQ do posterunku szeÊçdziesiàt dwa. Secret Service potwierdza, ˝e to ich samochód parkuje przy zjeêdzie na Lørenskog. – Posterunek szeÊçdziesiàt dwa. Zrozumia∏em. – Sama widzisz. – Poirytowany Harry uderzy∏ d∏onià w kierownic´. – Kompletny brak komunikacji. Ci z Secret Service na nikogo si´ nie oglàdajà. Co ten samochód tam robi bez naszej wiedzy? – Kontroluje, czy robimy to, co do nas nale˝y – odpar∏a Ellen. – Zgodnie z i c h instrukcjami. – Ty przynajmniej mo˝esz choç troch´ decydowaç, wi´c przestaƒ narzekaç – stwierdzi∏a Ellen. – I skoƒcz z tym b´bnieniem w kierownic´. Palce Harry’ego pos∏usznie przeskoczy∏y na kolana. Ellen uÊmiechn´∏a si´, a Harry odetchnà∏ z przeciàg∏ym sykiem. – Tak, tak. Palcami odszuka∏ r´kojeÊç s∏u˝bowego szeÊciostrza∏owego rewolweru Smith&Wesson, kaliber 38. Przy pasku mia∏ dwa dodatkowe magazynki, ka˝dy z szeÊcioma nabojami. Pog∏aska∏ broƒ, Êwiadom, ˝e tak naprawd´ nie by∏ obecnie upowa˝niony do jej noszenia. Mo˝e rzeczywiÊcie wzrok mu si´ pogarsza∏, bo tej zimy, po czterdziestogodzinnym kursie, obla∏ egzamin ze strzelania. Nie by∏o w tym wprawdzie nic niezwyk∏ego, ale Harry’emu przydarzy∏o si´ po raz pierwszy i bardzo mu si´ to nie spodoba∏o. Wystarczy∏oby co prawda przystàpiç do ponownego egzaminu, niejeden potrzebowa∏ czterech albo nawet pi´ciu podejÊç, ale Harry z jakiegoÊ powodu stale to odk∏ada∏. Kolejne trzaski: – Min´li punkt dwadzieÊcia osiem. – To przedostatni punkt w Okr´gu Policyjnym Romerike – stwierdzi∏ Harry. – Nast´pny b´dzie w Karihaugen, póêniej sà ju˝ nasi.

9


– Dlaczego nie mo˝na robiç tak, jak dotychczas? Mówiç wprost, gdzie znajduje si´ kolumna, zamiast u˝ywaç tych idiotycznych numerów? – spyta∏a Ellen z wyrzutem w g∏osie. – Sama zgadnij. – Secret Service – odpowiedzieli chórem i wybuchn´li Êmiechem. – Min´li punkt dwadzieÊcia dziewi´ç. Harry zerknà∏ na zegarek. – Okej, wobec tego b´dziemy ich tu mieç za trzy minuty. Przechodz´ na cz´stotliwoÊç Okr´gu Policyjnego Oslo. Sprawdê wszystko jeszcze raz. Z radia dobiega∏y jakieÊ piski i wycie. Ellen zamkn´∏a oczy, ˝eby skoncentrowaç si´ na zg∏aszanych kolejno potwierdzeniach. W koƒcu odwiesi∏a mikrofon. – Wszyscy na swoich miejscach, gotowi. – Dzi´kuj´. W∏ó˝ he∏m. – Co? Uspokój si´, Harry! – S∏ysza∏aÊ, co powiedzia∏em! – Sam w∏ó˝ he∏m! – Mój jest za ma∏y. Kolejny g∏os: – Min´li punkt jeden. – Cholera, czasami… brak ci profesjonalizmu. – Ellen wcisn´∏a he∏m na g∏ow´, zapi´∏a pasek pod brodà i wykrzywi∏a si´ do lusterka. – Ja te˝ ci´ kocham – odpar∏ Harry, obserwujàc przez lornetk´ ciàgnàcà si´ przed nimi drog´. – Widz´ ich. Na samej górze wzniesienia od strony Karihaugen b∏ysnà∏ metal. Na razie Harry widzia∏ jedynie samochód otwierajàcy kolumn´, zna∏ jednak kolejnoÊç: szeÊç motocykli ze specjalnie wyszkolonymi policjantami z norweskiego oddzia∏u eskorty, dwa samochody eskortujàce, jeden wóz Secret Service, a nast´pnie dwa identyczne cadillaki fleetwood, specjalne samochody Secret Service przys∏ane samolotem z USA. W∏aÊnie w jednym z nich siedzia∏ prezydent. W którym – to pozostawa∏o tajemnicà. A mo˝e siedzi w obu? – pomyÊla∏ Harry. W jednym Jekyll, w drugim Hyde. Dalej jecha∏y wi´ksze pojazdy, karetka, ∏àcznoÊç i kolejne auta Secret Service.

