Page 1


SMOCZY SZLAK

WEJŚCIE


LESZEK BIGOS SMOCZY SZLAK

WEJŚCIE


Smoczy szlak: wejście Copyright © Leszek Bigos Copyright © Platinum Story Redakcja: Katarzyna Koćma Korekta: Sylwester Gdela Skład: Leszek Bigos Ilustracja na okładce: Renata Mrowińska Typografia na okładce: Magdalena Cyrczak-Skibniewska All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakiejkolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. Wydanie I. Kraków 2021 ISBN: www.leszekbigos.com fb.com/wkurzonypisarz instagram.com/wkurzonypisarz Platinum Story www.platinumstory.com fb.com/platinumstorycom instagram.com/platinumstorycom


Rozdział 1

Dziecko Ognia – Osobliwy to pochód, nieprawdaż, Miłościwy Królu? Lotar II DeTyrre, zwany Czarnobrodym, ocknął się na słowa Everetta. Wcześniej był tak przejęty i skupiony, że nic do niego nie docierało. Ale miał powód. Od bezpieczeństwa jego córki zależało przetrwanie całego świata. Piętnaście lat walki o władzę i jednoczenia zwaśnionych księstewek, a i to się jeszcze nie w pełni udało. Potem drugie tyle w dworskim gnieździe węży. Wydawało się, że budzącego grozę Czarnobrodego nic nie zmoże. Dopiero kilka miesięcy temu jego twarz dogonił wiek, a potem prześcignął i zostawił w tyle. Medycy zastanawiali się, czy ktoś króla nie podtruwa, ale hetmanion Everett DeVille, głównodowodzący armii królestwa Dali, znał swojego pana zbyt długo i zbyt dobrze. Po tym, jaki ciężar spadł na rodzinę Lotara, cud, że ten jeszcze żył. Jak można pocieszyć kogoś w takiej sytuacji? DeVille nie znał słów. Kiedy więc skołowany Lotar skręcił się ku niemu w siodle, hetmanion uśmiechnął się tylko i posłał spojrzenie mówiące „wszystko się ułoży”. Lotar zastygł, ale po chwili odebrał jego wiadomość. Skinął głową, po czym podbudowany spojrzał w dół wzgórza. 7


8

Smoczy szl ak: wejście

Poniżej niczym nurt wezbranej rzeki przelewało się osiemnaście tysięcy jego żołnierzy, a za nimi niemal drugie tyle w cywilnych orszakach, które rozpływały się bezładnie po równinie jak nadmiar wody, która wystąpiła z brzegów. Zaiste, osobliwy był to pochód. Z jednej strony dziesięć tysięcy lekkozbrojnej piechoty i pięć tysięcy ciężkiej, chrzęszczącej zielonymi zbrojami zdobionymi herbem ryczącego niedźwiedzia na żółtym polu. Do tego dwa tysiące konnicy w paradnych strojach w barwach Dali, pięciuset zaciężnych goblinich jeźdźców na dwunożnych jaszczurach i trzystu niższych magów-pyrokasterów. Nad wszystkimi górował oddział dwustu trolli kontrolowanych przez pięciu wyższych magów-hipnotyzerów, a za nimi wprawiał ziemię w drżenie olbrzymi golem bojowy, którego ulepił, ożywił i kontrolował mag elitarny – terrex. Armii towarzyszyły setki wozów zaopatrzenia i służby wojskowej. Z drugiej strony wpędzał wszystko w bezład pstrokaty korowód licznych jak szarańcza karet, pełnych dzieci i wyfiokowanych dam, których mężowie i dorośli synowie zasilali wojsko. Damom musiała oczywiście towarzyszyć służba i własne wozy pełne kufrów z niezbadaną zawartością. Im mniej ważna rodzina, tym bardziej dżgała po oczach swoim herbem. Czy to książęcym rodom, hrabiowskim, baronim, czy zwykłej szlachcie zagrodowej, która wolała zastawić cały swój psi majątek, byle pokazać się na zaślubinach Dziecka Ognia i Dziecka Wody, Lotar nie mógł odmówić nikomu. Nawet chłopom, a ci także dołączali z mijanych na trasie wiosek, ciągnąc się na końcu smrodliwą procesją. – Rozchmurz się, staruszku. W końcu za kilka dni zostaniesz teściem – zagaił Everett, korzystając, że dworskie przydupasy


Dziecko Ognia

9

oddaliły się nieco. Mimo siwych włosów zawsze chodził gładko ogolony i wypachniony jak młodzian, a i niejednego położyłby na rękę. Zielone oczy nieco już jednak przygasły, a wojenne blizny prawie znikły pod siecią zmarszczek. Lotar spojrzał na kurzawę i odparł: – Wyglądamy, jakbyśmy jechali na wojnę, a nie na wesele. – Zawsze byłeś zapobiegliwy. Król uśmiechnął się. – Jedź do córki, póki jeszcze masz ją przy sobie – zasugerował DeVille. Lotar mimowolnie spojrzał na szczelnie stalowe niebo, które – od horyzontu po horyzont – przykrywało całą okolicę całunem cienia. Uśmiech znikł z jego twarzy. Wypatrzył karetę jadącą w oddali w samym środku dwutysięcznej konnej eskorty i spiął wierzchowca. *** – Mamusiu? – Tak? – Boję się. Analetta Bolavineri DeFitte, małżonka Lotara II Czarnobrodego, królowa Dali, córka Runnero DeFitte’a, króla Syenny. Zwana przez lud Pierwiosnkiem, gdyż wzięła pod opiekę wdowy i sieroty wojenne, także w prowincjach pobitych przez męża, którego na jej tle porównywano do skutyjskiej zimy. O ile wśród dworzan Pierwiosnek musiała przystosowywać się do surowych warunków, o tyle w towarzystwie własnej córki wzrok Analetty mógł roztopić każdy śnieg.


