Page 1

Miesięcznik Parafii Wniebowzięcia NMP w Łebie

LISTOPAD 2009 Nr 57

fot. Piotr Kasina

Parafia wprowadza lud chrześcijański do uczestniczenia w życiu liturgicznym i gromadzi go podczas tej celebracji; głosi zbawczą naukę Chrystusa; praktykuje miłość Pana

w dobrych i braterskich uczynkach...

(Katechizm Kościoła Katolickiego)


Pytasz co w moim życiu z wszystkich rzeczy główną... Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.

Jednej się oczu czarnych, drugiej - modrych boję. Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wśród nocy czarnej, To

one

pędzą

wicher

międzyplanetarny,

Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała

Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała. Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia -

I jedno wiemy tylko i nic się nie zmienia Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci. Jan Lechoń

co w moim życiu...

Pytasz


Spacerując z Bosmanem Jego gesty i życie - wielokrotnie są paradoksalne. I nie może być inaczej. Stare bukłaki powszedniego języka nie mogą pomieścić młodego wina słów Chrystusa. Ewangeliczny paradoks jest odkryciem prawd niewypowiedzianych. Objawieniem głębokiego człowieczeństwa Chrystusa. Jest wyłomem, zdziwieniem, zgorszeniem, fantazją, przesłaniem, proroctwem.

Wierne psisko patrzy się na mnie na spacerach i mam czasami wrażenie, jakby za mną rozmawiał, np. że „ostatni wiatr nie był dla mnie tak straszny jak dla was ludzi”. Myślę sobie, czy to nie paradoks rozmawiać z psem. A muszę się przyznać, że nie tylko się z porozumiewam z Bosmanem, ale zdarza się, że i z nim rozmawiam. Oczywiście że Bosman nic mi nie odpowiada ludzkim głosem. Niestety, nawet w Wigilię nie chce się do ludzkiej mowy przekonać. Paradoks rozmawiać z kimś kto nie mówi. Ale czy nasze życie nie jest nasiąknięte paradoksami? A co to w ogóle jest paradoks??? Zaraz po spacerze zaglądam do Słownika Wyrazów Obcych i czytam: „Paradoks to twierdzenie zaskakująco sprzeczne z przyjętym powszechnie mniemaniem, często ujęte w formie błyskotliwego aforyzmu”. Tak, jak myślałem, w życiu wiele jest paradoksów, ale czyż one nie SĄ nam potrzebne i czy nie są wpisane w naszą codzienność?

Listopad jest chyba szczególnym czasem paradoksu. Opadają liście, idziemy częściej niż w innych miesiącach na groby naszych zmarłych i co robimy? Wspominamy ich życie, nieraz uronimy łezkę, porozmawiamy ze zmarłymi. Oni nie żyją, a ja z nimi rozmawiam. Myślę, że przy prowadzonych remontach naszej świątyni też jest pewien paradoks: kujemy, robimy bałagan, by kiedyś było czysto i pięknie. W książce Bryno Maggioni „Wielbłąd i ucho igielne” czytamy, że Słowa Jezusa - jak również

Myślę, że paradoksy SĄ potrzebne i warto je odkrywać, szczególnie w tym jesiennym i nieco depresyjnym listopadowym czasie odkrywać i nimi się zadziwiać. Czego Miłym Gościom, bardzo Kochanym Parafianom i sobie życzę. Waldemar OMI Proboszcz

Karol Okrasa Rudi Schuberth Zbigniew Karnicki Technikum GastronomicznoHotelarskie Sióstr Urszulanek w Pniewach niedziela 6 grudnia godz. 15 sobota 5 grudnia godz. 16-19 kiermasz świąteczny

hala sportowa w Łebie ul. Tysiąclecia 11 www.festiwalpomuchla.pl 3


Narzeczona Pana Boga 13 września 2009 r. obchodziliśmy uroczyście 80. urodziny naszej Mamy Agaty Cibulla. Rozpoczęliśmy bardzo uroczystą Mszą św. dziękczynną, podczas której z ust naszego Proboszcza usłyszeliśmy wiele wspaniałych słów pod adresem Mamy. Chór „Echo” przygotował niespodziankę i uświetnił Mszę Świętą wzruszającymi pieśniami religijnymi. Po południu wszyscy goście wspaniale się bawili w domu wczasowym „Eurybia”, konsumując wyśmienite potrawy i słuchając muzyki zespołu „Dwie Barwy”. Mama przyjechała do Łeby w 1950 roku w poszukiwaniu pracy. Tutaj poznała swojego męża, a naszego ojca Klemensa, który pracował w miejscowej masarni. Z ojcem przeżyła wspólnie 48 lat, zajmując się domem i dziećmi. Wspólnie wychowali czwórkę swoich dzieci, najlepiej, jak potrafili. Życie naszej kochanej Mamy nie było łatwe. Wychowanie czwórki dzieci w czasach przecież niełatwych, ojciec ciągle zapracowany, a my nie byliśmy pokornymi aniołkami. Nasza Mama trwała jednak ciągle na posterunku, karmiła, pilnowała przygotowania do lekcji, do religii, zawsze obecna na wywiadówkach, wymagająca, panowała nad wszystkim, od utrzymania rodziny po potrzeby duchowe i materialne. Trwało to całe lata. Mama nigdy nie narzekała i pracowała, zawsze uśmiechnięta, zawsze gotowa do poświęcenia, pomocy i to nie tylko swojej rodzinie. Wszystkich obdzieliłaby swoim wielkim sercem. W czasie długiej choroby ojca codziennie uczestniczyła we Mszy Świętej, a następnie z pełnym poświęceniem opiekowała się chorym mężem. W podziękowaniu Bogu za wszystko, czego doświadczyła, wzięła udział w wielu pielgrzymkach. Była w Częstochowie, Kodniu, Gietrzwałdzie, Warszawie, Obrze, Markowicach, Licheniu, Niepokalanowie, Rzymie i Lourdes. Wszędzie dziękowała i modliła się za pomyślność swojej rodziny. Do dzisiaj z rozrzewnieniem wspomina spotkanie z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Te wyjazdy dodawały Jej zdrowia i energii do dalszej pracy i poświęceń. Nawet po tragicznej śmierci syna Stanisława potrafiła się pozbierać i z miłością w sercu i pomocą Boską wybaczyć.