10


– Wszystko wydaje si´ w porzàdku – stwierdzi∏ Harry. Jego lornetka przesuwa∏a si´ wolno od prawej do lewej i z powrotem. Powietrze nad asfaltem drga∏o, chocia˝ by∏ ch∏odny listopadowy poranek. Ellen widzia∏a ju˝ zarys pierwszego samochodu. Za pó∏ minuty kolumna minie punkt pobierania op∏at, a oni b´dà mieli za sobà po∏ow´ roboty. Za dwa dni, kiedy te same samochody pojadà t´dy w przeciwnà stron´, ona i Harry b´dà mogli wróciç do zwyk∏ej pracy policyjnej. Zdecydowanie wola∏a stycznoÊç z trupami w Wydziale Zabójstw od wstawania o trzeciej w nocy tylko po to, ˝eby tkwiç w volvo razem z podenerwowanym Harrym, którego wyraênie przygniata∏ ci´˝ar odpowiedzialnoÊci z∏o˝onej na jego barki. W samochodzie s∏ychaç by∏o jedynie równy oddech Harry’ego. Ellen sprawdzi∏a, czy Êwiecà si´ lampki kontrolne w obu radiach. Kolumna samochodów dotar∏a ju˝ prawie na sam dó∏ wzgórza. Ellen postanowi∏a, ˝e po pracy pójdzie si´ upiç do knajpy Tørst. Bywa∏ tam pewien facet, z którym wymienia∏a spojrzenia. Mia∏ czarne kr´cone w∏osy i piwne niebezpieczne oczy. Bardzo chudy. Wyglàda∏ troch´ jak przedstawiciel bohemy, mo˝e intelektualista. Mo˝e… – Co do cho… Harry ju˝ szarpnà∏ do siebie mikrofon. – W trzeciej budce od lewej stoi jakiÊ cz∏owiek. Czy ktoÊ potrafi go zidentyfikowaç? Radio odpowiedzia∏o wype∏nionym trzaskami milczeniem. Tylko wzrok Ellen pomknà∏ wzd∏u˝ szeregu kas. Jest! Za bràzowà szybà budki, znajdujàcej si´ w odleg∏oÊci zaledwie czterdziestu, mo˝e pi´çdziesi´ciu metrów od nich, dostrzeg∏a plecy m´˝czyzny. Pod s∏oƒce obrócona profilem sylwetka rysowa∏a si´ bardzo wyraênie, podobnie jak krótka lufa z celownikiem, sterczàca nad barkiem. – Broƒ! – zawo∏a∏a Ellen. – On ma pistolet maszynowy! – Cholera! – Harry kopniakiem otworzy∏ drzwiczki, obiema r´kami uchwyci∏ si´ kraw´dzi dachu i wyÊliznà∏ si´ z samochodu. Ellen wpatrywa∏a si´ w nadje˝d˝ajàcà kolumn´. Dzieli∏o jà od nich najwy˝ej kilkaset metrów. Harry wsunà∏ g∏ow´ do auta. – To ˝aden z naszych, ale mo˝e ktoÊ z Secret Service – powiedzia∏. – Wezwij HQ. – Ju˝ trzyma∏ rewolwer w r´ku.

11


– Harry… – Natychmiast! JeÊli HQ potwierdzi, ˝e to ktoÊ od nich, naciÊnij klakson. Ruszy∏ biegiem w stron´ kasy i pleców w garniturze. To wyglàda∏o na luf´ uzi. Zimne wilgotne powietrze zapiek∏o w p∏ucach. – Policja! – wrzasnà∏ Harry. – Police! ˚adnej reakcji. Zadaniem grubego szk∏a w budkach by∏o t∏umienie ha∏asu z zewnàtrz. M´˝czyzna w Êrodku obróci∏ teraz g∏ow´ w stron´ nadje˝d˝ajàcej kolumny i Harry dostrzeg∏ ciemne okulary marki Ray Ban. Secret Service. Albo ktoÊ, kto chcia∏ wyglàdaç jak jeden z nich. Jeszcze dwadzieÊcia metrów. W jaki sposób ten cz∏owiek zdo∏a∏ przedostaç si´ do zamkni´tej na klucz budki, jeÊli nie by∏ agentem? Do diab∏a! Harry ju˝ s∏ysza∏ motocykle. Nie zdà˝y tam dobiec. Odbezpieczy∏ broƒ i wycelowa∏, modlàc si´, aby dêwi´k klaksonu rozdar∏ cisz´ w ten dziwny poranek na zamkni´tej autostradzie, na której nigdy, o ˝adnej porze, nie pragnà∏ si´ znaleêç. Instrukcje by∏y jasne, ale nie zdo∏a∏ powstrzymaç myÊli: Lekka kamizelka. Brak komunikacji. Strzelaj, to nie twoja wina. Czy on ma rodzin´? Tu˝ za budkà pojawi∏a si´ kolumna, jecha∏a szybko. Za dwie sekundy cadillaki znajdà si´ na wysokoÊci kas. Kàtem lewego oka dostrzeg∏ jakiÊ ruch. To z dachu poderwa∏ si´ niedu˝y ptaszek. Ryzykowaç czy nie ryzykowaç… Jeden z odwiecznych dylematów. PomyÊla∏ o g∏´bokim wyci´ciu kamizelki i odrobin´ opuÊci∏ rewolwer. Ryk motocykli og∏usza∏.

