Issuu on Google+

Oczami konia Marcin Iwaniec

www.podsmoczymdiamentem.blogspot.com


Skwar był nieznośny. Tego dnia, palące słońce nie miało kompletnie litości i prażyło całą swą mocą, doskwierając nie tylko ludziom, ale i rośliną. Już od dwóch tygodni nie spadła choćby kropla deszczu, co było niepokojące, szczególnie dla rolników. Spiekota zaczęła się akurat w porze sadzenia niektórych kłosowatych i wyschnięta na wiór ziemia ledwo dawała się orać, nie wspominając nawet o jakimkolwiek sianiu. Ale kilku wieśniaków próbowało mimo wszystko. Jednym z nich był Josh, niewysoki mężczyzna o łysej głowie. Chłop już drugi dzień dzielnie walczył ze swoim polem, doprowadzając pług i konia do granic wytrzymałości. Na początku jego wiara w sukces była niewyobrażalnie wielka, ale gdy uświadomił sobie z czym przyszło mu walczyć, opuściły go nieco chęci. Od lat siał o tej porze roku jęczmień, lecz tym razem los zmuszał go do rezygnacji ze swych planów. Bez wody, nasiona i tak nie wykiełkują. Josh przetarł ręką spocone czoło, obrzucając wzrokiem poletko dookoła. Spojrzał na spękaną ziemię i jeszcze raz przeklął soczyście. Zaczęła ogarniać go złość. Same nieszczęścia ostatnimi czasy. Syn mu zmarł, krowa zdechła, susza przyszła i jakby tego było mało, los go musiał pokarać tym głupim koniem! Nie! Zasieje ten jęczmień! Choćby miała to być ostatnia rzecz jaką zrobi! Trzasnął siwka batem z całej siły. Rumak zarżał wściekły i wierzgnął tylnymi kopytami, niemalże rozwalając pług do końca. – Aż ty! Ja ci dom! WIO! – i trzasnął konia jeszcze raz. Siwek znowu wierzgnął, lecz tym razem ruszył do przodu. Uszy miał wtulone w szyje, a mięśnie napięte. Był bliski furii. Zwierze każdego dnia marzyło o tym, żeby w końcu uciec z tego przeklętego gospodarstwa. Nikt jakoś nie chciał zauważyć, że on n i e jest koniem pociągowym! Miał smukłą budowę, idealną do dalekich biegów, ale nie nadawał się do ciągnięcia wozów, pługów i innych ustrojstw, które dzień w dzień mu zakładano. Za każdym razem, kiedy ubierano mu chomąto, miał ochotę odgryźć komuś rękę. Nie mógł jednak tego zrobić. Już raz za karę nie dostał jedzenia... Dlatego musiał ulegać, tak jak i tym razem. Z morderczym wysiłkiem napinał swe mięśnie, ciągnąc kilka stalowych płyt po uschniętej ziemi mimo prażącego słońca na niebie i okropnego zmęczenia. Ale obiecywał sobie, że pewnego dnia nadejdzie taki moment, kiedy ucieknie, raz na zawsze zostawiając przeszłość za sobą. Będzie wolny! Brutalny trzask bata rozwiał jego marzenia. Siwek pokręcił głową zrezygnowany i skupił się na zadaniu. Miał wrażenie, że orze gruz a nie ziemię. Każdy krok był istną męczarnią, ciężko mu się oddychało, a biała sierść praktycznie w całości nasiąknęła potem... Nienawidził swojego życia. Ale każdy krok, który udało mu się zrobić, każdy pokonany metr i każda przeżyta godzina – zbliżał go do czegoś. Wiedział, że jakkolwiek źle by nie było, dzień musi się kiedyś skończyć! Tylko ta wizja podtrzymywała go na duchu. Dawała sił, żeby przetrwać. I tak mijała minuta za minutą, godzina za godziną. Każde zerknięcie na słońce budziło w nim nadzieję, że to już niedługo, każde przetrwana chwila miała być tą ostatnią. Ale czas przemijał nieznośnie wolno, a ognista kula bardzo powoli wędrowało przez nieboskłon. Powoli, lecz nieustępliwie. Cały czas zmierzała leniwie ku horyzontowi, zwiastując koniec kolejnego dnia. Wtedy to zwierze ożywiało się. Liczyło sobie ile jeszcze będzie musiało się męczyć. Trud stawał się jakby łatwiejszy do zniesienia, i nawet chwile płynęły mu szybciej. Aż nagle jego uszu dobiega to cudowne „prrrr” i czuje jak jego właściciel podnosi powyginane płyty pługu. Uczucie ulgi jest wtedy nie do opisania. Ostatnim wysiłkiem pozostaje tylko powrót do domu. Ale droga zawsze przemijała mu szybko. Tak jak zawsze, siwek wpatrywał się po prostu w ziemię, próbując się wyciszysz i zrelaksować. Jest to ciężkie, kiedy obok idzie istota, której chciałoby się odgryźć głowę, ale widok farmy na horyzoncie zawsze przypominał mu, że lada moment znów stanie w swoim boksie i będzie mógł spokojnie zasnąć, delektując się snem. Lecz trzeba najpierw dojść. Po około dziesięciu minutach, farmer i koń dotarli na miejsce. Wieśniak zdjął rumakowi uprząż i zamknął go w jego boksie, w stodole. Kiedy zatrzaskiwały się drzwi za mężczyzną, w środku robiło się ciemno ciemno, ale siwek lubił mrok. Idealnie wpasowywał się w jego ponury nastrój, który dopadał go zawsze krótko po zamknięciu. Nie mógł bowiem odgonić się od myśli, które z każdym dniem domagały się coraz większej uwagi. Dręczyły go wiele pytań, na które nie miał odpowiedzi. Kim jest, czemu tu jest... Choć umysł odpowiadał prosto: jesteś koniem i urodziłeś się


pięć lat temu na tym gospodarstwie, dusza szeptała całkiem co innego. To nie jest jego ciało, to nie jest jego miejsce. Kiedyś coś zrobił. Złego czy dobrego? Nie wiedział. Ale konsekwencje czuł właśnie teraz, w tym ciele. Pociągnął głową. Silna lina przywiązana do grubego pala brutalnie powstrzymała jego ruch. Wziął w pysk sznur i zaczął go rzuć, ale nie sądził, że tej nocy się uwolni. Jeszcze nie teraz... lecz wkrótce dostanie swoją wolność. Odzyska to, co mu się należało od wieków. Nie rozumiał skąd ta myśl, ale krążyła mu po głowie aż do poranka, kiedy rolnik znów do niego zawitał, ze swoim grymasem na twarzy. Miał coś w rękach. Przedmiot, wyglądający jak nóż. Siwek spiął się momentalnie. Instynktownie czuł do czego to narzędzie służy. Chłop zaczął się zbliżać wolno, na co zwierze szarpnął desperacko łbem, próbując za wszelką cenę się uwolnić. Lina jednak trzymała mocno. – Uspokój się głupi koniu! – warknął rolnik. – Grzywę ci będę obcinać! Siwek doskonale zrozumiał te słowa. Na moment znieruchomiał, kiedy nagle zaczął się szarpać jeszcze bardziej. Wolał zginąć, niż dać sobie ściąć jego piękną, białą grzywę! Nic jednak nie mógł zrobić. Dreptał w miejscu, kopał ziemie, parskał, lecz krępujące konia więzy trwały nieugięte! A rolnik był tuż tuż. Nagle człowiek złapał go brutalnie za białe włosy zaraz obok ucha i uniósł nóż. Ostatni zryw, koń rozpaczliwie szarpnął głowę do tyłu... Lina stawiła opór, ale coś nagle strzeliło. Nie wytrzymała metalowa spinka w kantarze konia i siwek stał się wolny! Krótką chwilę rolnik i zwierze patrzyli na siebie w bezruchu, nie mogąc uwierzyć w to co się stało. Rumak miał jednak szybszy umysł i po prostu rzucił się galopem do wyjścia. Człowiek próbował go łapać, ale na nic się to nie zdało. Mógł tylko patrzeć, jak jego koń wybiega przez otwarte wrota. Wściekły przeklął soczyście. *** Nareszcie wolny! Wymijając zaskoczonych ludzi, siwek przegalopował między dobrze znanymi mu budynkami dużego gospodarstwa i skręcił gwałtownie za ostatnim z nich. Zatrzymał się, tuż przed drewnianym, niewysokim ogrodzeniem. Zobaczył bowiem przed sobą las. Spojrzał za siebie i ujrzał puste pola. Zwierze od razu doszło do wniosku, że łatwiej go będzie wypatrzeć na otwartym terenie,więc decyzja była prosta. Z rozpędu skoczył majestatycznie nad poręcza i wylądował miękko. Nagły impuls radości kazał mu stanąć dęba, rżąc przy tym jak szalony. Jeszcze zanim dotknął przednimi kopytami ziemi, rzucił się dzikim cwałem, goniąc niczym strzała prosto w ciągnący się przed nim bór. Nawet się za sobą nie oglądnął. Człowiek nie miał szans go dogonić. Był wolny! Wbił się w linie drzew, wpadając do gaju. Biegł ścieżką, którą całkiem dobrze znał. Słyszał szum liści, śpiew ptaków. I jego rytmiczny tętent, brzmiący niczym werble, bijące na cześć odzyskania wolności! Nagle zza zakrętu ścieżki którą pędził, wyłoniła się skała. Bardzo charakterystyczny głaz, widok którego wyrył mu się w pamięci na całe życie. Siwek zatrzymał się, wbijając wzrok w kamień. Przed oczami stanęły mu wspomnienia wydarzeń sprzed roku. Ciągnął wtedy bardzo ciężki wóz, kiedy po krótkiej drodze rolnik kazał mu się zatrzymać, właśnie w tym miejscu. Myślał, że jak zwykle transportował drewno, choć zazwyczaj wywoził je z lasu, a nie wwoził. Ale kiedy chłop zszedł na ziemię i ściągnął przykrywającą ładunek plandekę, wszystko się wyjaśniło. Koń nie mógł uwierzyć w to co zobaczył... Kilka dni wcześniej jego matka, gniada klacz pociągowa, zniknęła. Ale wtedy się odnalazła. Leżała bez ruchu na furmance. Człowiek zrzucił jej ciało do dużego dołu i zasypał ziemią... Wtedy Siwek był przygnębiony, ale w sumie nigdy nie czuł jakiegoś specjalnego uczucia do matki. Jednak... opiekowała się nim. I za to był wdzięczny. Ukłonił się przed jej grobem, przymykając oczy. Trwał tak chwilę, jakby pragnął usłyszeć jej szept. Moment później ruszył dalej. Las robił się coraz gęstszy, ale koń nie zwalniał. Przez całe swoje życie nie mógł się tyle na biegać. Był podenerwowany, podekscytowany. Galopował bez opamiętania, szybciej i szybciej! Na milimetry mijał drzewa, krzewy i inne przeszkody. Ze świstem w uszach pędził przed siebie. Był szczęśliwy jak nigdy... Ale – jego galop zwolnił nieco – coś mu nie pasowało... ta wolność... Rozproszył się na moment. Rozpędzony potknął się o korzeń i poleciał na szyję, taranując przy okazji małą sosenkę. Z przerażeniem odkrył, że za nią nie było już ziemi! Rozpaczliwie złapał się zębami za gałąź iglaka, ale drzewko było za małe i nie utrzymało rozpędzonych trzystu pięć-


dziesięciu kilo, przez co zwierzę poleciał w dół zbocza, ześlizgując się po wyschniętych liściach. Zatrzymał się kilkanaście metrów dalej, u brzegu drobnego strumyczka. Obolały i poobcierany, zaczął podnosić się wolno, wypluwając z pyska resztki kory i igieł. Potrząsnął głową i spojrzał w płynącą szybko wodę. Ujrzał swoje odbicie. Ta wolność. To nie było to o czym marzył. Czegoś mu ciągle brakowało. Nie rozumiał... Wolnym stępem ruszył po prostu przed siebie. Dla siwka, świat do tej pory ograniczał się do niewielkich terenów jego rodzimego gospodarstwa rolnego. Kilka budynków, dwa hektary pola i kraniec pobliskiego lasu to wszystko co koń widział przez pięć lat swojego życia. Co prawda wiedział instynktownie, że świat jest znacznie większy, praktycznie nieskończony, ale faktyczne doświadczenie tej wiedzy nieco go przytłoczyło. Las, którym podążał, wydawał się nie mieć końca. Z każdą minutą drogi robiło się coraz ciemniej, od gęstniejących drzew i liści, aż w końcu nastała ciemność, choć rumak był przekonany, że jeszcze powinien trwać dzień. Dźwięki przeróżnych zwierząt i złowrogi szelest wiatru napawał go niemałą trwogą. Wycia, piski, powarkiwania... Rumak pierwszy raz pomyślał o powrocie na farmę, ale momentalnie skarcił się za tak fatalną słabość. Potrząsnął głową, uderzając mocniej kopytem przy następnym kroku. Nic go nie mogło powstrzymać. Krok za krokiem, każdy dzień się musi kiedyś skończyć... *** Siwka otaczała kompletna ciemność. Potykał się przy każdym kroku, obijał od drzew i wpadał w krzewy. Odgłosy innych zwierząt nasiliły się, stając się jeszcze bardziej przerażające, kiedy zaczęły dochodzić praktycznie zewsząd. I te straszne ślepia, zapalające się od czasu do czasu złowrogim blaskiem gdzieś w pobliżu. Tak – dzień się skończył i wbrew doświadczeniu bliskiego paniki konia, noc wcale nie przyniosła odpoczynku. Rumak tak bardzo chciał po prostu rzucić się galopem przed siebie, żeby uciec z tego strasznego miejsca! Ale nie mógł. Ostatnia próba skończyła się po dwóch metrach na najbliższym drzewie. Dlatego szedł stępem, choć w każdej chwili był gotowy do desperackiej ucieczki, niezależnie czy jakiś pień będzie chciał go zatrzymać, czy nie... Wśród nocnej ciemności rozległo się samotne wycie wilka... Minęło kilka długich chwil, kiedy nagle coś zaszeleściło, niecały metr dalej. Siwek odruchowo postawił uszy w stronę dźwięku, ale nic więcej nie usłyszał. Serce zabiło mu gwałtownie, adrenalina zawirowała w żyłach. Choć bardzo tego nie chciał, spojrzał wolno w stronę skąd dobiegł odgłos. Ujrzał jasne ślepa, wpatrujące się w niego chciwie. Oboje patrzyli tak na siebie w bezruchu, kiedy nagle obce stworzenie warknęło krótko. Koń odebrał to jako jasny przekaz. Zarżał jak opętany i rzucił się w dzikiej ucieczce w przeciwną stronę. Stanął jednak od razu. Jego drogę już blokowały inne świecące oczy, zbliżające się wolno do rumaka. Siwek rozejrzał się w panice dookoła. Złowieszcze świetliki nadciągały z każdej strony, otoczyły go! Nie miał dokąd uciec! Dwie myśli chaotycznie krążyły mu pogłowie. Uciekać, czy czekać. Uciekać, czy czekać!? Mógł próbować staranować oprawców, albo w ten sposób tylko ułatwić im zadanie. Bał się każdej z opcji, nie mógł zdecydować, a z każdą sekundą wrogowie byli coraz bliżej! Słyszał ich powarkiwanie, już mógł rozpoznać straszne kształty wśród ciemności! Zostawała jeszcze walczyć... Niespodziewanie w jego sercu zrodziły się całkiem inne emocje, kompletnie zagłuszające instynkt. Uczucia, które momentalnie dodały mu pewności i odwagi. Był kimś więcej od tych marnych wilków, głodnych i upokorzonych przez los. On był ponad nimi, on był czymś więcej! Rumak zaparł się kopytami, prychając wyzywająco. Jego aura zmieniła się całkowicie, w oczach zapłonęły ognie woli walki, aż sami napastnicy zwolnili kroku, niepewni nagłej przemiany ofiary. Nie zatrzymali się jednak, dopóki nie znaleźli się na długość skoku na przyszłą kolację. Chcieli zmusić konia do strachu, ale ten pozostawał niewzruszony. Zdawał się wręcz z nich drwić. Zirytowane zawarczały groźnie i zaatakował rumaka ze wszystkich stron! Koń momentalnie podrzucił tylne kopyta i zdzielił jednego napastnika potężnym kopnięciem, równocześnie głową uderzając atakującego wilka od frontu. Futrzak z tyłu zaskomlał żałośnie, uderzając już martwy o pobliskie drzewo, a napastnik z przodu poleciał na grzbiet, nie spodziewając się nagłego ruchu. Pozostali myśliwi zdołali jednak bez problemu zadać rany. Kilka miejsc na jego ciele zapiekło niezno-


śnym bólem. Wierzchowiec podskoczył jak poparzony i znów zamachnął się tylnymi kopytami. Trafił jednak powietrze. Wrogowie widząc okazję, znów skoczyli na niechcącą się poddać kolację. Pazury zajaśniały w ciemności. Ból, kilka kolejnych ran dało o sobie znać, a stróżka ciepłej krwi pociekła mu po nogach. W reakcji, serce siwka wypełniła wściekłość. Nie przegra! Nie zginie! Któryś wilk rzucił mu się na kark. Szybkim ruchem głowy zbił nadciągającego wilka i zanim ten zdołał się podnieść, wściekły koń rozgniótł mu głowę kopytami. Nie zdążył jednak odskoczyć, zanim dwa kolejne doskoczyły mu do krtani. Desperacko stanął dęba, rżąc głośno, ale kły trzymały mocno. Kolejne kilka pazurów przejechało mu po zadzie, któryś ugryzł go w nogę. Uparta kolacja w końcu była ich! Świst. Dwie strzały uderzyły prosto w wilki trzymające wierzchowca za krtań. Futrzaki zaskomlały żałośnie uderzając o ziemię i znieruchomiały. Następny świst, kolejny pocisk trafił tego trzymającego go za nogę. Na ten widok, reszta uciekła skomląc. Siwek rozejrzał się dookoła, ale nie mógł nic dostrzec. Sam chciał rzucić się do ucieczki, ale w pierwszym kroku nogi ugięły się pod nim i upadł twardo na uschnięte liście. Wzrok nagle rozmazał mu się w całości, dopiero wtedy poczuł się słaby i zrozumiał ból, który dochodził niemal z każdego kawałka jego ciała. Nie wiedział co się działo, jego dusza wróciła do normalnego stanu, przerażona i zdezorientowana. Głowa powoli opadła mu na ziemię, mocząc się w jego własnej krwi. Zanim nocna ciemność ogarnęła go w całości, ujrzał jeszcze jakiegoś człowieka, pochylającego się nad nim... *** Dookoła nie było nic, tylko biała pustka, ciągnąca się w nieskończoność. Nie dostrzegał też siebie i nie czuł żadnego ciała. Jedynie jego własna świadomość trwała w upartej egzystencji, nie chcą się poddać. A musiała walczyć. Czuł, jak cała ta alabastrowa nieskończoność napierała nieugięcie, pragnąc go pochłonąć chciwie. Nie mógł jednak przegrać. Był kimś. Coś zrobił. Dawno temu rozciągnął za sobą nici przeznaczenia i teraz musiał skończyć prządź nieznaną mu historię. Odwrócił się. Kilkanaście srebrnych sznureczków ciągnęły się za nim w pustkę, oprócz jednego, trzymanego przez jakąś istotę. Jej kontury ginęły gdzieś w białej mgle, ale czuł, że doskonale zna tą duszę. Niesamowity żal wypełnił przestrzeń dookoła niego. Jakkolwiek by się nie tłumaczył, on był winny... Musiał odkręci dawne błędy... *** To nie było typowe przebudzenie, jakie miał okazję doświadczać w swym krótkim życiu. Zwykle uniesienie powiek nie stanowił tak trudnego zadania, a umysł nie znajdywał się w stanie kompletnego otumanienia. Instynkt nie zapomniał jednak o zagrożeniu i siwek drgnął impulsywnie chcąc wstać, lecz mięśnie odmówiły mu kompletnie posłuszeństwa. – Spokojnie dzielny rumaku. Spokojnie. Nabierz najpierw sił – usłyszał melodyjny głos, gdzieś za sobą. Słowa rozumiał doskonale i intencje w nich ukryte zdawały się je potwierdzać, ale z jakiegoś powodu jego ufność do kogokolwiek praktycznie zanikła. Nie miał jednak siły, żeby podnieść głowę. Spróbował skupić się na otoczeniu. Wszystko pozostawało ciągle trochę rozmazane, ale jasne kolory w oczywisty sposób wskazywały na dzień, a świeże zapachy na las. W oddali dostrzegał też poruszające się jakieś kształty, wyglądające na ludzi. Czyżby jego właściciel go znalazł? Ale wtedy słowa które padły przed chwilą, nie byłyby tak przyjazne. Wzrok wracał mu powoli do normalności. Wyglądało na to, że on sam leżał na miękkim mchu, a otaczający go bór w tym miejscu był znacznie rzadszy, niż w ostatnich wspomnieniach, przywoływanych tuż przed utratą przytomności. Właśnie wtedy przypomniał też sobie o wilkach i o ludziach, którzy prawdopodobnie uratowali mu życie. Wyglądało na to, że trafił do ich osady, na co wskazywały przeróżne domostwa w drzewach, narzędzia i ogólnie wszelkie ślady ich bytności. Nagle usłyszał kroki. Jeden z dwunożnych podchodził do niego lekkim krokiem, chyba ten, który przemawiał moment wcześniej. Siwek podniósł z trudem głowę i ujrzał niewysokiego męż-


czyznę o drobnej sylwetce i szpiczastych uszach. To nie był typowy człowiek, którego zapamiętał ze swojej farmy. On był inny. Ale słyszał kiedyś, jak parobkowie rozmawiali o istotach podobnych do siebie, przedstawiając opis pasujący do nadciągającej istoty. Nazywali je elfami. – Spokojnie dzielny rumaku. Wypij to. Odzyskasz siły – przemówił znów dwunożny. Wszystko był w nim inne niż pamiętał u ludzi. Delikatny głos, przyjazna aura i nawet słowa wypowiadał całkiem innymi dźwiękami. Mimo, że siwek nie znał nieznajomego, z jakiegoś powodu nie bał się mu zaufać, a i obietnica szybkiej poprawy stanu sama w sobie była na tyle kusząca, że bez wahania wsadził pysk w glinianą miskę i jednym haustem wciągnął ciecz. Napój nie smakował najlepiej, ale przyjemne ciepło niemalże od razu zaczęło rozchodzić się po jego ciele. – Lepiej, nieprawdaż? – zapytał elf przyjaźnie. Koń przytaknął pyskiem w odpowiedzi, na co dwunożny zaniemówił na moment. – Rozumiesz mnie, dzielny rumaku? – wykrztusił z siebie po chwili. Zwierze, nie rozumiejąc zaskoczenia elfa, znów przytaknęło. Co w tym takiego dziwnego? – Nie odchodź, dzielny rumaku – zawołał nieznajomy i pobiegł gdzieś szybko. Zdziwiony siwek patrzy moment za dwunożnym, aż ten zniknął gdzieś za drzewami. W sumie i tak się nigdzie nie wybierał. Póki co było mu tu dobrze. Chciał jednak wstać już na równe nogi. Instynkt nieprzerwanie upominał się o zachowanie czujności i ciągłej gotowości do ucieczki, więc podjął drugą próbę powstania. Tym razem poszło mu znacznie lepiej i już po chwili spacero wał tam i z powrotem, badając teren. Osada nie przypominała mu tej, w której się urodził. Miejsce to wydawało się istnieć w ścisłej symbiozie z naturą i nawet lampiony, akurat w tym momencie pozostając niezapalonymi, były kwiecistymi kielichami, rozwieszonymi po całym lesie. Wiele domostw wisiało wysoko na drzewach, otoczonych liśćmi, pniami i gałęziami, a prowadziła do nich cała siatka naturalnych mostów, wykorzystująca silne pienie i konary. W większości przypadków na wyższe partie można było się dostać po prostu idąc zawiłymi drogami, ale rzadziej, dookoła niektórych drzew okręcały się spiralne schody, będąc ich własnymi gałęziami. Dno osady, czyli podłoże po którym spacerował koń, było skomplikowaną mieszaniną małych wąwozów, wzniesień i stoków. Istniały jednak ścieżki, manewrujące zawile pomiędzy naturalnym labiryntem, ozdobione zielonymi od mchu kamieniami i głazami. Można też było dostrzec wśród liści i drzew niewielkie fontanny, rzeźby i marmurowe ławy. Innym aspektem, który zainteresował siwka to mieszkańcy tego niesamowitego miejsca. Na początku myślał, że przemykające gdzieniegdzie istoty były ludzie, ale kiedy po raz kolejny wsadził swój ciekawski pysk do któregoś pnia i ujrzał w nim krzątającego się elfa, uznał, że to miasto długouchych. Co ciekawe, żaden z ludzi lasu nie okazywał mu wrogości, kiedy przechodził obok któregoś z nich, lub zerkał do ich domostw. Owszem, rzucali mu zainteresowane spojrzenia i czasami nawet pozdrawiali w swym melodyjnym języku, ale nie przeganiali go, ani nie próbowali łapać. Intrygowało go takie zachowanie i zachęcało do dalszego poznawania miejsca, ale im bardziej je odkrywał, tym mniej cokolwiek rozumiał. Zdezorientowany wrócił więc na polankę, skąd rozpoczął zwiedzanie. Po kilku chwilach bezczynnego stania, koń usłyszał za sobą szybkie kroki kilku elfów, idących w jego kierunku. Zerknął w stronę dźwięku. Ujrzał znajomego już długouchego i dwóch innych, wyglądających na znacznie starszych. Ich ubiór również się różnił. Kiedy ten poznany już miał na sobie ćwiekowaną skórznie i przewieszony przez ramię łuk, pozostałej dwójce przy każdym kroku powiewała ich długa szata, koloryzowana w odcieniach zielonego i żółtego. – Vilkasi, Eleriv. To on – przemówił elf w skórzanej zbroi. Kiedy ludzie znaleźli się już blisko siwka, koń odwrócił się do nich i spojrzał na przybyszów, przekrzywiając głowę. – Ponoć rozumiesz nasze słowa. To prawda? – zapytał ten w szacie, blondyn o długich włosach. W oczach wierzchowca zaświeciły iskierki. Czyli to, że rozumie mowę dwunożnych jest dziwne tak? Spojrzał ukradkiem na elfa z łukiem. Wyglądało na to, że zależy mu na wyjawieniu prawdy... Byłaby wielka szkoda, gdyby koń nagle przestał być rozumnym.


Rumak prychnął w odpowiedzi na słowa człowieka lasu i zaczął obwąchiwać ziemię, w poszukiwaniu dobrych źdźbeł trawy. Długousi popatrzyli po sobie zakłopotani, ale mężczyzna w skórzni nie poddawał się. Podszedł do konia i uklęknął przy nim, mówiąc proszącym tonem: – No, dzielny rumaku. Przecież pokiwałeś mi w odpowiedzi. Koń nie zareagował, grzebiąc nosem wśród suchych liści. Elf westchnął i wstał, wzruszając ramionami. – Znaleźliśmy go wczoraj, na nocnym patrolu – wyjaśnił. – Zaatakowały go wilki. Nie widzieliście go wtedy, bracia. Jego wzroku. To nie może być zwykły koń. Ci w szatach zaśmiali się. Koń podniósł nieznacznie wzrok, przysłuchując się rozmowie. – Istotnie, zwierze roztacza nietypową aurę – przemówił jeden z nich. – Ale to ciągle koń. Nie ma w nim nic niezwykłego. Dwójka pokazała temu z łukiem jakiś pożegnalny znak i odwróciła się. Blondyn dodał jeszcze na odchodne. – Ale teraz, jak go uratowałeś, jesteś odpowiedzialny za jego los, Fasivil. Fasivil spojrzał zmartwiony na konia. Podszedł do niego i pogłaskał po szyi. – Może faktycznie mi się wydawało? – zapytał. Siwek podniósł głowę i pokiwał nią na boki zaprzeczając. Zaskoczony elf widząc odpowiedź zwierzęcia, podniósł rękę, jakby chcąc zawołać swoich dwóch kolegów, ale ci już byli daleko. Ziarno irytacji zakiełkowało w jego duszy. – Może i dzielny rumak, ale i złośliwy – skomentował z przekąsem. Siwek przekręcił głowę, spoglądając w oczy elfa. Może, odpowiedział w myślach. Elf pokręcił tylko głową. – Teraz też mnie nie będziesz rozumieć, czy pójdziesz za mną? – zapytał zrezygnowanym tonem. Mężczyzna zrobił kilka kroków do tyłu, nie spuszczając wzroku z wierzchowca. Siwek zastanowił się przez moment czy warto się w ogóle wysilać, ale ostatecznie ruszył za Fasivilem. Był ciekawy co dwunożny chce mu pokazać. Oboje maszerowali w ciszy pomiędzy ogromnymi drzewami, podążając wzdłuż kamiennej uliczki. Kroki elfiego łowcy pozostawały niesłyszalne, w przeciwieństwie do głośnego stukotu kopyt konia. Dźwięk ten, nie licząc szumu liści i śpiewu ptaków, przez moment jako jedyny towarzyszył im w podróży, kiedy nagle jego przewodnik przemówił spokojnym tonem: – Musi być jakiś powód, że ukrywasz swoje zdolności przed starszyzną, dzielny rumaku – mruknął, poprawiając łuk na ramieniu. Nie, nie ma żadnego, odparł koń w myślach. Swoją drogą lubił słuchać elfi język. Był taki delikatny i melodyjny. Podobał mu się. – Ale muszę ci coś powiedzieć – kontynuował. – Wśród nas, elfów, istnieje bardzo stare prawo. Wyrwałem cię z rąk śmierci, więc teraz jestem za ciebie odpowiedzialny. Nasze losy splotły się ze sobą. Koń parsknął cicho w odpowiedzi. Jakoś nie podobało mu się, że ktokolwiek chciał wiązać swój los z jego własnym. Fasivil zerknął na siwka, po czym znów skupił się na drodze. Coś mu jednak chodziło po głowie, bowiem już po chwili zadał nurtujące go pytanie: – Czym jesteś, dzielny rumaku? Jakimś magiem, który utknął w tej postaci? – rzucił zamyślony. – Albo może duszą, która wróciła na ten świat, chcąc uratować kogoś bliskiego. Lub jakaś kara! Wierzchowiec stanął nagle. Jego wzrok zrobił się szklany, mięśnie znieruchomiały całkowicie. Słowo „kara” dzwoniło mu ciągle w umyśle. Nie rozumiał czemu, nie wiedział co się stało. Ale miał nieodparte wrażenie, że właśnie to jedno słowo odgrywa ważną rolę w jego życiu. Otrząsnął się. Elf przyglądał mu się z ciekawością. Siwek parsknął głośno i ruszył zdecydowanie przed siebie, dając tym samym znak, że nawet jeśli by mógł, nie będzie o tym dyskutować. Fasivil wzruszył ramionami i skręcił w małą odnogę między dwoma skałami, którą koń przeoczył. Rumak szybko zorientował się w pomyłce i jak gdyby nigdy nic zawrócił, doganiając przewodnika


w kłusie. Po kilku kolejnych minutach oboje dotarli pod jedno z większych drzew, z dużym, otwartym wejściem do środka. Wnętrze głównie zajmowały spiralne schody, prowadzące do góry i pojedyncze dziuple, w środku których ukryte leżały różne warzywa, owoce, skóry i ususzone plastry mięsa. W górnych partiach znajdywały się też inne przedmioty, ale tych koń już nie mógł dostrzec dokład nie. Ogólnie miejsce to stanowiło swego rodzaju magazyn. Fasivil wszedł do wnętrza, mijając się w progu z piękną elfką. Pozdrowili się gestem i kobieta w zwiewnej szacie przeszła obok rumaka, muskając go delikatnie palcami po szyi. Siwkowi ślina stanęła w gardle. Chciwie spojrzał za nieznajomą i patrzył na nią przez długą chwilę, aż nagle łowca gwizdnął mu prawie do ucha. – Hej, ogierze! Zwierze odskoczyło przestraszone lecz momentalnie się opanował i wściekły położył uszy na szyi. Kiedy jednak zobaczył jabłko w rękach towarzysza, oczy momentalnie zaświeciły mu się pożądliwie. Mężczyzna zaśmiał się widząc reakcję konia i dał mu owoc. Siwek w całości wsadził go do pyska, niemalże się dławiąc. – Nie mamy owsa. W głębi lasu nie potrzebujemy koni. Będziesz sobie musiał sam znaleźć jakąś trawę. Na południu znajduje się polana, gdzie podłoże jest zielone i gęste. Jutro cię tam zaprowadzę. Tymczasem powinieneś odpoczywać. Mikstura przywróciła ci siły, ale nie krew, której straciłeś wiele – tutaj łowca zamyślił się na moment. – Nie jeden zginąłby od takich ran. Ale tobie udało się przetrwać. Co ci daje tyle sił? Koń spojrzał na swój bok, przeżuwając jabłko. W wielu miejscach widział świeże blizny po ugryzieniach i drapnięciach. Nie wiedział co elfy zrobiły, że rany zasklepiły się tak szybko. Ale bardziej nurtowało go pytanie Fasivila. Co go napędzało? Co mu kazało walczyć? Spojrzał głęboko w oczy elfa. Sam nie znał odpowiedzi. *** Dwunożny i koń spacerowali jeszcze chwilę po leśnym mieście, lecz nie długo im zajęło, zanim ich drogi się rozeszły. I to dosłownie, gdyż elf musiał zająć się swoimi sprawami, a te akurat wymagały jego obecności wśród koron drzew, gdzie siwek nie miał już dostępu. Nie mając więc co ze sobą zrobić, koń postanowił poszukać wśród nowego otoczenie jakiegoś miejsca dla siebie. Zastanawiało go po co w ogóle chce jakiś swój własny kąt, ale nie mógł pozbyć się wrażenie, że bardzo mu tego potrzeba. Może to przez życie na farmie, gdzie pod koniec każdego dnia wracał w to samo miejsce do swojej stodoły, albo przez jakieś inne wydarzenia, których nawet nie pamiętał. Po prostu chciał móc dokądś wrócić. Uczucie to szczególnie się nasiliło, kiedy zaczęło zmierzchać. Perspektywa nadchodzącej nocy wywołały w duszy zwierzęcia swego rodzaju niepokój, związany z jego ostatnią przygodą. Niby miał świadomość, że jest bezpieczny, niby wiedział, że żaden wróg nie zaatakuje go wśród elfów... Ale instynkt pozostawał nieubłagany. O dziwo jednak, właśnie to co wzbudziło w nim lęk, kiedy stało się rzeczywistością zaczęło go uspokajać. Mrok wypełnił las całym sobą, lecz kwieciste lampiony, wiszące w praktycznie niezliczonych ilościach, biły skutecznie ciepłym, przyjaznym światłem. Zrezygnował nawet z szukania jakiegoś miejsca dla siebie, stwierdzając, że w każdym zakątku osady czuje się tak samo dobrze. Wrócił więc na niewielką polankę, gdzie obudził się ostatnim razem i położył się na wygodnym mchu, nie mając siły spać na stojąco. Znużenie ogarnęło go momentalnie, a zaraz po nim przybył sen. Odpoczynek trwał jednak bardzo krótko, przynajmniej w mniemaniu konia. Ledwo co zamknął powieki, a tu nagle instynkt kazał mu się zerwać na równe nogi z radosnym stwierdzeniem, że będzie tego wylegiwania się. Nieprzytomny wierzchowiec podrzucił cielsko i zatoczył się, pozbawiony równowagi. Dopiero wtedy zorientował się co się stało i wściekły na siebie położył uszy. Podszedł sztywno do najbliższego drzewa i zirytowany zaczął stukać głową o pień, chcąc jakoś pozbyć się tego drugiego ja, na którego nie miał kompletnie wpływu. Miał już dosyć jego podpowiedzi i ingerencja w świadomość.


Nagle ujrzał Fasivila, przypatrującego się mu z zaintrygowaniem. Koń chrząknął krótko, jakby w zakłopotanym śmiechu i zaczął się ocierać czołem o korę, niby drapiąc się w swędzące miejsce. – I będą mi wmawiać, że to normalny koń – skomentował pod nosem elf i rzekł głośniej do zwierzęcia. – Wyruszamy, dzielny rumaku. Pokażę ci gdzie leży zielona polana, o której wspominałem. To powiedziawszy, dwunożny poprawił swój łuk na ramieniu i oparł ręce na grzbiecie siwka, chcąc na niego wskoczyć. Koń był tak zaskoczony zuchwałym czynem, że w pierwszej chwili nie wiedział co się dzieje. Kiedy jednak Fasivil wybił się do skoku, rumak odskoczył w bok, rżąc przy tym zbulwersowany, jakby krzycząc: „No chyba nie!”. Zwinny elf wylądował gładko na ziemi i zanim się podniósł, spojrzał na zwierze z pewną dozą zaskoczenia. Wydawało mu się, że koń jest oswojony. Siwek podszedł do niego i schylił głowę, parskając na towarzysza. Może i oswojony, ale nikt jego delikatnego grzbietu nie będzie tykać! Mężczyzna podniósł się i poprawił łuk. – Niech więc tak będzie – skomentował beznamiętnie i oboje wyruszyli w drogę. Podróż nie trwała długo. Ledwie kilkanaście minut zajęło im dotarcie na miejsce, które okazało się być całkiem przytulnym azylem. Polana nie imponowała wielkością, miała ledwie dziesięć metrów średnicy, ale otaczające je skały i gęsta roślinność napawały przyjemnym wrażenie bezpieczeństwa i spokoju. Ukryte w koronach drzew ptaki śpiewały delikatne melodie, zielone źdźbła trawy uginały się na praktycznie nieodczuwalnym wiaterku, a niewidzialny strumyk szumiał bystrym nurtem gdzieś niedaleko. Wszystko to sprawiało niesamowite wrażenie, wypełniające nawet najwybredniejsze dusze stanem bliskim do nirwany, dlatego nie dziwota, że siwek dał się zauroczyć miejscem od pierwszego wejrzenia. Podekscytowany wybiegł na sam środek i okręcił się kilka razy wokół siebie, rozkoszując się miękką ziemią pod kopytami. Potem rzucił kilka zaciekawionych spojrzeń wokół i wziął się za jedzenie wybornej trawy. Przez ten krótki moment poczuł się nieziemsko dobrze. – To polana Refleksji – powiedział Fasivil, podchodząc do wierzchowca. – W to miejsce przybywa wiele elfów, kiedy szukają natchnienia, spokoju czy muszą rozważyć jakąś trudną decyzję. Da się tu wyczuć samego ducha lasu, który... Siwek spojrzał nagle na elfa, podrzucając głowę. Będąc uwalonym zieloną piana i przeżuwając wolno trawę wyglądał jakby mówił: „Czy ja naprawdę wyglądam na kogoś, kogo interesuje co mówisz?” Elf wyczuł te intencje i zamilkł zrezygnowany. – W każdym bądź razie możesz przychodzić tu kiedy chcesz – klepnął konia w szyję i ruszył w przeciwnym kierunku, niż z którego przyszli. – Droga tu prowadząca jest bezpieczna. Dalej jednak mogą czyhać różne niebezpieczeństwa. Wilki był najmniej groźne, w porównaniu do innych drapieżników, żyjących w tym lesie. Konik stulił uszy na samą myśl o traumatycznej nocy. Atmosfera polany nie pozwalała mu jednak zbyt wiele negatywnych myśli. Wziął głęboki oddech i wrócił do jedzenia. Był pierwszym stworzeniem, które ośmieliło się naruszyć świętą polanę, serce samego jestestwa lasu. Natura jednak nie potraktowała go jako zagrożenie... I całe szczęście że miała spore zapasy cierpliwości, gdyż siwek jeszcze nie raz powrócił w swoje nowe ulubione miejsce *** Mijał dzień za dniem, a dla siwka życie toczyło się tak spokojnie i beztrosko, że ten zdążył zapomnieć o przykrościach z dawnych czasów. Wśród elfów czuł się po prostu dobrze i nie sądził, że kiedykolwiek je opuści. Znalazł swój nowy dom. Ale nie trzeba było wiele czasu, zanim nastrój zwierzęcia znów się pogorszył. Wydawało mu się, że wreszcie miał wszystko, ale... czegoś mu brakowało. Towarzysza, czyjejś bliskości. Długousi zachowywali się naprawdę przyjacielsko w stosunku do niego, ale żaden nie okazywał mu specjalnej uwagi. Nawet Fasivila widywał jedynie raz na kilka dni, choć rzekomo miał za niego być „odpowiedzialny”, cokolwiek to oznaczało. Wszechogarniający spokój zaczął go przytłaczać. Pewnego dnia, wczesnym porankiem, siwek udał się znów na polanę. Stanął na środku i


wbił wzrok w ziemię. Wiele myśli krążyło mu po głowie, ale jedna była dominująca. Zastanawiało go czemu nie umie docenić tego co ma. Życie jako koń rolny było znacznie gorsze niż to aktualne, ale i tak czuł się nieszczęśliwy. Dalej mu czegoś brakowało. Dalej czuł, że to życie nie jest jego. Zarżał zrozpaczony. Chciał znaku! Chciał podpowiedzi! Co miał zrobić!? Nagle usłyszał szelest kroków. Przestraszony podskoczył, odwracając się w stronę przybysza. Zobaczył Fasivil, zmierzającego ku niemu wolnym krokiem. Momentalnie opanował swoje emocje. Nie miał zamiaru dać po sobie poznać jakiekolwiek słabości. – Wiedziałem, że cię tu znajdę – przemówił elf. Koń zastrzygł uszami. Łowca coś od niego chciał? – Potrzebuje twojej pomocy. Muszę się uda do niedalekiej gospody, jakieś pół dnia pieszej drogi stąd. Konno byłoby szybciej – dokończył znacząco. W pierwszej chwili wierzchowiec położył uszy i odsunął się zdecydowanie, chroniąc swój delikatny grzbiet. Ale nagle spuścił głowę, kiedy zrozumiał, że to jego szansa, żeby pobyć z kimś, chociaż przez chwilę. Pokiwał zrezygnowany głową i ustawił się bokiem. – Czyli jednak – ucieszył się Fasivil. – Nie obawiaj się. Będę ostrożny. Łowca podszedł i położył ręce na grzbiecie zwierzęcia. Siwek się wzdrygnął. Już wtedy się źle poczuł, ale w momencie kiedy dwunożny wyskoczył i spadł na jego kręgosłup, zarżał z ohydnego wrażenia, które go ogarnęło. Nagła zmiana środka ciężkości zachwiała nim na boki, ale ostatecznie zdołał złapać równowagę. Kwiknął jednak zbulwersowany i potrzepał grzywą. Czuł się tak bardzo źle z dwunożnym na plecach. – Spokojnie! Spokojnie – mówił łowca łagodnym głosem. – Pierwszy raz masz kogoś na swym grzbiecie? Koń zatrzymał się nagle i spojrzał na elfa z niedowierzaniem, jakby mówił „Zgadnij!”. Ale nagle poczuł nacisk na swoich bokach. Fasivil ścisnął go łydkami! Siwek położył wściekły uszy na szyi i usztywnił każdy jeden mięsień. Zgodził się na to upokorzenie i pozwolił jakiemuś dwunożnemu usadzić się na swoim grzbiecie, ale NIE pozwoli sobą rządzić! – To naciśnięcie oznacza, że masz ruszyć do przodu – wyjaśnił łowca. Elf miał coraz większe wątpliwości co do pomocy konia. Zwierzęciu widocznie ani trochę się nie podobało, że ktoś je ujeżdża, ale postanowił chociaż spróbować. Zawsze przecież mógł iść pieszo. – Jak mam cię inaczej prowadzić? – zapytał bezradnie, wychylając się nieco, tak, aby zobaczyć pysk rumaka. – Słowami? A o dziwo wierzchowiec przytaknął głową. Wolał to, niż żeby ktoś dźgał go nogami. Sam łowca w pierwszym momencie nic nie odpowiedział, ciągle nie mogąc się przyzwyczaić do tego, że koń odpowiada na jego pytania, ale ostatecznie spróbował powiedzieć: – To rusz do przodu. Koń nie ruszył, ale spojrzał na swojego jeźdźca znacząco, jakby czegoś oczekując. – Proszę? – dodał w ostatecznej próbie. I siwek ruszył! Łowca pokręcił głową z niedowierzania. Jako elf żył już na tym świecie ponad sto lat, ale takiego stworzenia jeszcze nie widział. Było oczywiste, że to nie jest normalny koń, ale nie czuł, że dane mu będzie odkryć jego prawdziwą historię. Opuścili polanę i po krótkiej przeprawie przez gęste chaszcze, dwójka znalazła się w nieco rzadszej części lasu, na starej ścieżce, prowadzącej gdzieś na wschód, w stronę gór Lelethina. Właśnie na granicy boru i łańcucha górskiego leżała gospoda, do której chciał się dostać Fasivil. Dotarcie tam nie stanowiło większego problemu. Koń zdążył się przyzwyczaić do życia pomiędzy drzewami i czasami nawet sam z siebie przechodził do kłusa, jeśli tylko było mu tak lepiej. Dzięki temu minęło ledwie kilka godzin, zanim oboje wyłonili się z gęstej linii drzew, żeby ujrzeć oddalone o jakieś kilkanaście kilometrów, ogromne szczyty, czubki których trwały pokryte śniegiem. Fasivil pokierował wierzchowca wzdłuż linii drzew i po kilku minutach szybkiego galopu, zza niewielkiego wzniesienia wyłoniła się średniej wielkości, wiejska izba. Domek, pokryty w całości szeroką strzechą, zbudowany został w większej części z sosnowych bali. Jedynym inny materiał stanowił szary kamień, który składał się na materiał budulcowy


masywnego komina, pnącego się wysoko ku górze. W lewej części całego budynku, prawie na samym jego skraju, stały ciężkie, dębowe drzwi, okute żelaznymi pasami. Z ich prawej strony, tuż pod dwoma oknami, na ramy których naciągnięte zostały błony z rybich pęcherzy, ciągnęła się długa poręcz, z przywiązanymi do niej kilkoma wierzchowcami o przeróżnej maści. – Zwolnij, dzielny rumaku – przemówił łowca, kiedy prawie dotarli na miejsce. – Nie ma co sprawiać niepotrzebnej sensacji. Siwek przeszedł do stępa. Dalej, podążając już ubitą ścieżką, szedł spokojnym krokiem, przyglądając się uważnie gospodzie i przywiązanym do poręczy wierzchowcom. Oprócz matki, nigdy nie miał kontaktu z innymi przedstawicielami swojej rasy i trochę obawia się nieuniknionego spotkania. Nie wiedział co powinien zrobić, jak się zachować... Na moment jednak jego uwaga przerzuciła się na niewysoki słup, który właśnie mijali. Zwisał z niego szyld, przedstawiający fioletowego jaszczura ze skrzydłami, zdającego się sięgać po czerwony klejnoty, a nazwa pod nim widniejąca głosiła „Pod Smoczym Diamentem”, gdzie „smok” miał być ponoć określeniem dziwnego, uskrzydlonego gada. Obce konie chrząknęły na powitanie siwka. Nie będąc pewnym prawidłowej reakcji, odpowiedział im dokładnie tym samy. Nieznajome rumaki w sumie ledwo zauważyły przybycie siwka, ale kiedy elf pozostawił go kompletnie luzem, bez żadnej uprzęży i siodła, zwierzęta poczuły się nieco zazdrosne i posłały mu złowieszcze spojrzenie, choć nie położyły uszu. Siwek odsunął się jednak kawałek dla bezpieczeństwa i zaczął skubać nieśmiało trawę, nie spuszczając pobratymców z oczu. W tym samym czasie Fasivil wszedł do środka karczmy. Wnętrze nie było duże. Mieściło ledwie sześć okrągłych, czteroosobowych stołów, niedużą, wąską ladę z bukowego drewna i dość spory kominek, w którym żywo tańczyły płomienie. Najbardziej jednak w oczy rzucały się stare regały, zajmujące prawie całą wolną przestrzeń przy ścianach, wypełnione różnymi księgami i pergaminami. Pod Smoczym Diamentem bowiem oferowało nie tylko strawę oraz wygodne leże, lecz i również kilka dobrych opowieści, opisujących najciekawsze dzieje z całego kontynentu. Elf obiecywał sobie, że pewnego dnia w końcu dokończy opowieść o skrzydlatych jaszczurach, które trwały sobie gdzieś w odległym świecie, ale niestety nie mógł to być ten dzień. Miał pilne sprawy, z którymi przybył do gospody. Obrzucił jeszcze wzrokiem nielicznie obecnych klientów karczmy, ciekawy czy dostrzeże jakąś znajomą twarz, ale już po samych ich strojach podróżnych wywnioskował, że nie ma na co liczyć. Podszedł więc do grubego szynkarza, krzątającego się za ladą. – Fasivil! – powitał go właściciel gospody. – Dawno cię tu nie widziałem! To co zwykle? – To co zwykle – potwierdził elf przyjaznym głosem, siadając na niewysokim stołku, zaraz obok wysokiego mężczyzny, do pleców którego przytroczone wisiały skrzyżowane dwa miecze. – Ale nie zabawię długo. Przede mną ciągle wiele wyzwań. Oczywiście słowa te rzekł we wspólnym, języku ogólnie przyjętym dla wszystkich ras. Niewiele ludzi mówiło w elfickim, choć gramatyka i same słowa nie były zbyt trudne. – Jak zawsze zabiegany – skomentował gruby mężczyzna, wyciągając z kredensu za sobą duży, drewniany kufel. – Jakieś wieści? – zapytał elf znacząco, jakby mając coś konkretnego na myśli. Szynkarz skończył nalewać cydr i postawił przed łowcą. Wtedy to westchnął i zamyślił się, próbując odgadnąć o co może chodzić przybyszowi. Fasivil zawsze stawiał przed nim takie zagadki. Po krótkiej chwili doznał jednak olśnienia. – A! Takie wieści. No więc ludzie z Nawreci chcą zbudować duży tartak na skraju lasu. Jakiś inwestor się znalazł, co to chce nasz las Lelethina trochę przerzedzić. Same problemy z tymi ludźmi, nawet jak przychodzą do mnie się napić . – Mówicie o tej wsi na skraju lasu, jakąś godzinę drogi stąd? – wtrącił się mężczyzna siedzący obok. – Byłem tam o poranku, przejezdnie. Nieprzyjemni ludzie. Miałem nadzieję na jakąś strawę, ale tamtejszy farmer potrafił tylko narzekać na konia, który mu uciekł i straty z tym związane. Inni zresztą nie lepsi. – To nie każdy człowiek jest taki? – zapytał elf z przekąsem, aczkolwiek w żartobliwym tonie.


Obcy sięgnął po swój kufel i upił solidny łyk. Był to wysoki mężczyzna, dobrze umięśniony, wiekiem przypominającego trzydziestolatka. Na pierwszy rzut oka wyglądał na całkiem przyjaznego. – Jest – odparł w końcu nieznajomy, kiedy przetarł usta ręką. – Żeby daleko nie szukać, wojsko Cesarstwa Miecza i Ostrza wypiera orkowe plemienia z południowych stepów, przez co te zalewają Kalmateem. Zielonoskórzy, wściekli i z urażoną dumą, właśnie teraz jak rozmawiamy, plądrują bezbronne wsie. I to wszystko w imię czego? Cesarz Silner Drugi twierdzi, że to dla rozwoju gospodarki, ziemi potrzeba. Ale wszyscy wiedzą, że ma jakieś osobiste urazy z orkami. I teraz niewinni cierpią, i orkowie, i wieśniacy. Fasivil uśmiechnął się nieznacznie i podniósł swój browar. Nie lubił ludzi, ale ten był znośny. Stuknął się z nim kuflami. – Za złych ludzi – dodał elf i upił łyk. Wtedy to właśnie zobaczył chuderlawą postać, siedzącą w mrocznym kącie karczmie, która przyglądał im się z uwagą. Mężczyzna wyraźnie miał już wiele lat na karku, o czym świadczyła jego pomarszczona skóra, lecz cień nie pozwalał dostrzec jakichś istotniejszych szczegółów. – No nic – przemówił mężczyzna z dwoma mieczami na plecach, dopijając resztki piwa. – Komu w drogę... Wstał, dzwoniąc swą uprzężą, oraz jak tylko poprawił pasy z orężem, skinął karczmarzowi i elfowi na pożegnanie. – Bywaj, panie Detkel – rzucił karczmarz na odchodne. Detkel ruszył do wyjścia i opuścił karczmę. Elf znów skupił się na swym cydrze, ale zerkną jeszcze w kąt, z którego obserwował go tajemniczy staruszek... Zniknął. Łowca zmrużył oczy. Może mu się wydawało? Wzruszył tylko ramionami. Na zewnątrz natomiast Siwek stał tuż obok przywiązanych wierzchowców, wpatrując się w nich z kpiącym wzrokiem. Jego zawstydzenie względem ich zazdrosnych spojrzeń już dawno wyparowało i okazało się, że znacznie bardziej podoba mu się irytowanie zniewolonych rumaków, niż unikanie ich. Dlatego chodził sobie demonstracyjnie luźnym krokiem, skubał trawkę i raz się nawet wytarzał z rozkoszą. Uspokoił się jednak i stanął na baczność, kiedy drzwi do karczmy uchyliły się, myśląc że to jego elf powraca, ale ujrzał obcego mężczyznę, który podszedł do swojego srokacza i zaczął odplątywać mu uwiąz. Dusza siwka drgnęła. Tak się nagle ucieszył, że miał ochotę rzucić się na obcego z radości! Ale przecież nie znał go! Mózg mu wyraźnie podpowiadał, że nigdy nawet nie widział tego dwunożnego. Lecz dusza wiedziała swoje. Czuł, że to ktoś ważny, ktoś, kto odegrał kiedyś bardzo istotną rolę. Obcy wyprowadził swojego wierzchowca na ścieżkę i wdrapał się na siodło. Dostrzegł, że siwek wpatruje się w niego natarczywym wzrokiem. Sam nie spuszczał z konia oczu, lecz kazał swojemu rumakowi ruszać. Przyglądał się jeszcze chwilę białemu ogierowi, po czym skupił się na drodze. A siwek jak stał, tak stał. Z jednej strony czuł usilną chęć, żeby podążyć za nieznajomym, ale z drugiej wydawało mu się to kompletnie bez sensu. W końcu było już za późno na jakąkolwiek decyzję, kiedy człowiek znikną za niewysokim pagórkiem. Po jakimś czasie na zewnątrz pojawił się i elf, ale koń nawet nie zwrócił na niego uwagi. Ciągle patrzył się w kierunku, w którym udał się ten dziwny nieznajomy. Fasivil dostrzegł rozterki rumaka, ale nie odezwał się słowem. Nie miał pojęcia o co mu mogło chodzić. Wskoczył więc delikatnie na jego grzbiet i słownie polecił mu ruszyć. Siwek pierwsze kroki postawił bardzo niepewnie, ciągle nie wiedząc co powinien zrobić. Czuł się kompletnie zdezorientowany, choć mózg zdawał się wygrywać jego wewnętrzną walkę. To był obcy. Nie znał go. Ich losy nie mogły się przeciąć. Dziwiło go to rozczarowanie, które wypełniło mu serce, ale podjął decyzję. Znacznie pewniejszym krokiem wszedł między drzewa. *** Następne dni nie były już takie sielskie i przyjemne dla konia. Siwek czuł się z jakiegoś po-


wodu przybity i nie pomagało mu nawet towarzystwo Fasivila, który widząc przygnębienie rumaka, chciał mu jakoś pomóc. Wyraźna aura tęsknoty promieniowała wokół zwierzęcia i elf zaczął się zastanawiać ile wspólnego z tym może mieć jego ostatnia podróż do karczmy. Próbował nawet zasięgnąć rady starszyzny wioski, a ci zgodnie stwierdzili, że czy wierzchowiec jest normalny, czy nie, jego przeznaczenie musi być silnie ukierunkowane, skoro został uratowany przed niechybną śmiercią w paszczy wilka i widocznie jego los nie potoczył się tak jak powinien. Łowca długo myślał nad tymi słowami i choć bardzo chciał, nie potrafił logicznie poukładać elementów tej dziwnej układanki. Miał dziwne wrażenie, że tylko siwkowi mogło się to powieść. Pewnego poranka, cztery dni po wizycie w gospodzie i dwa tygodnie, odkąd zwierze trafiło na wpół martwe do elfiej osady, Fasivil udał się znów na polanę Refleksji, gdzie zwykł przebywać jego koński towarzysz. Wierzchowiec stał na samym jej środku i wpatrywał się tępo w trawę, którą jeszcze tydzień temu tak łapczywie pożerał. Może i starszyzna mu nie wierzyła, ale on sam wiedział, że rumak nie jest normalny, że jego prawdziwa postać musi być inna. Cokolwiek więc koń zobaczył w Pod Smoczym Diamentem, musiało być związane z jego losem. Rumak zastrzygł uszami, kiedy zielona trawa zaszeleściła pod stopami łowcy, ale nie odwrócił do niego wzroku. Elf podszedł spokojnym krokiem i położył rękę, na białej szyi zwierzęcia. – Myślę, że powinieneś tam wrócić – przemówił cicho. Rumak zerknął na niego pytająco. – Do gospody, którą widzieliśmy kilka dni temu. Cokolwiek cię teraz gnębi, myślę, że tam znajdziesz odpowiedź. Siwek opuścił szyję zrezygnowany. On wiedział, że stracił już szansę na odnalezienie swojej odpowiedzi, w momencie, kiedy skręcił w las, zamiast podążyć za obcym. Nie było sensu tam wracać. Łowca przykucnął przy jego głowie i pogłaskał go po czole. – Nie lekceważ przeznaczenia. Ważne są te dni, których jeszcze nie znamy. Nikt nie jest w stanie przewidzieć co się stanie i póki twoje końskie serce ciągle pompuje krew, jesteś w stanie osiągnąć wszystko. Musisz tylko chcieć. Rumak znów zerknął na Fasivila. Tym razem jednak jego wzrok był inny, bardziej żywy. – Musisz tam wrócić – powtórzył elf wstając. Popatrzył się na bezchmurne niebo i dodał z uśmiechem. – A dziś jest dobry dzień, na odkrywanie samego siebie. Siwek podniósł całkiem głowę i spojrzał dwunożnemu głęboko w oczy. Był mu wdzięczny. Za uratowanie go, za gościnę i za dodanie otuchy. Dzięki niemu poczuł, że być może faktycznie będzie wstanie wreszcie odkryć kim jest. – Więc to jest pożegnanie – szepnął w swoim melodyjnym języku. – Powiedzie ci się. Tak śpiewa las. Sam fakt, że duchy pozwalają ci przebywać na polanie. Nie każdy może tu tak po prostu wejść. Zwierze kiwnęło głową i dotknęło go nosem w czoło. Tak, to było pożegnanie. Odsunął się od łowcy wolnym krokiem i odwrócił się w kierunku gdzie leżała karczma. Wziął głęboki wdech i ruszył gwałtownym galopem. Był zdeterminowany. Miał swoje przeznaczenie do odkrycia. Odwrócił jednak jeszcze głowę, chcąc zobaczyć ostatni raz elfa. Miał nadzieję, że kiedyś spłaci mu dług. Ale wtedy to wbiegł między linię drzew i brązowe pnie oraz krzewy zasłoniły mu widok. Od teraz mógł iść tylko do przodu. Zdołał jednak usłyszeć jeszcze jego ciche: – Żegnaj, dzielny rumaku. Mknąc tą samą drogą drugi raz, czas jakby biegł dla niego szybciej. Mijając te same drzewa wiedział, że wreszcie podjął dobrą decyzję. Galopował szybko, nie przejmował się korzeniami, krzewami i gałęziami. Ostre liście chlastały go po pysku, nie raz w ostatniej chwili unikał zderzenia z pniami. Ale musiał się spieszyć! Za długo zwlekał. Choć bardzo chciał, nie był w stanie biec całą drogę. Nawet jeśli miałby podążać idealnie równym traktem, nie potrafiłby utrzymać tak szybkiego tempa do samego końca. Dlatego ostatnie kilometry przebył już kłusem, ale ostatecznie i tak cały dystans pokonał w dwie godziny. Zdyszany wypadł z linii drzew i przeszedł do stępa. Idąc dalej ubitą ścieżką, po kilku minutach dotarł do karczmy. Coś mu jednak nie pasowało.


W Pod Smoczym Diamentem panowała kompletna cisza, choć siwka bardziej zaniepokoił fakt, że żaden koń nie stał uwiązany do poręczy przy gospodzie. Ostatnim razem tajemniczy dwunożny dosiadał srokatego rumaka i brak obecności zwierzęcia nie najlepiej zwiastował. Lecz nie wszystko musiało być stracone! Człowiek i tak mógł znajdywać się gdzieś we wnętrzu oberży. Lecz jak to sprawdzić? Powinien po prostu wejść do środka? Wolnym stępem podszedł do budynku, stając tuż przed jego progiem. Rozejrzał się jeszcze dookoła i już chciał pchnąć drzwi, lecz dopadły go przytłaczające wątpliwości. Nagle wszystko wydało mu się bez sensu. Naprawdę myślał, że tak po prostu tu przybiegnie i rozwieją się wszelkie tajemnice? Zatrzymał się wpół ruchu, wbijając wzrok w brązowe drewno przed sobą. Nie miał pojęcia co dalej, ale musiał jakoś odnaleźć dwunożnego, a Pod Smoczym Diamentem stanowiło jego jedyną szansę. Nie było odwrotu. Parskną z powątpiewaniem we własny los i niepewnie pchnął nosem przejście. – Na północny wschód – usłyszał nagle głos obok siebie, gdy tylko dotknął zimne drewno. Zaskoczony odskoczył do tyłu, kierując wzrok i uszy w stronę obcego. Zobaczył chuderlawego staruszka, okrytego w całości czarnym płaszczem. Wyglądał na zmęczonego, pozbawionego energii. Twarz miał poniszczoną i pełną zmarszczek. Ale jego czarne oczy, jakby na przekór całemu ciału, były żywe i bystre, a świdrujące spojrzenie sprawiało, że po grzbiecie przebiegały mu ciarki. – Musisz iść na północny wschód, wzdłuż gór Leletihina. Kiedy miniesz pasmo, po dwóch dniach drogi dotrzesz do twierdz, zwanej Orakaną. Tam go odnajdziesz. Go? Koń podszedł jeden krok do dziwnego dwunożnego. Czy miał na myśli tego człowieka, z którym czuł tą dziwną więź? Wzrok tego staruszka... Te oczy były wręcz straszne. Ale szczere. – Śpiesz się – dodał jeszcze obcy, po czym ruszył płynnie niczym dym, znikając w drzwiach karczmy. Siwek zamrugał oczami. Kto to w ogóle był? Skąd on wiedział kogo szuka? Nieważne, już nawet obce istoty przypominały mu, że stracił za dużo czasu. Spojrzał na rosnący nieopodal łańcuch górski, wierzchołki którego tonęły gdzieś w chmurach. Obawiał się, że obiegnięcie go zajmie mu chwilę czasu. Ruszył więc galopem we wskazanym kierunku. Mknął długo. Niemalże cały dzień praktycznie nie robił przerw, z rzadka jedynie przechodząc do kłusa w ramach krótkiego odpoczynku. Rankiem, tempo w jakim dotarł do karczmy wydawało mu się jego limitem. Ale potem? Tajemnicza determinacja dodawała mu skrzydeł. Mógł biec długimi kilometrami, zanim mięśnie zmuszały go do przejścia w wolniejszy chód. Nie wiedział jednak czego to przyczyna. Być może to dzięki otaczającej góry równinie, ziemia której stanowiła kwintesencję idealnie równej powierzchni. Być może była to zasługa zimnego powietrza i ogólnie niskiej temperatury, która opadła kiedy słońce zaszło chmurami. Być może stało się coś innego, ale wszystko naraz. Dla siwka tak naprawdę liczyło się, że przed zachodem słońca dotarł do podnóża ostatniego szczytu gór Lelethina. Spoglądając tak na ogromną górę, czubek której okryty był płaszczem białego śniegu, poczuł, że jego życie posunęło się na przód. Podświadomie wiedział, że nareszcie trafił na właściwą ścieżkę, niezależnie od tego co czekało go na jej końcu, a to koiło jego zaniepokojoną duszę. Tego wieczora, mimo niebezpieczeństw które czyhały ze strony potencjalnych drapieżników na kompletnym odludziu, pierwszy raz od dwóch tygodni zasnął w spokoju. *** Podróż miała trwać dwa dni, jeśli wierzyć słowom dziwnego starca. Ale koń wiedział, że dwunożni są wolni i on był w stanie ten dystans pokonać w kilkanaście godzin. Dlatego zanim słońce zdążył dobrze wyłonić się zza horyzontu, zwierze już galopowało przed siebie, zgodnie z otrzymanymi wskazówkami, a właściwie tylko jedną – biegnij przed siebie. W miarę pokonywanych kilometrów podłoże stawało się jednak coraz mniej wygodne, dziurawe i pełne drobnych kamieni. Podróż robiła się męcząca i mimowolnie koń musiał trochę zwolnić, żeby móc skupić się nad stawianymi krokami. Lecz czas, choć wolno, przemijał nieubłaganie. Gdzieś koło południa siwek przeszedł do stępa, kompletnie wyczerpany, a po kolejnym kilometrze zatrzymał się całkowicie, kładąc się w wygodniejszym miejscu, pod jakimś samotnym, powykręcanym drzewie. Czuł w żołądku okropne ssanie i bez zastanowienia zaczął łapczywie pożerać dookoła siebie trawę, choć była ostra i wyschnięta. Jednak stworzenie, które nie jadło od półtora dnia, bo zajęte było wypompowy-


waniem się ze wszelkich sił, nie widziało szczególnej różnicy w tym CO jadło. Liczyło się, że jest cokolwiek. Po godzinie siwek znów stanął na równe nogi, choć mięśnie nie odpoczęły mu w pełni. Mimo protestu ciała ruszył galopem, przecinając puste wrzosowiska, wypełnione pojedynczymi drzewami i marną darnią. Na początku wydawało mu się, że lekkie tempo, które sobie nadał, mógłby utrzymać w nieskończoność, lecz wraz z pokonywanymi kilometrami, organizm zaczął domagać się przerw, coraz częstszych i dłuższych, aż w końcu w ogóle musiał przejść wpierw do kłusa, myśląc, że utrzyma choć ten chód, a po kolejnych kilku godzinach, kiedy słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, do stęp. Ale daleko już tak nie zaszedł. Doszczętnie wyczerpany położył się między wrzosami i zanim ugnieciona jego kopytami trawa znów powstała, zasnął. Dla siwka sen był odpoczynkiem. Wspaniałym mechanizmem, w którym zamyka oczy i moment później znów je otwiera, pełen energii i wigoru. Ale tej nocy stało się coś innego niż zwykle, jego umysł nawiedziła wizja, wyobrażenia tajemnicze i niewytłumaczalne, które przeniosły go do dziwnego świata. Zanim się nie obejrzał, wszystkie te obrazy stały się jego chwilową rzeczywistością i choć pozbawiony własnej woli, z całkowitą akceptacją galopował między gwiazdami czarnego nieba, próbując dogonić jakiś cel. Nie słyszał żadnego dźwięku, ani nie czuł zmęczenia. Nie towarzyszyły mu wstrząsy przy każdym kroku, a pod kopytami brakowało podłoża. Ale pamiętał chłód, który ciągle doskwierał jego ciału. Zimno to stawało się silniejsze z każdym jego krokiem, ale siwek nie zwalniał, chcąc w końcu osiągnąć swoje przeznaczeni. Nagle zaczęło się dziać coś innego. Gwiazdy, jasne punkty przypominające swoją istotą iskry, zaczęły tańczyć i wirować, skupiając się w jedną chmarę. Przez chwilę pływały wokół siebie kompletnie bez celu, lecz nagle rozerwały się na dwie grupy, odsuwając się od siebie. Każda jedna iskierka drgała energicznie i ławice wpadły na siebie wściekle, rozpryskując się po całym czarnym niebie. Ale nie uspokoiły się! Podenerwowane zdawały się podążać po niebie bez celu, choć koń doskonale wiedział, że każda z tych gwiazdeczek ma jakieś zadanie do wykonania. I nagle do głowy przyszła mu myśl. Czy on też jest taką iskrą, dla tych wszystkich jasnych punktów? Zimno stopniowo narastało, a wraz z nim strach, który ogarniał serce konia. Chciał przyspieszyć biegu, ale miał wrażenie, że tylko zwalniał. W oddali, na czarnym niebie dostrzegł niespodziewanie jak jakieś srebrne stworzenie wzbija się w górę. Z całej duszy zapragnął polecieć za istotą, mimo przeszywającego zima które od niej biło, ale wtedy zorientował się, że nie ma skrzydeł. Znienacka niewidzialne podłoże po którym biegł po prostu znikło i koń zaczął bezwładnie spadać w nieskończoną noc. Leciał jednak ledwie moment, zanim jego świadomość brutalnie wyrwała go z dziwnego świata i przywróciła do budzącego się ciała, ukrytego gdzieś między wrzosami. Nastał nowy poranek. Siwek momentalnie zerwał się na równe nogi, choć otumaniony umysł ciągle miał problem z rozpoznaniem który ze światów jest prawdziwy. Ciało jednak znów posiadło wszystkie zmysły i to wystarczało, żeby wybudzić konia całkowicie. Trochę zaskoczony nocnym doświadczeniem, rozglądnął się dookoła siebie. Nigdy mu się coś takiego nie przydarzyło. Owszem, zdarzało mu się śnić, lecz bardzo rzadko i bez jakiegokolwiek sensu. Potrząsnął swoją białą grzywą. Tak czy inaczej, to też była tylko jego podświadomość, zwykły sen. A tu miał rzeczywistość. Musiał ruszać dalej, szczególnie, że słońce wisiało już od dobrych kilku godzin na niebie. Poskubał więc łapczywie wysuszone zielsko i rzucił się galopem w dalszą drogę. Spodziewał się kolejnych morderczych godzin biegu, ale ani trochę go to nie zniechęcało, szczególnie kiedy pierwsze kilometry znów wydawały mu się być lekkie i bezproblemowe. Był pewny, że już niedługo dogoni dziwnego dwunożnego i wreszcie jego życie ruszy do przodu. Tętent kopyt jako jedyny odgłos roznosił się w powietrzu, każdy krok wzbijał niewielką mgiełkę pyłu, ciągnącą się za koniem przez kilkanaście metrów. Mijała minuta za minutą, kwadrans za kwadransem. Już by się mogło wydawać, że minie kolejna bezowocna godzina biegu ale rumak ujrzał nagle dym na horyzoncie, wzbijający się wysoko w powietrze. W jednej chwili wszelkie niedogodności podróży wyparowały i do mięśni zwierzęcia napłynęła nowa siła. W końcu dotarł na miejsce! Był pewien, że właśnie coś takiego miał zobaczyć! Przyspieszył więc jeszcze biegu. Czuł, że to ostatni sprint, wiedział, że już tylko minuty dzieliły go od jego przeznaczenia. Powoli dostrzegał czarne punkciki, zebrane dookoła źródła bia-


łych oparów, chyba jakiegoś paleniska. Po kolejnych minutach zaczął słyszeć ich podniesione głosy. Był blisko, tak blisko! Oczy wierzchowca świeciły wręcz drobnymi iskierkami, ogon miał uniesiony ku górze z podniecenia. Nie zwalniał! Rozróżniał sylwetki. Doliczył się czterech ludzi, otaczających dość duży płomień, ale ciągle nie mógł rozpoznać swojego dwunożnego. Na dodatek coś było nie tak. Siwek słabo się znał na ludzkich zwyczajach, ale bez problemu mógł wyczuwać atmosferę. A ta na pewno nie była pozytywna, kiedy dwóch obcych przykładało broń do leżącego trzeciego. Czwarty się tylko patrzył. I wtedy konia olśniło. Ten obezwładniony może być jego człowiekiem! Zwierze bez zastanowienia zarżało bojowo i zaszarżowało na opryszków, którzy chcieli skrzywdzić jego... w sumie nawet nie wiedział kogo. Przez moment biegł w kompletnym zamyśleniu, zastanawiając się kim dla niego jest dwunożny, aż wtem zorientował się, że znalazł się na miejscu. Zatrzymał się gwałtownie, żeby nie wbiec w ognisko. To w sumie przypomniało mu o jego misji ratunkowej. Momentalnie więc wywalił zęby na wierzch, położył groźnie uszy i napiął mięśnie. Ale zaraz. Rozejrzał się po obecnych, którzy wpatrywali się na niego z szeroko otwartymi oczami. To byli zwykli ludzie, żaden nie wydawał mu się specjalny, a tym bardziej nie wygl��dał mu na tego kogo szuka. Nawet ubrani byli tak jak wszyscy, w jakieś skóry, pasy, materiały. I twarze ta kie jak wszystkie inne, pomarszczone, nieprzyjemne. Wierzchowiec rozluźnił się nieco i spuścił z tonu, ale pozostając ciągle zły z rozczarowania. Prychnął w komentarzu i ruszył kłusem, przebiegając między ciągle oszołomionymi ludźmi. No i co on miał teraz zrobić?! Gdzie ten jego dwunożny się schował. Bardzo się zawiódł. Ileż musiał jeszcze przebiec kilometrów, za nim w końcu go odnajdzie? Nagle kontem oka dostrzegł piątą osobę. Tak właściwie to prawie w nią wjechał, gdyż sprawnie zamaskował się ona wśród wrzosów i siwek jej nie zauważył. Ale był ciekawy kto to, więc zatrzymał się i zniżył głowę, chcąc przyjrzeć się postaci. Znieruchomiał z zaskoczenia. To był on! To był dokładnie ta sama istota, którą spotkał tydzień temu przed gospodą! Zwierze tak się ucieszyło, że aż stanęło dęba, rżąc radośnie. Wreszcie udało mu się coś osiągnąć! Ale odnaleziona postać nie wydawał się cieszyć ze spotkania. Wręcz przeciwnie. Rozpaczliwie gestykulowała do konia, przykładając palec do ust, czy próbując go odgonić. Zwierze jednak nie do końca rozumiało co te znaki oznaczały. Rozumiał ludzką mowę i całkiem nieźle czytał intencje, ale tym razem nie mógł zrozumieć czemu człowiek tak bardzo chce się go pozbyć. Przecież nawet go nie poznał. Czyży on nie czuł tej dziwnej więzi, której sam doświadczył? – Poszedł! Sio! – krzyczał szeptem dwunożny. Ale rumak tylko położył uszy i zgrzytnął zębami. W życiu nigdzie nie pójdzie. Czy człowiek tego chciał, czy nie, on pchnie jego życie dalej! – A ten to kto? – zapytał nagle inny głos, gdzieś z boku. Koń obejrzał się i zobaczył tą wcześniejszą czwórkę podróżników, którzy skończyli już waśnie między sobą i teraz trzymali kusze, wycelowane w ciągle leżącego człowieka. Hmm... może to taki sposób witania się? Ale chyba coś zepsuł, ponieważ jego człowiek patrzył się na niego z furią w oczach. – Podnoś się – mruknął jeden z obcych. – Powoli. Ręce w górze. Pojedyncze krzaczki zaczęły zsuwać się z ciała zdemaskowanego, kiedy ten począł z wolna wstawać, trzymając dłonie trochę ponad głową. Siwek cofnął się o krok. Czuł się ignorowany. – Koń to jego? – zapytał opryszek najbardziej z tyłu. – Czy uciekło mu się komu? – A kogo to... – odpowiedział brodaty, umięśniony osiłek, najbardziej charyzmatyczny spośród całej czwórki. – Też się go zje. Koń aż parsknął z zaskoczenia. Zjeść go? W życiu! Krew zawrzała mu w żyłach! Położył uszy, wystawił zęby i ze wściekłych charkotem, zaszarżował z furią na oprawców! W głowie krążyła mu tylko dzika myśl, niedowierzanie, że ktoś go chce po prostu zjeść! A bandyci stali jak wryci. Czy to zwierze ich zrozumiało? Brodaty odskoczył w ostatnim momencie w bok, ale jego towarzysz stojący za nim nie miał już takiego refleksu. Koń zamachnął się łbem i zdzielił nieszczęśnika potężnie w głowę, kładąc go


na miejscu. W tym momencie jeden z nich uniósł kuszę, chcąc strzelić do dzikiego zwierza, ale herszt zbił mu broń pięścią. – Głupiś!? Sam to będziesz tachał go do twierdzy! – warknął mu w twarz. Tętent kopyt narastał. Oszalały rumak znów nadciągał z zamiarem brutalnego mordu w oczach. Tym razem całej trójce udało się uniknąć, choć trzeci, dryblas, poczuł powiew tylnego kopyta, które musnęło jego bujne, splątane włosy. – To jak go zatrzymać! Pozabija nas! – jęknął przerażony, dotykając ręką miejsce na głowie, gdzie mógł mieć dziurę zamiast czaszki. – Panienki z was! Patrzcie na potężnego Gromorękiego! – ryknął brodaty i wyszedł naprzeciw nadbiegającego konia. Siwek parsknął. Temu człowiekowi należała się dodatkowa lekcja pokory! Bryknął przodem i przyspieszył biegu. Widząc okazję, zdemaskowany mężczyzna chciał zaatakować dwóch pachołków od tyłu, ale jak tylko wrzosy zaszeleściły pod jego nogami, ci od razu zagrozili mu kuszami, choć co moment zerkali na swojego przywódcę. A ten stanął w szerokim rozkroku, rozciągnął kark, jakby nie przejmując się szarżującym zwierzęciem i zamachnął się nagle złączonymi w młot pięściami, trafiając siwka prosto w szyję. Strzał był potężny i oszołomiony koń padł jak długi na ziemię, rozpędzony szurając po niej przez przez przynajmniej metr. Zapadła kompletna cisza, a wszyscy stali wybałuszając oczy. Brodacz odwrócił się do swoich pachołków. – Tak to się robi! – zaśmiał się, podskakując i trzepiąc palcami. – Tego przychlasta związać – wskazał na zatrzymanego – a koniowi założycie pętle z łańcucha. Będzie się szarpać, to zdechnie sukinsyn. – Ale co z Tkurem! – zawołał któryś. – Co z nim? – zapytał herszt. – Przecież nie żyje. Zabił go koń! I zaśmiał się, jakby usłyszał naprawdę dobry żart. Pozostała dwójka wzruszyła tylko ramionami i zaczęła wykonywać rozkazy. Ciągle otumaniony siwek nawet nie drgnął, kiedy zakładali mu coś na szyję. Po prostu leżał bez ruchu, ciało wysyłało mu milion bezsensownych impulsów, a w oczach wszystko wirowało. Po kilku minutach poczuł jednak mocne szarpnięcie. Bezwładnie wstał i zaczął iść niczym marionetka, pozbawiona własnej woli. Jakieś dziesięć minut później, świadomość zwierzęcia zaczęła domagać się szerszych wpływów na działanie jego umysłu. Nie był to prosty ani przyjemny proces, ale też nie długi. Ledwie kilkanaście sekund wystarczyło, żeby koń uświadomił sobie nagle swoją sytuację. Od razu gniew wypełnił jego serce, instynktownie położył uszy i wystawił zęby. Miał zamiar urwać głowę człowiekowi, który powalił go jednym uderzeniem. Chciał odwetu, zemsty! I teraz mógł jej dokonać! Zarżał i rzucił się na nic niespodziewającego się oprawcę! Wstrząs, coś szarpnęło go paskudnie za szyję, niemalże wywracając go na grzbiet. Znowu zrobiła mu się ciemno przed oczami, usłyszał jakieś krzyki, coś uderzyło go w pysk. I ponownie otumaniony szedł bezwolnie przez kilka minut, zanim jego umysł zdołał odzyskać sprawność. Tym razem powstrzymał złość i dokładnie sprawdził w jakiej jest sytuacji. Jeden z pachołków olbrzyma trzymał łańcuch, zaplątany na jego szyi. Metalowe ogniwa wbijały mu się nieprzyjemnie w skórę, często szczypiąc go nieznośnie. Nie mógł też zaszarżować na towarzyszy herszta, gdyż ten trzymał kuszę w rękach. Siwka zaczęło zastanawiać, czy wcześniej też ją dzierżył. Rozejrzał się jeszcze raz. Zajęty rządzą zemsty zapomniał wcześniej sprawdzić co z jego człowiekiem, ale ten wyglądał mieć się dobrze, idąc w zamyśleniu. Ręce miał związane i odebrano mu wszelką broń. Pościągano też niektóre elementy ćwiekowanej zbroi, pozbawiając go jakiejkolwiek możliwości obrony. Siwek parsknął na niego. Nie miał pojęcia, że odnalazł go w tak nieodpowiednim momencie i czuł się trochę winny. Szczególnie, kiedy człowiek odwarknął mu: – Durny koniu, wszystko zepsułeś! Koń charknął urażony. Tak, zwalaj na mnie! - pomyślał i spojrzał człowiekowi prosto w oczy. Jego wzrok zdawał się mówić: „Ja przynajmniej walczyłem”. Ale człowiek już go ignorował.


Dalej szli w milczeniu. Tylko ich oprawcy nucili jakąś wesołą melodię, ciesząc się z kolacji która ich czekała. Wrzosy powoli ustępowały miejsca wzgórzom i gęstym krzewom. Droga stała się nieco bardziej uciążliwa, ale ich oprawcy nie zwolnili nawet odrobinę, sprawiając sobą wrażenie doskonale znających ścieżkę. Wkrótce też otaczać ich zaczęły rzadko porośnięte lasy ale nie weszli do żądnego z nich, gdyż droga prowadziła na wprost, do ogromnej twierdzy, która zaczęła wyłaniać się w oddali. – Wolne miasto Orakana. Symbol zdrady i naiwności – przemówił nagle herszt z dumą. Zerknął on na swego więźnia świdrującym wzrokiem i splunął w bok. – Mały człowieczek wie czemu to miejsce jest przeklęte? Pojmany milczał, patrząc jednak czujnie na olbrzyma. – Bo Twierdza Orakana była kiedyś wschodnią bramą do Cesarstwa Miecza i Ostrza, i chronić miała kraj przed najazdami dzikich z Vantasel. Ale szalony władca twierdzy – Kari Pierwszy – zawiódł, kiedy doszło do ataku i zdradził swojego króla. Omamiony ciałem córki króla barbarzyńców oraz bogactwami, które mu obiecano, przepuścił wrogów do kraju, miast ich wstrzymać. Naiwny głupiec. Kobieta następnego dnia zniknęła, pozostawiając władcę z pustymi rękami i nowym wrogiem na swych plecach. Ale twierdza miała być nie do zdobycia. Dlatego Cesarstwo potępiło Orakana. Oszalały z szaleństwa władca kazał wyrżnąć każdego wieśniaka, w żyłach których płynęła dzika krew. Ziemia nasiąknęła juchą a zboże na niej rosnące przybrało szkarłatnej barwy. Tego dnia nawet bogowie wyrzekli się twierdzy, skazując ją na wieczne potępienie. Grupka ludzi opuściła właśnie dolinę którą maszerowali, dzięki czemu mogli podziwiać wspomniany zamek w pełnej okazałości i majestacie. Czekały ich jeszcze godziny drogi, lecz już z tak daleka można był dostrzec jak budowla jest wielka, jej grube mury, liczne strażnice czy ogromne bramy. Może i opowieść była zmyślona, ale w jednym miała rację. Tej twierdzy nie dało się zdobyć. – Właśnie tam zmierzamy, szpiegu – kontynuował herszt. – Co prawda stary Kari zmarł lata temu, ale na tronie zasiadł jego syn, Kari Drugi. Myślisz sobie więc, że może coś się zmieniło? Barczysty mężczyzna podszedł do więźnia, zbliżając swoją twarz do jego. – Tak – syknął grubym głosem. – Szaleństwo przybrało na mocy. Wystawił swe żółte zęby i zaczął się śmiać głośno, razem z pozostałą dwójką bandytów. Schwytany jednak nawet nie drgnął, milczał. Siwek natomiast parsknął z nutą zażenowania. Co to niby miało być? Straszenie, próba złamania? Nie rozumiał. Na pewno jednak uciekło mu trochę czasu. Musiał znaleźć sposób, żeby uwolnić siebie i swojego człowieka, zanim dotrą do twierdzy. Zaczynał mieć obawy, że potem mogą faktycznie go zjeść! Na samą myśl przechodziły go ciarki. Skupił wzrok na zbliżającym się zamku. Z tego co widział, Orakana usytuowana została pomiędzy dwoma lasami, granicząc z nimi co do metra. Dawało się też dostrzec pozostałości po dawnej wycince, czyli pnie, zniszczone szałasy i ewentualnie zardzewiałe narzędzia, pozostawione na pastwę losu. Oznaczało to, że bory musiał niegdyś sięgać swym królestwem znacznie dalej, może nawet stanowiły w przeszłości jedność. Ale teraz nie miało to już większego znaczenia, bowiem na zawsze zostały podzielone, jeśli nie przez szeroki, ubity trakt, to przez samą twierdzę Orakana. A ta faktycznie była ogromna. Miejsce to już z daleka robiło imponujące wrażenie, ale z bliska zapierało wręcz dech w piersiach. Obronne mury, zbudowana na planie koła o promieniu przynajmniej kilkuset metrów, pięły się wysoko w górę, sięgając dwukrotnie wyżej niż największe drzewo przy nim rosnące. Nie dość tego, wynik ten podbijały ogromne wieże strażnicze, wtopione jakby w biały mur, ale o dziwo to nie one były najwyższe. Nic nie mogło się umywać do głównego zamku, usytuowanego wewnątrz murów, zdecydowanie królującego nad całą twierdzą oraz okolicą. Nawet siwek popadł na moment w fascynację, zapominając o dręczących go problemach. Z jakiegoś nieznanego powodu zwierze zapragnęło znaleźć się w środku, zobaczyć, jak wygląda świat za kamienną ścianą. Ale to mu przypomniało, że jeżeli się tam faktycznie znajdzie, prawdopodobnie będzie to tuż przed konsumpcją jego samego. Ledwie minuty dzieliły go od tego okropnego losu.


Otrząsnął się. Dookoła lasy rzedły nieco, a z daleka wyłaniała się zamkowa brama. Musiał coś zrobić i to już! Jego wyczekiwana okazja ciągle nie nadchodziła. Kilka razy dla próby szarpnął się delikatnie, lecz pachołkowie zachowywali czujność i nie dawali zwierzęciu pola do manewru, momentalnie wstrzymując go łańcuchem. Widział też, że z każdym jego wzdrygnięciem herszt mocniej zaciskał dłonie na kuszy. Nawet jeśli się zerwie, od razu by go postrzeli. Nie mógł nic zrobić, pozostanie biernym również go nie ratowało. Przecież chcieli go zjeść! Spojrzał na swojego człowieka. On szedł spokojnie, z pokorą. Jego oczy nie wyrażały kompletnie nic. Czy miał jakiś plan? Jeśli tak, to na pewno nie uwzględniał niego, w końcu przecież mężczyzna ciągle myślał, że siwek jest tak samo tępy jak reszta koni... Ale zwierze MIAŁO własną inteligencję. Mógł podążać za tym planem. Wierzchowiec bał się tylko, że jego człowiek może być nawet bardziej głupi niż inne konie i wcale żadnego planu nie ma. Wtedy on będzie musiał coś wymyślić. Po takich przemyśleniach postanowił czekać. Jeszcze dziesięć minut im zajęło, zanim dotarli pod samą bramę zamkową. Przejście okazało się być dużym na trzy metry wysokości i szerokim na dwa, tunelem, strzeżony przez czterech ludzi, podobnych do ich prześladowców. Jeden ze strażników zatrzymał pochód i podszedł do więźnia, przyglądając mu się uważnie. – Hehe. Zdążyłeś na ucztę. I widzę, że nie przybywasz z pustymi rękami – zadrwił paskudnym tonem. – Szkoda, że taki chuderlawy. Ledwie starczy, żeby poczuć smak! – zawołał inny żołnierz. Chuderlawy? Czy oni mówią o nim? Koń prychnął zły. Nikt go nie będzie jadł! – A koń? – zauważył ten pierwszy. – Mamy dużo koniny. Te krasnoludy jeździły na naprawdę tłuściutkich kucykach. Więzień drgnął, co nie uszło uwadze Siwkowi. – Też się go zje, razem z nim – skomentował Gromoręki wskazując na więźnia. – Ale w swoim czasie. Dopiero jak słońce ustąpi ciemności, będziemy pić miód i jeść mięso! Strażnicy zakrzyknęli w zadowolenia, a herszt machnął dłonią na swych pachołków, ruszając pochodem. Siwek nie był ciągle pewien, czy dobrze usłyszał. Oni chcieli zjeść nie tylko jego, ale i innego człowieka? Przez pięć lat swojego życia nie widział, żeby dwunożni pożerali siebie nawzajem. Widocznie musiało mu to jakoś umknąć. Wyszli z tunelu. Siwek z nieukrywaną ciekawością zaczął rozglądać się dookoła, zainteresowany rzeczy, których nigdy nie widział w gospodarstwie. Krzątający się ludzie, przenoszący różne skrzynie czy beczki; przejeżdżające wozy, wypełnione różnymi workami, mięsem lub bronią; dziwne szałasy; zadaszenia przy murach; drewniane, duże budynki... Również dźwięki typowego, małego miasteczka intrygowały go niesamowicie: wszechogarniające go głosy, stuki, brzdęki. Gdzieś w oddali słyszał nawet odgłosy walki, ale szybko się okazało, że to ludzie uderzali swoimi broniami w nieruchome kukły, co w sumie dla konia też było dziwne. Ale ze wszystkich zmysłów zwierzęcia, najwięcej pracy miał węch. Intensywny zapach panujący na całym dworze był dziwny, koń nigdy takiego nie czuł, ale bez nawet momentu zastanowienia koń dopasował go do tych negatywnych odczuć. Niesamowity smród wypełniał dosłownie całe powietrze. I to nie był jednolity zapach, o nie! Przy każdym pokonanym metrze woń się zmieniała, jakby jej źródło było inne, ale rumak nie był w stanie wyobrazić sobie co może produkować taki smród. Herszt i opryszkowie stanęli nagle, obok zagrody, gdzie trzymane były świnie. Mężczyźni zaśmiali się paskudnie i wrzucili nagle schwytanego więźnia między knury, ciesząc się z tego jak gnojówka oblepiła nieszczęśnika. Siwek widząc to znów wpadł w furię i chciał ugryźć pierwszego lepszego bandytę, lecz jedno silne pociągnięcie łańcucha momentalnie ostudziło jego narwaną duszę. – Ziwi – zawołał herszt do swego towarzysza. – Weź no tego głupola do innych koni. I chodź po tym do gospody. Napijemy się przed ucztą. Opryszek przejął łańcuch od przyjaciela i szarpnął nim okrutnie, mrucząc parę przekleństw pod adresem wierzchowca. Koń w pierwszej chwili nie chciał się ruszyć. Obawiał się, zgubić znów swojego dwunożnego. Ale kolejne szarpnięcie załatwiło sprawę. Musiał poczekać, aż mu zdejmą


pętle z szyi. Bandyta przeciągnął zwierze szybko przez dziedziniec, na drugą stronę zamku i bezceremonialnie wrzucił go do zadaszonej zagrody przy murach, gdzie w środku kotłowało się już wiele innych koni. Zjawienie się siwka w pierwszym momencie wywołało spore zamieszanie, wiele pobratymców okazywało mu bardzo negatywne nastawienie. Położone uszy, wściekłość w oczach. Ale żaden nie odważył się go zaatakować... Bo były dwa razy niższe. Siwka otaczały same kuce. Małe, o grubym futrze i okrągłym brzuchu. „Prawdziwy” koń w pierwszym momencie zgłupiał, lecz szybko po prostu je zignorował. Rumak bardziej zainteresowany był ucieczką i byleby te karzełki mu nie przeszkadzały. A w tym momencie nie wydawało mu się to trudne. Ściany oddzielające zagrodę od reszty zamku był liche i spróchniałe. Jeden dobry kopniak wystarczył, żeby wywalić je w całości. Tylko ludzie by go spostrzegli i bez wątpienia postrzelili. Między belkami płotu widział, że wielu nosiło se sobą łuki czy kusze. Ale i na to siwek miał radę! Koń ciągle pamiętał życie na farmie. Noc była dla niego czasem szczególnym, kiedy ludzie go nie dręczyli. Dlaczego więc tu by miało być inaczej? Musiał po prostu poczekać aż się ściemni. Wtedy ucieknie! Miał tylko nadzieję, że jego dwunożny da sobie sam jakoś radę. Ciągle nie był pewien czy dobrze zrozumiał ich oprawców, ale towarzyszowi też groziło zjedzenie. Naprawdę wolałby, żeby tak się nie stało, bo nie będzie widzieć co dalej ma zrobić ze swoim życiem... Ale tak czy inaczej, póki co musiał czekać aż zapadnie zmrok. Jakąś godzinę później, kilku bandytów zebrało się pod jego zagrodą. To nie byli ci, co ich sprowadzili do twierdzy, ale wyglądali bardzo podobnie. Te same parszywe uśmiech, szpetne twarze i jednolity ubiór... Nie było więc powodu, żeby ich nie nienawidzić tak jak tego ich całego „Gromorękiego”. Jednak sami ciemiężyciele nic sobie nie robili z ostrzegawczych zgrzytów siwka. Po prostu weszli do zagrody i jak gdyby nigdy nic wyciągnęli kilka tłustych kuców. Zabierane konie rżały jak zarzynane, były przerażone, wyczuwając los, który je czeka. Siwkowi się nawet trochę zrobiło żal, to on mógł znaleźć się na miejscu jednego z nich. Ale się nie znalazł i to się dla niego liczyło. Uspokoił więc swoje nerwy i stanął w bezruchu, luzując jedną nogę. Czekał na ciemność, z coraz większą niecierpliwością. Po kilku kolejnych, niezwykle długich godzinach, słońce zaczęło w końcu zachodzić. Mniej więcej właśnie w tym czasie mieszkańców twierdzy zaczęło ubywać, jakby noc faktycznie rozpraszała ludzi. Siwek nie ukrywał zadowolenia. Dokładnie takiego efektu się spodziewał. Wystarczało poczekać jeszcze tylko chwilę, a wyjście samo stanie przed nim otworem. Aroganckim wzrokiem wpatrywał się w tych wszystkich głupich dwunożnych... Nawet nie zrozumieją kto ich tak perfidnie oszukał. Ale nie wszystko szło tak jak powinno. Wraz z następnymi minutami jego pewność po prostu wyparowywała, zastąpione rozczarowaniem. Zwierzęciu już się wydawało, że może działać, lecz wraz z narastającym mrokiem, ludzi przybywało! Krzyczeli, śmiali się, bawili się w najlepsze. Nic nie wskazywało na to, że w końcu zniknął. Wściekłość wypełniała siwka, zaczął zgrzytać zębami i skrobać ziemię ze złością. Mógł tylko bezsilnie patrzeć na tych wszystkich bandytów, wypełniających cały dziedziniec. Pili, jedli... byli zajęci sobą. Jednak nagle coś się wydarzyło. Jeden donośny, wypalony głos zawył na cały zamek, zwołując swych kompanów. Oprawcy jeden po drugim reagowali na zew i podchodzili chwiejnym krokiem do wielkiego ogniska, rozpalonego przed głównym zamkiem. Coś się tam wyraźnie działo, ale koń nie mógł zobaczyć co. Lecz to była dla niego szansa! Oprawcy skupili się w jednym miejscu, tracąc go z oczu. Byli też tak głośno, ciesząc się i krzycząc, że nie usłyszeliby uderzenia pioruna, a co dopiero subtelnej ucieczki. Zmrużył nieco oczy, myślał. Czuł, że nie dostanie lepszej okazji. Spojrzał więc na płot obok siebie. Prychnął na wspomnienie lichości marnej przeszkody i nagłym, potężnym strzałem uderzył tylnymi kopytami w więżące go drewno, wykopując belkę. Uderzył znowu, trochę z boku, wybijając kolejną dziurę. Przesunął się jeszcze o metr i uderzył ostatni raz, trafiając w główny wspornik. Wyleciała cała ściana, otwierając mu drogę ku wolności. Zadowolony zarżał cicho. Nagle rozpętał się chaos! Kilkanaście przerażonych kuców zaczęło w amoku pchać się do


świeżo otwartego wyjścia, taranując wszystko na swej drodze. Zaskoczony „normalny” koń, będąc przez moment potrącany przez karłowatych pobratymców, po prostu stał jak wryty, patrząc jak całe stado rozprasza się po dziedzińcu zamku, rżąc i wierzgając niczym szalone. Ludzie od razu zareagowali na ucieczkę, próbując łapać lub strzelać do kuców, a ich zabawa została przerwana. I to by było na tyle, jeśli chodzi o subtelność. Ale w sumie taka sytuacja była na jego korzyść. W zamieszaniu mógł po prostu wybiec, tylko musiał działać szybko. Zdeterminowany ruszył cwałem przez dziedziniec. Stukot jego kopyt roznosił się głośno pośród krzyków ludzi i kwików koni. Wymijał sprawnie i jednych i drugich, biegnąć pośród ogólnie panującego nieładu. Nikt nie zwracał na niego uwagi, miał szansę przemknąć się niepostrzeżonym. Już dotarł w pobliże wielkiego ogniska i zaczął kierować się na bramę, lecz dostrzegł nagle coś bardzo niepokojącego. Na końcu tunelu biegnącego przez gruby mur, powoli opadała stalowa krata. Ogarnęła go groza, przyspieszył. Jeszcze mógł zdążyć! Lecz wtedy to sobie przypomniał. Jego człowiek. Nie mógł go tak zostawić! Czy mógł? Zostawienie kogoś bliskiego w tyle było mu znajome. Ale dziwne wspomnienie wywołało w jego sercu okropny żal, skruchę. Zahamował, tuż przed tunelem, patrząc jak krata opuszcza się wolno. Choć bardzo chciał, nie mógł znów popełnić tego błędu. Tylko kiedy zrobił go pierwszy raz? Potrząsnął łbem i zawrócił na zadzie. Pamiętał miejsce, gdzie ostatni raz widział towarzysza. Dzikich, nieokiełznanych kuców zostawało coraz mniej, siwek czuł, że lada moment sytuacja zostanie opanowana. Kończył mu się czas. Pędził na złamanie karku, na milimetry omijając jakieś stragany, budynki, szałasy. Przeskakiwał nad skrzyniami i mniejszymi wozami. Kopyta ślizgały mu się trochę na bruku w szaleńczym biegu, lecz nie miał czasu na ostrożność. Musiał się śpieszyć! W końcu dotarł do zagrody, gdzie trzymane były świnie. Siwek przebiegł kłusem dookoła niej, lecz nie znalazł jego człowieka! Ogarnęła go panika, gdzie on jest! Rozglądnął się. Ciemność mu nie pomagała, mimo licznych pochodni, porozwieszanych na całym dziedzińcu. Usłyszał coś, jego uszy same nakierowały się na źródło odgłosy. Znowu i znowu. To był rytmiczne uderzenia. Spojrzał w tamtym kierunku. Jakaś postać próbowała wyważyć boczne drzwi, prowadzące do głównego zamku. Wyglądała na inaczej ubraną niż biegający wkoło bandyci. Podbiegł więc szybko do tajemniczego człowieka, mając nadzieję, że to ten poszukiwany. Mężczyzna usłyszał stukot kopyt i odwrócił się w stronę nadciągającego wierzchowca, a w jego rękach zabłysnął nóż. Koń zwolnił, tracąc pewność, ale nagle poweselał, rozpoznając swojego dwunożnego! Ten również opuścił broń, kiedy zobaczył, że wierzchowiec nie ma żadnego jeźdźca. Ale na pewno nie mógł się spodziewać, że zwierze po prostu go odepchnie i wykopie drzwi, które chciał wyważyć. Połamane deski upadły ze stukiem na kamienną posadzkę wnętrza. Siwek machnął głową zapraszająco. Człowiek od początku wiedział, że coś jest nie tak z tym koniem, ale teraz był tego pewien. Spojrzał na niego badawczym wzrokiem... Usłyszeli za sobą krzyki. Kilku bandytów dostrzegło włam więźnia. Zwierze od razu ruszył galopem, a człowiek złapał się jego szyi, wyrzucając się na grzbiet. Zrozumieli się bez słów. Siwek biegł kamiennymi korytarzami zamku, a mężczyzna kierował go nogami i własnym dosiadem. Wyglądało na to, że sam nie wie gdzie się chce dostać, ale czegoś szukał. W pewnym momencie wbiegli w niewielką alejkę z pustymi zbrojami, ustawionymi przy ścianach i czerwonym dywanem, ułożonym na posadzce. Korytarz kończył się dużymi, zamkniętymi wrotami i dwoma otwartymi przejściami po obu stronach. Koń sam podjął decyzję, żeby skręcić w prawo, w dosyć szeroki korytarz, ale nagle poczuł na swych bokach serię dziwnych uciśnięć, których kompletnie nie rozumiał. – Nie, nie! Za nami – zawołał mężczyzna. Nie można było tak od razu? Siwek zgiął się ostro i zawrócił, strącając ze ściany jakiś obraz. Galopem przemknął przez aleję z czerwonym dywanem i wpadł do drugiego przejścia, za którym okazało się być jakieś pomieszczenie, czymś w stylu zbrojowni. Wnętrze wypełniały manekiny z powieszonymi na nich zbrojami, kolczugami, hełmami. Wszędzie walała się broń w nieładzie. Człowiek zeskoczył z wierzchowca i od razu zaczął przeczesywać komnatę. Wywalał skrzynie, wyrzucał oręż garściami na ziemię, wywracał stojaki. W pewnym momencie dwunożny przyjrzał się jakiemuś sztyletowi i schował ostrze za pasek, wyrzucając znaleziony wcześniej nóż, ale to ostrze nie zaspokoiło jego potrzeb! Dalej czegoś szukał, czemu koń przyglądał się nerwowo. Zaczął drep-


tać kopytami w miejscu. Czy nie mogli stąd po prostu uciec? Człowiek zatrzymał się nagle, wbijając w coś wzrok. Czyżby znalazł? Mężczyzna doskoczył jak wybudzony z transu do małej kupki różnych toporów i krótkich mieczy. Odgarnął je nogą, potem rękami. Przeklął zły. – To nie tu! – zawołał do konia. Podbiegł do niego, już mieli wyjść z komnaty, kiedy niespodziewanie Oboje usłyszeli krzyki i odgłosy szybkich kroków. Dwunożny syknął. Wybiegł ze zbrojowni i spojrzał na drugi koniec alei ze zbrojami, gdzie zdawało się majaczyć w półmroku wyjście z zamku. Nie mógł jeszcze uciec. Odwrócił się i dopadł błyskawicznie wielkich zamkniętych wrót tuż obok siebie. Pchnął drzwi i wpadł do pustej, dużej hali, pełnej ogromnych kolumn, podtrzymujących wysokie sklepienie. Koń podążył za towarzyszem, stukając kopytami po kamiennej posadzce. Pomieszczenie było bardzo bogato zdobione, pełne złota, ozdóbek, ogromnych gobelinów i wymyślnych mebli, takich jak krzesła, małe stoliki, kredensy i półki. Człowiek pobiegł jednak na wprost, jakieś piętnaście metrów, aż dotarł do sporych rozmiarów tronu. Koń obejrzał się za sobą niepewnie, słysząc zbliżający się pościg. Wpadł jednak na pomysł i popchnął szybko oba skrzydła wrót, zamykając przejście. Może oprawcy ich przeoczą. Mężczyzna na odgłos trzasku odwrócił się nagle, spodziewając się całej armii wrogów, odcinającej mu drogę ucieczki. Nie spodziewał się jednak, że to robota wierzchowca. Przez krótką chwilę stał jak wryty, nie wiedząc nawet co myśleć. Co z tym zwierzęciem było nie tak?! Nie miał jednak czasu na rozmyślanie. Otrząsnął się i dobił do tronu, który okazał się być zrobiony z samych ludzkich kości, zalanych złotem. Mężczyznę ogarnęło obrzydzenie. Orakana naprawdę była przeklęta i miał szczerą nadzieję, że każdy jej mieszkaniec czekał marny los. Ale póki co musiał znaleźć to co szukał, inaczej też czekał go marny los! Rozległy się krzyki za drzwiami. Siwek kwiknął i w ostatniej chwili dobił do wrót, zastawiając je własnym ciałem. Ktoś chciał je otworzyć, ale zwierze na to nie pozwalało. Rozległo się nawoływanie oprawców i moment później bandyci zaczęli walić we wrota. Koń starał się jak mógł, ale wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Zarżał desperacko na towarzysza. Jeśli miał jakiś plan, to to był czas, żeby go ujawnić! Mężczyznę ogarnęła desperacja. To była jego ostatnia szansa. Szukał miecza, dowodu dla jego pracodawcy. Obawiał się, że sam władca twierdzy może dzierżyć pożądaną broń, ale ciągle tliła się w nim nadzieja, że Kari Drugi pozostawił ostrze gdzieś przy tronie, że o nim zapomniał. Spojrzał z prawej stronie tronu, nic, zerknął z lewej... Pusto! Obiegł siedzisko dookoła, miecza nie było! Przeklął soczyście, nic nigdy nie mogło po prostu się udać! Spojrzał na wrota. Koń mocno odbijał się po każdym uderzeniu, wrogowie musieli wziąć taran. Rozejrzał się jeszcze na boki, nie wiedząc co robić. Z braku lepszego pomysłu po prostu schował się za tronem. Nagle rozległ się głośny trzask! Jeden z zawiasów bramy nie wytrzymał i drewniane skrzydło wleciał w całości do środka komnaty, razem z kilkoma ludźmi i wielką kłodą w ich rękach. Siwek w ostatnim momencie odskoczył unikając zgniecenia, ale bok i tak go bolał niemiłosiernie od ciągłych uderzeń. Zły odbiegł kłusem kilka metrów i stanął na wprost oprawców, gotów do walki. Ale dwunożnych było wielu, do sali tronowej wsypało się przynajmniej trzydziestu chłopa, uzbrojonych w miecze i kusze. Nie byłby nawet w stanie przez nich uciec. Wtulił uszy jeszcze bardziej w szyję, ale nie atakował. To by było głupotą! – Kiśiw! – ryknął największy z napastników, wielki, brodaty osiłek, o charyzmatycznej twarzy i przepięknym mieczem w rękach. – Nie umiesz już konia od człowieka rozpoznać?! – Ale panie! Widziałem go! Wbiegł do zamku bocznym wejściem, a ten koń za nim! Olbrzym warknął zły i podbił nagle przerażonego pachołka, odpychając przypadkowego żołnierza. Osiłek zamachnął się potężnie swym bogato zdobionym mieczem i ściął głowę biedaka jednym uderzeniem. Głowa upadła głucho na ziemię, a zaraz za nią ciało, chlapiąc wszystko dookoła krwią. Po tym zapadła kompletna cisza i jedynie wściekłe dyszenie władcy twierdzy niosło się po całej komnacie. – Ktoś jeszcze spróbuje zrobić ze mnie głupca? – zawołał, unosząc wyzywająco miecz. Nikt się nie odezwał. Wszystkim życie było cięgle miłe. – Sprzątnąć mi to ścierwo – warknął, wskazując mieczem na truchło. – I znaleźć mi tą gnidę! Jeśli ucieknie, zabiję każdego, kto miał cokolwiek z tym wspólnego!


Spojrzał po swoich podwładnych i odwrócił się, chowając miecz do pochwy. Wtedy to zauważył konia, przyglądającemu się zajściu z zainteresowaniem. Zwierzęciu się to podobało, jednego znienawidzonego dwunożnego mniej. Może by się tak wszyscy pozabijali? – I uwiążcie to bydlęta, tym razem porządnie! Bo głowy pourywam – syknął wściekle, kierując się w stronę swojego złotego tronu. – Koniec świętowania... Oprawcy podeszli do siwka ze smętnymi twarzami i złożyli mu kilka lin na szyję. Koń nawet się nie zaprotestował. Wyrwie im się na zewnątrz i po prostu ucieknie. Miał już dosyć uganiania się za jego dwunożnym, który najwidoczniej znowu wyparował. Jeśli los faktycznie chce ich połączyć, to niech to w końcu zrobi! Zły zgrzytnął zębami. Patrzył, jak zbliża się wolno ku wyjściu na zewnątrz... W tym samym czasie Kari Drugi podszedł do swojego tronu i usiadł na nim wygodnie. Dawno nic go tak nie zdenerwowało i potrzebował chwili, żeby ochłonąć. Większość jego ludzi opuściła już komnatę, zostawiając tylko tych dwóch, którzy zajmowali się zwłokami. Spojrzał na ciało, które właśnie zostało było podnoszone. Idiota... nie dość, że pozwolił uciec koniom, to jeszcze próbował mu wcisnąć jakieś dziwne bajki... Władca oparł głowę o tylne oparcie i zamknął oczy. Wtedy to właśnie poczuł na szyi ostrze, a zaraz po tym szok, towarzyszący nagłemu rozpłataniu krtani. Złapał się instynktownie za śmiertelną ranę, ale przecięte zostały obie tętnice. Ostatkami świadomości zdołał ujrzeć osobę, która go zabiła, więźnia, przyprowadzonego jeszcze tego dnia przez zwiadowców... Zabójca spojrzał na miecz wykrwawiającego się władcy. To było to! Tego szukał. Szybkim ruchem odebrał mu oręż. Piękny, długi miecz o złotej klindze i jakichś runicznych inskrypcjach na niej wyrytych, oraz o prawie pozbawionej jelca rękojeści, wyłożonej drobnymi łuskami jakiegoś stworzenia i uwieńczonej czerwonym rubinem. Nagle usłyszał ryk wściekłości, oderwało go to od zauroczenia bronią. Tych dwóch pachołków co sprzątali trupa, dostrzegło całe zdarzenie i już szarżowali na niego z toporkami w rękach. Mężczyzna stanął luźno, wystawiając przed sobą nową broń. Nie lubił przeciwników z toporami. Patrzył jak pędzą na niego, spokojnie, z zimną krwią. Czekał na moment. Od napastników dzieliły go już tylko metry, kiedy nagle skoczył na podest z tronem, złapał dogorywającego władcę twierdzy za skórznię i cisną ciałem w jednego z opryszków, zanim ten zdążyć uderzyć. Strąciło to z nóg żołnierza, ale drugi wróg zaatakował nie zważając na towarzysza. Więzień sprawnie zablokował cios ostrzem i wykorzystując moment zamachnął się pięścią, trafiając go prosto w oko. Wróg jęknął oślepiony. W tym momencie powalony oprawca już podnosił się z posadzki, ale zabójca króla odwrócił się i bezceremonialnie przebił go mieczem, zanim ten zdołał zareagować. Wyrwał miecz z jego klatki piersiowej i zamachnął się za sobą, odcinając drugiemu przeciwnikowi obie dłonie i przecinając mu krtań. Walka trwała jakieś dziesięć sekund. Pokonany padł na ziemię jak długi, groteskowo próbując złapać się za krtań kikutami. Zaskoczony mężczyzna spojrzał na miecz. Wiedział, że to krasnoludzka robota, ale nie spodziewał brzeszczot jest aż tak ostry! Zerknął na wyjście. Skrzydło było wyważone, więc mógł bez przeszkód zobaczyć kilku strażników, wyprowadzających siwka na zewnątrz. Dotarli prawie przed główne wyjście, na końcu alejki ze zbrojami. Kilka metrów za nimi znajdywało się dwóch kolejnych maruderów, którzy byli już na tyle blisko, że usłyszeli dziwne dźwięki dochodzą do sali tronowej. Więzień od razu skoczył w bok, znikając z ich pola widzenia. Usłyszał jednak głośne krzyki. Zorientowali się. Rzucił się w stronę wyjścia sprintem. Wypadł na korytarz i zobaczył że jeden z tych dwóch ładuje kuszę. Drugi już biegł na niego z mieczem. Oprawca i więzień zbliżyli się. Przeciwnik zamachnął się swym ostrzem, ale uciekinier zbił atak, nawet nie zwalniając. Musiał dopaść kusznika zanim wystrzeli! Ale strzelec zdążył załadował broń, zanim ten do niego dobiegł. Wystrzelił pocisk! Uciekinier rzucił się desperacko w bok, wpadając na jedną ze zbrój. Szybko się otrząsł, choć jego serce biło jak szalone! Spojrzał gdzie poszybował bełt i ze zdziwieniem odkrył go w głowie pierwszego strażnika, którego wyminął. Odepchnął się szybko od ściany i przebił kusznika, zanim ten zdążył zareagować. Żołnierze eskortujący konia momentalnie zorientowali się co się dzieje. Dwóch strzelców zaczęło zakładać bełty, pozostała czwórka dobyła miecze oraz topory i z krzykiem rzucili się na za-


bójcę ich kompanów. Siwek z radością odkrył, że nikt go nie trzyma. Spojrzał najpierw na jednego kusznika, potem na drugiego. Parsknął zadowolony. Rzucił swoim ciałem w bok, przygniatając strzelca do ściany. Następnego od razu kopnął potężnym strzałem. Po tym zaszarżował wściekle na czwórkę wojowników, roztrącając ich na boki. Zaskoczony więzień spojrzał na konia, który nagle przybył mu na pomoc, ale od razu wskoczył mu na grzbiet. Siwek a zarżał, kiedy dwunożny spadł mu na jego kręgosłup, ale mimo nagłego przypływu irytacji, rzucił się do wyjścia na zewnątrz, które stało otworem, zanim wrogowie zdążyli zaatakować. Dwójka wypadła na jasno oświetlony pochodniami i lampami dziedziniec. Krzątający się wojownicy z zaskoczeniem patrzyli jak biała smuga mknie tuż obok nich, kierując się prosto do bramy. Mężczyzna i koń zdołali wbiec do tunelu pod murami, ale okazał się, że krata stoi zamknięta. Koń zatrzymał się prawie w miejscu, stając dęba i rżąc. Ślepa uliczka! Ale dwunożny zachował trzeźwość umysłu. Zeskoczył z siwka i podbił do drewnianych wrót, odcinających tunelu od dziedzińca i zamknął błyskawicznie przejście, akurat w sam raz żeby zatrzymać kilka bełtów. Gwizdnął na rumaka i wskazał głową na drzwi. Zwierze podbiegło do nich i za zastawiło je własnym ciałem, lecz zgrzytnęło złe na człowieka, pamiętając ostatni taki przypadek. Lepiej, żeby tym razem człowiek go nie wystawił. Dwunożny jednak nawet tego nie usłyszał. Od razu wskoczył w mały tunel, prowadzący w głąb murów i zniknął w ciemności. Przez moment nic się nie działo. Koń napierał z całej siły na małe wrota, choć nikt z drugiej strony nie chciał ich otworzyć. Serce biło mu jak szalone. Gdzie ten dwunożny pobiegł? Zostawił go? Z dziedzińca jego uszu dobiegały krzyki i szczęk boni. Ludzie którzy chcieli ich dopaść byli wściekli! Już pierwsze uderzenie w bramę niemalże odepchnęło konia. Zawiasy zatrzeszczały w kamieniu nieprzyjemnie. Niech jego towarzysz się pośpieszy! Nagle kratą szarpnęło i zaczęła podnosić się wolno. Koń zarżał radośnie, ale kolejne uderzenie momentalnie przypomniało mu o żądnym krwi tłumie za jego plecami. Z całych sił zaparł się o wrota. Krata podnosiła się niemiłosiernie wolno. Kolejne uderzenie, na jego grzbiet posypały się małe kamyczki z wyłamywanych zawiasów. Następne, znacznie silniejsze od poprzednich, konia odepchnęło na pół metra. Przejście stanęło na sekundę otwarte, ale zwierzęciu udało się znów zaprzeć, zanim wrogowie zdążyli się przedrzeć. Zarżał przerażony, następnego uderzenia nie wytrzyma! Krata stanęła nagle w połowie. Podniecony koń puścił wrota i podbiegł do bocznego tunelu, w którym zniknął jego dwunożny, dreptając w miejscu. Nagle brama za nim poleciała w drzazgi wraz z zawiasami i kawałkami kamieni, a do środka powpadali ludzi, tracąc równowagę i upadając na ziemię. Krzyczeli wściekle, ich twarzy były straszne, chcieli zemsty! W tym momencie z ciemności wyłonił się jego człowiek, cały zdyszany i spocony. Trzymając zdobyczny miecz w ręce, wskoczył on na konia, a ten ruszył cwałem w stronę wyjścia. Brama było nisko podniesiona, akurat na wysokość konia. Jeździec w ostatnim momencie rzucił się w bok, zawisając na szyi wierzchowca, ale nogami ciągle będąc na jego grzbiecie. Siwek zarżał zaskoczony, ale biegł dalej. Dwa bełty przeleciały bok nich, o włos mijając celu. Przemknęli pod kratą, dwunożny wciągnął się na grzbiet, kładąc się blisko szyi zwierzęcia. Obrócił się za siebie. Na murach już czekali kusznicy. Padł głośny rozkaz, świsnęły bełty, wbijające się w ziemię blisko kopyt zwierzęcia, jeden drasnął mężczyznę w rękę i konia w szyję. Siwek zarżał, kiedy ból przeszył jego ciało. Nie zwolnił jednak. Dzikim cwałem biegli dalej, uciekając w noc. Trzymając się za ranę, mężczyzna spojrzał za siebie. Twierdza świeciła jasno pośród nocnej toni pochodniami oraz ogniskami, ale poza tym nie dostrzegał świateł pościgu. Spodziewał się tego. Po ubraniach i sposobie zachowania, mieszkańcy twierdzy byli w całości dzikimi, ludźmi wschodu. Nie wiedział jak to się stało, że niegdyś zamek wyklęty przez Cesarstwo Miecza i Ostrza oraz Vantasel, teraz wszedł w posiadanie tych drugich, ale na szczęście uciekinierów, dzicy woleli zjadać konie, niż je dosiadać. Nawet jeśli wrogowie chcieli ich dopaść, nie mieli już na to szans. – Prrrr... zwolnij – Powiedział do konia. – Nie dogonią nas już. Zwierze spojrzało za siebie. Też nic nie dostrzegało, więc zmęczone przeszło do stępa. Oboje chwilę szli ścieżką w milczeniu, lecz ciekawość mężczyzny była silniejsza. – Nie jesteś zwykłym koniem, prawda? – zapytał cicho.


Siwek spojrzał z niedowierzaniem na swojego jeźdźca, a jego wzrok jakby mówił: „No naprawdę? – Jestem Detkel – przedstawił się mężczyzna. – Ty zapewne musisz być jakiś magiem, któremu nie wyszło zaklęcie polimorficzne, zgadza się? Zwierze pokręciło głową. Samo przecież nie wiedziało czym jest. – Ahh... – mruknął Detkel, zawiedziony, że nie zgadł. – I nie powiesz mi kim tak naprawdę jesteś? Koń znów pokręcił głową, nie spojrzawszy nawet po tym na dwunożnego. – Więc pewnie nie powiesz mi też, czemu akurat za mną podążyłeś. Przecież nie mamy ze sobą nic wspólnego. Jeździec miał tu rację. Zwierze nie powiedziało czemu wybrało akurat jego, ale z doświadczenia wiedział, że takie rzeczy nie zdarzają się codzienne. Skoro w jego życiu pojawił się nagle inteligentny, rozumiejący ludzką mowę koń. To znaczy, że prędzej czy dowie się jaki był cel ich spotkania. *** Choć noc była głęboka a gwiazdy jasno świeciły na niebie, dwójka podróżników nie mogła zatrzymać się na nocleg. Dzicy z twierdzy mogli chcieć ich wytropić, dlatego mimo zmęczenia uciekinierzy szli dalej, dając pogrążyć się swoim własnym myślą. Po kilku godzinach marszu jeździec i koń dotarli do miejsca, gdzie oboje zostali złapani przez kilku żołnierzy twierdzy. Od tego momentu Detkel wskazywał zwierzęciu gdzie ma jechać. Okazało się bowiem, że mężczyzna miał ukryty obóz, jakąś godzinę drogi dalej. Przez ciemność nocy ciężko było znaleźć miejsce, ale udało mu się to po niedługiej chwili, dzięki okropnemu smrodowi, unoszącemu się w powietrzu. Tego się Detkel obawiał. Jego poprzedni wierzchowiec nie mógł zerwać uwiązu, którym przywiązany został do dość sporej skały i został zjedzony żywcem przez jakieś stworzenie. Siwka w pierwszej chwili wstrząsnął widok. Może i inne konie były głupie, ale widok zmasakrowanego ciała pobratymca dotknął go. Podszedł zły do człowieka i parsknął mu prosto w ucho. Żądał wyjaśnień. – Kiedy znalazłeś mnie wczoraj w południe, nie miałem zamiaru się dać złapać. To niestety twoja wina, koniku – powiedział spokojnie. Siwek cofnął się o krok. Faktycznie, to on zdemaskował Detkela. Czyli ten karosz zginął przez niego. Źle mu się zrobiło, ale widząc nieszczęśliwy wzrok zwierzęcia, dwunożny znów przemówił, tym razem znacznie uspokajającym tonem. – Nie przejmuj się... Wyciągnął z jednej z sakw jakieś małe pudełeczko i podszedł do konia, chcąc przyjrzeć się jego ranie. Szyja była ledwie draśnięta, ale i tak profilaktycznie posmarował ją maścią ziołową, mówiąc przy tym w skupieniu: – Taka naturalna kolej rzeczy. Na twoim miejscu cieszyłbym się, że my żyjemy. Na swoje obrażenia również nałożył zielonkawą substancję. Ludzie z twierdzy się z nim nie cackali. Na samym końcu owinął jeszcze kawałkiem materiału najgorszą ranę na ręce i zaczął zbierać rzeczy. Wziął materiałowy tobołek, przerzucił na plecy pas z przytroczonymi do niego dwoma mieczami i zarzucił ukryte pod ściółką siodło na grzbiet zwierzęcia. Wierzchowiec odskoczył jak poparzony w bok, kiedy człowiek położył swe skórzane siedzisko na jego plecach. - Spokojnie! Będzie ci wygodniej! – Detkela zaskoczyła taka reakcja. Zwierze spojrzał na niego pytająco. – Uwierz mi. A co z tym – zapytał, podnosząc uprząż. Metalowe kółka i wędzidło zadzwoniły cicho, uderzając o siebie. Na ten dźwięk koń od razu położył uszy i zgrzytnął zębami. Nienawidził tego odgłosu, a jeszcze bardziej nienawidził czuć smaku metalu w pysku. – Tak myślałem. Spokojnie. Jesteś bardzo rozumnym zwierzęciem. Jeśli będziesz chciał odejść, pozwolę ci na to, koniku. Siwek momentalnie się uspokoił. Nie spodziewał się takiej wyrozumiałości. Człowiek podszedł do sakwy w siodle i wsadził do niej uprząż. Po tym zapiął mocno popręg, dopasował strze-


miona i wdrapał się sprawnie na grzbiet. – Widzisz. Mówiłem, że będzie wygodniej. Wierzchowiec musiał przyznać mu rację. Kiedy dosiadał go elf, czuł cały czas nieprzyjemny ucisk na kręgosłupie, ale to siedzisko sprawiało, że poza ciężarem jeźdźca nie czuł nic. – Ruszajmy, na północny-zachód – wskazał palcem. – Przed nami dwa dni drogi do miasta Tamera. Koń parsknął zrezygnowany na wieść o kolejnej podróży i ruszył zrezygnowanym krokiem we wskazanym kierunku. – Tamera jest jednym z najważniejszych miast Cesarstwa Miecza i Ostrza. To właśnie w nim odbywa się sprzedaż diamentów, które krasnoludy wykopują i spławiają z gór Szklanych, trzy dni drogi na wschód od miasta. Dlatego też cesarz Silneir Drugi pilnuje Tamery jak oczka w głowie. Kiedy tam dotrzemy, będziemy bezpieczni. Stamtąd teleportem przeniesiemy się do Eradox, stolicy Kalmateem i po kolejnych dwóch, może trzech, dniach trafimy do gór Orokarnin, gdzie znajduje się stolica rasy krasnoludzkiej. To od ich władcy, Giora Głębokiego, dostałem zlecenie, żeby odnaleźć jego bratanka, który wyruszył ponoć miesiąc temu w podróż do gór Szklanych. Ale odkryłem, że napadli go żołnierze z twierdzy Orakana. Musiałem to jeszcze potwierdzić i to wtedy mnie znalazłeś, kiedy śledziłem grupę zwiadowców. Ten miecz... – tu dobył złote ostrze, które leżało do tej pory owinięte w zwijane leże – … miał być jego bronią. Jest dowodem na to, że bratanek króla zginął. Detkel przerwał nagle, jakby zorientował się w swoim ślinotoku. – Rozumiesz w ogóle co do ciebie mówię? – zapytał nagle Siwek pokręcił delikatnie łbem i spojrzał na swojego jeźdźca z politowaniem. Kompletnie nic nie rozumiał. Nie znał ani jednego z wymienionych przez niego miejsc i nie znał ani jednej osoby. Za to rozumiał, że jego nowy towarzysz z pewnością lubił gadać. Pamiętał takiego jednego dwunożnego na farmie, jakiś podrzędny pachołek, co mówił jak najęty, kiedy go oporządzał, czyścił i karmił. Zawsze to siwka irytowało. Ale z jakiegoś powodu Detkela słuchało mu się nawet przyjemnie, nawet jeśli nie wiedział o co chodzi. Dlatego ostatecznie kiwnął wyraźnie głową. Niech mówi, jeśli mu to sprawia przyjemność. Przynajmniej noc nie będzie nudna. Więc Detkel mówił. Opowiadał o wielu rzeczach, głównie o polityce, której koń w ząb nie rozumiał. W pewnym momencie dla siwka jego słowa stały się jedynie świstem i zlepkiem różnych dźwięków, ale ogólnie dobrze mu było. Czuł się po prostu spokojny, wiedział, że nie jest sam. Kiedy jednak jego towarzysz ucichł zmożony snem, zrozumiał, że to sama jego obecność tak na niego wpływała. Bliskość towarzysza wystarczyła, żeby tak wiele zmienić w jego życiu. Gwiazdy przemijały wraz z księżycem po nocnym niebie, wolno, lecz nieustępliwie. Koń wpatrywał się w te małe światełka na czarnym tle. Uwielbiał to robić, choć nie wiedział czemu. Uwielbiał patrzeć w niebo... *** Zgodnie ze słowami Detkela, droga do Tamery trwała blisko dwa dni. Zmęczeni, głodni i spragnieni, podróżnicy o zachodzie słońca dotarli do ogromnego, kamiennego mostu, biegnącego nad szeroką na sto metrów rzeką, zwaną Diamentowym Szlakiem. Dalej, brukowany trakt prowadziła prosto do niezbyt dużego, ale za to wystawnego miasta, celu ich podróży. Zdążyli w ostatniej chwili, gdyż strażnicy zamykali już bramy i podróżnicy musieliby czekać aż do rana. Pokierowani przez jednego z żołnierzy, Detkel i koń trafili do gospody Pod Prawy Zabójcą. W pierwszej chwili ciężko im było znaleźć tawernę, gdyż szukany budynek przypominał z wyglądu wszystkie inne. Może i miast było bogate, miało brukowane uliczki, kamienne domy czy bogato zdobione fontanny na każdym kroku, ale architektura każdego budynku była taka sama, kanciasta, surowa i pełne małych bądź dużych rzeźb. Pokierowani jednak przez przechodniów znaleźli w końcu upragniony przybytek. Siwek trafił do pobliskiej stajni a Detkel mógł w końcu odpocząć w wygodnym, ciepłym łożu. Następnego dnia ruszyli do centrum miasta, gdzie znajdywać się miała siedziba Znikusa, kompani zarządzającej siecią portali porozrzucanych na całym północnym kontynencie. Korzysta-


nie z ich usług było niezwykle drogie i niewielu mogło sobie pozwolić na tą przyjemność, ale na szczęście Giorowi Głębokiemu zależało na czasie i opłacił on wszelkie koszta podróży. Po przejściu przez portal, mężczyzna i koń znaleźli się w niemalże identycznym pomieszczeniu jak to z którego wyruszyli. Ta sama marmurowa posadzka, ciemne ściany i szereg powygaszanych, owalnych ram, służących za przejścia teleportacyjne. Widocznie kompania nakłada jakieś standardy dla swoich siedzib. Jednak kiedy podróżnicy wyszli na zewnątrz, miasto które zobaczyli było całkowicie inne niż zapamiętana przez nich Tamera. Trafili do Eradox, stolicy Kalmateem. Brukowane uliczki nie były tak równe i schludne, umiejscowienie budynki nie zawierało żadnego schematu, chaotyczna architektura pozbawiona została jakichkolwiek zasad... No i ludzie, wypełniający tłumnie całe to miejsce. Inny ubiór, mniej schludny i dostojny, inne twarze, raczej zmartwione oraz poważne, inna atmosfera, pełna niepokoju ale i wspólnej wiary w dobry los. Detkel wiedział, czym to zmarnowanie jest spowodowane. Problem z wysiedlaniem orków na północy stawał się coraz poważniejszy, szykowała się wojna, która mogła wybuchnąć lada dzień. Dlatego mężczyzna podjął decyzję, że wyruszą od razu. Do pokonania mieli trzy dni drogi i każda godzina była cenna. Uzupełnili tylko zapasy i udali się w dalszą drogę. Kalmateem była naprawdę ładną krainą. Jak w większości cały północny kontynent, ona też była równiną, ale z jakiegoś powodu bardziej zieloną, spokojniejszą i przyjaźniejszą, niż inne, podobne obiekty geograficzne. Nie bez powodu zresztą miejsce to nazywane był ostoją spokoju, gdzie ludzie ściągają całego świata, nawet z północy, żeby odpocząć. Nieświadomy podróżnik nie miał szans się domyślić, że w powietrzu wisi groźba okropnej tragedii. Różnicę dopiero dawało się dostrzec, kiedy siwek i jego jeździec przejeżdżali przez niewielkie wsie. Ludzie w niej mieszkający byli wyraźnie przerażeni, sztywni, niepewni przyszłego losu. Każdy z wieśniaków słyszał, że blisko północnej granicy niektóre osady zostały ograbione przez zdesperowane orki i wszyscy obawiali się, że ci barbarzyńcy mogą zechcieć zapuścić się w głąb kraju. Kalmateem nigdy wcześniej nie musiało borykać się z żadnym wrogiem. Owszem, zdarzały się pojedyncze oblężenia Eradox, ale nigdy nie atakowano innych miejsc. Atmosfera zmieniała się jednak im bliżej gór Orokarnin. W tych niewysokich, ale gęstych górach, pnących się dumnie ku niebu za doliną Kazlachaf, rezydować miał we swej twierdzy król wszystkich krasnoludów, Gior Głęboki. Tak blisko jego królestwa orkowie nigdy nie odważyłyby się podejść i co mądrzejsi emigrowsli za rzekę Nelle, otaczającą całe pasmo górskie, która stanowi jakby niepisaną granicę bezpiecznej strefy. Niestety dolina Kazlachaf, wzdłuż której płynie rzeka, nie jest tak urodzajna jak wschodnia część Kalmateem, a w górach Orokarnin panują ciężkie warunki, jeśli chodzi o teren, więc zachodnia część krainy jest znacznie mniej zaludniona. Detkel przewidywał, że kiedy ataki orków się nasilą, ludzie będą masowo uciekać w okolice doliny, a ta ani trochę nie była przygotowana na udzielenia schronienia takiej masie. Jego podejrzenie nasiliło się, kiedy pod koniec drugiego dnia podróży, on i siwek dotarli do małej wioski położonej przy samej rzece. Była to jedyna osada w promieni dziesiątek kilometrów. Owszem, samo wystarczalna, miała zwierzęta rolne rozległe pola uprawne, podobno dobrego znachora i nawet pocztę, ale Detkel nie widział tego, jak wieś utrzymuje kilkuset dodatkowych ludzi. Na szczęście jeden nadprogramowy mężczyzna i koń nie stanowili problemu, więc został ugoszczony w lokalnej gospodzie i następnego dnia mógł wypoczęty ruszyć w dalszą drogę. Za drobną opłatą został przewieziony tratwą linową na drugi brzeg dość wartkiej i szerokiej Nelle i pod koniec dnia uciążliwej podróży przez kamieniste i wąskie ścieżki, podróżnicy wreszcie dotarli do celu swej podróży, Twierdzy Skały. Z daleka nie dałoby się odróżnić budowli od kamiennych stoków gór, które ją otaczają, ale jak tylko podróżnicy się zbliżyli, rozpoznali front ogromnego zamku, który jakby wtopiony w skalistą górę, trwał niewzruszenie. Nieopodal, na dwóch innych szczytach, z samych czubków gór wyrastały okrągłe wieże, gdzie krasnowodzcy wartownicy mogli obserwować całą okolicę. Nie dziwota więc, że jak tylko siwek stanął przed ogromną, kamienną bramą, pełną różnych krasnoludzich run i płaskorzeźb, drzwi zaczęły otwierać się wolno i z hukiem, uchylając się tylko na pół metra. Z ciemności wyszło trzech krasnoludów, dwóch ponurych, odzianych w zbroje i z dwu-


ostrzowymi toporami w rękach oraz trzeci, odzianych w wyjściową kolczugę, pełną gustownych ozdóbek i stonowanych kolorów. Ten był znacznie weselszy, mimo gęstej, pełnej warkoczy brody, dało się bez problemu dostrzec uśmiech grubych, czerwonych ust. Zaskoczony Detkel zeskoczył z wierzchowca i momentalnie ukląkł przed przed krasnoludem. Oto bowiem staną przed nim sam król wszystkich krasnoludów, Pan Podziemi i większości łańcuchów górskich całego Północnego Kontynentu oraz Strażnik Dziesięciu Bram, jedynych tuneli poprowadzonych przez Góry Środkowe, które łączą północny i południowy kontynent. – Haha! To ci mina zrzedła, łowco! – zaśmiał się Gior Głęboki, swoim grubym oraz niskim głosem, po czym podszedł do człowieka i silnym szarpnięciem podniósł go na nogi. – Się nie spodziewał, że król wyjdzie mu naprzeciw, haha! – Zaiste – odparł Detkel skołowany – Nie spodziewałem się jaśnie władcy obcującego z plebsem... – Och! Skończ z tą oficjalnością. Chodź, zjemy i napijemy się. Bo widzę, że masz wiele do opowiedzenia – król obrzucił podróżnika krytycznym wzrokiem, który faktycznie, wyglądał jak obdarciuch po całej swej przygodzie. – Nie wiem czy powinienem. To by było okazanie braku szacunku dla czcigodn... Gior znów podszedł do łowcy, ale tym razem spojrzał na Detkela groźnie. Ten wzrok, mężczyzny twardego i pewnego siebie naprawdę wstrząsnął nim w głębi serca. – Wiem, że królowie uwielbiają puszyć się jak pawie i oczekują od innych traktowania ich jak jakichś bogów – mruknął groźnie, cicho. – Dlatego daję ci szansę. Masz być sobą. Oboje jesteśmy wojownikami – huknął głośno, tak, jakby przemawiał do otaczającego go tłum. – Twoje podarta i poplamiona krwią skórznia jest dla mnie większym wyrazem szacunku niż każde jedno sztuczne słówko wyplute w mym kierunku! Detkel wciągnął nosem powietrze głęboko w płuca i wypuścił je powoli, jakby pozbywając się całego skołowania. Jego pewność od razu wróciła, co krasnolud zauważył momentalnie. – To lubię! – zaśmiał się znowu. – Idziemy! Bom głodny i spragniony! Siwek patrzył na scenę nieco zirytowany. A on? Przecież on też walczył! Czemu wszyscy go ignorują. Skrobnął kopytem ziemię, ale nikt tego nawet nie zauważył. Król po prostu odwrócił się i ruszył w głąb ciemnego holu, wraz ze swoją strażą. Detkel pociągnął go lekko za pysk, dając znać, żeby szedł za nimi, ale jak tylko przeszli kilka metrów wzdłuż długiego, ogromnego korytarza pełnego posągów krasnoludzkich górników, nie wiadomo skąd pojawił się jakiś sługa, który odebrał łowcy konia i już chciał zakładać mu uprząż. W koniu zawrzał momentalnie krew jak tylko zorientował się co zamierzają mu zrobić. Zarżał głośno i cofnął się kilka kroków, gotów odgryźć komuś głowę. – Bez uprzęży! – zawołał od razu Detkel. – Pójdzie sam! Człowiek zdążył podejść do zwierzęcia i szepnął mu dyskretnie. – Błagam, nic głupiego! Po czym dobił do siodła, jakby to był jego jedyny zamiar i sprawnym ruchem wyciągnął ze środka przytroczonego leża zawinięty w szmaty, złoty miecz. Następnie wrócił do króla, który stanął kilka metrów dalej. – Nie jest to koń z naszej stajni. Tamten padł? – zapytał król beztrosko. – Niestety tak – odparł łowca i pochód znów ruszył wzdłuż holu. Szli przez około dziesięciu minut. Detkel trzeci raz w życiu miał zaszczyt znaleźć się wewnątrz twierdzy i nigdy nie mógł się nadziwić architekturą całego tego miejsca. Z jednej strony proste, kanciaste krawędzie, każda jedna komnata budowana na planie prostokąta, ani jednego zbędnego kształtu, ale z drugiej ogólna surowość dawała wrażenie piękna, szczególnie połączona wraz z kompozycją różnych kolorów kamieni, tworzące linie i symetryczne wypełnienia pustych obszarów ścian. Do tego wszystkiego dochodziły światła, rozświetlające pomieszczenia w kluczowych miejsca i nie raz nadawały swoistego uroku całemu wnętrzu twierdzy. Gior dostrzegł zainteresowanie Detkela, ale nie powiedział nic. Uśmiechnął się tylko pod nosem. W końcu dotarli do ostatnich już drzwi. Król pchnął je, wchodząc do środka i ukazując tym


samym obszerną komnatę, na środku której ciągnął się długi stół. Tylko dwa miejsca były zastawione. Człowiek i krasnolud weszli do środka, a strażnicy króla zostali na zewnątrz, zamykając za nimi drzwi. – Siadaj, jedz – wskazał król miejsce przy stole. – I opowiadaj. Znalazłeś mojego zapijaczonego Bratanka? Oboje usiedli. Detkel, choć był głodny jak wilk, czuł, że nie byłby w stanie nic przełknąć. Nie lubił przekazywać złych wieści. Nie wiedział nawet jak zacząć... Dlatego położył po prostu przed królem tobołek, który zabrał z siodła. Gior spojrzał na łowce podejrzanie i odwinął szmatę, ukazują doskonale znaną mu broń. Mina władcy momentalnie zrzedła a oczy znieruchomiały w natłoku myśli i uczuć. – Kto śmiał to zrobić – zapytał cicho i zimno. – Kari Drugi. Władca Wolnego Miasta Orakana. Świta bratanka jaśnie pana została napadnięta na granicy Vantasel. Nikt nie przeżył. Nastąpiła cisza. Gior wpatrywał się tylko w miecz. Detkel czekał na dalszy rozwój. Po minucie krasnolud chwycił za rękojeść miecza i przyjrzał się ostrzu. – Ta broń został podarowany mojemu bratankowi prawie piętnaście lat temu, kiedy znikąd pojawiły się te jaszczurowate stworzenia. Chcieliśmy zaatakować, zanim latające gadziny zaatakują nas pierwsze, ale to właśnie mój bratanek uparł się, żeby z nimi pertraktować. Wojownik z niego marny był, ale ględzić to on umiał. No i dogadał się z nimi... ze smokami. Tak się przynajmniej kazały nazywać. Ten miecz jest podarkiem od nich, jako akt dobrej woli. Pierwszorzędna robota. Jak one to zrobiły? Nie wiem do dziś... Król spojrzał nagle na Detkela. – Brat zginął w bitwie. Zająłem się jego synem i stał się dla mnie jak mój własny... – Znów zamilkł, lecz wstał nagle, wbijając miecz w dębowy stół. – Podobno twierdza Orakana jest nie do zdobycia! Cały świat zobaczy, że to tylko domek z kart! *** Siwek stał znudzony pod dość solidnym i dużym szałasem, gdzie w rzędzie ułożone były boksy dla wierzchowców. Okazało się, że stajnia krasnoludów znajdywała się na powierzchni, na niewielkim skrawku ziemi, otoczonego zewsząd górami. Dzięki temu koń mógł przynajmniej wpatrywać się w gwiazdy nocy. Zastanawiał się co jest tam wysoko w niebie, poza świecącymi punkcikami. Ta myśl wydawała mu się znajoma, jakby od zawsze zadawał sobie pytanie: „co jest tam dalej?”. Patrzył tak jeszcze chwilę w górę, ale w końcu zdrętwiała mu szyja. Parsknął zirytowany. Nudził się, a nie był ani trochę śpiący. Postanowił więc pozwiedzać trochę tej ukrytej w górach polany. Przełożył głowę przez małe okienko i zębami złapał za zasuwkę, która blokowała drzwi. Pociągnął delikatnie głową i drzwi od boksu same się uchyliły. Inne konie, w większości kuce, widząc swojego towarzysza na wolności zarżały cicho, jakby zazdrosne, że on może a one nie. Siwek jednak nawet nie zwrócił na swych pobratymców uwagi i po prostu wyszedł z wpółzabudowanego szałasu. Z budynku prowadziła mała, kamienna ścieżka, ciągnąca się aż do kamiennej bramy, wmurowanej w skalną ścianę. Po za tym, oraz wybiegu wypełniającego prawie całą wolną przestrzeń, na polance nie było nic. Zwierze wyszło sobie więc na sam jej środek i znów spojrzał w niebo. Gwiaz dy były tej nocy naprawdę jasne... Nagle zobaczył jak jakiś kształt przemknął bezszelestnie przez nocną toń. Koń charknął i rozglądnął się dookoła, dreptając w miejscu. Nic nie widział. Już myślał, że coś mu się przywidziało, kiedy nagle usłyszał za sobą głuche uderzenie o ziemie. Przestraszony w ułamku sekundy obrócił się do zagrożenia. Przed nim wylądowało stworzenie, pięć razy większy od niego biały jaszczur, z szeroko rozłożonymi skrzydłami, szeregiem kolców ciągnących się od czubka ogona aż po sam kark i pyskiem, pełnych ostrych jak żyletki zębisk. Zwierze rozluźniło się po lądowaniu i złożyło skrzydła, wyraźnie wpatrując się w zwierze. Siwek cofnął się przerażony. No i w końcu go zjedzą! – Miałeś szanse uciec – przemówił stwór z bardzo syczącym akcentem. – Ale nie zostawiłeś


go. Zdałeś test. Jaszczur podszedł wolno do konia i nachylił się nad nim, niemalże dotykając jego czoła swoim pyskiem. Siwkowi serce biło jak szalone, oczy drżały z paniki. – Kara musi trwać. Ale zasłużyłeś na nagrodę. Stworzenie dotknęło nagle pyskiem wierzchowca i wszystko dookoła stało się bardzo jasne. Umysł konia jakby na moment oderwał się od jego ciała, żeby wrócić gwałtownie, wywołując okropny szok i dezorientację. Zwierzę wstało instynktownie, nie wiedząc co się dzieje. Ostre światło zaczęło schodzić z jego oczu, ukazując z wolna świat taki jak go zapamiętał sprzed kilku chwil. Ziemia, góry, noc, gwiazdy... Rozejrzał się, serce dalej waliło mu jak szalone. Co się stało! Gdzie to stworzenie?! Rozejrzał się w panice. Zobaczył cień, znikający za jednym ze szczytów. Odleciało? Odruchowo machnął skrzydłami, żeby się wzbić wyżej i lepiej widzieć... Koń spojrzał w dół. CO!? Przerażony spadł prawie na ziemię z wysokości pięciu metrów, ale pamięć ciała sprawiła, że usztywnił skrzydła i wylądował nawet gładko. Przerażony spojrzał na swoje boki. Miał skrzydła! Najprawdziwsze skrzydła, wyrastające z jego kłębu! Białe, pierzaste skrzydła, którymi mógł poruszać, jakby to od zawsze była część jego ciała! Ale czuł coś jeszcze, w umyśle, jakby umiał coś zrobić, choć nie rozumiał co. Skupił się nad tym, próbował odkryć co to jest. Rozłożył skrzydła, spojrzał na nie. I coś jakby w nim przeskoczyło. Ta zdolność pasuje skrzydłom, tajemniczy dreszczy popłynął przez jego duszę. Pozwolił temu działać, tak jak pozwala swojemu ciału samemu oddychać. Energia przepłynęła przez jego mięśnie, kości i krew. Rozpłynęła się po obu skrzydłach. Te zaczęły się rozmazywać, znikać, aż nagle przepadły, choć koń dalej czuł, że je ma! Nie mógł jednak ich użyć. Wpadł w panikę! Miał skrzydła! A teraz już ich nie ma! Stracił je? Sam się ich pozbył?! Przestraszony zrobił dokładnie to samo co przed chwilą, pozwolił znów energii płynąć do jego nowych kończyn! … I się pojawiły! Koń zarżał szczęśliwy! Wzbił się w powietrze. Trzepot piór i podmuch wiatru wypełnił cichą polankę. Zwierze wznosiło ku niebu. Czuło się tak szczęśliwe, tak spełnione. Tak mu brakowało latania! Nagle zawisł w powietrzu. Ale przecież nigdy nie latał. Więc jak mu mogło tego brakować? Ta istota! Ona zna odpowiedzi! Machnął skrzydłami, ruszył za nią, ale jak tylko dotarł do wierzchołka góry za którą jaszczur zniknął, siwek zwątpił. Widział jedynie góry i ciemność. Niepewnie wrócił na polankę i wylądował zgrabnie. Jego umysł wypełniało tysiąc pytań, ale wiedział jedno na pewno. Oprócz jego człowieka, nikt nie mógł się dowiedzieć o skrzydłach. Ukrył je tak jak to robił wcześniej i wrócił kłusem do boksu. Jak wcześniej miał kompletnie gdzieś czy go nakryją, tak teraz bał się tego panicznie. Pchnął zębami zasuwkę i stanął sztywno na środku zagrody, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Oczywiście tej nocy nie zasnął. *** Następnego dnia kamienna brama zatrzasnęła się głucho za Detkelem, kiedy ten opuścił twierdzę. Mężczyzna odetchnął głęboko świeżym powietrzem i jeszcze raz spojrzał na swoją nową, mistrzowsko wykonaną skórznię, nabijaną gęsto czarnymi ćwiekami. Zadowolony zapukał palcami w pancerz i kiwnąwszy do siebie głową, podszedł do siwka, który osiodłany czekał już na swojego właściciela. Koń stał spokojnie, w ogóle się nie ruszał. Mężczyznę zastanowiło to trochę. Zwierze zawsze było bardziej ruchliwe i żywe, ale ostatecznie się nie przejął. Poprawił jeszcze tylko pas z dwoma mieczami na plecach i wskoczył sprawnie na grzbiet wierzchowca. Dłonią sprawdził, czy sakwa przy siodle faktycznie wypełniła się pieniędzmi Giora Głębokiego. Poczuł, że tak. Szczęśliwy cmoknął, dając siwkowi znak do ruszenia. Koń, dalej sztywny, ruszył wolno stępem, nie drgnąwszy nawet głową czy szyją. Detkel miał wręcz wrażenie, że i oczy zwierzęcia zastygły w bezruchu. Mężczyzna wychylił się niepewnie, patrząc zmartwionym wzrokiem na wierzchowca. – Coś się stało? – zapytał. I wtedy siwek zerwał się nagle z radosnym rżeniem, wybijając się w powietrze. Człowiek wrzasnął, łapiąc się za szyję konia. Przestraszony spojrzał w dół. Wierzchowiec machnął skrzydła-


mi, które pojawiły się znikąd i wystrzelił do przodu, niemalże zrzucając jeźdźca. Rumak chciał jakoś delikatnie pokazać Detkelowi co zyskał przez noc. Ale podniecony nie wytrzymał. Zarżał radośnie, prując przez niebo z przerażonym jeźdźcem na swym grzbiecie... Był wolny!


Oczami konia