4

Teraz, kiedy dzieci są już dorosłe, swój czas i energię poświęca na pomoc w wychowaniu wnuków. Ciągle oczekuje na wizyty dzieci i wnuków, zawsze gotowa wszystkich przyjąć z otwartym sercem.

Mama nasza całym swoim życiem, poświęceniem i pracą w pełni zasłużyła na świętowanie swoich 80. urodzin. Wzór idealnej Matki. To dzięki Niej jesteśmy cały czas wszyscy razem i świętujemy Jej 80. urodziny. Oby nam udało się tak wychować nasze dzieci. Mamo, za to wszystko dziękujemy Tobie bardzo serdecznie i gorąco. Kochamy Ciebie. Żyj długo i szczęśliwie wraz z nami. Potrzebujemy Ciebie. Sto lat!

Pozwolę sobie zacytować fragment listu otrzymanego od ks. kanonika Pawła Gwoździa, byłego wikarego w łebskiej parafii, księdza bardzo związanego z naszą rodziną. Drogi Janie Twój list nadszedł na mój tymczasowy adres w Olsztynie, gdy byłem jeszcze za granicą. Wróciłem i ucieszyłem się tym zaproszeniem. Dziękuję. Byłoby mi bardzo miło na uroczystości Twojej Mamy Agaty być i uczestniczyć, zwłaszcza we Mszy Świętej. Jako żywy świadek mógłbym w tej Mszy św. opowiedzieć o dobroci Pana Boga. Chy-


ba 46 lat temu odprawiłem Mszę Świętą o zdrowie Pani Agaty Cibulla. Polecił mi to zadanie śp. ks. Proboszcz F. Zawodny. Dobry Bóg wysłuchał naszej modlitwy wbrew nietrafnej diagnozie lekarzy. Pokochałem wtedy bardzo Waszą rodzinę... Ale niestety, nie będę mógł być obecny. Przykro mi z tego powodu. Cieszę się jednak z łaskawości Pana i posłusznych lat Twojej zacnej Mamy

Agaty. Życzę i błogosławię! Serdecznie pozdrawiam Twoją Mamę. Serdecznie pozdrawiam Ciebie i Twoją żonę. Serdecznie pozdrawiam Elżbietę i Teresę i wszystkich uczestników Waszej rodzinnej uroczystości. Będzie bardzo ładnie. Z tęsknotą w sercu będę się modlił w tym zacnym dniu we Mszy Świętej. Szczęść Boże – Wasz dawny wikary ks. Paweł Gwóźdź. Jan Cibulla

Łebskie praktyki Dzień 1 sierpnia, przepełniony rzeczami plecak, dworzec PKP w Łebie. Tuż po godzinie ósmej wysiadłem z autobusu po całonocnej jeździe z Częstochowy. Zaczął się dla mnie kolejny etap mojego życia zakonnego w rodzinie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej – praktyki wakacyjne. Już w trakcie podróży zastanawiałem się, jak to będzie wyglądać i co mnie w Łebie czeka. Pojawiła się nawet myśl, czy w ogóle będę miał okazję zobaczyć morze. Droga od dworca kolejowego do kościoła nie jest długa, więc szybko dotarłem do celu. Poznałem, co wchodzi w zakres moich obowiązków i tak się zaczęło. Każdego dnia towarzyszyłem w kościele grą na organach, miałem za zadanie skomputeryzowanie i odświeżenie kartoteki parafialnej oraz pomagałem we wszelkich pracach porządkowych. Z początku czułem się troszkę skrępowany, wszystko to bowiem było czymś dla mnie całkiem nowym. Jednak serdeczność oraz gościnność całej wspólnoty oblackiej na czele z o. Proboszczem sprawiła, że szybko zaklimatyzowałem się w tym miejscu. Troszczyli się oni przede wszystkim o mój wypoczynek, co dało mi kilkakrotnie okazje do tego aby wybrać się na łebską plażę. Podczas praktyk wzbudziła się we mnie pewna refleksja. Będąc zarówno w nowicjacie, jak i jeden rok w seminarium, jako organista nie doświadczyłem w niedziele takiego wyrzeczenia pracy jak tutaj, grając podczas Mszy świętych. W sezonie jest ich odprawianych siedem. Gdy grywałem na tych ostatnich o godzinie 2000, pojawiało się zmęczenie. Wtedy uświadomiłem sobie głębiej na co się decyduje, wybierając dro-

gę życia zakonnego i kapłańskiego. Godzę się na rezygnowanie z siebie, aby być dla innych. Dla większości niedziela jest dniem wolnym od pracy . Dla kapłanów jest to kolejny, a zarazem szczególny dzień, w którym służą człowiekowi przez sprawowanie Eucharystii, Spowiedź św., głoszenie Słowa Bożego i przez swoją obecność wśród ludzi. Dlatego tak ważne jest, abyście Wy, drodzy parafianie, pamiętali na modlitwie o Waszych duszpasterzach . Ona ich wzmacnia i nieustannie ożywia ich posługę zakonną i kapłańską. Jako dziecko zawsze jeździłem z rodziną na wakacje nad morze, jednak do innej miejscowości – Darłówka. Będąc tutaj, dostrzegłem w Łebie zupełnie inny, rzekłbym – bardzo urzekający klimat. „Zaczarowane miasto” – jak określił je pan Sławomir Łosowski. Także i mnie urzekła aura tej miejscowości, co pozwoliło mi naprawdę odprężyć się, wypocząć i zebrać nowe siły przed rozpoczynającym się kolejnym rokiem formacyjnym i akademickim w Seminarium w Obrze.

Lecz w końcu nadszedł czas pożegnania z Łebą i mam nadzieje, że nie na długo. Zachowałem wiele miłych wspomnień z tego czasu, otrzymałem wiele dobroci od wspólnoty oblackiej, ale także od Was – parafian. Będę pamiętał o Was na modlitwie i mam prośbę, abyście i w swoich modlitwach wspomnieli na mnie, ale także proście Boga za wszystkich kleryków, braci z naszego Zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej, abyśmy nieustannie rozpoznawali Jego wolę i pełnili ją z całą gorliwością. Dziękuję za wszystko. Szczęść Boże! Fr. Piotr Prauzner-Bechcicki OMI

5


Mozaika wspomnień z Gór Stołowych i Złotej Pragi Nie, nie dla wiedzy podróżujemy. Nie po to podróżujemy, by na chwilę z codziennych trosk sie wyrwać i o kłopotach zapomnieć (...) Nie, nie żądza wiedzy nas gna ani ochota ucieczki, ale ciekawość... Taka ciekawość zawiodła we wrześniu wszystkich uczestników parafialnej wycieczki – pielgrzymki w Góry Stołowe i do Złotej Pragi. Wspominając ten wyjazd, nie chcę się trzymać harmonogramu, jakiegoś planu czy porządku. Wolę swoje reminiscencje, rozrzucone wspomnienia, których nie sposób poszufladkować. Wspomnienie pierwsze: Polska.

