__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1


Sowa Na początku była


Sowy to jedne z najstarszych ptaków. Są na Ziemi od ok. 60 milionów lat! Przez cały ten czas doskonaliły swoje zmysły, ostrzyły dzioby i pazury oraz poprawiały pióra, aby zapewnić sobie jeszcze doskonalszy kamuflaż. Ich prawdziwymi krewnymi nie są dzienne ptaki drapieżne (zwane dzisiaj przez specjalistów szponiastymi), lecz skromne lelki. Podobieństwo sów do typowych drapieżnych jest jedynie efektem konwergencji, czyli sytuacji w której genetycznie odległe od siebie organizmy, żyjąc w podobny sposób i w podobnym środowisku, upodabniają się do siebie wyglądem. (Na przykład ryba – pingwin – delfin – foka.) Dzisiaj na całym świecie żyje około 205 gatunków sów. Ostatnią odkryto dla nauki na indonezyjskiej wyspie Sumba w 2001 roku i nazwano Motacilla samveasnae. To po łacinie. Po polsku – Sowica Szarolica. Sowy żyją wszędzie z wyjątkiem Antarktyki. Żywiołem zdecydowanej większości z nich jest noc. Sowy są wyjątkowe pod wieloma względami. Być może jednak najbardziej niezwykłe jest to, że ktokolwiek którąś z nich zobaczy – dziecko czy dorosły, na żywo lub na zdjęciu, prawdziwą czy nawet bardzo odległą od rzeczywistości kreskówkę – nie ma wątpliwości, że ma do czynienia z sową. Sowa, to jedyne dzikie zwierzę (być może jedyne zwierzę w ogóle), które każdy człowiek potrafi zidentyfikować. Sowa była pierwszym ptakiem rysowanym przez ludzi, kiedy ci zamieszkiwali jeszcze jaskinie i walczyli o ogień. Jako jedyna pojawiała się w towarzystwie takich

Puszczyk Uralski na polowaniu. Bieszczady. Fot. Mateusz Matysiak

olbrzymów jak mamuty, tury, konie czy niedźwiedzie. Według dostępnej wiedzy, pierwszą narysowaną sową była najprawdopodobniej Uszatka, która ok. 30 tysięcy lat temu została uwieczniona na ścianach jaskini w Chauvet we Francji. Okazuje się, że współcześni ludzie zachowują się inaczej w towarzystwie sów, niż w towarzystwie innych zwierząt. Sowy od pradziejów budzą emocje. Międzykulturowy, ogólnoludzki fenomen! Okrągła głowa z wielkimi, frontalnie położonymi oczami i niezwykłą ekspresją do złudzenia przypomina ludzką twarz. Do tego wyprostowana sylwetka, dziób, jak nosek, zabawne uszy (ale nie u wszystkich!), piękny rysunek na miękkich jak przysłowiowy jedwab piórach i ten nieziemski spokój... Proporcjonalnie wielkie oczy, charakterystyczne dla dzieci i bohaterów kreskówek, takich jak Myszka Mickey, zwykle budzą pozytywne emocje i odruchy opiekuńcze – nawet u zwierząt. Drapieżnym, nocnym sowom to się jednak nie udało. O ile zachodnia kultura w większości oswoiła się już z sowami, a ostatnio nawet obdarzyła je wielkim zainteresowaniem i sympatią, to w innych częściach świata mroczne wierzenia i okrutne praktyki są dzisiaj tak samo żywe, jak przed wiekami. Mimo to, poza regionalnymi spadkami, czego nasz kraj jest smutnym przykładem, według oficjalnych cenzusów, 180 gatunków w licznej rodzinie sów nie jest dzisiaj zagrożonych. Jest to niezwykły wynik na tle innych grup ptaków. Kilka gatunków sów ma też ogromne zasięgi występowania, a ich globalne populacje liczą po kilka milionów ptaków, co współcześnie jest już wielką rzadkością. Najwyraźniej pomysł na nocne życie, w świecie kompletnie zdominowanym przez potrzeby dziennych z natury ludzi, okazał się dobrą strategią na przetrwanie. Pozostaje nam mieć nadzieję, że dopóki nie zabraknie pożywienia, tj. nie wszystko zatrujemy i nie zabetonujemy całej Ziemi, mądre sowy wciąż będą pohukiwać z mroków nocy.

2|3


Czy te oczy mogą Niekoniecznie okrągłe

Oczy sów są tak wielkie, że ich gałki oczne przestały być… okrągłe. Okazuje się, że kształt, który ukrywa się za hipnotyzującym nas spojrzeniem, nie jest kulą, ale raczej rozszerzonym i zaokrąglonym na końcach walcem. Taka budowa oczu umożliwia wydłużenie ogniskowej i sprawia że oko działa jak teleobiektyw. Oczy sowy zbudowane są jak lornetka i jak lornetka działają – powiększają obraz! W szkieletach niektórych gatunków dostrzeżemy też wyraźnie zaznaczone kostne wypustki wokół oczodołów, które zapewniają dodatkową osłonę dla ledwie mieszczących się w nich oczu. To jedyne takie rozwiązanie w przyrodzie. Tylko w ten sposób ewolucja mogła zapewnić sowom dłuższą ogniskową oka i więcej światłoczułych komórek nie redukując wielkości mózgu. Zresztą oczy sów i tak wypełniają większą część ich czaszek. Tak szczelnie, że ptaki nie mogą nimi poruszać (tj. oczami). I tak głęboko, że można je zobaczyć przez… otwory uszne! Wielkie oczy po prostu mieszczą więcej światłoczułych komórek i tym samym wychwytują więcej światła, co bezpośrednio przekłada się na parametry widzenia, a co jest niezwykle istotne, gdy operuje się w mroku nocy. Do tego, za siatkówką mieści się specjalna błona, która odbijając światło wpadające do oka dodatkowo wzmacnia jasność widzenia. Ona też powoduje charakterystyczne świecenie sowich oczu w świetle reflektorów. Oczy sów są tak czułe, że ptakom trudniej jest skupiać się na bliskich przedmiotach. Sowy z natury są dalekowidzami. Żeby chwycić ostrość charakterystycznie poruszają głowami. Mimo to, potrafią bardzo szybko ostrzyć wzrok. Sowa Jarzębata, na przykład, nawet 100 dioptrii na sekundę, co daje jej 10 razy lepszy wynik od najlepszych ludzi. Niedobory w bardzo bliskim widzeniu sowy kompensują sobie piórami czuciowymi wokół dzioba. Długie, sztywne i przypominające włosy pióra zdają egzamin w ciasnych i ciemnych dziuplach. Oczy sów, nocnych łowców, mają dwa podstawowe zadania: odróżniać chociażby najmniejszy ruch z możliwie największej odległości oraz widzieć w bardzo 4|5


kłamać? ograniczonym świetle nocy. W warunkach tzw. absolutnej ciemności nawet sowa niczego nie zobaczy. (Ani nikt inny!) Tam gdzie takie warunki się pojawiają (np. bardzo głębokie jaskinie), zwierzęta posługują się echolokacją, którą z powodzeniem stosują nietoperze, czy chociażby łuszczaki – kuzyni sów. Sowy w pewnym sensie widzą tak jak my, tyle że nasz próg widzenia jest znacznie wyższy. Efekt jest taki, że sowy w bezksiężycową noc, widzą mniej więcej tak, jak my w pochmurny dzień. Próg widzenia w ciemnościach dla Płomykówki to 0,000 000 002 mililamberta (naukowa jednostka pomiaru oświetlenia). Dla człowieka najniższa zarejestrowana dotychczas wartość, to 0,000 015 mililamberta. Niektórzy twierdzą, że Płomykówka widzi 50 razy lepiej od nas. Inni podają liczbę 35. Jeszcze inni tylko 10. W każdym razie okazuje się, że zarówno u ludzi, jak i u sów, skala różnic indywidualnych (nie gatunkowych!) jest ogromna. I wyjaśnijmy to raz na zawsze: to że sowy doskonale widzą w nocy, nie oznacza, że nie widzą w ciągu dnia. Widzą co najmniej tak dobrze, jak większość innych ptaków – i nie zawahają się tego użyć. Widok nocnej sowy na polowaniu w biały dzień nie powinien więc nikogo dziwić. Dobrze wiedzą o tym zwierzęta, na które sowy polują. Mrużenie w świetle dziennym ich wielkich oczu jest jedynie próbą lepszego wtopienia się w otoczenie.

Oczy dookoła głowy – i jeszcze trochę!

Sowy obejmują swoim wzrokiem kąt 180 stopni. W szczególnych sytuacjach nawet 300! Do tego mogą zapewnić sobie więcej niż pełen kąt (360 stopni), nie obracając ciała, a jedynie głowę. W końcu to sowy właśnie, przecząc zasadom fizyki i anatomii, mogą obracać głową w promieniu 270 stopni w jedną stronę! To w płaszczyźnie poziomej. W pionie – 90 stopni. Dzięki temu, nie zmieniając pozycji, gwarantują sobie więcej niże pełnię widoczności. (I słyszalności, bo ta fantastycznie obrotowa głowa służy nie tylko oczom, ale przede wszystkim uszom!) W ten sposób ptaki więcej niż z nawiązką kompensują sobie swoje nieruchome gałki oczne.

To spojrzenie mówi samo za siebie: z Puchaczem żartów nie ma. Fot. Cezary Korkosz


6|7


Wszystko to dzięki specjalnej budowie szyi (sowy mają 14 kręgów – my tylko 7) oraz tętnic łączących z mózgiem, które biegną w specjalnych, przestrzennych kanałach. Gdybyśmy my chcieli trochę bardziej obrócić głowę, szybko odcięlibyśmy sobie dopływ krwi do mózgu, co niechybnie skończyło by się utratą przytomności. Sowom to nie grozi.

Jednym czy dwoma?