2

OSLO, WTOREK, 5 PAèDZIERNIKA 1999

– W∏aÊnie to jest wielka zdrada – oÊwiadczy∏ idealnie ∏ysy m´˝czyzna, zaglàdajàc do r´kopisu. G∏ow´, brwi, pot´˝nie umi´Ênione przedramiona, a nawet olbrzymie d∏onie, zaciÊni´te na kraw´dzi barierki dla Êwiadków, mia∏ Êwie˝o wygolone i czyste. Nachyli∏ si´ do mikrofonu. – Po tysiàc dziewi´çset czterdziestym piàtym rzàdy przej´li wrogowie narodowego

12


socjalizmu, którzy stworzyli i wprowadzili w ˝ycie w∏asnà demokracj´ i zasady ekonomiczne. W wyniku ich poczynaƒ Êwiat ani razu nie oglàda∏ zachodu s���oƒca w dniu wolnym od dzia∏aƒ wojennych. Nawet w Europie doÊwiadczyliÊmy wojen i ludobójstwa. W krajach trzeciego Êwiata g∏odujà i umierajà miliony, Europie zaÊ zagra˝a niebezpieczeƒstwo masowej imigracji, a w jej konsekwencji chaos, bieda i walka o przetrwanie. Urwa∏ i rozejrza∏ si´ doko∏a. Na sali panowa∏a grobowa cisza, tylko ktoÊ z publicznoÊci zajmujàcej ∏awki z ty∏u ostro˝nie zaklaska∏. Kiedy podjà∏ rozemocjonowany, zaÊwieci∏a ostrzegawczo czerwona lampka pod mikrofonem, wskazujàca, ˝e magnetofon odbiera zniekszta∏cone sygna∏y. – Niewiele dzieli równie˝ nasz beztroski dobrobyt od dnia, w którym b´dziemy musieli liczyç wy∏àcznie na siebie i otaczajàcà nas wspólnot´. Wystarczy wojna, katastrofa ekonomiczna lub ekologiczna, a ca∏y ten system praw i zasad, które tak pr´dko zmieniajà nas w biernà klientel´ opieki spo∏ecznej, nagle zniknie. Poprzednia wielka zdrada nastàpi∏a dziewiàtego kwietnia tysiàc dziewi´çset czterdziestego roku, kiedy nasi tak zwani przywódcy narodowi uciekli przed wrogiem, by ratowaç w∏asnà skór´. Zabrali przy tym ze sobà zapasy z∏ota pozwalajàce na sfinansowanie luksusowego ˝ycia w Londynie. Teraz wróg znów si´ tu pojawi∏, a ci, którzy mieli broniç naszych interesów, po raz kolejny nas zdradzajà. Pozwalajà wrogom budowaç w naszym otoczeniu meczety, napadaç na starców i mieszaç krew z naszymi kobietami. My, Norwegowie, mamy wi´c obowiàzek chroniç naszà ras´ i eliminowaç zdrajców spoÊród nas. Przewróci∏ kolejnà kartk´, ale chrzàkni´cie dobiegajàce zza podwy˝szenia z przodu kaza∏o mu si´ zatrzymaç i podnieÊç wzrok. – Dzi´kuj´. Uwa˝am, ˝e us∏yszeliÊmy ju˝ doÊç – oÊwiadczy∏ s´dzia, zerkajàc znad okularów. – Czy oskar˝yciel ma jeszcze jakieÊ pytania do oskar˝onego? Promienie s∏oƒca wpada∏y ukoÊnie do sali numer 17 Sàdu Rejonowego w Oslo, tworzàc wokó∏ ∏ysej g∏owy z∏udzenie aureoli. Oskar˝ony by∏ ubrany w bia∏à koszul´ z wàskim krawatem, prawdopodobnie za radà obroƒcy, Johana Krohna, który akurat w tej chwili siedzia∏ odchylony do ty∏u i macha∏ trzymanym w palcach d∏ugopisem. Krohn nie by∏ zachwycony tà sytuacjà. Nie podoba∏ mu si´ kierunek, w jakim zmierza∏y pytania oskar˝yciela, ani szczere deklaracje progra-