Wszystkim góry kojarzą się z ośnieżonymi szczytami sięgającymi chmur, a tymczasem Góry Stołowe są inne, niezwykłe i jakże atrakcyjne dla turystów. Na każdym miejscu natknąć się można na osobliwe formy, fantastyczne kształty, urwiska i rzeczne doliny. Nazwa wskazuje na ich krajobraz. To kamienne płaszczyzny, płaskie skalne bastiony, strzegące miast opierających się o ich niepowtarzalny wygląd.

Niezwykłe wrażenia i piękne wspomnienia zachowuje w pamięci każdy, kto choć raz odwiedził Szczeliniec Wielki. Spotykamy tu niezliczone skały o fantazyjnych kształtach i nazwach do nich nawiązujących. Jest więc Wielbłąd, Słoń, Wiewiórka czy nawet Małpolud. Kudowa Zdrój, w której spędziliśmy wiele czasu, to jedno z najstarszych uzdrowisk w naszym kraju, a nawet jedno z najstarszych w Europie. Warto tu napić się wód leczniczych, ale i warto odwiedzić miejsca wypełnione duchem – kościoły, kaplice, źródełka...

Jednym z takich miejsc jest Czermna, kiedyś wieś, obecnie część Kudowy, a to, co na zawsze zostaje w pamięci po jej odwiedzeniu, to kaplica czaszek. To jedyny tego rodzaju obiekt w naszym kraju. Całe sklepienie i ściany pokrywają czaszki poległych w wojnie trzydziestoletniej, w wojnach śląskich i zmarłych na cholerę, które to eksponaty zebrał proboszcz tamtejszej parafii ponad 200 lat temu. Niezwykłe? Owszem,

6

ale i dość przygnębiające, przynajmniej dla nienawykłych takich widoków.

I jeszcze jedno zostało mi w pamięci – Wambierzyce zwane „Śląską Jerozolimą”. Śliczne kamieniczki, bruk pokrywający potok, sanktuarium i wielkie schody prowadzące na Kalwarię przypominają Jerozolimę. Wspomnienie drugie: Czechy.

Jeśli nawet użyłabym swojej wyobraźni przed zwiedzeniem Skalnego Miasta, to nie byłabym w stanie przewidzieć, co kryje się pod tą nazwą. Choć i w naszych Górach Stołowych mówi się o skalnych miastach, nie ma jednak tak wielkiej formacji skał o tak różnorodnych kształtach. Kiedy drzewa zaczynają ustępować miejsca skałom, kiedy przechodzi się skalnymi chodnikami pod skalnymi bramami, nie sposób nie podziwiać piękna i potęgi natury. Z zadartą głową, patrząc wokół, nie można ogarnąć wzrokiem wszystkich kształtów, zapamiętać nazw, choć niektóre są przecież tak oczywiste: Żółw, Starosta i Starościna, Mysia Dziura czy Pianino Karkonosza. W końcu Złota Praga i to, co urzekło mnie najbardziej, czyli Hradczany – zamek królewski, katedra św. Wita, Mała Strana, Most Karola i Most Wacława. Praga tchnąca historią, ratuszowy zegar z ruchomymi figurkami Dwunastu Apostołów, Śmierci, Turka i Chciwości, mosty pełne ludzi, a także rejs po Wełtawie. Spacer Złotą Uliczką, która kiedyś zamieszkana, dziś jest pełna oryginalnych sklepików, przyciągających uwagę turystów.

Wieczór i niezwykłe widowisko na Kriżikowej Fontannie urzekło nie tylko mnie. Mnóstwo różnokolorowych lamp i podwodnych reflektorów, woda wyrzucana w ich świetle przy dźwiękach muzyki sprawiają, że zjawisko jest niesamowite, z zachwytem chłonie się połączenie wody, dźwięku i światła... (cdn.)

Pora na powrót do Łeby – jesiennej, zamglonej, spokojnej. Wracam chętnie, ale o ileż bogatsza... I wciąż ciekawa świata i ludzi. Barbara Beyer


Parafialna pielgrzymka do Gietrzwałdu 13 października o godz. 5 rano sprzed kościoła wyruszyła nasza wycieczko – pielgrzymka pod opieką Ojca Proboszcza. Przed obiadem już byliśmy we Fromborku. Tam zwiedziliśmy stojącą na Wzgórzu Katedralnym bazylikę oraz Muzeum Mikołaja Kopernika. Oglądaliśmy pamiątki po Koperniku, wielu z nas zachwycało się tym, co spada na ziemię, czyli meteorytami, o różnych kształtach i wielkościach, kamienne, metaliczne, szkliste i metaliczno – kamienne. Było co podziwiać, co kryje atmosfera. Spore wrażenie zrobił na nas stojący na placu potężny, mocno okaleczony dąb „Mikołaj”. Bardzo stary, rozcięty od góry do dołu piorunem, ale pełen zielonych liści, dostojny świadek ze wzgórza! Jadąc w kierunku Stoczka Klasztornego, odwiedziliśmy Krosno koło Ornety. Ale nie dane było nam zwiedzić tego sanktuarium. Jest otwarte tylko wtedy, gdy jest odprawiana Msza św., bo ksiądz dojeżdża z Ornety. W pobliżu tego kościoła jest posadzony młody dąb o imieniu „Karol” na cześć Ojca Świętego Jana Pawła II. Po przerwie na kawę i sernika Marysi wyruszyliśmy dalej.

Stoczek Klasztorny to następny etap naszej pielgrzymki. Tam zwiedziliśmy Sanktuarium Matki Bożej Pokoju, ogród klasztorny i miejsce uwięzienia w latach 1953 – 1954 Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego. Nocleg był w domu pielgrzyma, więc blisko Matki Bożej Pokoju. O godz. 18.30 Różaniec Fatimski, potem Msza Święta, a po Mszy procesja ze świecami alejkami ogrodu klasztornego. Figura Matki Bożej ozdobiona kwiatami, niesiona przez mężczyzn, oświetlona tylko zniczami. Ścieżki i małe kamienne kapliczki oraz wierni z zapalonymi świecami w kolorowych osłonkach, rozgwieżdżone niebo. Piękny, niezapomniany widok i takie same przeżycia!

