Issuu on Google+


Mali książęta Conor Grennan Fragment Wydawnictwo Papierowy Księżyc

Miałem wyjechać z Nepalu za dwa dni. Trzy miesiące w tym kraju właśnie dobiegały końca i miałem już bilet lotniczy do Tajlandii. Następnego ranka pożegnałem się z Santoshem. Farid przyjechał i zastąpił mnie w czuwaniu nad nim. Później dowiedziałem się, że lekarze nie odkryli, co mu dolegało, ale na wszelki wypadek trzymali go w szpitalu jeszcze dwa tygodnie. Farid mieszkał tam z nim, a Sandra wróciła do sierocińca, by opiekować się resztą dzieciaków. Tego wieczoru, poszedłem do pokoju starszych chłopców, by powiedzieć im dobranoc – po raz ostatni. Nie skakali po łóżkach, tylko siedzieli oparci o poduszki i przyglądali mi się uważnie. W każdym z łóżek spało po dwóch chłopców, ubranych w za duże podkoszulki, które służyły im za piżamy. – Kiedy ty wrócić, Bracie? – spytał Anish, a w pokoju momentalnie zapanowała absolutna cisza. Wszyscy chcieli usłyszeć odpowiedź. Spodziewałem się tego. Na szkoleniu w CERV ostrzegali nas by na to nieuchronne pytanie odpowiadać ogólnikowo i powściągliwie. Niewielu wolontariuszy wracało do Nepalu. Ten kraj leżał zbyt daleko – podróż wymagała czasu i sporych pieniędzy. Praca w sierocińcu była sprawą jednorazową – doświadczeniem, którego nigdy się nie zapomni, ale którego nigdy się już nie powtórzy. Pracownicy CERV doradzali by nie robić dzieciom fałszywych nadziei, gdyż zmniejszało to zaufanie dzieci do kolejnej grupy wolontariuszy. Ich opiekunowie ulegali ciągłej rotacji, a oni przyzwyczajali się do tego. System był zdecydowanie wadliwy, ale nie było zbyt wielu alternatyw. – Nie jestem pewien, Anish, ale z pewnością postaram się wrócić! – odpowiedziałem pogodnie. Na chłopcach nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia. – Ale kiedy, Bracie? – zapytał Anish, po chwili kłopotliwej ciszy. – Na pewno nie wcześniej niż za rok – powiedziałem mu. – Pamiętacie? Mówiłem wam o


wyprawie, na którą się wybieram. Pokazywałem wam globus. – Po wyprawa, Bracie? – Może – powiedziałem. Słyszeli to już wcześniej. Jedni odwrócili wzrok, inni położyli się. Tylko Anish wciąż siedział na krawędzi łóżka. Zadał mi to samo pytanie w inny sposób i potem jeszcze w inny. Zaczął pytać bardziej szczegółowo, co planowałem robić za rok, czy musiałem wracać do domu, i czy podoba mi się w Godawari. Musiałem mu w końcu przerwać. – Nie jestem pewien, Anish. Ale widzimy się rano, co nie chłopcy? – Tak, Bracie – odpowiedzieli mi chóralnie. Anish położył się, a ja zgasiłem światło. Gdy wróciłem do swojego pokoju, wyciągnąłem plecak spod łóżka, ściągnąłem stertę podkoszulków z półki i ułożyłem je w plecaku. Nagle wybuchnąłem płaczem. Emocje wzięły górę. Nie płakałem od wielu lat, a teraz szlochałem na całego. Byłem szczęśliwy w Godawari. Uspokój się, przecież tu nic nie ma – tłumaczyłem sobie tłumiąc łkanie. Codziennie je się ryż. Nie ma gdzie wyjść. Nie spotyka się kobiet. Nie ogląda się filmów ani telewizji. Trzeba opiekować się osiemnaściorgiem dzieci. Jest się wiecznie brudnym i przemarzniętym. Oczami wyobraźni zobaczyłem moją mamę, która zawsze żegnała mnie na lotnisku przed odlotem do Pragi po Bożym Narodzeniu spędzonym w Ameryce. Płakała w moich ramionach – tak samo jak ja teraz. Zawsze zastanawiałem się skąd brał się ten smutek – dla mnie mój wyjazd nie stanowił tak wielkiego problemu. W tym momencie jednak podobna rozpacz wydawała się wypełniać cały mój pokój. Wejście w rolę opiekuna osiemnaściorga dzieci było trudne, ale wyjście z niej było prawie niemożliwe. Dzieciaki nieustannie mi towarzyszyły – były w ciągłym ruchu i zarażały swoją radością każdego, kto znalazł się w pobliżu. Oczywiście, że będę za tym tęsknił. Jednakże głębszy smutek i uczucia, które mnie zalały wiązały się z tym, iż czułem, że je porzucam. Dzieci, jak zwykle, sobie poradzą – mawiała Sandra. Mogła to samo powiedzieć mojej mamie na lotnisku. Wiedziałem, że miała rację. Nie mogłem jednak opuścić tego domu nie będąc pewien, czy kiedyś tu wrócę, czy też nie. Po prostu nie mogłem. Pomimo wszystko, stałem się dla tych dzieci zastępczym rodzicem – nie dlatego, że się do tego nadawałem, ale dlatego, że się po prostu pojawiłem. Wróciłem do pokoju starszych chłopców. Rozmawiali cicho w ciemności. – Conor! Bracie! – usłyszałem ochrypły szept Anisha. Zarysy sylwetek uniosły się z łóżek i powtarzały moje imię. – Chłopcy – wrócę za rok, dobrze? – wyszeptałem.


– Dobrze, Bracie!! – Dobranoc, chłopcy. – Dobranoc, Bracie! W dniu wyjazdu z Domu Małego Księcia zostałem pożegnany tradycyjną ceremonią nepalską. Farid przyjechał na kilka godzin ze szpitala, by się ze mną pożegnać razem z innymi wolontariuszami. Każde dziecko po kolei robiło mi na czole znak tika przy użyciu czerwonej papki, dawało mi kwiaty i życzyło bezpiecznej podróży. Wszystkie, co do jednego spytały, czy to prawda, że wrócę za rok. Potwierdzałem. Niektórzy z wolontariuszy przyglądali mi się z powątpiewaniem. Farid tylko się uśmiechał. Mówiłem poważnie. Wrócę do nich.


Mali książęta Conor Grennan