10

Smoczy szl ak: wejście

– Wiem, ptaszyno. Kiedy wychodziłam za twojego tatę, też się bałam. Opowiedzieć ci? – Tak! Nigdy nie opowiadałaś o swoim ślubie! – Intensywnie fiołkowe oczy Ursuli Henrietty DeTyrre zabłysły, jakby nie była dwunastoletnią panną na wydaniu, tylko dopiero co skończyła pięć lat i dostała pierwszego kucyka. Królowa przełączyła wajchę: oparcie jej siedzenia przechyliło się, a podnóżek wysunął. Poprawiła podróżną suknię, po czym wyciągnęła ręce do córki. – Chodź do mnie. Rozłóżmy się wygodnie. Ursula skwapliwie wtuliła się w nią i ułożyła głowę na piersi. Analetta poczuła, że jej córka drży, ma zimne dłonie. Objęła je swoimi i pocałowała Ursulę w czoło. – To było piętnaście lat temu. Twój tatuś był wtedy tylko księciem, jednym z wielu, którzy bili się między sobą o to, kto zostanie królem i podporządkuje sobie pozostałych. Ale był też świetnym wodzem i zręcznym politykiem. Podbił kilku konkurentów i szanse na to, że wywalczy koronę, wzrosły. Wtedy dogadał się z Harbinem, naszym południowym sąsiadem. Połączyli siły i wkrótce na placu boju pozostało tylko kilku największych. Jaka z tego płynie nauka? Ursula zastanowiła się chwilę. – Silni pomagają tylko silnym? – Mądra z ciebie dziewczyna. – Królowa pocałowała córkę w białe jak śnieg włosy. – Zapamiętaj to. Wkrótce będziesz musiała sama sobie radzić na obcym dworze, tak jak ja. Siła przyciąga siłę, więc nie okazuj słabości. Na współczucie wobec słabych będziesz mogła sobie pozwolić, kiedy będziesz najsilniejsza. Dobrze? – Dobrze, ale miałaś mówić o ślubie.


Dziecko Ognia

11

– Masz rację, zbaczam z tematu. Więc tak. Zostali najwięksi, ale oprócz nich na północnym wschodzie twardy opór stawiało kilka małych, zbuntowanych prowincji. Mają tam bardzo żyzne ziemie i kopalnie platyny, więc twój tata bardzo chciał je podbić. Stać ich jednak było, żeby sprowadzać drogą morską sprzęt wojenny i najemników, a potem ich utrzymywać. Mogli się bronić bardzo długo. – Mamooo!? – Już, już. Żeby złamać ich opór, trzeba było odciąć ich od dostaw. I tu pojawia się mój tata, a razem z nim ja. – Nie rozumiem. – Twojemu tacie bardzo zależało, żeby mój tata założył na zbuntowane prowincje blokadę morską. A że w życiu nie ma nic za darmo, mój tata chciał zawrzeć dożywotni sojusz z twoim tatą, przyszłym królem Dali, i przypieczętować ten sojusz ślubem. Teraz rozumiesz? – Ach taaak. – Właśnie. I tak zostałam „panią Czarnobrodą”. Byłam dokładnie w twoim wieku, kiedy pojął mnie za żonę. Nikt nie pytał mnie o zdanie, nikt nie powiedział, co się ze mną stanie. Bałam się strasznie. – Ale przecież tata jest dobry. Żaden z niego Czarnobrody. To znaczy, ma czarną brodę, ale nie jest tak straszny, jak ludzie o nim mówią. – Przekonałam się o tym dopiero, kiedy go naprawdę poznałam, po tym, jak się mną zajął, wszystkiego nauczył i z czasem pokochał. Ja też go wtedy pokochałam. Ursula zastygła w napięciu, wstrzymała oddech przed zadaniem następnego pytania. – A co się stanie ze mną?


12

Smoczy szl ak: wejście

Analetta przechyliła głowę, by córeczka mogła widzieć jej uśmiech i pełen ciepła wzrok. – Wszystko będzie dobrze, kochanie, zobaczysz. Pomyśl sama. Kiedy ja pierwszy raz zobaczyłam twojego tatę, był ode mnie trzy razy starszy, miał wielką czarną brodę, wzrok rzeźnika, był zwalisty jak troll i wszyscy się go bali, a ja najbardziej. Kiedy pierwszy raz po ślubie wziął mnie w ramiona, myślałam, że zamiast pocałować, oprawi mnie jak rybę. Naprawdę! Zaśmiały się obie. Analetta z ulgą wyczuła, że napięcie zeszło z ciała Ursuli. Mówiła dalej. – A teraz mamy Erlanda, twojego przyszłego męża. Jest od ciebie starszy tylko trzy lata. Do tego jest elfem, młodym elfem, a wszystkie elfy są piękne. Przynajmniej ja w życiu nie słyszałam o brzydkim. Ty też jesteś śliczna z tym swoim spiczastym noskiem, waniliową karnacją… Jesteś też drobnej budowy, a elfy lubią takie kobiety. Nie mówiąc już o białych włosach za łopatki i oczach, które kolorem fiołki wpędzają w kompleksy. Stworzycie z Erlandem najpiękniejszą parę na świecie. – Tak myślisz? – Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. – Jakby tego było mało, Erland jest elfim królewiczem, a ty ludzką królewną. To wprost nieprawdopodobne, że elfi królewicz okazał się Dzieckiem Wody, a ludzka królewna Dzieckiem Ognia. Gdyby Dzieckiem Wody był goblin, to jego musiałabyś poślubić – droczyła się Analetta. – Masz więc mnóstwo szczęścia, moja panno. – Fuuuj! Jak to dobrze, że ludzie nie mogą mieć dzieci z goblinami. – Ursula Henrietta zachichotała. – Chciałabym już go poznać, wiesz? – ściszyła głos. – Odkąd ujawniły się moje… umiejętności, czuję, że wszyscy poza wami się mnie trochę boją. Nie mówią mi nic przykrego, bo jestem waszą


Dziecko Ognia

13

córką, ale patrzą dziwnie. Nauczyciele, ochmistrzyni, wszyscy dworzanie. Inne dzieci w pałacu trzymają się ode mnie z daleka. Kiedy tata wyprawia ucztę, bo przyjeżdża jakiś ważny gość, patrzą na mnie jak na główne danie. Kilka razy ktoś zaczepił mnie na osobności i prosił, bym zrobiła coś, jakieś sztuczki z ogniem. To było niegrzeczne, sprawiali mi przykrość. Jestem córką króla, a zupełnie nie potrafiłam zachować się wtedy godnie. Jest mi smutno, mamo, wiesz? Z jednej strony boję się, z drugiej nie mogę się doczekać, bo poznam kogoś, kto na pewno czuje to samo, co ja. Analetta przytuliła ją mocno i nic nie odpowiedziała. Ursula odwzajemniła uścisk i trwały tak przez kilka chwil. – Jak myślisz, jak będzie wyglądał nasz ślub? – odezwała się w końcu dziewczyna. – Z pewnością będzie cudowny. Elfy przywiązują wielką wagę do ceremoniałów. Poza tym – jesteście sobie przeznaczeni. – A potem będziemy żyli długo i szczęśliwie i urodzę mu wspaniałe dzieci, które wychowamy na dobrych i mądrych królów. Oddech Analetty spłycił się na te słowa. Siłą woli kontrolowała, by jej ciało nie uzewnętrzniło stresu, który nagle ją skrępował. Na szczęście głowa Ursuli spoczywała na piersi królowej i dziewczyna nie widziała w tej chwili jej twarzy. Cisza niepokojąco się przedłużała. Nagle usłyszały na zewnątrz jakiś rumor. Zanim Analetta zdążyła uchylić firanę, drzwi się otworzyły, a za nimi przechylony król Lotar, lewą ręką trzymający uchwyt siodła, a prawą drzwi, stawiał już nogę na stopniu pod wejściem do karety. Pierwiosnek odetchnęła z ulgą. Lotar wskoczył do środka z uśmiechem na ustach.