13


mowe jego klienta, Sverrego Olsena, ani te˝ fakt, ˝e Olsen pozwoli∏ sobie na podwini´cie r´kawów koszuli. Teraz zarówno s´dzia, jak i ∏awnicy mogli oglàdaç paj´czyny wytatuowane na obu ∏okciach i rzàd hakenkreuzów na lewym przedramieniu. Na prawym widnia∏ ∏aƒcuch staroskandynawskich pogaƒskich symboli oraz s∏owo „Walkiria” wypisane czarnym gotykiem. By∏a to nazwa jednego z ugrupowaƒ tworzàcych Êrodowisko neonazistowskie, koncentrujàce si´ wokó∏ Sæterkrysset w dzielnicy Nordstrand. Najbardziej jednak irytowa∏ Johana Krohna pewien zgrzyt w ca∏ym procesie. Nie móg∏ tylko uÊwiadomiç sobie, co to mo˝e byç. Oskar˝yciel, Herman Groth, niewysoki m´˝czyzna, ma∏ym palcem ozdobionym sygnetem z symbolem zwiàzku prawników przechyli∏ mikrofon w swojà stron´. – Jeszcze par´ pytaƒ zamykajàcych, Wysoki Sàdzie. – Jego g∏os brzmia∏ mi´kko i spokojnie. Lampka pod mikrofonem Êwieci∏a na zielono. – Kiedy oskar˝ony trzeciego stycznia o godzinie dziewiàtej wszed∏ do baru Kebab u Dennisa na Dronningens gate, czy zrobi∏ to z wyraênym zamiarem wype∏nienia cz´Êci swojego obowiàzku, jakim jest obrona naszej rasy, o którym mówi∏? Johan Krohn rzuci∏ si´ do mikrofonu: – Mój klient ju˝ wyjaÊnia∏, ˝e wywiàza∏a si´ k∏ótnia pomi´dzy nim a w∏aÊcicielem baru, Wietnamczykiem. – Czerwone Êwiate∏ko. – Zosta∏ sprowokowany – doda∏ Krohn. – Nie ma absolutnie ˝adnych podstaw, by posàdzaç go o dzia∏anie z premedytacjà. Groth ca∏kiem zamknà∏ oczy. – JeÊli prawdà jest to, co twierdzi obroƒca, to czy nale˝y rozumieç, ˝e oskar˝ony Olsen mia∏ przy sobie kij bejsbolowy zupe∏nie przypadkowo? – Do samoobrony – przerwa∏ mu Krohn i z rezygnacjà roz∏o˝y∏ r´ce. – Wysoki Sàdzie, na te pytania mój klient ju˝ odpowiada∏. S´dzia, pocierajàc podbródek, obserwowa∏ adwokata. Wszyscy wiedzieli, ˝e Johan Krohn junior jest wschodzàcà gwiazdà palestry, a ÊwiadomoÊç tego mia∏ przede wszystkim sam Johan Krohn. Prawdopodobnie ten ostatni czynnik sprawi∏, ˝e s´dzia nie bez irytacji przyzna∏: – Przychylam si´ do zdania obroƒcy. JeÊli pytania oskar˝enia nie dà˝à do wniesienia niczego nowego, prosz´, abyÊmy przeszli dalej.