Aż 50–70% pola widzenia sów obejmuje widzenie dwuoczne. Ustawione do przodu oczy są charakterystyczne dla wszystkich wysoko wyspecjalizowanych drapieżników oraz naczelnych. O ile nam przestrzenne (trójwymiarowe) widzenie umożliwia koordynację pracy rąk, drapieżnikom pozwala na pełną koncentrację na celu – w tym przede wszystkim śledzenie ruchu, precyzyjne ocenienie odległości i planowanie ataku. (Potencjalne ofiary mają zwykle oczy rozłożone po bokach głowy, dzięki czemu zyskują tak ważne dla nich szerokie pole widzenia.) Oczy ptaków anatomicznie nie różnią się od oczu ssaków. Ale wzrok, jak przystało na zawodowych lotników, to ich specjalność. Do nich należą najlepsze i najczulsze oczy! Poza kolorami, doskonale też widzą głębię. Nic dziwnego – na co dzień wiele z nich porusza się wśród gałęzi! Inaczej niż ssaki, ptaki mają 3 powieki. Pracujące poziomo górną i dolną oraz trzecią, która jest półprzeźroczystą membraną zachodzącą na oko od przodu do tyłu. Ale sowy, w przeciwieństwie do innych ptaków, zasadniczo używają tylko górnej powieki: gdy śpią, drapią się po głowie, porządkują pióra, przekazują sobie zdobycz i kopulują. Oraz gdy mrugają. Jak ludzie! Bo sowy całkiem swobodnie używają obydwu powiek niezależnie. Czasami jednak nawet super czuły wzrok (ani tym bardziej filuterne mruganie górną powieką) nie wystarczy, bo mysz ukryła się pod warstwą liści lub śniegu. Wówczas naprowadzanie przejmują uszy! O ile w widzeniu w ciemnościach z sowami mogłyby konkurować chociażby koty, a w dziennym widzeniu sowy zdystansuje większość orłów i sokołów, o tyle w pojedynku na uszy, sowy w swojej kategorii są mistrzami świata.

Płomykówki zamieszkujące Zachodnią Europę są jaśniejsze od naszych – tak jak ta, polująca wśród nadmorskich łąk w hrabstwie Norfolk w Wielkiej Brytanii. Fot. Arek Glaas


Suknia i uszy Pióra czynią ptaka: nadają mu kształt, zapewniają ciepło i ochronę przed urazami, informują o jego kondycji i nastroju. Są jak logo lub sztandar dający właścicielowi rozpoznawalność. W okresie godowym dla wielu ptaków (przeważnie samców) są też najważniejszym narzędziem marketingu osobistego. Innym z kolei gwarantują doskonały kamuflaż i poczucie bezpieczeństwa.

Niewidocznie i bezszelestnie

Sowy bez wyjątków postawiły raczej na kamuflaż, niż ekstrawaganckie ozdoby lub pióra mieniące się wszystkimi barwami tęczy. Stąd w ich sukniach kombinacje czerni, brązów, beży i szarości w nieskończenie wielu odcieniach – pokrytych kreskami, plamkami i kropkami. I Sowa Śnieżna! Jednak to, co je zdecydowanie wyróżnia na tle innych latających ptaków, to budowa piór. Z wyjątkiem Sowy Jarzębatej i Polarnej, dla których największym wyzwaniem są arktyczne mrozy, wszystkie sowy mają wydłużone i niezwykle miękkie pióra. Tę miękkość zapewniają im bardziej elastyczne niż u innych ptaków stosiny (centralny element struktury pióra, do którego z dwóch stron niezależnie przyczepione są tzw. promienie tworzące chorągiewki) oraz przede wszystkim mikroskopijne, włosowate wypustki, które gęsto pokrywają promienie i promyki.

8|9


Ta Uszatka przyniosła swojemu fotografowi pierwsze miejsce w kategorii junior, w najbardziej prestiżowym światowym konkursie fotografii przyrodniczej – Wildlife Photographer of the Year 2013. Fot. Mateusz Piesiak


Dodatkowo, poszczególne promienie zakończone są silnie wydłużonymi włoskami (tzw. grzebykami), co ma szczególne znaczenie w przypadku piór lotnych (lotek). Z jednej strony taka struktura zapewnia aksamitną miękkość piór, z drugiej – łagodzi tarcie na styku z powietrzem. I tutaj dochodzimy do ewolucyjnego sedna sprawy: wielka ilość włosowatych, ultramiękkich zakończeń, skutecznie wygłusza wszelki hałas powodowany przemieszczaniem się piór – nawet przy głębokich, wiosłowych ruchach skrzydeł! Miękkie, dobrze napowietrzone pióra zapewniają sowom wrażenie dużo większych niż są w rzeczywistości oraz niespotykany nigdzie indziej bezszelestny lub co najmniej bardzo cichy lot. Niezwykle cenne przystosowanie, gdy lata się w nocy. Gdy dookoła głęboka cisza i najmniejszy nawet szmer nie umknie niczyjej uwadze. Żeby sowy mogły usłyszeć innych, najpierw same musiały przestać słyszeć siebie. Bo jak inaczej namierzyć (a później zaskoczyć) cichutkie ofiary, jeżeli każdy twój ruch powoduje szelest, świst i jeszcze podmuchy wiatru? (Tak wbrew pozorom latają inne ptaki.) Tym bardziej, gdy zdobyczy wcale nie widać – bo ukryła się pod warstwą liści albo w głębokim śniegu! Zależność ta u sów jest tak silna, że gatunki z północnej hemisfery mają zwykle lepszy słuch, niż te z głośnych tropików, które w większym stopniu polegają na wzroku. Ich lot, podobnie jak lot sów dziennych, będzie też z reguły głośniejszy.

Szlara

To słuch raczej niż wzrok jest najbardziej wyostrzonym sowim zmysłem. Z nim też związana jest szlara tworząca charakterystyczną sowią twarz. Szlara to pióra! I to nie byle jakie, bo wysoce wyspecjalizowane i strukturalnie zróżnicowane. Łącznie sześć rodzajów. Tarcza, którą tworzą wokół dzioba i oczu, działa niczym antena satelitarna: wyłapuje sygnały (w tym przypadku dźwiękowe) i kieruje je do uszu położonych pod szlarą. Ptaki mogą specjalnymi mięśniami regulować położenie szlary, tak aby jeszcze skuteczniej zbierać dźwięki. (Jeżeli chcemy mieć wyobrażenie jak działa dźwiękoczuła szlara sów, wystarczy założyć za uszy dłonie i w tej pozycji wsłuchiwać się w dalsze i bliższe odgłosy. Można przy tym regulować położenie naszego właśnie odkrytego zestawu, aby porównać różnicę. Tak jak robią to sowy.)

Dolby surround

Zaskakująco duże otwory uszne i ruchliwe małżowiny(!), u niektórych gatunków, np. u Płomykówki, położone są asymetrycznie. (Jedyny taki przypadek wśród kręgowców.) To zapewnia ptakom trójwymiarowy obraz dźwięku oraz efekty specjalne jak w systemie dolby surround. Sowy słyszą w tych samych częstotliwościach co my, ale ich słuch jest nieporównanie bardziej czuły. Czas w jakim dochodzą dźwięki, sowy różnicują do wartości 30 milionowych sekundy! I to dla każdego ucha niezależnie. (Też nie umiemy sobie tego wyobrazić!) Uszatka Błotna w typowym dla niej krajobrazie wilgotnych łąk. Fot. Mateusz Matysiak


10 | 11


Teoretycznie wiele sów mogłoby polować w całkowitych ciemnościach. Ptaki nie robią tego tylko dlatego, że spadając na ofiarę mogłyby zderzyć się z jakąś przeszkodą, której w tych warunkach nie miały szansy dostrzec. Dowodzi temu pewien prosty eksperyment: kiedy w absolutnie zaciemnionej sali (bez żadnego dostępu światła oraz jakichkolwiek przeszkód) biegała mysz z kartką papieru przywiązaną na długiej nitce do ogona, wpuszczana tam sowa uderzała w kartkę, którą mysz ciągnęła za sobą. Polujące ze słuchu sowy tak bardzo koncentrują się na głosie ofiary, że w ostatniej fazie polowania, wyłączają inne zmysły. Wówczas same stają się łatwym celem. Wydaje się, że wiedzą o tym inne sowy, bo wtedy ma miejsce zdecydowana większość ataków sów na sowy (…z zamiarem zabicia). Słynne sowie uszy, które zdobią głowy wielu z nich, są malowniczymi kępkami piór, które jednak ze słuchem nie mają nic wspólnego. Niektórzy badacze dopatrują się w nich narzędzi ułatwiających kamuflaż – bo jeszcze lepiej wpisują się w gęstwinę gałęzi, na której przysiadła sowa. Inni uważają, że służą one identyfikacji własnego gatunku, co miałoby być szczególnie przydatne w ciemnościach, gdzie widać tylko kontury. Wreszcie, według najnowszych teorii, słynne sowie uszy służą przede wszystkim ekspresji nastrojów i emocji.