Następny etap naszego pielgrzymowania to Gietrzwałd, gdzie oczekiwała nas Matka Boża Gietrzwałdzka. Mała miejscowość słynie z objawień, które trwały z przerwami od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Pobłogosławione przez Matkę Bożą źródełko w uroczystość Narodzenia NMP, czyli 8 września, w dzień odpustu parafialnego, jest dla wszystkich dostępne. My również śpiesznie dążyliśmy do źródełka, tym bardziej, że zaczął padać deszcz, który towarzyszył nam przez cały czas powrotu od Gietrzwałdu do Łeby. W drodze powrotnej do domu jeszcze w planie jest odwiedzenie grobu Ojca J. Przybyckiego i zakończenie pielgrzymki na Górze Papieskiej koło Pelplina. Do Iławy przybyliśmy z deszczem, ale to nam nie przeszkadzało, gdyż Ojciec Proboszcz załatwił nam po znajomości u Ojców Oblatów spotkanie przy kawie, herbacie oraz bardzo dobrym cieście. Z inicjatywy naszych pielgrzymujących znalazły się również trzy piękne bukiety

7


kwiatów dla trzech Jadwig. Było to dla nas bardzo wielką i bardzo miłą niespodzianką! Życzenia imieninowe od wszystkich, „Życzymy, życzymy” i „Sto lat” odśpiewane dla nas po prostu śpiewająco i wzruszająco! Takich imienin nie miała na pewno nigdy żadna z nas, więc mamy Wam wszystkim za co dziękować i mamy co wspominać. Silny wiatr i deszcz nie był nam przeszkodą, aby zapalić znicz i pomodlić się przy grobie Ojca Proboszcza J. Przybyckiego.

Końcowy etap to Góra Papieska. Silny, porywisty wiatr i ulewny deszcz nie zachęcały nas do wyjścia z ciepłego busika. Nie wspomnę, jakich argumentów użył Ojciec Proboszcz, aby część z nas poszła jednak na tę górę, ale nie wszyscy doszli na sam szczyt. Było naprawdę ciężko iść pod wiatr i deszcz. Mocno przemoczeni, ale bez-

pieczni dostaliśmy się do busika i do Łeby, do domu!

Dziękuję, że dane mi było pielgrzymować w zgranej grupie, rodzinnej atmosferze, na wesoło. Dziękujemy Bogu i Matce Bożej za bezpieczną i szczęśliwą drogę. Dziękujemy Kazikowi, że bezpiecznie dowiózł nas z Bożą pomocą tam i z powrotem, za pewna rękę na kierownicy i humor. Dziękujemy Ojcu Proboszczowi za opiekę nad grupą i wspólną modlitwę. Sławkowi za funt kiełbasy proboszczowej i wszystkim, którzy wybrali się na pielgrzymowanie i zwiedzanie. Stare przysłowie mówi: „Nad czas stracony nic bardziej nie boli”. My na pewno czasu nie straciliśmy, a zyskaliśmy wiele, prawda?

Jadwiga Labuda

Drogie Dzieci!!!! Trwając w listopadowej zadumie, która towarzyszła nam w pierwszych dnia tego miesiąca, kiedy nawiedzaliśmy cmentarze patrzymy w to co nas w tym miesiącu jeszcze czeka. A czeka nas wiele, bo już 29 listopada rozpoczyna się ADWENT! Czas, w którym mamy przygotować się na przyjście Pana Jezusa. Wierzę Drogie Dzieci, że już nie możecie się doczekać, kiedy wyjmiecie z szaf Wasze lampiony i tłumnie ruszycie do naszego kościoła, by światłem lampionów rozświetlić mrok popołudniowych spotkań z Panem Jezusem! Niedługo ropoczynający się adwent to czas wielu symboli i tradycji, które będą nam towarzyszyć przez cztery tygodnie, spróbuję je Wam przybliżyć: RORATY to Msza święta ku czci Najświętszej Maryi Panny. Nazwana została od słów „Rorate coeli” (spuście rosę niebiosa). W Polsce najstarsze ślady Mszy świętej roratniej sięgają XIII wieku. Roraty odprawiane na Wawelu gromadziły wszystkie stany polskie (króla, duchowieństwo, senatorów, szlachtę, rycerstwo, mieszczan i chłopów), które kolejno zapalały jedną świecę siedmioramiennego świecznika wymawiając słowa: “Jestem gotowy na sąd Boży”.

8

RORATKA to dodatkowa świeca ozdobiona kokardą, symbolizuje Maryję, która w swoim łonie niesie Chrystusa – Światłość Prawdziwą. Zapalona świeca przypomina nam, że razem z Maryją mamy czuwać i oczekiwać na przyjście Syna Bożego.

LAMPIONY ADWENTOWE światło posiadało zawsze bogatą symbolikę, ponieważ jest symbolem Chrystusa. Świeca jest symbolem życia chrześcijanina, przypomina o gotowości do spotkania z Jezusem. Lampiony adwentowe są dobrą ilustracją do przypowieści Jezusa o roztropnych pannach, które zabrały oliwę do naczyń i z płonącymi lampami oczekiwały na przyjście Oblubieńca.

WIENIEC ADWENTOWY Posiada głęboką symbolikę: światło, zieleń i okrąg – oznaczają wspólnotę, oczekującą w miłości i radości na przyjście Pana Jezusa.W pierwszą niedzielę zapalamy jedną świecę, w drugą dwie, w trzecią trzy, a w czwartą wszystkie cztery. Palące się świece oznajmiają przyjście Jezusa, który jest Światłością.

PUSTY ŻŁÓBEK wzywa nas do szukania Jezusa, zarówno Tego z Ewangelii, jak i Tego, któ-


rego dzisiaj spotykamy w ludziach, szczególnie tych, którzy są w potrzebie. FIGURA MATKI BOŻEJ Zwyczaj ten polega na przyjmowaniu do naszych rodzin figury Matki Bożej z kościoła po roratach. Rodzina w znaku figury zaprasza najczęściej na jedną dobę Maryję do swego domu. W ten sposób pojawia się scena sprzed 2000 lat, kiedy Maryja udała się do domu Elżbiety i Zachariasza, by usłużyć swej krewnej Elżbiecie.

