Issuu on Google+

- Czyli, że co? - No dupa. - Wiem, że dupa. Ale co się dzieje? - Młodemu odwaliło, biega w samych majtkach i gada głupoty. - Gdzie biega? - No wszędzie. - Wszędzie? - Po całym budynku. - Co mówi? - Coś o jakimś porwaniu, nie wiem dokładnie. - Co na to personel? - A, sam wiesz. Patrzą jak na wariata. - Nie biorą go na serio? - Nie. Tak. To znaczy, nie biorą. - A klienci? - Była tylko jedna kobieta - wystraszył ją, aż zemdlała. Ale poza tym nie ma dziś dużego ruchu. - Dobrze, daj mi pomyśled – potarłem czoło. Staliśmy przed bankiem. Dzieo był ładny, słoneczny – ale nie upalny. Zastanowiłem się co ja właściwie tu robię. Była sobota, miałem wolne, ale jednak przyjechałem. Ten głupek - mój zastępca, pan Antoni – zawsze, gdy nie mógł sam sobie poradzid z jakąś sytuacją, dzwonił po mnie. - Dobrze – powtórzyłem. – Prezesa nie ma? - Nie, mamy sobotę… - Mamy sobotę, ale ja, dla przykładu, jestem – zmarszczyłem brwi. - Okej, trzeba działad. - Co robimy? - Znajdziemy Młodego i porozmawiamy z nim. Widziałeś go rano, myślisz, że może byd niebezpieczny? - Nie mam pojęcia. Zachowywał się raczej, hm – pan Antoni zmrużył oczy. – Chaotycznie. Jakby miał atak nerwicy, ale z drugiej strony wydawał się wiedzied co mówi. - Hm. Dziwne. - Tak, dziwne. - Znajdźmy go jak najszybciej, zanim zrobi coś głupiego. Młody nie czekał na nas w holu wejściowym. Budynek naszego banku był dośd mały. Na parterze kilka okienek kasowych, mała poczekalnia z paroma krzesłami, dwa pokoje biznesowe, toaleta, stołówka. Na piętrze dwa duże biura, gabinet prezesa, druga łazienka i archiwum. Niewiele miejsc, w których Młody mógłby się schowad. Pytanie też, po co miałby się ukrywad? No a kim był Młody? To nowy pracownik z księgowości, pamiętam jak wyglądał, gdy go pierwszy raz zobaczyłem – ogolony, ostrzyżony na jeża, pewny siebie. Był najmłodszy w grupie, stąd ta ksywka. Oprócz niego zatrudnialiśmy piętnaście osób, w tym dwie sprzątaczki i jednego ochroniarza – pana Jana, pracującego sześd dni w tygodniu i nigdy na to nie narzekającego. Ja pełniłem tutaj funkcję zastępcy prezesa, a pan Antoni nieoficjalnie zastępował mnie. Przeważnie ze wszystkim dajemy sobie radę, bank jest całkowicie sprywatyzowany, a jakiekolwiek problemy szybko rozwiązujemy. Nakazałem panu Antoniemu przeszukad łazienkę i stołówkę, sam zajrzałem do pokoi biznesowych - przeznaczamy je dla klientów indywidualnych, głównie przedstawicieli firm. Dziś – jak to w soboty - oba stały puste. Młodego też tam nie było. `- Na dole czysto – usłyszałem pana Antoniego. - Czyli jest na górze – skinąłem głową na schody, prowadzące na pierwsze piętro. – Chodź, idziemy. Odwróciłem się do pana Antoniego. Za nim zebrała się już spora grupa widzów. Pani Krysia i pani Agata – dwie kasjerki, ochroniarz pan Jan i jakaś starsza kobieta. Wcześniej widziałem ich, sie-


dzących w głównym pomieszczeniu i dyskutujących co się wydarzyło. O pracy dzisiaj, mogliśmy zapomnied. - No, tak. Idziemy wszyscy? – westchnąłem. – Bank zamknęliście? – ostatnie czego potrzebowałem to kolejni ludzie z ulicy. - Panie szefie, wywiesiłem karteczkę, że przerwa, wie pan, taka chwilowa – zaczął pan Jan. - Pomożemy panu, przecież Młody może byd niebezpieczny, zachowywał się jak ostatni wariat – zasugerowała pani Krysia. Starsza kobieta, niezbyt ją lubiłem - była zbyt przemądrzała i nosiła tą głupią fryzurę, niezmienną od paru lat. - Jasne, w razie czego złapiemy go w paru chłopa, jakby się stawiał i do psychiatryka go, albo co – dodał pan Jan. Spojrzałem na panią Agatę, ale nic nie powiedziała. Już skorzystała z okazji i chapnęła gumę do żucia. Była uzależniona od żucia. Zawsze, jak widziałem ją poza pracą, to jej szczęka non stop pracowała. Mało rozgarnięta gówniara, ale całkiem dobrze sobie radziła w banku. - Dobrze. A kim pani jest? - zwróciłem się do babuszki. Miała na sobie brudno różową spódnicę, trwałą na głowie, grube okulary i drewnianą laskę. - To pani Adamska, ta na którą Młody naskoczył – wyjaśnił pan Antoni. - Naskoczył, proszę pana – wtrąciła poszkodowana. – to mało powiedziane. On biegał dookoła mnie na golasa i krzyczał, mało zawału nie dostałam, teraz w moim wieku, bardzo łatwo o to… Jeszcze dziś rano córka mówiła: „mamuś, ty siedź w domu, ja pójdę do tego banku, telewizje pooglądasz”, nie lubię telewizji, ciągle tylko strzelają i zabijają, wolę radia posłuchad, ale że się zepsuło to poszłam, ale nie myślałam, że mnie coś takiego może spotkad, wie pan, goły młodzieniec w środku dnia, to naprawdę… - Dobrze, dobrze – skooczyłem ten wywód. – Idziemy, ale zachowajcie ostrożnośd. Wszedłem powoli na pierwsze piętro. Zatrzymałem się. Nasłuchiwałem. Cisza. Po chwili zdałem sobie sprawę, jakie to jest irracjonalne. Oczekiwałem nie wiadomo czego, a przecież to tylko jeden, głupi dzieciak, któremu coś się najwyraźniej w głowie pomieszało. Darowałem sobie sprawdzenie łazienki oraz archiwum i ruszyłem do jedynych uchylonych drzwi – tych w pokoju prezesa. Nie myliłem się. Na samym środku gabinetu stało biurko – bardzo ładne, czarne, może mahoniowe – nigdy nie pytałem. Na nim leżały skoroszyty, segregatory, dokumenty oraz komputer. Wszystko było zawsze ładnie poukładane, dopóki Młody nie wskoczył na biurko. Teraz kartki dosłownie latały po pokoju. Monitor spadł na podłogę, chyba był rozbity. A nasz kolega z pracy, w samych białych slipkach, zeskakiwał właśnie biurka na ziemię. Zatrzymałem się nagle w drzwiach i poczułem jak ludzie za mną wpadają na siebie, lekko mnie popychając. Młody zauważył nas i skoczył kolanami na fotel na kółkach, przejechał około pół metra, po czym, wciąż będąc na fotelu, zrobił obrót o sto osiemdziesiąt stopni i tym samym odgrodził się od nas oparciem. Wyglądał na nas zza fotela, widziałem tylko jego głowę. Patrzył na nas dziwnym wzrokiem. Czy był zły? Nie wiedziałem. Podniosłem rękę, dając sygnał grupie żeby byli cicho. Podszedłem dwa kroki w stronę biurka. Dzieliło mnie od chłopaka około półtora, może dwa metry. - Cześd. Co się dzieje, Młody? - Pan dobrze wie, co się dzieje – odparł całkiem spokojnie. - Nie, nie wiem – uśmiechnąłem się uspokajająco. - To co pan tu robi? - Wyciągnięto mnie z domu, powiedziano, że biegasz po banku, krzyczysz, straszysz ludzi. Tyle wiem. Dlatego przyjechałem. - Żeby mnie powstrzymad? - Słucham? - Przysłano pana, żeby mnie zlikwidowad? Żebym przypadkiem nie powiedział za dużo? Mówił głosem pewnym siebie, a na jego twarzy pokazała się zawziętośd.


