Page 1

GAZETA HORYNIECKA PISMO STOWARZYSZENIA PRZYJACIÓŁ ZIEMI HORYNIECKIEJ ROK ZAŁOŻENIA 2005

Nr 37 - listopad-grudzień 2014

Cena 4,50zł (w tym 5% VAT)

W numerze m.in.: KARP NA ŚWIĄTECZNY STÓŁ WYBORY SAMORZĄDOWE Z ROZTOCZA NA KILIMANDŻARO KRWI OFIARNEJ CZEŚĆ! RODZINA GILOWSKICH TRASY NORDIC WALKING ŻOŁNIERSKA MOGIŁA LASY PEŁNE ZWIERZA OCZEKIWANIA TURYSTÓW KONFERENCJA UZDROWISKOWA

ŚWIĄTECZNE WYPIEKI

HISTORIA PEWNEGO POCIĄGU

“OSTOJA” W PODEMSZCZYŹNIE

OD AMATORA DO PROFESJONALISTY

WYCIECZKA NA ROZTOCZE

KRONIKA POLICYJNA

LUBACZOWSKIE “OD KUCHNI”

ISSN: 2080-2986, Nakład: 500 Fot. na okładce: Paweł Rydzewski


Artur Pawłowski

Prawidłowo znakowane szlaki noridc walking - Roztocze Środkowe

ZNAKOWANE TRASY TURYSTYCZNE W OKOLICY HORYŃCA–ZDROJU, STAN I POTRZEBY

J

ednym z najważniejszych elementów infrastruktury turystycznej każdej gminy są znakowane szlaki turystyczne. Takie trasy znajdują się także w okolicy Horyńca-Zdroju. Odnajdziemy tu dalekobieżne szlaki piesze, lokalne ścieżki dydaktyczne, trasy nordic walking oraz szlaki rowerowe. W tym artykule przyjrzyjmy się trasom, które można pokonać pieszo. Czy spełniają one swoją rolę? Dalekobieżne szlaki piesze W Horyńcu-Zdroju rozpoczynają się dwie takie trasy. Pierwszą jest szlak im. św. Brata Alberta: Horyniec – Werchrata – Narol, znakowany kolorem zielonym, o długości ok. 47 km. Szlak zyskał ostatnio na popularności, dzięki szynobusom, uruchamianym w weekend majowy i wakacje. Takim pociągiem można rano udać się do Werchraty, skąd powrócić już pieszo, za znakami szlaku, do Horyńca (23 km). Trasa należy do bardzo atrakcyjnych, zobaczymy na niej m.in. kaplicę w Nowinach Horynieckich, kamienną Świątynię Słońca, wzgórze Monastyr z ruinami klasztoru s. 2

bazylianów, wzgórze Wielki Dział, schrony bojowe z Linii Mołotowa i obszar źródliskowy rzeki Tanew. Trasa obecnie znajduje się w gestii PTTK O/Zamość. Stan znakowania jest różny, w zależności od odcinka. W okolicy Horyńca jest on względnie dobry. Ponadto w Horyńcu-Zdroju rozpoczyna się Centralny szlak pieszy Roztocza: Horyniec – Bełżec – Zwierzyniec – Szastarka, znakowany kolorem niebieskim o długości 195 km. W okolicy Horyńca zobaczymy na nim m.in. stawy w Podemszczyźnie, schrony bojowe Linii Mołotowa, cerkiew w Nowym Bruśnie i cmentarz w Bruśnie Starym. Trasa znajduje się w gestii PTTK O/Zamość i tak jak w przypadku szlaku im. Brata Alberta w okolicy Horyńca stan znakowania jest względnie dobry. Niegdyś przebiegał tędy także szlak Południowy: Susiec – Narol – Horyniec (i dalej do Jarosławia), znakowany kolorem żółtym. Obecnie utrzymywany jest jednak jedynie odcinek Susiec – Narol, a znaki z dalszej części trasy uległy w terenie niemal całkowitemu zatarciu.

Lokalne ścieżki dydaktyczne W najbliższej okolicy Horyńca-Zdroju wyznakowano trzy takie trasy. Wszystkie przygotowane zostały we współpracy Zarządu Zespołu Parków Krajobrazowych w Przemyślu i Lasów Państwowych. Są to: (1) Ścieżka przyrodniczo-kulturowa Horyniec – Nowiny Horynieckie – Horyniec, znakowana kolorem czerwonym, o długości ok. 8 km (prowadzi do kaplicy w Nowinach Horynieckich). (2) Ścieżka dydaktyczna Za Niwą, znakowana kolorem czerwonym, o długości ok. 3,5 km (to propozycja wycieczki w lesie położonym na płn. od Horyńca). (3) Ścieżka przyrodniczo-kulturowa Dębisko – Kruszyna, znakowana kolorem czerwonym, o długości ok. 10 km (wiedzie do obu cerkwi w Radrużu). Wszystkie te trasy mają interesujący przebieg i ciekawie prezentują okolice Horyńca. Ścieżki te otwarto, kolejno, w latach 1998, 2004 i 2005, niestety później nie odnawiano. Konsekwentnie obecnie znakowanie jest przetrzebione, a w przypadku okolic Radruża dokończenie na str. 35 XXXVII Gazeta Horyniecka


Hubert Andruszewski

KARP - DŁUGA DROGA NA ŚWIĄTECZNY STÓŁ

W

iele rodzin w Polsce nie wyobraża sobie tradycyjnej wigilijnej kolacji bez karpia. Czy to w galarecie, zapiekanego czy też smażonego w panierce. Niewiele jednak osób zdaje sobie sprawę jaką drogę przebywa nasza smaczna ryba by znaleźć się w ten szczególny dzień w gronie innych tradycyjnych potraw. 3 lata z życia karpia Rok 1. Wszytko zaczyna się - jak zwykle - od mamusi i tatusia. Samica karpia składa ikrę tylko w określonych warunkach temperaturowych, najchętniej na miękkiej trawie dennej. Samiec wypełnia swój obowiązek i w efekcie pojawia się ikra. Po kilku dniach wykluwają się z ikry młodziutkie karpiki o rozmiarze do 2-3 mm zwane wylęgiem. Przez kilka-kilkanaście pierwszych dni życia odżywiają się tym co jeszcze im zostało z jajeczka. W tym okresie przeważnie spotykają hodowcę. Hodowca, wylęg pochodzący czy to z własnej produkcji czy też kupiony, wprowadza na stawy narybkowe. Stawy te są wcześniej przygotowane pod produkcje narybku poprzez nawożenie i uprawę dna stawowego. W chwili wprowadzenia wylęgu, staw powinien już mieć wodę o odpowiedniej temperaturze oraz cechować się odpowiednią zasobnością planktonu - pierwszego pokarmu młodziutkiego karpia. Jest maj. Ciepłe dni i chłodne noce potrafią spłatać figla - spadek temperatury poniżej zera może spowodować śmierć wielu rybek. Po kilku tygodniach od wpuszczenia wylęgu, ryba osiąga juz rozmiary które umożliwiają jej pobieranie dodatkowej paszy dostarczanej przez hodowcę. Drobno zmielone - niemal na mąkę - zboże jest moczone i rozprowadzane z łódki przy słupkach kontrolnych na stawie. Słupki te rybacy zwą karmiskami. W przeciągu kilkunastu następnych tygodni życie karpi i hodowcy toczy się w ten XXXVII Gazeta Horyniecka

sam sposób: codzienne karmienie, cotygodniowe badanie przyrostów i kondycji ryb, kontrola jakości wody (odczynu pH, tlenu rozpuszczonego w wodzie, ilości pokarmu naturalnego). W międzyczasie stosowane są niezbędne zabiegi pielęgnacyjne stawów. We wrześniu narybek osiąga docelową wagę 50 - 100 g/szt. po czym w październiku jest odławiany, selekcjonowany i ponownie trafia do stawów. Rok 2. Narybek, w zależności od możliwości hodowcy, zimę spędza w stawie który w następnym roku będzie jego domem lub w stawie zbiorczym - zwanym zimochowem. Zimochów cechuje duża głębokość oraz duży przepływ dobrze natlenionej wody co gwarantuje dobrą wiosenną kondycję ryb. Jeśli ryby były przetrzymywane w zimochowie, to po wiosennych roztopach zostają odłowione, przebadane i obsadzone na stawy docelowej produkcji. Tam oczekują na pierwsze wiosenne wysokie temperatury, które pobudzają je do pobierania pokarmu. Najczęściej pod koniec maja narybek dostaje pierwszy dodatkowy pokarm. Jest to rozdrobnione na płatki zboże (pszenica, kukurydza, jęczmień, pszenżyto), moczone i rozwożone łodziami po karmiskach na stawie. Ponownie cykl toczy się przez karmienie, odłowy próbne, badania kondycji i przyrostów, badania weterynaryjne, kontrolę i regulację parametrów wody. Ryba zostaje „przechrzczona” na kroczek gdy osiągnie zakładaną wagę jednostkową od 250 - 400 g/szt.

Ponownie w październiku zostaje odłowiona, przebadana i przeniesiona na stawy hodowlane lub zimochowy. Rok 3. Zaczyna się hodowla ryby konsumpcyjnej. Ryba z zimochowów jest odławiana, badana oraz rozwożona na poszczególne stawy handlowe. Często już w połowie maja dostaje pierwsze dawki paszy - zboże gniecione na rozdrabniaczach walcowych. Z tygodnia na tydzień, zwiększane dawki paszy powodują intensywny wzrost ryby ale jednocześnie zmuszają hodowcę do intensywnej kontroli jakości wody oraz obserwacji zachowania, wyglądu i stanu zdrowia ryb. Wysokie temperatury, dość duże zagęszczenia ryb oraz intensywne jej żerowanie (a wiec i opróżnianie) powoduje, że mogą pojawiać się przypadki masowych śnięć śmierci ryb. Zapobiega sie temu stale regulując przepływ natlenionej wody, badając jej parametry. Po okresie intensywnego letniego wzrostu, na początku września stopniowo zmniejsza sie dawki paszy aby ostatecznie przerwać karmienie pod koniec miesiąca. W październiku ryby zostają odłowione, mogąc pochwalić sie mianem handlówki i wagą ok 1200 - 2000 g/szt. Ryby z wszystkich stawów handlowych są przewożone do magazynów ryb, gdzie przez 2 miesiące oczekują na odbiór przez klientów. Magazyny ryb są to zbiorniki z bardzo dużym przepływem doskonale natlenionej, świeżej potokowej wody. Każdy magazyn ma osobne zasilanie

Odłów karpia

s. 3


w wodę z kanału dopływowego a odpływ do wspólnego kanału transportowego zakończonego szeregiem płuczek. Na tych płuczkach odbywa się sprzedaż detaliczna i hurtowa ryb. Problemy... Niestety nie obywa sie bez przeciwności losu, natury i ludzkiej nieżyczliwości. Zdarzają sie sytuacje gdy człowiek jest bezsilny - żywioły sieją spustoszenie. Tak bywa i w produkcji rybackiej. Jednym z najtragiczniejszych możliwych wydarzeń jest przerwanie grobli stawu przez wodę. Bardzo często spowodowane jest to przez bobry, reintrodukowane przy ciekach wodnych zasilających stawy. Często też przez awarię urządzeń hydrotechnicznych. Zdarza się również ludzka złośliwość i głupota. Szkodniki rybackie Dużym problemem rybaków śródlądowych jest szkodnik rybacki. Można go zdefiniować jako stworzenie, którego tryb życia w połączeniu z łatwością zdobycia pożywienia, powoduje zmniejszenie aktywności i straty w pogłowiu ryb oraz uszkodzenia urządzeń hydrotechnicznych. Do popularnych i znanych szkodników rybackich zaliczamy: wydrę, bobra europejskiego, kormorana czarnego, czaplę białą i czaple siwą. Niewiele jednak osób zadaje sobie sprawę, a wynika to z naszych obserwacji, iż podobne szkody wyrządzają: perkoz, mewa, rybitwa. W mniejszym stopniu również łyska, kaczka krzyżówka, łabędź. Wydra potrafi wyrządzić ogromne szkody w zimochowach. Dostaje sie do gęsto obsadzonego rybami zbiornika i morduje bez opamiętania to co udaje jej się złapać w instynkcie magazynowania. Nierzadko przy przerębli na stawie rybacy odnajdują kilkanaście sztuk zabitych i pozostawionych ryb. Niestety, nie mamy żadnej możliwości walki z wydrami. Na terenie obszaru Natura 2000 (większość naszych stawów) wydra jest gatunkiem całkowicie chronionym. Jedyną pociechą jest to, że jej siedliska zmniejsza obecność w terenie s. 4

kolejnego szkodnika rybackiego - bobra. Bóbr, bez rozsądku reintrodukowany, w swym instynkcie przemieszcza się wzdłuż cieków wodnych, po rozrodzie zaś jego potomstwo zajmuje wszystkie sąsiednie cieki. W ten sposób na przestrzeni lat bobry docierają nawet do rowów melioracyjnych na polach, w lasach. Budując swoje zapory zalewają łąki, pastwiska, lasy, pola. Uniemożliwiając swobodny przepływ wodzie, utrudniają hodowcy ryb napełnianie i opuszczanie stawów oraz wywiązywanie sie ze swoich obowiązków wynikających z pozwoleń wodnoprawnych. Kopiąc nory w brzegach doprowadzalników wody i rowów opaskowych uszkadzają groble, uniemożliwiając koszenie, transport i przyczyniając się do przerywania grobli przez wodę. Kormorany, ptaki stadne, często występujące w koloniach po kilkadziesiąt, sztuk są plagą „egipską” hodowcy ryb. Ich niepohamowana żarłoczność wynosząca nawet do 1,2 kg ryb dziennie - w zestawieniu ze sporym zagęszczeniem ryb w stawach narybkowych i kroczkowych, jest powodem największych strat w produkcji rybackiej. Tylko stałe płoszenie i odstrzał tych ptaków jest jedyną obroną przed nadmiernymi zniszczeniami przez nie powodowanymi. W ostatnich latach obserwujemy wzrastającą ilość kormoranów na terenie stawów i szacujemy ją w 2014 roku na ok 150 sztuk. Czaple podobnie jak kormorany są przyczyną największych strat w pogłowiu ryb, szczególnie narybku. Apetyt czapli na pokarm zamyka sie w ilości ok. 0,5 - 0,7 kg dziennie. Bardzo płochliwe ptaki dają sie łatwo przepędzać ze stawu, niestety tylko po to by za kilka chwil powrócić lub usiąść kilkadziesiąt metrów dalej. Odstrzał jest skuteczną metodą likwidacji szkód lecz dotyczy on tylko czapli siwej. W tej chwili ilość czapli białej (która jest pod ścisłą ochroną gatunkową) na stawach kilkukrotnie przewyższa ilość czapli siwej. Perkoz, mewa oraz rybitwa w mniejszym stopniu wyrządzają szkody w produkcji rybackiej. Główną ich ofiara są drobne ryby produkcji ubocznej (szczupaczki,

okonie, słonecznica, sandaczyki, amurki) lub wczesne formy karpia (podrośnięty wylęg lub narybek). Odrębnym tematem są straty powodowane przez łyski, kaczki i łabędzie. Oczywistym jest, że są one naturalnymi rezydentami stawów i każdy nie wyobraża sobie stawów bez ich obecności. Lecz w granicach rozsądku. Są stawy, gdzie liczba łysek na lustrze wody wynosi kilkadziesiąt sztuk,. Podobnie z łabędziami. I nie chodzi tu o jedną czy dwie pary gniazdujące na stawie. Bywały sytuacje gdy na jednym stawie zliczono 98 łabędzi, a to nie były wszystkie w okolicy. Ptaki te w tej ilości pochłaniają gros paszy przeznaczonej dla ryb. Każdy kto widział żołądek łyski twierdzi, że on nie może sie pomieścić w korpusie. Jest ogromny jak na gabaryty ptaka. Co najmniej trzykrotnie większy od żołądka kury domowej. Łabędź jest wielkości indyka i ma taki sam apetyt. Wystarczy dodać te fakty do siebie. To są olbrzymie ilości zboża - a wiec najwyższe koszty prowadzenia działalności rybackiej. Szkodami pośrednimi zarówno drapieżników jak i ptaków nieagresywnych są spadki w aktywności żerowej ryb. Karpie po prostu boją sie podejść do karmisk, gdyż czekają na nie jak nie kormorany i czaple to wygłodniałe, hałasujące łabędzie i łyski. Dla hodowcy to olbrzymi problem. Nie pobrana przez rybę w wyniku stresu pasza ma tendencje do psucia się. Ryba już tego nie zje a hodowcy wydaje sie że dawka jest za duża bo ryba nie pobiera paszy. Efektem tego jest brak przyrostu ryby. Jemy karpia!!! Jak jeść karpia? Wielu ludzi zniechęca do jego jedzenia stosunkowa duża ilość ości w mięsie. Chciałbym przedstawić i zachęcić do odrobiny wysiłku - filetowanie to nie jest trudna sztuka. Im większy karp tym łatwiej go wyfiletować. Tuszę wypatroszoną i pozbawioną głowy (choć niekoniecznie - głowę można wykorzystać jako „uchwyt”) kładziemy na boku na desce do krojenia. Ostry, długi nóż (najlepiej klasyczny do filetowania ryb) przykładamy do kręgosłupa „z wierzchu”. Ości XXXVII Gazeta Horyniecka


1

2

3

4

5

6

7

8

9

Filetowanie karpia krok po kroku

żebrowe najlepiej wcześniej naciąć od środka jamy brzusznej ryby. Energicznymi ruchami krojenia, przytrzymując rybę z wierzchu, przesuwamy w kierunku ogona, starając się cały czas trzymać nóż przy kręgosłupie. Podobnie z drugiej strony. Teraz kładziemy odcięte boczki skórą do deski i od góry podcinamy ości żebrowe. Odcinamy także inne zbędne rzeczy typu płetwy. Nacinamy prawie do skóry cały filet w paski o grubości ok 3-5 mm - ten proces rozdrabnia najmniejsze pozostałe ości do wielkości niewychwytanej podczas konsumpcji oraz ułatwia ich częściowe rozpuszczenie w trakcie smażenia. Można także wspomóc rozpad ości sokiem z cytryny wyciśniętym i wprowadzonym w nacięcia na kilka godzin przed smażeniem. Wybór metody smażenia pozostawiam dla przyrządzającego. Polecam nie psuć smaku ryby nadmierną ilością przypraw. Sól i pieprz pod koniec smażenia to jedyne czego wymaga smaczne, świeże mięso karpia.

XXXVII Gazeta Horyniecka

Karp świetnie nadaje sie do przetworów słoikowych. Zalewa jak do grzybków marynowanych, lekko podsmażony (może być panierowany) karp i kilka dni w spokoju to kombinacja która jest gwarantem wspaniałego, niepowtarzalnego smaku. Świetny jest karp wędzony. Kilka godzin w solance (1 szklanka soli na 5 l wody) lub solenie ręczne, osuszenie i 5 godzin w wędzarni. To gwarancja wspaniałego smaku. Warto pokusić się o przygotowanie karpia w galarecie - jako cała ryba, kawałki lub kulki karpia mielonego z cebulą. Karp pieczony, nadziewany to wykwintne danie wymagające dłuższego przygotowania ale jednocześnie wynoszące go na wyżyny kulinarnych doznań. Polecam poszukać przepisów w dobrych książkach kucharskich lub Internecie. Muł... Karp jest bardzo smaczną rybą. Słyszę czasem stwierdzenia spotkanych ludzi o posmaku mułu w karpiu. Chciałbym tu wyjaśnić skąd taki posmak może się pojawić. Karp kupiony na

Święta, hodowany zgodnie ze sztuką rybacką i karmiony naturalnymi paszami nie ma prawa mieć posmaku mułu. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze, zmagazynowany karp nie żeruje już od kilkunastu tygodni, jego mięso jest wypłukane przez procesy fizjologiczne z wszelkich reszek pokarmu i ewentualnego mułu w którym żeruje, przez krystalicznie czystą, potokową wodę. Po drugie, stosowanie naturalnych pasz w postaci zbóż produkowanych przez naszych lokalnych rolników, powoduje, że mięso jest soczyste, z niewielką ilością tłuszczu a w tym wypadku właśnie tłuszcz jest w większości odpowiedzialny za ewentualny posmak, np. mułu. Dlaczego karp żywy? Karp żywy to synonim świeżości. Nie bez powodu - każda forma przetwórstwa zajmuje czas. Czas to, w wypadku mięsa wysokobiałkowego jakim jest mięso karpia, element decydujący o jego walorach smakowych. Każdy kto próbował karpia świeżego, świeżo wyfiletowanego wie, że z zamrażarki nie smakuje tak samo. s. 5


Oczywiście wiadomo, że nie każdy ma możliwość i chęć uśmiercania karpia. To zrozumiałe. Warto zlecić to zadanie sprzedawcy. Na pewno żaden nie odmówi. Profesjonalnie, bez zbędnego cierpienia dla ryby uśmierci karpia. Mamy w takim przypadku pewność, że ryba jest świeża, od sprzedawcy który może pochwalić sie dowodem sprzedaży, certyfikatem jakości oraz aktualnymi badaniami ryby. Niestety coraz częściej trafiają sie nieuczciwi sprzedawcy sprzedający importowane ze Wschodu i Południa, Bóg wie czym karmione ryby. O ich walorach smakowych jak i zdrowotnych wolę się nie wypowiadać. Z rybą do domu Chciałbym również wspomnieć o transporcie żywej ryby do domu z punktu zakupu. Karp ma zdolność do pobierania tlenu z powietrza atmosferycznego przez pory skóry i to w niemal 30% zapotrzebowania. Karp bez wody pobiera również w ok 10% tlen przez skrzela. Oczywiście przebywanie karpia poza wodą jest stresujące i najlepiej umożliwić mu transport w przyzwoitych warunkach lub skrócić stres przez ogłuszenie i pozbawienie funkcji życiowych. Najgorszym sposobem transportu może być zamknięte wiaderko z wodą. Najczęściej jest to połowa wiaderka wody z uwagi na chlapanie się ryby w czasie załadunku i zamykania. Ilość tlenu jaką może zawierać wiaderko wody nie wystarczy dla karpia na 10 minut. Potem dusi się nie mogąc pobierać tlenu w żaden sposób. Poziom stresu, a wiec adrenaliny i kwasu mlekowego w mięsie gwałtownie rośnie, zmniejszając jego walory smakowe przez wzrost kwasowości (spadek pH). Torba foliowa jest pośrednim, jeśli chodzi o możliwość „oddychania” karpia, sposobem jego transportu. Jeśli dodatkowo mamy możliwość za pomocą siatki plastikowej (jak do grodzenia grządek) oddzielić jego skórę od folii to można nawet mówić o względnym komforcie tlenowym. Taki transport gwarantuje bezproblemowe przywiezienie ryby do domu w niezłym stanie s. 6

Karp po odłowie

fizycznym. Zwykła, niezawiązana na supeł, torba foliowa bez wkładki siatkowej pozwala na transport ryby do 15-20 minut. Dobrym pomysłem jest wiaderko otwarte z wodą lub bez wody. Ryba może się dość swobodnie w nim poruszać, skóra ma dostęp do powietrza. Ewentualnie można dać odrobinkę wody na dno wiadra aby ryba nawilżała sobie skórę przy ruchu. Rybę można tak przetrzymać do 30 minut. Najlepsza metoda transportu lecz praktycznie tylko przy planowanym zakupie to większy zbiornik na ryby (duże wiadro z pokrywką, beczka do kiszenia kapusty, itp.) o pojemności 30-80 litrów. Napełniamy taki pojemnik w połowie wodą i wrzucamy do niego zakupione ryby (1 szt. na 10 l wody). W taki sposób możemy transportować ryby w niskich temperaturach ok. godziny przy niewielkim wzroście poziomu stresu. Rzadko kiedy zakup karpia na święta jest planowanym działaniem. Często przy okazji zakupów przedświątecznych po prostu trafia sie na sprzedawcę i dokonuje szybkiego zakupu. Może warto w domu poświęcić kilka chwil na przygotowanie kawałka siatki na wkład do torby plastikowej lub dokonać po prostu zakupu karpia żywego na samym końcu naszych zakupów, aby szybko przetransportować go do domu, nawet w zwykłej torbie foliowej. Słów kilka o hodowcy Gospodarstwo Rybackie „Ruda Różaniecka” s.c. powstało w wyniku prywatyzacji

Gospodarstwa Rybackiego Skarbu Państwa w Rudzie Różanieckiej 21.05.2000 roku, przez cały czas korzystając z tych samych zasobów ludzkich i ich doświadczenia. Byli pracownicy gospodarstwa państwowego stworzyli spółkę cywilną aktualnie składającą się z 7 wspólników. Gospodarstwo funkcjonuje od czasów bezpośrednio powojennych, prowadząc gospodarkę na ok. 470 ha powierzchni stawowych. Przez ten czas wybudowano nowe obiekty stawowe, zmodernizowano urządzenia hydrotechniczne oraz przeorganizowano fazy produkcji. Roczna produkcja ryb w Gospodarstwie plasuje sie na poziomie ok. 250 ton z czego 98 % to karp. Ok 140 ton stanowi ryba handlowa-konsumpcyjna, a resztę materiał zarybieniowy. W produkcji ryby konsumpcyjnej stosujemy wyłącznie zboża pochodzące od naszych regionalnych rolników. Dzięki temu smak naszych ryb niejednokrotnie był doceniany na konkursach kulinarnych, a stali klienci za całej Polski nie wyobrażają sobie Wigilii bez naszego karpia. Serdecznie zapraszamy klientów po świeżą, smaczną i zdrową rybę z naszych stawów. To gwarancja wspaniałego smaku na świątecznym stole. Zawsze na wiosnę, tuż po roztopach rozpoczynamy sprzedaż szerokiego asortymentu ryby obsadowej (kroczek i narybek karpia, amura, szczupaka, suma, lina, karasia, jazia). Każdy stawek i oczko wodne powinno tętnić życiem. Zapraszamy!

XXXVII Gazeta Horyniecka


Bp Mariusz Leszczyński

KRWI OFIARNEJ CZEŚĆ! Kazanie wygłoszone w Nowinach Horynieckich z okazji 70. rocznicy mordów UPA na Polakach, 17 sierpnia 2014 r. Drodzy Siostry i Bracia! W Dzień Pański przybyliśmy na Mszę św., by uwielbić Boga. Tak czynimy każdego tygodnia, a dziś nasza modlitwa ma charakter szczególny. Pragniemy bowiem uczcić nią pamięć naszych sióstr i braci z Nowin Horynieckich, pomordowanych przez UPA przed 70. laty. Nie wolno zapominać o tamtych tragicznych wydarzeniach. Trzeba mówić o nich dzieciom i młodzieży, zachować je dla przyszłych pokoleń. „Wielką mądrością jest umiejętność czerpania z doświadczeń przeszłości. Aby się ostać, musicie sięgnąć do tych sił w Narodzie, dzięki którym trwa on od wieków, mimo tylu niebezpieczeństw, cierpień i wojen” – uczył Sługa Boży Stefan Kardynał Wyszyński, Prymas Tysiąclecia (Warszawa, 16 VIII 1970 r.). I trzeba się modlić gorąco o zgodę pomiędzy ludźmi, narodami i państwami, o pokój tak bardzo dziś zagrożony w Europie i w świecie. Okoliczności i skala mordów UPA na Polakach w Nowinach Horynieckich i w okolicy, w 1944 r. i w latach późniejszych, są znane. Opisali je między innymi ojcowie franciszkanie z klasztoru horynieckiego w „Kronice” parafialnej. Czytamy w niej: „Ludzie żyją w przestrachu [1944 r.]. Ukraińcy mordują Polaków masowo koło Sokala (...). Teraz i u nas zaczynają powstawać niepokoje. Już kilka nocy ludność okoliczna chroni się na noc do klasztoru (...). Co dalej będzie, Bóg raczy wiedzieć? (…). Święta Wielkanocne przeszły spokojnie. Ale po świętach znowu niepokoje (…). 19 kwietnia UPA wymordowała i wypaliła Brusno Nowe i Rudkę (…). Padło ofiar polskich 102 osoby (…). Spalenie Brusna i Rudki okropnie podziałało na okoliczną ludność. Część zaczęła wyjeżdżać, część się pakować, inni załamywali ręce bezradnie. Powstał strach, zamęt i trwoga i płacz. Na którą teraz wioskę napadną oddziały ukraińskie i wymordują [Polaków]? (...). Noce teraz stawały się coraz straszniejsze. XXXVII Gazeta Horyniecka

Widziało się tylko pożary i wokół strzelaninę się słyszało. Ludzie rzucili się na zamawianie wywozowych wagonów kolejowych. Klasztor też poczynił starania w tym kierunku (…). Horyniec ruszył się do wyjazdu (…). Ukazały się też rozrzucone ulotki drukowane ukraińskie, nawołujące Polaków do wymarszu za San, z terminem do 12 godziny, 30 kwietnia (…). Wyjechaliśmy z Horyńca z transportem 29 maja… W lipcu tr. przesunął się tędy front radziecko-niemiecki (…). Nastał względny spokój i ludność Horyńca zaczęła wracać do opuszczonych domostw. Przekonano się jednak, że w okolicy Horyńca grasowały nadal bandy ukraińskie UPA. Bandy te przy końcu sierpnia wymordowały (…) w Nowinach Horynieckich rodzinę Baka i dwie siostry Katarzynę i Marię Kazik (…). Tak było aż do wiosny 1946 r. (…). Powstawały potyczki pomiędzy wojskiem polskim a bandami [UPA]. W wyniku walk spalone zostało Brusno Stare i część Werchraty. Banderowcy zaś napadli i spalili Nowiny Horynieckie mordując przy tym kilkanaście osób” (s. 191-195). To niepojęte, że śmierć naszym niewinnym rodakom zadali ludzie, którzy deklarowali wiarę Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Nad tą wielką tragedią można tylko zawołać za autorem natchnionym: Panie, „nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili” (Mdr 11, 23). Drodzy Siostry i Bracia, spójrzmy więc na tamte bolesne

wydarzenia z perspektywy Bożej. Podczas Eucharystii, na ofiarowanie darów chleba i wina, celebrans prosi: Módlcie się, aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg Ojciec Wszechmogący. Te słowa są także wołaniem zza grobów naszych pomordowanych rodaków. A gdy na przeistoczenie przychodzi do nas Jezus – żywy prawdziwy Bóg, pod postaciami chleba i wina, ożywia naszą wiarę i miłość oraz błogosławi nam, abyśmy jak On stawali się darem dla bliźnich, obiecując nam życie wieczne. Oto najgłębszy sens Eucharystii – bezkrwawej ofiary Jezusa, uobecniającej Jego krwawą ofiarę krzyża na Golgocie – ofiarę, stanowiącej dar, który Jezus Chrystus czyni z siebie samego, objawiając nieskończoną miłość Boga wobec każdego człowieka (por. Benedykt XVI, Sacramentum Caritatis, nr 1). Taki też, w świetle ofiary Jezusa, jest sens męczeńskiej śmierci naszych niewinnych sióstr i braci, na których mogile stoi krzyż – znak zbawienia. Gdy więc pochylamy się z modlitwą nad ich grobem, za natchnionym autorem Księgi Mądrości wołamy: „We wszystkim jest Twoje nieśmiertelne tchnienie!” (Mdr 12,1). Pomordowani mieszkańcy tutejszej wioski, parafii horynieckiej i całej Ojczyzny – są znakiem nadziei dla naszego pokolenia i dla pokoleń przyszłych. Dlatego pamięć o nich nie może zaginąć! Niech tej pamięci towarzyszy również nasze przebaczenie dla ich

Bp Mariusz Leszczyński głosi kazanie. Nowiny Horynieckie, 17 sierpnia 2014 r.

s. 7


oprawców. W Modlitwie Pańskiej mówimy: Przebacz nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Pokusie zemsty i nienawiści przeciwstawiajmy przebaczenie, prosząc o miłosierdzie Boże „dla nas i świata całego”. Trwajmy przy Jezusie i Jego Ewangelii. Czuwajmy przy Maryi Niepokalanej, królującej na tym miejscu Jej objawień i patronującej naszej parafii, aby Jezus pochwalił naszą wiarę, jak wiarę niewiasty kananejskiej z dzisiejszej Ewangelii (Mt 17, 21-28). Kochajmy naszą Ojczyznę! Uczmy patriotyzmu młode pokolenie Polaków. <Pamięć i tożsamość> niech będą naszą dewizą – jak uczył nas św. Jan Paweł II. Podczas Mszy św. dziękczynnej za dar kanonizacji PapieżaPolaka, w rzymskim kościele św. Stanisława BM, w dniu 4 maja br., Ojciec Święty Franciszek do naszych rodaków mówił: „Jesteście częścią narodu, który był bardzo doświadczony w swojej historii. Naród polski dobrze wie, że aby wejść do chwały, trzeba przejść przez mękę i krzyż (por. Łk 24, 26). Święty Jan Paweł II, jako godny syn swej ziemskiej ojczyzny, poszedł tą drogą (…), dlatego jego ciało spoczywa w nadziei” (por. Dz 2, 26; Ps 16, 9)… Czy jesteście gotowi pójść tą drogą?” („Niedziela”, 11 V 2014, nr 19, s. 9). Nad grobem naszych sióstr i braci, ofiar ludzkiej przemocy wołajmy, w duchu wiary i przebaczenia, słowami biskupa Władysława Bandurskiego, sufragana lwowskiego, słynnego kaznodziei i kapelana Legionów Polskich: „Ty, coś poległ dla Idei Chwała Ci, Boś padł w progu Twej nadziei, Nie czekając swej kolei Jasnych dni. U Twych prochów, u mogiły, Będą wieki szukać siły, i zaznaczą Twoje kości Wielką drogę ku przyszłości śladem krwi”. (Bp Władysław Bandurski, Krwi ofiarnej cześć, Warszawa 1928) Amen.

Marian Szymański

RODZINA GILOWSKICH

G

ilowsc y wc z e ś n ie j mieszkali w Uhercach Niezabitowskich koło Gródka Jagiellońskiego. Nie wiemy kiedy przybyli do Horyńca. Najwcześniejszym dowodem potwierdzającym ich pobyt tutaj jest data ślubu 13 sierpnia 1922 roku, Kazimiery Gilowskiej, lat 20, córki Kazimierza Gilowskiego, oficera Wojska Polskiego i Anny z domu Rapacz ze Stanisławem Dudą, lat 25, mieszkańcem Morawska, gmina Chłopice. Świadkami na ślubie byli: Ludwik Wielkoszewski, komendant miejscowej policji i organista Ludwik Kornaga. Kazimiera zmarła przy porodzie 10 kwietnia 1924 r. w Horyńcu w domu nr 1., a takim był oznaczony pałac Ponińskich, co nie dowodzi, że w nim mieszkała, bowiem taki sam numer miały sąsiednie zabudowania mieszkalne dla pracowników dworu. Spoczywa na miejscowym cmentarzu. Miała czterech braci: Stanisława, por WP, urodzonego w Uhercach Niezabitowskich w powiecie Gródek Jagielloński. Do gimnazjum uczęszczał w Brodach i tam zdał maturę. Już wtedy brał czynny udział w młodzieżowych organizacjach niepodległościowych „Zarzewie” i „Drużyny Strzeleckie”. W dniu 10.09.1914 r. wstąpił do Legionu Polskiego w Wiedniu, został przydzielony do II Brygady z którą odbył kampanię karpacką. W 1915 r. został wysłany jako emisariusz na teren zaboru

Przedruk z „Zamojskiego Informatora Diecezjalnego”, 2014, nr 3, s. 409-412 s. 8

Ludwik Gilowski, 1900-1929

niemieckiego celem organizowania tam ruchu niepodległościowego. W Horyńcu zamieszkał na początku lat trzydziestych. Był inicjatorem budowy Domu Ludowego w Horyńcu i wydawał pocztówki-cegiełki, zbierając w ten sposób fundusze. Zmarł 16 lutego 1936 r. w Horyńcu w wieku 39 lat. Spoczywa na cmentarzu w Horyńcu Ludwika, por. WP, urodzonego również w Uhercach. Szkołę powszechną ukończył w Gródku Jagiellońskim i rozpoczął naukę w Państwowym Gimnazjum w Brodach, którą musiał przerwać po zaliczeniu klasy czwartej w 1914 r. Po wybuchu wojny zamieszkał u rodziców i uczył się prywatnie. W dniu 3 listopada 1918 r. brał udział w obronie Lwowa i dzień później został ranny. Po wyleczeniu wstąpił do formującego się 4 pułku artylerii ciężkiej i w oddziale tym na odcinku południowym i wschodnim miasta przebywał do kwietnia 1919 r. Wycieńczony trudami wojennymi chorował i zmarł 13 stycznia 1929 r. w Horyńcu w domu nr 1, w wieku 29 lat. Spoczywa również na cmentarzu w Horyńcu. Mariana, stolarza Karłowskich. Wykonał dla Anny i Franciszka Banaszków meble m.in. łóżka i stół. Jago dziełem był również ołtarz w Kaplicy Matki Bożej w Nowinach Horynieckich. Tak o tym pisze Ks. Bp Mariusz Leszczyński: „Kaplica uporządkowana i odnowiona po zniszczeniach wojennych pierwszej wojny światowej stała się wkrótce celem wypraw złodziei. Pod koniec listopada 1923 r. nieznani sprawcy, po wybiciu okna w bocznej ścianie kaplicy dostali się do jej wnętrza. Zdarli sukienkę z figury Matki Bożej, stojącej nad ołtarzem i obrus z ołtarza. Szkody wyrządzone w kaplicy naprawiano na wiosnę 1924 roku. Wtedy też oszalowano drzwi wejściowe i gruntownie odrestaurowano żelazną balustradę, okalającą studzienkę wewnątrz kaplicy. Balustradę odnowił Piotr Leszczyński z Podemszczyzny. Kolejne prace przy kaplicy podjęto w 1932 r. Wówczas wyposażono ją w dębową nastawę ołtarzową (3,6 x 1,9 m), XXXVII Gazeta Horyniecka


Poświęcenie Pomnika Niepodległości - Horyniec, 3 maja 1928 r.

którą wykonał stolarz Marian Gilowski. W tej nastawie, w specjalnie przygotowanej wnęce umieszczono łaskami słynącą figurę Matki Bożej, która stała dotychczas na niewielkim postumencie, nad mensą ołtarza. Marian Gilowski zajmował się również promocją walorów przyrodoleczniczych horynieckiego zdroju i organizował coroczne wystawy we Lwowie. To dzięki jego córce, Pani Zofii Gilowskiej Półtorak otrzymałem materiały i zdjęcia z rodzinnych zbiorów, za które w tym miejscu bardzo dziękuję. Feliks, czwarty z braci założył ogród w Pałacu Potockich w Łańcucie. Anna Gilowska, matka pięciorga rodzeństwa była nauczycielką w horynieckiej szkole. O braciach Stanisławie i Ludwiku Gilowskich, oficerach WP, napisałem kilka słów w artykule p.t. „Grudzień 1918 roku w Horyńcu” GH, nr 14. r. 2007, przypisując im i kapitanowi Karolowi Sanderowi inicjatywę budowy w 1928 r. pomnika w X Rocznicę Odzyskania Niepodległości. W toku dalszych poszukiwań archiwalnych, muszę jednak uzupełnić podany wcześniej tekst i zdaję sobie równocześnie sprawę, że nadal nie wyczerpuję tematu. Wymieniony wyżej Karol Sander, urodzony w Burgau XXXVII Gazeta Horyniecka

(Młodów), wstąpił do Legionu Wschodniego na ochotnika już 1 sierpnia 1914 r. Od 1 maja do 16 października dowodził plutonem, a potem kompanią podczas majowej ofensywy austriacko-niemieckiej. W grudniu 1918 roku brał udział w wojnie polsko–ukraińskiej o Lubaczów, Basznię, Horyniec, Niemirów, Wisienkę, Mościska, Sambor, Stryj, Stanisławów i inne miasta. W latach 1923 – 1932 kierował Szkołą Powszechną w Horyńcu. O budowie pomników w X Rocznicę Odzyskania Niepodległości nie decydowali mieszkańcy poszczególnych miejscowości: Horyńca, Brusna i Płazowa, lecz władze powiatowe w Lubaczowie, a inicjatywę przedsięwziął Prezes Związku Obrońców Lubaczowa ppr. Romuald Gajewski, urodzony w Opace, leśniczy mieszkający w Sieniawce, wyprowadzony wraz z rodziną przez NKWD w Wielki Piątek 1940 r. z kościoła w Baszni i wywieziony na Sybir. Karol Sander i Romuald Gajewski, urodzeni w miejscowościach przyległych do Lubaczowa, oficerowie tzw. kompanii lubaczowskiej 9. pp biorącej udział w/w wojnie polsko– ukraińskiej mieli więc kompetencje i możliwości realizacji wspomnianego dzieła. Z relacji ppr. Karola Sandera wynika, że Polacy

Tablica na krzyżu nagrobnym Ludwika Gilowskiego.

w bitwie na odcinku Horyniec – Rawa Ruska w dniu 26. XII. 1918 r. stracili 9 żołnierzy. W księdze zmarłych widnieją dwa nazwiska poległych polskich żołnierzy, pochowanych 27 i 28 grudnia: Jana Buryło, lat 28, ur. w Łowcach i Leopolda Bernatowicza, lat 19, ur. w Szówsku w powiecie jarosławskim. Z relacji ppor. Karola Sandera wynika, że Polacy stracili 9 żołnierzy. Wymienia on jeszcze Kazimierza Nowickiego, który mógł zginąć w innej miejscowości, bowiem bitwa przebiegała wzdłuż torów kolejowych Horyniec – Sioło w kierunku Rawy Ruskiej. Na pewno na cmentarzu w Horyńcu pochowany jest Leo Pietruszka lat 20, poległ w Smolinie 25 marca 1919 r. Natomiast o gwardian Kalikst Figura pisze, że: „Dnia 26 grudnia już rano patrole ukraińskie uwijały się po Horyńcu, zaczepiając naszych ludzi udających się do kościoła. „Około południa rozpoczęła się bitwa ukraińskich żołnierzy z garstką legionów polskich i znowu ci /Polacy/ odparci zostali, zostawiając kilku zabitych, których 6 pochowałem na cmentarzu.” Na ich wspólnej mogile 3 maja 1928 r. postawiono Pomnik Niepodległości. W następnych wydaniach Gazety Horynieckiej przedstawię sylwetki wymienionych oficerów.

s. 9


Leszek Jankiewicz

SAMOTNA ŻOŁNIERSKA MOGIŁA Ziemia na której walczyliście Nie dla wszystkich była ojczyzną Teraz Was obejmuje I jest Waszą matką. (Inskrypcja z obelisku na cmentarzu z I Wojny Światowej – Rogi, woj. podkarpackie)

P

ierwsza Wojna Światowa nie oszczędziła również okolic Horyńca. W wyniku zdecydowanej ofensywy państw centralnych, zapoczątkowanej przełamaniem rosyjskiej linii obrony pod Gorlicami w maju 1915 roku, arena walk Frontu Wschodniego przesuwała się w kierunku wschodnim i północnym. Dwie carskie armie zajęły silnie umocnione pozycje na przedpolach Lubaczowa. W dniach od 12 do 15 czerwca 1915 r. toczyły się walki o przełamanie frontu w rejonie Oleszyc i Lubaczowa. Rosjanie rozpoczęli odwrót w celu obrony Lwowa, który ostatecznie został zdobyty 22 czerwca 1915 r. Natomiast na trudnych topograficznie terenach Roztocza działania wojenne trwały nadal (1). Walki w tym okresie przyniosły ogromne straty w walczących oddziałach, sięgające po obu stronach tysięcy zabitych, rannych i wziętych do niewoli. Rozmach przeprowadzanych działań wojennych, przypadających na ciepłe miesiące roku zmuszał służby sanitarno-kwatermistrzowskie do pośpiesznego grzebania poległych. Nie bez

znaczenia dla tej czynności była ciągle zmieniająca się sytuacja na poszczególnych odcinkach frontu. Poległych grzebano w umundurowaniu, bez trumien, w dość płytkich pojedynczych grobach, bądź w głębokich zbiorowych mogiłach, z zachowaniem odrębności armijnej. Po przejściu frontu tereny walk znalazły się pod okupacją austriacką i jednym z zadań terenowej administracji okupacyjnej było uporządkowanie terenu po działaniach frontowych, w tym rozwiązanie problemu opieki nad licznymi i rozrzuconymi po całym terenie grobami wojennymi (2). Władze walczących krajów zdawały sobie sprawę z etycznej i politycznej rangi zagadnienia. Prace związane z grzebaniem i upamiętnianiem poległych miało prowadzić państwo, dysponujące odpowiednimi możliwościami i środkami. Monarchie przejmowały zatem tradycyjną rolę rodziny, przygotowując grób dla poległego i odwieczną funkcję społeczności lokalnej, budując cmentarze i zapewniając im wieczystą opiekę. Przyjęto też założenia, iż wrogi żołnierz, który poległ w walce, jest traktowany tak samo jak poległy żołnierz własnej lub sojuszniczej armii. Jednemu i drugiemu należał się godny pochówek i pamięć (3, 4, 5, 6, 7). W 1915 r. powołano Oddział Grobów Wojennych C. i K. Komendantury Wojskowej (Kriegsgräber-Abteilung K.u.K. Militär-Kommando) i obejmująca Galicję Środkową.

Inspekcja Grobów Żołnierskich w Przemyślu rozpoczęła działalność jesienią 1916 r. Nie zachowały się informacje o faktycznej liczbie i lokalizacji wybudowanych na tym terenie cmentarzy, nie były one też numerowane. Na większości cmentarzy Galicji Środkowej budulcem było drewno, sporadycznie stawiano centralne obeliski z tablicą inskrypcyjną. Prawo do posiadania pojedynczego grobu zagwarantowane było dla oficerów i żołnierzy, którzy wykazali się największą odwagą i poświęceniem. Reszta żołnierzy chowana była różnie – zidentyfikowanych starano się pochować w mogiłach pojedynczych, jednak gdy ciała pozostawały nierozpoznane grzebano je we wspólnej, masowej mogile, liczącej czasem nawet kilkaset zwłok (7). Stosownie do życzeń niemieckiego Ministerstwa Wojny – żołnierzy niemieckich chowano na oddzielnych cmentarzach, a co najmniej w kwaterach wydzielonych na cmentarzach wspólnych (4). Przepisy przewidywały również możliwość uwzględnienia życzeń rodziny w ostatecznej formie pochówku (3). Większość poległych w tych okolicach żołnierzy pochowano ostatecznie na cmentarzach wojennych w Nowym Bruśnie, Nowinach Horynieckich, Werchracie oraz przy klasztorze na wzgórzu Monasterz. Na pierwszym z wymienionych spoczywają przede wszystkim polegli w dniach 18-19 czerwca 1915 r., w czasie walk w dolinie Brusienki: 202 niemieckich żołnierzy z bawarskich batalionów rezerwowych oraz nieznana liczba żołnierzy rosyjskich. Na drugim, zlokalizowanym na stokach Pańskiej Góry, utworzonym w 1923 r. poprzez komasację mogił położonych w najbliższej okolicy, pochowano około tysiąca żołnierzy o nieznanej przynależności do jednostek czy armii. Na cmentarzu w Werchracie pochowano nieznana liczbę żołnierzy Armii Cesarsko-Królewskiej, a przy monasterskim klasztorze 16 żołnierzy niemieckich i rosyjskich

Nagrobek Heinricha Bolte. Chmiele-Lasowa - gmina Horyniec-Zdrój

s. 10

XXXVII Gazeta Horyniecka


poległych w walce o wzgórze w czerwcu 1915 r. Jednak nie wszystkich poległych ekshumowano i przenoszono na wojenne cmentarze. Najbardziej znanym tego przykładem jest grób Alfreda Wittmanna z Kempten, podporucznika 19. Bawarskiego Rezerwowego Pułku Piechoty, który zginął w pobliżu Nowin Horynieckich. W 1923 r. krzyż przywiozła i ustawiła na grobie jego matka. Inskrypcja wspomina o stracie trzech synów poległych na różnych frontach wojny światowej (8). Materiał, z którego wykonano krzyż oraz wypukłe liternictwo znacznie odbiegają od wyglądu setek krzyży spotykanych w okolicy. Jednak nie jest to jedyny indywidualny grób niemieckiego żołnierza na tym terenie. Wąwozy pomiędzy dawnymi przysiółkami Chmiele i Lasowa kryją inny krzyż. W przeciwieństwie do poprzedniego, ten z pewnością pochodzi z warsztatów bruśnieńskich. Napis na nim wskazuje, że został tu pochowany podoficer Heinrich Bolte z Oldenburga, który zginął dnia 25 czerwca 1915 r. Heinrich Bolte urodził się 2 marca 1886 r. w Löningen. Po maturze wstąpił do 91. Pułku Piechoty w Oldenburgu a 20 października 1914 wyruszył na front, najpierw do Francji a później do XXXVII Gazeta Horyniecka

Galicji. Na tyłach frontu dokształcał się w szkółce podoficerskiej (9) . W końcu maja 1915 r. w Galicji został włączony do działań frontowych jako podoficer w 5 kompanii. W dniu 23 czerwca 1915 r. jego jednostka otrzymała rozkaz przegrupowania i wyruszyła w kierunku Dziewięcierza, gdzie wieczorem zajęła wyznaczone pozycje (10). Tego dnia Bolte napisał list do rodziców: „Kochani rodzice! Od wczoraj mamy spokój. Dotychczas gnaliśmy w marszowym pościgu w pierwszej linii na Rawę Ruską (teraz już jest w naszych rękach). Rosjanie nie wdawali się do większych walk, tylko mniejsze oddziały próbowały nam przeszkadzać w marszu. Wszystkie rosyjskie, znakomicie urządzone pozycje zostały opuszczone. W ostatnich dniach nie ponieśliśmy prawie żadnych strat. Tysiąckrotne serdeczne pozdrowienia. Wasz Heini.” (9) Następnego dnia przyszedł rozkaz do przygotowania ataku. Rosjanie silnie obsadzili Werchratę, natomiast okolice wsi Lasowa były słabo bronione a sama wieś była wolna od wojsk rosyjskich. Rankiem 25 czerwca, pod osłoną porannej mgły kompanie II i III batalionu 91. Oldenburskiego Pułku Piechoty przeszły pod Werchratę i Niedźwiedzie. Batalion III napotkał silne przeciwuderzenie Rosjan na przedpolach Werchraty. Batalion II zdobywał korzystniejszy do walki teren. Wzgórze 341 zostało zdobyte już o godzinie 6 rano. Siódma kompania zdobyła północno-zachodni skraj lasu, na południe od kamieniołomu, a 8 kompania podeszła nawet na odległość 150 m pod silnie obsadzone pozycje rosyjskie w kamieniołomie. Piąta kompania posuwała się wężykiem w dolinie, mimo że raził ją silny ogień flankowy. Heinrich Bolte został postrzelony w pierś i zginął na miejscu. Dowódca 5. kompanii podporucznik rezerwy Paul Backhaus, którego Bolte był ordynansem, wkrótce potem nagle zasłabł i zmarł na zawał serca. Pod wieczór nadciągnęła burza, głębsze doliny zamieniły się w rwące potoki, rosyjskie okopy wypełniły się wodą, tak, że ich obrońcy w strachu przed utonięciem wybrali niemiecką niewolę (10).

Podoficer Heinrich Bolte został pochowany w miejscu gdzie zginął. Nie wiemy kto pokrył grób betonową płytą i wystawił w tym miejscu krzyż z bruśnieńskiego kamienia. Obecnie stoi uszkodzony i zapomniany na skraju roztoczańskiego lasu i tylko leśne ptaki czasami przysiadają na jego ramionach. Literatura: 1. Banbor J.: Bitwa o Lubaczów w 1915 r., Rocznik Lubaczowski, 1997, VII, 95-107 2. Maleszyk R.: Cmentarze Wojenne z okresu I wojny światowej na Lubelszczyźnie. Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska Lublin – Polonia., 1997/1998, LII/LIII, 251-269 3. Wygoda J., Pomnij, że ziemia po której stąpasz setki poległych tu grzebie,. Skarby Podkarpackie. 4 (29), 2011, 28-30 4. Pencakowski P. Zapomniane pomniki niczyich bohaterów. Wobec Thanatosa - Galicyjskie cmentarze wojenne z lat 1914 – 1918. Vergessene Denkmäler heimatloser Helden. Katalog wystawy w MCK listopad - grudzień 1996. Kraków 1996 5. Schubert J., Organizacja grobownictwa wojennego w Monarchii AustroWęgierskiej. Dziewiąty Wydział Grobów Wojennych (Kriegsgräber-Abteilung) przy Ministerstwie Wojny – powstanie i działalność w latach 1915-1918. Czasopismo Techniczne. Architektura., 2009, 106, z-3A, 169-200 6. Schubert J., Służby grobownicze armii austro-węgierskiej, niemieckiej i rosyjskiej w czasie I wojny światowej (1915-1918). Czasopismo Techniczne. Architektura., 2011, 108, z-5A, 201-224 7. Schubert J., Pochówki żołnierskie w tradycji historycznej do czasów I wojny światowej. Powstanie cmentarzy wojskowych. Czasopismo Techniczne. Architektura., 2011, 108, z-5A, 173-200 8. Uliasz B., Cmentarze, kwatery i mogiły wojenne na podkarpaciu. Rezszów 2006, T. 1, 222225 9. Oldenburger Jahrbuch für Altertumskunde und Landesgeschichte, Kunst und Kunstgewerbe 1916-17., Oldenburg 1917., 16-19 (zebrał i tłumaczył Stanisław Baran) 10. Die Geschichte des Oldenburgischen Infanterie-Regiments Nr. 91. Mit Unterstützung von Kriegskameraden, nach den amtlichen Kriegstagebüchern und persönlichen Aufzeichnungen bearbeitet. OldenburgBerlin 1930., 138-139 (zebrał i tłumaczył Stanisław Baran).

s. 11


Leszek Jankiewicz

JESIENNA WYCIECZKA

P

aździernik a temperatury jak w lecie. Trzeba korzystać ze sprzyjającej pogody, nie wiadomo jak długo potrwa wyjątkowa w tym roku jesień, sucha i słoneczna. Jedziemy więc z Lublina na Południowe Roztocze. Samochód zostawiamy w pobliżu dawnego PGR Niwki Horynieckie. Przy krzyżu, oświetlonym właśnie porannym słońcem. Od bieli krzyża jaskrawo odcina się fiolet kępy zasadzonych za nim kwiatów, soczysta zieleń łąki oraz pomarańczowo-żółte liście drzew. Pakujemy do plecaków rzeczy potrzebne na całodzienną wędrówkę. Plan na dzień dzisiejszy? Słabo sprecyzowany. Jeden tylko pewny punkt programu – odszukać ostatni z trzech krzyży na Łużkach, a dalej… tam gdzie nogi poniosą, tam gdzie oczy wypatrzą coś ciekawego. Wyruszamy w kierunku wschodnim, brzegiem polany. Cieszymy oczy kontrastem zielonej trawy i pełnej gamy kolorów jesiennych liści. Na źdźbłach trawy jeszcze rosa ale wyżej słońce już osuszyło purpurowe owoce dzikiej róży. Wchodzimy w las. Wokół ślady po wycince i zwózce drewna – cały ten obszar mocno ucierpiał z powodu lodołomów sprzed dwóch lat. Nie ma już kikutów drzew, które straszyły jeszcze na wiosnę. Większe pnie usunięto, lecz pozostały sterty gałęzi i drogi rozryte ciężkimi maszynami. Idziemy drogą, która niegdyś łączyła odległe przysiółki. Mijamy ogromną kępę fioletowych kwiatów takich jak przy napotkanym na początku drogi krzyżu, to widomy znak, że kiedyś znajdowały się tu domostwa. Na kwiatach spóźniony motyl, pewnie ciepło wywabiło go z zimowej kryjówki. Przed nami duża polana, a na jej skraju krzyż. To pola dawnego przysiółka Szustaki a krzyż postawiono staraniem gromady w 1891 roku. Pewnie strzegł skrzyżowania, a może wystawiono go by chronił ludzi od zarazy. Za krzyżem rozległa, pawie płaska łąka. Towarzyszka mojej wędrówki ocenia ja okiem „koniarza” – doskonała do galopów. Planuje s. 12

już przyprowadzenie tu zastępu jeźdźców. Zanim przemierzymy widoczną przed nami łąkę skręcamy przez las w lewo, tam gdzie prześwituje następna polana. Mijamy kilka olbrzymich drzew owocowych – to stare trześnie o charakterystycznej łuszczącej się okrężnie korze. Ciekawe czy zasadził je ktoś celowo, czy może w czasach gdy było tu gwarno od ludzi uprawiających te pola, jakaś dziewczyna czy chłopak strzelał da zabawy pestkami jedzonych czereśni? Nie dowiemy się tego już nigdy. Polana, do której dochodzimy nie jest porośnięta trawą, to poletko sadzonego przez leśników słonecznika bulwiastego, czyli topinamburu. Podobno bulwy są jadalne, mają słodkawy smak i można je przyrządzać jako warzywo. Nie wiem jak smakują ludziom ale dla dzików z pewnością są przysmakiem gdyż całe pole jest dokładnie zbuchtowane. Dochodzimy do brzegu polany. Zbocze obniża się gwałtownie. Jeszcze niedawno rósł tu gęsty las, teraz z rzadka pozostały dorodne sosny. Reszta padła pod ciężarem lodu. Wracamy na pole Szustaków. Z kilku ścieżek przecinających łąkę wybieramy biegnąca najbliżej jej południowej granicy, wzdłuż skarpy zbocza opadającego ku szosie. Idziemy kilkaset metrów podziwiając rozległy w tym miejscu krajobraz, a szczególnie przeciwległe zbocze doliny iskrzące się w słońcu wszelkimi odcieniami jesiennych pasteli. Z daleka spostrzegamy olbrzymie drzewo na przeciwległym krańcu polany. W przeciwieństwie od innych drzew, pokrytych jeszcze listowiem, odbija się czernią poskręcanych gałęzi. To stara jabłoń, owocami której gasili pewnie pragnienie pracujący na polach wieśniacy. Tuż dalej droga wchodzi w las i dość stromo sprowadza nas na dno doliny, gdzie biegnie droga asfaltowa, na szczęście dostępna tylko dla leśników. Stad już blisko do głównego celu naszej wycieczki ale nas kusi całkiem przeciwny kierunek. Przysiadamy na chwilę na sągu metrówek by posilić się

Ruiny domostwa na Roztoczu Południowym

nieco i ruszamy asfaltem w kierunku północy. Podziwiamy różnorodne wybarwienia drzew, kontrastujące w tych okolicach z zielenią nasadzonych kilkanaście lat temu świerków. Wstępujemy na chwilę do stojących w pobliżu drogi resztek następnego krzyża. Wskazuje on, wraz z kilkoma potężnymi drzewami, miejsce gdzie niegdyś stały chałupy przysiółka Szupry. Nieco dalej spostrzegamy rozpadlinę głębokiego wąwozu. To nic, że prowadzi w stronę, z której dopiero co przyszliśmy. Przeważa chęć spenetrowania nieznanego fragmentu okolicy. Zagłębiamy się w wilgotny parów i już po kilkudziesięciu krokach napotykamy stado dorodnych łani. Stoimy chwilę mierząc się wzrokiem, wreszcie gdy sięgam po aparat fotograficzny spłoszone zwierzęta oddalają się wielkimi susami. Pniemy się dalej – droga doprowadza nas do zniszczonego lasu, który już widzieliśmy z góry. Przedzieramy się na przełaj przez wykroty. Niemal potykam się o róg pozostawiony przez koziołka. Zabieram go ze sobą, dołączy do wielu takich znalezisk, budzących miłe wspomnienia gdy spocznie na nich wzrok. Powoli schodzimy w dolinę. Nie chce nam się iść asfaltem w kierunku zbiornika wodnego i ścieżki prowadzącej na Zaniemicę więc bez drogi wspinamy się na przeciwległe zbocze. Las tutaj inny niż dotychczas. Stromy stok porasta świetlista buczyna. Pod nogami szeleści dywan złotych liści, gdzieniegdzie wystają ze zbocza omszałe kamienie. Trzeba te z uważać na głębokie jamy wykopane zapewne przez borsuka. Na szczycie zbocza napotykamy starą leśną drogę, która wyprowadza nas na południowy kraniec pól dawnego przysiółka Zaniemica. Teraz też są tu pola uprawne i nowa droga leśna wybudowana zeszłej jesieni. Spoglądamy na połacie zielonej trawy i brunatnych bruzd XXXVII Gazeta Horyniecka


zaoranej ziemi. A wszystko to wieńczy błękit bezchmurnego nieba. Odnajdujemy wzrokiem kępę drzew, w której skrywa się następny krzyż, ozdobiony charakterystycznym rysunkiem czaszki i skrzyżowanych piszczeli. Nie wchodząc na polanę kierujemy się na południe drogą prowadzącą grzbietem wzniesienia. Z oddali słyszymy ludzkie głowy. Czyż nie jesteśmy jedynymi turystami przemierzającymi tego dnia roztoczańskie ostępy? Okazuje się, że kilkunastoosobowa grupa kobiet i mężczyzn sadzi las. Przyglądamy się chwilę jak przygotowują sadzonki obcinając maczetą zbyt długie korzenie sadzonych drzewek i jak zręcznie sadzą je w bruzdach pozostawionych przez jakąś olbrzymią maszynę. Za kilkadziesiąt lat wyrośnie tu nowa buczyna. Na przełaj obniżamy się ku dolinie. Wychodzimy w miejscu, w którym byliśmy już kilka godzin temu. Skręcamy w kierunku pozostałości po przysiółku Łużki. Jeszcze kilka lat temu można było przemierzać te tereny bez problemu, jednak potem zadomowiły się tu bobry. Z niewielkiego strumyka biorącego początek z pobliskiego źródła stokowego powstały rozległe rozlewiska zajmujące całe dno doliny. Według starych map domostwa wsi były zlokalizowane w dwu skupiskach po obu stronach potoku. Po jego stronie wschodniej zachowały się jeszcze w całkiem niezłym stanie dwa krzyże, w tym jeden tuż przy wspomnianym źródle. Natomiast przy zagrodach po zachodniej stronie pozostały ponoć resztki krzyża w postaci ułomka ramion z zarysem postaci Chrystusa. Już kilkakrotnie podejmowałem próby odnalezienia tego krzyża, jednak bezskutecznie. Miałem nadzieję, że w październiku jesień pokona już bujną roślinność porastającą teren wioski. Niestety tegoroczna jesień znacznie odbiega od przeciętnych i nadal większość liści pozostaje na gałęziach. Zlokalizowaliśmy kamienne pagórki będące resztkami podmurówek, ślady drogi ze starymi lipami na poboczu. Ktoś penetrował ten teren z wykrywaczem metalu gromadząc w jednym miejscu XXXVII Gazeta Horyniecka

znalezione artefakty – piłę, zawiasy i okucia do drzwi, resztki nieznanych urządzeń. Oparty o słupek działowy nieregularny kawałek kamienia może być poszukiwanym fragmentem krzyża ale nie jesteśmy pewni. Trzeba tu będzie wrócić za kilka tygodni, może większą grupą, by dokładniej przeszukać teren. Minęło już południe i zmęczyło nas przedzieranie się przez chaszcze. Na skraju bobrzego rozlewiska rozpalam ognisko i za chwilę pieczemy kiełbasę nad ogniem. Posiłek w tej scenerii smakuje doskonale. Po krótkiej sjeście czas wyruszać dalej. Zalewam żar ogniska wodą ze zalewu i przez las udajemy się w kierunku Dunajeckiej Doliny. Przy zarośniętej drodze trafiamy na stary krzyż a nieco dalej opuszczone gospodarstwo. Z roku na rok nad częścią chałupy dach zapada się coraz głębiej. Aura nie oszczędza leżących na podłodze resztek łóżeczka, starych pocztówek, butelek. Natomiast kierując się z sieni na prawo, za całkiem dobrze funkcjonującymi drzwiami, znajdujemy pomieszczenie, w którym ktoś od czasu do czasu pomieszkuje, pewnie pszczelarz doglądający kilku uli ustawionych przed domem. Na łóżku kłęby pościeli, na ścianach dość dobrze zachowane święte obrazy, na piecu resztki ozdobnej karafki. Nieco dalej następna zagroda. Ta jest przerobiona na dom letniskowy. Przez dziurawy płot wyskakują dwa duże psy z całkiem wyraźnymi zamiarami dobrania się do naszych nogawek. Pospiesznie idziemy dalej, na drzewie znak zielonego szlaku, jednak chcemy zobaczyć co będzie widać za pobliskim pagórkiem. Naszym oczom ukazuje się dość rozległa panorama z linią kolejową i szosą na pierwszym planie i wzgórzami, przez które biegnie granica na drugim. Znów zachwycamy się kolorami jesiennego lasu. Docieramy do następnych zabudowań i skręcamy pod górę, w kierunku lasu. Przy ostatnich zabudowaniach ktoś zagaduje nas zza płotu. Starszy człowiek w białych spodniach, białym kitlu i białym pszczelarskim kapeluszu dopytuje się gdzie podążamy. Nie chce zadowolić się

odpowiedzią, że idziemy gdzie oczy poniosą. Wychodzi do nas na drogę i zaczyna opowiadać o kilku księżach którzy przed kilkoma dniami tedy przechodzili i nie trafili tam gdzie chcieli. Jakby chciał nas odwieść od dalszej drogi. Jednak przyklęknąwszy na kolano opisuje nam topografię najbliższych okolic. Idziemy dalej starą drogą wijąca się brzegiem głębokiego wąwozu. Dochodzimy do polany z pięknymi, złocistożółtymi modrzewiami i szukamy zejścia w kierunku byłego przysiółka Hruszki. Przydaje się wykład pszczelarza, w narożniku polany odnajdujemy kontynuację drogi i nie musimy przedzierać się na przełaj przez las. Znów jesteśmy na zielonym szlaku turystycznym. Wzdłuż drogi oznaczonej kopczykami podwalin dawnych domów cofamy się szlakiem kilkaset metrów do krzyża stojącego ongiś na początku wsi. Potem wracamy, i kierujemy się do następnego krzyża w Sołotwinie. Nieco dalej wychodzimy na szosę prowadząca do Niwek Horynieckich. Tutaj klony zrzuciły już swoje żółtobrązowe liście i idziemy jakby po szeleszczącym dywanie. Zrobiło się już dość późno, dzień krótki, więc trzeba zrezygnować z następnych pomysłów i kierować się ku pozostawionemu samochodowi. Rezerwat jałowców mijamy patrząc w przeciwna stronę. Tam mienią się czerwienią kiście kaliny. Dalej kusi znajomy wąwóz prowadzący ku „Świątyni słońca”. W tej chwili podświetlony prawie poziomymi promieniami zachodzącego słońca wygląda bajkowo. Niestety trzeba wracać do domu. Przecież jutro znów będzie okazja do odkrywania nowych ścieżek. Trasa wycieczki przebiegała przez tereny Werchraty i Dziewięcierza. Przed wojną były to bardzo rozległe miejscowości, składające się z licznych przysiółków, czasami bardzo odległych od centrum administracyjnego i religijnego wsi. Niektóre z nich były większe - np. Łużki liczyły około 300 mieszkańców, inne mniejsze – np. Szupry obejmowały ledwie 7 gospodarstw. Napotkane po drodze krzyże, stawiane w pobliżu siedzib ludzkich, pochodzą z warsztatu bruśnieńskiego.

s. 13


Jolanta Dziubińska

Z ROZTOCZA NA KILIMANDŻARO

M

oja przygoda i fascynac ja Roztoczem Południowym zaczęła się wiele lat temu. Wtedy nawet nie znałam jeszcze tej nazwy, kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Horyńca - Zdroju w połowie lat 80. Od tamtej pory wracałam tu początkowo co 2-3 lata, a od 20 lat jestem co roku. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to moje i mojej rodziny ulubione miejsce na wakacje i krótsze wyjazdy weekendowe. Na przestrzeni tych lat mogłam też zaobserwować wiele zmian w wyglądzie i funkcjonowaniu zarówno Horyńca jak i okolic. Zawsze lubiłam wędrówki, podróże, przede wszystkim takie z plecakiem i aparatem fotograficznym. Na Roztoczu Południowym znalazłam do tego znakomite warunki – piękne zalesione wzgórza i wąwozy, tajemnicze zarośnięte wsie, opuszczone cerkwie. Moją pasją jest fotografia, a Roztocze to niewyczerpane źródło tematów i krajobrazów.   Z czasem zaczęłam się coraz bardziej interesować historią tych terenów, a w miarę upowszechniania się   Internetu – tam właśnie poszukiwałam informacji na ten temat, co ciekawego można zobaczyć w okolicy. Tak w 2003 roku trafiłam do Grupy Turystycznej Roztocze, która właśnie się zawiązała i rozpoczęła działalność. Tu poznałam grupę entuzjastów Roztocza i turystyki, z którymi przemierzałam roztoczańskie drogi i bezdroża. Spotykamy się online na naszej stronie internetowej, jak również w realu na rajdach. Wędrówki po szlakach, a częściej poza nimi, pokonywanie stromych wzniesień, przeprawianie się przez rwące strumienie, latem, jesienią i zimą – wszystko to przypomniało mi moje dawne marzenia o wędrówkach jeszcze dalej i jeszcze wyżej. Przez lata spędzone w domu i poświęcone rodzinie, wychowywaniu dzieci, trochę o nich zapomniałam. W 2007 roku, biorąc udział w szkoleniu z przedsiębiorczości, poznałam grupę wspaniałych kobiet które również miały s. 14

marzenia. Z marzeniami tak już czasem jest, że siedzą w nas ukryte głęboko, przyczajone, a kiedy się wreszcie obudzą i trafią na podatny grunt, to nie ma siły żeby je zatrzymać. Na którymś ze spotkań rozmawiałyśmy o determinacji, dążeniu do celu i o tym, że często nasze plany, marzenia wydają się wręcz nierealne. Dotyczy to różnych dziedzin życia – nowej pracy, zmiany zawodu, podjęcia się jakiegoś trudnego zadania, wyjazdu z rodzinnej miejscowości, założenia rodziny.  Oddalamy od siebie te plany myśląc „to nie dla mnie, nie potrafię, nie dam rady, nie mam tyle siły żeby sprostać   temu wyzwaniu”, rezygnujemy z nich.   To tak, jakby nagle ktoś, kto w ogóle nie chodził po górach, chciał wejść na Kilimandżaro.  Ten szczyt wydaje się tak odległy, tak wysoki, że po prostu nieosiągalny! Ale właściwie… dlaczego nie? Czy my, zwykłe kobiety, nie mające doświadczenia w chodzeniu po wysokich górach, nie dałybyśmy rady wejść na najwyższy szczyt Afryki? Nawet nie wiedziałyśmy wtedy jaką ma wysokość, ale pomysł już zakiełkował.   Kiedy się okazało, że to aż 5896 m n.p.m.,   musiałyśmy zmierzyć się z własnymi obawami i wątpliwościami. Założyłyśmy kobiece Stowarzyszenie Kilimandżaro i rozpoczęłyśmy przygotowania, które trwały 2 lata. Zbieranie funduszy (bo to droga impreza), organizacja wyjazdu i samego wejścia na szczyt, kompletowanie sprzętu i odzieży, treningi na siłowni, szczepienia - i w końcu udało się – we wrześniu 2009 roku grupa 12 kobiet w różnym wieku, o różnych zawodach i w różnych sytuacjach rodzinnych wyjechała do Tanzanii. Wiedziałyśmy już, że nie będzie łatwo, naczytałyśmy się wielu relacji z wypraw polskich i zagranicznych, łącznie z tym, że co roku umiera podczas wejścia na Kilimandżaro kilkanaście osób w wyniku choroby wysokościowej, która może zabić w pół godziny. Nie jest to więc banalna wycieczka, ale poważne i opatrzone ryzykiem przedsięwzięcie.

W drodze przez las deszczowy - fot. J.Dziubińska

Nic dziwnego, że i ja miałam wiele obaw związanych z taką wyprawą, tym bardziej, że mam rodzinę i pięcioro dzieci. W czasie prawie 4. tygodniowego pobytu w Horyńcu - Zdroju w sierpniu 2009 roku, na miesiąc przed wyprawą, czas spędzałam pod kątem niedalekiej podróży. Trenowałam na siłowni i basenie w Centrum Rehabilitacji Rolników KRUS oraz odbywając piesze wędrówki po okolicy. 13 sierpnia udałam się na pielgrzymkę do kaplicy Matki Bożej w Nowinach Horynieckich. Uczestniczę w tych pielgrzymkach co roku, kiedy tu jestem w czasie wakacji. Zawsze w wędrówce towarzyszy mi jakaś ważna intencja, wówczas było to udane i bezpieczne wejście na szczyt Kilimandżaro. Po zakończonej Mszy św. na polanie, dostałam od jednego z ojców Franciszkanów obrazek przedstawiający Matkę Bożą i trójkę dzieci, którym się objawiła w tym cudownym miejscu. Na dole podpis „Matka Boża Horynieckich Zdrojów”. Obrazek ten towarzyszył mi potem w wyprawie. Muszę powiedzieć, że wdrapać się na prawie 6000 metrów XXXVII Gazeta Horyniecka


wcale nie jest łatwo. Zdobycie najwyższego szczytu Afryki to duże wyzwanie dla amatorów. Jest to długi i wyczerpujący trekking, a choroba wysokościowa dość szybko daje się we znaki. Najważniejsza jest aklimatyzacja, czyli stopniowe przyzwyczajanie organizmu do wysokości. Naczelną zasadą przy wspinaniu się na Kilimandżaro jest wolne tempo, „Pole, pole” - co oznacza w języku suahili „wolniej, wolniej”. Przez pierwsze 3 dni przechodzi się przez różne krajobrazy i strefy klimatyczne. Startujemy z dżungli i idziemy krętą ścieżką biegnącą przez bujny las deszczowy, potem jest sawanna i piękne wrzosowiska, w otoczeniu lobelii i starców afrykańskich w coraz wolniejszym tempie pokonujemy kolejne etapy wędrówki. Wyżej jest alpejska roślinność typu tundrowego, potem pustynia na rozległym plateau, gdzie na wysokości powyżej 4000 m n.p.m. jesteśmy już bardzo zmęczone, wyczerpane coraz mniejszymi zasobami tlenu w powietrzu, bólem głowy i coraz wolniejszym tempem wędrówki. Lecz najtrudniejsze jest nocne wejście na brzeg krateru. Atak szczytowy rozpoczyna się o 1. w nocy z ostatniej bazy ze schroniskiem, Kibo Hut, na wysokości 4700 m n.p.m.   Po ok. 6-7. godzinach stromego podejścia „zygzakiem” dochodzi się do Gilman’s Point (5681 m n.p.m.), czyli punktu położonego na szczycie wulkanu,  a po kolejnej godzinie można stanąć w najwyższym punkcie Afryki - Uhuru

Peak (5896 m n.p.m.). Była to najcięższa noc w moim życiu. Ubrane na cebulkę, w podwójnych ciepłych czapkach i kominiarkach na twarzy, kapturach, dwóch parach ciepłych rękawic – w takim stroju poruszanie się samo w sobie już nie było zbyt wygodne. W ciemnościach rozświetlanych tylko nikłym światełkiem z latarki czołówki, przy temperaturze -15 C i silnym wietrze (co jeszcze potęgowało odczucie zimna), w coraz bardziej rozrzedzonym powietrzu (na tych wysokościach tlenu jest 50% mniej niż na poziomie morza) każdy krok stanowił wyzwanie. Po kilku krokach musiałyśmy przystawać i ciężko dysząc nabrać więcej powietrza w płuca. I tak rytm wyznaczało liczenie – 20 wolniutkich kroków i dyszenie, wyrównywanie oddechu, potem coraz częstsze przystanki – już tylko 15, potem 10 kroków pomiędzy nimi, na koniec chyba nawet 5. Patrząc przed siebie, a raczej w dół pod nogi, widziałam tylko majaczące w ciemnościach buty osoby idącej przede mną. Patrząc w górę widziałam czerń nieba, gdzieniegdzie usianą migoczącymi światełkami gwiazd, a coraz częściej światełkami czołówek i latarek ekip, które wyruszyły wcześniej lub które szły szybciej i już mnie minęły. Podczas takiej wyprawy trzeba pić dużo wody co zapobiega wystąpieniu choroby wysokościowej. Jednakże na tym etapie wspinaczki, nawet tak prozaiczna czynność  nie jest już taka prosta. W obawie przed zamarznięciem, plastikową butelkę z

wodą umieściłam głęboko na dnie plecaka. Wyjęcie jej za każdym razem kiedy chciałam się napić, było niezwykle uciążliwe, wiązało się ze zdejmowaniem i zakładaniem całego plecaka. A każdy dodatkowy ruch potęgował zadyszkę. Tlenu z każdym pokonanym metrem coraz mniej,  zmęczenie coraz większe i coraz częstsza myśl „czy   uda mi się pokonać kolejne sto, kolejne dziesięć metrów?”. Po jakimś czasie rozdzielamy się na 3 grupy, bo mamy różne tempo wspinania się. Przewodnicy również się rozdzielają, tak aby w każdej grupce był przynajmniej jeden lub dwóch i mógł w razie potrzeby zejść szybko na dół z osobą, która źle się poczuje. Mniej więcej w 2/3 podejścia dopadł mnie straszliwy kryzys. Chciało mi się okropnie spać, było mi zimno i czułam się zupełnie otępiała. Stanęłam i nie miałam siły zrobił choćby jednego jeszcze kroku. Opiekun grupy obawiając się, że senność to objaw zaczynającej się choroby wysokościowej,   zasugerował   żebym wróciła do schroniska Kibo Hut u podnóża wulkanu. Wtedy postanowiłam walczyć. Pomyślałam o moich dwóch córkach, dla których chciałam być przykładem, że kobiety mają siłę o której nawet nie wiedzą. Zaczęłam się też modlić i prosić Matkę Bożą z Nowin Horynieckich o wstawiennictwo. Odpoczęłam jakieś 15-20 minut, napiłam się gorącej herbaty z termosu, zjadłam wzmacniający baton i kostkę czekolady, i powolutku   już tylko sama z przewodnikiem, bo grupa poszła do przodu nie czekając,  rozpoczęłam ponowną wspinaczkę. Wydawało mi się, że trwa to nieskończenie długo, pewnie były to 2 godziny, chociaż w tamtej chwili zupełnie straciłam rachubę czasu. Ciągle pytałam przewodnika czy daleko jeszcze, a on niezmiennie odpowiadał że już tylko kilkadziesiąt metrów. Była to nieustająca walka z narastającym zmęczeniem i odczuwalnym rozrzedzeniem powietrza. Po drodze spotkałam też ludzi, którzy nie mając już

U szczytu Kilimandżaro - fot. J.Dziubińska XXXVII Gazeta Horyniecka

s. 15


siły na dalszą wędrówkę, zawracali z drogi i schodzili do obozu. To mnie jeszcze bardziej motywowało i uparcie pięłam się pod górę. Blisko krawędzi krateru zastał mnie świt – najpiękniejszy wschód słońca, jaki widziałam w życiu - rozświetlony horyzont z lekką krzywizną potwierdzającą, że ziemia jest kulą i coraz wyraźniejszym zarysem pobliskiego wierzchołka Mawenzi. Wyjęłam z plecaka aparat fotograficzny, zdjęłam dwa komplety rękawic i drętwiejącymi z zimna palcami zrobiłam kilka zdjęć. Zebrałam wszystkie siły, kręta, kamienista ścieżka wśród skał stała się już widoczna, jeszcze pół godziny i wreszcie stanęłam na najwyższym wulkanie i szczycie Afryki. Myślałam, że zobaczę słynne śniegi Kilimandżaro, ale wokół był tylko szary wulkaniczny popiół i ostre skały i tylko po przeciwnej stronie krateru widać było lodowce. Część grupy, która najszybciej weszła na Gilman’s Point, od razu poszła dalej aż do Uhuru Peak, co zajmuje kolejną godzinę marszu brzegiem krateru. Pozostałe koleżanki i ja, które weszłyśmy później, już miałyśmy na to za mało czasu. Wcześniejsza instrukcja w takiej sytuacji nakazywała krótki odpoczynek i samodzielne zejście do schroniska. Jednak świadomość, że udało mi się wspiąć tak wysoko, pokonać własne słabości i wyczerpanie, osiągnąć cel, wynagradzała te godziny męki. Z 12 uczestniczek wyprawy na szczyt weszło 9. Średnia wszystkich wypraw to zaledwie 40% wejść, więc nasz wynik jest całkiem dobry. Siedząc „na dachu Afryki” byłam oszołomiona, ale szczęśliwa i dumna z siebie. Kluczowa okazuje się psychika, dziś wiem, że wchodziłam nie nogami, a głową. Wierzę też, że ten przypływ sił w najtrudniejszym dla mnie momencie zawdzięczam opiece Matki Bożej Horynieckich Zdrojów. Jeszcze kilka zdjęć dla upamiętnienia sukcesu i trzeba schodzić w dół, po drodze zdejmując kolejne części odzienia, bo przestał wiać wiatr, a w gorących promieniach afrykańskiego słońca zrobiło się już całkiem ciepło w porównaniu z nocnym mrozem. Po 2 godzinach odpoczynku s. 16

Autorka artykułu w trakcie wspinaczki

w Kibo Hut i zebraniu się całej grupy trzeba jeszcze zejść do poprzedniej bazy Horombo Hut, czyli kolejne 6 godzin w drodze. W sumie ta ostatnia noc i dzień to było 19 godzin marszu i wspinania się, a różnica wysokości, którą zaliczyłam w obie strony wynosiła +981 m oraz  -1901 m. Po powrocie do kraju doszłyśmy do wniosku, że Kilimandżaro to nasz pierwszy zdobyty wulkan, ale nie będzie ostatnim. Poczułyśmy naszą kobiecą siłę, która wybuchła tak jak wulkan i postawiłyśmy przed sobą nowe wyzwania – będziemy zdobywać najwyższe i najpiękniejsze wulkany poszczególnych kontynentów. Dołączyły do nas nowe

kobiety, a nasze kolejne sukcesy to: Ararat w Turcji (5137 m n.p.m., wrzesień 2012) i Demawend w Iranie, najwyższy wulkan Azji (5671 m n.p.m., czerwiec 2014). Wszędzie spotykamy się z bardzo ciepłym przyjęciem i dużym zainteresowaniem ze strony miejscowej ludności oraz przewodników, bo takich grup wyłącznie kobiecych i licznych (12-14 osób) się nie spotyka. Myślimy już o kolejnym wulkanie. Nasze hasło brzmi: Jesteśmy zwykłymi kobietami, które mają niezwykłe marzenia i siłę by je realizować. więcej zdjęć do tego artykułu na okładce

U szczytu Kilimandżaro - fot. J.Dziubińska XXXVII Gazeta Horyniecka


Grzegorz Ciećka

WYBORY SAMORZĄDOWE W HORYŃCU-ZDROJU

W

ybory w Horyńcu pokazały przede wszystkim solidarność społeczną. Szczególnie była ona potrzebna w przypadku wyborów do Rady Powiatu. Jesteśmy w okręgu razem z gminami Narol i Cieszanów, które mają więcej mieszkańców niż gmina Horyniec, stąd w przeszłości często bywało, iż odbierano nam radnych. Wystarczyło, że horyńczanie rozproszyli głosy, a nasi sąsiedzi koncentrowali głosy „na swoich”. To powodowało, że zostawaliśmy bez głosu w powiecie. Musiała się więc wyklarować grupa mocnych liderów. Nie dość, że było aż 18. kandydatów z gminy Horyniec-Zdrój, to można było głosować na ludzi z sąsiednich gmin. Marek Wiśniewski, będący już Radnym Powiatowym wydawał się naturalnym liderem, tuż za nim była Dorota Rachwalik z listy PSL. Te dwie osoby faktycznie zdobyły mandat zaufania wyborców i są w Radzie Powiatu. Nie wzięło się to z niczego, osoby te przeprowadziły bardzo intensywne kampanie wyborcze, podczas gdy inni kandydaci aż tak się nie zaangażowali. Horyniec mógł sprawić niespodziankę i odebrać radnego Narolowi lub Cieszanowowi, gdyby PiS lepiej ułożył listę w Horyńcu (było aż trzech kandydatów PiS z Horyńca). Komitet ten powinien od początku kampanii stawiać na jedną osobę. Ale niestety, zwyciężyła matematyka polityczna i nic z tego nie wyszło. Kampania solidarności w wyborach do Rady Powiatu nie wszędzie dotarła, w dodatku niestety wielu kierowało się osobistymi ambicjami, a nie dobrem społecznym. Mimo to jednak się udało, Horyniec wreszcie ma mocny głos w powiecie. Gratulacje dla Pani Doroty Rachwalik i Pana dra Marka Wiśniewskiego. Mamy bardzo aktywnych i merytorycznych radnych powiatowych! Wybory do Rady Gminy też były ciekawe. Ze względu na małe okręgi wyborcze, kandydaci na radnych mogli osobiście XXXVII Gazeta Horyniecka

zabiegać o głosy. Wielu postanowiło w ten sposób walczyć o mandat radnego, odwiedzając wyborców. Tutaj społeczeństwo horynieckie było bardzo solidarne, bo po dołączeniu dwóch radnych z PSL do Komitetu „Razem Zmienimy Horyniec”, utworzyła się Rada mająca większość w stosunku 10 do 5. Na uroczystej Sesji Rady Gminy 28 listopada br. odbyło się zaprzysiężenie radnych, wybrano też przewodniczącego Rady i jego zastępcę. Po raz drugi Przewodniczącym Rady Gminy Horyniec-Zdrój wybrany został Grzegorz Woźny, natomiast na jego zastępcę wybrany został Robert Szawara. Pozostali radni to: Antoni Rozwód, Barbara Jóźwik-Przednowek, Stanisław Antonik, Grzegorz Gruszczyk, Andrzej Nesterak, Krzysztof Woźny, Tadeusz Dziechciarz, Waleria Rejman, Bożena Wiśniewska, Wiktor Mazurkiewicz, Mieczysław Ślusarczyk, Zofia Zaborniak i Waldemar Nazarko. Taki skład Rady Gminy zapowiadał bardzo pozytywne rozwiązanie dla Horyńca w połączeniu z Radnymi Powiatowymi, którzy jasno określali swoje sympatie polityczne, jeżdżąc z Robertem Serkisem na spotkania wyborcze. Dodatkowo jeszcze do Sejmiku Wojewódzkiego dostał się Andrzej Nepelski z listy PSL, który ma korzenie na ziemi horynieckiej. Do pełni sukcesu brakowało jeszcze tylko odpowiedniego wójta. Na urząd wójta kandydowało w Horyńcu aż 5. kandydatów. Liczba ta pokazywała spore niezadowolenie społeczne z ówczesnego stanu rzeczy. Duże poruszenie wywołała na początku Beata Ługowska. Rozpoczęła kampanię najszybciej, na dodatek wspierał ją wicemarszałek Lucjan Kuźniar z PiS. Mocne poparcie struktur najpopularniejszej na Podkarpaciu partii sprawiało, że dużo się mówiło o tej kandydatce. Niestety jej głównym problemem było to, że nie była przez wielu w ogóle znana. Kojarzono ją często tylko

z działaniem w Kole Gospodyń Wiejskich. Sama kandydatka tłumaczyła się, że powód małej rozpoznawalności jej osoby wiązał się z brakiem możliwości działania w Horyńcu. Nasze władze niekoniecznie dawały społecznikom pole manewru. Na stanowisko wójta kandydował też Stanisław Łuczyszyn, ale niestety najpóźniej rozpoczął swoją kampanię i przez to wielu wyborców już ulokowało swoje sympatie gdzie indziej. Spore zainteresowanie wzbudzał Andrzej Stasicki. Przed wyborami krążyły wieści, że to właśnie on przejdzie do drugiej tury i zmierzy się w niej z Robertem Serkisem. Pan Stasicki zrobił mocną kampanię wyborczą, spotykał się z ludźmi i podczas spotkań wyborczych wywoływał duże emocje. To sprawiało, że o Nim się mówiło. Często był określany jako człowiek zdecydowany, z wizją, który zrobi porządek w gminie. W porównaniu z innymi kandydatami, to właśnie jego wyborcy najczęściej wyszukiwali w Internecie, chcąc znaleźć więcej informacji o nim. I tutaj pojawił się problem, bowiem nie miał on swojej strony internetowej. Dlaczego o tym wspominam? Okazało się, że gdy ogłoszono wyniki, do drugiej tury wszedł Robert Serkis (1138 głosów) jako lider i Ryszard Urban (491). Różnica między Andrzejem Stasickim (481), a Ryszardem Urbanem wyniosła tylko 10 głosów. Dalej była Beata Ługowska: (140) i Stanisław Łuczyszyn (104). Uważam, że Andrzej Stasicki był w stanie uzyskać te 10 głosów, gdyby tylko miał stronę internetową, czy też profil na Facebooku. Media te pozwoliłyby mu też na lepszy kontakt z wyborcami w II turze wyborów. Jednak wyborcy zestawili ze sobą dotychczasowego wójta i Roberta Serkisa. Od początku było wiadomo, że Robert Serkis, który zdobył 48% poparcie, zdeklasuje Ryszarda Urbana, który osiągnął w I turze tylko 20% głosów. Mimo to, urzędujący jeszcze wójt podjął walkę. Niestety, s. 17


zastosowane metody rywalizacji wyborczej nie przynoszą mu zaszczytu. W swoich materiałach wyborczych umieścił wizję, którą czytający interpretowali tak, że gdy on przegra, to Horyniec będzie zagrożony przez roszczenia dawnych właścicieli, którzy według niego mieli przejąć niemal cały Horyniec: „Utrata takich obiektów i dóbr jak Szkoły, GOK, Urząd Gminy, ŚDS, Park Zdrojowy, Sanatoria a zwłaszcza ujęcie wody leczniczej i kopalni borowiny grożą w najgorszym przypadku nawet zamknięciem obiektów sanatoryjnych.” Mieszkańcy Horyńca czytając takie rzeczy na materiałach wyborczych, nie mogli obojętnie przejść obok tak dużego zagrożenia, które rozpowszechniał urzędujący wójt. Dodatkowo w innym materiale mogliśmy przeczytać:„Swoją osobą gwarantuję kontynuację i ukończenie wielu rozpoczętych inwestycji, na które już pozyskałem środki zewnętrzne.” Tego typu treści interpretowane najczęściej były w ten sposób, że jak wygra przeciwnik wójta, to staną roboty w parku, że w Werchracie nie będzie przeprowadzonej kanalizacji, że droga do Nowin Horynieckich nie będzie remontowana. Ryszardowi Urbanowi dzięki oficjalnym materiałom wyborczym udało się wzbudzić duże zainteresowanie wymienianymi sprawami. Dodatkowo szybko zorganizowano spotkanie wyborcze, na którym (jak zapowiadano) odbędzie się dyskusja o tych tematach. Na spotkanie wyborcze przyjechało trzech posłów: Mieczysław Golba, Marek Kuchciński i Kazimierz Ziobro. Na tym spotkaniu, posłowie gorąco zachęcali na głosowanie na wójta, skupili się oni jednak bardziej na sprawach ogólnokrajowych, niż na „przedwyborczych zagrożeniach dla Horyńca”. Gdy padły z sali pytania na temat tego, co wie wójt na temat roszczeń dawnych właścicieli, obecni na sali nie uzyskali żadnych konkretnych odpowiedzi. Poseł Mieczysław Golba bardzo niejasno wypowiadał się o jakichś posiadanych informacjach, których jednak s. 18

Zaprzysiężenie Roberta Serkisa na Wójta Gminy Horyniec-Zdrój

nie może ujawnić. Obecni na sali oczekiwali konkretów, natomiast wójt i goście powiedzieli zasadniczo to, o czym każdy wiedział w Horyńcu - że od wielu lat trwa proces, w którym dawni właściciele usiłują odzyskać coś w Horyńcu, ale nie mogą i tak naprawdę w grę wchodzą tylko odszkodowania finansowe od Skarbu Państwa, co i tak jest wątpliwe. Zaczął się proces gaszenia emocji. Na drugi dzień spotkanie wyborcze w Horyńcu miał Robert Serkis. Spokojnie odpowiadał na pytania i nie pozostawił złudzeń przeciwnikom, nie dał się sprowokować. Podczas gdy wójt zrobił tylko jedno spotkanie wyborcze, Robert Serkis odwiedził każdą wieś w gminie po raz drugi. Jego kampania trwała do samego końca. Tuż przed ciszą wyborczą wyskoczyła zaskakująca wiadomość. Droga do Nowin Horynieckich, której remont przez całą kampanię wójt określał jako już pewny, że pozyskał nań fundusze i w 2015 roku będzie wykonany nagle po weryfikacji spadła w liście rankingowej z 17. na 23. miejsce i nie starczy na nią funduszy wojewódzkich. Na dwa dni przed wyborami prysła bańka mydlana. Ryszard Urban już o tym wiedział. Nikt nie mówił już o przejęciu Horyńca, nikt się nie przejmował, że zwycięstwo Roberta Serkisa spowoduje zaprzestanie prac w parku, czy też niepodejmowanie wdrożonych już inwestycji. Nic już nie wskazywało nagłego zwrotu akcji.

Parę godzin po zakończeniu ciszy wyborczej ukazały się oficjalne wyniki: Robert Serkis 1508 głosów, Ryszard Urban 508 głosów. Tylko 17 głosów więcej oddano na Ryszarda Urbana w porównaniu z I turą wyborów! Proporcja 75% do 25% pokazała, że społeczeństwo horynieckie postanowiło po 8. latach rządów wystawić surową ocenę wójtowi. Można sobie teraz zadać pytanie, jak przebiegłoby głosowanie, gdyby sztab Ryszarda Urbana postawił na merytoryczną dyskusję i zorganizowałoby debatę z Robertem Serkisem? Czy warto było skupiać się na negatywnym określaniu przeciwnika, podczas gdy Robert Serkis na swoich spotkaniach niemal wyłącznie mówił o swoim programie wyborczym? Po wyniku można wnioskować, że te działania przyniosły więcej szkód niż korzyści obecnemu wójtowi. Post scriptum: 4 grudnia 2014 roku w Gminnym Ośrodku Kultury odbyła się uroczysta Sesja Rady Gminy. Głównym jej punktem było złożenie ślubowania przez nowo wybranego wójta Gminy Horyniec-Zdrój – Roberta Serkisa. Po ślubowaniu, nowy wójt w swoim krótkim wystąpieniu podziękował poprzednikowi Ryszardowi Urbanowi, za jego wkład w rozwój Horyńca i obiecał - na ile to będzie możliwe, realizować swój program. Zaprosił do współpracy wszystkich Radnych, a także organizacje społeczne w Horyńcu cytując swoje hasło wyborcze „Razem Zmienimy Horyniec”. XXXVII Gazeta Horyniecka


Paweł Rydzewski – red. naczelny Gazety Horynieckiej

WYBORY SAMORZĄDOWE 2014 -KOMENTARZ SOCJOLOGA

P

ierwsza tura wyborów na stanowisko wójta gminy horynieckiej była poprzedzona kampanią pozytywną – w tym sensie, iż kandydaci w materiałach wyborczych podkreślali własne zalety. Druga tura – to w połowie kampania negatywna – urzędujący wójt skoncentrował się bowiem na ukazywaniu ryzyka związanego w wyborem kontrkandydata. Rzecz sama w sobie naganna nie jest, o ile ma się w zanadrzu fakty i dowody. Tych jednak zabrakło i skończyło się… wiemy jak. Ostatecznie Robert Serkis wygrał wybory zdecydowanie i praktycznie bezproblemowo, skupiając się na własnym programie wyborczym, nie musząc podejmować rzuconej mu rękawicy. Tak łatwego i spektakularnego zwycięstwa nowego wójta mało kto się w gminie spodziewał, a chyba najmniej – dotychczasowy wójt. Jak do tego doszło? Wydaje się, że Ryszard Urban nie docenił rywala, być może nawet nie sądził, że Robert Serkis jeszcze raz zechce się z nim zmierzyć. Wygląda na to, że dotychczasowy wójt nie przygotował „planu B” i dał się zaskoczyć. O słynnej ulotce można powiedzieć

wszystko, tylko nie to, że była elementem przemyślanej wcześniej strategii – to widać zarówno w treści, jak też jej formie. Podobnie można traktować spotkanie wyborcze z udziałem posłów, które z pewnością nie wywarło dobrego wrażenia, a u wielu uczestników wywołało wręcz poczucie niesmaku. Jak do tego wszystkiego doszło? Otóż „władza” często ma tendencję do odrywania się od rzeczywistości, socjologowie nazywają to alienacją władzy. Z czasem „władza” zaczyna coraz bardziej tracić kontakt z weryfikującą ją opinią społeczną. To doprowadza do powstania zniekształconego obrazu otaczającej rzeczywistości, w tym mylnego wyobrażenia o tym co jej faktycznie zagraża, a co wspiera. Jedną z przyczyn takiej sytuacji jest funkcjonowanie specyficznego filtru, który nie dopuszcza do „władzy” krytyki ludzie nie krytykują bo się boją, a nawet jak krytykują, to nie bierze się tego na poważnie lub zwalcza – zamiast rozważyć i zastanowić się. Dysponując mylnym oglądem rzeczywistości trudno jest przewidywać – zwłaszcza perspektywę własnej porażki.

Jednak Robert Serkis wygrał nie tylko wskutek słabości strategii głównego rywala, choć niewątpliwie to bardzo ułatwiło mu zwycięstwo. Wyborcy opowiedzieli się za Robertem Serkisem, a nie przeciwko dawnemu wójtowi. Jak inaczej wyjaśnić tak dużą przewagę tego kandydata na wójta nad wszystkimi rywalami w pierwszej turze kampanii wyborczej? Wyborcom zaproponowany został zupełnie inny styl sprawowania władzy w gminie i najwyraźniej tego właśnie oni oczekiwali. Połączone to zostało z lepszym wykorzystaniem nowych mediów, które – zwłaszcza ludziom młodym – kojarzą się z kreatywnością i nowoczesnością. Nie można pominąć jeszcze jednej kwestii – władza gminna nie istnieje w próżni, wokół też są gminy. Niezaprzeczalne sukcesy gminy lubaczowskiej oraz walory jej wójta są aż nazbyt wyraźne. Porównania nasuwały się same. W gminie horynieckiej ludzie złożyli swoje nadzieje w ręce nowego wójta. To jest ogromne zobowiązanie. Pamiętajmy jednak, że sukces Horyńca nie zależy tylko od jednej osoby. To jest szansa ale i zadanie dla wszystkich.

Szanowni mieszkańcy Gminy Horyniec–Zdrój! Pragnę bardzo serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy głosowali na mnie jako kandydata na wójta naszej gminy oraz na nasz komitet wyborczy. Wyniki wyborów do Rady Gminy w połączeniu z moim zdecydowanym zwycięstwem dają nam mandat do zarządzania horyniecką gminą, który oparty jest na bardzo dużym społecznym zaufaniu. Zrobimy wszystko, aby spełnić nadzieje, które są w nas pokładane. Program wyborczy, który Państwo w wyborach poparli będzie konsekwentnie realizowany. Zrobimy wszystko, aby nasza gmina zaczęła się dynamicznie rozwijać. Nasza wspólna mała ojczyzna ma ogromny potencjał, który mądrze wykorzystany podniesie poziom życia mieszkańców. Dziękując za dokonane wybory zapraszam jednocześnie wszystkich do współpracy na rzecz wspólnego dobra. Wierzę, że Razem zmienimy Horyniec! Robert Serkis, wójt Gminy Horyniec–Zdrój

W imieniu własnym oraz radnych z KWW „Razem Zmienimy Horyniec” bardzo dziękuję za wybór. Dołożymy wszelkich starań, aby dobrze służyć naszej gminie i przyczynić się do jej rozwoju. Grzegorz Woźny, przewodniczący Rady Gminy Horyniec-Zdrój XXXVII Gazeta Horyniecka

s. 19


Artur Pawłowski

SUBIEKTYWNA HISTORIA POCIĄGU „ROZTOCZE” Kolejowej sprawy początki

W

sumie to był przypadek, że udając się pierwszy raz na Roztocze wybrałem pociąg. Przypadek ten miał jednak dość istotne konsekwencje, bowiem do końca listopada 2014 r. wśród naszych pięknych wzgórz koleją przejechałem aż 55 547 km, korzystając z 516 tradycyjnych pociągów i szynobusów. Ten pierwszy raz przytrafił się w maju 1987 r. „Roztocze” – pociąg ekskluzywny Pociąg „Roztocze” już wówczas istniał, aczkolwiek pora jego kursowania nie bardzo mi pasowała, korzystałem więc z innych składów. W rozkładzie 1987/1988 był to ekskluzywny skład pospieszny (z wagonem barowym) kursujący w relacji Warszawa Zachodnia – Zamość/Chełm (wagony rozdzielano w Rejowcu). Pociąg wyjeżdżał z Warszawy Zachodniej o 19.55 i docierał do Zamościa o 1.30. Faktycznie można było nim dojechać na Roztocze, bowiem w Zawadzie (ostatnia stacja przed Zamościem) skład skomunikowany był z pociągiem osobowym do Bełżca (9 minut na przesiadkę). Tylko dlaczego wypadało to o 1.00 w nocy? No cóż, inne to były czasy. „Roztocze” – pociąg turystyczny Po raz pierwszy do pociągu „Roztocze” wsiadłem dopiero latem 1993 r., gdy niespodziewanie dokonano aż trzech zmian. Po pierwsze, godziny kursowania tego składu przeniesiono wreszcie na porę dzienną. Skład wyruszał teraz z Warszawy Zachodniej o 6.35. Po drugie, rozszerzono także relacje. Oprócz wagonów do Chełma i Zamościa, pojawiły się także wagony bezpośrednie do Bełżca. Po trzecie, zmieniono kwalifikację pociągu. Utrzymano odcinek pospieszny pomiędzy Warszawą i Lublinem, dalej – już do końca trasy – pociąg zamieniał się w zwykły osobowy i zatrzymywał na każdej stacji. O ile pomiędzy Lublinem i Rejowcem nie bardzo mnie to cieszyło, to s. 20

dalej i owszem. Szczególnie za Zawadą. Pociąg miał się wtedy bardzo dobrze. Frekwencja w grupie bełżeckiej była wysoka i to nie tylko w sezonie. Wagon barowy nadal był w składzie, ale jeździł w grupie wagonów do Chełma. „Roztocze” – pociąg międzynarodowy Istotna zmiana nastąpiła w ramach rozkładu 1996/1997, gdy wydłużono relację składu do Rawy Ruskiej na Ukrainie. Początkowo zainteresowanie tym odcinkiem było niewielkie i w sumie nic się nie działo. W rozkładzie 1997/1998 „Roztocze” stało się pociągiem pospiesznym już na całej trasie, zarazem przesunięto godzinę wyruszenia z Warszawy na 8.46. Pociąg jechał szybciej, ale do Bełżca przyjeżdżał dopiero o 14.02. Droższy bilet i późniejsza godzina przyjazdu niespecjalnie przypadły do gustu pasażerom i frekwencja zaczęła spadać. Układ ten przetrwał do rozkładu 1999/2000. Jeszcze w trakcie jego obowiązywania, zaraz na początku 2000 r. przesunięto odjazd pociągu z Warszawy aż o dwie godziny, dzięki czemu do Bełżca dojeżdżało się nie o 14.02 a już o 12.02. W sezonie frekwencja wyraźnie wzrosła, utrzymała się także jesienią. Ponadto w maju 2000 r. wprowadzono do składu wagon rowerowy, który przerobiono z wagonu bezprzedziałowego (tzw. bonanza, lub jak kto woli, pullman). W centralnym segmencie tego wagonu wycięto fotele i wstawiono duży i praktyczny stojak na rowery. Był to pierwszy wagon rowerowy na PKP (a nawet dwa, bo drugi jeździł w tym samym pociągu, ale w grupie wagonów do Chełma). „Roztocze” – pociąg przemytniczy Niestety, w międzyczasie zaczęły się problemy z problemy z opóźnieniami i dewastacją pociągu na granicznej stacji Hrebenne. Początkowo nie było tak źle, opóźnienia rzadko przekraczały 10-30 minut. Katastrofa nastąpiła tuż co po 1 maja 2004 r., gdy Polska wstąpiła do Unii

Europejskiej. Polskie służby celne zaczęły wtedy zdecydowanie dokładniej przyglądać się temu składowi, który w międzyczasie zyskał wiele mówiące określenie „przemytnik”. Początkowo przemycano głównie alkohol i papierosy, w późniejszym okresie były to już tylko papierosy. Odcinek Rawa Ruska – Hrebenne pokonywały coraz częściej coraz liczniejsze zastępy tzw. „mrówek”, czyli osób bezrobotnych – i to z obu stron granicy, dla których była to czasem jedyna szansa na jakikolwiek zarobek. Dlaczego decydowali się na pociąg? No cóż, jadąc prywatnym samochodem, w przypadku stwierdzono próby przemytu, narażano się na wysokie kary. W pociągu obowiązywała anonimowość. Do towaru przejętego przez celników nikt się nie przyznawał, mandatu więc nie było. Codzien ne opóźnienie „Roztocza” nie spadało teraz poniżej 60 minut, coraz częściej sięgało 2 godzin, a jesienią nawet 3 (!) godzin. Dewastacja osiągała skrajną postać, przy czym była ona przeprowadzana nie tyle przez przemytników, co przez celników. Nie bawili się oni w subtelne rozkręcanie elementów konstrukcyjnych wagonów, tylko po prostu je wyłamywali. Zaczął się masowy odpływ pasażerów, a zła sława pociągu stała się powszechna. Taka sytuacja nie mogła trwać wiecznie. W rozkładzie 2004/2005 kursowanie „Roztocza” ograniczono do miesięcy letnich. W końcu podjęto – wreszcie – decyzję o skróceniu relacji do Bełżca. Frekwencja zaczęła rosnąć, w drugiej części wakacji pociąg prowadził nawet aż dwa wagony rowerowe! 4 września 2005 r. „Roztocze” zniknęło z rozkładu jazdy. Bełżec utracił ostatnie całoroczne kolejowe połączenie z Lublinem i Warszawą. Codziennie można było dojechać już tylko do Zamościa, korzystając z pociągów o dość osobliwych nazwach, takich jak „Solina”, „San” czy „Cisy”. Tylko w „weekend majowy” i wakacje zaglądały one na Roztocze, przy czym stacją końcową był Bełżec. XXXVII Gazeta Horyniecka


Historyczny pociąg „Roztocze” pokonuje południoworoztoczański odcinek trasy.

„Roztocze” – pociąg południoworoztoczański Pociąg „Roztocze” powrócił w rozkładzie jazdy 2006/2007, ale był to już zupełnie inny skład, tym razem kursujący w relacji Zamość/ Przemyśl – Wrocław. W Rzeszowie grupy wagonów z Zamościa i Przemyśla były ze sobą łączone i jako jeden pociąg podejmowały podróż do Wrocławia. W swej pierwszej wersji skład wyruszał z Zamościa o 10.38, a że kursował przez Bełżec i Horyniec – to wreszcie, po długiej przerwie, pojawiła się możliwość pokonywania całej południoworoztoczańskiej trasy kolejowej w porze dziennej. Co ciekawe, na odcinku do Hrebennego były to praktycznie te same godziny, które obowiązywały dla „Roztocza” w wersji Warszawa Zachodnia – Rawa Ruska. Nowe „Roztocze” nie miało jednak skomunikowania w kierunku Lublina i Warszawy. Tymczasem nastały wakacje roku 2007. Okazało się, że historia lubi się powtarzać, choć przyczyny bywają różne. Niegdyś problemem dla „Roztocza” była odprawa celna na granicy, gdy pociąg powracał z Rawy Ruskiej. Teraz stały się nim wprowadzone przez zarządcę infrastruktury (spółkę Polskie Linie Kolejowe), akurat wraz z początkiem wakacji, liczne ograniczenia prędkości szlakowych, szczególnie na odcinku Siedliska – Werchrata – Horyniec. Rozkładu jazdy, mimo wprowadzenia wspomnianych ograniczeń, nie zmieniono i przez cały sezon pociąg jeździł codziennie opóźniony o ok. 35 minut. To „planowe” opóźnienie oczywiście nie wywołało entuzjazmu wśród pasażerów. XXXVII Gazeta Horyniecka

W kolejnym sezonie dłuższy czas jazdy został już oficjalnie w rozkładzie uwzględniony, ale zaczęły się awarie wyeksploatowanych lokomotyw. I tak miało być już do końca, np. 12 czerwca 2009 r. pociąg „Roztocze” dojechał tylko do Bełżca. Zanim z Zamościa dojechała tu lokomotywa zastępcza, skład miał już opóźnienie 2 godzin! „Roztocze” – pociąg zlikwidowany Z początkiem września 2009 r. zlikwidowano wszystkie pociągi dalekobieżne na Roztoczu, zarówno te wyruszające z Zamościa w kierunku Lublina i Warszawy, jak i Horyńca i Rzeszowa. Do grudnia utrzymywano jeszcze autobusy tzw. Kolejowej Komunikacji Zastępczej z koszmarnie długim czasem jazdy, wożące powietrze. Epilog: szynobusy Potem pozostawiono już tylko lokalne pociągi (z czasem zastąpione przez szynobusy), ale w

bardzo krótkiej relacji Horyniec – Jarosław. Zmiany przyniósł 2011 r. Na „weekend majowy” i wakacje przywrócono połączenie Lublin – Bełżec, a w regularnej komunikacji do rozkładu jazdy wróciła trasa Lublin – Zamość. Prawdziwa „rewolucja” nastąpiła w 2012 r. Dzięki porozumieniu lubelskiego i podkarpackiego urzędu marszałkowskiego udało się na wakacje i weekend majowy uruchomić połączenia Lublin – Zamość – Bełżec – Horyniec – Jarosław. Tak też było w kolejnych latach. Coraz częściej powraca temat remontu szlaku kolejowego, szczególnie na najbardziej wyeksploatowanym odcinku z Siedlisk do Horyńca. Oby ten remont stał się faktem. Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Roztoczańskie połączenia szynobusowe mają różne nazwy, np. „Kasztelan”, „Odrodzenie”, czy „Podkomorzy”. A mi się tak marzy, żeby chociaż jedno z nich otrzymało tę historyczną nazwę „Roztocze”…

Sezonowa „mijanka” szynobusów w Horyńcu-Zdroju

s. 21


Tadeusz Maksymowicz – Nadleśniczy Nadleśnictwa Lubaczów

LASY PEŁNE ZWIERZA

N

adchodząca wielkimi krokami zima, udzielający się powszechnie świąteczny nastrój skłaniają do refleksji nad stanem oraz warunkami bytowania zwierząt, szczególnie tych dziko żyjących. Bardzo często podejmujemy inicjatywy w zakresie ich dokarmiania, które z natury rzeczy są bardzo cenne, niemniej prowadzone nieumiejętnie mogą wyrządzić więcej szkód niż pożytku. Znamy wiele przypadków zwabiania pokarmem zwierząt w pobliże ludzkich osiedli, które kończą się tragicznie, ze względu na występujące zagrożenia, nie brane wcześniej przez nas pod uwagę. Słyszymy w ostatnim czasie o wielu aglomeracjach miejskich, w których na stałe bytuje zwierzyna gruba, stwarzająca wiele problemów, zarówno dla właściwych służb jak i mieszkańców. Wokół naszych osiedli powinniśmy się skoncentrować na dokarmianiu szczególnie ptaków, pamiętając, aby te działania prowadzić w stałych miejscach i w sposób ciągły, szczególnie w okresie zimowym. Natomiast zwierzyna gruba ma wystarczającą ilość pokarmu na terenach leśnych oraz na gruntach przyległych. Oczywiście występują okresy niesprzyjających warunków atmosferycznych, w których pobieranie naturalnego pokarmu jest utrudnione. Wtedy zwierzyna korzysta z karmy przygotowanej w specjalnych urządzenia łowieckich, takich jak paśniki, magazynopaśniki, lizawki oraz z karmy przygotowanej w magazynach, piwnicach i kopcach, wykładanej na bieżąco przez myśliwych i leśników w okresie zimowym. Miejmy świadomość, iż znacznie większe ubytki zwierzyny grubej następują w wyniku działania dzikich drapieżników (np. wilk, ryś), wałęsających się psów lub kolizji drogowych, niż upadków w wyniku braku dostępu do pokarmu. Oprócz zapewnienia właściwego dostępu do pokarmu, s. 22

zwierzyna musi mieć dostęp do wody. Występujące liczne tereny źródliskowe wokół Lubaczowa i Horyńca tworzą naturalne wodopoje. Ponadto w ostatnich latach (20010-2014) na terenach leśnych Nadleśnictwa Lubaczów powstało kilkanaście zbiorników sztucznych o powierzchni lustra wody od kilku arów do kilku hektarów, które oprócz funkcji retencyjnych i przeciwpożarowych, pełnią rolę wodopojów. O bogactwie zwierzyny bytującej na terenie Nadleśnictwa Lubaczów świadczą zarówno wysokie stany zwierzyny łownej m.in. łosi, jeleni, saren, dzików, lisów, borsuków, jak też spotykane na tym terenie duże drapieżniki objęte ochroną gatunkową, m.in. wilk i ryś oraz kontrowersyjny bóbr, który od 8 października bieżącego roku znalazł się na liście gatunków częściowo chronionych. Ale z tą zwierzyną nie zawsze tak było. Analizując plan gospodarczy lasów okręgu Nowa Grobla, sporządzony na lata 1930-1940 rok można znaleźć zapis mówiący, iż „W małej mierze można tu do użytków przygodnych zaliczyć także łowiectwo. Zwierzostan główny stanowi: sarna, lis, zając, rzadziej kuna leśna, cietrzew, kuropatwa, czasami kaczka dzika, a zatem zwierzostan do średnich i niższych łowów należący. Jedyny reprezentant wyższych łowów to dzik, który tu jednak nie

ma swej stałej ostoi”. Stąd m.in. również potwierdzenie, iż wówczas na tym terenie nie notowano jelenia. Natomiast w planie gospodarczym sporządzonym na lata 1951-1960 dla Nadleśnictwa Horyniec zapisano, iż: „Szkody od zwierzyny można zanotować jedynie w leśnictwie Wielki Las, gdzie objadane są pędy wierzchołkowe nalotów jodłowych. W całym Nadleśnictwie zwierzyny łownej jest bezwzględnie mało.(…) Ponadto należy zaznaczyć pojawienie się wilków, które trzebią i tak już szczupłą ilość sarn. Najliczniej reprezentowane są dziki, których wpływ dla lasu ze względu na zruszenie gleby uznać należy za dodatni. Powodują tylko szkody na polach okolicznych gospodarstw rolnych” Aktualne stany podstawowych gatunków zwierząt łownych na terenie obwodów łowieckich (powierzchnia ponad 52 tysiące hektarów) nadzorowanych przez Nadleśnictwo Lubaczów możemy zaliczyć do wysokich. Oczywiście można dyskutować nad dokładnością metod inwentaryzacyjnych, jednak stale rosnący poziom pozyskania zwierząt przy jednocześnie stałym lub też rosnącym poziomie szkód od zwierzyny potwierdzają utrzymującą się tendencję wzrostową liczebności populacji. W okresie ostatniego sześciolecia wyraźnie potwierdza się wzrost liczebności jeleni

Sarny zimą XXXVII Gazeta Horyniecka


(często spotyka się duże chmary jeleni liczące po kilkadziesiąt sztuk). Podobnie duże stany notuje się w odniesieniu do sarny. Wyjątkowym był rok 2013, w którym w wyniku nadmiernego oblodzenia drzew wystąpiły ogromne uszkodzenia, skutkujące koniecznością pozyskania ok. 140 000 m3 połamanych i wywróconych drzew. Te niekorzystne zjawiska w połączeniu z zalegającą grubą pokrywą śnieżną oraz występowaniem drapieżników w pewnym stopniu ograniczyły liczebność sarny, szczególnie w kompleksach leśnych położonych po północnej stronie Horyńca – Zdroju. Nieco odmiennie przedstawia się liczebność dzika, która w odróżnieniu od stanów sarny i jelenia (podanych wraz z wiosennym przyrostem) odzwierciedla ilości oszacowane pod koniec zimy. Przyrost u dzików może przekraczać nawet 150% stanu wyjściowego, co powoduje, iż bardzo szybko dziki mogą odbudować lub zwiększyć swoją populację, przy czym bardzo duże znaczenie ma atrakcyjność upraw rolnych zlokalizowanych w pobliżu kompleksów leśnych. Gatunek ten, będący często bardzo uciążliwym dla rolników, jest sprzymierzeńcem leśników szczególnie w walce z licznie występującymi na naszym terenie pędrakami chrabąszczy, których kolejna rójka będzie miała miejsce w przyszłym roku. Opisując stany ilościowe populacji podstawowych gatunków zwierząt łownych należałoby jeszcze uwzględnić inne czynniki wpływające na ich liczebność, między innymi migrację. Jednak obserwowane tendencje nawet z okresu ostatniego sześciolecia potwierdzają, iż opisane gatunki mają się dobrze, stanowią o bogactwie przyrodniczym otaczających nas terenów i mogą być w sposób zrównoważony użytkowane.

Rogacz

Na wykresach: zwierzyna - liczebność i odstrzał poszczególnych gatunków XXXVII Gazeta Horyniecka

s. 23


Wioletta Pieczykolan

POTRZEBY I OCZEKIWANIA TURYSTÓW ODWIEDZAJĄCYCH GMINĘ HORYNIEC-ZDRÓJ

W

sierpniu 2013 roku przeprowadziłam badania socjologiczne na terenie gminy Horyniec- Zdrój, które miały na celu poznanie potrzeb i oczekiwań turystów odwiedzających te tereny. Podjęłam ten temat w mojej pracy dyplomowej (napisanej w Katedrze Socjologii Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie), ponieważ turystyka ma szczególne znaczenie dla rozwoju gospodarczego, społecznego i kulturalnego Roztocza Południowego, a jego potencjał nie jest w pełni wykorzystywany. Poznanie potrzeb i oczekiwań turystów pozwoliło zorientować się, w jakim kierunku powinny pójść działania zmierzające do zaspokojenia tych potrzeb, a co za tym idzie planowanego rozwoju w obszarach, takich jak: podniesienie jakości usług, rozbudowa infrastruktury turystycznej, rzetelna i wyczerpująca informacja turystyczna, urozmaicona oferta kulturalna, noclegowa i gastronomiczna. Badania do pracy stanowiły element szerszego projektu badawczego zainicjowanego przez Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Horynieckiej i Fundację im. Zygmunta i Jana Karłowskich. Przedstawicielom obu tych organizacji udało się już jakiś czas temu zainteresować problemami gminy środowisko naukowe, aby w oparciu o badania naukowe w ramach współpracy poszukiwać najlepszych rozwiązań dla rozwoju gminy. Pierwszym elementem programu opartego na wspomnianej współpracy były badania terenowe przeprowadzone w ramach praktyk studenckich, zrealizowanych w lipcu 2012 r. przez studentów i pracowników naukowych Katedry Socjologii WSPA. Były to pierwsze, duże badania społeczne przeprowadzone z wykorzystaniem w pełni profesjonalnej metodologii. Badaniami zostali objęci mieszkańcy gminy Horyniec- Zdrój, gminy Lubaczów oraz kuracjusze sanatoriów horynieckich. s. 24

Wyniki badań zostały przedstawione na konferencji zorganizowanej przez gminę Lubaczów, w maju 2013 r. i są dostępne m.in. na stronie internetowej gminy Lubaczów oraz stronie internetowej WUP w Rzeszowie. Badania potrzeb i oczekiwań turystów przeprowadziłam w pierwszej połowie sierpnia 2013 r. Miejsce badań stanowiły głównie dwie największe atrakcje turystyczne gminy: zespół cerkiewny w Radrużu, kapliczka na wodzie w Nowinach Horynieckich oraz teren zalewu w Horyńcu - Zdroju. Miejsca te nie zostały wybrane przypadkowo. Według wyników badań, przeprowadzonych rok wcześniej, miejsca te wskazywane były jako największe atrakcje turystyczne. Badania przeprowadzono na próbie 96 turystów przebywających na terenie gminy HoryniecZdrój. Nie można zatem w przypadku tych badań mówić o wysokim poziomie reprezentatywności próby, biorąc pod uwagę jej nielosowy charakter, liczebność, oraz fakt, że badania przeprowadzono tylko w sezonie letnim. Niemniej jednak, wyniki badań dają pewien wgląd w opinię turystów, choć (zapewne) z nieznanym marginesem błędu. Struktura społeczno - demograficzna turystów, którzy odwiedzili tereny gminy przedstawia się następująco: gminę odwiedzają osoby w każdym wieku, z przewagą osób po 35 roku życia; większość turystów posiada wyższe wykształcenie. Jeśli chodzi o sytuację zawodową większość turystów należało do sfery budżetowej. Sytuację materialną większość badanych oceniła jako przeciętną, czyli na mniej więcej takim samym poziomie jak u większość mieszkańców naszego kraju. Dochody wyższe niż przeciętne zadeklarowała 1/3 badanych. Najliczniejszą grupę turystów stanowili mieszkańcy województwa podkarpackiego. Pozostałe liczniejsze grupy odwiedzających pochodziły z województw takich jak:

mazowieckie i śląskie. Większość turystów przyjechała z miast i miasteczek. Kolejnym badanym aspektem był sposób planowania podróży oraz źródła i treść informacji potrzebnej turystom planującym pobyt na terenie gminy. Badania wykazały, iż większość turystów poszukuje przed przyjazdem informacji na temat gminy, a najczęściej wymienianym źródłem, z którego korzystają są strony internetowe. Strony te odwiedzane są zarówno przez osoby przebywające na terenie gminy po raz pierwszy, jak i przez te, które miały już okazję przebywać na tym terenie. Turyści, jak się okazuje, równie często korzystają z publikowanych przewodników turystycznych - częściej niż z informacji od osób bliskich, jak rodzina i znajomi. Poszukiwane informacje dotyczyły najczęściej zabytków i muzeów znajdujących się na terenie gminy, a także walorów przyrodniczych i warunków do uprawiania turystyki. Turyści najrzadziej poszukiwali informacji dotyczących cen usług i rodzaju zakwaterowania (pamiętać jednak należy, iż większość badanych zaplanowała podróż jednodniową bez noclegu). Często wykorzystywanym źródłem informacji - już na terenie gminy - są inni mieszkańcy oraz tablice informacji turystycznej umieszczane przy szlakach i zabytkach. Innym istotnym zagadnieniem były motywy przyjazdu i cel pobytu (znając czynniki wpływające na wybór gminy na miejsce wypoczynku i cel pobytu można dostosowywać ofertę turystyczną do potrzeb i oczekiwań klientów). Do przyjazdu na teren gminy najczęściej zachęcają turystów okoliczne zabytki, walory przyrodnicze i kulturowe oraz cisza i spokój. Głównym celem pobytu jest najczęściej zwiedzanie i aktywny wypoczynek. Niewielu turystów wiązało swój pobyt na terenie gminy z poprawą zdrowia. Kolejną istotną kwestią związaną z ruchem turystycznym na XXXVII Gazeta Horyniecka


KPP Lubaczów

KRONIKA POLICYJNA terenie gminy był sposób spędzania czasu przez turystów (poznanie miejsc, które turyści odwiedzają pozwala planować rozwój infrastruktury turystycznej właśnie w obrębie najczęściej odwiedzanych okolic i zabytków). Zdecydowana większość turystów poświęca swój czas na zwiedzanie miejscowych atrakcji. Najczęściej uprawiają piesze wędrówki, ale równie często korzystają z rowerów i szlaków rowerowych. Aktywność zdecydowanie przeważa nad biernym wypoczynkiem. Miejscem najczęściej przez turystów odwiedzanym była cerkiew w Radrużu i ona również została oceniona jako największa atrakcja turystyczna gminy Horyniec- Zdrój. Turyści doceniają też walory przyrodnicze Horyńca-Zdroju i okolic oraz towarzyszącą im ciszę i spokój. Biorąc wszystko pod uwagę turyści byli zgodni w ocenie i raczej pozytywnie ocenili ofertę turystyczną gminy HoryniecZdrój. Zdania podzielone były jedynie przy ocenie stanu dróg oraz przy ocenie oznakowania szlaków turystycznych. Przypuszczalnie w tym zakresie gmina ma do nadrobienia zaległości. Z przeprowadzonych badań wynika, że gmina HoryniecZdrój posiada bardzo duży potencjał by intensywniej rozwijać na swoim terenie turystykę wiejską i agroturystykę. Potencjał ten turyści zauważają i wysoko oceniają. Pamiętać jednak należy, że potrzeby i oczekiwania są zmienne, ewoluują z czasem wraz z zaspokajaniem potrzeb podstawowych, pojawiają się potrzeby wyższego rzędu. Co dziś zaspokaja potrzeby turysty za kilka lat może okazać się niewystarczające. Rynek turystyczny i jego rozwój należy stale monitorować i dostosowywać do zmienności oczekiwań klientów usług turystycznych.

XXXVII Gazeta Horyniecka

1. W dniu 4.05.2014r w Dziewięcierzu Krzysztof M. z Horyńca Zdroju kierował samochodem Volkswagen będąc w stanie nietrzeźwości. 2. W dniu 9.05.2014r w Horyńcu Zdroju Przemysław R z gminy Cieszanów kierował samochodem Fiat będąc w stanie nietrzeźwości 3. W dniu 23.06.2014r w Horyńcu Zdroju Bogdan W. z gminy Horyniec Zdrój kierował rowerem będąc w stanie nietrzeźwości. 4. W dniu 16.06.2014r w Horyńcu Zdroju Katarzyna G. z Lubaczowa dokonała kradzieży portfela z zawartością karty bankomatowej i pieniędzy w kwocie 2000 złotych na szkodę Mariusza J. 5. W dniu 4.07.2014r w Puchaczach Krystian Z. z gminy Horyniec Zdrój kierował samochodem Renault będąc w stanie nietrzeźwości. 6. W dniu 27.07.2014r w Horyńcu Zdroju Wiesław R. z gminy Lubaczów kierował samochodem Daewoo będąc w stanie nietrzeźwości. 7. W dniu 1.08.2014r w Horyńcu Zdroju Marian P. z Lubaczowa kierował samochodem Fiat będąc w stanie nietrzeźwości. 8. W dniu 15.08.2014r w Radrużu Zygmunt P. z gminy Horyniec-Zdrój kierował ciągnikiem rolniczym będąc w stanie nietrzeźwości. 9. W dniu 18.08.2014r w Nowym Bruśnie Dawida L. z Horyńca-Zdroju kierował ciągnikiem rolniczym będąc w stanie nietrzeźwości. 10. W miesiącu sierpniu 2014r w Werchracie Andrzej B. z Horyńca Zdroju dokonał kradzieży sprzętu rtv i mebli na szkodę sp. z o.o. 11. W okresie wakacyjnym w Nowym Bruśnie Tomasz B. z gminy Horyniec Zdrój włamał się do garażu należącego do Jakuba M. skąd kradł 100 litrów oleju napędowego. 12. W dniu 13.09.2014r na trasie Wólka Horyniecka – Huta Kryształowa Mieczysław G. z gminy Horyniec Zdrój kierował samochodem Peugeot będąc w stanie nietrzeźwości. 13. W dniu 10.10.2014r w Horyńcu Zdroju Józef W. z gminy Horyniec Zdrój kierował rowerem pomimo ciążącego nad nim zakazu sadowego. 14. W dniu 20.10.2014r w Horyńcu Zdroju Tomasz K. z Horyńca Zdroju kierował samochodem Chevrolet będąc w stanie nietrzeźwości. 15. W miesiącu wrześniu 2014r Marcin S. z Horyńca Zdroju dokonał kradzieży parasola ogrodowego z baru Źródełko w Horyńcu Zdroju. 16. W dniu 27.10.2014r w Wólce Horynieckiej Zenon M. z gminy Horyniec Zdrój kierował rowerem pomimo ciążącego nad nim zakazu sadowego. 17. W dniu 6.11.2014r w Horyńcu Zdroju Bogdan W. z gminy Horyniec Zdrój kierował rowerem pomimo ciążącego nad nim zakazu sadowego.

s. 25


Krzysztof Woźny, Paweł Rydzewski

DZIAŁANIA STOWARZYSZENIA PRZYJACIÓŁ ZIEMI HORYNIECKIEJ NA RZECZ PROMOCJI I ROZWOJU OBSZARU ROZTOCZA POŁUDNIOWEGO (WSCHODNIEGO) Referat wygłoszony na konferencji „Uzdrowiska szansą rozwoju przedsiębiorczości Roztocza Wschodniego”, 24.10.2014 r. Horyniec–Zdrój.

Z

asadniczą rolą SPZH jako organizacji pozarządowej jest inicjowanie działań społecznie użytecznych ważnych dla lokalnej społeczności. Mamy szczęście działać w miejscu, które natura obdarzyła w sposób szczególny na tle innych gmin w regionie. Chodzi tu zarówno o walory przyrodnicze jak i antropogeniczne związane z wielokulturową historią regionu, oraz unikalne w skali kraju zasoby naturalnych surowców leczniczych. Wymienione elementy właściwie wyeksponowane, wypromowane, zorganizowane w lokalny produkt turystyczny i optymalnie zarządzane mogą i powinny stanowić bazę dla dynamicznego rozwoju uzdrowiska i całego subregionu Roztocza Południowego (Wschodniego). Analizując dynamikę rozwoju społeczno-gospodarczego tego obszaru można jednak odnieść wrażenie niewielkiego wykorzystania dostępnych możliwości i zasobów. Nie będziemy tutaj rozważać o przyczynach takiego stanu rzeczy. Oczywistym jest, że droga do osiągnięcia pozytywnych i istotnych zmian jest długa, wymaga czasu i wielu działań od zmiany postaw społecznych począwszy po ulepszenie infrastruktury technicznej. Mając świadomość szeregu ograniczeń ale i możliwości Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Horynieckiej od 10 lat podejmuje liczne inicjatywy nie tylko na rzecz lokalnej społeczności z korzyścią dla przebywających na obszarze Roztocza kuracjuszy i turystów i posiada osiągnięcia szczególnie w dziedzinie promocji i rozwoju szeroko pojętej turystyki i działalności uzdrowiskowej. Warto w tym miejscu podkreślić, że SPZH ma specyficzną siłę przyciągania ludzi z rożnych środowisk i różnych miejscowości, którzy chcą działać dla wspólnego dobra. Dzięki dużemu kapitałowi s. 26

społecznemu i intelektualnemu członków Stowarzyszenia udaje się realizować nasze ambitne plany. W tym zakresie nie ma podobnej organizacji nie tylko w gminie ale też w powiecie. Działania Stowarzyszenia na rzecz promocji gminy mają charakter długofalowy i wielopłaszczyznowy. Pierwsze kroki w tym kierunku zostały uczynione tuż po zawiązaniu się Stowarzyszenia w 2004 roku i polegały na decyzji o wydawaniu lokalnego pisma „Gazeta Horyniecka”. Gazeta popularyzuje wśród mieszkańców gminy oraz odwiedzających ją turystów i kuracjuszy wiedzę na temat lokalnej kultury i sztuki, walorów turystycznych, uzdrowiskowych, zasobów dziedzictwa kulturowego, prezentuje sylwetki znanych osób związanych z  Roztoczem. wywiady z ciekawymi ludźmi, lokalne tradycje i gwarę horyniecką która ma dużo wspólnego z gwarą lwowską. Po blisko 10 latach ukazywania się tego periodyku, można śmiało powiedzieć, iż odnieśliśmy na tym polu sukces: Gazeta nieprzerwanie ukazuje się, jest czytana nie tylko przez mieszkańców, ale też przez liczne grono kuracjuszy przyczyniając się do budowy wizerunku gminy jako miejsca, do którego warto powracać, miejsca w którym za każdym razem można odkryć coś nowego, miejsca które ma niezwykle ciekawą historię, zabytki i przyrodę. Gazeta dociera także w odległe regiony kraju – jako odpowiedź na prośby czytelników niemal z całej Polski. Lokalne pismo na tak wysokim poziomie merytorycznym, w dodatku samofinansujące się i oparte wyłącznie na pracy społecznej redaktorów i autorów tekstów – to ewenement w skali kraju. Co ciekawe grono autorów, współpracowników i czytelników Gazety stale się powiększa. Inicjatywy SPZH związane są nie tylko ze sprawami

wydawniczymi, ale też badaniami naukowymi – i w rezultacie nawiązaniu owocnych kontaktów ze środowiskiem naukowym, głównie lubelskim. W wyniku wspólnej inicjatywy Fundacji im. Z. i J. Karłowskich oraz Stowarzyszenia – przy wsparciu Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno – Gospodarczych gminy Lubaczów, dwa lata temu studenci i pracownicy Katedry Socjologii Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie, w ramach praktyk wakacyjnych przeprowadzili badania socjologiczne obejmujące teren gminy Horyniec – Zdrój i Lubaczów. Badania na łącznej próbie przekraczającej 800 osób o rynkowej wartości ok. 60 tys. zł – zostały przeprowadzone za darmo. Raporty z tych badań przyniosły wiele ciekawych wniosków, zostały też umieszczone na stronie internetowej Uczelni, gminy Lubaczów oraz GUS w Rzeszowie. Poza wartością naukową, badania te przyczyniły się do promocji gminy w środowisku naukowym i studenckim Lublina, czego dalsze skutki zostaną przedstawione niżej. Zwraca również uwagę duża liczba pobrań raportów z badań ze wspomnianych strony internetowych. Formą promocji gminy był udział członków SPZH w konferencji zorganizowanej przed wójta gminy Lubaczów, Wiesława Kapla, na której m.in. omawiano wyniki badań. Efektem współpracy ze środowiskiem naukowym były dwie badawcze prace dyplomowe napisane w WSPA na zamówienie SPZH: jedna z nich dotyczyła „Potrzeb i oczekiwań turystów przebywających na terenie gminy Horyniec – Zdrój” druga (obrona odbędzie się w ciągu miesiąca) „Planów życiowych i perspektyw zawodowych pracujących mieszkańców gminy Horyniec-Zdrój”. Te działania SPZH poza oczywistymi zyskami XXXVII Gazeta Horyniecka


poznawczymi, wzmogły zainteresowanie Horyńcem już nie tylko w Lublinie, ale także w innych środowiskach akademickich w kraju. Należy podkreślić, że również w tym zakresie także współpracowaliśmy z Fundacją im. J. i Z. Karłowskich. Skutkiem zaangażowania Fundacji i SPZH we wspólne działania ze środowiskiem akademickim było nawiązanie współpracy z Prezesem Oddziału Lubelskiego Pol sk iego Towa rz yst wa Ekonomicznego – dr. Arturem Paździorem. W wyniku tego powstał pomysł projektu INHOR (głównym pomysłodawcą był Pan Paweł Bietkowski, dyr. Fundacji Karłowskich, członek SPZH). Bardzo ważny z punktu widzenia promocji był pomysł organizacji Święta Pieroga – rodzinnej imprezy plenerowej przyciągającej nie tylko mieszkańców gminy, ale też licznych gości nawet spoza regionu. Inicjatywa ta nie tylko promuje nasz region wśród turystów i kuracjuszy ale stanowi także ciekawą ofertę kierowaną do mieszkańców naszej gminy. Piknik stanowi okazję do zaprezentowania dorobku lokalnych organizacji społeczno-kulturalnych, stowarzyszeń, Koła Gospodyń Wiejskich lokalnych tradycji kulinarnych, miejscowego folkloru, działalności amatorskich zespołów artystycznych i rękodzieła ludowego. W naturalny sposób impreza stwarza okazję dla kulturalnego zagospodarowania czasu wolnego dla kuracjuszy i turystów. Innym polem działalności SPZH jest aktywne uczestnictwo w ratowaniu zabytków gminy. Trzeba tu przede wszystkim wspomnieć o współdziałaniu z Nadleśnictwem Lubaczów i innymi podmiotami w celu odrestaurowania (w chwili obecnej tylko części) zabytkowego cmentarza grekokatolickiego w Starym Bruśnie. Poza fachowymi XXXVII Gazeta Horyniecka

czynnościami wykonanymi przez konserwatora, cmentarz został oczyszczony z zakrzaczeń i innej roślinności zachwaszczającej ten teren, przy czynnym udziale członków Stowarzyszenia. Zarówno odrestaurowanie części nagrobków, jak też oczyszczenie cmentarza ze zbędnej roślinności zostało niemal natychmiast dostrzeżone przez turystów. Świadczą o tym opinie wyrażane przez osoby korzystające z agroturystyki w Polance Horynieckiej jak również liczne pozytywne komentarze w Internecie (na forach dyskusyjnych i Facebooku) od osób z terenu całej Polski. Ratowaniem małej architektury sakralnej czyli południoworoztoczańskich krzyży przydrożnych zajmuje się od lat Grupa Eksploratorów Roztocza Południowego, której trzon stanowią członkowie SPZH. Projekt ma na celu zlokalizowanie, inwentaryzację wszystkich bruśnieńskich krzyży „zagubionych” wśród południoworoztoczańskich lasów, zarośli i pól oraz ich odnowienie i ocalenie od zapomnienia. Stosując profesjonalne techniki (konsultowane z konserwatorami) oraz w pełni respektując prawa własności gruntów, na których znajdują się krzyże - GERP odrestaurował już ponad 20 obiektów. Biorąc pod uwagę całkowicie społeczny charakter pracy, nakłady „z własnej kieszeni” i niewielką liczbę zaangażowanych w to osób jest to inicjatywa unikalna w skali ogólnopolskiej. Równie istotne jest, że informacje o działaniu GERP w tym zakresie znane są (dzięki Internetowi) na terenie całego kraju. Świadczą o tym komentarze na internetowej stronie GERP oraz na redagowanej przez GERP Facebook’owej stronie Roztocza Południowego i ziemi lubaczowskiej. Efektem działań GERP są także zaktualizowane

o przedmiotowe obiekty mapy turystyczne. Troska Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Horynieckiej o zabytki znajdujące się w obszarze gminy Horyniec-Zdrój wynika nie tylko z szacunku dla dawnej wielokulturowości Roztocza Południowego na terenie którego pokojowo współistniały kultury: polska, rusińska, żydowska i niemiecka, ale przede wszystkim z przekonania, że w oparciu o zachowane lokalne dziedzictwo można i należy stworzyć unikalną i atrakcyjną ofertę turystyczną. Fenomen kamieniarki bruśnieńskiej odwołując się do współczesnego języka można byłoby określić mianem „produktu lokalnego”, który krajobrazowi Roztocza Południowego nadaje osobliwy charakter i jest jednym z najbardziej znanych i wartościowych elementów element lokalnego dziedzictwa kulturowego. Należy podkreślić wkład SPZH w realizację rewitalizacji Parku Zdrojowego, które wraz z Fundacją Karłowskich zainicjowało i doprowadziło (mimo przeciwności i oporów) do realizacji projektu. Rola Stowarzyszenia polegała między innymi na: zebraniu i upublicznieniu historycznego materiału dotyczącego parku, uwypukleniu problemów wynikających z braku parku w gminie uzdrowiskowej i jego kluczowej roli w uzdrowisku, nawiązaniu współpracy z zespołem pod kierownictwem Pani prof. Urszula Litwin z Uniwersytetu Rolniczego i doprowadzeniu do powstania koncepcji rewitalizacji parku, bez zaangażowania środków finansowych (zespół wykonał koncepcję pro publico bono) oraz inicjowaniu publicznej dyskusji, aby zachęcić Urząd Gminy do działania. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać jak duże znaczenie będzie miał zrewitalizowany park dla promocji Horyńca – Zdroju. s. 27


W ubiegłym roku SPZH było jednocześnie inicjatorem i organizatorem Forum Dyskusyjnego „Dziś, a jutro Gminy HoryniecZdrój”. Stowarzyszenie postanowiło zebrać i zaprosić do współpracy w formie roboczego spotkania dyskusyjnego wszystkich, którzy mają bezpośredni lub pośredni wpływ na losy naszej małej ojczyzny. Forum miało na celu wypracowanie metod prowadzących do zrównoważonego rozwoju gminy Horyniec-Zdrój, z uwzględnieniem jej walorów geograficzno – przyrodniczych, uzdrowiskowych i wielokulturowej historii. Najnowsze inicjatywy SPZH są związane bezpośrednio z dzielnicą sanatoryjną. Ideą przewodnią jest stworzenie warunków do spacerów kuracjuszy jako element terapii ruchowej prowadzonej w sanatoriach statutowo traktu spacerowego o określonych parametrach przestrzennych i powierzchniowych, warunków bezpiecznego poruszania się oraz ciszy i spokoju w strefie sanatoriów. Dzięki kontynuacji dobrej współpracy Stowarzyszenia z Uniwersytetem Rolniczym w Krakowie opracowano 2 koncepcje ścieżki. W czerwcu br. w Krakowie, autorzy koncepcji w obecności przedstawicieli sanatoriów i Rady Gminy HoryniecZdrój zaprezentowali je publicznie i przekazali Stowarzyszeniu. Podobnie jak w przypadku rewitalizacji parku zostaną przez autorów opracowania zostaną powtórnie zaprezentowane w Horyńcu i poddane społecznej dyskusji. Liczymy na współpracę z nowo wybranymi władzami gminy, obydwoma sanatoriami i Nadleśnictwem Lubaczów przy materializacji tego projektu. Warto dodać, że SPZH jako organizacja pozarządowa nie stanowi konkurencji dla działań samorządu, a raczej pełni rolę think tank’u i koła napędowego dla inicjatyw społecznych, w których rolę wykonawcy (w większości przypadków) ze względów formalnych zawsze będzie pełnił samorząd. Budowa traktu przyczyni się do podniesienia atrakcyjności uzdrowiska, rozwiązując jednocześnie szereg problemów w tym, bezpieczeństwa s. 28

poruszania się i dostępności dla osób niepełnosprawnych. Jak już było wspomniane, w ramach swojej działalności statutowej SPZH bardzo chętnie włącza się do różnych inicjatyw dotyczących problemów zagospodarowania przestrzeni publicznej na terenie naszej miejscowości. Obecnie jesteśmy zaangażowani w realizację pomysłu traktu spacerowego wraz z infrastrukturą towarzyszącą (oświetleniem, miejscami wypoczynku, punktami sanitarnymi) biegnącego wzdłuż drogi powiatowej Horyniec-Zdrój – Nowe Brusno, na odcinku od kotłowni Uzdrowiska Horyniec do skrzyżowania z drogą gminną w miejscowości Świdnica. Jadąc w stronę Świdnicy codziennie po południu i wieczorami można spotkać wręcz wycieczki kuracjuszy spacerujących poboczem drogi. Często są to osoby na wózkach i poruszające się przy pomocy kul. Oczywistym jest, że stwarza to zagrożenie dla bezpieczeństwa ich zdrowia i życia. Ale chwili obecnej jest to jedyna możliwość odbywania długich spacerów, wśród lasów, w pobliżu sanatoriów, po równym terenie. Stowarzyszenie zauważyło potrzebę rozwiązania tego problemu i podobnie jak w przypadku idei rewitalizacji Parku Zdrojowego poprosiło o pomoc pracowników i studentów Wydziału Inżynierii Środowiska i Geodezji Uniwersytetu Rolniczego z Krakowa. Opracowana przez zespół koncepcja będzie stanowić podstawę do opracowania właściwego projektu technicznego inwestycji. Deklarujemy również udział w poszukiwaniu źródeł finansowania tej inwestycji. Dla kuracjuszy przebywających w sanatoriach CRR KRUS i Uzdrowisku Horyniec istotnym problemem jest również przebiegająca środkiem dzielnicy sanatoryjnej droga powiatowa. Intensywny ruch na drodze, w tym transport ciężarowy stwarzają zagrożenie bezpieczeństwa poruszających się tam osób. Ponadto przejeżdżające samochody ciężarowe i ciągniki rolnicze generują duży hałas zarówno w dzień jak i w nocy. Aby wyeliminować ten narastający problem, proponujemy przystąpić do realizacji

tzw. małej obwodnicy dzielnicy sanatoryjnej. Przebieg obwodnicy został ustalony podczas opracowania MPZP Horyniec-Zdrój Północ jeszcze w 2005 roku. W tym celu, w pierwszym etapie należy przystąpić do wyprowadzenia ruchu kołowego na obrzeże dzielnicy uzdrowieskowej poprzez wybudowanie odcinka od końca ulicy Wodnej do skrzyżowania z droga powiatową do Nowego Brusna oraz przebudowę bardzo uciążliwego zakrętu przy pensjonacie „Hubertus”. Następnym krokiem będzie zamknięcie dla ruchu kołowego ul. Sanatoryjnej i utworzenie z niej ciągu spacerowego mającego charakter deptaka uzdrowiskowego, który stanowić będzie dopełnienie traktu spacerowego. Ostatnim istotnym etapem będzie połączenie obwodnicy z układem drogowym centrum Horyńca-Zdroju. W tym celu należy opracować MPZP, uwzględniający w swych ustaleniach skrzyżowanie nowo projektowanej drogi z linią kolejową Munina – Hrebenne.   Na dzień dzisiejszy wartość kosztorysowa całości   robót szacowana jest na kwotę 2 mln zł. Wszystkie te działania łączy wspólny cel, którym jest utworzenie tzw. „Stefy ciszy” obejmującej obszar obecnie działających już sanatoriów oraz planowanej dzielnicy pensjonatowej. Przejęcie spółki Uzdrowisko Horyniec przez Samorząd Wojewódzki stwarza realne możliwości realizacji tego zamierzenia inwestycyjnego przy współdziałaniu władz, gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Współpraca ta gwarantuje pozyskanie środków pomocowych w ramach nowej perspektywy finansowej UE na realizację tego projektu. Promocja ciszy w uzdrowisku Horyniec – Zdrój stanowi całkowicie nowe i innowacyjne podejście w stosunku do dotychczasowych funkcji miejscowości i ich uzupełnienie. Liczymy, ze dzięki temu pomysłowi wypromujemy coś specyficznego, mało docenianą „usługę” ciszy, co odróżni Horyniec-Zdrój od innych (często hałaśliwych) miejscowości uzdrowiskowych. XXXVII Gazeta Horyniecka


Magdalena Skawińska

OD AMATORA DO PROFESJONALISTY... ARTYSTYCZNA DROGA INDYWIDUALNOŚCI HORYNIECKICH Rozmowa z Kamilą Kmiecik i kilka osobistych refleksji

D

roga do osiągnięcia celu niejednokrotnie bywa kręta i z wieloma przeszkodami. To nie znaczy, że trzeba z tego rezygnować lub załamywać się. Wiele sytuacji życiowych pozostawiamy nie wykorzystanych, pomimo podanych jak na dłoni, nie zdajemy sobie sprawy, że będą miały tak znaczący wpływ na edukacje naszą lub naszych dzieci. Od bohaterki dzisiejszego artykułu dowiedziemy, że tylko upór, zbiegi okoliczności, pomoc rodziców i ośrodków kulturalnych pozwolą zrealizować wymarzony cel - w tym przypadku zostanie ARTYSTĄ. Śmiem twierdzić, że nasze lokalne horynieckie środowisko jest małym zagłębiem nieoszlifowanych diamentów lub już brylantów, które poddały się “obróbce” edukacji artystycznej. Artykuł jest poświęcony Kamili Kmiecik, ale wiem, że Was jest więcej. Z czasem dotrę do następnych materiałów, ale teraz skupiam się tak naprawdę na mojej największej “rywalce”, ale w dobrym słowa znaczeniu. Jako małe dziewczynki z większą liczbą wspomnianych w dalszej części artykułu osób, jeździliśmy nie tylko na konkursy, ale śpiewaliśmy i graliśmy na wszystkich szkolnych, gminnych czy regionalnych koncertach. Chodziłyśmy wtedy na zajęcia śpiewu do GOK-u w Horyńcu -Zdroju oraz do Szkoły Muzycznej I stopnia w Lubaczowie. Zdobywałyśmy wówczas wszystkie możliwe nagrody, wtedy Horyniec był na pierwszym miejscu. Jak jest teraz? Trudno to określić, podobno inaczej i tęskni się za dawną świetnością. Takie były początki naszej edukacji, zdrowej rywalizacji i wspólnych przemiłych spotkań, a następnie życie skierowało nas na zupełnie inne choć pokrewne drogi rozwoju artystycznego.

Kamila Kmiecik: Moje wspomnienia na temat własnego życiorysu artystycznego i rozwoju zainteresowań muzycznych należałoby rozpocząć od krótkiego przedstawienia charakterystyki środowiska, w którym przyszło mi dorastać. Wszystko zaczęło się w Szkole Podstawowej im. Józefa Piłsudskiego w Horyńcu - Zdroju, w której muzyki przez wiele lat uczył Pan Tadeusz Kierepko. To on wychował pokolenie dzieci i młodzieży oparte na szacunku do piękna polskiej piosenki i obcowania z muzyką. Zachęcał dzieci, które wykazywały talent muzyczny do uczenia się gry na instrumentach klawiszowych i nauki śpiewu. Warto nadmienić, że w owych czasach w Horyńcu-Zdroju nie brakowało zdolnych dzieci i chętnej do pracy młodzieży. Pan Tadeusz dzięki uprzejmości ówczesnego dyrektora szkoły Pana Mariana Szymańskiego, po godzinach pracy uczył w szkole gry i śpiewu. Pamiętam, że w zajęciach uczestniczyli wtedy: Rafał i Paweł Antonik, Paweł Kurdybacha, bracia Paweł i Andrzej Luchowscy, Leszek Kopciuch, Waldek Stelmach. Chłopcy grając na keyboardach akompaniowali śpiewającym koleżankom min: Teresie Soliszewskiej, Paulinie

Magdalena Skawińska: Kamila opowiedz jak wspominasz swoje początki i obecny rozwój kariery artystycznej?

XXXVII Gazeta Horyniecka

Kamila Kmiecik

Kiełb, Joannie Klimkiewicz, Magdzie Skawińskiej, Jadwidze Klimkiewicz, Magdalenie i Iwonie Nepelskiej, Agnieszce Nowoświat. Niektórzy z nich również śpiewali jak chociażby Leszek Kopciuch piosenkę Kwiaty we włosach z repertuaru zespołu Czerwone Gitary. Nasza działalność muzyczna przyczyniała się do uświetniania uroczystości i akademii szkolnych. Działania Pana Tadeusza Kierepki na terenie szkoły korespondowały z pracą w Gminnym Ośrodku Kultury w HoryńcuZdroju, z którym wiążę najwięcej wspomnień związanych z dziecięcą działalnością estradową. Występy i koncerty na scenie GOK-u w owym czasie należały do ważnych wydarzeń kulturalnych w Horyńcu. Programy artystyczne proponowane przez Pana Tadeusza zawierały przeboje łączące pokolenia słuchaczy. Na nasze występy przychodziły tłumy mieszkańców jak i kuracjuszy. Do dziś pamiętam takie piosenki jak: Rudy rydz, Puste koperty, Zielone wzgórza nad Soliną czy chociażby My Cyganie lub Przygody Jasia, które to piosenki stały się moją wokalną wizytówką. Utwory - patrząc z perspektywy czasu - wydają się nieco archaiczne, nie przystające do teraźniejszości, jednak dla dzieci i młodzieży były doskonałą formą rozrywki służącą doskonaleniu warsztatu wokalnego i muzycznego. Cóż to był za widok z perspektywy sceny kiedy cała widownia, łącznie z balkonem była wypełniona po brzegi mieszkańcami i gośćmi, którzy żywo reagowali na każdy występ młodego wokalisty i muzyka. Autentyczną grę na instrumentach wyparły z czasem podkłady muzyczne coraz śmielej i częściej pojawiające się na rynku muzycznym wraz z rozwojem,,technologii”. Nasze koncerty nie straciły jednak nic ze swego uroku- zyskały natomiast na nowoczesnym brzmieniu. Nie zapominajmy o wyjątkowej atmosferze GOK-u, w którym s. 29


spędzaliśmy wiele czasu popołudniami. Pamiętam czułą opiekę i przychylność Pani Dyrektor Teresy Pamuła, zawsze,,czujne ucho” Pana Andrzeja Fiejdasza, który pomagał od strony technicznej zadbać o dźwięk i światło na scenie. Nie bez znaczenia dla powodzenia naszych występów była działalność Pani Alicji Szymeczko, która każdorazowo szykowała fantastyczne dekoracje sceny. Pod opieką późniejszego i ówczesnego dyrektora GOK-u Pana Janusza Urbana wyjeżdżaliśmy na konkursy wokalne do Przemyśla, zdobywając liczne nagrody. Żywy kontakt z publicznością, a przede wszystkim możliwość obcowania na profesjonalnej scenie stała się dla mnie niezapomnianym źródłem doświadczeń w przyszłej pracy zawodowej. Warto wspomnieć o jeszcze jednej postaci, której zawdzięczam miłość do piosenki - tym razem poetyckiej. Myślę tu o Panu Marku Janczurze nauczycielu historii, którego spektakle o tematyce patriotycznej można traktować jako wzór artystycznego przedstawiania historii dla młodzieży, z wykorzystaniem ich potencjału twórczego i talentu aktorskiego. Ucząc się śpiewu jednocześnie pobierałam naukę gry na skrzypcach w Szkole Muzycznej I stopnia w Lubaczowie, którą ukończyłam w 2000 roku. Skrzypce towarzyszyły i towarzyszą mi po dziś dzień, a umiejętność gry na tym instrumencie przysporzyła mi wiele radości. O dalszym rozwoju muzycznym zadecydowałam w momencie wyboru kierunku studiów. Rozpoczęłam magisterskie studia muzyczne na kierunku Edukacja Artystyczna w zakresie sztuki muzycznej na Uniwersytecie Marii CurieSkłodowskiej w Lublinie, które to studia ukończyłam w 2008 roku. Równolegle ze studiami w Lublinie kontynuowałam naukę na II stopniu Szkoły Muzycznej im. T. Szeligowskiego na kierunku śpiew solowy. Pasja do muzyki i występów scenicznych zaowocowała członkostwem w Chórze Uniwersyteckim oraz Zespole Tańca Ludowego UMCS, w którym przez 5 lat czynnie

s. 30

koncertowałam na terenie całego kraju i wielu krajach Europy. Po ukończeniu szkoły muzycznej i studiów postanowiłam kontynuować swoją dalszą edukację muzyczną na Akademii Muzycznej. Wybór padł na Akademię Muzyczną w Gdańsku, w której rozpoczęłam naukę na kierunku wokalno-aktorskim, specjalność - śpiew solowy operowy. Uczelnię tą ukończyłam w roku 2012 i w tym samym roku rozpoczęłam studia doktoranckie na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na kierunku muzykologia, które w dalszym ciągu kontynuuję. Będąc na II roku studiów w Gdańsku rozpoczęłam pracę w Pałacu Młodzieży, w którym obecnie pracuję i prowadzę pracownię wokalną. Praca z utalentowaną młodzieżą jest moją pasją i daje mi wiele satysfakcji. Prowadzę solistów i zespoły wokalne ucząc emisji głosu, zachowania scenicznego i dzieląc się moją wiedzą i doświadczeniem zawodowym. Wyjeżdżam na festiwale i konkursy wokalne o zasięgu ogólnopolskim i międzynarodowym. Często opowiadam moim uczniom – szczególnie tym rozpoczynającym swoją przygodę ze śpiewem- o tym jakie były moje początki. Staram się na podstawie przykładów z własnego doświadczenia obcowania ze sceną pomóc im przezwyciężać własne trudności i lęki. Myślę, że ważne jest aby robić w życiu coś ponad, coś co przyczyni się do rozwoju naszego talentu, osobowości i ukształtuje w pozytywny sposób charakter młodego człowieka. Będąc nauczycielem nie zapominam przekazać również najważniejszą radę, że aby coś osiągnąć w tej dziedzinie i móc być z tego zadowolonym trzeba się w to zaangażować całym sercem. Tylko wytrwali i pracowici osiągają sukcesy. Niemałe znaczenie dla rozwoju młodego adepta sztuki wokalnej mają rodzice, których wsparcie -szczególnie w tym początkowym etapie nauki ale i potem również - jest nieocenione. Moim rodzice zawsze mnie wspierali za co im serdecznie dziękuję.

Kamila Kmiecik

Myślę, że fakt wychowania się w małej miejscowości, odległej od dużych miast, w których dostęp do,,wysokiej kultury jest na wyciągnięcie ręki”, nie był czynnikiem decydującym o moim rozwoju. Pasja do muzyki rozwijana latami, której początki sięgają działalności artystycznej w Gminnym Ośrodku Kultury w HoryńcuZdroju zwyciężyła i zaowocowała obraniem takiej właśnie ścieżki zawodowej. Uważam, że dla rozwoju talentu dzieci i młodzieży XXXVII Gazeta Horyniecka


w trakcie spektaklu

w zakresie szeroko pojmowanej dziedziny wiedzy warto zadbać o odpowiednią politykę władz środowiska. Jest to istotne szczególnie w przypadku małych, wiejskich społeczności. Stworzenie możliwości takiego rozwoju i alternatywy spędzania wolnego czasu w wartościowy sposób, pod kierunkiem profesjonalisty to jedyna słuszna droga do rozwoju osobowości młodego człowieka. Mam nadzieję, że władze Horyńca - Zdroju nadal o tym pamiętają. XXXVII Gazeta Horyniecka

Magdalena Skawińska: Nawiązując do słów mojej rozmówczyni mam nadzieję, ze polityka kulturalna Horyńca Zdroju zmieni się. Jako promotorka życia kulturalnego żywię wielki sentyment do dziecięcych wspomnień związanych z tą miejscowością. Pamiętajcie, że my nie zapominamy o naszych korzeniach, śledzimy wydarzenia kulturalne i promujemy nasze środowisko. Niestety mam wrażenie, że mieszkańcy i władze zapominają o swoich wychowankach i niechętnie zapraszają do wspólnych przedsięwzięć. Gdyby nie pomysł Roztoczańskiego Festiwalu Muzycznego im. Anny Budzińskiej (na którego 2 edycję nie dostaliśmy ani złotówki od Gminy) nie koncertowałabym w tych okolicach około 15 lat, a warsztaty muzyczne dla dzieci i koncerty znanych postaci artystycznego świata w tym letnim okresie byłyby tylko marzeniem. Festiwal miał pobudzić i aktywizować horynieckie społeczeństwo do działań, promowania lokalnej działalności muzycznej, gastronomicznej czy agroturystycznej. Fundacja została powołana do zdobywania środków na tego typu imprezy, niesienie pomocy dzieciom i młodzieży w edukacji muzycznej, zakup instrumentów. Jeśli nie uzyskamy od Was pomocy to niestety bardzo szybko nasze siły się wyczerpią. Dwie osoby do organizacji takiej imprezy to zdecydowanie za mało. Obowiązki obejmują pisanie wniosków, rozliczenia, rozwieszanie plakatów, informowanie kuracjuszy o wydarzeniach, prowadzenie warsztatów, koncertowanie, a następnie organizowanie dojazdu na koncerty. Zapytacie dlaczego??? Nikt nie zaoferował nam pomocy, a 20% wkładu do dofinansowania trzeba było odpracować wolontariatem. Dofinansowania mają to do siebie, że należy mieć własny wkład finansowy, niestety jesteśmy młodą Fundacją i nie stać nas na tego typu wydatki. W większości przypadków jest tak, że tę kwotę dodają władze gmin, miast lub sponsorzy. Prawdopodobnie jeśli ta współpraca się nie uda zrezygnujemy z następnych

edycji, a w 2015 roku może to być ostatni Festiwal. To nie są żadne spekulacje tylko szczera prawda. Usłyszeliśmy na początku: organizujcie, pokażcie jak to ma wyglądać a my się do tego dołączymy. Czy tak będzie? Czas przyniesie odpowiedź. To nie są tylko moje spostrzeżenia dotyczące tego co się dzieje. Nie pamiętam, kiedy w Horyńcu – Zdroju śpiewała Kamila Kmiecik, Agnieszka Chorążak czy młodsze nasze koleżanki jak Justyna Zuba, o której głośno zrobiło się dopiero po programie The Voice of Poland. Mamy wielu znakomitych muzyków, niedocenionych i zepchniętych na dalszy plan w naszej miejscowości. Dlaczego tak jest??? Zadajcie sobie to pytanie, nie jestem osoba kompetentną, żeby to oceniać. Zwykle tak bywa, że nie doceniamy tego co mamy i chyba to jest największy problem tego środowiska. Jest takie przysłowie: Cudze chwalicie a swego nie znacie...i chyba jest to najbardziej adekwatne stwierdzenie. Jeśli myślicie, że muzyka jest nieprzydatna w życiu, to jesteście w błędzie. Ma ogromy wpływ na sposób uczenia się i myślenia we wszystkich dziedzinach życia. Naukowcy udowodnili, że aktywne muzykowanie pogłębia zdolności językowe, matematyczne, poprawia zachowania społeczne oraz usprawnia rozumowanie przestrzenno-czasowe. Każdy, kto nauczy się uwalniać swoja wyobraźnie i kreatywność poprzez muzykę, będzie w stanie łatwiej poradzić sobie w różnych sytuacjach życiowych i zamiast przeszkód zauważy nowe rozwiązania. Nie zapominajmy, że to my i nasze dzieci tworzymy społeczeństwo - w gminie, mieście czy w państwie. Jak wychowamy młodsze pokolenie, taka będzie nasza starość. Z tak dużą ilością informacji i pytań zostawiam Was samych, życzę Czytelnikom zdrowych, pogodnych, pełnych rodzinnych spotkań przy wigilijnym stole Świąt Bożego Narodzenia oraz cudownego kolędowania w te Święta nie tylko w kościele. Niech muzyka przepełnia każdy dom i tego życzę sobie i wszystkim.

s. 31


Iwona Buczko

LUBACZOWSKIE „OD KUCHNI”

B

iblioteczka albumów promujących ziemię lubaczowską, powiększyła się o kolejny tytuł. Do wydanych wcześniej przez powiat lubaczowski albumowych publikacji (m.in. „Zabytkowa Architektura Dworsko-Pałacowa Ziemi Lubaczowskiej” i „Zabytkowa Arc h itekt ura Cerk iew na Ziemi Lubaczowskiej”) dołączyła następna- „Dziedzictwo Kulturowe Sztuki Ludowej i Kulinarnej Ziemi Lubaczowskiej”. Na 148 stronach tej niezwykłego albumu można znaleźć ponad 120 przepisów na tradycyjne dania kuchni pogranicza polsko- ukraińskiego, którymi podzieliły się Koła Gospodyń Wiejskich z terenu całego powiatu. To pierwszy taki zbiór kresowych przepisów w regionie, ukazujący ziemię lubaczowską dosłownie „od kuchni”. Swoją cegiełkę dołożyły do albumu także panie z kół gospodyń gminy Horyniec-Zdrój: KGW z Nowego Brusna, KGW z Radruża i KGW z Horyńca Zdroju. Podczas plenerowych imprez w poszczególnych gminach powiatu kramy suto zastawione tradycyjnym, wiejskim jadłem przyciągają niezmiennie tłumy turystów, ale i miejscowych uczestników spotkań. Po części dlatego, że serwowane przez panie z KGW specjały- choć charakterystyczne dla naszych terenów- często nie są już spotykane na co dzień na lubaczowskich stołach. Trudno jednak nie zauważyć, że w dobie dzisiejszego zalewu rynku przez żywność z wielkich marketów, produkowaną raczej z nastawieniem na ilość, niż jakość, kuchnia oparta na naturalnych, zdrowych produktach, przeżywa swój renesans. Tradycyjne, proste potrawy królują na lokalnych imprezach i podbijają podniebienia turystów, którzy chcą poznawać nowe miejsca także przez pryzmat ich smaku. W trend promocji naszej małej ojczyzny dzięki lokalnej kuchni album „Dziedzictwo Kulturowe Sztuki Ludowej i Kulinarnej Ziemi Lubaczowskiej” wpisuje się więc znakomicie. Na terenie powiatu lubaczowskiego działa obecnie około 80 kół s. 32

gospodyń wiejskich. To wielkie bogactwo i skarbnica wiedzy o poszczególnych miejscowościach, ich historii, kuchni i tradycjach. Dziś panie- oprócz promowania rodzimych smakołyków, wytwarzanych często na podstawie receptur sprzed kilku pokoleńtakże prężnie organizują życie kulturalne i społeczne w swoich wsiach, inicjując wiele imprez, spotkań, konkursów czy warsztatów dla dzieci i młodzieży. I tak na kartach albumu przepisami na potrawy podzieliło się 40 kół gospodyń z gmin: Cieszanów, Horyniec-Zdrój, Lubaczów, Narol, Oleszyce, Stary Dzików i Wielkie Oczy. Oprócz przepisów na tradycyjne dania z pogranicza polsko-ukraińskiego, takie jak pierogi, szwaby, barszcz czy maczka, znajdziemy tu też receptury na przygotowanie całej gamy różnego rodzaju drobiu, chlebów, gołąbków, zup i ciast. Wszystkie ilustrowane są zdjęciami gotowych

Okładka albumu

potraw, a niektórym towarzyszą ciekawostki o pochodzeniu dania lub okazjach, przy których dawniej je podawano. Informacje o kołach, ilustrowane wspólnym zdjęciem członkiń oraz ich przepisy na potrawy ułożone są alfabetycznie według nazw gmin. Panie z gminy Horyniec Zdrój czytelnikom albumu proponują m.in. dania takie jak pindyga (domowy kisiel), kartoflanka, pierogi z

maczką grzybową, barszcz wołyński, pieróg radruski, ziemniaczana baba „Radrużanka” czy pantras (również rodzaj zapiekanej babki z ziemniaków). W publikacji znajdziemy także sylwetki 32 artystów-rękodzielników z terenu powiatu lubaczowskiego, zrzeszonych w Stowarzyszeniu Twórców Ludowych Ziemi Lubaczowskiej, które skupia artystów zajmujących się m.in. malarstwem, rzeźbiarstwem, bibułkarstwem, haftowaniem czy nawet pisaniem ikon. Gminę Horyniec Zdrój w tej części albumu reprezentuje Zbigniew Krzych z Wólki Horynieckiej oraz mieszkańcy Horyńca: Józef Furgała, Przemysław Zaręba i Renata Miśków. Prace wszystkich twórców ze stowarzyszenia na co dzień można podziwiać w Galerii Sztuki Ludowej w Lubaczowie. Album, który trafił już m.in. do szkół i bibliotek w powiecie, jest ilustrowany zdjęciami autorstwa Krzysztofa Stępnia z Powiatowego Centrum Kultury, który wraz z Mariuszem Frantem, dyrektorem PCK, zajął się także redagowaniem jego zawartości. Publikację można także nabyć w lubaczowskich księgarniach. Z pewnością warto po nią sięgnąć i miejscowym czytelnikom, jak i turystom, bowiem doskonale obrazuje swoisty tygiel kultur, który przez wieki funkcjonował na terenie powiatu lubaczowskiego, gdzie mieszały się zwyczaje, wiedza, umiejętności i tradycje wielu kultur: polskiej, ukraińskiej, żydowskiej i niemieckiej. Znalazło to też swoje odzwierciedlenie w kuchni, tak więc na kartach albumu znajdziemy przepisy na potrawy, które w licznych odmianach spotkamy także w innych zakątkach Polski, ale i takie, których można posmakować jedynie na terenie pogranicza polsko- ukraińskiego. Warto wykorzystać je do promocji poszczególnych gmin powiatu, nie tylko podczas plenerowych imprez, ale też w coraz prężniej rozwijającym się sektorze agroturystyki. Wszak nie od dziś wiadomo, że droga do serca (także turystów) prowadzi przez żołądek! XXXVII Gazeta Horyniecka


Grzegorz Woźny

NIEPUBLICZNY ZAKŁAD OPIEKUŃCZO LECZNICZY „OSTOJA” W PODEMSZCZYŹNIE Niepubl ic zny Za k ład Opiekuńczo Leczniczy „Ostoja” w Podemszczyźnie, którego właścicielami są Waleria i Wacław Rejmanowie świadczy swoje usługi od 2004 roku. Wtedy to w odremontowanym budynku po szkole podstawowej w Podemszczyźnie otwarto zakład opiekuńczo – leczniczy, który docelowo świadczy usługi lecznicze dla somatycznie (przewlekle) chorych w zakresie stacjonarnej obsługi długoterminowej. Otoczenie zakładu to istny raj dla ludzi ceniących sobie spokój, ciszę i piękno przyrody a brak zakładów przemysłowych w okolicy oraz bliskość uzdrowiska Horyniec-Zdrój czyni to miejsce jeszcze bardziej atrakcyjnym. NZOL Ostoja świadczy usługi opieki długoterminowej na podstawie kontraktów z NFZ (oddział wojewódzki) ale oferuje też usługi komercyjne. Dysponuje 80. łóżkami kontraktowymi z NFZ oraz 40. łóżkami komercyjnymi. Świadczenia realizowane są w dwóch budynkach i do dyspozycji pacjentów są pokoje jedno, dwu i trzyosobowe, z których każdy ma oddzielną łazienkę przystosowaną dla osób niepełnosprawnych. Pacjenci mają zapewnione pełne wyżywienie w tym także dostosowane do indywidualnych potrzeb pacjenta-zlecone przez lekarza. Całodobowa opieka sprawowana jest przez wykwalifikowany XXXVII Gazeta Horyniecka

personel; lekarzy, pielęgniarki, opiekunki, salowe. Do dyspozycji pacjentów jest pięciu lekarzy – specjalistów medycyny rodzinnej, chorób wewnętrznych, anestezjologii i intensywnej terapii oraz lekarz psychiatra i neurolog. Oprócz lekarzy pracujących na stałe są prowadzone wyjazdowe konsultacje specjalistyczne. Zakład zapewnia pensjonariuszom całkowite leczenie farmakologiczne, w tym także zaopatrzenie w pozostały sprzęt medyczny. Do dyspozycji pacjentów zakład oferuje również gabinety rehabilitacji, w tym fizjoterapii, kinezyterapii, laseroterapii oraz wszelkie niezbędne inne formy rehabilitacji wykonywane przez wykwalifikowany personel. Czas wolny wypełniają terapie zajęciowe w miłej atmosferze, przy udziale personelu również wykwalifikowanego w tym zakresie. W Ostoi prowadzone są również zajęcia kulturalno-rekreacyjne; wspólnie z pacjentami organizowane są imieniny, urodziny czy bale seniora, wycieczki i koncerty; (m.in. częstymi gośćmi są zespół ludowy Jarzębina oraz dziecięcy zespół wokalno instrumentalny Horynieckie Aniołki prowadzony przez o. franciszkanina Bogdana Klóskę). Pensjonariusze objęci są też opieką duszpasterską, którą sprawują ojcowie franciszkanie z pobliskiego Horyńca-Zdroju, którzy bardzo często odwiedzają

mieszkańców Ostoi, a także odprawiają cyklicznie Msze święte. Zakład świadczy też lecznicze usługi specjalistyczne w zakresie obsługi pacjentów wentylowanych mechanicznie, czyli korzystających na stałe z respiratora, karmionych przez sondę, a więc wymagających stałej opieki lekarza anestezjologa i specjalisty intensywnej terapii. W roku 2012 zakończona została nowa inwestycja czyli budowa nowego bloku mieszczącego się tuż obok pierwszego budynku zakładu Ostoja i połączonego z nim łącznikiem. Do dyspozycji pacjentów są 24 pokoje 1, 2 i 3 osobowe oraz gabinety: rehabilitacji, psychoterapii i terapii zajęciowej. Nowy budynek również dostosowany jest do potrzeb osób niepełnosprawnych; posiada podjazdy dla wózków inwalidzkich oraz windę. Dwa piętra tego budynku zostały przekazane dla usług komercyjnych dla pacjentów z całej Polski. Parter przeznaczony jest do realizacji usług kontraktowanych z NFZ. Zakład zamierza rozwijać swoją działalność i podwyższać standard obsługi i opieki nad pacjentami. Właściciele zakładu Ostoja, Państwo Rejmanowie są wielkimi miłośnikami zwierząt. Posiadają m.in. trzy konie rasy huculskiej, a wolny czas spędzają na wędrówkach po okolicznych lasach. s. 33


Bożenia Mróz

PRZEPISY KULINARNE Rolada

Składniki: - 4 jaja, - 20 ml mleka,( daję nieduży kieliszek), - 12,5dkg cukru + cukier waniliowy, - 7,5 dkg mąki pszennej, - 5 dkg mąki ziemniaczanej, - 1 łyżeczka proszku do pieczenia Przygotować jak biszkopt część ciasta wlać do woreczka do ubierania tortów i na blachę wyłożoną papierem zrobić „ esy - floresy”  włożyć do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na około 3 minut  powinno już się troszkę „zapiec” do reszty ciasta dodać łyżkę kakao lekko wymieszać i zalać zapieczona roladę - piec ponownie w tej samej temperaturze około 20 minut. Zwinąć  w ściereczkę roladę przekładać białą masą o dowolnym smaku. Robiąc roladę cały  MYK  polega na tych esach floresach życzę smacznego. Rolada pięknie wygląda i jest bardzo smaczna.

Łamaniec

3 szkl mąki 2 jajka 5 żółtek 1 łyżka masła 1 łyżka cukru pudru 1 łyżka octu Wyrobić ciasto i upiec z tej porcji 8 cieniutkich placków, pieczemy około 15 minut na złoty kolor (180 C). Krem Ugotować budyń z: 1 litra mleka, 1 szklanki cukru, 2 cukry waniliowe 3 łyżki mąki pszennej 3 łyżki mąki ziemniaczanej 2 żółtka Wszystkie składniki włożyć do garnka, postawić na ogień ciągle mieszając (najlepiej trzepaczką) aż masa jajeczna zgęstnieje. Ostudzić, utrzeć 1 ½ kostki masła dodawać stopniowo budyń ciągle ucierając aby się masa nie zważyła, pod koniec ucierania dodać kieliszek dobrego alkoholu. Na koniec do masy dajemy 1 paczkę rodzynek wcześniej sparzonych, ½ paczki płatków migdałowych reszta będzie do posypania po wierzchu i 1 paczkę śliwek kalifornijskich drobno pokrojonych. Wymieszać i smarować kruche placki, można go lekko docisnąć aby odszedł. Moja rada - lepiej go upiec i przełożyć kilka dni (2-3) wcześniej.

Ciasteczka francuskie:

2 i 1/2 szklanki mąki   1 i 1/2 margaryny, 3 żółtka, 6 łyżek zimnej wody- wysiekać i dać do lodówki przynajmniej na 2 godziny. Wykrawać ciasteczka robiąc dziurkę w środku, maczać w białku i cukrze.... można cukier wymieszać z kokosem, orzechami lub z posypką kolorową... wiem że niezdrowa ale ładnie wygląda. s. 34

Piernik

3 jajka ½ słoika dżemu 1 szkl cukru + cukier waniliowy 2 szkl mąki ½ szkl oleju 1 szkl mleka 1 łyżka kakao po łyżeczce sody i cynamonu Ubić białka z cukrem dodawać żółtka i stopniowo pozostałe składniki. Piec w keksówce około 45- 50 minut w temperaturze 150C.

Placek z sokiem „Kubuś”

Składniki: 5jaj 1 szkl mąki 1 szkl cukru 11/2 łyżeczki proszku do pieczenia 2 łyżki octu Białka ubić z cukrem na sztywną pianę dodawać stopniowo żółtka, mąkę z proszkiem wsypywać powoli i delikatnie mieszać łyżką na koniec dać ocet. Piec 35 – 40 minut w nagrzanym piekarniku (150-160 stopni). Ostudzony przekroić na pół. Masa 1 duży Kubuś 2 budynie (zależy jaki smak soku, jeżeli banan to może być śmietankowy, waniliowy, sok malinowy to budyń malinowy) 1 śmietana 30% do deserów 2 śmietana fixy 1 łyżeczka żelatyny 2 łyżki cukru pudru 3 szklanki soku zagotować w pozostałej części wymieszać budynie i ugotować jak budyń. Jeżeli budynie są z cukrem to nie dodajemy cukru a jeżeli bez cukru to dodać 2 łyżki. Letni budyń wyłożyć na przekrojony biszkopt i przykryć drugą połową. Śmietanę ubić z cukrem pudrem, śmietan fixem, dać żelatynę rozpuszczoną w łyżce wody. Całość dobrze wymieszać wyłożyć na biszkopt na wierzch zetrzeć czekoladę. XXXVII Gazeta Horyniecka


dokończenie art. ze str. 2

(ścieżka Dębisko – Kruszyna) praktycznie nie istnieje. Jest to wyjątkowo zła sytuacja, ponieważ turysta wędrując od zalewu w Horyńcu trafia w bezpośrednie sąsiedztwo granicy państwowej, gdzie znakowanie powinno być wykonane szczególnie starannie. Dodatkowym problemem są tablice postawione w miejscach przystanków dydaktycznych. W większości są one stare i nieatrakcyjne, a niektóre z nich wręcz chylą się ku ziemi. Trasy te wymagają pilnego odnowienia, tak w aspekcie oznakowania, jak i przygotowania nowych tablic. Trasy nordic walking W okolicy Horyńca-Zdroju przygotowano dwie takie trasy: Zieloną (prowadzącą po Horyńcu) i Czerwoną (do Nowin Horynieckich). Jest to część projektu przygotowanego przez Lokalną Grupę Działania „Serce Roztocza” z siedzibą w Cieszanowie (w analogiczny sposób przygotowano trasy w Cieszanowie właśnie, a także w Narolu). Informacje o wspomnianych trasach odnajdziemy na deptaku w Horyńcu. Tablice są kolorowe, z wyraźnymi mapami, kolorowymi zdjęciami i pełnymi opisami każdej z nich. Niestety, jeżeli zachęcony nimi turysta wyruszy na szlak, czeka go rozczarowanie. Mimo, że trasy pojawiły się w terenie niedawno (jesień 2014) oznakowanie ich już jest mocno przetrzebione, a w samym Horyńcu prawie nie istnieje. Trudno, aby

XXXVII Gazeta Horyniecka

Tablica informacyjna z trasą nordic walking w Horyńcu-Zdroju

było inaczej skoro tabliczki ze znakami szlaku przyczepiane są do cieniutkich patyczków, byle jak wbijanych w ziemię. Te znaki, które jeszcze pozostały, na pewno nie przetrwają najbliższej zimy. Ponadto należy podkreślić, że trasy nordic walking z reguły znakowane są symbolem biegacza i paskiem z kolorem trasy. W Horyńcu przyjęto dla nich jedynie kolorowe strzałki i to w dość dziwnym formacie. W żaden sposób nie kojarzy się to z trasami nordic walking! Ale nie tylko fatalnie przygotowane znakowanie jest tu problemem. Przebieg tych tras nie wnosi praktycznie nic nowego do istniejących już ścieżek dydaktycznych. Co więcej, trasa czerwona, choć prowadzi w kierunku Nowin Horynieckich, nawet nie doprowadza do kapliczki ze źródełkami (w opisie dojście do niej potraktowane jest jako wycieczka boczna, przy czym ta wycieczka tam i z powrotem ma długość niemal taką samą, jak podstawowa

trasa nordic walking). Warto także zwrócić uwagę na to, że przy niektórych ulicach i szosach, którymi wiodą omawiane szlaki, nie ma chodnika. Trudno tu mówić o komfortowej wędrówce z kijkami. Podsumowanie Stan pieszych tras w okolicy Horyńca prezentuje się słabo, aczkolwiek można go dość szybko poprawić. O ile szlaki dalekobieżne są w miarę dobrze utrzymane, to – zwykle najbardziej popularne – trasy dydaktyczne wypadają już o wiele słabiej, a trasy nordic walking wręcz fatalnie. Jeżeli chodzi o ścieżki dydaktyczne istnieje pilna potrzeba ich odnowienia – i to wydaje się być najpilniejszym zadaniem w kontekście rozwoju turystki pieszej w tej gminie. W przypadku tras nordic walking – należałoby te szlaki przygotować ponownie, tak w aspekcie ich przebiegu, jak i sposobu znakowania. Stan obecny zbyt mocno odbiega bowiem od przyjętych dla takich tras standardów.

Oznakowanie trasy nordic walking w Horyńcu-Zdroju

s. 35


Szczyt Kilimandżaro

Z ROZTOCZA NA

KILIMANDŻARO CZYTAJ NA STR. 14

Sawanna i lobelie

Po zdobyciu Gilman’s Point

Lodowce Kilimandżaro

Po wyjściu z lasu deszczowego po raz pierwszy ukazuje się masyw Kilimandżaro

GAZETA HORYNIECKA Ukazuje się nieregularnie. ISSN: 2080-2986. Nakład wydania: 500 egz. WYDAWCA - Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Horynieckiej z siedzibą w Horyńcu-Zdroju ADRES REDAKCJI - ul. Sobieskiego 4, 37-620 Horyniec-Zdrój, tel. 16 631 31 05, e-mail: gh@horyniec.net REDAKCJA Redaktor naczelny: Paweł Rydzewski Redaktorzy: Bożena Mróz, Marian Szymański, Krzysztof Woźny Druk: Drukarnia Kolor-Druk, 37-500 Jarosław, ul. Podzamcze 28b, tel. 16 621 62 31

Redakcja zastrzega sobie prawo poprawek stylistycznych, skracania nadsyłanych tekstów i zmiany ich tytułów.

Gazeta Horyniecka 37  
Gazeta Horyniecka 37  

Pismo Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Horynieckiej

Advertisement