Miękko

Miękkie pióra sów wymagają odpowiedniej pielęgnacji i wiele uwagi. Tę pierwszą zapewnia ptakom gruczoł kuprowy, który produkuje specjalną, kremową wydzielinę, która impregnuje pióra. Sowy spędzają więc wiele czasu na jej rozprowadzaniu i wcieraniu. Prawdziwym wyzwaniem pozostaje jednak głowa – w tym, przede wszystkim, tak istotna dla sów szlara. Na szczęście dorosłe ptaki mogą tutaj liczyć na swoich partnerów, a młodzież na rodziców lub rodzeństwo. Jak ważne są dla sów troska o pióra i rytuał iskania, przekonał się każdy, kto miał do czynienia z oswojoną sową, która regularnie domagała się pomocy przy piórach. Z bliska też najlepiej widać, jak wielką przyjemność ptaki z tego czerpią. Konspiratorskie właściwości sowich piór mają jednak swoją cenę. Nawet najbardziej nakremowane i zadbane, okazują się być mało odporne na przemakanie. Tymczasem przemoczona sowa nie tylko nigdzie nie poleci, ale grozi jej również śmierć z wychłodzenia. To może też tłumaczyć tendencję sów do osiedlania się w dziuplach, grotach, czy chociażby na naszych strychach i w stodołach. Zresztą sowy mają też inne powody, dla których szukają dla siebie dachu nad głową…

Irytująco, czyli gdy kamuflaż zawiódł

Wszystkie sowy polegają na swoich maskujących barwach i rysunkach na piórach. Dobry kamuflaż przydaje się na polowaniu – szczególnie dziennym łowcom, którzy atakują z zasiadki. W mrokach nocy ma on bardzo ograniczone lub najczęściej żadne znaczenie. Ale barwy ochronne są tak samo ważne są dla sów również wtedy, gdy ptaki nie polują. Dotyczy to szczególnie gatunków nocnych, które w bezruchu i niezauważone chcą przespać lub przeczekać dzień. A to, wbrew pozorom, wcale nie jest takie proste! Okazuje się, że żadne inne zwierzęta nie budzą takich emocji wśród wszelkiego stworzenia (nie wyłączając ludzi), jak sowy. Większość z nich wybrała więc noc za swój dzień. I trudno dziś powiedzieć, co było przyczyną, a co skutkiem. Dość jednak, że wszystkie dzienne zwierzęta wpadają w swoisty amok na widok sowy. Nagle cała okolica jednoczy swoje siły! Nawet tradycyjni wrogowie oraz drapieżniki i ich ofiary – dosłownie wszyscy – wspólnym frontem ruszają przeciwko sowie, która przysiadła gdzieś na gałęzi. Ataki i mobbing trwają dopóty, dopóki sowa nie odleci. Czasem i to nie wystarcza, bo cały orszak małych dręczycieli rusza za nią. Gdy wreszcie sowa się gdzieś schowa, podniecone ptaki (wspierane chociażby przez wiewiórki) jeszcze długo nie mogą się uspokoić. Taka jest niezwykła moc sów. Z kolei to, co wydawałoby się swoistą nadreakcją małego tłumu, może się opłacać i skutecznie zniechęcić sowę do zaglądania w te strony w przyszłości. Tym bardziej, że sowy znane są z dobrej pamięci. Czasami, gdy sowa chce się wydać niewidoczna – czytaj upodobnić do konara na którym siedzi – wciąga brzuch, wyciąga ciało i wygładza pióra. Gdy jednak kamuflaż nie zadziałał i ptak został zdemaskowany, sowa zmienia taktykę. Wówczas, znowu przydają się jej niezwykłe pióra. Ptaki strosząc lub wciągając różne ich partie, przybierają najbardziej dziwaczne pozy albo po prostu urastają do monstrualnych rozmiarów, próbując w ten sposób onieśmielić przeciwnika. Potrząsają przy tym głowami, wybałuszają i tak już wielkie oczy, wydają nieziemskie okrzyki albo syczą i kłapią dziobami. Spektakl jest na tyle zaskakujący i straszny zarazem, że wielu śmiałków rzeczywiście się wycofuje – sądząc prawdopodobnie, że mają do czynienia z kosmitą. Jeśli jednak i to nie pomoże – zostaje ucieczka. Albo atak! Niektóre gatunki, np. Pójdźka albo Sowa Jarzębata, mają też osobliwy rysunek z tyłu głowy, który razem z piórami na karku daje złudzenie… przyglądającej się nam sowy. Taki efekt zapewne ma zniechęcić potencjalnego agresora do atakowania od tyłu. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że w przypadku sów, to już dmuchanie na zimne. No chyba, że jego głównym celem jest zniechęcanie innych sów?!

Zaskoczone sowy próbują zniechęcić lub onieśmielić na różne sposoby… I jak się nie przestraszyć takiego stwora, jak ten Puszczyk?! Fot. Cezary Korkosz

12 | 13


Bez wysiłku

Sowy, poza okresem karmienia młodych, spędzają stosunkowo mało czasu na polowaniu. Głównie dlatego, że są w tym bardzo skuteczne. Doskonały słuch i wzrok oraz w większości bezszelestny lot, to ich główne atuty. Do tego przeważnie operują po zmroku i w nocy, gdy aktywne są drobne gryzonie, które stanowią ich bazę pokarmową, a większość konkurentów śpi. Nie bez znaczenia jest też ich elastyczne podejście do własnej diety. Chociaż poszczególne gatunki najchętniej polują na swoje tradycyjne ofiary, to w razie potrzeby – lub tylko nadarzającej się okazji – sowy okazują się bardzo wszechstronnymi myśliwymi. Do wyjątków należy Puszczyk Mszarny, który wydaje się być uzależniony od norników. Okresowe załamania populacji tych gryzoni zmuszą Puszczyki do migracji lub w przeciwnym razie narażą je na śmierć głodową. Innym przykładem wąskiej ścieżki pokarmowej mogą być afrykańska Rybiarka czy azjatycka Ketupa Bosonoga, które – jak łatwo się domyśleć – wyspecjalizowały się w rybach. Poza szczególnymi przypadkami, takimi jak obydwie nasze Uszatki, Błotna i Zwyczajna oraz Płomykówka, które regularnie patrolują swoje rewiry łowieckie, unosząc się z gracją na długich i smukłych skrzydłach, zdecydowana większość sów poluje z zasiadki. (Im wystarczają stosunkowo krótkie, szerokie i zaokrąglone skrzydła.) Zajmują miejsce na swojej ulubionej czatowni – nasłuchują i wypatrują. Czekają na nietoperze przy uczęszczanych przez nich szlakach, zasiadają przy śmietnikach i w stodołach odwiedzanych lub zamieszkanych przez myszy i szczury – itd., itp. Gdy namierzą coś do jedzenia – charakterystycznie kręcą głową, aby precyzyjnie ocenić odległość, poczekają na możliwie najlepszy moment – i zlatują do ataku.

Zabijanie

Sowy to odważne i dobrze uzbrojone ptaki. Ich główną bronią są silne i jakby nieproporcjonalnie duże stopy, zakończone długimi i ostrymi jak igły pazurami. Te z łatwością tną skórę i zagłębiają się w ciele ofiar lub wrogów. Dodatkowo, sowy mogą układać palce u nóg po dwa do przodu i do tyłu (zygodaktylia). Takie rozwiązanie przydaje im się nie tylko, gdy ptaki siadają na gałęzi, ale być może przede wszystkim na polowaniu. Szczególnie, gdy ofiara jest słabo lub w ogóle niewidoczna. Albo, na przykład, jest śliską rybą. Gdy mocny uścisk oraz szpony przeszywające płuca i inne wewnętrzne narządy nie spowodowały natychmiastowej śmierci, ostateczny cios będzie zadany dziobem w podstawę czaszki. Sowy znane są z wyjątkowo silnego uderzenia, z jakim spadają na swoją zdobycz (lub wrogów). Gdy np. Płomykówka uderza w mysz, to tak jakby na człowieka ważącego ok. 80 kg spadło 12 ton! Nic więc dziwnego, że wiele sów prędzej czy później złowi w końcu zwierzę, które okaże się dużo większe i cięższe od nich samych. Jedna z najmniejszych – Sóweczka oraz jedna z największych – Puchacz, robią to notorycznie. Ta pierwsza, niewiele większa od wróbla, łowi dużo większe

14 | 15

Sowa


od niej Kosy czy Śpiewaki oraz dużo cięższe norniki. Widziano ją nawet polującą na znane ze skutecznej samoobrony Dzięcioły Duże!

Głosem?

Wielką tajemnicą pozostaje głos polujących sów. My najczęściej kojarzymy go dzisiaj z filmami grozy, ale dla ludzi w innych kulturach jest to wciąż głos złych duchów lub zapowiedź zbliżającej się śmierci. Dla zwierząt, na które sowy polują – całkiem dosłownie! Nie oczekujmy jednak, że wszystkie sowy wołają tradycyjne uhu! Kilka większych gatunków być może tak. Większość jednak wrzeszczy, piszczy, ryczy, rży, skrzypi, rzęzi, chrząka, chrapie, kaszle, szczeka, miałczy, mlaszcze, kwili i cmoka na wiele sposobów. Jeżeli więc w ciszy nocy usłyszymy jakieś dziwne, niezidentyfikowane i najczęściej mniej lub bardziej przerażające głosy… Jeśli z całą pewnością wykluczyliśmy wizytę UFO i kłótnię zagubionych na Ziemi kosmitów, to najprawdopodobniej będzie to sowa. I o ile inne drapieżniki ruszając na łowy robią wszystko, aby zachować ciszę, wiele sów śmiało pokrzykuje pośród mroków. I mało kto pozostaje wobec ich głosu obojętny. Przestraszone zwierzęta odruchowo szukają ukrycia lub zmieniają dotychczasowe… I na to właśnie czeka polująca sowa, dla której najważniejszym zmysłem jest słuch! Małe sowy przede wszystkim straszą małe zwierzęta. Ale Puchacz, Książę Ciemności, również te naprawdę duże...