- Przysłano mnie? Jeszcze raz powtórzę: zadzwonił do mnie pan Antoni. I owszem, mam coś zaradzid tej sytuacji. Od tego tu jestem. - Od tego jest pan Jan, on jest ochroniarzem. - Ale pod nieobecnośd prezesa, to jest mój bank i mam wszystko mied pod kontrolą. Twoje dzisiejsze zachowanie jest absurdalne. Co się dzieje? Czemu biegasz w samej bieliźnie po placówce publicznej? - Co by pan robił dziś w domu? - Co? – zdziwiłem się tym pytaniem. - Co miał pan dziś w planach? Wędkowanie? Grilla? Ma pan rodzinę? Może wycieczka do zoo z dziedmi? - Co? Ja… - nie dał mi odpowiedzied. - Kim pan w ogóle jest? Czy naprawdę jest pan tym za kogo się podaje? - Co ty bredzisz? - Pogrzebałem trochę w Sieci. Nic o panu nie ma. - Prze… - Nie mówię o rzeczach oczywistych. Ma pan jakieś konto społecznościowe. Parę zdjęd, jakieś dyplomy, data urodzenia, ktoś o panu wspomina, ktoś inny komentuje pana wyjazd nad morze. - Do czego dążysz? - Do tego, że jak ktoś umie dobrze szukad, ten może znaleźd naprawdę interesujące rzeczy. - Nie przyszliśmy tu rozmawiad o mnie. - Ale to należy do „problemu” prawda? Chce pan wiedzied co mi się stało. - A co według ciebie się stało, wyjaśnij nam, proszę. Młody spojrzał na resztę pracowników, widad, że rozpoznawał ich po twarzach. - Agata! – młoda kasjerka, aż podskoczyła, gdy wykrzyknął jej imię. – Ty nic nie pamiętasz? - E... Ale czego? – to pytanie ją zdezorientowało. - Tego wyjazdu firmowego dwa tygodnie temu, tego na który dostaliśmy zaproszenia od prezesa. - Pamiętam, jasne – uśmiechnęła się i odgarnęła kosmyk z czoła. - To opowiedz. - Ale co odpowiedzied? - Co tam się wydarzyło. - Ale wszystko? - Tak, po kolei. Proszę. - No… W piątek jak zajechaliśmy, mieliśmy trochę czasu wolnego, to wzięłam kąpiel i wyszykowałam do wieczornego ogniska – spojrzała na niego wzrokiem szukającym poparcia, że mówi na temat. - Mów dalej, mów – zachęcił ją Młody. Obserwowałem go zawzięcie, a on mnie. - No… e… dalej to było to ognisko. Wypiliśmy trochę piwa, pan Janek grał na gitarze, pośpiewaliśmy i tyle. - Dużo wypiłaś? - Może z trzy, cztery piwa. Niedużo. - A co było dalej? - Poszłam spad. - Ze mną. - Tak – zaczerwieniła się trochę. - Z tobą. - Okej, to możemy ominąd. Zasnęliśmy razem. A co się wydarzyło później, w nocy? Pamiętasz? - W nocy to pewnie spałam – odparła. I nagle jej twarz się zmieniła. - Młody. Próbujesz zrobid ze mnie głupią, tak? Otóż ja nie jestem głupia. Nie wiem w co grasz. Wykorzystałeś mnie a potem ani nie zwracałeś na mnie uwagi, ty padalcu. Całe dwa tygodnie. Ani telefonu, ani nic. Zapadła niezręczna cisza.