14

Smoczy szl ak: wejście

– Moje dziewczyny kochane! Uściskał i ucałował obie. Opadł na puste siedzenie i wypuścił powietrze ze świstem. – Za stary już jestem na takie sztuczki. – Co ty mówisz, papo! Jesteś sprawniejszy nawet od wspinaczy leśnych! – zawołała uradowana Ursula. – O czym tak rozmawiacie po drodze? Sukniach? Tańcach weselnych? Wtajemniczycie starego ojca? – Właśnie mieliśmy porozmawiać o dzieciach Ursuli. Wcześniej, hm… Nie było okazji. – Analetta posłała Lotarowi znaczące spojrzenie, które ich córka w mig wychwyciła. – Co macie na myśli? – Zaschło jej w gardle. Królowa nie miała zamiaru ustąpić w pojedynku na spojrzenia. Wiedzieli, że ten moment nadejdzie, i uzgodnili między sobą, kto weźmie na siebie przekazanie wieści. Lotar miękł. Troskliwe oblicze Analetty, obok którego twarz Ursuli wyglądała jak skóra zdjęta z matki, w momencie zamieniło się w kamień. Król westchnął. – Chodź do mnie, kochanie – poprosił córkę. – Lepiej nie. Usiądę sobie tutaj. – Zeszła matce z kolan i przycupnęła na skraju jednego z wolnych siedzeń, z coraz większym niepokojem obserwując rodziców. – Ursulo… Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy z tobą o odpowiedzialności, która na tobie ciąży – zaczął niepewnie Lotar. – Niecały rok temu zaczęłaś krwawić i wtedy ujawnił się twój… dar. Ze wszystkich dzieci tego pokolenia na całym świecie, ze wszystkich istot rozumnych, że też musiało trafić właśnie na ciebie… – Cztery lata temu dowiedzieliśmy się, że Erland, twój przyszły mąż, jest Dzieckiem Wody. Mój matczyny instynkt poczuł


Dziecko Ognia

15

pewną zmianę, ale nie przyjęłam tego do wiadomości – dodała Analetta. – Kiedy jednak zdarzył się… wypadek… – Obrócone w popiół skrzydło zamku i trzydzieści jeden osób spalonych żywcem. Wiem. Pamiętam. I nigdy nie zapomnę. – Ursula poczuła, jak ściska się jej gardło. – W każdym razie – rzekł pojednawczo Lotar – sami nie wiedzieliśmy, co mamy robić. Było dla nas zbyt wcześnie, nie wiedzieliśmy, jak… – Ale świat już wiedział. Trzeba było pogodzić się z losem i złączyć ciebie oraz Erlanda, tak jak życzy sobie tego Dagor, bóg żywiołów. – Przestańcie kluczyć, proszę was. – Dziewczyna zaczynała tracić cierpliwość, a oczy błysnęły iskrami. – Nie zapominaj się! – Lotar postawił na swój ojcowski autorytet i na szczęście nie pomylił się. Ursula spokorniała. – Przepraszam, papo. – Nic się nie stało – wtrąciła na wszelki wypadek królowa. Kropelka potu spłynęła jej po skroni, a po niepewnym spojrzeniu Lotara wywnioskowała, że jemu też. – To my ciebie przepraszamy. Po ludzku nie mieliśmy odwagi, by o tym z tobą otwarcie porozmawiać. Lotarze, wytłumaczysz? Czarnobrody nie miał już w sobie nic z królewskiego majestatu. Jego zielone oczy zgasły, a on sam skurczył się w sobie tak, że niemal wyglądał jak normalny człowiek. Wziął głęboki oddech i zaczął. – Co trzydzieści trzy pokolenia Dagor domaga się od świata ofiary dziękczynnej. Zależy od niej równowaga żywiołów przez następne trzydzieści trzy pokolenia. Jak dotąd tylko dwa razy w historii nie złożono ofiary. Raz nie udało się odnaleźć Dziecka Wody, a raz Dziecko Ognia popełniło samobójstwo.


16

Smoczy szl ak: wejście

Po pierwszej zniewadze Dagor zesłał na świat Eisadinah: wielkie zlodowacenie, które trwało przez trzydzieści trzy pokolenia. Na pewno uczyłaś się o tym na lekcjach historii. Za drugim razem… – …Skorrihur: erę wichur, suszy i pożarów – dokończyła Ursula. – Druga kara niemal doprowadziła do unicestwienia całego życia. Do tej pory nie wszędzie się podniosło – dodała Analetta. – Dagor ustanowił dwa żywioły wyższe: ziemię i powietrze, oraz dwa żywioły służebne: ogień i wodę. Co trzydzieści trzy pokolenia przyobleka żywioły służebne w żywe postaci, po czym oczekuje od nich, by się odnalazły, połączyły, a owoc swoich żywotów oddały żywiołom wyższym w ofierze – wytłumaczył Lotar głosem pozbawionym życia. – Dlatego też idziemy z taką armią. Nie możemy pozwolić, by cokolwiek ci się stało. – Na Illiyess, czy jemu chodzi o… moje przyszłe dziecko? – Ursula zakryła dłońmi usta. – A co, jeżeli odmówię? – Na tym właśnie polega wasza odpowiedzialność. Jeżeli odmówisz, zginą miliony istnień. Wszyscy będą płacić za twój wybór przez setki lat. – Zapewne nie dopuszczą do tego. Zmuszą nas do spółkowania, a potem wyjmą ze mnie dziecko i zabiją bez mojej wiedzy? – Ursula czuła, jak wzbiera w niej złość. Wewnątrz karety zrobiło się wyraźnie cieplej. – Nie. Właśnie na tym polega rytuał, że ofiarę musicie złożyć osobiście – powiedziała ze smutkiem królowa. Spojrzała na Lotara, a ten ponuro skinął głową. – Matka musi sama wyciąć dziecku serce i złożyć je w ziemi. Ojciec zaś musi potem ułożyć stos i spalić ciało na ofiarę powietrzu. Nie wolno im też mieć żadnych kolejnych dzieci,