W adwentowym wieńcu W adwentowym wieńcu cztery świeczki stoją każda z nich oznacza część serduszka moją

Pierwsza to nadzieja druga radość wielka trzecia znak pokoju czwarta miłość wszelka

Anna Remiszewska

Każdej niedzieli adwentu dorysuj jedną świeczkę, a za każdy z serca poczyniony uczynek polokoruj lub dorysuj jedno serduszko.

9


Ks Jerzy Popiełuszko 1947 – 1984 Postanowiłam przybliżyć swoim dzieciom sylwetkę Sługi Bożego Księdza Jerzego Popiełuszki. Tak dużo się o Nim mówi. Naszym dzieciom trzeba opowiadać, trafić do ich wyobraźni. Wielokrotnie uczestniczyliśmy we Mszy św. w Jego parafii. Ta krótka lekcja historii zaczęła się w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu. Bardzo prężna parafia. Cały czas czuje się Jego ducha i tam też jest Jego grób. Odwiedzają go również liczni goście z zagranicy. Po święceniach kapłańskich w 1972 r. pełnił posługę duszpasterską jako wikariusz w parafiach podwarszawskich w Ząbkach i w Aninie, a następnie w Warszawie w Parafii p.w. Dzieciątka Jezus. W kościele akademickim św. Anny prowadził katechezy dla studentów medycyny. W 1980 r. został przeniesiony jako rezydent do Parafii p.w. św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Na Jego comiesięczne Msze św. za Ojczyznę przychodziły tłumy uczestników. W swoich homiliach mówił o deptaniu przez rządzących praw ludzkich, godności człowieka, łamaniu sumienia. Był od-

10

ważny. Często powtarzał, że zło można pokonać jedynie dobrem i miłością. Ówczesne władze widziały w nim niebezpiecznego wichrzyciela ładu społecznego oraz politycznego agitatora, oskarżając Go o działalność antypaństwową. W nocy 19.10.1984 r. został uprowadzony przez oficerów służb specjalnych MSW i brutalnie zamordowany. W życiu kierował się tylko prawdą i miłością do Ojczyzny. „Żądając prawdy od innych, sami musimy żyć prawdą”.

Na tarasach i balkonach wszędzie tłumy. Ludzie w tym dniu solidaryzują się ze sobą. W górze widnieją transparenty. Z bocznych ulic wychodzą kolejne grupy ludzi. Nawet najmniejszy skrawek trawnika jest zajęty. Ludzie przestają się bać. Wdrapują się na murki, przechodzą przez ogrodzenia, aby móc uczestniczyć w pogrzebie Jerzego Popiełuszki. Ogromne wrażenie. Na pogrzebie jest cała Polska. Małgorzata Krzywulicz


12 w skali Beauforta 12 października 2009 Od: Andrzej Zalewski EkoRadio Do: Maria Konkol Łeba Serdecznie pozdrawiam Panią, Pani Mario Martwię się jak przeżyjecie jutrzejszy, środowy i czwartkowy huragan w Łebie. Wiatr północny uderzy w plażę. Darz Bór! Andrzej Zalewski Podczas sztormu w dniach 13-14 października

na terenie miasta Łeby 15 strażaków - ochotników z OSP Łeba wzięło udział w 23 akcjach polegających na usuwaniu wiatrołomów oraz likwidacji lekkiego podtopienia ulicy Abrahama. Silny huraganowy wiatr wiejący w porywach z prędkością 120 km/godz przewrócił 18 drzew rosnących w pobliżu ulic. Strażacy mieli pełne ręce roboty usuwając zatory na drogach. Sytuacja była przez cały czas monitorowana przez Zespół Zarządzania Kryzysowego. Henryk Zagórski Urząd Miejski w Łebie Zarządzanie Kryzysowe i Obrona Cywilna

Łebskie listy Andrzeja Zalewskiego 07.10.2009r.

Droga Pani Mario

Moje spotkanie po wieloletniej przerwie z Łebą było bardzo ciekawe i podoba mi się bardzo Pani pomysł intensyfikacji promowania tej miejscowości i tego środowiska. Warto pamiętać, że rzeczywiście zjawiska meteorologiczne w okolicy Łeby są wyjątkowo dynamiczne i śmiało można mówić o Łebie - świątyni żywiołów. Pewnie Pani nie wie, że w zapisie gwałtownych uderzeń sztormu i wiatru ciągle jeszcze rekord Polski na-

leży do Łeby, gdzie kilkanaście lat temu zanotowano porywy około 44 m/s. Czyli był to huragan około 150 km/h. W kronice IMGW rekord ten nie został jeszcze pobity. Kiedy z zainteresowaniem chodziłem po Łebie i przypominałem sobie uroczą i stosunkowo biedną wieś rybacką, kaszubską, to muszę powiedzieć, że przez lata polskiego panowania Łeba dokonała olbrzymiego skoku w górę, staje się masowo odwiedzanym kurortem morskim. To co mnie osobiście niepokoi, to niezwykły chaos przestrzenny w zagospo-