- Widzisz – Młody zwrócił się do mnie. Słowa Agaty chyba w ogóle go nie zabolały. – Aga nic nie pamięta. - A co ma pamiętad? - Kurwa, to wszystko jest kpiną! – wykrzyknął Młody, prostując się. Wydawał się górowad nad nami, biła od niego jakaś dziwna siła. – Nikt nic nie pamięta, rozumiesz? - Nie, wytłumacz mi. - Wiesz czemu ja jestem bez ubrania? - Bo jesteś skooczonym debilem… - usłyszałem cichy głos Agaty. - Bo wszystko spaliłem! Nie zostało mi żaden garnitur, żadna koszula, żadne buty. Nic. - Nic oprócz majtek, które masz na sobie – zakpił pan Antoni. - Te kupiłem wczoraj, wiem, że są czyste. - Wyprałeś je przed założeniem? – dodał mój zastępca. - Czyste, czyli, że nie zostawiliście na nich żadnych swoich nadajników. - Nadajników? – zapytałem, pozwalając sobie na ironię. - No tak, kurwa, nie mów, że nie wiesz. Siedziałem chyba z trzy godziny nim znalazłem tylko tych pięd – rzucił mi małą foliową siateczkę z malutkimi metalowymi przedmiotami. Nawet nie zwróciłem na nie uwagi. Podałem panu Antoniemu, który wysypał dwie na rękę. - Wyglądają jak pineski – obejrzał jedną pod światło. – Tak, takie malutkie pineski. Chyba nawet z naszego banku. - Nieprawda, to nadajniki. Szpiegujecie nas dwadzieścia cztery godziny na dobę. - Ale jaki mamy w tym cel? – zapytałem. - Całkowita inwigilacja, to proste. Wiem kim jesteście – wycelował we mnie palcem. - Hm. My? To znaczy kto? - No… Na pewno ty. Antoni jest na to za głupi, więc może jeszcze prezes. I wiem co ze mną zrobiliście. I nie tylko ze mną. - Synu, co ty opowiadasz, za brednie – odezwała się pani Krystyna – Jesteś przepracowany, może chory, daj sobie pomóc. Odpoczniesz, wyjedziesz gdzieś, a potem wrócisz do pracy. - Pani Krystyno, biorąc pod uwagę te oskarżenia, wątpię, żeby była tutaj jeszcze praca dla tego człowieka – powiedział pan Antoni. - A ja pierdolę waszą pracę – powiedział przez zęby Młody. - Och! – oburzyła się pani Krystyna. - Licz się ze słowami, gówniarzu – pan Jan wyszedł z cienia przede mnie. – Chodźcie panowie, załatwimy go raz dwa. Ochroniarz poszedł z lewej strony biurka, a pan Antoni z prawej. Młody zareagował błyskawicznie i w jego ręce pojawił się długi, ząbkowany nóż – jakby jeden z tych ze stołówki. Musiał go zabrad wcześniej i trzymad albo na krześle, albo gdzieś na podłodze. Zaczął nim wymachiwad raz w jedną stronę, raz w drugą. Obaj mężczyźni cofnęli się o krok. - Co ty robisz, schowaj ten nóż! – podniósł głos pan Jan. - Podejdźcie jeszcze o krok, a kogoś z was potnę - ostrzegł Młody. - Wstydziłbyś się chłopcze tak zachowywad – wtrąciła pani Adamska. – Wstydziłbyś się przed panem Bogiem i swoimi rodzicami. Jak oni cię wychowali? - Och, niech się pani zamknie – odparował. Adamska przełknęła to z niechęcią, ale już nic nie mówiła. - Okej – w koocu się odezwałem. – Więc co chcesz? Będziesz stawiał jakieś warunki? Przecież możemy wezwad policję. Groźby z nożem w ręku, to chyba karalne. - Może chcesz wziąd okup? – zakpił pan Antoni. – Przecież jesteśmy w banku. Młody opuścił broo. - Wy wszyscy myślicie, że oszalałem. Ludzie, ten facet – wskazał prosto na mnie – Nie żyje od siedmiu lat! Poczułem każdą parę oczu w tym pokoju wpatrującą się we mnie. Nim doszedł do nich sens słów młodego, pani Krystyna znów się odezwała:


- Chłopcze, nie wiem czy widzisz ale masz przed sobą zdrowego i żyjącego mężczyznę. Skoocz te brednie. Panie Antoni, mówiłam, żeby położyd większy nacisk na proces rekrutacyjny, teraz byle łazęga z ulicy może dostad u nas pracę. Niedługo zaczniemy zatrudniad bezdomnych i gwałcicieli. - Niech Bóg ma cię w swojej opiece, synu… - pani Adamska przeżegnała się. - Kooczmy tę farsę – pan Jan odwrócił się do mnie. – Idę, zadzwonię na policję. Albo lepiej na pogotowie od razu, z kaftanem żeby przyjechali. - Ja nie zwariowałem! – ryknął Młody. – Wszystko jest w mojej szafce, na dole! Znalazłem cały artykuł o jego śmierci, łącznie ze zdjęciami zwłok. Umarłeś siedem lat temu, a twoje nekrologi są na dole w mojej pieprzonej szafce. - Przestao, Młody… - zaczęła Agata, miała w oczach przerażenie. - Dajmy mu mówid – przerwałem. – Może ktoś przyniesie te wydruki? Panie Antoni? Wie pan gdzie jest szafka Młodego? - Tak, ale… - Pan Antoni pójdzie i przyniesie, może tak byd? – zapytałem. - Ee... tak, tak będzie świetnie – odparł trochę zbity z tropu Młody. Mój zastępca przecisnął się między kobietami i zniknął mi z oczu. - Czyli co sugerujesz? Że umarłem? To kim teraz jestem? Masz jakiś pomysł? Może swoim bliźniakiem? - Nie, nie masz brata, sprawdzałem. Znam rozwiązanie: pożyczyłeś sobie po prostu ciało tego zmarłego. Przejąłeś je. Jesteś kosmitą. Pan Jan parsknął. Reszta wpatrywała się w Młodego jak w dziwoląga. - No tak, hm – uśmiechnąłem się. - I na tym nie koniec. Prowadzisz na nas jakieś popieprzone badania. I to nie ty jeden, jest was więcej. Mogę się założyd, że porwaliście każdego z nas, a potem w jakiś sposób wykasowaliście nam pamięd. Milczałem. On mówił dalej. - Co się stało z moim poprzednikiem? Odkrył co się stało i musiałeś go skasowad? Był niewygodny? - Mówisz o panie Madku? – upewniłem się. - Przecież Maciek, wyjechał za granicę, głupku – powiedziała Agata. – Co ty bierzesz, Młody… Skoocz te swoje głupoty… - Nie, nie, pani Agato – spojrzałem na nią. – pozwólmy mu skooczyd, może dowiemy się jeszcze czegoś ciekawego. Na przykład, co pamiętasz z tego wyjazdu? - Wszystko pamiętam. Pamiętam jak nas porwaliście z Agatą w nocy. Było was dwóch, obaj piekielnie silni. Mieliście jakieś białe kombinezony na sobie. Coś nam wstrzyknęliście podczas snu, nie miałem nawet sił się wyrwad. Pamiętam badania, te skanery i promienie laserowe. Wwierciliście się głęboko w mózg, tego się nie zapomina – wskazał wymownie palcem w swoją głowę. - Z tego co mówisz, wszyscy zapomnieli, tylko nie ty. Jesteś pewny, że ci się to nie przyśniło? Albo nie widziałeś tego w jakimś filmie spiskowym? - Nie rób ze mnie debila. Wiem kim jesteś naprawdę. – Młody zaczął się denerwowad i zerkał na drzwi. – Gdzie, jest do cholery, ten Antoni. Jak przyniesie papiery wszystko się wyjaśni. Wszyscy zrozumiecie. Poczułem rękę na ramieniu – pani Adamska przesunęła mnie lekko w bok jakbym był chucherkiem. Wyszła przede mnie, podpierając się o lasce. - Niech pani zostanie tam gdzie stoi! – Młody wyciągnął przed siebie nóż. - Bardzo dobre przedstawienie, chłopcze. Naprawdę, dużo nam to pomoże – głos babci brzmiał nienaturalnie mocno. - Co-co? Czułem to napięcie, gdy pani Adamska coraz bardziej zbliżała się do Młodego, czułem oddech Agaty na plecach i zdumienie pani Krystyny. Pan Jan stał jak zahipnotyzowany. - Co jakiś czas zdarzają się takie przypadki jak Twój, ale umiemy sobie z nimi radzid – pani Adamska podeszła już na pół metra. – Oddaj mi nóż – zażądała.


Młody miał w oczach zdziwienie, spojrzał na mnie, ale ja się tylko uśmiechnąłem. W następnej sekundzie pani Adamska uderzyła Młodego laską w głowę. Nóż upadł na podłogę. Drugi cios ściął go z nóg. Chłopak opadł na dywan. Zapadła cisza. Każdy przyglądał się tej absurdalnej scenie. Ja jej doświadczyłem już nie raz, więc zacząłem szukad czegoś w kieszeniach. Pani Adamska wściekle – z niesamowitą siłą – uderzała Młodego laską. Trzaskały kości, słyszałem jak pęka czaszka. Minęło może z pół minuty i było po wszystkim. Młody nawet nie zdążył krzyknąd – zaskoczenie odebrało mu głos. Ja znalazłem małe, białe urządzenie w mojej kieszeni i podszedłem z nim do pani Adamskiej, która ocierała pot z czoła. Wszyscy pozostali stali w bezruchu z szeroko otwartymi oczami i wpatrywali się w czerwoną miazgę na podłodze. Usłyszałem kroki na korytarzu. - Panie Antoni, proszę wejśd i zamknąd za sobą drzwi. Nikt nie wychodzi. Zastępca zrobił co mu kazałem. Gdy zauważył zwłoki, spojrzał przestraszony na mnie, ale zignorowałem go. Pierwszy odezwał się pan Jan: - Co tu się dzieje, kurwa mad?! Przecież pani go zabiła! - Młody… - Agacie leciały łzy po policzkach. Pani Krystyna stała, nie wiedząc co powiedzied. - Dobra – zarządziłem. – Wasza trójka, tam pod ścianę i się nie ruszacie. – Nie dotarł chyba do nich sens tego co powiedziałem, więc powtórzyłem: – Pod ścianę, kurwa! Przestraszeni, posłusznie wykonali polecenie. - Ty też Antoni, ale już! – mój zastępca nawet nie protestował. Zauważyłem dokumenty, które trzymał kurczowo pod pachą. – Daj mi to. Pani Adamska wytarła krew z trzonka laski o dywan. Nie spojrzała nawet na to, co zostało z Młodego, bardziej była ciekawa co mam w rękach. - Patrz, chłopak nie kłamał, naprawdę nas przejrzał. Wszystko tutaj jest. - Jak to się stało, że pamiętał? Przecież to nie powinno już szwankowad. Po tych problemach z jego poprzednikiem, miałeś naprawid transmiter. - Naprawiłem – odparłem. – Nie wiem. Może był po prostu odporny? Mogliśmy go wyczyścid dwa razy dla pewności. – Przekartkowałem dokumenty. – Patrz, opisał nawet jak wyglądało badanie świadomości. Od jego strony. I w zarysach pamiętał gdzie to się odbyło, jakich urządzeo używaliśmy. - Trzeba się upewnid, czy nie rozesłał nigdzie innych kopii. - Zajmę się tym, zapewniam. - I, co najważniejsze: – skinęła głową na urządzenie w mojej dłoni. - Musimy to dopracowad, poruczniku. Żadnych więcej pomyłek. - Tak jest, kapitanie. Mój dowódca – pod postacią starej kobiety - przeleciał wzrokiem po notatkach Młodego. - Poruczniku, to ciało, które pan znalazł, nie jest zbyt dobre. Awansujemy pana awatara na prezesa jakiegoś fikcyjnego banku, pan dyskretnie pozbędzie się tego ciała, a od poniedziałku zostanie przyjęty pan tutaj na nowo, ale już jako inny humanoid. Czy to jasne? - Tak jest, kapitanie. Jak tylko załatwimy problem tutaj, znajdę odpowiedniejsze wcielenie. - Świetnie. - A co z nimi? Czwórka naszych królików doświadczalnych stała pod ścianą i słuchała przerażona. Wątpię, żeby wierzyli w pełni w to o czym mówimy. To i tak nie miało znaczenia. - Z nimi nie było dotąd problemu. Myślę, że da się ich wykorzystad do dalszych badao. Przecież nic się nie zmieniło, czy ktoś mówi, że jest inaczej? - Dobrze. Umieśd ogłoszenie w gazecie, że potrzebujemy nowego pracownika. - A ich czyścimy. - Czyścimy. Nacisnąłem przycisk w moim białym urządzeniu.


Kto mówi, że jest inaczej?