Page 1

www.pianamagazine.com

nr01/2009 Styczeń


tekst: Damian Siemień foto: Damian Siemień


C nr01/2009 Piana Magazine WYDAWCA: Piana Magazine www.pianamagazine.com www.myspace.com/pianamagazine

REDAKTOR NACZELNY: Damian Siemień z-ca REDAKTORA TECHNICZNEGO & REDAKTOR TECHNICZNY: Grzegorz Ostrowski REDAKCJA: redakcja@pianamagazine.com MUZYKA: Karolina Pietrzok FOTOGRAFIA: Katarzyna Borelowska FILM: Aleksandra Graczyk LITERATURA: Monika Habrzyk DESIGN: Andrzej Leńczuk SZTUKA: Damian Siemień MODA: Jagna Jaworowska TEATR: Mateusz Borkowski KALENDARIUM www: Magdalena Podkowińska ILUSTRATORZY: Aleksandra Trawińska, Magdalena Bażela, Monika Habrzyk, Damian Siemień, Witek Winek, Grzegorz Ostrowski, WEBMASTERING & DESIGN: Grzegorz Ostrowski SKŁAD: Grzegorz Ostrowski, Witek Winek KOREKTA: Dominika Bobulska, Karolina Pietrzok MARKETING I PROMOCJA: Aleksandra Koszewska aleksandra.koszewska@pianamagazine.com ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Ted Sabarese ilustracja: Aleksandra Trawińska


SPIS TREŚCI

06 Adaptacje: prognoza filmowa dla chcących ogarniać na lata wprzód 12 Masz to na wideo? 14 Rocznik 1943 razy 3 22 Wunderkinder 26 Robin Cracknell 40 Portrety r/ewolucyjne Teda Sabarese’a 56 Top 10 piosenek dnia następnego 60 Grace Jones i stare wino 64 Krew pot i łzy, czyli 10 zespołów, których rozpad złamał ci serce 66 Fluowankaz 70 Gorset 72 Yang Du 78 Annika Berger 82 Sheryl O. 86 Maldoror Low Couture 92 Karin Söderquist 102 Małe wielkie formy do przytulania 108 Milva Conta Brecht 110 Krecha 114 Kocham szatana 116 Więcej!


d A

a t ap

gn

pro

la ad

w

lmo

fi oza

: e cj

chc

ch ący

oga

ać rni

na

la

d

rzó

p ta w

a zyk ńsk rac Trawi ski G w ra ra and nd stro eks leksa orz O l A A eg st: e: tek stracj Grz ilu


Trzeba się nastarać, żeby być na bieżąco. Niebywałe, ile nakładu dobrej woli i ciężkiej pracy wymaga śledzenie. Bywa, że zaczyna człowiek coś ogarniać i w następnej chwili zdaje sobie sprawę, że mimowolnie przeistoczył się w jednego z tych wszechogarniających nadludzi śpiących dwie godziny na dobę, bo zbyt są pochłonięci odświeżaniem stron internetowych. Czy jest wybór? W jaki sposób sprawiać wrażenie bycia w temacie i godzić to z życiem? Nie zapominajmy, są też i obowiązki do spełnienia, rzeczywistość wymaga. Sen, komunikacja miejska, spożywanie posiłków, kolejki w biurze obsługi klienta firmy Aster – to wszystko pozostawia niewielkie pole manewru dla młodzieży, która aspiruje. Brakuje mi czasów, kiedy jedynym źródłem wiedzy o szerokim świecie literatury/światopoglądu, filmu oraz muzyki były odpowiednio: pożyczane od mamy „Wysokie obcasy”, trailery w kinie i 30 ton lista, lista, lista przebojów. Tylko czekać, aż na murach miast wojewódzkich zaczną się pojawiać sprejem pisane hasła „Postmodernizm ssie pałę” i inne. Casus filmu: tu akurat nie jest najgorzej, bo rocznie produkuje się go proporcjonalnie mniej niż muzyki, beletrystyki i ubrań. Wciąż jednak reakcja bycia zbitym z tropu przez testowe pytania grupy rówieśniczej (Czy widziałeś już Kinskiego? / nowe odcinki IT Crowd?) jest wysoce niezręczna, skutkuje pogardą, ostracyzmem, a nawet myślami o samookaleczeniu. To przez takie rzeczy ludzie się tną! Jak im pomóc? Jak sobie samemu pomóc? Skąd wiedzieć, czym się zajawiać? A teraz dobra wiadomość dla zagubionych we mgle kulturalnej nadprodukcji: istnieją pomocne sztuczki. Nawet jeśli nie masz siły ani ochoty brać się za chłopców z serwisów muzycznych (wychodząc z założenia, że „ich wyrobienie muzyczne = twoja oszczędność czasu”), nie jesteś stracony/a. Wiele rzeczy da się usprawnić na własną rękę. Może się na przykład okazać, że ty i twój współlokator ściągacie równocześnie te same płyty, marnując energię i przepustowość. Szanujmy się, dbajmy o ergonomię, kultywujmy sprawiedliwy podział pracy. W obrębie kina zjawiskiem nie do przecenienia i jednym z tych, które należy wykorzystywać bez skrupułów, jest zjawisko adaptacji. Klasyczny przypadek dwóch pieczeni na jednym ogniu, w dodatku podanych na talerzu pod nos. Największą chyba ich zaletą jest możliwość popisywania się „siedzeniem w temacie” na lata zanim gotowy film faktycznie trafi do kin, gazet, mainstreamu. Adaptowanie nie jest łatwym chlebem i umęczeni twórcy lubią wylewać swoje żale i snuć domysły. Korzystajmy z tego i zapamiętujmy każde ich słowo (dzięki temu łatwiej będzie nam wyrywać). Co nas czeka w Nowym Roku, Rok Później a nawet w Dalekiej Przyszłości? Ogarniajmy już teraz!


Premiera na 2009: „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej, w reżyserii Xawerego Żuławskiego Znajomość tej pozycji to, z zakresu adaptacji filmowych, kurs dla początkujących (jeśli jeszcze nie wiecie, że młody Żuławski kręci Masłowską, najprawdopodobniej albo jesteście spambotem, albo ostatni rok spędziliście w bieszczadzkim eremie). Pojawia się pytanie, co należy o tym sądzić. Ja na przykład nie wiem. Znajomość potencjału genetycznego i debiutu filmowego właściwie nic nie dają, poza świadomością, że „Wojna” może się Żuławskiemu wymknąć spod kontroli w dowolną ze stron. Debiutancki „Chaos” to obraz przedziwny. O ile nie można mu odmówić pewnych (wysokich) aspiracji, to momentami brnie w wydumanie dające się porównać z „Na srebrnym Globie” Żuławskiego seniora. W 2006 słychać było głosy, że film ten ma szansę stać się kultowym filmem naszej generacji, bo tak celnie ją portretuje. Tymczasem lata mijają, a „Chaos” wciąż funkcjonuje na prawach środowiskowego dowcipu dla wtajemniczonych. Rozmach hiperbudżetowych scen ukazujących anarchistyczne rozruchy w Warszawie wnosi do filmu niewiele, poza świadomością tysięcy głodnych dzieci, którym ucięto stołówkowe dotacje. I podejrzeniem, czy aby przypadkiem Xawery w liceum nie słuchał za często Kazika. Przy tym wszystkim widać, że młody reżyser ma talent, środki i ambicje, żeby zabrać się za coś bardziej wartościowego niż zabarwione patosem społeczne science-fiction. Pytanie, co z nimi zrobi. Scenariusz „Wojny” napisany został przez Jana Jakuba Kolskiego, co filmowi wróży raczej dobrze. „Raczej”, bo aż do premiery trzeba będzie czekać, żeby przekonać się, jak została rozwiązana kwestia nieszczęsnego zakończenia książki Masłowskiej, jednego z najsłabszych zakończeń wśród obiecujących debiutów. I jeszcze ten Borys Szyc w roli Silnego – czy da radę? Premiera już wkrótce, jeśli się uda – na berlińskim festiwalu, czyli w lutym. Do polskich kin film trafi pewnie dopiero w okolicach Zielonych Świątek, ale niezastąpiony Tadeusz Sobolewski powie nam co myśleć już za parę krótkich tygodni. Na „cztery” można zacząć zacierać ręce. Trzy, cztery.


Premiera na 2010: „W drodze” Jacka Kerouaca, w reżyserii Waltera Sallesa Przechodzimy na poziom wyżej, mainstream goes alt. Co prawda minęły już czasy, kiedy znajomością na pamięć wyimków z „Howl” albo koszulką z Nealem Cassady można było zaimponować młodszym, ale „popularni bitnicy” to wciąż formacja kulturowa którą bardziej wypada przywoływać niż np. surrealistów. W dodatku debiut Kerouaca, mimo pół wieku funkcjonowania w obiegu jako dyżurna książka kultowa, wciąż jest niemal tak świeży jak w roku 1957. Trzeba jednak zaznaczyć, że przy całym szacunku, ale Salles ze swoją realizacją porywa się trochę z motyką na słońce. Powieść napisana została na pojedynczym zwoju papieru podczas trwającego trzy tygodnie natchnionego ciągu. Historia jej ekranizacji ciągnie się w bólach i bezproduktywnie już trzydzieści lat. Prawa do niej wykupił pierwszy Francis Ford Coppola, przelotnie posiadał je Gus van Sant, zaś w okresie, gdy mroczne chmury gromadziły się nad projektem, dwie główne role mieli obsadzić Ethan Hawke i Brad Pitt. Mając to w pamięci, trzeba się cieszyć, że skończyło się na poczciwym, rzetelnym Sallesie. Przygotowanie merytoryczne, z jakim zabrał się do kręcenia swoich „Dzienników motocyklowych” Che Guevary z 2004, świadczy tylko na korzyść planowanego filmu. W obu zresztą przypadkach reżyser przez kilka lat nie wyszedł poza fazę przygotowań do realizacji. Powstał już film dokumentujący podróż Sallesa po Ameryce śladami Kerouaca i obfite wywiady środowiskowe z przyjaciółmi – bohaterami jego prozy. Zdjęcia do właściwego „W drodze” mają się rozpocząć na wiosnę nowego roku, jak co roku od czterech lat. Miejmy nadzieję, że obecna data premiery – 2010 – jest choć trochę pewniejsza od poprzednich. Znając Waltera Sallesa i jego oddanie prawdzie dziejowej, można liczyć na świeże, dwudziestoletnie twarze, kilogramy używek i posmak filmu na tyle niezależnego, na ile można sobie pozwolić za pieniądze Coppoli.


Premiera na 2011, 2012 lub 2013: „W górach szaleństwa” H. P. Lovecrafta, w reżyserii Guillermo del Toro Jeszcze do niedawna szanse na faktyczne powstanie filmu były znacznie pewniejszej niż szanse takiego „W drodze”. Z tego, co Internet daje do zrozumienia dziś, na w rychłą adaptację „W górach szaleństwa” przyjdzie nam czekać znacznie dłużej: del Toro obarczono ekranizacjami Hobbitów na całe lata z góry. Miejmy jednak nadzieję, że pomysł nie upadnie. Wystarczy przecież spojrzeć na zdjęcie samego reżysera: czy ktoś może wyglądać na fana Lovecrafta bardziej? Chyba tylko członkowie licealnego kółka informatycznego w koszulkach zespołów śpiewających o smokach. Nie zrozummy się źle: Lovecrafta trzeba znać, bo to korzenie współczesnego popu, w szerokim rozumieniu: literackiego, komputerowego, filmowego. Nie jest też tak, żeby renesans zainteresowania pisarzem był świeżym zjawiskiem – lovecraftyzmy zaczęły napędzać najżywotniejsze (przez co rozumiem właśnie pop) rejony kultury jeszcze za krótkiego życia samego autora. Racja, musiało minąć sporo czasu, zanim ugruntowała się jego pozycja na mapie współczesnych odniesień – pozycja mizantropa, ksenofoba i największego mistyka literatury drugorzędnej w jednym. Powiedzieć, że to jego twórczość zalicza się do „gatunku fantastyki”, to jak powiedzieć, że Kerouac pisał książki o ćpaniu, a Masłowska o dresach. Fantastyczny sztafaż jego opowiadań jedynie dodaje im uroku (taniej, niezdrowo fascynującej beletrystyki). Mimo pozorów i momentami zadyszki stylistycznej pisarza, ich treści odsyłają do tych wszystkich rejonów, których byśmy się po nim nie spodziewali. Znając talent del Toro do brania na warsztat kamieni milowych mainstreamu (horrory, komiksy) i obracania ich w przyzwoite kino, wydaje się on być właśnie tym twórcą, na którego nieodkryty w pełni dla filmu potencjał Lovecrafta czekał.


? o e d a wi

n o t z Mas

Brown, USA z. z – wygrywaswygrana”), reż. Clarence as w ży Za 1. a odc. lvet” („Wielk „National Ve

1944

tekst: Aleksandra Graczyk ilustracja: Magdalena Bażela

Nick Hornby wydał dotąd pięć powieści, spośród których debiutancka wciąż wypada najlepiej. „High Fidelity” jest jak widowiskowy gol, którego męska połowa populacji, przy pomocy autora, strzela sobie do własnej bramki i płacząc, kładzie się na murawie. Dzięki tej pokazowej demaskacji my (dziewczęta) wiemy, że w gruncie rzeczy, nie ma za co (mężczyzn) się brać. I że lepiej już brać się za książki. Albo cokolwiek innego; tyle jest możliwości, tyle się przydarza – jazda konna, szydełkowanie, korzenioplastyka. Oprócz przydatnej wiedzy, powieść dostarcza też wielu rozrzewnień, a i poznawczo „się dzieje”. „High Fidelity” uczy i bawi, głównie za pomocą słynnych list rankingowych, którymi główny bohater obsesyjno-kompulsywnie inkrustuje swój potępieńczy monolog. „Pięć cech Laury, za którymi tęsknię”, „Pięć najlepszych kawałków otwierających album”, „Pięć wymarzonych zawodów”, czy numer popisowy: „Pięć zespołów, lub wykonawców, którzy zginą pierwsi, gdy nadejdzie rewolucja”. Z listy „Pięciu najboleśniejszych rozstań w porządku chronologicznym” od lat utożsamiam się ze ślamazarną Sarą Kendrew. Obserwacje Hornby'ego są trafne, uniwersalne, z czystym sumieniem można uznać je za swoje, a sama książka godna jest polecenia wszystkim posiadającym tzw. czas wolny oraz frustratom. Ale nie o niej będziemy dzisiaj mówić. „National Velvet”, hollywoodzki film z 1944 roku, swój triumfalny pochód po kinach zakończył na froncie drugiej wojny światowej, gdzie pokazywany był amerykańskim żołnierzom. Powód, dla którego odizolowanym od świata, brudnym mężczyznom z karabinami miałaby przypaść do gustu ekranizacja pseudo-przygodowej powieści dla dziewcząt, jest dość jasny. I inny niż mogłoby się wydawać. Gwiazda filmu, Elizabeth Taylor, miała co prawda zdominować zarówno gorące, blaszane dachy, jak i rozkładówki, ale dopiero w swoim czasie. Jeszcze na etapie „National Velvet” grana przez nią niesforna dwunastolatka zdołałaby wzbudzić wyrzuty sumienia i opiekuńcze instynkty w czynnym pedofilu recydywiście. Zatem skąd pomysł? Otóż wygląda na to, że spośród wszystkich filmów kiedykolwiek nakręconych, „National Velvet” jest najbliższym audiowizualnym odpowiednikiem Xanaxu. Pech chciał, że specyfik ten opatentowano dopiero ćwierć wieku po wojnie. Samym zainteresowanym (ówczesnej widowni) porównanie więc na niewiele by się zdało. Ale każdy szanujący się współczesny lekoman powinien już w tym oto momencie zacząć rozglądać się za torrentami, bo rekomendacja, która właśnie padła, jest mocną rekomendacją. JEŚLI SĄ TU PANOWIE Z POLSATU, TO TEŻ PROSZĘ PANÓW O UWAGĘ. Aż dziw bierze, że mając takie perełki w zasięgu, dwa razy do roku katuje się widzów uwalnianiem orki i sagą o bernardynach. Oto porządny film rodzinny, jeden z tych, które sprawiają, że rzucałabym butelkami z benzyną w imię tego, kto zobowiąże się załatwić światu technicolor.


Otóż wygląda na to, że spośród wszystkich filmów kiedykolwiek nakręconych, „National Velvet” jest najbliższym audiowizualnym odpowiednikiem Xanaxu. Pech chciał, że specyfik ten opatentowano dopiero ćwierć wieku po wojnie. Samym zainteresowanym (ówczesnej widowni) porównanie więc na niewiele by się zdało. Ale każdy szanujący się współczesny lekoman powinien już w tym oto momencie zacząć rozglądać się za torrentami, bo rekomendacja, która właśnie padła, jest mocną rekomendacją. JEŚLI SĄ TU PANOWIE Z POLSATU, TO TEŻ PROSZĘ PANÓW O UWAGĘ. Aż dziw bierze, że mając takie perełki w zasięgu, dwa razy do roku katuje się widzów uwalnianiem orki i sagą o bernardynach. Oto porządny film rodzinny, jeden z tych, które sprawiają, że rzucałabym butelkami z benzyną w imię tego, kto zobowiąże się załatwić światu technicolor. Historia ma konstrukcję biblijnej przypowieści: jest prosta i przeczy zdrowemu rozsądkowi. Główna bohaterka, Velvet Brown, mieszka wraz w rodzicami, rodzeństwem i pieskiem w sielskiej angielskiej wiosce z początku lat dwudziestych. Ojciec Velvet jest pozorującym surowość właścicielem lokalnej jatki, filmowanej tak, jak się filmuje sklepy z cukierkami. Matka to urocza liberalna ironistka, prowadząca w sklepie księgowość. Zwracają się do siebie „panie Brown” i „pani Brown” z uszczypliwością spotykaną wyłącznie u rozkochanych w sobie powieściowych małżeństw starej daty. Najmłodszy z rodziny, Donald, zasługiwałby na osobny akapit: jego ciągów logicznych nie powstydziłby się żaden z ninetiesowych filmów młodzieżowych (tych z „balangą” lub „trawką” w tytule). I wreszcie Velvet – najbardziej niepokojąca z dziecięcych bohaterek tego okresu. O co chodzi z końmi? Czy Liz Taylor miała na planie nieustanną gorączkę? Co wsypywano jej do kakao? Żarty żartami, ale scena, w której rozpalona z wrażenia Velvet, leżąc w łóżku, symuluje galopowanie, krzycząc „Szybciej! Szybciej!”, podczas gdy Mi (Mickey Rooney) przechadza się pod oknem z rumakiem o imieniu Pie – pozostawia widza oniemiałym i z pytaniem cisnącym się na usta („Czy to się właśnie wydarzyło?”). „National Velvet” to nie tylko zwiastujący sacharozę „Dźwięków muzyki” wizualny proto-kamp. Fabuła tego filmu jest potencjalną kopalnią argumentów na niejeden wykład gender studies. Oto siksa z prowincji dzięki własnemu uporowi zdołała wytrenować narowistego konia, którego sama zgłosiła do Grand National, wyścigu z przeszkodami, najpoważniejszej sportowej imprezy tego typu w Anglii. Więcej: zwolniła z pracy wynajętego dżokeja, obcięła włosy i w przebraniu chłopca sama wzięła udział w zawodach! Finałowa scena gonitwy, rozgrywająca się bez tradycyjnego dla tego typu momentów wsparcia orkiestry, jest w swojej klasie (klasie filmów familijnych) ekwiwalentem wyścigu rydwanów z „Ben Hura”. Z tą różnicą, że na „Ben Hurze” płacze się cokolwiek mniej rzewnie. Przestaje być ważne, czy Velvet pokona dwukrotnie od siebie starszych, wąsatych dżokejów. Przekaz filmu i bez owej wielkiej wygranej jest dość przejrzysty: Panowie, dziewczyny skopią wam tyłek. Pora połączyć wątki. Sarah Kendrew z pierwszego akapitu może i była ślamazarna, ale przy okazji znała się na rzeczy. W „High Fidelity” możemy znaleźć listę pięciu ulubionych filmów Sary. A tam, na pierwszym miejscu – „National Velvet”, wygrzewające się w blasku sławy Nicka Hornby’ego, który pozwolił sobie napomknąć o tym zapomnianym klasyku. Rzecz jasna, nie jest to w połowie równie ambitne, jak inne hollywoodzkie filmy tej dekady, żaden tam Wyler, ani nawet Fleming, ale wzruszyć się można szczerze i potężnie. „National Velvet” prezentuje najwyższej klasy uber-kicz, dobroduszną tandetę o takiej sile sugestii, że chciałoby się rzucić wszystko w cholerę i założyć rolniczą osadę, identyczną jak w filmie. Ze sztucznym śniegiem, domami bez zamków w drzwiach, nad brzegiem morza. Najlepiej gdzieś na Podkarpaciu. Ktoś się pisze?


tekst: Mateusz Borkowski ilustracje: Grzegorz Ostrowski


Roczn

3 y z a r ik 1949

Dlaczego kocham Sigourney Weaver? Za co Hollywood nie znosi Meryl Streep i czy jest on Wielka? Oraz dlaczego współczuję Jessice Lange? Alfabetycznie: Lange, Streep i Weaver. Trzy wybitne aktorki. Trzy różne osobowości. Jedno pokolenie. W 2009 roku wszystkie skończą 60 lat. Zapraszam na subiektywny ranking gwiazd.


Zdobywczyni dwóch Oscarów, Jessica Phyllis Lange, urodzona w stanie Minnesota, w rodzinie komiwojażera, podróżowanie ma we krwi. Ma za sobą młodzieńczy pobyt w Paryżu (mówi biegle po francusku), gdzie studiowała aktorstwo i pantomimę u Étienne stwa. Odkryta przez włoskiego producenta Dino De Laurentiisa, swoją przygodę z filmem zaczęła w 1976 dość niefortunnie, bo rolą w kiepskim remake’u King Konga. Piętno tej złej decyzji było obecne aż do początku lat 80. Przełomem w karierze aktorki okazał się rok 1982 i dwa filmy, w których zagrała: Tootsie i Frances. W komedii Tootsie (reż. Sydney Polack) zagrała koleżankę Dustina Hoffmana, we Frances (reż. Graeme Clifford) wcieliła się w rolę hollywoodzkiej aktorki Frances Farmer. Rola Frances okazała się jedną z najbardziej wymagających psychicznie, jak również jedną z najlepszych w dorobku Lange. Tak oto dziewczyna King Konga stała się wytrawną aktorką dramatyczną. Również pierwszy raz w historii nagród Amerykańska Akademia postanowiła nominować aktora za dwa różne filmy. Tym samym Jessica zdobyła nominację za najlepszą rolę pierwszoplanową za Frances oraz za najlepszą rolę drugoplanową w Tootsie. Ostatecznie nagrodę otrzymałą za Tootsie, przegrywając w kategorii pierwszoplanowej z Meryl Streep (Wybór Zofii). To podobno było początkiem rzekomej niechęci Lange do Streep. Trzeba dodać, że Jessica Lange była w latach 80. największą rywalką Streep. Od 1983 nie było roku, w którym nie byłaby nominowana albo Streep albo Lange. Liczyły się tylko one dwie. Lange nominowano aż pięć razy w ciągu dekady. W 1985 mimo, że nie umie śpiewać zagrała piosenkarkę country Patsy Cline, w biograficznym filmie Słodkie marzenia (Sweet dreams, reż. Karel Reisz). Była to jedna z niewielu ról, których nie dostała Meryl Streep, mimo to aktorka przyznała po latach, że nikt nie wcieliłby się lepiej w rolę Patsy od samej Lange. Lata 80. to dla aktorki również związek z Michaiłem Baryshnikovem. Rok 1989 przyniósł kolejną wybitną kreację – w filmie Pozytywka (Musicbox, reż. Costa-Gavras). Jak pisze Dominika Wernikowska: „rola wziętej pani adwokat, która decyduje się prowadzić sprawę własnego ojca Oscarżonego o zbrodnie wojenne i kolaborację z hitlerowcami, jest jedną z najbardziej interesujących w karierze Jessiki Lange. Nominacja do Oscara, jaką otrzymała aktorka za tę kreację była w pełni zasłużona”. Kolejna znaczący film to Błękit nieba z 1994 (Blue Sky, reż. Tony Richardson), gdzie zagrała rozchwianą emocjonalnie żonę Tommy'ego Lee Jonesa. Za tę własnie rolę dostała wyczekiwanego i może nie do końca zasłużonego (akurat za tę rolę) Oscara w kategorii najlepsza pierwszoplanowa aktorka. To pokazuje, jak Oscar może zniszczyć


dalszą karierę. Tak właśnie się stało w przypadku Lange. Zaczęła grać dość podobne role – gdzie bohaterka jest rozchwianą emocjonalnie żoną bądź matką, akcja toczy się na amerykańskiej farmie, a wszystko to przesiąknięte jest nostalgią i pełne jest sentymentalizmu. Ostatnią wielką kreacją Jessiki w latach 90 była rola królowej Tamory w rewolucyjnej i odważnej ekranizacji Shakespeare’a Tytus Andronikus (Titus, 1999, reż. Julie Taymor). Po zagraniu pełnokrwistej Tamory, Lange nie stworzyła chyba drugiej równie udanej postaci. Gra głównie drugoplanowe role, m.in. w Big Fish u Tima Burtona, Nie wracaj w te strony Wima Wendersa czy epizod u Jima Jarmuscha w Broken Flowers. Zwróciła się w stronę teatru grając w sztukach ulubionego Tennessee Williams’a takich jak Tramwaj zwany pożądaniem czy Szklana menażeria, Lange nie odniosła jednak spodziewanego sukcesu na Broadway’u, udało jej się dopiero w Londynie. Ostatnio było o niej głośno za sprawą operacji plastycznej, przez którą aktorka straciła swój naturalny wdzięk i charakterystyczną twarz. Podniesione brwi, wygląd Catwoman i ograniczona znacznie mimika twarzy powodują, że Lange nie będzie już w stanie stworzyć naturalnej postaci i pokazać pełnej ekspresji twarzy. Szkoda, że tak ciekawa aktorka jak Lange stała się ulubienicą stron typu awfulplasticsurgery.com czy celebritycosmeticsurgery.blogspot.com. Lange to przykład jak można sprowadzić swoją karierę na zły tor. To, co cechuje obecnie Lange, to brak ciekawych ról, powielanie tych samych środków gry aktorskiej, zmanierowanie i niepodejmowanie wyzwań. Nadzieja jest. W 2008 roku w telewizyjnym dramacie Sybil Jessica wcieliła się w doktor psychiatrii, która musi zmierzyć się z najtrudniejszym w karierze zadaniem, jakim jest jej młoda pacjentka, cierpiąca na rozszczepienie osobowości. Rok 2009 przyniesie za to nowy film Grey Gardens, gdzie Jessica zagra ekscentryczną ciotkę Jackie Kennedy – Edith Bouvier Beale. Miejmy nadzieję, że to coś zmieni. Nazywana największą żyjącą aktorką, czternastokrotnie nominowana do Oscara, zdobywczyni 2 statuetek. Pomyślcie tylko, ile razy przegrywała! 23 razy nominowana do Złotego Globu, właścicielka 2 statuetek Emmy, Złotej Palmy z Cannes, Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie, Nagrody Stanisławskiego w Moskwie, Césara, nagrody Donostia z San Sebastian, nagrody BAFTA, Screen Actor’s Guild. Wszyscy dziwią się, że Meryl Streep tak dobrze śpiewa. Tymczasem od najmłodszych lat Mary Louise Streep marzyła, by zostać śpiewaczką operową i uczęszczałą na lekcje śpiewu. Ukończyła studia aktorskie na Uniwesytecie


Yale. Na dużym ekranie debiutowała w 1977 roku w filmie Julia. Pierwszą nominację dostała za udział w Łowcy jeleni. Następnie zagrała u Woddy’ego Allena w Manhattanie (1979). Pierwszego Oscara otrzymała w tym samym roku, za drugoplanową rolę rozwodzącej się z Dustinem Hoffmanem Joanny Kramer w Sprawie Kramerów. Od 1981 i filmu Kochanica Francuza byłą praktycznie co roku nominowana. Wybór Zofii (reż. Alan J. Pakula, 1982) i rola Sophie Zawistowski, (jedno z największych aktorskich wyzwań w karierze Streep), przyniosła jej statuetkę Oscara dla aktorki pierwszoplanowej. Rok później równie wielka dramatyczna rola Karen Silkwood w filmie Silkwood (reż Mike Nichols), która z pewnością należy do kolekcji jej najlepszych ról. Potem już niekończące się pasmo sukcesów: Obfitość (Plenty, reż Fred Schepisi, 1985), Pożegnanie z Afryką (reż. Sydney Pollack, 1985), Chwasty (Ironweed, reż. Hector Babenco, 1987), Krzyk w ciemności (A Cry in the Dark, reż. Fred Schepisi, 1988), Pocztówki znad krawędzi (reż. Mike Nichols, 1990), Dom dusz (reż. Bille August, 1993), Co się wydarzyło w Madison County (reż. Clint Eastwood, 1995), Pokój Marvina (reż. Jerry Zaks, 1996). Streep nie gra, ona wchodzi bez reszty w każdą postać, staje się tym kogo aktualnie gra, a metamorfozy i wyzwania to jej specjalność. Do każdej roli solidnie i rzetelnie się przygotowuje. Do Wyboru Zofii nauczyła się wymawiać po polsku, w Silkwood po prostu staje się Karen Silkwood, w Godzinach (reż. Stephen Daldry, 2002) gra lesbijkę . Na potrzeby Dzikiej rzeki nauczyła się wiosłować, a by autentyczniej wypaść w Koncercie na 50 serce (Music of the Heart, reż. Wes Craven, 1999) ćwiczyła przez 2 tygodnie codziennie 6 godzin na skrzypcach, by w rezultacie zagrać sama w finałowej scenie na skrzypcach. W Adaptacji (reż. Spike Jonze, 2002) pali trawkę, a jako Donna w Mamma Mia! (reż. Phyllida Lloyd, 2008) tańczy, śpiewa i robi szpagat. W Aniołach w Ameryce (reż. Mike Nichols, 2003) wciela się w aż cztery role (m.in. rola anioła, Ethel Rosenberg i rabina!). Kolejną sprawą jest akcent – bez problemu mówi z akcentem irlandzkim, australijskim, wschodnioeuropejskim, brooklyńskim, bostońskim czy z Bronxu. Po drobnym zastoju pod koniec lat 90, powróciła ze zdwojoną siłą, by zagrać w takich filmach jak Godziny, Adaptacja czy Kandydat. Doskonale wypada w rolach dramatycznych, jest jednak równie rewelacyjna w komediach, po prostu komiczna! (Diablica, Ze śmiercią jej do twarzy, Lemony Snicket. Seria niefortunnych zdarzeń, Serce nie sługa, Diabeł ubiera się u Prady, Mamma Mia!). Często śpiewa w swoich filmach – pełne rozpaczy wykonanie Amazing Grace w Silkwood, country w Pocztówkach znad krawędzi i Ostatniej Audycji (A Prairie Home


Companion, reż. Robert Altman, 2006), piosenki ABBY w musicalu Mamma Mia!). We wspomnianym Mamma Mia!, niesłusznie w Polsce wyśmianym przez krytykę, rolą Donny Streep pokazuje, że 58-letnia kobieta może być radosna i mimo widocznych zmarszczek prawdziwie piękna, pełna witalności a zarazem naturalna i pogodzona ze swym wiekiem. Mamma Mia! to apoteoza kobiety dojrzałej, pierwszy w historii kina film, w którym kobieta w tym wieku jest bohaterką pierwszoplanową, i nie jest to rola babci tylko kobiety którą roznosi energia. Poza tym scena, w której Donna ze łzami w oczach i zdławionym gardłem śpiewa na wzgórzu „The winner takes it all” przejdzie z pewnością do historii kina. Meryl, mimo swojego wieku, nie ma zamiaru przystopować. Kiedyś kręciła jeden film rocznie, od kilku lat jest to przeciętnie cztery filmy na rok. Pokazuje, że wiek, naturalność i zmarszczki mogą być atutem nawet w Hollywood, że można jednak pisać ciekawe scenariusze dla dojrzałych kobiet. W roku 2009 ma szansę na kolejną Oscarową nominację, tym razem za rolę zakonnicy w filmie Wątpliwość (Doubt, reż. John Patrick Shanley, 2008). Natomiast jesienią 2009 na ekrany kin wejdzie film Julie & Julia w którym Meryl wcieli się w znaną amerykańską autorkę książki kucharskiej Julię Child. Tak więc czy się to Wam podoba czy nie, nadchodzący rok należeć będzie znowu do Meryl Streep. Koleżanka Meryl ze studiów nie miała lekko, to dla odmiany jedna z najbardziej niedocenionych aktorek. Sigourney Weaver to uosobienie inteligencji, wzór elegancji, szyku i dobrego smaku. Wystarczy obejrzeć jakikolwiek wywiad z nią. Solidnie, a wręcz perfekcyjnie, przygotowana do każdej roli, którą ma zagrać. Jest przykładem na to, że mimo braku Oscara, a także, co może wydawać się śmieszne, ale jest prawdziwe w Hollywood, braku odpowiednio wysokich partnerów do grania, można tworzyć genialne role i być zawsze wiernym sobie. Trochę w cieniu Meryl Streep, ale jako aktorka z tak szerokim wachlarzem ról w niczym jej nie ustępuje. Nie przeniosła się nigdy do Hollywood, pozostaje wierna Nowemu Jorkowi, dzięki czemu może żyć prawdziwym życiem, wybierać ciekawsze role i grać od czasu do czasu w teatrze. Urodzona w Nowym Jorku jako Susan Alexandra Weaver, w wieku 14 lat, po przeczytaniu książki Francisa Scotta Fitzgeralda Wielki Gatsby, zaczęła używać imienia Sigourney. Studiowała na Uniwersytecie Stanford, a następnie na Uniwersytecie Yale, gdzie razem z Meryl Streep ukończyła wydział dramatyczny. Z powodu wysokiego wzrostu (182 cm) już w szkole aktorskiej była dyskryminowana i obsadzano ją w


drugo- i trzecioplanowych rolach, a najciekawsze role przypadały w udziale koleżance Meryl. Do dziś Sigourney żartobliwie powtarza, że przysyłają jej role, które odrzuciła Meryl. Profesorowie w szkole uważali, że dziewczyna o takiej fizjonomii nigdy nie osiągnie sukcesu jako wykwalifikowana aktorka dramatyczna. Stało się jednak inaczej. Po skończeniu szkoły zaczęła grać w teatrze. Jej debiut filmowy to 7 sekund na ekranie filmu Annie Hall Woody’ego Allena z 1977 roku. Pierwszą wielką rolą dla Sigourney i całkowitym zwrotem w karierze okazał się udział w kultowym i wizjonerskim obrazie Obcy 8. Pasażer Nostromo w reż. Ridley’a Scott’a z 1979 roku, gdzie Sigourney wcieliłą się w porucznik Ellen Ripley. To nowy typ bohaterki w kinie – silna, inteligentna i wyemancypowana kobieta, która sama musi poradzić sobie w czasie zagrożenia. Sigourney powtórzyła jeszcze trzykrotnię rolę Ripley: Obcy. Decydujące starcie (Aliens, reż. James Cameron, 1986) – nominowana za tę rolę do Oscara, klaustrofobiczny Obcy III (reż. David Fincher, 1992) z ogoloną na zero Sigourney oraz ostatnia część tetralogii Obcy: Przebudzenie (Alien: Resurection, reż. Jean-Pierre Jeunet, 1997). Sigourney nigdy jednak nie pozwoliła, by Obcy przesłonił jej dorobek aktorski. Pomijając fakt, iż trzy pierwsze części weszły do klasyki kina, a Sigourney stworzyła nowy typ bohaterki, to istotnym jest fakt, że dzięki honorariom za poszczególne części Obcego, mogła brać częściej udział w produkcjach niszowych. Rok 1988 przyniósł dwie wybitne role Sigourney. Pierwsza z nich to postać Dian Fossey w filmie Goryle we mgle (Gorrilas in the Mist: The Story of Dian Fossey, reż. Michael Apted) amerykańskiej prymatolog, walczącej o ochronę gatunku goryli górskich w Rwandzie, którą zamordowano w 1985, w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Sigourney przygotowała się mistrzowsko do roli, pojechała do ogarniętej wojną Rwandy, zamieszkała w górskim obozowisku, z którego Fossey prowadziła swoje obserwacje, by dogłębnie poznać temat, nawiązała nawet kontakt z prawdziwymi wolno żyjącymi gorylami. Od tamtej pory aż do dziś jest honorowym członkiem i ambasadorką Fundacji Dian Fossey Gorilla Fund International. Drugi film to wyborna komedia Mike’a Nicholsa Pracująca dziewczyna, w której Sigourney brawurowo wcieliłą się w rolę bezwględnej, wyrachowanej i perfidnej szefowej Katherine Parker. Obie role przyniosły jej w 1989 roku podwójne nominacje do Oscara i Złotego Globu, dla najlepszej aktorki za rolę pierwszoplanową (Goryle we mgle) i drugoplanową (Pracująca dziewczyna). Przegrała obie szanse na Oscara, została nagrodzona jednak dwiema statuetkami Złotego Globu. Rok 1994 to dla Weaver spotkanie na planie filmu Śmierć i dziewczyna z

reżyserującym Romanem Polańskim. Wybitny obraz Polańskiego traktuje o bezsilności, pragnieniu zemsty i chęci wymierzenia kary na swoim oprawcy, a także o relacji kat versus ofiara. Koncertowe trio Weaver – Ben Kingsley – Stuart Wilson brawurowo zagrało w tym klaustrofobicznym, teatralnym wręcz w klimacie, dramacie psychologicznym. Kolejna wielka rola to Helen Hudson w thrillerze Psychopata (Copycat, reż. Jon Amiel, 1995) – cierpiąca na agorafobię doktor psychologii, która jest specjalistką od tworzenia profili psychologicznych seryjnych morderców. Z tego właśnie filmu pochodzi słynna scena z ubikacji, w której Sigourney wykłada


papierem toaletowym deskę sedesową. Lata 90. przyniosły Weaver również inne wybitne i różnorodne kreacje jak choćby w Burzy lodowej Anga Lee z 1997 (nominacja do Złotego Globu), Śnieżka dla dorosłych (Snow White: A Tale of Terror, reż. Michael Cohn, 1997, nominacja do nagrody Emmy) czy Mapa świata (reż. Scott Elliott, 1999, nominacja do Złotego Globu). W Wielkim podrywie komicznie śpiewa po rosyjsku, w inteligentnej komedii Debiutant (Tadpole, reż. Gary Winick, 2002) jest obiektem seksualnych marzeń 15 latka. Wcieliła się również w rolę matki-kumpelki głównego bohatera granego przez Emile’a Hirscha w błyskotliwym filmie ze znakomitym scenaiuszem autorstwa Dana Harrisa Wymyśleni bohaterowie (2004). Była częścią zespołowej, doborowej obsady w filmie o Trumanie Capote Bez skrupułów (Infamous reż. Douglas McGrath 2006). Największym od kilku lat artystycznym sukcesem aktorki był udział w niszowym kanadyjskim filmie Śniegowe ciastko (Snow cake, reż. Marc Evans, 2006) z udziałem Alana Rickmana. Weaver gra Lindę, dorosłą kobietę chorą na autyzm, która funkcjonuje w miarę dobrze w społeczeństwie. Nie jest to jednak kobieca werjsa Rain Mana, ponieważ nie jest to film o autyzmie, a historia, której częscią jest kobieta z autyzmem. Weaver przygotowywała się do roli przez rok, spotykając się z różnymi kobietami funckjonującymi z tą chorobą. Film otwierał 56. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie w 2006 roku, a Weaver za rolę Lindy otrzymała znakomite recenzje. Oprócz bycia aktorką, Weaver jest też amerykańską Krystyną Czubówną, czyta bowiem filmy przyrodnicze (amerykańska wersja Planet Earth 2006), a ostatnio także z powodzeniem dubbinguje filmy animowane. Użyczyła głosu złej królowej Fridzie w Happy wkręt (Happily N'Ever After, 2007), jest głosem komputera statku kosmicznego w słynnej już produkcji Pixara WALL.E (2008), a także narratorką w najnowszym filmie Dzielny Despero (The Tale of Despereaux, 2008) o niezwykłej myszce z dużymi uszami. Rok 2009 przyniesie, jak mówi Sigourney, najambitniejszy projekt w jej karierze, mowa o dziele Avatar w reżyserii Jamesa Camerona, nowatorskim obrazie w technice IMAX 3D z aktorami, Sigourney wcieli się w rolę Dr Grace Augustine. Oprócz tego będziemy mogli ją zobaczyć w dwóch filmach tworzonych z myślą o telewizji: Prayers for Bobby, w którym zagra konserwatywną i nietolerancyjną matkę, której syn gej popełnia samobójstwo oraz biografię Gypsy and Me, gdzie wystąpi w roli słynnej amerykańskiej artystki wodewilowej XX wieku Gypsy Rose Lee. Wysocy górą. A Sigourney życzę samych sukcesów w 2009 roku.


tekst: Dominika Bobulska ilustracje: Grzegorz Ostrowski


IN D U W

E D N

K R

Z racji swojego kiepskiego stanu zdrowotnego, tegorocznego Sylwestra spędziłam w domu. Na szczęście, jako że nie posiadam odbiornika telewizyjnego, nie dane mi było upokorzyć się poprzez spędzenie go z Jedynką. Zresztą słyszałam, że program jest nagrany zawczasu, wcale nie jest na żywo i nawet gdyby prowadzącym był mój ukochany Zygmunt Chajzer, który ma makijaż permanentny (sic!), to bym się nie skusiła. Tak więc, zamiast prężnej oferty filmowej TVP w postaci filmów: „Mumia”, „Pociąg śmierci” (z Piercem Brosnanem!) oraz „Wyspa węży” (przerażające przeżycia turystów podczas spływu afrykańską rzeką, taaak), zaserwowałam sobie „Zabić drozda” (które poprzedni raz widziałam w wieku lat 10, kiedy to rodzice składali świeżo nabyte w IKEI łóżko piętrowe), „Jeżeli...” (które z kolei widziałam niedawno, ale mam słabość do filmów o mniej lub bardziej zdeprawowanych atrakcyjnych chłopcach z prywatnych szkół z internatem) oraz „Happy-go-lucky” (szczerze odradzam, mogłam jednak wybrać „Bulwar zachodzącego słońca”, który też już, co prawda, widziałam). Ale zupełnie nie o tym ma być mowa. Mowa ma być natomiast o filmowych dzieciach, które każą mi odwoływać wypowiedzi w rodzaju „nienawidzę bachorów” i „dzieci to zło”, i rozglądać się za jakimś atrakcyjnym materiałem genetycznym. Oto przed Państwem, będący owocem silnego impulsu, krótki wykaz cudownych dzieci kina (kolejność przypadkowa)


1. Jean Louise 'Scout' Finch (Mary Badham) Oto właśnie powód sporządzenia tej listy. Śliczna, niebywale rezolutna, inteligentna i urocza dziewczynka z charakterkiem. Kiedy pod koniec filmu mówi Atticusowi, że „to by było coś jak zabicie drozda” łzy stają mi w oczach, a ręka bezwiednie poszukuje długopisu i kartki, by napisać podanie o natychmiastową adopcję. Mój absolutny numer 1. Zabić drozda, reż. Robert Mulligan, 1962 2. Jenny Curan (Hanna Hall) „Run, Forrest, ruuuuuun!”. Forrest Gump, reż. Robert Zemeckis, 1994 3. Angelica Bell (Sophie Wyburd) Zdecydowany nadmiar energii u większości dzieci powoduje u mnie zgoła niekorzystne objawy. Angelica, jak samo imię wskazuje, jest aniołem – zarówno wizualnie, jak i pod względem charakteru. Spokój, spokój, spokój. Policzcie do dziesięciu i uwierzcie, że takie dzieci istnieją. Godziny, reż. Stephen Daldry, 2002 4. Dziewczynka z morza (Nikol Leidman) Jeżeli wszystkie dziewczynki, które wychodzą z morza, są rude, piegowate, wielkookie i urocze to kiedyś się po jedną wybiorę. Choć nie należy wykluczać, że stopień zanieczyszczenia Bałtyku może spowodować, że zamiast ładnej dziewczynki wyłowię zmutowanego szprota, bełtwę festonową albo tajemniczy obiekt o nazwie kur diabeł (powiedzcie mi, czy takie nazwy nie są przypadkiem wymyślane po spożyciu jakichś niedozwolonych środków?). Meduzy, reż. Etgar Keret, 2007 5. Nadia Kotow (Nadieżda Michałkow) – Był pan w zoo? – Słucham? – Był pan w zoo? – Tak! – Uciekł pan, bo źle karmili? Po prostu 100% naturalnego uroku. Spaleni słońcem, reż. Nikita Michałkow, 1994 6. Amelia Poulain (Flora Guiet) Kiedy powiem, możecie zacząć mnie obrzucać błotem. Tak, uważam, że Amelia to całkiem niezły film i tak, widziałam go chyba z kilkadziesiąt razy i mam zwyczaj oglądać go, jak mi smutno albo mi się wybitnie nudzi i tak, uważam, że mała Amelia ze swoim zestawem zabaw (żadnych Barbie, duuużo bujnej wyobraźni) jest doprawdy całkiem fajna. I jeszcze ma ładną fryzurę. No, już. Amelia, reż. Jean-Pierre Jeunet, 2001


7. Bobby Phillips (Rupert Webster) Za dwuznaczne zachowania, ambitne plany życiowe, jedyny w swoim rodzaju sposób poprawiania włosów, który zdecydowanie powoduje ciarki i za strzelanie do nauczycieli, uczniów i dostojników wszelkiej maści z dachu szkoły, przy jednoczesnym zachowaniu idealnego wyglądu. Nic dziwnego, że homoseksualizm miał w College'u tylu zwolenników, a niejaki Partridge z Haig House koniecznie chciał wymienić się „swoim Trevorem” za „waszego Bobby'ego”. Jeżeli…, reż. Lindsay Anderson, 1968 8. Miguel (Miguel Ángel Herranz) – Cześć, mamo. – Co tak późno? – Odrabiałem lekcje z Raulem. – Pewnie znowu spałeś z jego ojcem. – To co? Jestem panem swego ciała. Trzeba umieć się ustawić w życiu, nieprawdaż? Szczególnie polecam przeprowadzenie się z 44 m2 domu rodzinnego do bogatego dentysty. Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?, reż. Pedro Almodóvar, 1984 9. Salvatore 'Toto' Di Vita (Salvatore Cascio) Cudownie niewyparzony jęzorek + miłość do kina jeszcze w czasach noszenia wąsów od mleka – wystarczająco dużo, aby mnie ująć. Niestety tylko przez 1/3 filmu – nastoletni ultrawłoski Toto to już zdecydowanie nie mój typ. Cinema Paradiso, reż. Giuseppe Tornatore, 1988 10. Elliott (Henry Thomas) Bo, w przeciwieństwie do młodocianej Barrymore (która już 5 lat później ostro wciągała koks),o nie ubierał E.T. w damskie fatałaszki. Plus dodatkowe punkty za iście brawurową inscenizację filmowego pocałunku (zwróćcie uwagę na trik ze wzrostem!). E.T., reż. Steven Spielberg, 1982


Robin Cracknell

tekst: Katarzyna Borelowska zdjęcia: Robin Cracknell

Przekleństwa dziecinności www.robincracknell.com


PIANA: Na dobry początek, proszę cię, opowiedz nam coś o sobie. Kim jesteś i czym się zajmujesz? ROBIN CRACKNELL: Nazywam się, Robin Cracknell i jestem artystą obecnie mieszkającym w Londynie. Pomimo iż większość mojej pracy twórczej należy do dziedziny fotografii, dużo czasu poświęcam rysunkowi, pisaniu i mixed mediom, tak więc nie jestem fotografem w prawdziwym tego słowa znaczeniu. To tak pokrótce. PIANA: Pamiętasz może, jak zaczęła się twoja przygoda z fotografią? Co zadecydowało o tym, że stała się ona dla ciebie tak ważna? R.C.: Pamiętam dokładny moment, w którym zakochałem się w fotografii, zupełnie jakby to było wczoraj. Patrzyłem wówczas przez wizjer lustrzanki należącej do mojego przyjaciela, miałem wtedy około 13 lat. Przypominam sobie, gdzie wtedy byłem i co wtedy czułem, tę nieokreśloną energię i moc, dzięki której mogłem uwieczniać i zapamiętywać co tylko chciałem. Tworzenie i chwytanie pewnych chwil daje wiele możliwości i władzę. Zupełnie jak pisanie czy reżyserowanie filmu. Daje ci poczucie wolności i możliwość manipulowania danymi sytuacjami. Jednak dla mnie rzeczą, która była i jest najwspanialsza, jest to poczucie posiadania czegoś, czego nikt inny nie może posiadać - tej wyjątkowej chwili, w której zdjęcie zostało zrobione. PIANA: Powiedz mi proszę, jakie znaczenie maja dla ciebie zdjęcia i co chcesz dzięki nim pokazać? R.C.: Osobiście uważam, że każde zdjęcie jest rodzajem autoportretu autora. Zdjęcie drzewa, które zrobiłem, mówi o mnie tyle samo, co drzewo samo w sobie, stąd wychodzę z założenia, iż fotografia to sposób na przedstawienie mojej osobistej historii, mojego własnego świata. Nawet kiedy robię zdjęcie mojemu synowi, wiem, że tak naprawdę dokumentuję moją relację z nim. Moja osobowość jest naniesiona na jego portret. Poza tym uwielbiam także malarstwo. Fotografia to poniekąd obrazy świetlne na specjalnego rodzaju płótnie – te wszystkie rysy, kurz, paprochy – to dla mnie interesujący temat i sposób przekazu pewnych treści. Uwielbiam możliwości kontrolowania koloru i starych tekstur, których zresztą często używam w moich pracach.


PIANA: Czy jedną z Twoich głównych inspiracji nie jest przypadkiem film? Co jeszcze bywa dla Ciebie inspiracją do tworzenia? R.C.: Film jest zdecydowanie jedną z moich głównych inspiracji. Lubię patrzeć na moje zdjęcia jak na fragment narracji, jak na wyrwany kawałek pewnej nie opowiedzianej historii. To coś jak klatki z prawdziwego i rzeczywistego filmu. Uwielbiam też stare filmy rodzinne. Jednym słowem: złe kolory, wstrząsy kamery, rozmazane twarze i tragiczne kadry. Zdjęcia to poniekąd klatki z niemego filmu, wszystkiego trzeba się domyślić. Inspirujące są dla mnie również wspomnienia, choć 'inspirujące' może wydawać się złym słowem. To bardziej nawiedzanie wspomnień. Czasami czuję, że jest wiele nierozwiązanych spraw i myśli w mojej głowie, pozostałości po smutkach, żalu, bólu czy resztki wzlatujących chwil zgryzoty. Tak też fotografia (jak i każda inna sztuka) pomaga mi odnaleźć sens i rozwiązać pewne problemy z przeszłości, być może i poprzez ich odtwarzanie, kto wie? PIANA: Większość twoich zdjęć opowiada nam historie o dzieciństwie, nie mniej jednak, mam nieodparte wrażenie, że kryje się za tym coś więcej. Dzieci nie wyglądają na specjalnie szczęśliwe, podczas gdy zwykle automatycznie kojarzymy dzieciństwo ze szczęściem i zabawą. Jaka jest twoja wizja dzieciństwa? R.C.: Jak by nie było, dzieciństwo to nie zawsze szczęśliwy okres życia. Nawet kiedy powracamy pamięcią do tego 'szczęśliwego' dziecińswta, wówczas większość z nas wspomina momenty, kiedy czuliśmy się bezsilni, przestraszeni, bezbronni, niezrozumiani, zastraszeni, odizolowani czy samotni. Poza tym okres dorastania jest czymś niezwykłym. Kiedy on się kończy? Każdemu trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Okres 'niewinności' znika tak szybko, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. To bardzo smutne, kiedy widzisz dzieci, które są tak okrutnie cyniczne i w pewien sposób skrzywdzone, powinny się przecież radować i mieć poczucie wszelkiej wolności. Oszukujemy sami siebie, że bycie dzieckiem to najwspanialszy okres w naszym życiu, bo w gruncie rzeczy chcemy w to silnie wierzyć. Jednak prawda jest taka, że dzieci są przerażone światem, który sami im tworzymy i do życia w którym ich uczymy. Zamiast je kochać i ochraniać, często robimy coś zupełnie odwrotnego. Często jestem krytykowany za to, że w pracach związanych z dzieciństwem ukazuję utratę niewinności, ale jest ona w gruncie rzeczy czymś, czemu nie możemy zaprzeczyć, ani czego nie możemy powstrzymać. Taki już pada na nas wyrok, kiedy tylko pojawimy się na tym świecie, a co gorsza, ciągnie się za nami aż do śmierci. Dzieciństwo kształtuje i buduje osobę, którą będziemy w przyszłości, więc nie uważam, że to tylko okres kończący się na nastoletniości. To coś, z czym będziemy kroczyć przez całe nasze życie i nigdy nas nie opuści. PIANA: Pracowałeś już z wieloma poważnymi klientami. Którą z tych kolaboracji wspominasz najlepiej? R.C.: Na początku mojej kariery zawodowej często zlecano mi projekty okładek do książek, stąd, na dzień dzisiejszy, mam ich na koncie około 300, zupełnie różnych pisarzy i gatunków literackich. To niesamowity przywilej i zaszczyt, kiedy dostajesz niepublikowany jeszcze manuskrypt i musisz do wykonać do niego okładkę, która będzie zgodna z wizją autora tekstu. W latach 80. i 90. poznałem Petera Dyera, który w owym czasie był dyrektorem artystycznym jednego z większych wydawnictw w Anglii. Zlecił mi stworzenie wielu okładek i do dzisiaj uważam ten okres za niezwykle ekscytujący i inspirujący. Pamiętam, że był to pierwszy moment w moim życiu, kiedy poczułem się pewnie z własną twórczością i to uczucie pewności siebie pomogło mi porzucić 'komercyjną' sztukę na korzyść mojej własnej.


PIANA: Proszę, powiedz nam pokrótce, na czym polega twój projekt Cine (taśma filmowa)? R.C.: Kiedy po raz pierwszy przeprowadziłem się do Londynu, spędziłem dużo czasu w galerii ICA (Instytut Sztuki Współczesnej) i tamtejszym kinie. Po krótkim czasie, zaprzyjaźniłem się z ludźmi z kabiny projekcyjnej, a ponieważ w tamtejszym czasie interesowałem się kolażem, za ich pozwoleniem wybierałem ze śmietnika odpadki ze starych filmów. Robiłem to przez wiele lat i w sumie uzbierałem setki zarysowanych i brudnych wycinków filmowych. Pomimo że są one zniszczone, uważam że kolory, ich tekstury czy sama pozostałość po duchu czasu to coś zupełnie pięknego. Moim następnym projektem będzie wystawienie ich jako zdjęć. Miejmy nadzieję, ze będzie to miało miejsce w ICA, gdzie po raz pierwszy zostały odkryte. PIANA: Co sadzisz o aparatach cyfrowych i o współczesnym postrzeganiu fotografii? R.C.: Przyznam, że nie wiem czemu, ale nie czuję się zbyt komfortowo z fotografią cyfrową. Być może jest tak, ponieważ bardzo mało wiem na ten temat. Jak dla mnie odbiera ona pewien element autentyczności, który daje tylko klisza, niemniej jednak, nie można ich ot tak porównywać. Zapewne fotografia analogowa, jak i cyfrowa, mają swoje wady i zalety. Wydaje mi się, że to po prostu zależy od osoby, która stoi za obiektywem. Każdy powinien sam zdecydować, która metoda lepiej opowiada jego historie. Osobiście wolę pracować nad kawałkiem filmu, maczając palce w chemii i brudzie, niż nad Photoshopem.


PIANA: Masz może jakieś życzenia na przyszłość? R.C.: Moim życzeniem, a raczej marzeniem, jest przeniesienie się z martwej fotografii na produkcję filmu. Mam już napisany scenariusz i teraz tylko czekam, aby wprowadzić go w życie. Poza tym czasami mam wrażenie, że moje zdjęcia nie przemawiają do widza dostatecznie, a bardzo bym tego chciał. Wolałbym, żeby bardziej krzyczały treścią do jednostki, niż wisiały niezauważone w czyjejś galerii. PIANA: Na zakończenie, czy masz może jakąś złotą myśl dla naszych czytelników? R.C.: Haha… złota myśl dla czytelników? Cóż, mogę tylko tyle powiedzieć: nie bójcie się popełniać błędów i nie przejmujcie się innymi ludźmi i ich opiniami na temat waszych prac. Owszem, słuchać warto, ale sugerujcie się swoim wewnętrznym głosem, a nie tym, że wasi rodzice, wykładowcy czy przyjaciele nie rozumieją tego, co robicie. Sztuka nierzadko sprawi, że będziecie się czuli jak outsiderzy, ale to rodzaj przywileju, wiec bądźcie z tego dumni i idźcie opowiedzieć swoją historie. Niezależnie czy wykorzystacie do tego gitarę, ołówek, aparat czy cokolwiek… Po prostu stwórzcie swoją własną historię, bowiem świat tylko na was czeka.


Portrety r/ewolucyjne Teda Sabarese-a tekst: Katarzyna Borelowska foto: Ted Sebarase

www.tedsabarese.com


Zaczynając nasz wywiad, proszę przedstaw się. Nazywam się Ted Sabarese. Jestem profesjonalnym fotografem, mężem i ekspertem do zmian pieluch. Niekoniecznie w tej kolejności. Obecnie jesteś wielkim fotografem. Wygrałeś masę poważnych konkursów, takich jak Pilsner Urquell w kategorii najlepszy fotograf roku, ale nie zawsze fotografia była Twoim konikiem. Czy to prawda? To prawda. Trochę mi to zajęło, aby dojść do tego etapu, na którym jestem teraz. Przyznam że była to dosyć dziwna podróż. Dużo czasu ze swojego życia spędziłem jako profesor języka angielskiego, projektant graficzny, pisarz fikcyjny i jako dyrektor artystyczny w agencji reklamowej. Tak to wszystko trwało wieki, dopóki nie przeprowadziłem się do Nowego Jorku 15 lat temu i fotografia zaczęła być moją obsesją. Jedne z najlepszych szkół fotograficznych w stanach były właśnie tam, wiec podjołem decyzje żeby rozpocząć nowe studia. Ponieważ pracowałem, byłem w stanie uczęszczać tylko do jednej ze szkół w semestrze. Po około 6 latach zaczołem dostawać drobne, płatne zlecenia na zdjęcia. Jeden projekt prowadził do kolejnego i zanim zdarzyłem się obejrzeć tonołem w zleceniach. Wtedy stwierdziłem że nastał ten czas, aby bardziej wciągnąć się w fotografie komercyjną i poświęcić się temu całkowicie. Jak się okazało, była to jedna z bardziej przerażających a zarazem życzliwych i dobrych decyzji w moim życiu.


Czy Twoje wcześniejsze doświadczenie zawodowe pomogło Ci jakoś w pracy fotografa? Tak mi się wydaje. Wszystkie moje poprzednie 'życia' jak to lubię je nazywaćod pisania poprzez design i reklamę- nauczyły mnie artystycznego wyczucia i pomogły wykształcić moja fotograficzna wizje. Nie było to dla mnie oczywiste i pewne, ze porzucając wszystko wcześniejsze, całą moja prace, w efekcie odnajdę samego siebie i swój styl w fotografii. Moim ulubionym obrazkiem są postaci-narratorzy (nawet, jeśli ów bohater nie jest osoba, ale nieożywionym przedmiotem jak łódź czy ławka w parku), które starają się opowiedzieć historie. Ponadto preferuje czyste, graficzne kompozycje i zwykle wole odjąć niż dodać. Moja kariera reklamowa zdecydowanie nauczyła mnie, aby się opierać na pomyśle i starać się, jak najbardziej uwypuklić koncept. Możecie zresztą zauważyć ze większość moich prac to serie związane z jakimś tematem, które więcej opowiadają w całości niż jako poszczególne fotografie. Ale znowu też, nie jest tak że na siłe staram się robić to wszystko. Inaczej byłoby to bardzo nienaturalne. Co chcesz pokazać poprzez swoje zdjęcia? To zależy. Kiedy pracuje nad własnym, osobistym projektem to staram się wyjść z pomysłem, którego nie widziałem wcześniej. Nie po to, aby się wybić, ale aby moc wyznaczyć sobie jakąś ideowa poprzeczkę. Pomysł musi być wówczas dobry i przemyślany, bowiem nikt nie pomaga mi w finalizacji takich przedsiemwzieć. Detale i drobiazgi tworzą znaczne różnice pomiędzy bardzo dobrym zdjęciem a takim, na którego widok ludzie oszaleją i stwierdza, "Cholera! To wspaniale!". Wydaje mi się ze seria "Evolution" jest dobrym na to przykładem. Jeśli chodzi o moja prace na cześć reklamy to cóż, moim największym golem jest wymyślenie pomysłu i popchniecie go tak daleko na ile klient i agencja mi zezwala i akceptuje to, co robie. To jest właśnie piękno współpracy. Lubię pracować z kreatywnym zespołem nie mówiąc juz o kreatywnym kliencie. 6 czy 7 głów to zawsze lepiej niż jedna. W moim dziale portrait/editorial, staram się być prawdziwy w stosunku do tematu i staram się pokazać go w jak najlepszym świetle (obiektywnie i w przenośni). To nie koniecznie oznacza ze staram się przemienić każdą możliwą chwile i temat w szczęśliwą i wesołą. Z drugiej strony, kiedy patrzysz na jakiąś fotografie, odbierasz dokładny stan i odczucia osoby w momencie robienia zdjęcia. Na przykład, kiedy portretowałem rodziny cierpiące z powodu HIV/AIDS w Birch Summer Camp, wydaje mi się że uchwyciłem sens krótkiego i jakże rzadkiego momentu wśród ludzi w podobnej sytuacji. Pracowałeś już, z wieloma poważnym klientami takimi jak Nike, HBO, Ikea czy UNICEF. Którą z tych kolaboracji wspominasz najlepiej? Myślę, że generalnie miałem szczęście do wszystkich projektów. Hmm, żebym ja to wybrał jeden... Cóż, ostatnio zostałem wybrany, aby zrobić zdjęcia dla Kleenex (w Polsce figuruje jako Velvet) do pierwszej ich kampanii od 10 lat. Punktem reklamy było hasło 'wyzbądź się tego' a pomysł z kolei, skupiał się na tym, aby odnaleść prawdziwych ludzi i przeprowadzić z nimi wywiad na temat ich personalnego i emocjonalnego życia. To naprawdę był cudowny pomysł, bowiem, ludzie albo się śmiali, płakali, kichali albo ziewali a my, zawsze mięliśmy paczkę chusteczek dla nich. Przebyłem wtedy Amerykę na wskroś i wraz z bardzo kreatywnym zespołem z JWT Advertising zrobiliśmy zdjęcia ponad 100 osobom.


Co sądzisz na temat fotografii mody? Czy podobała Ci się współpraca z Nickiem Cavem i jego szalonymi kostiumami? Jak można zauważyć, nie jestem fotografem mody. Nie mogę nadążyć za najmodniejszymi fryzurami, makijażem, modelkami, wszystko się tak szybko zmienia w modzie. Dzięki Ci Panie za ludzi, którzy to robią, ale to naprawdę nie moja działka. Zdecydowanie bardziej wole uwieczniać dziwnych i nie zawsze pięknych ludzi. Magazyn CITY w Nowym Jorku zaprosił mnie do współpracy z Nickiem Cavem, ponieważ nie poszukiwali tradycyjnego fotografa mody. Podłapałem ten pomysł, ponieważ kostiumy Nicka są niesamowicie oryginalne I wiedziałem, że zapewne nigdy nie będę miał juz okazji z nim współpracować. Nick był modelem dla swoich własnych strojów i przyznam ze współpraca z nim była niesamowita. Jest nadzwyczajnie kreatywną indywidualnością i bardzo podobał mu się pomysł łączenia sztywnego pozowania ze sztuka. Jakie znaczenie personalne mają dla Ciebie Twoje prywatne projekty fotograficzne? Poniekąd już odpowiedziałem na to pytanie wcześniej, ale dodam że staram się rocznie zrobić od 1 do 2 projektów. To jak mięsista gąbka dla mojego umysłu, który jest żądny podejmowania takich prób, które zresztą, często pomagają mi w otrzymywaniu komercyjnych zleceń. Jestem naprawdę zaskoczony tym, jak bardzo agencje doceniają osobiste prace. Teraz, porozmawiajmy o Twoich inspiracjach. Czy muzyka Cię inspiruje? Co poza tym wpływa na sztukę Teda Sabarese-a? Kocham muzykę. Myślę ze mam około 26 dni muzyki na ipodzie haha. Najbardziej interesują mnie klimaty Indie rock z tekstami, które maja jakieś mocniejsze przesłanie liryczne. Jestem wielkim fanem The Decemberists. Ponadto, staram się szukać inspiracji gdzie tylko mogę. Lubię chodzić do kina, muzeum, na koncerty, do teatru, na pokazy taneczne- w Nowym Jorku ciągle cos się dzieje wiec nigdy nie mam problemu z zaplanowaniem sobie dnia. Nie mniej jednak tak naprawdę to te najmniejsze rzeczy, przez które przechodzę dają mi najwięcej pomysłów do zdjęć. Jeśli spacerujesz po nowo jorskich ulicach w kółko przez godzinę to możesz być pewien że, znajdziesz coś zaskakującego i inspirującego. Trudniejszą rzeczą jest posiadanie cały czas otwartych oczu, kiedy tyle się dzieje dookoła. Dla przykładu, spacerowałem kiedyś po parku Union Square i najszczuplejszy człowiek, jakiego kiedykolwiek widziałem podążał za mną. To znaczy, kiedy w końcu mnie wyprzedził nie byłem w stanie go zobaczyć w pewnej odległości. Nie sądze, aby miał jakiś problem z brakiem łaknienia . W każdym razie ten widok zainspirował mnie do zrobienia zdjęć chudym ludziom z jedzeniem. Wciąż pracuje nad tym projektem wiec, kiedy skończę na pewno prześle wam trochę zdjęć. Na zakończenie, proszę powiedz nam czy masz jakieś życzenia na nowy rok? Zdrowie. Pokój. Koniec naszej wojny w Iraku. Spełnienie obietnic Obamy. Kontynuacja sukcesu Piany. I może parę miażdżących projektów reklamowych. Tak więc mam zupełnie zwyczajne pragnienia haha.


TOP 10 PIOSENEK DNIA NASTĘPNEGO tekst: Karolina Pietrzok ilustracje: Damian Siemień Grzegorz Ostrowski

Każda zdrowa na ciele i umyśle jednostka znajduje się czasem w sytuacji, której następstwem jest tragiczny stan psychofizyczny, zwany potocznie kacem. Nadchodzący czas sylwestrowo-karnawałowy przywołuje niewesołą refleksję, iż częstotliwość (bądź moc) tychże może wkrótce niebezpiecznie wzrosnąć. PIANA spieszy z bezinteresowną pomocą! Kac. Krótkie słowo, trzy litery o porażającym ciężarze gatunkowym, konotujące nieopisane cierpienia, bóle wszelkiej maści, zwątpienie w świat i prawidłowe funkcjonowanie połączeń nerwowych. Ta przykra przypadłość wymaga specjalnego traktowania oraz kompatybilnej z nią ścieżki dźwiękowej. Istnieją oczywiście indywidua nie przyswajające Dnia Zero muzyki w żadnej postaci, jednakowoż leżenie w ciszy, przysłuchując się nieregularnemu biciu własnego serca, nie działa budująco na psychikę. Przecież lepiej zagłuszyć. Dla tych, którzy ciężar życia dzień po znają z autopsji – ściąga na post-sylwestrowe katusze z zestawieniem dziesięciu utworów przydatnych w koegzystencji z tym nieproszonym, acz nieodłącznym towarzyszu zabaw.


10 – Ready For The Floor – Hot Chip

Sięgnij pamięcią ku wydarzeniom minionej nocy. Czy grawitacja chciała udowodnić ci swoją wyższość nad gatunkiem ludzkim? Czy podłoga zapragnęła nagle twojej czułości i bliskości? Czy udało ci się zaliczyć bliższe spotkanie z wyjątkowo przebiegłym schodkiem? Nie byłeś na to gotowy? A Hot Chip byli, 1:0 dla nich.

9 – Unsolved Mysteries - Animal Collective

Istnieje pewne prawdopodobieństwo, iż ciąg wspomnień z minionej nocy okaże się być niekompletny i brutalnie przerwany w najbardziej interesującym momencie. Nierozwiązane tajemnice własnej inwencji na polu rozrywkowym łatwiej przeboleć w towarzystwie kojących dźwięków Kolektywu. Tylko uparte nawoływanie by przestać płakać jak dziecko w finale kawałka brzmi cokolwiek cynicznie. Ktoś tu nie ma serca.

8 – Get Me Away From Here I'm Dying – Belle & Sebastian

Czujesz, że śmierć stoi z kosą tuż za progiem? Cóż, pamiętaj, że jesteś architektem własnego cierpienia. Możesz błagać godzinami, nikt nie wyratuje cię przed mackami tej potężnej i tajemniczej choroby. No, może tylko przyjemnie bujająca melodia kameralnego kawałka Belle & Sebastian.

7 – Kręcimy się w kółko – CKOD

Wszystkim dziewczynom jest źle. Chłopcom zapewne też. Kolejny przystanek na drodze samobiczowania prowadzącej do ostatecznej konkluzji, iż od imprezy do imprezy, zaiste kręcimy się w kółko. Pytanie o to, czy wydźwięk tej myśli jest pozytywny, czy negatywny, pozostaje otwarte. A CKOD ładnie przygrywa.

6 – It’s the little things we do – The Zutons

Małe, niewinne zabawy nocne zgotowały ci ten los. Bonusowe punkty dla Zutons za teledysk – już pierwszy rzut oka na zbolałe twarze pokazuje, że cierpienie o poranku to dla nich nie pierwszyzna. Uwaga dla wrażliwców: grzmocąca perkusja i przeraźliwa gitara niosą ze sobą ryzyko przepiłowania nadwątlonych zwojów mózgowych.

5 - How To Disappear Completely – Radiohead

Wśród wszystkich znanych ludzkości sposobów na walkę z kacem, zniknięcie wydaje się być rozwiązaniem optymalnym. Wprawdzie towarzystwo muzyki Radiohead w tak delikatnych okolicznościach może zaprowadzić mniej odporne psychicznie jednostki na dno rozpaczy i jeszcze dalej, jednak w ramach umartwiania się po wyjątkowo soczystej imprezie - zasłużyłeś!

4 – The Hangover Song (You'll Need This New Year's Day) Network13 O nieznośnej ciężkości bytu w sposób jak najbardziej dosłowny i z jaką dozą wyczucia tematu! Bolącą głowę ukołysze skoczna melodia country, tekst pocieszy, iż na ziemskim padole nie jesteśmy sami ze swymi udrękami i pulsem dudniącym w skroni tak głośno, że prawdopodobnie przy minimalnej ilości wysiłku słyszalny jest przez sąsiadów po przeciwnej stronie ulicy. I przypomni o zbawiennym wpływie soku pomarańczowego na zdruzgotany organizm!

3 - After every party I die – I AM X

Chris Corner najwidoczniej wie, o czym mówi, gdyż generowane przez niego hipnotyczne dźwięki o bezsennym bólu post-zabawowego istnienia współgrają z efektami zbyt szampańskiej zabawy jak nic innego! Mroki zmaltretowanej psychiki, duszne, zadymione podziemia i echa ciemnych klubowych sal - klasyczny już hymn wycieńczonych imprezowiczów.

2 - I’m so tired – The Beatles

W tym nietypowym (lub typowym, w zależności od preferowanego stylu życia) momencie biografii, jakim jest niebyt po nadużyciu substancji trujących, nic nie przygarnie Cię do serca tak ciepło i troskliwie, jak leniwy utwór Beatlesów. Z dźwiękami dawnych czasów oraz dawnych kaców wzlecisz w otchłanie błogości i BYĆ MOŻE uda ci się wręcz spokojnie zasnąć. Jeśli nawet czwórka z Liverpoolu nie znalazła odpowiedzi na dręczące pytanie, czy warto w ogóle podnosić się z łóżka, po cóż masz sobie zaprzątać nim głowię i Ty? Niech ci kołdra lekką będzie.

1 – Sunday – Bloc Party

Istnieje na świecie niezbite prawo, mówiące, iż w dniach największego rozkładu organizmu, całkowicie uniemożliwiającego jakiekolwiek funkcjonowanie, ZAWSZE świeci słońce i pogoda katuje swoją siłą życia, jakże odmienną od twojej. Dzieci się śmieją. Psy szczekają. Wszyscy obnoszą się ze swoimi pokładami energii. Irytujące? Szalenie. Choć jakoś mniej, kiedy z Bloc Party w głośnikach uśmiechasz się do towarzysza/ki swej niedoli, podśpiewując “..I love you in the morning, when you’re still hung over”.


Jeśli powyższa lista okazała się przydatna – współczujemy i podajemy szklankę wody. Pamiętajcie! Bawcie się jak PIANA przykazuje: szybko, mocno i niemądrze!


GR AC

EJ ON ES I

STA RE W


WINO

tekst: Mateusz Borkowski foto: www.theworldofgracejones.com


Dzika i nieokiełznana. Androgyniczna, zwierzęca, drapieżna, nie bez powodu nazywana czarną panterą. Budząca strach wśród mężczyzn neo-nubijska księżniczka. Ekshibicjonistka o skłonnościach sado-maso. Nieustannie kreująca na nowo swoją osobę. Supermodelka, ikona mody i flagowa postać nowojorskiego klubu Studio 54. Muza Andy’ego Warhola i długoletniego partnera Jean-Paul Goude’a. Amazonka Zula partnerująca Arnoldowi Schwarzeneggerowi w filmie „Conan Niszczyciel” oraz May Day czyhająca na życie Rogera Moore’a w serii 007 „Zabójczy widok”. Artystka. Panie i Panowie: Grace Jones. Nie napiszę szczegółowo o jej seksualnych ekscesach, napaściach na dziennikarzy, narkotyczno-delirycznych zwierzeniach ani o tym, że podbiła wybiegi Paryża. Nie będzie też o imponującej kociej figurze, kanciastych awangardowych kreacjach albo ich braku, o nakryciach głowy, o jej słynnej geometrycznej fryzurze typu flat-top. Pominę też to, że mówi w trzech językach oraz to, że jej ciało malował Keith Haring, fotografował ją Helmut Newton i portretowała nasza Hanna Bakuła. Tak imponujące resume przesłania nieco fakt, że Grace Jones to wokalistka, i to nie byle jaka. Będzie zatem o muzyce. Powodem jest nowy album sześćdziesięcioletniej artystki zatytułowany Hurricane, wydany po 19 latach ciszy, nakładem niezależnej angielskiej wytwórni Wall of Sound ( m.in. Mogwai, Röyksopp, Soulwax i Tiga). Na okładce czekoladowe odlewy głowy Grace ułożone na fabrycznej taśmie. To znak, że Grace nie zgrzeczniała. Nie zatrudniła też topowych producentów ani nie sformatowała swojej muzyki w myśl najnowszych trendów. Dostajemy to, co stanowi istotę i wielkość Grace: charakterystyczny głos, konkretny pomysł i hipnotyczną, pulsującą we krwi muzykę. Głos – rzadko spotykany głęboki kontralt – co najważniejsze, nie stracił nic ze swojej siły. Płyta jest dość eklektyczna, to typowy styl muzyczny Grace – mariaż karaibskiego sensualnego reggae/dub z nowojorskimi klubowymi rytmami. Rytmiczny bas, syntezatory, melodeklamacje, zaśpiewane pełnym głosem refreny, a do tego klasyczne instrumentarium z bogatą perkusją, blachą i chórkami. Grace współprodukowała album z takimi artystami jak Jamajczycy Sly & Robbie, Brian Eno, Tricky, kompozytor muzyki filmowej

Ivor Guest oraz kompozytor i wiolonczelista Phillip Sheppard. Na płycie zagrał też na perkusji jej syn, Paulo Goude. Pierwsza piosenka This is drgający two-step zaczyna się słowami: „this is my voice, my weapon of choice”. Potem jest już tylko lepiej. William’s Blood, autorstwa duetu Wendy & Lisa, znanych z nagrań Prince’a , to chyba najbardziej osobista z piosenek nagranych kiedykolwiek przez Grace. Opowiada o ścieraniu się w Grace dwóch postaw: religijnego wychowania na Jamajce i muzycznej duszy jej wujka Williama. Piosenka ma naprawdę piękną melodię i pełna jest dramatyzmu, wzmożonego przez kulminację w stylu gospel. Na zakończenie Grace serwuje wers z pieśni religijnej Amazing Grace. Well Well Well to rozkołysane jamajskie reggae z bogatą harmonią, zaś „ekologiczne” Sunset Sunrise przynosi nostalgiczny klimat w stylu Libertango. Dwie piosenki utrzymane są w industrialnym, mrocznym klimacie – mowa o tytułowym Hurricane, wyprodukowanym przez Triky’ego oraz singlowym Corporate Cannibal. Corporate Cannibal to piosenka o silnej gradacji, przywodząca na myśl dokonania Massive Attack, jest mieszanką nu metalu z elektroniką i trip hopem (krytyk z The Times określił ją nawet mianem robo soulu). Grace śpiewa: „Pleased to meet you, pleased to have you on my plate/your meat is sweet to me [...] I’m a man-eating machine[...]I’ll consume my consumers, with no sense of humour/I’ll give you a uniform, chloroform, sanatize, homogenize, vaporize”. Rzecz ani o seksie, satanizmie czy kanibalizmie, ale sprzeciw wobec skomercjalizowanego świata, w którym rządzą korporacje. Na swojej najnowszej płycie Grace Jones nie tylko dokonuje rozrachunku z karaibskimi demonami przeszłości, ale jest także ekopozytywna i silna jak huragan. Na koniec wystarczą słowa samej Grace: „Jestem jak stare wino. Wszyscy próbują mnie kopiować, ale nie mogą osiągnąć tego smaku”. Amen. Grace Jones „Hurricane”, Wall Of Sound, 2008.


KREW, POT I ŁZY czyli lista 10 zespołów, których rozpad złamał ci serce

tekst: Karolina Pietrzok foto: Grzegorz Ostrowski

10. Clor Ok, to nie była gwiazda światowego formatu. Nie wypełniali stadionów rozgorączkowaną publicznością, fani nie wymieniali się ich fotografiami, nagrali tylko jedną płytę, w roku 2005. Lecz była to płyta zjawiskowa. Soczysty electropop/dance-punk, który do dziś sprawdza się na brudnych parkietach. I tęskno za nimi. Trudno się oprzeć przeczuciu, że mogli być wielcy.

9. Test Icicles Ulubieńcy NME, bananowej młodzieży i rozgarniętych tancerzy. Zagościli w naszych głośnikach na krótką, gorącą chwilę, by rozejść się pół roku po nagraniu albumu. Przynajmniej uzasadnienie ich decyzji nie pozostawiało nic do życzenia – przyznali, że nigdy właściwie nie lubili swojej muzyki. Biedactwa.

8. Le Tigre Uroczo agresywno-feministyczne trio robiło kocioł w głowach i muzycznym światku przez 10 lat. Aktualnie w stanie spoczynku, choć do oficjalnego rozpadu nie doszło. Lecz to formalność. Tygrysice już nie koncertują, nie nagrywają, a jeśli nie wiesz, co zrobić z włosami – jedna z członkiń prowadzi obecnie salon fryzjerski w Nowym Jorku.


7.Blink 182 Mówcie co chcecie. I tak wiadomo, że nie można ich nie kochać, choćby w głębi serca. Kalifornijski pop-punk z zaskakująco dobrymi momentami w dyskografii. Urońcie łzę na ich cześć słuchając rozdzierającego I miss you. I teledysk klimatyczny też.

6. The Libertines Nie płakałam bo brudnym Dohertym, którego nigdy nie udało mi się zobaczyć na żywo ze względu na plagę odwoływania koncertów. Wiem jednak, że dzień rozpadu The Libertines był dla wielu zupełnie czarnym. Boski Pete oczywiście nie daje za sobą zatęsknić i w chwili nieokiełznanej potrzeby spojrzenia na jego twarz, można wbijać na Pudelka. W ciemno.

5. The Verve Stare wygi brytyjskiego grania rozpadają się i schodzą z uporem maniaka. A myśleliśmy, że już nie wrócą, podjęcie decyzji zajęło im całkiem sporo lat. Bardzo ważny zespół, który jakoś nie może ze sceny zejść niepokonanym, jak na razie z pożytkiem dla ludzkości. Jak będzie dalej – zobaczymy

4. The Unicorns To były piękne dni. Album Who Will Cut Your Hair When We're Gone z roku 2003 do dziś plasuje się wyjątkowo wysoko na drabince fajności. Przyczyny rozpadu niezbyt barwne, nastąpiło zmęczenie materiału, czyli mamy do czynienia z klasycznym tłumaczeniem się mięczaków. Nieładny kawał.

3. Larrikin Love No, tu już jest rozpacz. Optymistyczne indie z lekko folkowymi naleciałościami miało niezaprzeczalny urok. Plus swoisty rekord świata, rozpadli się bowiem nawet przed oficjalną datą wydania debiutanckiego albumu The Freedom Spark. Można by uznać, że wcale ich nie było, gdyby nie natrętnie przypominający się co jakiś czas refren z Happy as Annie i ta pustka w sercu po ich odejściu!

2.The Cooper TempLE Clause

Mieli ciepłą posadkę ulubieńców niejednej osoby. Moc, potęga, świetne teksty, ponoć wybitne koncerty. Niebezpiecznie blisko ideału. Właściwie po ich rozpadzie można by rozdzierać szaty na ulicach w niemym proteście. Na szczęście, tuż przed końcem kariery nagrali zupełnie słabą i zupełnie niepotrzebną płytę Make This Your Own, wspaniałomyślnie umniejszając tym samym ogrom cierpienia wielbicieli.

1. Spice Girls Bez komentarza. Redakcja Piany płacze do dziś


FLUOWANKAZ tekst: Fluowankaz ilustracje: Witek Winek


Ten rok rozpoczęliśmy z ciężką głową w Zakopanem. Poprzedniej nocy graliśmy w Ampstrongu z kilkukrotnym mistrzem świata dj-ów, sami mając na koncie 3 miesiące, szumnie mówiąc, grania. Piliśmy szampana, piliśmy krupnik, piliśmy piwko i bawiliśmy się ile sił, łapiąc beztrosko to, czego trochę nam w tym czasie obojgu brakowało. Graliśmy wtedy absolutnie wszystko, co nam się podobało, z bardzo naskórkową wiedzą na temat tzw. kontekstu okołomuzycznego. Nie musieliśmy wiedzieć, że to nazywa się baltimore, a to nazywa się baile. Bawiliśmy się, czasem jako jedyni na sali, nieznani nikomu – Tomek jeden, Tomek drugi, chyba z Krakowa. Dlatego twierdzę, że ten rok to 12 miesięcy nauki w trybie przyśpieszonym, nie tylko na gruncie samej wiedzy o muzyce, ale też relacji międzyludzkich, przyjaźni i ludzkiej natury. Co jednak wtedy graliśmy ? Styczeń zeszłego roku to była wielka fascynacja brzmieniem, na które niektórzy mówią fidget house, niektórzy jackin' house. Kilka miesięcy wcześniej wypłynął T2 z juwenaliowym hitem Heartbroken, a wraz z nim bassline, który najpierw odbył bardzo długą i trudną drogę z ciemnych klubów północy na południe Anglii, skąd do Europy już dwa kroki. To również czas, w którym nie graliśmy wcale dużo, 1-2 razy w miesiącu – w Krakowie, Warszawie, Poznaniu. Luty to już South Rakkas Crew, Benga, Toddla T i Lykke Li – jej Youth Novels to jedyny longplay, obok LP Skreama, który przesłucham w całości, od początku do końca, w 2008 roku. W marcu zorganizowaliśmy drugą imprezę w naszym życiu. W Pauzie zagrali Partyshank, tuż przed amerykańskim tournee, a wraz z nimi Niyi, wówczas związany z londyńskim magazynem Super Super, Dean Tynan, który kilka miesięcy później wyda remix Ludacrisa dla giganta rynku fonograficznego – wytwórni Universal, oraz Hanna Hanra, rezydentka klubu Durrr w Londynie, redaktorka magazynu i-D. W samej przedsprzedaży poszło 440 biletów, a klub z powodu przepełnienia zamknięto o północy – z Pauzy można było już tylko wyjść. Było to całkiem niezłe osiągniecie jak na dwójkę 'promotorów', którzy na koncie mieli do tej pory 1 imprezę, na której co drugą osobę znali zresztą co najmniej z imienia. Po 8 marca coś zaczęło się zmieniać. Dostaliśmy zaproszenia do Sztokholmu i Budapesztu, obie imprezy były niesamowite i chyba na zawsze zapadną nam w pamięć. Sztokholm dlatego, że chyba pierwszy raz zagraliśmy dla tak otwartych głów. Budapeszt, bo nigdy wcześniej, ani później, recepcja naszej muzyki nie była tak dobra. Tydzień po Budapeszcie, już w weekend majowy, zjawiamy się tam ponownie, tym razem gramy po Sindenie. Po Sindenie! Dwa tygodnie wcześniej, w połowie kwietnia, w Carycy, pierwszy raz gramy 2 NAQ Rusko, który już na zawsze zmieni kurs dubstepu. Wywiad z Drop The Limem na youtube zaczynamy oglądać codziennie.


W maju składamy mixtape o roboczym tytule 'bass heavy', który ma zapowiadać kierunek, w którym chcemy iść. Nie wszędzie spotykamy się ze zrozumieniem, a impreza w SQ okaże się być – wbrew przypuszczeniom – najmniej sympatyczną, jaką kiedykolwiek zagramy. Tydzień później pierwszy raz spotykamy się z Bartkami z El Barto & Liam B w krakowskim Qushi i wszystko wraca do normy. Drop The Lime wypuszcza 'Bass For Golden Pudels' i znów Drop The Lime na okrągło. Puszczamy news o line-upie Unsoundu, który sam w październiku tak wielu rozczaruje. Banghra i Kuduro torują sobie drogę na 'klubowe salony'. W czerwcu pierwszy raz usłyszę inspirowaną 2-stepem reinterpretację Heartbroken w wykonaniu Wideboys, którą ci sygnują jako London Mix. Nie jest to pierwszy raz, gdy stykam się z 2-stepem, ale na pewno pierwszy, gdy ulegam jego urokowi. Uważam go za zbyt lekki jak na umiejscowienie w secie, ale ten vibe absolutnie mnie pociąga, pochłania i będzie jednym z najważniejszych w 2008 roku. W tym samym czasie dubstep mocno otwiera się na minimal, Shackleton remixuje Villalobosa, dostajemy zaproszenie na OFF Festival, a Sinden puszcza 'Black And Gold' Sama Sparro w swojej audycji na kiss.fm (której słuchałem jeszcze dziś rano!). Wszystko to składa się na serię ciepłych obrazów, które dziś, pod koniec grudnia, wspominam z rozrzewnieniem. W lipcu 'kropkę nad i' w temacie dubstepu stawia wizyta w FWD>> w Londynie. Nie wiem, jakie nagłośnienie było na Unsoundzie, słyszałem tylko, ze w Krzysztoforach na dubach jest 100 razy lepsze. Bylem, sprawdziłem – nagłośnienie Krzysztoforow podczas ostatniej imprezy dubstepowej kopało z siłą Nokii 3310 w porównaniu do FWD>>. Nie da się opisać uczucia, które towarzyszy słuchaniu dubstepu przy takim nagłośnieniu jak w Forward albo DMZ. To tam na początku lipca pierwszy raz usłyszeliśmy Where's My Money – po pierwszym dropie czułem się, jakbym się naćpał, naprawdę. Na blogu notuję, iż będzie to banger roku. Lipiec to też pierwsze dwa występy w Londynie, oba bardzo udane, oba dodają trochę wiary w siebie, którą łatwo stracić czytając eksperckie opinie mądrych głów na polskich forach. Do końca wakacji zagramy jeszcze w Dębkach nad morzem i na OFFie w Mysłowicach – przy czym obie imprezy uznaję za bardzo ważne. Dębki, bo graliśmy dla najlepszej publiki pod słońcem – dresów (w najmniejszym stopniu nie ironizuję!). OFF, bo było naprawdę spoko. Wakacje kończy Adam Port w Qushi. Dowiadujemy się, że za kilka miesięcy zagramy przed Artful Dodger, legendą, przez naprawdę duże L. Oldschoolowego uk garage będę słuchał codziennie, czemu upust dam w swojej części mixu dla Seattle Radio. Tomek zakończy tę audycję solidną dawką bassline'u, uk garage i dubstepu – czyli tego, co utrzymuje nas aktywnymi od lutego 2008 roku.

Minęły wakacje, nadszedł wrzesień, niezwykle dla nas ważny. Wygraliśmy konkurs Trouble & Bass na remix dla Little Jinder. W przeciągu krótkiego czasu Drop The Lime zakończy nim set w San Francisco, wrzuci go w mix dla Fact Magazine, T&B umieszczą go w TOP10 dla japońskiego WARP Magazine, numer poleci jeszcze w londyńskim SUB.FM oraz zajmie 1. miejsce w TOP10 Late Night Bangers na Beatporcie. Dla nas osobiście najważniejszym będzie usłyszenie go w Londynie na imprezie Trouble & Bass – wytwórni, która zmieniła nasze podejście do muzyki i pomogła nam znaleźć tor, po którym dziś się poruszamy. Dziś, po miesiącu od wydania remixu dla Little Jinder, premierę miał już także nasz drugi remix sygnowany logiem T&B – reinterpretacja garażowego Blackfingera, którą Drop The Lime zagrał w ostatnią sobotę w Nowym Jorku. W tym momencie pracujemy nad remixem dla Rico Tubbsa, który po Nowym Roku ukaże się oficjalnie nakładem Menu Music. Co dziś ważnego dzieje się w muzyce? Wiele rzeczy, z których dla mnie dwie wybijają się zdecydowanie na pierwszy plan. Pierwsza to UK Funky – nowy, wzbudzający niezwykłe emocje twór, stojący gdzieś pomiędzy 2-stepem, funky housem a grimem. Audycje Marcusa Nasty'ego w Rinse.Fm to cotygodniowa dawka setów definiujących gatunek. W styczniu zapraszamy do Krakowa najjaśniejszych reprezentantów UK Funky – Crazy Cousins. Druga, to bardzo ważny moment w historii dubstepu, którego możemy obecnie być naocznymi świadkami. Czy Skreamizm Vol. 5 będzie odpowiedzią na kierunek, który wytyczyli Caspa i Rusko? Czy remixy Kid Sister i Katy Perry to droga, którą pójdą kolejni? Tego dowiemy się w następnym odcinku – czytając muzyczne podsumowanie 2009 roku.


GORSET tekst: Jagna Jaworowska ilustracja: Katarzyna Borelowska

Żaden inny rodzaj bielizny nie miał takiego politycznego, społecznego i seksualnego znaczenia jak gorset. Skąd się bierze siła tych plastycznych, elastycznych półpancerzy praktycznych (jak nazywał je Mrożek)? „Polaire! Kokietująca i kokietowana Polaire! Malutka dziewczyna o talii zredukowanej do objętości bochenka chleba, pięknie wysmuklona!” – zachwycano się na początku XX wieku sylwetką popularnej francuskiej aktorki. Dziś, gdy ogląda się zdjęcia Polaire, jej 35-centymetrowa talia budzi przerażenie, nie podziw. Od razu na myśl przychodzą medyczne ryciny, na których widać zdeformowane żebra, rozciągnięte żołądki i zgniecione jelita. Dziś bielizna wyniszczająca ciało wydaje nam się nie do pomyślenia. W latach 20. XX w. Chanel (lub Poiret – w zależności od wersji) „uwolniła kobiety z gorsetów”, a w latach 60. feministki paliły staniki. Jeśli jednak dokładniej przyjrzeć się historii mody, od razu widać, że po każdym takim „oswobodzeniu”, gorsety triumfalnie wracały do łask. Wystarczy wspomnieć wojenne pin-up girls, New Look Diora, słynne stożki Madonny z trasy koncertowej Blonde Ambition, czy nawet Ditę von Teese, która dzięki ciasnemu sznurowaniu (i wycięciu kilku żeber) wyszczupliła talię do 40 centymetrów. Trzeba więc spojrzeć prawdzie w oczy – może i nikt nie mdleje już jak Elizabeth Swann w „Piratach z Karaibów”, ani nie marzy o 14-calowej talii, jak główna bohaterka Przeminęło z wiatrem, ale nadal powiedzenie dla urody trzeba trochę pocierpieć ma wielu zwolenników.


Co takiego ma jednak w sobie gorset, że posiada równie liczne grono adoratorów, jak i zaciekłych wrogów? Dyskusja na jego temat trwa od wieków (już w XVI księża oburzali się, że bluzki wyposażone w cienkie deseczki nie pozwalają kobietom klękać podczas nabożeństw), a na temat zbędności (bądź nie-) stanika jakoś od dawna nikt się nie wypowiada. Może to kwestia tego, że gorsety od początku miały bardzo silny podtekst seksualny? Podkreślając talię i podnosząc biust, nadają kobiecemu ciału kształt klepsydry, który większość mężczyzn uważa za idealny. Dobrze dobrane wyszczuplają sylwetkę, dzięki czemu można spokojnie nosić nawet najbardziej obcisłe kreacje. Jedynym problemem pozostaje symbolika, jakiej dorobił się gorset na przestrzeni wieków. Bywał utożsamiany z klatką; mówiono o nim jako o narzędziu, za pomocą którego mężczyźni próbują sprowadzić kobiety do roli obiektu seksualnego (mała dygresja – zauważyliście, że gorsety pojawiają się przede wszystkim w kolekcjach tworzonych przez projektantów, nie projektantki?). Jednak niektórym możliwość „uwięzienia”, kontroli własnego ciała daje poczucie bezpieczeństwa. „Gorset oferuje wsparcie, dzięki niemu czuję się bardziej przygotowany na różne rzeczy” – wyznał w jednym z wywiadów pan Pearl, znany francuski gorseciarz, który sam nosi dzieła własnego autorstwa. „Coś takiego nie może być złe” – przekonywał.


Yang Du tekst: Katarzyna Borelowska

Mówi się, że moda przemija, jednak nie w przypadku, kiedy zaczyna być sztuką. Taki dogmat wyznaje młoda projektantka Yang Du. Ukończyła St.Martin's, zgarniając przy tym masę prestiżowych nagród. Obecnie tworzy, projektując niezwykłe surrealistyczne kostiumy, które oprócz istoty stroju, stanowią wyraz jej własnego światopoglądu. Mimo wszystko, co byśmy sobie nie pomyśleli o jej wesołej twórczości, Yang Du jest święcie przekonana, że jej stroje są śmieszne, wygodne i seksowne. A do tego, kojarzą się z Coca-Colą...


Annika Berger www.skyward.se tekst: Katarzyna Borelowska

Mimo, że może wydawać się to oburzające, aby zostać profesjonalnym projektantem mody, wcale nie trzeba ukończyć London's College of Fashion, czy też zaliczyć jakichkolwiek kursów związanych z tym jakże bogatym biznesem. Najlepszym dowodem na to są futurystyczne projekty Anniki Berger, która z wykształcenia jest inżynierem. Fakt ten ma nie byle jakie znaczenie, bowiem całość jej kolekcji jest silnie inspirowana strojami roboczymi, fabrykami i globalnym ociepleniem. Berger, jak każdy inżynier, stara się patrzeć naprzód i poprzez swoje ubrania chce pokazać, co jeszcze czeka nas w tej niepewnej przyszłości. Jednym słowem, science fiction w modzie.


Sheryl O. tekst: Jagna Jaworowska

Sheryl O., 21 lat. Uwielbia chusty z nadrukami obrazów Picassa i wszystko, co ma związek z zieloną herbatą. Miesiąc temu skończyła studia na wydziale księgowości i finansów na Uniwersytecie w Melbourne (gratulujemy!). Aktualnie bezrobotna, ale zaangażowana w The Muff + Stit Project (projectmuffstit.blogspot.com).


1. Jak określiłabyś swój styl? Nie mam jakiegoś bardzo wyróżniającego się stylu (a przynajmniej nie wydaje mi się). Łatwo mnie zainspirować, ale też szybko nudzą mi się poszczególne style. Myślę, że ubieram się różnorodnie, choć oczywiście mam kilka ulubionych rzeczy, które dodaję to tu, to tam, by zaznaczyć swoją osobowość. Wiem tylko, że na pewno nie jestem punkiem, ani gothem, ani supersłodką delikatną dziewczyną z sąsiedztwa – resztę dopowiedzcie sobie sami. 2. Co Cię inspiruje w modzie? Od Lou Doillon, poprzez fotografie Marcusa Ohlssona, do uzależnionych od mody osób spotykanych codziennie na ulicy, no i moich przyjaciół, którzy bez względu na wszystko, nigdy nie przestają mnie inspirować. 3. Ulubiona rzecz w szafie? Moja chusta z frędzlami. A właściwie wszystkie moje chusty. 4. Gdzie kupujesz ubrania/dodatki? Kiedyś przeczesywałam sklepy zadowalając się czymkolwiek, co było vintage albo tanie. Teraz jednak zaczęłam inwestować w drogie ubrania, które można trzymać przez lata, nosić bez przerwy, a nawet bezwstydnie po 20 latach przekazać swoim dzieciom. Ale oczywiście ich cena musi być dostosowana do zasobności mojego portfela… 5. Jakie marki byś poleciła? Australijskie TV, Bassike i Alpha 60. 6. Dokończ: Nigdy nie wychodzę z domu bez… …stanika, ha ha! (i mówi to zupełnie płaska dziewczyna, co za ironia). 7. Jakie magazyny modowe czytasz? Kiedyś byłam dumną posiadaczką domu wolnego od wszelkich magazynów i próbowałam przetrwać czytając wydawnictwa on-line (tj. „Prim.”), a nawet w ogóle nie czytając pism o modzie! Ale ostatnio znowu zaczęłam z nabożną czcią zbierać wszystkie numery „Russh”, „Oyster”, „Frankie” i „Dazed&Confused”. 8. Jakiś obiekt pożądania? Dwutonowe rajstopy Chanel i marmurkowy plecak!


Maldoror Low Couture www.maldoror.pl tekst: Jagna Jaworowska

Maldoror osoby, które u niego kupują, chce zamienić w rzeźby, idee, byty. Marzy mu się wojna zbrojna kobiet i mężczyzn prowadzona za pomocą ubioru. Inspiracje czerpie z natury; nie chodzi jednak o ptaszki czy kwiatki, ale o… bakterie, pasożyty, wzory chemiczne. Na razie jego projekty można kupić tylko w atelier, ale Maldoror niedługo zamierza zaatakować Europę i Japonię. Może pomoże mu w tym udział w konkursie Oskary Fashion, w którym przeszedł do finału?


Zacznijmy od najbardziej podstawowego pytania - czym dla ciebie jest moda? Nie lubię definiować pojęć. Dla mnie moda to coś więcej niż tylko kolejne sezony, ubrania, dodatki i trendy. Moda nie jest tylko tym, co możemy kupić, zobaczyć, założyć; to pewien rodzaj przestrzeni, która przenika nasze życie. Można się w nią zagłębić, można też całkowicie ignorować. Moda to sposób ekspresji własnej osoby, nie tylko poprzez ubieranie siebie, ale właśnie poprzez tworzenie, poprzez koncepcję ubrania. Na pewno moda nie ma granic i pozwala na wszystko, jest jak magia. Przygotowujesz się do Oskarów Fashion. Szczerze – czy taki konkurs to odpowiednie miejsce dla takiego alternatywnego projektanta jak ty? Nie za dużo komercji? [Śmiech] Prawda jest taka, że nawet gdybym bardzo chciał, nie mogę być bezkompromisowy. Ale udział w komercyjnych projektach nie znaczy, że mam zamiar rezygnować ze swoich własnych pomysłów i stylu. Staram się być bardzo elastyczny w tym, co robię. Oczywiście najłatwiej zamknąć się w jednej przegródce i robić ciągle to samo, ale ja nie chcę wyznaczać sobie granic. Poza tym nie ma się co czarować – mimo że tworzę ubrania eksperymentalne, zależy mi przecież na dotarciu do klienta. Ubranie, którego nikt nie nosi, jest martwe; ożywa i nabiera dodatkowej wartości dopiero, kiedy jest pożądane i noszone.

Opowiedz o kolekcji, którą tam przedstawisz. Inspiracje, motyw przewodni, materiały, kolory… Motyw przewodni konkursu to bohema. Temat bardzo szeroki, ale trochę wtórny. Chciałem odciąć się od typowych skojarzeń z bohemą. Nie interesowały mnie lata dwudzieste ani wyczyny ekscentrycznych artystów tamtych czasów. Skupiłem się na samej idei bohemy, mieszanki nonkonformizmu i szokowania zachowaniem, stylem życia. W tym przypadku postawiłem na przekonstruowanie męskich spodni, koszuli, marynarek – jednym słowem – nudziarstwa biurowego, w sukienki, bluzki i spódnice. Po prostu zmieniłem płeć odzieży. Na dodatek przy projektowaniu korzystałem z gotowych już ubrań, które potem przerabiałem. Nie chciałem szyć od nowa replik, które udają coś, czym nie są; chciałem, żeby to były autentyczne, pamiętające biura ubrania. Wprawdzie dodało mi to roboty, ale ja nigdy nie lubiłem łatwych rozwiązań. W kolekcji jest też dużo surowych wykończeń, a właściwie brak jakichkolwiek. Prujące się krawędzie, nieregularne falbany kontrastują z sylwetkami dopasowanymi w talii. Pojawia się też trochę objętości w spódnicach.

Czujesz się bardziej artystą, projektantem czy (przyszłą) gwiazdą? Zdecydowanie nie czuję się projektantem, ani gwiazdą, ale nazwanie się artystą byłoby chyba najgorsze. Ja po prostu mam własną wizję tego, co robię i nie mam zamiaru się podporządkowywać zasadom. Raz tworzę kolekcję, innym razem zbiór ubrań to tylko performance. Kiedy indziej coś powstaje całkowicie przypadkowo. Na pewno chciałbym, żeby moje dzieła były kiedyś uznane za sztukę, ale nie mnie to oceniać, mogę tylko sobie marzyć… Czy projektowanie to u ciebie rodzaj długotrwałego procesu czy raczej przebłysku? Styl Chanel (praca bezpośrednio z materiałem) czy raczej Lagerfelda (książki, muzyka, szkicowanie)? Zdecydowanie jest to chaotyczny proces. Pomysły przelatują mi przez głowę cały czas, nigdy nie wiem, kiedy coś mnie napadnie. Nieraz o trzeciej w nocy, gdy leżę już w łóżku, wpada mi do głowy jakiś "genialny" pomysł i natychmiast zrywam się i przystępuję do pracy. Czasami myślę nad jakimś projektem tygodniami i szlifuję go aż do uzyskania zadowalającego efektu. Ale na pewno nigdy nie mogę powiedzieć, że coś jest do końca gotową rzeczą, to niszczyłoby sens moich dzieł. Ja chcę, żeby one zmieniały się, starzały, a nie były martwymi przedmiotami, które produkuje się w szwalniach, w setkach egzemplarzy. Bardzo rzadko rysuję, a na pewno już nie będę na siłę wertować jakichś książek i przeglądać obrazków w poszukiwaniu inspiracji.


Przyznaj – jest jakiś projektant, któremu zazdrościsz? Wszystkim [śmiech]. Na pewno zazdroszczę tym, którzy nie muszą już martwić się o fundusze na własną działalność. I mogą pozwolić sobie na eksperymentowanie. Tym, którzy mogą zszyć dwa prostokąty materiału i nikt nie zakwestionuje faktu, że to sukienka. Niedługo Sylwester, potem karnawał. Masz już jakieś plany? Nie, zresztą jak zwykle. Nie potrafię się ani zdecydować, ani zaplanować niczego. Pewnie do ostatniej chwili nie będę wiedział, co mnie czeka, ale na pewno będę się dobrze bawić. Wiem jednak, że odpada zabawa w klubie. Cenię bardziej domowe szaleństwa, najlepiej z niezwykłymi strojami. Najchętniej wybrałbym się na jakiś ogromny bal maskowy, ale nie taki, jak to zazwyczaj bywa, gdzie połowa ludzi olewa sprawę i przychodzi ubrana jak na imprezę w klubie studenckim, tylko coś w stylu tego, co widzimy na filmach – blichtr, przepych, tajemniczość, elegancja. Szukam kreacji na Sylwestra – miałbyś jakiś pomysł? Co byś mi zaproponował? Jak twoim zdaniem powinna wyglądać idealna imprezowa kiecka? Moje zdanie jest dość ambiwalentne. Powinna to być szałowa kreacja, o której wszyscy będą mówić i zazdrościć, ale równie dobrze może to być coś wygodnego i prostego – chodzi o to, żeby dobrze się bawić. Niekoniecznie musi to być droga designerska sukienka, może być zwykłe znalezisko z lumpexu czy głupota z bazaru. A może wykwintna sukienka? Chodzi o to, żeby nie zatracić siebie, ale spełnić też swoje marzenia – w końcu na Sylwestra można sobie pozwolić na więcej niż zwykle. Masz słabość do jakichś dodatków/ozdób? Szczerze – niezbyt przepadam za dodatkami. Nie noszę też raczej biżuterii, choć podoba mi się i mam jej całkiem sporo. Nie czuję jednak specjalnej potrzeby, żeby ją nosić. Moją uwagę przykuwają kapelusze, fantazyjne stroiki na głowę; coś, co niby jest osobną rzeczą, ale staje się częścią naszej stylizacji/osoby. Najbardziej jednak cenię nietypowy makijaż jako akcesorium stroju. Luksus - to słowo często przewija się w twoim artystycznym manifeście. Dlaczego sądzisz, że w projektach twojego autorstwa twoi klienci/klientki będą czuć się luksusowo? Bo dla mnie luksus to nie tylko kasa i pompa. Luksus jest wtedy, kiedy coś jest tylko dla nas, kiedy nie musimy się obawiać, że za chwilę ktoś inny będzie miał to samo. Niepowtarzalność jest luksusem, bo ona jest bezcenna. Luksusem jest wyrafinowana przyjemność. I na koniec – skąd pomysł na pseudonim ‘Maldoror’? Maldoror był dla mnie oczywistym wyborem. To nie tylko bohater mojej ulubionej książki, ale i symbol surrealizmu. „Pieśni Maldorora” to dzieło, które było głównym natchnieniem dla surrealistów, dadaistów i symbolistów. Swego rodzaju fenomen w literaturze, a mimo to mało znany. Pewnie z powodu trudności samej książki i tematów, jakie porusza.


Karin Sรถderquist tekst: Damian Siemieล„ ilustracje: Karin Sรถderquist


Czy styl twoich prac można uznać za naiwny?

Nigdy nie pomyślałabym, żeby tak nazwać mój styl, choć zastanowiwszy się, jestem w stanie zrozumieć,

dlaczego ktoś inny mógłby. Niektóre z motywów mogą wydawać się dziecinne, niektóre zaś obrazy cechuje atmosfera podobna do dzieł naiwistów, jednak nie podzielam ich fascynacji folklorem i sztuką dziecięcą.


Co

stanowi

inspirację?

dla

ciebie

największa

Inspiruje mnie wiele rzeczy. Książki, sztuka, wizyty w muzeum, wszystko, co widzę i co mówią

ludzie,

pewne

rzeczy

po

prostu

zapadają mi w pamięć. Trzy miesiące temu

przeprowadziłam się ze Szwecji do Londynu i już samo odkrywanie nowego miejsca daje wiele pomysłów i nowych wrażeń. Za bardzo

inspirującą uważam też wyszukiwarkę obrazów

Google. Niezależnie od tego, czego szukasz, zawsze

przypadkowo

dziwaczne obrazki.

znajdziesz

jakieś

Ulubiony twórca?

W tej chwili powiedziałabym, że Marcel Dzama i Tove Jansson, twórczyni Muminków.

Skąd w twoich pracach bierze się taki bajkowo-surrealistyczny klimat?

Nie jestem pewna, skąd to się bierze, ale zawsze

byłam

zafascynowana

rzeczami

niezwykłymi i dziwnymi. Nie chciałabym, żeby

moje obrazy były oczywiste, zawsze staram im się nadać pewien rodzaj odrealnienia.


Czy myślałaś o ilustrowaniu bajek dla dzieci?

Tak, bardzo bym tego chciała, właściwie to moja wymarzona praca. Wiele z moich ulubionych ilustracji

pochodzi z książek dla dzieci: rysunki Tove Jansson, o której już wspominałam, zwłaszcza do "Kto pocieszy Maciupka?", ilustracje do "Alicji w Krainie Czarów" autorstwa

Tenniela,

oryginalne

ilustracje

Ingrid

Vang-Nyman do historii o Pippi Langstrumpf czy dzieła

Maurice'a Sendaka. Bardzo lubię opowiadać historie za pomocą moich obrazów i podoba mi się przewrotność, jaką często można znaleźć w książkach dla dzieci.

Czy szwedzka kultura ludowa, legendy i folklor stanowią dla ciebie inspiracje?

Właściwie nie znam dobrze szwedzkiego folkloru, czego

żałuję. Nie wiem też zbyt wiele o tradycyjnych mitach ponad to, czego można dowiedzieć się w szkole z książek Neila Gaimana, więc nie, nie mogę powiedzieć, by mnie inspirowały.

Zajmujesz się jeszcze jakąś dziedziną sztuki?

Nie, rysowanie i malowanie to moje jedyne talenty. Kiedy

byłam młodsza, tańczyłam, ale nigdy nie byłam w tym dobra. Chętnie przyłączyłabym się do jakiegoś zespołu, ale brak mi motywacji do nauki gry na instrumencie. Całą moja kreatywność skupiam na sztukach plastycznych.


Jakiej muzyki słuchasz podczas pracy twórczej?

Ostatnio często słucham dziewczęcych grup z lat 60. – Shangri-Las, Ronettes, The Crystals… Ich piosenki opowiadają

naprawdę melodramatyczne historie miłosne, które szalenie mi

się podobają, wszyscy mają 17 lat, a każdy chłopiec na imię na Johnny. Oczywiście lubię też ich brzmienie. Poza tym chętnie słucham "The Wayward Bus" i "Distant Plastic Trees" Magnetic

Fields, odnajduję w nich tę samą atmosferę, co we wspomnianych dziewczęcych kapelach.


MAŁE MIĘKKIE FORMY DO PRZYTULANIA tekst: Damian Siemień foto: Gabriela Cichowska


Gabriela Cichowska o sobie:

Jestem studentką ASP Kraków. Moje prace to różnorodność form, kolorów, technik i materiałów. Ilustrowanie i szycie zabawek to jedna z moich pasji. Wszystko, co robię, jest częścią mnie. Głównie są to projekty współczesne, jak najbardziej indywidualne i niepowtarzalne. Staram się tworzyć za każdym razem coś nowego.


Twoja ulubiona zabawka z dzieciństwa?

Dwudziestoparoletni jeżyk o imieniu Stryjek. Czy swoje prace postrzegasz tylko jako zabawki czy też sztukę, design? Myślę, że moje zabawki mają charakter intuicyjny. Niektóre są przemyślane, a inne kształtują się w czasie pracy. Lubię tworzyć zabawki i sztukę, które wywołują emocje. Często bywam zaskoczona tym, co ludzie odnajdują w moich pracach. Jaką techniką wykonujesz swoje prace? Różnie, ale przede wszystkim niepowtarzalność.

cenię

Skąd pomysł aby zająć się tworzeniem zabawek? Moje zamiłowanie do tworzenia zabawek to proces, przeważnie zaczyna się od pomysłu. Czasami wystarczy mi tylko jedno słowo, a wizja wyglądu pojawia się nagle. Bywa i tak, że przyglądam się tkaninom i zaraz wiem, co z nich uszyję. Inne inspiracje to podróże i spotkania z innymi artystami . Ostatnio lubię intensywne kolory, widać to w ostatniej mojej kolekcji  zabawek pt. ,,Pan Sz'', ,,Rebeka'' i ,,Fik''. Większość moich  pomysłów udaje mi się wprowadzać w  życie i z tego jestem zadowolona. Teraz wiem, że wystarczy bardzo chcieć i być wytrwałym w tym, co się robi. Myślę, że sztuka ma za zadanie przekonywać lub wywoływać emocje. Mam nadzieję, że moim pracom udaje się osiągnąć tan cel.   


Jakimi dziedzinami sztuki się jeszcze zajmujesz? Zajmuje się wieloma dziedzinami sztuki, ale główną pasją jest tworzenie ilustracji i zabawek. Twoje misie są wynikiem jakichś konkretnych inspiracji czy twojej wyobraźni? Zabawki powstają intuicyjnie, a inne powstają przy projektowaniu artystycznym. Coraz więcej osób chce otaczać się ładnymi przedmiotami, kupować sztukę trochę inną niż tą pochodzącą z masowej produkcji.


tekst: Mateusz Borkowski foto: www.milva-gala.de

Milva canta Brecht, spektakl Piccolo Teatro di Milano w ramach Festiwalu Dedykacje-Brecht. 15, 16 listopada 2008, Teatr PWST, Scena im. S. Wyspiańskiego.


Milva zaśpiewała Brechta. Zaśpiewała w większości songi Kurta Weilla oraz kilka do muzyki muzyki Hannsa Eislera – wszystkie do tekstów Bertolda Brechta, z uwagi na to, jaką estymą daży te teksty i jak wielką wagę przywiązuje do interpretacji tekstów, w przeciwieństwie do innych pieśniarek nazywa je songami Brechta. Milva zaśpiewała Brechta. Jeden z najważniejszych punktów festiwalu Dedykacje poświęcony w tym roku wybitnemu dramaturgowi i pisarzowi Bertoldowi Brechtowi zgromadził w sali krakowskiej PWST nie lada śmietankę. Bo okazja to niezwykła zobaczyć słynną włoską artystkę z Mediolanu w Krakowie, na żywo wykonującą songi Brechta w produkcji Piccolo Teatro di Milano. Spektakl Milva canta Brecht wyreżyserowany przez Cristinę Pezzoli, oparty został na legendarnym przedstawieniu z 1965 roku w reżyserii Georgio Strehlera. Genialny reżyser w 1965 roku wymyślił Milvę na nowo. Z piosenkarki występującej na festiwalu San Remo wydobył talent dramatyczny i stworzył z niej niezastąpioną interpretatorkę Brechta. Jej rola prostytutki Jenny w musicalu Opera za trzy grosze w reżyserii Strehlera z 1972 roku sprawiła, że otworem stanęły wszystkie teatry Europy. Narodziła się Milva artystka, Milva pieśniarka, Milva aktorka. Tyle historii. Czerwonowłosa Milva wystąpiła z towarzyszeniem kwartetu złożonego ze wspaniałych włoskich muzyków w składzie Vicky Schaetzinger (fortepian, kierownictwo zespołu), Bruno Poletto (akordeon), Leonardo Cipriani (gitara banjo) oraz Marco Albonetti (saksofon sopranowy i barytonowy). Po zapowiedzi dyrektora festiwalu Józefa Opalskiego by każdy sobie wygodnie usiadł (Milva nie lubi, gdy ktoś stoi podczas jej recitalu) zgasły światła i do dźwięków Ballady o przyjemnym życiu dyskretnie weszła Milva ubrana w garnitur i kapelusz. Niskim, zachrypniętym, ale wciąż silnym głosem przeniosła nas w świat zadymionych berlińskich kabaretów, włoskich uliczek i londyńskich zakamarków oraz wszędzie tam, gdzie dzieje się ludzka krzywda. Minimum środków, prostota przekazu, tylko Milva. Można było zauważyć każdy jej subtelny ruch, każde zdjęcie kapelusza, zapalenie papierosa, wycieranie gazetą szminki z ust, wszystko było niezwykle naturalne, nic jednak nie było przypadkowe. Część pierwszą wypełniły ballady i songi o wojnie. Na ekranie widoczne były krwawe relacje telewizyjne z zamachu w Biesłanie, co nadało nowy sens songom Brechta i jeszcze silniejsze antywojenne przesłanie. Na część drugą złożyły się portrety kobiet: matek, prostytutek i wdów. Milva z prawdziwą rozpaczą i bólem w sercu śpiewa o stracie syna, by za chwilę zmienić maskę i zaśpiewać o życiu w burdelu. Na ekranie były widoczne fragmenty z prób ze Strehlerem do legendarnej inscenizacji Opery za trzy grosze. Usłyszeliśmy Tango Ballade, Bilbao Song, i na koniec Surabaya Johnny. Masz serce złe, Johnny! Z ciebie jest drań, Johnny! Nie odchodź, nie Johnny! Zabiję się! Ja kocham Cię wciąż, Johnny! Jak w pierwszej chwili, o Johnny! Wyjmijże fajkę z gęby, ty psie! (przekład Barbara Swinarska) Milva jest wielka i doskonała, język włoski brzmi w jej ustach niczym najpiękniejszy język świata, a jej interpretacje songów Brechta zostawiają daleko w tyle interpretacje innych pieśniarek. Możliwość obcowania z jej talentem to pradziwy przywilej. To jak bycie na koncercie Edith Piaf. Ta sama ranga.


Periodyk o charakterze niezobowiązującym Pismo Krecha to nieregularnik wydawany od ponad 2 lat przez kolektyw artystów, absolwentów gdańskiej ASP – Maćka Chodzińskiego, Maćka Salamona oraz braci Michała i Marcina Sosińskich. To zlepek różnorakich historyjek, komiksów, spreparowanych fotografii bazujących na prowokacji i absurdzie otaczającej rzeczywistości. W środku znajdzie się miejsce zarówno na dziewczynę ze składówki, którą każdy chętny może wyciąć i złożyć na swój użytek, jak i sennik, horoskop, kącik origami oraz psychotesty, a to wszystko ze swoistym puszczeniem oka do czytelnika. Całość niezwykle atrakcyjna, formalnie przypomina artziny i wydawnictwa z dadaistycznego nurtu. Na łamach owego periodyku, autorzy wyśmiewają i komentują wszystko, na co się nie godzą we współczesnej kulturze. Ze swą negacją wkraczają także w przestrzeń miejską, czego dowodzą billboardy umieszczone na Klubie Muzycznym Ucho w Gdyni, atakujące kampanię reklamową jednej z firm odzieżowych. Krechowcy co dwa tygodnie redagują stronę w sobotnim wydaniu Gazety Wyborczej Trójmiasto i angażują się w działalność nowej promującej młodą sztukę galerii "Delikatesy Sztuki", działającej od grudnia w Gdańsku.


tekst: Monika Habrzyk projekt wywiadu: Krecha

Mimo iż „ Krecha” to czasopismo od dawna znane w trójmiejskim środowisku artystycznym, duże zainteresowanie zyskało niedawno, za sprawą egzemplarza i koperty z „wąglikiem” wysłanych do Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku. Akcja, która w założeniu nie miała być prowokacją, została potraktowana nad wyraz poważnie. Dyrektor CSW znająca ów magazyn, podpisany i podstemplowany zresztą przez Akademickie Centrum Kultury, wezwała policję, sanepid i Centrum Zarządzania Kryzysowego, sprawców zamieszania zatrzymano. Jednak kontrowersyjne happeningi to nie wszystko, czym zajmują się młodzi artyści. Brali oni udział min. w Biennale Plakatu w Wilanowie (2008) i w Biennale Plakatu AGRAFA w Poznaniu (2007), zajmują się również z powodzeniem filmem krótkometrażowym („The Walk”, „The Ślub” M. Salamon) vj’owaniem („Twój Stary Projekt” M. Sosiński, M. Salamon). Na kolejnych stronach zaprojektowanych specjalnie dla Piana Magazine, zamieszczamy wywiad z członkami Krechy, którzy nieco ironicznie, za pomocą obrazkowo-sloganowego sposobu odpowiedzieli na nasze pytania.


2.

8.


5.

11.


KOCHAM SZATANA tekst: Angelika Kucińska ilustracja: Damian Siemień


Życie jest złe, bo minus pięć i ciemno od samego rana. (Tak, konstrukcją tego zdania oddaję hołd wirtualnym aktywnościom Pianowego nadredaktora). Ale. Życie jest dobre, bo Chuck Bass. W zasadzie rozstrzygnąć powinno się już jesienią – serialowa legenda kontra nowomodna sensacyjka. Tyle że w październiku był jeszcze remis. „Beverly Hills 90210”, słoneczna pocztówka z cudownych lat 90., wróciło zupełnie niemrawo. 15 lat temu L.A. z telewizora grzało tak, że niepotrzebna była cała branża solaryjna. Dziś, droga młodzieży, przed każdym seansem proszę podkręcić kaloryfery. Może to nawet nie jest kwestia drewnianych bohaterów, bez charakteru i historii. Może nawet nie chodzi o to, że nielicznych wrażeń dostarczają wyłącznie pojękiwania przeszłości. Ten stary pan od hamburgerów. I nielicha zagadka – kto jest ojcem dziecka Kelly Taylor? Ten hultaj Dylan czy ten nudziarz Brandon? (Hultaj) Ekscytujące! Oj nie, nie o łatwe podniety i banalne sentymenty tu chodzi. Życie jest dobre, bo Nowy Jork. Psa pogrzebano

w

miejscu

akcji.

Mityczna

niegdyś

Kalifornia

dziś

interesuje

powiedziałabym, że nikogo, ale może ostało się jeszcze ze dwóch fanów Blink 182. Dla pokolenia dorastającego w połowie lat 90. - czyli tego, które widziało niewiele, ale też pierwszego zyskującego świadomość w czasach legalnej przyjaźni z Zachodem – Los Angeles była symbolem dobrobytu, szczęścia i białych zębów. Dzieciaki może miały problemy, ale były szczupłe, śniade i drogo ubrane. Dziesięć lat później mieliśmy i widzieliśmy już wszystko – taki stan nazywa się dekadencja. Jesteśmy zepsuci i smutni (w pierwszej osobie, bo niezmiennie czuję silny związek z kulturą młodzieżową, słucham Hadouken i jestem notoryczną samozwańczą nastolatką). Jesteśmy z Nowego Jorku. Bo Nowy Jork znów jest TYM miastem. Drugi sezon „Gossip Girl” wystartował boleśnie nijako – bananowe dzieci pojechały na wakacje, na jakieś sielskie przedmieścia, gdzie nosiły sukienki w groszki i jadły lody na patyku, brrr. Ale wystarczyło, by wróciły na roddzine Upper East Side, by gruchnęło. Nowy Jork jest tu tak samo ważny, jak każda z postaci i jej luksusowych dramatów. I to nie jest miasto fikcyjne, romantyczne, ze starej płyty. To jest miasto prawdziwe. Silikonowa dolina nie ma szans. Zwłaszcza, że w tamtej scenografii wiarygodnie wygląda tylko product placement kremu z filtrem, a Nowym Jorkiem można lansować jedyne słuszne życie antyfit. Czas na cesarza. Chuck Bass, I would definitely say THESE words to you. Przyznaję, kocham szatana i intryganta. Nie było w młodzieżowym serialu lepiej skonstruowanej postaci, nie było tak perwersyjnie inteligentnego bohatera. Życie jest dobre, bo każde Gotham ma swojego Jokera. Aha, a felieton o serialach tylko pozornie nie jest felietonem o muzyce. Jenny „Pret-a-Poor J” Humphrey, modowa niewolnica (wtedy jeszcze dosłownie) przygotowuje sie do wielkiego pokazu z „NYC – Gone, Gone” Conora Obersta w tle. Motywem przewodnim odcinka buzującego od feromonów jest „Sex On Fire” Kings Of Leon. A „90210”? Pierwszy odcinek wystartował jakimś smętem Coldplaya, a chwilę później dowiedzielismy się, że są w Ameryce dzieci, które Joy Division poznały dzięki The Killers.


WIĘCEJ! tekst: [m] ilustracja: Damian Siemień

To był dla polskiej muzyki dobry rok. Pewnie dla niektórych z was zdanie to zabrzmiało cokolwiek dziwnie. Być może dlatego, że 95% tej dobroci wydarzyło się poza tzw. oficjalnym obiegiem. Poza telewizją, ogólnopolskimi stacjami radiowymi, wysokonakładowymi gazetami (z niewielkimi wyjątkami). Prawda jest taka, że wartościowa, niekomercyjna muzyka całkowicie przemieściła się do Internetu – pewnie z tego powodu osoby nie podłączone stale do sieci mogły odnieść wrażenie pewnej próżni wytwarzanej przez dysze statku kosmicznego o dumnej nazwie SS „Feel”. A tymczasem rok 2008 dostarczył kilkudziesięciu płyt długogrających i drugie tyle quasi-wydawnictw dostępnych tylko w Internecie, w postaci plików mp3. Spróbuję udowodnić, że powyższe słowa nie zostały rzucone na wyrost. Oto krótki przewodnik po tym, co wydarzyło się w minionym roku. Ważne, że alternatywny rynek muzyczny nie zamyka się w jednym nurcie, nie ogranicza do ściśle określonej grupy odbiorców. Coś dla siebie znajdą zarówno fani spokojnych brzmień, gitarowego rocka, elektroniki, akustycznych ballad, wreszcie swobodnego mieszania gatunków i improwizacji. Zacznijmy od eleganckiego popu. Tu moim faworytem jest poznański Snowman, który swoją płytą Lazy podbił serca miłośników wysmakowanego, ocierającego się o jazzowe klimaty grania. Tuż obok tym razem płyta bardziej elektroniczna (choć pełna akustycznych smaczków) - Herbs zespołu Loco Star. To pop najwyższych lotów. Chętnie do tej dwójki dorzucę Silver Rocket (Tesla), Oszibarack (Plim Plum Plam) i Old Time Radio (Just Because We Were Wrong). Jeśli jesteśmy przy elektronice, lubiącym grać głośno i bez cienia pokory polecam drugą płytę duetu Mass Kotki (Miau miau miau) i Procesora Plus (GenEraTor). Na przeciwnym biegunie – zimna, ekscentryczna i bardzo oryginalna płyta duetu Polpo


Motel. Obrodziło dobrymi albumami z gatunku alternatywnego rocka. Wspomnieć warto o mocnym debiucie zespołu Organizm (Głową w dół), wyrazistej i mięsistej propozycji Von Zeita (Ocieramy się), rasowej produkcji z rejonów rocka środka, czyli Reverox (The Unexpected), przebojowej płycie Pustek (Koniec kryzysu), wreszcie odkrywającym na nowo krótką formę piosenki debiucie formacji L.Stadt (L.Stadt). Miłośników muzyki łagodniejszej, estetyzującej, odsyłam do znakomitych albumów Kings Of Caramel (Kings Of Caramel), Julii Marcell (It Might Like You), Jacaszka (Treny), Ballad i Romansów (Ballady i Romanse) oraz Iowa Super Soccer (Lullabies To Keep Your Eyes Closed). I jeszcze coś z nurtu postrockowego: Gasoline (The New Discipline), Klimt (Jesienne odcienie melancholii), Columbus Duo (Storm). To wcale nie wszystkie płyty zasługujące na uwagę. Warto wspomnieć o zespołach, które dopiero szukają swojej szansy na pełnowymiarowy debiut. Stawiam na Dav Intergalactic, Gentleman!, Powieki, Setting The Woods On Fire, Max Weber i Kolorofon. Nie był to rok samych sukcesów – porażką okazały się szumnie zapowiadane debiuty Rentona i Out Of Tune (zwłaszcza tego drugiego), oczekiwana czwarta płyta Cool Kids Of Dead (Afterparty) przyniosła wyraźny spadek formy – jednak działo się tak wiele, że z optymizmem patrzę na rok nadchodzący. Będą kolejne ciekawe premiery płytowe, pojawią się nowe zespoły, kluby szerzej otworzą się na wykonawców z różnych nurtów, przybędzie festiwali i koncertów promujących rodzime kapele. Na to czekaliśmy i tego właśnie chcemy – więcej i więcej.


www.pianamagazine.com

PianaMagazine_Jeden  

Piana Magazine_Jeden

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you