11


darowaniu okolicy i samej Łeby. Właściwie największym błędem przestrzennej gospodarki jest brak komunikacji między wschodnim i zachodnim brzegiem ujścia Łeby do Bałtyku. Jakoś nikt nie pomyślał o tym, żeby w samym porcie stworzyć choć funkcjonujący regularnie prom. Jak mi się wydaje, podstawowym zadaniem gospodarzy Łeby jest wprowadzenie do użytkowania przez turystów dłuższej wielokilometrowej przestrzeni plaż, które właściwie są zupełnie nie wykorzystywane. Co prawda z jednej strony zachodniej jest tam granica parku narodowego, natomiast zdaje się, że nie próbuje się poszerzyć miejsca dostępnego na plażach na kilometrowej przestrzeni świetnych plaż na wschód. Zgłaszam więc hasło propagandowe: najpiękniejsze piaszczyste plaże morskie spotkasz tylko w północnej Portugalii i polskiej Łebie. Oczywiście hasłem które powinno być lansowane wszędzie w reklamach, folderach i napisach nawet ulicznych powinno być Wasze znane hasło Łeba blisko nieba. Jak sądzę, przyszły rok przyniesie zdecydowany wzrost zainteresowania Bałtykiem w Europie. I Łeba powinna z tego skorzystać. Ocieplenie klimatu zmieniać będzie coraz bardziej kierunek wędrówek turystów, ponieważ plaże nad M. Śródziemnych przy swoich zaletach stają się coraz bardziej zatłoczone, brudne i zagrożone ogniem pożarów. Będziemy też światkami rozgrywek politycznych o Bałtyk i zmagać się będzie hałas ekologów wobec przygotowań do prowadzenia rurociągu rosyjskiego zarówno ropnego jak i gazowego. Słowem moda na Bałtyk i plaże bałtyckie będzie narastała. Łeba ma jeszcze jeden atut, który może nie jest doceniany. Mianowicie to piękne nadmorskie miasteczko graniczy z unikalnym w Europie parkiem narodowym. Podobnie jest nad Morzem Północnym, gdzie w Niemczech między Hamburgiem a granicą holenderską znajdują się na pograniczu plaży bezcenne obszary bagnisk, torfowisk, pełnych zwierząt i ptaków, pilnie strzeżonych z jednej strony, ale także coraz bardziej uczęszczanych przez turystów. Warto z tych niemieckich doświadczeń skorzystać. Kto wie, może przy obecnej modzie na różne braterskie związki miast i miasteczek nie warto byłoby rozejrzeć się w okolicach Hamburga i Szlezwik-Holsztynu nad takim promocyjnym małżeństwem. Mamy sporo tego rodzaju powiązań w Polsce, co daje

12

znakomite rezultaty. Mamy więc gminy ożenione z gminami włoskimi, bawarskimi, belgijskimi, holenderskimi, a nawet ostatnio zbratał się mój bliski Chmielnik na Kielecczyźnie z bardzo ciekawą gminą serbską. Jak wiadomo, Serbia w końcu zdecydowała się i zabiega o wejście do UE. Oczywiście przy takim spojrzeniu na pozycję Łeby trudno zapomnieć o Kaszubach. I tu też myślę, że można byłoby jakoś bardziej uaktywniać tą tradycję, co oczywiście ma pewien posmak polityczny, bowiem pojawia się sprawa ziomkostwa itp.

Wg mnie zupełnie zapomnianym problemem jest to co ja pamiętam z pierwszych lat objęcia tych obszarów przez administrację polską (1945-49) kiedy tereny wokół Łeby były obszarem całkowicie zdominowanym przez duże latyfundia ziemian niemieckich, czyli po prostu dworów. Ich stan był bardzo różny, ale kultura i poziom cywilizacyjny tych dworów trudno byłoby wówczas porównywać z polskimi dworami ziemiańskimi w dawnym zaborze rosyjskim w Polsce. To dla tego z takim zapałem wyrzuceni ziemianie przez 4 lata z wielkim powodzeniem gospodarowali na tych ziemiach i w tych majątkach posiadających wielkie obszary pól oraz łąk. Coś mi się wydaje że rzeka Łeba całkowicie przestała interesować wojewodów, starostów i wójtów. Chcę więc przypomnieć, że przejęliśmy w 1945 roku około 28 tys. hektarów wspaniałych zagospodarowanych łąk wzdłuż rzeki Łeby oraz jej dopływów. Na tych łąkach i pastwiskach pasły się wówczas setki krów, bydła rzeźnego a nawet kóz. Wszystko oczywiście dziś przestało istnieć. Niemniej Łeba przy ujściu rzeki Łeby mogłaby przecież spróbować uaktywnić ten wielki walor gospodarczy i turystyczny. Na tysiącach ha łąk Niemcy dzięki pomocy Holendrów utrzymywali wówczas wiatraki do pompowania wody, nawadniania odwadniania itp. Można przecież dziś sobie wyobrazić jakąś przynajmniej próbę powrotu do tej kultury przyrodniczej, a pamiętam na tych łąkach nie tylko zwierzęta domowe, ale tysiące gęsi, kaczek, żurawi i innych wielu ptaków, które tam przejściowo i zwłaszcza w okresach wiosennych i letnich pojawiały się. Wielu Polaków wtedy urządzało polowania. Myślę, że takie spojrzenie na perełkę, jaką jest Łeba, mogłoby niewątpliwie wzmocnić jej walory turystyczne, można przecież sobie wyobrazić spływ kajakami Łebą


do Łeby. Nade wszystko jednak najbardziej realne widzę stworzenie warunków komunikacyjnych wzdłuż linii brzegowej, aby ułatwić podbój plażowiczów, plaży od Łeby aż po dawną granicę polsko-niemiecką. W ten sposób nawiedzane plaże łebskie mogłyby się gnąc po masowo odwiedzane plaże półwyspu helskiego. Wyobrażam sobie, że korzystając z określonych funduszy UE można byłoby poprowadzić ścieżki rowerowe na wschód od Łeby. Wprowadzić dojazdy regularnych autobusów w sezonie, czy też nawet uzbroić plaże w jakieś proste urządzenia dla plażowiczów. W ten sposób niezwykle zatłoczona plaża w samej Łebie rozszerzyła by swój zasięg turystyczny. Myślę, że jest dobra okazja dla takich i podobnych innych planów ponieważ dyr. regionalnym Lasów Państwowych w Gdańsku został nadleśniczy z Lęborka, a od 4 miesięcy jest on już nie tylko „p.o.” ale już jest urzędującym dyrektorem. Powracając ściśle do samej Łeby... to Pani pomysł urządzenia w przyszłym roku święta polskiej niezapominajki w istniejący program rozwoju Łeby. Można byłoby 15 maja czy około tej daty potraktować święto polskiej niezapominajki jako uroczysty początek wielkiego sezonu turystycznego w Łebie. Trzeba więc tylko przystąpić do opracowania takiego scenariusza. Mamy liczne doświadczenia w wielu szkołach, miastach, miasteczkach w Polsce, które po prostu przyjęły jako swój pomysł moją niezapominajkę. I oto przecież chodzi. Gdybym był burmistrzem Łeby, to przy wjeździe i przy torze kolejowym gdzieś w bardzo widocznym miejscu postawiłbym wielką tablicę z kolorowym napisem: Łeba blisko nieba - WITAMY! Na odwrotnej stronie tej wiel-

kiej tablicy, czyli dla wyjeżdżający powinien być inny napis: Wracaj często do Łeby blisko nieba. Myślę, że można byłoby w wielu miejscach samej Łeby pomyśleć o wazonach skrzynkach z kwiatami wysadzonych niezapominajkami.

Sam program tego święta można znakomicie powiązać z hasłem przecież w Polsce ciągle aktywnym, umiłowania Bałtyku i polskiego morza dla Polaków.

Tyle na dziś Pani Mario, ale moja powieść będzie w odcinkach, bo chciałbym bardzo przyczynić się do tego, abym wziął aktywny udział w przyszłorocznym święcie polskiej niezapominajki w Łebie blisko nieba... Serdeczności Andrzej Zalewski, EkoRadio 09.10.2009r.

Droga Pani Mario

Cieszę się, że znalazła Pani czas i ochotę na przeczytanie mojego długiego listu. Rzeczywiście będzie jeszcze druga część w przyszłym tygodniu, ale już bardzo ściśle będę proponował pomysły na święto polskiej niezapominajki w Łebie, która jak wiadomo jest blisko nieba. Oczywiście bardzo proszę, jeśli uważa Pani, że tekst jest godny tego, upowszechniać go w środowisku swojej parafii i mieszkańców Łeby. Łeba już jest bardzo popularna, o czym świadczą tłumy w sezonie, ale wydaje się, że można tą popularność skutecznie rozszerzać. Darz Bór! Andrzej Zalewski

Andrzej Zalewski (ur. 14 kwietnia 1924 w Warszawie) – polski dziennikarz radiowy, z wykształcenia magister inżynier rolnik. Prowadzi audycję Ekoradio w 1 Programie Polskiego Radia. W czasie II wojny światowej był zaangażowany w działalność konspiracyjną jako harcerz ZHP, a później jako żołnierz Armii Krajowej Ponurego i Nurta. Od lat 50. XX wieku w radiu i telewizji tworzy programy o tematyce wiejskiej, rolniczej, ekologicznej i meteorologicznej. W 1964 roku został stypendystą Organizacji Wyżywienia i Rolnictwa Narodów Zjednoczonych oraz Rządu Austriackiego, w 1978 - Departamentu Stanu USA. Po powrocie z wyjazdu został odsunięty od pracy w telewizji. W 1985 roku przeszedł na emeryturę. Trzy lata później rozpoczęła się jego współpraca z Programem IV Polskiego Radia. Od 1990 prowadzi Ekoradio. Inicjator Święta Polskiej Niezapominajki.

13


Dr Danuta Hryniewicz, a może lepiej: Nasza Danusia Danusia wraz z późniejszym profesorem Zbigniewem Gałguszem, a wtedy kolegą, studentem weterynarii, zorganizowali 3–5 września 1937 roku pierwszą wystawę owczarków tatrzańskich na Antałówce w Zakopanym. Zgromadzono prawie 70 psów i około 30 szczeniąt, które oceniali Maurycy Trybulski i Ignacy Mann. Wtedy to ustalono pierwszy wzorzec, powołano klub rasy, która otrzymała obecną swą nazwę – polski owczarek podhalański. Mało osób wie, że to właśnie u Danusi urodziły się pierwsze rodowodowe podhalany. Jak podają Anna i Mirosław Redliccy: „Suka Nana była córką suki Kuwasza sprowadzonej z zoo w Budapeszcie do hodowli Z Ropienki zarejestrowanej w Polskim Związku Hodowców Psów Rasowych. Z krycia psem Baca, należącym do profesora Z. Ewy, pozostał w hodowli Sztorm, zastrzelony w początkach wojny przez ukraińskiego policjanta. Już po wojnie na Pomorzu Nana kryta była Bacą z Brzuchowic i Harnasiem ze Starzyńskiego Dworu. Półrodzeństwo Norda i Sztorm II to rodzice pierwszych szczeniąt rodowodowych – Sambora i Surmy z Kordegardy (urodzone w 1957 roku). Z pomocą doktora Henryka Derezińskiego nabyła jeszcze sukę z Zakopanego o imieniu Hala Tatra, jak wspomina – mało udaną. Jednak pod presją ówczesnego męża, który dążył do ograniczenia liczby psów w szybko rozrastającej się hodowli, Danusia zmuszona była do zrezygnowania z podhalanów, rozdając je znajomym, którzy nie kontynuowali hodowli”. W czasie wojny wraz z późniejszym mężem Bolesławem Goździewiczem (kolegą ze studiów we Lwowie, który kończył weterynarię po wojnie we Wrocławiu) przebywała na Ukrainie w okolicach Sambora, pracując jako rejonowy lekarz weterynarii (w drohobyckiej obłasti). „Wkrótce organizowałam lecznicę pod Samborem. Polaków było niewielu. Przyznać muszę, że tamtejsi ludzie bardzo szanowali naszą pracę. Przynosili jedzenie, ubranie, byli wdzięczni za leczenie zwierząt. Zbliżał się front. Rozkazano ewakuować lecznicę i ludzi ze wsi. Powiedziałam, że panuje tu epidemia wąglika, zakaź-

14

(cz.2)

nej choroby zwierząt i ludzi. Zostaliśmy. Z okresu okupacji utkwiło mi w pamięci pewne zdarzenie. Na podwórko naszej lecznicy wszedł ukraiński policjant i szczekającego owczarka ‘uciszył’ strzałem z rewolweru. Zrozpaczona moja matka powiedziała wówczas: - Żebyś stracił, co masz najdroższego! Nie wiem, może to tragiczny zbieg okoliczności. Kiedy ów policjant wrócił do domu, jego syn spadł z drabiny i zabił się. Czas okupacji spędziłam z mężem, matką i mymi podhalanami, pracując w terenie w okolicy Starego Sambora i Turki nad Stryjem”. W 1944 roku Danusia była lekarzem w Stubnie pod Przemyślem. W rok później przeniosła się do Gdyni, potem Władysławowa, gdzie pełniła funkcję lekarza w Łebczu (Państwowy Nadzór Zwierząt), oraz pracowała w lecznicy w Sławoszynie. Tam właśnie zaczęła hodować owczarki nizinne. „Po uwolnieniu Polski zjechaliśmy z mężem, krowami, psami i kotami wpierw na Kujawy, a po uwolnieniu reszty polskich ziem nad morze do Władysławowa. Mąż pojechał kończyć studia we Wrocławiu, a ja pracowałam zawodowo. Brałam udział w komisji kwalifikującej UNRR-owskie konie i rozmieszczałam je w państwowych gospodarstwach rolnych. Zbierałam po wsiach w województwie wejherowskim pozostawione przez Niemców, ewakuowanych statkami z portu na Helu, rasowe psy, których nie pozwolono im zabrać ze sobą. Były to airedale, owczarki niemieckie, foksterierka, od której pochodzą moje foksy, i jamniki. Podhalany miałam nadal”. Jak nam opowiadała Danusia, w mężu Bolesławie Goździewiczu była więcej niż zakochana (i chyba jej to nie minęło do końca życia, ponieważ zawsze o nim bardzo ciepło mówiła), i bardzo pilnowała, aby dokończył studia po wojnie. Często odwiedzała go we Wrocławiu. W czasie wspólnej pracy w terenie, już po uzyskaniu dyplomu, poznał w lecznicy inną kobietę, która miała z nim dziecko, i odszedł od Danusi. W tym samym czasie Danusia była w ciąży, ale poroniła. „W czasie, gdy po rozwodzie objęłam pracę w nowo powstałej lecznicy w Białogardzie


w powiecie lęborskim, nabyłam od inż. Z. Biernackiego szkockie teriery. To on poradził mi – wobec małej aktywności Oddziału Gdańskiego – przenieść się do Oddziału Bydgoskiego i tam nawiązać kontakt z Marią Dubrowinową, członkiem tamtejszego Zarządu. Tak zrobiłam, a pani Maria, przyjechawszy do mnie do Białogardy na przegląd moich psów, zobaczywszy Smoka, była nim zachwycona”. W Białogardzie pracowała od 1951 do 1961 roku. Potem przeniosła się do Łeby na ulicę Kościuszki 29. W Białogardzie pracowała w lecznicy, a mieszkała we wsi Lędziechowo, poczta Wicko, gdzie z drugim mężem Józefem Gąsiorowskim (emerytowany górnik, repatriant z Belgii) mieli małe gospodarstwo. Wspomnienia z tamtego okresu to oprócz psów krowy i konie,

owce i drób oraz samochód marki Warszawa, który szybko się zepsuł, ponieważ nie sprawdzano oleju w silniku i silnik się zatarł. W Lędziechowie na strychu zgromadzili jako lokatę kapitału kilkanaście maszyn do szycia, które ktoś im ukradł. W tym czasie Danusia dzieliła czas pomiędzy pracę zawodową a ciężką pracę w gospodarstwie. Jej mąż nie był entuzjastą tak wielkiej liczby zwierząt, a zwłaszcza psów, więc wkrótce sprzedali gospodarstwo i się rozstali, tak że do Łeby Danusia przeniosła się już sama. Kiedy 4 - tego kwietnia 1962 roku wyjechała na rozprawę z eks-mężem do Gdańska, zastępowaliśmy ją w ubojni i gospodarstwie. (cdn.) Tomasz Borkowski

W świątyni żywiołów - konferencja 6 grudnia 2009 r. www.festiwalpomuchla.pl • • • • • • • • • •

Co nowego u pomuchla. Raport 2009 – 2010 dr Zbigniew Karnicki Morski Instytut Rybacki w Gdyni

Sytuacja portu w Łebie bezpośrednio po II wojnie światowej dr Joanna Schodzińska, dr Bogdan Libich Kiedy Bałtyk bywał groźny prof. dr hab. Zygmunt Szultka, Instytut Historii PAN

Słowiński Park Narodowy – walka żywiołów mgr inż. Katarzyna Woźniak, Dyrektor Słowińskiego Parku Narodowego Ujarzmianie żywiołów Mariusz Szubert, Dyrektor Urzędu Morskiego w Słupsku

Las w Zaczarowanym Mieście mgr inż. Zbigniew Kaczmarczyk, Dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Gdańsku Klimat Łeby – prawdziwie łebski klimat dr Kazimierz Rabski

Czy Polacy lubią Bałtyk? Michał Kochańczyk, podróżnik, alpinista, żeglarz, ekonomista, wykładowca turystyki kwalifikowanej

Zaczarowane miasto Łeba Michał Malinowski, opowiadacz historii, dyrektor i kustosz Muzeum Bajek, Baśni i Opowieści w Konstancinie - Jeziornie

Artysta w świątyni żywiołów prof. dr hab. Christos Mandzios, Dziekan Wydziału Malarstwa i Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu

15


Parafia Wniebowzięcia NMP Msze święte w dni powszednie: 8:00, 18:00 Msze święte w niedziele: 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 17:00

Ważniejsze wydarzenia w listopadzie i w grudniu:

Rekolekcje adwentowe „Bądźmy świadkami Miłości”

• 1 listopada, godz. 13 Wszystkich Świętych

05.12 sobota

Msza św. w naszym kościele dla obu parafii, następnie procesja na cmentarz

• 10 listopada, godz. 18 Wigilia Święta Niepodległości

Msza św. i koncert pieśni patriotycznej zespołu Jantar

• 6 grudnia, godz. 15 Wspomnienie św. Mikołaja

18:00 Msza św. dla wszystkich 19:00 Nauka stanowa dla młodzieży

06.12 niedziela

08:30 Msza św. dla wszystkich 10:00 Msza św. dla wszystkich 11:30 Msza św. dla dzieci 13:00 Msza św. dla wszystkich 14:30 Msza św. w Żarnowskiej 17:00 Msza św. dla wszystkich

07.12 poniedziałek Odpust św. Mikołaja

XI Festiwal Pomuchla – odpustowy festyn św. Mikołaja

• 7 grudnia, godz. 17

Odpust św. Mikołaja, Mszę św. odprawi i kazanie wygłosi Prowincjał Polskiej Prowincji Misjonarzy Oblatów M.N. o. Teodor Jochem OMI

www.ichtys.net

09:00 Msza św. dla wszystkich 17:00 Msza św. odpustowa

08.12 wtorek

09:00 Msza św. dla wszystkich 16:30 Msza św. dla dzieci 18:00 Msza św. dla wszystkich 19:00 Nauka stanowa dla rodziców i wychowawców

09.12 środa – zakończenie rekolekcji 09:00 Msza św. dla wszystkich 16:30 Msza św. dla dzieci 18:00 Msza św. dla wszystkich

Rekolekcje poprowadzi o. Jarosław Wachowski OMI z Kędzierzyna Koźle

Oto słowo Boże: „Jesteśmy dziećmi Bożymi” (Rz 8, 16)

Ichtys 57  
Advertisement