14


Groth otworzy∏ oczy tak szeroko, ˝e zarówno nad, jak i pod t´czówkà ukaza∏y si´ wàskie fragmenty bia∏ka. Kiwnà∏ g∏owà, a potem zm´czonym ruchem podniós∏ do góry gazet´. – To „Dagbladet” z dwudziestego piàtego stycznia. W wywiadzie na stronie ósmej jedna z osób wyznajàcych takie same poglàdy jak oskar˝ony… – Protestuj´… – zaczà∏ Krohn. Groth westchnà∏. – Wobec tego inaczej: m´˝czyzna, który daje wyraz swoim rasistowskim przekonaniom. S´dzia kiwnà∏ g∏owà, jednoczeÊnie rzucajàc Krohnowi ostrzegawcze spojrzenie. Groth podjà∏: – Ten m´˝czyzna w jednym z komentarzy po napaÊci w Kebabie u Dennisa mówi, ˝e aby wyzwoliç Norwegi´, potrzeba nam wi´cej takich rasistów jak Sverre Olsen. W wywiadzie s∏owo „rasista” u˝ywane jest jako okreÊlenie zaszczytne. Czy oskar˝ony uwa˝a si´ za rasist´? – Owszem, jestem rasistà – oÊwiadczy∏ Olsen, zanim Krohn zdà˝y∏ go powstrzymaç. – W takim znaczeniu, w jakim ja rozumiem to s∏owo. – A jakie to znaczenie? – uÊmiechnà∏ si´ Groth. Krohn zacisnà∏ pi´Êci pod sto∏em i spojrza∏ na stó∏ s´dziowski, na ∏awników zajmujàcych miejsca u boków s´dziego. To oni mieli zdecydowaç o przysz∏oÊci jego klienta w najbli˝szych latach oraz o pozycji, jakà on sam b´dzie móg∏ si´ cieszyç w Tostrupkjelleren, klubie dziennikarzy, przez kolejne miesiàce. Dwoje zwyczajnych przedstawicieli narodu, zwyczajnego poczucia sprawiedliwoÊci. Po prawej stronie s´dziego siedzia∏ m∏ody cz∏owiek w skromnym tanim garniturze, który ledwie Êmia∏ podnieÊç wzrok. Drugim ∏awnikiem, po lewej, by∏a doÊç pulchna kobieta, sprawiajàca wra˝enie, jakby tylko udawa∏a, ˝e uczestniczy w tym, co si´ dzieje, a tak naprawd´ przez ca∏y czas stara∏a si´ zadzieraç g∏ow´, aby zaczàtki drugiego podbródka nie by∏y widoczne z sali. Przeci´tni Norwegowie. Co oni wiedzieli o takich jak Sverre Olsen? Co chcieli wiedzieç? OÊmiu Êwiadków widzia∏o, jak Sverre Olsen wchodzi do baru z drewnianym kijem pod pachà i po krótkiej wymianie wyzwisk uderza w∏aÊciciela, czterdziestoletniego Wietnamczyka Ho Daia, który w 1978

15


roku przedosta∏ si´ do Norwegii statkiem, pa∏kà w g∏ow´ tak mocno, ˝e ten nigdy nie b´dzie móg∏ chodziç. Kiedy Olsen zaczà∏ mówiç, Johan Krohn junior w myÊlach ju˝ formu∏owa∏ apelacj´ do sàdu okr´gowego. – Ras-sizm – odczyta∏ Olsen, odnalaz∏szy wreszcie w swoich papierach w∏aÊciwà kartk´ – to odwieczna walka przeciwko chorobom dziedzicznym, degeneracji i wyniszczeniu rasy, a tak˝e marzenie i nadzieja na zdrowsze spo∏eczeƒstwo i popraw´ jakoÊci ˝ycia. Mieszanie ras stanowi form´ bilateralnej zbrodni ludobójstwa. W Êwiecie, w którym planuje si´ utworzenie banków genów w celu zachowania najmniejszego ˝uczka, powszechnie akceptowane jest mieszanie i niszczenie ras ludzkich, których rozwój trwa∏ wiele tysi´cy lat. W jednym z artyku∏ów zamieszczonych w szanowanym czasopiÊmie „American Psychologist” z roku 1972 pi´çdziesi´ciu amerykaƒskich i europejskich uczonych ostrzega∏o przed przemilczaniem argumentów dotyczàcych teorii dziedziczenia. Olsen urwa∏, omiót∏ sal´ numer 17 wzrokiem i uniós∏ prawy palec wskazujàcy. Odwróci∏ si´ w stron´ oskar˝yciela i Krohn mia∏ teraz przed oczami widoczny na wygolonym fa∏dzie mi´dzy ty∏em jego g∏owy a karkiem blady tatua˝ z krzyczàcym napisem „Sieg Heil”, groteskowo, dziwacznie kontrastujàcym z ch∏odnà retorykà s∏ów. W ciszy, która zapad∏a na sali, Krohn po ha∏asie dobiegajàcym z korytarza móg∏ stwierdziç, ˝e w sali 18 og∏oszono przerw´ na lunch. P∏yn´∏y sekundy. Obroƒcy przypomnia∏a si´ przeczytana gdzieÊ ciekawostka, ˝e Adolf Hitler podczas masowych wieców potrafi∏ robiç w przemówieniu pauzy, przeciàgajàce si´ nawet do trzech minut. Olsen kontynuowa∏, wystukujàc takt palcem, jak gdyby chcia∏ ka˝de s∏owo wbiç s∏uchaczom do g∏owy. – Ci z was, którzy próbujà udawaç, ˝e walka ras nie istnieje, sà albo Êlepcami, albo zdrajcami. Wypi∏ troch´ wody ze szklanki, którà postawi∏ przed nim woêny sàdowy. W∏àczy∏ si´ oskar˝yciel: – I w tej walce ras oskar˝ony i jego zwolennicy, których sporo mamy tu na sali, sà jedynymi, którzy majà prawo atakowaç? Z ∏awek dla publicznoÊci rozleg∏y si´ pogardliwe okrzyki ∏ysych g∏ów.