Na zapas

W jadłospisie Puchacza doliczono się ponad 270 różnych gatunków zwierząt. Od myszy, Jeży i nietoperzy, przez kaczki, aż po Jastrzębie, mniejsze orły, Żurawie, psy, koty, Lisy, młode Dziki, Kozice, Koziorożce, Sarny i Daniele. (Jego potężny kuzyn zza Atlantyku, Puchacz Wirginijski, jako być może jedyny drapieżnik, ze stoickim spokojem poluje na skunksy!) Zdarza się, że Puchacz swoje ofiary chwyta na piechotę, goniąc je po ziemi. Czasami poluje na zapas, magazynując zdobycz przy gnieździe lub ukrywając ją w tylko sobie znanej spiżarni. Skorzysta z niej w chwili załamania pogody lub gdy powróci z polowania z pustymi szponami. Sowy, jeśli nie znajdą lepszej kryjówki, będą maskowały swoje zapasy liśćmi, mchem, gałęziami i tym, co akurat będą miały pod dziobem. Robią to wszystkie sowy – i nie tylko w trosce o pozostające w gnieździe młode. Ptaki te nie mają wola, muszą więc stosunkowo często jeść. W czasach letniej obfitości zdobycie czegoś do jedzenia nie jest problemem. Do tego wysokie letnie temperatury przyspieszają rozkład mięsa, więc jego magazynowanie nie ma większego sensu. W naszym klimacie prawdziwym wyzwaniem może być śnieżna zima. Niektóre sowy – jak np. Puszczyk Mszarny (Płomykówki też sobie nieźle radzą) – wyspecjalizowały się w polowaniach pod śniegiem. Znajdź różnicę, czyli co wystaje z dziupli Sóweczki? Fot. Cezary Korkosz

na polowaniu


Inne, tak jak np. nasze Puszczyki czy Sóweczki, muszą się zabezpieczyć. Gdy więc przewidują załamanie pogody, zrobią gdzieś w dziupli zapasy mrożonego mięsa. Jak głód przyciśnie, usiądą na stosie martwych myszy, jakby wysiadywały jaja. Wkrótce pierwsze z góry będą rozmrożone, a może nawet lekko podgrzane?

Według mapy

To co pomaga sowom wracać sytymi z większości wypraw łowieckich i przetrwać nie tylko zimę, to ich świetna pamięć. Mają w głowach mentalną mapę całego swojego rewiru. Taka mapa przydaje się zresztą każdemu, kto musi poruszać się w ciemnościach. Nic więc dziwnego, że ich terytorium, które w końcu poznają jak przysłowiową własną kieszeń, jest dla nich tak istotne. Sowy są gotowe o nie walczyć i prewencyjnie usuwać z niego wszelkich konkurentów.

Polowanie na sowę

Sowy, szczególnie te duże, mają niewielu naturalnych wrogów. To, na co muszą uważać, to przede wszystkim… inne sowy. Wiele z nich, podobnie jak inne drapieżniki, aktywnie eliminuje konkurencję niszcząc lęgi lub zabijając dorosłe sztuki. Czasami jest to dwa w jednym – pożywienie i brutalne ograniczenie konkurencji. Częściej jednak tylko to drugie. Innymi słowy, to, co robią zwalczające się wzajemnie lwy, hieny, gepardy i lamparty na afrykańskich sawannach, dzieje się w naszych skromnych lasach i siołach. Tyle że bez rozgłosu i efektownej oprawy w stylu National Geographic. Zwykle poszczególne gatunki starają się pozbyć konkurencji we własnej klasie wagowej. Ale sowy podejmują tego typu działania częściej i szerzej niż inne ptaki. Do tego większe sowy niemal regularnie prześladują mniejsze. Niektóre nawet dopuszczają się kanibalizmu. W naszych warunkach najniebezpieczniejszy jest największy w tym rankingu Puchacz oraz znane ze swojego temperamentu Puszczyki Uralskie i Zwyczajne. Myli się jednak ten, kto zakłada, że małe sowy są zupełnie bezbronne. Kto nie wierzy, niech w rewirze lęgowym np. Sóweczki (najmniejsza z naszych sów), naśladuje np. Puszczyka. A potem niech liczy ile czasu upłynie zanim dostanie pierwszy cios w głowę – i następny, i jeszcze jeden!

Dowody

Tam, gdzie przesiadują sowy dostrzeżemy też charakterystyczne, owalne wypluwki – czyli zwracane przez ptaki niestrawione części pokarmu. Ponieważ kwasy żołądkowe sów są zaledwie w części tak żrące, jak u typowych ptaków drapieżnych, proces trawienia pozostawia u nich więcej odpadów. Dlatego też w sowich wypluwkach znajdziemy kompletne czaszki gryzoni i inne kości. Także uzębienie, sierść, pióra, łuski i wszelkie nieprzyswajalne części zwierząt, które sowa połknęła. Bo sowy w zdecydowanej większości połykają swoje ofiary w całości. Oczywiście z wyjątkiem,

tych które złowiły zdobycz za dużą na jeden raz. Ich wypluwki zawierają tyle szczegółów, że doskonale nadają się do różnych badań i analiz środowiskowych. Wypluwki pokryte są specjalnym lubrykantem, dzięki czemu ptaki nie ranią sobie przełyków wydalając nasączone kwasami żołądkowymi odpadki.

Trudne życie drapieżnika

Sowy, podobnie jak inne drapieżniki, czasami też giną przez… własne ofiary. Pewnego dnia, znaleziono młodą sowę z Kowalikiem wystającym z jej przełyku. Oboje martwi. Pamiętamy, że sowy w miarę możliwości połykają pokarm w całości. Tak też miało być i tym razem. Niestety, ostry i wydłużony dziób Kowalika najpierw zaklinował się w przełyku sowy, a potem wszedł w jej mózg, przebijając delikatne kości czaszki. Północnoamerykańskiego Syczka Krzykliwego znaleziono kiedyś martwego, z wbitą w jego nogę Ryjówką Krótkoogoniastą. Równie maleńką, jak nasze rzęsorki i tak jak one… jadowitą! (Na Ziemi żyje zaledwie kilka jadowitych gatunków ssaków – wszystkie należą do rodziny ryjówkowatych.) Ptak pochwycił i uniósł swoją ofiarę zanim upewnił się, że ta nie żyje. Waleczny stwór (sam nienasycony drapieżnik), zdążył śmiertelnie ukąsić swojego oprawcę, póki sam nie wyzionął ducha. Większe ofiary też potrafią się skutecznie bronić i nie oddadzą swojego życia bez walki. Na polowaniu kluczowe są więc czas i zaskoczenie. W każdym razie żywienie się innymi, to w gruncie rzeczy ryzykowny sposób na życie – co potwierdzają odpowiednie statystyki. Okazuje się, że wypadki „przy pracy” nie są niczym wyjątkowym: uderzenia w gałęzie drzew, kończące się złamaniami lub wykłutym okiem, fatalne w skutkach zderzenia z podłożem, gdy tak naprawdę nie wiadomo co oprócz myszy kryje się pod śniegiem... Problem ostatnio tym większy, że coraz więcej dzikich wysypisk śmieci, pełnych tłuczonych butelek, ostrych krawędzi złomu lub innych niebezpiecznych rzeczy, które tam porzucamy. Szczególnym problemem jest coraz gęstsza sieć dróg i coraz większy ruch samochodowy. Tym bardziej, że niektóre sowy chętnie polują wzdłuż dróg, wabione tam dużą ilością gryzoni i pozornie dobrymi warunkami łowieckimi (krótka trawa!). Sowy są tam szczególnie narażone ze względu na zwyczaj „wyłączania się” w chwili ataku. Maksymalnie skoncentrowane na celu, po prostu nie widzą nadjeżdżającego auta.

Pomimo swoich wielkich uszu i odległości najwyżej 30 cm, Mysz Leśna ciągle nie słyszy spadającej na nią Włochatki! Fot. Mateusz Matysiak

16 | 17


W wielkim niebezpieczeństwie znalazły się sowy lęgnące się bezpośrednio na ziemi, pośród łąk i pastwisk. Każdego roku w Europie i w Ameryce Północnej tratowane są legi przede wszystkim Sowy Błotnej. Giną też dorosłe ptaki. Również sowom osiedlającym się w dziuplach, grotach, czy budynkach coraz trudniej dzisiaj o miejsce na dom Dla sów, tak jak dla wszelkiego ziemskiego stworzenia, największym problemem jest szeroko pojęta antropopresja i związana z nią utrata siedlisk. Ponad połowa gatunków zależy od tak rzadkich już dojrzałych lasów. Pozostałe – od tzw. siedlisk otwartych, w których coraz częściej kumulują się pestycydy trujące pożywienie ptaków albo same ptaki. Tymczasem wszystkie sowy, często funkcjonujące w swoich rewirach jako drapieżniki szczytowe, potrzebują do życia zdrowych i bogatych ekosystemów.

Widzicie tę kroplę krwi na dziobie Sóweczki? Fot. Cezary Korkosz


18 | 19


Dziewczyny górą, czyli prywatne życie sów 20 | 21


40%

U sów, podobnie jak u typowych ptaków drapieżnych, samice są większe od samców. W niektórych przypadkach nawet o 40%! Wbrew pozorom, sowy nie są tutaj wyjątkiem od reguły. Przeciwnie: statystycznie rzecz biorąc, większe samice w świecie zwierząt są w zdecydowanej przewadze. Z całą pewnością, z punktu widzenia sów (również płci męskiej), to się opłaca. Większa samica zniesie więcej jaj i wyprodukuje więcej ciepła potrzebnego do ich inkubacji, którą zwykle tylko ona się zajmuje. Lepiej też zniesie ewentualny post, gdy partner zawiedzie z dostarczaniem pożywienia. Ona też będzie na pierwszej linii frontu, gdy trzeba będzie bronić gniazda i młodych przed intruzami i drapieżnikami. Mniejszy samiec będzie w tym czasie polować i dostarczać pokarm dla całej rodziny. (Ona ruszy na polowanie dopiero, gdy młode same będą miały szanse obronić się przed wrogiem.) Mniejsze rozmiary samca często oznaczają też większą zwrotność i możliwość dotarcia do miejsc, które są niedostępne dla dużej samicy. Różnica wielkości powoduje też, że obydwa ptaki w tym samym rewirze łowią różne ofiary. Razem mają wiec dostęp do szerszego asortymentu. Z drugiej strony unikają bezpośredniej konkurencji ze sobą. No chyba, że mówimy o tzw. specjalistach żywieniowych, gdzie różnica w wielkości nie będzie miała znaczenia, bo ptaki, bez względu na płeć, żywią się tylko jednym typem zdobyczy.

