Issuu on Google+


Redaktor prowadzący serię: Łukasz Śmigiel Korekta i redakcja: Krzysztof Ożóg Projekt okładki i skład: Maciej Mutwil Okładka: Katarzyna Babis & Daniel Grzeszkiewicz Ilustracja: Katarzyna Babis Komiks: rys. Katarzyna Babis, scen. Bracia Śmigiel


Prolog Mówiono, że przyjdzie wyjątkowo gorący dzień, w którym z nieba spadnie mężczyzna silniejszy od innych. Bohater posiadający wiedzę o starym, zapomnianym świecie, z  czasów sprzed pojawienia się milionów okien. Sprzed żaru. Mówiono, że tylko on poradzi sobie z  bestiami, nazwanymi „niszczycielami ludzkości”, łowczymi dziesiątkującymi naszą rasę. Tak mówiły proroctwa... Ów dzień nadszedł, ale na wielkiej pustyni nie pojawił się żaden mężczyzna. Zamiast niego, w  cieniu zapomnianego wraku latającej maszyny, znaleziono nagą dziewczynę z burzą włosów na głowie i skórą koloru dojrzałej brzoskwini. Zrządzeniem ślepego losu, natknął się na nią szaman Kabuki Joe, wypędzony ze swego klanu i błąkający się po pustkowiach w poszukiwaniu śmierci. Wkrótce po jej odnalezieniu, szaman, czując nagłą falę pożądania, chciał wykorzystać doskonałe, bezwładne ciało dziewczyny, lecz gdy tylko chwycił za jej idealną pierś, nieznajoma zdzieliła go w głowę jedną z dziesiątek porozrzucanych dookoła, pustych butelek po Tequili...   * Umyła spocone ręce w piasku, pozwalając ziarenkom swobodnie przesypywać się między palcami. Dotarła do ostatniej bariery przed wejściem na terytorium rezerwatu Zielonych. Przed nią rozpościerała się pustynia, która zmieniała przyjemnie ciepły piasek w śmiertelnie groźnego przeciwnika. Morze kwarcu oznaczyło, że wkrótce napotka na swej drodze jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Zapowiadało je również charakterystyczne basowe wycie, jakby mruczana na granicy słyszalności mantra. Jej wyczulone zmysły sprawiły, że w przeciwieństwie do swego związanego towarzysza, słyszała te pomruki już od kilku godzin i wiedziała czego się spodziewać. Mężczyzna leżał na oznaczonym runą kamieniu granicznym. Pot na łysej głowie błyszczał w promieniach gorącego słońca. Na wszelki wypadek zawiązała mu oczy i skrępowała ręce za plecami. Przez ostatnie kilometry, kiedy to dosłownie ciągnęła go za sobą, nauczyła się nienawidzić każdej cechy tego człowieka – ostrego zapachu skóry, nieustannego jęczenia i  ciężaru żylastego cielska. Facet musiał ważyć z osiemdziesiąt kilo i ledwo dawała sobie z nim radę. Najbardziej irytujące były jednak te pyskate odzywki. Gdyby 8


wiedziała, ile będzie z nim kłopotu, już dawno zostawiłaby go na pastwę losu, polegając jedynie mapie, która wskazywała drogę do Zielonej Świątyni. Najwyraźniej zniecierpliwiony dłużącym się postojem, łysy niespodziewanie się ożywił i znowu zaczął złorzeczyć. – Zobaczysz dziwko – syknął. – Jeszcze ci pokaże! Znajdą nas, zabiją cię, a ja będę pieprzył twoje ścierwo! – Mówiąc to, niechcący zdmuchnął kurz z kamienia i zakrztusił się mocno. Tequila czując narastającą złość podeszła do niego i zasunęła mu solidnego kopniaka. Kiedy zamilkł, doszła do wniosku, że jeszcze jej nie ulżyło i poprawiała kopnięcie drugą nogą. Na wszelki wypadek. Zielony kasłał po tym przez dobrą minutę, ale gęby już nie otwierał. – Mógłbyś czasem sam siebie posłuchać, pomylony sukinsynu – powiedziała. – Przez ciebie i resztę twojego zafajdanego klanu znielubiłam zielony kolor. Dobrze ci radzę. Oszczędzaj siły, bo zaraz będziesz miał swoje pięć minut – to mówiąc złapała leżącego za łydkę i  zaczęła ciągnąć po rozgrzanym piasku. Przez godzinę nieprzerwanie zmagali się z pustynią. Kiedy pokonywali kolejną wydmę, łysy obrócił się na plecy i  zaczął przygadywać, że jak na dzikuskę, Tequila zupełnie nieźle ciągnie. Już miała złamać mu szczękę, kiedy nagle, zza pobliskiego wzniesienia wyłoniła się płynąca po nieboskłonie anomalia. Zawieszona nad pustynną niecką przesuwała się wolno z  lewa na prawo, jak wahadło zegara. Przypominała zakrzywiający światło, leniwie obracający się wir, który zasysał otaczający świat. Było to jednak tylko optyczne złudzenie. Wir niczego nie wciągał, za to nieprzerwanie wypluwał z siebie fale gorącego powietrza. Tequila wiedziała, że anomalie, takie jak ta, nazwano w dawnych czasach Oknami. Nikt nie wiedział skąd się wzięły, ani dokąd prowadzą. W jednej chwili na całym świecie pojawiły się ich miliony. Okien nie można było zniszczyć, ani zamknąć. To one, przynosząc ze sobą fale żaru, stały się początkiem końca starej cywilizacji. Oprócz gorącego powietrza po pewnym czasie przedostało się przez nie coś jeszcze. Istoty groźniejsze od jakiegokolwiek drapieżnika znanego człowiekowi. Zielony znowu zamilkł. Musiał wiedzieć, na co się natknęli. Tequila obserwowała uważnie leniwie pulsujące zjawisko. Widziała, że za niecałą godzinę, kiedy zacznie się ściemniać, mieszkaniec wiru wyleci na żer... 9


Strażnik pustyni był gorszy niż całe oceany piasku i chciała pozbyć się go już teraz, bez zbędnego ryzyka. Czasu było niewiele, więc opróżniła kolejny bukłak z wodą, więc opróżniła drugi bukłak z wodą i zabrała się do kopania. Po dwudziestu minutach jama była prawie gotowa. Zrobiła krótką przerwę, by dać odpocząć rękom. Zielony odmawiał tymczasem litanię przekleństw, której wcześniej dzięki wysiłkowi prawie w ogóle nie słyszała. Teraz nachyliła się nad nim i uderzyła w odpowiedni punkt na czole. Prawie natychmiast stracił przytomność. Obudziła go chlapiąc wodą w rozgrzaną twarz. Łysy zamrugał, oblizał spękane usta i przywitał ją nieprzyzwoitą propozycją. – Milcz – powiedziała szeptem. – Bo przyciągniesz go za wcześnie. Błysnął białkami oczu. – Co chcesz zrobić? – Zyskać na czasie. Nie myślałeś chyba, że ciągnę cię taki kawał dla zabawy. Dalszą drogę znajdę już sama, więc mogę puścić cię wolno, prawda? – Ty wściekła suko... – Milcz. Za chwilę cię rozwiążę, a to oznacza, że czas, abyś trochę pobiegał. On weźmie cię na celownik, a  wtedy jedyne co możesz zrobić, to uciekać. Wiesz o tym lepiej ode mnie. Kiedy raz namierzy cel, nie spocznie póki go nie dopadnie. Nie zamieni ofiary na inną, nie zniechęci się i nigdy nie podda. Będzie cię szukał do skutku. Chciałabym, abyś odciągnął go najdalej jak się da. Zrobisz to, bo chcesz żyć... Tym razem Zielony nie odpowiedział. Gardło miał wyschnięte na wiór. Spróbował pogardliwie splunąć, ale niewiele mu z  tego wyszło. Wszechobecne wycie stało się nieco bardziej wibrujące i nieznośne. Tequila przecięła mu więzy i pchnęła w dół wydmy. Sama zaś, nie oglądając się za siebie, skoczyła do przygotowanej wcześniej dziury i  zagrzebała w  piasku, który pozwalał stać się częściowo niewidzialną dla latających łowców. Zielony poderwał się na nogi dokładnie w chwili, w której w centralnej części błyskającego wyładowaniami wiru, pojawił się ciemny, stopniowo nabierający ostrości, kształt. Można było odnieść wrażenie, że nieznana siła wypycha go do naszego świata. Tak jak w czasie porodu, najpierw pojawiła się głowa – przerażająca, pozbawiona oczu, zakończona szeroko rozwartą paszczą, którą wypełniały różnej długości, płaskie jak u rekina zęby. Głowa 10


istoty pęczniała i zwężała się w rytm powolnych oddechów. Za głową podążał wężowaty korpus osiągający w najszerszej części grubość ludzkiego uda. Z cichym cmoknięciem istota wypadła z  okna. Natychmiast zwinęła się w powietrzu i wykonała kilka karkołomnych układów, wirując niczym ogon latawca. Sprawdzała swoje możliwości albo też przeciągała się obudzona po długiej podróży. Zaraz potem znalazła cel. Zielony właśnie wspiął się na szczyt wydmy i rzucił się w dół, spadając na łeb, na szyję. W locie minął kryjówkę Tequili, która odruchowo skuliła się, wiedząc, że tkwiąc w  jamie jednocześnie nie ma jak obronić się przed atakiem. Wyostrzony zmysł wzroku, pozwolił jej obserwować rozwój sytuacji. Zielony znowu stał na nogach. Sapał ciężko i zapadał się w sypkim piasku. Zaczął uciekać, ale nagle zatrzymał się i zziajany odwrócił w jej stronę, chociaż była pewna, że nie może jej widzieć. – Wiem, że tam jesteś – ryknął. – Wiem, że mnie widzisz, przeklęta wiedźmo. No to patrz! Nie będę twoją marionetką! Tequila wyczuła, że dokładnie w  tej chwili coś z  wolna przepłynęło nad jej kryjówką. Serpentyna niespiesznie szykowała się do ataku, ale Zielony nie uciekał. Przyjął bojową postawę, nie mając zamiaru cofnąć się choćby o krok. – Skoro nie jestem ci już niepotrzebny... Tam, dokąd idę, zabiorę cię ze sobą. – To mówiąc ruszył na spotkanie przeznaczenia, kierując się centralnie na kryjówkę Tequili. Kiedy nastąpił atak, łysy był już w połowie drogi. Morderca musiał wzbić się wysoko i  teraz pikował, bo siła uderzenia wyrzuciła ciało Zielonego kilkanaście metrów w  powietrze. Serpentyna przeleciała nad jego głową, zamykając na niej szczęki i robiąc widowiskowe salto. Trzęsący się korpus poleciał łukiem i  z  cichym klepnięciem upadł w  piasek. Dopiero sekundę później pustynię zrosił nieregularny deszcz tryskającej z ciała krwi, wytyczając lepki szlak do zwłok. Serpentyna zwinęła się w miejscu, szukając nowego celu. Tequila zaledwie chwilę wcześniej, klnąc i  złorzecząc wygrzebała się z  jamy. Teraz biegła ile sił w  nogach, starając się utrzymać równe tempo i wykorzystywać nierówności wydm. Nie musiała się oglądać, aby wiedzieć, że morderca już ją namierzył. Wiedziała, że po niedawnym ataku potwór nie będzie się spieszył. Znajdzie ją, prędzej, czy później, ani na chwilę nie 11


