Page 1


Tytuł oryginału Doktor Proktors tidsbadekar Projekt okładki MAGDALENA ZAWADZKA Koordynacja projektu NATALIA TWARDY, NATALIA STECKA Redakcja GRAŻYNA MASTALERZ Korekta IWONA GAWRYŚ Skład KRZYSZTOF CHODOROWSKI Copyright © Jo Nesbø 2008 Illustrations copyright © Per Dybvig 2008 Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII Published by agreement with Salomonsson Agency

ISBN 978-83-245-8334-8

jest znakiem towarowym Publicat S.A. 61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl


Przełożyła z norweskiego

Iwona Zimnicka Ilustracje

Per Dybvig


Rozdział 1

WIDOKÓWKA Z PARYŻA

W sali gimnastycznej było cicho jak makiem zasiał. Żadnego odgłosu nie wydawało ani dwanaście brązowych drabinek gimnastycznych, ani stary koń do skoków z popękanym skórzanym grzbietem, ani żadna z ośmiu zniszczonych szarych lin zwisających nieruchomo z sufitu. Ani też żadne z szesnaściorga chłopców i dziewczynek tworzących szkolną orkiestrę dętą, wpatrzoną teraz w dyrygenta Madsena. – Do biegu! – zawołał pan Madsen. Uniósł batutę i zmrużonymi oczami popatrzył przez ciemne okulary na muzyków. Już się bał tego, co się stanie za chwilę, i z nadzieją szukał wzrokiem Bulka. Dobrze


wiedział, że pozostali członkowie orkiestry wyśmiewają się z maleńkiego rudowłosego trębacza. Inaczej być nie mogło. Ale w przeciwieństwie do pozostałych ten malec był przynajmniej muzykalny i mógł ich uratować. Spojrzenie pana Madsena nie znalazło Bulka, więc zatrzymało się na jedynej jego przyjaciółce: klarnecistce Lisie. Lisa jako jedyna z całej orkiestry zawsze ćwiczyła w domu to, co jej zadał. Może jednak nie wszystko stracone? – Gotowi... Dzieci przyłożyły instrumenty do ust. Było tak cicho, że zza okien dobiegały odgłosy ciepłego październikowego popołudnia: świergot ptaków, warkot kosiarki do trawy i śmiechy bawiących się smarkaczy. Ale w sali gimnastycznej było ponuro. A miało być jeszcze gorzej. – Start! – wrzasnął pan Madsen i zatoczył batutą majestatyczny łuk. Przez chwilę nic się nie działo. Wciąż słychać było jedynie śpiew ptaków, warkot kosiarki i śmiechy dzieciarni. Potem niepewnie zabeczała trąbka, ostrożnie pisnął klarnet i lekko zadudnił na próbę bęben. Nieoczekiwane uderzenie 2


w werbel przestraszyło waltornię, waltornia puściła bąka, a z samego tyłu parsknęło coś wielkiego – coś, co Lisie skojarzyło się z wielorybem, który właśnie wynurzył się na powierzchnię po tygodniu spędzonym pod wodą. Ale w całym tym dyszeniu i sapaniu wciąż nie dawało się wychwycić żadnej melodii, a twarz pana Madsena już zaczęła przybierać kolor czerwony, zwiastujący wybuch wściekłości. – Trzy-czte-ry! – krzyknął Madsen i machnął batutą, tak jakby była batem, a orkiestra niewolnikami u wioseł rzymskiego galeonu. – Grajcie, do diabła! To ma być Marsylianka, hymn Francji! Żywiej! Ale nikt się nie ożywił. Twarze albo sztywno wpatrywały się w stojące na pulpitach nuty, albo mocno zaciskały powieki, jakby muzycy natężali się na sedesie. Dyrygent się poddał i opuścił ręce w chwili, kiedy tuba wreszcie dała głos i zamuczała samotnie w ciszy. – Stop, stop! – krzyknął pan Madsen, czekając, aż tubie zabraknie tchu. – Gdyby was teraz usłyszeli Francuzi, to najpierw obcięliby wam 3


głowy, a potem spaliliby was na stosie. Trochę szacunku dla Marsylianki! Madsen wściekał się dalej, a Lisa, korzystając z okazji, nachyliła się do sąsiedniego krzesła i szepnęła: – Przyniosłam widokówkę od doktora Proktora. Jest w niej coś dziwnego. Głos, który jej odpowiedział, dochodził zza pogiętej trąbki. – A mnie się wydaje całkiem zwyczajna. Do

Lisy i Bulka. Pozdrowienia z Paryża przesyła doktor Proktor. Mówiłaś, że mniej więcej tak napisał, prawda? – No tak, ale... – Prawdę mówiąc, to niezwykle zwykła kartka, Liso. Dziwne jest tylko to, że taką zwykłą kartkę napisał tak niezwykle niezwykły ktoś jak doktor Proktor. Przerwał im grzmiący głos pana Madsena: – Bulek? Jesteś tam? – Tak jest, panie sierżancie! – dobiegło zza pogiętej trąbki. – To wstawaj, żebyśmy cię mogli zobaczyć!