On, ona i ziemia

Pary dobierają się na całe życie lub przynajmniej na jeden sezon – tak jak u wielu mniejszych gatunków. Na początku każdego sezonu lęgowego (bez względu na długość stażu), para spędza ze sobą bardzo dużo czasu. Ptaki siedzą obok siebie, czule się iskają i pohukują, a to znowu stroszą pióra, potrząsają głowami i skrzydłami. Niektóre sowy wykonują akrobatyczne loty godowe – niestety widoczne tylko dla nich oraz ich kuzynów. Najczęściej całe te popisy można oglądać tylko w świetle księżyca. Wszystkie sowy w okresie godowym bardzo dużo się odzywają. Ale uwaga – ptaki śpiewające to nie są! Bez względu jednak na to, jak upiorna jest ich pieśń, w okresie godowym spełnia ona tę samą funkcję, co u ptaków z lepszym głosem: Sowy obwieszczają światu swój związek. I, być może przede wszystkim, prawo do posiadania rewiru, którego z wielką determinacją będą broniły przed wszelkim zagrożeniem lub konkurencją. Bez względu na wielkość tego zagrożenia oraz jego przynależność gatunkową. Legendarna agresja terytorialnych sów nasilać się będzie przy gnieździe, wraz z pojawieniem się jaj. Gdy pojawią się młode – będzie jeszcze większa. Ów rewir jest domeną samca. Kiedy to tylko możliwe, ptaki utrzymują go cały czas. Dobre ziemie będą zajmowane całymi latami, przez kolejne pokolenia. Również sowy migrujące będą się starały powrócić na swoje terytoria. Prawdziwa Królowa Śniegu – Sowa Śnieżna. Fot. Dean Bricknell (rspb-images.com)


Bez rewiru samce nie mają szansy na znalezienie lub utrzymanie partnerki. Zanim więc para sów rozpocznie głośne duety godowe, on od jakiegoś już czasu nawoływał z rogatek swojego terytorium. To jak pieśń o wojnie i pokoju, którą ptaki adresują odpowiednio do potencjalnych konkurentów oraz przyszłych lub stałych partnerek. I chociaż głosy różnych sów robią na wszystkich duże wrażenie, to najczęściej są to stosunkowo proste dźwięki. (W każdym razie dla naszego ucha.) Chodzi o to, aby niosły się możliwie daleko i skutecznie odbijały się od wszelkich przeszkód. Takich jak na przykład gąszcz leśnych pni i konarów. Proste dźwięki lepiej sprawdzają się w tego typu warunkach, niż skomplikowane arie. Z reguły im większa sowa (gatunek), tym głośniejsze pohukiwania, które dalej niosą się po odpowiednio większym terytorium. Ptaki nie tylko rozpoznają po głosie swoich sąsiadów, ale też dowiadują się o ich kondycji, wigorze, a nawet intencjach. Tymi pozornie prostymi okrzykami niektóre nasze sowy każdego roku otwierają nowy sezon godowy. Gdy w grudniu, za naszymi oknami śnieg i mróz, w głowach męskiej części Puszczyków i Puchaczy rozpoczyna się hormonalny maj! Zaczynają śpiewać. Chcą w ten sposób wprawić swoje wybranki w odpowiedni (reprodukcyjny) nastrój. Przeważnie działa: one w końcu też zaczynają podśpiewywać, a po kilku tygodniach w gnieździe pojawia się pierwsze jajo…Samce muszą też udowodnić (lub przypomnieć) swoim wybrankom, że są dobrym materiałem na partnera i ojca, który zadba o swoją samicę i przyszłe potomstwo. Przynoszą więc praktyczne prezenty – mysz lub inną zdobycz. Zwykle działa to jak gra wstępna, bo zaraz po kolacji dochodzi do zbliżenia. Sowy, takie jak Płomykówki na przykład, kochają się setki razy w ciągu kilkumiesięcznego sezonu godowego. Zwykle kilka – kilkanaście razy dziennie. Robią to też, gdy w gnieździe dawno są już pisklęta. Czasami nawet gdy już je opuszczą. Z całą pewnością nie ma to nic wspólnego z instynktowną potrzebą reprodukcji. Wynika raczej z pragnienia podtrzymaniem więzi. Sowy należą też do najwierniejszych wśród ptaków. Jak do tej pory „skoki na bok” zaobserwowano zaledwie u 2 gatunków! Tym samym częstych zbliżeń nie sposób też tłumaczyć tzw. zjawiskiem konkurencji plemników. (Samiec dąży do częstych kopulacji, aby w ten sposób zwiększyć prawdopodobieństwo, że to on będzie ojcem przyszłych dzieci. Może się sprawdzić u partnerek skłonnych do rozwiązłości…) Sowy mają też jeden z najniższych (najniższy?) wśród ptaków współczynnik hybrydyzacji – 1% (Krzyżowanie się spokrewnionych ze sobą gatunków. Najwyższy jest wśród kaczkowatych – 40% i kuraków 20%. Następne w rankingu są wróblaki i kolibry.)

Feedersi

Dokarmianie samic, to jednak dużo poważniejsza sprawa, niż tylko oparta na zwłokach gra wstępna. (Zresztą, czy my nie chodzimy na romantyczne randki do restauracji, gdzie serwują nam martwe zwierzęta?) Regularne dostawy żywności zapewniane przez partnera, pomagają samicy przygotować się do energetycznie bardzo wymagającego okresu, jakim jest produkcja i składanie jaj, ich wysiadywanie – i dalej opieka nad pisklętami. Samica, która dobrze wybrała, nie musi już tracić czasu na polowanie. Jej zaradny towarzysz zapewni jej tyle jedzenia, ile będzie potrzebować – a nawet więcej! Przy gnieździe może się więc znajdować stos martwych gryzoni, których podaż przewyższyła popyt. Makabryczne sceny w tłuste lata, tj. lata z wielkim urodzajem myszy lub innych gryzoni, mogą się utrzymywać całymi tygodniami. Również, gdy w gnieździe są już pisklęta. Turpistyczną estetykę takiego widoku dopełniają same sowięta, które mają szansę wygrać każdy konkurs na najbrzydszą istotę na świecie! (Ale tylko do czasu!)

Niekoniecznie dziupla

Na gniazda sowy najchętniej wybierają dziuple, spróchniałe po złamaniach stojące pnie drzew, groty, szczeliny lub półki skalne, odpowiednio duże, nadrzewne gniazda innych ptaków. Czasami sowy osiedlają się wprost na ziemi, a niektóre pod ziemią. Wiele sów zamieszkuje też wszelkie nisze budowlane, świadomie lub przypadkowo zapewniane im przez ludzi. Wyłomy w murach, wieże i dzwonnice (nie szkodzi że czynne!), strychy, poddasza, stodoły, opuszczone budynki, kominy, piwnice, bunkry i skrzynki lęgowe… Byleby dach nad głową. Europejskie Płomykówki już niemal wyłącznie lęgną się w takich miejscach. Dobre punkty mogą być zajmowane całymi latami. Gniazd jako takich sowy nie budują. W najlepszym razie tylko posprzątają swoje lokum. Wprost na podłożu, w zależności od gatunku, złożą od jednego do kilkunastu białych jaj. Nie ma sensu inwestować w barwy ochronne, skoro jaja w większości składane są w stosunkowo bezpiecznych i często ciemnych miejscach. Ponadto samica ma nad nimi pieczę praktycznie cały czas, od złożenia pierwszego z nich. Może i sowy nie mają pojęcia o budowie gniazd, za to na ich obronie znają się jak mało kto! O ile większość słynie z napastliwej niechęci do jakichkolwiek sąsiadów, są też i takie, które zaskakują tolerancyjną postawą, a nawet niezwykłymi aliansami. Sowy Błotne w latach obfitości gniazdują w luźnych półkoloniach. (Oczywiście tam, gdzie tych rzadkich ptaków jest więcej). Puszczyki Mszarne zakładają nawet szkółki dla swoich dzieci, którymi solidarnie opiekują się wszyscy rodzice.

Dobra kryjówka i kamuflaż przydają się sowom szczególnie w świetle dnia. Puszczyk. Fot. Cezary Korkosz


22 | 23


Bardzo już rzadkie i delikatne Bernikle Rdzawoszyje regularnie zakładają swoje gniazda w bezpośrednim sąsiedztwie Sów Śnieżnych, korzystając z ochrony tych odważnych ptaków. To jednak nie wszystko: obserwowano Pójdźki, które dzieliły przestrzeń gniazdową z maleńkimi Strzyżykami, Pustułką, a nawet Płomykówką! Tę ostatnią z kolei widziano gnieżdżącą się wspólnie z Kawkami. Tymczasem amerykańskie Sówki Ziemne całymi rodzinami zamieszkują w koloniach Piesków Preriowych. (I żeby zmylić drapieżniki, wejścia do swoich nor wykładają kupą bizonów lub krów.) Prawda, że Przyroda nie przestaje zaskakiwać?!

Planowanie rodziny

Jak wszystkie ptaki, różne sowy stawiają na jedną z dwóch podstawowych strategii reprodukcyjnych (oraz wszelkie wariacje pomiędzy nimi – w końcu natura nie zna granic!): długie życie, późna dojrzałość płciowa i pierwsze lęgi gdy ptaki mają kilka lat oraz małe zniesienia, najwyżej jeden lęg w roku (lub rzadziej) i długa opieka nad potomstwem. Ta strategia najczęściej dotyczy większych gatunków. Na drugim biegunie są gatunki, które żyją krótko, ale szybko się rozmnażają. Do tego znoszą dużo jaj, w dobrym sezonie mogą wyprowadzić dodatkowy lęg, a rodzice szybko opuszczają swoje potomstwo. A dokładniej – przeganiają je ze swojego terytorium. Sowy każdego sezonu dopasowują wielkość zniesienia do zasobności bazy pokarmowej. Większość z nich utrzymuje się przede wszystkim z drobnych gryzoni. W tłuste, mysie lata ptaki składają więcej jaj. W lata chude – mniej lub wcale. Na przykład w sezonie 2015 wiele par zachodnioeuropejskich Płomykówek zakładało gniazda dopiero pod koniec lata i wczesną jesienią – gdy pojawiły się nowe pokolenia myszy. Inne w ogóle zrezygnowały z lęgów.