gubiąc jej tropu. Na pustyni nie miała z nim żadnych szans. Jedyne co mogła zrobić, to zyskać na czasie i biec, wierząc że jej organizm jest naprawdę wyjątkowy i wytrzyma kolejną próbę.   * Zmuszono je do tańczenia na placu wyłożonym łodygami kukurydzy, które nieprzyjemnie trzaskały pod stopami. Kurz osiadał na niemal nagich ciałach, przepasanych jedynie biodrowymi opaskami. Wirując ocierały się o siebie śliskie od olejków, którymi je wysmarowano. Bębny wybijały rytm, wtórowały im organki i wysokie, urywane dźwięki słabo odrestaurowanego fletu. Całości dopełniała nieharmonijna gra szamana, który uderzał w klawisze połamanego fortepianu. Muzyka była szybka, dzika i  potęgowała pulsujące w  głowach szaleństwo. Przed wypchnięciem na taneczną arenę, opiekunowie trzymali je w osmolonym foliowym namiocie, w którym wdychały opary jakiejś substancji, a co kilkanaście minut przychodził do nich specjalnie wyznaczony do tej roli młodzieniec, który poił je palącą nalewką z resztek plastykowego naczynia. Porwana przez Zielonych córka jednego z Szefów, nazywana Księżniczką, miała dość już po półgodzinie, a Tequila po chwilowym spadku formy, powoli odzyskiwała animusz. Taniec w  kilkudziesięciu stopniach gorąca był jej sprzymierzeńcem. Organizm szybciej radził sobie ze szkodliwymi substancjami i wyrzucał je razem z potem. Spróbowała przez chwilę skupić się na trwających obrzędach i nie myśleć o zagrożeniu. Nie myśleć o tym, co ją ścigało i mogło w każdej chwili pokrzyżować plany. Zieloni także nie powinni nabierać podejrzeń. W każdym razie, jeszcze nie teraz. Przymknęła oczy i  zbliżyła się do Księżniczki. Ich ciała zetknęły się, poczuła ciepło skóry dziewczyny i zapach podniecenia, od którego aż zakręciło się jej w  głowie. Nastolatkę otaczała chmura czegoś słodkiego… i uzależniającego. Tequila rozszerzyła nozdrza. Jej wyostrzone zmysły szybko uczyły się wszystkiego co nowe. Zaciągnęła się tą słodyczą. Smakowało pysznie, dając obietnicę czegoś niezwykłego. Przywarły do siebie w tańcu, trzymając ręce nad głowami. Tłum wtórował im, rytmicznie skacząc do góry. Księżniczka znalazła się za jej plecami i  przesunęła dłońmi po jej napiętej szyi, zatrzymując się na ramionach. Wielogodzinny bieg przez pu12


stynię, alkohol i narkotyki zrobiły swoje. Tequila poczuła jak gorące podniecenie rozgrzewa jej płatki uszu i rozlewa się po twarzy. Pożądanie pięło się po jej skórze, zdobywając kolejne centymetry ciała. Poddała się tanecznej pieszczocie partnerki i odchyliła głowę. Tłum zachwycony zawył w radosnym uniesieniu. Dłonie Księżniczki przesunęły się po jej piersiach, po czym opadły na uda. Włosy dziewczyny łaskotały ją w policzki. Było cholernie przyjemnie. I miała wrażenie, że tak może być bez końca, ale wtedy muzyka nagle urwała się i nie chciała wrócić. Tłum rozstąpił się i  na plac wkroczyli dwaj akolici. Tequila nie miała pojęcia skąd to wie, ale potrafiła nazwać dziwaczne elementy ich stroju. Wyższy miał na sobie kask do hokeja i  podartą sutannę. Natomiast niższy, jakimś cudem naciągnął na wielki brzuch skórzane spodnie. Tors miał nagi, pokryty plemiennymi tatuażami. Ksiądz-hokeista złapał Księżniczkę za dolną szczękę, wbijając w  policzki brudne paluchy. Przyciągnął ją do siebie, upewnił się, że klejąca się do niego dziewczyna zupełnie odpłynęła i  wziął ją na ręce. Wytatuowany grubas spojrzał łakomie na Tequilę, zatrzymując przekrwione spojrzenie wybałuszonych oczu na biuście. Widziała jak mężczyzna oblizuje pot z rzadkich włosków na górnej wardze i z trudem opanowała obrzydzenie. Wiedziała już co mu zrobi. Cios kantem dłoni w szyję odetnie dopływ krwi do głowy, szybkie kopnięcie w kolano sprawi, że obrzydliwiec poleci do przodu, a wtedy... Zacisnęła zęby, gdy wilgotne ręce dotknęły jej skóry. Szaman wariując przy fortepianie zaczął grać “Stukając do nieba bram”. Tequila dała się podnieść. Jej opiekun cicho sapnął i  zaleciało stęchlizną zagrzybionego oddechu. Wielbiciela tatuaży w  ciągu roku zapewne i tak wykończy choroba zębów. Powienien jej podziękować za to, że go zabije. Tłum ustawił się w dwóch szeregach, tworząc wąskie przejście. Dźwięki rozstrojonego fortepianu narastały pośród syczących odgłosów pochodni. Opiekunowie otoczeni przez umalowanych odświętnie mężczyzn, kobiety i dzieci, wnieśli je do dziwacznego budynku o stożkowatym dachu. Tequila widziała wielkie potłuczone, dawno opróżnione akwaria o czarnych od brudu ścianach. Pod butami akolitów trzeszczały spękane kafle. Fortepianowe nuty stopniowo cichły, a powietrze wypełnił wachlarz egzotycznych zapachów. Część z nich rozpoznała od razu. Domyślała się, że dawno temu musiano trzymać w tym budynku jakieś zwierzęta. Nos podpowiadał jej obrazy 13


