Issuu on Google+

PIANA MAGAZIN E

N R 1 1 SKANDYNAWIA WWW.PIANAMAGAZINE.CO M


PIAN A MAGAZIN E

EDYTORIAL

STOPKA

SKANDYNAWIA BŁĘDNE MYŚLENIE

Lubimy Skandynawię, bo znamy ją tylko z dźwięków, książek i obrazków. Poza tym nadal jest modna. No i przede wszystkim zima, której wszyscy solidarnie nienawidzimy, tam wydaje się być przyjemna. Tamże chyba też życie płynie powoli (to chyba raczej w ciepłych krajach, ale jesteśmy offowi, więc nie będziemy rozwodzić się nad chillwave’ami). Zapewne to same błędne wyobrażenia, ale co z tego. Zamiast narzekać na syf za oknem, prezentujemy trochę opóźniony (neostrady nam zamarzają w tym Krakowie) numer Piany. Co w środku? Jak zwykle samo piękno. Czym jest piękno? Nie wiemy i nie zastanawiamy się nad tym. Igor Mitoraj podobno jest dobry w te klocki.

REDAKCJA pianamagazine@gmail.com www.pianamagazine.com REDAKTOR NACZELNY Damian Siemień e-mail: d.siemien@pianamagazine.com tel: +48 608 571 539 Z-ca RED. NACZELNEGO Karolina Pietrzok e-mail: k.pietrzok@pianamagazine.com tel: +48 696 090 729 DYREKTOR KREATYWNY Grzegorz Ostrowski e-mail: g.ostrowski@pianamagazine.com tel: +48 784 024 714

Viva Hate, Damian Siemień

STALI WSPÓŁPRACOWNICY Aleksandra Graczyk, Adam Błażejewicz, Katarzyna Borelowska, Martyna Wojnicz, Adam Groch, Marta Wajda, Bartek Rytkowski, Maciek Piasecki, Magda Podkowińska, Magda Wichrowska, Magda Jasińska, Tymoteusz Kubik, Ewa Dyszlewicz, Zdzisław Furgał, Ola Dąbrowska, Michał Lichtański, Kamil Zacharski, Agata Kucharska, Michał Borowski, Marcin Gładysiewicz. ILUSTRATORZY Katarzyna Walentynowicz, Magdalena Barcik, Bolesław Chromry, Dominika Bobulska. MAGAZYN ZŁOŻONO KROJAMI PISMA Corbel, Neo Sans, Walkway PROJEKT GRAFICZNY PISMA Grzegorz Ostrowski OKŁADKA / ILUSTRACJA Ewa Juszczuk KOREKTA Karolina Pietrzok

DRUK EGZEMPLARZY PROMOCYJNYCH Drukarnia Kolory, Kraków E: kolory@kolory24.pl T: +48 12 421 02 56 www.kolory24.pl

2


POPKULTURA

04 KRÓLOWIE ŻYCIA

SESJE

FILM

NA 30 KREW ŚNIEGU CZYLI SKANDYNAWSKI

BOOM NA HORROR

KĘSKA 42 DANIEL KOŃCZY STUDIA, SPŁACA KREDYT, SZUKA PRACY I TWORZY.

TEATR

KSIĄŻĘ 06 DUŃSKI I JEGO TEATRALNE KREACJE

LITERATURA

32

HAMSUN - DOBRY NAZISTA?

PIAN A MAGAZIN E

SPIS T R E S C I

SESJE

46 DANIA OD KUCHNI

FELIETON

MOŻE COŚ NA 08 TO ROZGRZANIE

ARCHITEKTURA AALTO IS 36 ALVAR ALIVE!

SESJE

50 SWIMMING POOL

FOTOGRAFIA

10 WSPOMNIENIA Z TERAŹNIEJSZOŚCI

SESJE

56 CAMARO

SZTUKA

PTAKI 16 DZIEWCZYNY I NIEDŹWIEDZIE

TO NAM SIĘ PODOBA

60 ROBOTY RĘCZNE

SZTUKA

20 ZERO PESYMIZMU

3


PIAN A MAGAZIN E

POPKULTURA

KRÓLOWIE ŻYCIA

Co osłodzi długi, zimowy wieczór, gdy znudził się glögg i kanapa z Ikei? Szwedzi od dawna znają odpowiedź na to pytanie: porno.

Szwecja połowy XX wieku mogła zawstydzić każdy kraj Europy i Ameryki Północnej – dosłownie i w przenośni. Kiedy bowiem amerykańskie kino trzymało się swoich purytańskich zasad, a filmowi małżonkowie obowiązkowo sypiali w oddzielnych łóżkach, Szwedzi na ekranach oglądali Hon Dansade en Sommar (One Summer of Happiness, 1951) – historię nastoletniego romansu wśród wiejskich widoków – czy też Wakacje z Moniką (Sommaren med Monika, 1953) Ingmara Bergmana. Szwedzki Instytut Filmowy dopuścił ten ostatni do dystrybucji po wycięciu kilku scen, lecz rozwiązłość na ekranie wstrząsała cenzorami za oceanem – tamtejsi widzowie jeszcze na długo mieli zostać pozbawieni możliwości oglądania obrazu Bergmana, a prasa uznała szwedzkie społeczeństwo za rozpustne. Nie tylko kinematografia przyczyniła się do amerykańskiego wyobrażenia Szwecji jako nowej Sodomy i Gomory. W roku 1955 do szwedzkich szkół wprowadzony został nowy obowiązkowy przedmiot: wychowanie seksualne. Wydarzenie to szeroko komentowały gazety zza Atlantyku, wywołując rumieniec wstydu i zgorszenie statecznych obywateli. Ale nie tylko: ci bardziej zamożni i skorzy do eksperymentowania uznali rozwiązłą Szwecję z jej łatwymi kobietami za doskonały cel wakacyjnych wojaży i wyruszali w podróż, by zaznać szwedzkich wdzięków. Ilu z nich boleśnie zderzyło się z rzeczywistością – nie wiadomo.

4

tekst: Karolina Pietrzok ilustracja: Damian Siemień

Ale dla Bertha Miltona, szwedzkiego właściciela salonu samochodowego, sprawa stała się jasna: pornografia to przyszłość, pornografia to żyła złota. I tak w roku 1965 powstał magazyn Private

– pierwsze na świecie otwarcie pornograficzne czasopismo komercyjne. W kolorze! Berth Milton przecierał szlaki na nieznanym lądzie nowej gałęzi handlu, ale nie popełniał błędów. Jego firma rosła w siłę, otaczał bo blichtr, pieniądze i piękne kobiety, a liberalne podejście do spraw nagości w Szwecji stało się tak legendarne, że nawet gdy w latach 70. kolejne kraje poszły w skandynawskie ślady i masowo powstawać zaczęły filmy pornograficzne, w branży nazywało się je nadal filmami szwedzkimi. W życiu Miltona nie zabrakło niczego – także potomstwa. Syn, Berth Milton Jr., nie czuł się związany z ojcem, ich relacje przez wiele lat określano jako co najmniej chłodne. Król musi jednak mieć swojego następcę i junior przejął schedę po seniorze, zostając w roku 1995 prezesem Private Media Group. Nie obyło się bez wewnętrznych potyczek i sporów o markę. Junior ostatecznie wygrał. Okazał się być nie tylko specjalistą w swej dziedzinie, ale i nieprawdopodobnie sprawnym biznesmenem, a spółka pod jego rządami przerodziła się w prawdziwe pornograficzne imperium. Tam, gdzie jego ojciec stawiał na zabawę, odrzutowce i kosztowne imprezy, Milton Jr. zajmował się pracą, nowymi technologiami i rozwojem firmy. Opłaciło się: dziś Private Media Group ma pod sobą cztery magazyny, wytwórnię filmów i wydawnictw DVD, 24-godzinny kanał pornograficzny online i co roku notuje dochody rzędu 50 milionów dolarów. Ostatnio zaś głośno było o nowym pomyśle Miltona na interes: luksusowym hotelu, w którym noc można spędzić

za darmo, jeśli... wyrazi się zgodę na nakręcenie własnych łóżkowych igraszek i ich komercyjne wykorzystanie. Berth Milton Jr. odnosi sukcesy finansowe nieporównywalne nawet z ojcowskimi, ale życie króla porno nie jest już tak pełne blichtru, jak kilka dekad temu. Bowiem tak jak niegdyś Szwecja stanowiła bastion seksualnej wolności (przynajmniej na ekranie), tak dziś wydaje się znajdować już na drugim biegunie. Równość płci nie zakłada tolerancji dla typowego w pornografii przedmiotowego traktowania kobiet. Mężczyźni osadzeni w szwedzkich więzieniach są pozbawieni prawa do posiadania czasopism i zdjęć o charakterze erotycznym. Szwedzkim żołnierzom i politykom nie wolno zatrzymywać się w hotelach mających w swej ofercie telewizyjnej kanały dla dorosłych. Komisje etyczne uważnie przyglądają się kampaniom reklamowym, tropiąc wszelkie znamiona seksizmu. Nawet imperium Miltona przeniosło większość swych aktywów poza granice kraju, głównie do Hiszpanii. Czyżby złoty wiek szwedzkiej pornografii już się skończył? Niekoniecznie. Zielone światło pali się właśnie dla pornografii kobiecej – aktualnie przodują w niej Dunki (by przywołać chociażby tytuły takie jak All about Anna z roku 2005 czy Pink Prison z 1999), zaś szwedzka posłanka Teres Kirpikli postuluje, by filmy erotyczne emitowane były w publicznej telewizji w sobotnie wieczory. Po co? By pobudzić społeczeństwo do prowadzenia bujniejszego życia seksualnego, co... podreperuje ciągle opadający wskaźnik szwedzkiego przyrostu naturalnego.


PIAN A MAGAZIN E

POPKU L T U R A

5


PIAN A MAGAZIN E

TEATR

DUŃSKI KSIĄŻĘ I JEGO TEATRALNE KREACJE tekst: Magda Jasińska ilustracje: Magdalena Barcik

Hamlet to klasyka klasyki. Dramat rodzinny z krwią, zbrodnią i zemstą w tle jest w pewnym sensie sprawdzianem-inscenizacją dla każdego reżysera i sprawdzianem-rolą dla każdego wcielającego się w nią aktora. Uwspółcześnianie, przepisywanie, nagość na scenie to wszystko w polskich (i nie tylko polskich) Hamletach już było. Były skandale i okrzyki: Nie, no tego już za wiele. Czy to jest teatr, czy burdel? Czy naprawdę potrzeba gołej dupy, żeby powiedzieć, że król jest nagi?1 Był Elsynor jako Stocznia Gdańska, kopalnia soli w Wieliczce i Wawel. Hamlet-Żyd, Hamlet-florecista, Hamlet-kobieta. Politycznie, prywatnie i rodzinnie.

Mała Hamletowsko-polska retrospekcja To nie jest tak, że moda na Hamleta to zjawisko świeże. Już w epoce elżbietańskiej ten dramat sprawiał, że teatr wypełniał się po brzegi. Aż trudno uwierzyć, że ta ponadczasowa historia w ogóle się nie starzeje. Wciąż stanowi bardzo aktualny pretekst do mówienia za jej pośrednictwem o tym, co aktualnie dla nas ważne i istotne. W historii teatru polskiego zapisały się przede wszystkim trzy niezapomniane inscenizacje Hamleta: Jerzego Grotowskiego ( Studium o Hamlecie 1964), Andrzeja Wajdy (Hamlet IV 1991) i Konrada Swinarskiego (1974). Ten ostatni z wielkiej trójcy przeszedł do historii mimo tego, że jego spektakl nie został zrealizowany ze względu na nagłą śmierć reżysera jeszcze w trakcie prób. Mimo to fenomen inscenizacji Swinarskiego przeżył próbę czasu i został w pewnym sensie zrealizowany, co prawda

6

nie na scenie, ale na kartkach książki Józefa Opalskiego, który opublikował zbiór swoich rozmów przeprowadzonych z współpracującymi z reżyserem aktorami i ludźmi teatru (Rozmowy o Konradzie Swinarskim i Hamlecie). W historii zapisał się więc Hamlet-odmieniec, czyli Hamlet Żyd, zrealizowany przez Grotowskiego. Hamlet, którego rolę Wajda powierzył Teresie BudziszKrzyżanowskiej i Hamlet-Jerzy Radziwiłowicz, którego wspomnienia świadczą o silnym bazowaniu Swinarskiego na Studium Wyspiańskiego. Wszystkie trzy inscenizacje nadawałyby się na tematy osobnych artykułów. W każdym fabuła stała się pretekstem do podjęcia zupełnie innych, aktualnych wtedy wątków. Spróbujmy jednak przyjrzeć się bliżej, tym Hamletom, którzy z racji późniejszej daty premiery, swoją problematyką powinny oddziaływać na nas zdecydowanie intensywniej.

Hamlet bardziej współcześnie, czyli turbo-golfista z floretem w dłoni. Rok 2004. Premiera H w reżyserii, adaptacji i skreczach mentalnych Jana Klaty. Elsynor to przestrzeń bardzo surowa a jednocześnie mocno sugestywna, stanowi ją mianowicie Stocznia Gdańska. Kolebka Solidarności, z którą nasuwających się skojarzeń wymieniać nie trzeba. Nie ma tu sceny, wygodnych siedzeń dla widzów, ani kurtyny. Publiczność, której przewodnikiem w trakcie spektaklu będzie Horacy, przemieszcza się wraz z postaciami dramatu, pokonując kolejne hale fabryczne, których ściany w sposób szczególny pamiętają wydarzenia sierpniowe.


Ta symboliczna przestrzeń to jedyny realistyczny element spektaklu. Klata, który uwspółcześnia historię Stradfordczyka, nadaje dramatowi wyraźny, konturowy, biało-czerwony rys, po to ,by wprowadzić pomiędzy mury pamięci historycznej obrazy bardzo surrealistyczne. Hamlet to bowiem ubrany w stylu szermierskim Marcin Czarnik. Na teren stoczni przybywa wraz z Horacym i z kijem golfowym w ręku. Nie jest to jednak zapowiedź rozrywki białych kołnierzyków i wykrochmalonych mankietów. Obaj panowie przy dźwiękach Seven Nation Army będą zajmować siebie i publiczność nowobogacką wersją tego tego nudnego sportu, czyli turbo-golfem. Klaudiusz okaże się być wybitnym degustatorem win i fenomenalnym breakdancerem. Zderzenie realistycznej aury stoczni z surrealistycznym wizerunkiem Elsynoru i postaci podkreśla Duch Ojca Hamleta, który wjeżdża do Stoczni na koniu w historycznym stroju husarza, w efekcie czego wartość tego widma przeszłości zamyka się w szklanej muzealnej, zakurzonej gablocie. Całość jest natomiast nienachlanym dyskursem z historią i tradycją.

Demaskator zła i jego nagość, czyli mamy skandal Rok 1999. Księcia Hamleta wykreowanego przez Warlikowskiego gra Jacek Poniedziałek. Przedstawienie wywołało wiele dyskusji na temat nieuzasadnionej nagości na scenie i prymitywnym (według niektórych) kierunku, w którym zmierza postmodernistyczny teatr. Ten spektakl to, można by powiedzieć, jeden wielki kontrapunkt wobec H Klaty. Tu nie ma miejsca na politykę czy historię. Nieistotna jest pamięć historyczna. Przedstawienie zrealizowane w Teatrze Rozmaitości to produkcja bardzo kameralna i prywatna zarówno na płaszczyźnie formy jak i interpretacji. Już sama przestrzeń nakreśla pewien mechanizm, którym posługuje się reżyser. Mechanizm ciągłej konfrontacji, poczucia zagrożenia. Tu oglądanie w jakimś stopniu wiąże się również z byciem oglądanym. Widzowie bowiem podzieleni są na dwie części (sektory), które siedzą naprzeciwko siebie Rozdziela ich scena. Nie istnieją teatralne kulisy. Aktorzy cały czas przebywają w zasięgu wzroku widza. Książę Danii to demaskator zła. Zrzuca kolejno maski z twarzy swoich przyjaciół, jak i wrogów. Jest bardzo wrażliwy, działa instynktownie. Ślini się, wykonuje małpie ruchy, chowa

twarz za tekturową maską. Jest współczesny, ale w sposób bardzo subtelny, nienachlany. Cała przestrzeń jest bardzo umowna. Zamiast teatralnych kostiumów, symboliczne atrybuty władzy, zamiast śniegu deszcz confetti. Scena rozmowy Hamleta z matką ma charakter bardzo intymny. Poniedziałek przychodzi do sypialni (nie ma łóżka, nie ma żadnych mebli, oboje leżą na podłodze) Gertrudy (Stanisławy Celińskiej) całkowicie nagi. Bardzo proszę, żeby włożył pan majtki2 – krzyczy jakaś pani z widowni. Podczas gdy ta nagość nie ma nic wspólnego z seksualnością. Hamlet poprzez akt całkowitego się rozebrania emanuje bezradnością i niewinnością. Wie, że w nim też tkwi cząstka zła, chce ją w ten sposób obnażyć. Warlikowski Hamlet to takie kameralne studium współczesnego zła.

Hamlet Hamletowi nie równy Hamletów było i będzie jeszcze wielu. Monika Pęcikiewicz w swojej inscenizacji tego najbardziej popularnego dramatu Szekspira usuwa samą postać Hamleta na drugi plan. Pierwszy należy do postaci kobiecych – przede wszystkim Gertrudy i Ofelii. To ich dramat zostaje wyeksponowany i zaakcentowany. To Ofelia, a nie Hamlet, wygłasza z offu monolog Być albo nie być, nie popełnia samobójstwa, tylko zostaje utopiona w wannie (co więcej - przez Horacego). Młoda reżyserka, jak widać, nie boi się radykalnych przesunięć. Paweł Passini natomiast wykorzystuje Hamleta do opowiedzenia historii powstania warszawskiego. Hamlet 44 to swego rodzaju hołd złożony powstańcom w dniu rocznicy wybuchu tego historycznego wydarzenia. Elsynor to w tym przypadku zaadaptowany plener znajdujący się przed budynkiem Muzeum Powstania Warszawskiego. Hamlet grany przez Macieja Wyczańskiego to człowiek, który musi podjąć decyzję: czy wziąć udział w narodowym zrywie, czy nie. Jego być albo nie być zyskuje nowy wymiar dosłowności. To nie jest już tylko filozoficzno-egzystencjalne dumanie. Klaudiusz donosi na Ojca Hamleta do Gestapo, a Ofelia poświęca swoją miłość na rzecz walki za ojczyznę. Passini swoim spektaklem nie stawia pytania o słuszność powstania. Ukazuje dramat ludzi w nim uczestniczących, ich tragiczne losy i możność poświęceń. Robi to jednak w sposób dość nachalny. Dokonuje licznych adaptacyjnych zmian zarówno w konstrukcji fabularnej jak

i interpretacyjnej Hamleta, poprzez co redukuje obecność Szekspira do minimum. Dochodzi do odwrócenia sytuacji. To nie Hamlet staje się pretekstem do mówienia o powstaniu, ale powstanie staje się pretekstem do mówienia o Hamlecie.

Hamlet bardziej światowy Hamlet japoński przez półtorej godziny nie schodzi ze sceny. Co więcej, przez cały spektakl siedzi w jej centralnym punkcie nieruchomo. Wygłasza swoje monologi niemalże z pozycji kwiatu lotosu, a inne postaci dramatu i ich relacje nieustannie krążą wokół niego, tworząc coś na kształt heliocentrycznego układu sceny. Elsynor w tym przypadku to bardzo ascetyczna, typowo japońska przestrze��: parawany, maty, zamiast kostiumów kimona. Zero dynamizmu, wszechogarniająca stateczność. Skrajnie inną inscenizację „Hamleta” zaproponował litewski reżyser Oscaras Korsunovas. Dania, o której szekspirowski książę mówił, że jest dla niego więzieniem, została w tym przypadku wykreowana na oniryczną garderobę, gdzie w lustrzanych odbiciach białych toaletek nieustannie powraca pytanie: kim jesteś? Szekspirowski dramat zemsty jest więc bodźcem do mówienia o obłudzie i cynizmie. Koniec hamletyzowania? Z pewnością nie. Hamlet nie zniknie ze scen polskich, jak i zagranicznych. Losy duńskiego Księcia jeszcze nie raz dostarczą nam teatralnych emocji. Fakt, że ten dramat na poziomie fabularnym zna prawie każdy, sprawia, że reżyserzy często używają go nie do prezentowania doskonale skonstruowanej intrygi, ale do wypowiadania się na tematy bardzo odległe od tematu zbrodni czy zemsty. Każdy teatralny Hamlet jest inny. Bo jak mawiał Jan Kott: Hamlet jest jak gąbka, wchłania w siebie od razu całą współczesność.

PIAN A MAGAZIN E

TEATR

7


PIAN A MAGAZIN E

F E L IE T O N

8

TO MOŻE COŚ NA ROZGRZANIE? tekst: Alma Haltof ilustracje: Kuba Woynarowski


I’m going to fuck - wytłumaczyła drobna blondynka, przepychając się przez kuchnię pełną pijących studentów. I’ll be back. Było jeszcze wcześnie, ale wymarsz do klubu studenckiego w centrum zajmował dobre dwadzieścia minut, więc trzeba było się szybko, ale za to ciężko upić, żeby nie wytrzeźwieć po drodze. Na szczęście pod wpływem cydru wymieszanego z winem i resztką Absolutu wszystkim zatarło się poczucie czasu, więc młoda Szwedka zdążyła wrócić, zanim pokaźne stadko pijaków zaczęło nieskładnie szykować się do wyjścia. Moment otwarcia drzwi na zewnątrz był zawsze krytyczny: jeśli ktoś nie zdążył się jeszcze w pełni ubrać, ryzykował natychmiastową utratą promili w starciu z nagłym powiewem mroźnego powietrza, które zapierało dech w piersiach i mroziło smarki aż po szczyty zatok. Kiedy fala studentów przełamała opór drzwi i wylała się na parking, od razu było jasne, kto jest przyjezdnym, a kto rdzennym Szwedem: erazmusy odruchowo skuliły się i zbiły w ciasne grupki, wszyscy ubrani tak, że ich rodzice byliby dumni: nawet w największym pijaństwie nikt nie zapomniał o czapce, szaliku i dwupalcowych rękawiczkach. Za to autochtoni dumnie zataczali się na przedzie, dziewczyny tylko w legginsach i dłuższych swetrach, chłopięta w conversach, których czerń nawet w nocy ostro kontrastowała ze śniegiem. Po dwudziestu paru minutach slalomu wśród drewnianych, czerwonych domków, które za dnia wydawały się stać w równiejszej linii, procesja pijaczków dotarła do centrum. Kolejka do klubu była długa, a mróz coraz mocniejszy, ale w końcu wszystkim udało się dotrzeć do środka i zwlec tony odzieży, żeby przedrzeć się do baru. Po bani, która kosztowała tyle, co skromny obiad w ojczyźnie, przyszedł czas na analizę puszczanej muzyki: żadne szwedzkie elektro, ani słodki rodzimy pop, tylko najlepsze hity techno, bo za konsoletą stał umięśniony dres, którego krótkie blond włosy odcinały się od podejrzanie ciemnej skóry. Nie ma zmiłuj, albo jest się chodzącą reklamą H&M-u, albo żywym przykładem na to, że ilość solariów nie zmniejsza się proporcjonalnie do wzrostu ucywilizowania danego państwa. Czas na papierosa, zasygnalizowała znajoma i po pięciu minutach błogiego ciepła w klubie znowu znaleźliśmy się na mrozie, tym razem na balkonie, który był wyznaczony do palenia. Ktoś wycedził

PIAN A MAGAZIN E

FEL I E T O N przez szczękające zęby lepiej, niż ten żałosny biały namiocik przed Irish Pubem, ale większość drżących palaczy w duchu sobie obiecywała, że tym razem naprawdę przerzuci się na tytoń do ust, bo snus można sobie zawsze wepchnąć za wargę, bez ceremonii odstawiania tańca świętego Wita przed klubem. Zresztą, już jest pierwsza, zaraz zamkną bar, bo kto widział w Szwecji klub otwarty dłużej niż do drugiej. Melanż w Szwecji zrobić jest trudno. Trzeba się zawczasu przygotować i dobrze obliczyć potrzebną ilość alkoholu, bo sklepów Systembolaget, monopoli, jest mało (w naszym 36-tysięcznym miasteczku był tylko jeden), zamykane są o 18, a w sobotę o 13, żeby ograniczyć najwidoczniej wrodzony zapęd do umilania sobie długich, zimowych wieczorów dużą ilością wódki. Choć wypada zaznaczyć, że Systembolaget jest otwarty w soboty dopiero od paru lat. W zwykłych sklepach alkohol też można znaleźć, ale tylko do 3.5%, więc party przygotowawczemu przed koncertem było daleko do spontaniczności. Tym niemniej erazmusy postarały się zdobyć wszystko w zadowalających ilościach, bo okazja była wyśmienita: malutki festiwal muzyczny, wstęp za darmo, czyli tak, jak każdy sobie niezal-Szwecję wyobraża dzięki takim blogom jak Swedesplease czy Eardrums. Po odpowiedniej zaprawie młodzież wyruszyła na koncerty headlinerów, Billy the Vision and the Dancers i The Tallest Man on Earth. Na miejscu okazało się, że alkoholu spożywać nie można, więc erazmusy wytrzymały tylko chwilę pod sceną, w oszałamiającym tłumie trzydziestu paru ludzi, zanim postanowiły się powoli wycofywać. Bądź co bądź, dokuczało im nie tylko pragnienie, ale przede wszystkim świadomość, jak bardzo niekorzystnie wyglądają ich ciepłe, urodą nie grzeszące kurtki na tle nienagannie, choć też okrutnie cienko ubranych blondynów i blondynek. Przy akcji: odwrót! ktoś na przedzie postanowił zahaczyć o pub, żeby zagrzać się do ostatecznego powrotu do akademika, a reszta posłusznie, acz niezdarnie zaczęła z grubsza podążać za peletonem. Pęcherz nie sługa, więc parę dziewcząt przyspieszyło i wtoczyło się do pubu, żeby skorzystać z osiągnięć cywilizacji, ale Niemka, która wysunęła się na czoło wyścigu, cofnęła się gwałtownie przy drzwiach

do toalety, wyraźnie wstrząśnięta czymś, co się działo w środku. Tam rzyga dziewczyna do zlewu! Nawet nie ma dziesiątej! Do zlewu! Dziesiąta! - Niemka zaczęła się trząść z grozy całego wydarzenia, więc otaczający ją wianuszek erazmusów delikatnie, ale stanowczo wypchnął ją w stronę baru, skąd się ruszyła dopiero po dwóch godzinach. Koło północy, kiedy wydano ostatnie korony, które miały wystarczyć do końca miesiąca, młodzież wynurzyła się z lokalu na mróz i lekko prószący śnieg. Na placyku przed pubem siedziała na ziemi cienko ubrana nastolatka o błędnym wzroku, a przed nią kucał ratownik medyczny. Parę metrów dalej błogo spał sobie pod metalowym płotem budowy chłopak, którego ciemna bluza powoli zmieniała kolor od spadających płatków śniegu. C’est la vie. Może jednak trzeba było jechać do Hiszpanii.

9


PIAN A MAGAZIN E

F O TO G R A F I A

WSPOMNIENIA Z TERAŹNIEJSZOŚCI Twarze, które wydają się znajome, pejzaże, które kiedyś z pewnością minęliśmy. Chłód, który nas zmroził i deszcz, który przemoczył nam buty. Smutek, który kiedyś czuliśmy i niepokój, który nie dawał nam spać. Todd Hido budzi nasze wspomnienia znikąd. tekst: Ewa Dyszlewicz fotografie: Todd Hido

10


PIAN A MAGAZIN E

FOTOG R A F I A

11


PIAN A MAGAZIN E

F O TO G R A F I A

12


PIAN A MAGAZIN E

FOTOG R A F I A

Dwa lata temu w warszawskiej Yours Gallery zaprezentowano projekt Todda Between The Two. Puste pokoje, nieobecne kobiety. Nieobecne kobiety w pustych pokojach. Za chwilę coś powinno się wydarzyć. Specyficzna aura zdjęć nieznanego mi wówczas współczesnego amerykańskiego artysty nie dała o sobie zapomnieć; przy przeglądaniu innych jego projektów uderzyła mnie konsekwencja w kreowaniu nastroju, który, jak podkreśla, jest głównie efektem jego pracy w ciemni. Hido zauważony został dzięki serii nocnych zdjęć domów na przedmieściach zatytułowanej House hunting (pierwsza edycja albumu wyszła w 2001 roku). To projekt dokumentalny, podobnie jak zdjęcia amerykańskich pejzaży robionych przez szybę samochodu (część znajduje się w albumie A Road Divided, 2010). Widać tu jednak subiektywne, pełne emocji spojrzenie autora, który czerpie swoje inspiracje z dorobku piktorialistów, zbaczając tym samym z głównego nurtu tzw. fotografii obiektywnej w wydaniu Shore’a, Gursky’ego czy Dijkstry. Trochę inaczej wygląda sprawa z portretami, prezentowanymi m.in. we wspomnianej już serii Between The Two. Chociaż tutaj Hido wybiera

kobiety z krwi i kości, a nie wystylizowane piękności, to w tym wypadku nie można już mówić o dokumentalnym wymiarze tych prac. Tu artysta świadomie tworzy pewien klimat, lekko voyeurystyczny, bardzo intymny, w który wpisuje swoje modelki. Sesje odbywają się zwykle w motelowych pokojach, pustej, tymczasowej przestrzeni, którą aranżuje według własnego uznania (fotografując jednak zawsze przy świetle zastanym). I paradoksalnie, mimo tworzenia sztucznej sytuacji, udaje mu się osiągnąć efekt naturalności. Inspiracją dla twórczości Hido została jego własna przeszłość; czerpania z niej właśnie nauczył go jego wykładowca, niedawno zmarły artysta Larry Sultan. Być może to dzięki temu i my odnajdujemy w jego fotografiach część własnego doświadczenia, obrazy, które tkwią w naszej społecznej świadomości.

13


PIAN A MAGAZIN E

F O TO G R A F I A

14


PIAN A MAGAZIN E

FOTOG R A F I A

15


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

DZIEWCZYNY PTAKI I NIEDŹWIEDZIE rozmawia: Damian Siemień tłumaczenie: Karolina Pietrzok prace: Deedee Cheriel

PIANA: Co symbolizuje dla ciebie najczęstszy bohater twoich prac – niedźwiedź? Deedee Cheriel: Zwykle niedźwiedzie wydają mi się być zrzędliwe lub głodne, lub w trakcie poszukiwań. Niedźwiedzie symbolizowały zawsze buddyjską ideę pragnienia cierpienia. Zaczęłam chyba malować te zwierzęta, kiedy rzuciłam palenie i nieustannie szukałam czegoś na zewnątrz, co mogłoby wypełnić pustkę po nałogu. Więc malowałam niedźwiedzia za niedźwiedziem... PIANA: Jak sklasyfikować twoje obrazy? Malarstwo, ilustracja, komiks abstrakcyjny? D.C.: To obrazy. PIANA: Czy inspirujesz się sztuką indiańską? Twoje prace przepełnione są egzotyczną dekoracyjnością, dbałością o szczegół, mają nieco prymitywny charakter. No i te zwierzęta,

16

na myśl przychodzi mi Henri Rousseau. To dobre tropy skojarzeń? D.C.: Kocham Henriego Rousseau. Inspirują mnie odmienne kultury, na pewno rdzennych Amerykanów, to dla mnie oddanie im hołdu jako zapłaty za ziemię, na której żyjemy. Dorastałam w Oregonie, miejscu pełnym indiańskim totemów i sztuki artefaktów indiańskich. PIANA: Podstawowe pytanie: o czym opowiadają twoje obrazy? Dlaczego jelenie płaczą, niedźwiedzie ryczą, wilki wymiotują trawą i ludzie mają głowy ptaków? Jakieś ekologiczne konotacje? D.C.: Zwierzęta korespondują z emocjami, które chcę wyrazić. Pierwsza dziewczyna z ptasią głową, jaką kiedykolwiek namalowałam, była karykaturą dziewczyny, którą znałam w Chile. Mieszkałam tam, malowałam, grałam w kapelach. Mój przyjaciel z zespołu mieszkał na

21. piętrze, często tam przesiadywaliśmy, piliśmy wino, braliśmy mnóstwo narkotyków, a jego chudziutka dziewczyna o wyglądzie modelki chodziła po mieszkaniu i mówiła wysokim głosem – była jak mały, piękny ptak w klatce ponad brudnym miastem. Dziewczyny-konie stworzone na moją ostatnią wystawę biorą się z obsesji, zbliżonej do kultu, jaka staje się udziałem młodych dziewczyn i która każe im na przykład krzyczeć rozpaczliwie na widok Beatlesów czy zostawać zwolenniczkami Charlesa Mansona. PIANA: Jakiej muzyki słuchasz podczas pracy twórczej? D.C. Best Coast, XX, Moondog, Jose Gonzales, Jimmy Hendrix, Grinderman, Iron and Wine.


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

17


PIAN A MAGAZIN E SZTUKA

18


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

19


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

ZERO PESYMIZMU Z młodą rysowniczką, ilustratorką i projektantką Olą Niepsuj o meandrach twórczości rozmawia Damian Siemień. rozmawia: Damian Siemień ilustracje: Ola Niepsuj

Ola Niepsuj rocznik ‚86, jest świetnie zapowiadającą się graficzką i rysowniczką. Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, w Escola Superior de Artes e Design w Matosinhos, w Portugalii oraz na Akademii Sztuk Pięknych w Porto, w Portugalii. Obecnie pracuje w Warszawie. Współpracuje m. in z Narodowym Centrum Kultury, Krytyką Polityczną, czasopismem dla dzieci Czarodziejska Kura oraz kolektywem didżejskim Club Collab. Powszechnie znana jest anegdotka o małej Niepsujównie, która w drugiej klasie szkoły podstawowej na lekcji plastyki narysowała swoje pierwsze słoneczko. Gdy pokazała je wychowawczyni, ta wykrzyknęła z wrażenia „O w mordę jeża!” i z zachwytu uderzyła o sufit nabijając sobie guza. www.aleksandraniepsuj.blogspot.com

20

PIANA: Olu, dlaczego te wszystkie twoje prace są takie monochromatyczne, w czerni i bieli? Taki stajl i konsekwencja artystyczna czy pesymizm i smutek? Ola Niepsuj: Zero pesymizmu! Rok temu przyjęłam takie założenie na blogu, żeby się rozwijać graficznie. Wiesz, linia i faktura. A tak to normalnie jestem na malarstwie i serigrafii na ASP, gdzie kolorem daję czadu. Te plakaty na blogu de facto też są kolorowe, jak wejdziesz np. na clubcollab.com, to od 2 strony masz plakaty w oryginalnym kolorze. Blog ma służyć jako ‘szkicownik’. No, a strony nie mam, bo szewc bez butów chodzi. PIANA: A no właśnie. Oprócz rysunków, ilustracji zajmujesz się stricte projektowaniem graficznym? Jakieś identyfikacje, strony? Seria enigmatycznych typograficznych ilustracji na twoim blogu może świadczyć o rozeznaniu w temacie. O.N.: Studiuję projektowanie graficzne, obronę dyplomu magisterskiego mam za dwa tygodnie. Pracuje w zawodzie. Właśnie otwieramy studio graficzne w Warszawie, ruszamy od stycznia - www.och-ach.com strony/branding/typo/ wydawnictwo. Zajmujemy się tym od jakiegoś czasu. Wiesz, rysowanie jest fajne, ale dla przyjemności. Żyje z tego może 5 osób w Polsce. PIANA: No, niestety tak. Ale naiwny idealizm nakazuje wierzyć w pozytywne zmiany. A dyplom magisterski jaki nosi tytuł? O.N.: Z Wydawnictwa robię Ogólnopolski kwartalnik Literacki, z Serigrafii cykl Małe budki gastronomiczne (wielomatrycowy druk sitodrukowy 100x70), a z teorii Projektowanie Graficzne w Czasach kryzysu ekonomicznego plus plakaty typograficzne jako aneks do wydawnictwa.

PIANA: Dobra, to opowiedz mi teraz szerzej o twoich ilustracjach. Skąd czerpiesz tematy, kim się inspirujesz i takie tam standardy. O.N.: Podsłuchuję i oglądam życie codzienne. Generalnie staram się, żeby można było to przetłumaczyć dla szerszego grona odbiorców, ale czasami lubię pobawić się językiem polskim. Aspiruję do zbliżenia się do wyobraźni dzieci, kiedy dla nich rysuję. A na blogu ma być po prostu zabawnie. Mam nadzieję, że jest to inteligentny humor. Ilustracją zaczęłam się zajmować dopiero ze 2 lata temu, kiedy pojechałam na wymianę do Portugalii. Bo u nas na ASP w Łodzi Ilustracja niestety nie jest rozpatrywana w kategorii sztuki (właściwie tam też nie była), ale za to w kategorii projektowania. Do tego za granicą, gdy oglądają portfolio takie z rysunkami z polskiej akademii, aktami i klasycznym malarstwem, jakie uprawia się na początkowych latach, to są mega zachwyceni. Trudność polega na tym, że trzeba tę wiedzę przełożyć na język ilustracji. PIANA: Fajne jest to, że działasz analogowo i na dodatek tak ‚akademickim’ narzędziem, jakim jest węgiel. No, chyba że to wszystko czary mary tabletem w ilustratorze? O.N.: Nie nie. Wygrałam kiedyś tablet, bardzo dobry zresztą, za jakieś ilustracje. Ale służy jako przedłużenie półki. Chcesz może kupić? PIANA: No i chwała Ci za to. Na koniec odpowiedz na moje ulubione pytanie: Jakiej muzyki słuchasz podczas pracy twórczej? O.N.: Najczęściej słucham odgłosu walenia łóżkiem sąsiada dresiarza w sąsiadkę.


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

21


PIAN A MAGAZIN E SZTUKA

22


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

23


PIAN A MAGAZIN E SZTUKA

24


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

25


PIAN A MAGAZIN E SZTUKA

26


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

27


PIAN A MAGAZIN E SZTUKA

28


PIAN A MAGAZIN E

SZTUKA

29


PIAN A MAGAZIN E

FILM

KREW NA ŚNIEGU, CZYLI SKANDYNAWSKI BOOM NA HORROR tekst: Przemysław Mieszkowski ilustracja: Ewa Juszczuk

Co jakiś czas serce filmowego horroru przemieszcza się w inny region geograficzny, zgodnie z modą, częstością wydawanych tamże tytułów lub po prostu ich oryginalnością. Ostatnio rola ta przypadała krajom hiszpańskojęzycznym, obecnie jednak coraz częściej określa się w ten sposób właśnie skutą mrozem Skandynawię.

30

Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to mało jest krajobrazów bardziej pasujących do estetyki horroru niż ten stereotypowo skandynawski; mróz, śnieg i depresyjnie szybko zapadający zmrok zdają się być naturalnym tłem nie tylko dla sporej liczby samobójstw, ale też dla mrocznych i często makabrycznych opowieści. Filmy grozy z tego regionu pojawiały się oczywiście już od dawna, jak choćby kultowy w niektórych kręgach Evil Ed (Szwecja; 1995) – skrajnie krwawa opowieść o filmowym cenzorze, czy też duński obraz z pogranicza horroru i thrillera Nattevagten (Nightwatch), który doczekał się nawet swojej amerykańskiej wersji z Ewanem McGregorem w roli głównej. Pomimo wcześniejszych doświadczeń na tym polu, oczy i gusta większości fanów celuloidowego strachu zwróciły się ku tej części świata dopiero w nowym tysiącleciu, kiedy to z pogodni za amerykańskimi wzorcami skandynawskie kino grozy wreszcie zaczęło wyodrębniać pewien specyficzny tylko dla siebie smak. Pierwsze, nieśmiałe drgnięcia w tej materii zwiastowało pojawienie się szwedzkiego filmu Det Okanda (The Unknown; 2000), nakręconego amatorskim sprzętem i opowiadającego o grupie biologów dziesiątkowanych podczas leśnej wyprawy. Była to nie do końca udana próba podążania za paradokumentalnym stylem znanym z Blair Witch Project, lecz w dużym stopniu stanowiła zaczątek większej fali mroźnie przerażającego kina z tego regionu. Są dwa trendy na swój sposób charakterystyczne dla skandynawskiego kina grozy: delikatna przewaga szwedzkich produkcji oraz upodobanie do tematyki wampirycznej. Można oczywiście czynić socjo- i psychologiczne analizy w celu wytłumaczenia drugiego spośród podanych tu motywów (dopatrując się jego przyczyn m.in. w długich, mroźnych nocach czy upodobaniu Skandynawów do gotyckich klimatów), lecz ważniejszy dla niniejszego przeglądu jest fakt, że to właśnie ten trend zrodził chyba najgłośniejszy ostatnio skandynawski horror – szwedzki Lat den rätte komma in (Pozwól mi wejść; 2006). Senna opowieść o małej dziewczynce gustującej we krwi niewinnych przechodniów, osadzona w niesamowitej scenerii zdehumanizowanych blokowisk zyskała uznanie krytyków i przychody z biletów na tyle duże, że amerykańska Fabryka Snów zdecydowała się


przeszczepić tę opowieść na własny grunt, kręcąc remake. To właśnie ten obraz, zrealizowany na podstawie powieści Johna Ajvide Linqvista, ostatecznie ugruntował pozycje skandynawskich twórców horroru, rewidując schematy dotąd ucierane w tego typu produkcjach (m.in. oryginalnym spojrzeniem na postać krwiożerczej bestii czy tez przeniesieniem akcji na tak bardzo swojskie osiedla). W tym samym roku co Lat den... ukazał się także inny wampiryczny horror, prezentujący zgoła odmienną konwencję od swojego ambitniejszego rówieśnika. Frostbiten (Frostbite; 2006), bo o nim tutaj mowa, zaproponował o wiele bardziej komediowe podejście do tematyki, lecz ta lekka i naładowana efektami CGI opowieść o wampirach terroryzujących małe miasteczko zdobyła popularność, która zapewniła jej dystrybucję do blisko czterdziestu pięciu krajów. Dwa lata później, Szwedzi powrócili do tak upodobanego sobie zagadnienia, kręcąc Vampyrer (Not like others; 2008) – opowieść o konflikcie dwóch wampirycznych sióstr, z których jedna postanawia porzucić swoje krwawe dziedzictwo na rzecz normalnego życia pośród ludzi. Bardzo łatwo zauważyć, że twórców tego filmu zainspirował Pozwól mi wejść i mocno chcieli oni popłynąć na fali jego sukcesu, z odpowiednio mizernym skutkiem. Wbrew pozorom, nie samymi wampirami jednak żyje kino skandynawskie. Duży sukces kasowy przyniosły dwie części horroru Fritt Wilt (Cold Prey) nawiązującego do znanej i lubianej konwencji teen-slashera, tym razem w środowisku snowboardzistów. Dystrybuowany do wielu krajów film (u nas znany jako Hotel zła) został stworzony z intencją jak najwierniejszego wpisania się w schematy tak bardzo ukochane w amerykańskim kinie, przez co zatracił wiele z klimatu swojego regionu, stając się niestety tylko jednym z wielu kinematograficznych klonów przeznaczonych do nieuniknionego i szybkiego zapomnienia. Znacznie lepiej wypadł wypuszczony w 2008 roku, fiński Rovdyr (Manhunt; 2008). W przypadku tego tytułu również możemy mówić o próbie wykorzystania dobrze znanych i miejscami powycieranych od zbyt częstego używania motywów (bo czegóż innego można spodziewać się po historii grupki przyjaciół ściganych po lesie przez

zwyrodnialców?), lecz uczyniono to w sposób odpowiednio ciekawy i mroczny, a ponadto jako bonus otrzymaliśmy klimat lat 70tych, w których toczy się akcja. Produkcja skandynawskich slasherów wydaje się mieć zatem bardzo dobrze i już w tym roku ma pojawić się kolejny film z tego gatunku: szwedzka opowieść o położonym na odludziu motelu, zatytułowana Insane. Jako ciekawostkę warto dodać, że reżyserem tego krwawego obrazu będzie Anders Jacobsson – ojciec wspomnianego na początku niniejszego artykułu spektaklu gore zatytułowanego Evil Ed. Na osobne omówienie z pewnością zasługuje nakręcony w 2008 roku film Sauna, który w oryginalny sposób próbował połączyć estetykę kina grozy z bogatą historią tego rejonu Europy. Akcja tego mrocznego i nieco baśniowego obrazu rozgrywa się pod koniec 25-letniej wojny pomiędzy Rosją a Szwecją; oddział żołnierzy trafia na dzikie tereny fińskich bagien, które szybko stają się scenerią psychologicznego i nie do końca wytłumaczalnego terroru. Sauna jest z pewnością filmem godnym uwagi, nie tylko z powodu swojego regionalnego rodowodu, lecz przede wszystkim jako sama gra konwencją horroru. I, co warto ponownie podkreślić, gra na naprawdę wysokim poziomie. Inną stronę kina spod znaku strachu i terroru stanowią filmy z gatunku rape & revenge, a więc filmy opowiadające o okrutnej drodze zemsty dokonywanej (zazwyczaj przez kobietę) za równie okrutną krzywdę. Filmy tego typu reprezentowane były za Oceanem przez tytuły takie jak Last house on the left czy I spit on your grave, lecz zadziwiająco szybko znalazły swoich naśladowców również na naszym kontynencie. Międzynarodową sławę na tym polu już w latach siedemdziesiątych uzyskał szwedzki obraz Thriller : En grym film; przepełniona przemocą i pod wieloma względami obsceniczna historia wydawała się być w tamtych czasach naturalną konsekwencją relatywnie liberalnego, niemal anegdotycznego podejścia do pornografii w rejonie Skandynawii. Tradycja tego typu opowieści powróciła oczywiście do krainy Wikingów w 2009 roku, wraz z norweskim obrazem Hora (z angielska, jakże ekspresyjnie: The Whore). Ten do bólu schematyczny film

świadomie nawiązywał do estetyki grindhouse, wraz z jego całym ośmiomilimetrowym dziedzictwem. W dzisiejszych czasach, w których niezmiernie trudno jest zaszokować widzów, nie jest on już dziełem tak wstrząsającym oraz obrazoburczym co jego starszy o ponad trzydzieści lat poprzednik i wydaje się być jedynie kolejnym przejawem panującej ostatnimi czasy mody na estetykę kina klasy B. Rozwój skandynawskiego kina grozy staje się coraz bardziej zauważalny nie tylko dla publiczności, ale też twórców zza oceanu. Należąca do Sama Raimiego (Evil-Dead, Spider-Man, Drag me to Hell), niezależna firma dystrybucyjna Ghost House Underground zakupiła prawa do wydania na amerykańskim rynku DVD trzech horrorów: duńskich Vikaren (The Substitute; 2007) i Kollegiet (Room 205; 2007) oraz fińskiego Dark Floors. Ten ostatni film jest zapamiętywany jedynie z powodu swojego muzycznego rodowodu, albowiem główną rolę w nim odgrywają zwycięzcy Eurowizji z popmetalowej grupy Lordi, znanej ze swojego festyniarskiego, pseudo-groźnego wizerunku scenicznego. Być może te trzy wyżej wymienione tytuły nie zgromadziły oszałamiającej liczby widzów na rynku amerykańskim, lecz ich dystrybucja to kolejny, obok wspomnianego wcześniej remak’u Lat den rätte komma in, sygnał międzynarodowego zainteresowania skandynawskimi produkcjami. Wydaje więc się, że tak jak w przypadku czeskich komedii, nasza rodzima kinematografia ma kolejny okoliczny kraj ukazujący, że w tym regionie da zrobić się popularne i wartościowe dla danego gatunku filmy. To tyle, jeśli chodzi o krótki przegląd co jaskrawszych tytułów grozy z mroźnej (i mrocznej) Skandynawii. Temat ten nie został tu oczywiście wyczerpany, lecz mam nadzieje przybliżona została siła nowej fali horroru z przeciwnej nam strony Bałtyku. Polecam sprawdzenie niektórych spośród wymienionych tutaj tytułów, zwłaszcza biorąc pod uwagę widmo nadchodzącej zimy, która w szare, przesycone chlapą noce może nas wybitnie wprowadzić w odpowiedni klimat.

PIAN A MAGAZIN E

FILM

31


PIAN A MAGAZIN E

LITERATURA

HAMSUN - DOBRY NAZISTA? tekst: Kuba Kiraga ilustracjq: Karolina Kotowska

Druga wojna światowa to temat wciąż wywołujący liczne dyskusje i kontrowersje. W Polsce toczy się nieustająca debata dotycząca zasadności powstania warszawskiego, oceniana jest postawa władz francuskich poddających Paryż bez walki, nieliczni demagodzy z różnych części świata próbują udowodnić, iż holocaust to wymysł lobby żydowsko – masońskiego, a amerykańska prasa pisze o polskich obozach koncentracyjnych. Niektóre z tych dyskusji możemy uznać za nierozstrzygalne, niektóre z nich aż proszą się o wyrozumiały brak komentarza. Istnieje jednak również problem braku dyskusji. I tak jest między innymi w przypadku wielkiego pisarza przełomu XIX i XX wieku, który postanowił w pewien sposób zaakceptować i wspierać nazistowski terror.

1. Knut Hamsun w dniu wybuchu wojny był już zasłużonym dla świata siedemdziesięcioletnim autorytetem, zarówno literackim, jak i moralnym. Jego stosunek do nazistowskich Niemiec i poparcie dla prohitlerowskiego rządu norweskiego najpierw wprawiło w konsternację, a następnie wywołało powszechne oburzenie w całym alianckim świecie. Cały dorobek literacki autora Głodu w jednej chwili przestał mieć

32

jakiekolwiek znaczenie. Ktoś, kto nie tylko nie skrytykował, lecz jawnie i bez żadnego skrępowania afirmował rolę quislingowskiej Norwegii jako partnera Nazistów w światowej rzezi, nie mógł liczyć na jakąkolwiek taryfę ulgową. W 1945 roku po kapitulacji Niemiec wszyscy norwescy kolaboranci zostali niezwłocznie aresztowani, dotyczyło to również Hamsuna, wobec którego zastosowano początkowo areszt domowy. Jest to jednocześnie początek wspomnień Norwega zawartych w książce zatytułowanej Na zarośniętych ścieżkach.

2. Po niespełna trzech tygodniach pisarz został przeniesiony do szpitala w pobliskim mieście Grimstad. Jak pisze Hamsun: [...]w „Aftenposten“ napisano mianowicie, że „załamałem się i wymagam opieki“. Dzięki ci, dziecko, ale nie jestem chory, odparłem, nie ma w szpitalu zdrowszego człowieka ode mnie, jestem tylko głuchy! Słowa te są w pewnym sensie jednym z ważniejszych składników spowiedzi pisarza, podkreśla on na każdym kroku świadomość swojego postępowania i pełnosprawność intelektualną. Zdawał sobie bowiem sprawę z przyczyn odesłania go najpierw do szpitala,

następnie przetrzymywania w domu starców, jak i również postanowienia o czteromiesięcznej obserwacji w szpitalu psychiatrycznym. Demokratyczne władze Norwegii nie miały problemu z wykonaniem wyroku śmierci na Viduce Quislingu, a następnie wystawieniem jego zwłok na widok publiczny i pozwoleniem na publiczne ich zbeszczeszczenie przez rządną trupiej zemsty ludność wyzwolonej Norwegii. Z Hamsunem sprawa okazała się dużo bardziej skomplikowana, potrzeba było delikatności i rozsądnych decyzji. Nie dość, że to laureat literackiej nagrody Nobla, autorytet moralny, z którym liczono się od ponad pół wieku, to w dodatku miał wówczas już osiemdziesiąt sześć lat. Wobec takich argumentów nie można było Hamsuna potraktować jak zwykłego quislingowca. Pomyślano więc, iż najłatwiej będzie ogłosić, iż jest on nie w pełni władz umysłowych. W demokratycznym państwie wymagało to jednak oficjalnego orzeczenia lekarza. Po pobycie w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym (który to, w relacji autora, dość drastycznie odbił się na jego zdrowiu) zapadł jednak wyrok przeciwny oczekiwaniom władzy: Nie jest i nie był chory psychicznie, ale jego siły psychiczne wciąż słabną. Hamsun w swoim liście


do prokuratora generalnego w Oslo (zamieszczonym w Na zarośniętych ścieżkach) kwituje orzeczenie na swój gorzko – ironiczny sposób: Niestety, tak. Słabną. A zostały brutalnie osłabione właśnie podczas tego pobytu w Klinice psychiatrycznej. 3. Wspomniany list do prokuratora generalnego zaczyna się słowami: Miałem wątpliwości, czy powinienem pisać ten list. Na nic się on zapewne nie zda. A ja w moim wieku, powinienem też mieć co innego do roboty. Usprawiedliwić może mnie jedynie to, że nie piszę z myślą o dniu dzisiejszym, piszę to dla tych, którzy może będą czytać po nas. Piszę dla naszych prawnuków. Widzimy tutaj kilka dość charakterystycznych elementów, których Hamsun używa nader często w całej książce. List ten w intencji autora nie ma być prywatną skargą na złe traktowanie go przez wymiar sprawiedliwości, lecz swego rodzaju koniecznym sprawozdaniem, ujawnieniem nagiej prawdy, kierowanej nie ku prokuratorowi (na nic się on zapewne nie zda), lecz ku czytelnikom należącym do następnego pokolenia. Hamsun, relacjonując działanie prokuratury i lekarzy, wydaje się wierzyć w swoją pośmiertną rehabilitację. Jednocześnie nie akceptuje on próby oczyszczenia go z zarzutów poprzez orzeczenie o niesprawności intelektualnej, pisze on: Już w pierwszej chwili, dnia 23 czerwca, oświadczyłem [...], że ponoszę pełną odpowiedzialność za wszystko, co zrobiłem, i potem, przez cały czas, nieodmiennie ten punkt widzenia podtrzymywałem. Nie godzi się on na taką amnestię ze strony władzy, będącą dla niego szczytem poniżenia. Kolejne przesunięcia daty procesu utwierdzały go tylko w słuszności swoich poglądów, niemożność władzy w podjęciu decyzji co do osądzenia Hamsuna była dla niego dowodem na niewinność, czy też raczej na brak argumentów przesądzających o konkretnym przewinieniu. Bo właściwie co takiego zrobił Hamsun?

PIAN A MAGAZIN E

LITER A T U R A

4. W Na zarośniętych ścieżkach zamieszczone zostało przemówienie pisarza wygłoszone w trakcie rozprawy, która ostatecznie odbyła się szesnastego grudnia 1947 roku. Jest to ta sama gorzko – ironiczna retoryka, jaka pojawia się w całym utworze, jednocześnie jest to jedyne miejsce, gdzie autor bezpośrednio odnosi się do zarzutu wspierania nazizmu, mówi: To, co może 33


PIAN A MAGAZIN E

LITERATURA

34

mnie powalić – na ziemię – to tylko i wyłącznie moje artykuły w gazetach. Tak też było, wszelkie próby udowodnienia Hamsunowi jakiejkolwiek bezpośredniej kolaboracji, w sensie działań, powiedzmy, fizycznych spaliły na panewce. Prokuratura wręcz ośmieszyła się, próbując jako jednego z argumentów przeciwko pisarzowi użyć stenogramu z jego spotkania z Hitlerem, w trakcie którego, jak się okazało, Hamsun w sposób zadziwiająco stanowczy zażądał odwołania norweskiego komisarza Rzeszy Terbovena. Zarzuty o antysemityzm też okazały się chybione. Co więcej, jak mówił w sądzie norweski noblista: [...]nie uczestniczyłem w zebraniach, nie byłem zamieszany nawet w żadne afery czarnorynkowe. Nie dałem nic żołnierzom frontowym[...] nie byłem członkiem NS! Próbowałem zrozumieć, czym jest NS, próbowałem się do niego włączyć, ale nic z tego nie wyszło[...]. I wszystko to, o czym mówił, było prawdą, sąd nie mógł mu udowodnić żadnej z tych rzeczy. Została więc kwestia artykułów i w tym przypadku Hamsun mówi coś, co może być kluczem do zrozumienia jego wyboru, mianowicie: Zgoda, że mogłem od czasu do czasu napisać coś w duchu NS. Nie wiem tego, bo nie wiem, na czym polegał duch NS [...] W każdym razie moje artykuły są wszystkim dostępne. Nie próbuję ich zredukować, ani czynić mniej wymownymi niż są [...] Przeciwnie, podpisuję się pod nimi teraz, tak jak przedtem. W tym kontekście warto przywołać pewne wydarzenia historyczne, które mogą dać nam pewien obraz ówczesnego postrzegania działań Hamsuna. Norwegia nie tyle została zdobyta przez Hitlera, co stała się jego (co prawda marionetkowym) sprzymierzeńcem. Okupowany kraj posiadał struktury władzy nie niemieckiej, lecz swojej własnej – norweskiej. Okupacja była więc na swój sposób zalegalizowana przez część Norwegów. Z drugiej strony, norweski ruch oporu zasłynął jako jeden z najskuteczniejszych w czasie drugiej wojny światowej, a jeden z jego przywódców Max Manus stał się postacią czczoną po dzień dzisiejszy. W tej perspektywie hamsunowa działalność stawała się jeszcze jaskrawiej zdradziecka. Co więcej, w swojej przemowie Hamsun tłumaczył swoje poglądy poprzez wiarę w przyszłą potęgę Norwegii: Mieliśmy nadzieję, jak się okazało fałszywą, że Norwegia będzie mogła uzyskać wysokie, przodujące miejsce

w wielkogermańskim społeczeństwie światowym, które miało powstać [...] Ja w nie wierzyłem, dlatego pisałem to tak, a nie inaczej. To zdaje się być argument, który dla pisarza przesądza o jego niewinności. Jest niewinny, bo działał dla dobra swojego kraju, wierzył, iż po wielkiej zawierusze wojennej nastąpi nowy ład społeczny, w którym to Norwegia będzie jednym z najbardziej znaczących krajów, czy to może być uznane za zdradę kraju? Hamsun mówił również o tym, iż naziści uważali, że nie pisze o nich wystarczająco dobrze: Dwukrotnie ze strony stosunkowo wysoko postawionych Niemców otrzymałem upomnienie[...], że nie robię tyle, ile robią niektórzy Szwedzi [...] Nie, oni nie byli ze mnie zadowoleni[...] Gdy zatem w tych okolicznościach i przy tych stosunkach siadałem, żeby coś napisać, to zrozumiałe, że musiałem balansować [...]. Z tej wypowiedzi ukazuje się obraz pisarza w potrzasku, jak dobrze nam znany z polskiej literatury po roku 1945, żeby przywołać tutaj choćby sytuację Czesława Miłosza i jego amerykański epizod, gdy to występował w roli komunistycznego dyplomaty. Hamsun twierdził, iż dowiedział się o nazistowskich obozach zagłady dopiero podczas oczekiwania na proces i wydaje się, iż w tym przypadku należy uwierzyć mu na słowo, a na obronę tej tezy można przywołać choćby relacje Marka Edelmana zawarte w książce Życie. Po prostu., gdzie stwierdza on, iż wielu Żydów z warszawskiego getta nie wierzyło w Zagładę: Do końca znajdowali się ludzie gotowi uwierzyć, iż deportowanych wymieniano na jeńców wojennych i przebywają w komfortowych warunkach w Szwajcarii.[...] Ludzie dlatego nie wierzyli, że to było nie do pojęcia. Nie do pojęcia, dla polskich żydów w getcie warszawskim! Ludzi, którzy doznali od nazistów najgorszych cierpień. Czy można się dziwić, iż nawet jeśli tego typu informacje przedostawały się poza polską granicę, do Norwegii, nikt nie chciał w nie uwierzyć? Nie mówiąc już o przypadku Hamsuna, człowieka w pewnym stopniu akceptującego politykę Hitlera, co więcej – bardzo wrażliwego pisarza. Ciekawy i rzucający światło na jeszcze inny aspekt postawy Hamsuna jest następujący fragment z jego mowy, nawiązujący do treści jego

wojennych artykułów: Mogę to wytłumaczyć. Bo cóż takiego pisałem? Pisałem, by powstrzymać norweską młodzież i norweskich mężczyzn przed robieniem głupstw i drażnieniem okupacyjnej władzy, co nie mogło przynieść żadnego pożytku, jedynie porażkę, a nawet śmierć ich samych. Czyż temat ten nie wydaje się znajomy nam, Polakom? Czy wszyscy jednogłośnie zgadzamy się, np. z decyzją dotyczącą wybuchu powstania warszawskiego? Jak się okazuje, tragedia Hamsuna może być również traktowana jako dramat całego świata dotkniętego ogromem klęsk wojennych i drażliwych dylematów moralnych, wywołanych ich aberracyjnym charakterem. 5. Kolejnym argumentem obronnym, jaki przedstawił pisarz, była jego postawa pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu: Powinienem był próbować przedostać się do Szwecji, jak to wielu czyniło. [...] potem wrócili jako bohaterowie, ponieważ opuścili swój kraj, uciekli ze swojego kraju. Ja nie zrobiłem nic takiego, nawet się nie ruszyłem, nigdy nie przyszło mi to do głowy. Chciałem jak najlepiej służyć mojemu krajowi, pozostając tam, gdzie byłem, prowadzić moje gospodarstwo najlepiej jak umiem w tych trudnych czasach [...] Rzeczą, która uderza czytelnika w tym fragmencie, jest specyficzny sposób pojmowania patriotyzmu. Patriotą jest ten, kto został, ten, kto próbował przystosować się do warunków narzuconych przez Historię, ten, kto działał. Hamsun właśnie to zrobił. Jak jednak przyznaje, nie udało się, nie poszło po jego myśli, ale to już nie należy do istoty rzeczy, bo przecież gdyby się udało, gdyby Norwegia stała się u boku Niemiec jednym z najważniejszych narodów świata, wtedy to sądzona byłaby druga strona. I właśnie o ten swoisty paradoks historyzmu przede wszystkim chodziło Hamsunowi: Ale poszło na opak, wszystko, co robiłem, poszło na opak. Dość szybko straciłem orientację, zwłaszcza wtedy, gdy król wraz z rządem dobrowolnie opuścili kraj i sami pozbawili się swoich funkcji, tu w ojczyźnie. To sprawiło, że grunt osunął mi się spod nóg. Stary ład, w który zapewne Hamsun głęboko wierzył, co można wywnioskować z jego rozczarowania Ameryką, nagle legł w gruzach. Najwięksi dostojnicy kraju, a przed wszystkim król, uciekają. Jak w takiej sytuacji miał zachować się wielki pisarz, autorytet moralny? Nie mógł


udać się na emigrację, bo to uważał za zdradę. Nie mógł również przystąpić do ruchu oporu, bo to jego zdaniem wobec potęgi Niemiec mogło skończyć się tylko niepotrzebnym rozlewem krwi. Hamsun zrobił więc to, co musiał. Nie można mu bowiem zarzucić chęci pozyskania jakichkolwiek zaszczytów ze strony nazistowskiej władzy, nie był pisarzem przekupnym. Jak podaje za Kejzlarem Aleksander Rogalski w książce Pod północnym niebiem. Sylwetki pisarzy skandynawskich : [...]nominacja na członka honorowego teatru radzieckiego i nagroda Nobla były jedynymi publicznymi zaszczytami, jakie Hamsun przyjął. Norweski pisarz nie dbał o zaszczyty, liczył się dla niego dorobek literacki, który to stanowił jego jedyną pełnowartościową wizytówkę. 6. W Na zarośniętych ścieżkach autor nieustannie podkreśla fakt przemijania i pamięci, jaka zostaje po człowieku, a przede wszystkim po artyście, czy też raczej twórcy. Pisarz duma nad tym, jak niewiele rzeczy pozostaje na dłużej, zdaje sobie jednocześnie sprawę z mrzonek, jakimi żyje ludzkość: My, ludzie, nie jesteśmy tacy mądrzy, my nie chcemy porzucić iluzji, że przetrwamy dłużej. Stając twarzą w twarz z Bogiem i z własnym losem, próbujemy jeszcze dopraszać się pamięci i nieśmiertelności, popisujemy się własną głupotą, idziemy na dno bez stylu i godności. Hamsun używa tutaj podmiotu zbiorowego. Nie odgradza się w żaden sposób od reszty ludzkości, bo Hamsun – człowiek niczym nie odróżnia się od reszty, jednak Hamsun – pisarz ma pełną świadomość trwałości swoich dzieł, horacjańskie non omnis moriar jest stale obecne w jego przemyśleniach. Pojawia się w tym jednak pewien paradoks, dlatego iż ową nieśmiertelność i pamięć u potomnych nie odnosi do swojej literackiej twórczości, lecz do sprawiedliwego osądzenia jego wojennej działalności publicystycznej. 7. Z perspektywy czasu widzimy, że autor nie do końca przewidział ostateczny obrót sprawy. W roku 1948 Hamsun został skazany na konfiskatę mienia, przywrócono mu jednak pełną wolność. Pisarz zmarł w roku 1952 w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat. Po śmierci twórczość noblisty została w pełni

zrehabilitowana, nikt nie kwestionuje jego zasług w dziedzinie literatury, natomiast zagadnienie moralnego wspierania nazizmu pozostaje zazwyczaj przemilczane, bądź też zrzucane na karb starczego idée fixe pisarza. Dociekliwsze wyjaśnienie tej sprawy doczekało się dotychczas zaledwie kilku prac naukowych i wydaje się, że szersza dyskusja na ten temat jest wciąż się niemożliwa z kilku przyczyn. Przede wszystkim trauma drugiej wojny światowej powoduje, iż jakakolwiek dyskusja mająca na celu racjonalne wyjaśnienie braku sprzeciwu wobec nazizmu zostaje unicestwiona w zarodku z przyczyn moralnych. Pozostaje nadal tematem tabu, rehabilitacja tego typu postaw mogłaby bowiem stać się orężem w ręku neofaszystowskich demagogów, którzy i bez tego coraz częściej dochodzą do głosu w większości europejskich państw, dotkniętych niegdyś okrucieństwem totalitaryzmów. Czy można więc kogokolwiek winić za taki stan rzeczy? Wydaje się, że rozwiązanie półśrodkiem, jakie wybrał pod koniec lat czterdziestych rząd norweski, nie było dobre ani dla Hamsuna, ani dla powojennego społeczeństwa. Czy można było zrobić to lepiej? To pytanie na zawsze pozostanie otwarte. Dzisiaj próba oceny postępowania Hamsuna jest niezwykle trudna i skomplikowana, być może niemożliwa do zrealizowania. Chyba jednak nie ocena jest najważniejsza w dywagacjach na ten temat, lecz samo zrozumienie czasów i okoliczności, w których przyszło żyć Hamsunowi. Na zarośniętych ścieżkach to, mimo swojej niewielkiej objętości, olbrzymi materiał pozwalający na zgłębienie tego tematu.

PIAN A MAGAZIN E

LITER A T U R A

35


PIAN A MAGAZIN E

A R C H I T E K T U RA

Alvar Aalto is alive! Niełatwo jest poczuć wielkość i jakość dzieła, nie mogąc z nim obcować, doświadczając tym samym jego skali i odkrywając sens detali. Aby zrozumieć i docenić talent mistrza, odwiedziłam muzeum Alvara Aalto w Jyväskylä. To jedynie część składowa miasta będącego swoistym sercem projektanta, które ciągle bije dla ludzkości, udowadniając, że Aalto nadal żyje w swoich pracach. tekst: Marta Iwanina prace: Alvar Aalto

36


PIAN A MAGAZIN E

ARCHITE K T U R A

37


PIAN A MAGAZIN E

A R C H I T E K T U RA Czym skorupka za młodu... Hugo Alvar Henrik Aalto, syn kartografa, urodził się 3. lutego 1898 w Kuortane, w Finalandii. Żył 78 lat, podczas których stworzył wiele wspaniałych projektów, zdobywając zasłużone miano ojca modernizmu. Jako mały chłopiec, w wieku 5. lat przeprowadził się z rodzicami do Jyväskylä. Nastoletni Aalto upodobał sobie lekcje rysunku, które później zamienił na studia architektoniczne w Helsinkach – w 1921 roku skończył je z wyróżnieniem. Dwa lata później wrócił do Jyväskylä, gdzie otworzył własne studio projektowe i zatrudnił w nim Aino Marsio - jak się później okazało, swoją przyszłą żonę. Wraz z nią, Maire Gullichsen i Nilsem Gustavem Hahlem założył firmę Artek, która do dziś produkuje elementy wyposażenia wnętrz - meble i lampy. W roku 1940 zaczął wykładać architekturę w Massachusettes Institute of Technology w Cambridge. Wśród nagród, które otrzymał, znalazły się te najbardziej prestiżowe, jak Royal Gold Medal of Architecture otrzymany od Królewskiego Instytutu Architektów Brytyjskich w 1957 roku oraz Gold Medal od Instytutu Amerykańskich Architektów.

Linia brzegowa. Aalto lubił proste formy, jednak zawsze w jego projektach pojawiały się obłe detale. Niełatwo jest jednoznacznie wskazać, skąd w Aalto takie zamiłowanie do rozfalowanej prostoty. Być może nazwisko, które z fińskiego tłumaczy się jako fala, nakreśliło nad architektem takie przeznaczenie. A może to ojciec Alvara zaszczepił w nim miłość do falujących linii, kreśląc kartograficzne poziomice. Należy pamiętać, że ojczyzną Aalto była kraina tysiąca jezior, czyli niekończące się obłości, linie brzegowe i nieregularne granice. Niewątpliwie to właśnie Finlandia ukształtowała w nim szacunek do natury.

Naturalnie obłe

38

Natura to w Finlandii, jak i w całej Skandynawii, siła wyższa, która będąc błogosławieństwem, potrafii stać się też przekleństwem. Architektura Aalto to nic innego, jak poszukiwanie w prostej formie spójności z naturą i jej wielkim darem, jakim jest światło, tak bardzo cenione w krajach północnych. Proste formy architektoniczne kryją niezliczone detale; zakamarki i otwory,

przez które wpada światło dzienne. Aalto potrafił traktować architekturę, jak rzeźbę, nie zapominając jednocześnie o praktycznych funkcjach, jakie budynek powinien spełniać. Sanatorium przeciwgruźlicze w Paimio (192833), które było pierwszym samodzielmnym projektem Aalto, okazało się być modernistyczną rewolucją humanizmu, jak pisze Agnieszka Sabor w artykule Mistrz bujnej prostoty dla Tygodnika Powszechnego. Aalto zaprojektował je tak, jakby bydynek sam w sobie był organizmem, mającym uzdrawiać inne organizmy. Skomplikowany system nawiewów i nawodnień w założeniach ideowych i funkcjonalnych miał w naturalny sposób przywracać zdrowie chorym. We wnętrzach pojawiają się obłe detale - zapowiedź późniejszego stylu. W latach 50. Aalto projektuje zabudowania Uniwersytetu Pedagogicznego w Jyväskylä. Skromna skorupa budynków, zaprojektowana z zachowaniem stylu architektury miejskiej, skrywa swój charakter w doskonale przemyślanych wnętrzach. Rytm świetlików, okien i wszelkich otworów zdaje się zachęcać światło do gościny w nienachalny i bardzo naturalny sposób. Aalto w każdym projekcie okazuje szacunek dla światła, którym potrafi umiejętnie manipululować i łapać, mianując głównym bohaterem każdej ze swoich architektonicznych opowieści. Myślenie w zgodzie z naturą przyniosło mistrzowi Aalto owoce w postaci własnego miasta. Chodząc po Jyväskylä, nie sposób nie otworzyć buzi ze zdziwienia, gdyż niemalże całe jest sygnowane jego nazwiskiem. Począwszy od Uniwersytetu, poprzez Komendę Policjii, a nawet teatr, Aalto żyje w swoich dziełach. Po śmierci architekta dzieło było kontynuowane przez druga żonę, Elissę. Intensywna rozbudowa miasta możliwa była po wojnie, kiedy to Finowie postanowili pożegnać się z tym, co stare, aby nowy rozdział swojej niepodległej historii rozpocząć ze świeżym stylem. Spalili wszystkie drewniane domy, by na ich miejsce wymurować nowe. Szczególnym miejscem w mieście jestmuzeum twórczości Aalto. Tuż po wejściu do jego wnętrza odczuwalna jest ponadczasową moc ukryta gdzieś pomiędzy giętą sklejką, papierową makietą a szklaną wazą. Wnętrze pachnie talentem i mnóstwem dobrych pomysłów. Ta uniwersalnie piękna przestrzeń łączy tradycję

z nowoczesnością. Ikony designu spójnie przeplatają się z projektami studenckimi. Szeroki wachlarz eksponatów prezentuje moc i potencjał Alvara Aalto. Od showroomu firmy Artek, której Aalto był założycielem, droga prowadzi do niewielkich eksponatów wzorniczych. Te natomiast przeradzają się w meble, które prowadzą do ekspozycji wnętrz i projektów architektonicznych. Wszystkie prace to niekończońca się opowieść o spójności i konsekwencji w projektowaniu.

Wzorowane na naturze Aalto to także mistrz mikroskali. Produkty zaprojektowane przez niego i Aino Aalto są niczym brakująca część wielkiej układanki, w której skład wchodzi cała twórczość Aalto. Potwierdzają jego wielki talent, jakim jest umiejętność spójnego i konsekwentnego projektowania przestrzeni. Szklane naczynia projektu Aalto są synonimem spójności z naturą, pewneg rodzaju rzeźbą, jednak nie tracą nic ze swojej funkcjonalności. Waza Savoy stała się ponadczasową ikoną szklanego designu. Zaś dzięki tradycji firmy Iittala, dla której małżonkowie Alvar i Aino Aalto projektowali, do dnia dzisiejszego jest produkowana i sprzedawana w tysiącach egzemplarzy. Savoy Vase niezależnie, czy jej kształt czytamy jako obrys jeziora, czy żywej komórki, zaprojektowana została w zgodzie z założeniami Aalto i dowodzi, że natura może być matką nowoczesnej formy. Innym, równie świetnym projektem, jest Paimio Arm Chair, czyli fotel dla domu uzdrowiskowego. Został on skonstruowany tak, aby kuracjusz wygodnie opierając się na wygiętym ze sklejki oparciu, mógł swobodnie skierować się do światła dziennego i korzystać z jak największej ilości promieni słonecznych.

Aalto współcześnie Firma Artek funkcjonuje do dziś i jest prowadzona przez nie mniej ambitnych projektantów, m.in. Toma Dixona. Cieszy fakt, że pomysł Artek to nadal dziedzictwo i spuścizna stylu i filozofii Mistrza, a nie jedynie nic nie znacząca nazwa. Alvar Aalto dokonał rzeczy niezwykłych. Powołał do życia zupełnie nowy sposób myślenia o projektowaniu. Docenia go świat. Jednak głównymi dziedzicami jego stylu i filozofii są Finowie. Przebywając przez dłuższy


PIAN A MAGAZIN E

ARCHITE K T U R A

czas w Finlandii nie sposób jest nie odnieść wrażenia niezwykle konsekwentnej spójności. Spójności aaltowskiej. To detale stanowią różnicę, a materiały są swoistym podpisem autora. Skala, wielkość i proporcje zdają się kontynuować niezapomniane dzieła Mistrza, wznosząc się ku niebu z szacunkiem dla jego twórczości. O Aalto - Mistrzu ponadczasowego stylu i uniwersalnych wartości - niech zaświadczy fakt niezmiennej popularności produktów jego projektu. Niezmiennie, od lat produkowane meble czy szkło projektu pierwszej żony oraz Alvara, są nadal chętnie kupowane na całym świecie, wpasowując się w najróżniejsze style wnętrz. Stołki Aalto z okrągłym siedziskiem to bodajże jeden z najbardziej rozpoznawalnych mebli dostępnych w sklepach IKEA. W swoich projektach Aalto ukrył skarb, który kolejne pokolenia dzisiaj mają okazję odkrywać na nowo.

39


PIAN A MAGAZIN E

A R C H I T E K T U RA

40


PIAN A MAGAZIN E

ARCHITE K T U R A

41


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

DANIEL KĘSKA - KOŃCZY STUDIA, SPŁACA KREDYT, SZUKA PRACY I TWORZY: hejsahejsa.blogspot.com www.flickr.com/photos/danielkeska telewizjaprzyjechala.blogspot.com fotografie: Daniel Kęska

42


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

43


PIAN A MAG AZ IN E SESJE

44


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

45


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

46

Dania od kuchni fotografie: Daniel Kęska


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

47


PIAN A MAG AZ IN E SESJE

48


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

49


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

SWIMMING POOL fotografie: Sebastian Siębor

50 majtki H&M; kolczyki GLITTER


51

PIAN A MAG AZ IN E


PIAN A MAG AZ IN E SESJE

3

52

1 3

2


1. Majtki MARK&SPENSER Buty ZARA Biżuteria – własność stylistki 2. Kostium C&A 3. Sukienka RIVER ISLAND Buty ZARA Skarpetki RESERVED Biżuteria – własność stylistki

PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

53


PIAN A MAG AZ IN E SESJE

1

54

1

2


1. Sukienka RIVER ISLAND Buty ZARA Skarpetki RESERVED Biżuteria – własność stylistki 2. Buty DEICHMANN

PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

55


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

56

CAMARO fotografie: Sebastian Siębor


Bluzka POMADA Spódnica H&M Biżuteria H&M, GLITTER Torebka – własność stylistki

PIAN A MAG AZ IN E

SESJE

57


PIAN A MAG AZ IN E SESJE

1

58

1

2


PIAN A MAG AZ IN E

SESJE 1. Kostium NEW YORKER Buty POMADA Pierścionki TOP SHOP, SPING Zegarek - własność stylistki 2. Bluzka POMADA Spódnica H&M Biżuteria H&M, GLITTER Torebka – własność stylistki

3. Marynarka ZARA Okulary D&G Spodnie ADIDAS Buty POMADA Rękawiczaki + biżuteria – własność stylistki

3

59


PIAN A MAG AZ IN E

T O N A M S I E PODOBA

ROBOTY RĘCZNE Są duetem - mamą i córką wspieranym przez rzeszę babć oraz znajomych i tych mniej znajomych, którzy tak, jak one uwielbiają unikatowe rozwiązania i dopracowane detale. fotografie: roboty ręczne

Nazywają się Roboty Ręczne, bo przyświeca im idea prowadzenia współczesnego kółka robótek ręcznych. Z drugiej zaś strony, przewrotnie nawiązują do precyzji pracy robotów, wykonując jednak każdą rzecz w 100% ręcznie. Są na tak dla naturalnych materiałów i wysokiej jakości wykończeń. Pomysł na RR narodził się w zimnej Finlandii i jak to zwykle bywa, jego matką była potrzeba. Dokładniej, była to potrzeba ciepła. Tak powstała ich pierwsza czapka, szalik i rękawiczki. I tak aż po dziś dzień robota wre! Ku ogromnej radości założycielek wre i wzbudza coraz większe zainteresowanie. Tej zimy powstało sporo nowych projektów, a wśród nich zimowa biżuteria w postaci kolorowych pomponów, które można ze sobą zestawiać w naszyjnikach albo używać jako

60

breloków. Przed świętami swoją premierę mieć będą szalone szale, które można owijać wokół siebie w dowolny sposób. Oczywiście Roboty Ręczne nie istniałyby, gdyby nie czapy, których dziewczyny robią najwięcej. Projektują obydwie - mama Marysia i córka Marta - absolwentka warszawkiej ASP. Ostatnio Roboty Ręczne we współpracy z deskorolkową marką Panorama stworzyły limitowaną serię czapek dostepnych w dwóch wzorach. Jeśli Ty również chcesz mieć coś zrobionego od serca, specjalnie dla Ciebie i z najwyższej jakości materiałów - napisz mejla na adres : roboty.reczne@gmail.com Roboty Ręczne znajdziesz również na Facebooku oraz na stronie www.robotyreczne.fotolog.pl


PIAN A MAG AZ IN E

TO NAM SIE PO D O B A

61


PIAN A MAG AZ IN E

T O N A M S I E PODOBA

62


PIAN A MAG AZ IN E

TO NAM SIE PO D O B A

63


www.pianamagazine.com


Piana Magazine Nr11