Trudne dzieciństwo

U wszystkich sów wysiadywanie rozpoczyna się od złożenia pierwszego jaja. A że jaja składane są co dwa lub nawet trzy dni, młode wykluwają się w takich samych odstępach czasu. Oznacza to, że w gnieździe znajdują się pisklęta w bardzo różnym stadium rozwoju i konkurują ze sobą o pokarm. W dobrych latach, gdy pożywienia jest w bród, całe rodzeństwo szczęśliwie wylatuje z gniazda. Gdy jednak rodzice nietrafnie zaprognozowali bazę pokarmową, w gnieździe może dojść do tak dużej rywalizacji (i agresji), że wieku młodzieńczego doczeka tylko najstarsze z rodzeństwa – najczęściej kosztem życia młodszych (kainizm). Młode sowy, szybko opuszczają gniazdo i nawet te, które przychodzą na świat wysoko na drzewach, większość czasu spędzają pośród gałęzi. Najwyraźniej wolą to, niż agresywną rywalizację i ciągłe napięcia pomiędzy rodzeństwem stłoczonym

w ciasnej dziupli. Dodatkowo, w gnieździe mięsożernych ptaków pojawia się problem natury sanitarnej. Mięsna dieta przyciąga owady, których larwy żerują na rozkładających się resztkach. Północnoamerykańskie Syczki Krzykliwe znoszą do gniazd Węże Nitkowate, które zjadają żerujące w nich robaki. (Niezwykłe jest to, że normalnie sowy te polują na te węże!) Dzięki temu w gnieździe jest czyściej i bezpiecznej – i dorasta w nich więcej młodych. Nasze sowy jednak nie wypracowały jeszcze takich sposobów. Chociaż widok przytulonych do siebie na gałęzi sówek może nas rozbawić, to w gruncie rzeczy bardzo niebezpieczny okres w ich życiu. Pokryte jeszcze puchem, niezdolne do lotu i niedoświadczone ptaki często spadają z drzew. Nie wszystkim udaje się z powrotem wdrapać do rodzinnej dziupli lub na stosunkowo bezpieczny konar. Młode sowy są przy tym bardzo naiwne. Wszystkiego muszą się nauczyć. Również tego, że człowiek też oznacza zagrożenie. Do tego czasu można będzie do nich podejść i po prostu zdjąć z drzewa. (Do czego oczywiście w żaden sposób nie zachęcamy!) Zanim młode sowy opanują sztukę latania (chociażby w zakresie, który pozwoli im na bezpieczne przemieszczanie się z gałęzi na gałąź) oraz nauczą się odróżniać wrogów od przyjaciół, wiele z nich zginie. U mniejszych gatunków śmiertelność może przekraczać 80%. Nawet u wielkich Puchaczy średnio tylko jedno młode na trzy doczeka swoich pierwszych urodzin. Sprawy nie ułatwia fakt, że oboje rodzice większość czasu spędzają teraz na polowaniach. I tak już będzie do czasu, aż dzieci dorosną. Gdy młode ptaki w pełni się usamodzielnią, ruszą w poszukiwaniu własnych terytoriów. W zależności od gatunku, będą go szukały w odległości kilku kilometrów od miejsca, w którym przyszły na świat, tak jak na przykład Sóweczki. Kilkudziesięciu – jak Puszczyki czy nawet 1600, jak robią to Płomykówki. Lub jeszcze dalej – jak Sowy Śnieżne.

Syndrom pustego gniazda?

Po sezonie lęgowym, u sów osiadłych (nie migrujących) i żyjących w stałych parach, obydwa ptaki pozostają razem albo się rozlatują i przez kilka miesięcy, tj. do następnego sezonu godowego/lęgowego, żyją niezależnie w granicach swojego rewiru. W tym czasie widują się rzadko. Pozostają za to w kontakcie głosowym. Być może sprawdzając w ten sposób czy wszystko w porządku. Poza tym, nikt tak dobrze nie zna zadziornych sów jak one same. Lepiej więc uprzedzić terytorialną sowę, że ta druga polującą w jej rewirze, to jej prawowity partner lub partnerka. Może ptaki w ten sposób chcą też odpocząć od siebie po okresie napięć i wyzwań związanych z wychowaniem młodych? Tym bardziej, że sowy to bardzo zaangażowani i pracowici rodzice.

Brzydkie kaczątka – niedługo zamienią się w piękności nocy. Rodzeństwo Płomykówek. Fot. Cezary Korkosz

24 | 25


26 | 27


Zapewne taka strategia pomaga im też kontrolować i utrzymać tak ważny dla wszystkich sów rewir, który u małych gatunków będzie się rozciągać na powierzchni co najmniej kilkunastu hektarów, ale np. u Puszczyków Uralskich może mieć nawet 450 hektarów. Puchacz z kolei kontroluje areał o średniej powierzchni 1000 hektarów.

Jubilaci

Generalna zasada jest taka, że duże zwierzęta żyją statystycznie dłużej niż małe. Plus oczywiście wiele wyjątków. Jak to w przyrodzie! Nawet duże sowy żyją średnio krócej niż 10 lat. Ale to tylko średnia, którą mocno zaniża bardzo wysoka śmiertelność młodzieży – zjawisko charakterystyczne dla praktycznie wszystkich dzikich zwierząt. Nic dziwnego, że ta średnia często bywa odległa od długości życia ptaków obserwowanych w naturze – a tym bardziej w niewoli, gdzie zwierzęta zwykle żyją dłużej. Na przykład, najstarszy znany dziki Puszczyk przeżył ponad 18 lat, podczas gdy jego ziomek w niewoli – ponad 27! (Średnia roczna przeżywalności dorosłych Puszczyków wynosi 76,8%)

Spośród dostępnych danych dotyczących żyjących na wolności sów, dotychczasowy rekord długowieczności należy do Uszatki: 27 lat i 9 miesięcy. Jeśli chodzi o Puchacze – najstarszy dożył 24 lat i 9 miesięcy. Płomykówka – 17 lat i 10 miesięcy. Sowa Błotna – 12 lat i 9 miesięcy. Puszczyk Mszarny – 12 i 9. Sowa Śnieżna – 10 i 9. Maleńka Sóweczka przeżyła 6 lat – a nie wiele większa od niej Włochatka – 16!

Sowy też to robią... I, jak widać na przykładzie pary Sóweczek, z wielkim oddaniem. Fot. Cezary Korkosz


CzaryMary

28 | 29


Mądra Atena

Bohaterką starożytnej Grecji była mała i skromna Pójdźka. Stała się herbowym ptakiem bogini Ateny i, tak jak jej patronka, symbolizowała wiedzę i mądrość, którą promieniowała również na swoje kuzynki i kuzynów – inne sowy. Nie ma pewności co do tego, jak Atena związała się z sowami. Jedna z teorii głosi, że sowy często latały wokół Partenonu – wzgórza ze świątynią Ateny. Po prostu. W każdym razie przez wieki na greckich monetach z jednej strony widniała Atena, a z drugiej jej wierna sowa. Stąd do dzisiaj, m.in. Anglicy, nie rzucają „orłem czy reszką”, ale „głową czy ogonem” (dosłownie: heads or tails). Starożytni nawet liczyli swoje oszczędności w sowach. Sowy były też częstym motywem zdobniczym. Widniały na wielu wazach i naczyniach – w tym, przede wszystkich, na miarach pojemności, które zwano glaux skyphos, a co można tłumaczyć jako sowie kubki. Oficjalny wizerunek sowy na miarce był jak certyfikat jakości. Dla ówczesnych Greków, sowa była też dobrym omenem. Powiedzenie „leci tutaj sowa”, oznaczało dobre prognozy i zapowiedź zwycięstwa. Pewien generał trzymał więc sowę i wypuszczał ją przed bitwą, żeby budzić w swoich żołnierzach ducha walki i dodać im wiary w zwycięstwo. Ostatnio Pójdźka powróciła do bankowego obiegu na greckim 1 euro. Do dzisiaj zachowało się też powiedzenie, że „nie wysyła się sów do Aten”. To taki odpowiednik naszego „wywożenia drzewa do lasu”. Związek bogini Ateny i Pójdźki upamiętnił też mistrz Linneusz w łacińskiej nazwie tego ptaka – Athene noctua.

Pechowa Minerwa

Rzymskim odpowiednikiem Ateny była Minerwa. Rzymianie, na wzór Greków, swojej bogini również dedykowali Pójdźkę. Jednak rzymskim sowom nie udało się wyjść z kręgu mrocznych zabobonów. Wszystko dlatego, że w Wiecznym Mieście sowy od zawsze kojarzono ze śmiercią. Podobno słyszano je przed ostatnim tchnieniem Juliusza Cezara, Augustusa i Agrippa. Wierzono nawet, że wiedźmy w postaci sów spadały nocą z nieba i wypijały krew niemowląt. Brzmi znajomo? Oczywiście. Bo stamtąd już tylko krok do wiary w wampiry, które w przyszłości ludzie na naszych, słowiańskich ziemiach, nazwą strzygami, a które przez długie wieki będą przybywać pod postacią… Puszczyków! Jeszcze gorzej było zobaczyć sowę za dnia. Gdy jakaś zabłądziła na Kapitol, przerażeni Rzymianie przez cały rok pielgrzymowali z hojnymi ofiarami, aby przebłagać bogów i oddalić nadciągające nieszczęścia. (Zapewne opłacało się to rzymskim kapłanom. Podobnie zresztą, jak podsycanie wiary w nadprzyrodzone Puchacz – największa z sów. Reszta, to kwestia wyobraźni… Fot. Mateusz Matysiak


moce złych sów!) Wydaje się, że w Rzymie tylko Pliniusz zachował trzeźwość umysłu. Któregoś dnia napisał: Osobiście znam przypadki, gdzie sowa usiadła na domu i nie wydarzyło się żadne nieszczęście.

Sowa miała też być ptakiem Lilith – pierwszej żony Adama, która odmówiła mu posłuszeństwa. Plotka niesie, że w końcu zadała się z… tym, którego imienia się nie wymawia i dała początek całej rasie wampirów.

