Page 1

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

numer 01/2013 (2) MAGAZYN BEZPŁATNY I S S N 2 0 8 4 - 1574

Anja Orthodox Piękno w mroku

Etycznie

o transplantologii

Dobrzy, bo z Polski Nasi lekarze robią karierę za granicą

Izabella ŁukomskaPyżalska Wdzięk i charakter

Portret

Maria Skłodowska-Curie


Jako jedyna klinika w Polsce zostaliśmy trzykrotnym Laureatem Programu Quality International (2010, 2011, 2012) oraz Zdobywcą Perły QI 2012 ISO 9001:2008 / PN-N-18001:2004


P i ę k n o t o pewność siebie.

. . . s z k o d a życia na kompleksy Druga dekada na rynku medycznym Wysoko wykwalifikowana kadra medyczna Tysiące zadowolonych pacjentów na całym świecie Wysoka jakość oferowanych usług potwierdzona wieloma nagrodami


od redakcji

04

W styczniowym numerze przedstawiamy wyjątkowe kobiety. Dzięki ich sile, charyzmie i odwadze można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że w swoich czasach dokonały niemałych „rewolucji”. Przełamały stereotypy postrzegania kobiet. W cyklu „Portret” przedstawiamy Marię Skłodowską-Curie, człowieka wielkiego formatu. Kobietę, która swoim geniuszem i pracowitością przedarła się do świata mężczyzn na przełomie XIX i XX wieku. Większość sobie współczesnych przerastała inteligencją i wiedzą. W pracowni chemicznej mojego liceum wisiał jej portret. Pamiętam, że spoglądała z niego spokojnym spojrzeniem, takim, jakim obdarzają świat ludzie o wielkim umyśle i sercu. Ubolewam, że nie ma maszyny czasu, która pozwoliłaby mi porozmawiać z nią osobiście. Zdecydowanie łatwiej nam było dotrzeć do Anji Orthodox. Jej zasługi? Jako jedna z pierwszych polskich artystek przyznała się do zrobienia operacji plastycznej. Przełamała tabu. W wielu środowiskach zawrzało. Nieustannie dziwi mnie, skąd w ludziach tendencja do oceniania innych, zaglądania w dekolty, krytykowania decyzji o samostanowieniu. Czego można nauczyć się od Anji? Tego, że nawet w mroku można się poruszać. Trzeba tylko chcieć i znaleźć metodę. Trzeba kochać życie mimo tego, że czasami boli… Bohaterką naszej okładki została Izabella Łukomska- Pyżalska, prezes klubu piłkarskiego Warta. Dlaczego? Ponieważ przełamała kolejne stereotypy. Weszła pewnym krokiem w świat zdominowany przez mężczyzn. Na pewno niejeden z panów poczuł zagrożenie męskiego prymatu. Czy to nie dziwne? Czy świat nie poszedł na tyle do przodu, by zrozumieć, że nieważna jest płeć zarządzających, lecz to, czy potrafią przeprowadzić zmiany? Ponieważ pani Izabella nie przestraszyła się nieprzychylnych głosów i niewzruszenie trwa na stanowisku, uznaliśmy, że to ona będzie najlepszym przykładem współczesnej „rewolucji”. „Dziwny jest ten świat (…), czasem aż wstyd przyznać się, (…) że ktoś słowem złym, zabija tak jak nożem”. Słowa utworu Czesława Niemena, choć zostały napisane prawie 50 lat temu, nie straciły na aktualności. Można powiedzieć, że XXI wiek dał nam w ręce cały zasób narzędzi do rozwoju tego typu praktyk. Internet w rękach frustratów staje się niebezpieczny i potrafi wiele zniszczyć. Sieć plotkuje, snuje domysły, tworzy fikcje na temat Anji Orthodox, Izabelli Pyżalskiej-Łukomskiej czy setek innych wartościowych kobiet. Maria Skłodowska-Curie może spać w miarę spokojnie, ponieważ łagodniej ludzie obchodzą się z tymi, których już z nami nie ma. Drodzy czytelnicy! Walczmy o tolerancję w każdym aspekcie życia. Na małych i dużych polach przestrzeni prywatnej i publicznej. Nasza praca nie pójdzie na marne. Nawet jeżeli my nie zdążymy nacieszyć się tym dorobkiem, z pewnością zrobią to nasze dzieci. Otrzymają testament z dobrym kapitałem. Cytując nieprzemijającego Niemena, równie mocno ufam, że… „ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy…”

Alicja Kapturska, redaktor naczelna


05

20

WIECZNIE MŁODZI, UŚMIECHNIĘCI, PIĘKNI

spis treści

08

IZABELLA ŁUKOMSKA-PYŻALSKA

Gdy media obiegła wiadomość, że blondwłosa była modelka „Playboya” obejmie funkcję prezesa klubu piłkarskiego, w Polsce zawrzało.

ZDROWIE I URODA

26

Dwadzieścia lat temu wydawało się, że w Polsce muzyka ambitniejsza nie ma racji bytu. Dziś wychowywani na muzyce popularnej trzydziestolatkowie powoli zmieniają muzyczny mainstream na polskim rynku.

06 | Warto wiedzieć: wydarzenia i ciekawostki

LUDZIE

08 | Temat z okładki: Izabella Łukomska-Pyżalska Wdzięk i charakter 16 | Portret: Maria Skłodowska-Curie Pierwsza Dama nauki 20 | Wywiad z Magdaleną Czerwiec menedżerką gwiazd 25 | Kwestionariusz: Magdalena Duhanik 26 | Reportaż: W duszy gra poważniej 32 | Felieton: Co by tu postanowić – pisze Basia Grabowska 33 | Felieton: Nowego Roku nie ma! – pisze Małgorzata Kalicińska 34 | Między słowami: Jeżeli dzisiaj jest wtorek, to jesteśmy w Belgii – pisze Elżbieta Olechowska

36 | Dobrzy, bo z Polski: Nasi lekarze za granicą 40 | Najważniejsza jest tożsamość Wywiad z księdzem dr Mariuszem Kołacińskim

UMYSŁ I DUSZA

44 | Anja Orthodox: Piękno w mroku 48 | Reportaż: Od kosmosu do kosmetyki pisze Kalina Wojciechowska 50 | Warto wiedzieć: wydarzenia i ciekawostki

PIĘKNO

52 | Piękno oczami… Sergiusza Sachno Fotografuje nawet marzenia 58 | Gadżety, które pokochały kobiety: Wysokie obcasy 62 | Sylwestrowy błysk i blask Makijaże Doroty Kościukiewicz-Markowskiej 66 | Piękne miejsca: Tyniec dla duszy i ciała 68 | Piękne miejsca: Zamek Lubliniec 70 | Praktyczne i piękne: gadżety poleca Anna Nowak-Ibisz 72 | Warto wiedzieć: wydarzenia i ciekawostki

MĘSKIM OKIEM

74 | Rozmowy przy kawie Rafała Podrazy: wywiad z Michałem Bajorem 78 | Pytanie do eksperta: Jak zyskać, wydając pieniądze pisze Radosław Cichy 80 | Pytanie do eksperta: 2013 rokiem kryzysu? opowiada dr hab. Tomasz Gruszecki 81 | Felieton: Przeżyłem koniec świata! – pisze Daniel Odija


Warto wiedzieć

Bellucci & Perlage

Monica Bellucci, uważana za jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie, będzie reklamować wodę Cisowianka Perlage. Zdjęcia do reklamówki nagrywane były we włoskim mieście Portofino. Reklamy z Monicą Bellucci zobaczymy wiosną 2013 r. „Jej zawodowe sukcesy idą w parze ze spełnieniem w życiu prywatnym – jest szczęśliwą żoną i matką dwóch córek. Piękna Włoszka podejmuje współpracę tylko z najbardziej prestiżowymi markami, pracuje m.in. z Cartierem i Diorem – podkreślono na stronie internetowej Cisowianki.

06

74-92%

w zależności od wieku deklaruje zainteresowanie sposobami i metodami, które pozwalają zachować młody wygląd. Polki kochają zabiegi kosmetyczne! Jak wynika z badania „Polka i medycyna estetyczna”, przeprowadzonego przez TNS OBOP, jedynie 19% Polek jest zadowolonych ze swojego ciała, a zaledwie 23% twierdzi, że nie zmieniłoby w swojej twarzy niczego. Dodatkowo uważają, że zabiegi w gabinetach medycyny estetycznej są skuteczniejsze od tych u kosmetyczek. Zainteresowanie sposobami i metodami, które pozwalają zachować młody wygląd, deklaruje aż 92% pań w wieku od 19 do 29 lat, 74% kobiet powyżej 50. roku życia i 77% pań powyżej 60 lat.

Bogactwo zapewnia długowieczność

Osoby majętne cieszą się lepszym zdrowiem i rzadziej korzystają z porad lekarskich. Dobre samopoczucie i kondycja organizmu zależą w dodatku od wykształcenia. Im wyższe, tym lepiej dla naszego stanu. Gruby portfel zapewnia także prawidłowe nawyki żywieniowe oraz stabilniejszy sen.

Najdroższe ulice świata Najlepsi projektanci, renomowane marki i ekskluzywne butiki biją się teraz o powierzchnię handlową w Hongkongu. Tutaj bowiem trzeba najwięcej zapłacić za wynajem przestrzeni. W porównaniu z rokiem ubiegłym czynsze w prestiżowych lokalizacjach wzrosły nawet o ok. 40%, co daje średnio ponad 22 tys. euro za metr kwadratowy. Bajońskimi cenami Hongkong zdetronizował Nowy Jork, który przez dobrą dekadę okupował szczyt listy najdroższych ulic świata. Na trzecie miejsce awansowały natomiast paryskie Pola Elizejskie.


07

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

„Naprawdę istnieje tylko jedna radość: obcowania z ludźmi” Antoine de Saint-Exupéry


Temat z okładki

08


09

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

WDZIĘK I CHARAKTER

Gdy media obiegła wiadomość, że blondwłosa była modelka „Playboya” obejmie funkcję prezesa klubu piłkarskiego, w Polsce zawrzało. Szybko jednak udowodniła, że nie znalazła się tam przypadkowo. Na pozór krucha i delikatna, w życiu jednak potrafi być twarda i bezkompromisowa. O pracy z przerwą na sen, piłce nożnej i o tym, co w życiu najważniejsze – opowiada Izabella Łukomska-Pyżalska. TEKST: Izabela Magiera-Jarzembek / FOTO: Szymon Brodziak sesja zdjęciowa: Asystent: Łukasz Urbańczyk / Make-up: Sławka Sadowska Hair: Darek Baranowski/HAIR BAZAAR / Stylizacja: Sandra Olechnowicz


Temat z okładki

Spotykamy się tuż przy poznańskim Starym Rynku, w siedzibie firmy Family House, którą pani Izabella prowadzi wraz z mężem. Biuro jest urządzone przytulnie, czuć tu kobiecą rękę. Moja rozmówczyni przychodzi na spotkanie gustownie ubrana, uśmiechnięta i na luzie. Szybko przełamujemy dystans i już po kilku minutach rozmowy czuję się, jakbym rozmawiała z dobrą znajomą. Izabela Magiera-Jarzembek: Jest Pani multizadaniowa: żona, mama trójki dzieci, właścicielka firmy deweloperskiej i prezes klubu piłkarskiego Warta Poznań. O której pani wstaje? Izabella Łukomska-Pyżalska: Szczerze mówiąc, lubię sobie pospać (śmiech), ale przy trójce dzieci rzadko mi się to udaje. Zazwyczaj wstaję o 7.00 -7.30. Jestem jednak przyzwyczajona do snu przerywanego. Od wielu lat po prostu ciągle walczę z czasem i dzielę go, kiedyś między rodzinę i firmę, a teraz między rodzinę, firmę i klub. Jeżeli coś robię, to chcę to zrobić najlepiej jak potrafię, albo w ogóle się tego nie podejmuję. Nie lubię przeciętniactwa. Pracoholiczka? Co to, to nie. Ale nie mogłabym być wyłącznie mamą, która zajmuje się tylko domem i dziećmi. Chyba nie byłabym wtedy do końca szczęśliwa. Zresztą pracuję od najmłodszych lat. Już w wieku 21 lat otworzyłam swoją agencję modelek. Od siedmiu lat mamy z mężem firmę dewelopersko-budowlaną Family House. Firma ma dokładnie tyle samo lat, ile moja najstarsza córeczka. Obecnie jesteśmy jednym z prężnie rozwijających się deweloperów w Poznaniu. Dwa lata temu postanowiliśmy zainwestować w Wartę. Pomyślałam, że jestem w stanie podołać temu wyzwaniu. Jestem rodowitą poznanianką i lokalną patriotką, a Warta Poznań to najstarszy klub piłkarski w tym mieście. Nie można go porównać z zarządzaniem firmą, bo na tym się nie zarabia, tylko wydaje pieniądze. Trudno było się odnaleźć w nowej dziedzinie? Zupełnie nie. Wręcz mogę powiedzieć, że przyszło mi to bardzo łatwo. Możliwe, że właśnie to, co mnie wyróżnia, to elastyczność. Jakie były początki Pani rządów w klubie? Niełatwe, bo gdy przejęłam Wartę Poznań, marketing praktycznie nie istniał. Piłkarze od kilku miesięcy nie dostawali pensji. Były długi. Zatem poza działem sportowym trzeba było wszystko zorganizować od

10

początku. Zatrudniłam nowego trenera, pojawiło się kilku nowych piłkarzy. Musiałam też znaleźć pracowników do działów organizacyjno-marketingowo-promocyjnych. Wprowadziła Pani też parę kobiecych akcentów do klubu. Na początek piłkarze dostali pralki i suszarki, żeby ich ubrania pachniały po każdym treningu… Nie chodziło może o zapach, tylko o elementarną czystość. Zainicjowałam wiele akcji marketingowych, w których widać kobiecą rękę. Na przykład wprowadziłam rodzinny model kibicowania, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Gdy jest ładna pogoda, na mecze przychodzi dużo rodziców z dziećmi i widać, że czują się bardzo dobrze. Jak Pani ocenia działalność klubu? Marketing mamy świetny, ale myślę, że przyszedł czas, aby przeorganizować pracę klubu na bardziej ekonomiczną i efektywną. Nie będzie już tak różowo, jak było na początku. Myślałam, że gdy dam piłkarzom wszystko, to oni odwzajemnią się tym samym. Zaobserwowałam taki mechanizm: w biednych klubach zawodnicy bardzo się starają, żeby wydostać się z tej biedy do lepszego klubu. Ale jak już się tak stanie i w efekcie nierzadko mają zapewnione optymalne warunki pracy, to uchodzi z nich duch walki. I właśnie ten brak ambicji i woli walki u niektórych zawodników najbardziej mnie boli. Poza tym jestem rozczarowana brakiem zainteresowania Wartą ze strony miasta Poznań… Słyszałam, że spotkała się Pani w sprawie pierwszoligowych klubów z prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem? Tak, rozmawialiśmy na temat sytuacji naszej ligi i jej ewentualnego budżetu. Wygląda to obiecująco, ale na razie nie ma żadnych konkretnych deklaracji. Chodziły słuchy, że miała zostać Pani pierwszą kobietą w zarządzie PZPN. Nie nastawiałam się aż tak bardzo na wygranie wyborów, ale faktycznie mówiło się, że mam przełamać monopol mężczyzn w zarządzie. Jednak w tajnych głosowaniach delegaci postawili przede wszystkim na regionalnych baronów. Poza tym do mediów wyciekły listy sugerowanych kandydatów i podobno było tam moje nazwisko… Może właśnie to zadecydowało, że delegaci zagłosowali odwrotnie?


11

Gdy przejęłam Wartę Poznań, marketing praktycznie nie istniał. Piłkarze od kilku miesięcy nie dostawali pensji. Były długi. Poza działem sportowym trzeba było wszystko zorganizować od podstaw.

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA


Temat z okładki

12


13

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Połączenie „Playboya” z piłką nożną faktycznie wywołało ogromne zainteresowanie mediów. Teraz Warta Poznań jest w pierwszej trójce jeżeli chodzi o medialność klubów pierwszoligowych, a byliśmy na samym końcu. I to mnie cieszy!


Temat Znani zmówią... okładki

14

W momencie, gdy w grę wchodzą duże pieniądze, uroda nie ma większego znaczenia.

Powiedzmy sobie szczerze: nikt nie sprzeda mi taniej działki budowlanej i nie zainwestuje w klub tylko dlatego, że mam ładne oczy!


15

To absolutnie największa z możliwych odpowiedzialność, by wychować młodego człowieka. Z pewnością to trudniejsze zadanie niż praca. Jeżeli coś robię, to chcę to zrobić najlepiej jak potrafię, albo w ogóle się tego nie podejmuję. Nie lubię przeciętniactwa. Kiedyś o Warcie mówiło się i pisało tylko w czarnych barwach. Wszystko jednak odmieniło się, gdy pojawiła się Pani. Atmosferę podsycała jeszcze informacja, że była Pani modelką, która wystąpiła m.in. w „Playboyu”… Połączenie „Playboya” z piłką nożną faktycznie wywołało ogromne zainteresowanie mediów. Co z kolei wypadło na plus dla Warty, bo przy okazji było o niej głośno. W ciągu kilku miesięcy działalności klubu osiągnęliśmy to, na co normalnie kluby pracują latami. Teraz Warta Poznań jest w pierwszej trójce jeżeli chodzi o medialność klubów pierwszoligowych, a byliśmy na samym końcu. I to mnie cieszy! Czyli uroda pomaga w biznesie? Nie do końca. Oczywiście miło słyszeć komplementy, ale powiedzmy sobie szczerze: nikt nie sprzeda mi taniej działki budowlanej i nie zainwestuje w klub tylko dlatego, że mam ładne oczy! (śmiech). Sądzę, że w momencie, gdy w grę wchodzą duże pieniądze, uroda nie ma większego znaczenia. Ale chyba miło, kiedy piszą, że była Pani jedną z najlepiej ubranych kobiet na gali z okazji 20-lecia „Playboya”? Miło, chociaż nie jestem specjalistką w sprawach mody, a już na pewno nie fashionistką – tym bardziej teraz, kiedy odgrywam najbardziej odpowiedzialną rolę życia – rolę mamy trójki urwisów. W strojach, które noszę, muszę po prostu czuć się w stu procentach sobą, a nie kimś przebranym. Ma Pani nienaganną figurę. Czy stosuje Pani jakąś specjalną dietę? Zawsze lubiłam uprawiać sport, szczególnie jazdę konną. Teraz często przebywam w siłowni. Przede wszystkim dbam o formę i sylwetkę, bo mam za sobą już trzy ciąże.

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Trenuję kilka razy w tygodniu, po około półtorej godziny. Czas na sali treningowej wykorzystuję maksymalnie i skupiam się tylko na ćwiczeniach. Każdego dnia pracuję nad inną partią mięśni. Poza tym trzymam dietę. Jak Pani na to wszystko znajduje czas? Kwestia dobrej organizacji. Oczywiście dla mnie, jak chyba dla każdej matki, rodzina i wychowanie dzieci zawsze są na pierwszym miejscu. To absolutnie największa z możliwych odpowiedzialność, by wychować młodego człowieka. Z pewnością to trudniejsze zadanie niż praca. Wiadomo, że przyjście na świat pierwszego dziecka zmienia życie, wywraca świat do góry nogami. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła nie mieć dzieci i nie doświadczyć tego, jak to jest być mamą. Przyznaję, że gdy byłam w trzeciej ciąży pracowałam tak intensywnie, że zaczęłam rodzić w biurze. Przez pierwsze tygodnie po urodzeniu dziecka pracowałam w domu, przy użyciu komputera i telefonu – załatwiałam sprawy niewymagające pracy w biurze. Rozumiem, że przy tak rozlicznych zajęciach macie z mężem układ partnerski. Wspieramy się we wszystkim. Razem pracujemy, razem odpoczywamy. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Ta druga osoba powinna akceptować to, co robimy i pomagać nam w tym. A kto gotuje obiady? Solidarnie – żadne z nas! (śmiech). Po prostu nie mamy na to czasu, dlatego zatrudniamy osobę do pomocy. W nocy wstajemy na zmianę do dzieci, to samo tyczy się odwożenia ich do przedszkola czy szkoły. Do najmłodszej córeczki w czasie naszej pracy przychodzi niania. Jak Państwo odpoczywacie? Weekendy są zarezerwowane tylko dla rodziny. Gdy jest mecz, idziemy razem na stadion. Czasem gdzieś wyjeżdżamy w ciepłe kraje. Ale zawsze z dziećmi, bo nie wyobrażam sobie zostawić ich dłużej niż na dwa dni! Nie rozumiem znajomych, którzy mówią, że muszą wypocząć i wyjeżdżają gdzieś bez dzieci… A o czym Pani marzy? Chciałabym, żeby Warta zmierzała w coraz lepszym kierunku, aby wśród rodzin, które przychodzą na mecze Warty, zachęcić dzieci do uprawiania sportu. Marzę też, by mieć jeszcze jedno dziecko…


Portret

16

Pierwsza

DAMA NAUKI

PORTRET MARII SKŁODOWSKIEJ-CURIE TEKST: Izabela Magiera-Jarzembek / FOTO: archiwum Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie Opieka merytoryczna: Małgorzata Sobieszczak-Marciniak

Jak żartobliwie utrzymywała, gdyby nie była naukowcem, zostałaby… ogrodniczką. Los jednak nieprzeciętnie uzdolnionej Marii postawił poprzeczkę dużo, dużo wyżej.


17

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

„Pani Curie jest – z wszystkich ludzi na świecie – jedynym nie zepsutym przez sławę człowiekiem” Albert Einstein We wszystkim była najlepsza. Mając zaledwie pięć lat, nauczyła się czytać i pisać. Jako jedna z pierwszych zdała egzaminy wstępne na wydział nauk przyrodniczych, potem skończyła fizykę i matematykę na Sorbonie, została też pierwszą kobietą-profesorem tej słynnej uczelni. Jest też jedyną kobietą w historii, która została dwukrotnie wyróżniona Nagrodą Nobla.

Guwernantka Już gdy była małą dziewczynką, zaskakiwała wszystkich błyskotliwością umysłu. Na pensję dla panien w Warszawie zapisano ją od razu do trzeciej klasy. Mimo że była najmłodsza w klasie, szybko została prymuską. Lata szkolne Marii przypadły na okres wzmożonej rusyfikacji po powstaniu styczniowym 1863 roku, dlatego gdy zjawiał się carski inspektor, to ją wywoływano do odpowiedzi, bo nauczyciel wiedzieli, że mała Mania sobie świetnie poradzi. Ukończyła gimnazjum ze złotym medalem i… na tym skończyła się edukacja w kraju, bowiem Polska nie przewidywała kobiet na wyższych uczelniach. Maria postanowiła spróbować na francuskiej Sorbonie. Zanim jednak wyjechała do Francji, by rozpocząć studia, zatrudniła się jako guwernantka. Po ukończeniu gimnazjum spędziła trzy lata w domu państwa Żurawskich w Szczukach z pensją 500 rubli rocznie, co pozwoliło jej na gromadzenie środków na studia za granicą oraz pomoc studiującej już w Paryżu siostrze Bronisławie. Maria poznała tam młodego Kazimierza Żurawskiego, wówczas studenta Uniwersytetu Warszawskiego, późniejszego profesora matematyki i rektora na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przeciwni temu związkowi byli jednak jego rodzice, a on nie potrafił się im przeciwstawić i zerwał kontakty z Marią. Po namowach siostry Maria Skłodowska zdecydowała się na wyjazd do Francji. I jako jedna z pierwszych kobiet w historii w 1891 roku zdała egzaminy wstępne na wydział nauk przyrodniczych Sorbony. Była nie tylko znakomitą studentką, ale także niezwykle pogodną osobą. Ceniła rozrywkę, a nawet określała siebie samą jako „szaloną”. „Użyłam karnawałowych rozkoszy” – pisała m.in. w jednym z listów do siostry. Ale w następnym liście wylicza swoje przedmioty: fizyka, lekcje anatomii i  socjologia po

francusku. Szybko uzyskała licencjat najpierw z fizyki, potem z matematyki. Musiała jednocześnie pracować, by zarobić na studia – najpierw jako korepetytorka, potem w przemysłowym laboratorium zakładów Lippmana.