Dziecko Ognia

17

gdyż je też musieliby składać w ofierze. – Głos „Czarnobrodego” się załamał. Ursula otworzyła usta, lecz nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Lotar i Analetta przytulili dziewczynę i pozwolili jej płakać. Łzy spływały po policzkach w ciszy. *** – Coś… coś jest nie tak! – Ursula Henrietta przerwała uścisk. – Co się dzieje?! – Czuję… czuję… – Dziewczyna nie potrafiła wyrazić myśli ani skupić wzroku. Oddychała z trudem. Nagle rozległo się łomotanie do karety. Tylko jedna osoba mogła pozwolić sobie na taką poufałość. Everett DeVille. Lotar zerwał się i otworzył drzwi z rozmachem. Nawet nie otwierał ust, od razu czekał na odpowiedź. I dostał ją. – Sam zobacz. Everett odsunął się, któryś z jeźdźców podprowadził konia Lotara pod drzwi karety, ten na niego wskoczył. – Zostańcie tu i zamknijcie drzwi. Wszyscy w gotowości! Gdy przebijali się przez oddziały konnicy broniące karety, DeVille wskazał w dal. Gęsta pokrywa chmur izolowała ich od błękitu nieba, ale na horyzoncie działy się dziwne rzeczy. Błyski światła i cienie przypominały zapowiedź nadchodzącej burzy, lecz przemieszczały się zbyt szybko i pozostawiały za sobą szare niebo. – Balisty! Trolle – do kamieni! – zarządzał Czarnobrody. – Formować pierścień wokół karety! Konnica z kopiami na zewnątrz! Piechota – szeroki pierścień wokół polany! Cywile – wypierdalać stąd!


18

Smoczy szl ak: wejście

DeVille powtarzał komendy gwizdkiem, podchwycali je bębniarze. Na polanie zaczął się wielki ruch, tumult, krzyki, tętent, kurzawa. Jeźdźcy robili miejsce dla przetaczanych balist i wozów z harpunami. Sześciu trolli podciągało w okolice karety klatkę na wielu płozach, wielką jak pół chałupy, całą ze stalowych prętów grubości trzona od łopaty i wypełnioną głazami, które z człowieka zrobiłyby miazgę. Piechurzy rozbiegali się, by zostawić wokół fortyfikujących dużo miejsca na polanie, a w razie potrzeby, gdy cokolwiek spadnie z nieba, zacisnąć pierścień. Panował jednak chaos. Konie w cywilnych wozach wpadły w panikę. Zajeżdżały sobie drogę, przestawały reagować na komendy, ludzie porzucali pojazdy i próbowali uciekać pieszo, czasem wpadając pod kopyta. Całe grupy utykały w pułapce, kobiety i dzieci na próżno błagały o pomoc. Każdy walczył tylko o siebie. Jedynie chłopscy maruderzy z tyłu, z dala od centrum wydarzeń, wydostali się niemal bez szwanku. Po szybkości, z jaką przemieszczały się błyski i cienie nad chmurami, było wiadomo, że nie wszyscy zdążą zająć swoje pozycje. Z mrówczym chaosem na polanie kontrastował stojący nieco na uboczu golem, który obserwował wszystko beznamiętnie pustymi oczodołami. Wyglądał jak wielka, stożkowata góra. Masywne nogi i ręce zwężały się ku szczytowi, podobnie jak korpus, zrośnięty z głową bez szyi. Przy każdym ruchu kawały ziemi osypywały się, lecz golem zdawał się odzyskiwać stracony budulec, jakby zasysał go spod ziemi przez podeszwy swoich wielkich stóp. Ziemia mieliła się cały czas w jego ciele: kamienie, korzenie roślin, gleba różnej barwy raz pojawiała się na jego powierzchni, raz znikała w środku.


Dziecko Ognia

19

Stwór miał niemal dwieście stóp wysokości i trzymał w rękach zaostrzony taran z pnia sekwoi, który niemal dorównywał mu długością. Tymczasem stało się coś, co zyskało uwagę glinianego olbrzyma. A może maga, który go kontrolował? Ruch na polanie zamarł. Wszyscy zatrzymali się i ze strachem wpatrywali w niebo nieco za plecami golema. Iskrzące blaski przestały przemieszczać się do przodu, a zaczęły krążyć po różnych orbitach. Uszy zgromadzonych wypełniał rosnący dźwięk, jakby coś olbrzymiego zasysało powietrze przez tubę. Potem na mgnienie oka zapadła grobowa cisza. Wtem jak nie hukło! Chmury rozpierzchły się od fali uderzeniowej, a przez dziurę przeleciał wielki ognisty pocisk! Z przodu był oślepiająco biały, a jęzor pomarańczowego ognia za nim wydłużał się i wydłużał, jakby płomienie nie miały zamiaru się rozpłynąć. Pocisk gruchnął prosto w plecy golema! Eksplozja była ogłuszająca, a olbrzym stanął w płomieniach. Pocisk rozpadł się na kawałki i na polanę spadł deszcz ognia. Konie zwariowały, a z nimi ludzie. – Gniew Dagora! – Już po nas! – Ratuj się, kto może! – Patrzcie! Znad chmur wyłoniły się skrzydlate stwory o długich szyjach i błoniastych skrzydłach, które złożyły wzdłuż giętkich jak u węży korpusów i zaczęły pikować. Im szybciej się zbliżały, tym bardziej stawało się jasne, że należą do odmiennych gatunków, ale jednej rodziny. – Smoki!!!


20

Smoczy szl ak: wejście

– To niemożliwe! – Smoki w Dali, koniec świata! Król Lotar z trudem przedarł się do stanowisk magów. Wiedział, że będzie potrzebował nadzwyczajnych środków, by wyegzekwować swoją wolę w tym piekle pełnym tratujących się ludzi. – Dawać tubę głosową! Już!!! – wrzasnął, nie schodząc z konia. Odwrócił się do Everetta DeVille’a i zawołał: – Przejmij dowodzenie nad goblinami! Jaszczury nie boją się ognia. Everett skinął głową i popędził konia. Tymczasem magowie przytargali wielką rogową tubę i tajemniczą skrzynkę. Otwarli ją, po czym ostrożnie wyjęli gwintowaną obręcz, także rogową, na której połyskiwała rozpięta membrana tak delikatna, że przypominała bańkę mydlaną. Uważając, by nie zniszczyć delikatnej materii, wkręcili obręcz wewnątrz wyżłobień rogu, po czym dokręcili brakującą część: ustnik. Gdy urządzenie było gotowe, podali je Lotarowi niczym jajko na łyżeczce. – Dawaj to, gamoniu! – Czarnobrody capnął róg, a gdy krzyknął, jego zdarty głos poszedł echem po całej polanie. – Do broni, kurwa wasza mać! Smoki krwawią tak samo, jak wy! Walczcie albo gińcie jak owce! Pierwszy smok, który wszedł w zasięg strzału z balisty, razem z ogonem osiągał wielkość golema, lecz już rozpiętością błoniastych skrzydeł przewyższał go dwukrotnie. Miał połyskujące na szmaragdowo łuski, żółtawy brzuch, a na głowie rogi, które zawijały się jak baranie. Miedzy nimi łopotała długa, czarna grzywa. Nim ktokolwiek zdążył wycelować, smok nagle zmienił kurs i poleciał w stronę krawędzi


Dziecko Ognia

21

polany, gdzie pierwsi uciekinierzy właśnie znikali w lesie. Wśród tych, którzy między zbawienne korony drzew jeszcze się nie dostali, zapanowała desperacja, która popychała ich do ostatecznego wysiłku, nawet po trupach bliźnich. Druga, o połowę mniejsza bestia, sfrunęła w przeciwną stronę. Ten stwór, w przeciwieństwie do czworonożnego poprzednika, nie miał żadnych kończyn, a zamiast spłaszczonego pyska – kobrzo wyglądający łeb z płaszczem, który pomagał mu w gwałtownych manewrach w powietrzu. Był też zupełnie bezwłosy, a z racji czerwonego ułuszczenia wyglądał w powietrzu jak język ognia. Smoki zanurkowały i, lecąc po przeciwległych stronach polany, wzdłuż granicy z lasem, znaczyły swój ślad strumieniami płomieni. – Odcinają nam drogę! – Rozległy się lamenty. – Chcą nas tu wszystkich usmażyć żywcem! – Illiyess, ratuj nas, bogini! Tymczasem część chmur nad polaną rozwiała się, jakby ktoś je od niechcenia zdmuchnął, i niebo przykrył trzeci smok. Ten był tak olbrzymi, że golema mógłby chwycić w szpony i porwać jak jastrząb mysz. Choć kołował wysoko, z ziemi widać go było wyraźnie. Łuski koloru kości słoniowej, czerwonawe błony skrzydeł rozłożystych jak żagle drakkara boga Nanosa żeglującego wśród gwiazd. Stateczniki na końcu ogona sięgające niemal połowy rozpiętości skrzydeł. Szyja krótka, acz krępa, dźwigająca wielki jak na smoka łeb, choć optyczne proporcje mogło zakłócać podgardle z długim, białym futrem, które falowało pod spłaszczonym pyskiem zwierzęcia i porastało także pierś.


22

Smoczy szl ak: wejście

Znów powietrze pełne rozpaczliwych dźwięków przeszył odgłos zasysania. Potem chwila przerwy i huk. To smoczysko nie raziło ścianą płomieni, lecz kumulowało energię i wystrzeliwało ogniste pociski, najwyraźniej obierając sobie golema za cel. I trafiało. Olbrzyma aż przygięło do ziemi. – Łucznicy, baliści, trolle, strącić mi te jaszczurki! – Lotar zżymał się, wskazując dwa smoki stopniowo zamykające pierścień ognia wokół polany. Zatrzeszczały cięciwy, zazgrzytały głazy. Te oddziały, które nie rozpierzchły się w panice na widok gadzich skrzydeł, wypuszczały strzały seriami, lecz przypominało to sypanie piaskiem w kamienną ścianę. Z kolei trolle, czterokrotnie przewyższające ludzi wzrostem i same, przynajmniej na grzbiecie i ramionach, przypominające skały, częstowały się głazami, z dziecięcą przyjemnością biorąc do roboty. – Łupnia! Hyhy, spuścim łomot! Jeden po drugim brały rozbieg, wprawiając ziemie w drżenie. Zamach i cisk. Z całej siły. Bez precyzji. Bez baczenia na kierunek. Zbyt często grupa piechurów, jeźdźców lub wozów miała nieszczęście znaleźć się na trasie lądującego głazu. Smokom wystarczały symboliczne manewry, by ominąć pociski, musiały jednak przerwać zianie ogniem. W końcu balisty wzięły bestie na cel. Najpierw jedna, potem druga, wypluły z siebie śmiercionośne harpuny. Pierwszy spudłował. Drugi rozdarł błonę skrzydła szmaragdowego smoka. Zwierzę wydało ryk bólu i za wszelką cenę próbowało utrzymać się w locie. Ziemia jednak zbliżała się niebezpiecznie szybko. Czarnobrody nie czekał na efekt.


Dziecko Ognia

23

– Kopie, nadziać go! Ma wyglądać jak poduszka do igieł! Jeźdźcy ruszyli ławą w kierunku upadającego smoka. Tymczasem Lotar, widząc ostatnią szansę na wykorzystanie wyrw w ścianie ognia, krzyknął do swojego hetmaniona: – Everett, wywieź stąd Anę i Ursulę! Nie musiał powtarzać. DeVille dał sygnał i oddział stu jaszczurów, chyżych gadzich biegaczy o masywnych tylnych nogach, których dosiadali goblini najemnicy, ruszył w stronę królewskiej karety. – Darai, rusz w końcu tę kupę gliny! – Król w bitewnym szale wydawał rozkazy, lecz nadworny mag terrex również był w transie. Leżał skręcony na ziemi, zupełnie nagi. Sam zdarł z siebie szaty, a jego czerwoną skórę pokrywały bąble oparzeniowe, jakby płomienie liżące golema miały na niego bezpośredni wpływ. Nie przestawał jednak czarować. Wykrzykiwał w niebo formuły w języku, którego nikt nie mógł zrozumieć. Tarzał się, osypywał ziemią. Nawet jego wieloletnia eskorta nie widziała go w takim stanie. Przewrócił się na brzuch, rozpostarł kończyny i przywarł do pylastej gleby tak dużą powierzchnią ciała, jak tylko mógł. Nadal wypluwał z siebie zaklęcia, wdychając i wydychając kurz. Tymczasem szmaragdowy smok uderzył w ziemię. Siła upadku stworzenia rozmiarów golema pozbawiła wszystkich na chwilę gruntu pod nogami. Zwierzę szamotało się, zaplątane we własne skrzydła. – Za Daliiiiiii!!! – wykrzyknął dowódca konnicy, widząc niepowtarzalną okazję. Szarża była już w pełnym pędzie. Nie zważała, czy ktokolwiek znalazł się na jej drodze. Liczyło się tylko zabicie smoka. – Kopie w dóóół!


24

Smoczy szl ak: wejście

Jeźdźców blisko trzy setki, tętent ogłuszający. Ostrza kopii gotowe rozgościć się w odsłoniętym brzuchu bestii. Wtem… – Z tyłu! Z tyłu!!! – Aaaaaaaaa!!! Czerwony wężowy smok, szybszy niż harpun wystrzelony z balisty, przykrył cieniem szarżę. Otworzył paszczę i zamiast strumienia wypuścił wielką kulę ognia. Wylała się jak smoła z beczki, w której nagle zerwało się dno, potem rozproszyła na wietrze i przykryła konie, rycerzy i wszystko wokół. Czarny dym zasłonił ostatnie chwile ich agonii, wrzaski i rozpaczliwe rżenie stopił w jeden, nierozróżnialny charchot. – Wychodźcie, szybko! – rozkazał Everett DeVille, gdy tylko otworzył drzwi karety. Analetta i Ursula przywitały go ze łzami w oczach. Przez cały ten czas docierały do nich tylko rozdzierające krzyki, huk, ryk bestii, fale gorąca i duszący dym pomieszany ze słodkawym zapachem topiących się ciał. Teraz, gdy objęły pole bitwy oczami, najchętniej schowałyby się w karecie i wyparły to, czego już zapomnieć się nie da. – Lotar?! Gdzie jest Lotar?! – dopytywała się królowa. – Potrafi o siebie zadbać, Wasza Miłość. Rozkazał mi wywieźć was z tej kipieli. Gobliny podprowadziły im dwa jaszczury. Spłaszczona w pionie czaszka, długa paszcza z dwoma rzędami samych kłów, drobne, suche łuski rybiego koloru na całym ciele, na wpół wyprostowana postawa, masywny kark i grzbiet, karłowate przednie łapy, bardzo mocne tylne łapy i gruby ogon dla równowagi. Jaszczury sięgały królowej po szyję i wpatrywały się zagadkowym, gadzim wzrokiem bez dna, który napawał mieszanką fascynacji i lęku, a przede wszystkim zdradzał


Dziecko Ognia

25

inteligencję. To zadecydowało, że Analetta postanowiła powierzyć życie swoje i córki tym stworzeniom. – Proszę podać mi nogę… Teraz do góry… Tak. Proszę objąć je za szyję, a najlepiej przytulić się do grzbietu i zamknąć oczy. – Everett starał się natchnąć królewnę optymizmem na tyle, na ile się da. – Najpierw pojedziemy długą kolumną, a kiedy opuścimy krąg płomieni, rozproszymy się. Smoki są tylko trzy, nie dadzą rady być wszędzie. Ja pojadę z królewną, dobrze? Mówił do Ursuli, ale patrzył na jej matkę. Ta skinęła głową i szybko otarła łzę. – Zobaczymy się w pałacu – zapewnił DeVille, lecz jego głos zagłuszył rumor niewiadomego pochodzenia, który narastał i narastał. W końcu ziemia zaczęła drżeć. Wreszcie rumor przebił się przez inne odgłosy bitwy, a ziemię pod nogami poznaczyły głębokie pęknięcia. Jeden goblin ze swoim wierzchowcem wpadł do środka, a pozostałe jaszczury zrobiły się bardzo niespokojne. – Co się dzieje!? – wykrzyknęła rozpaczliwie królowa. – Ruszajmy! Szybko! – odkrzyknął Everett. Ziemia trzęsła się już tak, że nawet zwinne gady miały problemy z utrzymaniem równowagi. Wyjeżdżając, Everett obejrzał się przez ramię i wszystko zrozumiał. Golem rósł. Rozpostarł ramiona i otworzył usta, jakby chciał krzyknąć, lecz zapadająca się wokół ziemia krzyczała za niego. Nawet za ścianą ognia w lesie na horyzoncie dało się słyszeć trzaskające pnie masowo padających drzew. Golem zbierał budulec z bardzo daleka. Materia mieliła się w ciele golema dużo szybciej niż wcześniej i dusiła płomienie z pocisków, którymi wciąż był rażony.


26

Smoczy szl ak: wejście

Stwór rósł w zawrotnym tempie, był już dwukrotnie, trzykrotnie większy niż na początku. – Łupnia! Hyhy! Bić! – Jeden z trolli cisnął w bok głaz, który trzymał w ręku, i puścił się pędem w stronę szmaragdowego smoka, wciąż mającego kłopoty z powstaniem z pleców, oraz jego czerwonego towarzysza, który wił się wokół niego i osłaniał strumieniami ognia. Pozostałe trolle, początkowo zdziwione niesubordynacją towarzysza, także wyrwały się spod lichej kontroli hipnotyzerów i ochoczo pobiegły jego śladem w spontanicznej szarży. Czerwony smok spostrzegł masywne stwory w pełnym pędzie. Zasyczał ostrzegawczo, co tylko wzmogło wysiłki jego dwukrotnie większego towarzysza. Nagle na trasie trolli eksplodował ognisty pocisk, wypluty z nieba przez białego smoka. Deszcz ognia nie wyrządził skórze szkody. Widząc to, czerwony smok wyrzucił swoją ognistą bombę, lecz i ona ich nie powstrzymała. Nic nie mogło ich powstrzymać. Szmaragdowy smok powstał już, ale wiedział, że nie zdąży odlecieć. Zebrał w sobie siły na kolejny strumień ognia i zionął nim prosto w twarze przeciwników, które wyglądały, jakby były ociosane z litej skały. Płomienie rozwiały się jednak, a spomiędzy nich wyłoniły się sylwetki w berserkerskim szale. Wtedy trolle rzuciły się na smoki. Uczepiły się skrzydeł, skóry, łuskowych blaszek, sierści, ogona, czegokolwiek. Poczęły wspinać się i oblazły je niczym szczury. Tymczasem golem podniósł głowę i skupił się na białym smoku, który kołował pod chmurami i był teraz mniej więcej jego rozmiarów. Taran z pnia sekwoi wyglądał w ręku olbrzyma jak patyk. Zamachnął się, omiatając pole bitwy swoim cieniem,


Dziecko Ognia

27

po czym cisnął pień, wkładając w rzut całą energię kilkusetkilotonowego cielska. Gruchnęło. Trafił! Co prawda nie ostrzem tarana, a bokiem, niemniej jednak siła złożyła smoka wpół i zmiotła go z nieba. Razem z pociskiem zniknął nad chmurami. Pozostałe smoki za wszelką cenę próbowały wzbić się w powietrze, lecz trolle były nieustępliwe. Rwały łapskami łuskowy pancerz i błony skrzydeł, a gdy dobrały się do skóry, zatapiały w niej ręce i wyszarpywały płaty mięsa. Lotar II Czarnobrody obserwował wszystko ze wzniesienia. Widział, jak kolumna jaszczurów z jego żoną i córką opuszcza pierścień ognia. Odetchnął z ulgą. – Konnica! Przegrupować się i przypuścić drugą szarżę! – krzyknął przez róg do pozostałych na polu bitwy jeźdźców. – Teraz są bezbronne, dobić je i pomścić waszych braci! Chcę mieć łby tych bestii na ścianach w sali tronowej! Zmotywowani królewskim rozkazem konni odpowiedzieli entuzjastycznymi krzykami. Szybko ustawili się w ponad stuosobową grupę i wystartowali. Ziemia na powrót zadudniła pod kopytami. Czerwony smok walczył zaciekle. Nie miał kończyn, a z wężowym ciałem łatwiej przychodziło mu strząsać z siebie przeciwników. Wił się, skręcał, rozprężał, tarzał. Drugi gad tracił siły. Jego szmaragdowe łuski spływały krwią, prawe skrzydło było w strzępach. Wiedział, że stąd nie odleci. Gdy dostrzegł nadciągającą szarżę, odwrócił się do swego towarzysza. Ich gadzie oczy spotkały się po raz ostatni. Czerwony smok wydał rozpaczliwy ryk, lecz szmaragdowy nie słuchał. Ostatkiem sił rozbiegł się, skoczył i rozciągnął w powietrzu