Pomóc mogło tylko zabicie ptaka. To jednak nie wystarczyło, bo sowa jako posłannica złych mocy, sama posiadała nadludzkie zdolności, mogła się wskrzesić z martwych – i oczywiście dalej czynić chaos i pożogę. Martwe ptaki rytualnie więc palono, a ich prochy wrzucano do Tybru.

UUUHUUU

Wtedy też zaczęto przybijać sowy do bram i drzwi, co miało chronić przed wszelkim złem i piorunami. Zwyczaj ten jeszcze w latach 50 poprzedniego wieku(!) był powszechnie praktykowany w Europie. Trudno w to uwierzyć, ale wciąż jeszcze tli się w niektórych regionach! W naszych stronach ofiarą okrutnych praktyk najczęściej padały piękne Płomykówki. Może nawet imię jakie im w końcu nadaliśmy jest echem dawnych wierzeń, jakoby sowy te, posyłane przez czarownice, zaprószały ogień w gospodarskich obejściach. (Inna wersja nawiązuje do jasnych i czarnych plamek na piórach skrzydeł i pleców, które przypominają płomyki.) Niewiarygodne, do czego zdolna jest ludzka wyobraźnia, gdy brakuje nam (rzetelnej) wiedzy i faktów! Jeżeli sowy kiedykolwiek sprowadziły nieszczęście, to tylko na siebie. Poza starożytną Grecją, sowy niemal bez wyjątków i we wszystkich kulturach symbolizowały śmierć, grozę i strach. Były posłannicami czarnoksiężników i złych duchów, które tańczyły na grobach bogobojnych. Już tylko ich głos zapowiadał śmierć lub nieszczęście. Tak w życiu, jak w baśniach i w literaturze. W tym klimacie sowy po prostu musiały pojawić się w pierwszej scenie „Makbeta”. I nie mogło ich też zabraknąć w „Dziadach”.

Lei-gong i Lilith

Starożytni Chińczycy przez całe wieki czcili sowy jako ptaki mądrości. Potem jednak, w czasach Taoistów zaczęli, przypisywać im złą wolę i złe moce. Niektórzy wierzyli, że sowy w rzeczywistości były potworami ukrywającymi się pod ptasimi piórami. Sowięta miały wydłubywać swoim matkom oczy i w końcu je pożerać. Ludzie urodzeni w dniu sowy (najdłuższy dzień w roku), odznaczali się zaburzoną osobowością, a wrodzona agresja popychała ich do zbrodni. Nawet tak strasznych jak zabójstwo własnej matki. Sowa stała się ptakiem Lei-gong – boga piorunów. On sam był zresztą chimerą. (Skrzyżowanie człowieka ze zwierzęciem lub skrzyżowanie różnych zwierząt.) Miał sowi dziób, skrzydła i pazury. Jak przystało na władcę burz, znany był z gwałtowności i destrukcyjnego temperamentu.

Z drugiej strony, wyobraźmy sobie, że przechodząc po zmroku obok cmentarza zobaczyliśmy unoszącą się bezgłośnie nad grobami jasną twarz, z wielkimi oczami, które właśnie się na nas zatrzymały… I jeszcze ten głos, który ściąga buty i stawia włosy na głowie! Co byśmy wtedy pomyśleli? Tymczasem, stare cmentarze od zawsze były ulubionym miejscem sów. Z jednej strony blisko ludzi – co zawsze oznacza obfitość myszy i szczurów, a o czym sowy na całym świecie dobrze wiedzą. Z drugiej – tak ważne dla tych drapieżników spokój i cisza, pozwalające skoncentrować się na polowaniu. No i dojrzałe drzewa z dziuplami do zasiedlenia oraz nagrobki, na których można przysiąść w zasiadce. Podczas, gdy praktyczne sowy chętnie trzymały (trzymają!) się cmentarzy dla własnej wygody, ludzie szybko zaczęli kojarzyć je ze śmiercią, która dla nich samych zwykle wiązała się z lękiem i licznymi tabu. Resztę wypełniła wyobraźnia – ówczesnych artystów malujących sowy na czaszkach i nagrobkach (ulubione motywy renesansowych obrazów) oraz prostego ludu. Gdy sowa odzywała się z cmentarza, był to znak, że oto przechwyciła czyjąś duszę, albo nawet, że czyjaś zabłąkana dusza wcieliła się w sowę. Polska nazwa Pójdźki, na przykład, wzięła się od zawołania, jakie ta mała sowa miała krzyczeć pośród nocy: „pójdź, pójdź w dołek za kościołek”. Ale wbrew temu w co wierzyli ludzie, to wołanie tylko ptakom przynosiło śmierć. Rosyjskie słowo na Pójdźkę sych również pochodzi od jej głosu i jednocześnie oznacza złego człowieka. W Indiach i Pakistanie na głupich i szalonych mówi się ulu albo ulu ka patha – odpowiednio sowa i uczeń sowy. Łatwo się domyśleć, że wyraz ten (ulu) ma również pochodzenie dźwiękonaśladowcze.

Stary Testament

Starzy Hiszpanie opowiadali, że dawno temu, wszystkie sowy pięknie śpiewały. Aż któregoś dnia jedna z nich zobaczyła konającego na krzyżu Jezusa. Zdjęta jego bólem, zaczęła krzyczeć z rozpaczy. I od tamtej pory wszystkie sowy wołają cruz, cruz, co w hiszpańskim oznacza krzyż, krzyż. W Starym Testamencie sowy pojawiają się 16 razy. Za każdym razem jednak, jako złe i nieczyste. Sowa razem z kozą i małpą była częścią diabelskiego trio. Wreszcie, w wiekach średnich, przesiadująca w bezruchu sowa stała się też synonimem lenistwa, grzechu i złych uczynków.

Sowom też należy się chwila snu! Chociaż drzemka na otwartej gałęzi, gdy jest się małą Sóweczką, może być ryzykowana... Fot. Mateusz Matysiak

30 | 31


(Przy czym oczywista prawda była taka, że polujące na myszy i szczury sowy całymi nocami czyniły nam dobro!) Ówcześni gorliwi Chrześcijanie uznali nawet sowę za ptaka Żydów. Tak jak Żydzi wybrali mroki swoich wierzeń nad światło Chrystusa, tak sowy wybrały ciemność nocy nad jasność dnia. W końcu, mądra kiedyś sowa, w naszym, chrześcijańskim postrzeganiu ewoluowała do symbolu ślepego uporu, zamknięcia na argumenty, a nawet uwstecznienia. Sowy oficjalnie należało tępić! Z drugiej strony, nie bojąca się ciemności sowa, zgodnie z logiką, musiała mieć kontakt z zaświatami. Pomimo oficjalnych zakazów i nauki Kościoła, sów używano więc jako mediów łączących z duszami zmarłych. Posługiwały się nimi nie tylko czarownice, ale też wszelkiej maści szamani i wróżbici. Ci ostatni, z pomocą ptaków poszukiwali zaginionych ludzi i przedmiotów. (W różnych częściach świata wciąż się to praktykuje.) Nic dziwnego – z takim wzrokiem! Oczywiście ten wzrok wykorzystywany był też do przepowiadania mglistej i odległej przyszłości, w którą tylko sowa mogła wejrzeć.

Otrzeźwiające jaja

Mimo złowrogiej aury unoszącej się wokół sów, ludzie od początku rozumieli, że ptaki te posiadają zmysły i umiejętności nieosiągalne ani dla nich, ani dla większości innych (dziennych) zwierząt, z którymi mieli styczność. Przede wszystkim, sowy opanowały mrok, którego my, jak wszystkie dzienne zwierzęta, do dziś się lękamy. Nasza bujna wyobraźnia bynajmniej nie pomaga nam oswoić ciemności. Zamiast tego wytwarza równoległe światy. Do tego wszyscy przecież wiemy, że pod osłoną nocy działają tylko złoczyńcy i mordercy. Sowy – królowe nocy – musiały w końcu wzbudzić nasze podejrzenia o konszachty z nieczystymi siłami. Z jednej więc strony baliśmy się ich. Z drugiej – podziwialiśmy ich dyskretną elegancję (stąd wcześniej łączono je z bóstwami) i kojarzyliśmy z nadprzyrodzonymi mocami, na które patrzyliśmy z zazdrością. Wystarczyło po nie sięgnąć i ustawić po swojej stronie. Było to tylko kwestią czasu… W piętnastowiecznych podręcznikach medycyny i nauk przyrodniczych zalecano leczenie szaleństwa przez posypywanie oczu szalonego prochami sowy. Picie surowych, sowich jaj miało leczyć alkoholizm. Może dlatego, że sowy sprawiające wrażenie poważnych i skupionych, kojarzono z trzeźwością? (Zresztą czy ktoś kiedykolwiek widział nietrzeźwą sowę?!) Gorzej, że otrzeźwiające jaja sów tradycyjnie podawano w… szklance wina. Chorzy na podagrę mogli z kolei leczyć się nasoloną i długo zapiekaną pod przykryciem sową, którą ucierano z sadłem z dzika. Tak przyrządzone mazidło nakładano na chore miejsca. Wytapiany sowi tłuszcz miał też leczyć wszelkie oparzenia i podrażnienia skóry. Szpik kostny utarty z olejem był wkrapiany do nosa

Sowy w ciągu dnia widzą tak samo dobrze, jak większość innych Ptaków. Wiedzą o tym ci, na których one polują. Puszczyk Uralski. Fot. Mateusz Matysiak


32 | 33


Cytrynowe oczy wielkiego Puszczyka Mszarnego podpowiadają, że to sowa dzienna. Fot. Cezary Korkosz


34 | 35


w celu leczenia migreny. Zupa z sowich jaj, ugotowana w noc po pełni księżyca, miała zapobiegać epilepsji. Być może niewzruszony spokój sów i zdolność trwania w bezruchu miały udzielić się chorym? Krew ptaków zmieszana z olejem pomagała zwalczać wszy, a żółć zatrzymać nocne moczenia. (…)

Serce sowy

Masaż ciepłą krwią lub sercem sowy leczył paraliż twarzy. Świeżo wyrwane serce sowy położone na lewej piersi śpiącej kobiety powodowało, że odkrywała ona swoje najgłębsze sekrety. Mężczyźni najwyraźniej mieli mniej do ukrycia, bo żeby dowiedzieć się całej prawdy o nich, wystarczyło płożyć na nich pióro. Zadziałało, pod warunkiem, że ich nie obudziliśmy. Serce sowy zabierali też ze sobą ci, którzy ruszali na bitwę – dodawało siły i wigoru. Na dawnych ziemiach niemieckich wierzono nawet, że umieszczone pod lewą (koniecznie!) pachą serce i prawa noga sowy, chroniły przed ugryzieniami psów i wścieklizną. Chciało by się rzec, że współczesna, naukowa medycyna okazała się ratunkiem nie tylko dla ludzi, ale i dla sów. Szkoda tylko, że nie wszędzie i nie wszyscy w nią wierzą. Jedno jest pewne: szczęśliwe jest zwierzę, które nie ma żadnych właściwości leczniczych ani magicznych! No chyba, że akurat uznaliśmy je za bezużyteczne i dlatego postanowiliśmy je zabijać.

