Page 1

Cóż, ja też w końcu przeczytałam artykuł, małe jest bowiem środowisko ludzi, którym na książce rzeczywiście zależy. Nie będę odnosiła się do różnic światopoglądowych wprost, bo nie ma to sensu, rzeknę tylko kilka słów o artykule, choć przyznam, długo się zastanawiałam , czy powinnam, przede wszystkim dlatego, że jest tak bardzo nierzetelny, czyli nieprofesjonalny. Właściwie rozumiem, dlaczego inaczej nie mogłaś przedstawić literatury skandynawskiej. Otóż wyprodukowało ją społeczeństwo liberalne, do których "środowiskom ultra-katolickim" czy też "prawicowcym" (przyjmijmy to za hasło) jest "nie pod drodze" - z przyczyn oczywistych. "Wolność" jest u liberałów bowiem wartością nadrzędną. Wierzy się, że człowiek potrafi dokonywać wyborów samodzielnie i pozwala na to, jeśli nie są sprzeczne z ogólnie przyjętym prawem. Zatem nie neguje się istnienia rozwódek, dzieci pozamałżeńskich, homoseksualistów, tych w depresji lub lekko rozdrażnionych, widzi się miłość, ale widzi się i przemoc, próbuje się pomóc ludziom poddźwignąć (choć nie poprzez wiarę, tak jak byś chciała). Wie się, że są różne oblicza człowieka. Z tą wiedzą można zrobić różne rzeczy. Ty w pewnym sensie wzięłaś medyczną książkę o rzeżączce i z faktu jej istnienia wysnułaś, że społeczeństwo jest chore. Przy okazji udowodniłaś niestety, że nie masz humoru, co stwierdzam na marginesie i nieśmiało, bo chcę się ustrzec przed wycieczkami personalnymi. Jednak fakt ten kładzie się cieniem na postrzeganie całej literatury skandynawskiej, obfitującej w absurdalny humor (także "Nusia i bracia łosie" czy "Filip i mama, która zapomniała"). Nie mogłam uwierzyć, że czytasz to wszystko na serio. Pozostając więc w oparach absurdu, mogę tylko zapytać: Skąd wiesz, że tata Filipa nie poszedł na mszę? A ten od Sveina Nyhusa nie pojechał na misję? A może matka Emmy wpadła w depresję, bo jej mąż-katolik powiesił się na żyrandolu w salonie? Pytań można postawić wiele. Czy warto sobie nimi "zaprzątać strony"? Zanim dojdę do poważniejszych kwestii, poruszę jeszcze kwestię różnic w wychowaniu. Piszesz, zresztą poniekąd słusznie: "Zaakceptuj samotność, radź sobie sam - sugeruje skandynawska literatura dziecięca." Każdy człowiek jest czasem sam. Dzieci także. Same nie znaczy "samotne". Wiele nurtów tzw. "wolnej edukacji" zwraca uwagę na potrzebę nauki „bycia samemu”, w której rodzic winien towarzyszyć, nie bawić się z dzieckiem cały czas, ma być, obok, wykonywać swoje czynności, reagując, gdy jest potrzebny. W Twojej Arkadii, Bullerbyn, dzieci też są same, zaglucone pałętają się po mokradłach (mogą utonąć!), wdrapują na dachy (a jak spadną?!), łażą po drogach (gdzie ci zboczeńcy?). Wracając do książek. Książki problemowe, o których piszesz (bo tylko o kilku takich piszesz) są po to, by pocieszyć dziecko, gdy jest same, przemówić do niego prostym językiem, za którym nie kryje się Mądra Jola. Rodzice po nie sięgają, bo sami sobie nie radzą. Gdy wiemy, że są rodziny, w których dochodzi do przemocy, piszemy książki, które pomogą w opresji, nie udajemy, że nic się nie stało, a "tata, by mamy nie pobił, gdyby była inna". Zatem "Sinne Mann" jest straszny, bo autor daje znać dziecku, że wie, co przeszło, że widziało gorsze obrazy. Czy masz to czytać swojemu szczęśliwemu potomstwu przed snem? Może powinny zobaczyć, jak czuje się człowiek, który doznaje przemocy? Takie dzieci w dorosłym życiu też potrafią nieźle dołożyć. Nie szkodzisz tym artykułem Szwedom, bo nie zajmują się oni polskimi dylematami moralnymi, szkodzisz wydawcom, którzy tłumaczeniami książek (nota bene wydanych w oryginale czasem i 40 lat temu) starają się zapełnić lukę, na którą nie mają pomysłu rodzimi pisarze, szkodzisz rodzinom, które być może potrzebują takiej lektury, szkodzisz prawicowym miłośnikom dobrej literatury dla dzieci, którzy po przeczytaniu cytowanego tu już artykułu mogą w ogóle nie sięgnąć po żadną z wartościowych książek, pełnych humoru i ciepła. I sobie. Bo grubymi nićmi wyhaftowałaś ten artykuł. I kończymy na haśle bliskim Polakom - dlaczego książki dla dzieci mają je "pouczać"?!

Odpowiem Rze  

Odpowiedz na artykul w "URz" o literaturze skandynawskiej

Advertisement