z przeszłości, których nigdy nie mogła widzieć. Przez głowę przelatywały niewiele mówiące nazwy: ryby, żółwie… Opiekunowie dotarli do szerokich schodów, które wiły się serpentyną w  dół, dotykając częściowo zawalonego dachu budynku. Wyczuła wodę, starą i bardzo dziwną. Gdzieś u podstawy schodów było jej bardzo dużo. Wkrótce ujrzała ją na własne oczy. Ogromny, zapomniany zbiornik, który dawno temu musieli odnaleźć Zieloni. Mężczyzna, który ją niósł miał już wyraźnie dość. Serce waliło mu niczym bębny podczas niedawnego tańca. W końcu zatrzymali się i  wyższy z mężczyzn cisnął Księżniczkę niedbale na ziemię. Opiekun Tequili chciał potraktować ją podobnie, ale kiedy opuszczał drżące ręce, zmieniła nagle ułożenie ciała i miękko wylądowała na podłodze. Teraz widziała wszystko wyraźniej. Pochodnie oświetlały ogromną salę z  nisko zawieszonym, połamanym sufitem, której centralnym punktem był gigantyczny basen. Siedziało w nim coś bardzo starego, wrednego i pewnego siebie. Grubas łapał oddech, a Tequila opracowywała plan działania. Bez wątpliwości dotarła na miejsce. Wielu przed nią dałoby wiele, aby stąd uciec, a tymczasem ona przynajmniej kilka razy ryzykowała życie, aby się tu dostać. Nagle z  ciemności bezszelestnie wychynęła patykowata sylwetka kapłana. Wyglądał na mocno zadowolonego z siebie. W jednej ręce trzymał drewnianą laskę, a w drugiej stalowe cęgi, którymi dawno temu przecinano ścięgna pędzonym na rzeź krowom i świniom. Pamiętała jak chwalił skautów, którzy przyprowadzili ją do obozu, nie mając pojęcia, że pozwoliła im się złapać. Naiwny, stary, krwiożerczy cap. Nie zwrócił uwagi na piękną linię nagiego ciała leżącej przed nim dziewczyny. Kręciło go coś innego – krew, ból i cierpienie ofiar. Szary język przebity kolczykiem przesuwał się po wąskich ustach jak robak wychodzący z jabłka. Opiekunowie cofnęli się pod ścianę. Tequila wyczuwała podniecenie oprawców. To nie był ich pierwszy raz. Obrzęd, mający zapewnić urodzaj polu kukurydzy, był sprawą drugorzędną, pretekstem. W rzeczywistości nakręcała ich przemoc i władza nad ofiarami. Kapłan zbliżył się do Księżniczki. Odrzucił na bok laskę i przymierzył szczypce do jej bezwładnej nogi. Zimny metal dotknął aksamitnej skóry. A zatem taki był plan – wrzucić zaćpaną ofiarę do wody, uniemożliwić jej 14


ewentualną ucieczkę i upuścić krwi. Prosta recepta na przebłaganie czegoś wrednego, co, ukrywało się pod wodą. Tequila doszła do wniosku, że nogi Księżniczki całkiem się jej podobają i że ma zamiar się o nie zatroszczyć. Mięśnie kapłana napięły się, a serce coraz żywiej pompowało krew. Tequila tymczasem szybko i  bezszelestnie poderwała się z  ziemi. Ksiądz-hokeista zauważył jej ruch, ale nie zdążył zareagować. Oczy przekazały obraz do mózgu, ale na działanie zabrakło czasu. Tequila wybiła się z prawej nogi, uderzając kolanem. Celowała w splot słoneczny i wszystko co pod nim. Siła ciosu pchnęła mężczyznę na ścianę. Rąbnął w nią potylicą, aż posypał się tynk. Upewniając się, że wyeliminowała go z gry na dłużej, zmiażdżyła mu pięścią lewy oczodół. Nie przerywając ataku odbiła się od ściany i  całym ciężarem ciała, poleciała na grubego. – Oooo! – Było wszystkim, co zdołał z siebie wydusić. Zmieniła taktykę. Zadała cios w krtań, a zaraz potem trzasnęła od dołu czubkiem głowy w szczękę. Fragmenty popsutych zębów poleciały na boki. Tłuścioch miał pecha, że akurat gadał, bo odgryzł sobie kawałek języka. Krew popłynęła po brodzie. Padł na ziemię. Dopiero wtedy Tequila przestała wirować w tańcu. Wzięła głęboki oddech. Czuła koszmar potwornych zbrodni, który wypełniał to miejsce. Nadal kiwała się na boki, płynnie przechodząc z nogi na nogę. Kapłan odwrócił się zaintrygowany dochodzącymi zza pleców odgłosami i stanął jak wryty. Z zewnątrz do uszu Tequili dotarł stłumiony śpiew tłumu. – Pora, aby taki marnujący powietrze sukinsyn jak ty, wreszcie się na coś przydał – powiedziała, przygotowując atak. Nie odpowiedział, uśmiechnął się, fanatyk do samego końca. Nie czekając, rzuciła się do przodu. Na ułamek sekundy stanęła na rękach, a w dłonie wbiły się kawałeczki podłogi. Zarzuciła mu nogi na szyję. Zacisnęła uda i kończąc atak, okręciła tułów. Kapłan wyleciał w powietrze. Zanim spadł do wody, ona zdążyła już stanąć na ziemi. Brunatna breja rozprysła się na boki. – Nie um...! - Tyle zdążył wykrzyknąć, a zaraz potem przykryła go woda. Przez chwilę było cicho, a później coś się stało. Niewidoczna siła wyrzuciła połowę kapłana do góry. Krew lała się z niego jak z dziurawej butelki. Tors zawirował w powietrzu i obryzgał czerwienią spękany sufit sali. Nie zdążył ponownie wpaść do wody, bo z gęstej brei wynurzył się pysk. Krokodylo15