Voodoo

Co dla większości z nas jest już przeszłością, dla innych jest dniem powszednim. I tak, lokalnie w Indiach i bardzo często w Afryce, ciągle jeszcze jada się sowie jaja dla poprawy wzroku. W Tajlandii czy Korei podaje się je prewencyjnie dzieciom, aby, gdy dorosną, uchronić je od alkoholizmu. Zresztą sowie mięso i jaja leczą tam niemal wszystko – a już na pewno reumatyzm.

Afrykanie jadają sowie nogi żeby chronić się przed ukąszeniami węży. Różne części ciała sów w Afryce są powszechnie używane w obrządkach voodoo, które mają rzucać uroki i zabijać. Wiara w złowróżbne właściwości sów jest tak silna, że w niektórych rejonach Nigerii czy Kamerunu nawet nie wymawia się słowa na „S”, żeby nie sprowadzić na siebie nieszczęścia. Tam ciągle jeszcze czarownice zamieniają się w sowy. Ptaki są więc powszechnie zabijane! Ocenia się, że tylko w Malawi 80% całej populacji sów każdego roku ginie w wyniku prześladowań. W całej Afryce wyjątkiem jest jedynie plemię Chockwe z Angoli, gdzie sowa jest symbolem mądrości i troski. (Tylko jak długo jeszcze?) Z kolei w indyjskim rejonie Ludhiana sowy się łapie, sprzedaje i zabija w ofierze Lakshami, hinduskiej bogini dobrobytu. Ma to zapewnić powodzenie w interesach. Sowa Jarzębata – rzadki gość z Dalekiej Północy, który czasami zatrzymuje się na dłużej. Fot. Mateusz Matysiak


36 | 37


38 | 39


Ciekawe co na to sama Lakshami, która raz do roku zlatuje na Ziemię na swojej białej sowie Uluka (Ulooka), żeby odmienić los kilku najbiedniejszych. I tylko Uluka ma tyle odwagi, żeby zaprowadzić boginię do miejsc tak mrocznych, że już nikt inny się tam nie zapuszcza.

Sowy robią się cool

W średniowiecznej Europie sowy coraz częściej portretowano, jak w towarzystwie czarownic unosiły się nad miastami na miotłach. Początkowo utrwaliło to negatywne stereotypy i wiele sów płonęło na stosach razem z podejrzanymi o czary kobietami. Z czasem jednak widok sowy siedzącej na miotle ewoluował w kierunku bardziej komicznym. A że śmiech leczy, razem z nim, dla sów zaczęła pojawiać się nadzieja. Gdy trochę oswoiliśmy nasze lęki i wyluzowaliśmy ze strachem, ujrzeliśmy sowy w zupełnie innym świetle. Przede wszystkim zaczęliśmy dostrzegać podobieństwa! Charakterystyczna, duża głowa i wielkie oczy przypominające ludzką twarz, w zbiorowej europejskiej świadomości oznaczały większy mózg, a z nim wiedzę i inteligencję, jaką do tej pory rezerwowaliśmy tylko dla siebie. Zmiana w postrzeganiu sów była już bardzo widoczna w wiktoriańskiej Anglii, która narzucała styl całej Europie oraz czwartej części świata, którą w owym czasie zarządzało brytyjskie imperium. Wkrótce sowy zaczęły pojawiać się na szkockich ślubach, gdzie ta oryginalna tradycja zachowała się do dziś. Otóż w odpowiednim momencie, na znak świadka, z przeciwległego końca kościoła nadlatuje bezszelestnie sowa. Najczęściej jest to elegancka Płomykówka, która przysiada na jego ramieniu z obrączkami dowiązanymi do jednej z nóg. Świadek odbiera pobłogosławione mądrością sowy obrączki i przekazuje je pastorowi… (Szczera prawda jest taka, że sowy nie są przysłowiowymi Einsteinami wśród ptaków. Ale też nie muszą. Gdy taka Sroka, na przykład, codziennie musi kombinować jak i gdzie znaleźć coś do jedzenia, sowy postawiły na wąską dietę i bardzo specjalistyczną niszę: tylko mięso i przeważnie gryzonie – zdobywane głównie nocą, gdy większość konkurencji śpi. Do tego nie potrzebowały szczególnej inteligencji, ale precyzyjnych narzędzi. I trzeba przyznać, że w przypadku sów, matka Natura zadbała o nie z wyjątkową starannością.) Na początku lat 2000., co trzecie dziecko na Ziemi marzyło o tym, aby mieć własną sowę. A wszystko za sprawą Harrego Pottera i jego kolegów z Hogwartu. Perfekcyjna Joanne K. Rowling zadbała również o to, aby sowy łączniczki, które pojawiały się w jej opowieści były ptakami z krwi i kości – i odpowiadały rzeczywistym gatunkom! Nie przez przypadek więc Puchacz służył jako posłaniec w niesławnej rodzinie Malfoyów. Skromna Pójdźka, ptak bogini Ateny, w pierwszych promieniach porannego słońca. Fot. Mateusz Matysiak


Inny Puchacz zasłynął w 2007 roku pojawieniem się w środku międzynarodowego meczu, na wypełnionym po brzegi stadionie piłkarskim w Helsinkach. Większość dzikich zwierząt (a nawet ludzi) nie wytrzymałaby ogłuszającej wrzawy podnieconych tłumów, oślepiających świateł i innych efektów specjalnych. Ale nie Puchacz! Wielki ptak najpierw wylądował na murawie, pośród biegających piłkarzy. Sędzia odgwizdał przerwę oczekując, że ten odleci. Rzeczywiście: Puchacz po jakimś czasie rozłożył swoje wielkie skrzydła i niespiesznie wzniósł się w powietrze, aby usiąść na poprzeczce jednej z bramek. Tam charakterystycznie pokręcił głową, przyglądając się zaskoczonym i coraz bardziej rozbawionym tłumom. W huku braw ponownie wzbił się w górę i… przeniósł się na przeciwległą bramkę, gdzie powtórzył całą operację. Od tamtych wydarzeń Finowie nazywają swoją narodową reprezentację Huuhkajat (Puchacz), a sam ptak nazwany pieszczotliwie Bubi (nawiązanie do łacińskiego Bubo) został Honorowym Obywatelem Helsinek 2007. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że Bubi faktycznie był mieszkańcem Helsinek, a stadion leżał w jego rewirze, który tamtego wieczoru, został bezceremonialnie najechany przez kilkadziesiąt tysięcy kibiców! Tylko na wyspach Tonga sowy od zawsze przynosiły szczęście, a ich krzyk zapowiada nie śmierć, ale narodziny! Być może nawoływania wyspiarskich sów zostały usłyszane w naszej części świata, bo w Europie i Ameryce Północnej, na naszych oczach, narodziła się nowa tradycja, której echa sięgają starożytnej Grecji. Sowy znowu są oficjalnie ulubionymi ptakami – bohaterkami dowcipów, jedną z najbardziej popularnych ikon popkultury i doręczycielkami dobrych życzeń. Bawią, uczą i przynoszą szczęście! Uhuuu!

Repello Mugoletum

Niektóre mity są wiecznie żywe. I tak, do dzisiaj, tu i ówdzie w Transylwanii rolnicy wierzą, że okrążenie pola w stroju Adama odstraszy sowy. (Wierzymy, że tak… Tylko po co?!) W Walii głos sowy pośród zabudowań wsi oznacza, że jakaś panna właśnie straciła dziewictwo! (Jakby walijskie sowy nie miały nic lepszego do roboty!) W Mongolii sowy nocami zakradają się do jurt i obgryzają śpiącym paznokcie. (Bez komentarza.) Syberyjscy traperzy noszą przy sobie sowi pazur wierząc, że w razie śmierci ich dusza wdrapie się z jego pomocą do nieba. (Tylko co na to dusze zwierząt, które wcześniej obdarli ze skóry?) Przesądni Francuzi, mówią, że gdy ciężarna usłyszy sowę, urodzi dziewczynkę. (Co mogą łatwo potwierdzić badaniem USG.) Chyba już wystarczy... Dobranoc!

Sóweczka w pełni. Fot. Cezary Korkosz


40 | 41


Profile for Ptaki Polskie

Noc Sów , Owls' Night Out (Ptaki Polskie)  

Poznaj tajemnicę hipnotyzujących oczu i bezszelestnych lotów. Dowiedz się więcej o sowach. Były symbol mądrości starożytnych Greków. W śred...

Noc Sów , Owls' Night Out (Ptaki Polskie)  

Poznaj tajemnicę hipnotyzujących oczu i bezszelestnych lotów. Dowiedz się więcej o sowach. Były symbol mądrości starożytnych Greków. W śred...

Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded