Issuu on Google+

SOULBOOK life and history of SOUL BROTHERS Ride, never die.

Nasze dusze tworzą SOUL, my tworzymy BROTHERS.


Meksyk – Los Santos Wszystko zaczęło się sypać, gdy zaczęliśmy przewozić ten pieprzony koks. Wraz z chłopakami zmodyfikowaliśmy baki tak, że można było ukryć w nich sporą ilość towaru. Wyobraźcie sobie, tylko – cztery motocykle na przejściu granicznym, grom z wydechów, i baki pełne koksu. No po prostu kurwa paranoja, nie rozumiem jak mogliśmy tak ryzykować i nie wpaść tak długo. Całość kręciła się na jednym schemacie - braliśmy towar na południu od meksykańców, na północy zaś oddawaliśmy go ruskim, pobierając należną prowizję. Cały ten syf bywał nawet zabawny – poznaliśmy kiedyś ruskiego, nazywał się Maleshov i chyba miał jakąś rodzinę na północy Polski. Miał dobry motocykl który dostał kiedyś od jednego z tych wysoko postawionych szych za jakąś przysługę. Wiecie, ruscy to totalnie popieprzeni ludzie, dają sobie prezenty za dwadzieścia czy więcej kafli. W każdym razie Maleshov nie był jakimś idiotą, który odkręcał do oporu i owijał się wokół latarni – miał rozum, potrafił jeździć, miał też mocną głowę. Szkoda, że później wpadł w obławie. Sami nigdy jakoś tych prochów nie próbowaliśmy – jasne, chłopaki próbowali trochę palenia, ale nigdy nie brali nic noskiem, rozumiecie. Żadnej mąki, kryształu, koki, czy jak tam na to mówią. To też było zabawne – niejednokrotnie nawet nie wiedzieliśmy co przewozimy – amfetamina, kokaina, LSD, wszystko to było tylko sposobem zarobku. Kasa była dobra, racja, mogliśmy sobie pozwolić na utrzymanie sportowych motocykli, udziały w wyścigach i mnożenie kasy. Bo oczywiście każdy z nas był zajebistym ścigantem. A tak naprawdę, to niektórzy więcej przegrali na tych wyścigach, niż wygrali, ale był w tym element adrenaliny, który nie pozwalał przestać. Życie w Meksyku płynęło nam więc od przemytu do przemytu, od wyścigu do wyścigu. Prowadziliśmy jeszcze warsztat, który był przykrywką do różnych spotkań – nie powiem jednak, żebyśmy się tam opieprzali. Solidnie pracowaliśmy przy motocyklach, z tego też była dobra kasa. Ogólnie rzecz biorąc, żyliśmy jak królowie. Wtedy też znaleźliśmy zeszyt, zatytułowany jako Soul Book – ludzie, co to była za jazda. Odkryliśmy że nasi ojcowie mieli wcześniej klub motocyklowy i robili to samo co my – ciągle w siodle zwiedzali Amerykę na tych swoich starych, niewygodnych Harleyach. W pudle mojego ojca oprócz zeszytu znaleźliśmy też kilka naszywek – oczywiście z nazwą klubu, Soul Brothers. To było nieco dziwne, wiecie? Zakładaliśmy na siebie kamizelki i ruszaliśmy jako klub. Coś zupełnie nowego, czuliśmy wtedy moc zrzeszenia się. W końcu jednak jeden z pracowników warsztatu, gość który lubił popić, wciągnąwszy sobie krechę, padł jak nieżywy. Później zaś zaczęły się problemy z policją, bo ten szczur wysypał się o naszym nikczemnym procederze przemytu koksu przez granicę. Wpadło kilka osób – Maleshov, który był wtedy u nas w odwiedzinach, jeszcze kilku ruskich oraz paru naszych kuzynów. Chryste, chyba wszyscy tam byli naszymi kuzynami. Jedynie kilku z nas zdążyło zwiać do San Andreas – ja, straciwszy swój motocykl pojechałem na starym harleju mojego ojca, Foxey, który ocalił swoje Kawasaki od konfiskaty, był z nami też Shep oraz Fat, pieprzony spaśluch na quadzie. Fat zginął później w wypadku, co było strasznym dla nas ciosem – gość uciekł glinom w Meksyku tylko po to, żeby zginąć na marnej ulicy Santos. Trafiliśmy do miasta świętych bez grosza przy duszy. Foxey jednak szybko uruchomił swoją machinę znajomości, był już bowiem trochę w Santos. Jakiś jego nadziany znajomy dał mu warsztat, który doprowadziliśmy do porządku i rozkręciliśmy. Z tego zrobił się strasznie dobry interes, z którego LEGALNIE zarabialiśmy niewąski szmal. Za ten szmal zakupiliśmy motocykl dla Shep'a, bo ten przyjechał z totalnie gołym dupskiem. Postanowiliśmy też dodać do kodeksu naszych ojców punkt mówiący o ćpaniu – kodeks od tej pory zakazywał jakichkolwiek narkotyków, bo przez nie wpadliśmy. W ogóle, żaden z nas nigdy nie miał spotkania z koksem, nie wciągnął żadnej kreski. Ale Santos było inne – tam towaru nie mogłeś kupić nigdzie, ale też wszędzie mogłeś go dostać. Wpadałeś na imprezę – widziałeś kilogramy koksu. Niektórzy mieli w piwnicy chyba pół Meksyku.


Upadek – Sava Któregoś dnia siedziałem w warsztacie i dłubałem w motocyklu – o ile pamiętam to nawaliło coś z gaźnikiem. Jak ogromne było moje zdziwienie, gdy jak gdyby nigdy nic do garażu weszła Sava – moja kuzynka, Włoszka z popieprzonym temperamentem. Ale się ucieszyłem, ale się zdziwiłem. Moja ukochana marnotrawna siostrzyczka wróciła do kuzyna – nie wiem jakim cudem, czuję, że to Foxey jakoś to z nią załatwił, żeby sprawić mi niespodziewane. Wyglądała na nieco zmarnowaną, na jej ramieniu zaś pojawił się tatuaż wilka. Jak się później dowiedziałem, w Nowym Jorku, gdzie żyła parę lat, utworzyli tak zwaną watahę składającą się z gości miłujących szybkie motocykle. Coś się posypało – z watahy zostały krwawe ślady na śniegu, Sava się jakoś uratowała, został wilk wytatuowany na ramieniu. Nawet nie wiecie, jak się cieszyliśmy, że wróciła – od razu daliśmy jej barwy Soul Brothers. Nosiła taką śmieszną naszywkę – Sister in Arms, żeby inni wiedzieli, że nie jest włanością klubu, a jedną z nas. Dorzuciliśmy też jeszcze jadną naszywkę na plecy, którą sama zaprojektowała – była to głowa wilka szczerzącego mordę z ogromnymi, budzącymi grozę kłami. Przyjęliśmy tą samą zasadę, którą Sava przywiozła z Nowego Jorku, to jest – trzymamy się mocno ustalonego kodeksu, jak wataha trzymamy się razem. I tak było – razem zbieraliśmy forsę na nowy motocykl dla Savy, na sprzęt do garażu i na wiele innych rzeczy. Którejś nocy, gdy jeździliśmy po mieście bez celu, ja i Sava, spotkaliśmy dwóch murzynów z Willowfield – to było w centrum, a oni zaprosili nas na imprezę. No i było winko, była świetna zabawa. Tak poznaliśmy gangsterów z South Central. Co to byli za ludzie. Zaprzyjaźniłem się z nimi mocno, sam zacząłem z nimi kręcić drobne interesy – przywozili mi wózki na przebicie numerów czy przemalowanie, kiedyś pomagali mi jak jakieś lepaki chciały zgarnąć od nas haracz. Ja odwdzięczałem się naprawianiem ich wózków oraz wpadaniem na imprezy. W końcu Sava zaczęła kręcić z jednym z nich, Rocketem, który wyjechał na parę tygodni, wcześniej mówiąc mi, żebym jej pilnował. Rocket jednak chciał mieć ją i wszystkie, więc Sava przerzuciła się na O.G gangu, Rona – lubiłem faceta o wiele bardziej niż tamtego. Po prostu dobry był z niego gość. Coraz więcej czasu zacząłem spędzać na Willowfield, coraz częściej robiliśmy libacje w naszym garażu. Pamiętam, że te śmieszne czarne gnojki chciały mnie przyrównać do siebie. Pomalowali mnie pastą do butów, żebym był taki sam jak oni. Pokochałem ich, jeśli się nad tym zastanowić. To byli dobre chłopaki. O ile jednak dogadywałem się z czarnuchami z Willowfield, to gorzej działo się z chłopakami, z którymi przyjechałem do Santos. Któregoś dnia wróciłem do garażu i znalazłem tam list od Foxeya, naszego prezydenta – zostawił mi swoją kurtkę motocyklową, klucze do warsztatu, i co najważniejsze... Kawasaki. Sportowego litra powierzył w moje ręce, sam wyjechał odpocząć od zgiełku, mówił, że kiedyś wróci. Nie wrócił, zabrał za to ze sobą Sheparda. Zostałem więc tylko ja i Sava – mimo tego, nadal jeździliśmy w barwach Soul Brothers. Z dochodów warsztatu szybko nazbierałem forsę i kupiłem Savie jakaś dziewięćsetkę. Wszystko zaczynało się układać – goiłem rany po tym, jak zniknęli moi przyjaciele, zaczynałem poznawać gości którzy pracowali w warsztacie, zbliżyłem się jeszcze bardziej do gości z Willow. Pewnego wieczora imprezowaliśmy w moim już warsztacie, kiedy Sava i Ron postanowili pojechać na przejażdżkę w doki – to tam zawsze ścigałem się niedzielnymi popołudniami z Savą i innymi osobami, ćwicząc nieskończoną ilość razy te same kółka, pobijając najpierw sześćsetą magiczne 48 sekund, następnie litrem sekund 46. Nie byłem w tym najlepszy, Sava pobiła moje rekordy za pierwszym przejazdem. Pamiętam jakby to było przed chwilą, że zanim Ron pojechał z Savą, ucałowałem ją w czoło i kazałem uważać na siebie. Siedziałem w warsztacie gdy zadzwonił telefon – w dokach była budka telefoniczna. Ron powiedział tylko, żebym przyjechał. Od razu wiedziałem, ze coś się stało. Jadąc do doków, odkręcałem manetkę jak tylko mogłem. A gdy już przyjechałem, zobaczyłem ją.


Sava, moja ukochana kuzynka leżała w kałuży krwi, a Ron trzymał ją w objęciach. Długo nie mogłem się po tym pozbierać. Pochowaliśmy ją jeszcze tego samego dnia, a w zasadzie nocy, na klifie który zawsze lubiła odwiedzać. Siedziałem z Ronem niemal do świtu nad jej świeżo usypanym grobem, a on wtedy zaczął nucić The Doorsów. Płakałem jak dziecko. Oto zginęła bowiem moja mała kuzynka, siostrzyczka, jedyna osoba która mi pozostała. This is the end Beautiful friend This is the end My only friend, the end

To już nie trwało długo. Ron szybko wpakował kule trzem sukinsynom ze swojej dzielnicy – okazało się bowiem, że to oni zastrzelili Savę. Tylko dlatego, że Ron spędzał z nią zbyt dużo czasu, według nich odciągała jego uwagę od gangu. Żałuję, że nie mogłem wtedy być z Ronem i wpakować im kulę w łeb. Później wrócił Rocket – chłopak z Willow, któremu obiecałem, że będę jej pilnował. Zabrał mnie w pewne miejsce i wpakował trzy kule w brzuch, uświadamiając mnie jak bardzo spieprzyłem całą sprawę. Były dwie rzeczy, które miałem wtedy w umyśle – myśl spieprzyłem, oraz wspomnienie tego mojego uważaj na siebie oraz pocałunku który złożyłem na czoło mojej kuzynki. A teraz ta pokręcona Włoszka nie żyła. Spieprzyłem. Żałowałem, że Rocket nie dołożył wtedy jeszcze paru kul. Odwiedziła mnie później w szpitalu Tamara – dziewczyna, która była wraz z Savą w nowojorskiej watasze. Pomogła mi oraz Ronowi, wkrótce ukoiła również jego serce. We mnie pozostała jednak dziura – co prawda zacząłem topić swoje smutki w benzynie i oleju, pracując bez wytchnienia w warsztacie, każdego dni jednak wracałem na grób Savy i byłem przy niej, niejednokrotnie płacząc. Wkrótce Ron zginął w którejś z strzelanin z policją. Wszystko się tak okropnie posypało – uświadomiłem sobie, że wszyscy moi przyjaciele odeszli albo nie żyją. Szczerze żałowałem wtedy, że przeżyłem postrzał który dostałem od Axyego. Wszystko się posypało. Kawasaki ukradli mi czarni którzy chcieli żebym wydał Tamarę, pozwolili mi za to żyć, ja zaś znów żałowałem, że nie dałem się po prostu zastrzelić. A teraz siedzę tutaj, w miejscu gdzie spoczywa moja siostrzyczka. Tu się wszystko skończyło, tam zobaczyłem ją po raz ostatni, następnie zaś przysypałem jej ciało ziemią. A teraz siedzę tutaj, a lufa chłodzi moją skroń...


Zasady i kultura Ci, z którymi jeździsz i których nazywasz braćmi, są tymi, z którymi umierasz. I albo będziecie żyli jak wataha - zgrani, trzymający się zasad, albo umrzecie. • Klub to rodzina – buduje go braterstwo i jedność. United we win, divided we fall • Każdy Brat i każda Siostra reprezentuje klub nie tylko barwami na plecach, ale i DUSZĄ. • Nie przedkładamy dobra jednostki ponad dobro grupy. • Nie wykorzystujemy słabości Braci ani nie próbujemy nikogo podkopać. Lojalność to ważna zasada Soul Brothers. • Bezpieczeństwo - to coś, co dajemy sobie nawzajem. Musimy być gotowi oddać życie za rodzinę. • Szacunek za szacunek - nie oczekujemy go, jeśli nie umiemy go okazać. • Szczerość - bez niej nie egzystujemy. Budujemy klub na zaufaniu. • O wszystkich sprawach dotyczących klubu decyduje cała wataha. Wyjątkiem jest sytuacja, w której jeden członek działa dla dobra grupy. • Przyjaciół rodziny traktujemy na równi z Braćmi, mimo że nie noszą naszych barw. • Każdy z nas szanuje życie – nie szuka krwi. Co za tym idzie, każdy z nas gardzi narkotykami. • Kobiety dały nam życie, więc jeżeli one szanują siebie, to my szanujemy je. Ride, never die – te słowa są mottem każdego z nas. Jeździmy i nigdy nie umieramy. Jeśli odchodzimy, to trwamy ciągle w duszach naszych Braci.


Soulbook