Duet wszech czasów Podczas pracy w laboratorium w zakładzie Gabriela Lippmana, pod którego przewodnictwem rozpoczęła studia doktoranckie, poznała wybitnego fizyka Antoniego Becquerela. Postanowiła całkowicie poświęcić się nauce. Los jednak chciał inaczej, na jej drodze stanął Piotr Curie. „Zauważyłam poważny i miły wyraz jego twarzy, a także pewien pozór zaniedbania w jego wysokiej postaci, cechujący marzyciela pogrążonego w swoich myślach. Okazał mi prostą serdeczność i wydał się bardzo sympatyczny” – tak pisała Maria o Piotrze w swoich pamiętnikach. Piotr Curie, który planował spędzić życie samotnie, oddając się nauce, szybko po poznaniu Marii zmienił zdanie i oświadczył się. W 1895 roku pobrali się. Marii, choć wychowana była w religii katolickiej, nie zależało na ślubie kościelnym, a Piotr był z rodziny komunardów i ateistów, dlatego wzięli ślub cywilny. Uroczystość była bardzo skromna. „Nie miałam na sobie żadnej nadzwyczajnej sukni ślubnej i tylko garstka przyjaciół była obecna na ceremonii. (...) Nie chcieliśmy nic więcej, jak niewielkiego kąta, w którym można by mieszkać i pracować” – pisała. Dla małżonków zaczął się czas wytężonej nauki i praktyk w laboratorium. Po czterech latach morderczej pracy po kilkanaście godzin dziennie, kiedy rozdzielali rudę uranową na pojedyncze związki chemiczne, by znaleźć związek powodujący jej wysoką aktywność, udało im się odkryć polon. „Uczucie rozczarowania przychodzące czasem po jakimś niepowodzeniu w pracy mijało szybko, ustępując miejsca świeżemu napływowi energii. Rozkoszne też przeżywaliśmy chwile, przechadzając się dookoła szopy i rozprawiając o naszej pracy” – pisała w pamiętniku. „Jedna z naszych rozrywek w owym czasie – to przychodzenie do pracowni wieczorem. Dostrzegaliśmy wtedy ze wszystkich


Portret

18

Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie Polskiego Towarzystwa Chemicznego w Warszawie przy ul. Freta 16, w budynku, w którym urodziła się Maria Skłodowska, znajduje się jedyne na świecie biograficzne muzeum uczonej i siedziba Polskiego Towarzystwa Chemicznego. W czasach Marii Skłodowskiej na pierwszym piętrze znajdowała się szkoła dla dziewcząt, a wyżej mieszkania dla nauczycieli. Na ekspozycji prezentowane są dokumenty, fotografie, rzeczy osobiste uczonej, np. kałamarz, torebka, płaszcz, książki. Jedna z sal to laboratorium, oddające klimat i prezentujące warunki, w których Maria i Piotr Curie dokonali odkrycia polonu i radu. Prezentowane są także filmy o tematyce chemicznej oraz biograficzne o Marii Skłodowskiej-Curie. / www.muzeum-msc.pl


19 Irena Joliot-Curie – słynna córka swojej matki Maria Skłodowska-Curie była matką dwóch córek – Ewy i Ireny. Irena Joliot-Curie wraz z mężem Fryderykiem otrzymała Nagrodę Nobla za odkrycie sztucznej promieniotwórczości. Był 1935 rok, a więc musiało minąć prawie ćwierćwiecze, by komitet noblowski w Sztokholmie zauważył osiągnięcia naukowe drugiej kobiety. Irena podzielała zainteresowania matki, a ta przekazywała jej swoją wiedzę i doświadczenie. Podobnie jak matka, Irena nie tylko została laureatką Nagrody Nobla, ale również przypłaciła swoje zainteresowania zawodowe rakiem. W 1956 roku w Paryżu zmarła na białaczkę. stron słabo mieniące się zarysy szkieł i torebek, w których mieściły się nasze preparaty. Był to widok naprawdę cudowny i zawsze dla nas nowy. Żarzące się rurki wyglądały jak nikłe czarodziejskie światełka”. Pierwszą Nagrodę Nobla w 1903 roku mieli dostać Piotr Curie i Antoni Becquerel, ale Piotr się nie zgodził na pominięcie żony. W końcu komisja przyznała nagrodę trójce naukowców w dziedzinie fizyki za prace nad promieniotwórczością. Ta wiadomość zelektryzowała cały świat. Kobieta – laureatką Nagrody Nobla! Po przyznaniu nagrody stała się niezwykle rozpoznawalną i medialną osobą. Gdziekolwiek się pojawiała, otaczali ją dziennikarze. – Popularność bardzo przeszkadzała małżonkom. Nie lubili dziennikarzy, chowali się przed nimi. Uważali rozmowy z dziennikarzami za stratę czasu, bo uważali, że i tak nie napiszą poprawnie o tym, co słyszeli – opowiada dyrektor Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie Małgorzata Sobieszczak-Marciniak. – Poza tym brakowało im czasu. Pasmo powodzeń życiowych nie trwało jednak długo. W 1906 roku doszło do tragicznego wypadku – Piotr Curie zginął pod kołami wozu. Francuskie gazety pisały, że w wyniku uderzenia jego czaszka rozpadła się na 15 kawałków! Dla Marii był to ogromny cios. W swoim dzienniku pisała m.in. „Piotrze, mój Piotrze, leżysz tu spokojnie niczym biedny ranny, który odpoczywa, drzemiąc z obandażowaną głową. Twoja twarz jest wciąż jeszcze łagodna i spokojna (…). To nadal jesteś Ty, pogrążony w sennym marzeniu, z którego nie możesz się wyrwać. Och! Jak bardzo musiało Cię boleć, jakżeś krwawił, Twoje ubranie jest przesiąknięte krwią. Jakież

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

straszne uderzenie otrzymała Twoja biedna głowa, którą tak często trzymałam w dłoniach i pieściłam (…)”. Nagła śmierć męża bardzo zmieniła Marię, która od tej pory pojawiała się wszędzie ubrana na czarno od stóp do głów. Niedługo później zaproponowano jej kierowanie katedrą Piotra i laboratorium na Sorbonie. Została pierwszą kobietą-profesorem tej słynnej francuskiej uczelni. „Chcę Ci powiedzieć, że dostałam nominację na Twoją katedrę i że znaleźli się głupcy, którzy mi tego gratulowali. A także, że żyję nadal w rozpaczy i nie wiem, ani co ze mną będzie, ani w jaki sposób spełnię zadanie, jakie stoi przede mną. Czasem wydaje mi się, że mój ból się wyczerpał i wyciszył, ale on zaraz powraca, silny i natarczywy” – pisała do Piotra po jego śmierci w swoich pamiętnikach 14 maja 1906 roku.

Kochanka W 1911 roku niespodziewanie przyszła do niej druga miłość – do Paula Langevina, jej asystenta i przyjaciela domu. Ponoć ich romans trwał niespełna rok. Był nagłośniony, tym bardziej że Langevin był od Marii o cztery lata młodszy! Wówczas we francuskiej prasie zawrzało. Langevin był żonaty, porzucił rodzinę. Skłodowska-Curie w mediach została nazwana „cudzoziemką, żydówką i złodziejką mężów”. W tamtych czasach wspierał ją i wziął w obronę Albert Einstein, z  którym się zaprzyjaźniła. Oburzona agresywną reakcją prasy Maria wystosowała list do kilku redakcji, w którym napisała: „Zgodnie z przysługującym mi prawem zażądam tytułem odszkodowania znacznych sum, które spożytkuję na badania naukowe”. Gdy polecono jej nie odbierać Nagrody Nobla osobiście, ze względu na skandal, odparła: „Uważam, że nie ma żadnego związku pomiędzy moją pracą naukową a życiem prywatnym, nie zgadzam się z poglądem, że potwarz i zniesławienie mogą mieć wpływ na ocenę wartości pracy naukowej”. Wkrótce udała się do Sztokholmu, odbierając osobiście drugą Nagrodę Nobla. Do dziś jest jedyną osobą, która otrzymała dwie Nagrody Nobla w różnych dziedzinach naukowych. Wiele lat później wnuczka Marii Curie związała się z potomkiem Paula Langevina. Źródła: Alicja Rafalska-Łasocha, „Maria Skłodowska-Curie – kobieta niezwykła”, „Alma Mater”, nr 136, nr specjalny 2011 / Maria Skłodowska-Curie, „Pierre Curie”, PWN, Warszawa 1953 / Maria Skłodowska-Curie, „Listy”, wybór Alicja Albrecht, przeł. Agnieszka Zych, Andrzej Kowalski, Wiktor Dłuski, Karolina Kwietniewska, Drzewo Babel, Warszawa 2012. / Małgorzata Sobieszczak-Marciniak, „Maria Skłodowska-Curie”, Multico, Warszawa 2011 / „Maria SkłodowskaCurie. Fotobiografia”, wyd. Studio Emka, 2011.


Wywiad

20

WIECZNIE MŁODZI, UŚMIECHNIĘCI, PIĘKNI

Show-biznes rządzi się swoimi prawami. Aktorzy bazują na wykreowanym wizerunku i są mocno zdeterminowani, by dbać o swój image. Jak wygląda polski rynek filmowy i czy choć trochę możemy porównać się do amerykańskich realiów - opowiada nam Magdalena Czerwiec, właścicielka Agencji Junika Talents, współwłaścicielka firmy produkcyjnej Primamateria Production. ROZMAWIAŁA: Elżbieta Olechowska

Elżbieta Olechowska: Skąd wziął się pomysł założenia agencji zajmującej się karierą aktorów? Magdalena Czerwiec: Z mojego własnego doświadczenia. Jestem z wykształcenia aktorką. I od aktorstwa zaczynałam swoją drogę zawodową. Mieszkałam wówczas w Czechach, a jednocześnie należałam do dużej agencji aktorskiej w Polsce. W Czechach sama zajmowałam się swoją karierą i szło mi świetnie. W sprawie propozycji z Polski telefon milczał. A jeśli się odzywał, to z ofertą epizodu trwającego góra jeden dzień zdjęciowy. Moja agentka nie wiedziała nawet, gdzie mieszkam! Do tego stopnia się mną nie interesowała! Oczekiwałam, że będzie miała pojęcie o tym, jak wyglądam, gdzie mieszkam, jakie są moje walory i doświadczenie w zawodzie. A dla niej właściwie ważne było tylko to, czy zgadzam się na to, by rzucić wszystko i zagrać półdniowy epizod w jakimś serialu. Zupełnie jak w fabryce. Czy chodzi o to, że agencja pozyskuje jak największą liczbę aktorów, a potem okazuje się, że nie ma możliwości zająć się każdym? Tak to właśnie wygląda. Profesjonalny agent nie tylko powinien dokładnie poznać aktorów, którymi się opiekuje, ale także wiedzieć, jakie są tendencje na rynku.Jaki typ urody jest poszukiwany, jaki typ energii, jaki wiek. Powinien wyjść naprzeciw produkcjom, umieć przewidzieć, kiedy się ktoś znudzi i kto może go zastąpić. Czyli szukamy na przykład następcy Brada Pitta...? Raczej Pawła Małaszyńskiego, Piotra Adamczyka, Krystiana Wieczorka czy Tomka Schuchardta... Początki pracy „na własnym” były, jak się domyślam, trudne...? Zaczynałam z tysiącem złotych w kieszeni. Ale byłam tak zdeterminowana, że musiało się udać.

Twój największy sukces? Joasia Koroniewska. Bardzo uzdolniona aktorka, przez długi czas niesprawiedliwie zaszufladkowana jako Mostowiakówna. Wspólnie z nią opracowałyśmy zmianę wizerunku, Joasia zresztą musiała trochę dojrzeć do kolejnych wyzwań. Bo rynek nie jest łaskawy dla aktorek. Joasia na początek musiała zapomnieć o dziewczynce ze wsi, Mostowiakównie, i „narodzić” się na nowo. Posypały się propozycje, gościnne role w serialu „Hotel 52”, „Julia”, dołączyła też do obsady „Daleko od noszy II”. Otworzyły się przed nią kolejne drzwi, prowadzenie programów telewizyjnych: „Matka czy nastolatka” dla kanału TLC, „Kocham Cię, Polsko” w TVP2. Drugi mój sukces to Krystian Wieczorek, bardzo uzdolniony aktor, mający świadomość swojego ciała jako narzędzia potrzebnego do kreowania postaci. Mam wielu uzdolnionych młodych aktorów i aktorki, za którymi stoję murem i walczę! Antoni Paradowski jako student IV roku PWST dołączył do stałej obsady w IV sezonie „Hotelu 52”. Trudno przeoczyć te zmiany. Joanna to w ogóle inna osoba. Czy takie zmiany jak fryzura czy sposób ubierania się są sygnałem dla producentów, że aktorka jest już gotowa podjąć nowe wyzwania? I to bardzo czytelnym sygnałem. Zmiana wizerunku oznacza, że aktor rozpoczął nowy etap w życiu, że dojrzał do ról, które jeszcze kilka miesięcy temu do niego nie pasowały. Ale ta przemiana musi być prawdziwa. Aktorka, która znajduje się akurat na etapie podlotka, nie może udawać dojrzałej kobiety, bo na to nikt się nie nabierze. Ludzie poszukują wiarygodności. Także w serialach telewizyjnych. Kogo lubią oglądać polscy widzowie? Teraz lubimy oglądać to samo, co każda inna publiczność. Mówię „teraz”, gdyż jeszcze kilka lat temu polski rynek był na etapie ciągłego rozwoju. Chcemy oglądać ludzi pięknych, optymistycznych, uśmiechniętych, żadnych


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

fot. Monika Zielska

21

skwaszonych min! Lubimy wysportowanych, zdrowych, ale lubimy też, żeby aktor miał w sobie to „coś”, przede wszystkim osobowość. Ten aspekt, podobnie jak cielesność, można kształtować. Poprzez dobór imprez, eventów, na których dana osoba się pojawia, w jaki sposób się wypowiada i wygląda. Jak osiąga się ten pożądany przez publiczność zdrowy wygląd. To chyba dość trudne, biorąc pod uwagę, że zawód aktora jest związany z nielimitowanym czasem pracy, niedosypianiem. No i koniecznością ciągłej diety, by dobrze wyglądać w sukni od projektanta. Aktorzy nie mają żadnych magicznych sposobów. Stosują te same co wszyscy. Wysiłek fizyczny, bo ciało musi się składać z mięśni, a nie tłuszczu. Dieta, ale nie głodówka. Dużo wody mineralnej i snu, co, zgadzam się, czasem bywa najtrudniejsze do osiągnięcia. Niedosypianie i drastyczną dietę natychmiast widać na twarzy. Znam aktorki, które tak się zapędziły w dążeniu do uzyskania figury 14-latki, że trzeba naprawdę uzdolnionych oświetleniowców, żeby nie wyglądały na ekranie na ciężko chore. To naturalne, że organizm się buntuje. Jest takie powiedzenie,że nigdy nie można być zbyt bogatym ani zbyt szczupłym.Nawet osoby spoza show-biznesu czują tę wszechobecną presję szczupłej sylwetki. Na przykład ja. Ale pani niezarabia na życie swoim wizerunkiem. Aktorzy mają do dyspozycji doradców, z którymi mogą się w tej sprawie, tak jak zresztą w każdej, skonsultować. Nie są zdani na samych siebie i chwilowe mody forsowane

przez kolorowe magazyny. Czasem trudno jest podejmować decyzje we własnym imieniu, bo wtedy raczej nie można mówić o obiektywizmie. Aktor, muzyk czy modelka, wszystko jedno, w każdym razie osoba, której wizerunek jest sprawą publiczną, często ma problem ze zdystansowaniem się wobec oczekiwań publiczności. Dlatego tak ważny jest silny charakter. Aktor świadomy swojego ciała i swoich walorów zewnętrznych nie zrobi sobie celowo krzywdy, głodząc się na przykład. A jednak wszystkie aktorki chcą być chude. Dążą do tego czasem nawet na oczach publiczności. Potrafią zrobić wielki spektakl tylko ze swojego odchudzania. Domyślam się, kogo pani ma na myśli. Rzeczywiście, Anna Mucha zawsze była fajną, pogodną dziewczyną, taką, można powiedzieć, skazaną na sukces. Ale zawsze czegoś brakowało. Okazało się, że decydujące jest właśnie te kilka kilogramów. Od kiedy do wszystkich swoich atutów dołączyła fajną figurę i przemyślaną kobiecość, rozkwitła. Stała się gwiazdą i, co za tym idzie, zainteresowała reklamodawców. Jednak wystarczy popatrzeć na światowe wybiegi mody, żeby dojść do wniosku, że właśnie taka kobieta wychudzona, wycieńczona, z podkrążonymi oczami powinna być marzeniem każdego projektanta. Na szczęście to już się zmienia. Na Zachodzie nie wymaga się już od aktorek, żeby obwód ich ciała był mniejszy od głowy. „Wieszaki” wyszły z mody. My też do tego dojdziemy. Rzeczywiście jeszcze do niedawna oczekiwano od


22

fot. materiały Akson Studio

Wywiad

aktorek, że będą wyglądały jak młodzi chłopcy. Teraz na nowo odkrywamy kobiecość. Do łask wracają biusty, pupy, zaakcentowane biodra.Oczywiście nie ma mowy o tłuszczu. Ciało, służące jako narzędzie pracy, musi być jędrne i wyćwiczone. I, rzecz jasna, szczupłe. Ale nie wychudzone.Co chwila przeprowadza się badania na temat oczekiwań widzów. I widać wyraźnie, że publiczność chce oglądać kobiece kobiety i męskich mężczyzn, bez ryzyka pomylenia ich płci. Ze zdjęć paparazzich wynika, że amerykańscy aktorzy, poświęcają wiele czasu na ćwiczenia np. Matthew McConaughey. Właśnie o tym mówię. Pod tym względem mamy jeszcze sporo do nadrobienia. A w Stanach Zjednoczonych aktorzy od wczesnej młodości wdrażani są w ten reżim aktywnego dbania o ciało. Wystarczy spojrzeć na gwiazdy filmów dla młodzieży, np. „Zmierzchu”. One od początku kariery wiedzą, że muszą być zadbane. Nawet ci, którzy celowo wybrali niechlujny wizerunek à la homeless, bo to tylko chwilowa poza. Ta dbałość nie dotyczy wyłącznie ciała. Ważne są także włosy, zęby, które muszą wyglądać jak z reklamy... Artyści na Zachodzie nie boją się eksperymentować z wyglądem. Zapuszczają włosy, po czym je obcinają, po czym znów przedłużają, używają peruk, bawią się własnym wizerunkiem.

Gdybym usłyszała to z ust instruktorki jogi, która stosuje wegańską dietę, potrafi się zrelaksować na zawołanie i nie stosuje makijażu, uwierzyłabym. Kiedy mówi to aktorka, która spędza pół nocy na bankietach, a pół życia w makijażu scenicznym, mam nieco wątpliwości. Jeżeli faktycznie ktoś ma dobre geny i dobre nawyki żywieniowe, które praktykuje od lat, to rzeczywiście młodość można przedłużyć. Ale w większości przypadków ten olśniewający wygląd aktorki zawdzięczają doskonałym kosmetykom i zabiegom, także tym z zakresu chirurgii plastycznej. Ja sama jestem zwolenniczką chirurgii plastycznej, ale pod warunkiem, że osoba, która poddaje się operacji, do tej pory prowadziła się zdrowo. Wtedy rzeczywiście rezultat jest prawie zawsze świetny. Jednak zauważyłam, że zabiegi chirurgiczne przeprowadzane na osobach, które mają to i owo na sumieniu, nie dają dobrych efektów. Wystarczy spojrzeć na Naomi Campbell. Wygląda nieźle tylko pod warunkiem, że jest w odpowiedni sposób oświetlona. Reszty dopełnia Photoshop.

No tak, ale aktor na Zachodzie ma sztab ludzi, którzy mu to wszystko podpowiedzą. I pewnie nawet dopilnują, żeby wykonał. Zgadza się. Pod tym względem też mamy trochę do nadrobienia.

Właśnie, Photoshop! Kto ma takie nogi jak Kayah w reklamie kosmetyków? Nikt, bo te nogi to anatomiczny skandal. Oczywiście, że Kayah takich nie ma. Gdyby miała, nie byłaby w stanie chodzić o własnych siłach. Ale nie o to chodzi. Czytelnicy prasy kolorowej lubią, kiedy gwiazda na zdjęciu jest przedstawiona jak bogini. Jeśli życie Kowalskiemu upływana kombinowaniu, jak dożyć do pierwszego i z czego zapłacić rachunki, to chętnie popatrzy sobie na wystylizowaną Kayah czy Kasię Cichopek i poduma sobie nad tym, jakie one mają bajkowe życie. A jakie nogi!

Często trafiam w magazynach na wypowiedzi różnych pań około czterdziestki, a wyglądających młodziej, które twierdzą, że swój wiecznie młody wygląd zawdzięczają tylko diecie, jodze... Genom. Powoływanie się na geny jest bardzo modne.

Zapytam wprost, jak to w tym polskim showbiznesie jest? Atrakcyjny wygląd gwiazd to geny czy skalpel? Prawda jak zwykle leży pośrodku. Rzeczywiście jest spora grupa osób, które pracują nad swoim wyglądem, wykorzy-


POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

fot. materiały prasowe

23

stując wszelkie dostępne metody. Najczęściej przebiega to wielotorowo, czyli jednocześnie z zabiegami chirurgii plastycznej wykonywane są zabiegi nieinwazyjne. Bardzo modne ostatnio są masaże, poprawianie stanu uzębienia, co akurat jest godne pochwały. I totalne głodówki, które nie są godne pochwały, ale nadal obowiązują... Co w takim razie ma począć 40-letnia aktorka, która ma świadomość, że starzeć się po prostu nie wypada? To znaczy można być uroczą starszą panią, jak Teresa Lipowska. Ale co zrobić do tego czasu? Cóż, jest wiele sposobów. Bardzo modny jest botoks, nawet wśród młodych dziewcząt, bo wiek, w którym przeprowadza się pierwsze zabiegi, coraz bardziej się obniża. Lubimy się w show-biznesie ponaciągać, czyli radykalnie rozprawić się ze zmarszczkami. I podnosić brwi, żeby oczy były bardziej wyraziste. Sporą popularność uzyskały operacje wszczepiania implantów policzkowych. Lubimy także poeksperymentować z podbródkiem. Nagminne jest ostatnio powiększanie ust. Mężczyźni hurtowo przeszczepiają sobie włosy, najczęściej za granicą.

styczną, tylko korektę. Podobnie z nosem. Nikt nie przyzna się, że poprawił sobie nos dla samego wyglądu. Zawsze tłumaczy się względami zdrowotnymi - krzywą przegrodą, kłopotami z oddychaniem. „Jaaaa? Nie, z nosem nic nie robiłam. Tylko przegrodę. To dlatego mam smuklejszy nos, bo wiesz, jak tam się w środku tę przegrodę wytnie, to nos sam się taki robi”. Ale to przecież widać, że ktoś sobie coś zoperował. Co się wtedy odpowiada? Wtedy się odpowiada: „Liposukcja? Jaka liposukcja? Nieee, ja nic nie robiłam. Tylko tak schudłam”. Najwięcej historii słyszę na temat ust, które teraz show-biznes powiększa sobie taśmowo.„Usta? A nie, to taka specjalna szminka”. Albo: „Tak sobie spinaczem poszczypałam, żeby wyglądały na większe”. Tylko w najściślejszym, najbardziej zaufanym gronie pocztą pantoflową przekazuje się namiary na chirurga. Ma to tę zaletę, że wtedy zyskuje się wspólniczkę w sekrecie. Wtedy jeśli ktoś zapyta wprost, czy aktorka poddała się operacji, zaufana koleżanka, która w międzyczasie też się zoperowała w poleconej klinice, może potwierdzić: „Nieeee, jak tam nic nie widzę, żeby sobie coś zrobiła”.

Czy zdarza się, że agent nakłania aktorkę do operacji plastycznej? Słyszałam o takich przypadkach. Ale generalnie aktor nie ma obowiązku ustalać takich planów ze swoim agentem. Dobrze, jeśli się wcześniej skonsultuje, głównie po to, żeby poznać inną opinię. Kiedyś zajmowałam się pewną młodą aktorką, której bardzo przeszkadzał jej nos. Moim zdaniem dodawał jej twarzy charakteru. Ale ona się uparła, zrobiła sobie zgrabny nosek. I straciła to, czym wcześniej się wyróżniała...

A nie wydaje się Pani, że ta droga to równia pochyła? W końcu wszyscy zmierzają do tego, żeby wyglądać tak samo, jak z jednej sztampy. Takie Barbie i Keny. Dlatego zalecam przede wszystkim umiar. Czasem wystarczy skorygowanie jakiegoś drobnego elementu, żeby twarz wyglądała ładniej, bardziej harmonijnie, ale bez zatracania indywidualnych cech. W momencie kiedy przekraczamy jakąś granicę, faktycznie stajemy się wszyscy do siebie podobni, bo zatracamy swoje naturalne rysy twarzy.

Czy w show-biznesie rozmawia się o operacjach plastycznych? Ależ skąd! To jest ścisłe tabu. Można ewentualnie przyznać się do operacji uszu, bo to nie jest uważane za operację pla-

Punktem odniesienia dla naszego show-biznesu jest rynek amerykański. A tam jest miejsce dla aktorów charakterystycznych, puszystych, wymykających się ogólnie przyjętym standardom piękna.


Wywiad Pod tym względem ciężko porównywać. Tamten rynek jest znacznie większy, bardziej urozmaicony, bardziej tolerancyjny, bo przyzwyczajony do rozmaitości. Publiczność ma do wyboru nieprzebraną ilość kanałów telewizyjnych. Jeśli ktoś nie chce oglądać „Mody na sukces”, nie musi. Ma do wyboru setki innych programów, a każdy z nich utrzymuje się na wizji, gdyż ma kilkumilionową widownię. Zgromadzić taką rzeszę widzów przed telewizorem w Polsce jest prawie niewykonalne. Z wyjątkiem seriali – „M jak miłość”, „Ojciec Mateusz” czy programów typu talent show. Więc producenci trzymają się tego, co już zostało sprawdzone. Czyli seriali i programów, w których występują ładni ludzie. Swojscy ludzie. To zresztą widać na castingach. Niby założenie jest takie, że szukamy kogoś zupełnie nowego, niepodobnego do nikogo. A i tak zawsze kończy się na tym, że wybiera się osobę ładną w najbardziej popularnym sensie. Albo podobną do kogoś, kto dwa lata temu był na topie. Ale jeśli ktoś ma się podobać kilkumilionowej, bardzo zróżnicowanej widowni, to chyba nie ma mowy o własnej osobowości? TVN produkuje rzesze takich gwiazd. Szybko wylansowanych i bez problemu zastępowalnych. Proszę mi powiedzieć, co dzieje się z aktorkami w wieku pomiędzy Anną Muchą i Anną Przybylską a przemiłą panią ze zmarszczkami reklamującą klej do protez zębowych? Co się z nimi dzieje? W jaką one otchłań wpadają? Małgorzata Foremniak, Danuta Stenka, Grażyna Wolszczak, Joanna Trzepiecińska...? Kiedy zastanawiam się nad aktorkami dojrzałymi, które tę swoją dojrzałość traktują jak atut, a nie dopust boży, przychodzą mi do głowy tylko dwa nazwiska: Izabela Kuna i Edyta Jungowska. Bo to są aktorki, a nie celebrytki. One także eksperymentują z wyglądem, ale nie z chirurgią plastyczną. Nie starają się za wszelką cenę zmieścić w rozmiarze 34, góra 36. Potrafią dać sobie przyzwolenie na to, by raz wyglądać lepiej, a raz gorzej. Ale całą sobą dają do zrozumienia, że są gotowe zmienić się do roli. Izabela Kuna w „Galeriankach” przeobraziła się w styraną życiem matkę Polkę i była w tej roli przekonująca. Zebrała zresztą świetne recenzje. Tę gotowość do przeobrażania się po prostu po nich widać. Nie starają się równać do szeregu.