morf kłapnął z ogromną siłą i kapłana już nie było. Bestia opadła do wody, ale nie zanurzyła się całkowicie. Głowa została na powierzchni, a  nieruchome oko szukało nowego celu. Spojrzenia bestii i  Tequili na moment się spotkały. Spróbowała nawiązać z  nim psychiczny kontakt, ale szybko zrozumiała, że nie istnieje droga prowadząca do umysłu tej istoty. Zupełnie jakby gad nie należał do tego świata. Oceniła, że brunatna toń musi skrywać ogromne, blisko tonowe cielsko. Żółte ślepie nadal spoglądało wyzywająco. Smok doskonale znał swoją rolę w tej grze, kłopot w tym, że Tequila wcale nie planowała z nim walczyć. To nie po jego skórę tu przyszła. Zawróciła na pięcie i nachyliła nad ogłuszonym kultystą, który właśnie zaczął dochodzić do siebie. Grubas otworzył oczy. Nie czekając aż zareaguje, sięgnęła do pasa, za który miał zatknięte szerokie ostrze noża. Kiedyś używano go pewnie do krojenia chleba, ale nowy właściciel wyposażył go w  rękojeść z wygładzonego, ludzkiego piszczela i pewnie nieraz podcinał nim gardła. Tequila pozwoliła, aby tłuścioch zaczął cuchnąć strachem, po czym szybkim cięciem zraniła go w pachwinę. Wrzasnął, kończąc krzyk piskliwą, zawodzącą nutą. Przyciągnęła go do krawędzi basenu i pchnęła nogą. Mężczyzna kwiląc wpadł do wody, ale rękoma wczepił się w pękające płytki na brzegu. Nie widział, że woda za nim już się kotłowała. Śmierci nigdy nie trzeba zapraszać do zabawy dwa razy. Pysk smoka zniknął pod powierzchnią brunatnej zupy. Tequila wiedziała, że szalejący na zewnątrz tłum wkrótce zaniepokoi się dłuższą niż zwykle nieobecnością kapłana i  wejdzie do budynku sprawdzić, co się stało. W zamkniętej przestrzeni nie miała z nimi żadnych szans. Nie czekając dłużej, pozwoliła, aby pokierował nią instynkt. Zatknęła nóż za opaskę na biodrach. Napinając mięśnie, które zagrały na udach i  łydkach, wzięła solidny rozpęd. Musiała przechytrzyć zielonego boga. Umysł podpowiadał jej kolejne obrazy. Wiedziała, że jeżeli chce mieć jakiekolwiek szanse, aby wyjść z tego cało, musi uderzyć w chwili, gdy bestia złapie grubego od spodu i zacznie się okręcać. Cel jej wyprawy znajdował się na dnie smoczej jaskini. Szukała czegoś, co znalazło się tutaj na długo przed pojawieniem się pierwszych Zielonych. Przedmiotu, który przyciągał ją do siebie jak narkotyk. To przez niego wyruszyła na tę samobójczą misję. Stopy ruszyły do przodu, ciało wygięło się w akrobatycznej pozie i Tequila skoczyła. W locie wzięła głęboki oddech, przymknęła powieki, a potem zderzyła się z wodą. Tak jak podejrzewała, otoczyła ją fala gęstej, chłodnej zawiesiny, którą w sporej części stanowiły ludzkie resztki. Niemal fizycznie 16


wyczuwała skumulowane cierpienie. Leże zielonego boga było najgorszym z możliwych cmentarzy. Krokomorf wybrał tymczasem łatwiejszy cel i  pokazał się tuż przy powierzchni wody. Machnął potężnym ogonem, nabierając prędkości i  nieomal wpadając na ofiarę, złapał akolitę za nogi, zaciskając zęby nieco powyżej pępka. Trzasnęły kości, a smok zanurzył się, okręcając cielsko. Ciało ofiary wypełniło mu większą część pyska. To dawało Tequili kilka cennych chwil na działanie. Dziewczyna zanurkowała w  ciemną toń. Gorąca krew buchała falami z ciała grubasa, a gad nie puszczał. Emanowało od niego ekstatyczne, dzikie zadowolenie. Zostawiła bestię za sobą i coraz szybciej opadała na dno, kierując się instynktem oraz nawiedzającymi ją od wielu tygodnie wizjami, które kazały jej dotrzeć w to miejsce. Czuła się tak, jakby już tu kiedyś była. Nagle to, czego szukała zmieniło się w wyraźny obraz. Widziała tą rzecz już wcześniej. We śnie. Młody mężczyzna w okularach, których szkła podzielono kreską, tak, aby mógł widzieć z bliska i z daleka, pochyla się nad stalowym neseserem. Ma problem z jego otwarciem, bo prawą dłoń ciasno obwiązuje mu bandaż. W środku znajdują się dwie paczki z posegregowanymi banknotami, grube pliki dokumentów w teczkach z wojskowymi oznaczeniami oraz niewielki pojemnik, który wyświetla minusową temperaturę. Nieznajomy podnosi go do góry, aby lepiej się przyjrzeć. W środku, za polimerową szybką tkwi obcięty palec serdeczny, na którym błyszczy prosta, złota obrączka. Mężczyzna wie doskonale, co zostało wygrawerowane na jej spodzie: „Ty jesteś wszystkim. Wszystko jest tobą... Mary”. Z zamyślenia wyrywa go poruszenie za plecami. Prędko wymienia baterię w pojemniku, i sprawdza jej żywotność. Zegar pokazuje 876 600 godzin, to prawie sto lat. Mężczyzna zatrzaskuje neseser, chwyta palto, kapelusz i wybiega z gabinetu. Na drzwiach uzbrojonych w magnetyczne zamki widać tabliczkę przestrzegającą przed możliwym zagrożeniem biologicznym. Mężczyzna biegnie korytarzem, otwiera magnetyczną kartą kolejne pary rozsuwanych drzwi. Dookoła błyskają światła lamp alarmowych, a jego ściga nieznośnie wysokie wycie syren. Ostatnie drzwi mają stalowe okucie, w którym okularnik dostrzega na moment swoje rozciągnięte odbicie. Później wszystko się rozmywa. Kiedy obraz wraca, neseser niesie już ktoś inny. Kobieta w zielonym uniformie. Spod czapki z daszkiem wystają kręcone włosy. Tuż przy lewej piersi wisi identyfikator ze zdjęciem oraz wypisanym imieniem i nazwiskiem: Mary Higgins, Columbus ZOO, 17


Ohio. Kobieta mija kolejne akwaria i schodzi krętymi schodami do przestronnej sali. Na środku pomieszczenia znajduje się ogromny, ogrodzony szklanym płotem basen. Mary ogląda się kilkakrotnie za siebie, wreszcie niebezpiecznie mocno wychyla się przez szklaną barierę, unosi neseser nad głowę i z całych sił, ciska nim w zielonkawą toń. Ten unosi się przez chwilę na powierzchni, po czym tonie, pozostawiając po sobie bąbelki powietrza. Mary spogląda za nim i wtedy jej spojrzenie napotyka nieruchome, złote oko.   Wizja się urywa, pozostawiając Tequilę otoczoną ciemnością. Dziewczyna zmaga się z  oporem pełnego śmierci kompostu, obija się o  ściany, aż wreszcie, na samym dnie znajduje przygnieciony gruzem neseser. W płucach czuje nieznośny ból. Organizm domaga się oddechu. Mocnym szarpnięciem udaje się jej oswobodzić artefakt i nie zastanawiając się dłużej mknie w górę. Tam właśnie ją zaatakował. Czekał tuż przy powierzchni. Wybrał moment, kiedy zdekoncentrowana myślała już tylko o tym, aby nabrać powietrza. Uderzył ogonem. Przed zmiażdżeniem żeber i  pęknięciem wątroby uratował ją neseser, którego cudem nie wypuściła go z  rąk. Zupa się zakotłowała, a Tequila uderzyła plecami o brzeg basenu. Instynktownie odepchnęła się od ściany nogami i wystrzeliła na powierzchnię. Tuż obok niej z wody wynurzył się otwarty pysk. Zobaczyła niemal siedemdziesiąt doskonale utrzymanych zębów i przyklejony do spodu dolnej szczęki, zafajdany krwią język. Z głębi paszczy wystawał jeszcze kawałek grubasa. Teraz smok nie był już głodny. Zaatakował dla samej radości zabijania. Działała instynktownie, nie mając pojęcia skąd wie, jaką technikę zastosować w walce z zieloną bestią. Jedną ręką ściskała neseser, drugą chwyciła za kostną wypustkę wyrastających z grzbietu potwora. Cielsko zaczęło się okręcać, wynosząc ją na powierzchnię. Tequila cisnęła neseserem, który poleciał łukiem i  uderzył o  rozpadającą się ścianę pomieszczenia. Mając wolne obie ręce wspięła się na smoczy łeb. Kłapnęły szczęki. Zobaczyła, że złociste oko szuka celu i wbiła w nie zabrany grubasowi nóż. Docisnęła tak, że zatrzeszczała rękojeść. Monstrum pierwszy raz od czasu narodzin, zostało ugryzione i poznało, co to ból. Tequila straciła równowagę i poleciała w stronę krawędzi basenu, zsuwając się po śliskim grzbiecie. Mało brakowało, a rąbnęłaby o brzeg głową, ale ostatkiem sił zamortyzowała uderzenie barkiem. Zabolało i to nawet bardzo, ale postanowiła, że będzie się tym martwić później. Miała nadzieję, że oszołomiony smok da jej trochę wytchnienia i skupi 18


się na wystającej z oczodołu rękojeści z ludzkiego piszczela. Przynajmniej jedna z ofiar zielonego boga miała pozostawić mu po sobie pamiątkę inną, niż ochłap gnijącego w basenie mięsa. Z trudem wyczołgała się na brzeg, szybko podkulając nogi i  oceniła sytuację. Ksiądz-hokeista jęczał, zwijając się na podłodze, a nieprzytomna Księżniczka spała w najlepsze. Tequila jak najszybciej odpełzła od krawędzi zbiornika i poczuła, że zbiera się jej na wymioty. Czuła jak bije od niej smród. Cała kleiła się od organicznej zupy i nawet nie chciała myśleć o tym jak wyglądają jej włosy. Przeklęła pod nosem dobre rady szamana Kabuki Joe, który tak gorąco zachęcał ją zawsze do podejmowania się kolejnych wyzwań i obiecała sobie w myślach, że na kolejną wyprawę zabierze mądralę ze sobą. – Wybierz się na małą wyprawę – powtarzał. – Bez trudu znajdziesz miejsce ze snów, a snów nie wolno przecież lekceważyć. To prorocze wizje. Chcą tego bogowie... Co za pieprzenie! Sprawdziła, czy jest w stanie ustać na nogach. Jedno kolano ostro zabolało, ale zacisnęła zęby i mimo wszystko spróbowała podnieść Księżniczkę. Na szczęście filigranowa dziewczyna wydawała się dość lekka. Przerzuciła ją sobie przez ramię, wróciła się po neseser, a  na odchodnym zabrała ze sobą także należącą do kapłana rzeźbioną laskę. Lekko utykając, wspięła się po zrujnowanych schodach, gorączkowo rozmyślając o tym, co właściwie ma teraz zrobić. Przecież na zewnątrz budynku cała wioska Zielonych czekała na swojego duchowego przewodnika, który wedle tradycji powinien już chwilę temu objawić się z  dobrym słowem i  przepowiednią bogatych zbiorów kukurydzy. Mieszkańcy wioski byli dokładnie tam, gdzie ich zostawiła. Odurzeni kukurydzianą wódką, byli gotowi do wybuchu radości na widok kapłana i jego sługusów. Zamiast klanowego mędrca zobaczyli oblepioną odpadkami niedoszłą ofiarę i jej towarzyszkę. Dobiegający z ich gardeł okrzyk zadowolenia zamienił się w jęk zawodu. Tłum wymalowanych ciał zafalował. Tequila doszła do wniosku, że ociekająca mięsną zupą z basenu musi wyglądać dość groźnie, postawiła więc wszystko na jedną kartę i  z  wściekłością rzuciła przed siebie laskę kapłana, którą musieli rozpoznać. 19