28

Smoczy szl ak: wejście

tak daleko, jak mógł. Wylądował ciężko, w poprzek trasy nadciągającej kolumny jeźdźców. Gdy kilkadziesiąt kopii zatopiło się w jego brzuchu, wydał z siebie tylko dźwięk z trudem wypuszczanego powietrza. W tym czasie chmury przebiła sylwetka białego smoka. Skrzydła miał złożone, spadał jak pocisk. Im bardziej zbliżał się do ziemi, tym większe wrażenie robił jego rozmiar. Cała polana zamarła w oczekiwaniu na wielki wstrząs. Nic z tego! Tuż przed oczekiwanym uderzeniem smok rozpostarł skrzydła, które chciwie połknęły powietrze i gad przeszedł płynnie do lotu koszącego. Pędził przed siebie tak prędko, że jego sylwetka wydawała się rozmywać w powietrzu. Nagle w jednej chwili złożył skrzydła, szyję i ogon, zwinął się w kulę i w pełnym pędzie grzmotnął w golema! Tąpnięcie było tak potężne, że zatrzęsła się cała okolica. Wszystko, co było żywe na tej polanie, wstrzymało oddech. Jedynie mag Darai jęknął przeciągle i wzbił się na kilka stóp w powietrze, jakby ziemia, na której leżał, kopnęła go w klatkę piersiową tak, że słychać było trzask łamanych żeber. Darai padł, golem padł. Ale żyli obaj. Golem stracił ponad połowę budulca: uderzenie urwało mu nogi, które teraz stały jak dwie strome góry na płaskiej niczym stół polanie. Wkrótce miały zarosnąć roślinnością i służyć przyszłym pokoleniom jako jedna z pamiątek wielkiej bitwy. Na polu znów wybuchła panika. Golem i smok tarzali się po sobie, miażdżąc wszystko, co stanęło im na drodze. Ludzie i konie wyglądali przy nich jak mrówki i jak mrówki pod butem kończyli. Setki ludzi wskakiwały w płomienie z obawy przed stratowaniem, licząc, że uda im się przedostać


Dziecko Ognia

29

na drugą stronę, zdusić ogień i przeżyć. Nie było na to szans. Pojedynek dwóch gigantów zamienił się w masakrę wszystkich pozostałych. Czerwony smok także zyskał nowy impuls do walki. Desperacja i wściekłość okazały się wydajnym paliwem. Strząsnął z siebie niemal wszystkie trolle i z trudem, acz skutecznie, wzbił się w powietrze. Lotar obserwował przebieg wydarzeń jak sparaliżowany. Wszystko poszło w rozsypkę. Niedobitki oddziałów walczyły o własne życie. Jedyna formacja, jaką miał jeszcze do dyspozycji, to pyrokasterzy, ale co mogli wskórać miotacze płomieni przeciwko smokom? Król nie był już w stanie nic więcej zrobić. W pewnej chwili Czarnobrody ujrzał wzlatującego czerwonego smoka. Gad wykonał kilka ewolucji nad polem bitwy, strząsając z siebie kolejne trolle, po czym przeleciał wysoko nad głową króla. Prosto w kierunku kolumny goblinów na jaszczurach, w której uciekały Ursula i Analetta. Lotar zesztywniał ze strachu. Obejrzał się: nikogo wokół niego nie było. Mimo buchających wszędzie płomieni zrobiło mu się bardzo zimno. Z duszą na ramieniu spiął konia i szybko przeszedł do cwału. Biały smok i golem cały czas próbowali zdobyć dominującą pozycję we wprawiających wszystko w drżenie zapasach. W oddali Darai leżał na ziemi z rozkrzyżowanymi kończynami. Gryzł proch, pluł krwią, bełkotał inkantacje, spazmy co chwilę wstrząsały jego ciałem. W końcu golem objął smoka nieco nad podstawą skrzydeł, zacisnął prawą dłoń na swoim lewym nadgarstku i zaczął miażdżyć. Dociskał smocze cielsko do swojego, ręce


30

Smoczy szl ak: wejście

i klatka piersiowa golema zbliżały się do siebie nieubłaganie jak szczęki imadła. Z kolei smok wyciągnął szyję, rozwarł paszczę, po czym osadził ją na głowie golema. Kilkukrotnie rozchylał szczęki i dopychał, aż pół głowy olbrzyma znalazło się w jego przełyku. Wtedy uderzył. Szyja smoka rozszerzyła się, żyły na niej zajaśniały, po czym fala absolutnego gorąca przenikła przez głowę golema do reszty jego ciała. To go jednak nie powstrzymało. Golem dociskał, smok palił go od środka. Wydawało się, że kręgosłup smoka zaraz pęknie, lecz ten nie przestawał ziać roztapiającym żarem, który zaczynał już przebijać się ze środka na zewnątrz giganta. Golem wyglądał jak bryły węgla w dogasającym piecu, które nagle ktoś postanowił pobudzić do życia miechem. Korytarze białego światła wykwitały jeden po drugim na zeskorupiałej powierzchni jego ciała. W oddali rozległ się agonalny krzyk Daraia, lecz zaginął w chaosie. Wszystko zamarło. Po dłuższej chwili poruszył się smok. Niemrawo wyjął z paszczy głowę golema. Strzelił kilkakrotnie szyją, po czym zaparł się przednimi łapami o pierś giganta i zaczął się od niej odpychać. Napinał muskuły, węzły mięśni coraz wyraźniej zaznaczały się pod majestatyczną łuską w kolorze kości słoniowej. Potężny smok parł, aż w końcu ramiona golema pękły jak gliniane naczynie. Golem rozpadał się coraz gwałtowniej, aż zapadł się pod ciężarem niedawnego przeciwnika. Potem rozsypywał się na coraz drobniejsze części, jakby więzy nadające mu formę zupełnie przestały istnieć, aż w końcu została z niego wielka hałda czarnego piachu. Smok wyprostował się, rozpostarł dumnie skrzydła i ryknął triumfalnie, przeciągle.


