Issuu on Google+

W KRAINIE ORLIKA Z GRUBYM DZIOBEM Rozdział 1 Tam Gdzie Mieszkają Diabły.

A było to w maju, gdy kwitły bzy… Nie, nie. Zaczęło się bowiem zupełnie inaczej.

Kiedy pierwszy raz trafiłem w gościnne „progi” biebrzańskich bagien, był pamiętny grudzień 1981 roku. Mała wioska zagubiona pośród łąk wyglądała tak, jakby czas się w niej zatrzymał. W całym kraju został właśnie ogłoszony stan wojenny, godziny policyjne, ulice przemierzały patrole ZOMO i milicji, a tu - normalne życie. Stare drewniane chałupki w dużej mierze kryte słomą, tak zwane strzechy, wtapiały się w piękno biebrzańskiego krajobrazu. Na łąkach obsypanych śniegiem widniały liczne stogi siana tak bardzo podkreślające wyjątkowy charakter tej pięknej krainy.


Poczułem się wolny. Odetchnąłem czystym, mroźnym powietrzem i kiedy już miałem ruszyć w tę dziką przestrzeń, aby odkrywać jej małe i duże tajemnice, w tej samej chwili usłyszałem za plecami głos. - Ej ty, człowieku ! Ty chyba jesteś jakiś dziki albo co… Gdzie ty z tym kijem chcesz iść? Odwróciłem się i zobaczyłem starszego sympatycznego i bardzo charakterystycznego gospodarza. – Tam dalej to już koniec świata, same krzakocie, bagna i las, a w nim to i wilki głodne – ostrzegał przyjaźnie. - Wilki? – zapytałem z zaciekawieniem. – To super! Ja właśnie za tymi wilkami - ciągnę ciekawą rozmowę. - A powie mi pan łosi jest dużo? - Łosi, to pewnie jest więcej jak krowów we wsi. Nieraz widać jak przelatują miedzy stogami. - A inne zwierzęta? Pytam z zainteresowaniem. -Panie kochany, tam są różne cudaki i rozmaitości świata… Rozmowa zaczęła mnie wciągać. A że było bardzo mroźnie, gospodarz zaprosił do domu aby się ogrzać.

Klimat w starej drewnianej chałupie był nie do opisania. Jakby z innej epoki. Jak z „Chłopów” Reymonta bądź z „Konopielki„ Redlińskiego. Duża kuchenna izba z charakterystycznym piecem kaflowym i tzw. zapieckiem. Przy ścianie stał stary kredens a obok szlaban, pełniący role ławki i łóżka. Nieoheblowana podłoga z szerokich desek miała liczne ślady życia tego domu. W centralnym miejscu izby znajdował się obowiązkowo ołtarzyk ze świątkami. Grube sufitowe belki, częściowo rzeźbione przez korniki pobielone były wapnem. Pomiędzy nimi zwisała swobodnie mała żarówka na której zgromadziło się mnóstwo pajęczyn. W rogu przy piecu stało wiadro z wodą, blaszany kubek i stara miska do kąpieli. Na zapiecku siedziała, kołysząc się, starutka matka gospodarza, a na szlabanie - zaciekawieni gościem dwaj młodzi chłopcy.

Zdjąłem swój kożuch, pod którym na piersi wisiał aparat fotograficzny. Oczywiście wzbudził wielkie zainteresowanie. - A ja myślałem… – ciągnął gospodarz - że ty, to może jakiś dziki, bezdomny człowiek. Wędrujesz w starym kożuchu i z takim kijem, a tu proszę, ty uczony i kamerujesz.-Uczę się dopiero tego kamerowania - odpowiedziałem grzecznie. A najbardziej to interesują mnie zdjęcia dzikich zwierząt. – Mówisz, że zwierzęta te w lesie?


–Tak - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - A ptaki?? – Ptaki oczywiście także, bardzo je lubię. – To musisz koniecznie przyjechać tu na wiosnę. Jest dużo bocianów , żurawiów, czajków… A na lesie to siedzi nawet oreł - mówił z dumą gospodarz. – Widział pan prawdziwego orła? - pytam z ogromnym zaciekawieniem. - Nie wiem czy to prawdziwy oreł , czy tylko podorlak… A może to jakiś tam inny duży siul. Ale gniazdo to ma wielkie. Takie jak bocian - kontynuował gospodarz. - I pewnie jak tylko bagno lepiej zamarznie, zaprzęgnę kobyłke i pojadę saniami po drzewo, to zrobię porządek i z tym gniazdem. Może się wreszcie wyniesie i na wiosnę nie będzie brał kur… -To ja się chętnie tam z panem zabiorę. Odpowiedziałem . - Oglądnę to gniazdo, tego podorlaka, a i przy drzewie pomogę - zaproponowałem. Umowa stoi ? Po krótkim namyśle gospodarz wyraził zgodę. Podaliśmy sobie ręce. - A teraz pójdę trochę w teren bo zimą szybko się ściemnia. Może zobaczę jeszcze jakiegoś łosia. Żegnałem się z gościnnymi mieszkańcami chaty, gdy w ostatniej chwili, tuż przed wyjściem z domu, stara babuleńka odezwała się do mnie prosto z zapiecka. - Ty nie idź w te kusty, bo tam w nich daleko siedzi diabeł i może cię już nie wypuścić… A jeśli już tam poleziesz i ci się uda wrócić to przynieś nam dzika. – Jak to dzika? – zapytałem zaskoczony. – Nie wiesz jak? – Babka odpowiedziała całkiem poważnie. - Normalnie w worku…

Te słowa utkwiły mi w pamięci. Zawsze kiedy idę w te strony, ciepło wspominam tych dobrych ludzi. I nigdy nie lekceważę mieszkającego tam diabła i innych prawowitych mieszkańców bagien…


Rozdział 2 W Poszukiwaniu Orlich Gniazd

Zima była w pełni . Piękna klacz, nazywana przez gospodarza „Siwa” żwawo ciągnęła prostej konstrukcji sanie. Rolek - tak miał na imię właściciel - z wielkim kunsztem i znajomością terenu prowadził dereszkę w sobie tylko znajomym kierunku. Mijaliśmy stogi, które jak piramidy Majów wyrastały z rozległych, na poły dzikich łąk. Przeuroczy krajobraz. Koń z radością pochrapywał, wyrzucając z pod kopyt biały puszysty śnieg, a mój przewodnik opowiadał, jak było tu w partyzantce w czasie wojny i zaraz po niej. I tak przy miłej rozmowie, dotarliśmy do lasu. Brzeziny zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Brzoza przy brzozie. Jak biała armia strażników lasu… Po kilkuset metrach las zaczął zmieniać swój charakter. Brzeziny ustąpiły miejsca olchom z dużą domieszką sosny. Na granicy biotopów Rolek z pewnością siebie i znajomością terenu, zatrzymał konia, aby po chwili zmienić kierunek jazdy. Po następnych dwustu metrach wyciągnął rękę i pokazał palcem wielkie gniazdo na sośnie. Zadowolony z siebie ,wesoło uśmiechnął się i powiedział: – I co? A nie mówiłem? Jest gniazdo? Mieszka u nas oreł albo podorlak, czy nie?! Gniazdo robiło wielkie wrażenie. Jak na warunki bagienne, było bardzo duże – miało mniej więcej półtorametrową średnicę i prawie dwa metry wysokości. Faktycznie, konstrukcja sugerowała, że było orle. Z radością podziękowałem Rolkowi:


– Masz rację to może być tylko oreł lub podorlak - poinformowałem dumnego gospodarza, nie poprawiając tutejszej gwary. -To co tniemy? - Podstępnie zapytał mnie, wyciągając jednocześnie długą zębatą piłę. - No co ty, Roluś…- odparłem błagalnym głosem. - To może być bardzo rzadki ptak, żywy pomnik przyrody. A na wiosnę, chcę go zobaczyć i zrobić zdjęcia… A poza tym, pomyśl – kontynuowałem - jakbyś się poczuł, gdyby zniszczono ci dom? Po chwili namysłu, gospodarz odpowiedział smutnym głosem. - Masz racje młody człowieku. Przeżyłem już to jak Niemcy w wojnę spalili nasze zabudowania… Masz rację… I tak piękne stanowisko lęgowe ocalało. Tym razem i ja byłem z siebie dumny… Wróciliśmy do wsi z saniami pełnymi drzewa. Oboje zadowoleni z wyprawy do lasu. Kiedy potem dotarłem już do domu w Augustowie, ciągle myślałem o gnieździe i jego tajemniczym mieszkańcu . Nocą śniły mi się różne ptaki, które miały chęć zasiedlić to stanowisko lęgowe. Byłem zauroczony tym niezwykłym, rozległym, dzikim i pięknym terenem. Ile tajemnic kryją w sobie te bagna, ten las? Postanowiłem, że w miarę swoich możliwości odkryję chociaż niektóre z nich, choć cząstkę tej zaczarowanej krainy…. W połowie stycznia ponownie odwiedziłem znajomą rodzinę u wrót „Czerwonego Bagna”. Tym razem zostałem na dłużej. Rolek z synami i starą matką, chętnie przyjęli mnie pod swoją strzechę. To też było wielką przygodą. Możliwość obcowania z tymi pięknymi ludźmi, podglądania ich codziennego, jakże odmiennego życia, słuchania niesamowitych opowieści o łosiach, wilkach, bobrach, o wojnie a nawet o Duchu Biebrzy… Poznałem wiele sekretów i tajemnic, ale to temat na oddzielną książkę. Każdego dnia wychodziłem poznawać nowy, magiczny, nieznany świat i odkrywałem wiele wyjątkowych miejsc. Zawsze z wielkim szacunkiem dla przyrody oraz prawowitych mieszkańców lasu i Ducha z ” Czerwonego Bagna”. To wszystko zaowocowało ciekawymi znaleziskami. Po tygodniu penetracji odnalazłem aż 9 dużych, ładnych gniazd. W maju, mogłem już się przekonać jak cenne były to odkrycia. A były wśród nich: czarne bociany, orzeł bielik, orzeł przedni (tak, tak, z początkiem lat 80 ten ptak miał jeszcze stanowisko lęgowe w środkowym basenie Biebrzy), a także gołębiarz, orlik krzykliwy i nasz bohater - orlik grubodzioby nazywany przez miejscowych, podorlakiem. Prawdziwe bowiem orły według ich rozumowania żyją tylko w górach. Wilki i łosie towarzyszyły mi nieraz podczas tych wieloletnich wypraw, a Duch z Czerwonego Bagna zawsze otaczał troskliwą opieką. Dziękuję Mu za to…


Rozdział 3

Spotkania Z Orlikiem Grubodziobym

W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Przyszła wiosna. Po słomianych strzechach wesoło ćwierkały wróble. Biebrzańskie pola i łąki ożyły gwarem niezliczonych ptaków. To była najwspanialsza orkiestra świata. A w maju… Nie zapomnę jak pięknie pachniało tu bzami. To był najlepszy czas na odwiedziny orlich gniazd. Pamiętałem o każdym znalezionym skarbie. Jednak największą ciekawość wzbudzało te, które pokazał mi znajomy gospodarz Rolek. Dotrzeć do niego o tej porze roku nie było łatwo. Zatopione dzikie łąki turzycowate wciągały niebezpiecznie nogi skutecznie blokując swobodę poruszania się. Podobnie było w lesie. To samo błoto i zimna woda wlewająca się przez kalosze, a do tego miliony komarów i gryzących much „umilały” wędrówkę. Nie było łatwo ale dotarłem. Dotarłem pod samo gniazdo. Las tętnił życiem, wokół koncerty. Kto zagra ładniej, kto ładniej zaśpiewa, zagwiżdże, zatańczy. Słyszałem też bicie. Było to bicie mojego własnego serca, kiedy z wielkim przejęciem podchodziłem do tego niezwykłego miejsca do domu orła. A tu rozczarowanie.


Ani na niebie, ani na gałęziach drzew, nigdzie nie widać tych ptaków. Smutny, pomyślałem, że to tylko mit, że one tu naprawdę żyją . I gdy już miałem odchodzić, stuknąłem zupełnie wtedy nieświadomie swoim kijem w pień drzewa na którym była budowla. W tej samej chwili z gniazda zerwał się potężny ptak i zaczął krążyć nad drzewem. Byłem tak blisko, a on był taki wielki, piękny, niesamowity. Znieruchomiałem oczarowany jego urokiem, jego dzikością, jego dostojnością. To był on, mój pierwszy orlik , podorlak , jaki śliczny. Nie ukrywam, że byłem szczęśliwy a łzy same popłynęły mi po policzkach… Miałem wtedy 18 lat i wielkie pragnienie by zostać ich przyjacielem, poznać dokładnie życie tych ptaków, spędzić z nim cząstkę mojego i ich żywota. To był naprawdę orlik grubodzioby. Jak się później okazało, poprawnie oznaczyłem go po ciemnej sylwetce i pokrywach skrzydłowych, które były wyraźnie ciemniejsze od lotek pierwszego i drugiego rzędu. Ptak ten był wówczas najrzadszym przedstawicielem orłów w naszym kraju. Populację szacowano na zaledwie 2 -3 pary lęgowe. Niewiele było informacji o jego życiu. Miałem to szczęście być jednym z pierwszych w Polsce, który w jakimś stopniu zgłębił tajemnice jego fizjologii i zrobił pierwsze dokumentacje zdjęciowe tego gatunku ptaka . A nie było to proste… Fotografowanie przyrody różniło się od dzisiejszej techniki cyfrowej. Prostej konstrukcji aparaty sprawiały częste niespodzianki. Brak automatyki, precyzyjnych pomiarów światła, auto-fokusów, zdalnego sterowania przy pomocy fotokomórek i wszystkich innych obecnych nowinek technicznych i udogodnień na pewno nie ułatwiało pracy. Podstawą było poznanie warsztatu fotograficznego od podstaw. Negatywy, pozytywy, temperatury barwowe, rodzaje wywoływaczy i utrwalaczy. Koreksy, powiększalniki, gradacje papieru i umiejętność ich dobrania odpowiednio do warunków pogodowych. Ograniczona czułość filmów i praca w ciemni było nie małym wyzwaniem, aby pokazać to piękno, zamknięte na negatywie. Pokazać możliwie najdokładniej, a jednocześnie z duszą i walorami artystycznymi. Fotografowało się często nie na tym, na czym chciałoby się, a na tym co było dostępne w danej chwili. Czasy stanu wojennego nie były łatwe. Na półkach totalny brak wszystkiego, nie tylko żywności czy paliwa, które to rzeczy były na kartki ale także i materiałów fotograficznych. Jak często stało się za tym towarem po nocach w kolejkach, by dostać kilka filmów aby uwiecznić na nich „moje” orliki i inne tematy świata przyrody. Powróćmy jednak na Czerwone Bagno. Pierwszą obserwacyjną czatownię zbudowałem dla bezpieczeństwa lęgu na ziemi (jeszcze przed przylotem z zimowisk). Priorytetową bowiem sprawą była troska o tego ptaka, a nie o dobre zdjęcia. Wybrałem na to wykrot zwalonego drzewa. Schronienie dokładnie wkomponowało się w otoczenie, a orliki szybko


zaakceptowały mój nowy domek. Spędziłem w nim wiele dni i już po pierwszym sezonie byłem znacznie bogatszy w wiedze o tym „drapolu”. Nie będę tu opisywał dokładnie całej biologii, anatomii, fizjologii i behawioru tego gatunku bowiem na pewno dużo lepiej zrobili to dzisiejsi specjaliści, wykształceni ornitolodzy i biolodzy mający do dyspozycji wiele nowoczesnych urządzeń w postaci nadajników czy kamer przy gniazdach. Uważam, że ludzie ci wykonali i wykonują naprawdę dobrą i wielką pracę dla ochrony tego pięknego, ginącego ptaka. A razem z nim dla ochrony całej przyrody Biebrzy. Tym niemniej, chętnie podzielę się swoimi obserwacjami, które mogą być nieco odmienne od tego co podaje dzisiejsza literatura i nauka. Tym samym, może to rzucić nowe światło na niektóre zagadnienia dotyczące życia tych orłów. Przesiedziałem bowiem kilkaset godzin na przestrzeni kilkudziesięciu lat w ukrytych domkach na ziemi i wysoko na drzewach, oko w oko z orlikami. W pogodę i niepogodę, razem z komarami, kleszczami oraz innymi mieszkańcami lasu. W znajomej czatowni, w wykrocie drzewa swoją misterną kulę jako gniazdo uwił malutki strzyżyk, który na tyle zaakceptował moją osobę, że bez żadnych obaw karmił swoje pisklęta i często przesiadywał z zadartym ogonkiem na pryzmacie mojego Pentaconsix (aparat fotograficzny). Nieopodal czatowni klępa założyła swoje gniazdo w którym powiła dwa młode łoszaki. Pobliskie gniazda żurawi także nie należały do rzadkości. Las tętnił normalnym niezakłóconym życiem. A co u orlików? Sielanka, zgodne małżeńskie życie. Aż miło było popatrzeć. W okresie wysiadywania jaj czynnością tą głównie zajmowała się samica która jest wyraźnie większa od samca. Jednak nie można było uznać tego za schemat czy regułę. Bywały dni kiedy samiec ciągle przynosił pokarm swojej partnerce, ale też nie brakowało takich, kiedy wysiadywanie jaj odbywało się z regularnymi pełnymi zmianami partnerów na gnieździe. I chociaż procentowo samica zajmuje się tym na pewno częściej, to nie wykluczałbym z tej funkcji taty orlika. Czym odżywiają się orliki? Największy procentowo udział pokarmowy jaki zaobserwowałem to zdecydowanie gryzonie. Myszy i norniki oraz karczowniki. Na drugim miejscu postawiłbym na gady i płazy, a w nich różne gatunki żab, zaskrońce i jaszczurki. Czasami przylatywały do gniazda także z upolowanymi ptakami, wśród nich derkacze, czajki, bekasy, z większych rycyk i krzyżówka. Były też dni kiedy regularnie przynosiły do gniazda łasice, a w jednym wypadku był także gronostaj. Ciekawostką może być fakt


przyniesienia przez orlika całkiem sporego kawałka łosia. Wywnioskowałem z tego, że ptaki te mogą korzystać także z padliny. W sprzyjających warunkach siedliskowych bogatych w stare drzewostany (o które trudno na terenach bagiennych) orliki, podobnie jak inne ptaki szponiaste mają na wymianę dwa domostwa, które co kilka sezonów lubią wymienić z racji pasożytów gniazdowych. W budowie biorą udział oba ptaki. Największe z gniazd jakie zasiedliły miało imponujące rozmiary – co najmniej 1,5m średnicy i ok. 2 metrów wysokości. Zamieszkiwały je przez wiele sezonów, chociaż po dzień dzisiejszy nie jestem pewien, czy głównym budowniczym tej dużej konstrukcji nie był bielik lub orzeł przedni. Ptaki te gnieździły się w tym samym czasie dużo głębiej na lesie. Orliki przywiązują się bardzo do swoich gniazd, do biotopu jaki zasiedlają, do ulubionych terenów łowieckich. Pamiętam jak w 1984 roku, ptaki te po przylocie z zimowiska zastały swoje ulubione mieszkanie zajęte przez puchacze. Te wielkie, silne sowy tak upodobały sobie nowe lokum, że nie dopuściły prawowitych mieszkańców do ponownego jego zajęcia. Orlik, choć w większości wypadków dość sprawnie potrafi przeganiać intruzów nawet wielkości puchacza (co również w innych miejscach miałem przyjemność oglądać) tym razem dał za wygraną . Jednak co najciekawsze, swoje nowe gniazdo założył w bliskim sąsiedztwie – maksymalnie w odległości 40m - od starej posiadłości. Oba gatunki tolerowały siebie wzajemnie i szczęśliwie wyprowadziły bezstratnie potomstwo. Muszę tu dodać, że nie był to odosobniony przypadek w świecie przyrody. Spotykałem bowiem przez lata mych obserwacji sytuacje gdzie puchacz gnieździł się na ziemi przy pniu drzewa w odległości zaledwie 4 metrów od gniazda żurawi z równie pozytywnym zakończeniem lęgów. Innym razem obserwowałem w kolonii czapli gniazdo kobuza i kani rudej. Drapieżniki te również były tolerancyjne i wyrozumiałe dla swoich sąsiadów. Nie, nie - wilka z sarną lub zającem do tej pory nie spotkałem, ale kto wie jakie niespodzianki i tajemnice kryje w sobie dzika przyroda! Wracając do orlików i ich gniazd. Ciekawostką jaką zauważyłem było wyściełanie przez ptaki gniazd świeżymi gałązkami. I nie chodzi tu o samą wyściółkę, co o pewna logikę. W gniazdach na sosnach wyściółką były gałązki z brzóz lub olch. Natomiast gniazda które zbudowane były na brzozach i olchach częściej miały do tego celu używane gałęzie świerkowe. A co ciekawsze bywało, że nie zawsze ten świerk był tak łatwo dostępny w zasięgu ręki. Nie sądzę, aby miało to związek z fizjologią tych ptaków ale daje do zrozumienia, że podobnie jak my ludzie, także i różne osobniki tego samego gatunku ptaka mogą mieć odmienne upodobania choćby w wystroju wnętrz.


Po okresie ok. 40dni wysiadywania jaj, wykluwają się pisklęta. Ich puch jest w odcieniu popielato-czarnym, czym także różnią się od swoich kuzynów orlików krzykliwych mających znacznie jaśniejsze ubarwienie, bardziej beżowe niż popielate. Także dzioby grubodzioby maja wyraźnie mocniejsze niż krzykliwi pobratymcy. Co najmniej dwa pierwsze tygodnie po wykluciu się z jaj, orliki bardzo pilnie strzegą bezpieczeństwa swoich dzieci. Zauważyłem, że główną rolę w tym okresie pełni samica. Siedzi zawsze blisko gniazda, lub na bocznych gałęziach a najdalej na sąsiednich drzewach skąd doskonale obserwuje ewentualne zagrożenia. Jednym z ulubionych miejsc obserwacyjnych był dach mojej nadrzewnej czatowni. Za każdym razem kiedy orliki pojawiały się na nim, serce mi zamierało. Bałem się nawet oddychać, aby nie spłoszyć tych niezwykłych ptaków. To było niezapomniane uczucie być tak blisko nich. Gdy orlikowa pani pilnowała, samiec w tym czasie zajmował się polowaniem. Przynosił pokarm zarówno dla samicy jak i dla potomstwa. Czasami bywało, że dostarczał pożywienie partnerce, a ona następnie przekazywała je dalej. W kolejnych tygodniach rozwoju młodego orlika samiec miał już coraz większy udział przy pilnowaniu orlika (orlików), wyręczając co pewien czas swoją żonę przy tej czynności. Tym samym dawał jej możliwość rozprostowania skrzydeł oraz nie zatracenia umiejętności i wprawy w samodzielnych łowach. Ogólnie muszę tu przyznać, że ptaki te tworzą bardzo zgraną opiekuńcza rodzinkę. W czasie wielkich upałów, gdy słońce bezpośrednio padało na gniazdo osłaniały młode swoim cieniem, a w wietrzne i deszczowe dni otulały je ciałem chroniąc od przemoczenia i wyziębienia. Nasuwa się jedno określenie- harmonia życia. Gdy młody ptak lub – rzadziej - młode ptaki dorastały, rodzice polowali już jednocześnie i intensywnie aby dostarczyć im maksymalnie dużo pożywienia. A apetyt rósł w miarę dorastania bardzo szybko. W momencie kiedy orlikowa młodzież zaczyna odczuwać głód, charakterystycznym donośnym głosem nawołują dorosłych. Przy małej wprawie i dobrym słuchu można te ich nawoływania usłyszeć z dobrych kilkuset metrów. A będąc kilka metrów od młodych orlików… – przydałyby się czasami zatyczki do uszu. Z pełną świadomością piszę tu niejednokrotnie o dwóch młodych ptakach w lęgu . Oczywiście, doskonale wiem co piszę, a co podaje literatura i badania naukowe na temat kainizmu u orlików, gdzie silniejsze pisklę zabija zawsze słabsze rodzeństwo. Zgadzam się. W większości wypadków odchowuje się tylko jeden młody ptak. Wyjątek nie musi też stanowić reguły. Jednak chciałbym tu dodać, że na przestrzeni ponad 30 lat moich obserwacji orlików kilka tych wyjątków było. Jeden z nich może potwierdzić mój przyjaciel, który w latach 80tych był ze mną przy jednym z gniazd. Było to Tomek Michałowski – znany obecnie operator filmowy (miedzy innymi cyklu „Dzika Polska”). Inna obserwacje miał Wojtek Król – inspirator, założyciel i pierwszy prezes Komitetu


Ochrony Orłów. A ja sam „Stary Indianin” drepcząc od tylu już lat po tej Orlikowem ziemi spotkałem się z takim pomyślnym lęgiem jeszcze kilka razy . A wiec nie można już mówić o pojedynczym ewenemencie. Prawdziwie dzika, nienaruszona przyroda rządzi się często swoimi niewytłumaczalnymi prawami, których my ludzie nigdy do końca nie zgłębimy zamykając fizjologię zwierząt w ramy i schematy. Od dziesiątek lat obserwując i fotografując jej piękno, nauczyłem się nie używać zbyt często słowa „zawsze” przy omawianiu życia różnych gatunków zwierząt. Nie zawsze bowiem wilk alfa musi być tym najsilniejszym w stadzie. Nie zawsze klępa czy łania wybiera na partnera zwycięskiego byka. Nie zawsze zwierzęta w obrębie tego samego gatunku zachowują się tak samo…

I za to Ci Przyrodo bardzo dziękuję. Za nieobliczalność, oryginalność i tajemnicę które chcę dalej odkrywać przy Twoim udziale. Za te wszystkie piękne lata, godziny i chwile przeżyte w krainie wilka, łosia i orlika z grubym dziobem. Chylę przed Tobą swe czoło…


Rozdział 4 Wojtek Król i Komitet Ochrony Orłów

Większość ze swoich obserwacji przeprowadzałem indywidualnie. Z natury bowiem jestem samotnikiem i w pojedynkę zawsze najlepiej mi się pracowało. Doskonale jednak wiedziałem, że w końcu warto byłoby wszystkie te znalezione przeze mnie skarby w postaci stanowisk lęgowych rzadkich ptaków drapieżnych( obecnie szponiastych) przekazać i skonsultować ze specjalistami, z zawodowymi ornitologami. I tak z początkiem lat osiemdziesiątych nawiązałem kontakt ze Stacją Ornitologiczną w Gdańsku – Gorki Wschodnie. To był strzał w dziesiątkę. Poznałem tam fajnych, kompetentnych ludzi, którzy z ogromną pasją prowadzili badania nad ptakami. Zafascynowały mnie ptaki szponiaste. Głównym specjalistą od orłów i orlików był Wojciech Król. Inspirator, założyciel i pierwszy prezes Komitetu Ochrony Orłów, doskonale działającej po dzień dzisiejszy organizacji chroniącej i badającej wszystkie duże ptaki szponiaste. Od tej pory wszystkie ciekawostki i każde stanowisko lęgowe konsultowałem z tym ornitologiem. Bardzo ceniłem też sobie ogromną wiedzę tego człowieka na temat ptaków. A orliki były jego ulubionymi.


Szybko nawiązało się miedzy nami koleżeństwo. Wojtek przyjeżdżał do mnie. Oglądał wszystkie z moich skrzydlatych skarbów. Do orła przedniego, dołączył także inny ostatni Mohikanin - gadożer. Obserwowaliśmy wspólnie wiele stanowisk lęgowych. Obrączkowaliśmy te ptaki, ważyliśmy i mierzyliśmy. To była wielka przygoda i satysfakcja. Robiłem coś dobrego dla przyrody. Wojtek Król nigdy nie przypisywał sobie zasług przy rzadkich ptakach, które wyszukiwałem. Zawsze zaznaczał, że dzięki mojej osobie można było rozpocząć badania nad orlikiem grubodziobym. Zapraszał mnie na spotkania, zjazdy i sympozja ornitologiczne. Stałem się także członkiem Komitetu Ochrony Orłów. Dzięki temu naprawdę wiele się nauczyłem i za to jestem niezmiernie wdzięczny Wojtkowi. Za jego wiedzę jaką mogłem czerpać. Za prawdziwe uczciwe koleżeństwo. Gdziekolwiek byś teraz nie był bardzo Ci za to dziękuję… Tak się szczęśliwie dla mnie złożyło, że moje zdjęcia orlika grubodziobego, stanowiły wówczas pierwsze dokumentacje fotograficzne w Polsce, pozwalające na dokładne pokazanie różnic pomiędzy obydwoma gatunkami orlików – krzykliwych i grubodziobych. Fotografie te ukazywały się także w rożnych znanych zachodnich magazynach ornitologicznych i przyrodniczych. I tak razem z orlikiem grubodziobym zaczęła się tez moja wielka przygoda z fotografia przyrodniczą . Przygoda, która trwa po dzień dzisiejszy… Nie mogłoby być też inaczej gdybym daleko miał żyć i mieszkać od tej cudownej biebrzańskiej ziemi. Los tak szczęśliwie pokierował, że właśnie tu na granicy Czerwonego Bagna od wielu już lat stoi „Dom Trapera” nasza

leśna chata w miejscu gdzie żyje łoś,

wilk i orlik z grubym dziobem… Copyright by - Darek Karp Czerwone Bagno, Biebrza Dom Trapera 10 lipca 2012r. www.biebrzafototraper.pl Zdjęcia Darek Karp


W krainie Orlika z grubym dziobem