– Słuchajcie kutafony! – krzyknęła. – Stary cap nie żyje! Został wam już tylko zielony bóg, ale i on zginie jeśli mnie nie puścicie! W tej walizce mam detonator, którym wysadzę waszego boga, jeżeli się nie cofniecie! Bomba zrobi swoje, a wtedy zamiast zielonego, zrobi się tutaj cholernie czerwono! – Ostatnie słowa Tequila podkreśliła tupnięciem. Dokładnie w  tej chwili, świecąca gołym tyłkiem w  stronę zebranych Księżniczka przebudziła się i  wybuchnęła wysokim, piskliwym śmiechem osoby, której organizm wyraźnie nie radził sobie z wpompowanymi w niego przed godziną używkami. Tłum stał wyraźnie zdezorientowany i właśnie wtedy do Tequili dotarło, że jej wiedza o starym świecie jest czasami zupełnie bezużyteczna. Ci idioci nie wiedzieli co to bomba, czy detonator. Ich życie kręciło się dookoła pieprzonej kukurydzy. Nie ma kapłana – nie ma kukurydzy. Nie ma kukurydzy – nie ma życia. Tylko tyle byli w stanie zrozumieć, a ona właśnie przyznała się do zabicia ich duchowego przywódcy... Księżniczka chichrając się, spróbowała ugryźć ją w kark. Zieloni zaczęli tymczasem zachowywać coraz bardziej agresywnie. Czuła, że jeszcze chwila i rozerwą je obie na strzępy. Tequila jeszcze raz przeklęła w myślach mądrości szamana Kabukiego i oceniała swoje szanse. Wyglądało na to, że jedyne co może zrobić, to czym prędzej wycofać się do budynku. Nie miała żadnej broni. Wystarczyło, że ktoś z tłumu rzuci kamieniem i natychmiast rozpęta się piekło. Nawet żałosna biodrowa przepaska, zsuwała się po mokrym udzie. Kilku mężczyzn wysunęło się do przodu i wyszczerzyło białe, spiłowane zęby. Złość napierała ze wszystkich stron. Łodygi kukurydzy pękały pod gołymi stopami wojowników. Jeśli miała wiać, to właśnie teraz. Cofnęła się o krok i wtedy ktoś ze strażników wystawionych na czujce zaczął trąbić na alarm. Wszystkie głowy zwróciły się w  jego stronę. Tequila pierwsza dostrzegła przed czym ostrzegali Zieloni wartownicy. Pole kukurydzy falowało. Łodygi kiwały się na boki, jakby ktoś się przez nie przeciskał. Wreszcie wyjrzała zza nich sina, rytmicznie puchnąca głowa serpentyny. Tłum zawył, oto ich najgorszy koszmar stał się rzeczywistością. Zielona enklawa została odkryta. Powoli wyłaniające się kilkumetrowe, płynące w powietrzu cielsko było dla nich symbolem końca. Atak paniki nastąpił niemal natychmiast. W ciągu kilkunastu sekund wszyscy zapomnieli o Tequili. Ludzie rozbiegli się we wszystkie strony. Matki brały dzieci na ręce, a starsi ludzie padli na ziemię łkając i drąc włosy z głowy. Tymczasem potwór spokojnie namierzał 20


cel. Zieloni wojownicy nie wiedzieli, że śmierć, choć pojawiła się niespodziewanie, nie przybyła tutaj po żadne z  nich. Tequila splunęła i  zaczęła biec. Bolało kolano, żebra i  bark. Po drodze zatrzymała się na moment obok jednego z  wybudowanych z  odpadków namiotów, zrzuciła z  siebie Księżniczkę, która odczytała to jako zaproszenie do zabawy i usiłowała pocałować ją w usta. Znalazła punkt na jej szyi i nacisnęła. Białka Księżniczki wywinęły się do góry, po czym dziewczyna kolejny raz odpłynęła. Tequila dźwignęła bezwładne ciało i rozpoczęła nowy etap wyścigu ze śmiercią.  * Kilkanaście godzin temu zostawiła za sobą pustynię. Była wycieńczona jak nigdy wcześniej. Przed oczyma pląsały i  migały jej ciemne plamki. Spękane usta piekły jak oszalałe, a stłuczony bark bez wątpienia wymagał nastawienia. Najchętniej odcięłaby sobie stopy i wymieniła je na nowe. To samo z kolanem. Już nie biegła. Wlokła się, nie oglądając za siebie. Uparcie, krok za krokiem, jakby kierował nią nastawiony na przetrwanie program. Dotarła pod ogromny głaz z czerwonego kamienia, pod którym ułożyła nieprzytomną Księżniczkę. Nie zdołała jednak zrobić nic więcej, bo z cienia wyskoczyła na nią kula futra, zębów i  pazurów. Kudłata bestia przewróciła ją na ziemię. Wielkie łapy o chropowatych poduszkach objęły ją mocnym uściskiem, a czerwony jęzor przejechał po brudnej skórze, sunąc od pępka po szyję. Bezsilna Tequila roześmiała się głośno. Wbiła palce w falujące kłaki, które w tajemniczy sposób zmieniały swoje umaszczenie, przechodząc z ceglastej czerwieni w  bordo i  wreszcie w  głęboki fiolet. Bestia zamruczała, wydając z siebie głębokie, basowe „ruuu”, „ruuu” i zastrzygła uszami. Złapała psychiczny kontakt z kotowatym, który pokazał jej rzędy lśniących zębów. Kochał ją. – Stęskniony? – Ruuu, ruuu... – Stęssssnił się? Ha! – odezwał się głos z wyraźnym jamajskim akcentem. – Ja Kabuki Jo jessssstem dla niego jak duża mysz... M-mysza? – Zadumał się z palcem na ustach. – Nigdy więcej sam na sssam z t-tym... On p-prawie zjadł mój Ja-man! 21