16


– My nie atakujemy, my si´ bronimy – odpar∏ Olsen. – To prawo i obowiàzek ka˝dej rasy. KtoÊ z publicznoÊci zawo∏a∏ coÊ, co Olsen podchwyci∏ i z uÊmiechem przekaza∏ dalej: – Równie˝ majàc do czynienia z osobnikiem obcym rasowo, mo˝emy zetknàç si´ ze Êwiadomym wartoÊci rasy narodowym socjalistà. Âmiechy, tu i ówdzie oklaski. S´dzia nakaza∏ cisz´, a potem pytajàco popatrzy∏ na oskar˝yciela. – To ju˝ wszystko – oznajmi∏ Groth. – Czy obrona pragnie zadaç jakieÊ pytania? Krohn pokr´ci∏ g∏owà. – Wobec tego prosz´ o wprowadzenie pierwszego Êwiadka oskar˝enia. Oskar˝yciel skinà∏ g∏owà woênemu, który uchyli∏ drzwi z ty∏u sali, wysunà∏ przez nie g∏ow´ i coÊ powiedzia∏. W korytarzu zaszura∏o krzes∏o, drzwi otworzy∏y si´ na oÊcie˝ i do Êrodka wszed∏ wysoki m´˝czyzna. Krohn zauwa˝y∏, ˝e ubrany jest w odrobin´ przyciasnà marynark´, czarne d˝insy i równie czarne wielkie martensy. Ostrzy˝ona niemal do go∏ej skóry g∏owa i atletyczne szczup∏e cia∏o sygnalizowa∏y wiek oko∏o trzydziestki, ale worki pod przekrwionymi oczyma i blada cera z widocznymi naczyniami krwionoÊnymi, które tu i ówdzie rozlewa∏y si´ w niewielkie czerwone delty, wskazywa∏yby raczej na lat pi´çdziesiàt. – Sier˝ant Harry Hole? – spyta∏ s´dzia, kiedy m´˝czyzna zajà∏ miejsce dla Êwiadków. – Tak. – Widz´, ˝e nie podano adresu prywatnego. – Zastrze˝ony. – Hole kciukiem wskaza∏ za siebie. – Próbowali ju˝ nachodziç mnie w domu. Ponownie da∏y si´ s∏yszeç pogardliwe okrzyki wÊród publicznoÊci. – Czy sk∏ada∏ pan ju˝ wczeÊniej przyrzeczenie, Hole? Przysi´g´? – Tak. G∏owa Krohna zako∏ysa∏a si´ jak u plastikowego pieska z rodzaju tych, jakie niektórzy w∏aÊciciele samochodów lubià stawiaç na pó∏ce z ty∏u. Adwokat goràczkowo przerzuca∏ dokumenty. – Pracuje pan w Wydziale Zabójstw jako Êledczy, sier˝ancie Hole – stwierdzi∏ Groth. – Dlaczego przydzielono panu t´ spraw´?

17


– Z powodu b∏´dnej oceny sytuacji – odpar∏ Hole. – To znaczy? – Nie przypuszczaliÊmy, ˝e Ho Dai prze˝yje. Ludziom z pogruchotanà czaszkà i cz´Êcià jej zawartoÊci na zewnàtrz zwykle si´ to nie udaje. Krohn spostrzeg∏, ˝e twarze ∏awników mimowolnie si´ krzywià. Ale teraz to ju˝ nie mia∏o znaczenia. Znalaz∏ kartk´ z ich nazwiskami. I w∏aÊnie na niej dostrzeg∏ ten zgrzyt.

3

KARL JOHANS GATE, 5 PAèDZIERNIKA 1999

„Umierasz”. S∏owo nie przestawa∏o dzwoniç staremu cz∏owiekowi w uszach, nawet gdy wyszed∏ na schody i stanà∏ oÊlepiony ostrym jesiennym s∏oƒcem. Czekajàc, a˝ êrenice powoli si´ skurczà, przytrzyma∏ si´ mocno por´czy, oddycha∏ wolno i g∏´boko. Ws∏ucha∏ si´ w kakofoni´ odg∏osów samochodów, tramwajów, pisków ulicznych sygnalizatorów. I g∏osów, podnieconych, radosnych, przebiegajàcych obok niego na stukajàcych obcasach. I w muzyk´. Czy kiedykolwiek s∏ysza∏ a˝ tyle muzyki? Ale nic nie zag∏uszy∏o dêwi´ku tych s∏ów: „Umierasz”. Ile razy sta∏ na tych schodach przed gabinetem doktora Buera? Dwa razy w roku przez czterdzieÊci lat, czyli osiemdziesiàt. Osiemdziesiàt zwyczajnych dni, dok∏adnie takich jak dzisiejszy, a nigdy dotàd nie zauwa˝y∏, jak t´tnià ˝yciem okoliczne ulice, ile na nich radoÊci, ˝ar∏ocznej ch´ci istnienia. By∏ paêdziernik, ale dzieƒ wydawa∏ si´ majowy. Taki jak tamten, kiedy nasta∏ pokój. Przesada? S∏ysza∏ jej g∏os, widzia∏ jej postaç wybiegajàcà ze s∏oƒca, zarys twarzy rozp∏ywajàcy si´ w glorii bia∏ego Êwiat∏a. „Umierasz”. Biel nabra∏a kolorów i zmieni∏a si´ w Karl Johans gate. Zszed∏ po stopniach w dó∏, przystanà∏, spojrza∏ w prawo i w lewo, jak gdyby nie móg∏ si´ zdecydowaç, w którà stron´ iÊç. ZamyÊli∏ si´. Nagle drgnà∏, jakby ktoÊ go obudzi∏, i ruszy∏ w kierunku Zamku. Szed∏ niepewnie, ze

18


spuszczonym wzrokiem, chude cia∏o kuli∏o si´ w troch´ za du˝ym we∏nianym p∏aszczu. – Rak si´ rozprzestrzeni∏ – oznajmi∏ doktor Buer. – Ach, tak – odpar∏. Popatrzy∏ na Buera, w duchu zadajàc sobie pytanie, czy zdejmowania okularów w chwili, gdy trzeba przekazaç jakàÊ powa˝nà wiadomoÊç, uczà na studiach medycznych, czy te˝ po prostu post´pujà tak lekarze dalekowidze, aby nie widzieç wyrazu oczu pacjenta. Lekarz zaczà∏ si´ upodabniaç do swojego ojca, doktora Konrada Buera, czo∏o robi∏o mu si´ coraz wy˝sze, a worki pod oczami nadawa∏y twarzy charakterystyczny zmartwiony wyraz. – Krótko mówiàc? – spyta∏ stary g∏osem, którego nie s∏ysza∏ od ponad pi´çdziesi´ciu lat. G∏uchym szorstkim gard∏owym g∏osem cz∏owieka, którego struny g∏osowe dr˝à od Êmiertelnego l´ku. – No có˝, to kwestia… – Bardzo pana prosz´, doktorze. Nie pierwszy raz spoglàdam Êmierci prosto w oczy. Zaczà∏ mówiç g∏oÊniej, dobiera∏ s∏owa, przy których g∏os mu nie dr˝a∏ i brzmia∏ tak, jak chcia∏, by doktor Buer go s∏ysza∏. Jak on sam pragnà∏ s∏yszeç. Spojrzenie doktora uciek∏o po blacie sto∏u, przebieg∏o po zniszczonym parkiecie, ulecia∏o za brudnà szyb´. Tam ukry∏o si´ na chwil´, nim powróci∏o i spotka∏o si´ ze spojrzeniem starego. R´ce doktora znalaz∏y Êciereczk´, która pracowicie przeciera∏a okulary. – Wiem, co to dla… – Nic pan nie wie, doktorze. – Stary us∏ysza∏ w∏asny suchy krótki Êmiech. – Prosz´ si´ nie obraziç, doktorze Buer, lecz akurat to panu gwarantuj´. Pan nie wie nic. Zdà˝y∏ zauwa˝yç zak∏opotanie Buera i w tym samym momencie zorientowa∏ si´, ˝e z kranu przy zlewie na drugim koƒcu gabinetu kapie woda, us∏ysza∏ nowy dêwi´k, jak gdyby w niezrozumia∏y sposób na powrót odzyska∏ zmys∏y dwudziestolatka. Buer z powrotem w∏o˝y∏ okulary, podniós∏ jakàÊ kartk´, jakby w∏aÊnie na niej wypisane by∏o s∏owo, które zamierza∏ wypowiedzieç, chrzàknà∏ i oznajmi∏: – Umierasz. Stary cz∏owiek wola∏by, aby doktor powiedzia∏ „pan”.

19


Przystanà∏ przy skupisku ludzi, s∏yszàc brzdàkanie na gitarze i czyjÊ g∏os Êpiewajàcy piosenk´, która z pewnoÊcià by∏a stara dla wszystkich oprócz niego. S∏ysza∏ jà ju˝ wczeÊniej, pewnie çwierç wieku temu, ale wydawa∏o mu si´, ˝e to by∏o zaledwie wczoraj. Tak si´ dzia∏o ze wszystkim, im g∏´biej coÊ tkwi∏o w przesz∏oÊci, tym by∏o mu bli˝sze i wyraêniejsze. Przypomina∏ sobie rzeczy, których nie pami´ta∏ od lat, byç mo˝e nigdy. To, o czym wczeÊniej musia∏ czytaç w swoich dziennikach z czasów wojny, teraz rozgrywa∏o si´ jak film, gdy tylko zamknà∏ oczy. – Prawdopodobnie zosta∏ ci przynajmniej jeszcze rok. Jedna wiosna i jedno lato. Dostrzega∏ ka˝dy ˝ó∏knàcy liÊç na drzewach w Parku Studenckim, jak gdyby w∏o˝y∏ nowe mocniejsze okulary. Te same drzewa ros∏y tu w roku 1945. A mo˝e nie? Nie by∏y tak wyraêne tamtego dnia. Nic nie by∏o takie wyraêne. UÊmiechni´te twarze, wÊciek∏e twarze, wo∏ania, które ledwie do niego dociera∏y, trzaskanie drzwiczek samochodów. Mo˝e mia∏ ∏zy w oczach, bo gdy wspomina∏ flagi, z którymi ludzie biegali po ulicach, rozmywa∏y si´ w czerwieni. I te krzyki: „Nast´pca tronu wróci∏!”. Ruszy∏ w gór´ wzniesienia pod Zamkiem, gdzie zebra∏o si´ sporo ludzi, chcàcych obejrzeç zmian´ warty. Echo rozkazów gwardzisty i ostrego stukotu kolb karabinów i obcasów odbi∏o si´ od blado˝ó∏tej fasady Zamku. Zaszumia∏y kamery wideo, wychwyci∏ kilka niemieckich s∏ów. Para obejmujàcych si´ m∏odych Japoƒczyków z rozbawieniem obserwowa∏a przedstawienie. Zamknà∏ oczy, usi∏ujàc wyczuç zapach mundurów i smaru do czyszczenia broni. Bzdura. Nic tu nie mia∏o zapachu jego wojny. Znów otworzy∏ oczy. Co oni wiedzieli, ci ubrani na czarno ch∏opcy, te ˝o∏nierzyki, paradne figurki monarchii demokratycznej, wykonujàcy symboliczne czynnoÊci, na których zrozumienie byli zbyt niewinni i zbyt m∏odzi, by coÊ przy tym poczuç. Znów pomyÊla∏ o tamtym dniu, o m∏odych Norwegach przebranych za ˝o∏nierzy, czy te˝ za szwedzkich ˝o∏nierzy, jak ich nazywano, poniewa˝ w Szwecji si´ kszta∏cili. W jego oczach byli ˝o∏nierzykami-zabawkami. Nie wiedzieli, jak nosiç mundur, a ju˝ na pewno nie mieli poj´cia, jak si´ obchodziç z jeƒcem wojennym. Byli wystraszeni i brutalni, w ustach trzymali niedopa∏ki, czapki nosili nasadzone nonszalancko na bakier. Âciskali swojà Êwie˝o zdobytà broƒ

20


i usi∏owali przezwyci´˝yç strach, wbijajàc aresztantom kolb´ karabinu w plecy. „Faszystowskie Êwinie” – powtarzali, bijàc, jak gdyby pragn´li uzyskaç natychmiastowe rozgrzeszenie. Odetchnà∏ g∏´boko, by poczuç smak ciep∏ego jesiennego dnia. Ale w tej samej chwili pojawi∏ si´ ból. Stary cz∏owiek zrobi∏ chwiejny krok w ty∏. Woda w p∏ucach. Za dwanaÊcie miesi´cy, mo˝e wczeÊniej, wda si´ zapalenie i z ropy wydzieli si´ woda, która zbierze si´ w p∏ucach. Podobno to najgorsze. „Umierasz”. Chwyci∏ go kaszel, tak gwa∏towny, ˝e ci, którzy stali najbli˝ej, odruchowo si´ odsun´li.



"Czerwone gardło" Jo Nesbo