Dziecko Ognia

31

Tak, by nikt nie miał wątpliwości, kto zwyciężył. Lotar nie miał wątpliwości. Przeraziło go to nie mniej niż widok przed oczami. W oddali czerwony smok zawisał właśnie nad kolumną, w której były żona i córka króla. – Na Illiyess, już po nas! – krzyknęła królowa. – Mamo! – Ursula wyciągnęła do niej rękę. – Nie teraz! Oddział, rozproszyć się! – rozkazał Everett, który jechał między nimi. Smok wydawał się słyszeć jego słowa, bo właśnie zanurkował i zaczął wypuszczać z prawej strony kolumny strumień ognia, by odciąć im drogę ucieczki. Szybko wyprzedził jaszczury, przeciął w poprzek ich trasę, po czym zamknął ogniste kleszcze, lecąc w tył kolumny, z lewej strony. Jaszczury nie bały się płomieni. Everett wydał rozkaz. – Naprzód! Nie docenił szerokości ściany ognia i jego temperatury. Nie było to zwykłe ognisko, które można by przeskoczyć. Na szczęście królowa i królewna jechały w środku oddziału. Gdy do Everetta dotarły nawarstwiające się krzyki skwierczących w płomieniach goblinów i skrzek ich gadzich wierzchowców, w porę zatrzymał oddział. Byli w pułapce. Widział to też Lotar. Co teraz? Co mógł zrobić sam? Nie wiedział i nie dbał o to. Poganiał konia jak oszalały, ślina obficie spływała z pyska zwierzęcia. Smok kołował nad ich głowami, lecz lot miał niepewny. Nie trzymał pułapu, wiercił się w powietrzu, ogonem próbował strącić coś z grzbietu. – Co z nim? – zdziwił się Everett, kiedy dotarł do niego chrypliwy, rubaszny głos z powietrza: – Juhuuu! Łupniaaa!


32

Smoczy szl ak: wejście

Kiedy smok zrobił beczkę, próbując pozbyć się pasażera, DeVille dostrzegł, że do jego pleców uczepiony jest… troll! Kamienisty stwór bawił się setnie. Przy beczce wisiał nogami w dół, ale ręce miał wczepione głęboko pod skórą gada, był umazany jego krwią po łokcie. Musiał mu sprawiać duży ból, bo smok szybko wrócił do normalnego lotu. Troll nie odpuścił, tylko wspiął się w stronę karku, podstawy długiej smoczej szyi. – Ty mi buju–buju, a ja ci kuku! Rozszarpał blaszki łusek i wbił łapska w krwawe mięso. Smok zaryczał. Troll kopał, szukał, aż w końcu wymacał przestrzeń między kręgami. – Dobranoc! Kręgosłup trzasnął. Smok od razu zwiotczał w locie, spadł jak kula armatnia i zarył w ziemię, wzbijając w powietrze kawały darni. Wszyscy eksplodowali radością. Lotar, obserwujący scenę z daleka, nie mógł w to uwierzyć, kamień spadł mu z serca. Ursula zeskoczyła ze swojego jaszczura i podbiegła do matki. Analetta nachyliła się, by móc ją uściskać, płakała ze wzruszenia. Everett uśmiechnął się do siebie, ale po chwili stonował. – Zabierajmy się stąd. Wszyscy w tył zwrot! Obejrzeli się tylko po to, by ujrzeć oślepiające światło lecące w ich stronę. Lotar widział jeszcze ciągnący się z tyłu długi ognisty ogon. – Nieeeeeeeeeeee!!! Potworna eksplozja tąpnęła okolicą, a fala uderzeniowa zrzuciła Lotara z konia. Spanikowane zwierzę uciekło. Kiedy Lotar podniósł się z ziemi i spojrzał przed siebie, miejsce, w którym wcześniej stała kolumna, płonęło żywym ogniem. Król padł na kolana i zaczął rwać brodę.


Dziecko Ognia

33

– Anaaa! Ursulaaa! Zaciśniętymi pięściami pełnymi czarnych włosów bił się po skroniach i wył jak zwierzę. Był w zbyt wielkim szoku, by płakać. Olbrzym o łuskach koloru kości słoniowej sfrunął z nieba, a kilka uderzeń jego skrzydeł wystarczyło, by zdusić płomienie i zostawić tylko popiół i dym. Osiadł na ziemi. Kiedy Lotar myślał, że już widział wszystko, smok odezwał się głosem tak niskim, że aż zadudnił Czarnobrodemu w klatce piersiowej. – Jeżeli jesteś tym, kim mówią, że jesteś, wstań. Lotar patrzył suchymi z determinacji oczami, jakby chciał siłą woli rozwiać kłęby dymu tańczące nad polem. Aż zobaczył. Dziewczęcy kształt na niepewnych nogach. Naga, bezwłosa, cała pokryta popiołem, a jednak nietknięta. Ursula Henrietta DeTyrre. Dziecko Ognia. Zanim Lotar zdążył zareagować, smok nachylił się, wyciągnął szyję i ułożył głowę na ziemi. Potem otworzył paszczę i rozwinął język. – Nieeeeeeee!!! – krzyknął zrozpaczony Czarnobrody, lecz jego córka postąpiła już krok do przodu. Jej rozgrzana bosa stopa zasyczała w kontakcie z wilgotnym językiem. Potem druga. Ursula poczuła straszną senność. Usiadła na języku, potem ułożyła się na nim jak płód. Smok troskliwie wsunął język do paszczy i zamknął ją. Przez chwilę zaszczycił smutnym spojrzeniem powykręcane ciało swojego czerwonego pobratymca, po czym rozłożył skrzydła i wzbił się w przestworza. Lotar patrzył, jak smok znika na horyzoncie z jego córką. Potem spojrzał na pogorzelisko. Czy będzie w stanie znaleźć


34

Smoczy szl ak: wejście

choć Analettę? Czy zostało z niej cokolwiek oprócz kupki prochu? Coś w nim pękło i rozpacz popłynęła z oczu szerokim strumieniem, choć król wiedział, że tego, co w jego sercu zostawiły smoki, łzy już nigdy nie ugaszą.


Co dalej? Zamรณw na www.platinumstory.com/smoczy-szlak-1-wejscie


Profile for Platinum Story

"Smoczy szlak: wejście" - fragment  

„Smoczy szlak: wejście” - Dołącz do awantury! Autor: Leszek Bigos. Zamów pasjonującą powieść anti-hero fantasy! Kup na www.platinumstory.c...

"Smoczy szlak: wejście" - fragment  

„Smoczy szlak: wejście” - Dołącz do awantury! Autor: Leszek Bigos. Zamów pasjonującą powieść anti-hero fantasy! Kup na www.platinumstory.c...

Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded