Page 1

REPORTAÅ»

1


2


SPIS FELIETON TREŚCI REPORTAŻ

WIADOMOŚCI

HISTORIA

Letnie festiwale w Edynburgu

Patronka niepodległości Matka Boża w polskiej historii i malarstwie patriotycznym – cz. 2 20

4

Za nami trzecia edycja Dni Polskiego Dziedzictwa 5

5 Dni Polskiego Dziedzictwa

FELIETON

Isle of Wight Tutaj nie zapomniano o Polakach

6

Pora nauczyć się fizyki

24

POLAK POTRAFI!

LONDYN Upamietnienie Ofiar Mordu Katyńskiego

7

KUBUŚ – pojazd pancerny zbudowany podczas Powstania 26 Warszawskiego

8

PODRÓŻ DO...

PUBLICYSTYKA Nie ma jednej Europy Powracają symbole polskich miast

10

TEMAT NUMERU

Z aparatem przez Indonezję i Papuę-Nową 32 Gwineę

8 Nie ma jednej Europy

10 Powracają symbole polskich miast

ROZRYWKA

Nieustanna ofensywa gender

14

Bieg Rzeźnika – gra planszowa

35

100-lecie NIEPODLEGŁOŚCI

20 Patronka niepodległości (cz. 2)

Drogi do wolności (III)

Polski Magazyn w UK 76B Stanley Road L20 2AB Liverpool

kontakt@polskimagazyn.uk

www.polskimagazyn.uk Dyrektor marketingu Zbigniew Szary marketing@polskimagazyn.uk Redaktor naczelny Kajetan Soliński

17

Publicyści: Agata Summerell, Magdalena Grabowska, Aleksandra Walecka, Włodzimierz Bykowski, Paweł Domieracki, Michał Gackowski, Emanuel Kaja, Gracjan Kaja, Tomasz Niemas, Mateusz Soliński, Tomasz Sypniewski Korekta: Pracownia Ashena Skład i grafika Dzióbas Studio Druk: Mediapol Numer: 2019/6-7/5

Redakcja nie odpowiada za treści reklam i ogłoszeń. Redakcja zastrzega sobie prawo do skracania i przeredagowywania tekstów oraz obróbki nadesłanych zdjęć. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych. Poglądy zawarte w publikacjach są przekonaniami ich autorów i nie zawsze są zgodne z przekonaniami Redakcji. Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukcja i przedruk wyłącznie za zgodą wydawcy. Źródła zdjęć w Magazynie: pixabay.com, unsplash. com, pexels.com,123RF.com, freeimages.com, flickr.com oraz archiwa Redakcji i autorów.

24 Pora nauczyć się fizyki

32 Z aparatem przez Indonezję i...


FELIETON

Letnie festiwale w Edynburgu To właśnie dzięki letnim festiwalom Edynburg cieszy się sławą światowej stolicy teatru. Mimo że występy sceniczne należą do najistotniejszej i najbardziej rozbudowanej części programu, to na 4-miesięczną gigantyczną imprezę kulturalną składa się 12 niezależnych festiwali. Oprócz Edinburgh FRINGE Festival (EFF) i Edinburgh International Festival (EIF) wymienić należy m.in.: Edynburski Festiwal Filmowy (EIFF), Jazz and Blues Festival (EJF), Edynburski Festiwal Sztuki (EAF), Międzynarodowy Festiwal Książki (EIBF), Royal Edinburgh Military Tattoo oraz zamykający program Mela Festival. W tym roku pierwsze imprezy rozpoczęły się już na koniec kwietnia, natomiast gwóźdź programu, czyli oba

Mela Festival słynący z licznych atrakcji dla dzieci

festiwale teatralne (EFF i EIF) trwać będą od 2 do 26 sierpnia. Zaprezentowanych zostanie ok. trzech i pół tysiąca różnych przedstawień: sztuk teatralnych, oper, pantomin, widowisk tanecznych, spektakli ulicznych i popisów cyrkowych. Łącznie odbędzie się ponad 50 tys. prezentacji w blisko 400 lokalizacjach. Z tym faktem wiąże się celowe „rozciągnięcie” festiwali aż na cztery miesiące. Mimo że infrastruktura Edynburga, pod wieloma względami, jest specjalnie przygotowana pod coroczną obsługę tego gigantycznego wydarzenia, to fizycznie niemożliwa byłaby organizacja imprezy w znacznie krótszym przedziale czasowym. Z wieloletnich doświadczeń włodarzy stolicy Szkocji wynika, że miasto, liczące sobie nieznacznie ponad 500 tys. mieszkańców, jest w stanie przyjąć nieco ponad milion gości naraz, ale nie jest w stanie tej granicy przekroczyć. Tymczasem dane zebrane przez organizatorów wskazują, że tylko na dwa największe festiwale teatralne (EFF i EIF) przybywa właśnie około miliona widzów. Natomiast łączną liczbę wszystkich turystów w tym okresie, festiwalowych i nie tylko, szacuje się na około dwa miliony! Interesująca jest geneza tej – obecnie największej na świecie – imprezy tego typu. Tuż po drugiej wojnie światowej, aby ożywić życie kulturalne, władze miasta zainicjo-

4

wały pierwszą edycję Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego (EIF). Już wówczas kilka z odrzuconych przez komisję zespołów, na własną rękę, przygotowało i zaprezentowało swoje występy na obrzeżach miasta. Zapoczątkowało to proceder, który w kolejnych latach mocno przybierał na sile i z czasem zaczął funkcjonować pod nazwą Edinburgh FRINGE Festival – czyli dziesiątki, setki a następnie tysiące przedstawień prezentowanych w najróżniejszych lokalizacjach, które nie zmieściły się w zasadniczym nurcie festiwalu. W ten sposób ruch „teatrów odrzuconych” przekształcił się w potężnych rozmiarów samodzielną imprezę otwartą. Nie posiada jury, nie wymaga procesu kwalifikacji ani zaproszeń, a jedynie zgłoszenia udziału oraz możliwości przybycia do miasta i prezentacji sztuki. To właśnie za sprawą tej inicjatywy przeróżne miejsca Edynburga wypełnione są teraz nie tylko tradycyjnymi inscenizacjami ale też występami ulicznymi, setkami mimów, iluzjonistów, cyrkowców-akrobatów oraz niezliczoną ilością innych performerów. Niezależnie od faktu, że „oficjalny” nurt (EIF) jest nadal uważany za bardziej prestiżowy, to właśnie Edinburgh FRINGE Festival stanowi, bez porównania, największą, najbarwniejszą i przyciągającą najszerszą rzeszę turystów część festiwalu. (red.)


FELIETON REPORTAŻ

Za nami trzecia edycja

Dni Polskiego Dziedzictwa

W pierwszy weekend maja odbyła się trzecia edycja Dni Polskiego Dziedzictwa – Polish Heritage Days (PHD). Nowe święto ma przypominać o dokonaniach i zasługach naszych rodaków dla Zjednoczonego Królestwa, m.in. w okresie II wojny światowej. Jego zadaniem jest też zaakcentowanie roli i dużego wkładu wnoszonego, również obecnie, przez młodsze pokolenia Polaków do życia kulturalnego, gospodarczego i społecznego Wielkiej Brytanii. Mimo że zasadnicze obchody miały miejsce 4-5 V, to Ambasada RP w Londynie zachęcała wszystkie polskie i brytyjskie organizacje i instytucje do włączania się w celebrowanie przez cały miesiąc. Termin obchodów nawiązuje do uroczystości Konstytucji 3 maja i dlatego odbywa się co roku w pierwszy weekend przypadający po tej dacie. Zeszłoroczna edycja rozrosła się do imponujących rozmiarów, wielokrotnie większych niż pierwsza, inicjująca impreza w 2017 r. Złożyło się na nią około 80 przedsięwzięć, w któ-

rych wzięło udział 40 tys. osób. Natomiast w tym roku rozmach Polish Heritage Days niemal dwukrotnie przerósł poprzednią odsłonę. Odbyło się blisko 150 wydarzeń w około 100 brytyjskich miastach. W repertuarze przygotowano tak szerokie spektrum atrakcji, że chyba niemal każdy był w stanie znaleźć coś ciekawego dla siebie. Z punktów programu, cieszących się największym zainteresowaniem, można wymienić m.in.: wystawę poświęconą polskim pilotom z Dywizjonu 303, pokaz filmu „Lady Sue Ryder of Warsaw”, wykład o najsłynniejszym polskim szpiegu – Krystynie Skarbek, regaty o Puchar Ambasadora, paradę jachtów wokół Wyspy Wight, a także sporo innych wystaw i spotkań autorskich – przygotowanych w brytyjskich galeriach i centrach kultury. Nie zabrakło także koncertów – z repertuarem od muzyki poważnej do folku, pokazów i konkursów tanecznych oraz lokalnych festynów i pikników z degustacją tradycyjnych polskich potraw. Natomiast pasjonaci sportu mogli przebierać między licznymi meczami siatkówki, piłki nożnej oraz rugby.

55

Podobnie jak w poprzednich latach, oficjalnym symbolem projektu była biało-czerwona szachownica lotnicza – znak rozsławiony m.in. przez polskich pilotów walczących w bitwie o Anglię, a obecnie, dzięki działaniom promocyjnym ambasady RP w Londynie, także znak rozpoznawczy Polaków w Wielkiej Brytanii. Innym, ważnym aspektem święta jest pomysł wywieszania polskich flag, nie tylko na siedzibach polonijnych stowarzyszeń i organizacji ale także – przez Polaków na ich domach. Idea obchodów Dni Polskiego Dziedzictwa zakłada, że w najbliższej przyszłości, przy współpracy z brytyjskimi władzami, byłaby możliwość eksponowania polskich barw narodowych przez szereg instytucji publicznych, które podkreślałyby w ten sposób ogólnokrajowy charakter święta. Ambasador Rzegocki zasugerował, że wiąże się to z koncepcją, aby w dalszej perspektywie czasowej z Polish Heritage Days uczynić uroczystości podobne do Dnia Świętego Patryka. (red.)


FELIETON

Isle of Wight

Tutaj nie zapomniano o Polakach Isle of Wight to wyspa leżąca u południowego wybrzeża Anglii, na wysokości Southampton, znana dzisiaj głównie ze słynnego festiwalu muzycznego – Isle of Wight Festival. Dużo wcześniej, zanim zaczęła odbywać się ta impreza muzyczna, wyspa stanowiła ważne zaplecze stoczniowe dla Wielkiej Brytanii. To tam, w mieście Cowes, zbudowane zostały – na zamówienie polskiego rządu – m.in. ORP „Błyskawica” oraz ORP „Grom”. Jednak gdyby nie Polacy, miejscowość ta zostałaby zrównana z ziemią przez Niemców w 1942 r. Mieszkańcy do dzisiaj pamiętają o bohaterstwie naszych rodaków.

„Zbawiciele Cowes” Pod koniec kwietnia 1942 roku „Błyskawica” przypłynęła do tutejszej stoczni

w celu dokonania remontu. Została zadokowana i rozbrojona, zgodnie z regulacjami brytyjskiej Admiralicji, które zabraniały przetrzymywania broni na pokładzie naprawianego w dokach statku. Jednak po tym, jak parę dni później, kilka niemieckich bombowców dokonało nalotu rozpoznawczego nad miastem, przy okazji zrzucając pojedyncze bomby, kapitan statku Wojciech Francki postanowił, wbrew przepisom, solidnie uzbroić okręt. Jego przewidywania, co do kolejnych nalotów, sprawdziły się już w nocy z 4 na 5 maja. Nastąpił wówczas zmasowany atak na Cowes, w którym wzięło udział ok. 160 niemieckich bombowców. Na szczęście załoga „Błyskawicy” była już wtedy w pełni gotowa

ORP „Błyskawica”, 1941 r.

6

do walki. Uzbrojony po zęby polski niszczyciel okazał się zbawienny dla, nieposiadającej praktycznie żadnej obrony, miejscowości. Siła ognia pokładowego w dużej mierze powstrzymała nalot Luftwaffe. Załoga polskiego statku, prowadziła ostrzał niemieckich samolotów z taką skutecznością, że uniemożliwiła im wykonane zadania, jakim było zniszczenie Cowes i znajdującej się tam stoczni. Niemieckie bombowce zostały zmuszone do utrzymywania wysokiego poziomu lotu, co praktycznie uniemożliwiło im precyzyjne bombardowanie. Ponadto intensywność ognia, jakim odpowiedziano z pokładu polskiego niszczyciela, była tak duża, że miasto szybko zostało spowite kłębami dymu z dział przeciwlotniczych, a to dodatkowo zmniejszyło jeszcze efektywność ataku. Mieszkańcy opowiadali, że mimo zadymy pokrywającej okolicę widzieli rozgrzane do czerwoności, jarzące się lufy okrętu, które załoga polewała wiadrami wody, żeby móc kontynuować zażarty ostrzał. Po odparciu hitlerowskiego nalotu Polacy pomogli w gaszeniu pożarów i niesieniu pomocy poszkodowanym. Załoga pod komendą kapitana Wojciecha Franckiego została okrzyknięta wówczas „zbawicielami Cowes”. Gdyby nie waleczna postawa naszych marynarzy i rezolutność ich dowódcy, miasto zostałoby zrównane z ziemią.


FELIETON REPORTAŻ

Mniej Polaków, więcej chleba Dzięki Polakom, Cowes, które miało być całkowicie zniszczone, przetrwało niemiecki atak. Mimo że na to niewielkie miasto skierowano aż 160 ciężko uzbrojonych niemieckich bombowców, poniesiono niewielkie straty. Mieszkańcy nie zapomnieli o Polakach w trudnych czasach, tuż po II wojnie światowej. Wówczas, w wielu brytyjskich miejscowościach zaczęły pojawiać się na murach takie napisy jak np. „Mniej Polaków, więcej chleba”, a w brytyjskiej prasie brylowały nagłówki „Polacy, wracajcie do domu!”. Nasi żołnierze, chwilę wcześniej dosłownie noszeni na rekach, stali się nagle persona non grata. Pozbywano się z kraju polskich pilotów, którzy uratowali Wyspy przed niemiecką inwazją, przelewając krew za królową m.in. podczas bitwy o Anglię. Na ścianach, w pobliżu baz polskiego lotnictwa, wymalowano

hasło „Anglia dla Anglików”. Zapomniano także o zasługach I Dywizji Pancernej generała Maczka, na której tak niezawodnie polegano od lądowania w Normandii aż po zdobycie jednego z ostatnich przyczółków niemieckich – bazy w Wilhelmshaven. Podobny los spotkał marynarzy ORP „Błyskawica”. W związku z uznaniem przez Londyn stalinowskiej władzy narzuconej Warszawie, polski niszczyciel postanowiono przekazać sowieckiemu reżimowi, a załoga z dnia na dzień dostała rozkaz natychmiastowego opuszczenia okrętu. W przeprowadzonym wówczas sondażu, ponad połowa Brytyjczyków stwierdziła, że chce, by Polaków deportowano.

Lojalność małego miasta Z tego szokującego obrazu niewdzięczności wyłamało się niewielkie miasto – Cowes. To tam spora część marynarzy „Błyskawicy” znalazła schronienie i pra-

cę. Wielu z nich osiedliło się na dobre i założyło rodziny. Do tej pory na Isle of Wight mieszkają ich potomkowie. Od daty obrony Cowes przez Polaków, jej mieszkańcy po dziś dzień obchodzą rocznicę tego zdarzenia. Co roku, na początku maja, jest ono upamiętniane uroczystościami z udziałem władz miasta. W 2004 r. jeden z placów otrzymał nazwę „Francki Place”. Szczególnie huczny był jubileusz 75-lecia obrony miejscowości, zorganizowany w dniach 4-7 maja 2017 r. Wówczas w ciągu czterodniowego festiwalu przygotowano kilkadziesiąt imprez: koncertów, wydarzeń sportowych i wystaw, upamiętniających bohaterstwo polskiej załogi. Specjalnie na tę okazję do portu w Cowes przypłynęły także: okręt Polskiej Marynarki Wojennej ORP „Gniezno” oraz brytyjski niszczyciel Royal Navy – Type45 Destroyer. (red.)

LONDYN Upamiętnienie Ofiar Mordu Katyńskiego 14 kwietnia pod Pomnikiem Katyńskim na cmentarzu Gunnersbury, odbyły się IV Londyńskie Obchody Upamiętnienia Ofiar Mordu Katyńskiego. Organizatorzy z Komitetu Obrony Polski (KOP) uhonorowali także tych, którzy zginęli 10.04.2010 r. pod Smoleńskiem. Terminem „Zbrodnia Katyńska” określa się mord w Katyniu, Charkowie i Miednoje dokonany przez NKWD w 1940 r. na ponad 22 tysiącach polskich oficerów i podoficerów, przetrzymywanych w obozach przez władze sowieckie po 17 września 1939 r. Wyrok podpisali najwyżsi przedstawiciele rządu Rosji – ze Stalinem, Mołotowem i Berią na czele. Zasadniczym motywem tej zbrodni była chęć eliminacji polskiej inteligencji – bo krajem bez elity łatwiej jest rządzić. Przypomnieć należy, że znaczna część oficerów pochodziła z rezerwy, a w cywilu pełniła funkcje lekarzy, prawników, nauczycieli oraz członków administracji państwowej. Po dokonaniu morderstwa zwłoki wrzucano do masowych mogił, a w celu utrudnienia poszukiwań na miejscu zbrodni posadzono drzewa. W czasie kiedy NKWD zabijało polskich jeńców, ich rodziny stały się ofiarami masowej deportacji w głąb ZSRR. Według rosyj-

skich danych zesłano łącznie około 61 tys. Polaków, głównie do Kazachstanu. Od samego początku starano się ukrywać informacje na temat ludobójstwa. Stalin, pytany o zaginięcie oficerów, odpowiadał gen. Andersowi, że nie ma na ten temat bliższych informacji, ponieważ wszyscy więźniowie zostali zwolnieni i podobno uciekli do Mandżurii. Masowe mogiły odkryto w 1943 r., jednak nigdy nie rozliczono sprawców zbrodni. Po zakończeniu II wojny światowej temat Katynia nie został poruszony podczas procesu w Norymberdze. Następnie przez lata, niedawni sojusznicy Polski, bardzo skrupulatnie dbali o wyciszanie wszelkich wiadomości na ten temat. Tuszując prawdę o Katyniu ukrywano niewygodne dla siebie fakty, takie jak zdradę naszego kraju w 1939 r. i kolejną w 1944 r. Podczas londyńskich obchodów Krzysztof Jastrzembski (KOP) powiedział: – Zbrodnia Katyńska, to ludobójstwo wykonane przeciw Narodowi Polskiemu w czasie sojuszu miedzy Stalinem i Hitlerem – bo Polski miało nie być! (...) Chodziło o to, by wymordować elitę państwa polskiego, i podzielić Polskę miedzy sobą. Hitler zainicjował ludobójstwo na terenie Polski

77

w obozach koncentracyjnych od 1939 r. Zbrodnia Katyńska to jedna z odsłon holocaustu wykonanego na Polakach przez dwa marksistowskie reżymy. Kłamstwo o Mordzie Katyńskim trwało pół wieku, i było podstawowym założeniem PRL-u. Mimo że informacje o zbrodni zaczęły się pojawiać podczas wojny, alianci nie chcieli o tym słyszeć. W komunistycznej Polsce był zakaz nauczania, pisania i nawet mówienia o tym. (…)Widmo ohydnej zbrodni i zakaz dociekania prawdy ukształtowało dwa pokolenia Polaków pod sowieckim zaborem – mówił Jastrzembski. (red.)


PUBLICYSTYKA

Nie ma jednej Europy Wygląda na to, że Unia Europejska zaczęła się rozpadać. Dotychczas wystąpiła z niej tylko Grenlandia. Teraz, odłączy się Wielka Brytania – państwo o dużym znaczeniu gospodarczym, które do EWG przystąpiło w 1973 r. Wcześniej kanclerz Niemiec w znaczący sposób przyczyniła się do wywołania kryzysu emigracyjnego. Po okresie gorączkowego integrowania zachodniej i środkowej Europy następuje reakcja przeciwna. Wszystko zgodnie z koncepcją sinusoidy, która ma wstępować właściwie we wszystkich dziedzinach życia. Tak czy siak ciągle słyszymy w mediach: Europa, Europa, Europa. Wtedy zadaję sobie pytanie: Europa, czyli właściwie co? Geograficznie, Europa to zachodnia część największego kontynentu naszej planety, Eurazji. A kulturowo? Mieszanina narodów i

cywilizacji, które pojawiały się na jej terenie od tysięcy lat. Dlatego, by rozumieć co się w Europie dzieje, trzeba patrzeć z perspektywy historycznej, oceniać fakty znając ich genezę. W sumie jest to bardzo trudne, a w wielu przypadkach zupełnie niemożliwe, z powodu braku dowodów lub wielości interpretacji dostępnych źródeł. Dodatkowo najnowsze odkrycia archeologiczne oraz badania genotypów ludzi zamieszkujących na przestrzeni dziejów Europę zmieniają dotychczasowe ustalenia. Jedno odkrycie burzy układane przez lata teorie, wykazując, że wędrówki ludów mogły się odbywać nawet w przeciwnych kierunkach niż wcześniej myśleliśmy. W wielu przypadkach zapomina się też o wędrówce wpływów kulturowych. Przecież mogły się one odbywać bez fizycznego przemieszczania plemion, na podobnej zasadzie jak

88

dziś rozprzestrzenia się moda. W konsekwencji powyższych zastrzeżeń trudno dziś wierzyć historykom. Rzeczowej ocenie faktów i hipotez przeszkadza również pęd do nowego, bo nowe teorie bywają przyjmowane z wyjątkowym kredytem zaufania – w mojej ocenie zupełnie nieuzasadnionym. Widać to szczególnie w czasopismach i programach popularnonaukowych. Możliwość bywa przedstawiana jako fakt. Insynuuje się, że coś jest udowodnione, tylko dlatego, że wierzy się, iż uda się to udowodnić. W mediach ślepy pęd biegnącego stada wyznacza trendy oraz kierunki rozwoju myśli. Wierzymy, że podążamy we właściwą stronę, ale czy rzeczywiście tak jest? Może integracja europejska nie jest jedynym kierunkiem rozwoju, a jedynie marzeniem powtarzanym co jakiś czas przez osoby znajdujące się u władzy?


PUBLICYSTYKA REPORTAŻ Od jakiegoś czasu słyszę, najczęściej z ust europejskich polityków i dziennikarzy, wypowiedzi o konieczności obrony „europejskich wartości”, „europejskich osiągnięć cywilizacyjnych”, „europejskiej jedności”. Łapię się wtedy za głowę, a włosy stają mi dęba na łysinie, bo widzę, że znów próbuje się zamykać zepsute zamki wytrychami, a na stare, pokryte grzybem i popękane tynki, kładzie się nową farbę, która i tak za chwilę odpadnie. Pojęciem cywilizacji europejskiej posługują się również jej przeciwnicy. Dla islamistów wygodniej jest mówić o jednym, europejskim wrogu, bo jego obraz trzeba w świadomości wojownika uprościć. Tymczasem nie ma jednej Europy, nie ma uniwersalnych europejskich wartości, bo od wieków jest ona podzielona. Dogłębnie, na poziomie aksjomatów, z których buduje się pojęcia. Dlatego od lat na kontynencie toczy się wojna idei, które niczym mityczny Saturn zaczynają zjadać własne dzieci. Zaczynając rozważania na temat europejskich podziałów, można by sięgnąć nawet do archaicznej Grecji lub starożytnego Rzymu, wspomnieć, że w szczytowym okresie Cesarstwo wymagało reformy i dlatego Konstantyn Wielki przyjął jako religię państwową chrześcijaństwo, co umożliwiło jej dalszy rozwój. Wiele osób dziś nie zdaje sobie sprawy lub z powodów ideologicznych odrzuca fakt, że to właśnie nowa religia przyczyniła się do rozwoju nauki, ponieważ zrywała z irracjonalnymi wierzeniami, w których wszystko zależało od widzimisię bogów i demonów. Chrześcijaństwo było religią nowoczesną, umożliwiającą pogodzenie jej z ówczesnymi poglądami naukowymi. Od samego początku dążyło ono do stworzenia spójnego systemu łączącego filozofię, naukę i religię w całość. W tamtym czasie było to posunięcie rewolucyjne. Rozwija-

ła się logika, a szczególnie metody dowodzenia, bo istnienie Boga udowadniano metodami naukowymi. Mało tego, natura, ot cały świat, nabierał w ujęciu chrześcijańskim sensu. To co się działo było celowe, ukierunkowane. W chrześcijańskiej teologii nie było przypadku burzącego system, nieoczekiwanych zmian wynikających z seksualnych zachcianek Zeusa lub pomniejszych bóstw. Świat był konsekwencją planu zamierzonego przez jedynego, prawdziwego Boga, który stworzył Wszechświat. Nawet najazdy barbarzyńców zaczęto interpretować jako kary lub dopusty boże, mające na celu skierować wiernych na właściwą drogę. Chrześcijaństwo dało człowiekowi wolną wolę, zrównało ludzi, bo dla jedynego Boga biedak był tak samo ważny jak bogacz. Nowa religia wywyższyła również człowieka jako najdoskonalsze stworzenie, a przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa dokonało się jego przebóstwienie. Staliśmy się równi aniołom i możliwe było rozumowe poznanie świata. To była przełomowa zmiana w myśleniu o człowieku! Nigdy jednak wszyscy nie myśleli tak samo. Zawsze powstawały nowe odłamy, zawsze pojawiały się herezje, sekty. Już za Konstantyna Wielkiego było trzeba rozwiązać problem z donatystami, byli arianie, byli zwolennicy religii pogańskich i gnostyckich. Na mapie świata pojawiały się nowe pogańskie ludy, a Cesarstwo rozpadło się na dwie części, z czego zachodnie podzieliło się dalej na wiele małych państw, a wschodnie zostało ostatecznie podbite przez ludy związane z islamem. W efekcie Europę łączyło tylko chrześcijaństwo, dzieliła zaś reszta. W końcu nastąpił też rozłam na rzymski katolicyzm i wschodnie prawosławie. Papiestwo dotykały kryzysy, mieliśmy wielką schizmę, a w konsekwencji nawet kilku pa-

9

pieży. Kolejnego rozłamu dokonała reformacja, która już na samym początku dzieliła się na wrogie sobie nurty: luteranizm i kalwinizm (początkowo jego rolę pełnił zwinglizm). Wkrótce zaczęły powstawać kościoły narodowe, których genezę, mówiąc kolokwialnie, należy szukać w skoku na kościelną kasę. Tak było w Anglii, Danii, Szwecji. Od przełomu XVII i XVIII wieku dominacja chrześcijaństwa została zachwiana przez libertynizm, masonerię i idące za nimi Oświecenie, które ostatecznie dokonało zerwania z ideą jedynego Boga w Trzech Osobach. Podzielona religijnie na kilka nurtów chrześcijańskich, została Europa przełamana; na zacofaną religijnie i postępową ideologicznie. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej zaczęto próbować wprowadzać społeczne modele, których owocem miało być pojawienie się nowego człowieka. Tak czynili komuniści, tak czynili faszyści, naziści, a dziś tak czynią ideolodzy wolnego rynku, konsumpcjonizmu oraz spadkobiercy hippisowskich ruchów lewicowych czekających na erę wodnika. Czy w takim przypadku można mówić o jednej Europie, o jakiś uniwersalnych ideach europejskich, kiedy katolicyzm, z jego obroną życia od poczęcia, nierozerwalnością małżeństwa mężczyzny z kobietą jest w skrajnej opozycji do świata pozornej wolności, gdzie płeć, role społeczne zależą od widzimisię wyborców i ustawodawców, którzy narzucają człowiekowi coraz to nowe ograniczenia w postaci niezliczonej ilości przepisów? Nie, nie ma jednej Europy! I tak, jak w Ewangelii, zasłona starotestamentowego Przybytku została rozdarta na pół, tak samo flaga europejskich wartości została nieodwracalnie pocięta. Dziś nad Unią Europejską wisi podarta szmata, w wielu przypadkach biała.

Włodzimierz Bykowski


PUBLICYSTYKA Zamek Ogrodzieniec

Powracają

symbole polskich miast W wielu polskich miejscowościach znacznie przyspieszył, bądź doczekał się wreszcie szczęśliwego finału proces przywracania symboli naszego dziedzictwa kulturowego. Na swoje miejsca powracają dawne pomniki, programowo i z zawzięciem niszczone przez Niemców i Rosjan podczas okupacji. Te same były następnie zakazane w PRL-owskim reżimie, a po ’89 r. nadal zwalczane przez liczne grono „fanów komunizmu” bądź zwolenników europejskiej „poprawności politycznej”.

Bożej, który ufundowany został prawie 230 lat temu – przez mieszczanina z miasta św. Wojciecha – Piotra Gostomskiego. W 1940 roku został zburzony przez niemieckiego okupanta. Po wojnie nie doczekał się odbudowy. Znajdował się na „czarnej liście” komunistycznych władz ze względu na religijną symbolikę – miał kształt ponad sześciometrowego ostrosłupa, na którym umieszczony był piktogram ze znakiem oka wpisanego w trójkąt otoczony promieniami – oznaczający Trójcę Świętą.

GNIEZNO i „Boże Oko”

Przy pomniku mieszkańcy żegnali wojsko wychodzące na front i tu także spotykano się i modlono się w czasie ważnych świąt i uroczystości. Posąg potocznie określany był jako „Boże Oko”. W 2014 roku przy Towarzystwie Miłośników Gniezna zawiązał się komitet, który za cel obrał sobie jego odbudowę. Projekt udało się sfinalizować pod koniec 2018 r., uświetniając

Wśród wielu miejscowości na mapie Polski, w których po dziesiątkach lat starań udało się odbudować statuy, będące niegdyś symbolami miasta, znajduje się Gniezno. Pod koniec minionego roku zakończono rekonstrukcję najstarszego gnieźnieńskiego monumentu – Pomnika Opatrzności

10

tym samym obchody jubileuszu 11 listopada w Grodzie Lecha.

POZNAŃ i Pomnik Wdzięczności Pomnik Wdzięczności został wzniesiony w Poznaniu ze składek społecznych w 1932 roku – jako votum dziękczynne za odzyskanie niepodległości. Monument miał formę łuku triumfalnego o wysokości 12,5 m i szerokości 22 m. Od strony frontowej w środkowej wnęce znajdowała się wysoka na 4 m, odlana z brązu, figura Chrystusa. Nad bocznymi przęsłami widniały dwa medaliony: po lewej stronie – przedstawiający papieża Piusa XI, a po prawej – prymasa Polski Edmunda Dalbora. Stronę północną pomnika ozdabiały płaskorzeźby z wizerunkiem rycerza w husarskiej zbroi oraz żołnierza w polowym mundurze i hełmie, trzymającego karabin. W środkowej wnęce znajdowała się alegoryczna płaskorzeźba przedstawiająca trzy


PUBLICYSTYKA REPORTAŻ stany współczesnej Polski, skupione pod wspólnym godłem. Pomnik zburzono w 1939 r., decyzją niemieckiego najeźdźcy, a figurę przetopiono. Ocalał tylko fragment – dwa błogosławiące palce Jezusa, które udało się ukryć polskim robotnikom w trakcie demontowania rzeźby. Szczątki te są do dziś przechowywane w poznańskim Muzeum Archidiecezjalnym. Działania zmierzające ku odbudowie tego ważnego symbolu trwają już od wielu lat. Centralny element monumentu, czyli figura Jezusa Chrystusa, jest już wykonany i został tymczasowo umiejscowiony przed kościołem św. Floriana, przy ulicy Kościelnej. Społeczny Komitet Odbudowy Pomnika Wdzięczności zebrał także pokaźną kwotę – ponad 300 tys. złotych, na dokończenie projektu, jednak ini-

cjatywa nadal jest torpedowana przez prezydenta miasta – Jacka Jaśkowiaka (PO). Przewodniczący komitetu odbudowy, prof. Stanisław Mikołajczak, podczas wywiadu dla PAP powiedział wprost, że przywrócenie Poznaniowi tej historycznej statuy będzie możliwe

dopiero po zmianie władz miejskich. – Gdyby Platforma Obywatelska nie blokowała odbudowy, pomnik dawno by już powstał – poinformował prof. Mikołajczak.

Centralny element Pomnika Opatrzności Bożej w Gnieźnie – tzw. „Boże Oko”

Pomnik Opatrzności Bożej w Gnieźnie – wizualizacja na pocztówce

11


PUBLICYSTYKA

Popiersie Józefa Piłsudskiego w Bydgoszczy wykonane przez Gracjana Kaję (fot. Jacek Nowacki)

BYDGOSZCZ i rzeźba Józefa Piłsudskiego

biony został z betonu i obłożony ze wszystkich stron płytami z piaskowca.

W 1931 r., dla upamiętnienia wizyty Józefa Piłsudskiego w Bydgoszczy, na placu przed wejściem głównym do gmachu ówczesnej Szkoły Podchorążych dla Podoficerów przy ul. Gdańskiej 190, odsłonięto pomnik Marszałka. Na froncie cokołu widniał napis: „Wodzowi narodu wcieleniu polskiego bohaterstwa Józefowi Piłsudskiemu w hołdzie Podchorążowie 1931.” Pomnik został zburzony przez Niemców zaraz po wybuchu II wojny światowej.

– Wraca do Bydgoszczy po kilkudziesięciu latach pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego – powiedział podczas ceremonii odsłonięcia poseł Bartosz Kownacki. Przypomniał także słowa Józefa Piłsudskiego, który 100 lat temu mówił rozgoryczony, że oczekiwania Polaków, by niepodległość kosztowała 2 grosze i 2 krople krwi, stanowi również dzisiaj wielkie wyzwanie dla patriotów. – Niepodległość to nie dwie krople krwi, to praca od rana do wieczora, to praca całym sobą – zaznaczył Kownacki i takiej postawy wobec Polski życzył żołnierzom Wojska Polskiego.

Prace nad odbudową statuy udało się zakończyć tuż przed 11 listopada minionego roku. W przeddzień 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w Inspektoracie Wsparcia Sił Zbrojnych w Bydgoszczy został odsłonięty zrekonstruowany monument. Twórcą popiersia Marszałka jest Gracjan Kaja. Artysta wykonał rzeźbę w brązie. Cokół zro-

Szlak ORLICH GNIAZD i rekonstrukcja zamków Imponujący pomysł obecnej władzy – odbudowania zamków ze Szlaku Orlich Gniazd – ma duże znaczenie dla naszej tożsamości narodowej.

12

Nie tylko w wymiarze edukacji o losach przodków, ale także wychowywania przyszłych pokoleń. Pokazując gruzy przypominamy przede wszystkim porażki, natomiast prezentując monumentalne twierdze, uczymy poczucia wartości narodowej i wskazujemy na stabilność starego porządku, który, w gruncie rzeczy, nigdy nie zginął. Wręcz przeciwnie. Mimo dzieła zniszczenia dokonanego przez zaborców, a następnie przez niemiecką i rosyjską okupację, nasza tożsamość narodowa trwała – i wciąż trwa – w sercach Polaków. Odbudowa zamków prowadzi także znacznie dalej – do refleksji nad przyszłością naszego kraju. Czy chcemy Polski ze stabilną, godną władzą i odpowiedzialnymi elitami, które dbają także o przywracanie symboli naszej spuścizny kulturowej? Czy raczej wolimy ekipę, dla której nadrzędnym celem jest, niemal poddańcza, realizacja wszyst-


PUBLICYSTYKA REPORTAŻ kich poleceń płynących z Brukseli – w tym także tych, które mają służyć odrywaniu nas od tradycji i kulturowemu wynaradawianiu? Jak wiele trudnych do naprawienia szkód spowodowały rządy grup, które kierowały się przede wszystkim własnym interesem, Polskę traktując jak stragan, z którego można wszystko wyprzedać, pokazuje właśnie kwestia odbudowy pomników bohaterów i najważniejszych zamków.

„Pożyteczni idioci” Procesowi rekonstrukcji niemal każdego historycznego monumentu towarzyszy zajadły opór różnych grup, które za wszelką cenę starają się nie dopuścić do przywracania symboli świadczących o naszej historii i kulturze. Na tym przykładzie widać jakie spustoszenie w mental-

ności części polskiego społeczeństwa spowodowały zarówno lata reżimu PRL jak i czas po 1989 r., kiedy większość ekip, będących kolejno u władzy, używała w różny sposób frazeologii mającej wzbudzać w Polakach wstyd do własnej spuścizny i potrzebę gonienia za modnymi „zachodnimi standardami”. Żniwem tej polityki jest między innymi agresywny sprzeciw różnych środowisk wobec rekonstrukcji pomników i rzeźb, które odnoszą się do naszej katolickiej tradycji. Elementy takie jak krzyż, mają podobno ranić uczucia osób, które nie czują się związane z Kościołem oraz obrażać wyznawców innych religii. Taka jest właśnie w uogólnieniu narracja Unii Europejskiej. Zadziwiająco podobne cechy – walki z polskością przez nękanie Kościoła

oraz walki z Kościołem przez niszczenie polskości – charakteryzowały działania naszych zaborców, a później okupantów. Zwłaszcza Niemcy i Rosjanie, niemal z matematyczną precyzją oraz zawziętością szaleńca, wyszukiwali i likwidowali wszelkie symbole świadczące o związku Polaków z katolicyzmem. Zastanawiając się teraz, w XXI wieku, nad przykrym fenomenem współczesnych sympatyków komuny czy unijnej quasi-dyktatury, można dojść do wniosku, że historia zatoczyła koło. Po upływie niemal stu lat, termin „pożyteczni idioci” – wymyślony przez Lenina, jako określenie zachodnich dziennikarzy wychwalających rewolucję i sowiecki reżim – okazuje się w tym nowym kontekście bardzo aktualny.

Kajetan Soliński

po lewej: uroczystości pod Pomnikiem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Poznaniu (tzw. Pomnik Wdzięczności) w 1932 r., po prawej: zrekonstrowana rzeźba Chrystusa – centralny element zburzonego przez Niemców w 1939 r. Pomnika Wdzięczności.

13


TEMAT NUMERU Krakowski Marsz dla Życia i Rodziny

Nieustanna ofensywa gender Przyglądając się kolejnym poczynaniom środowisk LGBT, czy to w Polsce czy w krajach Europy zachodniej, nie można nie zauważyć, że propagatorzy ideologii gender nie lubią popadać w stan, choćby zbliżony do stagnacji. Wprost przeciwnie. Regularnie słyszy się o kolejnych inicjatywach, kampaniach społecznych, programach edukacyjnych czy nawet projektach ustaw, których celem ma być pogłębianie społecznej świadomości, wzrost tolerancji wobec osób identyfikujących się z LGBT oraz zapewnienie im praw. Oczywiście, kolejnych praw, gdyż osiągnięte już w danym kraju przywileje są jedynie trampoliną do wysuwania dalszych roszczeń. Stopniowo próbują sięgać po więcej. Można by stwierdzić, że są w nieustannej ofensywie. Żeby zrozumieć poczynania propagatorów ideologii gender, ich dążenia, trzeba wiedzieć, czym w istocie jest ich koncepcja postrzegania człowieka. Trzeba sięgnąć do jej korzeni. Wielu współczesnych filozofów chrześcijańskich postrzega genderyzm jako pewną mutację marksizmu. Głoszoną, podobnie do marksizmu, jako teorię

naukową. I podobnie jak marksizm – z gruntu fałszywą, bo zbudowaną na fundamentalnym błędzie, przez ludzi, którzy odrzucili nie tylko Boga, ale i rozum. A budując fałszywą koncepcję człowieka, próbując odwieść ludzi od prawdy, za narzędzie obrali kłamstwo. I jak wszelkie teorie oparte na fałszu, by bronić wykreowane przez siebie kłamstwa, gender potrzebuje rzeszy ludzi – budowniczych kolejnych iluzji, bądź korygujących te wcześniejsze. Gender posługuje się prawdziwie armią wojowników oddanych tej idei, w przeciwieństwie do prawdy, która broni się niemalże sama.

Choć ideologia gender jest spowinowacona z marksizmem, zdaniem papieża Benedykta XVI jest od niego gorsza, ponieważ niszczy istotę człowieczeństwa. Na czym w rzeczy samej, gender koncentruje swoją uwagę? Jeśli odrzuca Boga, rozum, prawa naturalne, cóż pozostaje? Pozostają z pewnością instynkty, popęd. Ideologia gender skupia się na życiu seksualnym człowieka. I, według niektórych, akceptuje każde z zachowań sfery intymnej.

1414

Na łamach „Gazety Wyborczej” ukazała się kilka lat temu wypowiedź duńskiego profesora prawa z Copenhagen Business School, Vagn Greva, który przyznał, że nie widzi różnicy między legalizacją związków homoseksualnych, a dopuszczeniem do usankcjonowania związków kazirodczych (przy obopólnej zgodzie zainteresowanych). Jego zdaniem propozycja zalegalizowania związków homoseksualnych wywoływała kiedyś tak samo gorącą dyskusję w Danii, jaką obecnie budzi debata na temat związków kazirodczych. W tym przypadku dochodzi do użycia tzw. legalizacji związków homoseksualnych jako przyczynku do uznania kolejnych, do tej pory wykluczanych, zjawisk za normalne. Granica tego, co dopuszczalne, podlega przesunięciu. W praktyce środowiska LGBT stosują metodę stopniowego uzyskiwania wszystkiego, czego pragną. Tę lekcję przerabiano już parokrotnie na zachodzie Europy. W imię tolerancji idzie się z nimi na jakieś wstępne ustępstwa, które po pewnym czasie przeradzają się w totalne poddanie.


TEMAT NUMERU REPORTAŻ Doskonałym tego przykładem mogą być Niemcy, gdzie obecnie dochodzi do sytuacji doprowadzania do aresztów, a nawet osadzania w więzieniu, rodziców, którzy nie wyrażają zgody na uczestniczenie przez ich dzieci w szkolnej edukacji seksualnej. I trudno się dziwić takiej postawie rodziców, jeśli zapoznamy się z treściami nauczanymi w niemieckich szkołach. Wystarczy przejrzeć kilka podręczników. Niejaka pani Elisabeth Tuider, autorytet od wychowania seksualnego za Odrą i jednocześnie autorka podręcznika do edukacji seksualnej („Sexualpädagogik der Vielfalt”), proponuje 15-latkom wykonanie ćwiczenia o nazwie „Der neue Puff für alle”, czyli „Nowy burdel dla wszystkich”. Celem zadania jest zaprojektowanie domu publicznego, będącego właśnie w trakcie renowacji, tak, by każda orientacja seksualna była w nim zaspokojona. Uczniowie mają zaplanować stawki, za wykonywane tam usługi oraz określić, ile powinno się tam zarabiać. Wśród celów lekcji, autorka wymienia: otwarcie się na korzystanie z takich usług oraz gotowość do ich udzielania. Jednym słowem – podczas zajęć edukacyjnych w szkole promuje się prostytucję wśród nastolatków. Czy kochający rodzic może z czystym sumieniem posłać swoje dziecko na takie zajęcia?

Propagatorzy ideologii gender wiedzą dobrze, że „uświadamianie” młodych pokoleń należy rozpocząć odpowiednio wcześnie. Przecież wiadomo, że czym skorupka za młodu nasiąknie …

stwa z pedofilią, jako jedną z form orientacji seksualnej. Orientacji, którą człowiek w sobie po prostu odkrywa i nie ma żadnego wpływu ma na swoje preferencje. Taki już się urodził i takim pozostanie.

Myślę, że niejeden Polak oniemiałby, przekroczywszy próg wybranych przedszkoli w Hiszpanii. Placówki dla najmłodszych witają tam bowiem swoich podopiecznych ściennymi malowidłami, ukazującymi współczesne modele rodziny. Trzy sąsiadujące ze sobą obrazki przedstawiają mianowicie: mamę z tatą, mamę z mamą oraz tatę z tatą. Liczy się oczywisty przekaz: nie musisz skarbie mieć mamusi i tatusia, możesz równie dobrze żyć w rodzinie, gdzie są dwie mamusie lub dwaj tatusiowie. I wszystko jest OK. Prawdopodobnie na Półwyspie Iberyjskim już nikogo dzieła malarskie tej treści w przedszkolach nie dziwią. Mnie osobiście mierzi sama myśl, że taki przekaz wysyła się do małych dzieci, uczęszczających do publicznych placówek. Stopniowe sięganie po więcej, coraz więcej. To strategia przedstawicieli ideologii gender.

Bodajże dwa lata temu pojawił się w sieci, w ramach popularnych TEDx Talks, filmik prezentujący monolog młodej niemieckiej studentki z Uniwersytetu w Würzburgu, Mirjam Heine, opisującej historię 19–letniego studenta prawa – Jonasa. Prelegentka przedstawia trudną sytuację młodzieńca, który czuje się zepchnięty na margines społeczny, tylko ze względu na swoja orientację seksualną. Jest pedofilem. Odkrył to w sobie jakiś czas temu. Nie wybierał tej preferencji. On po prostu z tą preferencja się urodził. Żyje w poczuciu lęku przed ujawnieniem prawdy o sobie. Obawia się ostracyzmu. Ukrywa swoją orientację praktycznie przed całym światem. Mirjam Heine podczas tej konferencji nie potępia seksualnych preferencji Jonasa. Przeciwnie, zwraca uwagę, że to postawa społeczeństwa trzyma Jonasa w zamknięciu. To my jesteśmy winni, że Jonas się kurczy w sobie. On nie jest niczemu winny. Z ust Heine nie pada nawet najmniejsza krytyka wobec kontaktów seksualnych dorosłych z dziećmi. Młoda Niemka wyraźnie daje do zrozumienia, że społeczeństwo powinno zaakceptować fakt, iż pedofilia jest po prostu jedną z istniejących orientacji seksualnych. Powinniśmy zaprzestać wykluczać ze społeczeństwa tych, którzy są pedofilami. Pod filmem szybko pojawiły się bardzo negatywne komentarze i sugestie, że za samo wygłoszenie takiego wykładu oraz jego publikację powinna grozić kara więzienia. W krótkim czasie nagranie usunięto z youtube.

W tym świetle, choć wciąż szokujące, bardziej zrozumiałe zaczynają być pierwsze próby oswajania społeczeń-

To była jedna z prób oswajania i przesuwania granicy. To zaplanowana, z pełną premedytacją i wyrachowaniem, kreacja nowej rzeczywistości, gdzie role się odmieniają. To kłamliwa narracja, w której kat staje się ofiarą, a zło znajduje swoje usprawiedliwienie. Stopniowe sięganie po więcej, stopniowe przesuwanie granic, dawkowanie, etapowanie... to metody zwolenników gender.

Zajęcia z edukacji seksualnej dla dzieci w Kalifornii

15 15


TEMAT NUMERU O takim „etapowaniu”, bez ogródek powiedział w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” zadeklarowany gej, a zarazem wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej. Odkrywając karty, przyznał otwarcie, że nie jest zwolennikiem zmieniania społeczeństwa na siłę, więc jest za etapowaniem: „najpierw wprowadźmy związki partnerskie, potem równość małżeńską, a na koniec przyjdzie czas na adopcję dzieci”. Za tę wypowiedź został zrugany przez nowego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, który, nota bene, po przejęciu urzędu szybko zapomniał o niektórych ze swoich wyborczych obietnicach składanych Warszawiakom, ale nie zapomniał podpisać deklaracji LGBT i obiecać, że odtąd stolica Polski stanie się bezpieczną zatoką dla gender. Nie, żeby Paweł Rabiej skłamał, tylko nie wypada w mediach objawiać całej prawdy. Części społeczeństwa może się to nie spodobać. Lepiej powiedzieć, że to prywatne poglądy nowego wiceprezydenta. Warto jednak wrócić do wspomnianej wcześniej deklaracji. Czym właściwie jest podpisana przez Rafała Trzaskowskiego w lutym br. „Warszawska Deklaracja LGBT+” ? To dokument wypracowany z inicjatywy i pod przewodnictwem stowarzyszenia „Miłość Nie Wyklucza”. Porusza kwestie bezpieczeństwa społeczności lesbijek, gejów, osób biseksualnych oraz transgenderycznych, rozwiązywania problemów środowisk LGBT+, zapewnienia im równouprawnienia i właściwego miejsca w społeczeństwie. Poza tym deklaracja odnosi się do spraw takich jak edukacja antydyskryminacyjna czy antyprzemocowa. Spośród dwunastu punktów, w których wyszczególniono konkretne kroki, jakie zostaną podjęte w Warszawie w ramach przyjętej karty LGBT, na stronie stowarzyszenia „Miłość Nie Wyklucza” znajdujemy dwa punkty odnoszące się do działań, które będą realizowane na terenie szkół. W punkcie trzecim można przeczytać o tzw. „latarnikach” w placówkach oświatowych. „Program ’Latarnik’ to przynajmniej jedna osoba z kadry w każdej szkole, która interwe-

niuje i pomaga młodzieży i dzieciom LGBT+ prześladowanym z powodu orientacji lub tożsamości płciowej.” Kolejny pomysł, z którym LGBT chce wejść do szkół, przedstawiono w punkcie czwartym: „Edukacja antydyskryminacyjna i seksualna dostępna w każdej szkole zgodna ze standardami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) oraz aktywne wsparcie kadry szkolnej w zapobieganiu dyskryminacji.” I w tym momencie zaczyna się robić ciekawie, bo jeśli szkolna edukacja seksualna ma być zgodna ze standardami WHO, to może warto je poznać. Na stronie World Health Organization znalazłam opinię łotyskiej ekspert dr Gunta Lazdane, regionalnej doradczyni WHO ds. zdrowia życia seksualnego i reprodukcyjnego, że edukację seksualną z dziećmi powinno się rozpoczynać już od narodzin dziecka. Tak, od narodzin. Od momentu pojawienia się dziecka na świecie rodzice (w szczególności rodzice) powinni przekazywać swoim dzieciom informacje dotyczące ludzkiego ciała i intymności. Dzieci mają się uczyć wartości i przyjemności wynikających z kontaktów cielesnych, ciepła i bliskości. Uwzględniając nauczane treści, WHO dzieli dzieci i młodzież na następujące grupy wiekowe: 0–4 lata, 4–6 lat, 6–9 lat, 9–12 lat, 12–15 lat oraz osoby powyżej 15-tego roku życia. I tak dla przykładu, według tych standardów dzieciom w grupie wiekowej 0–4 poza znajomością wszystkich części ciała i praktykowania higieny osobistej, zaleca się również rozmowę na temat dotykania własnego ciała i masturbacji w okresie wczesnego dzieciństwa. W grupie wiekowej 4–6 dzieci mają poznać m.in. różne koncepcje rodziny. W grupie wiekowej 6–9 dziecko powinno zrozumieć różnice między miłością a pożądaniem, znać podstawowe metody antykoncepcji oraz mieć świadomość, że seks jest przedstawiany w mediach w różny sposób, a ludzie mogą wpływać na własną płodność.

Natomiast dzieci w wieku 9–12 powinny uzyskać informacje na temat skutecznego stosowania prezerwatyw i środków antykoncepcyjnych. Mają się uczyć akceptacji, szacunku i rozumienia różnorodności dotyczącej seksualności i orientacji seksualnych. Zaleca się rozmowy na temat pierwszych doświadczeń seksualnych, przyjemności, masturbacji i orgazmu. Po, nawet pobieżnym, zapoznaniu się z wytycznymi WHO, dotyczącymi seksualnej edukacji w szkołach, nie dziwią obawy i sprzeciw wielu rodziców, wobec wprowadzania takich edukatorów do warszawskich placówek oświatowych. Warto podkreślić, że program „edukacji” seksualnej trwa już od kilku miesięcy w szkołach gdańskich, a podjęty został z inicjatywy ówczesnego prezydenta Pawła Adamowicza. W Poznaniu wprowadzono lekcje z „przeciwdziałania dyskryminacji”, w ramach których przedstawiciele lobby LGBT realizują zajęcia w kilkudziesięciu szkołach. Włodarze Krakowa także rozważają „ubogacenie” programu o ten element. Czy wolno nam stać z założonymi rękoma i spokojnie przyglądać się jak gender wdziera się do polskich szkół, a nawet przedszkoli? Czy nie należy podjąć konkretnych działań, by powstrzymać tę rosnącą falę? Właśnie z takiego założenia wyszli przedstawiciele Fundacji Pro-Prawo do Życia, tworząc w kwietniu Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Stop Pedofilii”, którego celem ma być zwiększenie ochrony prawnej dzieci przed deprawacją i przemocą seksualną, forsowaną przez lobby LGBT w polskich szkołach. Głównym założeniem komitetu jest złożenie projektu ustawy (o tej samej nazwie), zakładającego zmiany w kodeksie karnym (art. 200 b), które mają uniemożliwić deprawację dzieci przez wszelkiego rodzaju edukatorów seksualnych. Obecnie ruszyła zbiórka podpisów pod dokumentem. Informacje na ten temat można znaleźć na stronie www.stoppedofilii.pl.

Aleksandra Walecka

16


Krwawa niedziela w 1905 r., obraz Wojciecha Kossaka

100-lecie REPORTAŻNIEPODLEGŁOŚCI

Drogi do wolności (III) W 1899 roku minęło dokładnie 35 lat od upadku powstania styczniowego. 15 lat pozostało do wybuchu wielkiej wojny, zwanej współcześnie pierwszą wojną światową. Jak wspominałem w poprzednim numerze Magazynu, mimo ponad 100 lat zniewolenia naród polski pod każdym względem był zorganizowany jak nigdy dotąd. Polska kultura i sztuka stała na wyższym poziomie niż obecnie! Politycznie rozwijaliśmy się najlepiej jak to tylko było możliwe – żyjąc pod obcym panowaniem. Z czterech głównych nurtów politycznych, opisywanych wcześniej, na czoło wysunęły się dwa zdominowane przez charyzmatycznych liderów – Dmowskiego i Piłsudskiego. Nie oznacza to, że mamy zapomnieć o pozostałych dwóch nurtach. Działalność ludowców trudno przecenić. Jak wiadomo, większość ludności mieszkała na wsi, a fakt, że w przeciwieństwie do np. Ukraińców czy Białorusinów, mieszkańcy polskiej wsi nazywali się Polakami jest w dużej mierze ich zasługą. Taka zmiana dokonała się w zaledwie dwa pokolenia od upadku powstania.

Konserwatyści mimo niewielkiego poparcia w społeczeństwie byli bardzo wpływową, zwłaszcza w Galicji, grupa polityczną. W tym miejscu warto zatrzymać się na dłużej. Obecnie dominuje zero-jedynkowa narracja. Coś jest dobre albo złe, ktoś jest bohaterem lub zdrajcą. Dotyczy to zwłaszcza postaci historycznych. Brakuje spojrzenia z dystansu. Ludzie współcześni zachowują się często jak uczestnicy sporu z czasów zaboru. Konserwatyści są tego najlepszym przykładem. Jeśli ktoś w ogóle o nich wspomni, to poza niewielkimi kręgami klasycznej prawicy, zarzuca im się lokajstwo, karierowiczostwo, brak patriotyzmu czy wreszcie tchórzostwo. Czyli dokładnie to samo co robili ich przeciwnicy polityczni. Współczesnym krytykom umyka gdzieś fakt, że w zasadzie każdy z konserwatywnych liderów był w młodości powstańcem! Nawet pogardzany do dziś, niesłusznie zresztą, Aleksander Wielopolski miał swe zasługi podczas powstania listopadowego. Co więcej jeden z późniejszych liderów stronnictwa – Paweł Popiel, mimo że był przeciwnikiem powstania listopadowego, wziął w nim

17

udział a trzydzieści lat później zgodził się na udział swego syna w kolejnym powstaniu. Serce wygrało z rozumem. Przypomina to trochę postawę narodowców wiele lat później. Mimo, że byli przeciwni powstaniu warszawskiemu – nie widząc szans jego powodzenia – wzięli w nim udział. Podobnie jak dziś tak i wtedy, należy podkreślić że sprzeciw wobec powstania, czego wielu nie potrafi pojąć, nie oznacza braku szacunku dla powstańców. Konserwatyści, jak każde stronnictwo, przez lata popełniali błędy. Politycy bowiem to też ludzie i czasem nawet najlepszym zdarza się podjąć błędną decyzję. Byli frakcją słabnącą, która w odrodzonej Polsce nie odegra już większej roli. Jeśli jednak na odzyskanie niepodległości patrzeć jak na budowę domu, to byli oni tymi, którzy wylali fundament i położyli kilka warstw cegieł. To, że mieli przypisywane niekorzystne “łatki” wynika też po części z zupełnie normalnej walki politycznej. Różne ugrupowania, nawet działając w warunkach zaborów, rywalizują ze sobą i nie ma w tym nic zdrożnego. Co więcej, była to broń obosieczna. Dmowski, który przypisy-


100-lecie NIEPODLEGŁOŚCI

Paweł Popiel, portret

wał konserwatystom wyżej wymienione przywary, gdy zaczął działać w rosyjskiej Dumie przez swoich przeciwników był oskarżany dokładnie o to samo, o co sam oskarżał konserwatystów.

Piłsudski Według współczesnej mitologii Piłsudski sam w pojedynkę wywalczył nam niepodległość. Inni co najwyżej przeszkadzali. W rzeczywistości późniejszy marszałek jeszcze na przełomie wieków był tylko gwiazdą socjalistów, bez wielkich wpływów politycznych. Prowadził życie awanturnika, dalekie od poważnej polityki. Zabójstwa carskich szpicli, napady na pociągi etc. to dobry materiał na film. Większego znaczenia dla sprawy polskiej to jednak nie miało. Piłsudski był jak komar, który gryzie, jest uciążliwy ale nic złego człowiekowi zrobić nie może. Aresztowany w 1900 r., uciekł brawurowo z carskiego więzienia rok później. Wzmocniło to jego pozycję na tyle, że już w 1902 roku był w ścisłym kierownictwie socjalistów. W 1904 roku wpadł na pomysł zorganizowania powstania przy pomocy cesarstwa Japonii. Udał się w tej sprawie na daleki wschód. W ślad za nim pojechał tam Roman Dmowski, który pragnął odwieść kraj kwitnącej wiśni od tego pomysłu. Jak wiemy, do powstania nie doszło. Japonia nie była skora do pomocy. Piłsudski wrócił jednak stamtąd jako tajny agent japońskich służb (do końca 1918 służył w sumie czterem różnym wywiadom obcych państw). Wielu uznaje rok 1904 jako początek niena-

Roman Dmowski, portret

wiści (politycznej) między Dmowskim a Piłsudskim. Było to nieuniknione, bo obaj panowie stali się głównymi rozgrywającymi polskiej polityki, a posługiwali się zupełnie innymi metodami. O Dmowskim napiszę później. Jeśli zaś idzie o późniejszego marszałka, to ideą, która przyświecała mu do końca okresu zaborów, była chęć wywołania powstania. Koncepcja ta opanowała go tak bardzo, że nie cofał się przed niczym. Jak już wspomniałem, był agentem obcych wywiadów (w tym wypadku to nie zarzut), choć dowodów na piśmie brak, bo – jak mawiał później –jedną z jego dewiz było „niczego nie podpisywać”. Wbrew jego współczesnym apologetom, działalność marszałka była destrukcyjna. Budowana była na kulcie wodza, na braku planu i prowizorce. Piłsudski nie kalkulował czy ewentualne powstanie ma sens czy nie. On po prostu w to wierzył. Nie przygotowywał swoich kompanów do prowadzenia polityki w normalnym kraju, tylko do konspiracji. Wszystkie te wady odbiły się potem fatalnie na II RP i przyczyniły się częściowo do klęski wrześniowej. Natomiast korzyścią dla późniejszej wolnej Polski było przewodzenie przez Piłsudskiego socjalistom. Jakkolwiek nieporadne i z góry skazane na klęskę były próby wywołania powstania, miało ono zawsze tylko jeden cel – niepodległość. Żadne internacjonalistyczne rewolucje w imię klasy robotniczej go nie interesowały. Jego gwiazda świeciła tak mocno, że proletariacki odłam lewicy nie był w stanie, do samego 1918 roku, pogrążyć polskich ziem w cha-

18

Józef Piłsudski napada pod Bezdanami na rosyjski

osie i zniszczeniu, tak jak bywało to w innych krajach.

Rok 1903 W roku 1903 roku Roman Dmowski opublikował „Myśli Nowoczesnego Polaka”, niedużą ponadczasową książkę zawierającą manifest polskiego ruchu narodowego. Książka szybko stała się popularna i była inspiracją dla wielu młodych naśladowców lidera endecji. Dmowski objawił się nie tylko jako realny polityk, nastawiony na budowanie a nie awanturnictwo ale też jako mąż stanu, analizujący sytuację narodu i kreślący jego drogę rozwoju na lata. To właśnie różniło go od Piłsudskiego. O ile ten pierwszy skupiał się na walce zbrojnej, Dmowski walkę zostawiał żołnierzom. Sam zajmował się sprawami politycznymi. Dla narodu chciał być jak ojciec i nauczyciel, który przeprowadzi go przez życie. Tym, co odróżniało Dmowskiego od pozostałych graczy politycznych jest wszechpolskość. Ideę tę najłatwiej opisać słowami “jeden naród ponad granicami”. Uważał on, że tylko walcząc o sprawę Polaków we wszystkich trzech zaborach jednocześnie można przygotować grunt pod niepodległość. Nie skupiał, wzorem Piłsudskiego, swej działalności tylko na kongresówce. Późniejsze olbrzymie wpływy w dawnym zaborze pruskim, który był zdecydowanie najbardziej opresyjny (wbrew serwowanej nam obecnie w szkole propagandzie), endecja zawdzięczała nie tylko antyniemieckiemu programowi ale też temu,


100-lecie REPORTAŻNIEPODLEGŁOŚCI

pociąg w 1908 r. - tzw. „skok czterech premierów”

Wincenty Witos, portret

że od początku próbowała prowadzić szeroką działalność w każdym z zaborów.

Rewolucja 1905 Na początku roku 1905 wybuchła rewolucja w Rosji. Złowróżbna zapowiedź tego, co stanie się za ponad dekadę. Rewolucja nie ominęła też ziem polskich. W kongresówce był to dwuletni okres chaosu. Odbyło się tysiące strajków i manifestacji, brutalnie tłumionych przez siły carskie. Dwa główne obozy zajęły odmienne stanowiska. Endecy zawzięcie zwalczali rewolucję, choć nie uniknęli rozłamu, po raz kolejny u wielu serce wygrało z rozumem. Socjaliści chcieli przekształcić rewolucję w antyrosyjskie powstanie. Organizacja Bojowa PPS (powstała jeszcze w 1904), gdzie jednym z najważniejszych rozgrywających był oczywiście Józef Piłsudski, ruszyła do boju. Po roku podgryzania sił carskich w gronie socjalistów doszło do rozłamu i podziału na PPS lewica i PPS Frakcja Rewolucyjna. Jednym z liderów tej drugiej stał się Piłsudski. Frakcja pierwsza straciła nadzieję na niepodległość i postanowiła skupić się na ugruntowywaniu zdobyczy socjalnych. Piłsudski z kolei zaczął tracić wiarę w rewolucję. Zrozumiał, że nie może przekształcić się w antyrosyjski bunt o charakterze narodowym. Hasła proletariackie i socjalizm jako idea raczej go nie interesowały, jego celem było powstanie, które przyniesie upragnioną niepodległość. Rewolucja zaś nie przybliżała go do tego nawet o krok. Rozłam był więc nieunikniony.

Wojciech Korfanty, portret

Posłowie Polscy W lutym 1907 roku posłem do Dumy rosyjskiej został Roman Dmowski. Bedzie tam później przywódcą koła polskiego. Na kilka lat przed wojną Polacy zyskali swoje przedstawicielstwo w parlamencie, które, jeśli doliczymy tak zwanych posłów kresowych (czyli Polaków wybranych poza kongresówką), nie było tylko symboliczne. W zaborze austriackim, nasi rodacy mogli prowadzić życie polityczne od lat. Palmę pierwszeństwa straciła endecja na rzecz konserwatystów oraz ludowców – ze wschodzącym kolejnym wielkim politykiem Wincentym Witosem. W zaborze pruskim liderem sprawy polskiej w parlamencie został, powiązany z endecją, Wojciech Korfanty (w II RP będzie przywódcą chrześcijańskich demokratów).

Związek Walki Czynnej W czerwcu 1908 roku we Lwowie, z inicjatywy Józefa Piłsudskiego powstał konspiracyjny Związek Walki Czynnej, kierowany przez Kazimierza Sosnowskiego. Związek miał być zalążkiem przyszłej polskiej armii. Związek był konspiracyjny, co nie oznaczało, że władze austriackie o nim nie wiedziały. Piłsudski od blisko dwóch lat współpracował z wywiadem tego kraju. Konspiracja miała na celu raczej ukrycie go przez oczami Moskwy niż Wiednia, bowiem wciąż deklarujący formalną przyjaźń

19

trzej zaborcy, zaczynali prężyć muskuły i powoli przygotowywali się do starcia, a wiadomo, że każda szabla się przyda. Piłsudski postawił na Wiedeń (później Berlin) i w jego oparciu chciał budować przyszłą niepodległość kosztem Rosji. Dokładnie odwrotne założenia miała endecja. Wbrew pozorom dobrze to świadczy o obu środowiskach. Każda opcja miała swoje plusy i minusy ale trudno oczekiwać rozwiązania idealnego w warunkach zaborów. Znamienne jest to, że dosłownie na chwilę przed wybuchem wojny główne środowiska rozumieją, że trzeba na kimś się oprzeć, że posłanie żołnierzy w bój bez patronatu któregoś z państw zaborczych nie ma sensu.

5 minut przed wojną Na kilka lat przed wojną Polacy posiadają swoją reprezentację polityczną, łącznie z charyzmatycznymi liderami, w każdym z zaborów. W Galicji rośnie w siłę ruch paramilitarny. W 1910 roku tamtejsze władze zezwoliły na całkowicie legalne powstanie Związku Strzeleckiego “Strzelec”. Szykujący się do starcia trzej giganci powoli zaczynali rozgrywać sprawę polską, co zemści się na nich już niedługo.

Michał Gackowski * Publikacje opisujące następne lata polskiej drogi do wolności będą ukazywać się w kolejnych numerach


Jan Matejko, Jan III Sobieski pod Wiedniem, 1883, olej, płótno, Muzea Watykańskie, źr.: Wikipedia

HISTORIA

PATRONKA NIEPODLEGŁOŚCI Matka Boża w polskiej historii i malarstwie patriotycznym - cz. 2 Po udanej obronie kraju przed szwedzką agresją (1655-1660) pojawiło się nowe, być może największe jak dotąd zagrożenie, nie tylko dla Rzeczpospolitej, ale dla całej chrześcijańskiej Europy. Potężna turecka armia licząca między 150 a 200 tysiącami żołnierzy stanęła 10 lipca pod murami Wiednia. Papież Innocenty

XI oraz cesarz Leopold I wysłali do Jana III Sobieskiego posłańców z prośbą o pilną pomoc. Mimo wcześniej zawartego traktatu o wzajemnym wsparciu pomiędzy cesarzem a królem polski sejm wahał się z wyrażeniem zgody na interwencję wojskową. O podjęciu decyzji o wysłaniu „odsieczy” miało przeważyć

wystąpienie o. Stanisława Papczyńskiego (w 2016 r. został on włączony przez papieża Franciszka w poczet świętych Kościoła katolickiego). Królewski spowiednik zrelacjonował przed posłami swoje objawienie, w którym ukazała mu się Matka Boża, obiecując zwycięstwo.

Różańcowa armia

Fragment obrazu J. Matelki „Jan III Sobieski pod Wiedniem”, na pierwszym planie: król Sobieski przekazujący list do papieża Innocentego XI, z lewej strony u góry: wizerunek Matki Bożej Loretańskiej trzymany przez kapelana wyprawy – ojca Marco.

2020

Podążając pod Wiedeń, król Jan III Sobieski zatrzymał się na cały dzień na Jasnej Górze, gdzie modlił się i służył do Mszy świętej. Wstępował też po drodze do innych sanktuariów, prosząc lokalnych patronów i oczywiście Matkę Bożą, o wstawiennictwo. W Krakowie król odbył pielgrzymkę do siedmiu kościołów i 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, opuścił miasto, dołączając do czekającego na niego wojska. Pozostała w stolicy królowa Marysieńka swoim przykładem zachęcała lud do modlitwy w intencji powodzenia wyprawy. Każdego ranka udawała się do jednego z krakowskich


HISTORIA REPORTAŻ sanktuariów, gdzie odprawiano specjalne nabożeństwo. Nie mniejsza pobożność zdawała się cechować niewielką (ok. 27 tys.) armię króla Jana. Żołnierze na postojach (wędrówka do Wiednia trwała blisko miesiąc) uczestniczyli w Drodze Krzyżowej oraz Mszy świętej. Nie powinno nas to specjalnie dziwić, bo podążający z odsieczą wojacy w większości należeli do Sodalicji Mariańskiej oraz bractw różańcowych. Ponadto czciciele Najświętszej Panny wieźli z sobą obraz Matki Bożej Zwycięskiej z Mariampola, która towarzyszyła wcześniej hetmanowi Jabłonowskiemu i, jak piszą kronikarze, przyczyniała się do świetnych zwycięstw (m.in. pod Chocimiem). Tuż przed bitwą, tak, jak to pokazuje Juliusz Kossak na swojej akwareli z 1871 roku, Sobieski pobłogosławił relikwiami krzyża świętego wojska, które z Bogurodzicą „na ustach” ruszyły do zwycięskiego ataku. Siłę polskiego oręża wspierała kilkaset kilometrów dalej „duchowa armia” w Krakowie, gdzie z katedry na Wawelu w kierunku kościoła Mariackiego w procesjonalnym pochodzie niesiono Najświętszy Sakrament i cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej Zwycięskiej (z kościoła Ojców Dominikanów), wygłaszając kazania przy zaimprowizowanych ołtarzach.

Sobieskiego listu do papieża Innocentego XI, w którym król informuje o swoim zwycięstwie, zaczynając go od słów „Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”, będących parafrazą powiedzenia Juliusza Cezara. To krótkie, ktoś by powiedział, mało znaczące zdanie stanowi najlepsze podsumowanie postawy polskiego władcy i wskazuje również przyczynę sukcesu. Warto w tym miejscu przypomnieć objawienia francuskiej wizytki, św. Małgorzaty Marii Alacoque. W jednej z wizji, jakich doznała (w latach 1673-1675) Pan Jezus miał jej oznajmić, że nie

nadszedł jeszcze czas podboju Europy przez muzułmanów (wbrew Jego wcześniejszym ostrzeżeniom), ponieważ „znalazł się król, który pokonawszy Turków, nie przypisze zwycięstwa sobie, ale Mnie i mojej Matce”. Postawa i zachowanie króla Jana w pełni potwierdzają Chrystusową zapowiedź. Głęboką pobożność Sobieskiego potwierdza również fakt, iż krótko po odniesionym zwycięstwie zwrócił się do papieża z prośbą, aby 12 września (dzień bitwy) został ustanowiony świętem Imienia Maryi

„Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył” To doniosłe wydarzenie, nie tylko w historii Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, ale i całego świata, uwiecznił na płótnie Jan Matejko. Nie pokazał jednak, jak inni malarze, dowodzonej osobiście przez polskiego króla szarży husarii, czyli tego, co wedle wielu historyków przesądziło o wiktorii wiedeńskiej. Możemy powiedzieć, że człowiek wielkiej wiary dostrzegł to, co rzeczywiście przyczyniło się do tego zwycięstwa – wielką wiarę swojego rodaka, króla Jana III Sobieskiego. Na obrazie krakowskiego mistrza widzimy moment przekazania przez

Matka Boża Zwycięska z Mariampola, autor nieznany, XVI w. (?), olej, płótno, źródło: Wikipedia

2121


HISTORIA dla całego Kościoła (dotychczas obchodzony był tylko w Hiszpanii). Spoglądając na wcześniejsze i późniejsze poczynania polskiego króla, odnaleźlibyśmy jeszcze wiele innych przykładów szczególnego nabożeństwa do Matki Bożej. To właśnie Sobieski ufundował kaplicę ku czci Niepokalanego Poczęcia w Warszawie. Również od jego rodziny (jego pradziadem był słynny hetman Stanisław Żółkiewski, na którego palcu odnaleziono, w grobie, pierścień z wygrawerowanym napisem municypium Mariae [niewolnik Maryi])

buńczucznym, pełnym pychy, ale i okrutnym islamem. Nad królem i jego „skrzydlatym” wojskiem unosi się biała gołębica. I nie jest to tylko symbol Ducha Świętego. Wedle relacji królewicza Jakuba, rzeczywiście podczas bitwy, ptak niezmiennie towarzyszył Sobieskiemu. Krajobraz okala tęcza, starotestamentowy symbol Bożego błogosławieństwa. Zaś u stóp Sobieskiego, który dosiada konia pokonanego wezyra, rotmistrz Zbierzchowski kładzie zdobytą chorągiew Mahometa, podkreślając klęskę pogan. A co znaj-

W kontekście wszystkich przytoczonych powyżej faktów znaczące jest również zdarzenie, jakie miało miejsce podczas powrotu polskiego wojska. Pisze o nim w jednym ze swoich listów syn króla Jana, królewicz Jakub: „17-tego (września – M.S.) nocowaliśmy pod Fischau, gdzie znaleziono obraz podobny do Częstochowskiego, z napisem: «pod tym znakiem Maryi Jan będzie zwycięzcą», a z drugiej strony: «Pod tym znakiem Maryi zwyciężysz Janie». Napis ten był malowany biało, jakby wycięty z papieru i każdy z nich trzymany był przez anioła”.

Józef Chełmoński, Kazimierz Pułaski pod Częstochową, 1875, olej, płótno, fot. Maciej Szczepańczyk, Wikipedia

pochodzą najwspanialsze polskie dary dla maryjnego sanktuarium w Loreto. Nic też dziwnego, że zaraz po wkroczeniu do Wiednia, król skierował swoje kroki do kaplicy loretańskiej przy kościele augustianów, odśpiewał „Te Deum laudamus” i przyjął Komunię świętą z rąk papieskiego legata o. Maco d’Aviano. Wróćmy jednak do obrazu Matejki. Można powiedzieć, że płótno w każdej swojej cząstce jest wyrazem triumfu chrześcijaństwa nad

duje się niemal idealnie w centrum przedstawienia? Jest to, w pierwszym momencie trudny do rozpoznania w przepychu całego obrazu, wizerunek Matki Bożej Loretańskiej. Trzyma go wspomniany wcześniej papieski legat, kapelan wyprawy, ojciec Marco. Matejko oddaje należne honory, niesionej na husarskich sztandarach Najświętszej Pannie. W końcu jedno z bojowych zawołań tej doborowej jednostki brzmiało: „Jezus, Maryja!”.

22

„Wiary katolickiej własnem życiem i krwią obligowany każdy bronić” Blisko sto lat od wiktorii wiedeńskiej międzynarodowa sytuacja Rzeczypospolitej uległa diametralnej zmianie. Targana wewnętrznymi sporami i zewnętrznymi konfliktami chyliła się ku upadkowi. Mimo dramatycznych uwarunkowań politycznych, spowodowanych nieudolnymi rządami Stanisława Augusta Poniatowskiego, w


HISTORIA REPORTAŻ narodzie nadal żywa była głęboka pobożność maryjna. Pięknym tego przykładem jest konfederacja barska, zbrojny związek polskiej szlachty trwający od 1768 do 1772. Tym, co przelało czarę goryczy i ostatecznie sprowokowało wybuch powstania, nie była rosyjska dominacja, czy bezwolność polskiego króla, ale atak na katolicką wiarę. Ustawa wprowadzona przez Poniatowskiego pod naciskiem Imperium Rosyjskiego oraz Prus, dawała innowiercom – protestantom i prawosławnym – prawa polityczne, nieznane nawet w ościennych mocarstwach. Wobec powyższego faktu konfederaci postanowili: „Wiary św. katolickiej rzymskiej własnem życiem i krwią obligowany każdy bronić” i stanęli do walki. Na ich sztandarach pojawiła się Matka Boża. W akcie założenia konfederacji czytamy: „Chorągiew katolickiego sprzysiężenia jedna najpryncypalniejsza: Pan Jezus ukrzyżowany na lamie złotej lub srebrnej, druga Najświętszej Matki na takimże dnie. Inne pod znakiem samego Krzyża św. być mają; których to chorągwi, osobliwie dwóch najpryncypalniejszych, trup na trupie padając, wydrzeć sobie nieprzyjaciołom wiary św. nie damy”. Potwierdzenie tych słów znajdujemy na m.in. na obrazach Józefa Chełmońskiego, Juliusza Kossaka oraz Wacława Pawliszaka, gdzie nad głowami polskich żołnierzy powiewają maryjne sztandary. Wizerunek Matki Bożej odnajdujemy również na ryngrafach i krzyżach noszonych przez konfederatów. Na polowych ołtarzach z kolei często pojawiały się kopie obrazu Matki Boskiej Berdyczowskiej.

na górze: Krzyż Konfederacji barskiej, XVIII w., fot. Maciej Szczepańczyk, licencja: CC BY-SA 3.0 na dole: Ryngraf Józefa Sawy-Calińskiego, XVIII w., źródło: Wikipedia

Mateusz Soliński * W kolejnych numerach magazynu będą ukazywać się artykuły odnoszące się do późniejszych lat polskiej historii

23


Pora nauczyć się fizyki

Większość ludzi myśli zachowawczo. Jeżeli coś osiągnęło, posiada względną stabilizację finansową i żyje się im nieco lepiej niż kiedyś, to chcą zachować status quo. Dodatkowo ludzie lubią czuć się lepszymi, od kogokolwiek. I właśnie ową cechę naszej natury wykorzystali politycy Platformy Obywatelskiej do utrzymania się przy władzy przez osiem lat. Na „gorszych”, którymi będzie można pogardzać, wybrano ludzi starszych, nazwanych przez Donalda Tuska „moherami”. Ze znalezieniem grupy broniącej swego status quo też nie było trudno. Chodzi oczywiście o urzędników, którzy zostali sprowadzeni do roli klientów partii. Wystarczyło tylko stworzyć system uzależnienia. Dlatego PO nie zwalniała zwykłych urzędników ze stanowisk. Ba! Nawet mnożyła etaty, tylko po to by stworzyć klasę ludzi zależnych. Taki system miał już kiedyś miejsce w historii Polski. Chodzi oczywiście o Rzeczpospolitą Szlachecką, gdzie zubożała szlachta stała się klientami domów magnackich. Płaciła za opiekę czymś bezwartościowym, głosem na sejmie. W efekcie, we współczesnej Polsce, PO stworzyło system neonomenklaturowo-kliencki, gdzie zamówienia publiczne, etaty, nieomal wszystko zależało od

układu. Na koniec, klasie politycznej PO zupełnie odbiło, zatracili ostatnie pozory przyzwoitości. Zapomnieli co obiecywali, jakie programy pisali kiedy starali się o zaufanie obywateli. Nagrani na taśmach politycy odkryli swoje prawdziwe, chamskie i cyniczne oblicze. Po takich aferach nawet starzy postkomuniści przecierali oczy, bo nie przyszło im wcześniej do głowy, że w demokracji można iść na całość, jak za starych komunistycznych czasów, gdzie robotników nazywało się „warchołami”. Donald Tusk ogłosił nawet, że politycy PO są poszkodowanymi, bo przecież nie wolno było ich nagrywać, a uzależnione od rządzących media milczały – przestały być elementem kontroli społecznej, stały się klakierami. Mimo rosnącego dobrobytu zamieniono nasz kraj w intelektualne i duchowe bagno. W końcu ludzie się obudzili, również ci młodzi i zrozumieli, że nie muszą słuchać starszych, że mogą zrobić coś, co stare pryki nazywają głupotą. „Gówniarze”, jak ich nazwał Adam Michnik, podnieśli rękę na „przewodnią rolę partii”. Postanowili pokazać środkowy palec i zażądali prawdziwych zmian! Do parlamentu dostał się KUKIZ’15, a większość

24

sejmową zdobył wyśmiewany przez lata PiS. Czy można się było tego spodziewać? *** Z niewyjaśnionych bliżej przyczyn, do opisu rzeczywistości społecznej pasują modele oparte na analogiach ze światem przyrody. Karol Marks oparł swoją ideologię na pojęciu walki klas, które w wielu aspektach do złudzenia przypominało biologiczne teorie walki gatunków o przetrwanie. Owa teoria polityczna zawładnęła umysłami milionów, a może i nawet miliardów ludzi. Tak było w komunizmie, faszyzmie, nazizmie. Przedarła się nawet do nowoczesnego kapitalizmu, jest podstawą myślenia feministek. W efekcie kult walki możemy dziś dostrzec w nieomal każdej płaszczyźnie życia politycznego i gospodarczego. Zapomniano jednak, że trwanie świata przyrody polega nie tylko na walce, ale również na symbiozie gatunków i równowadze ekosystemów. W podobny sposób, jak ma to miejsce z prawami biologii, do opisu rzeczywistości społecznej nadają się zasady fizyki, a szczególnie mechaniki. By było


ciekawiej, nawet tej kwantowej. Kłócący się ludzie inaczej zachowują się gdy są sami, a inaczej kiedy są obserwowani. Istnienie obserwatora zmienia rzeczywistość polityczną. Doskonale było to widać podczas rozmów koalicyjnych PiS-u i PO w 2005 r., które odbywały się w obecności kamer telewizyjnych, co doprowadziło do konfliktu trwającego do dziś. Zamiast politycznego kompromisu dwóch zwycięskich partii, byliśmy świadkami żenującej farsy. Zwyciężyła głupota tych, którzy uważali się za reprezentantów narodu i spadkobierców robotniczych zrywów z lat 70. i 80. minionego wieku. Do rozumienia tego co się dzieje w polityce i społeczeństwie świetnie się nadają zasady dynamiki Newtona, z których pierwsza mówi, że każde ciało znajduje się w stanie spoczynku lub porusza się ze stałą prędkością. Można powiedzieć, iż socjologiczna interpretacja owego prawa fizyki zakłada stałość lub równomierny rozwój społeczeństwa. Idealnie pasuje ona do charakterystyki partii konserwatywnych oraz prawicowych, które kierują się chęcią zachowania sprawdzonych rozwiązań politycznych. Druga zasada dynamiki Newtona mówi, że jeżeli jakieś ciało poddamy stałemu działaniu siły, to będzie się ono poruszać ruchem przyspieszonym. Ta zasada fizyki doskonale oddaje ducha panującego w partiach rewolucyjnych lub ruchach społecznych dążących do szybkiego wprowadzenia zmian. W taki sposób działali zarówno komuniści, jak i naziści, w taki sposób działają ruchy starające się wprowadzić przełomowe zmiany w sferze moralnej i obyczajowej. Owe dwa prawa fizyki mają zasadnicze znaczenie. Większość polityków zapomina jednak, że jest jeszcze jedna, trzecia zasada dynamiki Newtona, która mówi, że każde działanie wywołuje adekwatne przeciwdziałanie. Owa zasada bywa również nazywana zasadą akcji i reakcji.

medialnych i zwykłego zakłamywania rzeczywistości. Z partii konserwatywno-liberalnej, stosującej pierwszą zasadę dynamiki Newtona, PO zamieniło się w partię rewolucji moralnej oraz nadmiernego uprzywilejowania neonomenklatury. Tym samym rządząca partia stosowała w swych działaniach drugą zasadę dynamiki. Postanowiono na siłę przyspieszyć nasz rozwój społeczny kopiując kalki kulturowe z zachodu. W tym momencie zadziałała trzecia zasada dynamiki. Akcja PO wywołała reakcję społeczną. Do władzy doszedł PiS i zgodnie ze złożonymi obietnicami wyborczymi natychmiast przystąpił do zmian, które mają na celu naprawę Polski. Nie podoba się to neonomenklaturze. Nie chce ona dopuścić nawet do najmniejszej reakcji polityczno-społecznej spowodowanej własnymi błędami. Politycy nie rozumieją, że przez lata przykładali zbyt dużą siłę do „fizycznego ciała”, jakim jest Polska. Mimo przegranych wyborów zaczęła się histeryczna wojna! Dziesiątki ludzi jest naładowana niewiarygodną nienawiścią do PiS, „moherów”, katolicyzmu, a nawet patriotyzmu. Dziesiątki tak zwanych autorytetów, często skompromitowanych, nawołuje do walki, obalenia prawomocnie wybranej władzy, nie chce dopuścić do zmian, których oczekuje większość ludzi aktywnych politycznie (poprzez uczestnictwo w wyborach). A ja się pytam: czyście ogłupieli do końca? Czy Bóg wam naprawdę odebrał rozum i nie potraficie poczekać nawet tych przysłowiowych 100 dni? Jeżeli dalej będziecie naginać sprężynujący pręt od siebie, to następnym razem jeszcze

*** Tak jak już wspomniałem, ostatnie wybory parlamentarne wygrały partie startujące pod szyldem PiS. Owo zwycięstwo było wynikiem ostracyzmu koalicji PO i PSL względem dużej części społeczeństwa, co wykluczało część Polaków z życia publicznego. Odbywało się to przy pomocy manipulacji

25

mocniej przechyli się on w przeciwną stronę i wam naprawdę przyłoży. Jesteście aż tak krótkowzroczni? Moim zdaniem nie należy się przejmować osobami opanowanymi przez obsesje i nienawiść. Trzeba robić swoje, z matematyczną dokładnością i chirurgiczną bezwzględnością. Nigdy nie byłem zwolennikiem PiS, ale zawsze szanowałem inteligencję Jarosława Kaczyńskiego oraz stałość jego poglądów. Wiem również, że tylko niektórzy ludzie są naprawdę uczciwymi. Mają honor. Wielu go nie miało, nie ma i mieć nie będzie. Dotyczy to wszystkich partii. Wystarczy przypomnieć, że: Joanna Kluzik-Rostkowska, Radosław Sikorski, Ludwik Dorn, też byli z PiS. Jak będzie teraz trudno powiedzieć. Mimo to żywię nadzieję, że większość ludzi która wygrała parlamentarne wybory będzie starała się robić swoje, będzie starała się zachować przynajmniej pozory uczciwości, w odróżnieniu do polityków PO i ich popłuczyn. By naprawić Polskę, by umożliwić czerpanie zysku ze swojej pracy wszystkim Polakom. Niezależnie od poglądów należy przywrócić choć społeczny egalitaryzm by każdy miał szansę osiągnąć sukces na miarę swoich zdolności a nie układów. Polacy muszą wreszcie zrozumieć, że mają wspólny interes! To Polska jest naszym ekosystemem, jeżeli zaburzy się w nim równowagę to system runie. Nie można dalej robić z Polaków murzynów do roboty, traktować jak podludzi przeznaczonych na wymarcie. Czyście do końca ogłupieli?!

Włodzimierz Bykowski


POLAK POTRAFI!

KUBUŚ

Pojazd pancerny zbudowany podczas Powstania Warszawskiego

Dużym mankamentem Powstania było niewystarczające uzbrojenie. Nie wynikało to ze złego przygotowania akcji, która zaplanowana była na kilka dni walk, lecz przede wszystkim ze zdrady aliantów. Armia Krajowa miała samodzielnie wyzwolić kluczową część Warszawy – tuż przed wejściem wojsk ZSRR. Jednak w momencie wybuchu walk front wschodni nagle się zatrzymał. Stalin na ponad dwa miesiące przerwał natarcie Armii Czerwonej, będącej już po drugiej stronie Wisły. Uniemożliwił także pomoc lotniczą aliantom zachodnim. Dzięki temu Niemcy mogli przegrupować swoje wojska i znacznie wesprzeć siły stacjonujące w stolicy. Oddziały AK przez 63 dni prowadziły samotną walkę z nieporównywalnie silniejszym wrogiem. Naprzeciwko powstańców stanęło regularne wojsko, w tym także lotnictwo i dywizje pancerne. Aby kontynuować działania w takich warunkach, absolutnym priorytetem stało się posiadanie własnych pojazdów bojowych. To wtedy zapadła decyzja o budowie „Kubusia”. Był to, podczas tej wojny, jedyny na świecie

wóz pancerny skonstruowany przez członków podziemia!

Pojazd pancerny – do odbicia Uniwersytetu Warszawskiego Jednym ze strategicznych punktów, bardzo mocno obsadzonych przez Niemców, był gmach Uniwersytetu Warszawskiego. Teren górował nad zajętym przez powstańców Powiślem, dlatego prowadzono stamtąd intensywny ostrzał. Z tego powodu już 1 sierpnia próbowano zdobyć siedzibę UW ale liczne gniazda karabinów maszynowych i dobrze uzbrojony garnizon hitlerowców praktycznie uniemożliwiały realizację celu bez dodatkowej osłony. Do wykonania zadania niezbędne były pojazdy opancerzone. 8 sierpnia kpt. Cyprian Odorkiewicz (ps. „Krybar”), dowódca grupy bojowej walczącej na Powiślu, wydał rozkaz budowy „pancerki”. Misję powierzył Walerianowi Bieleckiemu (ps. „Jan”). Ppor. inż. Edmund Frydrych (ps. „Kaczka”), w garażach elektrowni znalazł ciężarówkę Chevrolet mo-

26

del 157 o ładowności 3 ton. Kpt. inż. Stanisław Skibniewski (ps. „Cubryna”), dowódca obrony elektrowni, oddał do dyspozycji konstruktorów sprzęt spawalniczy, stalowe blachy i kątowniki. Przydzielił też swoich fachowców: spawaczy, ślusarzy i mechaników. Na wykonanie zadania było zaledwie 10 dni. Stanisław Kwiatkowski (ps. „Stach”) udostępnił swój warsztat przy rogu ul. Tamka i Topiel, oraz sam dołączył do zespołu. To właśnie tam stworzony został polski wóz pancerny.

Rusza budowa „Kubusia” Po zgromadzeniu niezbędnych materiałów i sprzętu, 13 sierpnia rozpoczęto montaż powstańczego pojazdu. Szefem budowy został Józef Fernik (ps. „Globus”) – przed wojną majster Wydziału Mechanicznego PZL Okęcie-Paluch. Bielecki, z wykształcenia architekt, kreślił projekty poszczególnych elementów, natomiast Fernik kierował dopasowywaniem i montażem części, wykonanych już z arkuszy zdobytej blachy, na nadwoziu ciężarówki.


POLAK POTRAFI! REPORTAŻ Po próbach na odporność okazało się, że kula karabinowa może przebić płaty nawet o grubości 6 mm. Nie dysponowano jednak mocniejszym materiałem. Dlatego postanowiono stworzyć pancerz z dwóch warstw w odstępie ok. 5 cm, a także nachylić go pod odpowiednim kątem, redukując w ten sposób punktowy impet pocisku. Do szkieletu skonstruowanego z kątowników przyspawane zostały powycinane płyty. Przy takim założeniu zabrakło jednak blach, więc zespół „Kubusia”, dosłownie na plecach, znosił je z różnych części miasta. Sporo materiału znaleziono też w wytwórni kas pancernych przy ul. Kopernika.

Zespół pracuje bez przerwy w dzień i w nocy Na zbudowanie pojazdu pancernego w warunkach polowych było zaledwie półtora tygodnia. W czasie prac wielokrotnie kończył się gaz do cięcia blach. Przerzucano się wtedy na spawarkę elektryczną, jednak elektrownia nie zawsze mogła ją wypożyczyć, zresztą często też brakowało do niej elektrod. Aby zakończyć budowę w wyznaczonym terminie

zrezygnowano z drzwi wejściowych, a zamiast tego wykonano właz w podłodze. Koła zostały zakryte stalowymi osłonami. Do obserwacji, kierowania i prowadzenia ostrzału wycięto otwory w pancerzu. Zespół pracował niemal bez przerwy – do wczesnych godzin porannych 23 sierpnia. To na ten dzień zaplanowano atak na Uniwersytet Warszawki. Zadanie udało się wykonać – polski pojazd pancerny był gotowy. Uzbrojenie stanowiły: sowiecki RKM DP wz. 28 – kaliber 7,62 mm, miotacz ognia, granaty oraz broń osobista członków desantu. Załoga składała się z 12 osób. Na pancerzu namalowano białą farbą nazwę „Kubuś” – od pseudonimu żony szefa zespołu, Małgorzaty Fernik – lekarki AK, która zginęła podczas bombardowania Śródmieścia.

Pierwsza próba odbicia uniwersytetu O godzinie 4 rano „Kubuś” wraz z „Jasiem” – niemieckim półgąsienicowym transporterem opancerzonym, zdobytym 14 sierpnia, ruszył do ataku na gmach UW. Po wysadzeniu i

„Kubuś” – 1944 r. (fot. autor nieznany)

27

staranowaniu bramy wjazdowej pluton AK dostał się na teren uniwersytetu. Miotaczem ognia i granatami żołnierze zabili część załogi bunkra, natomiast reszta Niemców uciekła w głąb zabudowań. Następnie zniszczono gniazdo ckm w budynku biblioteki. Niestety zawiodło współdziałanie z innymi oddziałami, które w tym samym czasie miały uderzyć od strony ulic: Browarnej i Sewerynów. Po kilku minutach zaskoczenia obrona niemiecka przeorganizowała się. Teren przed biblioteką został pokryty gęstym ogniem broni maszynowej. Następnie hitlerowcy zainstalowali lekkie działo przeciwpancerne. W tym czasie po stronie polskiej byli już pierwsi zabici i ranni – poległ m.in. dowódca pchor. Adam Dewicz (ps. „Szary Wilk”). Wehrmacht wezwał też na pomoc wojska pancerne, które nadjeżdżały już od strony Placu Zamkowego. W tej sytuacji wydano rozkaz wycofania się. Powstańczy pluton z oboma pojazdami wrócił do swojej bazy przy ul. Tamka.

Przeróbki pojazdu Po pierwszej akcji bojowej w „Kubusiu” postanowiono wprowadzić kilka


POLAK POTRAFI! zmian. Poprawiono widoczność kierowcy przez powiększenie prostokątnej szczeliny obserwacyjnej i osłonięcie jej wkładką ze szkła pancernego – wymontowanego z transportera „Jaś”. W górnej części kadłuba wycięto dwuskrzydłową otwieraną pokrywę i zainstalowano tam stanowisko strzelca karabinu maszynowego oraz chroniącą go osłonę czołową. Nieznacznie też powiększono część otworów strzelniczych, aby zredukować powierzchnię martwych pól ostrzału. Po tych zmianach „Kubuś” dysponował sześcioma niezależnymi stanowiskami strzeleckimi: trzema z przodu, dwoma po bokach oraz jednym z tyłu. W razie potrzeby można było też użyć szczeliny obserwacyjnej kierowcy – dzięki otwieranej osłonie ze szkła pancernego.

Drugi atak na niemiecki bastion w UW

Ochrona wycofujących się powstańców

Powtórny szturm przeprowadzono 2 września. Tym razem polski wóz pancerny wsparły oddziały kpt. „Krybara”. Przypuszczono atak na boczną bramę przy ul. Słowackiego. „Kubuś” rozpoczął natarcie ostrzeliwując stanowiska hitlerowców w budynku Wydziału Chemii. Jednak Niemcy, po poprzedniej próbie odbicia, wzmocnili obsadę gmachu. Mimo osłony przez „pancerkę” ogień przeciwnika był tak intensywny, że powstańcy nie byli w stanie posunąć się do przodu. Wówczas, aby sforsować obronę, załoga „Kubusia” staranowała bramę i chroniące ją zasieki, lecz w trakcie tego manewru opony zostały przebite przez odłamki granatów.

Od 4 września prowadzony był z trzech stron generalny szturm oddziałów niemieckich na Powiśle Północne. Mimo bohaterskiej obrony, w obliczu braku środków do dalszego przeciwstawienia się hitlerowskiemu natarciu, dowództwo zdecydowało się na wycofanie z tych terenów. Dla osłony oddziałów skierowano wozy pancerne: „Szarego Wilka” i „Kubusia”. Dzięki temu siły AK szybko zdołały oddalić się od nieprzyjaciela. „Szary Wilk”, jadący w pierwszej kolejności, zdołał jeszcze przebić się przez mocno ostrzeliwaną ul. Tamka. Jednak „Kubuś”, osłaniający odwrót powstańców z północnej części ul. Dobrej, już z tej drogi nie mógł sko-

„Kubuś” w czasie Powstania Warszawskiego (źródło – z lewej: Narodowe Archiwum Cyfrowe, z prawej: Jerzy Piorkowski (1957) „Miasto Nieujarzmione”)

Dalsze modyfikacje dotyczyły usprawnienia wsiadania i wysiadania. Przede wszystkim pracowano nad udoskonaleniem momentu wychodzenia żołnierzy z miotaczami ognia. Mimo bardzo wysokiego zawieszenia, wysiadanie z butlą mieszanki zapalającej przysparzało wcześniej sporych trudności. Konstruktorzy „Kubusia” nie marnowali czasu. Po ulepszeniu swojego pierwszego dzieła zaczęli pracę nad budową następnego wozu pancernego. Po wojnie znaleziono w warsztacie płaty pancerza przygotowane już na kolejny pojazd.

Pojazd stracił sterowność i przechylił się na prawą stronę. Bez wsparcia wozu pancernego dalsza akcja nie miała szansy powodzenia, dlatego zarządzono odwrót. Przekrzywiony na bok „Kubuś”, nie mogąc manewrować, wycofał się jadąc tyłem w kierunku Krakowskiego Przedmieścia. Nie powiodła się niestety też akcja „Szarego Wilka” (czyli pojazdu pancernego „Jaś”, któremu zmieniono nazwę na cześć poległego dowódcy), który w tym samym czasie przeprowadzał atak na bramę przy ul. Sewerynów. Przy dużych stratach własnych oddziały kpt. „Krybara”, w ślad za „Kubusiem”, musiały wrócić do bazy przy ul. Tamka.

28

rzystać. Mimo desperackiej obrony Polaków, hitlerowcy opanowali górny odcinek tego korytarza. Załoga wozu pancernego, okrążona przez Niemców, wjechała do swojej bazy – do warsztatu przy ul. Tamka. Zamierzano spalić pojazd – żeby nie wpadł w ręce wroga. Nie zdążono jednak tego zrobić, ponieważ runął strop budynku, grzebiąc „Kubusia” pod gruzami.

Odnalezienie „Kubusia” Zimą na przełomie 1945 i 1946 r. porządkowany był teren przy ul. Tamka. Podczas prac, w miejscu dawnego


POLAK POTRAFI! REPORTAŻ kpt. Tadeusz Janicki (ps. „Czarny”) – też obecny przy odnalezieniu „Kubusia”. W trakcie śledztwa broń, ukryta przez Budzyńskiego, została odnaleziona przez UB. Następnie stworzono wyimaginowany akt oskarżenia, w wyniku którego kpt. Janickiego skazano na dwukrotną karę śmierci (zamienioną w 1950 r. na dożywocie), zaś Aleksandra Budzyńskiego na 15 lat więzienia. W wyniku działań prowadzonych przez Urząd Bezpieczeństwa unikatowe egzemplarze powstańczej broni „zaginęły”.

warsztatu, znaleziono zagrzebanego pod cegłami „Kubusia”. Zasypanie przez walący się budynek stało się przyczyną ocalenia powstańczego wozu pancernego. Był w dobrym stanie, bez śladów spalenia, ani przestrzelenia ścian. Wewnątrz znajdowała się zgromadzona broń, a wśród niej także unikalne egzemplarze konspiracyjnej produkcji. Ponieważ ówczesną regułą postępowania sowieckiej władzy, zainstalowanej w Warszawie, było unicestwianie śladów po Polsce Podziemnej, więc wyciągnięto z pojazdu kilka sztuk oryginalnej powstańczej broni. Następnie została potajemnie przewieziona do Piastowa, gdzie ukryciem jej zajął się Aleksander Budzyński (ps. „Kret”). W bezpiecznym miejscu miała oczekiwać na nadejście czasów, kiedy będzie można oficjalnie przekazać ją do muzeum – już bez ryzyka zniszczenia.

Związek Radziecki kontynuuje niemieckie dzieło zagłady

Kpt. Janicki został zwolniony w 1956 r., ale dopiero w 1999 r. wszystkie, wydane na niego wyroki zostały uznane za nieważne. Aleksandra Budzyńskiego zwolniono w 1955 r., a unieważnienie wyroku nastąpiło w 1993 r.

„Kubuś” w muzeum Wrakiem polskiego samochodu pancernego na szczęście przestano się już interesować. Paradoksalnie, spalenie i zdewastowanie prawdopodobnie zaspokoiło ówczesną władzę, co w gruncie rzeczy uchroniło pojazd przed całkowitym zezłomowaniem. Dopiero ponad 10 lat później, kiedy klimat polityczny w kraju nieco złagodniał, przypomniano sobie o „Kubusiu”. W 1966 r. zgodzono się na remont wozu, który znajdował się w tragicznym stanie. Zadanie to zostało powierzone jego twórcom: konstruktorowi – Józefowi Fernikowi oraz Jerzemu Rogozińskiemu i Stanisławowi Kopfowi. W 1967 r.

doprowadzono go do pierwotnej postaci. W czasie następnych 30 lat „pancerka”, być może na szczęście, znowu popada w zapomnienie. Dopiero od połowy lat 90. zajęto się jej konserwacją i bieżącymi naprawami. Zaczęła uczestniczyć w świętach narodowych, rocznicach i zlotach. W 2004 r. wykonano replikę „Kubusia”, która znajduję się w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Rola i znaczenie polskiej „pancerki” Obok wartości bojowej, „Kubuś” oraz zdobyte przez powstańców czołgi, transportery, działa i samochody pancerne miały ogromną wartość propagandową. Po pięciu latach bestialskiej niemieckiej okupacji, ponownym wymazaniu naszego kraju z mapy Europy i wmawianiu Polakom, że są narodem „podludzi”, widok polskich pojazdów pancernych, jadących ulicami Warszawy, wzbudzał ogromny entuzjazm. Przywracał wiarę, wspierał na duchu żołnierzy i walczących w Powstaniu mieszkańców stolicy. Był to także jedyny w czasie II wojny światowej pojazd pancerny stworzony przez członków ruchu oporu – i to w kraju, w którym skala hitlerowskiego terroru i inwigilacji była nieporównywalna do żadnego innego państwa zajętego przez faszystowskie Niemcy.

Kajetan Soliński

Jednak, po powrocie zespołu odgruzowującego do warsztatu, okazało się, że „Kubusia” już tam nie ma. Tydzień później został odnaleziony na terenie pobliskiego ogrodu. W tym czasie został tam spalony i podziurawiony kulami przez „nieznanych sprawców”. W takim stanie, z urwanym lewym skrzydłem maski, bez pancernych osłon kół, bez silnika, skrzyni biegów, foteli kierowcy i strzelca oraz drewnianych ławek i opon, został przetransportowany do stołecznego Muzeum Wojska Polskiego. Na początku 1949 r. zostali aresztowani: Aleksander Budzyński oraz

Replika ‚Kubusia’ w Muzeum Powstania Warszawskiego, 2008 r. (źródło - fot. Beax, Wikimedia)

29


REPORTAÅ»

30


REPORTAÅ»

31


PODRÓŻ DO...

Okolice Wameny

Z aparatem przez Indone Patrzę na kolorowe fotografie Mieczysława Franaszka pochodzące z jego egzotycznych wypraw i widzę przede wszystkim ludzi. Nie krajobrazy, nie skarby architektury, nie wspaniała przyroda, ale właśnie człowiek znajduje się w centrum zainteresowania fotografa. Owszem, jest Franaszek turystą, przechodniem, ale stara się raczej wtopić w otoczenie, wniknąć w klimat rejestrowanego świata czy zjawiska. Jego kadry nie służą kolekcjonowaniu wrażeń, ale raczej zrozumieniu fenomenu danego zakątka świata. Jest to zatem fotografia reportażowa, ze szczególnym naciskiem na psychologię prezentowanych postaci i ich związek z miejscem. Modele fotografowane przez artystę, przecież wybierane spontanicznie i bez wcześniejszych „ustaleń”, nawet jeśli mają świadomość bycia fotografowanym, zachowują autonomię. Innymi słowy – autor zdjęć nie przekracza granicy prywatności

modeli, pozostawiając im pełną swobodę. Uprawiając fotografię uliczną, stara się być dyskretnym voyeur’em ludzkich zachowań, gestów, spojrzeń. Przedstawiciele dalekich kultur siłą rzeczy są dla nas, ludzi Zachodu, zjawiskiem ciekawym z czysto poznawczego punktu widzenia i tak na nich patrzymy. Elementy folkloru takie, jak stroje czy obrzędy, są owszem, ważnym elementem świata przedstawianego przez fotografa, jednak przede wszystkim rzuca się w oczy pewien uniwersalizm widzenia. Wszyscy, niezależnie od zamieszkiwanej części świata, jesteśmy w gruncie rzeczy do siebie podobni. Łączą nas emocje i pewnie życiowe doświadczenia, chociaż zdobywane w diametralnie czasem różnych warunkach. Niewykluczone, że wybór tzw. Trzeciego Świata na cel eksploracji wziął się z przekonania autora, że cywilizacja nie zdołała tam jeszcze narzucić człowiekowi maski, że jest on bar-

32

dziej autentyczny, a przez to atrakcyjny jako temat. Nostalgia za rajem utraconym, za bezpowrotnie zaprzepaszczoną niewinnością? Być może. To tylko moje przypuszczenie. Z pewnością jednak nie każdy miałby odwagę spotkać się oko w oko z Innym, i to w tak, chciałoby się powiedzieć, laboratoryjnym wydaniu. Wymaga to postawy otwartości, braku uprzedzeń oraz przede wszystkim ciekawości świata. Patrzę na fotografie Mieczysława Franaszka jak na swego rodzaju lustro, w którym odbija się osoba autora. No bo spójrzmy na te twarze – wyrażają jeśli nie zanurzenie we własnych sprawach, to zaufanie wobec fotografującego. Bywa że lekkie zawstydzenie, jakby przyłapane na czymś intymnym, ale przecież nigdy nie są to twarze wyrażające zdenerwowanie czy wrogość. Łagodne usposobienie autora, człowieka wszak obdarzonego darem niezwykłej empatii i czułości wobec innych,


PODRÓŻ REPORTAŻDO...

Okolice Wameny

Wioska Jiwika – 300-letnia mumia

Okolice Wameny

Ceremonia pogrzebowa – Celebes

Okolice Wameny

Teatr cieni – Jogjakarta

zję i Papuę-Nową Gwineę

33


PODRÓŻ DO... zostaje odzwierciedlone w jego pracach fotograficznych. W ten sposób dochodzimy do wniosku, że fotograf uwiecznia nie tyle świat, co swoje świata widzenie. Ocala na fotografiach własne, niepowtarzalne i unikatowe, przeżycia. Nie wiem, dokąd poniosą Mieczysława Franaszka podróżnicze szlaki, z pewnością jednak należy spodziewać się kolejnych, sycących oko i ducha, ujęć nieprzebranego bogactwa, jakim są ludzie.

Jarosław Jakubowski Grobowiec rodzinny w Lemo

Mieczysław Franaszek (ur. 1944 r.) Aktor, podróżnik i fotograf. Absolwent Wydziału Aktorskiego PWST Kraków, 1968 r. Debiutował w 1966 r. w Teatrze „STU”. Występował na deskach teatrów: Nowa Huta, Kraków, Sosnowiec, Opole, Koszalin, Szczecin, Poznań, Bydgoszcz. Od czterdziestu pięciu lat współpracuje z redakcjami radiowymi wielu miast. W 1986 r. zagrał główną rolę w filmie „Bohater roku” F. Falka. Brał udział w krajowych i międzynarodowych festiwalach teatralnych, na których otrzymywał nagrody aktorskie, m.in. w Erlangen (Niemcy), Zagrzebiu (Chorwacja), Szczecinie, Krakowie. W 2013 r. otrzymał Medal za Twórczy Wkład w Kulturę Chrześcijańską. Od 2007 r. współpracuje z Galerią Autorską Jana Kaji i Jacka Solińskiego w Bydgoszczy. Wykłada w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. W latach 2012 - 2014 przygotował i wystawił trzyczęściowy monodram „Rady dobrego Boga”, w 2015 i 2016 roku zaprezentował dwie części tego spektaklu w Edynburgu.

Papua Zachodnia – Jayapura

Zajmuje się fotografią reportażową dokumentując swoje podróże po: Europie, Afryce (Egipt, Maroko, Tunezja), Azji i Oceanii (Chiny, Indie, Indonezja, Iran, Izrael, Jemen, Jordania, Liban, Nepal, Papua-Nowa Gwinea, Syria, Turcja, Uzbekistan) i Ameryce Południowej (Boliwia, Peru). Autor kilku wystaw indywidualnych w Bydgoszczy, Warszawie, Toruniu, Sopocie i Krakowie.

Ceremonia pogrzebowa – Celebes

34 34


ROZRYWKA REPORTAŻ Artykuł sponsorowany

Gra planszowa

BIEG RZEŹNIKA – Pierwszy Bieg Rzeźnika to był efekt zakładu między grupą przyjaciół o to czy uda się w ciągu jednego dnia przebiec czerwony szlak bieszczadzki. Jaka była stawka zakładu – o tym krążą legendy. Podstawowym atutem była, i nadal jest, unikatowość tego biegu oraz jego wyjątkowa atmosfera – w końcu nie może być inaczej jeśli organizatorzy są jednocześnie pasjonatami biegania (prawie wszyscy główni organizatorzy ukończyli którąś edycję Biegu Rzeźnika!) i miłośnikami Bieszczad – opowiada Mirosław Bieniecki, Dyrektor Biegu.

szy to jeden kilometr, a każda tura w grze to jedna godzina. W rozgrywce, tak jak w rzeczywistym biegu, należy przekraczać punkty kontrolne w określonym czasie i dotrzeć do mety w parze. Pierwszą fazą rozgrywki to przygotowanie do biegu. Zawodnicy dzięki

Gra planszowa odzwierciedla kultowy ultramaraton, który odbywa się co roku już od piętnastu lat w samym sercu Bieszczad. Gracze mogą wcielić się w jednego z zawodników albo dosłownie „zagrać sobą”. Wszyscy ci, którzy kiedykolwiek przebiegli Bieg Rzeźnika mogą zamówić Kartę Zawodnika ze swoim zdjęciem. Na karcie zostaną zapisane indywidualne rezultaty osiągnięte podczas biegu: średnie tempo, najwyższa prędkość i doświadczenie. Każde pole na plan-

35

Kartom Treningu i Kartom Ekwipunku zwiększają swój biegowy potencjał. Zawodnicy podczas gry muszą radzić sobie ze skutkami Kart Pogody i Kart Zdarzeń. Dodatkowymi elementami są Karty Suplementów i Karty Pożywienia możliwe do uzyskania na określonych polach trasy (punkty kontrolne i przepaki). Innymi


ROZRYWKA elementami gry są Karty Rzeźnika, których gracze używają aby pomóc swojej drużynie, a innym przeszkodzić. Drużyna najszybsza oczywiście zwycięża, ale liczy się również w jakim czasie każda drużyna dotrze do mety. Pomysłodawcą i autorem przedsięwzięcia jest rzeźbiarz i projektant – Gracjan Kaja. – Inspiracją do tworzenia gry planszowej było trzykrotne uczestnictwo w Biegu Rzeźnika. Dzięki wsparciu tego projektu przez Fundację Biegu Rzeźnika i możliwości korzystania z danych oraz archiwum biegu, udało się stworzyć grę – mówi Kaja. Gra przeznaczona jest dla wszystkich – nie tylko dla biegaczy, którzy uczestniczyli w prawdziwym Biegu Rzeźnika. Tutaj każdy może wcielić się w jednego z zawodników i poprowadzić swoją drużynę do zwycięstwa, a przy okazji odkryć bogactwo przygód i niespodzianek charakterystycznych tylko dla tego biegu. Na kartach widoczne są zdjęcia przede

wszystkim z ostatnich trzech edycji Biegu Rzeźnika. W grze dostępne są dwa warianty rozgrywki; podstawowy i zaawansowany. Ten drugi wzbogacony jest o Karty Zdarzeń, nowe parametry Kart Pogody; Skwar i Ulewa oraz o dodatkowe Karty Rzeźnika.

– Rzeźnik poza weekendem Bożego Ciała? Bez wychodzenia z domu? Przy kuflu zimego Pilsnera? To coś dla mnie. Ale też dla tych, którzy biegają i albo wspominają miniony bieg, czy przygotowują się do kolejnych edycji... Piękna grafika. Świetna zabawa. Polecam! – zachęca Mirosław Bieniecki.

Więcej informacji na stronie: www.gracjankaja.com

36 34


m. 07534 105 990 e. info@bcprinting.co.uk www.bcprinting.co.uk 1173 Gallowgate (Parkhead) Glasgow G31 4EG

REPORTAÅ»

Zapraszamy do na nasze letnie promocje: www.facebook.com/bcprinting

t. 0141 5500 400 m. 07534 105 990 e. info@bcprinting.co.uk www.bcprinting.co.uk 1173 Gallowgate (Parkhead) Glasgow G31 4EG

37


REPORTAÅ»

38


REPORTAÅ»

39


Profile for PolskiMagazynUK

Polski Magazyn w UK (6/7, 2019)  

Polonijny magazyn w Wielkiej Brytanii www.polskimagazyn.pl

Polski Magazyn w UK (6/7, 2019)  

Polonijny magazyn w Wielkiej Brytanii www.polskimagazyn.pl

Advertisement