Issuu on Google+

Bajki i Horrory

nr 08 ● 01/2010 ● Styczen/Luty

08


Bajki i Horrory Sam w to nie wierzę, ale Piana ukazuje się już od roku. To fakt i dobry powód do refleksji nad dotychczasową działalnością. Nie obyło się bez jakichś tam potyczek w stylu dwutygodniowego opóźnienia czy błędnie podpisanego zdjęcia, ale kto by na to zwracał uwagę. Z dumą oznajmiam, że Piana Magazine to pierwszy polski internetowy magazyn kulturalny publikowany w swojej specyficznej formie. To po naszym debiucie, jak grzyby po deszczu wyrosły sponsorowane kolorowe gazetki wrzucane na Issuu. Jakkolwiek megalomańsko i pretensjonalnie to zabrzmi – Piana była i jest niezależnym magazynem tworzonym przez grupkę zapaleńców z pustymi kieszeniami. Nie mamy swojej siedziby w oszklonym biurowcu, szwedzkiego wydawcy ani sponsoringu sieci odzieżowych. Tak, jesteśmy zajebiści i będziemy jeszcze lepsi.

Damian Siemień *Przed wami bajkowo-horrorowy numer jubileuszowy. Co w środku? Zobaczcie sami. Nie chcemy się już więcej spóźniać, więc oficjalnie mianujemy się dwumiesięcznikiem. **No i zapraszamy na nasze styczniowe imprezy!


EDUTORIAL SPIS TREŚCI i STOPKA SZTUKA 04 Purystą chyba jestem Rozmowa z rysowniczką komiksów Agnieszką Piksą. MUZYKA 12 Ekscytujemy się jak dziecko. Ze szwedzką grupą Little Dragon podczas Free Form Festivalu rozmawia Kaja Kusztra. 15 Superxiu - Indie is back... ale czy na pewno? 16 Nie graj tego więcej, Sam. 20 Coś z tego będzie. 24 Syd Barrett - bajka opowiedziana wspak. FILM 27 TOP TEN, czyli wampiry, zombie, diabły, jedna ośmiornica, dwie złe kobiety i szczęsliwa rodzina. 29 Mam problem z kopciuszkiem. LITERATURA 32 Papierowy striptiz. TEATR 44 O Boskiej Komedii... czyli festiwalowy horror, który uwielbiamy. 46 Z popkulturą (też) mu do twarzy. DESIGN 50 Może design to nie bajka, ale... 56 Życie to bajka, czyli chodź pokażę ci fajny design... MODA 60 Horror Vacui. 62 HORRORYKÓW. O tym co w polskiej modzie najstarsze. 64 Fairy Couture. 66 Modowe morały. FOTOGRAFIA 69 Dylemat odpustowej profanacji i chorobliwej syntetyczności, czyli Erwin Olaf. NA DESER 84 SESJA NA DESER Michała Lichtanskiego Bajka o dziewczynce co była lampą. 92 STRONA CHROMREGO KONIEC 96 Kleks na koniec

WYDAWCA “Grupa Kolorofon - Jarosław Daniel” 30-133 Kraków,  ul. Lea 140/8 REDAKCJA E: pianamagazine@gmail.com www.pianamagazine.com REDAKTOR NACZELNY Damian Siemień DYREKTOR KREATYWNY Grzegorz Ostrowski REKLAMA I PROMOCJA Katarzyna Kulik SEKRETARZ REDAKCJI Monika Habrzyk REDAKTORZY DZIAŁÓW MUZYKA Karolina Pietrzok FOTOGRAFIA Katarzyna Borelowska FILM Aleksandra Graczyk LITERATURA Martyna Wojnicz DESIGN Marta Wajda SZTUKA Damian Siemień MODA Katarzyna Gumowska TEATR Magda Jasińska SYLWETKI Agnieszka Habrzyk STRONA CHROMREGO Bolewsław Chromry STALE WSPÓŁPRACUJĄ: Mateusz Borkowski, Tymoteusz Kubik, Maciek Piasecki, Magda Wichrowska, Adam Groch, Ola Dąbrowska, Adam Błażejewicz, Bartek Rytkowski, Katarzyna Sokół, Magdalena Podkowińska, Michał Lichtański, Kamil Zacharski, Adam Błażejewicz ILUSTRACJE: Katarzyna Walentynowicz, Dominika Bobulska, Magdalena Barcik, Bolesław Chromry KOREKTA Agnieszka Batorek MAGAZYN ZŁOŻONO KROJAMI PISMA Corbel, Oceania PROJEKT GRAFICZNY PISMA Grzegorz Ostrowski OKŁADKA / ILUSTRACJA Magdalena Barcik DRUK EGZEMPLARZY PROMOCYJNYCH Drukarnia Kolory, Kraków E: kolory@kolory24.pl T: +48 12 421 02 56 www.kolory24.pl

3


Purystą chyba jestem. Wywiad: Damian Siemien Fotografie prac: Agnieszka Piksa

Rozmowa z rysowniczką komiksów Agnieszką Piksą. Agnieszka Piksa - rysowniczka, ilustratorka, twórczyni komiksów. Absolwentka wydziału Grafiki na ASP w Krakowie. Jej przodkiem był zamachowiec, a komiksy publikuje na www.agapixa.blogspot.com.

O sobie

Po mieczu niedoszły zabójca CK cesarza, a po kądzieli kresowy syjonista. Tworzy w duchu eskapizmu twierdząc, że kiedyś było lepiej. Ulubiony film: jeszcze „Głową w mur” Fatih Aki., Klimaty Nuri Bilge Celan. Wyznaję pogląd umiarkowanego materializmu.

4

Piana Magazine: Agnieszko, skąd wziął się pomysł na rysowanie komiksów? Agnieszka Piksa: Jako jedynaczka z bloku, siedziałam pod stołem, dorośli rozmawiali, a ja ilustrowałam ich rozmowy. To nie był pomysł, tylko sposób na ogarnięcie tej sytuacji i później tak mi zostało. Czytam różne rzeczy, nieraz na prawdę kiepskie, nieraz świetne, i tak je próbuję przekonstruować, przekonfigurować. Mam też trochę ignorancki nawyk czytania książek od dowolnego punktu, oglądania filmów pojedynczymi scenami bez ciągłości w narracji, rozmowy codzienne też są poszarpane, nie wiodą do “puenty dnia”. Na lekcjach w podstawówce też rysowałaś? Tak! Debiut w gazetce “Nasz świat”. Byłam bardzo lewa z matematyki. Pot i łzy. Ale jako złote czasy oceniam wiek 5-7: odwaga, bujna kreska, zaskakujące formaty. I zapewne nauczycielki wyrywały ci ze złością kartki za “nieuwagę” na lekcji? Matematyk był załamany, leworęczność ich też martwiła. Ale rysunki mnie rozgrzeszały w sumie. Muszę zadać arcywyszukane pytanie o ulubione komiksy i czy w ogóle takie były? Wszak nie każdy, kto robi komiksy je czyta. Wrażenie wywarł na mnie „Kot Rabina - Bar Micwa”, dramaturgicznie, i w ogóle – wypas. A ostatnio Igort „5 to liczba doskonała”. Ale ja raczej nie czytam komiksów. Jakoś mnie męczą.

kolorowe są, dzieje się tyle, że nie łapię. Purystą chyba jestem. No, z koncentracją problem. Rozumiem, że nie uczyłaś się czytania z “Kaczorem Donaldem”? Nie, nauka była na serii “Poczytaj mi, mamo”. „Muminki”, „Hobbit” (bez rysunków), „Opowieści z Narni” ( z rysunkami) wiek dorastający to J. Verne takie dziewczyńskie rzeczy, np „Pożyczalscy”. Marzenia o wielkiej wyprawie jak się będzie dorosłym. Niebezpiecznej, zamorskiej. Dobra, przejdźmy do ‘tu i teraz’. Skąd czerpiesz historie do komiksów? Życie, fantazja, literatura? Literatura. Jestem zbieraczem tekstów. Każdy tekst jest równie istotny, wiec czytam co mi wpadnie w ręce. Jak będę stara to uszereguje te teksty i znajdę meta narracje. Na razie poprzestaje na coraz krótszych, ostatnio podpisy pod zdjęciami gazetowymi ilustruję. Nagłówki Faktu są kuszące, pisma estetyczne, antropologiczne też. Chwytów formalnych, “filmowych” jestem mało świadoma, chociaż chciałabym je kiedyś opanować. Moja kamera jest prowizoryczna i to czasem doskwiera. Twoje ‘opowieści graficzne’ są bardzo minimalistyczne. Geometryczne formy, monochromatyczność. Są też stosunkowo krótkie. Dlaczego tak? Z kolorami to jest grubsza rozkminka.


Zazdroszczę kolorującym swoje historie. Mnie się to jakoś kłóci, zgrzyta. Albo wierszyk-opowiastka albo trele, wokalizy czy jak tam zwał. Tak mam w głowie podzielone. Walczę z paplaniną, rozklejaniem się... może dlatego geometria. Okej, a komiksy to taki Twój priorytet w twórczości czy tak bardziej na boku, „dla zajawki”? Malarstwo jest równie ważne, ale jestem w nim niesamodzielna. Tzn. potrzebuje pracowni, tematu, godzin pracy. a komiksy to samograj, wszystko można sprowadzić do rysunku w klatkach. są niezobowiązujące. Mogą mieć jedną klatkę i być przestrzenne. Ostatnio właśnie zaczęłam w przestrzeni komiks.

Tradycyjnie zapytam o muzykę, której słuchasz podczas pracy twórczej (powiedz, że słuchasz). Jak naprawdę pracuje to nie słucham. Jak pracuje nietwórczo tzn. jak sprzątam to słucham Dwójki. Jak próżnuję to słucham bardzo dużo muzyki. A próżnuję często. No i spaliłaś mi wywiad. Dobra, tytułem końca: Piksa, czemu tak mało Cię w internecie? Mało w Internecie? Może nie jestem sławna? Nie wiem, różnych rzeczy nie ma w Internecie a jednak istnieją. Chociaż firma bez www to bankrut. merkantylnie to ja mam słabą głowę.

“Święty Marcin”

5


6

“Esterhazy”


“Tiki siki”

7


8

“Kłusak”


9


10

“Ludożercy”


“Ludożercy”

11


Little Dragon oscyluje na granicy hipnotyzującej, marzycielskiej elektroniki i elokwentnych eksperymentów z jazzem. Romantyczna oprawa wizualna koncertów i nagrań wygląda jak kadr z soulowej dobranocki.

EKSCYTUJEMY SIĘ WSZYSTKIM JAK DZIECKO. Wywiad: Kaja Kusztra Fotografie: Paweł Eibel Ilustracja: Katarzyna Walentynowicz

Ze szwedzką grupą Little Dragon podczas Free Form Festivalu rozmawiała Kaja Kusztra. Zespół zawiązał się w gothenburgskim liceum wśród przyjaciół skupionych wokół charyzmatycznej Yukimi Nagano, wokalistki i perkusistki o szwedzko-japońskich korzeniach (której nie znoszący sprzeciwu temperament zainspirował zespół przy wymyślaniu nazwy). Little Dragon zgromadził materiał na drodze nieskrępowanych przymusem, czasem ani pieniędzmi improwizacji finansowanych z początku z dorywczych prac, i produkowanych amatorsko na dużym szarym komputerze w pokoju Hakana. Grupa wydala dwa albumy: “Little dragon” (2007) i “Machine Dreams” (2009). To co na płycie brzmiało jak opowiedziana szeptem, zmysłowa, mroczna bajka, na żywo okazało się być wibrującym, intensywnym wyzwaniem rzuconym publiczności, tak jakby słabość do De la Soul, które zespół wymienia jako jedną ze swoich najsilniejszych inspiracji, wzięła górę nad eleganckimi niedopowiedzeniami w aranżacjach znanych ze studyjnych nagrań. Podczas wywiadu zespół emanuje wzruszającą komitywą - Yukimi szuka potwierdzenia dla swoich wypowiedzi, a muzycy odpowiadają jej uwodzicielskimi prywatnymi żarcikami Little Dragon to: Yukimi Nagano(wokal, perkusja), Erik Bodin (perkusja), Fredrik Källgren Wallin (basy), oraz Håkan Wirenstrand (keyboard) www.little-dragon.se blog yukimi: www.electricforest-yukimi.blogspot.com

12


Piana Magazine: Mam słabość do tego pytania: wyobraźcie sobie ze komponujecie soundtrack do biografii zespołu. Little Dragon: Nie mogłoby na nim zabraknąć naszej muzyki (śmiech). Przeglądamy się w niej jak w lustrze. A może na przykład wypełnilibyśmy taką ścieżkę dźwiękową ciszą. Cisza jest zawsze najbezpieczniejsza. To bardzo trudne zagadnienie. Rozważamy tez motyw muzyczny z Indiany Jonesa. Little Dragon (Yukimi): No popatrz. Zawsze wydawało mi się że jestem bardzo szwedzka w ekspresji. (do zespołu): Nie uważacie? (zespół): Jak najbardziej. Ale życie tak nam się ułożyło, że mamy wielką swobodę w wyrażaniu się. Ja sama ekscytuję się wszystkim jak dziecko. Mieszkamy w swoich głowach, żyjemy w naszym własnym małym świecie, nie ograniczają nas żadne zewnętrzne wymogi ani kanony.

Pytanie z publiczności: Czy jako Szwedzi podkochiwaliście się w Abbie albo Ace of Base? Little Dragon: O Boże, nie bardzo! (śmiech) Słyszeliśmy ich muzyczne dokonania, ale nie jesteśmy fanami. Jak życie obeszło się z Ace of Base? Są już prawdopodobnie w drodze na wycieczkę na Goa albo coś takiego. My w latach dziewięćdziesiątych byliśmy bardziej w stronę hip hopu i jazzu. Dzisiaj bardzo inspirujący jest dla nas Claude Von Stroke. (Yukimi):  Ja koniecznie muszę wymienić Prince’a bo jest bóstwem i to jest chyba pierwsza miłość każdego z zespołu. Kraftwerk też na pewno jest ikoną elektroniki. O, mam kolejny pomysł: Nordman. Taki żarcik. Jego nie lubimy (śmiech). (Yukimi): Jeszcze Ralf Lundstedt, nasz człowiek! Bardzo new age’owy (śmiech).

Piana Magazine : Yukimi, jesteś jedyną dziewczyną w zespole. Która z rockowych księżniczek najbardziej Cię inspiruje? Little Dragon: Chyba zdecyduję się na Kate Bush, chociaż to niełatwy wybór. Piana Magazine: W ulotce festiwalu imiona Kate Bush i Bjork znalazły się w notce definiującej waszą muzykę. Little Dragon: Poważnie? Nie wiedziałam o tym ale to wielki zaszczyt i bardzo wrażliwe porównanie. Jako dziewczynka byłam zapatrzona w jedną i w drugą. To skrajnie odmiennie osobowości, ale bardzo oryginalne kobiety. Bardzo mi milo. Piana Magazine: Co najbardziej was inspiruje muzycznie? Little Dragon: To niełatwe pytanie bo każde z nas wywodzi się z nieco innego muzycznego wyznania. Niektóre fascynacje się pokrywają, ale każde z nas szuka inspiracji na własną rękę.

14

Piana Magazine : To chyba dobry moment na neutralne pytanie: jak czujecie się w Warszawie? Little Dragon: Super! Strasznie nam zimno ale jesteśmy przyzwyczajeni. Gratulujemy wam Free Form Festival. Piana Magazine: Czy za waszą twórczością kryje się jakiś sekretny przekaz? Little Dragon: Chcemy inspirować ludzi i tchnąć w nich nadzieję. Wkładamy całe serce w to żeby nasza muzyka brzmiała świeżo, obco, inaczej i jesteśmy w tym szczerzy. Nie wyprzemy się muzycznej prowieniencji, tego ze inni artyści nas ukształtowali, ale uczciwie szukamy oryginalnego wizerunku. Skromnie i po swojemu, ale próbujemy swoich sił w czymś czego nigdy wcześniej nie było.


Superxiu – Indie is back… ale czy na pewno? Wywiad: Katarzyna Borelowska Fotografie: www.myspace.com/superxiu O tym ze scena Indie pod umarła mówi się od dawna. Czarne garniaki wraz z krawatami zastąpiły wygodne dresy i kolorowe ‘najacze’. Na szczęście, los daje nam druga szanse wraz z nadejściem SUPERXIU. Panie i Panowie, Indie is back, ale czy na pewno?

Piana Magazine: Nie przeszkadza Wam, że osobom zorientowanym muzycznie Wasza nazwa od razu kojarzy się z Xiu Xiu? Superxiu: Podobieństwo jest zupełnie przypadkowe, nazwa nie wywodzi się od Xiu Xiu. A z tego, co słychać w naszej muzyce - nie mamy z nimi większych powiązań.  Piana Magazine: Pochodzicie z Koła, ale prezentujecie muzykę bardzo oddalona od tego, co dzieje się na polskim rynku. Jaki jest wasz stosunek do polskiej branży muzycznej? Superxiu: Chyba najprościej można go określić po prostu jako “obojętny”. Owszem, są zespoły, wykonawcy, których lubimy i szanujemy, ale oni również czerpią więcej z muzyki brytyjskiej, francuskiej czy amerykańskiej, niż z polskiej. Cenimy również tych, którzy nagrywali w latach 70-80, ale współcześnie mało, kto nas kręci. Granie dobrej muzyki w Polsce nie opłaca się. Piana Magazine: W Waszych utworach, słychać wpływy wczesnego Bloc Party, wokalnie The Maccabees. To świadome inspiracje? Superxiu: Nie, raczej wynika to z ograniczonych umiejętności grania na instrumentach. Mimo wszystko uważamy, że to podobieństwo jest lekko przesadzone i służy tylko jakiemuś przyporządkowaniu, żeby łatwiej było nas zaszufladkować. Nowy materiał nie powinien przywodzić na myśl Bloc Party. Piana Magazine: Przed jakim zespołem, chcielibyście najbardziej zagrać w charakterze supportu? Superxiu: Chcielibyśmy zagrać z takim zespołem, którego muzyka nie byłaby w konflikcie z naszą. Opowiadałaby dalej historię, której my nie zdążylibyśmy opowiedzieć na swoim koncercie. Piana: Obecnie mówi się, że mamy spory kryzys, jeśli chodzi o muzykę gitarową. Na parkietach panują bassliny i dub stepy. Jesteście za odnowieniem fali indie? Superxiu: Dzisiaj w muzyce gitarowe granie nie daje już takiego kopa. Gitara jest tylko narzędziem, jest dość przewidywalna i ma sporo

ograniczeń. Dlatego często zastępuję się to elektronicznym brzmieniem. Poza tym potencjał syntezy dźwięku jest w zasadzie niewyczerpany i swobodnie można kreować brzmienia; jakie tylko dusza zapragnie. Sądzimy, że dojrzały twórca świadomie potrafi przenieść swoje wizje i wyobrażenia na muzykę i nie jest zamknięty do istniejących już i miliony razy powtarzanych w kółko akordów gitarowych. Oczywiście niczego nie wykluczamy i chcemy grać też z użyciem bardziej klasycznych brzmień. Piana Magazine: Zagraliście już parę koncertów w różnych miastach Polski. Jak oceniacie polską publiczność i zainteresowanie Wasza muzyką? Jest dla nas szansa na drugi Londyn? Superxiu: Cieszymy się, że na nasze koncerty np. w Poznaniu czy Krakowie naprawdę przyszło sporo ludzi i świetnie się bawili, a my razem z nimi oczywiście. W porównaniu do naszych pierwszych koncertów myślimy, że zrobiliśmy bardzo duży postęp i to w krótkim czasie. Ludzie na tych koncertach byli po prostu niesamowici. Musimy jeszcze popracować nad kondycją, bo po takim koncercie trudno jest w ogóle oddychać :P. Piana: Koniec roku zbliża się szybkimi krokami. Jakie są Wasze plany na 2010? Superxiu: Produkcja muzyki w tym momencie to jest priorytet. 2010 to przede wszystkim nagranie EPki (lub czegoś więcej). A później koncerty, koncerty i koncerty... Ale najpierw muzyka!

15


Nie graj tego więcej, Sam Autorzy: Maciek Piasecki, Tymoteusz Kubik, Karolina Pietrzok Ilustracja: Dominika Bobulska (str.17), Katarzyna Walentynowicz (str.18-19) Małe fotografie: www.google.com

Znasz to? Idziesz ulicą, wchodzisz do sklepu, mija cię samochód, człowiek w tramwaju słucha iPoda. Setki ludzi, tysiące scen, a ty zadajesz sobie nieustannie to jedno, doprowadzające do ostatecznych stanów szaleństwa, pytanie: dlaczego wciąż słyszę ten sam kawałek? Przeboje lata, hity sezonu, ulubieńcy publiczności – ludzie ich kochają, znajomi polecają serdecznie z błyskiem w oku. W duchu starego dowcipu, przestajesz otwierać lodówkę. Oto skrót utworów ostatniej dekady, przed którymi uciekaliśmy – i przed którymi, ku cierpieniu i uszu bólom, uciec się nie dało. M.I.A. “Paper Planes”

16

Tymoteusz Kubik: Rozumiem, że żyjemy w świecie, w którym przeciętny mózg potrafi zapamiętać tylko proste, już raz słyszane melodie (najlepiej z tekstem “la la la”), ale to, co działo się po premierze tego singla, przekracza mój bufor tolerancji. Refren “Paper Planes” doprowadzał mnie do szewskiej pasji z wprawą godną Rihannowej “Umbrelli”. Granica między zabawą konwencją, a kiczem jest bardzo cienka. “Paper Planes” i “The Creator” Santigold to dwa fenomeny, których nie pojmę. Choć obydwie artystki szanuje, wysiłki doceniam, to jednak wspomniane single mnie, delikatnie mówiąc, nie przekonują, a ich popularność to dla mnie potwierdzenie tej niepopularnej tezy. Ale ja się przecież nie znam na muzyce.  


Kasia Cerekwicka – „Na kolana”

Karolina Pietrzok: Miesiącami udało mi się egzystować, nie wiedząc, kim jest pani Cerekwicka – choć nieświadomie byłam już ostrzelana zewsząd nieprzyjacielskim ogniem jej częstochowskich rymów. W końcu jednak twarz, nazwisko i przebój połączyły się w jeden potworny organizm, który atakował bez litości. Największymi fanami twórczości tej artystki byli, z jakiegoś powodu, taksówkarze: zawsze przerywali ważkie rozmowy, by znów posłuchać blondynki śpiewającej o padaniu na kolana.    

Lily Allen – „Smile”

Maciek Piasecki: “Chce mi się śmiać, kiedy ty płaczesz” - śpiewa Lily w refrenie. Ten kawałek miał magiczną moc - włączał się zawsze w najbardziej depresyjnych momentach. Rzuciła cię dziewczyna? Smile! Umarł ci kot? Smile! Dostałeś w mordę w nocnym, zabrali ci portfel i telefon? Smile! Podobna historia jak z “Relax, Take It Easy” - z tą różnicą, że Mikę słyszało się zazwyczaj w korku (a kierowcy autobusów lubili dawać głośniej, oj lubili).   Tymoteusz Kubik: Moja cywilna odwaga pozwala mi przyznać się publicznie do sympatii dla niektórych komedii romantycznych, ale żeby Lilly Allen? Chwilami czytając recenzje muzyki Lilly Allen czułem sie trochę jak Tede w biffie z Peją. Cytując klasyka “przecież to jest, kurwa, żenada”. Czy połowa ludzi słuchających muzyki w tym kraju serio uważa, że Lilly Allen da się słuchać, że to jest pop na poziomie? Nie mam potu na czole i nie wzbudza to we mnie tak silnych emocji, zakończę parafrazując poetykę wspomnianego już klasyka, który powoli staje się moim idolem: “to jest zły obraz kultury. Ja tak uważam Tymoteusz Kubik, 1 marca 1985, urodzony”.  

Sokół i Pono ft. Franek Kimono - “W aucie” Karolina Pietrzok: Istnieje tylko jedna rzecz gorsza od nieśmiesznych żartów. Są to nieśmieszne żarty, z których śmieją się wszyscy wokół. Franek Kimono AD 1983 to była klasa, to była elegancja, wersja na potrzeby naszych czasów jest wersją dla ortalionowego dresu bujającego się po bogato urządzonych, smutnych klubach – i w ich mrokach powinna pozostać. A tutaj szturm na radiostacje, nagrody i zachwyty konkurencyjnych magazynów. Wy tak na serio? Albo czegoś głęboko ukrytego nie zrozumiałam, albo źle się dzieje w państwie duńskim.   Tymoteusz Kubik: Moje poczucie humoru zostało wyczerpane przy “Uderz w puchara”, ale niestety wszechpopularność kolażu słownomuzycznego “W aucie” zdaje się być gwoździem

18


do mojej sztywniackiej trumny. O ile spółkowanie z płcią przeciwną w aucie kocham miłością pierwszą, to jako soundtrack wolałbym oklepane “Wicked Games” Chrisa Isaacka. Pozostanę nudziarzem nie potrafiącym wrzucić na luz i baunsować do hitów. Po wsze czasy. 

Lech Janerka – „Rower”

Maciek Piasecki: Dla człowieka wychowanego na muzyce Klausa Mitffocha czy na “Historii Podwodnej” ten utwór jest jak prawy prosty między oczy od przyjaciela. Może nie irytuje tak bardzo jak przeboje Sindeya Polaka (Chomiczówka, meeen), ale skazał jedną z legend polskiej sceny na etykietkę “tego kolesią od rower, rower”. Efekt: alt-młodzież na Offie błaga o “Rower” podczas bisów. Chyba, że to żart był wtedy. Mnie nie rozśmieszył.  

Kings of Leon - „Sex on fire”

Karolina Pietrzok: Jestem ortodoksem Kingsów, trufanem, takim z koszulką i live dvd na liście życzeń w sprawie prezentów pod choinkę, ale moje serce zostało podziurawione niczym durszlak po tym jak wydawszy trzy cudowne, południowe płyty, chłopcy z Nashville wyruszyli w mroczną stronę U2, a ja kilka razy dziennie musiałam wysłuchiwać, że jeeeeeee de sex is on faaaajer. I jeszcze życzliwi ludzie, nie do końca rozumiejący, że nie, KoL to nie ten jeden koszmarny numer. I patrzą jakoś dziwnie.  

Według brytyjskiej ankiety, przebojem dekady pozostaje „Umbrella” Rihanny – i faktycznie, słyszeliśmy ją więcej razy niż paciorek. A jednak, nadal kręci i na skali irytacji w ogóle nie zbliża się w okolice czerwonych rejestrów. Nie tak łatwo zarżnąć dobrze napisany kawałek. Ale może lepiej nie próbować.

19


Coś z tego będzie. Tuż po wydaniu debiutanckiej płyty, na moment przed wyruszeniem w trasę promującą – dziewczyny z zespołu Andy to dziś temat gorący. Ania Dziewit, Joanna Hedemann, Kasia Krawczyk i Bożena Pająk opowiadają Pianie o byciu dziewczyną w świecie rokendrola.

Wywiad: Karolina Pietrzok Fotografie: Universal Music Polska Ilustracja: Katarzyna Walentynowicz


Piana Magazine: Na waszą płytę przyszło nam czekać wiele lat, znalazły się na niej w większości utwory dobrze znane z koncertów, a promuje ją kawałek, który powstał wiele lat temu - czy nie kusiło was, by wystartować z zupełnie nowym, premierowym materiałem? Czy wybór Nic z tego nie będzie jako pierwszego singla był waszym pomysłem, czy też wytwórni - jako “pewniaka”? Kasia Krawczyk: Doskonale zdawałyśmy sobie sprawę z tego, ze wszyscy będą pytać, czemu nagrałyśmy piosenki stare, ale te stare piosenki, optymistycznie zakładając, zna jakieś 200 osób, a 11 piosenek nagrałyśmy - mamy nadzieję - dla nieco szerszej publiczności. Płytę nagrywałyśmy za swoje pieniądze kilka dobrych miesięcy przed tym, jak zaczęłyśmy się w ogóle zastanawiać, kto zechciałby ją wydać, to miało być takie

takim etapie, gdy wasi rówieśnicy zaczynają się rozglądać za stałą, poważną pracą - robicie to samo, czy planujecie żyć z muzyki? Ania Dziewit: To zależy czyich rówieśników masz na myśli - ja pracuję zawodowo od 9 lat, bo wcześnie zaczęłam. Na razie niestety nie możemy rzucić swoich prac, bo z muzyki nie jesteśmy w stanie żyć, ale jeśli kiedyś się tak stanie, to będzie bardzo miło. Joanka Hedemann: Ja w przeciwieństwie od mych rówieśników nie poszukuję stałej pracy i nie planuję zakładania rodziny, wydaje mi się, że utrzymywanie się z grania koncertów byłoby wprost wymarzonym zajęciem dla mnie. Czas pokaże, czy się uda! Bożena Pająk: Ja aktualnie jestem w stanie godzić pracę z graniem w Andy. Jest to ciężkie, ale wykonalne. Natomiast jeśli okaże się kiedyś, że mogę żyć tylko z grania, będę się niezmiernie cieszyć. Piana Magazine: Jako młode, atrakcyjne dziewczyny (nie ukrywajmy!), promowane w mediach - nie boicie się, że staniecie się łakomym kąskiem dla brukowców? Przeglądacie już Pudelka w poszukiwaniu swoich zdjęć?

sentymentalne zarejestrowanie i zamknięcie pewnego etapu, po którym z czystym sumieniem możemy nagrywać kolejne płyty. Jeśli zaś chodzi o singiel, to wybrała go wytwórnia i to nie jest jakiś wyjątkowy objaw naszego zniewolenia przez wyżej wymienioną, tylko te 11 piosenek to jakby nasze dzieci, wszystkie je kochamy tak samo i brak nam należytego dystansu pozwalającego wybrać potencjalne single. Tak więc skrótowo rzecz ujmując, było nam to dość obojętne.

22

Piana Magazine: Za sprawą płyty można zobaczyć was teraz we wszystkich praktycznie mediach, wkrótce ruszacie w trasę - czy w takim razie zaczynacie traktować muzykę jako waszą stałą pracę, czy może jednak nadal pozostaje to hobby, zajęcie poboczne dla waszych innych dróg zawodowych? Wszystkie jesteście na

Ania Dziewit: Żeby się znaleźć w Pudlu, trzeba się o to samemu postarać. Wielu “artystów” bardzo dba o swoją obecność w takich miejscach, nas to chyba jednak nie interesuje. Szczerze mówiąc, wolałybyśmy, żeby ludzie czytali o nas i interesowali się nami nie ze względu na to, co interesuje Pudelka, czyli na skandale i inne tego typu bzdury. Z drugiej strony jest cała masa znanych, fajnych ludzi, którzy robią ciekawe rzeczy i na Pudle i Pompony nie trafiają i świetnie sobie bez tego radzą. I mamy nadzieję, że nam się też uda. Bożena Pająk: Myślę, że jesteśmy zbyt mało znane i zbyt mało rozrabiamy, aby pojawić się w brukowcach. Ale już całkiem serio mówiąc, mnie zawsze interesowało w graniu w zespole meritum, czyli koncertowanie i tworzenie muzyki, a nie opowiadanie o życiu prywatnym na łamach plotkarskich gazet albo pojawianie się na modnych imprezach. Piana Magazine:. Jak reagujecie na to, że recenzje waszej płyty pisze Mirosław Pęczak, występujecie w telewizjach śniadaniowych i kilka razy dziennie odpowiadacie na żenujące pytanie, skąd nazwa zespołu? Cena sławy? Kasia Krawczyk: Pochodzenie nazwy zespołu to moje ulubione pytanie, obok tego, czy ciężko grać dziewczynom oraz czy jesteśmy feministkami. Jednak wolę na nie odpowiadać 100 razy dziennie, niż pozwolić ludziom myśleć, że pasjonujemy się południowoamerykańskimi łańcuchami górskimi bądź Andym Warholem. Nie uważam, żeby w którejkolwiek z wymienionych rzeczy - recenzji, tv śniadaniowej – było coś złego, występujemy tam bowiem my i dzięki temu poznaje nas


szersze grono osób. Cieszymy się, jak każdy normalny zespół, że ktokolwiek w ogóle się nami interesuje. Anna Dziewit: No tak to jest, że gdy jest się debiutantem, to udziela się odpowiedz na te same pytania, ale szczerze mówiąc dobrze, że je nam w ogóle ktoś zadaje. Promujemy swoją płytę i występy w TV śniadaniowej są elementem promocji w dzisiejszych czasach. Nie wydaje mi się, żeby to uwłaczało naszej godności. Joanka Hedemann: Poza tym występy w telewizji śniadaniowej wzbogaciły nas o nowe doświadczenia - granie z playbacku. Żal mi trochę, że nie odważyłyśmy się na zamianę instrumentami w trakcie piosenki lub zrobienie fikołka bądź szpagatu! Kasia Krawczyk: Poza tym wizyta w TV śniadaniowej pozwoliła nam na żywo zobaczyć np. Piotra Rubika, Tomasza Jacykowa czy tez doktora Koziełłę z Klanu. To niezapomniane chwile!

Piana Magazine: Na koniec pytanie, o który marzyła cała redakcja i pewnie wielu naszych czytelników: czy biorąc pod uwagę koneksje Ani Dziewit, możemy liczyć na jakąś sesję w Playboyu? Ania Dziewit: No to muszę wszystkich zmartwić - ze względu na te koneksje właśnie nie możemy liczyć na sesję w Playboyu! Kasia Krawczyk: Swoja drogą dawno temu doszłyśmy do wniosku, że są osoby mające do tego znacznie lepsze predyspozycje od nas i może pozostawmy takie wystąpienia im!

Piana Magazine: Nasz wydawca zastrzegł, iż to pytanie musi paść: jak wspominacie czasy prób na ulicy Mrozowej 20? Kasia Krawczyk: Wyśmienicie, bowiem to barwny okres w historii naszych prób. Począwszy od tego, iż gdy pierwszy raz tam pojechałyśmy, tramwaj pod hutą wyjątkowo skręcił w prawo i motorniczy wysadził nas w lesie, powodując mocną konsternację w szeregach. Kiedy natomiast dwie godziny później dotarłyśmy do salki, okazało się, że jest ona od podłogi do sufitu oblepiona zdjęciami gołych pań, przyczepionymi do czerwonej imitacji aksamitu. Grałyśmy tam chyba 2 lata, w tramwaju 22 (ponad 30 przystanków od mojego domu) nauczyłam się do matury, w samym budynku z kolei latem panowały istne tropiki, w zimie natomiast zamarzała woda w ubikacji, a my razem z nią. Piana Magazine: Waszą duchową kolebką jest chyba jednak Kraków - wspominacie czasem nasz drugi dom, B-side? Kasia Krawczyk: Jeśli mam być brutalnie szczera, to moim drugim domem było Łubu-Dubu i wokół tego miejsca zgromadzone są liczne imprezowe i koncertowe wspomnienia, tam był emo parapet, tańce za papieża i świętowanie Sylwestra. Joanka Hedemann: Dla mnie Bisajd faktycznie był trochę drugim domem, na początku za nim tęskniłam, ale już mi przeszło trochę. Poza tym słyszałam jakieś ploty o reaktywacji (?) czy to prawda? (ploty słyszeliśmy, nie wiemy, czy to prawda – przyp. red.) Bożena Pająk: Bardzo miło wspominam imprezy i koncerty z tym klubie. Swego czasu spędzałam tam większość wolnych wieczorów przebywając w Krakowie. Fajne miejsce, szkoda że to już historia.

23


Syd Barrett – bajka opowiedziana wspak Autor: Arek Łukaszewicz Ilustracja: Katarzyna Walentynowicz

24

„There was a king who ruled the land/His majesty was in command/With silver eyes the scarlet eagle/Showers silver on the people”. Tak ustami Syda Barretta matka snuła opowieść usypiającemu dziecku. W historii muzyki popularnej – pierwszy i ostatni przypadek tak udanej baśniowej konwencji piosenki. Płyty zresztą też. Intrygujący tytuł The Piper at the Gates of Dawn wydrukowano pierwszy raz w 1967 na odwrocie okładki debiutanckiego longplaya Pink Floyd. Albumu, który trudno jest porównać z jakimkolwiek innym dziełem rockowym, z wyjątkiem może... drugiej płyty Pink Floyd. Ale nie dlatego, że to album wielki. W tym samym, 1967 roku wyszło co najmniej kilka płyt przewyższających propozycję czwórki młodych Brytyjczyków pod każdym względem. Pink Floyd na początku kariery dysponował dość miernym warsztatem. Trudno uwierzyć, że parę lat później grupa serwowała już kilkunastominutowe, rozbudowane arcydzieła. To jednak trochę inna historia. Ale skupiając się na debiucie i tym, co decyduje o jego wyjątkowości, warto znać też, choćby pobieżnie, późniejsze losy zespołu i jego dojrzałą twórczość. W kontekście przygniatających monumentalnością dzieł Pink Floyd z następnej

dekady Piper… jawi się jako rzecz urzekająco prosta, skromna, miejscami – jak we wspomnianym na wstępie Matida Mother – trochę nawet infantylna. A jednocześnie niesamowicie wciągająca. Trudno powiedzieć, czy za sprawą baśniowej stylizacji zawartych na niej historyjek, czy oryginalnej muzyki idealnie trafiającej w swój czas – szczytu wczesnej psychodelii, ucieleśniającej się w masowo konsumowanych kostkach LSD. A najprawdopodobniej za sprawą jednego i drugiego, co dawało zupełnie nową jakość w muzyce i jej recepcji. Relacje z ówczesnych koncertów Pink Floyd nie pozostawiają złudzeń co do tego jak odbierana była ta muzyka – publiczność najczęściej siedziała na ziemi z rozdziawionymi ustami, ewentualnie próbując bezładnego tańca, zwykle pod wpływem kwasu lub marihuany, oszołomiona nowatorskim na owe czasy oświetleniem sceny i zasłuchana w dziecięce opowieści o gnomie Grimble Gromble, złodzieju damskiej bielizny Arnoldzie Layne, strachu na wróble i innych fantastycznych postaciach. Kto oglądał wydane na video występy zespołu ze schyłkowego okresu, jak np. Pulse z 1994 roku, wie jak dopracowane w najdrobniejszym szczególe były te stadionowe koncerty. Dźwięki


idealnie zsynchronizowane z wyświetlanym obrazem i światłami, żadnego miejsca na spontaniczność. Jakże inaczej wyglądało to w latach sześćdziesiątych! Wczesne utwory Pink Floyd rozrastały się na żywo dzięki improwizacjom nawet do półgodzinnych całości, bez szczególnej dbałości o strukturę i spójność, z patentami typu rozstrajanie gitar. Nawet wizualizacje (integralna część koncertów grupy od początku kariery) tworzone były na poczekaniu z pomocą kilku chałupniczo zmontowanych urządzeń. Na płycie trzeba było zamknąć te psychodeliczne odjazdy w formule trzyminutowych piosenek, co nie odjęło wcale klimatu (a może wręcz przeciwnie) tym bezpretensjonalnym (jeszcze) utworom, napisanym przez Syda Barretta, jedyną chyba postać w muzyce rockowej, która nie wstydziła się tworzyć z dziecięcej perspektywy. Dlaczego akurat on? Kiedy Roger Waters procesował się z kolegami w połowie lat osiemdziesiątych o prawo do nazwy rozpadającego się już zespołu, stwierdził rozżalony: „Pink Floyd to ja!”. Jak się okazało – przedwcześnie, choć niebezpodstawnie. Ale jeśli ktoś kiedykolwiek miał prawo wypowiedzieć te słowa, był to na pewno Syd Barrett w roku 1967. Nie on wprawdzie założył grupę, ale nie było w całej Wielkiej Brytanii osoby, która podważałaby jego pozycję lidera. Syd napisał (z jednym wyjątkiem) wszystkie piosenki na album debiutancki i towarzyszące mu single. Bez niego nie byłoby Pink Floyd, skończyliby pewnie ze swoimi przeciętnymi zdolnościami muzycznymi w masie zespołów coverujących bluesowe standardy, czyli tak samo jak zaczęli. Ale Pink Floyd mieli Barretta, „Szalony diament”. Odnaleźli skarb. Happy end? Baśń się zaczęła, tyle, że od końca… Wytwórnia zamknęła chłopaków w studiach przy Abbey Road dokładnie w tym samym czasie, gdy zamknęli się w nich The Beatles. Ci ostatni właśnie podjęli decyzję, że już z tych studiów nie wyjdą, skończyli z koncertami, uznali, że czas na jakościowy skok w ich twórczości. Plan się udał, ósmy album Beatlesów, już nie promowany na żywo rozpoczął nowy, dojrzały etap działalności Fab Four. Pink Floyd skorzystali z okazji i w przerwach w nagrywaniu obserwowali pracę kolegów z sąsiedniego studia – być może dlatego „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” i debiut Pink Floyd są muzycznie utrzymane w podobnym stylu. Barrett i jego koledzy byli pod sporym wrażeniem nowego wizerunku liverpoolczyków. Choć nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że inspiracje płynęły też w przeciwnym kierunku. Współtworząc scenę rocka psychodelicznego w Wielkiej Brytanii (i wyprzedzając o kilka lat epokę space rocka) Pink Floyd odnieśli w ojczyźnie niezaprzeczalny sukces i, jak sami przyznają, podporządkowali się bezwarunkowo jego wymogom. Zespół koncertował niemal bez

wolnych dni. Wymarzony kontrakt z wytwórnią był spełnieniem marzeń zespołu i tylko Syda zdawał się zupełnie nie obchodzić. Póki nie trzeba było zacząć prac nad nowym materiałem, nikt nie zwracał uwagi, że lider od jakiegoś czasu przynosi coraz mniej nowych pomysłów. Pół roku później nie było go w zespole. Pół roku później. Jego - twórcy wszystkich piosenek. Wszyscy wiedzieli, że Barrett eksperymentuje z narkotykami, jednak nie było to wówczas niczym szokującym w londyńskim undergroundzie, a poza tym wiązane było z jego kreatywnością jako twórcy. Pierwsze problemy z komunikacją z liderem zlekceważono. A zanim ktoś zaczął szukać przyczyn dziwnego stanu Syda, nie było już odwrotu. Wystarczyło parę nieudanych koncertów, żeby prący naprzód zespół zatrudnił mu pomocnika, a potem zastępcę – Davida Gilmoura. Okazało się, że pozostawienie mu obowiązków kompozytorskich odsuwając go od koncertów nie wchodzi w grę. Dwa miesiące potem Barrett wyleciał z zespołu, nie napisawszy przez pół roku nic godnego uznania. Został właściwie sam, z postępującą chorobą psychiczną – bo ona właśnie, nie zdiagnozowana zawczasu i systematycznie karmiona LSD była powodem wszystkich problemów. Do tej pory nie wiadomo na pewno, jaka to właściwie była choroba. Podejrzewa się najczęściej schizofrenię lub psychozę maniakalno-depresyjną. Przyglądając się pomnikowym dokonaniom zespołu z późniejszych lat, można powątpiewać, czy osiągnięcie tego byłoby możliwe z dawnym liderem w składzie. Raczej nie i to można uznać poniekąd za pozytyw tego rozstania. Tworzenie gorzkich, antywojennych hymnów, na poły autobiograficznych historii, przejmujących rozliczeń z przeszłością i refleksji nad okrucieństwami tego świata, charakterystycznych dla dojrzałego Pink Floyd, nie mogłoby się udać z osobowością Barretta. A na pewno nie powiodłoby się to bez utraty przez niego chłopięcej naiwności, która pozwalała bez skrępowania łączyć proste akordy i oczywiste rymy w piosenki, które mimo swojej nieskomplikowanej formy i dzięki swoistej świeżości ocierały się o awangardę. Minął rok, może dwa zanim zespół wrócił do formy i podjął ponownie marsz na szczyt. Barrett do formy nie wrócił nigdy, choć parę osób próbowało go jeszcze wciągnąć na nowo do działalności artystycznej. Z tych prób wynikły dwie niespójne i trudne do ocenienia płyty, The Madcap Laughs i Barrett. Niepowodzenie, odejście z branży, zaszycie się u rodziny w Cambridge bez kontaktu ze światem, koniec dziwnej bajki na opak. „Oh mother/Tell me more!”

Pink Floyd, The Piper at the Gates of Dawn, Columbia/EMI, 1967

25


TOP TEN, czyli wampiry, zombie, diabły, jedna ośmiornica, dwie złe kobiety i szczęśliwa rodzina. Tekst: Magda Wichrowska Ilustracja: Dominika Bobulska

Powstało już tysiące rankingów najlepszych i najgorszych horrorów wszech czasów. Tymczasem ten dość osobliwy gatunek trudno zmierzyć w tak rygorystyczny sposób. W przypadku kina grozy najgorsze może być paradoksalnie najlepsze, dlatego postanowiłam podzielić się z wami swoją subiektywną dziesiątką odkryć spod znaku kina grozy.

„Nosferatu – symfonia grozy”, reż. Friedrich Wilhelm Murnau, 1922

„Diabeł”, reż. Andrzej Żuławski, 1972

„Gra wstępna”, reż. Takashi Miike, 1999

„Dumplings”, reż. Fruit Chan, 2004

Genialny reżyser i absolutnie fantastyczny aktor. Duet Murnau–Schreck to bez wątpienia najbardziej pożądana i frapująca para wampirycznej kinematografii. Warto poszperać w historii kina i zabawić się w detektywa. Dlaczego podczas kręcenia filmu Schreck spał w trumnie i czy potrzebna była jakakolwiek charakteryzacja? Mam na to swoją mroczną teorię, a tak by the way... Pattinson przy Schrecku to komar, nie wampir!

Bójcie się panowie, bójcie! Film opowiada historię wdowca, który postanawia urządzić casting na przyszłą żonę. Wydaje się, że historia rozwija się pomyślnie dla głównego bohatera, który znalazł wymarzoną uległą ślicznotkę. Jednak, jak to w kinie grozy bywa, pozory mylą! Chociaż rzeźnickich scen nie brakuje, to głównego bohatera jakoś mi nie żal, co innego pies.

Polski horror? Ten gatunek to plama na honorze rodzimych filmowców. Miłośnicy gatunku nie powinni jednak przegapić fantazji Żuławskiego. „Diabeł” został skazany przez cenzurę na niebyt, a twórcy już na zawsze przyczepiono łatkę prowokatora i wyrzutka polskiego kina. Horror w duchu patriotycznym to dla mnie wisienka na torcie polskiego kina grozy. Pozycja obowiązkowa dla miłośników aktorstwa Wojciecha Pszoniaka i erudycji podszytej oryginalną wrażliwością Andrzeja Żuławskiego.

Horror szyty na miarę naszych czasów! Co robi gwiazda telewizji, gdy na jej ciele pojawia się coraz więcej zmarszczek, zwisów, zwiotczeń i oponek? Chce zdobyć eliksir młodości, który utrzyma jej młodzieńczy wygląd. „Dumplings” nie jest mroczną opowieścią o botoksie, ale o... pierożkach. I bynajmniej nie mam tu na myśli ruskich czy tych z kapustą i grzybami. Tajemniczy składnik nadzienia jest bardziej mroczny od ciężkostrawnych grzybów i wzdymającej kapusty. Film w sam raz dla Krzysia Ibisza, gdyby tylko, no właśnie... był kobietą!

27


„Nieustraszeni pogromcy wampirów. Przepraszam, ale pańskie zęby tkwią w mojej szyi”, reż. Roman Polański, 1967 Już sam tytuł wyjawia nam konwencję. Film Polańskiego to kapitalne połączenie ogranych motywów, które do znudzenia pojawiają się w filmach grozy i sporej dawki groteski. Entuzjaści i fanatycy scen mrożących krew w żyłach będą zawiedzeni, wielbiciele gatunku, którzy mają do niego zdrowy dystans, tacy jak ja, będą wniebowzięci!

„Szczęście rodziny Katakuri”, reż. Takashi Miike, 2001

Uwielbiam wszelkie mieszanki, miksy, masale i melanże. Horror i musical w jednym? Czemu nie? Ta na pozór chora mieszanka gatunków działa fantastycznie w odpowiednim towarzystwie i przy dość osobliwym nastroju. Głównym bohaterem jest sprzedawca butów, który pewnego dnia postanawia założyć pensjonat „White Lover’s Inn”. Interes nie wypala, gości jest jak na lekarstwo i w dodatku nie przedłużają pobytu, bo dość skutecznie i szybko kopią w kalendarz. W tak nieciekawych okolicznościach rodzinie Katakuri nie pozostaje nic innego jak... śpiewanie!

„Dziecko Rosemary”, reż. Roman Polański, 1968

Crème de la crème kina grozy! To, co mnie bierze w tym filmie, to kapitalne połączenie mody lat 60., mojego ukochanego NY i „szatańskiej” intrygi. Reżyser całość doprawia absolutnie genialną muzyką Krzysztofa Komedy. I jak tu nie kochać Polańskiego? PS Odradzam oglądanie „niewiastom” przy „nadziei”.

„Martwica mózgu”, reż. Peter Jackson, 1992

Zanim Peter Jackson zabrał się za katowanie nas kolejnymi częściami „Władcy Pierścieni”, całkiem nieźle radził sobie jako nowozelandzki twórca dość osobliwych horrorów. „Martwica mózgu” to perła gatunku gore. Fabuła jest dość prosta, żeby nie powiedzieć prostacka... Szczuro-małpa gryzie matkę głównego bohatera i zamienia ją w zombie, później jest już z górki. Epidemia żywych trupów rozprzestrzenia się w błyskawicznym tempie. Film dość obrzydliwy, ale humor wszystko nam wynagradza, nawet lekką niestrawność.

28

„Narzeczona Potwora”, reż. Ed Wood, 1955

Ed Wood, najgorszy reżyser wszech czasów! Jego filmy, mimo przekroczonego terminu ważności, uznawane są za pozycje kultowe. „Narzeczona Potwora” to jeden z jego najlepszych najgorszych filmów. To pozycja dla amatorów ośmiornic i entuzjastów aktorstwa niezapomnianego Beli Lugosi, który, jak donosi biografia, został pochowany w kostiumie Draculi. „Noc żywych trupów”, reż. George A. Romero, 1968 Ten film powinni obejrzeć wszyscy wielbiciele „Świtu żywych trupów”, „Wysypu żywych trupów”, „Dnia żywych trupów”, „Nocy żywych trupów”, „Powrotu żywych trupów” itp., bo od obrazu Romera wszystko się zaczęło. Arcydzieło gatunku! PS Kolejność absolutnie przypadkowa.


Mam problem z Kopciuszkiem Tekst: Magda Wichrowska Ilustracja: Dominika Bobulska

Kiedy byłam małą dziewczynką, oprócz krochmalonych kołnierzyków, które wbijały mi się w szyję, katowano mnie w przedszkolu jeszcze czymś... Kopciuszkiem. Jako podwórkowy łobuz od początku czułam, że z tym Kopciuszkiem coś jest nie halo. Na domiar złego w baśni nie mogłam znaleźć ani jednej postaci, z którą mogłam się utożsamić. Macocha miała charakterek, ale była za stara, siostry mało interesujące, a książę, co tu dużo mówić, był kompletnym bałwanem. Zacznijmy jednak od początku: kim jest główna bohaterka? O Kopciuszku wiemy niewiele, ciężko pracuje i jest biedna. Jaki ma charakter? Z tą diagnozą mamy już niemały problem, nie ma chyba drugiej tak nijakiej bohaterki jak ona. Kiedy zdejmuje balową kieckę, nie rozpoznaje jej nawet książę. Więc albo ona taka przeciętna, albo on taki matoł. Wierzę, że i jedno, i drugie. Szybko okazało się, że moja kopciuszkowa trauma nie przeminie wraz z dzieciństwem, a powróci jak bumerang w komediach romantycznych. Historię gryziono tu bowiem na wiele sposobów. Jednak niemal w każdym filmie powtarzano temat małżeństwa, bądź ewentualnie jego obietnicy, jako symbolu spełnienia marzeń głównej bohaterki, które z założenia było marzeniem wszystkich kobiet po drugiej stronie ekranu. Wybranek nie był, bynajmniej, przypadkowy. Musiał być skrojony na miarę księcia naszych czasów, czyli bogatego biznesmena o nienagannych manierach, z wpływową rodziną i koneksjami. Wyciągał z cienia tę naszą szarą myszkę, która jak ta mimoza biernie czekała w myśl zasady powtarzanej przez babcie: „siedź w kącie a znajdą cię”. Dużo ciekawiej wypadał w komediach romantycznych drugi plan Kopciuszka, czyli „złe siostry”, współcześnie częściej biurowe koleżanki-intrygantki głównego bohatera. Ten motyw nieustannie przewija się przez polskie produkcje tego gatunku. I nie ma się czemu dziwić, jeszcze jesteśmy na etapie zachłyśnięcia się życiem wielkich korporacji.

Siostry Kopciuszka ucięły sobie palec i piętę, by dopasować się do rozmiaru pantofelka. Dzisiaj pantofelek stał się metaforą kobiecego piękna. Bohaterki drugiego planu współczesnego Kopciuszka to dziewczyny, które scenarzyści kroją na kształt wzorca współczesnej kobiety. Wygładzona botoxem, wygłodzona sałatą i wyretuszowana w photoshopie, zła siostra Kopciuszka w wielkim świecie za oceanem odchodzi już powoli do lamusa. Na szczęście dla widza, scenarzyści budują „złe siostry” głównej bohaterki (nawet w Polsce!) nie bez nuty ironii. Tak było w przypadku Renaty, bohaterki okropnie nudnego filmu „Dlaczego nie!”, w reżyserii Ryszarda Zatorskiego, granej przez Małgorzatę Kożuchowską i Violetty, bohaterki serialu „BrzydUla”, którą zagrała Małgorzata Socha. Mimo fatalnego scenariusza, mdłej pierwszoplanowej pary z „Dlaczego nie!”, obok nachalnej wręcz reklamy pewnej amerykańskiej sieci restauracji, pamiętamy właśnie Kożuchowską, która nie zagrała może brawurowo, ale przynajmniej nie zapadła się w otchłań zapomnienia. Postać, w którą wciela się Kożuchowska, Renata, jest bowiem jakaś. Kopciuszek natomiast jakiś nie jest. Ale już zupełnie inaczej jest w przypadku „BrzydUli”. Głównej bohaterce, kopciuszkowej Uli Cieplak brak może stylisty, ale nie bystrości umysłu. Violetta jest jej absolutnym przeciwieństwem, wpadając w pułapki językowe z częstotliwością 10 gaf na odcinek (a 1 odcinek to jakieś 20 minut, odliczając reklamy). Drugi plan to jednak nie tylko złe siostry i macocha, mamy też bohaterkę ze wszech miar pozytywną – Dobrą Wróżkę. To właśnie ona zmusza Kopciuszka do wczesnego powrotu do domu. Już ona wie, co dzieje się po kilku drinkach. A nie romans ma wróżka w planie, a małżeństwo. Dzisiaj o edukację młodzieży troszczą się nawet muzycy. Idole polskich nastolatek, zespół Manchester śpiewa, by panny „nie oddawały się na pierwszej randce”. Wróżka

29


z Kopciuszka dawno odkryła, że nie jest to dobry sposób na udany podryw. W komediach romantycznych bardziej wyeksponowana jest jednak rola nie tyle wróżki-przyzwoitki, co wróżki-wizażystki. W przypadku „BrzydUli” okaże się nim projektant mody Pshemko, który zmieni fizis dziewczyny nie do poznania, natomiast bohaterkę „Pretty Woman” w reżyserii Garry’ego Marshalla, Vivian Ward odmieni Bernard „Barney” Thompson, pracownik hotelu. Nieoczekiwana zmiana miejsc - dobra wróżka stała się facetem. W 1990 roku Ameryka wstrzymała oddech, Kopciuszkiem okazała się prostytutka, a księciem (już bardziej sztampowo!) biznesman. Ten kontrast przypomniał nam o jeszcze jednym, niezwykle ważnym motywie bajki – mezaliansie! Bo jak inaczej nazwać rodzące się uczucie pomiędzy osobami z dwóch, tak odległych światów? Gorąco kibicujemy tej miłości, bo w przypadku „Pretty Woman” nie sposób nie lubić ról pierwszoplanowych, fantastycznie zagranych przez mało wówczas znaną Julię Roberts i Richarda Gere’a. Postać Vivian zrywa z okropnym i mdłym wizerunkiem Kopciuszka. Mimo romantycznego zagubienia i życiowych zawirowań jest przebojowa i zabawna. Edward z kolei zrywa bezpowrotnie z wizerunkiem dupka, który nie widzi, że u swego boku ma tę jedyną. Naturalnie wcześniej ktoś musi ją dla niego ładnie opakować, ale tak czy inaczej jako książę daje radę, wszak rozumiemy jego wątpliwości, wybranka bowiem wymarzoną profesją się nie para. Ważnym elementem bajki jest także sam motyw przepoczwarzenia, które w przypadku „Pretty Woman” odbywa się przy melodii szlagieru Roya Orbisona. Nie znam też żadnej kobiety przy zdrowych zmysłach, która nie piszczała z radości, gdy Vivian już nie jako lateksowa larwa, ale jako piękny motyl odwiedza sklep „wrednych sióstr”, które ją w poprzednim wcieleniu wyrzuciły na zbity pysk. W modnej sukience i wytwornym kapeluszu robi „wejście smoka” niczym spóźniony Kopciuszek na balu u księcia.

30

Mamy już Kopciuszka lekkich obyczajów, a co by było gdyby zrobić genderowy mix? Rolę księcia przejmie hollywoodzka gwiazda, a Kopciuszka londyński księgarz. „Notting Hill” Rogera Michella wywraca tę historię do góry nogami. Nie mniej interesujące od perypetii pary głównych bohaterów jest ich miejsce zamieszkania. Reżyser z niebywałą wirtuozerią przykleił łatki dwóm kulturom. Z jednej strony mamy stary, biedny, trochę dziwaczny, ale niepozbawiony kolorów i uroku Londyn, synonim odstającego od ideału Kopciuszka, z drugiej strony księcia pod postacią pięknych i bogatych mieszkańców wzgórz Hollywood. I jak to w komediach romantycznych bywa,

niemożliwe staje się możliwe, czyli mariaż starego kontynentu z nowym. Nie zapominajmy o jeszcze jednej kopciuszkopodobnej produkcji – „Sabrinie”, w której to właśnie miasto zagrało główne skrzypce. Sabrina z pierwowzoru Billy’ego Wildera zagrana przez Audrey Hepburn, jak i jej młodsza koleżanka Julia Ormond w wersji Sydneya Pollacka to zakompleksiona córka szofera, bez pamięci zakochana w playboyu Davidzie. W obu przypadkach dziewczynę odmienia nie Dobra Wróżka, a miasto – Paryż. Najgorzej w zestawieniu komedii romantycznych zrzynających z Kopciuszka wypadają komedie dla nastolatek. Są paradoksalnie najbardziej wierne baśni i najgorzej na tym wychodzą, nie przystając do potrzeb adresata. „Historia kopciuszka” Marka Rosmana do znanej fabuły dodaje zaledwie informację, że od czasów Kopciuszka grzebiącego w popiele pojawił się już Internet. Z kolei „Cała ona” w reżyserii Roberta Iscove, reklamowana jako „Kopciuszek lat 90.”, zostaje przeniesiona w realia współczesnej amerykańskiej szkoły. Czy naprawdę zmieniło się aż tak niewiele w relacjach damsko-męskich od, co tu dużo mówić, zamierzchłych czasów Kopciuszka? Czy może wierność historii i konwencji to dobra przykrywka dla braku pomysłu na udaną love story? Mam problem z Kopciuszkiem, bo też nic mnie do niego nie zbliża, nic nie nęci, ani ciężka praca, ani nagroda w postaci bezowej sukni, ani nawet książę półgłówek z dużym majątkiem. No, może z wyjątkiem pantofelka, ale pod warunkiem, że będzie to Manolo Blahnik albo Jimmy Choo.


Papierowy striptiz Autor: Agnieszka Batorek Fotografie: Brian Dettmer: www.briandettmer.com , centripetalnotion.com , lechbukowski.blog.onet.pl Georgia Russell: www.englandgallery.com , www.clivejames.com Brian Dettmer: www.briandettmer.com , centripetalnotion.com , lechbukowski.blog.onet.pl Georgia Russell: www.englandgallery.com , www.clivejames.com

32

Book art, czyli po prostu sztuka książki, to - najogólniej rzecz ujmując - dziedzina sztuki, która książkę traktuje jako piękny przedmiot, dzieło nie w kategoriach literackich, ale plastycznych. W rzeczywistości powszechnej digitalizacji literatury, sztuka ta wydaje się być naturalnym ratunkiem dla książki jako formy. Nic zatem dziwnego, że jest to dziedzina, która rozwija się niezwykle dynamicznie i dawno już przekroczyła ramy tworzenia książki artystycznej. Przeważająca część artystów co prawda nadal koncentruje się na zamykaniu sztuki w okładkach książki, na artystycznym „upiększaniu” i redefiniowaniu formy. Pojawiają się jednak odważne jednostki, które porywają się na dekonstrukcję formy zastanej i kompletnej oraz tworzenie na jej bazie nowego dzieła. Skoncentruję się tu na sylwetkach dwojga artystów, których, poza rokiem urodzenia (oboje rocznik ’74 ) i specyficznym stosunkiem do książek, łączy jeszcze narzędzie pracy – skalpel. Georgia Russell pochodzi ze Szkocji, ukończyła studia na Uniwersytecie w Aberdeen oraz w Royal College of Art, obecnie wykłada gościnnie na wielu angielskich uczelniach artystycznych. Jej twórcza działalność koncentruje się na „patroszeniu” książek za pomocą ostrych narzędzi i formowaniu z nich kompozycji przestrzennych. Czasem dodatkowo farbuje papier, uzyskując efekt bardziej „malarski”. Delikatne konstrukcje artystka zabezpiecza przed zniszczeniem kloszami z akrylu. Krytycy zachwycają się subtelnością i pozorną ulotnością tworzonych przez Russell efemeryd. Mnie osobiście jej prace jakoś nie do końca przekonują. Owszem, na pierwszy rzut oka porażają swoim eterycznym pięknem. Dla mnie jednak wybebeszona książka, to nadal tylko wybebeszona książka. Widok opasłych tomisk metodycznie rozprutych skalpelem, sprawia, że myślę o Russell raczej w kategoriach seryjnego mordercy książek. Chociaż, przyznam szczerze, iż oglądanie Historii Sztuki Gombricha - nad którą spędziłam wbrew swej woli kilka bezsennych nocy - w strzępach, sprawiło mi swego rodzaju perwersyjną przyjemność. Zdecydowanie większy zachwyt budzą u mnie jednak artystyczne autopsje książek autorstwa

Briana Dettmera. Ten amerykański artysta malarz, po ukończeniu wydziału sztuki na Collumbia College w Chicago, zawodowo zajmował się przez dłuższy czas grafiką, a szczególnie projektowaniem znaków graficznych. Wtedy właśnie zafascynowało go odkrywanie relacji pomiędzy tekstem, językiem, znakiem a obrazem, co zaowocowało tworzeniem dzieł malarskich bazujących na alfabetach Braille’a, Morse’a oraz amerykańskim języku migowym. Jego twórczość szybko jednak ewoluowała od wykorzystywania w twórczości malarskiej fragmentów gazet, i stron wyrwanych z książek do wkrawania się we wnętrze książki i wydobywania z niego nowych form i treści. Oglądając efekty jego pracy zawsze mam wrażenie, że artysta przeczytał poddawane autopsji dzieło od deski do deski jeszcze przed jego „pokrojeniem”. Cięcia skalpela nie wyglądają na przypadkowe. Dettmer, rzeźbiąc w kartach książek, wydobywa na światło dzienne słowa i obrazy, z których wyłania się zupełnie nowy sens. Jego dzieła nie tylko są piękne wizualnie, ale także coś znaczą. Pojedyncze słowa układają się w zupełnie nowe zdania, fragmenty pospolitych ilustracji tworzą niesamowite, bajeczne, trójwymiarowe kolaże. Dettmer prowadzi dialog, a często polemikę z oryginalnym dziełem. Rozbierając „ciało” książki, wydobywa ukrytą w niej duszę. Używając pornonomenklatury określiłabym sztukę tworzoną przez Georgię Russel, owo bezpardonowe obnażanie wnętrza książki, mianem brutalnego porno. Natomiast prace Briana Dettmera to dla mnie czysta erotyka. Artystyczne akty, gdzie książkę rozbiera się po to, by przekazać pewną głębszą ideę. Co ciekawe, żadne z nich nie porwało się nigdy na krojenie klasyki literatury pięknej. Russel poddaje artystycznym transformacjom partytury muzyczne, książki telefoniczne, czy podręczniki uniwersyteckie, Dettmer natomiast lubuje się w obnażaniu wnętrzności książek technicznych, encyklopedii i słowników. Oboje jednak zasługują na moją dozgonną wdzięczność i sympatię, gdyż – paradoksalnie – rozpruwając książki skalpelem, być może ratują je od zapomnienia nadając ich istnieniu zupełnie nowy sens.


“Brian Dettmer”


“Brian Dettmer”


“Brian Dettmer”


“Brian Dettmer”


“Georgia Russel”


“Georgia Russel”


O Boskiej Komedii…czyli festiwalowy horror, który uwielbiamy Autor: Magda Jasińska Ilustracja: Katarzyna Walentynowicz

Wyprzedane bilety. Nadkomplet publiczności. Opóźnienia spektakli. Szturm na wejścia. Oglądanie przedstawień z pozycji podłogowej. Negocjacje. Próby wejścia na hasło: jestem przecież fanem reżysera. Machanie plakietką wolontariusz albo media... Kombinacje. Istny horror! Tylko, że bez niego trudno byłoby sobie wyobrazić jakikolwiek festiwal teatralny. No chyba, że się jest teatrocelebrytem, sponsorem (bądź jego córką, ojcem, ciocią, babcią) znajomym znajomego reżysera, czy aktora (tu proszę o nazwisko), cudem zdobyło się wejściówkę, albo kupiło się bilet za jedyne osiemdziesiąt złotych (co daje nam wejście na jeden spektakl konkursowy). Tyle, że to wszystko jest cholernie nudne. Bez ryzyka i emocji nie ma rytmu festiwalowego. A jego tempo w tym roku było bardzo intensywne.

44

Festiwal „Boska komedia” zaczął się od dwunastu krytyków – selekcjonerów, ludzi teatru o różnej wrażliwości i poczuciu estetyki. To ich zadaniem było wyłonienie ze wszystkich premier ostatniego sezonu tych siedmiu najlepszych. Żadnych odgórnych kryteriów ani preelimnacji. W ten sposób powstało Inferno. Dla równowagi utworzyło się Paradiso, czyli młodzi reżyserzy i ich teatr. Pokazy spektakli tych, których nazwiska mówią póki co niewiele, a powinny całkiem sporo. Do tego Sceny Dantejskie, czyli regularne spotkania z artystami -twórcami. Nocne życie w ciągu siedmiu dni festiwalowych zapełnił cykl imprez sygnowanych siedmioma grzechami głównymi. Między 7 a 14 grudnia Kraków stał się, jak zapowiedział jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu Bartosz Szydłowski (dyrektor artystyczny „Boskiej”), „giełdą teatralną”. Okazją do zapoznania się z tym, co w polskim teatrze w ostatnim czasie najciekawsze. Dobry pretekst do sprowadzenia do Polski międzynarodowych

gości, tych naprawdę ważnych i wpływowych w świecie teatru i pochwalenia im się, tym czym chwalić się powinniśmy. W tym roku siedmio-spektaklowy peleton teatralny (do którego dołączyły dwie produkcje krakowskie, wytypowane poza głosowaniem selekcjonerów, tj.: „Rozmowy poufne” Teatru Słowackiego i „I będzie wesele…j” Bagatela) prezentował się wyjątkowo reprezentatywnie. Organizatorzy zrezygnowali z przedstawień międzynarodowych, na rzecz zaproszenia najważniejszych nazwisk polskich. Grzegorz Jarzyna przywiózł swoje dwie ostatnie produkcje: „Między nami dobrze jest” i „T.E.O.R.E.M.A.T.”, Krzysztof Warlikowski „(A) pollonię”, Krystian Lupa „Personę. Tryptyk/Marilyn”, a Remigiusz Brzyk „Brygadę Szlifierza Karhana”. Oprócz tego krytycy docenili „Trylogię” Jana Klaty i „Król umiera, czyli ceremonie” Piotra Cieplaka zrealizowane w Teatrze Starym. Jedynym spektaklem, który miał być, a którego z przyczyn organizacyjnych nie pokazano na


festiwalu był „Marat Sade” Mai Kleczewskiej. Młodzi reżyserzy wzbudzili równie dużo emocji, co ich starsi koledzy. Szczególnie dwa spektakle: „Samotność pól bawełnianych” Radosława Rychcika i „Opętani” Krzysztofa Garbaczewskiego. Pojawił się również Michał Borczuch ze swoim „Werterem”, Barbara Wysocka, Giovanny Costellanos, Łukasz Witt-Michałowski i Marcin Wierzchowski. Biuro festiwalowe w Pawilonie Wyspiańskiego zamieniło się na ten tydzień w salę konferencyjną, studio nagraniowe i miejsce spotkań osób w różnym stopniu związanych z festiwalem. Wieczorami goście i współtwórcy „Boskiej Komedii” odwiedzali krakowskie kluby i puby. Drogę i miejsca wskazywały grzechy główne. Obżarstwo kierowało do baru mlecznego „Na Rogu” przy ulicy Karmelickiej, nieczystość do nocnego klubu Prestige, a chciwość, na przykład, do Łodzi Kaliskiej, która na tę jedną noc stała się kasynem z prawdziwą ruletką. Organizatorzy nie włączyli w ten bardzo atrakcyjny i nietypowy program czasu na sen i wyleczenie się z poimprezowego zmęczenia, bo prawie codziennie koło godziny 12 odbywały się Sceny Dantejskie, których goście zasiadający na futrzanej brązowej kanapie rozmawiali na temat ofiarowania i życiopisania. Oprócz twórców ewidentnie teatralnych pojawiła się również Dorota Masłowska, jako autorka dramatu, na postawie którego powstał spektakl konkursowy Grzegorz Jarzyny „Między nami dobrze jest”. Na miejsce zakończenia festiwalu wybrano Bunkier Sztuki. Był szwedzki stół ze smalecem, ogórkami kiszonymi, preclami i swojskim chlebem. Był i długo wyczekiwany werdykt (jury

obradowało przez prawie trzy godziny). Główną nagrodę grand prix otrzymał spektakl „Między nami dobrze jest”, za reżyserię doceniono Warlikowskiego, nagroda za najlepszą rolę żeńska przypadła Magdalenie Cieleckiej (podwójna kreacja: Apolonii Machczyńskiej i Alkestis), a męska Piotrowi Skibie (André de Dienes w spektaklu Lupy). Scenografią natomiast zachwyciła Magdalena Maciejewska („T.E.O.R.E.M.A.T.”). Ponadto jurorzy postanowili przyznać jeszcze dwie nagrody, których do tej pory nie przyznawano. Za tekst - Dorocie Masłowskiej i zespołowi aktorów Teatru Starego grających w „Trylogii”. Jurorzy nie kryli zachwytu polskim teatrem, który jawi im się jako bardzo różnorodny i emocjonujący.

45


Z popkulturą (też) mu do twarzy. Autor: Magda Jasińska Ilustracja: Katarzyna Walentynowicz Piotr Skiba – aktor Lupy. Zaczynał w teatrze jeleniogórskim, potem pracował z zespołem Teatru Starego w Krakowie, a ostatnio rezyduje w Dramatycznym w Warszawie. Grywał postaci Bernharda, Brocha, Bułhakova i innych. W ostatnich dwóch premierach Lupy swoimi kreacjami zerwał popkulturowe opakowania masowo wielbionych/znienawidzonych ikon. Podziwiał Monroe z daleka, nie lubił Warhola. Z Marylin się zaprzyjaźnił, w Andy’ego przeistoczył. Jako André pomógł w zdemaskowaniu prawdziwej natury platynowej gwiazdy filmu lat 50-tych i 60-tych. W sposób bardzo subtelny, z za małą blond peruką i w koszulce w paski, stworzył przeuroczy wizerunek Warhol’a, który, jak mówi Piotr „jest takim chłopcem, który jak siada na fotelu u fryzjera, to tępieje oddając się bez reszty przyjemności, jaką sprawia mu to, że on go czesze”.

Piana Magazine: Drugi rok z rzędu międzynarodowe jury Boskiej Komedii przyznało ci nagrodę za najlepszą rolę męską zaprezentowaną w trakcie festiwalu. W zeszłym roku zachwyciłeś ich swoją kreacją Andy’ego Warhol’a w „Factory 2”, w tym roku André de Dienes w spektaklu „Persona. Tryptyk/Marilyn”. Czy spodziewałeś się tego? Piotr Skiba: W ogóle się tego nie spodziewałem. Oczywiście bardzo się ucieszyłem, kiedy okazało się, że dostałem tę nagrodę. Byłem skupiony jednak bardziej na marzeniu, żeby Sandra Korzeniak dostała Boskiego Komedianta za najlepszą rolę żeńską. Naprawdę zasłużyła na tę nagrodę. Niestety sobotni spektakl konkursowy nie poszedł najlepiej. Nowa, obca, trudna do zdobycia przestrzeń. Sandra uległa pewnie jakiemuś pośpiechowi, jaki udziela się w takich razach, trochę się rozregulowała i całe przedstawienie nie miało tej mocy, jaką mieć powinno i jaką miało w/g mnie dnia następnego. Poza tym ja przyszedłem na zakończenie festiwalu w roli laureata ubiegłorocznego, po to, żeby wręczyć nagrodę za najlepszą rolę żeńską, o co poprosił mnie Krzysztof Głuchowski, współtwórca „Boskiej”. Nie spodziewałem się kompletnie, że wejdę tego wieczora na scenę dwukrotnie. Piana Magazine: Oglądałeś jakieś inne spektakle w ramach Boskiej Komedii? Piotr Skiba: Nie, nie oglądałem. To znaczy wcześniej widziałem „T.E.O.R.E.M.A.T.” i „(A) polonię”. Mój czas wolny w trakcie trwania festiwalu nie pokrywał się z repertuarem, którym byłbym zainteresowany. Dlatego też trudno mi się jakkolwiek wypowiedzieć na temat spektakli konkursowych.

46

Piana Magazine: Kim dla Piotra Skiby jest Marilyn Monroe? Piotr Skiba: Dla mnie, podobnie pewnie jak dla większości, Marilyn jest przede wszystkim ikoną. Przez tę pracę, myślę, że się z nią spotkałem i mam wrażenie, że moglibyśmy być przyjaciółmi. Z próby na próbę zakochiwaliśmy się w osobie, zasłoniętej przez „Merilyn Monroe”. W okresie prób wielokrotnie oglądaliśmy wszystkie jej filmy. Wgapialiśmy się w Nią. Chcieliśmy prześwietlić Ikonę, żeby zobaczyć co jest pod złotą koszulką. Oprócz tego czytanie książek na jej temat, które zostały wydane (jedne oczywiście bardziej odkrywcze, inne powtarzające pewien mniej lub bardziej utarty schemat na temat wyobrażeń o Marilyn Monroe). W trakcie tych zbliżeń natrafiłem na parę rzeczy, które mnie zastanowiły, czy nawet głęboko poruszyły. Na przykład w momencie kiedy się dowiedziałem, że któregoś dnia napisała bardzo piękny wiersz. Okazało się, że jest to osoba o potrzebach duchowych wykraczających poza modelowy wizerunek sławy, czy gwiazdy. Wątek zainteresowania literaturą rosyjską, też był bardzo mocnym argumentem dla nas, by posłużyć się jej marzeniem zagrania Gruszeńki w „Braciach Karamazov” po to by ukazać, jak bardzo chciała się odseparować od Marilyn, tej na którą było zapotrzebowanie. Nienawidziła jej, o czym bardzo często mówiła. Gdzieś pod spodem była zupełnie inną osobą, która wyłoniła się w pewnym stopniu w filmie „Skłóceni z życiem”. Był to jej ostatni film. Widać w nim jej wykraczającą daleko poza przeciętne granice wrażliwość i wewnętrzne rozbicie. Nie do gwiazdy chcieliśmy dotrzeć, tylko do osoby. Osoby cierpiącej na swego rodzaju schizofrenię „ja” rozpiętego pomiędzy sukcesem spełnionych marzeń, stymulowanych magią wielkiego ekranu - a intymnością, z zawiłą,


bolesną, często wstydliwą przeszłością i skazaną na samotność sierocą naturą; między szczęściem i nieszczęściem, huśtającym jej ”Ja”. Piana Magazine: Spektakl Krystiana Lupy obnaża popkulturowy wizerunek Marilyn. Nie zajmuje się charakterystycznym platynowym, blond ułożeniem włosów, czy podkreślonym na policzku znamieniem. W przedstawieniu nieistotna jest biografia, a nawet poszczególne jej fakty. Lupa za pomocą serii wyreżyserowanych epizodów buduję „nową” – nieznaną większości tożsamość super gwiazdy. Tak też było w przypadku Andy’ego Warhol’a. Piotr Skiba: Tak, dokładnie. Postać André, z przedstawienia „Marilyn” funkcjonuje na bardzo podobnej zasadzie. Choć wstępne inicjacje i inspiracje dla tej postaci wypłynęły z prawdziwego wizerunku André de Dienes , to w tej mojej roli jest on swego rodzaju hybrydą różnych potencjalnych fotografów Marilyn. Ta postać wcale nie jest oparta na jakichkolwiek konkretnych faktach. Oprócz tego jedynego, że André i Marilyn byli ze sobą bardzo blisko, przyjaźnili się. Marilyn bardzo często traktowała sesje fotograficzne (nie tylko te z André, ale ze wszystkimi fotografami) jako rodzaj terapii. To ją uspokajało, odpoczywała w ten sposób, uciekała od napięć i stresów. Piana Magazine: André patrzy na Marylin w dwojaki sposób. Z perspektywy aparatu – poprzez wizjer – kadrując ją, jej zwierzenia, które wykorzystuje do swoich zdjęć, jak i z perspektywy kogoś bliskiego. Nie używa do tego żadnych mechanizmów. Jest przy niej i słucha tego, co ma mu do powiedzenia. Piotr Skiba: Rzeczywiście, to się ze sobą równolegle splata. On fotografuje jednocześnie jej intymność i mit. Przez co zarazem ją uwiecznia jak i w jakiś sposób obnaża, czy też niszczy. Piana Magazine: Z jednej strony ją obnaża, z drugiej kreuje, rozbiera i ubiera zarazem. Kim więc dla André jest Marilyn Monroe? Piotr Skiba: Ja myślę, że jest ona dla André osobą, która fantastycznie spełnia jego artystyczne marzenia, „Ona” doskonale mu się fotografuje. Wspólnie tworzą jakąś niesamowitą relację dopuszczającą przekraczanie sfery intymności, przez co możliwe jest głębsze wniknięcie w głąb tej osoby, albo obu tych istnień: Normy i Marilyn, a co za tym idzie, robienie lepszych zdjęć. Jednocześnie André jest jej oddanym przyjacielem, tęskniącym do Normy, do czegoś co zafascynowało go w Normie Jane, zanim stała się MM. Poprzez wielokrotne zbliżenia, może i fizyczne, ale ja uważam, że przede wszystkim duchowe, stają się dla siebie swego rodzaju gwarancją przygody, w której nie zastawiają na siebie pułapki. Andre nie żąda, nie wymusza, nie zobowiązuje praktycznie do niczego. Andre nie

atakuje jej agresją miłosnych roszczeń. Oni po prostu obdarowują się swoją obecnością, nie oczekując niczego w zamian. Może oboje kiedyś czegoś wcześniej oczekiwali i nie dostali. Teraz na coś przystają... Piana Magazine: Czyli to nie jest tak, że Andre patrzy na Marilyn przede wszystkim jak na produkt… Piotr Skiba: … do skonsumowania. Piana Magazine: Produkt, który potem wykorzysta dla osiągnięcia własnych celów? Piotr Skiba: Zdecydowanie nie. André nie jest cynikiem. Ta ich relacja jest jakimś takim wiosennym marzeniem o miłości, które się nie ziściło. Piana Magazine: Czym jest więc scena ostatnia? André pojawia się w niej również. Nie jako przyjaciel, ale jako fotograf. Piotr Skiba: Ostatnia scena jest w pewnym sensie zaatakowaniem Marilyn, jej medialnym zaszczuciem. Marilyn staje się ofiarnym zwierzęciem. Nie wiem – interpretacji może być wiele – dla mnie ta scena jest czymś takim, co siada we śnie na twoim karku i cię dusi. Krystian często przywołuje na próbach taką Goyowską wizję strachu, sennego koszmaru. Tam jest wszystko. Twoje lęki, obawy, niepewności. W efekcie końcowym dochodzi do złożenia ofiary… Myślę, że Andre przychodzi na ten finał – nie wiedząc, co się zdarzy…, a jeśli (bo i tak można) potraktujemy tę scenę jako sen Marilyn, to jego obecność staje się osobliwym wybrykiem nieświadomości… Piana Magazine: Ofiary z Marilyn Monroe, którą znamy z filmowych ujęć i fotograficznych kadrów. Wygląda o wiele bardziej znajomo. Fryzura, makijaż, elegancka sukienka. O dziwo, nie czuje się w tej roli dobrze… Piotr Skiba: Pewnie dlatego, że to właśnie przyniosło jej śmierć. Niemożność podołania postępującej schizofrenii (tej prawdziwej od środka i schizofrenii otaczającej rzeczywistości), ostatecznie ją rozstroiła. Nie starczyło jej wiary w siebie. Mimo, że nie chciałbym tu nikogo pomawiać o tylko i wyłącznie cyniczne interesy, wydaje mi się, że Marilyn była osaczona przez rozmaitych ludzi, którzy sobie jej osobą, jej wizerunkiem w rozmaity sposób zabezpieczali i wypełniali życie. Piana Magazine: Tytuł spektaklu „Persona. Tryptyk/Marylin” jest nawiązaniem do „Persony” Ingmara Bergmana. Problem w obu przypadkach dotyczy starcia dwóch tożsamości. Piotr Skiba: Tam pojawia się amnezja, niechęć do bycia aktorką, potrzeba zostawienia tego wszystkiego. W naszym spektaklu jest jakieś pragnienie wyrażenia się przez aktorstwo. U Bergmana proces ten jest odwrócony, sytuacja ma miejsce już po krachu, punkcie

47


kulminacyjnym. Nie ma tak jak w przypadku Marilyn samobójstwa, które jest następstwem erupcji niemożności. W filmie śledzimy proces wewnętrznej kwarantanny głównej bohaterki, jakiegoś dziwnego przetrzymania. Tak naprawdę to nie wiem, która z nich obroniła się bardziej, Marilyn czy Elisabeth? Są to dwa różne kryzysy. Piana Magazine: U Bergmana mamy do czynienia z dwoma bohaterkami, które jak gdyby zamieniają się swoimi rolami, osobowościami, u Lupy ten proces działa w drugą stronę. Piotr Skiba: W przypadku Marylin, której prawdziwe imię i nazwisko to Norma Jane, dochodzi do wewnętrznego rozdwojenia, z którym nie może sobie poradzić. Nie ma wystarczająco dużo siły na to by zmusić jedną do zadania ciosu drugiej. Jest książka pod tytułem „Marilyn Monroe zabiła Normę Jane”. A ja nie wiem, czy to nie „ Norma Jane zabiła Marilyn Monroe”; nie wiem z która tezą bym się zgodził bardziej. Tak naprawdę myślę, że żadna żadnej nie zabiła, one się wzajemnie pochłonęły i roztopiły w czymś bezgranicznym i amorficznycm. Marilyn nie mogła wytrzymać tej podwójnej obecności w sobie. Piana Magazine: Kolejne dwie części tryptyku dotyczyć będą Simone Weil i Gieorgija Gurdżijewa. W połączeniu z Marilyn, która jest bez wątpienia ikoną narzucającą pewne typy skojarzeń na swój temat, pozostali bohaterowie swoimi nazwiskami zdradzają potencjalnemu widzowi bardzo niewiele. Dlaczego oni? Piotr Skiba: To, co wiąże te postaci to sięganie po niemożliwe w sferze realizacji swoich marzeń. Wspięcie się na jakiś Olimp możliwości, niedostępny dla człowieka o przeciętnej kondycji fizycznej i duchowej. W przypadku Marilyn Monroe kończy się to, powiedzmy, że samobójstwem (nie do końca jasne są okoliczności jej śmierci), dla Simone Weil była to choroba, która była wynikiem podświadomego wyniszczenia psychicznego. Ona przestała w pewnym momencie jeść, stopniowo popadając w mechanizmy zdradzające typowe objawy anoreksji. Wytyczone przez nią, jej indywidualne cele zobowiązywały ją do bycia bez przerwy w trakcie ich realizacji. One ją wyssały. Nieustannie towarzyszyło jej poczucie, że jest niewystarczającym ucieleśnieniem swoich idei. Piana Magazine: Z Gieorgijem jest podobnie? Piotr Skiba: Ja myślę, że Krystian go sobie odpuści. Chyba nie będzie wątku Gurdżijewa. Piana Magazine: Będzie ktoś, kto go zastąpi? Piotr Skiba: Według mnie tryptyk już powstał. Zaczął się od Warhol’a. Krystian nieświadomie stworzył pierwszą część tryptyku. Moim zdaniem Gurdżijew jest mu już kompletnie niepotrzebny.

48

Piana Magazine: Po raz drugi za sprawą Krystiana Lupy miałeś możliwość zmierzenia się z masowym wyobrażeniem na czyjś temat. To chyba niełatwe zadanie? Piotr Skiba: To jest niesamowicie ciekawe zadanie. Fascynujący jest proces zbliżania się do takich właśnie osób, które są w jakiś sposób zasłonięte przez mity, zbiorowe oczekiwania czy działania popkultury. Zawsze je widzisz przez jakiś pergamin. Piana Magazine: Aż dochodzi do momentu odsłonięcia, odrzucenia popkulturowej mazi. Momentu, w którym perspektywa patrzenia zmienia się całkowicie. Piotr Skiba: Otóż to. Stajesz się archeologiem, odkrywcą, zaczynasz odczuwać przyjemność zmysłową spowodowaną tym, że dotykasz tej osoby, w taki sposób, w jaki nie dotykał jej wcześniej nikt, albo mało kto. Czujesz satysfakcjonującą przewagę, że wszystkich wokół kultura oszukała, a ciebie nie. Piana Magazine: A jaki jest twój stosunek do Andy’ego Warhol’a? Piotr Skiba: Na początku był dość niechętny. Należałem do grona ludzi niewiele wiedzących na temat Warhola, obcujących z jego powszechnym wizerunkiem. Ludzi, którzy znają jakieś tam jego pracę, puszkę zupy Campbella na pamięć, w jakiś sposób mają styczność z tym, co tworzy, ale nie do końca go szanują. Coś jest takiego dziwnego z tym Warhol’em… Na początku, gdy zaczęliśmy się mu przyglądać, pomyślałem sobie, że jest mi bardzo obcy i daleki. Dopiero z czasem przybliżył się do mnie poprzez pewne swoje rozmaite lęki, czy niepewności, które „całym sobą” bardzo mocno zasłaniał. Obnażając w ten sposób starania i ambicje kreacji, której wszyscy oczekiwali. Od pewnego momentu wysoka sztuka staje się, w jego oczach, jak też za jego sprawą, nadętym oszustwem. Tak, jakby sam ujawnił w sobie oszusta, którego każdy ma, a nie każdy się do tego przyznaje. Taki trochę zbawca na odwrót. Chyba stąd jego siła. Piana Magazine: Wolisz wcielać się w rolę postaci literackich, czy osób prawdziwych? Piotr Skiba: To nowe doświadczenie – obie prace, przy Marilyn jak i Warhol’u ustawiły w mojej świadomości zawód aktora w zupełnie innym kontekście. To nie tak, że to lepsze. Wciel wolę w rolę. Czy wciel rolę w wolę. To tak, że istniejący człowiek oddaje coś z siebie konkretnemu człowiekowi, a nie jakiejś nieistniejącej postaci literackiej. To jest coś magicznego. A magia to nie plagia. Aktor to nie traktor. To coś kim jesteś Ty.


Muzyczna Scena Uciechy prezentuje:

. 19 z d o g 0 ia 201 n z c y t s 17

oo

i k n e s o i p h c y n o j e a odkl

dl

dentów przez stu śpiewane

iej PWST

krakowsk

PEDAGOG PROWADZĄCY: BEATA FUDALEJ ASYSTENT: PIOTR DOMALEWSKI AKOMPANIAMENT: OLEG SZNICAR IMPOSTACJA GŁOSU: JUSTYNA MOTYLSKA WYMOWA: MONIKA JAKOWCZUK ŚWIATŁO: DARIUSZ LITWIN WYSTĘPUJĄ: Adriana Kalska, Karolina Kazoń, Kornelia Maraszek, Anna Terpiłowska, Magdalena Wrani - Stachowska, Dawid Kartaszewicz, Patryk Kośnicki, Mateusz Mikoś, Piotr Szekowski. Władca klawiszy - Oleg Sznicar

ul. Starowiślna 16 31-032 Kraków, tel: (12) 421 50 65, e-mail: biuro@kinoteatruciecha.pl Kasa i rezerwacja biletów jest czynna codziennie od 12:00 do 20:00 Rezerwacje telefoniczne: +48 (12) 421 50 65 Rezerwacje biletów grupowych wynajem sali, reklama: +48 507 792 055


Może design to nie bajka, ale... Sanna Annukka

Autor: Ola Dąbrowska i Adam Groch/ OYO Fotografie prac: Sanna Annukka, Alex Trochut www.hebance.net, www.google.com

Nie ma wielkiej różnicy między przysłowiowym kopaniem rowów, a pracą twórczą: i tu, i tu trzeba się solidnie namęczyć, ubabrać, a końcowe efekty mają wspólny mianownik w postaci intensywnego bólu w krzyżu. Oczywiście nie będziemy się tu licytować, kto w szeregach szeroko pojętego emplojmentu jest biedny, biedniejszy, a nawet najbiedniejszy, bo w tej dziedzinie każdy z nas zaczyna od pozycji nadwornego kopciucha. Można spokojnie zapomnieć o gloryfikacji projektanckiego żywota, bo bajkowa utopia, przepełniona kreatywnymi ekstazami, pęka niczym bańka mydlana w zderzeniu z rzeczywistością. Choćby się zapierać rękami i nogami, nie ucieknie się od niemiłego uszom stwierdzenia, że design to najzwyczajniej w świecie (o zgrozo!) branża usługowa…

50

Oczywiście, niczym przy użyciu magicznej różdżki, wyrasta nam przed oczami szklana góra w kształcie definitywnego NIE (z tłustym wykrzyknikiem na końcu słowa – bądź nawet po jego obu stronach). Za nią ochoczo pojawiają się: morze sztuka-dla-sztuki, las artystów-ponad-wszystko, rzeka spełnienia-własnych-aspiracji – wszystko oczywiście zmultiplikowane razów siedem. W zaistniałej sytuacji - abstrakcyjnie (choć dopuszczalnie, skoro tematyka bajeczna) - wyskakuje zuchwała bułka prozy życia i lubieżnie (acz wyniośle) stwierdza: nie stać was na mnie. Dramatycznie ucięta fabuła prowadzi nas do wątku głównego bohatera – krwisto-kostnego projektanta – w konfrontacji z czarnym charakterem, znanym jako… zleceniodawca. Bohater przepełniony entuzjazmem, bawi się w dobrą matkę chrzestną, wywijając różdżką i trzepocząc skrzydełkami, nad post-dyniową karocą by po chwili wrócić do pragmatycznych aspektów zlecenia. Powóz okazuje się trzykrotnie przekraczać realny budżet, brak miejsca do montażu tablicy rejestracyjnej, cztery konie niemechaniczne to absolutna rozpusta, a ponadto leasing jest bardziej opłacalny, więc może wystarczy przykleić nań naklejkę, zamiast tych całych hokusów-pokusów. Zdegradowanemu przez pracodawcę do roli pospolitego obsługiwacza komputera projektantowi nie pozostaje nic

więcej niż siedzieć w kącie i wybierać dopuszczalny groch z zakazanego popiołu. Pochlipując od czasu do czasu, marzy o kolejnym zleceniodawcy, który - niczym rycerz w lśniącej zbroi - na białym koniu porwie go do krainy kreatywnością i swobodą płynącą, gdzie będą projektować długo i szczęśliwie. Marzenia druzgoczą nieodpłatne, acz konieczne przy projekcie, nadgodziny, przekreślając jakiekolwiek szanse na wyście przed północą by móc podrzucić pod pałac swój krystalicznie twórczy bucik.

Alex Trochut


Alex Trochut

Nie da się ukryć, że w całej tej historii brakuje nieodzownego elementu bajki, jakim jest happy-end. Co prawda kopciuszek fartownie odnalazł swojego księcia, ale nie obyło się bez ofiar - jedna siostra została bez palców u stopy, a druga bez pięty - trudno tu mówić o stuprocentowym szczęściu. Proza życia rzadko kiedy na nie pozwala, a jednak nie warto popadać w marazm i przerysowaną niemoc twórczą. Wbrew pozorom: pracowniczy wilk nie ma takich strasznych zębów, zleceniodawca to nie zawsze krwawy Sinobrody, a pomocne krasnoludki naprawdę istnieją, tylko zręcznie kamuflują się np. w postaci przyjaciół. Choć nie ma jednego, sprawdzonego przepisu na happyend aka sukces, to warto do portfoliowego kociołka wrzucić maksimum ciężkiej pracy i liczyć, że gdzieś na zakurzonych półkach została nam jeszcze szczypta szczęścia. Alex Trochut jako freelancer działa zaledwie od dwóch lat. Fascynację typografią zawdzięcza dziadkowi, który w latach czterdziestych zajmował się właśnie liternictwem. Niepowtarzalność, złożoność i charakterystyczność ilustracji dała mu możliwość pracy dla gigantów takich jak Adidas, Nike, British Airways czy Rolling Stones. Jean Jullien jeszcze się uczy , ale na swoim koncie ma już prace dla The New York Times, the Guardian czy Yale University Art Gallery. Jego ulubiony materiał to papier, bo jest tani i

daje nieograniczone możliwości. Mimo to nie chce zostać zaszufladkowany jako papierowy artysta – projektuje również drewniane zabawki, scenografie, kostiumy i klasyczne ilustracje. Jan Kallwejt to młody ilustrator i grafik, z wieloletnim doświadczeniem w agencjach reklamowych. Aktualnie skupiony na rysunku, projektowaniu odzieży i własnych projektach artystycznych. Zaskakuje – jego prace, ograniczone zazwyczaj do kilku kolorów, „nadrabiają” detalem, są błyskotliwe i uroczo perwersyjne. Sanna Annukka znalazła się w centrum zainteresowania poprzez okładkę albumu „Under the Iron Sea” grupy Kean. Artyści poznali ją dzięki ich wspólnemu znajomemu i było to jej pierwsze płatne zlecenie zaraz po skończeniu studiów. Inspiracją dla ilustracji są jej korzenie – jest pół angielką, pół finką – czerpie z fińskiego folkloru. Aktualnie pracuje nad własną ilustrowaną książką. Shoboshobo - tak, naprawdę Mehdi Hercberg. Jego wytrwałość i bezkompromisowość w projektowaniu charakterystycznych stylowo prac, zaowocowały współpracą z H&M oraz autorską kolekcją w ramach akcji New ART. W postaci tria muzycznego Moishe Moishe Moishele pojawił się na tegorocznym Unsound Festival w Krakowie.

51


Alex Trochut


54


Sanna Annukka

55


Życie to bajka, czyli chodź pokaże ci fajny design ! Autor: Marta Wajda Fotografie projektów: www.qubus.cz

To, że życie nie jest bajką, każdy już wie. Ale jest kilka sposobów by na chwilę poczuć się jak w bajce. Studio Qubus powstałe w 2002 roku w Pradze to duet Maxim Velcovsky i Jakub Berdych, zajmujący się wzornictwem, projektowaniem wnętrz i grafiki użytkowej. Potrafią oni sprawić że nasze otoczenie zyskuje magiczny charakter. Skrupulatnie wybierają formy już istniejące i nadają im nowy charakter poprzez zmianę zastosowania, materiału i kolorystyki. Szklanki i kieliszki wyglądają jak plastikowe naczynia jednorazowego użytku, ale wykonane są ze szkła tak delikatnego i cienkiego, że z łatwością można je zgnieść w dłoni. Wazon to ceramiczny kalosz z miśnieńskim, niebieskim wzorem, porcelanowa fabryka lub szklany krzyż. Kubek Cola cup ma kształt dolnej części butelki od coca-coli, matrioszka staje się solniczką a trabant świecznikiem. Są też kamienne

europalety i świeczki w kształcie latarek. Projekty duetu nawiązują do mieszczańskich konwenansów, wszechogarniającego konsumpcjonizmu i socjalistycznej przeszłości z typowo czeskim poczuciem humoru. Ich przedmioty wykonane są głównie z ceramiki (białej, malowanej lub pokrytej najprawdziwszym złotem), ale także z kamienia i ze szkła. Znani są również z niekonwencjonalnych rozwiązań architektonicznych, jak na przykład słynny już projekt wnętrza kościoła św. Bartłomieja z białymi krzesłami Panton (Verner Panton‚ 1968)‚ w których oparciu wycięte są małe krzyże. Projekt ten, autorstwa Jakuba Berdycha, powstał w 2006 roku. Zwinnie balansując formą i treścią na krawędzi kiczu zmuszają odbiorcę do refleksji, ale też sprawiają, że nasze otoczenie staje się ciekawsze i bardziej bajeczne.

Legendary pink dots set zaprojektowane na nowo prze Maxima Velčovský, 2005r., ceramika


Surykatka, porcelanowa figurka (wys 11,5 cm) projekt Qubus, 2005 r., ceramika


wazon Waterproof. projekt Maxim Velčovský, 2001 r., ceramika

talerz Try i kubek Cola cup. projekt Maxim Velčovský, 2001 r., ceramika


Horror Vacui Autor: Katarzyna Sokół Fotografie: www.style.com

60

Rozeznanie kulturalne

Kolebka lęku

Żyjemy w świecie kontrastów. Z jednej strony mamy wszystko co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Z drugiej strony zaś rodzą się zupełnie inne zachowania i odczucia dotyczące świata zewnętrznego. W naszym najbliższym otoczeniu jednak zauważalny jest zdecydowany wzrost. Coraz więcej jest bowiem ludzi, miast, samochodów, galerii handlowych, ubrań. Zasypują nas ciuchy, budynki, ludzie w autobusach. Tendencja nie jest więc spadkowa, wręcz przeciwnie. Sondaże i wyniki badań krzyczą o wzrastającej ilości ludzi i ostrzegają przed katastrofami wynikającymi z przeludnienia. Stojąc w przepełnionym autobusie, zastanawiam się nad zamiłowaniem do braku wolności, wolnej przestrzeni. To pozornie absurdalne uczucie można obserwować w dzisiejszym społeczeństwie. Zagłębiłam się więc w odległe czasy poszukując poszlak na temat zjawiska miłości do przepełnienia. Napotkałam po drodze grafikę, przedstawiającą barokową damę. Wygląda jakby uginała się pod ciężarem sukni oraz olbrzymiej peruki na głowie. Sama suknia jest tylko jedną z wielu warstw. Ta jednak jest ozdobiona tysiącem haftów, setką różyczek, a także listków. Dodatkowo pokrywa jest szalenie dekoracyjnymi kokardami. Pełna elementów, dodatków, broszek i koralików. W tym czasie skromniejsza suknia mogła być oznaką jedynie złej sytuacji materialnej. Innej wersji stroju nie przyjmowano do wiadomości. Jak się okazuje, nie jest to jedyna taka epoka, a mowa tu o baroku, w którym ludzie przejawiali wyjątkowe zamiłowanie do wypełnienia przestrzeni. Było to groteskowe podejście do gospodarowania przestrzeni. Zachowania wręcz psychotyczne obnażały olbrzymi lęk przed pustą przestrzenią. Strach przed pustką (kojarzoną w baroku z biedą) występował także w wielu innych kulturach, między innymi w kulturze celtyckiej, w kulturze Indian i Islamu. Islam odznacza się jednak zamiłowaniem do ornamentyki wyłącznie w architekturze. W innych kulturach dało się to także zauważyć w odniesieniu do stylu życia. W baroku olbrzymie suknie obsypane dekoracjami, kościoły pełne ornamentów, peruki nie stroniące od groteskowych ozdób. W kulturze Indian wiązało się to z wierzeniami w bogów, podobnie jak w kulturze afrykańskiej. Zarówno w jednej jak i drugiej zamiłowanie do ogromnej ilości dekoracji i ozdób występuje do dziś.

Jak to się ma do dzisiejszych czasów? Mamy ambicje, potrzeby. Żyjemy w świecie szalonej dostępności mediów i ogromnej ilości współmieszkańców naszej planety. Zjawisko horror vacui dokładnie oznacza lęk przed pustką i pustą przestrzenią. Jednak jest to zjawisko, które możemy zaobserwować w naszym codziennym życiu. Boimy się bowiem pustki. My, zwykli obywatele. Nawet jeśli pragniemy uciec od zgiełku, ludzi, przepełnionych miast, to nie na długo. Powracamy do ruchu i mas, ponieważ miasto jest dla nas życiodajne. Jaką postawę wobec strachu przed pustką przyjmują dziś projektanci, czy w ogóle odczuwają piętno tej groteskowej tendencji? Przede wszystkim należy uzmysłowić sobie czym jest zjawisko horror vacui. Ruch ten zapoczątkowany został w sztuce, a przejawiał się tworzeniem dekoracji zapełniających każdą niemal przestrzeń. Niektórzy jednak z interpretacją tej tendencji posuwają się dalej. Horror vacui według nich nie dotyczyło jedynie dekoracji wnętrz, ale także zachowań i stylu życia. Najważniejsze było, by żyć wystawnie, mieć ogromne majątki. Ponadto, swoją pozycję materialną można było zaprezentować nie tylko dzięki wystawnym przyjęciom w czasie których nie było pustej przestrzeni na stołach, lecz także strojem. Ubiór był odzwierciedleniem pozycji społecznej. Nie mógł być więc skromny, a im więcej dodatków, tym lepiej. Dama z grafiki idealnie odpowiada ówczesnemu okresowi swoją wręcz przesadnością ubioru.

Życie z horrorem Horror vacui z czasem przestało określać jedynie dekoracji wnętrz architektonicznych - stało się cechą tej epoki. Dawało się odczuć ogólnie panujący strach przed pustką. Nie tylko przed pustą przestrzenią w obrazie, czy na ścianie. Łączyło się to bowiem bezpośrednio ze stylem życia. Jeśli nie można w zjawisku mody obecnej doszukać się lęku przed pustką, można doszukać się inspiracji epoką baroku, gdzie lęk ten był powszechnie znany. Otrzymamy wówczas syntezę epoki i tendencji. I tak pierwszą postacią, która nasuwa się w przemyśleniach dotyczących horror vacui jest John Galliano. Wyjątkowo charakterystyczny.


Nie tylko ze względu na autoprezentację, lecz przede wszystkim na obfitość elementów jego kolekcji. Dekoracyjność , która bije od jego strojów, a także przesadna groteskowość, nadają kreacjom barokowego wydźwięku. Nikt bowiem nie zaprzeczy, że stroje te często mają krój, bądź chociaż jeden element pasujący do zmodernizowanego okresu epoki późnego XVII wieku. Ponadto, można pokusić się o dalszą interpretację tendencji horror vacui jako zjawiska w modzie na przykładzie stylu camp, popularnego w latach 60 XX wieku. Jego bazą także jest groteska i przesada, momentami nawet kicz. Przedstawicielami tego stylu jest bez wątpienia John Galliano, a także Arkadius, którego kreacje obdarzone były wyjątkową przesadą. Interpretując horror vacui jako sztukę dekoracji, można przytoczyć bardzo wiele nazwisk, tych znanych i niszowych, które wpisują się w kanon barokowego zjawiska, choć może nawet o tym nie wiedzą. Najlepszym przykładem może być ubiegłoroczna już, kolekcja Alexandra McQueena na jesień 2009. Ten wspaniały, wręcz przerażający pokaz wprowadził niesamowity nastrój, który nie powstrzymał mimo wszystko szoku wywołanego kolekcją. Być może projektanta zainspirował inny nurt, być może inny okres. Z tych wzorzystych kreacji bije jednak groteskowość i przesada. Natłok elementów rozprasza, nie pozwala skupić spojrzenia na wybranej części. Chodzi bowiem o całość, świetnie zakomponowaną i przedstawioną. John Galliano nie raz stosował już podobne zabiegi, zarówno podczas pokazu jak i w samej kolekcji. W 2004 stworzył własną interpretację sukien z odległych epok. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że inspiracją mógł być barok. Epokę te określa tendencja horror vacui. Zamiłowanie do wypełnienia przestrzeni przejawia się w twórczości wielu projektantów.

61


HORRORYKÓW. O tym, co w polskiej modzie najstraszniejsze. Autor: Bartek Rytkowski Ilustracja: Magda Barcik

Horror w modzie kojarzy mi się z brakiem pojęcia o niej. Z nijakością. Z szarym tłem, polskim społeczeństwem, kultem śmierci w Polsce, pancernymi fryzurami przeciwpotopowymi i celebrytą z przypadku Tomaszem Jacykówem, którego kreacje wołają nie tyle co o pomstę do nieba, ale od razu zbiorowe, narodowe leżenie krzyżem i klepanie zdrowasiek. Moda w Polsce? Dziady. Dosłownie i w przenośni. Makabryczny styl emo nie przyjął się u nas wcale. Może w Warszawie widać było go często, ale na przykład w Poznaniu, w którym mieszkam emuszyska zliczyć można było na palcach jednej ręki, chyba, że zapłakane lub pocięte dobrze pochowały się w zakamarkach klubowych wnętrz. Było to dla mnie totalnym zaskoczeniem, sądziłem bowiem, że emo pokocha cała Polska tak skłonna do masowej żałoby i opłakiwania swej beznadziejności. Chyba w żadnym innym kraju, który odwiedziłem nie widziałem takiego kultu śmierci jak u nas. Niemcy - starsze panie w adidaskach, panowie w kapelusikach, sportowych marynarkach, polówkach i eleganckich mokasynach popijają kawkę. Finlandia - full make-up dobrany do wieku, zrobione włosy, dżinsy, wspólny spacer, ewentualnie nordic walking i pogawędki na ławkach w parku. Serce moje zostało jednak w Sztokholmie kiedy to zobaczyłem w tłumie sześćdziesięcioparoletnią kobietę z włosami obciętymi modnie na boba, w pluszowym dresie, adidasach i z rowerem. Wszystko, łącznie z włosami - różowe. Nie mogłem się oprzeć i podszedłem do niej. Zapytałem skąd inspiracje na taki wygląd: “Z życia, kochanie, z życia, bo co nam pozostaje skoro ono przemyka tak szybko? Już tylko się nim cieszyć”. U nas zostałaby zlinczowana spojrzeniami, jej uśmiech z każdym kolejnym pogardliwym słowem topniałby jak śnieg wiosną, cera stałaby się zszarzała, a ubrania czarne. Bo horror to nie tylko gatunek filmowy, to także narodowa cecha Polaków.   U nas... no właśnie, a co u nas? Otóż kiedy zagranicą cieszą się życiem, przymierzają nowe Levisy, w Polsce odkładają na pomnik i grób. Zbiorowa narodowa mogiła. Gdyby było na to społeczne przyzwolenie, pewnie każda starsza osoba chodziłaby w drewnianym garniaku, czekając tylko na to, aby się natychmiast w nim przekręcić. Bo my musimy wszystko na zapas. Pieniądze na zapas, jedzenie na zapas,

62

ubrania na zapas, fryzurę na zapas... Zawsze fascynowała mnie popularność zakładów fryzjerskich typu “u Jadzi”, “u Asi” czy innej kumpeli zza płota. Chodzą tam te wszystkie osiedlowe kumy, wymieniają się plotami i czeszą. Ale czeszą nie tak zwykle - cięcie, umyć, zmyć, ułożyć. One czeszą się na specjalne życzenie. Bo pani Basia chce dzisiaj “bitwę pod Grunawldem, Jadzieńko”. I ta Jadzieńka jej tapiruje ten łeb, nakłada farb trzy, płucze razy kilka i oto jest - pasemka w kolorze sraczki, Basia szczęśliwa, butelka lakieru w prezencie. Bo pani Zdzisia wpada “na chwilę tylko Asieńko, tego koka mi ino popraw”. I Asia poprawia koka. Wyciąga włos tu, tam usztywnia ten co opadł i sprejuje na sztorc. Grzywka na szczotkę. Fryzury na wojnę. Przetrwają nie tylko deszcz, ba, one przetrwają nawet bombardowanie, bo to wiadomo, kiedy Niemcy znowu na Polskę ruszą, ten naród parszywy? A i w trumnie wyglądać “dosko” trzeba, tak że Jadziu, Asiu, w razie gdybym poległa, ty mnie czesz. Na czym polega fenomen nieśmiertelności fryzury? Wyjaśniła mi to jedna osiedlowa kuma. “Jak fryzjer ułoży, tak ma być, raz na tydzień grzywkę umyję, resztę podlakieruję i po tygodniu znowu na czesanie”.    Ostatnio dotarło do mnie, że jeszcze nikt nie nakręcił filmu w którym straszyłyby brzydkie ubrania. “Sztruksowa śmierć”. “Zemsta zamszu”. “Ulica kaloszy 1” i kolejne serie 2, 3, 4 a nawet i 5. Tak powinny się nazywać. Skazywać powinny na zagładę ubrania ładniejsze od nich lub ludzi, którzy za modnych się mają, a tak samo wyglądają od kilku sezonów. Wiadomo, że Polska za Murzynami jest tysiącleci kilkadziesiąt, ale nie oznacza to absolutnie, że narodem jesteśmy ślepym i wielu rzeczy nie dostrzegamy. A pan Jacyków, nowe modowe i w bonusie śniadaniowe guru Polaków, właśnie tak myśli. Że jak już raz przywdzieje buciki w kolorze “Mogłeś uprzedzić żebym założył okulary” czy filuterny kapelusik to każdy będzie się


już nim przez wieki wieków zachwycać (i znowu mi się wieczność w tekście pojawia, czy to przypadek?). Ale Tomek jak i polskie babunie też chce być nieśmiertelny - tu się odessie, tam się poprawi, tu coś palnie, a tam się za karę nie pokaże. Swoją drogą czy słyszeliście kiedykolwiek by ten wieszcz wypowiedział się sensownie na temat mody? On ocenia tylko Polaków, z zagranicą chyba niewiele ma wspólnego, a jak o trendzie opowiada używa trudnego do bliżej rozpracowania ogólnika “projektanci”. Czyli kto? Comme des Garcons czy siostry Olsen czy Giselle Bündchen, bo one też projektantkami zostały. No nic, taki już stan rzeczy na tym świecie mamy. Ameryka ma Paris, my mamy Jacykowa. Oboje kochają modę, oboje nic mądrego do powiedzenia nie mają, różowy wspólnie uwielbiają. Różnica taka, że Paris z pewnością nie leje do zlewu.    Grobbing w listopadze wygląda jak rewia mody. Futra, kwiatów pęki, czyj nagrobek najpiękniejszy? Za granicą - plac urnowy, równo przycięty trawnik. Wszyscy równi. Ewentualnie jedna skromna różyczka. W Polsce pewnie nawet Goździkowa “Etopirynę” na nagrobku zostawia. Żeby i duszy w niebiosach nie bolało. Tylko dlaczego w Polsce za życia dusza się nie raduje, jadem wciąż się przejmuje, a gdy odchodzić czas to ta w płacz?

63


Fairy Couture Viktor & Rolf, mimo piętnastoletniego doświadczenia na koncie, z wiekiem nie chcą spoważnieć. Ich twórczość to od zawsze przepustka do lepszego – bardziej kolorowego, piękniejszego, bajkowego - świata. Przystańmy więc na ich grę i zaakceptujmy jej zasady, by na chwilę móc poczuć się jak Alicja w Krainie Czarów i cieszyć się niezwykłością ich projektów.

64

Autor: Katarzyna Gumowska Ilustracja: Magda Barcik Fotografia: Fairy Couture, www.telegraph.co.uk.

Coming from suburbia in a country where fashion doesn’t really exist fashion for us was like a glossy fairytale world made real. To us, fashion represents more than just cloth and form: it is an aura, an escape from reality. Tak Viktor & Rolf mówią o swojej twórczości. A jest to zdecydowanie ciekawy temat do rozmów. Ten pochodzący z Holandii duet utrzymuje się w czołówce najoryginalniejszych projektantów już od ponad piętnastu lat. Z czasem ich dowcip i nieszablonowe podejście do mody stały się jeszcze bardziej radykalne. Jak sami mówią, ich praca ma na celu stworzenie nie tylko ciekawych ubrań, ale przede wszystkim aury, ma być ucieczką od rzeczywistości do równoległego i niekoniecznie rzeczywistego świata, w którym wszystko jest piękne, możliwe i bajkowe. Przystańmy więc na ich grę i zaakceptujmy jej zasady, by na chwilę móc poczuć się jak Alicja w Krainie Czarów i cieszyć się niezwykłością ich projektów. Zacznijmy jednak przewrotnie – nie od początku, ale od końca - czyli od najnowszej kolekcji marki Viktor & Rolf. Reinterpretacja balowej sukni Kopciuszka była jej myślą przewodnią. Na wybiegu można było podziwiać eleganckie gorsety zestawione z lekkimi, puszystymi spódnicami, a wszystko to w odcieniach pistacjowej zieleni, pastelowego błękitu oraz pudrowego różu. V&R nie byliby sobą, gdyby nie wprowadzili odrobiny zamieszania, zaskoczenia i nie spojrzeli z przymrużeniem oka na najukochańszą bajkę kilkuletnich strojniś. W warstwach tiulu pojawiły się zatem geometryczne wycięcia, gwałtowne rozcięcia, a nawet efektowne dziury. Początkowy szok szybko ustąpił miejsca zachwytowi, a każda fashion victim zmieniła się na powrót w małą dziewczynką, która pragnie wybrać się na bal. Nie ma wątpliwości dlaczego kunszt wyobraźni w połączeniu z mistrzostwem krawiectwa są od lat definicją stylu holenderskich kreatorów.

To zresztą nie pierwszy raz, kiedy w twórczości Viktor Horsting’a i Rolfa Snoeren’a można doszukać się aluzji do bajek czytanych na dobranoc dorastającym księżniczkom. Miało to już miejsce jesienią 2005 roku, kiedy postanowili uwspółcześnić postać Śpiącej Królewny. Przy hipnotyzującym akompaniamencie Tori Amos, snujące się w półśnie po wybiegu modelki sprawiały wrażenie pięknych i zagubionych lunatyczek, a suknie, wyglądające jak udrapowane, jedwabne prześcieradła, płaszcze wykończone kołnierzem w kształcie poduszki oraz żakiety uszyte jakby z atłasowej pościeli z pewnością nie pozwoliły tamtej nocy zasnąć wielu krytykom mody. Kolejnym wspólnym mianownikiem całej kolekcji była paleta barw zdominowana przez zimną, ascetyczną biel skontrastowaną ze szkarłatną, krwistą czerwienią, która nadawała tej błogiej wizji charakter z pogranicza pięknego snu i niebezpiecznego koszmaru. Jakiej bajki nie mogło zabraknąć? Bez wątpienia tej, o Królewnie Śnieżce. Cofnijmy się więc jeszcze dalej, do wiosny 2002 roku, kiedy projektanci postanowili wymazać z ubrań wszelki kolor, by móc w pełni skupić się na ich formie. Tak powstała kolekcja monochromatyczna, w której zdecydowanie nie brakowało śnieżnej bieli. Szybko jednak dodam, że tylko rok wcześniej holenderski duet postawił na wizję odzwierciedlającą charakter Złej Macochy. Po wybiegu chodziły więc modelki spowite – dosłownie, od stóp do głów – czernią (także projektanci, podczas grand finale, mieli twarze oraz dłonie pokryte czarnym pigmentem). Jakie znaczenie przypisali oni swej prezentacji? Z jednej strony był to inteligentny żart z monotonnej obsesji i uwielbienia ze strony fashion insiders dla tej żałobnej barwy; z drugiej, chodziło o obrócenie całej negatywnej energii w coś pięknego, kreatywnego i pozytywnego. Operacja zakończona – jak zwykle – pełnym sukcesem.


Modowe morały Autor: Katarzyna Gumowska Ilustracja: Dominika Bobulska Fotografia: Marco Piccari

O czym jest ta bajka? To historia o rodzinie, o miłości, ale także o wyobraźni i determinacji. No i oczywiście o modzie! Tej, która rodzi się dzięki talentowi, poprzez inspirację. Która ujawnia się w detalach, w niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka szczegółach – w miękkości tkanin, dopracowaniu sylwetki, oryginalności pomysłu. O modzie, w której poza formą, liczy się przede wszystkim treść.

66

Za górami, za lasami, żyła sobie kiedyś mała dziewczynka. Ta mała dziewczynka mieszkała wraz ze swoimi rodzicami i siostrami w biednej, niewielkiej wsi. Wszyscy pracowali w pocie czoła, jednak pieniędzy zawsze jakoś brakowało, szczególnie na zabawki dla siostrzyczek. Te jednak nie zamierzały się poddawać i któregoś dnia wpadły na pomysł, by same zrobić swoje lalki. Chwyciły to, co miały pod ręką – kolorowe szmatki, stare prześcieradła, nienoszone już ubrania, guziki bez pary – i tak powstały pierwsze kukiełki. Wypychane surową wełną, o ręcznie haftowanych twarzyczkach i włosach z kolorowej włóczki – w oczach szczęśliwych dziewczynek te skromne zabawki przemieniały się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w przepustkę do lepszego świata. Świata niewinności, świata piękna i magii, w którym wszystko było możliwe. Wiele lat później, oto znów nasza bohaterka. W mniej bajkowy sposób z małej dziewczynki stała się kochającą babcią. Jednak nie straciła nic ze swego uroku i pomysłowości. Któregoś dnia opowiedziała wnuczkowi historię lalek swojego dzieciństwa, a ten na zawsze zachował ją w swym sercu. Dziś początkujący projektant mody, zafascynowany opowieścią babci, postanowił na nowo ożywić jej wspomnienia, przywracając im dawny, magiczny blask. Tym sposobem, skromne

materiały przemieniły się w luksusowe tkaniny, wyszczerbione guziki w perły, a wełniana włóczka w srebrną nić. Ich twórca – Marco Piccari – otwarcie przyznaje, że jego bajkowe prace to także forma prezentu dla ukochanej babci, której nie było dane cieszyć się luksusem i pięknem. Jednak mowa tu nie o urodzie oczywistej, dosłownej, przesłodzonej (nasze bohaterki nie mają wymiarów modelek i nie są tak jak one fotogeniczne), ale właśnie o uroku i magii, które dostrzega się dzięki uważnemu spojrzeniu, po chwili refleksji i zastanowienia. O czym więc tak naprawdę jest ta bajka? I jaki płynie z niej morał? To historia o rodzinie, o miłości, ale także o wyobraźni i determinacji. No i oczywiście o modzie! O tej, która rodzi się dzięki talentowi, poprzez inspirację. I która ujawnia się w detalach, w niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka szczegółach – w miękkości tkanin, dopracowaniu sylwetki, oryginalności pomysłu. O modzie, w której, poza formą, liczy się przede wszystkim treść.


Dylematy odpustowej profanacji i chorobliwej syntetyczności czyli Erwin Olaf Wywiad: Anna Bystrowska Fotografie: www.erwinolaf.com

Kojarzony również z własnych projektów, które bezapelacyjnie wywołują WIELKI SZUM. Dobry szum nie jest zły, jak by powiedział jakiś młody utalentowany felietonista. Rozłóżmy to więc na czynniki pierwsze. Większość kontrowersji związanych z naszym Erwinem wynika z dwóch rzeczy: ze złożonej formy zabarwionej prześmiewczą treścią. Rozbudowana scenografia, delikatnie ukryte symboliczne przedmioty, perfekcyjne kreacje postaci, poczynając od fryzur a kończąc na kolorze sznurowadeł. Czy jest chociaż najmniejsza szansa na przypadek ? Plastyka obrazu niemalże zbliżona do grafiki, gładko wyświecone postacie, przerysowana mimika modeli, i kolorystka, która oczywiście jest ‘ojacie’. Zastanawiam się nad stopniem krytyczności, jaki powinnam obrać. Dobrze jest być subiektywnym masowo, bo wtedy można osiągnąć chociaż namiastkę obiektywności. W przypadku takich postaci jest to bardzo trudne. Jeżeli tak założę, to ciekawe zjawisko, bo przecież takich obrazów nie da się określić ładnymi. Zatem trzeba zadać kolejne pytanie. Czy fotografia komercyjna ma być ładna i wabiąca nas biednych konsumentów, czy też szokująca, więc zmuszająca do zainteresowania? Dzisiejsze tendencje zdecydowanie się zmieniły. Młodzi ludzie, chyba preferują minimalistyczny i brudniejszy wymiar komercji, jeśli w ogóle chcą mieć z nią coś wspólnego, np. Marc Jacobs i Jurgen Teller. Czy student kulturoznawstwa z bogatszego domu, chcąc kupić sobie jeansy Diesla, zwrócił by uwagę na billboard, na którym stoi umięśniony pan w tychże spodniach, rozkrawający piłą rękę? Może właśnie to jakaś wielka tajemnicza gra z odbiorcą. Albo grasz i gubisz się w interpretacji, albo nie grasz i jesteś tym radosnym psem, który merda ogonem do swojego Pana.

Treści, które widzimy na zdjęciach holendra pewnie w większości wywołują na Waszych twarzach ironiczny uśmiech. Moim faworytem jest praca z cyklu “Royal Blood”, w której upiorna Lady D, ma wbity znaczek mercedesa w alabastrowe ramię. Jest oczywiście krew i chłód. W innych cyklach są też wątki starzenia się, tożsamości płciowej, czy pozycji kobiety we współczesnym świecie. Wymieniać można by długo. Jak wiadomo zawsze gdzieś jest granica, którą się przekracza, nawet o tym nie wiedząc. Zatem wątek dotyczący profanacji u Erwina Olafa, pozostawiam Waszej niewątpliwie wielkiej wyobraźni. Ale... zostawmy fotografie. Pan Olaf robi również filmy, co jest o wiele ciekawszym tematem. Założenia wizualne są te same, ale na tle jego zdjęć, film wypada genialnie. Może to dlatego, że w obrazie filmowym nie można aż tak manipulować jak w zdjęciach. Czyli powstaje nowa jakość: złożoność scenerii + dobre kreacje postaci + utęskniona odrobina naturalności !!!. Niepokojące, ruchome obrazy pokazują o wiele więcej osobistej głębi. Jednak niepokój ten jest miły dla oka, nawet trochę podniecający. Napięcie podkręcone ciekawą oprawą muzyczną, dodaje tym filmom jeszcze więcej wskazanej pikanterii. Zatem warto wygooglać „Rain”, „Wet”, czy „Separation”. W wielu wypowiedziach na temat Olafa, pojawia się opinia, że jego personalne projekty są niczym renesansowe malarstwo, niektórzy także widzą nawiązania do malarza Edwarda Hoppera. Renesansowo-barokowy Erwin, o wrażliwości Hoppera w estetyce rodem z gier komputerowych, niezły mix. Przez cały czas pisania tego poplątanego tekstu, myślałam nad tematem: bajka czy horror? Idąc za tym hasłem odpowiadam: do bajki na piechotę za daleko, a na horror zbyt przewrotne.

Erwin Olaf, urodzony w Holandii, profesja: fotograf , wiek: 50. To piękna okrągła liczba. Po raz pierwszy zaistniał na międzynarodowej scenie w latach 80 tych. Znany z licznych kampanii reklamowych: Lavazza, Diesel, Microsoft, Nicorette, Nokia. Ciężki orzech do zgryzienia pisać o tym frywolnym ekscentryku. (frywolny dla nie wiedzących znaczy: swawolny, płochy, kokieteryjny, pikantny, niezbyt przyzwoity, nieskromny).

69


72


73


80


81


Bajka o dziewczynce, co była lampą Autor: Michał Lichtański


92


93



Piana Magazine nr08