4


– Robi się, komendancie przecudnej muzyki i wszystkich melodii wszechświata! I zza pulpitu na nuty wskoczył na krzesło malutki rudowłosy chłopczyk z wielkimi piegami i szerokim uśmiechem. Nie był po prostu malutki: był wręcz malusieńki. A włosów nie miał po prostu rudych: były wręcz ogniście rude. A jego uśmiech nie był po prostu szeroki, ale wręcz niemal dzielił jego maleńką główkę na dwie połówki. A piegi nie były po prostu duże, ale wręcz... Zresztą były po prostu duże. – Zagraj nam Marsyliankę, Bulku – powiedział pan Madsen. – Tak jak należy ją grać. – Wedle rozkazu, ojcze wszystkich dyrygentów i królu wszystkich orkiestr dętych na północ od Sahary i na wschód od... – Przestań się wygłupiać i graj! I Bulek zaczął grać. Łagodne ciepłe dźwięki uniosły się pod sufit sali gimnastycznej

5


i wyleciały przez okna na słoneczne jesienne popołudnie. Nawet ptaki ucichły, wstydząc się własnej piosenki. Tak przynajmniej myślała Lisa, słuchając, jak jej malusieńki sąsiad i najlepszy przyjaciel gra na starej trąbce dziadka. Lisa lubiła swój klarnet, ale w trąbce było coś wyjątkowego. I wcale nie tak trudno się na niej grało. Bulek nauczył ją jednego utworu – hymnu Norwegii Tak, kochamy ten kraj. Oczywiście nie radziła sobie tak dobrze jak Bulek, ale miała jedno sekretne marzenie: chciała kiedyś zagrać Tak, kochamy ten kraj przed wielką publicznością. Wyobraźcie to sobie! Ale wyobraźnia to tylko wyobraźnia, a marzenia to tylko marzenia. – Świetnie, Bulku! – zawołał Madsen. – A teraz wszyscy przyłączamy się do Bulka. Raz, dwa, trzy, cztery! I szkolna orkiestra ruszyła. Potykając się, przewracając i chwiejąc, do trąbki Bulka dołączyły bębny, saksofony, waltornie, dzwonki i talerze. Brzmiało to tak, jakby ktoś jednym ruchem postawił na głowie kuchnię i jakby wszystko powypadało z szafek i z szuflad. Potem włączyły się wielki bęben i tuba i cała 6


sala zaczęła drżeć. Drabinki pod ścianami zaszczękały zębami, liny gwałtownie drgały jak na porywistym wietrze, a stary koń do skoków, podskakując, przesuwał się centymetr po centymetrze w stronę drzwi, jakby próbował uciec. Kiedy wreszcie Marsylianka się skończyła, zapadła kompletna cisza. I w sali gimnastycznej, i za oknami. Ptaki już nie śpiewały, nie śmiały się też dzieci. Zostało tylko echo ostatnich rozpaczliwych uderzeń bliźniaków Trulsa i Tryma w bębny i bębenki w uszach. – Dziękuję – jęknął Madsen. – Na dzisiaj chyba wystarczy. Widzimy się w poniedziałek.

– Właśnie że w tej widokówce jest coś dziwnego – oświadczyła Lisa, kiedy wracali z Bulkiem do domu, na ulicę Armatnią. Wieczory były już ciemniejsze, a im się to podobało. Zwłaszcza Bulkowi, który jasne letnie noce uważał za raczej marny wynalazek. Jego zdaniem ciemne, ale ciepłe jesienne wieczory, kiedy można się długo bawić w chowanego i od czasu do czasu wybrać 7


na jabłka do cudzego ogrodu, to wynalazek genialny, godny niemal doktora Proktora. A według Bulka profesor był najlepszym wynalazcą na świecie. Co prawda według całej reszty świata doktor Proktor nigdy nie wynalazł niczego wartościowego, ale czy ludzie się znają? Kto na przykład stworzył najmocniejszy na świecie proszek pierdzioszek? A najważniejsze, że doktor Proktor przyrządzał najlepszy na świecie pudding karmelowy, był najlepszym na świecie przyjacielem i sąsiadem, no i nauczył Bulka i Lisę nie przejmować się tym, że wszyscy inni uważają ich za słabiutką drużynę, którą tworzą: malusieńki rudzielec z ognistymi baczkami, strachliwa dziewczynka z mysimi ogonkami i mocno ponadprzeciętnie zwariowany profesorek w zabrudzonych sadzą motocyklowych goglach. „My przecież wiemy coś, czego oni nie wiedzą” – powtarzał często. „Wiemy, że kiedy przyjaciele dadzą sobie słowo, że zawsze będą sobie pomagać, to jeden plus jeden plus jeden równa się o wiele więcej niż trzy”. To była prawda. Ale jak na prawdziwego przyjaciela profesor niezbyt chętnie do nich 8


pisał. W ciągu trzech miesięcy, które upłynęły od chwili, gdy wsiadł na motocykl, włożył na głowę skórzany kask i wyruszył do Paryża, żeby odszukać wielką miłość swojego życia, Juliette Margarin, dostali tylko jedną marną kartkę. Doktor Proktor stracił narzeczoną z oczu w tajemniczych okolicznościach, wiele, wiele lat temu, kiedy studiował we Francji. Lisa i Bulek widzieli Juliette jedynie na zdjęciu na ścianie w laboratorium profesora, zrobione w czasach, kiedy Juliette i on byli parą. Wyglądali na nim na tak szczęśliwych, że kiedy Lisa je zobaczyła, łzy zakręciły jej się w oczach. To ona namówiła doktora, żeby pojechał szukać ukochanej. – Ta widokówka j e s t dziwna – powtórzyła z uporem Lisa. – Sam zobacz. Bulek spojrzał na kartkę, którą Lisa podsunęła mu pod oczy. – Hm... – mruknął. Zatrzymał się pod następną latarnią i zaczął studiować widokówkę. Jeszcze kilka razy wymruczał „hm...”, co miało świadczyć o tym, że jest inteligentny i zamyślony. 9


– To kartka z Paryża. – Lisa wskazała na czarno-białe zdjęcie, zrobione chyba rano w pochmurny dzień. Przedstawiało duży otwarty plac. Mimo mnóstwa przechadzających się po nim ludzi z parasolkami i cylindrami wydawał się dziwnie pusty. O tym, że to naprawdę słynna na cały świat stolica Francji, świadczył jedynie napis PARYŻ pod spodem. – Widzisz to samo co ja? – mruknął zamyślony Bulek. – Co? – Jakby czegoś na tym placu brakowało. W ogóle na tym zdjęciu. 10


– Może – odparła Lisa, a kiedy uważnie się przyjrzała, przyznała Bulkowi rację, ale nie bardzo umiała powiedzieć, czego brakuje. – A poza tym na kartce porobiły się pęcherze. – Bulek delikatnie nacisnął jeden. – Musiała zmoknąć i znów wyschnąć. Czytałaś ją pod prysznicem? – Oczywiście, że nie – oburzyła się Lisa. – Wyglądała tak już wtedy, kiedy ją wyjmowałam ze skrzynki. – Aha! – krzyknął Bulek i podniósł malusieńki palec z obgryzionym paznokciem. – Genialny umysł Bulka kolejny raz niezwykle sprytnie wyrwał zagadce oczywiste rozwiązanie. W Paryżu na widokówkę napadał deszcz! Lisa przewróciła oczami. – Skąd wiesz? – To elementarnie proste, moja droga Liso. Mówi o tym treść kartki. Przeczytaj! – Bulek oddał jej widokówkę. Ale Lisa nie musiała czytać. Zdążyła przeczytać króciutką wiadomość już dwanaście razy i znała ją na pamięć. Ale ponieważ wy jej nie czytaliście, możecie na nią spojrzeć: 11


– W Paryżu pada deszcz. Istny potop – oświadczył Bulek z zadowoleniem. Oddał Lisie widokówkę i zaczął się uważnie przyglądać swoim obgryzionym paznokciom w poszukiwaniu czegoś, w co mógłby wbić zęby. – Coś jeszcze cię dziwi? – Mnie nie dziwi to, że kartka się zmoczyła – powiedziała Lisa. – Tylko to, co napisał profesor! Kim na przykład są Asil i Kelub? – Może zapomniał, jak się nazywamy – podsunął Bulek. – Nie zapomniał. Przecież napisał Lisa Pedersen przed adresem – stwierdziła Lisa. – Hm... – mruknął Bulek, ale nie zabrzmiało to już tak inteligentnie jak poprzednie mruknięcia. – Asil to Lisa wspak, czyli od tyłu do przodu – wyjaśniła Lisa. 12


– Elementarnie proste. – Bulek czym prędzej zaczął czytać wspak. I rzeczywiście z Asil zrobiła się Lisa. – No dobrze, ale kto to jest Kelub? – spytał. – Zgadnij! – jęknęła Lisa, znów wznosząc oczy ku niebu. – Hm... Lisa z góry na dół? – Bulek od tyłu do przodu! – He, he! – Bulek pokazał w uśmiechu nierówny rządek malutkich ząbków. – Żartowałem. To elementarnie proste. – Koniuszki uszu odrobinę mu się jednak zaczerwieniły. – Ale skoro problem jest już rozwiązany, to dlaczego marudzisz? – Wcale nie to jest dziwne! – krzyknęła Lisa. Była zdenerwowana. – A co? – Reszta! Bulek rozłożył krótkie rączki. – Liso, doktor Proktor informuje nas, że w Paryżu pada deszcz. Deszcz w październiku to najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Nawet na pustyni Kalahari w październiku pada deszcz. Leje tak, że woda zalewa całą pustynię, a cętkowany nosorożec namibijski, uparciuch, 13


który za nic nie chce nauczyć się pływać, musi stać na dnie i wstrzymywać oddech. Aż do listopada. Nic więc dziwnego, że w Paryżu troszeczkę kropi. – Cętkowany nosorożec namibijski? – powtórzyła Lisa z leciutkim niedowierzaniem. – Właśnie tak. Opisany na stronie sześćset dwudziestej w ZWIERZĘTACH, KTÓRYCH ISTNIENIA BYŚ SOBIE NIE ŻYCZYŁ. Lisa westchnęła. Bulek często powoływał się na tę grubą księgę. Podobno stała na półce u jego dziadka. Ale ani ona, ani nikt inny, kogo znała, nigdy nie widział książki, która by nosiła tytuł ZWIERZĘTA, KTÓRYCH ISTNIENIA BYŚ SOBIE NIE ŻYCZYŁ. – Ale co znaczy PLEH? – spytała Lisa. – Co to ma być? – To proste – oświadczył Bulek. – PLEH to francuska jednostka miary. Odpowiada mniej więcej dziesięciu norweskim milimetrom. W radiu mówią na przykład, że w ciągu ostatniej doby opady wyniosły dziesięć milimetrów, czyli że napadało dziesięć milimetrów deszczu. W Paryżu mówią PLEH. 14


Lisa popatrzyła na Bulka z powątpiewaniem. – A kto to jest Knut R.? Bulek wzruszył ramionami. – Na pewno jakiś stary znajomy doktora Proktora. Po prostu zapomniał nam o nim opowiedzieć. Grają razem w szachy i profesor dostał od niego mata. Sama widzisz, że na końcu jest MAT! – Banialuki, androny i duby smalone – syknęła Lisa. – Po pierwsze, doktor Proktor nie zna w Paryżu żadnego Norwega. A po drugie, dlaczego pisze o nim tak, jakby to był przestępca? – To znaczy jak? – Bulek podrapał się w lewy rudy baczek. Lisa westchnęła z rezygnacją. – Podaje tylko pierwszą literę nazwiska. I co to znaczy, że sum ma żuć sos? Bulek zaśmiał się wyniośle. – Ależ mój drogi móżdżku wielkości orzeszka ziemnego! To przecież rzecz najprostsza pod słońcem. Jedno PLEH deszczu wystarczy, żeby zalać cały Paryż. Sumy grenlandzkie przypłynęły tam z Morza Północnego i śmigają między nogami paryżan, kiedy ci płyną do piekarni po 15


bułkę paryską do sosu, rozumiesz? Oczywiście to troszkę obrzydliwe, gdy sum zaczyna skubać i żuć bułkę, ale ani trochę niebezpieczne. – Dość tego, Bulku! – przerwała mu Lisa stanowczo. Bulek spojrzał na nią zdziwiony, ale posłusznie zamknął buzię. – Coś mi się tu nie podoba – upierała się Lisa. – Tak? – Bulek zmarszczył czoło. – A co? – Nie wiem, ale coś w tym jest. Weź na przykład ten znaczek. Nie wydaje ci się, że jest w nim coś dziwnego? – Nie. Muszę przyznać, że na widok prostokątnego znaczka z ząbkami i z jakimś poważnym panem na obrazku nie podskakuję na krześle ze zdumienia. – Ale zauważyłeś, co jest na tym znaczku napisane? – Nie – przyznał Bulek. Lisa znów podała mu kartkę. – Félix Faure – przeczytał Bulek. – Pewnie ten typek tak się nazywa. I jeszcze 1888. To pewnie rok. Fuj! – Fuj? – powtórzyła zdziwiona Lisa. 16


– Tak. Wyobraź sobie: jak można polizać znaczek, który ma ponad sto lat? – No właśnie. Ale czy twoim zdaniem ten znaczek wygląda na stuletni? Bulek uważnie przyjrzał się znaczkowi. I musiał przyznać, że Lisa ma absolutną rację. Bo znaczek poza tym, że zamókł, wyglądał na nowiusieńki. Kolory były żywe i ostre, brzegi wcale niezniszczone. – Może to chochlik drukarski – podsunął Bulek, tym razem już mniej pewny siebie. – Tak sądzisz? – spytała Lisa. Bulek pokręcił głową. – Coś tu wystaje – zauważył. – Wszystko jest postawione na głowie – stwierdziła Lisa. – Przed chwilą mówiłaś, że tyłem do przodu. – Co powiedziałeś? – zapytała Lisa. – To samo co ty. – To znaczy? 17


– Że wszystko jest tyłem do przodu – powtórzył Bulek. – No właśnie. – Lisa znów zabrała mu widokówkę. – No właśnie! Przyjrzała jej się jeszcze raz i aż jęknęła. – Co się stało? – zaniepokoił się Bulek. – Wy... wydaje mi się, że doktor Proktor jest w nie... niebezpieczeństwie – wyjąkała Lisa, nagle blada jak płótno. – Przeczytaj wszystko od tyłu. Bulek przeczytał. Wy też możecie to zrobić. Na przykład teraz. ... Już? Zrozumieliście? No dobrze. Bulek też nie zrozumiał. – TAM! SOS JUŻ MUS! – przeczytał na głos. – No to sos czy mus? – I dokończył: – HELP! RATUNKU, POTOP! – No właśnie. Właśnie to jest tu napisane – jęknęła znowu Lisa. – Musiało się stać coś bardzo, bardzo złego. – HELP! to po angielsku POMOCY! I wcale nie chodzi o żaden sos, tylko o s.o.s. A potop oznacza po prostu katastrofę.

18


– Owszem – potwierdził Bulek. – Doktor Proktor przegrał w szachy. – Nie w tym rzecz! – krzyknęła Lisa. – Czy ty nic nie rozumiesz? – Nie – przyznał Bulek i podrapał się w baczki. – Nie rozumiem na przykład, o co mu chodzi z tym TAM. Lisa w skupieniu wpatrywała się w widokówkę. – Spójrz na strzałkę – powiedziała w końcu. – Wskazuje na znaczek. Bulek włożył prawy palec wskazujący do lewego ucha i zaczął w nim z całej siły wiercić, mrużąc jednocześnie prawe oko. Tak mu się najlepiej myślało. To było trochę tak, jakby przekręcał kluczyk w stacyjce, jakby jego mózg zaczynał wtedy działać. Kiedy wyciągał palec z ucha, rozległo się głośne: plum! – Już mam! – oświadczył Bulek, z fascynacją wpatrując się w palec. – Ta kartka to zaszyfrowana wiadomość dla nas. Coś, o czym nikt inny nie może się dowiedzieć. Doktor Proktor wiedział, że taki bystrzak jak ja od razu się zorientuje, że coś się musi za tym kryć.

19


Lisa znów przewróciła oczami, ale Bulek najwyraźniej nie zwrócił na to uwagi. – TAM i strzałka wskazująca na znaczek – perorował dalej. – To znaczy, że dalszy ciąg wiadomości jest pod znaczkiem. Musimy go odkleić. – Ja to wiem już od dłuższej chwili – powiedziała Lisa. Bulek oddał jej widokówkę i westchnął z zadowoleniem. – Dobrze, że do odszyfrowywania sekretnych kodów mamy kogoś takiego jak ja, prawda?


Rozdział 2

PIWNICA DOKTORA PROKTORA

Ojciec Lisy, komendant, obudził się na kanapie ze smakiem papieru i farby drukarskiej w ustach. Jak zwykle zasnął z twarzą przykrytą gazetą i chrapał tak głośno, że poruszały się zasłonki w oknie, a ostatnią stronę, tę z prognozą pogody, przy każdym wdechu wciągał do ust. Spojrzał na zegarek i westchnął z zadowoleniem, kiedy stwierdził, że już niedługo będzie mógł iść spać. Ale najpierw kanapka z kurczakiem. Albo dwie. Cisnął gazetę na stolik, przerzucił wielki brzuch poza brzeg kanapy i w ten sposób stanął na nogi. – Hej, hej! – zawołał, wchodząc do kuchni. Lisa stała przy blacie. Obok niej, na krześle, stał Bulek, ich malusieńki sąsiad z tej dziwnej rodziny, która wiosną sprowadziła się na ulicę Armatnią.


Stojący przed nimi elektryczny czajnik trząsł się i drżał, i wypluwał dzióbkiem parę. – Powiedzcie mi, czy wy nie jesteście trochę za mali na picie kawy? – Komendant ziewnął. 22


– Aye, aye, il comandante – powiedział Bulek. – My wcale nie zamierzamy pić kawy. Komendant dopiero teraz zauważył, że Bulek przytrzymuje guzik tak, żeby czajnik nie mógł 23


się wyłączyć. A jego córka w kłębach wzbijającej się pod sufit pary trzyma coś, co przypomina widokówkę. – Co wobec tego robicie? – Idź stąd, tatusiu! – poprosiła Lisa. – Ha! Przecież to ja jestem tutaj komendantem – przypomniał komendant. – Chcę wiedzieć, co robicie. – Przykro mi, il comandante – odparł Bulek. – To taka wielka tajemnica, że gdybyśmy ją panu zdradzili, wiedziałby pan za dużo. A pan wie, co się robi z ludźmi, którzy wiedzą za dużo, prawda? – No co? – Komendant wziął się pod boki. – Obcina im się języki, żeby nie mogli mówić. I wszystkie palce u prawej ręki, żeby nie mogli pisać. – A gdyby się okazało, że jestem mańkutem? – spytał komendant. – No to miałby pan pecha, bo trzeba by obciąć palce i u drugiej ręki. – A gdyby wyszło na jaw, że umiem pisać, trzymając długopis w palcach nóg? – Ciach, ciach, obie nogi, il comandante! Przykro mi, branża szpiegowska to nieprzyjemna rzecz. 24


– Rzeczywiście – westchnął komendant. – Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – oświadczył Bulek. – Bez nóg można leżeć na kanapie aż do Wielkanocy, no i nie trzeba smarować nart, prać skarpetek ani zawiązywać sznurówek. – Coś w tym jest – przyznał komendant. – Ale co by było, gdyby mi przyszło do głowy, że mogę włożyć długopis do ust? Albo mrugając, nadawać sygnały alfabetem Morse’a? – Przykro mi, że przyszło to panu do głowy, il comandante. Bo trzeba by ją wtedy od razu uciąć. Komendantowi ze śmiechu trząsł się cały wielki brzuch. – Przestańcie się wygłupiać! – syknęła Lisa. – Tatusiu, wyjdź! To rozkaz! Komendant, kręcąc głową, opuścił kuchnię i Lisa wysunęła widokówkę z kłębów pary. Usadowili się z Bulkiem przy stole i Lisa najdelikatniej jak tylko mogła oderwała pincetką znaczek. – Udało się! – krzyknęła. – Skąd wiedziałeś, że para odkleja znaczki? – Ach, to po prostu elementarna wiedza o prowadzeniu śledztwa – odpowiedział Bulek, 25


ale tak naprawdę on też wyglądał na trochę zaskoczonego. – Tu, gdzie był znaczek, coś jest napisane, ale literki są za małe, żebym je mogła odczytać. – Lisa podniosła widokówkę do światła. – Może tobie będzie łatwiej. Jesteś przecież... hm... mniejszy. – A co to ma do rzeczy? – Bulek spojrzał na nią, unosząc jedną brew. Lisa wzruszyła ramionami. – Mniejsi ludzie noszą ubrania w mniejszych rozmiarach i wystarczą im mniejsze samochody, to może i litery mogą czytać mniejsze. – Pokaż! – mruknął Bulek. Zabrał Lisie widokówkę i zaczął mrużyć oczy. – Nic z tego – oświadczył w końcu i nie patrząc na Lisę, wyciągnął rękę. – Musi nam pomóc optyka. Lisa natychmiast podskoczyła do szuflady. Wzięła szkło powiększające mamy i włożyła je w otwartą dłoń Bulka. – Aha! – powiedział Bulek, kiedy już przeczytał to, co napisano pod znaczkiem. A napisano tak:

26


– Tak, tak, zrozumiano – wymamrotał Bulek i przesunął szkło powiększające odrobinę niżej.

27


W PARYŻU UDAJCIE SIĘ PROSTO DO PENSJONATU POMMES FRITES. KIEDY TAM DOTRZECIE... ...WIENIA, DOKTOR PROKTOR – Hej! – krzyknął Bulek. – Co to ma znaczyć? Pensjonat FRYTKI? A poza tym część tekstu zniknęła. – Woda go zmyła – szepnęła Lisa bez tchu, zaglądając mu przez ramię. – Jest tam coś więcej? Bulek przesunął lupę jeszcze niżej.

PS. KLUCZ DO LABORATORIUM UKRYŁEM W BARDZO ZMYŚLNYM MIEJSCU, A MIANOWICIE POD WYCIERACZKĄ. – Na co czekamy?! – krzyknął Bulek. – Na... wystrzał startowy! – krzyknęła Lisa. – Pif-paf! – krzyknęli chórem. Natychmiast poderwali się z krzeseł. Lisa wyjęła z ostatniej szuflady latarkę tatusia 28


i wybiegli na ulicę Armatnią. Ciemność i cisza spowiły już wszystkie ogrody i wszystkie drewniane domki. Kiedy przełazili przez płot otaczający najmniejszy domek, stojący w ogrodzie porośniętym najwyższą trawą, księżyc przyglądał im się z ciekawością. Przebiegli obok gruszy, zatrzymali się przy drzwiach do piwnicy i podnieśli wycieraczkę. W blasku księżyca rzeczywiście błysnął klucz. Wsunęli go do zamka starych, niepomalowanych drzwi, a kiedy go przekręcali, metal zazgrzytał ostrzegawczo. Znieruchomieli. – Ty pierwszy – szepnęła Lisa. – Nie ma problemu. – Bulek przełknął ślinę. Wziął głęboki oddech, a potem z całej siły kopnął w drzwi. Zawiasy zajęczały piskliwie. Buchnęła zimna piwniczna wilgoć, a nad ich głowami coś załopotało, ale szybko zniknęło w mroku nocy. Mogła to być nadzwyczaj duża ćma albo po prostu średnio duży nietoperz. – Groza – wyszeptała Lisa. 29


– I strach – dodał Bulek. Włączył latarkę i wmaszerował do środka. Lisa się rozejrzała. Nawet kochana grusza wyglądała tak, jakby sękatymi palcami czarownicy chciała sięgnąć po księżyc. Lisa mocniej otuliła się kurtką i czym prędzej weszła za Bulkiem. Ale jego nie było już widać. Nagle otoczyła ją grobowa ciemność. – Bulku! – szepnęła. Wiedziała, że kiedy człowiek po ciemku mówi głośno, czuje się jeszcze bardziej samotny. – Tutaj! – odszepnął Bulek. Lisa poszła za jego głosem i w końcu zobaczyła snop światła wskazujący coś na ścianie. – Znalazłeś mydło czasu? – spytała. – Nie – odparł Bulek. – Ale znalazłem największego pająka na całej półkuli północno-wschodniej. Ma siedem nóg i od dłuższego czasu nie golił łydek. A gębę ma taką wielką, że widać wargi. Spójrz tylko na tę bestię! Lisa zobaczyła na ścianie całkiem zwyczajnego i niezbyt dużego pająka.

30


– Siedmionogi peruwiański pająk ssący. Ogromnie rzadki okaz – wyszeptał Bulek z zachwytem. – Żyje z łapania innych owadów i wysysania im mózgów. – Mózgów? – Lisa popatrzyła na Bulka. – Myślałam, że owady nie mają mózgów. – Właśnie dlatego siedmionogi peruwiański pająk ssący jest taki rzadki – wyjaśnił szeptem Bulek. – Bo prawie nigdzie nie może znaleźć owadów, które by miały mózgi. – Skąd ty to wszystko wiesz? – spytała Lisa. – Napisano o tym w... – Nie mów! – przerwała mu. – W ZWIERZĘTACH, KTÓRYCH ISTNIENIA BYŚ SOBIE NIE ŻYCZYŁ. – Otóż to! Więc jeśli ty zajmiesz się szukaniem mydła czasu i klamerek na nos, to ja spróbuję złapać ten rzadki okaz. Zgadzasz się? – Ale mamy tylko jedną latarkę. – No to zapal światło.

31


– Świat... – zaczęła Lisa i westchnęła ciężko. – Dlaczego nie wpadliśmy na to od razu? – Bo wtedy nie byłoby tak strasznie, że aż przyjemnie. – Bulek poświecił latarką na wyłącznik przy drzwiach. Lisa go przekręciła i chwilę później piwnicę, w której powstawały wynalazki doktora Proktora, zalało białe światło. Stały tam kotły, parowary i wiadra, a na półkach zatrzęsienie słoików z rozmaitymi rodzajami proszków i chemikaliów. Mnóstwo metalowych rurek, szklanych rurek, plastikowych rurek i innych rurek. Na ścianie wisiała nawet stara strzelba z przymocowanym do lufy krążkiem hokejowym. A obok strzelby zdjęcie, które Lisa tak bardzo lubiła: młody doktor Proktor na motocyklu we Francji. W przyczepce siedziała dziewczyna, śliczna Juliette Margarin z długimi kasztanowymi włosami. Jego ukochana, miłość jego życia. Uśmiechali się i wyglądali na takich szczęśliwych, że Lisie zrobiło się ciepło na sercu. Doktor Proktor na jedynej poprzedniej kartce – przyszła z Paryża w czerwcu – pisał, że wpadł na ślad Juliette. Ciekawe, czy już ją odnalazł.

32


Spojrzenie Lisy przesuwało się dalej. W końcu zatrzymało się na prawie pustym słoiku z czymś truskawkowoczerwonym na dnie. Ale to nie czerwień truskawek przyciągnęła jej wzrok, tylko etykietka. Wyglądała tak:

MYDŁO CZASU

SPOSÓB UŻYCIA: WSYPAĆ DO WANNY CZASU NAPEŁNIONEJ WODĄ W TRZECH CZWARTYCH. JEDEN DECYLITR NA JEDNĄ PODRÓŻ JEDNEJ OSOBY DOROSŁEJ. ZACZEKAĆ DO PEŁNEGO SPIENIENIA, NASTĘPNIE ZANURZYĆ W WODZIE CAŁE CIAŁO I SKONCENTROWAĆ SIĘ NA MIEJSCU I CZASIE PODRÓŻY. UWAGA! PAMIĘTAĆ O WSTRZYMANIU ODDECHU. JESZCZE JEDNA UWAGA! KIEDY MYDŁO PRZESTAJE SIĘ PIENIĆ, PRZESTAJE TEŻ DZIAŁAĆ!

33


Lisa zdjęła słoik z półki i podeszła do dużej metalowej szafki z zardzewiałymi szufladami. Wyciągnęła tę z napisem WYNALAZKI NIEOPATENTOWANE i zaczęła przerzucać teczki, aż doszła do litery F. I rzeczywiście, znalazła pożółkłą teczkę z napisem: FRANCUSKA KLAMERKA NA NOS. Otworzyła teczkę, odwróciła ją do góry dnem i wypadły z niej dwa niebieskie i z pozoru całkiem zwyczajne niebieskie zaciski na nos. Instrukcji obsługi nie było. Schowała klamerki do kieszeni kurtki i zawołała: – Już znalazłam! Możemy iść! Odwróciła się i zobaczyła, że Bulek stoi na blacie z ręką zanurzoną w jakimś słoiku. – Co ty robisz? – Biorę trochę proszku prykonautów. – Bulku! Przecież ten proszek jest śmiertelnie niebezpieczny i absolutnie nielegalny. – No to podaj mnie do sądu – odparował Bulek. – Poza tym prykanie w normalnych ilościach jest zdrowe.

34


– W normalnych ilościach? Kiedy ostatnio zażyłeś łyżkę tego proszku, prykałeś tak mocno, że o mało nie poleciałeś w kosmos! – Przesadę zostaw mnie, bardzo cię proszę. – Bulek wsypał całą garść jasnoniebieskiego proszku prykonautów do malutkiej plastikowej torebeczki, a potem zawiązał ją na supeł i włożył do kieszeni. – Wyleciałem w powietrze na jakieś pięćdziesiąt metrów, czyli niezbyt wysoko w porównaniu z... hm... na przykład z wieżą Eiffla. Ty jesteś dziewczynką, dlatego nie masz skłonności do prykania. Wam się nie udaje puścić nawet maleńkiego bączka. – Bulek zademonstrował średnio dużego bąka. – Słyszałaś? – zapytał.– Teraz ty. – Phi! – prychnęła Lisa. – Ja też prykam, ale tylko wtedy, kiedy to absolutnie konieczne. – Moja droga panno słodko prykająca! – Bulek starannie zakręcił pokrywkę słoika i zeskoczył na podłogę. – Założę się o tonę zlepionych landrynek, że NIGDY nie zdołasz puścić bąka, którego usłyszałoby ludzkie ucho. Wybuchowe prykanie pozostaw nam, chłopakom.


36

Doktor Proktor i wanna czasu, Jo Nesbo  
Doktor Proktor i wanna czasu, Jo Nesbo  
Advertisement