Jo, który właśnie wyszedł zza kamienia, był wysokim, czarnoskórym mężczyzną w butach nie do pary i w cylindrze nasadzonym na burzę zakurzonych dredów. Skórę twarzy pokrywała mu gruba warstwa spękanej, czarnej i białej farby, przez co, bardziej niż człowieka, przypominał złośliwego demona. Szaman chciał jeszcze ponarzekać, ale nagle jego spojrzenie padło na srebrny neseser. – Z-znalazłaś święty przedmiot! – Znalazłam. Leżał sobie na pustyni i czekał, aż go podniosę, jak kwiatek. Za twoje rady na temat świętych wypraw i  poważnego traktowania proroczych wizji policzymy się później. Możesz być pewny, że już więcej z  Dieslem nie zostaniesz. Następnym razem zabieram cię ze sobą. A tak przy okazji... Święty przedmiot nazywa się „neseser”. – Necepter? – wyseplenił. – Paliłeś swoje ziółka? – Troszkę. Dla odwagi. Bo ten k-kot zagląda człowiekowi wprosssst do ssserca! – wykrzyknął, wskazując na Diesla kościstym paluchem. – Joe... – podeszła do niego i złapała mocno za ramiona. – Jestem potwornie zmęczona i nie mamy za dużo czasu, więc słuchaj uważnie. Kryjówka jest spalona. Zaraz tu będzie morderca. Zajmę się nim, ale zabieram ze sobą Diesla. Gdy odejdę, nie wolno ci zrobić dwóch rzeczy... Po pierwsze, nie waż się tknąć tej dziewczyny – to mówiąc wskazała na Księżniczkę i, aby upewnić się, czy zrozumiał, zdzieliła go w policzek. – Po drugie póki nie wrócę, nie odnoś neseseru do świątyni. Chciałabym na spokojnie mu się przyjrzeć i zobaczyć, co jest w środku. Dotarło, czarowniku? – Tylko b-bogowie mogą wiedzieć, co jessssst w środku – Kabuki zaprotestował, wydymając wargi. – Bogowie nie musieli nurkować w ludzkiej gnojówce, aby go wyłowić i  nie dali się prawie zjeść cholernej jaszczurce, która niemal odgryzła mi tyłek. Tym razem za dużo ryzykowałam. Muszę się dowiedzieć, co jest w środku... Urwała nagle, bo siedzący za nimi ogromny kot, przestał lizać futro i zaczął ostrzegawczo mruczeć. W oddali zamajaczył rozmyty, niewyraźny kształt...  

23


Epilog Kabuki Joe usadowił się po turecku na szczycie czerwonej góry. Mógł stąd z  bezpiecznej odległości obserwować niezwykłe zjawisko – daleko w dole szalała piaskowa Wa-sna-win, kobieta burzy. Kłębiła się na podobieństwo żywej istoty, falując, zmieniając barwę i odcienie, na przemian pęczniejąc i kurcząc się. Macki piaskowego pyłu rozłaziły się na boki. Kilka godzin temu szaman był w miejscu, będącym teraz centrum burzy. Przy piramidzie usypanej z czarnego kamienia, którego nazwę wiecznie zapominał. Święte miejsce, do którego wielu szamanów pielgrzymowało podejmując ogromne ryzyko. Mówiono mu, że sanktuariów, zamiast miejsc jest więcej, ale on jak dotąd odkrył tylko to. Wcześniej nie wierzył w jego niezwykłość, ale wiele się zmieniło odkąd pojawiała się Tequila. Zawsze po tym, gdy składał na czarnym kamieniu kolejny z odnalezionych przez nią, tajemniczych przedmiotów, przychodziła burza. Zupełnie tak, jakby piasek chciał ukryć ślady przeszłości. I rzeczywiście. Przedmioty znikały. Czy to pogrzebane przez dziwne zjawisko, czy zabrane przez bogów. Dziwny, błyszczący pojemnik, który Tequila nazywała neseserem także pewnie już zniknął. Kabuki czuł, jak sztywnieją mu nogi. Myślał o naturze Wa-sna-win, o dziwności świata... I o tym, co zrobi mu Tequila, gdy dowie się, że tknięty jakąś dziwną potrzebą, nie posłuchał jej i poszedł jednak złożyć skarb Zielonych w ofierze bogom. Tym samym, których cienie zdawał się teraz dostrzegać pomiędzy kolejnymi falami piaskowej zawieruchy. Otworzył usta, wypuszczając kłąb siwego dymu i przykleił językiem do dolnej wargi zamokłego skręta. – J-jutro... – odpowiedział głośno, na zadane w myślach pytanie.   Dalszy ciąg historii w #7 numerze czasopisma „Coś na Progu”. 

Poznaj uniwersum Tequili: www.projekttequila.blogspot.com www.facebook.com/projekttequila

24


Tequila sekret zielonego boga