Page 1

ISSN 1732-9000

O

K

A

Z

ZIMA 1 (14) 2006

J

O

N

A

L

N

I

K

A

K

A

D

E

M

I

C

K

W NUMER ZE Tygodniowy program Duszpasterstwa Akademickiego ...... 2 Opowiem Wam Historię ...... 2 Ks. Jan Twardowski ...... 3 Mediolan - spotkanie ponad podziałami? ...... 3 Człowiek szczęśliwy brat Roger z Taize ...... 5 Dlaczego ludzie chodzą w góry ...... 5

Pobiec chciałbym żeby w swoim biegu nie zapomnieć dokąd i po co i dlaczego pobiec choćby bieg był ponad siły choćby wciąż mówili że nie dam rady dobiec a w drodze podać dłoń i Tobie mimo piasku w oczach i otrzeć łzy spod powiek i kiedy trzeba będzie zejść ze sceny być pewnym, że ze Wszystkim dobiegłem aż do Mety

Warsztat ...... 7 Misje dalekie i bliskie, czyli rzecz o misjach jezuickich ...... 8 Służyć pod sztandarem Krzyża ...... 8 Nauczanie języka polskiego obcokrajowców to fascynująca praca ! ...... 9 Latający Brat - patron egzaminowanych! ...... 11 Kalendarium Duszpasterstwa Akademickiego 2005/2006 (semestr letni) ...... 12

I


2

ZIMA 1 (14) 2006

Tygodniowy program Duszpasterstwa Akademickiego oo.Jezuitów NIEDZIELA 17.00 – Grupa Studnia Jakubowa - studencki zespół wokalno-instrumentalny, zajmujący się przede wszystkim oprawą muzyczną niedzielnej Akademickiej Mszy Świętej o godz. 19.00. Zespół zaprasza do współpracy osoby muzykujące. 19.00 – Akademicka Msza Święta 20.00 – Wieczór przy herbacie dla głodnych i spragnionych. W domku DA okazja do spotkania wszystkich ze wszystkimi, bez względu na przynależność lub nieprzynależność do DA. Bywa też „coś” do herbaty.

PONIEDZIAŁEK 16.00 – Dzieci Starówki, różne zajęcia z dziećmi toruńskiej Starówki. 19.45 – Grupa La Storta. Nazwa pochodzi od miejsca, które za czasów Ignacego Loyoli było miejscowością oddaloną kilkanaście kilometrów od Rzymu, a dzisiaj jest jego częścią. Tam założyciel Jezuitów doznał łaski silnego i nieodwracalnego przylgnięcia do Jezusa Chrystusa. Jest to propozycja dla tych, którzy ciekawi są duchowości jezuitów i chcieliby z niej skorzystać w życiu codziennym. 20.00 – Grupa Odnowy w Duchu Świętym Posłanie zaprasza na wspólne, cotygodniowe oddawanie chwały Bogu podczas spotkań modlitewnych. Dwa razy w roku grupa prowadzi Seminarium Odnowy w Duchu Świętym dla osób poszukujących i pragnących pogłębić swoją wiarę.

WTOREK 18.00 – Szkoła medytacji chrześcijańskiej (Uwaga: Kurs okresowy. Następny po Wielkanocy).

ŚRODA 20.00 – Grupa Oaza. Spotyka się raz w tygodniu, aby modlić się i wspólnie spędzać czas zgodnie z charyzmatem Ruchu Światło–Życie. Grupa zaprasza wszystkich zainteresowanych. 20.00 – Wolontariat Misyjny To grupa ludzi, którzy nie szczędzą swojego życia na działalność dla dobra braci z różnych kontynentów i narodów. Udajemy się z pomocą do misjonarzy Afryki, Ameryki

Łacińskiej, a także Albanii, Rosji i Ukrainy. Głównie jednak działamy tu, gdzie przebywamy: świadczymy o Chrystusie, służymy modlitwą i pomysłowością dziełu animacji misyjnej. 20.00 – Grupa tańca liturgicznego. To propozycja dla tych, którzy chcą się modlić nie tylko swoją duszą, ale i ciałem, którzy czują, że nie wszystko da się wyrazić słowami, którzy dążą do wiary radosnej, ufnej, w pełni delektującej się Bożą obecnością (Uwaga: Grupa spotyka się nieregularnie).

CZWARTEK 15.30 - Próba Teatru Tempestas. 19.00 – Akademicka Msza Święta 20.00 – Kumite – w ramach troski o zdrowie fizyczne i poczucie bezpieczeństwa proponujemy KURS SAMOOBRONY. 20.00 – Angielski dla maturzystów, możliwość darmowych korepetycji pod kątem matury. W każdy DRUGI CZWARTEK MIESIĄCA zapraszamy na szczególną modlitwę po Mszy Świętej Akademickiej o godz. 19.00. W duchu przeżytych rekolekcji Nie jesteś niewolnikiem, lecz synem, proponujemy spotkanie z Jezusem w Najświętszym Sakramencie, aby wielbić Go, oddając Mu to wszystko, co nie pozwala nam przeżywać siebie i innych jako ludzi, jako dzieci Boga, jako braci Jezusa, jako synów Bożych. Modlitwę prowadzi Grupa Taize. Wszystkich, którzy chcieliby dołączyć do Grupy serdecznie zapraszamy.

PIĄTEK 20.00 – Spotkanie dla młodzieży – modlitewno-dyskusyjna grupa gromadząca w swych szeregach młodzież szkół średnich. Na spotkaniach: dyskusje na ciekawe tematy, niekoniecznie religijne. Istnieje perspektywa wspólnych „wypadów”, a nawet wakacji. 20.00 – O Panu Bogu po angielsku – możliwość doskonalenia „swojego angielskiego” poprzez swobodną rozmowę na tematy religijne i nie tylko.

SOBOTA

Opowiem Wam Historię... Trzydzieści siedem i dwa - to wcale nie jest źle, myślę sobie. Herbatka malinowa, łyk syropu, dobra na wszystkie okazje witamina C, paczka chusteczek. Jeszcze tylko świetlik na oczy i polar na plecy i można pracować. Zapalona przy biurku lampka, chillout w słuchawkach, gdzieniegdzie wydrze się z ciszy nocy szum wentylatora i stukot klawiatury, gdzieniegdzie za oknem wiatr, gdzieniegdzie jeszcze sypnie śnieg, a nosa utrze mróz. Akademik śpi sesyjnym snem lub śpi bezsennie wiążąc niespokojnie miliony czarnych liter na białym tle w słowa, w zdania, w treść, w sobie tylko wiadomy sposób łącząc zawarte pomiędzy nimi zlepki rozważań, korytarzowych rozmów, kuchennych zmagań, codziennych problemów w jedną całość. Bezszelestnie zastaje go druga w nocy, to cyfrowe jeden pięćdziesiąt dziewięć na dwa zero zero u dołu ekranu, parą ukawionych oczu spoglądającą w czarny terminal, poszukującą białych liter, tych, których jeszcze nie ma... Może kiedy ostatni profesorski autograf tej zimy schowa się za zieloną okładkę indeksu, oczy nie zaśpią na poranny autobus i usłyszą trzy pierwsze słowa. Opowiem Wam Historię... redaktor naczelny mariusz es=:)

10.00 - Soboty dla narzeczonych, kurs przedmałżeński prowadzony metodą nie konferencyjną, ale na zasadzie przeżywania w parach istotnych treści dotyczących Sakramentu Małżeństwa. 16.00 - Katechumenat. Ma na celu przygotowanie osób dorosłych do przyjęcia Sakramentów: Chrztu, Bierzmowania i Eucharystii. Ten dzień w Duszpasterstwie, to możliwość aktywnego wypoczynku, a więc: wyprawy piesze lub rowerowe, plenery fotograficzne, piłka nożna i siatkowa.

ZAPRASZAMY WSZYSTKICH, NIEZALEŻNIE OD WYZNANIA, POGLĄDÓW CZY SYTUACJI MORALNEJ. Spotkania duszpasterskie odbywają się w Domku Duszpasterskim. Wejście od ul. Piekary 24.


3

ZIMA 1 (14) 2006

Ks. Jan Twardowski 1915 - 2006 Szukałem Szukałem Boga w książkach przez cud niemówienia o samym sobie przez cnoty gorące i zimne w ciemnym oknie gdzie księżyc udaje niewinnego a tylu pożenił głuptasów w znajomy sposób w ogrodzie gdzie chodził gawron czyli gapa w polu gdzie w lipcu zboże twardnieje i żółknie przez protekcję ascety który nie jadł więc się modlił tylko przed zmartwieniem i po zmartwieniu w kościele kiedy nikogo nie było

i nagle przyszedł nieoczekiwany jak żurawiny po pierwszym mrozie z sercem pomiędzy jedną ręką a drugą i powiedział dlaczego mnie szukasz na mnie trzeba czasem poczekać Wiersz pochodzi z Utworów zebranych ks. Jana Twardowskiego w opracowaniu A. Iwanowskiej, wyd. nakł. Wydawnictwa M

Mediolan – spotkanie ponad podziałami ? 7 rano – budzik dzwoni. Otwieram oczy... co jest - gdzie ja jestem? Nie poznaję otoczenia. Dopiero po chwili przypominam sobie – przecież jestem w Mediolanie i za chwilę mamy modlitwę i spotkanie na parafii. Nie powinniśmy się spóźnić, przecież w końcu po to przyjechałem. Z bólem serca wstajemy, jemy szybkie śniadanie z obowiązkową kawą, mocną i czarną jak niegdyś nasza gospodyni Karmelita, pochodząca z samego południa Italii. Teraz, choć juz jest siwą panią i mieszka po śmierci męża sama, ciągle czuje się siedzącą w niej energię i śródziemnomorski charakter. Jeszcze napełnić termos – żeby starczyło na cały dzień – w końcu wrócimy do mieszkania dopiero kolo dziewiątej wieczorem – a przez cały dzień spotkania, modlitwy, rozważania... Tydzień po powrocie z Mediolanu wciągnięty w rzeczywistość pracy, wyprzedaży poświątecznych, planów na urlop, przeglądam zdjęcia, wspominam i myślę – czy to było rzeczywiście coś więcej, czy tylko moment, fajne doświadczenie, o którym będzie można porozmawiać przy piwie ze znajomymi? Przecież nie zmieniłem się przez ten czas, sprawy, które mnie niepokoiły, dalej niepokoją...więc, czy warto było? Charakter gazetki zachęca do obstawiania pierwszej opcji, ale może uczciwiej się nad tym zastanowić – w razie czego najwyżej nie puszczą… Że to spotkanie ma być czymś więcej niż tylko zjazdem młodych, którzy chcą pobyć razem, pogadać o życiu i wypełnić czas między świętami i Nowym Rokiem,

świadczyły cotygodniowe spotkania w toruńskim Centrum Dialogu na Łaziennej. Monotonne śpiewy, niektóre po łacinie, modlitwa Pismem Świętym, wszytko to wieczorową porą, w kilkusetletnim budynku nadawały dodatkowo wyjazdowi charakter tajemniczości i przygody. Październik, listopad, grudzień... i w końcu pojechaliśmy...

Mediolan przywitał na śniegiem i mrozem – nie tak pamiętałem Włochy. Od razu udaliśmy się do punktu przyjęć Polaków, gdzie pomogli we wszystkim wolontariusze. Jak się okazało, decyzja o zapisaniu się do grupy pracy była prorocza, gdyż zostaliśmy przydzieleni do parafii w samym centrum miasta, w przeciwieństwie do innych ludzi, którzy musieli dojeżdżać nieraz po 2 godziny na spotkania. Potem rozdzieliliśmy się, udając każdy swoją drogą do własnej parafii, gdzie czekali na nas kochani Włosi z jeszcze bardziej kochaną kawą i słodką bułką (typu polskiej babki), którą je się tam tradycyjnie na śniadanie.

Później to właśnie tam odbywały się spotkania w małych grupkach dzielenia oraz spotkania tematyczne z zaproszonymi gośćmi. Te uważam, oprócz ogólnych modlitw, za najwartościowszą część dnia. Jak na przykład spotkanie na parafii z anonimowymi alkoholikami. Ciekawa sprawa, bo przez większą część spotkania myślałem tylko, kiedy się ono skończy, tak irytowały mnie wysłuchiwania ogólnych banałów o szkodliwości alkoholu, o jego negatywnym wpływie na społeczeństwo... Jednak czasem warto czekać do końca...- dla mnie najważniejsze było pytanie o Boga, więc je zadałem – jak to jest, że w tzw. 12 punktach, na których bazują w terapii nie ma słowa Bóg, tylko - „siła wyższa”? Czy to nie jest dla katolików sztuczne i nieszczere? Czy potrzebne są w ogóle jakiekolwiek grupy wsparcia, czy alkoholicy katolicy nie powinni raczej starać się sami o umocnienie wiary i zaufanie Bogu, bo przecież On może wszystko, więc i ich wyzwolić z nałogu. „Kiedy jesteś na dnie, kiedy myślisz tylko o piciu, nie wierzysz w nic – powiedział po namyśle któryś z nich – w sens życia, przyjaźń, miłość, w Boga. Dzięki grupie uczysz się akceptacji siebie, przyjęcia, że mimo wszystko zasługujesz na szacunek a nawet miłość – dopiero wtedy jesteś gotowy otworzyć się też na prawdę na Boga”...więc Bóg może działać przez innych i to nie jest umniejszanie Jego mocy i miłości – dlaczego tak? Czemu Bóg chce przychodzić przez innych – tego dalej nie wiem.


4 Po skończeniu zajęć w grupach dzielenia mieliśmy trochę wolnego czasu przed wspólnotową modlitwą południową o 13-tej. Można się więc było poszwendać z aparatem po mieście i poczuć ducha Mediolanu, miasta świętych Kościoła (Gerwazy i Protazy) i świętych sportu (Inter i AC Milan), pięknych samochodów i luksusowych willi. Właściwe wczucie się w atmosferę miasta było czasem trudne, zważywszy, że co chwila słyszało się polski język – w metrze, w sklepach, w zabytkach, przyjechało nas w końcu ok. 12 tys., czyli prawie jedna czwarta wszystkich. Z czasem nauczyłem się jednak to ignorować, traktując jak omamy słuchowe. Byłem Mediolańczykiem, częścią miasta, przynajmniej przez kilka dni – byłem na właściwym miejscu. Ok. Jeszcze kilka fotek dla rodziny i szybko na spotkanie – tym razem modlitwa śpiewem w halach Fiery – olbrzymiego kompleksu hal wystawowych przygotowanych na organizację targów motoryzacyjnych, etc. Siadamy wszyscy na podłogach, niektórzy po obiedzie trochę przysypiają – i zaczynają się śpiewy charakterystyczne dla Taize. Dopiero tu mogę docenić sens uczenia się śpiewu w łacinie – siedzimy obok siebie Niemcy, Włosi, Rosjanie, Polacy – i mówimy tym samym językiem, wołając i chwaląc Boga. To prawie jak modlitwa w językach w Odnowie. Czuje się jedność – mimo narodowości, zamożności. Ważne się staje to, co nas łączy, bardziej niż to, co dzieli – wszyscy szukamy sensu życia. Może niektórzy nie nazywają tego Bogiem, ale czy to ma mi przeszkadzać w byciu razem? I wtedy też przyszło do głowy to, o czym mówił brat Marek – jeden z 4 polskich braci we Wspólnocie Taize – że tu w Mediolanie wspólnota chrześcijan oczekuje umocnienia swojej wiary przez świadectwo naszej wiary. Ale jak można głosić pokój, skoro nie ma go w sobie – dyskutowaliśmy na spotkaniach porannych - to przecież ja jadę do Mediolanu budować swoją wiarę. A z drugiej strony, czy ci ludzie, którzy „czują Boga” są bardziej wartościowi od tych, którzy ciągle szukają i tylko oni mogą dawać świadectwa? Wtedy dotarło do mnie, że tym, co mogę dać – jest sama obecność na spotkaniu, uczestnictwo w modlitwach, zamiast zwiedzania miasta świadczące że Bóg jest dla mnie podstawą, choć Go ciągle szukam... Przychodzą ciężkie, długie godziny popołudniowe – teraz zbawienny wyda-

ZIMA 1 (14) 2006

je się ciążący przez cały dzień w plecaku termos z kawą. Dzięki Ci Boże, że wymyśliłeś kawę – też pewno w niedzielę po stworzeniu świata musiałeś z przyjemnością wypić niejedną czarną... Po spotkaniu w grupach tematycznych – które nie zostawiły przynajmniej u mnie pozytywnego wrażenia (przede wszystkim ze względu na nieobecność późniejszej dyskusji), zwłaszcza w zestawieniu z innymi spotkaniami, nadszedł czas na kolację, będącą głównym posiłkiem dnia. Jako pracownik grupy pracy – tu: śmieciarzy, ludzi zajmujących się sprzątaniem podczas posiłków, trzeba było przyjść wcześniej, żeby zjeść swoją puszkę fasolki zanim zaczynały walić tabuny zgłodniałych pielgrzymów. Oprócz możliwości lepszego strawienia kolacji, chodzenie z workiem uczyło mnie pokory oraz dawało szanse poznania ludzi, których tym razem łączyło to, że produkowali śmieci i potrzebowali się ich pozbyć. Śmieci stały się więc czymś, co dając możliwość zagadania, zbliżało do ludzi. I tu można było odkryć kolejną wartość spotkań Taize – wzięcie odpowiedzialności za spotkanie, tak jak się potrafi, przez uczestnictwo w grupie śpiewu, kierowanie ruchem ludzi w metrze, wydawanie posiłków...O ile mój udział w grupie pracy ograniczał się do 1 - 1,5 godziny dziennie, o ile większe uznanie należy się wolontariuszom, którzy przybyli do Mediolanu kilka dni wcześniej, aby zajmować się przygotowaniami do spotkania, czy ludziom zaangażowanym w przygotowania spotkań przygotowawczych w kraju. Po ostatniej części dnia – modlitwie wieczornej, kończącej długi dzień pielgrzyma, powrót do domu – tymczasowego, ale swojego, gdzie czeka na nas babcia z bułką i herbatą. I rzeczywiście przez krótko czuliśmy się jak rodzina – może bardziej, niż kiedy indziej widać to było

na zorganizowanym dla nas na koniec obiedzie – na który zjechało się większość familii – dzieci z rodzinami, wnuki. Zastanawialiśmy się potem, jak to możliwe, że w kraju który przeżywa tak wielkie trudności z wiarą, gdzie do kościoła chodzą w większości ludzie starsi, rodzina jest tak wielką wartością – skąd się to bierze? - od razu też przyszedł do głowy Ojciec Chrzestny. Dlaczego u nas jest często odwrotnie? Tak wiele pytań narodziło się podczas spotkania, zawiązały się znajomości – zostały kontakty. My pielgrzymi – zaświadczyliśmy po prostu obecnością, radością i trwaniem - wobec siebie nawzajem i wobec gospodarzy – wspólnoty Mediolanu. Oni pokazali swoją gościnnością, jak być otwartym na innego człowieka i cieszyć się z jego obecności. Wracając do osobistego pytania z początku - czy nie czuję się rozczarowany wyjazdem, czy coś mi on dał? Przecież ciągle szukam Boga, który zdaje się uciekać przed byciem poznanym w chwili i w miejscu, które wydaje mi się być do tego dobre... A może jednak udało mi się Go spotkać, choć Go nie poznałem od razu – poprzez alkoholików, z którymi się spotkaliśmy, poprzez ludzi z grupy dzielenia – tych, po których nie spodziewałem się niczego twórczego, a pokazali piękną wiarę i poszukiwanie - czy w końcu przez moją babcię – gospodynię, z którą jedyną formą kontaktu był uśmiech, bo ani ona po polsku, ani ja po włosku się porozumiewać nie potrafiliśmy. Może Bóg nie przychodzi tak, jak byśmy chcieli, wtedy, kiedy wydaje się to najodpowiedniejsze i przez ludzi – wielkich i mocnych, ale czasem przez słabych, nudnych, a może nawet nie wierzących w Niego. To już jednak inna bajka. Marcin Janik kocham_kawe@o2.pl


5

ZIMA 1 (14) 2006

Człowiek szczęśliwy – brat Roger z Taize Niełatwo pisać o tak wielkim człowieku, o świętym naszych czasów, jakim był bez wątpienia założyciel Wspólnoty Tarze. W całej historii jego życia jest jakaś prostota, ale z niej wyrosła wielka wiara, która pokazała protestantom, katolikom i prawosławnym, że przecież wszyscy wierzymy w tego samego Chrystusa. Prawda, że na fotografiach brat Roger wygląda niezwykle słodko ze swoim ciepłym uśmiechem, otoczony dziećmi. Powszechnie znany jest taki właśnie jego obraz – przemiły staruszek i gromadka maluchów obok niego. Dopiero wiedza o jego życiu pozwala uwierzyć, że to nie jest żadna poza, tylko autentyczna postawa człowieka, który był prawdziwym reformatorem w dziedzinie ekumenizmu. To on zjednoczył ludzi różnych wyznań w czasach, gdy nikomu jeszcze nie śniło się, że protestanci i katolicy mogą razem modlić się w jednym kościele. Dziś już to nikogo nie dziwi, gdyż jest to pewnego rodzaju poprawność polityczna. Jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, kiedy Roger Schutz przyjechał na rowerze do Taize i założył tam wspólnotę, która z roku na rok skupiała wokół siebie coraz więcej osób pragnących pogłębiać wiarę. Aby właściwie zrozumieć fenomen Taize, należy powiedzieć o kilku różnicach, jakie udało się pogodzić tej wspólnocie. Przykładem może być kult obrazów, któremu

sprzeciwia się kalwinizm. Jednak w Kościele Pojednania bracia wraz z pielgrzymami modlą się przed prawosławnymi ikonami. Inna różnica – protestanci przeważnie nie wierzą w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii i nie przechowują konsekrowanego chleba w tabernakulum. Tymczasem w Taize głównym nabożeństwem jest msza katolicka, a po niej przechowuje się postacie eucharystyczne. Wspólnota czci również Maryję, której typowo katolicki kult protestanci uważają za przesadny. Wszystko to sprawia, że bez wątpienia można powiedzieć, iż brat Roger wyprzedzał swe czasy. Już poprzez samo założenie klasztoru zapisał się w historii, bo reformacja nie uznawała takiej formy życia i klasztory w protestantyzmie po prostu nie istniały. Ten był pierwszy. Co więcej, zakonnicy w Taize nie mają właściwie reguły, w odróżnieniu od zakonów katolickich. Wiodą zwyczajne życie. Nie ślubują też ubóstwa, ponieważ słowo to, jak napisał brat Roger, kaleczy wargi. Mimo to rzeczywistość Wspólnoty jest

bardzo uboga – bracia nie przyjmują darowizn i utrzymują się z własnej pracy. Prowadzą na przykład własne gospodarstwo. W Taize proste życie toczy się więc w pokoju i miłości. Panuje tam jedna, najważniejsza zasada człowieka wierzącego – bycie w stałym kontakcie z Bogiem. Pewnie stąd brało się to, co najpełniej charakteryzowało brata Rogera – ufność. On na nic się nie zamykał, niczego nie potępiał i chyba to przyciągało do niego młodych. Charyzma starszego mnicha sprawiała, że ludzie przemierzali tysiące kilometrów, by przez kilka dni prowadzić życie Wspólnoty w małej francuskiej wiosce albo w jakiejś wielkiej europejskiej metropolii. Brat Roger był absolutnie autentyczny, bez żadnej nim żadnej pozy. Właśnie na autentyczności zbudował swój autorytet. Jan Paweł II powiedział kiedyś, że Taize jest jak źródło, z którego każdy może zaczerpnąć i pójść dalej. Ja również mogłam zaczerpnąć z tego źródła, kiedy dwa lata temu byłam na Europejskim Spotkaniu Młodych. Panowała tam niezwykła atmosfera. Można powiedzieć, że w powietrzu czuć było modlitwę. Miałam też okazję zobaczyć brata Rogera. Co zapamiętałam z tego spotkania? Jego uśmiech pełen bezgranicznego pokoju i miłości. Pomyślałam wtedy, że tak właśnie wygląda człowiek szczęśliwy. I takim dla mnie pozostanie. Kasia

Dlaczego ludzie chodzą w góry Co roku o tej porze zadaję sobie pytanie: dlaczego ludzie chodzą w góry… ? I co roku nie znajduję na nie wyczerpującej odpowiedzi... Ale co roku pakuję plecak i ruszam w te niezwykłe miejsca, by choć przez kilka chwil obcować z kryjącą się na górskich szczytach tajemnicą…

Tak było i w tym roku, kiedy to wieczorem 26. grudnia nasza duszpasterska ekipa wyruszyła w 12-godzinną podróż do Zakopanego. Oczywiście nie obeszło się bez tradycyjnych już zgrzytów podczas kupowania biletu grupowego, ale zapiszmy to na karb poirytowania pań kasjerek, które musiały pracować w święta i spuśćmy na ten fakt zasłonę milczenia. I tylko przez reporterską dokładność wspomnę jeszcze o nieogrzewanym wagonie i rodzinie z małymi dziećmi, której przyszło w nim podróżować, a którą przygarnęliśmy do „naszych” ogrzewanych prze-

działów, w zamian za co usłyszeliśmy… narzekania konduktora. No cóż - widać świąteczna atmosfera nie wszystkim się udzieliła. Ale i to nie było nam w stanie popsuć humorów. Noc w pociągu minęła na poznawaniu się, planowaniu tras górskich wędrówek, rozgrywkach w karty i w inne gry, które na stałe weszły do kanonu duszpasterskich wyjazdów, choć i nowości w tej dziedzinie nie zabrakło:) Dopiero nad ranem niektórych zmorzył sen. Za to widok, który ukazał się ich oczom po przebudzeniu, wynagrodził wszelkie niedogodności podróży. Za oknami rozpościerały się skąpane w słońcu górskie szczyty spowite białym puchem, którego tak brakowało podczas tegorocznych

świąt na nizinach. Jednak, żeby nie było tak cukierkowo, wspomnę o naszych odwykłych od górskich temperatur nosach, które nieco kontrastowały swą czerwoną barwą z bielą otoczenia. I tak to, co w (jakby nie było ogrzewanym) pociągu mogliśmy tylko przeczuwać, siłując się z zamarzniętymi oknami, stało się faktem - Tatry powitały nas prawdziwie zimową aurą. Było trochę po 7 rano, gdy wygra-


6 moliliśmy się z zamarzającego pociągu i podążyliśmy w kierunku przystanku, by zaczekać na kursowego busa, który miał nas zawieźć do pobliskiego Dzianisza, gdzie w gościnie u państwa Marii i Józefa Gruszków mieliśmy spędzić najbliższe dni. Ale jako kilkunastoosobowa grupa okazaliśmy się łakomym kąskiem dla przedsiębiorczych górali, którzy natychmiast zaproponowali prywatny transport, żądając takiej ceny, która obudziłaby nawet tatrzańskiego niedźwiedzia z zimowego snu. Ale to, co cepry lubią najbardziej, to targowanie się ze sprytnymi góralami, którzy i tak na swoje wyjdą, do czego otwarcie się przyznają mówiąc: nie mortwcie się, my wos z pełniuckim portfelem do domu nie puścim! Ha! Widać jeszcze nie mieli do czynienia z naszym skarbnikiem ze słynącej z gospodarności Pyrlandii rodem! (choć niektórzy wolą zwać ten przymiot Wielkopolan skąpstwem:)). Tak więc po wynegocjowaniu możliwej do zaakceptowania ceny większość z naszej 18 osobowej grupy ruszyła w stronę Dzianisza i tylko zaopatrzeniowcy pozostali na służbie czyniąc swoją powinność w pobliskim markecie. Jako, że pogoda tego dnia była nadzwyczaj piękna, żal było zostawać w domu (choćby było nim śliczna, drewniana chata góralska). Dlatego zaraz po zakwaterowaniu się i skonsumowaniu śniadania pod tytułem wspomnienie świąt, ruszyliśmy (jeszcze dziarskim krokiem) na Gubałówkę, by stamtąd zejść szlakiem wzdłuż nartostrady do Zakopanego a następnie odwiedzić przemiłą znajomą panią Marię na Antałówce. Pokonanie takiego dystansu wystarczyło na początek większości z nas, choć znaleźli się i tacy (sztuk 1 ;-) którzy czuli jeszcze niedosyt i postanowili również drogę powrotną pokonać pieszo. Zresztą nie po raz ostatni podczas tego wyjazdu… Ale po kolei. W środę dołączyła do nas grupa z zaprzyjaźnionego duszpasterstwa z Gdyni i ostatni turyści z naszego Piernikowa. Niestety, niektórzy musieli nas opuścić-no cóż, samo życie… Podczas gdy nowoprzybyli zajmowali ostatnie wolne łóżka, zaaklimatyzowana już grupa Toruńska ruszyła na Ścieżkę nad Reglami, by dojść do malowniczej Doliny Strążyskiej i tam rozdzielić się (według kryterium stopnia przemoczenia odzienia) na grupę udającą się prosto do Zakopanego i na nadkładających drogi przez Dolinę Białego. Można by

ZIMA 1 (14) 2006 długo pisać o tamtym dniu – o przecieraniu zasypanego szlaku; o pani Irenie Szewińskiej napotkanej na szlaku; o debatach na szczycie na temat koloru znaku namalowanego na drzewie na tyle dawno, że odgadnięcie jego barwy nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać; o artystycznej fotografii, której obiektem miały być nasze skromne osoby ułożone w głębokim śniegu na kształt nazwy grodu Kopernika, a której nie dostrzeże oko najuważniejszego czytelnika, bowiem nie doszła do skutku, mimo zapewnień jej niedoszłego autora. Ale cośmy se w śnigu polezeli to nase, hej! (To tak, żeby zachować góralski klimat;-)

Po doświadczeniach tego dnia niejeden wspomógł lokalną gospodarkę zaopatrując się w nieprzemakalne wdzianka na słynnym zakopiańskim bazarze. Z braku daru bilokacji nie mogę zdać dokładnej relacji z tego, co w owym czasie działo się na stoku, gdzie szaleli niestrudzeni wielbiciele nart i snowboardu. Niech przemówią zdjęcia:) W czwartek było nas już dwukrotnie więcej, niż pierwszego dnia, więc trzeba było podzielić się na mniejsze grupy. Większość postanowiła wyruszyć na Murowaniec, ale byli też zdobywcy innych szczytów, pasjonaci desek różnej maści, ilości i rozmiaru, no i oczywiście dzielni zaopatrzeniowcy- bo ktoś musi pracować, by… nie pracować mógł ktoś:) Pogoda dopisywała, Murowaniec zo-

stał szybko zdobyty, więc po przegrupowaniu w schronisku część postanowiła wracać tą samą drogą, nie oszczędzając jabłek (dla niewtajemniczonych-to taki sprytny wynalazek do szybkiego pokonywania odległości po równi pochyłej, dający wiele radości zarówno użytkownikom, jak i usuwającym się z drogi obserwatorom-patrz zdjęcie). Zaś spragnieni nowych wrażeń ruszyli na podbój Kasprowego Wierchu. Jako że zaliczałam się do tych ostatnich, relacja obejmie tylko tę wędrówkę, pozostawiając zdjęciom opowieść o pozostałych sposobach na dotarcie do Zakopanego. Droga nie było długa, ale wyczerpująca. Na początku wystarczyło dokonać wyboru między brodzeniem niczym bocian w głębokim śniegu, krocząc po wbitych głęboko śladach poprzedników, a chodzeniem po powierzchni śnieżnej pokrywy, zapadającej się niemal pod każdym stąpnięciem tak, że miało się wrażenie chodzenia po ruchomych piaskach. Jednak najwięcej emocji dostarczył koniec trasy, kiedy trzeba było wspinać się po stromym, oblodzonym zboczu, bez możliwości chwycenia się czegokolwiek. Nawet najwytrwalsi przyznawali, że było ciężko. Ale za to trudno opisać słowami radość, która nas ogarnęła, gdy już zdobyliśmy szczyt! Na szczęście drogę w dół mieliśmy pokonać kolejką – choć nie wszyscy chcieli się zgodzić na tak mało ekstremalny środek lokomocji, ale po długich negocjacjach zwyciężył rozsądek i zapadła męska decyzja o rezygnacji ze schodzenia pieszo. Dzięki! Myślę, że w tym miejscu warto wspomnieć o tym, co działo po naszych powrotach z całodziennych wojaży. Otóż co wieczór, dzięki naszemu niestrudzonemu szefowi kuchni, mogliśmy delektować się pyszną, rozgrzewającą zupą, nie wspominając o innych frykasach (kto głodny, niech lepiej nie czyta): plackach z jabłkami, bigosie, kurczaku, czy kluskach ziemniaczanych z buncem. Piątek minął pod hasłem: dla każdego coś dobrego. Jedni pokonywali Dolinę Chochołowska, inni po pokonaniu Przełęczy Iwaniackiej mieli zamiar zdobyć Ornak, jeszcze inni wybrali się na Nosal, a wierni fani desek nie zdradzili stoku. Wieczorem , jak każdego dnia, zebraliśmy się na Eucharystii, dziękując Chrystusowi za nasz pobyt, za naszych dobroczyńców i prosząc o bezpieczne powroty z górskich wypraw. Sobota dla większości z nas zaczęła


7

ZIMA 1 (14) 2006 się późno – trzeba było odespać przed całonocną zabawą. O 15 tradycyjnie spotkaliśmy się w Zakopanem Na Górce u Jezuitów na Mszy dziękczynnej za cały miniony rok. Później zostaliśmy poczęstowani równie tradycyjnym bigosem i wróciliśmy do Dzianisza, by przygotować się do zabawy Sylwestrowej. Już na miejscu rozgorzała bitwa śnieżna i nie obeszło się bez strat w ludziach. Bilans to jeden złamany nos i trochę strachu. Na szczęście po udzieleniu pomocy medycznej poszkodowana mogła wrócić do zabawy (pozostając pod czujnym okiem studentów medycyny z Gdyni). A potem już tylko tańce, hulanki, swawole;-) Najwytrwalsi bawili się do rana. A było co świętować, bo prócz powitania Nowego Roku mieliśmy jeszcze dostojnego jubilata (dla ułatwienia podpowiem, że w prezencie otrzymał nietypową czapkę:) i świeżo zaręczonych narzeczonych. I ja tam byłam, toast wypiłam, pieczyste z grilla jadłam i dobrze się bawiłam. A co widziałam, to przedstawiłam. A później już proza życia – pakowanie, sprzątanie, pożegnania… Ostatni bałwan na dworcu, potem tylko organizowanie miejsc siedzących w pociągu (oj, trzeba było iście Napoleońskiej strategii) i znów 12 godzin jazdy. Tylko proporcje gier i snu nieco się zmieniły – czyżby zmęczenie dało się we znaki? Zwał jak zwał, niektórzy przespaliby stację Toruń, gdyby nie obudziło ich nieśmiało i sennie odśpiewane Sto lat dla kolejnej jubilatki. Za drzwiami przedziału była już codzienność – śpieszący do pracy ludzie, droższe bilety MZK, służby POM porywające się z małymi szpadelkami na zaspy śniegu niczym z motyką na Słońce, panie sprzątające w akademiku, poszukujące podłogi pod górą śmieci i proszku gaśnicowego – pozostałościach po pomysłowych studentach świętujących Sylwestra… Ktoś mądry powiedział, że Bóg jest w górach taki sam, tylko człowiek staje się inny. I to chyba prawda. Góry budzą w człowieku coś pięknego. Tam potrafimy żyć dla drugiego człowieka, cieszyć się na widok nieznajomego spotkanego na szlaku, a na kubek ciepłej herbaty reagować z radością dziecka… Więc dlaczego ludzie chodzą w góry? Może właśnie dlatego. Nie wiem. Ale jeśli ta niewiedza pozwala mi budzić w sobie to piękno, chcę w niej trwać jak najdłużej... A.D.

Warsztat Nie widziałem

Kartka do... piszę list długości mojej duszy złożony z trwóg, drżenia, wątpliwości charakter pisma wybitnie osobisty starannie czytelny w większości czasów dramatycznych

nie widziałem czterolatka z karabinem w ręku ale sześciolatka z fajką w piaskownicy mówiącego: p******* was ch***

nie widziałem zabitych w ataku bombowym ani noworodków wyrzuconych na śmietnik ale pijanego mężczyznę katującego swoje dziecko

w surrealizmie niebo miłości najpierw życie

nie widziałem pustynnych ogni nie słyszałem huku armat ale szept umierających w podrzędnym szpitalu gdzie na swoją śmierć czeka się w kolejce

kartkę z dopiskami futuryzmu wysyłam codziennie pocztą niebieskich chmur rozważań Ala B.

nie widziałem głodnych dzieci Afryki ale żebraków na dworcu głównym i nie mających na chleb dla swoich dzieci rodziców Mariusz ES

Rozchwianie wzloty i upadki myśli i serca koncentracji brakuje równowagi serce nie chce być posłuszne wskazanej przez podręcznik biologii średniej ciśnienia rozum zamknął ścieżki na słowa Horacego o aurea mediocritas filozofia stoicyzmu przygląda się ze zdziwieniem zachowaniu- nie poznając mnie i nic nie jest tak jak dawniej epikureizm robi napady przynosząc chwilową radość a ja ? wybucham płaczem za chwilę - stworzenia świata... śmiechem wpada nowy gość ? spodziewam się jedynie Dystansu z wiadrem zimnej wody nie, to nie wielka noc ani wielki dzień tylko Rozsądek skorzystał z komórki wybijając numer 112 nie mogąc ugasić płomieni akcja trwa a ja ? przypatruję się z Dystansem i ... chce mi się śmiać Ala B.

Do Jana od Biedronki w Kalendarzu Pamięci, człowieka wątpliwości, zapisano: odszedł „kolejny” Przyjaciel Boga czy zdążyłeś pokochać Pasterzu? czy strofy Twych wierszy rozpalone gorliwością przełamanego chleba dawanej jałmużny przebaczyły? – nie znałem tej miłości, oddechu Ewangelii, karmiącej modlitwy rozpoznałem jedynie skromność – wiek życzliwy i ten kult powołania Pax tecum Don Lubranco


8

ZIMA 1 (14) 2006

Misje dalekie i bliskie, czyli rzecz o misjach jezuickich W ramach cyklu tzw. Dobrych spotkań, toruński Kościół OO. Jezuitów, jak i Duszpasterstwo Akademickie gościły 19.01.2006r., o. Jarosława Kuffela, jezuitę, historyka Kościoła, Duszpasterza Akademickiego w Warszawie. W domku Duszpasterstwa o. Jarosław, w kontekście Roku Jubileuszowego, wygłosił referat, w którym przybliżył wszystkim zebranym charyzmat misyjny jezuitów. Tytułem wprowadzenia referent „skłonił” wszystkich do zastanowienia się (zdefiniowania) czym jest misja? W pierwszej odsłonie ukazał korzenie duchowości ignacjańskiej, skomplikowany świat misji jezuickich, kroczenie i trwanie jezuitów pod sztandarem Krzyża. Zasygnalizował tło historyczno-społeczne czasów, kiedy formowało się Towarzystwo Jezusowe, zwracając uwagę na związek misji z religią, kulturą i polityką.

Następnie w barwny sposób przedstawił postać św. Franciszka Ksawerego, jako jednego z największych misjonarzy, patrona misji katolickich, akcentując jego zapał apostolski, działalność misyjną, otwartość niesienia Ewangelii, gorliwe zaangażowanie w krzewieniu wiary, przenikanie do kultury i religii miejscowej ludności. Wskazał różnicę między misjami jezuickimi, a misjami innych zgromadzeń zakonnych – inkulturacja, dzielenie się przeżyciami własnej wiary, próba zrozumienia sposobu życia „misjonowanych”. W dalszej części omówił „następców” Franciszka, zwracając uwagę na misje propagujące chrześcijaństwo w Chinach i Ameryce Południowej. Poruszył również wątek prześladowań i braku zrozumienia, z jakimi zetknęli się misjonarze. Wspomniał także o polskich jezuitach zaangażowanych w dzieło misji (Michał

Służyć pod sztandarem Krzyża Wywiad z o. Jarosławem Kuffelem, jezuitą, Duszpasterzem Akademickim w parafii p.w. św. Szczepana w Warszawie Czym są dla Ojca misje? Misje to doświadczenie dzielenia się wiarą, niesienia Dobrej Nowiny zarówno do tych, którzy są daleko (w sensie geograficznego i duchowego oddalenia) jak i blisko. Misje katolickie to przekazywanie dobra. To przekazywanie prawdy o Jezusie Chrystusie, o Jego nauce, o prawdach wiary, ale także niesienie i dzielenie się kulturą inspirowaną chrześcijaństwem. Czy misje mają jedynie aspekt religijny? Wielu uważa, że misje mają jedynie aspekt religijny. Nie zgadzam się z taką tezą, gdyż przykład misjonarzy jezuickich posługujących w XVI i XVII wieku uświadamia mi, że wraz z głoszonym orędziem trzeba mówić o propagowaniu kultury i nauki. To propagowanie nie było nadto „jednostronne”. Doświadczenie „inkulturacji”, tak z trudem przyjmowane w ówczesnej Europie, okazało się po latach drogą, która otwierała mieszkańców Dalekiego Wschodu, czy też kontynentu amerykańskiego na prawdę Ewangelii. Główne zadania misyjne jakie stawia sobie Towarzystwo Jezusowe?

Towarzystwo Jezusowe od początku pragnie służyć Bogu i Kościołowi, czyniąc to na drodze duchowej, jaką wyznaczył św. Ignacy z Loyoli. Dlatego też charakterystyczne dla nas, jezuitów stwierdzenia „pomoc duszom”, czy też „służyć pod sztandarem krzyża” odnoszą się również do działań misyjnych. Jezuici pragną iść i głosić Ewangelię KAŻDEMU stworzeniu, dlatego nie zamykamy się ani na nowe wyzwania, ani na nowe obszary, w których to orędzie może być głoszone. W dzisiejszych czasach, gdy świat wydaje się już poznany i odkryty, zadania misyjne, to już nie tylko misje w krajach uważanych za „obszary misyjne” (Ameryka Południowa, kraje afrykańskie, Chiny), ale to także szerzenie sprawiedliwości i kultury, to także całe pole nauczania, aby i tam dostrzec działanie wiary w miejscu, gdzie spotyka się ona z „rozumem” (fides et ratio). Na czym polegała i polega nowatorstwo misji jezuickich? Nowość jezuickiego spojrzenia na misje wynikała z pragnienia „niesienia pomocy duszom”. Może brzmi to jak slogan, ale misjonarze jezuiccy (np. św. Franciszek Ksawery) nie chcieli ograniczać swojego

Piotr Boym). W części zamykającej spotkanie odbyła się prezentacja filmowa, przedstawiająca boliwijskie dzieło ewangelizacyjne, dotyczące misyjnej kultury muzycznej, udokumentowanej barokowymi utworami z misji jezuickich, skomponowanymi przez Domenico Zipollego (XVII/XVIII w.). Zintegrował on wnoszoną przez siebie europejską kulturę muzyczną z elementami instrumentalnymi, charakterystycznymi dla danych obszarów misyjnych. Spotkanie zakończyło sie przesłaniem misyjnym: działanie misyjne to iść i głosić Słowo, ale też przenikać do kultury, mentalności i religii. Dobre spotkanie z o. Jarosławem było niezapomnianym przeżyciem, uwrażliwiającym na apostolat misyjny, budzącym szacunek wobec ludzi zaangażowanych w taką formę działalności Kościoła, jak i skłaniającym do modlitwy o trwałe dzieło ewangelizacyjne. Don Lubranco nauczania tylko do Europejczyków, którzy przybyli na nowe kontynenty. Nie chcieli pełnić tylko służby kapelańskiej pośród tych, którzy znali już Chrystusa. Wyjść do innych, zrozumieć ich kulturę, mentalność, skonfrontować się z tym „innym światem” - oto wyzwania, które stanęły przed jezuitami. Nie bali się tego wyzwania, nie szli tylko z orężem krzyża i Ewangelii u boku konkwistadorów. W Chinach pierwsi jezuici przybyli z „orężem nauki”, z wykładami z astronomii i matematyki, aby wnieść w tamtą kulturę swoją wiedzę, ale również by uczyć się od przedstawicieli Państwa Środka nowych, nieznanych Europejczykom zwyczajów, metod leczniczych itd. Czy są jakieś różnice między misjami prowadzonymi na Dalekim Wschodzie, a w Ameryce Południowej? Czy w równym stopniu okazały się one trwałym dziełem ewangelizacyjnym? Kontekst kulturowy wymagał wielu form w podejściu do misji. To, co sprawdzało się w Chinach, niekoniecznie musiało zostać zaakceptowane w Japonii. To, co było sprawdzone na Dalekim Wschodzie, wymagało innego podejścia w Ameryce Południowej. O ile w Chinach Matteo Ricci i jego następcy dzielili się zdobyczami nauki europejskiej na dworze cesarskim, o tyle w jezuickich redukcjach w Paragwaju czy Boliwii uczono na poziomie elementarnym grupy Indian. Tam powstawały całe osady zwane reduk-


9

ZIMA 1 (14) 2006 cjami, które miały charakter wspólnot religijnych, ale także ośrodków kulturalnych czy wręcz społecznych. W Japonii natomiast społeczność chrześcijańska nie miała takiej możliwości skupiania się w jednym miejscu. Misjonarze wędrowali od miejscowości do miejscowości, zakładając czasami placówki, wokół których koncentrowało się życie religijne. Różnice zatem były spore, ale w tej różnorodności była jednomyślność - głoszenie Dobrej Nowiny swoim przykładem, zaangażowaniem, pomocą bliźniemu. Jakie na tym tle jest doświadczenie męczeństwa jezuitów realizujących działalność ewangelizacyjną? Krew męczenników jest „rosą” na pustyni. W krajach misyjnych wielu jezuitów poniosło śmierć męczeńską. Jest to dowód odwagi i poświęcenia. Wielu mogło się wycofać, przeczekać trudny okres prześladowań (np. w Japonii w latach 1622-1626), a jednak pozostali wiernie pośród tych, do których przyszli z Ewangelią. Ta ich wierność została okupiona krwią. Nie było to bez znaczenia. Nic bowiem tak nie umacnia wiary, jak osobiste świadectwo miłości. Zatem głosili Słowo Boże nie tylko wargami ale całym swoim życiem, aż po tortury i śmierć. Doświadczenie męczeństwa jezuitów jest doświadczeniem wspólnym dla misjonarzy - czy to w Ameryce Południowej (męczennicy w Brazylii, w 1570 roku) czy na Dalekim Wschodzie (męczennicy w Japonii w 1597 lub wspomnianym już 1622 roku, czy w Chinach w 1683 lub 1900 roku). Jednak to doświadczenie (męczeństwa i śmierci) przynosi swoje owoce, czasami po wielu dziesiątkach lat. Jaki jest wkład jezuitów polskich w misyjne dzieło Kościoła? Trzeba nam pamiętać, że Towarzystwo Jezusowe jest wspólnotą „przyjaciół w Panu” rozproszoną po całym świecie. Zatem działalność misyjna nie ominęła terytorium Polski. Gdy w 1564 roku jezuici pojawili się na stałe na terytorium Rzeczpospolitej, włączyli się tym samym w działalność misyjną całego Towarzystwa. Wśród misjonarzy jezuickich na Dalekim Wschodzie spotkamy Michała Piotra Boyma , Jana Mikołaja Smoguleckiego , Andrzeja Rudomina, męczennika - Wojciecha Męcińskiego czy Jana Bąkowskiego. Każdy z nich pragnął głosić Ewangelię „pod sztandarem krzyża”. Wojciech Męciński przypłacił to swoim życiem, Michał Boym jest nazywany „ostatnim ambasadorem dynastii Ming” i twórcą „Mapy Chin”. Zatem nie tylko działalność katechetyczna, ale i naukowa

jest zasługą polskich jezuitów. Działalność misyjna jezuitów polskich dzisiaj? Dzisiaj Towarzystwo Jezusowe obecne jest w wielu krajach świata. I ponownie polscy jezuici wspomagają to „uniwersalne dzieło” poprzez swoje zaangażowanie. Jesteśmy obecni w Brazylii, w Zambii, na Tajwanie, w Egipcie i Syrii. Polscy jezuici są obecni w Japonii, pośród Polonii w Australii, Stanach Zjednoczonych, Anglii, Grecji, Niemczech. Posłani tak jak przed wiekami do „pomocy duszom”, gotowi iść tam, gdzie Namiestnik Chrystusowy wskaże i gdzie ta pomoc jest oczekiwana. Towarzystwo Jezusowe wydało wielu misjonarzy, ojców i braci, wielu świętych i błogosławionych, dość wspomnieć św. Franciszka Ksawerego- symbol pracy misyjnej. Jaka postać jest Ojcu szczególnie bliska i co w niej najbardziej fascynuje? Osobiście jestem zafascynowany zarówno świętym Franciszkiem Ksawerym, jak i Piotrem Michałem Boymem oraz Atanazym Kircherem. Każdy z nich działał na innym polu. Franciszek Ksawery jest nie tylko patronem misji katolickich, ale także przykładem bezkompromisowego pójścia za Chrystusem. Nie przypuszczał w swojej młodości, że służąc Bogu skieruje swoje kroki ku ludom tak bardzo odległym i obcym jego mentalności. Michał Boym - to nasz rodak, który umiał dzielić misyjną pasję z naukową fascynacją. Chiny stały się dla niego „wielkim laboratorium” zarówno w dziedzinie wiary, jak i nauki. Był ciekawy ludzi i ich kultury, a jednocześnie głosił odważnie Słowo Boże. Natomiast Atanazy Kircher - postać może dziś zapomniana, a to przecież jeden z największych naukowców europejskich XVII wieku. Jego zaciekawienie nauką, pasja poznawcza, wszechstronne zainteresowania pozwoliły stworzyć w Rzymie „Muzeum Kircherianum” przy Collegium Romanum, które zgromadzonymi i opracowywanymi eksponatami było swoistym „centrum nauki europejskiej” z zasobami i eksponatami pochodzącymi z całego ówcześnie poznanego świata.Wiara i rozum objawia się wyraźnie w tych postaciach, dlatego tak bardzo są bliskie i mnie. Dziękuję! Rozmawiał Don Lubranco

Nauczanie języka polskiego obcokrajowców to fascynująca praca! Rozmowa z dr. Edmundem Oberlanem, kierownikiem Studium Kultury i Języka Polskiego Dla Obcokrajowców na Wydziale Filologicznym UMK Panie Doktorze, proszę powiedzieć, od kiedy istnieje Studium? Czy od samego początku jest to studium nauczania języka polskiego obcokrajowców? Należy rozróżnić dwie rzeczy – istnienie Studium oraz nauczanie języka polskiego obcokrajowców na uniwersytecie. Studium istnieje 10 lat, powstało w roku 1995. Jego zadaniem od początku było nauczanie obcokrajowców języka polskiego i polskiej kultury z tym, że początkowo przygotowywaliśmy uczniów, studentów i nauczycieli ze Wschodu – z Ukrainy, Litwy, Białorusi - do uczenia języka polskiego tam. W połowie lat 90. takie było zapotrzebowanie – na Wschodzie rozwijało się szkolnictwo polskie, stąd potrzebni tam byli nauczyciele. Ale także uczniowie interesowali się językiem polskim… Kto jeszcze, oprócz p. Doktora, uczy w Studium? Pierwszym kierownikiem Studium była p. Profesor T. Friedelówna, potem ja nim zostałem - jest to moja druga kadencja, każda trwa trzy lata. Pracuje tu także p. dr I. Burzacka, czyli zatrudnione są dwie osoby. W czasie roku akademickiego do niedawna taka ilość pracowników wystarczała do prowadzenia zajęć, natomiast podczas wakacji, kiedy organizujemy szkoły letnie języka polskiego, „wypożyczaliśmy” nauczycieli dodatkowych. W tym roku już we dwoje nie dajemy sobie zdecydowanie rady, gdyż Studium bardzo się rozrosło, stąd zatrudniamy dwóch nauczycieli dodatkowych, a od lutego będziemy musieli zatrudnić dwóch kolejnych. Jak wygląda program nauczania? Na pewno są różne stopnie znajomości języka polskiego wśród uczących się… Są różne stopnie zaawansowania, różne programy i różne rodzaje kursów. W ramach kursu rocznego jest kurs standardowy – dla osób mieszkających w Toruniu lub w okolicy. Jego uczestnicy spotykają się dwa razy w tygodniu na dwie godziny. Są to osoby, które już trochę


10 znają język polski, od pewnego czasu przebywają w naszym środowisku, np. stażyści na UMK, osoby pracujące w różnych firmach w Toruniu lub okolicy, ale też na przykład mężowie lub żony Polaków lub Polek, którzy chcą uzupełniać znajomość języka polskiego. Drugi kurs w trakcie roku akademickiego (także dwa razy w tygodniu) jest dla studentów przyjeżdżających z różnych krajów, zazwyczaj na semestr, w ramach programu „Sokrates”. Trzeci rodzaj kursu, to zajęcia indywidualne, które zyskują na popularności. Uczestniczą w nich osoby, które przyjeżdżają tu na trzy tygodnie lub na miesiąc i w tym czasie chcą się uczyć języka. Zwykle są to spotkania dla jednej osoby, która ma bardzo dużo zajęć z języka polskiego. Zdarza się, że takie kursy indywidualne trwają semestr. Czwarty rodzaj kursu, rozwijający się teraz najbardziej, to intensywne kursy roczne, przygotowujące do studiowania na naszym uniwersytecie. Wspomniany kurs to 720 godzin rocznie, czyli 24 godziny tygodniowo. Obecnie mamy dwie takie grupy, a do lutego będzie trzecia. A skąd pochodzą studenci uczestniczący w tych kursach? Są studenci z Anglii, Pakistanu, Libii, Sri Lanki – tych ostatnich jest na intensywnych kursach rocznych najwięcej; w lutym przyjedzie jeszcze grupa trzynastoosobowa. Czy studenci przychodzą na kurs, bo muszą – żeby tu studiować, czy też dlatego, że chcą, bo ich to interesuje? Zazwyczaj przychodzą tu po to, by jak najszybciej nauczyć się mówić. Na przykład studenci z programu „Sokrates” radzą sobie na studiach bez języka polskiego; chociaż zdarzają się tacy, którym język polski jest potrzebny – na przykład Niemcom, piszącym prace magisterskie z historii Polski, ale oni potrzebują tylko pewnego uzupełnienia znajomości języka polskiego, bo już go znają. Bywa tak, że ktoś studiujący na przykład konserwację zabytków czy ekonomię i mający zajęcia w języku angielskim przychodzi do nas, bo chce skorzystać z okazji, że jest w Polsce i nauczyć się trochę języka polskiego, bo może mu się to kiedyś przydać w pracy zawodowej albo kierują nim inne względy, na przykład sentymentalne czy emocjonalne. Czy studenci interesują się trochę naszą kulturą, historią, czy tylko uczą się na kursach gramatyki i nic ponadto? Tego właściwie nie da się oddzielić. Pytają o inne rzeczy, ale o historię raczej

ZIMA 1 (14) 2006 Na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika studiuje wiele osób zza granicy. Wydawałoby się, że wszyscy o tym wiemy, ale na pewno niejeden z nas zdziwiłby się, słysząc, z jak egzotycznych dla nas miejsc pochodzą niektórzy obcokrajowcy. A przekrój krajów jest imponujący: Armenia, Białoruś, Bułgaria, Bośnia i Hercegowina, Francja, Izrael, Kazachstan, Kenia, Kongo, Kuwejt, Litwa, Libia, Macedonia, Mongolia, Niemcy, Rosja, Serbia, Ukraina, USA, Uzbekistan, Węgry. Wszystkich studentów - obcokrajowców jest na naszej uczelni 65, w tym 36 kobiet. Z tego 50 osób (w tym 33 kobiety), to obcokrajowcy pochodzenia polskiego. Najwięcej osób jest z Litwy, Ukrainy, Kazachstanu i Białorusi. Obcokrajowcy pochodzenia polskiego, studiujący na UMK, to osoby urodzone głównie w latach 1980-1985, ale są też starsi np. urodzeni w r.1976. Studiują oni praktycznie wszystko, najwięcej jest ich na stosunkach międzynarodowych – 12 osób, na filologii polskiej - 9 osób, na Wydziale Lekarskim -10 osób. Informacje uzyskane dzięki uprzejmości pani B. Sąsiady z Wydziału Dydaktyki UMK. najmniej, wiedzą o niej bardzo mało, podobnie jest ze znajomością naszej obecnej sytuacji społecznej, politycznej…Interesuje ich raczej to, co dzieje się dookoła – miasto, sytuacja na uniwersytecie, życie studenckie…Od samego początku wprowadzamy do programu nauczania elementy kultury, na przykład mówimy o słynnych polskich pisarzach, współczesnych reżyserach, obecnych politykach, nie sięgamy już do Mickiewicza czy Słowackiego. Są to rzeczy, których obcokrajowcy nie znają, trzeba ich po prostu tego nauczyć. Podoba im się tu? Opowiadają, jak się czują w Polsce, jak się tu odnajdują? Z reguły im się tu podoba, ale…jak to na obczyźnie, tęsknią… Są to zazwyczaj bardzo młodzi ludzie, których związki koleżeńskie, rodzinne są jeszcze bardzo silne i tęsknią za domem, ale z pewnością bardzo szybko się tutaj odnajdują. Mają kontakt z polskimi studentami, a jeżeli nie są to studenci – to z polskim środowiskiem. Zauważyłem też, że ludzie z innych krajów nawiązują tu w Polsce kontakt między sobą – spotykają się poza zajęciami, starają się jakoś urządzić sobie tutaj życie. Czy podczas zajęć można dostrzec różnice w przyswajaniu języka polskiego wśród studentów z różnych krajów?

Tak, bardzo łatwo się to dostrzega, ale są to opinie bardzo subiektywne, chociaż potwierdzają się – na przykład bardzo przyjemnie pracuje się z ludźmi z krajów południowych – z Włoch, Hiszpanii, Portugalii. Są to ludzie bardzo kontaktowi, szybko się otwierają. Co wcale nie znaczy, że oni szybko się tego polskiego uczą…Łatwo nawiązuje się kontakt także z Niemcami, na pewno dlatego, że łączą nas względy kulturowe, ale także dlatego, że to ludzie wymagający, systematyczni i jeżeli podejmują się nauki języka polskiego, to chcą się go nauczyć. I oni uczą się najszybciej. Zdarzają się studenci, którzy mnie zaskakują. Największym zaskoczeniem byli Libijczycy. Uczą się błyskawicznie, choć jest to przecież język tak dla nich odległy – zupełnie inny alfabet, wymowa. Opowiadają czasem coś o sobie? No, w moim przypadku to istnieje już chyba zbyt duża różnica wieku, żeby tak łatwo nawiązać kontakt. Do tego dochodzi bariera językowa, tym bardziej, że ja zajmuję się grupami początkującymi, a nie zaawansowanymi, gdzie można porozmawiać o czymś więcej, niż tylko o tym, jak ktoś się czuje i gdzie wczoraj był. A jeżeli chodzi o te początki… Przychodzi człowiek, który zupełnie nie umie mówić po polsku i…? Na szczęście są już opracowane metody. Najpierw taka osoba musi osłuchać się z językiem, z wymową. Studenci powtarzają to, co ja do nich mówię, oczywiście ze zrozumieniem. Dlatego na początku są to na przykład bardzo proste pytania typu: Kim ty jesteś? Co to jest? Posługujemy się także obrazkami albo przedmiotami…Pokazuję też sam na sobie. Ważne, żeby kilka pierwszych lekcji polegało tylko na słuchaniu i powtarzaniu. Nie przechodzimy do alfabetu zbyt szybko, bo zbyt wczesne wprowadzenie czytania i pisania powoduje późniejsze kłopoty z wymową. Oczywiście, każdy człowiek, oprócz dzieci, chce jak najszybciej zobaczyć wyraz zapisany. Jest taki nacisk ze strony słuchaczy i nie wolno się temu poddawać. Mówimy, że ktoś zna język obcy wtedy, gdy w tym języku mówi i rozumie to, co słyszy, a nie, gdy tylko czyta i pisze. Metoda obrazkowa trwa dość długo, potem przechodzimy do podręczników i uczymy alfabetu i pisowni. Ludzie chcą nauczyć się języka jako narzędzia komunikacji, dlatego zwracamy uwagę nie na gramatykę, nawet nie na poprawną wymowę, na poprawne konstruowanie


11

ZIMA 1 (14) 2006 zdań, ale na wymawianie – tego, co kogoś interesuje, pytanie o różne rzeczy, odpowiadanie – szybkie, bez zastanawiania się, czy wypowiedź jest poprawna. Czy język polski jest trudno przyswajalny? Język polski nie jest trudniejszy od innych. Przekonanie, że jest językiem trudnym bierze się stąd, że my ciągle mamy mało pomocy naukowych do nauczania, w porównaniu na przykład z językiem angielskim. Nasze podręczniki są słabsze, gorzej opracowane, stąd to wrażenie… Ale ortografia polska jest bardzo łatwa, w porównaniu z angielską, francuską czy niemiecką, gdyż w języku polskim jest bardzo dużo reguł, a stosunkowo mało wyjątków. Wymowa może sprawiać kłopoty, ale tak, jak w każdym innym języku. Jednak wymowa wyrazów w języku polskim jest w dużym stopniu uregulowana, na przykład wiadomo, że rz w wyrazie krzak należy wymawiać jak sz. Oczywiście, gramatyka jest skomplikowana, jeżeli chodzi o odmianę wyrazów i to jest bariera z drutu kolczastego, która przeszkadza najbardziej i nawet zniechęca do nauki języka polskiego. Gramatyka sprawia, że po polsku nie można zacząć szybko mówić, bo w najprostszym zdaniu pojawia się odmiana wyrazów. Ile potrzeba czasu, żeby się na-

uczyć języka? Obliczono – dotyczy to różnych języków, w tym polskiego – że aby opanować znajomość języka na średnim poziomie, niezbyt zaawansowanym, ale pozwalającym zacząć studia, choć jeszcze nie rozumieć dobrze wykładu, trzeba uczyć się tego języka 600 godzin.

Czy w ciągu roku akademickiego organizowane są spotkania innego rodzaju niż zajęcia językowe? Organizujemy takie typowe spotkania, jak na przykład noworoczne, wigilijne. W planach jest (miało to odbyć się 22 stycznia – przyp. red.) wyjazd na narty. Wiosną odbędzie się wycieczka do Gdańska. Nie ma dużo takich imprez w ciągu roku i nie są one zaplanowane odgórnie. Zależy to od chęci studentów i ich możliwości finansowych. Kursy letnie natomiast łączą naukę z rozrywką i wtedy przedsięwzięć kulturalnych jest więcej. Co do różnego rodzaju wieczorków, które kiedyś organizowaliśmy (np. wieczorek rosyjski – przyp. red.), to obecnie tego nie ma, wszystko zależy od tego, jakie mamy grupy słuchaczy i czy chcą oni robić takie

Latający Brat – patron egzaminowanych! Modlitwa studenta Święty Józefie z Kupertynu, Przyjacielu studentów i Orędowniku zdających egzaminy, przychodzę, by błagać o Twoją pomoc w moich studiach (moich egzaminach). Ty wiesz, z Twego osobistego doświadczenia, jak wielki niepokój towarzyszy trudowi studiów (zaangażowaniu w egzaminy) i jak łatwo popaść w niebezpieczeństwo zagubienia intelektualnego lub zniechęcenia. Ty, który byłeś wspierany cudownie przez Boga w studiach i w egzaminach, aby zostać dopuszczonym do święceń kapłańskich, wyproś u Pana światło dla mojego umysłu i siłę dla mojej woli. Ty, który w tak konkretny sposób doświadczyłeś matczynej pomocy Maryi, Matki Mądrości, proś Ją za mnie, żebym mógł przezwyciężyć szczęśliwie wszystkie trudności w studiach (w najbliższych egzaminach). Łączę moją ufność w Twoją opiekę z mocnym postanowieniem, by żyć jak człowiek naprawdę wierzący. Amen.

Święty Józef z Kupertynu, franciszkański mistyk-ekstatyk. Jego życie zawierzone na służbę Bogu budzi podziw i szacunek. Sprawuje patronat nad pilotami,latającymi, nawracającymi się grzesznikami, szewcami, astronautami, ale przede wszystkim jest patronem studentów i egzaminowanych. Dlaczego patron egzaminowanych? Największą trudnością Józefa była nauka, tj. próbował się uczyć, angażować w naukę, zdobywać wiedzę, ale niewiele mógł zrozumieć. Kolejne egzaminy zdawał z trudnością; nieraz egzaminatorzy po prostu przymykali oko na jego słaby stan wiedzy. Jego mocną stroną w czasie studiów była dobra znajomość Pisma Św., choć nigdy nie był zdolny wytłumaczyć żadnej z Ewangelii,oprócz tej, która zawiera słowa: Błogosławione wnętrze, które cię nosiło. Gdy stanął do egzaminu na diakona, biskup otworzył Ewangelię właśnie na tych słowach. Józef objaśnił tekst doskonale. Przed Józefem pozosta-

rzeczy. Ale jest nadzieja, że wrócimy do tego. Lubi Pan uczyć polskiego? Mogę powiedzieć, że się przyzwyczaiłem. Robię to już 35 lat! Zacząłem od szkół letnich, organizowanych co roku w Rektoracie, uczyłem później małe grupki w ciągu roku akademickiego, wyjeżdżałem także za granicę uczyć języka polskiego… Jeśli mam być szczery – jest to fascynująca przygoda! Uczę ludzi zupełnie innych niż my, Polacy. Zdarza się, że bywam zaskoczony w zupełnie niespodziewanej sytuacji – czyimś punktem widzenia, poglądem na coś. Poza tym, z takimi ludźmi pracuje się inaczej, niż z polskimi studentami. Trzeba znacznie bardziej się wysilić, żeby być w kontakcie z tymi ludźmi. Nie mogę im powiedzieć na przykład, że dziś róbcie coś sami a ja posłucham. Nawet na minutę nie można się wyłączyć. Cały czas muszę mówić, cały czas muszę słuchać, poprawiać.. Efekty widać zazwyczaj bardzo szybko. I to jest bardzo miłe, kiedy już po kilku lekcjach studenci pytają mnie na korytarzu: Jak się czujesz?! Rozmawiał puk wały ostatnie egzaminy kapłańskie. I tu stała się rzecz nadzwyczajna. Pierwsi, którzy przystąpili do egzaminu, zdali go tak świetnie, że biskup przekonany, że wszyscy przygotowani są znakomicie, pozostałych przyjął bez egzaminu. Wśród nich był właśnie Józef. I dzięki niesamowitemu zrządzeniu, jak i Bożej Mądrości przeszedł egzaminy i otrzymał święcenia. Trochę przekornie, stał się patronem studentów i egzaminowanych. Kim był Józef z Kupertynu? Józef Maria Desa urodził się w Cupertino (Apulia, Włochy) w biednej rodzinie – jego ojciec zmarł przed narodzinami syna. W dzieciństwie Józef często chorował, był „zakręcony”; wyśmiewano go w szkole za powolność i gapowatość (przezywano go nawet gapą). Podjął naukę zawodu szewca, aby zarobić na życie, ale wkrótce porzucił zajęcia, gdyż zbyt często bywał roztargniony. Jego droga do zakonu była niezwykle trudna. Starał się o przyjęcie do franciszkanów, ale spotkał się z odmową. W 1620 r. przyjęli go kapucyni, gdzie otrzymał imię Stefan, ale i stąd został odesłany


12 (po ośmiu miesiącach) z powrotem do domu, gdyż nie nadawał sie do żadnych prac. Wszystko znosił z pogodą ducha i cierpliwością. Pozwoliło to podjąć dalsze starania. Przyjęto go na stajennego w domu franciszkanów konwentualnych w La Grotella, gdzie ciężko pracował, cechował się wytrwałością, a pobożnie wypełniane obowiązki i podejmowana pokuta pozwoliły mu na tyle się rozwinąć, iż wkrótce został bratem zakonnym. Rozpoczął naukę, by móc się przygotowywać do przyjęcia święceń kapłańskich. Latający Brat Po złożeniu ślubów zakonnych w 1627r. otrzymał święcenia niższe i wyższe, a 28 marca 1628 r. został kapłanem. Od tego momentu jego życie zakonne wypełniły niezwykłe zjawiska: doświadczał widzeń, doznawał stanów ekstatycznych, uzdrawiał chorych, ale najbardziej intrygujące są ujawniające często lewitacje (zawieszenia lub loty w powietrzu) – przez co zyskał przydomek Latającego Brata. Te szczególne wydarzenia, jakich doświadczał w czasie modlitw zbiorowych współbraci zakonu, postrzegane były jako szkodliwe dla wspólnoty. W wyniku czego zaczęto traktować Józefa z wielką surowością. Wyłączono go z codziennego życia klasztornego: zakazano odprawiania mszy, nawet spożywania posiłków ze swymi braćmi. Takie traktowanie znosił z pokorą i posłuszeństwem. Jego głębokie życie mistyczne – ciągłe lewitacje, stany głębokiej ekstazy religijnej – wywoływały podejrzenia. Józef musiał stanąć przed Inkwizycją w Neapolu (1638), a następnie wysłano go, by stawił się przed papieżem Urbanem VIII, gdzie doświadczył ekstazy, a papież miał pewność, że był świadkiem cudu. Oczyszczono go z wszelkich podejrzeń. Mimo tego nadal był trzymany w odosobnieniu, ale i tak przybywały do niego pielgrzymki wiernych i ciekawskich; wiele osób zawdzięczało mu nawrócenie. Wśród nich byli m.in. władcy, dość wspomnieć Jana Kazimierza Wazę, księcia Saksonii Fryderyka (wyrzekł się luteranizmu), czy też Marię Sabaudzką (wstąpiła do klasztoru). W ciągu ostatniej dekady życia przenoszono Józefa z klasztoru do klasztoru. W 1656 r. papież Aleksander III wyraził zgodę na przeniesienie Józefa do franciszkanów w Osimo, gdzie 10 sierpnia 1663 r. zapadł na żółtą febrę, a 18 września tegoż roku zmarł. Beatyfikacja odbyła się 24 lutego 1753 r., a kanonizacja 16 lipca 1767 r. - obu aktów dokonał papież Klemens XIII. W sztuce ikonograficznej Józef przedstawiany jest jako latający zakonnik, czasem nawet uskrzydlony. Jego wspomnienie przypada

ZIMA 1 (14) 2006 18 września. Już dziś, w kontekście wywołującej stres, strach, niepewność sesji egzaminacyjnej, możemy zwrócić się do św Józefa z Kupertynu z modlitwą o wstawiennictwo i w intencji pomyślnie zdanych eg- ...może piszesz, ale wszystko chozaminów, aby wypełniła nas mądrość i ra- wasz do szuflady, bo uważasz, że dość na większą chwałę Boga. jest do niczego...

PODAJ to DALEJ !!!

Egzaminowany

Kalendarium Duszpasterstwa Akademickiego 2005/2006 (semestr letni) LUTY Wznawiamy cykl Duchowość mężczyzny i kobiety. Data do ustalenia 23 – Spotkanie jubileuszowe, Piotr Matejski SJ: Kasata Zakonu Jezuitów MARZEC 11 - IV Europejski Dzień Świata Uniwersyteckiego 16 - Spotkanie jubileuszowe - Robert Bujak SJ lub Duchowość mężczyzny i kobiety (2) 19 - 22 REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE

...może piszesz, ale nie wiesz jak to przekazać ludziom... ...może po prostu...

PODAJ to DALEJ!

może to TY jesteś tą osobą, której szukamy!

Napisz, przynieś, prześlij, przyjdź – Piekary 24 (pytaj o o. Dorosza) lub mail jak w stopce. Informacje o spotkaniach redakcyjnych podawane są na bieżąco w ogłoszeniach.

Zapraszamy do współpracy! Redakcja

KWIECIEŃ Rocznica śmierci Jana Pawla II Spotkanie jubileuszowe - Andrzej Majewski SJ Spotkanie jubileuszowe - Dariusz Kowalczyk SJ: Oblicze nowego Papieża Duchowość mężczyzny i kobiety (3) MAJ 5 - 7 Ogólnopolska 70. Pielgrzymka Akademicka na Jasna Górę. Duchowość mężczyzny i kobiety (4) 18 - Spotkanie z o.Wojtkiem Nowakiem SJ, Duszpasterzem par niesakramentalnych CZERWIEC 1 - Jacek Prusak SJ Wokół problematyki ludzkiego sumienia ZAKOŃCZENIE ROKU AKADEMICKIEGO

Okazjonalnik akademicki Zima 1 (14) 2006

Wydawca: Duszpasterstwo Akademickie Ojców Jezuitów Adres: ul. Piekar y 24, 87-100 Toruń e-mail: podaj@poczta.onet.pl podaj_dalej@wp.pl www.da.uni.torun.pl/podaj_dalej/ Redakcja: Mariusz ES - Redaktor Naczelny o. Krzysztof Dorosz SJ - opiekun Duszpasterz Akademicki: o. Lesław Ptak SJ 056 655 48 62 wew.20 609 585 686 leslawptak@poczta.onet.pl Dyżur Duszpasterza: W konfesjonale: Środa 16.00 – 18.30 Czwartek 9.30 – 12.00 W domku Duszpasterstwa: Poniedziałek 16.00 – 18.00 Wtorek 10.00 – 13.00; 15.30 – 18.00 Środa 10.00 – 13.00 Piątek 10.00 – 13.00; 15.30 – 18.00

Podaj Dalej nr 14  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you