24 Na czym polega różnica między aktorką a celebrytką? Na równaniu do szeregu albo nie? Również na tym, że życie prywatne celebrytki przesłania jej dokonania aktorskie. Na polskim rynku jest mnóstwo celebrytek, które udają, że grają. Są obsadzane, ponieważ są popularne. A są popularne, bo zrobiły cyrk ze swojego życia prywatnego. Najważniejsze w ich karierze jest to, z kimsię spotkały, czy planują zajść w ciążę, a może już zaszły, a może nie mogą – no to już w ogóle tragedia, którą wszyscy żyją przez kilka miesięcy. W czym wystąpiły na imprezie, czy nadal są ikonami mody, czy może przebił już je ktoś, kto lepiej wygląda w kreacji od Macieja Zienia...? Ale publiczność po kilku miesiącach oglądania jednej aktorki w serialu, filmie, teatrze, wszystkich gazetachi reklamie ma już jej powyżej uszu. Wtedy taki aktor ogłasza publicznie, że zwalnia tempo albo zajmuje się innymi, mniej medialnymi projektami i wycofuje się na jakiś czas. Zmienia wizerunek i znów się pojawia.I wtedy – niespodzianka! Znów wszyscy o nim piszą. Pod warunkiem, że taki aktor po powrocie faktycznie ma do zaoferowania coś więcej niż tylko nową fryzurę. Szczególnie aktorki muszą bardzo uważać. Od nich wymaga się więcej niż od mężczyzn. Jeśli chcą się utrzymać na topie, muszą ciągle być interesujące. I to jest niesprawiedliwe. Aktorzy nie muszą być ciągle nieskazitelni! Weźmy chociażby pod uwagę Pawła Deląga. Teraz w wersji lekko siwiejącej, ze zmarszczkami, jest znacznie bardziej interesujący… Za mało fajnych i męskich facetów na naszym rynku. Paweł wygląda super i co? Nie gra w polskich produkcjach prawie wcale. Mężczyźni, owszem, mogą sobie pozwolić na zmarszczki, ale muszą pilnować sylwetki, a tu bez wylewania siódmych potów na siłowni po prostu się nie obejdzie. Muszą być męscy, cokolwiek to znaczy, a proszę mi wierzyć, że dla każdej wielbicielki seriali telewizyjnych męskość oznacza coś zupełnie odmiennego. Jaki wobec tego jest przepis na sukces w aktorstwie? Taki sam jak w każdej innej dziedzinie. Przede wszystkim trzeba lubić siebie. Reszta sama się ułoży.

Pełną wersję wywiadu można przeczytać na www.pragnieniepiekna.pl


25

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Kwestionariusz Magdalena Duhanik

Współwłaścicielka spółki TM Toys, jednej z największych firm dystrybucyjnych zabawek i produktów dla dzieci, przedstawiciela m.in. marki Disney, Rummikub i Ravensburger. Ma 38 lat. Jest absolwentką Wydziału Nauk Ekonomicznych i Zarządzania Uniwersytetu Szczecińskiego. Przez osiem lat była pracownikiem naukowym US, następnie zajęła się finansami firmy Brio Galtex jako główna księgowa, potem dyrektor finansowa, wreszcie – prezes. W 2006 roku wykupiła firmę, która po zmianie właściciela przyjęła nazwę TM Toys. Prywatnie: mama siedmioletniej Aleksandry i pilot w teamie offroadowym, który na swoim koncie ma m.in. zwycięstwo w rajdzie Drezno – Wrocław i Puchar Polski. Moi rodzice byli... zapracowani i skoncentrowani na własnym życiu.

U pracowników cenię... oddanie dla sprawy i pracowitość.

Kiedy byłam dzieckiem, chciałam zostać... lekarzem.

Prowadzenie firmy i życie rodzinne, to... ciągłe kompromisy.

W szkole i na studiach byłam... bardzo pilna i ambitna.

Prywatnie jestem... aktualnie przemęczona.

Moja pierwsza praca, to... sprzątanie biura mojej mamy.

Moje hobby, to... off-road, czyli rajdy terenowe: www.off-roadsport.pl

Pierwsze zarobione pieniądze... wydałam na wakacje. Moje relacje ze zwierzchnikami były... zawsze dobre. Żeby odnieść sukces w biznesie, trzeba być... konsekwentnym. Nie wolno poddawać się i należy być gotowym na podjęcie ryzyka. Nie przyjęłabym do pracy... osoby zupełnie pozbawionej poczucia humoru.

Moi ulubieni bohaterowie (literaccy, filmowi), to... … to się zmienia. Dość dużo czytam. Ostatnio bardzo mi się podobają książki Elżbiety Cherezińskiej. Słowa, których nadużywam: … Zawsze znajdę czas na... żyję w ciągłym niedoczasie, ale dbam o to, aby mieć czas dla dziecka. Ponadto staram się regularnie biegać, bo to mnie odpręża.

Dzień zaczynam od... wypicia szklanki przegotowanej wody z miodem albo kubka wody z dwoma łyżkami siemienia lnianego. Gdybym mogła zmienić jedną rzecz w moim życiu, to... nie zmieniłabym niczego. Dziś mogę ze spokojem powiedzieć, że... postępuję najlepiej jak potrafię. Ciężko zapracowałam na swój sukces. Moim największym marzeniem jest... …odpocząć tak naprawdę. Pojechać na długie wakacji i niczym się nie martwić. Sportowo – wygrać Dakar. Dewiza, którą chcę przekazać innym, to: …nie załamywać się niepowodzeniami i dążyć do osiągnięcia zamierzonych celów.

OPRACOWAŁ: Andrzej Gross / FOTO: materiały prasowe


ReportaĹź

26


27

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

W DUSZY GRA POWAŻNIEJ Kiedyś poszukiwanie muzyki miało aspekt ludzki: ktoś komuś pożyczył płytę, którą kupił za granicą, można było zaimponować przyjacielowi lub pomóc sąsiadowi poznać nowe brzmienia. Teraz jest łatwiej. Przeszukujemy zasoby internetu, bo to, co serwują mass media, przestało nam wystarczać. TEKST: Andrzej Gross / FOTO: materiały prasowe

Grażyna Auguścik – wokalistka jazzowa, kompozytor i producent muzyczny w 2002, 2003, 2004 i 2006 r. uznana za najlepszą wokalistkę jazzową przez „Jazz Forum Magazine”. W roku 1998 płyta „Pastels” uznana została przez National Public Radio za jedną z najlepszych jazzowych płyt roku w USA. Następny album „Fragile” znalazł się na TOP 20 JAZZ ALBUMS roku 2000. Płyta „River” uznana została za jedno z największych wydarzeń muzycznych, stawiając Grażynę w gronie 15 najlepszych wokalistek jazzowych w Stanach, a projekt „Chopin World Sound” został uznany przez krytyków „Chicago Tribune” i „New York Timesa” za jedno z 10 najważniejszych wydarzeń minionych 30 lat.

Dwadzieścia lat temu wydawało się, że w Polsce muzyka ambitniejsza nie ma racji bytu. Przynajmniej komercyjnego. Rekordową sprzedaż i tłumy na koncertach gromadziły przede wszystkim zespoły nurtu disco polo i dance. Daleko w tyle pozostawali wykonawcy rockowi i pop-rockowi, a na inne rodzaje muzyki popyt był niewielki. Dziś wychowywani na muzyce popularnej trzydziestolatkowie powoli zmieniają muzyczny mainstream na polskim rynku, wybierając m.in. koncerty Czesława Mozila, Marii Peszek, Grażyny Auguścik i Kroke. Wśród najlepiej sprzedających się płyt można znaleźć składanki muzyki świata, firmowane przez Marcina Kydryńskiego, czy Diany Krall. Alternatywa w pewien sposób przeszła do mainstreamu, choć nie tego medialnego. Pomógł w tym internet, pomogła szeroka dostępność muzyki, która jeszcze kilkanaście lat temu ograniczała się do utworów lansowanych przez radio i wydawców płyt. Ale nie tylko. Polska publiczność się zmienia. Coraz chętniej i odważniej sięga po nowe dla siebie brzmienia i poszukuje własnych dróg muzycznych.


Reportaż Z alternatywy do mainstreamu – W ciągu dwudziestu lat, czyli czasu, jaki jesteśmy już na scenie, mogliśmy zauważyć, że obycie muzyczne naszej publiczności zmieniało się – mówi Tomasz Lato, muzyk i współzałożyciel zespołu Kroke. – Z jednej strony w tamtym czasie triumfy święciła muzyka disco polo i dance, ale z drugiej – istniały takie festiwale jak Folk Fiesta, istniały takie zespoły jak Osjan... i choć muzyka taka jak nasza czy Osjana nie była wtedy w żadnym razie muzyką komercyjną, powoli zyskiwała coraz więcej słuchaczy. Dlaczego powoli?

Tomasz Lato – muzyk zespołu Kroke

– Ludzie byli przyzwyczajeni, że jeśli mają iść na koncert, to albo wielkiej gwiazdy, albo do filharmonii... Ewentualnie za darmo na dni miasta... To były czasy, w których gdy do Polski przyjechał po raz pierwszy zespół Level42, ich koncert w ogóle się nie sprzedał, mimo że byli gwiazdą muzyki pop. Polska publiczność i polski rynek fonograficzny potrzebowały bardzo wiele czasu, żeby otrząsnąć się po latach komuny i przetrawić zmiany na rynku muzycznym. W roku 1992, kiedy zespół Kroke debiutował, naświatowych listach przebojów absolutnym numerem jeden stał się soundtrack z filmu „Bodyguard” z „I will always love you” Whitney Houston, Eric Clapton wydał legendarną dziś już płytę „Unplugged”, a scenę dance zdominował szwedzki gwiazdor – Dr Alban. Bez większego echa przeszły na świecie m.in. „Close to Seven” Sandry i „First” Gazebo. W Polsce publiczność podzielona była między nowy wówczas projekt Roberta Gawlińskiego – Wilki, a scenę disco polo, na której Top One śpiewał „Białego misia” i „Ciao Italia”. Polski rynek muzyczny był w tym czasie wyjątkowo chłonny i przyjmował dużą grupę wykonawców reprezentujących skrajnie różny poziom muzyczny.

28 Widoczna była przepaść pomiędzy rynkiem krajowym i zagranicznym. Pierwszy z nich odrzucał już popularny w latach osiemdziesiątych, wywodzący się z italo disco eurobeat, poszukując nowych brzmień. Drugi – wręcz przeciwnie – wywodzącą się z tego samego nurtu muzykę disco polo przyjmował entuzjastycznie. Nie rokowało to dobrze polskim zespołom nie podporządkowującym się gustom publiki. Także tej ambitniejszej. – W naszym przypadku potwierdziło się powiedzenie, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju – wspomina Tomasz Lato. – Spotykaliśmy się z wieloma dziwnymi reakcjami na temat naszej twórczości. Ich przykładem może być recenzja z jednego z pierwszych Festiwali Kultury Żydowskiej, na którym się pojawiliśmy: „Zawiódł natomiast zespół Kroke, który jeszcze porządnie nie rozpoczął kariery, a już sili się na udziwnione aranżacje” – napisał w krakowskiej gazecie pewien dziennikarz. Nie zraziliśmy się. Na początku naszej muzycznej drogi koncertowaliśmy w Galerii Ariel na krakowskim Kazimierzu. Tam mieliśmy okazję poznać wielu ludzi, którzy pomogli nam w organizacji tras koncertowych poza granicami kraju, m.in. Stevena Spielberga, który po wysłuchaniu naszego koncertu poprosił o kasetę, a następnie posłał ją m.in. Peterowi Gabrielowi. Z tego powstały pierwsze zaproszenia naszego zespołu na poważne koncerty albo trasy koncertowe za granicą. Stąd także wynikły nasze eksperymenty muzyczne, współpraca z m.in. Peterem Gabrielem i Nigelem Kennedym. Kilka lat temu coś się zmieniło i to bardzo – wydawniczo dowodzi tego choćby nasza współpraca z polskim EMI, gdzie wydaliśmy już kilka płyt: „Feelharmony”, krążek z Mają Sikorowską, wreszcie – z orkiestrą symfoniczną. Zmieniła się też publiczność, która poszukuje muzyki spoza nurtu pop.

Co najczęściej się promuje? – W mediach najczęściej promuje się rzeczy łatwe, przystępne, często proste, wpadające w ucho piosenki. Wysublimowany odbiorca zawsze znajdzie jednak swój gatunek i swoją muzykę, a moja polska publiczność do takiej grupy odbiorców należy – mówi Grażyna Auguścik. – Muszę przyznać, że wszystkie pochwały, które kierowane są w stronę publiczności polskiej, wcale nie są przesadzone. Polska publiczność na całym świecie nie przychodzi na koncerty przypadkiem. Wie, na jaki koncert idzie, najczęściej zna bardzo dobrze muzykę wykonawcy, traktuje wyjście na koncert jak coś szczególnego i ważnego – dodaje koncertująca na całym świecie jazzmanka. – I nie dotyczy to tylko koncertów w salach filharmonicznych.


29

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Grażyna Auguścik - wokalistka jazzowa, kompozytor, producent muzyczny

– Na całym świecie muzyka spoza gatunku pop nie jest intensywnie promowana w mediach. Mniej promocji to konieczność poświęcenia czasu na wyszukania utworów albo wykonawców, których chcemy słuchać. Moja najnowsza płyta „Man behind the sun” powstawała powoli. Po wysłuchaniu jednej z trzech płyt, które nagrał ponad 40 lat temu Nick Drake, decyzja nagrania nie zrodziła się od razu. Najpierw zachwyciła mnie muzyka, teksty, nastrój... Później zaczęłam powoli włączać piosenki Drake’a do swojego repertuaru, aż w końcu dojrzałam do nagrania całej płyty z jego utworami. Myślę, że dzięki temu trafi do różnych odbiorców: tych, którzy znają Drake’a, tych, którzy nigdy o nim nie słyszeli i tych, którzy znają moją muzykę. Część moich fanów pewnie się trochę zdziwi, że nagrałam taką właśnie płytę.

Muzykę obroni publiczność Michał Jelonek wie, co mówi, bo także jego historia pokazuje, że warto wierzyć w siebie i nie do końca ufać pierwszym ocenom. Debiutancką płytę solową wydał w 2007 roku, po ponadpiętnastoletnim okresie współpracy muzycznej z gwiazdami polskiej sceny. – Z demo tej płyty chodziłem od wydawcy do wydawcy jakieś pięć – siedem lat, czyli dość długo. Wszyscy mówili to samo: „Materiał bardzo fajny, ale to jest muzyka instrumentalna... to jest zbyt ambitne i się nie sprzeda”. Przez tych siedem lat usłyszałem mnóstwo argumentów, które miały mnie przekonać, że powinienem zrezygnować z wydania mojego materiału. Nie poddawałem się. Mimo wszystko uważałem, że jest możliwość znalezienia jakiejś niszy dla mojej muzyki – wspomina Jelonek. Po wydaniu debiutanckiej płyty, zanim muzyką na dobre zainteresowały

Michał Jelonek – kompozytor, muzyk instrumentalista, skrzypek, pedagog muzyczny. Członek zespołów: Hunter, Orkiestra Dni Naszych i Ankh. Współpracował m.in. z zespołami Closterkeller, De Press, Łzy, Mafia i Wilki. Jako solista zadebiutował w roku 2007 płytą „Jelonek”. Kilkakrotnie plasował się w czołówkach plebiscytu „Instrumentalista Roku” magazynu „Teraz Rock”. Za swój drugi solowy album „Revenge” nominowany do Fryderyków 2012.


Reportaż

30

Kroke

Kayanis

–krakowski zespół instrumentalny z gatunku world music. W swoim dorobku grupa ma m.in. albumy nagrane z Nigelem Kennedym, Edytą Geppert, Mają Sikorowską i współpracę m.in. z Peterem Gabrielem. W 2006 roku jeden z utworów Kroke znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu Davida Lyncha „Inland Empire”. Na zaproszenie Stevena Spielberga muzycy koncertowali na uroczystości Survivors Reunion w Jerozolimie oraz podczas polskiej premiery filmu „Lista Schindlera”. Są laureatami Preis der Deutsche Schallplattenkritik.

– polski twórca muzyki elektronicznej, rocka neoprogresywnego, symfonicznego, kompozytor, autor tekstów, multiinstrumentalista. Dwie z jego płyt: „Synesthesis” i „Where Abandoned Pelicans Die” wydane zostały na całym świecie, elektroniczna suita „Synesthesis” zyskała wysokie recenzje m.in. w magazynach „Musical Discoveries” i „CD Services” (Anglia). Jako jedyny polski muzyk w historii festiwalu Alfa Centauri w Holandii został zaproszony do występu.

się media, zareagowała publiczność. – W sieci tę muzykę umieszczali sami słuchacze, a później i zainteresowanie mediów okazało się zaskakująco duże.

Michał Jelonek – skrzypek, muzyk rockowy, pedagog muzyczny – Obojętnie, czy jest to publiczność rockowa, czy są to fani muzyki klasycznej, czy też mówimy o publiczności np. dance, wszyscy szukają na rynku czegoś nowego i czegoś świeżego. Niezależnie od gatunku muzycznego także i artyści powinni więc poszukiwać nowych brzmień i nie oferować słuchaczowi sztuki odtwórczej. Teledyski i informacje o płycie szybko trafiły także do rozgłośni ogólnopolskich, m.in. bardzo ciepło tę muzykę przyjęła Lista Przebojów Trójki. Potem był już

Woodstock, a druga płyta, „Revenge”, doczekała się szybko świetnego przyjęcia przez publiczność i przez krytykę – mówi Michał Jelonek. Muzyka pop, która jest obecna wszędzie i postrzegana jest przez nas jako nurt komercyjny, nie stanowi już dziś na polskim rynku nurtu głównego – czyli najchętniej kupowanego przez publiczność zarówno w formie płyt, jak i koncertów. Popularność medialna częściej przekłada się dziś na sprzedaż... dzwonków do telefonów – podkreślają artyści i krytycy muzyczni. Kayanis potwierdza zmiany w odbiorze muzyki przez polską publiczność, jednocześnie dostrzegając wagę zmieniających się form przekazu. – Ludzie, zwłaszcza w dużych aglomeracjach, walą tłumnie na koncerty artystów – wydawałoby się – nieobecnych w mass mediach. Potwierdzeniem mojej tezy może być niedawna „islandzka histeria”, gdzie dostanie się na koncert Mum czy Sigur Ros było niemal niemożliwe. Tym samym mass media wykluczają się z grona pośredników wartych jakiegokolwiek zainteresowania muzyków.


31

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

i ciągle pojawiają się nowi. To się nigdy nie skończy, bo ludzie poszukują nowych brzmień w różnych obszarach. Całe dziesięciolecia mają swoje charakterystyczne elementy, dotychczas niszowe, które stawały się popularne i ubogacały nurt mainstreamowy. Teraz te dążenia do sięgania po regionalne tradycje muzyczne składają się na jedno wielkie poszukiwanie nazywane na Zachodzie crossover, w Polsce najczęściej używamy określenia world music, muzyka świata lub po prostu muzyka ze świata.

Kayanis – kompozytor i twórca muzyki elektronicznej, rocka neoprogresywnego i symfonicznego

– Dzięki nowym technologiom droga między twórcą a odbiorcą skróciła się dziś nieprawdopodobnie.

Czas „specjalistów od śpiewu i mas” kończy się na naszych oczach – dodaje muzyk, który sam swojej ostatniej płyty „Where Abandoned Pelicans Die” nie sprzedawał już w sklepach, tylko wyłącznie w internecie. – Nawet moje pokolenie bez specjalnego żalu żegna płytę CD i kupuje muzykę w postaci elektronicznej. Los pośredników wydaje się więc być przypieczętowany. Argument jakościowy również upadł – serwisy takie jak Bandcamp (na którym z powodzeniem sprzedaję swoją muzykę) umożliwiają pobór plików w postaci takiej, jaka wyszła ze studia, czyli w jakości wyższej od płyty CD – mówi Kayanis. Potwierdza to też organizator koncertów i menedżer Dariusz Startek, właściciel agencji Koncerty.com. Dariusz Startek zachowanie polskiej publiczności obserwuje nieustannie. Jako organizator festiwali oraz właściciel agencji reprezentującej w Polsce artystów z całego świata z zadowoleniem patrzy na zmieniający się gust muzyczny Polaków. Jednak w ocenie przejścia wykonawców alternatywnych do mainstreamu jest ostrożny. – Mainstreamem często rządzi przypadek, sezonowe mody, kapitał, a czasem ślepy los. Na przykład wtedy, gdy wydawca decyduje zza biurka o tym, co będzie promowane. Muzyka podlega takim samym prawom jak inne sztuki – literatura, sztuki plastyczne. Ostatnie lata przyniosły gwałtowny rozwój nowych sposobów komunikacji, takich jak internet i związane z nim media społecznościowe. Nie zmienia to jednak faktu, że nie sposób ogarnąć całej twórczości w choćby tylko jednej dziedzinie – wciąż są artyści warci odkrycia

Dariusz Startek –- właściciel agencji Koncerty.com, twórca festiwali Szczecin Music Fest i Morze Muzyki – Ci artyści, którzy są naprawdę popularni, niekoniecznie sprzedają wielkie ilości płyt. Wyznacznikiem popularności są ściągnięcia utworów z internetu i odwiedziny utworów w serwisie Youtube. Wartości te idą nierzadko w setki tysięcy, a nawet miliony. W Polsce proces ten postępuje nieco wolniej, ale jest to wynik zapóźnień związanych z latami, kiedy to nasza gospodarka nie rozwijała się na normalnych rynkowych zasadach, jak to miało miejsce w krajach zachodnich. W duszy gra więc poważniej, bo coraz rzadziej będzie nam wystarczać TOP10 na radiowej antenie. Jest łatwiej niż 20 lat temu, gdy możliwości poznawcze ograniczały się do mediów lub wymiany płyt. Otwarcie granic i nieograniczony dostęp do poznawania nowych kultur za pośrednictwem internetu przełożyły się na postrzeganie sztuki, literatury i muzyki tak samo jak informacji – w skali globalnej. Pozwalają na odnalezienie wśród milionów informacji tej cząstki sztuki czy muzyki, która będzie współgrała z naszymi odczuciami. Ale pod jednym ważnym warunkiem: jeśli nie zapomnimy poszukiwać.


Felieton

32

CO BY TU POSTANOWIĆ… Kiedyś postanowienia noworoczne modnie było mieć. Że przejdę na dietę, że rzucę palenie, zacznę biegać, przestanę obgryzać paznokcie – już od pierwszego stycznia! Zobaczycie!

Potem modnie było ich nie mieć, zgodnie z tezą – z którą się nomen omen zgadzam – że jeśli coś sobie postanowiłeś, to zrób to już. Nie od nowego roku, nie od poniedziałku, ale teraz, zaraz, natychmiast. W przeciwnym wypadku nie ma sensu sobie nic postanawiać i odwlekać na wieczne nigdy. Ja chyba nigdy postanowień noworocznych sobie nie robiłam. Noworocznych nie.... Pamiętam, że któregoś dnia obudziłam się z przykrą, uwierającą i jątrzącą myślą, że nie jestem szczęśliwa. Że jest mi źle i czegoś mi bardzo, ale to bardzo brakuje. I za nic w świecie nie byłam w stanie zidentyfikować – CZEGO. Nie chodziło o miłość, mężczyznę, pracę czy pieniądze – to wszystko układało się całkiem dobrze i nie miałam powodu do narzekań. To, czego mi brakowało, było dużo bardziej ulotne i nieuchwytne. Coś… Drogą dedukcji i wiwisekcji – a trochę to trwało – w końcu udało mi się dojść do konstruktywnych wniosków i odkryć, co to tak naprawdę jest. I wiecie, co to było? Otóż WSZYSTKO! Czy raczej cokolwiek. Dokładnie rzecz biorąc, brakowało mi w życiu czegoś, co sprawiłoby mi PRZYJEMNOŚĆ. Przegrzebałam w głowie ostatnie wydarzenia, zrobione zakupy, prezenty w poszukiwaniu rzeczy, które sprawiłyby mi frajdę, wywoływały uśmiech na twarzy, uszczęśliwiały. I ze smutkiem skonstatowałam – „nie ma”. Nie byłam w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatnio kupiłam sobie dobrą książkę, płytę ulubionego zespołu, absolutnie rewelacyjną sukienkę z gatunku tych, które koniecznie trzeba mieć, choć niekoniecznie ma się gdzie ją włożyć, ulubione perfumy, misia pluszowego – nic. Nie chadzałam do kina na filmy, które naprawdę chciałam obejrzeć, odpuszcza-

łam koncerty, zabiegi kosmetyczne załatwiałam sobie sama w domu. Nie robiłam, nie kupowałam, nie organizowałam nic, co by było wyłącznie moje, dla mnie, dla mojego osobistego szczęścia i radości. I wiecie co? To było po mnie widać. „Baśka, co ty taka spięta jesteś? Smutna jakaś?” Przypomniałam sobie wtedy stare, ale jakże prawdziwe powiedzenie: „aby kochać innych, najpierw musisz pokochać siebie”. A kochać siebie, moje drogie, trzeba aktywnie! I wtedy też postanowiłam sobie, że będę. Postanowiłam, że od czasu do czasu przepuszczę pieniądze na jakąś straszną głupotę, jeśli będę miała taką ochotę. Postanowiłam być szczęśliwa i dbać o to uczucie za wszelką cenę. Postanowiłam pamiętać o tym, że kiedy się uśmiecham, to inni się uśmiechają. A wiecie jakie to na dobrą sprawę jest proste? Naprawdę wystarczy odwrócić sytuację - dziś wysłucham koleżanki, kiedy jej źle, zrobię babci zakupy, pomogę w czymś mamie a jutro... a jutro niech mnie ktoś wysłucha, sama sobie coś kupię i poproszę o pomoc, kiedy sobie nie radzę. Jakież to proste jakie - dla mnie przynajmniej - odkrywcze! Uświadomienie sobie „jestem ważna i zasługuję na rzeczy dobre” nie jest egoizmem - to zdrowe podejście do siebie samej. To paliwo, które wypełnia nas siłą, rozświetla od środka i napędza do dawania z siebie tego ciepła i światła innym. No czy nie warto? Warto robić postanowienia. Pamiętajmy tylko, żeby to były postanowienia z sensem i niosące za sobą coś więcej, niż tylko chwilowe uciszenie sumienia. Przejście na dietę to pomysł, postanowienie to zmiana, zmiana na lepsze. I nie czekajmy na nowy rok. Postanówmy być szczęśliwe już teraz. Czego i sobie i Wam wszystkim serdecznie życzę!

Basia Grabowska – córka Małgorzaty Kalicińskiej. W tym roku wydała wraz z mamą swoją debiutancką powieść (a właściwie swoją połowę powieści) pt. „Irena”. Aktualnie dosłownie w przenośni postawiła swoje życie na głowie i przeprowadziła się do Australii.


33

Felieton

NOWEGO ROKU NIE MA!

„Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”. Lubię ten cytat, bo pokazuje mi, że im bardziej wnikam w kultury, tradycje innych narodów, tym luźniej traktuję własne. Taki na przykład Nowy Rok. Mamy rok 2013, a przecież według innych kalendarzy to zupełnie inny rok – 5773 albo 2556. Do wyboru! I u nas w tym względzie różnie bywało. A to 25 grudnia, a to 6 stycznia, aż wreszcie strzelono w 1 stycznia i tak jest do dzisiaj. No, ale kiedy jest ten Nowy Rok tak naprawdę? Najpierw (co dzisiaj z łatwością widać, bo satelity, bo internet, bo milion stacji na jednym dekoderze i przekazy online) świętują ludzie z Kiribati, a za nimi powoli cała reszta, aż czarowne bimbanie dojdzie do nas i oto chóralne odliczanie „3, 2, 1, 0!!!! i…TRACH! TRACH! Strzelają szampany, a Nowy Rok wędruje dalej, do Stanów, które, o dziwo (zawsze we wszystkim pierwsze), strzelają z szampana ostatnie. A i miesiące są różne w różnych kulturach i religiach, bo i kalendarzy mnóstwo – buddyjski (przełom stycznia i lutego), juliański (14 stycznia), nasz 1 stycznia, żydowski (tam to bałagan, cztery różne Nowe Roki, bo różne wyliczenia), w Iranie w marcu, a i jest kalendarz Majów (według którego już nas wszystkich nie ma, więc co tam Majowie!). I kiedy tak sobie bywam to tu, to tam, zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę to Nowego Roku… nie ma! Zupełnie jak wtedy, za studenckich czasów, gdy witaliśmy Nowy Rok na hali Kopienieckiej, w góralskim szałasie, zmęczeni drogą pod górę w kopnym śniegu, upojeni wódeczką, najedzeni kiełbasą z ogniska zaczęliśmy koło północy „gmerać” przy zegarkach, kiedy otworzyć z hukiem butelczynę Szampanskoje Igristoje! I… każdy miał inną godzinę, a zanim zaczęliśmy w pomroczności naszej liczyć, wyciągać średnią – gdzieś ten ówczesny Nowy Rok przeszedł obok nas jak Buka z Muminków i poszedł dalej, a my liczyliśmy nadal, coraz weselsi i rozchichotani. Nieuchwytny, kompletnie nieprawdziwy Nowy Rok przestał być dla mnie czymś specjalnym jak kiedyś, gdy byłam mała i wierzyłam, że tej nocy o dwunastej dzieje się jakiś przełom, coś się prawdziwie kończy, a coś zaczyna…

Dwa lata temu w Hongkongu Lunar New Year wypadał jakoś we czwartek. Zawsze są tu bajeczne pokazy ogni sztucznych, a czwartek to taki… niewyjściowy dzień, więc władze ogłosiły, że pokazy z okazji Nowego Roku przekładają na… sobotę i będzie fajnie, zobaczycie! I było, tylko jakoś mi się to śmieszne wydało: „Z okazji niewyjściowego czwartku Nowy Rok przekład się na sobotę”. Byliśmy tam, na nabrzeżu Victoria Harbour, czekaliśmy ponad dwie godziny, bo trzeba zająć dogodne pozycje do robienia zdjęć, a miejsca mało. Ludziska mieli ze sobą poduszki, karimaty do koczowania, wikt i popitkę. Zdychałam z nudów, nogi bolały, ale obiecaliśmy sobie i bliskim zrobić dokumentację! Ja film, Siwy zdjęcia. I… opłacało się! Czego to pirotechnicy nie wymyślą? Furorę zrobiły flary, które po wybuchu pokazywały na niebie na czerwono literki i serce: I <3 HK (I love Hongkong). Ludzie reagowali szaleńczo – oklaskami, okrzykami zachwytu. Pięknie było, ale to był buddyjski Nowy Rok lutowy. W Korei i innych krajach świętuje się oba Nowe Roki – buddyjski i chrześcijański. Tam też byliśmy ostatnio. Zmęczeni spacerem po zimnej plaży w Ulsan, podziwianiem ognisk i pokrzepieni miłą kolacją poszliśmy spać. Koło północy jakaś jedna flara strzeliła nad naszym zeuropeizowanym osiedlem. Pewnie jakiś Rosjanin albo Grek na balandze noworocznej. Obudziłam Siwego: – Ej, kochanie, Nowy Rok, daj buziaka. Na śpiąco dał i znów zapadł w głęboki sen, mrucząc jeszcze: –…i żebyśmy zawsze tak razem… Takie to nasze staruszków świętowanie, bez czekania na dwunastą, skoro ona, jak widać w necie, co chwila gdzie indziej się pojawia, strzelają szampany i bimbają zegary. Możemy sobie wybrać stosowną dwunastą, wycałować się, odhaczyć, że już, i iść spać. Marzy nam się sylwester, taki jeden sylwester… Na plaży w Sydney z Basią w domowych pieleszach, z szampanem popijanym do… śniadania!

Małgorzata Kalicińska – polska powieściopisarka. Jest autorką bestsellera „Dom nad rozlewiskiem” – współczesnej sagi rodzinnej dziejącej się na Mazurach (książka dostała m.in. nagrodę księgarzy „Witryna 2006”). Napisała również „Powroty nad rozlewiskiem” i „Miłość nad rozlewiskiem” oraz „Fikołki na trzepaku” i „Lilkę”.


Między słowami

34

JEŚLI DZIŚ WTOREK, TO JESTEŚMY W BELGII

Przez dziesiątki stuleci życie ludzkie toczyło się utartym trybem, wyznaczanym przez warunki zastane. Każdy znał swoje miejsce i, chcąc nie chcąc, powielał styl życia swoich najbliższych, zwykle w tych samych, niezmiennych dekoracjach rodzinnego warsztatu lub zamku. TEKST: Elżbieta Olechowska / RYSOWAŁA: Justyna Domaradzka

Zresztą życie nie było znów takie długie, by zaczynać wszystko od zera. Zupełnie inaczej sprawa wygląda teraz, kiedy mamy statystycznie około 80 lat do dowolnego zagospodarowania. „Przy zachowaniu odpowiedniej prędkości całą zawartość wieczności można skonsumować w nieprzerwanym teraz ziemskiego życia” – zauważa prof. Zygmunt Bauman. „W trakcie jednego doczesnego życia można zaznać wszystkiego, co wieczność mogłaby zaoferować”. Popkultura proponuje nam gotowe rozwiązania. Książki, filmy i seriale wprost usiane są bohaterami, którzy pod wpływem niesprzyjających okoliczności lub tknięci wewnętrznym impulsem postanawiają zerwać z dotychczasową egzystencją i zacząć wszystko od nowa – na restauracyjnym zmywaku jak w „Przepisie na życie”, na prowincjonalnej poczcie jak w „Jeszcze dalej niż północ”, w domku pod miastem jak w książce Katarzyny Grocholi lub u podnóża Tatr jak „Szpilkach na Giewoncie”. Można wręcz odnieść wrażenie, że wszyscy dokądś wyjeżdżają, by rozpocząć nowe życie, gdyż dotychczasowe najwyraźniej nie zaspokaja ich ambicji. Za to w klimatycznej Prowansji, kipiącej kolorami Barcelonie lub sielskim miasteczku na Mazurach wszystko się idealnie ułoży, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Na miejscu z łatwością znajdziemy sobie zastępcze rodziny, może nawet lepsze od tych, z którymi dzielimy pulę genową, a najdalej w piątym odcinku pojawi się rycerz na białym koniu pod niepozorną postacią charyzmatycznego szefa kuchni, altruistycznego pracownika socjalnego lub nieogarniętego życiowo mężczyzny po przejściach, którym możemy się zaopiekować. Oswojenie lisa zajęło Małemu Księciu długie tygodnie, ale bądźmy szczerzy – kto teraz ma na to czas? Wprawdzie jeszcze nie wyprzedajemy przyjaciół i krewnych na Allegro, z adnotacją „prawie nówka, komplet metek, paragon”, ale już zaczynamy podejrzewać, że łatwiej zerwać niesatysfakcjonującą relację niż mozolnie

ją naprawiać. Zwłaszcza że w ciągu zaledwie jednego popołudnia możemy sobie znaleźć kilkudziesięciu nowych przyjaciół „na fejsie”. Zakorzenienie i więzi rodzinne są w naszej nomadycznej współczesności tylko zawalidrogą, nie pozwalającą w pełni rozwinąć skrzydeł. Zresztą bądźmy szczerzy – jakie więzi? Z badań socjologicznych wynika, że ulubionym sposobem spędzania rodzinnego czasu jest oglądanie telewizji. A do tego, by zasiąść obok siebie na kanapie, wspólne geny nie wydają się bezwzględnie konieczne. Kiedy znudzi nas Giewont czy inne rozlewisko, w perspektywie mamy kolejny przystanek, którym może być Alaska lub siedem lat w Tybecie. Nomadyczne życie bez poczucia zakorzenienia daje nam ułudę pełnego spectrum możliwości i naprawienia wszystkiego, co nam się dotąd nie udało. Zawaliliśmy studia? Spokojnie, nawet jeśli nie załapiemy się na zaoczne, to pozostaje jeszcze uniwersytet trzeciego wieku. Popełniliśmy błędy wychowawcze? Nic nie szkodzi, pierworodnego możemy w ostateczności uznać za nieudany prototyp i zafundować sobie nowe dzieci, w końcu pięćdziesiątka to nowa trzydziestka, więc nie ma co działać na chybcika. Współmałżonek pozostawia co nieco do życzenia? Trudno, znajdziemy nowego. Praca – rzecz nabyta. Zawsze się jakaś trafi. Jeśli nie w punkcie zwrotu butelek, to choćby na Hawajach – tam ciągle potrzebują kogoś do polerowania desek surfingowych. Jest tylko jeden, malusieńki, marginalny w zasadzie problemik. Jeżeli nie jesteśmy w stanie zbudować satysfakcjonującego życia tu, teraz i z ludźmi, wśród których żyjemy, to może nie z powodu obiektywnych trudności. Może przyczyna tkwi w nas samych i wtedy nie mamy żadnej gwarancji, że nie powielimy swoich błędów w innych warunkach. Ale kto by się tym przejmował? Pod słońcem Toskanii na pewno wszystko się świetnie ułoży.


35

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

„Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi” bł. Jan Paweł II

ZDROWIE I URODA


Polscy lekarze za granicÄ&#x2026;

36


37

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

DOBRZY, BO Z POLSKI

Są świetnymi polskimi specjalistami, jednak losy rzuciły ich poza granice naszego kraju. Szybko odnaleźli się w nowej rzeczywistości i zaczęli odnosić sukcesy. O plusach i minusach pracy za granicą i drodze do sukcesu opowiadają lekarze: Grzegorz Turowski, Adam Szeląg i Arkadiusz Kuna. TEKST: Izabela Magiera-Jarzembek / FOTO: materiały prasowe

Dla pacjentki zrezygnuje z kawy Dwie minuty przed przyjęciem pacjentki zagląda do komputera, przegląda historię choroby. Dopiero wtedy idzie do poczekalni. Wita się, podaje rękę i wprowadza pacjentkę do gabinetu. Podsuwa krzesło i zaczyna rozmowę, na początku niezobowiązującą. Ma doskonałą pamięć, nie zapomina o imionach i wydarzeniach z życia swoich pacjentek. Tak pracuje doktor Adam Szeląg, ginekolog-onkolog pracujący w Malmoe. Już trzykrotnie został uznany przez pacjentki za najlepszego lekarza w Szwecji w konkursie organizowanym przez portal Doktorsguiden.se – odpowiednik polskiego portalu Znanylekarz.pl. Panie mówiły na przykład, że lekarz z Polski potrafi zrezygnować z tradycyjnej w tym kraju przerwy na kawę, jeśli wymaga tego sytuacja. A krótki odpoczynek przy kawie w Szwecji to rzecz „święta”. – Przede wszystkim doceniono mnie za empatię i podejście do pacjentek – uważa doktor Szeląg. – Jest mi łatwiej, bo pracuję w swojej prywatnej poradni i z wieloma pacjentkami udaje mi się nawiązać bliższy kontakt. W państwowych instytucjach to niemożliwe, bo lekarze ciągle się zmieniają. Dr Szeląg wyjechał z Polski w 1987 roku. Jest w Malmoe jedynym ginekologiem-onkologiem. – Wyjeżdżając, miałem kompleks człowieka zza żelaznej kurtyny. Czułem, że muszę być dwa razy lepszy od szwedzkiego kolegi, żeby zdobyć taki sam szacunek – wspomina.


Polscy lekarze za granicą

dr Adam Szeląg Szybko zaadaptował się w lekarskim środowisku. Zaakceptował też standardy pracy i szwedzką mentalność. Podstawą jest punktualność. Jeżeli pacjentka umówiona jest na 15.15, to musi ją przyjąć nie później niż o 15.17. Na wizytę u niego pacjentki czekają tygodniami, a na każdą z nich ma średnio 20 minut. – Jeśli kobieta musi poczekać parę minut dłużej, może odczuć, że ją lekceważę. Jeżeli jej wizyta opóźniła się nawet pięć minut, zawsze przepraszam. Bo co obchodzi pacjentkę, że jej poprzedniczkę badałem kilka minut dłużej? A jeżeli na umówioną wizytę spóźnię się 30 minut, to pacjentka musi być przyjęta za darmo – tak mówi szwedzkie prawo – wyjaśnia. W jego gabinecie wiszą dyplomy nie tylko z Europy, ale z całego świata, nawet z Ameryki Południowej. Poza tym są jeszcze dyplomy specjalizacyjne: z ginekologii i położnictwa oraz z ginekologii onkologicznej. Pacjent nabiera zaufania do lekarza. Widzi, że trafił do prawdziwego specjalisty. Jak mówi, chce też dać swoim pacjentkom coś, czego nie ma w innych gabinetach, by wizyta u ginekologa nie była dla nich stresem. To bardzo intymne badanie. W otoczeniu kwiatów, ładnych mebli, relaksującej muzyki kobiety czują się swobodniej. – Nauczyłem się tego w Stanach. Tam jest nie do pomyślenia, żeby w gabinecie lekarza w szpitalu nie było dyplomów, zdjęcia żony i psa. W poczekalni ma spory ekran, puszcza na nim z DVD swoje zdjęcia z całego świata. Sporo jest także fotografii z Polski: Warszawa, Kraków, Gdańsk... Chociaż pracuje w Szwecji, bywa bardzo często w Polsce. – Jak będę już na emeryturze, na pewno wrócę na stałe do ojczyzny – deklaruje.

38

dr Grzegorz Turowski wyjechał do USA, gdzie zdobył dwie specjalizacje: chirurgii ogólnej i plastycznej (ten drugi na najbardziej prestiżowej uczelni na świecie – Harvardzie). Miał wiele propozycji pracy w USA, w końcu jego wybór padł na Chicago. – Przede wszystkim jest to wspaniałe miasto, pełne wielu narodowości. To był dla mnie ważny powód, żeby tu się osiedlić. Drugi powód to obecność licznej Polonii – tak wyjaśnia swój wybór. – Ma to nie tylko znaczenie towarzyskie, po prostu pomogło mi w szybkim rozwinięciu praktyki chirurgii plastycznej. Dla Polaka życie w Chicago to jak mieszkanie wśród setek tysięcy Polaków, a jednak w USA. Jak mówi, w Stanach Zjednoczonych jest ogromna konku-rencja, ale też nieprawdopodobne możliwości dla tych, którzy nie boją się wyzwań. Pomysł powrotu do Polski pojawiał się, ale na razie okazał się niewykonalny. – Na początku było ciężko, bo istniała bariera językowa - wspomina. – Musiałem też nadgonić moje praktyczne umiejętności chirurgiczne do poziomu amerykańskich rezydentów. Polskie uczelnie medyczne przygotowywały nas wspaniale teoretycznie, ale… wiedza praktyczna potrzebna do pracy w chirurgii była niewątpliwie dużo mniejsza niż amerykańskich studentów.

Słowiańska dusza

Jakie są amerykańskie pacjentki? Jeżeli chodzi o typy operacji to niewiele różnią się od Polek. – Ciekawostką jest to, że Polki w USA są szczuplejsze niż Amerykanki. Zatem główne operacje to powiększenie piersi, faceliftingi i korekcja nosów, a nie liposukcja i plastyka brzucha jak w przypadku tych drugich – mówi dr Turowski.

Doktor Grzegorz Turowski urodził się w Łodzi i tam też ukończył Akademię Medyczną. Wkrótce po uzyskaniu dyplomu lekarza, tuż przed upadkiem muru berlińskiego,

Chirurgia plastyczna jest na pewno bardziej popularna i dostępna w USA niż w Polsce, ale dr Turowski uważa, że te różnice szybko się wyrównują. Jednak to, co w USA


39

dr Arkadiusz Kuna jest ciągle inne, to odpowiedzialność zawodowa i realna możliwość pozwania lekarzy przez pacjentki. Ma to swoje dobre i złe strony. – Mamy więcej prawników w USA niż cała reszta świata razem wzięta! Wiąże się to z ogromnymi wydatkami na ubezpieczenia, ale również z bardzo wysokim poczuciem odpowiedzialności i kontroli, aby uniknąć medycznych rozpraw sądowych – dodaje. Czy przeniósł coś „polskiego” zza ocean? – Na pewno słowiańską duszę! – mówi z uśmiechem. – Myślę, że jako Polak wnoszę do amerykańskiego społeczeństwa inne spojrzenie i ta mieszanka polskiego dziedzictwa i amerykańskiej maszyny treningowej była dużą częścią mojego sukcesu. Do Polski pozostał mi duży sentyment, bo moi rodzice ciągle tu mieszkają. Odwiedzam kraj na tyle często, na ile obowiązki i czas mi pozwalają. Polska bardzo się zmienia i zawsze gdy tu przyjeżdżam, jestem powalony szybkością przemiany. To niewątpliwie nie ten sam kraj, który opuściłem. Gdybym został, nie myślałbym o emigracji, raczej o możliwości rozwoju we własnym kraju, bo tak naprawdę emigracja to ciężka decyzja…

Na Wyspach Doktor Arkadiusz Kuna to chirurg plastyk, który jest w Anglii od 2006 roku. Pracuje dla Transform Medical Group, czołowej firmy zrzeszającej sieć największych klinik chirurgii plastycznej na Wyspach. Wybrano go spośród siedemdziesięciu kandydatów, którzy zgłosili się na rozmowę kwalifikacyjną. – Do dzisiaj nie wiem, co o tym zdecydowało. To był chyba przypadek – mówi żartobliwie dr Kuna. – A tak na serio to pewnie zadecydowało moje doświadczenie. Firma poszukiwała gotowych do pracy, wyszkolonych chirurgów, więc o nauce czegoś nowego nie było mowy. Co więcej,

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Arkadiusz Kuna: Chirurgia w Polsce i Wielkiej Brytanii jest taka sama. Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie traktowanie przez pacjentów, personel i pracowników firmy – czułem wielki szacunek na każdym kroku. Ponadto szefowie zabrali mi wszystkie zbędne obowiązki, aby maksymalnie wykorzystać moje kwalifikacje. Tam zajmuję się praktycznie tylko chirurgią, czyli tym, co chirurdzy lubią najbardziej!

liczył się również czas wykonywanych przeze mnie operacji oraz oczywiście zadowolenie pacjentów! Czas tam spędzony nauczył go perfekcyjnej organizacji i dyscypliny pracy. Pozwolił także zdobyć ogromne doświadczenie wynikające z ilości zabiegów, którego ze względu na płytki rynek w kraju nie mógłby zdobyć w tak krótkim czasie. Jak mówi w Polsce dystans pacjent – lekarz ogromnie się skrócił, lekarze są na wyciągnięcie ręki, co w Anglii jest nie do pomyślenia. – Merytorycznie w pracy nie było nic nowego, chirurgia w Polsce i tam jest taka sama. Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie traktowanie przez pacjentów, personel i pracowników firmy – czułem wielki szacunek na każdym kroku. Ponadto jeśli chodzi o organizację mojej pracy, szefowie zabrali mi wszystkie zbędne obowiązki, aby maksymalnie wykorzystać moje kwalifikacje. Tam zajmuję się praktycznie tylko chirurgią, czyli tym, co chirurdzy lubią najbardziej – dodaje z uśmiechem dr Kuna. Uważa, że angielskie pacjentki nie różnią się wcale od tych z Polski, ale na pewno Polki mają mniejszą dostępność do tego rodzaju usług ze względu na zarobki. Jest to dla nich o wiele większym wyrzeczeniem, mimo że zabiegi są znacznie tańsze niż w Wielkiej Brytanii. Co sądzi o polskich kolegach po fachu? – Szkoła chirurgii plastycznej jest jedna, więc nie ma różnic co do kwalifikacji. Natomiast przykre jest to, że jako Polacy jesteśmy traktowani nieufnie, dopóki nie zdobędziemy zaufania własną pracą. Pomimo tego, że pacjenci w Wielkiej Brytanii, zanim trafią do lekarza, szukają renomowanych firm, a nie jak w Polsce kierują się nazwiskiem lekarza, obecnie 30% moich pacjentów w Anglii to osoby, którym mnie polecono – dodaje zadowolony. – Poza tym Brytyjczycy zwykle niewiele wiedzą o Polsce i Polakach, stąd dystans, który trzeba przełamać.


Wywiad

40

NAJWAŻNIEJSZA JEST TOŻSAMOŚĆ

Transplantologia, chirurgia plastyczna i medycyna estetyczna to dziedziny, w których Kościół katolicki wypowiada się bardzo ostrożnie. Równie ostrożnie w tym temacie wypowiadają się etycy. O szansach i zagrożeniach etycznych w rozwoju medycyny opowiada teolog i etyk ksiądz dr Mariusz Kołaciński. ROZMAWIAŁ: Andrzej Gross / RYSOWAŁA: Justyna Domaradzka

Andrzej Gross: Transplantologia, chirurgia plastyczna i medycyna estetyczna to dziedziny, o których Kościół katolicki wypowiada się bardzo ostrożnie. Najmniej obiekcji budzi obecnie transplantacja organów, która przeprowadzona pod pewnymi warunkami, uznana jest dzisiaj jako gest miłości i solidarności. Mariusz Kołaciński: To prawda. Transplantacja organów jest obecnie sukcesem cywilizacyjnym etycznie akceptowalnym, otwierającym szansę przeżycia wielu osobom. Należy jednak pamiętać, że jeszcze w latach pięćdziesiątych XX wieku papież Pius XII w swoich naukach oceniał przeszczep organów negatywnie. Jego intencją była przede wszystkim obrona godności życia dawcy i biorcy określonego organu. Dzisiaj negatywna ocena transplantacji przez zwierzchnika Kościoła katolickiego wydawałaby się co najmniej dziwna, ale w tamtym czasie medycyna nie miała pełnej wiedzy o zabiegu dializy, na przykład nerek, która zwiększa znacznie szansę przeżycia po transplantacji. Jak łatwo zauważyć, rozwój techniki medycyny zmienił diametralnie ocenę etyczną, której zadaniem jest obrona godności życia człowieka znajdującego się w sytuacji konfliktowej. Dzisiaj transplantacja nerki wspomaganej zabiegiem dializy stała się sposobem leczenia. Dlatego też już w dokumencie Jana Pawła II „Evangelium vitae” mowa jest o transplantacji jako akcie miłości i odpowiedzialności względem bliźniego. To, co kiedyś było etycznie wątpliwe, dziś dzięki rozwojowi medycyny stało się szansą cywilizacyjną społecznie akceptowalną. Wystarczy przypomnieć sobie medialnie nagłośnione transplantacje, chociażby piękną postawę znanego boksera, Przemysława Salety, który godząc się na transplantację, uratował życie swojej córeczce. Polscy biskupi poparli rozwój transplantologii w liście pasterskim na niedzielę 23 września 2007 r.

Czyli dość późno. Dlaczego? Nie powiedziałbym, że późno. Kościół nie formułuje opinii na podstawie nowinek technicznych ani nie zakazuje wyłącznie dla bycia wiernym dotychczasowym zasadom. Wręcz przeciwnie: reaguje w sytuacjach, gdy pojawia się zagrożenie godności i wolności człowieka. Chociażby w takich sytuacjach, gdy sama medycyna nie jest do końca pewna swoich technologii. Wystarczy wspomnieć metodę in vitro lub całą sferę badań genetycznych. Weźmy pod uwagę prawnie opisaną transplantację serca. Możemy jej dokonać w chwili, gdy następuje śmierć pnia mózgu, ale czy możemy powiedzieć jednoznacznie, że śmierć pnia mózgu jest śmiercią całego człowieka? Nie ulega wątpliwości, że transplantacje organów i rozwój genetyki to nieprawdopodobny skok cywilizacyjny. Czy jednak mamy wszystko pod kontrolą? Myślę, że nie. Weźmy chociażby pod uwagę ostatnio ożywioną dyskusję na temat GMO w Polsce. Według sondażu przeprowadzonego niedawno przez Ośrodek Badania Opinii Publicznej, dla Polek najważniejszy jest charakter i osobowość. Jednocześnie kliniki chirurgii plastycznej pękają w szwach. To fanaberia czy uzasadniona potrzeba? To fakt, dane statystyczne podają, że ponad połowa wszystkich operacji plastycznych w Polsce to operacje piersi. Jednak duża część pacjentek zgłaszających się do kliniki nie potrzebuje operacji. Innymi słowy – nie ma obiektywnych wskazań medycznych. Wydaje się, że najlepszą metodą powiększania piersi jest wszczepianie silikonowych implantów. W wielu badaniach klinicznych na przestrzeni lat potwierdzono ich bezpieczeństwo. Jednak i tu zauważamy minusy. Pomimo że implanty najlepszych firm mają dożywotnią gwarancję, to i tak istnieje prawdopodobieństwo, że trzeba je będzie w przyszłości wymienić lub przeprowadzić


41

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

To, co kiedyś było etycznie wątpliwe, dziś dzięki rozwojowi medycyny stało się szansą cywilizacyjną społecznie akceptowalną. Wystarczy przypomnieć sobie medialnie nagłośnione transplantacje, chociażby piękną postawę znanego boksera, Przemysława Salety, który godząc się na transplantację, uratował życie swojej córeczce. dodatkowy zabieg – chociażby dlatego, że ciało kobiety zmienia się np. po urodzeniu dziecka. Nie ma też pewności onkologicznej co do ostatniego trendu przeszczepiania tłuszczu z komórkami macierzystymi. Czyli transplantacje, w tym medycyna estetyczna są – zdaniem Kościoła katolickiego – etycznie wątpliwe? To zbyt ogólna ocena. Nie ulega wątpliwości, że transplantacje estetyczne pomagające przerwać osobie sytuację konfliktową, w której się znalazła, przy zachowaniu odpowiedniego bezpieczeństwa i oczekiwanej skuteczności, są dla niej wielką szansą. Głośnym przypadkiem była transplantacja twarzy u mężczyzny, który postrzelił się, przeżył, ale nastąpiło u niego poważne zniekształcenie twarzoczaszki. W tym przypadku tkanka została pobrana od osoby już nieżyjącej – można by powiedzieć, że ktoś oddał twarz tej osobie. Oceniając tę sytuację, powiedziałbym, że w tym przypadku transplantacja jest drogą powrotu tego człowieka do człowieczeństwa. Ta droga, owszem, jest kontrowersyjna, ale w sytuacji, kiedy potrzebujący nie jest w stanie w żaden inny sposób powrócić do akceptacji siebie i do społeczeństwa, tego rodzaju transplantacja, choć bardzo ryzykowna i trudna, ale – udana – jest dobrem. Pacjent dostał nową twarz i identyfikuje się z nią. Jeżeli więc transplantologia i – w tym przypadku – chirurgia plastyczna służą człowiekowi, to jest to rzecz bez dwóch zdań etycznie dobra. Analogicznie rekonstrukcja piersi usuniętych lub zdefor-

mowanych, pomagająca w akceptacji siebie, jest też etycznie poprawna. Niepokojące wydają się jednak te zabiegi, które nie wypływają z całościowego spojrzenia na człowieka, lecz tylko chwilowej fanaberii, na której wykonanie lekarz zgodził się z powodów ekonomicznych. Lekarz dokonujący zabiegów w każdym przypadku powinien brać pod uwagę, jakie jest ryzyko i informować o tym pacjenta. Powinien też potrafić ocenić, czy zabieg rzeczywiście jest niezbędny, a kiedy nie jest – umieć pacjentowi odmówić. Nie można w żadnym razie estetyki przekładać nad zdrowie. Należy uważnie zapoznawać się z tym, jakich materiałów do tego upiększania używa lekarz, czy przed operacją odbywają się szczegółowe badania, które pozwalają stwierdzić, czy operacja nie zagraża zdrowiu i życiu. Kult estetyki dla wielu, zwłaszcza kobiet, kończy się tragicznie, ponieważ one same często nie myślą o swoim zdrowiu, a część lekarzy przedkłada ekonomię nad dobro pacjenta. W jaki sposób? W różny. Najbardziej widocznymi przykładami są takie, w których lekarze, mimo przeciwwskazań, wyrażają zgodę na zabieg. To, na szczęście, są przypadki marginalne, ale zdarzają się też sytuacje, w których i lekarz, i pacjent nie mają świadomości konsekwencji. Przykładem są transplantacje międzygatunkowe. I Kościół, i etycy wstrzymują oddech w tej kwestii, ponieważ nie ma absolutnej pewności co do konsekwencji transplantacji organów zwierzęcych do ciała człowieka. Terapeutyczną transplantację kse-


Warto wiedzieć nogeniczną można dopuścić, jeśli ma podwyższyć jakość życia człowieka, a jednocześnie istnieje pewność, że nie spowoduje innej negatywnej reakcji organizmu. Nie wolno jednak zapomnieć, że tego rodzaju przeszczepy niosą ze sobą ogromne ryzyko śmierci. Niejednokrotnie to właśnie powstrzymanie się od transplantacji ksenogenicznej zwiększa możliwość przeżycia osoby. Historia pokazuje jednak, że można zaryzykować tezę: „Medycyna miała rację” – odrzucane jako nieetyczne do połowy XX wieku transplantacje dziś są akceptowane, odrzucana przez wiele lat genetyka – również. Tak i nie. Transplantologia, chirurgia plastyczna i medycyna estetyczna etycznie są akceptowane, ale pod określonymi warunkami: jeśli działania te prowadzą do poprawy jakości życia i samoakceptacji, a przy tym nie naruszają praw innych jednostek. Genetyka to cud, który pozwala nam zrozumieć człowieka i procesy zachodzące w poszczególnych etapach rozwoju, ale nie może być nieetyczna. Problem polega na tym, aby genetyka nie szła w kierunku eugenicznym. Teoretycznie można pozwolić sobie na spekulację, że w jakimś momencie będziemy potrafili wpły-

42 wać na inteligencję... Świetnie, wszyscy będą inteligentni... W jaki sposób? W taki, że poznamy lepiej i mózg, a nasza inteligencja będzie programowana. Czy droga, na której genetyka i decyzja np. rodziców będzie mi narzucała, kim będę, jaką będę miał płeć, będzie słuszna? Mamy tu kolejne niebezpieczeństwo: to nie będą zabiegi kosztowo dostępne dla każdego – więc podzielimy się na kasty? Ktoś będzie mądrzejszy lub ładniejszy, bo jego rodzice będą mieli więcej pieniędzy? Genetyka tak, ale eugenika – nie. Sytuacja z innego podwórka, czyli in vitro: znam przykład, gdzie kobieta urodziła dziecko po zastosowaniu metody in vitro. Rok później stanęła przed olbrzymim dylematem, bo przedstawiciel kliniki zadzwonił do niej i zapytał: „Co zrobić z dwoma pozostałymi zarodkami?”. Nauka na razie nie ma sposobu na to, żeby zagwarantować, że żaden embrion nie zostanie zniszczony. Kobieta stanęła przed dylematem etycznym: zdecydować się na kolejne – nieplanowane – dziecko, czy wydać wyrok na życie... Zawsze w przypadku procesów medycznych należy patrzeć i oceniać interdyscyplinarnie, brać pod uwagę przynajmniej trzy aspekty: medyczny, psychologiczny i społeczny – ten ostatni w ujęciu szerszym niż potrzeba jednostki.


43

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

UMYSŁ I DUSZA „Człowiek nie jest duszą używającą ciała, lecz kompozycją duszy i ciała” św. Tomasz z Akwinu


Wywiad

44

PIĘKNO W MROKU

Teksty jej piosenek porywają fanów od niemal 25 lat. Tym razem rozmawiamy nie tylko o muzyce. Mało kto wie, że znana wokalistka na co dzień zmaga się z depresją. O uśmiechu bez śmiechu, bólu i radości operacji plastycznych, a także o emocjach poza sceną w szczerym wywiadzie – Anja Orthodox. ROZMAWIAŁ: Andrzej Gross / FOTO: Katarzyna Tyśnicka

Andrzej Gross: Spotykamy się podczas nietypowej dla Ciebie i Closterkellera trasy koncertowej. Ósma „Abracadabra Gothic Tour” to pierwsze w historii grupy koncerty złożone tylko z największych przebojów zespołu. Do tej pory konsekwentnie unikaliście tras „Greatest Hits”. Skąd ta zmiana? Anja Orthodox: Przez ostatnie dwa lata graliśmy bardzo ciężkie koncerty, a „Abracadabra” w zeszłym roku obejmowała tylko płytę „Bordeaux”. Jej ukoronowaniem był koncert w Bolkowie na Castle Party, gdzie zagraliśmy gotycki, czarny koncert, rejestrowany z zamiarem wydania go na DVD. Chłopaki z zespołu po tym koncercie powiedzieli, że u nich już nastąpiło nasycenie gotykiem i jak zagrają taki jeszcze jeden, to się rytualnie zabiją! Odpowiedziałam im na to, że ja też! (śmiech). Wtedy uznaliśmy, że tegoroczną „Abracadabrę” zrobimy trochę inną, odreagowującą. Pojawiło się pytanie: jaką? Wtedy padł pomysł, że może pora wreszcie zrobić trasę z tych numerów, o które ludzie ciągle proszą. Duża zmiana, bo do tej pory zawsze twierdziłaś, że to nie publiczność będzie mówiła, co masz grać, tylko Ty będziesz mówić publiczności, czego ma słuchać... I nic się nie zmieniło! Nauczyłam się, że w żadnym wypadku nie można dać publiczności prawa wyboru, bo publika z pełnym spokojem ułoży nam repertuar na sześć godzin grania ciągiem, a i tak część ludzi wyjdzie niezadowolona, bo jeszcze jakichś tam utworów nie usłyszała. To my wybraliśmy piosenki, które gramy! Największe przeboje przed 25-leciem zespołu? Tak wyszło, ale nie myśleliśmy w ten sposób. W przyszłym roku, na 25-lecie, pewnie będziemy grać koncerty z nową płytą. Dziesiątą. Czyli dwa jubileusze. Tylko nie myśl, że tak miało być – samo wyszło (śmiech).

Rok 2012 był dla nas odtwórczy – bardzo dużo koncertowaliśmy i nie zajmowaliśmy się nagraniami. Chłopaki rwą się do nowej płyty jak konie wyścigowe w boksach startowych, a ja ich trzymam i mówię: „Chwila, na razie mamy inne rzeczy do roboty”. Mieliśmy na ten rok przygotowany duży wyjazd do Chin, długo się do niego szykowaliśmy, ale trasa została odwołana – nie przepuściła nas cenzura. Przyszły rok szykuje się więc pracowity, bo będę dalej pracować nad tekstami dla chińskich cenzorów. Pewnie uda nam się nagrać do jesieni nową płytę i – oczywiście – cały czas będziemy koncertować w Polsce. Mówiąc o Twoich tekstach, nie da się uciec od porównań i pewnego zaszufladkowania Ciebie i zespołu w nurcie gotyckim, postrzeganym jako mroczny i depresyjny. Czujesz się Gotką? Ja się nie czuję, ja jestem Gotką! A stereotyp Gota jako osoby mrocznej, nietowarzyskiej albo w ciągłej depresji jest nieprawdziwy. Ktoś napisał, że „Gotyk to stan skupienia duszy ludzkiej”. I to jest prawda. To pewien specyficzny typ osobowości i duchowości ludzi, ale także sposób pojmowania świata, patrzenia na rzeczywistość i wewnętrzną, i zewnętrzną. Ale nie poprzez umartwianie się ani poprzez ciągłą, wymuszoną depresję, tylko poprzez poszukiwanie poezji. Znam wielu Gotów, którzy są ludźmi bardzo pogodnymi, choć nie wesołkowatymi. Są szczęśliwi: mają swoje bogate wnętrze, swój świat, w którym dobrze się czują, przyjaciół, z którymi doskonale się rozumieją, są w szczęśliwych związkach, mają dzieci... Jest to takie „piękno w mroku”, ale wielka sztuka i wielkie piękno to nie są rzeczy wesołe. Mona Lisa nie jest śmieszna, prawda? Dziewiąta symfonia Beethovena nie budzi w nas śmiechu, prawda? A jedno i drugie jest wielkim dziełem – bo wielkie dzieło to coś, co unosi duszę do góry, a takim uniesieniom nie towarzyszy radosny śmiech, tylko zaduma i powaga. Ale z kolei zaduma i powaga nie powodują smutku i depresji! Poezja – to jest sedno i piękno gotyku!


45

Ja się nie czuję, ja jestem Gotką! A stereotyp Gota jako osoby mrocznej, nietowarzyskiej albo w ciągłej depresji jest nieprawdziwy. Znam wielu Gotów, którzy są ludźmi bardzo pogodnymi, choć nie wesołkowatymi.

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA


Wywiad

A depresja to coś zupełnie innego. Ja żyję z depresją, ale nie z powodu jakichkolwiek stereotypów. Lekarz zdiagnozował u mnie dystymię, czyli depresję przewlekłą, trwającą latami i niemającą nic wspólnego ani z moją muzyką, ani z tym, kim jestem. Żyjesz z depresją, ale trudno byłoby Cię o nią podejrzewać – jesteś bardzo aktywna, piszesz, utrzymujesz kontakt ze swoimi fanami, nagrywasz, dużo koncertujesz; sprawiasz wrażenie osoby wesołej, uczuciowej... – Pozory... (milczenie) Przy średnim nasileniu choroby, kiedy np. wyjeżdżam w trasę i rozmawiam z kimś, tak jak z tobą, czuję się normalnie. Ale czasem depresja to rzeczywiście niemożność zmobilizowania się do czegokolwiek – choćby posprzątania mieszkania czy nawet wstania z łóżka. I zdarza mi się to nawet dość często... Jest też mnóstwo objawów somatycznych: bóle głowy – mnie, odkąd pamiętam, głowa boli bez przerwy – bóle mięśni, niewyspanie, senność na zmianę z bezsennością... Zdarzają się myśli samobójcze, ale kiedy się pojawiają, nauczyłam się od razu myśleć „to jest choroba”... i je odsuwać. Można z tym żyć. Z depresją żyję od lat kilkunastu, ale u mnie depresja polega nie tyle na smutku,

46

co na skamienieniu emocjonalnym – nie odczuwam radości ani smutku... Niczego nie odczuwam. Może jedno: obojętność. Śmieję się, ale nie odczuwam śmiechu jako stanu mojej duszy. Ktoś może mi zaraz nabluzgać od najgorszych, ja dla pozoru powiem, że wypraszam sobie, ale naprawdę nie zrobi to na mnie wrażenia... Nie poczuję się źle ani dotknięta... To jest okropne, bo czuję, że mi życie przepływa między palcami, ale na tym polega depresja, a nie na tworzeniu sobie samej jakichś wizji, jak to źle mi jest na świecie. Nie jest mi źle, bo nie mam emocji. Dobrze też mi nie jest – z tego samego powodu. Nauczyłam się depresji i wypracowałam zachowania, które pomagają mi osiągnąć to, na czym mi zależy – święty spokój. Nauczyłam się udawać, że np. się gniewam, że się obrażam, że mnie to ruszyło... (milczenie) Inaczej jest na scenie, gdzie zamieniam się w muzykę, rozpływam się w muzyce gdy śpiewam. Podobnie moje teksty – są moje i prawdziwe. Opisuję świat, emocje, dzięki temu realizuję się jako artystka, a przy okazji, nawet nie do końca zamierzenie, pomagam innym. Dawno temu jeden z lekarzy opowiedział mi, że przychodziło do niego dużo fanów, którzy pokazywali moje teksty i mówili, że nimi właśnie leczą się z depresji.


47

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Powiedział, że to jest niesamowite, ale rzeczywiście ta muzyka i te teksty są dla nich najlepszym lekarstwem. I to nie jest dziwne. Smutek w sobie leczy się tym, co współgra z twoim „ja”. Kiedy ja jestem smutna, a ktoś puściłby mi jakieś radosne disco polo, to by mnie tylko dobiło. Włączam sobie w takim przypadku jakieś straszne doły i się w nich roztapiam, i to mi pomaga! Kiedy jestem smutna od depresji, nie włączam sobie natomiast już kompletnie nic. Bo nie mam siły. Czym innym jest depresja chorobowa, a czym innym poetycki smutek, który ludzie często mylą z depresją.

się jeszcze np. zawisnąć na rękach, bo umierałam z bólu. Trzeba sobie powiedzieć wprost, że powiększanie piersi to jest operacja w konsekwencji bardzo bolesna – nic nie czujesz podczas operacji, za to po wybudzeniu z narkozy ból utrzymuje się dość długo. Ale dzięki tej operacji zyskuje się większą świadomość samej siebie. Uważam, że operacje plastyczne są dla ludzi, tak samo jak wszelkie inne sposoby upiększania się – jak nawet ubieranie się, makijaż, fryzury... W tej chwili operacje plastyczne już nie szokują, mają swoich zwolenników i przeciwników, jak każda inna rzecz. Ja mogę powiedzieć, że warto!

W 1997 roku zszokowałaś swoich fanów, kiedy jako pierwsza celebrytka w historii polskiej muzyki ogłosiłaś: „Zrobiłam sobie operację plastyczną – powiększyłam piersi”. Dziś nikogo by to nie zdziwiło, wtedy wywołałaś dyskusję. Zszokowałam wszystkich, nie tylko fanów. Operację zrobiłam dla samej siebie, bo czułam się fatalnie. Byłam strasznie płaska i w dodatku ta „płaszczyzna” źle zniosła macierzyństwo. A to, że powiedziałam o niej w mediach? Ten pomysł „papugowałam” od Pameli Anderson, której urody zawsze byłam fanką wielką, bo jest – moim zdaniem – prześliczna. Podobało mi się to, że Pamela nie kryła się ze swoją operacją, mówiła o niej jak o czymś normalnym – tak jak powinna.

A jest jeszcze coś, co chciałabyś zrobić – oprócz piersi? Pewnie, że tak! Ale zawsze mam dylemat i w rezultacie przeważa u mnie chęć zakupu np. sprzętu muzycznego, bo jestem straszną „gadżeciarą”. Ale nie wykluczam, że kiedyś zdecyduję się np. na jakiś lifting, może – jeśli zacznę potrzebować – na botoks. Przy czym nie mówię o czole, bo to raczej kosmetyka niż operacja plastyczna. Ja mam botoks wstrzyknięty w górze czoła, żeby się nie pocić na scenie. I to też jest potrzebne, bo kiedy w blasku reflektorów na scenie zalewa cię pot i masz beznadziejne włosy po chwili, tak jakby były mokre i tłuste, czujesz się równie beznadziejnie jak wyglądasz (śmiech). Mam też zrobiony makijaż permanentny oczu. Z tych samych powodów – wygoda i wręcz lenistwo.

Dla mnie to też było coś normalnego, nie chciałam być kolejną wokalistką, która w wieku lat trzydziestu paru udaje, że nagle jej piersi stały się większe i ona albo nie wie o co chodzi, albo twierdzi, że to efekt superdiety czy kosmetyków. Pierwszy raz o swojej operacji opowiedziałam u Wojtka Jagielskiego w programie „Wieczór z wampirem”. Jagielskiemu szczęka opadła, a ja natychmiast zaczęłam dostawać zaproszenia od wszystkich telewizji i rozgłośni radiowych do programów typu talk-show z prośbą, żebym opowiedziała o tym, co ja takiego sobie zrobiłam... Ponieważ za udział w tych programach proponowali gażę, w końcu moja operacja mi się zwróciła! (śmiech) Miałaś takie chwile, w których, po całej burzy medialnej, żałowałaś swojej decyzji? Absolutnie nie! Przed operacją długo chodziłam sfrustrowana, z wiszącymi plasterkami, jak Murzynki na filmach, a po niej zaczęłam wyglądać i czuć się jak normalna kobieta – nie robiłam sobie jakiegoś niebotycznego rozmiaru, po prostu zrobiłam coś, czego potrzebowałam. Nie żałowałam ani przez moment. Nigdy. Mimo że ja zniosłam całą operację wyjątkowo źle – bolało bardzo, nawet jak na standardy. Nawet po roku od operacji bałam

Kiedy jestem w trasie, bardzo często zdarza mi się np. sypiać w autobusie czy w furgonetce i nie mam ani czasu, ani ochoty dbać o supermakijaż. Zrobione mam też usta – tydzień po tygodniu dwa zabiegi, ale z tym jest już trochę problemu, bo tak jak oczy przyjęły mi makijaż permanentny rewelacyjnie, usta już nie. Za drugim razem nałożono mi silny fioletowoczerwony kolor, ale... nie chwycił. Będę próbować dalej, ale co z tego będzie – nie mam pojęcia. Ważne jest to, że przy makijażu permanentnym kompletnie nic mnie nie bolało, a miało boleć. Dwa tygodnie temu byłam też w TVP2, gdzie w „Pytaniu na śniadanie” zaproponowano mi „Wampirzy lifting” z restylanu – w końcu się zdecydowałam i nie żałuję. I też nie bolało. Powiększyłaś piersi, nie boisz się botoksu i makijażu permanentnego – i nie połknęłaś bakcyla? Podobno to uzależnia? O nie! Prędzej można się uzależnić od tatuażu. Ja uwielbiam tatuaże, mam ich dużo i jestem od nich delikatnie uzależniona, ale panuję nad tym. Najważniejsze jest to, żeby dobrze się czuć w swojej skórze.

Anja Orthodox – wokalistka, kompozytor, autorka tekstów, muzyk rockowy, liderka grupy Closterkeller. Jedna z najbardziej charyzmatycznych polskich wokalistek, o niezwykłej barwie głosu i sposobie interpretacji wokalnej. Dzięki swym pięknym, osobistym i niezwykle sugestywnym tekstom zaliczana do grona największych polskich poetów muzycznych.


O tym, co jest dobre i piękne

48

OD KOSMOSU DO KOSMETYKI

W biblijnym opisie stworzenia jako refren pojawiają się słowa: „I widział Bóg, że było to dobre”. Na końcu został stworzony człowiek. Jego pojawienie się na świecie i wyznaczenie mu w tym świecie miejsca zostało podsumowane: Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre. TEKST: Kalina Wojciechowska

Biblijny heksameron pokazuje w obrazowy sposób, jak doszło do powstania makro- i mikrokosmosu, a sam Bóg występuje tu najpierw w roli twórcy, a następnie kreatora. Nieprzypadkowo nacisk położony jest tu na kosmos. Ten grecki rzeczownik tłumaczy się zazwyczaj jako wszechświat, ale jego podstawowym znaczeniem jest ład, porządek, harmonia, a następnie kształt i ozdoba. Kosmos jako ład wszechświata to już myślenie filozoficzne. Czasownik kosmeo oznacza zarówno porządkowanie, rządzenie, jak i ozdabianie oraz upiększanie. Nic dziwnego, że słońce i księżyc uważane są z jednej strony za ozdoby nieba, z drugiej za elementy władające czasem (por. Rdz 1,1418; Ps 136,8-9). Cały ten uporządkowany i przyozdobiony

świat określony został jako dobry. Zarówno hebrajski termin tob, jak i grecki przymiotnik kalos oznaczają nie tylko etycznie rozumiane dobro, ale także piękno jako kategorię estetyczną. Oba wyrażają także doskonałość. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby frazę „było dobre” tłumaczyć jako „było piękne”, a zatem człowiek – ukoronowanie stworzenia – jawi się jako istota „bardzo piękna”! „Podczas stworzenia – napisał w V w. Cyryl Aleksandryjski – pierwotne tchnienie nadało człowiekowi piękno doskonałe”.

Zewnętrzne piękno

Cyryl, pisząc o doskonałym pięknie człowieka, miał zapewne na myśli zarówno piękno zewnętrzne, jak


49 i wewnętrzne, kategorię znaną Grekom jako kalokagathos, którą posłużył się m.in. Pseudo-Dionizy Areopagita (ok. V/VI w.), komentując akt stworzenia: „Wszelki byt pochodzi z Piękna-i-Dobra, wszelki trwa w Piękniei-Dobru, wszelki nawraca do Piękna-i-Dobra”. Ale w pierwszym biblijnym opisie stworzenia ten pochodzący z późniejszej antropologii teologicznej aspekt etyczny piękna ludzkiej istoty jeszcze nie występuje. Na pewno brak go w tekście oryginalnym, ponieważ język hebrajski zawierał przede wszystkim słownictwo konkretne, nazywał to, co istnieje rzeczywiście i co można zobaczyć. Tym bardziej, że w heksameronie nie ma jeszcze wzmianek o charakterze dychotomicznym (człowiek jako ciało i duch) czy trychotomicznym (człowiek jako ciało, duch i dusza). Zewnętrzne piękno bożego stworzenia, w tym oczywiście człowieka, daje jakieś wyobrażenie o Stwórcy. Zalążki takiej teologii naturalnej znajdują się w Księdze Mądrości (13,5), gdzie można przeczytać, że „z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę”. Piękno (wyrażone tu rzeczownikiem kallone pochodzącym od znanego już kalos) jest tu zatem kategorią epifaniczną (objawieniową). Doskonale rozumiał to Augustyn, który – odwołując się do doświadczeń z własnego burzliwego życia przed nawróceniem – opisuje, jak to piękno stworzenia trzymało go początkowo z dala od Boga. Jednak Bóg za pomocą wtórnego piękna stworzenia dotarł do Augustyna za sprawą zmysłów (por. Wyznania X 27,38). Podkreślenie roli zmysłów wydaje się tu istotne, pokazuje bowiem wyraźnie, że cały czas mowa jest o kategoriach estetycznych. Biskup Hippony wielokrotnie zresztą zadaje pytanie: „Jakie rzeczy mamy kochać, jeśli nie piękne?”.

Kosmetyki – dowód miłości

Obrazowaniu miłości pomiędzy Bogiem a człowiekiem, Bogiem a Izraelem czy później Chrystusem i Kościołem bardzo często służą w Biblii opisy przywdziewania odświętnych szat i upiększania się (kosmeo) wieloma ozdobami (kosmesis). Jeden z najpiękniejszych tekstów z Księgi Ezechiela (16,10-14) opowiada, jak Bóg obdarowuje Jerozolimę kosztownym ubiorem i biżuterią. Wśród prezentów znajduje się i jedwabna wyszywana szata, i buty z miękkiej skórki, i bransolety, i naszyjnik, pierścienie, kolczyki i diadem. Oblubieniec z „Pieśni nad pieśniami” (według interpretacji alegorycznej utożsamiany zwykle z Bogiem i / lub Chrystusem) zachwyca się urodą swojej wybranki

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

(utożsamianej najczęściej z Izraelem, Kościołem lub duszą ludzką), której chce podarować złote wisiory ze srebrnymi kuleczkami (Pnp 1,11). Narzeczona nie pozostaje dłużna i podziwia ręce wybranka ozdobione tyloma bransoletami, że przypominają walce ze złota wysadzane drogimi kamieniami (Pnp 5,14). Podobnie jak w opisie stworzenia, także tutaj pojawia się refren z charakterystycznymi frazami „O, jakże piękna jesteś” oraz „O, jakże piękny jesteś”. W innym miejscu mesjasz nazywany jest „najpiękniejszym z synów ludzkich” (Ps 45,3). I też nie chodzi tu o jego przymioty wewnętrzne, lecz tors jakby wyrzeźbiony w kości słoniowej, nogi jak marmurowe kolumny i całą wysmukłą jak cedr postać (Pnp 5,14-15). Konsekwentnie można zauważyć, że również Jezus jest świadomy swojej urody, kiedy określa siebie mianem „pięknego pasterza” (w tradycyjnym przekładzie – „dobry pasterz” J 10,11). Fraza „piękny pasterz” wyraża nie tylko funkcję, ale implikuje też odniesienia do starotestamentowych tekstów afirmujących urok mesjasza-oblubieńca. Nic dziwnego, że dla tak doskonałego narzeczonego Kościół, przedstawiany alegorycznie jako panna młoda, nie tylko chce się upiększyć klejnotami (Ap 21,2.18-21), ale też stanąć przed ukochanym bez jednej zmarszczki (Ef 5,27).

Ozdobna harmonia

Jak widać, zewnętrzne piękno, procesy upiększania i przyozdabiania tak obrazowo i sugestywnie przedstawiane w Starym Testamencie, nie pozostają zupełnie neutralne pod względem etycznym. To, co starożytni Hebrajczycy intuicyjnie przeczuwali, zostało wyrażone dopiero przez Greków. Chodzi o zachowanie równowagi pomiędzy estetycznym, etycznym i metafizycznym aspektem piękna, urody, ozdoby, aby piękno mogło kojarzyć się z dobrem i być przymiotem Boga. Idealnym przykładem takiego połączenia jest właśnie kosmiczny ład postrzegany jako piękny, dobry i jako wyraz bożej miłości. Zachwianie tej równowagi skutkuje zazwyczaj wypaczonym widzeniem piękna. Przed dominacją wartości czysto estetycznych przestrzegał już Arystoteles. Negowanie estetyki, jak to często miało miejsce w średniowieczu, w swojej skrajnej postaci skutkowało utożsamianiem zewnętrznego piękna i ozdobności ze złem. Metafizyka jednak na tym nie skorzystała, trudno bowiem kontemplować istotę Boga, jedną ręką zatykając nos, drugą podtrzymując rozpadające się łachmany.

dr hab. nauk teologicznych Kalina Wojciechowska – biblistka i autorka, jest wykładowcą warszawskiej Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej oraz Ewangelikalnej Wyższej Szkoły Teologicznej we Wrocławiu


Zielony

ELIKSIR MŁODOŚCI Poprawia elastyczność skóry, redukuje zmarszczki i jest witaminową bombą. Rukiew wodną okrzyknięto niedawno najlepszym naturalnym blokerem procesów starzenia. Badania dowiodły, że kobiety, które przez 8 tygodni jadły ok. 80 g warzywa, zauważyły dochodzące aż do 40% zmiany elastyczności skóry. Cera była bardziej jędrna i gładka, zmniejszyły się także przebarwienia, zaczerwienienia, a pory zwęziły. Podobno była też ulubionym przysmakiem Napoleona Bonaparte. Obecnie przeżywa renesans i coraz częściej wykorzystuje się ją w kuchni. Na weselu księcia Williama i Kate Middleton podano tartaletki ze szparagami i rukwią wodną.

50

Sekret długowieczności

Brwi i rzęsy jak nowe

Niebawem w Polsce pojawi się nowatorski przeszczep, będący ratunkiem dla kobiet, którym natura poskąpiła pięknych, gęstych brwi i rzęs oraz dla tych, które straciły je w wyniku choroby. Na czym polega zabieg? Oparty jest dokładnie na tych samych czynnościach, które wykonuje się przy przeszczepie włosów, z tą różnicą, że cebulki włosowe zostaną pobrane z karku pacjentki. Dzięki temu uzyskany efekt ma być bardzo naturalny i przede wszystkim trwały. Podczas jednego zabiegu wszczepiać się będzie około 30-40 cebulek. Każdą z nich trzeba zaszyć. Szwy są jednak niewielkie. Transplantacja wykonywana jest pod mikroskopem, ponieważ należy do zabiegów wymagających ogromnej precyzji. Ze względu na to, że obejmuje ona własne cebulki włosowe pacjenta lub pacjentki, włoski przyjmują się bez problemów.

Tuczące kosmetyki Okazuje się, że produkty do pielęgnacji też mają kalorie. To zasługa tzw. ftalanów, z których składają się m.in. szampony, balsamy czy mydła. Nowojorscy naukowcy podejrzewają, że te substancje prowadzą do zaburzeń hormonalnych i mogą być przyczyną otyłości u dzieci i dorosłych. Oprócz kosmetyków ftalany stosuje się także do produkcji środków czystości oraz plastikowych butelek. Warto zatem uważnie czytać etykietki i analizować składy.

Amerykańscy naukowcy dowiedli, że kobiety, które nie jedzą mięsa, żyją nawet o 9 lat dłużej niż mięsożercy, a mężczyźni o 6 lat. Sama dieta nie jest aż tak ważna, jak świadomość tego, co się je i z jakich składników pochodzą wybierane przez nas produkty. Wegetarianie zwracają większą uwagę na wartości odżywcze, dlatego ich posiłki są bardziej urozmaicone. Zwolennicy jarskiej kuchni skrupulatniej dbają o swoje zdrowie, regularnie ćwiczą oraz rzadziej sięgają po używki.


51

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

PIĘKNO „Tajemnica życia leży w poszukiwaniu piękna” Oscar Wilde


Piękno oczami… Sergiusza Sachno

Ewa Błaszczyk

52


53

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

FOTOGRAFUJE NAWET MARZENIA TEKST: Izabela Magiera-Jarzembek / FOTO: Sergiusz Sachno

Według Sergiusza Sachno nie trzeba być wielkim myślicielem, żeby poznać marzenia fotografowanych kobiet. – Piękno, piękno i jeszcze raz piękno – mówi. Jolanta Piętek


Piękno oczami… Sergiusza Sachno

54

Kamila Sammler

PRZEDSTAWIONY PROJEKT JEST DLA MNIE KWINTESENCJĄ NAJWAŻNIEJSZYCH ELEMENTÓW MOJEJ FOTOGRAFII, LUDZKIEGO CIAŁA, ŚWIATŁA I CIENIA, KTÓRE WSPÓŁGRAJĄC I WYSTĘPUJĄC W RÓŻNYCH RELACJACH FORMALNYCH I SYMBOLICZNYCH, TWORZĄ NIEROZERWALNĄ CAŁOŚĆ.


55

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Grażyna Szapołowska


Piękno oczami… Sergiusza Sachno

Grażyna Szapołowska

Portret bywa fotografią człowieka, jest też autobiografią jego twórcy – dodaje Sergiusz. Jak więc fotografować? Gdzie znajdować wzory odpowiadające współczesnym poglądom estetycznym i socjologicznym? Jak mówi artysta, niezbędne jest rozbudzenie w sobie zdrowej ciekawości poznawczej w różnych dziedzinach sztuki, w malarstwie, fotografii, teatrze, muzyce, ale również w literaturze, psychologii, socjologii. Dlatego tak ważne jest zapoznanie się z psychologią. Warto dowiedzieć się, co mówi o człowieku, jak należy rozumieć mowę ciała, poszczególne gesty i ich znaczenie – uważa artysta. – To są podstawy pracy na planie fotograficznym. Dzięki temu bardziej świadomie wykorzystuję możliwości obrazu utrwalonego na fotografii. Zawierając część siebie, staram się tworzyć czytelny, zrozumiały przekaz. W projekcie „Aktorzy”, który publikujemy, Sergiusz Sachno starał się zawrzeć własne spojrzenie, będące śladem jego osobowości. – Przedstawiony projekt jest dla mnie kwintesencją najważniejszych elementów mojej fotografii, ludzkiego ciała, światła i cienia, które współgrając i występując w różnych relacjach formalnych i symbolicznych, tworzą nierozerwalną całość.

56

Izabela Laskowska

Sergiusz Sachno

urodził się w Chinach. Swoje prace prezentował na kilkudziesięciu wystawach w kraju oraz za granicą, m.in. w Sydney, Tokio, Montrealu, Toronto, Pradze, Amsterdamie i Berlinie. Specjalizuje się w fotografii portretowej, teatralnej i reklamowej. Był autorem wystawy „Stulecie Polaków”, eksponowanej w 1999 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, a następnie w wielu krajach europejskich, oraz albumu pod tym samym tytułem. Jego autorstwa jest wystrój fotograficzny hotelu Hyatt w Warszawie. Fotografie publikuje w prasie zagranicznej. Współpracował także z czasopismami: „Film”, „Twój Styl”, „Pani”, „Uroda” i wieloma innymi. W 1979 roku otrzymał od Jacques’a Chiraca Medal Miasta Paryża za fotografię. Od 1979 roku jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików. Prowadzi zajęcia z portretu i aktu na Studium Fotografii przy ZPAF, jest także wykładowcą fotografii reklamowej w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi. Jest profesorem fotografii w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi.


57

Katarzyna Figura

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA


Gadżety, które pokochały kobiety


59

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

DZIEWIĘĆ CENTYMETRÓW NAD ZIEMIĄ Wiele osób, w tym także kobiet, jest w stanie uwierzyć, że jeśli zachodzi bezwzględna konieczność, da się ograniczyć ilość ubrań w szafie. Pod jednym warunkiem – nie może to dotyczyć butów. TEKST: Elżbieta Olechowska

„Kiedy masz wysokie obcasy, musisz jedynie spakować dwie czarne sukienki, a wtedy będziesz gotowa na wszystko”– twierdzi obuwniczy guru Manolo Blahnik. Idol gwiazd oraz wszystkich kobiet rządzących modą, z ubierającym się u Prady diabłem, czyli Anną Wintour, na czele, jest w tym względzie bezkompromisowy. „Nie noś nic niższego niż 9 centymetrów” – radzi stanowczo w książce „Jak chodzić na wysokich obcasach”. „Najpiękniejszy but to wysoka szpilka z krwistoczerwonej lakierowanej skóry. Niebezpieczna i prowokacyjna”. A miliony kobiet – i mężczyzn! – na całym świecie potulnie mu przytakują. Mężczyźni są bowiem równie przejęci sprawą wysokich obcasów jak kobiety. Oczywiście ma to swoje uzasadnienie. Sam fakt założenia butów na wysokim obcasie momentalnie modeluje sylwetkę.

Marilyn piłowała obcasy Aby utrzymać się na 9-centymetrowej szpilce, czyli de facto na palcach stóp, musimy przyjąć postawę baletnicy. Konieczne jest wciągnięcie brzucha i wypięcie piersi, bo bez ściągniętych w tył ramion nie ma mowy o zachowaniu balansu. Napinamy także pośladki, co sprawia, że pupa staje się bardziej wystająca i zaokrąglona. Pracują mięśnie łydek i ud, więc nogi wydają się nie tylko dłuższe, ale i lepiej wyrzeźbione, nawet jeśli do tej pory jak ognia unikałyśmy siłowni. – Gdy ma się na sobie szpilki, to tak jakby umieścić swój tyłek na piedestale – twierdzi modelka Veronica Webb. Oczywiste jest, że w butach na wysokim obcasie chodzi się inaczej niż na płaskim. Legenda głosi, że słynny symbol seksu, Marilyn Monroe, swój rozkołysany chód, przyprawiający o szał zmysłów kilka pokoleń mężczyzn, zawdzięcza nierównej wysokości obcasów. Aktorka miała ponoć zwyczaj spiłowywać jeden z nich o kilka milimetrów. Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto wynalazł obcasy. Chociaż namiętność kobiet do butów da się uzasadnić an-

tropologicznie – wynalezienie ochraniaczy na stopy uchodzi za jeden z pierwszych wynalazków naszych przodków – jednak było to obuwie składające się z podeszwy ze skóry oraz siatki ze sznurka, czyli mające zastosowanie wyłącznie praktyczne, nie dla ozdoby. Aktorzy w starożytnym teatrze greckim i rzymskim używali wprawdzie obuwia o grubej podeszwie, jednak były to koturny, czyli buty podwyższone na całej długości stopy. Greckie koturny nie tylko umożliwiały zobaczenie aktorów z dalszych rzędów widowni, ale także były czytelnym sygnałem, jaką pozycję społeczną zajmuje bohater sztuki. Im wyższy koturn, tym wyższy był status odgrywanej postaci. Za wynalazcę obcasa w takiej formie, jaką znamy obecnie, czyli przenoszącego ciężar ciała na palce poprzez podwyższenie pięty, uchodzi Leonardo da Vinci. Jednak ten mit funkcjonuje bardziej na zasadzie – tyle rzeczy wymyślił, więc czemu nie to. Wiadomo, że obcasy zadebiutowały w roli wykończenia obuwia męskiego, a nie kobiecego. W XVI wieku mężczyźni chętnie dodawali sobie wzrostu nakładkami stosowanymi do płaskich pantofli weneckich, tzw. chopine. Nakładki te, będące rodzajem koturnów, mogły mierzyć nawet do 30 centymetrów wysokości, więc poruszanie się na nich, choćby ze względu na ciężar, było mocno utrudnione. Stąd pomysł, by podwyższać tylko część buta. Okazało się to bardzo przydatne w jeździe konnej – obcasy niezwykle pomogły w stabilnym utrzymaniu stóp w strzemionach.

Ludwik XIV fanem szpilek Za pierwszą kobietę, która nie oparła się pokusie dodania sobie wzrostu za pomocą butów, uchodzi Katarzyna Medycejska. Na swój ślub z księciem Orleanu, późniejszym królem Henrykiem II, w 1533 roku włożyła wykonane w Wenecji pantofelki na obcasie. Wprawdzie dzieło weneckich szewców było ukryte pod fałdami sukni, ale Katarzyna


Gadżety, które pokochały kobiety wydawała się wyższa niż w rzeczywistości, co odwróciło uwagę zebranych od licznych mankamentów jej urody. Za wielbiciela szpilek uchodził inny król Francji, Ludwik XIV. To jemu zawdzięczamy model obcasa szeroki przy pięcie i zwężający się ku dołowi, czyli protoplastę naszej szpilki. Niewysoki król dodawał sobie nim wzrostu i majestatu, a naśladował go cały dwór, bez względu na płeć. Złoty wiek obcasów skończył się wraz z nastaniem rewolucji francuskiej. Wysokie obcasy stały się symbolem zbytku i rozpasania francuskiej arystokracji. Maria Antonina, którą obwiniano za wszystkie krzywdy francuskiego społeczeństwa, wstąpiła na szafot w butach na 5-centymetrowych obcasach. Odeszły razem z nią na niemal całe stulecie. Gdyby nie fatalna renoma obcasów, być może Napoleon nie zostałby zapamiętany jako „mały kapral”. Ale jako przedstawicielowi ludu nie wypadało mu korzystać z arystokratycznych wynalazków, więc na wszystkich obrazach ma na nogach zupełnie płaskie buty. Dopiero pod koniec XIX wieku wysokie obcasy zaczęły nieśmiało przypominać o swoim istnieniu. Nadal bywały jeszcze noszone przez mężczyzn, ale szybko stały się jednym z najważniejszych w modzie atrybutów kobiecości. Druga połowa XX wieku przyniosła zupełne rozpasanie w dziedzinie mody obuwniczej. Eksperymentowano z najróżniejszymi materiałami i wzorami. Pojawiły się obcasy spiralne, wąziutkie „przecinki”, obcasy z korka, drewna, a nawet pleksi. Po II wojnie światowej szczyt swojej kariery osiągnął legendarny kreator butów Roger Vivier, od 1953 roku projektujący dla Diora. Wielbicielami jego projektów byli: Ava Gardner, królowa Elżbieta II, Marlena Dietrich oraz... Beatlesi. Miejsce Viviera na stanowisku wyroczni w dziedzinie obuwia zajął w 1971 roku Manolo Blahnik. Jak głosi legenda, zajął się projektowaniem butów po tym, gdy usłyszał od ówczesnej naczelnej amerykańskiego „Vogue’a” Diany Vreeland: „Młody człowieku, idź robić buty”. Uchodząca za kobietę obdarzoną niespotykanym instynktem w dziedzinie mody Vreeland po raz kolejny udowodniła, że ma nosa. Blahnik stał się niekoronowanym królem butów. Jego renomę potwierdził serial „Seks w wielkim mieście”, którego bohaterki traktują buty jego projektu nie jako element ubrania, ale jak przedmiot pożądania, na którego zakup warto się zadłużyć albo nie jeść przez miesiąc. Jak twierdzą jego fanki, buty renomowanych projektantów, mimo bardzo wysokich obcasów, są wygodne. Nie wszystkie gwiazdy zgadzają się z tą opinią. Niemniej jednak do zadania szyku na czerwonym dywanie obcasy są konieczne. Na gali rozdania Oscarów w 2010 roku nawet słynąca z lekceważącego podejścia do mody Meryl Streep

60 pojawiła się w pantofelkach od Jimmy’ego Choo na kilkunastocentymetrowym obcasie. Jej strój pochwaliły wszystkie liczące się magazyny i portale poświęcone modzie. Mało kto zwrócił uwagę na to, że większość uroczystości poświęciła narzekaniu, że buty cisną i nie sposób w nich chodzić. Lekarze ortopedzi powinni przyznać jej za te słowa jakąś nagrodę. Są bowiem zgodni co do tego, że ewolucja nie przygotowała nas do poruszania się na niestabilnych szpilkach. Stopa człowieka stworzona jest do chodzenia boso i w takich warunkach czuje się najlepiej. W fazie odbicia palce automatycznie podkurczają się, przez co odciążają przód stopy, chroniąc kości śródstopia przed przeciążeniem i bólami. W modnych pantoflach z wąskimi noskami i na wysokich obcasach ten naturalny mechanizm zostaje zaburzony.

Upadek Naomi Tymczasem projektanci prześcigają się w pomysłach na kolejne podwyżki stóp. Nawet tak doświadczona modelka jak Naomi Campbell nie zdołała przejść po wybiegu w butach projektu Vivienne Westwood o wysokości ponad 30 cm. Jej spektakularny upadek podczas pokazu „Anglomania” w 1993 roku nie okazał się jednak żadną nauczką. 15 lat później Miuccia Prada wysłała na wybieg modelki w butach na co najmniej 13-centymetrowych obcasach. – Miałam atak paniki – skarżyła się jedna z modelek uczestnicząca w pokazie wiosna / lato 2009. – Ręce mi się trzęsły. W rezultacie większość zaproszonych gości bardziej niż na kolekcję zwracała uwagę na to, jak modelkom uda się pokonać wybieg. Nie wszystkie wyszły z tej próby zwycięsko. Co najmniej dwie zaliczyły bolesny upadek na kamienną posadzkę. Sama Prada nie okazała wielkiego entuzjazmu wobec własnych pomysłów i witała gości i dziennikarzy, mając na nogach wygodne, praktyczne pantofelki na płaskim obcasie. „Jak wysokie muszą się stać obcasy, żeby ktoś wezwał do zaprzestania tej okrutnej praktyki?” – pisze wstrząśnięty „Daily Telegraph”. „Czy rzeczywiście trzeba złamanej kostki, żeby ktoś powiedział w końcu »Basta«?” Okazuje się, że sama Naomi także ma krótką pamięć. Podczas odbywającego się 12 lutego 2010 roku charytatywnego pokazu Naomi Campbell’s Fashion For Relief Haiti wysłała na wybieg Agyness Deyn w butach Burberry, w których nie dało się chodzić! Po upadku na wybiegu Agyness demonstracyjnie zdjęła buty i dokończyła swoje przejście boso. – Pracuję w tym biznesie od lat. Robiłem platformy, robiłem słupki – ale nic nie da ci tak kobiecego wyglądu, jak para wysokich obcasów. Gdyby kobiety potrafiły się oprzeć szpilkom, nie byłoby mnie tutaj – twierdzi sam Manolo.


61

Buty (od lewej): Prima Moda 499 PLN , Prima Moda 649 PLN, Prima Moda 399 PLN,

Anna Tatarek

Junior Product Manager w firmie Prima Moda Każda kobieta powinna mieć w swojej szafie przynajmniej jedną parę szpilek, ponieważ wbrew ogólnie panującej opinii wysokie obcasy mogą być wygodne. Cały sekret tkwi we właściwym wyważeniu i wyprofilowaniu buta, by kobieta czuła się w nim stabilnie i dobrze. Szpilki marki Prima Moda projektowane są tak, by każda z nas, bez względu na to, jak wysoki obcas wybiera, czuła się na nim komfortowo. W naszej aktualnej jesienno-zimowej ofercie zaprezentowaliśmy szeroki wybór tego typu obuwia – począwszy od klasycznych szpilek, po niebotycznie wysokie obcasy. W aktualnej kolekcji znajdziemy zarówno odważne połączenia kolorystyczne czerwieni z czernią, jak również ciepłe kolory ziemi. Klasyczne linie przeplatają się z rzeźbionymi obcasami i wysokimi platformami, które niewątpliwie poprawiają komfort noszenia nawet 12-centymetrowych szpilek. Priorytetem dla firmy jest satysfakcja każdego klienta, dlatego też Prima Moda oferuje obuwie wykonane w pełni z najwyższej jakości skór licowych, które dopasowuje się do każdej stopy, gwarantując wygodę noszenia. Wysokie obcasy kojarzą się przede wszystkim z kobiecością i seksapilem. Niezaprzeczalny jest również fakt, że kobieta w szpilkach przyciąga spojrzenia mężczyzn. Przeprowadzone dotychczas liczne badania potwierdzają, że zakładając szpilki, czujemy się piękniejsze, zgrabniejsze i bardziej pewne siebie. Dzięki dodatkowym centymetrom noga wydaje się dłuższa, a cała sylwetka smuklejsza, dlatego wiele kobiet nie wyobraża sobie dzisiaj życia bez ich ulubionych wysokich obcasów. Pierwsze tak dobrze znane nam klasyczne linie wysokich obcasów wprowadzili do kanonu mody Christian Dior i Roger Vivier. Po pokazie mody w Paryżu świat dosłownie

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

oszalał na ich punkcie, a szpilki stały się jednym z najbardziej pożądanych projektów. Uwielbiały je takie gwiazdy jak Elizabeth Taylor czy Marilyn Monroe. Kultową postacią na miarę naszych czasów jest serialowa Carrie Bradshaw, jaką stworzyła Sarah Jessica Parker w „Seksie w wielkim mieście”, dzięki której mogliśmy poznać wybitne projekty Louboutina czy Manolo Blahnika. Współczesną królową niebotycznie wysokich obcasów jest niewątpliwie Victoria Beckham, której wyczuciem smaku i stylu dorównuje Monika Olejnik. Wysokie obcasy to niezaprzeczalny atrybut kobiecości. Moda jest zmienna i czasem nieprzewidywalna, a szpilki nadal zajmują ważne miejsce w kobiecej garderobie. Warto mieć choćby jedną parę wysokich obcasów i nosić je jak najczęściej.

R

E

K

L

A

M

A


Karnawałowe makijaże

BŁYSK i BLASK

Karnawał rządzi się swoimi prawami. To cekiny, brokat i wszystkie możliwe błyszczące dodatki. Tak jest od lat i nie ma sensu z tym walczyć. Bo kiedy indziej możemy pozwolić sobie na błysk i blask?

62


W tym czasie odrzucamy szarości i ponure kolory. Dobieramy swoje palety kolorów tak, by jak najbardziej wyróżnić nas z tłumu. Taki też jest makijaż karnawałowy, który proponuje Dorota Kościukiewcz-Markowska. Odważne połączenia jej autorstwa są inspiracją i wyznaczają kierunek na styczeń.


Dorota Kościukiewicz-Markowska to wizażystka, artystka i autorka niezwykłej książki „Pałac Kolorów. Magia makijażu”. Przepiękne kolorowe zdjęcia, jedwabny papier, złocone brzegi, tytuł tłoczony złotem, metaliczne tła oraz bardzo wysoka jakość edytorska albumu sprawiają, że jest to luksusowa pozycja, obok której nie można przejść obojętnie. Album do nabycia na www.palackolorow.pl


65

Karnawałowe makijaże


Piękne miejsca

66

P R O M O C J A

Dom Gości Strudzonych pielgrzymów benedyktyni zapraszają do Domu Gości. To wyjątkowa okazja i możliwość zamieszkania w klasztorze, przyjrzeniu się z bliska życiu mnichów, zasadom panującym w klasztorze oraz skosztowania specjałów klasztornej kuchni.

Tyniec dla duszy i ciała

Panuje tam niesamowita cisza i spokój, które pozwalają na refleksję nad sobą. Jak już się raz pojedzie, to chce się tam wracać – mówią zgodnie ci, którzy byli gośćmi opactwa benedyktynów w Tyńcu. Benedyktyński Instytut Kultury „Chronić dobro” Opactwo Benedyktynów w Tyńcu ul. Benedyktyńska 37, 30-398 Kraków, www.benedyktyni.eu

W pokoju gościnnym nie znajdziemy telewizora, radia, benedyktyni zachęcają też do odpoczynku od telefonu komórkowego. W zamian dostaniemy wakacje z dala od codziennego zgiełku, warsztaty i medytacje. – Przyjeżdżają do nas przede wszystkim ludzie, którzy chcą uporządkować swoje życie. Klasztor, nasycony atmosferą skupienia, pozwala im psychicznie odpocząć – mówi o. Jan Paweł Konobrodzki OSB z klasztoru Benedyktynów w Tyńcu. Łacińska maksyma Salus per silentium, czyli zdrowie przez ciszę, to hasło, które zdobywa coraz większą rzeszę zwolenników. Zaczynamy odczuwać potrzebę naładowania

baterii w całkowitym spokoju. Dotychczas takie „duchowe podróże” kojarzyły się głównie z Indiami czy Nepalem, gdzie pod okiem egzotycznych mnichów zmęczeni zachodnią cywilizacją pielgrzymi znajdowali ukojenie. Teraz powoli zaczynamy doceniać polskie miejsca duchowej odnowy. – Tyniec przyciąga coraz więcej gości. Obdarza przyjazną siłą tych, którzy chcą jeszcze coś ze sobą zrobić. Tym, którzy chcą wziąć swoje życie w garść, pozwala „zanurzyć się” w klimacie modlitwy i uroku tego miejsca. Tyniec ma coś do powiedzenia nam wszystkim, mnichom też – uważa o. Jan Paweł. Oferta benedyktynów skierowana jest głównie


67

w stronę duchowości: Biblii, liturgii, sztuki, medytacji, ale są także warsztaty z zarządzania, terapeutyczne i rozwojowe. Umożliwiają doświadczenie głębokiej modlitwy i wnikania w tajniki własnej osobowości. Z tego tytułu cieszą się powodzeniem warsztaty rozwoju osobistego, duchowość benedyktyńska dla świeckich, medytacje, relaksacje. Tyniec daje też wsparcie osobom, które przestały cieszyć się życiem, które przez doświadczanie bezradności w stanach depresyjnych potrzebują przyjaznej obecności bliskich. Są też warsztaty edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Wśród nich wszelkie żywioły nabierają harmonii, uciszają się i zapadają w milczenie podczas zajęć w skryptorium, przy pisaniu gęsim piórem z atramentem czerpanym z krowiego rogu lub rylcem na woskowej tabliczce. Dorośli mogą także uczyć się tajników kaligrafii i iluminatorstwa, spędzając w milczeniu wiele godzin w średniowiecznym skryptorium. – Serdecznie zapraszamy na tynieckie wzgórze wszystkich, którzy chcą pogłębiać doświadczenie swego życia, cieszyć się nim, żyjąc w harmonii ze sobą, z innymi i z Tym, który przywraca w nas odnowione piękno – zachęca o. Jan Paweł.

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Najstarszy klasztor w Polsce Benedyktyński klasztor w Tyńcu funkcjonuje już od niemal tysiąca lat i jest najstarszym opactwem w Polsce. Ufundowano go w 1044 roku. Opactwo położone jest na stromym, wapiennym brzegu Wisły. Przekraczając jego mury, na pewno poczujemy tajemniczą atmosferę średniowiecznego klasztoru. Z pierwotnej budowli zachowała się do dziś południowa ściana bazyliki z romańskim portalem i kilka elementów architektonicznych. Po zniszczeniach, które przyniósł najazd tatarski, odbudowano cały kompleks w stylu gotyckim, a następnie w duchu baroku. W monumentalnym kościele świętych Piotra i Pawła codziennie rozbrzmiewa uroczysty chorał gregoriański. Około 50 lat temu w podziemiach kościoła dokonano niezwykłego znaleziska. Odkryto groby siedmiu opatów, a w jednym z nich tzw. kielich złotego opata, niezwykle rzadkie średniowieczne naczynie liturgiczne wykonane ze szczerego złota. Na świecie zachowało się tylko kilka takich kielichów. Romańskie detale architektoniczne odkryte podczas wykopalisk oraz fragmenty z dawnego bogatego księgozbioru można oglądać w klasztornym muzeum.


Piękne miejsca

68

P R O M O C J A

Ze szlachtą w tle

Lubliniec to jedno z najstarszych miast Śląska. Położony jest zaledwie godzinę drogi od Katowic i Opola, pół godziny drogi od Częstochowy, na tzw. Zielonym Śląsku, gdzie wokół znajdują się tereny zielone, lasy i zbiorniki wodne. Zamek wielokrotnie zmieniał swoich właścicieli, a do jego historii dopisywały się wciąż nowe, interesujące fakty. Dla nas najbardziej interesujące jest to, że swoje podwoje dla wszystkich odwiedzających otworzył w sierpniu 2010 roku. Dziś znajduje się w nim prawie 100 miejsc noclegowych w 45 komfortowo wyposażonych pokojach, z telewizją satelitarną, DVD, telefonem, bezprzewodowym internetem i eleganckimi łazienkami. Wszystkie pokoje łączą elementy historii z nowoczesnym wystrojem, a z okna rozpościera się widok na

zabytkowy park zamkowy. Standard obiektu określany jest jako luksusowy. Ale to dopiero początek... Hotel Zamek Lubliniec, łącząc tradycję z nowoczesnością, pozwala na komfortowy wypoczynek połączony z szerokim wachlarzem atrakcji, które podzielić można na ekskluzywne, nowoczesne i historyczne. Muzyka na żywo i karaoke wieczorem połączone są m.in.


69

z pokazami barmańskimi i degustacją win. Chętni mogą nauczyć się sztuki zwijania cygar, jednocześnie smakując własne wyroby. Od 2012 roku Zamek poszczycić się może własnym turniejem rycerskim, a wśród cyklicznych imprez znalazł się również Oktoberfest. Hotel swoim gościom proponuje także m.in. specjalną ofertę dla dzieci, wycieczki rowerowe, jazdę konną, polowanie z przewodnikiem, wędkowanie oraz kursy i rozgrywki golfowe na jednym z najładniejszych pól golfowych klasy mistrzowskiej w Europie. Zamek ma także bogatą ofertę konferencyjną i okolicznościową. Restauracja i bar zapraszają na „Przysmaki księcia Opolczyka” oraz tradycyjne dania polskie i zagraniczne. Nagroda dla „najlepszej restauracji w obiek-

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

cie zabytkowym w Polsce” jest ukoronowaniem smaku naszych dań. A po nich: pora na deser... dla ciała, czyli wSPAniałą podróż w czasie. Luksusowe spa w starych podziemiach, z feerią świateł i wysublimowanego smaku oferuje 19 pakietów, wśród których znajdują się propozycje m.in. dla przyszłych mam, dla par oraz sezonowe, dedykowane każdej porze roku. Jest wiele pięknych miejsc, które warto odwiedzić. Hotel Zamek Lubliniec niewątpliwie do nich należy. Spędzenie choć kilku dni w miejscu, w którym tradycja doskonale łączy się z nowoczesnością, gdzie wyjątkowe atrakcje czekają na każdego, nawet najbardziej wybrednego gościa, to z pewnością czas, który wspominać będziemy długo... aż do powrotu do Lublińca!

Hotel Zamek Lubliniec Golf & Spa, ul. Grunwaldzka 48, 42-700 Lubliniec / Silesia – Poland tel. +48 34 37 37 890, www.zameklubliniec.pl


foto: WBF

Praktyczne i piękne

70

Gadżety, które spełniają marzenia Anna Nowak-Ibisz

Tropicielka gadżetów, bez których nie może obejść się nowoczesna kobieta. Nie boi się wyzwań – specjalnie dla swoich widzów testuje żelazka, kremy, sprawdza próg bólu przy depilacji i prezentuje przedmioty idealne dla kobiet, czyli to, co piękne i przydatne.

Belgijski len Zawsze myślałam, że największą przyjemnością jest belgijska czekolada. Okazuje się, że byłam w błędzie! Lepszy od czekolady jest… belgijski len. Wypróbowałam ostatnio pościel z belgijskiego lnu firmy Nottinghill (dostępna w warszawskim sklepie NAP). Przyznam, że było to niezapomniane przeżycie. Znam osobiście kilku fanatyków lnianej pościeli Nottinghill i przyznam, że sama należę do ich grona! Ta pościel jest jak wino – im starsza, tym lepsza, bo len po każdym praniu i prasowaniu staje się bardziej miękki. Ma też właściwości antyalergiczne, jest antybakteryjny, biodegradowalny i bezodpadowy, a więc w stu procentach eko – dokładnie to, co lubię. Moje gwiazdkowe marzenie wygląda tak: ogień w kominku, za oknem iskrzący śnieg, pachnie choinka, a w domu już posprzątane (chyba mam coś z perfekcyjnej pani domu). Wtulam się w moją lnianą pościel i zasypiam głęboko, jak dziecko. Tak właśnie zróbcie w te święta!

Dla dużych i małych

PlayStation Vita, osobista konsola do gier, to najnowsze cacko firmy Sony – marzenie wszystkich chłopców, tych dużych i tych małych. Jest tylko jeden warunek, jeśli chodzi o tych małych – musimy pamiętać, że to wysoce wciągająca zabawa, dlatego należy od razu wyznaczyć limit czasowy. Jeśli wasze dziecko i wy potraficie się tego trzymać – zabawa jest przednia! Mój synek jest fanem piłki nożnej i gier FIFA – na razie na szczęście tylko piłki nożnej, ale... Ciekawe zjawisko – kiedy testowałam PS Vita w programie, dostałam grę dla dużych i całkiem dorosłych chłopców. Na reakcję mojego syna nie musiałam długo czekać. Natychmiast rzucił się na ten „zakazany owoc” i stwierdził, że już nigdy nie będzie grał w Mario Bros i inne gry dla maluchów! On już znalazł grę dla siebie! Przyznam, że wizualnie była imponująca, ale chodziło w niej o… zabijanie. W tych tematach jestem nieubłagana! Był płacz i zgrzytanie zębów oraz błagalne tony typu: „pozwól mi, mamo, ten jeden, jedyny OSTATNI RAZ”! Kiedy mój system nerwowy wyemitował ostateczne sygnały ostrzegawcze, postanowiłam zakończyć testowanie PS Vita i oddać ten gadżet do redakcji. Ja nareszcie miałam spokój, a koledzy z redakcji pokochali i mnie, i PS Vita oczywiście.


71

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

Bo są tego warte Gdy po raz pierwszy zobaczyłam w Warszawie okulary Mykita, zawojowały mnie tak skutecznie, że od razu zaprezentowałam je w swoim programie telewizyjnym. Jak się później okazało, okulary stworzone zostały w Berlinie. Tam grupa znajomych pracujących w innej firmie produkującej okulary postanowiła zrobić coś na własną rękę. Wynajęli biuro we wschodnim Berlinie dokładnie nad przedszkolem – co po niemiecku w skrócie nazywa się „Kita”, do tego dodali „My-” i tak powstała nazwa Mykita. Obecnie firma jest właścicielem czteropiętrowej kamienicy z klimatycznym dziedzińcem, w której pracuje ponad sto osób (niektóre przyjechały nawet Nowej Zelandii!). Prawdziwa popularność okularów Mykita rozpoczęła się, gdy stylistka Patricia Field ubrała w nie Carrie Bradshaw, czyli aktorkę Sarah Jessicę Parker w drugiej części filmu „Seks w wielkim mieście”. Od tamtej pory wszystko potoczyło się jak w hollywoodzkim filmie. Okazało się, że okulary już nosi sporo znanych postaci, m.in. : Brad Pitt, Angelina Jolie, Elton John. W Polsce można w nich zobaczyć m.in. Piotra Najsztuba, Anię Muchę, Andrzeja Smolika, Kubę Wojewódzkiego i wielu innych fanów niebanalnych okularów. Okulary są piękne, twarzowe i wykonane po niemiecku, czyli bardzo porządnie. Ponieważ produkcja jest europejska, to i cena niemała, ale… umówmy się – nie są to okulary dla każdego. Osobiście najbardziej uwiódł mnie plakat fabryki – do obejrzenia w Warszawie w sklepie przy ul. Mokotowskiej 61. Na plakacie jest śliczna starsza siwowłosa pani, która nie ma ani grama botoksu! Piękna wewnętrznym światłem, swój wiek podkreśla okularami Mykita w kolorze różowym! Nie mogłam oderwać od tego zdjęcia oczu. Nareszcie jest inaczej – z klasą i pięknie.

R

E

K

L

A

M

A


72 Nowa płyta Beethovena Niespodziankę dla miłośników muzyki Ludwiga van Beethovena przygotowuje wspólnie z profesorem Barrym Cooperem – czołowym ekspertem zajmującym się życiem i twórczością kompozytora – brytyjskie czasopismo „Journal of the Royal Musical Association”. Wiosną 2013 r. nie tylko angielscy melomani w kolejnym wydaniu pisma znajdą zapis pierwszego znanego wykonania koncertowego „Pange lingua” – utworu, który około 1820 r. został zapisany przez Beethovena obok oryginalnych szkiców słynnej Mszy D-dur zwanej „Missa Solemnis”, w szkicowniku, znajdującym się obecnie w Berlinie. Utwór, odkryty przez profesora Coopera po raz pierwszy od ponad 190 lat, wykonany został 25 października 2012 r. na Uniwersytecie w Manchesterze. / Źródło: www.manchester.ac.uk

Kryzys luksusowi niestraszny Popyt na odzież, biżuterię, kosmetyki, sztukę oraz dodatki z wyższej półki nie słabnie. Od trzech lat, mimo słabej sytuacji gospodarczej, rynek dóbr luksusowych odnotowuje dwucyfrowy wzrost. W tym roku trend utrzyma się. Ekskluzywny segment handlu wzrośnie o kolejne 10%, ze 192 mld do 212 mld euro. Za taki stan rzeczy odpowiedzialni są Chińczycy, którzy w 2011 roku kupili 25% wszystkich luksusowych produktów. Gonią ich jednak Europejczycy – są tylko o 1% gorsi niż obywatele Państwa Środka.

Ewolucja przewidywalna

Naukowcy przeciw depresji Dzięki badaniu zużycia ważnego przekaźnika informacji w mózgu – serotoniny – łatwiej będzie można diagnozować osoby z wysokim ryzykiem depresji – twierdzą na łamach czasopisma „Neuropsychopharmacology” naukowcy z Wiednia. Przeprowadzone przez nich badania pokazują, że zużycie neuroprzekaźnika jest wyższe u osób cierpiących na tzw. sezonową depresję, czyli depresję jesienną lub zimową, ale wraca do normalnego poziomu latem, gdy mijają sezonowe powody depresji, jak np. zmniejszona ilość światła. Jeśli odkrycie potwierdzi się w kolejnych doświadczeniach, zostanie wykorzystane do opracowania nowych metod leczenia depresji. Źródło: www.nature.com/npp/index.html

Ewolucję może napędzać prosty genetyczny wzorzec i nie jest to proces całkowicie przypadkowy – twierdzą naukowcy z Uniwersytetu w Princeton. Zespół profesora Petera Andolfatto opublikował w „Science” wyniki swoich badań, z których wynika, że wiedza o pewnych genach oraz o tym, w jaki sposób zewnętrzne warunki wpływają na proteiny kodowane przez te geny, pozwala na przewidzenie przebiegu wzorców ewolucji. Naukowcy przebadali sekwencje DNA blisko 30 spokrewnionych gatunków owadów. 14 z badanych gatunków uzyskało w trakcie ewolucji niemal identyczną cechę, spowodowaną pojedynczym czynnikiem. Wyniki badań pozwalają stwierdzić, że proces ewolucji zależny od czynników zewnętrznych jest do pewnego stopnia przewidywalny, a – co za tym idzie – można na ich podstawie prowadzić dalsze badania, przewidujące, jak potoczy się ewolucja obecnie żyjących gatunków.


73

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

MĘSKIM OKIEM „Ideal­ny mężczyz­na po­winien zaw­sze mówić więcej niż myśli i zaw­sze więcej myśleć niż mówi” Oscar Wilde


74 Foto: Przemysław Kokot

Rozmowy przy kawie Rafała Podrazy

NIE BYWAM W MASOWYCH PROGRAMACH Mam swoją fantastyczną publiczność i nie zamieniłbym jej nawet na chwilę medialnego blichtru – mówi Michał Bajor


75

Kalina Jędrusik, która na zawsze przeszła do historii polskiej kultury, powiedziała niegdyś do wielkiego Gustawa Holoubka: „Guciu drogi, myśmy już byli”. W tym krótkim zdaniu mieści się moja filozofia na dzisiaj. Wolę jeść łyżeczką, bo bardziej smakuje, niż chochlą, którą można się udławić. Ten cały medialny szum poznałem lata temu i proszę mi wierzyć, że nawet przez chwilę za nim nie tęsknię. Rafał Podraza: Był Pan cudownym dzieckiem: lekcje śpiewu, fortepianu, tańca, do tego szybki debiut w teatrze… Nie ma Pan wrażenia, że za szybko wszedł w dorosłość? Michał Bajor: Od zawsze wiedziałem, że będę artystą. I nie były to jakieś małe marzenia czy dziecinna intuicja, ale absolutna pewność. Kiedy miałem pięć lat, rodzice kupili telewizor, gdzie na jedynym programie, który wtedy istniał, występowali piosenkarze, grali aktorzy. Ja wtedy gasiłem telewizor i mówiłem, że umiem lepiej. I śpiewałem, i grałem po swojemu, ku uciesze domowników. Przygodę ze sceną zacząłem więc jako mały chłopiec i w dorosłość zawodową wszedłem bez strachu i stresów. Dzisiaj, z perspektywy czasu, nie mam wrażenia, że coś stało się za szybko. Wręcz nawet wspominam tamten okres jako coś wyjątkowego. Michał Bajor to dzisiaj dla Polaków pieśniarz. Nie ma Pan do siebie pretensji, że zaniedbał wyuczony zawód, czyli aktorstwo? To zaniedbanie, jak pan to nazywa, to dzisiaj pełna niezależność, pod każdym względem: i artystycznym, i prywatnym. To wielka satysfakcja wypełnionych po brzegi sal oper, filharmonii czy teatrów, w dodatku bez bywania w masowych programach telewizyjnych. To luksus nieuczestniczenia w upokarzających często tzw. castingach, pustych rautach, decyzjach o moim losie dyrektora teatru czy producenta filmowego. To wreszcie dysponowanie swoim czasem tak, jak ja mam na to ochotę. Nawet się pan nie domyśla, ilu artystów dramatycznych zamieniłoby się ze mną! Ponadto nie rozumiem, w czym gorszy jest zawód piosenkarza od zawodu aktora, zwłaszcza w tym gatunku muzycznym, jaki reprezentuję?... Byłem i bywam aktorem, jestem pieśniarzem, ale tej różnicy nie zauważam. „Wyuczony zawód”? Przepraszam, ale nie rozumiem... Tylko w Polsce artystom przypina się łatki zawodowe. Na świecie twórcy mają po prostu swoje imię i nazwisko. I to bez względu na

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

to, co w danej chwili im w duszy artystycznie zagra. Aktorzy fotografują, tancerze reżyserują, piosenkarki dostają Oscary, a aktorki zdobywają muzyczne Grammy… I ja tak się czuję. Wielu artystów odcina się od Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Pan nie ma z tym problemu. Dlaczego – Pana zdaniem – inni tak próbują ukryć w swojej biografii zielonogórski epizod? Trzeba byłoby o to ich zapytać, ja nigdy nie miałem z tym problemu. Był to jeden z wielu młodzieżowych festiwali. Nikt tam nie jechał za karę, a tym bardziej z powodów politycznych – bzdura. Przecież mieliśmy po kilkanaście lat, akurat ja niecałe 16. Chcieliśmy śpiewać, śpiewać i jeszcze raz śpiewać. W moim przypadku zielonogórski festiwal nie był epizodem. Dostałem nagrodę jury i dziennikarzy, kilka razy bisowałem, zdobyłem ogromną sympatię publiczności. Na plaży w Kołobrzegu wołano na mnie po nazwisku, a organizatorzy festiwalu Sopot 73 zaprosili mnie, jako gościa, do otwarcia drugiego, międzynarodowego, dnia tego festiwalu: tego dnia, którego Maryla Rodowicz brawurowo wyśpiewała Grand Prix piosenką „Małgośka”. Światowej dziś sławy Agnieszka Holland zaprosiła mnie wtedy do swojego telewizyjnego debiutu, a już trzy lata później komisja szkoły teatralnej w Warszawie patrzyła na mnie jak na chłopaka obytego ze sceną, a nie jak na wystraszonego debiutanta... I od czego mam się tutaj odcinać? Ma Pan nienaganną dykcję, czego daje Pan dowód w wielu piosenkach, choćby w „Walcu na tysiąc pas” czy „Pali się”. Lubi Pan muzyczne i językowe wyzwania? W przedstawieniu muzycznym „Brel” w reżyserii Wojciecha Młynarskiego w warszawskim Teatrze Ateneum zaśpiewałem sławnego Brelowskiego walca. I poszła fama, że takie karkołomne wygibasy językowe dobrze mi wychodzą i są bardzo widowiskowe. Twórcy zaczęli pisać więc kolejne, ale już z myślą o mnie – i to coraz trudniejsze. Ale nie ma tak wesoło. Już nie przychodzi mi to z taką łatwością. Przekroczyłem tzw. połowę życia już kilka lat temu, więc i dykcja też trochę, nazwijmy to delikatnie, się zużyła. Walca Brela wyrzuciłem z repertuaru na zawsze. Inne, od czasu do czasu, śpiewam, ale bardziej uważnie i wolniej. Niemniej cieszę się, że uchodzę za wokalistę, u którego zrozumienie tekstu nie jest u słuchacza jego zgadywaniem. Pracuje Pan z największymi tuzami. Jak ocenia Pan dzisiejszą polską scenę muzyczną, kompozytorską i tekstową, która – moim zdaniem – nie obfituje w charyzmatycznych artystów i autorów? – Mamy wiele wspaniałych indywidualności! Paru


76 Foto: Przemysław Kokot

PRAGNIENIE PIĘKNA N U M E R 01 / 2 012

Piękno dla mnie to każdy kończący się dzień, kiedy mogę zasnąć. Ale pięknem jest dla mnie także każdy kolejny dany mi dzień, w którym się budzę.i

młodszych, dobrych kompozytorów i autorów tekstów też by się znalazło. Ale obok tych wielu świetnych artystów jest niestety kilkuset, których za wielkich każą nam uznawać. Proszę mi wybaczyć, ale nie jestem arbitrem w wydawaniu ocen poszczególnym wykonawcom. Powiem krótko: to wspaniałe, że jest pilot w TV, przycisk do zmiany programu w radio, a także możliwość kupienia w sklepie płyty artysty, którego lubimy. A każdy z nas wybiera sobie coś na miarę swojej edukacji kulturalnej, osobistej wrażliwości i, co bardzo ważne, gustów wyniesionych z domu i ze szkoły. Tylko tyle i aż tyle... Czy słuchając „gwiazd” wykreowanych przez media, nie ma Pan wrażenia, że powinno przywrócić się egzamin, dający uprawnienia estradowe?

Mnie najbardziej przeraża i niestety już trochę nuży ta ogromna ilość programów, w których prezentują się, często bardzo zdolni, młodzi, pełni energii i nadziei wykonawcy. I mało z tego wynika. Ich często niekwestionowany sukces chwili taką chwilą, niestety, pozostaje na zawsze. Telewizje mają swój tzw. format, zarabiają nieprawdopodobne pieniądze na tzw. oglądalności i reklamach. A najwięksi wygrani tych programów to jurorzy i prowadzący, którzy ferują, poza wyjątkami, jak Elżbieta Zapendowska, wyroki wielkiej kariery prawie każdemu kolejnemu wykonawcy. I na tym koniec. A osoby te, nawet bardzo zdolne, są sławne parę dni, tygodni, najdłużej do kolejnej edycji programu. Nikt im nie pomaga, nikt ich dalej nie rozwija, a widzowie bardzo szybko o nich zapominają. I – o ironio – często ci, którzy wygrali, są zapominani jako pierwsi, a ci, którzy


uplasowali się na dalszych miejscach, faktycznie robią kariery, np. wspaniała Ania Dąbrowska. Cóż… Inne czasy, więc czy z egzaminem, czy bez, jakie to ma dzisiaj znaczenie? Śpiewa Pan w kilku językach: angielskim, francuskim, włoskim – poliglota? Niestety, nie. Może to małe wytłumaczenie, ale należę do pokolenia, które nie miało aż takich motywacji do nauki języków obcych. A potem przyszła tzw. kariera i wszystko inne wydawało się ważniejsze. Dzisiaj bardzo żałuję, bo mimo iż śpiewam w wielu językach, to porozumiem się tylko po angielsku. I też nie mogę powiedzieć, że mógłbym pomówić w tym języku o filozofii duszy… Przed laty, na wieczne oddanie, pożyczył Pan od Krystyny Jandy piosenkę „Ogrzej mnie”. Czy były jakieś wymówki ze strony aktorki, że to Pan zrobił z tej piosenki przebój, a nie ona? Krystyna Janda to wielka osobowość, świetna aktorka i mam z nią związane tylko mocne, pozytywne wspomnienia. To ona poleciła mnie reżyserowi Edwardowi Żebrowskiemu do głównej roli w filmie „W biały dzień”. Od tego filmu zaczęła się moja praca z najlepszymi reżyserami. To właśnie Krystyna po „Ogrzej mnie” w Sopocie pierwsza gratulowała mi występu i powiedziała: „Jak oddasz się na poważnie piosence, to odniesiesz prawdziwy sukces. W przeciwnym razie będzie to tylko jeden z twoich środków artystycznego wyrazu”. I tak się stało. Bez osobistej histerii „zamieniłem” się w pieśniarza. A dzisiaj, z recitalem piosenek francuskich, w genialnych tłumaczeniach Wojciecha Młynarskiego, jestem gościem dyrektor Krystyny Jandy w Polonii. Nic dodać, nic ująć… Ewa Demarczyk, Edyta Geppert, Grzegorz Turnau, Pan – to wielkie osobowości w piosence, gdzie tekst i muzyka są bardzo ważne. Ale chyba trudno być artystą niezbyt znanym w masowym odbiorze? – Od lat, zupełnie nierozpieszczany przez media, mam – od września do maja – po kilkanaście koncertów w miesiącu. Rok w rok. A w dorobku fonograficznym 17 płyt. I fantastycznie się czuję w towarzystwie wielkich artystów, których nazwiska pan wymienił. Nie dbam o masowego widza. Przepraszam – on nie dba również o mnie... Więc jesteśmy kwita. Mam swoją fantastyczną publiczność i nie zamieniłbym jej nawet na chwilę medialnego blichtru. Podobno bardzo Pan ostatnio „gwiazdorzy”?... Nie rozumiem pana pytania. Tym bardziej po tym wszystkim, co powiedziałem wyżej. Należy Pan do artystów, którzy nie pchają się na okładki prasy kolorowej. Nie udzielają setek

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

wywiadów. Dlaczego? Okładka w poczytnym magazynie to popularność, a co za tym idzie większa rozpoznawalność? Kalina Jędrusik, która na zawsze przeszła do historii polskiej kultury, powiedziała niegdyś do wielkiego Gustawa Holoubka: „Guciu drogi, myśmy już byli”. W tym krótkim zdaniu mieści się moja filozofia na dzisiaj. Wolę jeść łyżeczką, bo bardziej smakuje, niż chochlą, którą można się udławić. Ten cały medialny szum poznałem lata temu i proszę mi wierzyć, że nawet przez chwilę za nim nie tęsknię. Szczególnie w formie, w jakiej dzisiaj występuje w publikatorach. „Moje piosenki” z 2003 roku to podsumowanie Pana artystycznych dokonań, potrzeba zamknięcia kolejnego etapu w życiu czy czysty zabieg marketingowy? „Moje piosenki” to książka, która ukazała się przy okazji 30-lecia mojej pracy, więc prawie 10 lat temu. Tak samo jak i DVD o tym samym tytule. Swoje pierwsze honorarium za występ na scenie dostałem w Sopocie w roku 1973, więc za chwilę stuknie mi sceniczna czterdziestka. Trzeba będzie więc pewnie wznowić „Moje piosenki”, dołączając informacje i piosenki z kolejnego dziesięciolecia. Czym jest dla Pana piękno? Piękno dla mnie to każdy kończący się dzień, kiedy mogę zasnąć. Ale pięknem jest dla mnie także każdy kolejny dany mi dzień, w którym się budzę. Dziękuję za rozmowę.

Foto: Michał Stefaniak

77

Rafał Podraza - Dziennikarz, redaktor książek i poeta. Współpracował z tygodnikami: „Panorama Legnicka”, „Konkrety”, dziennikiem „Kurier Szczeciński”i magazynem „Prestiż”. Opublikował pięć tomików poezji oraz trzy książki m.in.: „Magdalena, córka Kossaka. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec”, która została wznowiona pod tytułem „Córka Kossaka”. Przygotował także do druku m.in. „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” Magdaleny Samozwaniec i „Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.


Pytanie do eksperta

78

JAK ZYSKAĆ, WYDAJĄC PIENIĄDZE?

Taki tytuł to na pierwszy rzut oka zaprzeczenie, ale postaram się udowodnić, że tylko na pierwszy rzut oka. Dlaczego? - pisze Radosław Cichy To oczywiste. Wszyscy coś kupujemy. Ba! Robimy to codziennie. Kupujemy wiele rzeczy i usług – od kanapki na drugie śniadanie, po kanapę do salonu. Nabywamy rzeczy, usługi, ale także stojące za nimi emocje. Zastanówmy się jednak, jak możemy na tym zyskać? Pewnie nie jestem pierwszą osobą, która o tym mówi, ale powiem, że ogromnie mnie fascynuje zagadnienie: „Co sprawia, że kupujemy właśnie to, a nie coś innego?”. Zawodowo zajmuję się optymalizacją decyzji zakupowych moich klientów. Pomagam im kupować „z głową’’ i tak, by mieli z tego frajdę. Jak to robię? Wszystko zależy od tego, jak kupujemy, czyli: czy mamy środki i czas żeby coś kupić oraz w jaki sposób chcemy te zakupy zrobić.

Online

Zadam zasadnicze pytanie: Czy lubisz robić zakupy? Jeśli nie, to pewnie kupujesz jak najszybciej i wolisz zapłacić więcej, niż okupić to zmęczeniem i złym samopoczuciem. I słusznie, bo warto dbać o siebie. Dla takich osób – ale nie tylko – polecam całkiem nowy w Polsce sposób robienia zakupów spożywczych przez internet. Opcja ta jest na razie dostępna w kilku sieciach supermarketów w niektórych największych miastach Polski. Zakupy dostarczane są zazwyczaj w ciągu 24 godzin. Ten sposób robienia zakupów ma szanse na powodzenie, ponieważ nie musi być drogi – przy określonej kwocie zakupów nic nie płacisz za dostawę, a produkty kupujesz w normalnych cenach sklepowych. Dzięki temu, że nie męczysz się w kolejce w super- lub hipermarkiecie, nie marnujesz czasu na dojazd i powrót z niego – zyskujesz wolny czas dla siebie. W czasie przedświątecznych oblężeń sklepów dla mnie osobiście to szczególne udogodnienie. Poza tym czy nie jest miło pomyśleć, że ktoś robi za mnie zakupy i mi je przywiezie, a ja mogę się w tym czasie zrelaksować i zrobić coś dla siebie, ot choćby poczytać coś lub wypić spokojnie filiżankę ulubionej kawy?

Na kredyt i nie tylko

A co w sytuacji, kiedy nie masz środków i chcesz coś kupić na kredyt? OK, ale nie rób tego bez sprawdzenia szczegółów oferty kredytu lub karty kredytowej, które oferują w sklepie. Sprawdź oprocentowanie, koszty (wysokość prowizji, opłat i ubezpieczeń), poproś o harmonogram na cały okres kredytowania i tabelę opłat i prowizji danego produktu. Dlaczego? Zdarzają się co prawda oferty bardzo korzystne, ale możesz też spotkać takie, które będą mniej korzystne od ofert bankowych. Co więc zrobić? Najlepiej mieć swojego doradcę finansowego aby zasięgnąć informacji lub sprawdzić samemu. Parafrazując znane powiedzenie: „Bądź przezorna i sprawdź przed faktem”. Gdy jednak masz środki, też warto o nie zadbać, czyli wydawać rozsądnie. Z doświadczenia jednak wiem, że często osoby zamożne szanują każdy grosz i dzięki temu oraz dzięki pomysłowości, przedsiębiorczości i kilku innym cechom budują swój majątek lepiej niż inni. Pozwól jednak, że przybliżę kilka możliwości zarabiania na wydawaniu swoich pieniędzy.

Samolotem po buty

Chcesz kupić jakieś eleganckie buty? Gdzie to zrobić? Najczęstsza odpowiedź: na wyprzedażach! Trzeba jednak uważać, ponieważ nie zawsze wyprzedaż to prawdziwa okazja. Warto sprawdzić, czy cena rzeczywiście jest niższa niż cena sprzed wyprzedaży. Takiej wątpliwości nie będziemy mieli w sklepach solidnych i posiadających dobrą opinię. Przykładowo: sezonowe oferty wyprzedażowe londyńskiego Harrodsa to gratka jakich mało. Opłaca się wtedy wydać pieniądze na przelot samolotem (wcale nie musi być drogi – patrz tanie linie lotnicze lub oferty przedsprzedażowe) i kupić upragnione buty czy inne rzeczy oraz wrócić za cenę niższą niż sama cena tych samych butów przed promocją. Co zyskujesz? Spełnienie marzenia o wybranych


Pytanie do eksperta

Rysowała: Justyna Domaradzka

79

butach, wycieczkę do Londynu, nowe doświadczenia, no i oczywiście poczucie swojej oryginalności – tych butów nie noszą inni wokół ciebie! Pewnie powiesz, że z innymi rzeczami nie jest tak łatwo? Otóż to nieprawda. Ze wszystkimi produktami jest podobnie. Ja osobiście bardzo lubię robić zakupy (to całkiem nie tak rzadkie u mężczyzn) i uwielbiam wyszukiwać okazje. Dlaczego? Bo lubię racjonalnie wydawać swoje pieniądze(lepiej płacić za coś mniej niż więcej), a tym samym zyskać część środków, które mogę spożytkować na coś innego.

sklepowi są wypoczęci i bardziej skorzy do rozmów). - Gdy znajduję coś, co mnie zainteresuje, to zdecydowanie przymierzam i sprawdzam, czy mi odpowiada.

Co robię, by racjonalnie kupować?

Jak widać, potrzeba nieco zaangażowania, aby zyskać (czytaj: zaoszczędzić) kupując, a więc wydając pieniądze. Warto, bo zyskujemy poczucie własnej zaradności i pomysłowości, kontroli finansów, okazji do sprawienia sobie przyjemności w ramach tego samego budżetu, poza tym – każdy kocha okazje. Pamiętajmy jednak, że życia nie da się zaplanować w 100% i czasem warto zrobić małe odstępstwo. Jeżeli coś ci się bardzo podoba – a nie ma przeceny, obniżki czy rabatu – proszę kupuj, a potem nie rób sobie wyrzutów, tylko ciesz się z tego i czerp radość z tego zakupu. Czasami przyjemność z kupienia jest tak wielka, że kwota na paragonie nie jest istotna. I ja przyłączam się do twierdzących, że warto mądrze kupować, ale też pozwalać sobie czasem na chwilę przyjemności i działanie pod wpływem impulsu.

- Sprawdzam, kiedy i gdzie są przeceny (posezonowe są największe). - Porównuję cenę tych samych produktów w porównywarkach cen w internecie oraz w sklepach tradycyjnych. - Sprawdzam ceny danych produktów w Polsce i za granicą (przesyłka z zagranicy wcale nie musi kosztować kroci). - Korzystam z zakupów grupowych (teraz planuję grupowe zakupy samochodów dla klientów). - Jeśli nie ma zniżek, a chcę coś kupić i wynegocjować obniżenie ceny, to idę na zakupy rano (wtedy sprzedawcy

Jeśli mam jakiekolwiek wątpliwości, to nie kupuję (wolę nie kupić niż potem żałować, że wydałem pieniądze na coś, z czegoś nie jestem zadowolony). – Czasami, dla możliwości porównania cen i innych ofert u konkurencji, proszę o odłożenie towaru do jutra (ale jeśli nie kupię, to dzwonię, aby o tym poinformować – nie palę za sobą mostów).

Radosław I. Cichy – finansista z wieloletnim doświadczeniem, właściciel i general manager w firmie doradztwa finansowego oraz szkoleniowej, doradca finansowy, coach, trener biznesu, mentor. / www.generalexpert.pl


Pytanie do eksperta

80

2013 – ROKIEM KRYZYSU?

Prognozy ekonomiczne nieubłaganie przewidują, że rok 2013 będzie skrajnie kryzysowy. Czarne scenariusze nie omijają Polski, do tej pory uznawanej za kraj, który przed kryzysem się obronił. O tym, czy w przepowiednie warto wierzyć i w jaki sposób przed skutkami ewentualnego kryzysu się bronić - opowiada dr hab. Tomasz Gruszecki. OPRACOWAŁ: Andrzej Gross / FOTO: materiały prasowe

Obawiam się, że w roku 2013 rząd polski postawił wszystko na jedną kartę – środki z Unii Europejskiej. A sytuacja z dofinansowaniami unijnymi jest coraz bardziej niepewna. Bez długoterminowej strategii budżetu unijnego każdy kolejny rok przynosić będzie bitwę o to, jak dzielić środki, w jakich proporcjach i kto ile ma dostać. To oznacza, że nie należy planować żadnych inwestycji, które finansowane są dłużej niż dwanaście miesięcy. Polska w 2013 roku wchodzi w okres wyczerpania zasobów, które umożliwiały przetrwanie kryzysu, więc spodziewać się należy niskiego PKB, na poziomie 1,8% lub nawet nieco niższym. Większy niż początkowo planowany będzie też z pewnością deficyt budżetowy. Zapowiadane przez rząd w 2012 roku plany obniżenia deficytu poniżej 3% PKB wydają się być nierealne. Obecne prognozy mówią także o 12-procentowym bezrobociu. To wszystko nie brzmi optymistycznie, ale prognoz, które uznałbym za katastrofalne – nie ma. PKB będzie niższy, ale do zera nie spadnie. Deficyt budżetowy nie powinien spowodować katastrofy w naszych kieszeniach, a bezrobocie – choć wysokie – zwiększać się drastycznie nie będzie. Porównując gospodarkę polską z innymi krajami europejskimi, wciąż nie jesteśmy w bardzo złej sytuacji. Nie zmienia to jednak faktu, że czeka nas już nie rok, ale trzy do czterech lat zmniejszonego tempa rozwoju gospodarki w obszarze inwestycji, tworzenia nowych miejsc pracy, utrzymania się wysokiego bezrobocia. Wszystkie te czynniki tworzą wizerunek postrzegany przez nas jako ciemną perspektywę przyszłości. W 2013 roku bałbym się więc bardziej wydarzeń społeczno-poli-

tycznych, niż strasznego dołu ekonomicznego, bo coraz gorzej postrzegane perspektywy mogą podwyższyć wskaźnik pesymizmu w społeczeństwie. Receptą na to powinny być działania skierowane na rozwój rynku pracy. Mamy coraz bardziej kompetentną i coraz lepiej wykształconą grupę młodych ludzi, która nie może wejść na tenże rynek. I wracam teraz do środków z Unii Europejskiej. Łudzimy się, że uratują... co? Tempo wzrostu gospodarczego? Że dzięki nim stworzone zostaną nowe miejsca pracy? Najpierw musimy te środki dostać. A co, jeśli ich nie będzie – a na to się zanosi? Planu B nie ma... Każdemu z nas radziłbym możliwie najwięcej oszczędzać. Jako przykład mogę przytoczyć służbę zdrowia: myślenie, że państwo przy obecnej wysokości składek jest w stanie zagwarantować każdemu godziwą opiekę medyczną, to hiperoptymizm. Na czym więc polegać? Na sobie, na swoich oszczędnościach. To samo można odnieść do każdej dziedziny życia, z którą związane są jakiekolwiek wydatki. Politycy natomiast powinni, zamiast zajmować się dzieleniem niepewnych funduszy unijnych, częściej rozmawiać ze społeczeństwem – także o sprawach niepopularnych. Bez strukturalnej reformy finansów publicznych, wprowadzenia prywatnych ubezpieczeń w służbie zdrowia, zmian w KRUS-ie – czyli reform niepopularnych – gospodarka w najlepszym razie będzie stać w miejscu. Niezależnie od tego, czy kryzys będzie mniejszy, czy większy. Nasz kryzys – przedłużająca się recesja – nie jest zresztą kryzysem tylko polskim, ale konsekwencją kryzysu europejskiego, a zwłaszcza strefy euro.

dr hab. Tomasz Gruszecki – członek Rady Centrum im. Adama Smitha, profesor w Instytucie Ekonomii KUL (były dyrektor tego instytutu), ekspert w zakresie instytucji finansowych, rynków finansowych oraz teorii przedsiębiorstw, były minister prywatyzacji w rządzie J. Olszewskiego, działacz opozycji „S” w latach 80.


81

POZYTYWNE STRONY ŻYCIA

PRZEŻYŁEM KONIEC ŚWIATA!

Dwudziestego pierwszego grudnia miał nastąpić koniec świata. Nie nastąpił. Znowu przepowiednie zawiodły. Nie było trzech ciemnych dni ani zwiększonego promieniowania magnetycznego, nie zasypał nas deszcz meteorów. Ludzkość nadal tkwi w swoim mrowisku, śniąc raje i koszmary, kochając się i nienawidząc, rodząc, lecząc i mordując się nawzajem… Nie wierzę w koniec świata spowodowany siłą od nas niezależną. Raczej sami się wytrzebimy, niż zrobi to za nas zwiększona aktywność słońca czy inne przekleństwo z kosmosu. by nas zalać, biorąc pod uwagę powiększającą się dziurę ozonową i topniejące lodowce, ale taki koniec jest dla mnie równie odległy jak Mars.

Tymczasem za każdym razem, gdy otwieram oczy po kilkugodzinnym śnie, uśmiecham się do siebie, bo widzę kolejny dzień i delektuję się przyjemnym procesem oddechu. Gdy myję zęby, smakuję zimną wodę. Jej chłód miło szczypie w twarz. Próbuję powoli smakować śniadanie, nie przełykać w pośpiechu, nawet jeśli się spieszę. Oczywiście podane przykłady to ideał koncentracji na wykonywanej czynności. Rzadko go realizuję, ale wiem, że jest możliwy do zrealizowania. Wreszcie gdy wychodzę z domu, łapię rytm własnego kroku i przyglądam się mijanym twarzom, budynkom, ulicom, otaczającemu mnie życiu… Jak dobrze, że obudziłem się dla następnego dnia! Wypłynąłem z sennej magmy w realność jawy. Przeżyłem kilkugodzinne unicestwienie zmysłów, by dalej trwać!

Mając na myśli możliwy koniec świata, mówię o katastrofie, której doświadczyła większość z nas (pomijam trapiące nas choroby). Mówię o śmierci ukochanych osób. Czy nie zabija ona świata, w jakim dotąd żyliśmy? Żałoba przecież odmienia nasze postrzeganie, odczuwanie, powonienie, słuch i smak. Na pięciu oknach naszych zmysłów (jak mawiał wybitny poeta angielski William Blake) pojawia się pęknięcie. To rysa po stracie miłości, jaką obdarzaliśmy i byliśmy obdarzani. W dodatku morduje nas poczucie pustki, która wmawia nam, że już nie wypełnimy jej niczym równie ważnym jak nasza strata.

Mam 38 lat, to około 14 tysięcy dni, a co za tym idzie – 14 tysięcy nocy lepiej lub gorzej przespanych, nocy będących moimi małymi końcami świata. Przeżyłem 14 tysięcy przebudzeń, osobistych zmartwychwstań. Być może ktoś zarzuci mi przesadę. Conocne zasypianie i codzienne przebudzenia to trochę naciągana zabawa w koniec i odzyskiwanie świata, skoro płuca wciąż pracują a serce bije. Przyjmuję ten zarzut i chcę w tym momencie powiedzieć o trochę innej katastrofie. Nie globalnej, ogólnoludzkiej, znowu osobistej, choć dla mnie równie poważnej. Bądźmy szczerzy, najbardziej boimy się o siebie samych. „Po nas choćby potop!” – darła się Madame de Pompadour, gdy przepuszczała pieniądze na balangach w Wersalu. Fakt, potop mógł-

Ale i na to natura znajduje sposób. Upływający czas, prócz okrucieństwa postępującej starości, niesie ze sobą ukojenie, goi rany, stępia pamięć, przechowującą zarówno obrazy szczęścia, jak i nieszczęścia. Życie cieszy nas dorastającymi dziećmi albo uszczęśliwia kolejną miłością. I w pewnym momencie katastrofa, która nas dotknęła, staje się na tyle odległa, że z pewnym zdziwieniem stwierdzamy: „Czy właśnie nie przeżyliśmy końca świata?”. Zaczynamy doceniać fakt, że po prostu jesteśmy. A kolejne przepowiednie globalnej katastrofy przyjmujemy z przymrużeniem oka. I nie ma znaczenia, czy przepowiadają ją Majowie, czy Eskimosi albo tysięczne klony Nostradamusa. Bo my już swoje wiemy. I jakoś nie boimy się.

Daniel Odija – polonista, dziennikarz, pisarz nominowany w 2004 r. do Nagrody Nike za powieść „Tartak”. Laureat Pomorskiej Nagrody Artystycznej za debiut roku 2001. Swoje opowiadania publikował w wielu periodykach literackich. Jego twórczość zaliczana jest do tzw. Prozy Północy.


MAGAZYN PRAGNIENIE PIĘKNA ZNAJDZIESZ W WIELU WYJĄTKOWYCH MIEJSCACH W CAŁEJ POLSCE, MIĘDZY INNYMI: Artplastica, Szczecin, ul. Wojciechowskiego 7 Air Charter Professional, Warszawa, Al. Jerozolimskie 96 Art. Clinique, Kraków, ul. Krakowska 39 Ambra Group, Kraków, ul. Pańska 20 A /2 Beauty4Ever, Warszawa, ul. Wołodyjowskiego 52 BIKOR, Gdańsk, ul. Piastowska 52 Centrum Konferencyjno-Wypoczynkowe Camproverde, Łódź, ul. Grabińska 43 Dolina Charloty Resort & Spa, Słupsk, Strzelinko 14 Gabinet dermokosmetyczny FB Naturalne Piękno, Wrocław, ul. Na Ostatnim Groszu 2 Głęboczek Vine Resort & Spa, Brzozie, Wielki Głęboczek 1 Helicopter.pl S. A., Warszawa, ul. Księżycowa 3 Hotel Amber Baltic, Międzyzdroje, Promenada Gwiazd 1 Hotel Atrium, Szczecin, al. Wojska Polskiego 75 Hotel Aquarius, Kołobrzeg, ul. Kasprowicza 24 Hotel Kongresowy - Business & SPA, Kielce, al. Solidarności 34 Hotel Magellan, Bronisławów, ul. Żeglarska 35/3 Hotel Malinowy Zdrój, Solec-Zdrój, ul. Leśna 7 Hotel Park, Szczecin, ul. Platanowa 1 Hotel Radisson Blu, Szczecin, pl. Rodła 10 Hotel Sarmata, Sandomierz, ul. Zawichojska 2 Hotel Senator, Dźwirzyno, ul. Wyzwolenia 35 Klinika Model – Med., Warszawa, ul. Mierosławskiego 19 Instytut Zdrowia i Urody Sharley Medical SPA, Warszawa, ul. Jana Pawła II 75 Jadwiga, Instytut Kosmetyczno-Medyczny, Laboratorium Bioodnowy, Dobroszyce, ul. Wojska Polskiego 25 Klinika VitroLive, Szczecin, al. Wojska Polskiego 103 Klinika VitroLive, Szczecin, ul. Kasprzaka 3A La Mania, Warszawa, ul. Wołoska 12 La Mania, Katowice, ul. Chorzowska 107 Make Up Institute, Szczecin, ul. Targ Rybny 4 Medycyna estetyczna dr Ilona Osadowska, Szczecin, al. Wojska Polskiego 92 Medycyna estetyczna dr Ilona Osadowska, Poznań, ul. Morawskiego 2c Medycyna estetyczna dr Ilona Osadowska, Warszawa, ul. Wiktorska 67C, Mokotów NANTES Nanolaboratory, Bolesławiec, ul. Dolne Młyny 21 Odyssey Club Hotel Wellness & SPA, Masłów, ul. Dąbrowska 3 Ośrodek Chirurgii Plastycznej Dr. Macieja Kuczyńskiego, Lublin, ul. Jaczewskiego 2 Ośrodek Chirurgii Plastycznej Dr. Macieja Kuczyńskiego, Nałęczów, al. Kasztanowa 6 Ośrodek Chirurgii Plastycznej Dr. Macieja Kuczyńskiego, Rzeszów, ul. Moniuszki 8 Pałac Mierzęcin, Dobiegniew, Mierzęcin 1 PAWO Sp. z o.o., Pabianice, ul. Sikorskiego 23/39 Polska Filharmonia „Sinfonia Baltica”, Słupsk, ul. Jana Pawła II 3 Sandra SPA, Pogorzelica, ul. Wojska Polskiego 3 Sekret Day Spa, Kielce, ul. Żytnia 12/2 Skin Clinic Med & Beauty, Warszawa, ul. Żaryna 7 SPAandGO, Warszawa, ul. Marynarska 15 Studio Soul Contour, Wrocław, ul. Gajowicka 170/2 Sun Flower, Police, ul. Piotra i Pawła 45 E Zakład Leczniczy „Uzdrowisko Nałęczów”, Nałęczów, Małachowskiego 5 Zespół Zamkowo–Parkowy, Baranów Sandomierski, ul. Zamkowa 20

SZUKAJ NAS TEŻ NA STRONIE WWW.PRAGNIENIEPIEKNA.PL

Numer 01/2013 (2) Magazyn bezpłatny www.pragnieniepiekna.pl REDAKCJA ul. Niedziałkowskiego 24 71-410 Szczecin, tel. 91 831 54 57 mail: redakcja@pragnieniepiekna.pl Redaktor naczelna Alicja Kapturska Zastępca redaktor naczelnej Izabela Magiera-Jarzembek tel. 501 970 888, mail: izabela.magiera@pragnieniepiekna.pl Współpraca: Radosław Cichy, Rafał Podraza, Michalina Ewus, Małgorzata Kalicińska, Barbara Grabowska, Daniel Odija, Anna Nowak-Ibisz, Justyna Domaradzka, Elżbieta Olechowska, Kalina Wojciechowska Redakcja językowa i korekta: Małgorzata Duda / dudowie.pl Druk: Eurodruk-Kraków Sp. z o.o WYDAWNICTWO Strefa Ciało Sp. z o.o. spółka komandytowa ul. Niedziałkowskiego 24, 71-410 Szczecin www.strefacialo.pl Dyrektor Andrzej Gross, tel. 502 592 345, mail: andrzej.gross@pragnieniepiekna.pl REKLAMA mail: reklama@pragnieniepiekna.pl Koordynator ds. reklamy i dystrybucji Renata Goszkowska, tel. 503 111 066, mail: renata.goszkowska@pragnieniepiekna.pl Dział handlowy: WARSZAWA: Grzegorz Głogowski, tel. 501 088 190, mail: grzegorz.glogowski@pragnieniepiekna.pl ŁODŹ: Krystyna Kurzawska, tel. 600 270 822, mail: krystyna.kurzawska@pragnieniepiekna.pl Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam.

NA OKŁADCE: Izabella Łukomska-Pyżalska FOTO: Szymon Brodziak Sukienka: TOMAOTOMO by Tomasz Olejniczak, Naszyjnik: VIENNA/ ZIEŃ Boutique


Pragnienie Piękna 1/2013  

Magazyn nie tylko dla kobiet - wydanie ogólnopolskie i szczecińskie; lifestyle, rozrywka, zdrowie i uroda.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you