Issuu on Google+

ABP

ABEL specjalnie

dla nas!

SKANSEN

w obiektywach

Nasza wigilia Święta z przyjaciółmi ze szkolnej ławki

WrocMUN Obrady w sprawie Cypru

AMNESTY Znów interweniuje


[ Od Redakcji ]

LISTOPAD & GRUDZIEŃ Pierwsze miesiące po wakacjach to rozgrzewka - rok szkolny zaczyna się na dobre wraz z  jesiennymi pluchami. Maturzyści poważnie myślą o maturze, stowarzyszenia się rozkręcają, chór koncertuje, Amnesty jak co roku organizuje wielki Maraton Pisania Listów, a w holu już dawno stoi choinka. Atmosfera Świąt jest, ale obowiązków też nie brakuje. Jeśli jednak długie weekendy nie upływają na nadrabianiu zaległości, wybieramy się na koncerty, do teatru, kina albo przed telewizor czy sięgamy po książkę. Aż  w  końcu to wszystko zostaje podsumowane na kilku stronach, które właśnie macie przed oczami. Zapraszamy! Olga Osuchowska

[ Spis treści ] {Paderewski} 03 Kronika W skrócie 04 O polskich Żydach 05 Chór z okazji Święta Niepodległości i przed Wigilią 06 Amnesty Maraton Pisania Listów // Pilna akcja 08 Stowarzyszenia Filozofowie o karze śmierci 09 Martwa natura Foto Maroko 10 Podboje Dyplomacja we Wrocławiu

15 Kadra Motta Pana Michała Orłowskiego

{Lublin}

16 Wywiad Abp Abel o życiu prawosławnych na Lubelszczyźnie 19 Kultura Rock w wydaniu Deluxe

{Nauka} 20 Astrologia Woda w kosmosie 21 Coraz lepsze zdjęcia komet 22 Ekologia Śmieciowa wyspa

{Kultura}

12 Matura Zostały 4 miesiące

14 Uczniowie Milena Chmielik w roli Wampirzycy

23 Literatura Życie po życiu według Etgara Kereta

24 Teatr "Nędznicy" w wersji warszawskiej Romy 25 TV Zostać top modelką TVNu 26 Kino Przed)ostatni Harry Potter 27 Mroczne Jezioro Łabędzie

{Sport}

28 Biegi Justyna Kowalczyk szykuje się do wyścigów Piłka Nożna Lech Poznań walczy dalej

{Kreacje}

29 Opowiadanie Spotkanie wigilijne 30 Bajka dla DSK Królewna Magdalena i miska zupy

OPIEKUN REDAKCJI Pani Katarzyna Sarzyńska, NAUKA i TECHNIKA Pan Michał Orłowski, FOTO Pan Maciej Jagięła, Pan Jakub Sadurski; NACZELNA Olga Osuchowska, REDAKCJA: LITERATURA Mateusz Kusio, SPORT Mateusz Cytryński; AUTORZY Czarek Bujak, Milena Chmielik, Alicja Janusz, Adrianna Kępińska, Kamila Kowal, Ola Nóżka, Szymon Smyk, Weronika Skowera, Joanna Sztandera, Joanna Wośkowska, GRAFIKA Agnieszka Grygiel, SKŁAD Olga Osuchowska, KOREKTA Joanna Wytrzyszczewska DRUK XEROFAX [Nadbystrzycka 20/8][xerofax@gmail.com] WWW www.playground.paderewski.lublin.pl, KONTAKT playground@paderewski.lublin.pl


Kronika

Nasza Niepodległa W listopadzie świętowaliśmy rocznicę odzyskania Niepogległości 10 listopada odbyły się trzy spotkania z okazji Święta Niepodległości - dla uczniów szkoły podstawowej, gimnazjum i w końcu liceum. Pierwsze dwa przybrały formę wyjątkowej lekcji historii, opartej na prezentacjach multimedialnych. Licealiści wysłuchali natomiast tekstów literackich o tematyce patriotycznej. Każde spotkanie zostało wzbogacone muzyką. Zaśpiewał szkolny chór Akademos, a wariacje na temat Roty zagrali na pianinie i saksofonie Karolina i Janek Tomaszewscy. W ten sposób uczciliśmy to, że żyjemy dziś w wolnym, niepodległym kraju.

OO

Mikołaj w Paderewskim Młodsi i starsi uczniowie Paderewskiego zasłużyli na prezenty W tym roku z okazji Dnia Świętego Mikołaja klasy pierwsze gimnazjum pod okiem pani Elżbiety Niczyporuk przygotowały przedstawienie mikołajkowe. Akcja rozgrywała się w domu, w którym mama i jej córki oczekują świętego Mikołaja. Jednak liczne przeszkody, takie jak śnieżne zaspy uniemożliwiają Mikołajowi dotarcie na czas. Na szczęście ma on Dzwoneczki oraz panią Zimę, którzy pomagają mu w wykonaniu obowiązku. Gimnazjaliści wystąpili w Szkole Podstawowej "Paderewski" przed małymi koleżankami i kolegami z   przedszkola oraz   klas I - III. Na koniec spotkania wszystkie dzieci, nie wyłączając aktorów, zostały obdarowane słodyczami.

Milena Chmielik

Wilii nadszedł czas Przed Świętami w gronie swoich rodzin wszyscy spotkaliśmy się na szkolnej Wigilii Spotkania wigilijne to tradycja szkoły od początku jej istnienia. Zaproszeni są wszyscy uczniowie, ich rodzice, nauczyciele i   pracownicy Paderewskiego. W tym roku nasze grono powiększyło się o społeczność podstawówki, dlatego 21 grudnia odbyły się dwie Wigilie. Na pierwszej zadebiutował chór Mały Akademos i grupa teatralna Werset. Młodzi artyści przygotowali jasełka oraz kolędy i   piosenki. Po części oficjalnej w gościnnych murach "dużego" Paderewskiego, wszyscy udali się na poczęstunek do sąsiedniego budynku. Niedługo potem hall zajęli starsi uczniowie. Razem świętowaliśmy nadanie tytułu honorowego nauczyciela Paderewskiego pani Ewie Tarnowskiej - Sokołow. Prezes grupy CRH Żagiel pan Sebastian Podkański wręczył odznaki nauczycielom,

którzy przepracowali w naszej szkole 5 i 10 lat, a Pan Dyrektor rozdał uczniom dyplomy za szczególne osiągnięcia w tym semestrze. Po przemowach przyszedł czas na część artystyczną, czyli koncert chóru Akademos. Wykonania chóru przeplatały się z autorskim monodramem Oli Łukasik, występami solowymi Mileny Chmielik i Agaty Wójcik oraz recytacjami Dominiki Janiszewskiej i Szymona Smyka. Uczniowie zostali przygotowani przez panią Elżbietę Niczyporuk. Kiedy ustały brawa, dzieliliśmy się opłatkiem, składaliśmy życzenia i   rozmawialiśmy przy poczęstunku, czując magię nadchodzących świąt.

Milena Chmielik fot. Pan Maciej Jagięła

3


4

Kronika

Przybyli, odeszli, są Żydowski Instutut Historyczny z Warszawy zrealizował w naszej szkole program edukacyjny Pod koniec listopada trudno było nie zauważyć ustawionych na korytarzach plansz i zwisających z   antresoli płacht. Wszystko to, jak również kilka dni zajęć, zostało przygotowane przez Żydowski Instytut Historyczny w ramach projektu pilotażowego dla szkół „Przybyli, odeszli… Są. Żydzi

polscy”. Trwał on w naszej szkole od 24 listopada do 3 grudnia. Szczególnie wyróżniona została klasa II a. Jej uczniowie uczestniczyli w   pierwszym spotkaniu, które wprowadzało uczniów w tematykę judaizmu i kultury żydowskiej. Następne były poświęcone konkretnym aspektom

życia Żydów na ziemiach polskich. Na zajęciach w   poniedziałek 29   listopada poznawaliśmy ich tradycyjne obrzędy związane z   takimi świętami, jak Chanuka, Purim czy Szabas. Aby utrwalić nowe wiadomości, rysowaliśmy w grupach plakaty, które przedstawiały takie uroczystości. Następny dzień był jeszcze bogatszy w nowe doświadczenia. Rozpoczęła go inscenizacja aktorek, które specjalizują się w sztuce opowiadania. Przedstawiły fabularyzowany epizod z życia Żydów w   Piasecznie, a później uczyły nas tworzyć podobne narracje w oparciu o już istniejące, np. opowieści chasydów. Mieliśmy okazję zapoznać się z duża ilością zabawnych, a   jednocześnie pouczających historii charakterystycznych dla spuścizny Żydów polskich. Kulminacją całego projektu było jednak środowe spotkanie z   panią Wandą Lotter, która jako dziecko ocalała z pożogi Holocaustu. Opowiedziała nam w bardzo poruszających słowach o tragedii swojej rodziny, tułaczce wojennej i życiu obozowym. Autentyczność jej przeżyć sprawiła, że słuchaliśmy z wielką uwagą przez dwie godziny lekcyjne. To ten punkt całego projektu zapamiętaliśmy z całą pewnością najlepiej. Cały program był czymś więcej niż kolejnym projektem edukacyjnym, jakich skądinąd mamy w szkole pod dostatkiem. Był lekcją żywej historii i pamięci o świecie, którego już nie ma.

Mateusz Kusio


Chór

Z okazji Świąt W listopadzie szkolny chór wystąpił w Filharmonii z okazji Święta Niepodległości. Na zimę przygotował wielki wigilijny koncert w "Paderewskim" Radość z Niepodległości

Czas kolędowania

Już po raz drugi lubelska gala z okazji rocznicy odzyskania Niepodległości została połączona z   koncertem laureatów konkursu "Ojczyzno moja najmilsza". W ubiegłym roku Akademos zdobył III nagrodę, w tym roku został zaproszony poza konkursem wraz z kilkoma innymi chórami z projektu "Śpiewająca Polska", które wspólnie śpiewały pieśni patriotyczne zarówno te znane od pokoleń, jak i bardziej nowoczesne. Tego wieczoru wystąpił również Borys Somerschaf i   słynny zespół taneczno wokalny Scholares Minores Pro Musica Antiqua. Uroczystość odbyła się 9   listopada w Filharmonii im. H. Wieniawskiego. Następnego dnia Akademos zaśpiewał fragment repertuaru "Śpiewającej Polski" na trzech koncertach - dla szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum.

Dla Akademosu tegoroczne święta były niezwykłe z kilku powodów. Przez cały semetr chór pracował nad wieloma kolędami, pastorałkami i piosenkami świątecznymi. Trzy utwory: "Zaśpiewam Jezuskowi" współczesnego kompozytora Stanisława Moryto, gospelowe "Kiedyś tam" i   tradycyjna pastorałka "Bracia patrzcie jeno" Akademos wykonał po raz pierwszy 18 grudnia na przeglądzie kolęd i pastorałek "Szczodraki", wyśpiewując I nagrodę. Kilka dni później chór wystąpił na spotkaniu Zarządu i pracowników spółki CRH Żagiel, która w tym roku świętuje 20-lecie istnienia. Po koncercie chórzyści otrzymali od gospodarzy drobne upominki i wzięli udział w urodzinowo - świątecznym bankiecie w salonie Hondy. Bogaty repertuar został opracowany przede wszystkim

z   myślą o wigilijnym koncercie w   P a d e re w s k i m . Oprócz wspomnianych wcześniej utworów, chór zaśpiewał piosenkę z repertuaru Czerwonych Gitar "Zima", magiczne "O Holy Night", polską wersję znanego utworu "Mistletoe And Wine" ("Święty czas") z solówkami Agaty Wójcik, a na koniec "Przybieżeli do Betlejem". Tego samego wieczoru miał miejsce debiut Małego Akademosu - szkolnego chóru Międzynarodowej Szkoły Podstawowej "Paderewski". "Duży" Akademos towarzyszył młodszym koleżankom i kolegom w kilku utworach, nadając całości głębszą barwę. W finale koncertu wszyscy razem zaśpiewali piosenkę "Pada śnieg".

OO fot. Michał Morawski, Pan Jakub Sadurski

5


6

Amnesty International

Wolność w kopertach Wystarczył nam szkolny hol i kilka ryz papieru, żeby pokazać, że wolność ludzi po drugiej stronie globu nie jest nam obojętna

Pierwszy weekend po Międzynarodowym Dniu Praw Człowieka, czyli 11 - 12 grudnia, stał się tegorocznym terminem najważniejszego wydarzenia w kalendarzu szkolnej grupy Amnesty International w Paderewskim. Od południa w   sobotę do południa w niedzielę odbywał się XI   Maraton Pisania Listów. Tegoroczna impreza, dzięki naszym wytrwałym przygotowaniom, miała naprawdę niecodzienną oprawę m.in. profesjonalny baner, który zawisł na antresoli, oraz licznik listów obsługiwany z laptopa. Uczniowie naszej szkoły oraz liczni goście z   zewnątrz interweniowali w   tym roku w   wyjątkowo wielu przypadkach. Wstawialiśmy się do rządów i   instytucji m.in. za członkami opozycji demokratycznej w Gambii i Birmie, obrończyń praw kobiet w Chinach i Gwatemali, grupy Romów w Rumunii przesiedlonej wbrew własnej woli do zaniedbanych baraków. Mając w pamięci duży międzynarodowy oddźwięk akcji

w latach poprzednich, wytrwale pisaliśmy apele o   poszanowanie ich podstawowych i   niezbywalnych praw. Poruszające historie tych osób wzbudzały w nas żywy sprzeciw wobec niesprawiedliwości, jakiej doświadczają. Napisaliśmy 1769 listów, plasując się w czołówce szkolnych grup pod względem ich ilości oraz znacznie poprawiając wynik zeszłoroczny. Na wynik wpłynęły również kartki świąteczne, jakie przesłaliśmy do osób represjonowanych w   Meksyku, Gwatemali i   Chinach oraz słowa pociechy i wyrazy solidarności kierowane do wielu innych osób. Z wielką radością przyjęliśmy fakt, że już w   kilka dni po Maratonie zwolniono z aresztu Femiego Petersa, opozycjonistę z Gambii. Czekamy na kolejne takie wiadomości i   przyszłoroczny Maraton! Mateusz Kusio


PILNA AKCJA Działacz opozycji na Białorusi torturowany Andrej Sannikau, działacz białoruskiej opozycji, były redaktor serwisu Karta97 i  kandydat w wyborach prezydenckich, był torturowany w więzieniu. Jego prawnik przekazał, że prawdopodobnie ma złamane nogi, a sposób, w jaki mówi, może wskazywać również na uszkodzenie mózgu. Wymaga pilnej opieki medycznej. Andrej Sannikau został ranny, kiedy policja tłumiła protesty przeciwko rzekomemu sfałszowaniu wyborów 19 grudnia. Według naocznych świadków, funkcjonariusze przycisnęli go do ziemi tarczą, a następnie skakali po niej, miażdżąc jego nogi. Przyjaciele próbowali zawieźć go do szpitala, ale samochód, w którym go przewozili, został zatrzymany. Andrei Sannikau został z niego wywleczony i aresztowany. Świadkowie twierdzą, że nie miał wtedy widocznych urazów głowy. Jego żonie Irinie Khalip, która była z nim wtedy, wymierzono cios w twarz i również aresztowano. Jego prawnikowi pozwolono się z nim zobaczyć wieczorem 20 grudnia. Według niego, Sannikau miał świeże rozcięcia skóry i sińce na ramionach, twarzy i głowie, nie mógł

stać o własnych siłach i ledwo się ruszał. Te nowe zranienia wskazują, że był bity w miejscu zatrzymania. Amnesty International jest głęboko zaniepokojona, że Andrej Sannikau może doświadczyć nieodwracalnych urazów mózgu oraz innych, jeżeli nie zostanie natychmiast przekazany do odpowiedniego szpitala. Amnesty International uważa, że dopóki Andrei Sannikau pozostaje w   policyjnym ośrodku zatrzymań, grożą mu dalsze tortury.

ZAREAGUJ! do natychmiastowego • Wezwij przeniesienia Andreja Sannikau do szpitala, gdzie będzie on mógł otrzymać wszelką potrzebną pomoc. • Wezwij białoruskie władze do niezwłocznych działań w celu

Lepiej zapal świecę, niżbyś miał przeklinać

ciemność

zapewnienia Andrejowi Sannikau ochrony przed torturami i innymi formami maltretowania z rąk policjantów. uwagę, że Amnesty • Zwróć International uważa, że jest więziony wyłącznie za pokojowe wyrażanie swoich poglądów. • Wezwij do jego niezwłocznego i bezwarunkowego zwolnienia.

Adresy Prezydent Aleksander Łukaszenka Administratsia Prezidenta Respubliki Belarus ul.Karla Marksa, 38 220016 Minsk, BELARUS Email: contact@president.gov.by Ambasada Republiki Białorusi ul. Wiertnicza 58, 02-952 Warszawa e-mail: poland@belembassy.org

7


8

Stowarzyszenia

Kara śmierci naganna etycznie Z okazji Maratonu Pisania Listów AI Stowarzyszenie Żywych Filozofów przygotowało prezentację swojego stanowiska o karze śmierci Nasze wystąpienie składało się z kilku części. Olga Osuchowska wprowadziła w temat prawną definicją kary jako takiej. Aleksander Śmiech spróbował odpowiedzieć na pytanie, dlaczego w niektórych krajach do dziś stosuje się karę śmierci na przykładzie prawodawstwa Stanów Zjednoczonych. Mateusz Cytryński i Mateusz Kusio przedstawili perspektywę Unii Europejskiej, która stanowczo sprzeciwia się stosowaniu takiej kary. Jednocześnie zaprezentowaliśmy wspólne stanowisko, wypracowane na wewnętrznej debacie: uznajemy

egzekucje za rażące łamanie praw człowieka i nie godzimy się na stosowanie kary śmierci. Po prezentacji przyszedł czas na pytania od publiczności, na które oprócz wymienionych wcześniej osób odpowiadali Michał Trela i Michał Urbanek. Kilka osób zaangażowało się w dyskusję i   przedstawiło swoje argumenty, m.in. ekonomiczne. W   dyskusji zwrócono również uwagę, że osoby skazane za przestępstwa takie jak oszustwa podatkowe czy nieumyślne spowodowanie śmierci odsiadują wyroki, dzieląc cele z brutalnymi

Pomyślmy o KARZE ŚMIERCI... Co może odebrać nam prawo do życia? Prawo do życia jest jednym z niezbywalnych praw człowieka – nie można go w żadnym wypadku kogoś pozbawić ani się go zrzec. Czy istnieją czyny, które są w stanie tego prawa pozbawić i czynią uśmiercenie sprawiedliwym?

Czy wymiar sprawiedliwości jest nieomylny? Przez wieki zmieniają się normy moralne, ewoluują systemy prawne oraz udoskonalają się metody dowodzenia winy. Czy możemy być pewni tego, że wyrok śmierci jest słuszny?

Kto ma moralne prawo decydować o życiu i śmierci? Wyrok śmierci jest decyzją absolutną, ostateczną i   nieodwracalną. Czy możemy uznać wymiar sprawiedliwości za instancję godną wyrokowania o takich rzeczach? Czy i on sam nie staje się przez to mordercą?

Czy kara śmierci może nie być okrutna? Kara śmierci na przestrzeni dziejów wykonywana była w różnoraki sposób. Obecnie podkreślany jest humanitaryzm metod takich jak zastrzyk z trucizny lub komora gazowa. Czy zadanie komuś śmierci wbrew jego woli może być uznane z humanitarne?

gwałcicielami czy mordercami, co wspólnie uznaliśmy za lukę w prawie. Na koniec poprosiliśmy o   podsumowanie opiekuna naszego stowarzyszenia, sora Adama Kalbarczyka. Głos zabrała również pani Eliza Nowikowska, dyrektor Społecznego Gimnazjum Klonowica. Dziękujemy wszystkim za uwagę i   zaangażowanie w   tegoroczny Maraton Pisania Listów Amnesty International.

Mateusz Cytryński Olga Osuchowska

Czy kara śmierci jest skuteczna? Kara

śmierci ma stanowić odpowiednią odpłatę za czyny takie jak zabójstwo lub gwałt oraz przestrogę dla potencjalnych przestępców. Czy da się powetować powyższe zbrodnie? Czy kara śmierci faktycznie działa odstraszająco?

Czy karę śmierci można nazwać karą? Z definicji, karą można nazwać sankcję za niepodporządkowanie się przepisom prawnym. Czy uśmiercenie przestępcy daje mu możliwość poprawy? Czy kara śmierci nie powinna być nazywana egzekucją? Czy można stosować karę, która nie daje możliwości odpracowania, przeżycia jej?

Czy kara śmierci może być narzędziem morderstwa? Sąd może zostać wprowadzony w błąd lub niesprawiedliwie kogoś oskarżyć. Czy powinien on więc decydować o   czyjejś śmierci? Czy mamy pewność, że sąd wie wszystko i bierze pod uwagę każdy aspekt sprawy? Czy na tyle ufamy sędziom, by powierzyć im czyjeś życie?

Czy odbierając komuś życie nie stajemy się potworami? Działania terrorystów i przestępców są powszechnie tępione, zabójstwa są gorzko opłakiwane. Nie możemy uwierzyć, jak można zabijać, a jednak rozważamy to jako najgorszą karę. Czy wymierzenie komuś kary śmierci nie równa się zachowaniu, które od zawsze potępiamy? Czy skazując za zabójstwo, mamy prawo popełnić tę samą zbrodnię? (fragmenty prezentacji)


9

Skansen w obiektywie Stowarzyszenie Foto Maroko przeprowadziło konkurs na najlepszą fotografię martwej natury Pod koniec października Stowarzyszenie Foto - Maroko udało się w plener do Muzeum Wsi Lubelskiej. Celem warsztatów było uchwycenie wnętrz obiektów muzealnych. Młodzi fotografowie mieli przekonać się, jak ważne w   fotografii są światło i kompozycja. Każdy z członków Stowarzyszenia wziął udział w   konkursie poplenerowym,

którego tematem była martwa natura. Jury miało nie lada problem, bo na konkurs wpłynęło mnóstwo pięknych prac. Wy n i k i konkursu ogłoszono 17 grudnia. I nagrodę otrzymała Karolina Nowak, II nagroda przypadła Katarzynie Czyżewskiej, trzecie miejsce na podium zajęła Ewa Ostrowska. Przyznano dwa wyróżnienia -

dla Karoliny Nowak i Anny Czajkowskiej. Nagrody wręczył Pan Dyrektor Adam Kalbarczyk. Tego samego dnia nastąpiło uroczyste otwarcie wystawy pokonkursowej, która znajduje się na pierwszym piętrze naszej szkoły. Zapraszamy do oglądania fotografii i   serdecznie gratulujemy zwycięzcom! Jakub Sadurski


10 Podboje

❝House come to the order!❞ Dwie delegacje z Paderewskiego negocjowały we Wrocławiu w sprawie konfliktu cypryjskiego Model of United Nations (MUN) to symulacja obrad ONZ, w   której biorą udział uczniowie programu międzynarodowej matury. Spotkania są organizowane przez szkoły na całym świecie, m. in. przez wrocławskie V Liceum Ogólnokształcące. Na ostatni "MUN" z Paderewskiego pojechały dwie delegacje - w sumie 10 osób (wszyscy z klasy II A), pod opieką sorki Basi Ostrowskiej. Reprezentowaliśmy Meksyk i Liban. Do Wrocławia pojechaliśmy dzień wcześniej pociągiem, przesiadając się w Intercity w Warszawie. Już podczas drogi rozmawialiśmy o   problemie, robiliśmy ostatnie poprawki w mowach i podawaliśmy swoje pierwsze pomysły na rezolucję. Byliśmy ciekawi, jak wyglądają spotkania, kogo tam poznamy i   czy sprawdzimy się jako dyplomaci. Pierwszego dnia odbyła się uroczysta ceremonia otwarcia w imponującym budynku Oratorium Marianum Uniwersytetu Wrocławskiego. Byliśmy pod dużym wrażeniem p ro f e s j o n a l i z m u organizatorów. Każdy dostał identyfikator, potrzebne materiały, mapki miasta, harmonogram i… zaproszenie na WrocMUN party. Obrady odbywały się w języku angielskim. Szefowie delegacji wygłaszali ogólne stanowisko swojego kraju. Całą salę rozbawiło wystąpienie reprezentanta Wielkiej Brytanii, które składało się z wymienienia najważniejszych przedstawicieli władzy (co trwało parę minut) i   dosłownie jednego zdania opinii.

Przewodniczący zgromadzenia nieraz upominał delegatów niezapomnianą formułką „House come to the order!”. To właśnie dzięki jego chłodnemu dystansowi całe obrady miały wysoki poziom.

Po przerwie na lunch zaczęły się pierwsze prawdziwe obrady. Każde z nas zostało przydzielone do jednego z pięciu komitetów – Bezpieczeństwo, Ekonomia i   Społeczeństwo, Rozbrojenie oraz Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Podczas popołudniowego panelu dyskusyjnego, jako Honorowi Delegaci wygłaszaliśmy Policy statements, czyli opinie swoich krajów, kluczowe dla dalszych obrad. Każda komisja miała czas na przygotowanie rezolucji. Część delegatów pisało własną, bardziej nautralne kraje tylko ją aprobowały. Podczas tej części obrad, która

pozwalała na dość swobodne rozmowy poznaliśmy innych uczestników. Większość z nich to uczniowie szkół IB z całej Polski, ale była też grupa studentów British School of Warsaw i koledzy ze Słowacji. Sam panel był bardzo formalny. Musieliśmy się stosować do skomplikowanych zasad, co nie przyszło nam łatwo. Po wielu delegatach od razu było widać, że nie przyjechali na MUN po raz pierwszy. Zdarzało się, że znali prawo lepiej niż przewodniczący komisji. Wieczorem wybraliśmy się za to do klubu. Na imprezie lepiej poznaliśmy ludzi spoza naszych komitetów. Następny dzień składał się z   trzech długich paneli dyskusyjnych. Mój komitet zajmował się bezpieczeństwem, a   udzielali się w nim przede wszystkim reprezentanci Chin, Turcji i Grecji. Ich sposób mówienia, zachowanie i wiedza świadczą, że ci młodzi ludzie już teraz są prawdziwymi dyplomatami. I, jak prawdziwi dyplomaci, mocno przedłużali obrady. Każdy chciał przeforsować swoją rację, a kiedy w wyniku głosowania odrzucano ich rezolucje, blokowali dalszą pracę. Potrafili godzinami wetować stwierdzenia i analizować sformułowania. Atmosfera zrobiła się tak gorąca, że przewodniczący musieli wyznaczać Unmoderated caucus, czyli czas na rozmowę pomiędzy delegatami bez przymusu używania wyznaczonych formuł. Wszystkie posiedzenia były skrupulatnie protokołowane. Delegaci mogli się porozumiewać za


11 pomocą karteczek, na których pisało się oficjalne zawiadomienia, np.   próbę negocjacji. Mogliśmy wysyłać je poprzez pomocników (tzw. Pages) do uczestników naszych lub innych komisji lub do przewodniczącego dyskusji, np. żeby negować lub dodawać swoje propozycje do rezolucji. Oficjalnie nie mogliśmy wysyłać prywatnych wiadomości, ale i od tego zdarzały się odstępstwa. Po dniu pełnym obrad mieliśmy wolne popołudnie, które spędziliśmy z nowo poznanymi znajomymi. Ostatniego dnia spadł pierwszy w tym roku śnieg! Co ważniejsze, odbyło się Zgromadzenie Ogólne, w którym uczestniczyli wszyscy delegaci. W sali obrad w   Urzędzie Wojewódzkim znów poczuliśmy się jak prawdziwi politycy. Dyskusje nad wybranymi przez komitety rezolucjami były bardzo burzliwe, nikt nie bał się bronić swoich racji. Niestety musieliśmy w   pośpiechu wracać do Lublina i   większość z nas nie miała szansy przedyskutowania podpisanych przez siebie rezolucji. Bardzo żałowaliśmy, że nie możemy zostać do końca, ponieważ na ostatnim posiedzeniu byliśmy już świadomi swoich praw, rozumieliśmy wszystkie zasady i   chyba po prostu nam się spodobało. WrocMUN był dla mnie niesamowitym doświadczeniem tym bardziej, że interesuję się polityką i   stosunkami międzynarodowymi. We Wrocławiu uświadomiłam sobie, że dyplomacja jest dokładnie tym, co chcę robić w przyszłości. Była to również okazja, by poznać ludzi o   podobnych zainteresowaniach i   wiele się od nich nauczyć. Symulacja obrad ONZ podziałała na wszystkich mobilizująco. Z drugiej strony, przekonaliśmy się, jak złożony jest świat dyplomacji - świat pełen pozorów, manipulacji i gry, w   którym okulary "zerówki", nienagannie skrojone garnitury i   zabójczo wysokie szpilki kreują polityczną rzeczywistość. Joanna Wośkowska


12 Matura

Maturzyści o maturze O stresie, zmartwieniach i swoim sposobie na naukę opowiadają tegoroczni maturzyści - Wiola Mrozowska, Kamil Łukaszczyk i Bartosz Ziętek

PLAYGROUND: Niedługo matura. Jak przygotowania do egzaminów? WIOLA: Cudownie. Właśnie jestem

Czy uczennica klasy międzynarodowej ma czas na dodatkowe zajęcia?

w   trakcie pisania eseju porównawczego z polskiego, chciałabym pozdrawić naszą Sorkę (śmiech). Czuję się bardzo dobrze. Jestem dobrze przygotowana. Przygotowywałam się solidnie od pierwszej klasy. Myślę, że będzie dobrze.

- Niestety nie. Przez program IB musiałam zrezygnować z tańca, który uwielbiałam. Nie mam czasu na dodatkowe zajęcia.

Jak wygląda dzień maturzystki?

- Myślę, że tak. Mam nadzieję, że szeroka gama przedmiotów, które realizuję, oraz prestiż programu IB pozwolą mi dostać się na wymarzony kierunek.

- Zwykle kończę lekcje o 15 albo 17. Wracam do domu, jem obiad, piję kawę i zaczynam się uczyć. Piszę prace, których jest milion.

Czy myślisz, że dzięki tej ciężkiej pracy i maturze IBO uda Ci się dostać na studia?

Jakie jest życzenie noworoczne maturzystki? - Chciałabym przede wszystkim zdać maturę. Chciałabym jakimś cudem obudzić się w momencie, kiedy wszystkie prace zostaną już napisane (śmiech).

Zostały cztery miesiące. Tylko czy aż? - Zdecydowanie "tylko".

Czy masz jakieś rady dla przyszłych maturzystów? - Tak - piszcie wszystkie prace w drugiej klasie!


13 PLAYGROUND: Za cztery miesiące czeka Was egzamin dojrzałości. Co czujecie? BARTOSZ: Trochę się boję, ponieważ mało czasu poświęcałem nauce. Ale po Nowym Roku naszło mnie na wiele przemyśleń życiowych. Wyznaczyłem sobie cel i chcę go osiągnąć - postaram się zdać maturę wzorowo.

KAMIL: Ja czuję ogromny stres z tego

KAMIL: Staram

się ograniczać imprezy, ale to różnie wychodzi (śmiech). Uważam w szkole, również w domu poświęcam więcej czasu nauce.

matury, to nie ma co się stresować. Wiem, że obok siebie mam osoby, które mnie wspierają. Muszę sobie jakoś dać radę.

Co robicie, kiedy się nie uczycie?

Co możecie poradzić przyszłym maturzystom?

BARTOSZ: Mam mało czasu na

BARTOSZ: Jeżeli macie na to jeszcze

przyjemności, ale czasami uprawiam sport.

czas, powiniście jak najszybciej zacząć się uczyć. Nie popełniajcie błędu, który ja popełniłem w   pierwszej i drugiej klasie. Żałuję, że tak późno wziąłem się za edukację.

KAMIL: Nadal gram w piłkę. Trudno

powodu. Matura w pewnym stopniu zdecyduje o tym, kim będę. Wraz z nadejściem nowego roku, podobnie jak Bartek, mam nowe cele i aspiracje. Muszę je osiągnąć.

połączyć to z obowiązkami, ale jakoś daję radę. Nie tak często jak kiedyś, ale pracuję nad swoją formą. Raz na jakiś czas zdarzają się inne przyjemności.

W jaki sposób przygotowujecie się do matury?

Jak radzicie sobie ze stresem?

BARTOSZ: Dużo się uczę. Przestałem

osiągnę swój cel.

imprezować i tracić czas na głupoty. Staram się siedzieć przed książkami, chodzę na konsultacje.

KAMIL: Raz jest lepiej, raz gorzej.

BARTOSZ: Dobrze. Muszę wierzyć, że

KAMIL: Trzeba zacząć uczyć się jak najwcześniej. Nie odkładajcie wszystkiego na ostatnią chwilę i nie pozwalajcie sobie na zaległości.

Rozmawiała Weronika Skowera

Jeżeli będę dobrze przygotowany do

Z pamiętnika maturzystki We wrześniu, kiedy jeszcze pachniało końcówką wakacji, a my siedzieliśmy rozkojarzeni w ławkach przy ulicy Symfonicznej, sorka przyniosła kartkę z wydrukowanym napisem: DO MATURY POZOSTAŁO 253 dni. Kto wtedy myślał o maturze? Jaka matura? Przecież dopiero wrzesień… W ten sposób termin naszego indywidualnego rozpoczęcia przygotowań do matury został automatycznie przesunięty na październik. Drugi miesiąc nauki przyszedł wielkimi krokami, ale większość stwierdziła, że weźmie się w garść po ,,wolnym’’ w listopadzie. W listopadzie jednak się nie opłacało, najlepiej zostawić to na ,,po świętach” Bożego Narodzenia. Grudzień bowiem jest pełen rozrywek. Tymczasem powitaliśmy rok 2011. Minęły cztery miesiące od rozpoczęcia roku szkolnego. Tyle samo zostało do matury. Mam nadzieję, drodzy Maturzyści, że wreszcie ruszymy pełną parą. Nie zmarnujmy tego czasu! Weronika Skowera


14 Uczniowie

❝WAMPIRZYCA❞ Milena Chmielik opowiada o muzyce, tańcu i swoim wizerunku PLAYGROUND: Twoja pasja to muzyka śpiewasz, tańczysz, grasz na pianinie. Jak łączysz te zajęcia? MILENA CHMIELIK: Połączenie

tańca i   śpiewu tworzy musical, można jednocześnie grać na pianinie i   śpiewać, ale kiedy na przykład mam występ grupy tanecznej i w tym samym terminie koncert chóru, muszę wybierać - ostatnio coraz częściej. Z każdą grupą czuję się tak samo związana, dlatego zwykle decyduję się na ważniejszy i   ciekawszy występ albo wyjazd. Kiedy miałam do wyboru taniec w Pilznie albo chór w Zamościu, wolałam Pilzno. Kiedy grupa taneczna występowała w Lublinie, a   chór w Bydgoszczy, wybrałam drugą opcję.

Jakie emocje wywołuje w Tobie taniec i śpiew? Wszystko zależy od stylu. W   modern jazzie jest trochę smutku, ale funky jazz sprawia, że jestem wesoła i pełna energii. Podobnie jest z piosenkami - jedne wywołują nostalgię, przy innych można się wyszaleć.

Jakie są Twoje ulubione style? Na razie najbardziej spełniam się w tańcu rewiowym, ale lubię też jazz i style z nim powiązane. Trochę interesuję się baletem. Natomiast raczej nie widzę siebie w takich stylach jak street dance czy hip hop.

Wolisz sama cieszyć się muzyką czy bawić się z przyjaciółmi, a może występować przed publicznością? Występowanie przed publicznością sprawia mi dużą przyjemność, ale zabawa w gronie przyjaciół też daje mnóstwo radości, wtedy można zapomnieć o   ograniczeniach i tremie. Z drugiej strony, zaczęłam występować, kiedy miałam trzy lata, więc trochę się już przyzwyczaiłam.

Od tego czasu tańczyłaś w Brodway Dance Studio, Ognisku Baletowym, szkole tańca towarzyskiego Lider i w Zespole Pieśni i Tańca im. Wandy Kaniorowej. Jak wspominasz ten ostatni? Kiedy dołączyłam do "Kaniorowej", byłam jeszcze małym brzdącem. Tylko raz udało mi się zatańczyć taniec ludowy z   partnerem, na występie z okazji Dnia Matki. Tańczyliśmy w małych grupkach, a   większość stanowiły dziewczynki. Chłopcy nie podchodzili do tańca ludowego na poważnie.

Jak Twoje zainteresowania wpłynęły na Twoje kontakty i przyjaźnie? Zespoły taneczne czy wokalne to grupy osób, które przez cały rok spotykają się na zajęciach i   współpracują. To sprawia, że jesteśmy bardzo zżyci, czasem w   takim zespole czujemy się, jakbyśmy byli jedną wielką rodziną. Pozytywne emocje ogarniają wszystkich najbar-dziej przy okazji sukcesów. Kiedy nasz chór niedawno wygrał Grand Prix we wspomnianej już Bydgoszczy, wszyscy zaczęliśmy płakać i przytulać się - mimo że na co dzień są osoby, które lubi się bardziej i te, za którymi przepada się mniej.

Jakiej muzyki słuchasz? Lubię metal za to, że pozwala się wyładować, zapomnieć o stresie z całego tygodnia, odprężyć się po ciężkim dniu. Ale nie jest to mój jedyny ulubiony gatunek muzyczny. Gdy jestem spokojna, chętnie słucham muzyki klasycznej, kiedy indziej sięgam po pop, rock i tak dalej. Jeśli akurat mam na to ochotę, mogę sobie posłuchać na przykład Lady Gagi.

Posługujesz się nickiem "Wampir" i  już na pierwszy rzut oka widać, że masz swój określony styl. Skąd wziął się ten pomysł?

Na którymś obozie chóralnym koleżanka pokazała mi film "Królowa potępionych". Zrobił na mnie duże wrażenie i sprawił, że wyjątkowo polubiłam klimat mroku i tajemniczości. Zaczęłam się kreować na osobliwość w stylu wampira Lestata tytułowego bohatera książki Anne Rice, którą gorąco polecam. Oczywiście nie czuję się krwiopijcą, bo w końcu prawdziwe wampiry nie istnieją, ale staram się być jak najbardziej realistyczna. Czasami oprócz tego widać u mnie wpływy kontrowersyjnych wokalistek, takich jak Christina Aguilera czy nawet Gaga. Przez całą VI klasę utrzymywałam taki wizerunek i chciałam być nazywana "Wampirem", chociaż może było to trochę dziecinne. Kiedy przyszłam do gimnazjum, ksywka nie miała dla mnie znaczenia, ale po jakichś dwóch tygodniach zauważy-łam, że wszyscy, którzy nie znają mojego imienia i tak mówią o   mnie "Wampir". Nie mam nic przeciwko.

Podsumujmy, dzięki czemu Twój styl jest wyraźny. Nietrudno zgadnąć, że lubię czerń, a jeśli czasem zdarzy mi się ubrać na inny kolor, zwykle nie jest to normalny, codzienny strój, tylko coś rzucającego się w oczy. Poza tym mam czerwone włosy. Taki wygląd wielu ludziom kojarzy się z różnymi upiornymi postaciami. Czasami mam wrażenie, że ludzie, których poznaję, podchodzą do mnie z dystansem właśnie z powodu wyglądu. To chyba taki odruch. Trudno się dziwić, bo przecież sama staram się wyglądać mrocznie, chociaż nie zawsze wychodzi mi to na dobre. Lubię bawić się w ten sposób i   cieszę się, że mogę czasem poudawać wampira.

Rozmawiała Olga Osuchowska


Kadra 15

Jak polubić fizykę Wielokrotnie doceniany przez uczniów tytułem ulubionego "sora", w rozmowie z  nami Pan  Michał  Orłowski mówi, co ceni w "Paderewskim" i w życiu oraz dlaczego warto przykładać się do fizyki PLAYGROUND: Co skłoniło Pana do zostania nauczycielem? PAN MICHAŁ ORŁOWSKI: Zacząłem o   tym myśleć jako student, kiedy dorabiałem sobie jako nauczyciel w   Zespole Szkół Geodezyjno Drogowych. Poczułem coś w rodzaju powołania i w końcu po pięciu latach na uczelni stwierdziłem, że więcej dobrego zrobię dla świata, jeśli będę uczyć, a nie budując polską naukę. I tak zostałem nauczycielem.

A jaki zawód wybrałby Pan, gdyby nie był Pan nauczycielem? - Nie mam pojęcia, ale pewnie byłby to zawód związany z tworzeniem różnych form przestrzennych, brył,   narzędzi - może inżynier albo projektant. W wolnym czasie, którego niestety nie mam wiele, lubię projektować i wykonywać meble i inne przedmioty do domu.

Jak opisałby Pan klimat Paderewskiego? - Kameralny, bardzo ciepły, a nawet rodzinny. To miejsce, w którym wszyscy się znają, a kontakt między uczniami i nauczycielami jest przyjazny, ale nie brakuje należnego respektu. Chciałbym, żeby tak było zawsze i wszędzie.

Co radziłby Pan uczniom, którzy nie lubią fizyki? - To bardzo trudne pytanie, bo zdaję sobie sprawę, że są osoby niechętnie zaczynające naukę fizyki. Myślę, że wynika to ze strachu przed tym przedmiotem. Żeby ich zachęcić

zawsze powtarzam, że fizyka nie jest przedmiotem trudnym, są tylko są tacy, którzy o tym nie wiedzą. Ale prawdą jest też, że fizyka jest chyba jednym z trudniejszych przedmiotów szkolnych. Wymaga nie tylko wiedzy, ale też wielu umiejętności - liczenia, logicznego myślenia, opisywania zjawisk i często trzeba to wszystko razem połączyć. Jeżeli nie będziemy się systematycznie i rzetelnie uczyć, to jest duża szansa, że w którymś momencie pojawią się kłopoty. Więc jak polubić przedmiot? Program fizyki jest przystosowany do poziomu uczniów gimnazjum i liceum, więc nie są to rzeczy poza naszym zasięgiem. By je zrozumieć, trzeba tylko włożyć w to trochę pracy i serca. Jedni muszą się uczyć mniej, drudzy więcej, ale tak jest z każdym przedmiotem. Warto, ponieważ przedmiot opisuje świat, w którym żyjemy. Ten, kto rozumie fizykę, wie

więcej na temat całej skomplikowanej maszynerii, która nas otacza.

Czy ma Pan swoje motto życiowe? - Mam strasznie dużo różnych mott życiowych, motto na każdy dzień. Jednym z nich podzieliłem się już przy odpowiedzi na poprzednie pytanie. Drugie wisi nad naszym Einsteinem w   pracowni fizycznej i   brzmi "Wszystko należy robić tak prosto, jak to możliwe, byle nie za prosto" - wtedy niestety zaczyna się to robić źle.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Kamila Kowal fot. Zuzanna Dziewiela


16 Wywiad

Jesteśmy z tej ziemi O swojej posłudze biskupiej, życiu prawosławnych na Lubelszczyźnie i prawosławnym Bożym Narodzeniu opowiada abp Abel PLAYGROUND: Jak wyglądała droga Waszej Ekscelencji do chirotonii biskupiej?

Jak wygląda praca arcypasterska Waszej Ekscelencji w diecezji lubelsko-chełmskiej?

ABP ABEL: Formowałem

Diecezja lubelsko-chełmska z momentem restytuowania 25 marca 1989 roku była zgliszczem, bowiem Kościół prawosławny na tym terenie przeżył wiele trudnych doświadczeń, przeważnie w   minionym stuleciu, a   szczególnie w okresie międzywojennym: rewindykacje, akcję rujnowania świątyń prawosławnych, akcje wysiedleńcze, okrucieństwo II   wojny światowej. Po tutejszej bogatej tradycji pozostały ruiny. Wtedy, w 1989 roku, mieliśmy tylko 14 duchownych, stan wielu świątyń był katastrofalny, potrzebne były gruntowne remonty. Obecnie wszystko jest już unormowane. Cerkwie doprowadziliśmy w miarę możliwości do warunków standardowych i dzisiaj w diecezji posługuje 30 duchownych, są trzy ośrodki życia monastycznego. To wszystko udało się w ciągu tych dwudziestu lat uczynić dla chwały Kościoła Chrystusowego.

się do posługi biskupiej na Lubelszczyźnie, w monasterze św. Onufrego w   Jabłecznej. To znany ośrodek monastyczny w skali kraju i poza jego granicami. Wstąpiłem do   klasztoru w 1977 roku i od tego czasu tam następowała, przez nowicjat, formacja życia zakonnego, dlatego że w Kościele prawosławnym hierarchia musi wywodzić się z   życia zakonnego. W ten sposób wygląda droga każdego hierarchy do posługi apostolskiej. Zresztą monaster św. Onufrego w Jabłecznej był kolebką, z której wywodzi się również zwierzchnik naszego Kościoła, Metropolita Sawa, ksiądz biskup generał Miron, ordynariusz Wojska Polskiego, który zginął pod Smoleńskiem, oraz jego następca, ksiądz biskup Jerzy. Dla mnie również było to miejsce formacji duchowej. Oczywiście, ta droga układała się różnorodnie, dlatego że w międzyczasie posługę duszpasterską pełniłem na Podkarpaciu – w   Przemyślu, Komańczy, Sanoku, później na emigracji, w Monachium. W   1987 roku wróciłem do Polski, a   dwa lata później miała miejsce konsekracja, w terminologii Kościoła Prawosławnego nazywana chirotonią. Od tego czasu, na przestrzeni dwudziestu jeden lat, jestem ordynariuszem prawosławnym diecezji lubelsko-chełmskiej.

Co charakteryzuje życie prawosławnych na Lubelszczyźnie? Prawosławni są autochtonami tej ziemi i przeżyli swój wielki dramat, kiedy w minionym stuleciu nastały czasy, kiedy odrywano serca ludzkie od bogatej spuścizny historycznej i tradycji przodków. Proszę sobie wyobrazić, jak strasznie może wyglądać sytuacja, kiedy

macierzyste gniazdo, którym jest świątynia, na oczach wiernych, którzy z   dziada pradziada odnosili się do tego jako do najwyższego w   swoim życiu sacrum, jest rozbierane. Takich przypadków w   1938 roku mieliśmy aż sto dwadzieścia siedem. Późniejsze akcje wysiedleńcze również miały wpływ na charakter wspólnoty. W   ramach akcji „Wisła” ludność prawosławna niemalże w 100 proc. została wysiedlona ze swoich matczynych ziem i dopiero po 1956 roku, po tzw. odwilży, ci ludzie mieli sposobność powrotu tutaj, na swoją ojcowiznę. To wielki dylemat ludzki, a jednocześnie dylemat Kościoła prawosławnego w   Polsce. Szczególnie dotknięta została społeczność prawosławna na Lubelszczyźnie. Dzisiaj to wszystko uważamy już za historię i pragniemy, aby dobry Bóg nie pozwolił, żeby nasza młodzież kiedykolwiek w   swoim życiu była świadkiem tak tragicznych wydarzeń. Dzisiaj diecezja lubelsko-chełmska jest niewielką strukturą administracyjną Kościoła prawosławnego – liczy około 15 tys. wiernych na terenie całej Lubelszczyzny, przy czym znaczna część zamieszkuje na północy województwa szczególnie w powiecie bialskopodlaskim a także w   województwie mazowieckim z   ośrodkiem duszpasterskim w Siedlcach.


17 20 sierpnia tego roku Jego Świątobliwość Patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I  odebrał doktorat honoris causa KUL-u, a laudację na jego cześć wygłosił abp Józef Życiński. Czy poczytuje to Wasza Ekscelencja za znak poprawy wzajemnych stosunków pomiędzy Kościołami? Oczywiście tak. To jest namacalny efekt relacji między Kościołem prawosławnym a   Kościołem rzymsko-katolickim, dlatego że jesteśmy historycznymi Kościołami na tej ziemi, mającymi swoją tak bogatą tradycję i kulturę. Chciałbym tylko podkreślić, że relacje ekumeniczne między Kościołem prawosławnym a Kościołem rzymsko-katolickim, przede wszystkim może tutaj na Lubelszczyźnie, rysują się bardzo optymistycznie i, jak na dzisiaj, wzorcowo. Otwartość księdza arcybiskupa Życińskiego w różnych ekumenicznych przedsięwzięciach rodzi niezaprzeczalne przekonanie, że jesteśmy już bardzo blisko siebie. Na szczeblu relacji katolickoprawosławnych mają miejsce różne działania prezentujące nasze zgodne współistnienie. Między kościołami zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej a Konferencją Episkopatu Kościoła rzymskokatolickiego została powołana Komisja Dialogu. W jej pracach Kościół prawosławny reprezentuję ja i mamy już dzięki tej współpracy rezultaty – w 2000 roku wspólnie podpisaliśmy deklarację o   uznawalności Chrztu św. Teraz, już od   dłuższego czasu, pracujemy nad problemem małżeństw mieszanych, ponieważ małżeństw zróżnicowanych wyznaniowo, przede wszystkim katolicko-prawosławnych, jest bardzo dużo i mam nadzieję, że nasze zmagania uwieńczy kolejny taki dokument, co będzie następnym owocem naszej współpracy. Ale oprócz tego jeszcze mamy dwustronny zespół katolickoprawosławny. Z ramienia Kościoła prawosławnego współprzewodniczę pracom tego zespołu, ze strony Kościoła rzymsko‑katolickiego

abp. Abel

Lubelska cerkiew katedralna pw. Przemienienia Pańskiego sufragan warszawski, ksiądz biskup Tadeusz Pikus. Koncentrujemy się na   kwestiach dotyczących samych stosunków obu Kościołów, a   poruszamy również kwestie sakramentu małżeństwa. To zaś, że miało miejsce nadanie doktoratu honoris causa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim najwyższemu autorytetowi Kościoła prawosławnego, Jego Świątobliwości Patriarsze Konstantynopola Bartłomiejowi, to owoc otwartości Kościoła rzymsko‑katolickiego i tych wszystkich dokonanych już zmagań, dzięki którym jesteśmy tak blisko siebie.

Jak wyznawcy prawosławia obchodzą święta Narodzenia Pańskiego? Święta Bożego Narodzenia Kościół prawosławny uznaje za szczególne święto, tak jak i w tradycji łacińskiej Kościoła rzymskokatolickiego. Jest to jedno z dwunastu wielkich świąt w życiu liturgicznym Kościoła, ale ma również charakter rodzinny. Dyscyplina Kościoła prawosławnego poprzez tzw.   Adwent, zwany postem bożonarodzeniowym, na przestrzeni 40 dni, tak jak i przed świętami Zmartwychwstania Pańskiego, przygotowuje wiernych do tego


18

Abp. Abel podczas wizyty w Patriarchacie Moskiewskim

niezwykłego wydarzenia – wcielenia na ziemi Chrystusa Pana naszego. Większość wiernych do spotkania nowonarodzonego Chrystusa ‑ Mesjasza przygotowuje się w sposób duchowy poprzez przystąpienie do sakramentu spowiedzi, sakramentu Komunii św. oraz podejmowanie wielu wyrzeczeń, tak jak nakazuje okres postny dla każdego wierzącego człowieka. Dniem szczególnym jest ostatni dzień tegoż postu bożonarodzeniowego, dzień Wigilii. Wtedy wierni starają się zachować ścisły post, aby po modlitwie złożyć sobie przy stołem wigilijnym życzenia, połamać się chlebem, który w Kościele prawosławnym błogosławiony jest w świątyni. Wierni zabierają do swoich domów tak zwaną prosforę. Jest to odpowiednik opłatka, tylko że jest to chleb kwaśny. Dyscyplina cerkwi głosi, że potrawy stołu wigilijnego powinny nadal mieć charakter postny, to znaczy nie używamy mięs i nabiału. Różnorodność kolęd bożonarodzeniowych stanowi bogactwo tekstów paraliturgicznych Kościoła prawosławnego, które powszechnie są kultywowane

w   życiu liturgicznym i prywatnym każdego wiernego. Wierni w tym okresie, już poczynając od święta Narodzenia Chrystusa Pana naszego wymieniają się ze sobą takim pozdrowieniem w   języku starocerkiewno-słowiańskim, który jest językiem liturgicznym Kościoła prawosławnego w Polsce: „Christos rożdajetsia – sławitie jeho”. W języku polskim brzmiałoby to: „Chrystus się rodzi – wychwalajcie go”. To pozdrowienie między członkami naszego Kościoła będzie wymieniane aż do czasu święta Objawienia Pańskiego. Ten okres czasu, od Bożego Narodzenia do 6 stycznia, jest szczególnym okresem w życiu każdego wiernego. Nazywamy go „święte dni”, „święte wieczory”, „swiatsy”. Wierni starają się czas tych dwóch tygodni kontynuować w   szczególnym n a s t ro j u świątecznym, śpiewając w   swoich domach więcej niż zwykle, bowiem kolędy śpiewamy aż do święta Spotkania Pańskiego, w   tradycji łacińskiej określanego jako Święto Matki Bożej Gromnicznej, czyli do 2   lutego. Ale to przede wszystkim okres od Narodzenia Pańskiego

do   święta Epifanii jest szczególnym bożonarodzeniowym tryumfem panującym w życiu i w sercu każdego wiernego.

Czego Wasza Ekscelencja życzyłby naszym czytelnikom? Życzyłbym Wam, skoro jesteście młodym pokoleniem naszego społeczeństwa i autorami tego wydawnictwa, przede wszystkim pogodnych, radosnych świąt, aby nowonarodzony Mesjasz, Chrystus Pan nasz oświecił Wasze serca, abyście wzrastali na wartościowych chrześcijan, na ludzi otwartych na różne grupy społeczne i religijne. Niechaj nowonarodzony Mesjasz Chrystus błogosławi wszelkie Wasze zmagania w Waszej formacji do życia dorosłego z korzyścią dla naszej wspólnej ojczyzny.

Bóg zapłać za rozmowę.

rozmawiał Mateusz Kusio Zdjęcia: www.lublin.cerkiew.pl


Lublin 19

Lubelski rock Deluxe Deluxe to młody lubelski zespół. Utożsamia się głównie z bluesem i rockiem, sięga po metal. 3 grudnia zagrał w klubie "Czarna Owca" Koncert składał się z kilku części. W I i III można było usłyszeć covery międzynarodowych hitów, takich jak "Highway To Hell" zespołu AC/DC. II częśc zaś miała na celu wypromowanie ich niedługo wychodzącej pierwszej płyty. Zagrali utwory własnego autorstwa. Wokalista MickeyD powalał cudownym głosem. Nie mniejsze wrażenie robiły gitary elektryczne w rękach Bobasa i Stefana. Członkowie zespołu pochodzą z Lublina i Świdnika. - Przekazujemy słuchaczom masę energii i głośnych, ale wysublimowanych dźwięków. Nasi najwięksi bohaterzy to Led Zeppelin, Bad Company, Free, Deep Purple, Pink Floyd, Joe Bonamassa - mówią o sobie członkowie Deluxe.

W K R Ó T C E

Koncert przesunął się w czasie z powodu spóźnienia wokalisty, ale jego koledzy nie wyglądali na zestresowanych, a publiczność, która wypełniła całą salę, czekała cierpliwie. Mnie samej udało się zapoznać z członkami zespołu. Muzycy chętnie opowiadali o swojej pracy, mogłam z bliska obejrzeć gitary i przejrzeć listę kawałków przygotowanych na ten wieczór. Cały koncert bardzo mi się podobał. Gorąco zachęcam do zapoznania się z wykonaniami Deluxe! Milena Chmielik

W

L U B L I N I E


20 Nauka

Wilgotne planety Koniec świata to jeszcze nie koniec Wszechświata. Oprócz Ziemi, są jeszcze inne planety, na których znaleziono przynajmniej ślady po wodzie

Twierdzenie, że Ziemia to jedyny zaludniony świat w   nieskończonej przestrzeni jest równie absurdalne jak przekonanie , iż na całym polu prosa wyrośnie tylko jedno ziarenko. - Metrodor, filozof grecki (IV wiek p.n.e.)

Wielu naukowców od lat próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy na jakichś innych planetach jest życie? Po ostatnich odkryciach kolejnych systemów planetarnych, jakich dokonali naukowcy, możemy powiedzieć, że jeśli nawet teraz nie ma życia, to za jakiś czas niewykluczone, że będzie (choć niestety nie równolegle do życia naszego pokolenia). Twierdzenia te popierają badania, z których jasno wynika,   że przynajmniej na kilku innych planetach występuje woda. Ba!

Odkryto nawet ślady związków organicznych (niezbyt złożonych,  ale zawsze). Jedną z takich planet jest Mars, na którym znaleziono wodę w postaci ciekłej pod 2 kilometrową  warstwą lodu tworzącą czapy polarne. Na księżycu Jowisza, Europie, również znaleziono wodę. Najnowszym odkryciem jest planeta Gliesie 581 g. Planeta ta, jak domniemują astronomowie, jest najbardziej podobna do Ziemi ze wszystkich do tej pory odkrytych planet pozasłonecznych. Co więcej,  planeta ta ma  nie tylko  wodę,  ale

również atmosferę z temperaturą zbliżoną do ziemskiej (od -120oC do -300oC), a oddalona jest mniej więcej o 20 lat świetlnych. Kiedy będzie możliwe dokładne zbadanie tej planety? Jak tam się dostać? Niestety, w najbliższym czasie nie będzie to możliwie. Na pewno jednak przyszłe pokolenia wykorzystają tę wiedzę i   dalej będą szukać odległych światów, które mogą być miejscem zastępczym dla naszej egzystencji.

Czarek Bujak


21

Trzy zdjęcia

[1]

Przez ostatnie lata technika rozwija się coraz szybciej. Dzięki temu możemy m. in. podziwiać coraz lepsze zdjęcia komet Na początku listopada amerykańska sonda przeleciała dostatecznie blisko komety Hartleya 2, by nie tylko zrobić wspaniałe zdjęcia, lecz też pobrać ogromną ilość danych, dzięki którym naukowcy mogą zgłębiać coraz dokładniej tajemnice kosmosu. Zaciekawiło mnie, jak daleko technika poszła naprzód, mając do porównania dwa poprzednie zdjęcia. Jedno sprzed 6, drugie - sprzed 9 lat. Pierwsze zdjęcie jądra komety zrobiła sonda Deep Space 1, wystrzelona w 1998 roku. We wrześniu 2001 roku owa sonda przeleciała w odległości około 2200 km od jądra komety Borrelly, dzięki czemu mieliśmy serie świetnych (jak na tamte czasy) zdjęć. Dzięki tym zdjęciom ludzkość otrzymała ogrom informacji na temat budowy komety. Na przykład, że jej jądro mierzyło 8 na 3 km. Kolejnym krokiem do bliższego poznania struktury komet były zdjęcia oraz próbki zdobyte przez sondę Stardust. Kometą, która dostarczyła nam tych informacji była Wild 2. Sonda wyruszyła w kosmos w lutym 1999 roku. Udało się wykonać zadanie 2 stycznia 2004. Dostarczyła 72 wspaniałe zdjęcia z odległości zaledwie 240 km od jądra komety oraz mnóstwo próbek, które dotarły na Ziemie dopiero w styczniu 2006 roku. Kolejnymi zdjęciami jądra komety może się pochwalić amerykańska sonda Deep Impact, która uchwyciła piękno komety Hartleya 2. W swą podróż została wysłana w styczniu 2005 roku. Owe fotografie zostały zrobione dnia 4 listopada 2010, zaledwie 700 km od komety. Jak widać na zamieszczonych zdjęciach jakość jest dużo lepsza od poprzednich. Co ciekawe, podczas kilkuminutowego przelotu zarejestrowano około 1,5   gigabajta danych, dzięki którym na pewno dowiemy się wielu kolejnych interesujących rzeczy na temat kosmosu.

Podpis

[1] Komety Borrelly, fot. sondę Deep Space, 2001 [2] Kometa Wild 2, fot. sonda Stardust, 2004 [3] Kometa Hartley 2, fot. sonda Deep Impact, 2010

[2]

[3]


22 Nauka

Daliśmy plamę Dramat z człowiekiem w roli głównej PROLOG

Gęstość pyłu jest zbliżona do gęstości wody. Sprawia to, że drobiny nie unoszą się na wodzie, a mieszają z nią, tworząc gęsta zawiesinę. Ta, połykana przez morskie zwierzęta oraz ptaki żywiące się rybami (np. albatrosy) blokuje ich przewody pokarmowe, d o p ro w a d z a j ą c do śmierci. Paradoksalnie, zatrute stworzenia zostają zjedzone przez ryby i   bezkręgowce, które trafiają na nasze stoły. Koło się zamyka - nasze śmieci wracają do nas.

Ludzie każdego dnia prześcigają się w działaniach zmierzających do zniszczenia wyjątkowej Błękitnej Planety. Wycinanie lasów równikowych, wylewanie ścieków do mórz i rzek, niszczenie ochronnej warstwy ozonowej w atmosferze to tylko kilka przykładów. W   ostatnich latach głównie z naszej winy powstała przedziwna, budząca grozę wyspa, która zagraża mieszkańcom Oceanu Spokojnego.

AKT PIERWSZY: ALBATROS Kilkanaście lat temu światem nauki wstrząsnęło zdjęcie zwłok młodego albatrosa ciemnolicego, należącego do gatunku zagrożonego wyginięciem. W jego żołądku znajdowały się przeróżne drobne plastikowe odpady, które najprawdopodobniej spowodowały śmierć ptaka. Stawiano różne hipotezy dotyczące pochodzenia tych śmieci, jednak żadnej z nich nie można było potwierdzić racjonalnymi dowodami.

AKT DRUGI: ODKRYCIE W 1997 r. Charles Moore odkrył w północnej części Oceanu Spokojnego (miedzy Kalifornią i   Hawajami) olbrzymią pływającą sztuczną wyspę, którą nazwał Wielką Pacyficzną Plamą Śmieci (po angielsku Great Pacific Garbage Patch). Powstała ona z plastikowych śmieci - w 90% składa się z bardzo rozdrobnionych odpadów

EPILOG z tworzyw sztucznych, w większości tak małych, że nie można odgadnąć ich pierwotnego przeznaczenia. Moore długo głowił się, jak powstają drobiny i czemu gromadzą się w   jednym miejscu. Rozwiązanie zagadki okazało się nieprawdopodobne…

AKT TZECI: BŁĘDNE KOŁO Proces zaczyna się od plastikowych śmieci, wyrzucanych przez ludzi do wody. Większość z tych śmieci jest fotodegradowalna, tzn. pod wpływem światła słonecznego rozpada się na bardzo drobny pył. Prądy morski przenoszą te drobiny w   jedno miejsce. W   efekcie na Oceanie Spokojnym powstaje pływająca wyspa ze śmieci o   wielkości 15 mln. km2. Dla porównania, powierzchnia całej Europy wynosi nieco ponad 10 mln. km2.

W 2009 naukowcy z całego świata wzięli udział w   misji SEAPLEX     (Scripps Environmental Accumulation of PLastic EXpedition), mającej na celu zebranie danych o Plamie. Być może dzięki badaniom, które przeprowadzili, znajdą oni sposób na pozbycie się śmieciowej wyspy i wyleczenie Pacyfiku. Do tego czasu możemy jedynie starać się zmniejszyć rozszerzanie się tego zjawiska i   zapobiec tworzeniu się pododbnych plam w innych częściach świata.

PAMIĘTAJCIE: sortowanie śmieci może przyhamować zaśmiecanie oceanów. Szymon Smyk


Literatura 23

Złamane serca i podcięte nadgarstki Etgar Keret opisuje swoją wizję życia po życiu w opowiadaniu "Kneller’s Happy Campers" Etgar Keret to jeden z   bardziej popularnych współczesnych pisarzy izraelskich. Uważany za cokolwiek kontrowersyjnego komentatora społecznego, tworzy głównie krótkie formy, opowiadania i   scenariusze. Wspólnie z żoną wyreżyserował film obyczajowy Meduzy. Mój jednak kontakt z   tym panem zaczął się od k rót kieg o o p o w i a d an k a o Knellerze, tak akurat na ząbek i jedno przyjemne popołudnie. Było okazją do zweryfikowania wszystkich sądów o Kerecie. Bohaterem Kneller’s… jest młody Mordy, który z tęsknoty za swoją dziewczyną, Desiree podcina sobie żyły. I voilà, bowiem po drugiej stronie nie czeka wcale potępienie, a   przynajmniej nie do końca. Mordy trafia do świata podobnego do naszego, trochę może nudniejszego i   smutniejszego, gdzie największej rozrywki dostarcza zgadywanie, jaką metodą wyoffowała się ładna dziewczyna przy barze, skoro nie ma żadnych blizn. Zatruła się gazem? Wykorzystała truciznę? Ten spokojny, przyjmijmy, żywot przerywa pojawienie się plotki, że Desiree podążyła w   ślady Mordy’ego: musi być w którymś z   miast samobójców. Mordy i jego współlokator Uzi postanawiają ją odnaleźć, a po drodze poznają podróżującą stopem Julię (tak mieszkańcy nazywają osoby, które do zakończenia swojego życia wykorzystały truciznę). Dziewczyna utrzymuje, że znalazła się po drugiej stronie przez pomyłkę, z powodu przypadkowego przedawkowania, a   jej intencją wcale nie była śmierć, potrzebuje więc kogoś podobnego do niej, kto pomógłby jej wrócić. Jakkolwiek dziwnie nie brzmi zarys tej historii, wszystko działa idealnie. Osobiście zachwyciłam się

prostotą pomysłu (życie po życiu tak podobne do naszego?), który został zgrabnie skomplikowany wprowadzeniem furteczki w   postaci przypadkowego samobójstwa. Co więcej, Keret konsekwentnie i z wdziękiem brnie w odbijanie wszystkiego w krzywym zwierciadle. Świat samobójców przypomina Tel Awiw i jego okolice, bohaterowie prowadzą męskie rozmowy na trasie, Uzi nie ma dziewczyny, z czego zamierza korzystać. Tajemnicza Julia to trochę wariatka (bo i   teoria powrotu wydaje się samobójcom conajmniej naciągana), ale za to atrakcyjna. Przy odrobinie szczęścia można nawet spotkać Kurta Cobaina w   barze. Straszny facet - nic, tylko cytuje własne teksty i każe słuchać swoich piosenek. A Jezus ma willę z basenem. Zastanawia mnie kwestia Kereta jako komentatora. Cała historia przekazuje raczej uniwersalną refleksję na temat życia. Owszem, Uzi i Mordy rozmawiają sobie o Żydach, a tłem jest drugi Tel Awiw, chociaż dla mnie są to bardziej uśmiechy autora, głos zza kadru. Mówienie za to o Kerecie jako mistrzu krótkiej formy jest uzasadnione. Ani razu się nie potyka, skłania do refleksji, balansuje na granicy rozbawienia i wzruszenia, bowiem w biednym Mordym jest coś uroczo tragicznego (a do tego supłanie schematu I póki śmierć nas nie rozłączy). Co, oczywiście, nie wyklucza różnych zabawnych odniesień popkulturalnych. Wymaga jednak dużego wyczucia. Chociaż, jeśli Keret wie już nawet, co może się dziać po śmierci, to tym bardziej wie, jak pisać teraz. Adrianna Kępińska


24 Teatr

Paryż w Warszawie Warszawski Teatr Roma przygotował kolejny widowiskowy spektakl. W tym sezonie możemy śledzić losy bohaterów powieści Wiktora Hugo "Nędznicy" Jean Valjean po 19 latach karnej służby na galerach wychodzi na wolność. Pozbawiony wiary w ludzi i w dobro, nawraca się dopiero po spotkaniu z   Biskupem. Otrzymuje od niego komplet srebrnych naczyń i świeczników, które wcześniej próbował ukraść. Kilka lat później były galernik zostaje burmistrzem niewielkiej mieściny. Nie jest jednak bezpieczny. Przez cały ten czas poszukuje go Javert, bezlitosny stróż prawa, przekonany o tym, że były przestępca nigdy się nie zmieni. Valjean umyka przed zasadzką. Wcześniej składa przysięgę umierającej Fantine, którą ocalił przed niesłuszną karą - obiecuje zaopiekować się jej córką Cosette, pozostawioną pod opieką pary demonicznych karczmarzy Thėnardierów. Chociaż nie zamierzają oni pozbyć się dziewczyny (pełniącej u nich rolę służki), do oddania jej Jeanowi przekonuje ich szelest pieniędzy. W tym miejscu omijamy całkiem sporą część oryginalnej książki, przenosząc się w czasy, w   których dziewczyna jest już dorosła. Niestety problemy Cosette i   jej opiekuna wcale się nie skończyły. Wciąż żyją w ukryciu, unikając Javerta. Do tego Cosette właśnie zakochuje się w studencie, który mimo miłości do niej postanawia walczyć na barykadzie. Od strony muzycznej, "Nędznicy" spełniają oczekiwania. Muzyka charakterystyczna dla Schönberga dobrze oddaje klimat

XIX-wiecznego Paryża. Tym razem kompozytor zrezygnował z   ogromnej ilości dysonansów, zwykle drażniących uszy nawet najbardziej wytrwałych słuchaczy. Muzyka jest taka, jaka być powinna, by zobrazować historię napisaną przez Hugo - na przemian spokojna i   impulsywna. Do gustu przypadły mi zwłaszcza partie Valjeana oraz Javerta. Niestety role Fantine i Cosette zostały mocno skrócone. Żałowałam też, że Valjean nie wspinał się po murze, co w książce zdarzało mu się często i co na pewno wyglądałoby na scenie ciekawie. Podobała mi się za to karczma Thėnardierów. Wrażenie robi moment śmierci Javerta, podobnie jak reszta efektów specjalnych. Momentalne przemiany karczmy czy ogrodu w uliczki Paryża albo barykady, na których aktorzy balansowali z zadziwiającą sprawnością, niezmiennie zaskakują, a kolorowe tła rodem z XIXwiecznych obrazów cieszą oko. Z ciekawością czekałam na polskie libretto, bo tuż przed premierą mówiło się o zmianie

tłumacza, za którym osobiście nie przepadam. Okazało się, że nie była to prawda, chociaż i tak polskie libretto Nędzników jest lepsze od innych prac tego tłumacza. Lepsze - co niestety nie znaczy, że dobre. Gdybym nie znała oryginalnego tekstu, mogłabym przymknąć oko na kilka niespójnych linijek, ale polski tekst chwilami zupełnie rozmija się z   angielskim. O ile można wybaczyć pominięcie wielu zabawnych gier słownych, trudno zaakceptować gubienie sensu wypowiedzi bohaterów. Na szczęście sprawa ma się dużo lepiej z wokalistami. Damian Aleksander rewelacyjnie oddaje postać Jean Valjeana, a przy tym obdarza ją swoim głosem, którego po prostu chce się słuchać. Równie dobrze wypadła Kaja Mianowana odtwórczyni Cosette i Edyta Krzemień jako Fantine. Przepiękna barwa i szeroka skala głosu obu pań nie zdarza się często. Największe wrażenie robią dzieci w roli małej Cosette i   Gavroche'a, wykonujące swoje partie bez zająknięcia. Wszyscy aktorzy spełnili moje oczekiwania i odegrali swoje postaci tak, jak wyobrażałam je sobie podczas lektury „Nędzników”. Musical w wersji polskiej mogę polecić każdemu. Roma jak zwykle zrealizowała sztukę perfekcyjnie. Przekonajcie się sami! Alicja Janusz fot. Paweł Pyrz (www.teatrroma.pl)


TV 25

Wyścig na wybiegu Kontrakt reklamowy z agencją Max Factor, okładka w Glamour i międzynarodowy kontrakt z agencją D’Vision - było o co walczyć. Pytanie tylko, czy było komu? Jesienią i zimą mogliśmy obejrzeć 13 odcinków pierwszej polskiej edycji programu „Top model. Zostań modelką”. Amerykańska licencja, fundusze TVN i uroda Polek przyciągnęły przed telewizory szeroką publiczność, ale to chyba za mało, żeby pokazać prawdziwy top modeling. Prowizoryczny casting skupiał się na promowaniu jury i prowadzących. Większość dziewczyn, które się zgłosiły, nie spełniały nawet podstawowych wymogów, a i tak jurorzy zwracali uwagę na kandydatki, których wzrost, proporcje czy wiek przekreślały karierę. Joanna Krupa, Marcin Tyszka, Dawid Woliński i   Karolina Korwin-Piotrowska mieli zresztą dość rozbieżne opinie o kandydatkach. Można było odnieść wrażenie, że nie szukają top modelki, a dziewczyn, które wzbogacą dalsze odcinki kontrowersjami. Może z tego powodu dziewczyny były traktowane z pogardą. 50 szczęśliwych przeszło do następnego etapu, w trzecim odcinku zostało już tylko 13. Choć przez cały program nie było jednej faworytki, nie trudno było zgadnąć, które dotrą do finału. W tym momencie zabawa zaczęła się na dobre. Miłym zaskoczeniem było zaangażowanie naprawdę znanych fotografów, agencji, domów mody. Dzięki temu sesje wypadły ciekawie i profesjonalnie. W oryginalnej amerykańskiej wersji programu, kandydatki na modelkę mają szansę sprawdzać się na wielu castingach i w pracy. W   Polsce wszystkie zadania zostały w całości zaaranżowane przez TVN, a większość z nich miała niewiele wspólnego z modelingiem.

Największą pomyłką było poświęcenie wiele uwagi relacjom między dziewczynami, umieszczonymi w pięknej willi. Oprócz kandydatek na pierwszym planie znajdowała się załoga "Top Model". Do czwórki jurorów dołączali goście specjalni, m.in. Rafał Bryndal, Szymon Majewski i   Kazimiera Szczuka. Splendoru dodawała Anja Rubik, najlepsza polska (i jedna z najlepszych światowych) modelka. Najbardziej sztuczną, a zarazem uroczą częścią programu okazała się Joanna Krupa, do tej pory mało znana w Polsce. Zabawne jest, że odwróciła uwagę widzów od   uczestniczek. Jak na przewodniczącą jury zbyt często faworyzowała uczestniczki, a jej łamana polszczyzna jeszcze długo będzie obiektem żartów. Z kolei Magda Mielcarz i Michał Piróg, nazwani trenerami modelek, pojawiali się zaskakująco rzadko. Przełomowy moment programu to wyjazd do Mediolanu. Właściwie dopiero w tym odcinku możemy mówić o prawdziwej modzie, pracy modelek i byciu top. Dla dwóch dziewczyn okazał się końcem ich przygody z modelingiem, a przynajmniej z programem. Wreszcie finał, a w nim Paulina Papierska, Aleksandra Kuligowska i Anna Piszczałka. Nie obyło się bez słodzenia o metamorfozach, zmianach, nabieraniu pewności siebie. Do czwórki jurorów dosiedli się Anja Rubik i Wilkenfeld. To właśnie od nich trafiają jedyne słowa krytyki, w stu procentach trafne. Po wybiegu przeszły się wszystkie finalistki. Większość z nich wyglądała fatalnie, część patrzyła pod nogi. No cóż, to amatorki, ale czy program nie

miał ich chociaż trochę przygotować? Dziewczyny były ubrane w kreacje Fendi, duetu Paprocki&Brzozowski, Agnieszki Maciejak i Wolińskiego dość zaskakujący dobór. Finał to także dalsze promowanie jury, w   szczególności fotografa Marcina Tyszki, który zrobił trzy sesje na okładkę "Glamour". Mimo wszystko, w porównaniu do raczej przewidywalnych odcinków finał wypadł wspaniale. Przed telewizorami zasiadło 5,5 mln widzów i tym razem to oni zdecydowali, która z dziewczyn wygra. Wybór padł na Paulinę Papierską. Fani pozostałych finalistek narzekają, że nieznająca żadnego języka obcego, pochodząca z małej miejscowości "szara myszka" wzbudziła litość w widzach. Moim zdaniem wygrała najpiękniejsza dziewczyna, ale niekoniecznie idealna kandydatka na modelkę. W   kilka tygodni po finale, na oficjalnej stronie programu można przeczytać, co dzieje się ze świeżo upieczonymi modelkami. Jak na razie, to właśnie pozostałe dwie finalistki biorą udział w kolejnych sesjach zdjęciowych i pokazach mody. Szanse na karierę ma też Nicole Rosłoniec, która odeszła z programu z powodu kontuzji. Teraz została twarzą marki Cropp i   podobno zauważył ją właściciel agencji Next, dzięki czemu być może wkrótce Nicole wyjedzie za granicę. Tymczasem polscy widzowie i   kolejne dziewczyny marzące o wielkim świecie modelingu czekają na następną edycję "Tap Madl" - jak zwykła nazywać program przewodnicząca jury.

Joanna Wośkowska


26 Kino

Różdżki w dłonie Ten, kto przeczytał kilka razy wszystkie tomy sagi i  obejrzał sześć filmów o Harrym Potterze, nie może sobie odmówić zobaczenia "Insygniów śmierci"

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o kinowej ekranizacji ostatniej powieści J. K. Rowling, zastanawiałem się, czy to wypali. Miałem w pamięci słabiutkie poprzednie części - mnożące tylko kolejne schematy, nudne jak pisanie kolejnego "Generala". Do tego ekranizacja została podzielona na dwie części, co oznacza "wyduszanie" z fanów dwukrotnej sumy. W efekcie szedłem do kina trochę sceptyczny. Film przeszedł jednak moje oczekiwania. Część szósta, Harry Potter i   Książę Półkrwi, zakończyła się śmiercią Dumbledore’a, opanowaniem Hogwartu przez Voldemorta i   olbrzymim chaosem. Siódemka zaczyna się mniej więcej od tego momentu. Harry, już w domu, powiadamia wujostwo o   niebezpieczeństwie. Prosi krewnych o przeprowadzkę, a ci, widząc, co się święci, od razu na to przystają. Nie tylko Wybraniec walczy ze stresem. Hermiona, córka mugoli, znika z życia swoich rodziców, wymazując z ich pamięci wszelkie wspomnienia o sobie. Ze łzami w oczach spogląda na swój rodzinny dom. W tym miejscu nasuwa się refleksja, ile jesteśmy w stanie oddać, by ochronić najbliższych. Dziewczyna obawia się bowiem, że Voldemort zabije jej rodziców lub przynajmniej ją samą, skazując państwa Granger na wielkie cierpienie. Tymczasem członkowie Zakonu Feniksa (pamiętamy go z   piątej odsłony przygód o   czarodzieju) planuje transport Harry'ego do bezpieczniejszego domu Rona. Niestety, w trakcie lotu

bohaterowie napotykają śmierciożerców, z którymi toczą zaciętą walkę. Po intrygującym, wciągającym i dość imponującym początku właściwie aż do końca nie jest gorzej. Romantyczny ślub starszego brata Rona i uroczej Francuzki kończy się kolejnym spotkaniem z ludźmi Voldemorta, co zmusza Harry'ego i   jego trójkę najbliższych przyjaciół do ucieczki. Spędzają trochę czasu w rodzinnym domu Syriusza Blacka, przekazanym Harry'emu w spadku. Planują tam swoje następne kroki, czyli odnalezienie i zniszczenie magicznych horkruksów, gdyż tylko to może osłabić potęgę Czarnego Pana. Przychodzi wrzesień, ale młodzi czarodzieje ani myślą rozpoczynać ostatni rok nauki w   Hogwarcie, który zresztą jest opanowany przez śmierciożerców. W ostatniej części sagi pojawia się sporo zwrotów akcji i innych

niespodzianek. Bohaterowie nie są prowadzeni za rączkę i muszą odnajdywać się w zupełnie nowych miejscach i sytuacjach. Siódma część jest bardziej dynamiczna od poprzednich, m.in. bitwy rozwiązane są w dużo lepszy i bardziej widowiskowy sposób. Bohaterowie zdążyli wydorośleć od czasu kiedy kupowali swoje różdżki. Mają nowe problemy, zmarwienia i powody do kłótni, a niektórych łączy więcej niż przyjaźń. Może czasem przychodzi do głowy, że ten dziesiąty zbieg okoliczności, pozwalający przeżyć Harry'emu, to już lekkie przegięcie. To nic. Opowieść o Harrym nabrała nowych kolorów, ale nie straciła dawnego uroku, któremu pewnie wielu z nas nie mogło się kiedyś oprzeć.

Mateusz Cytryński


27

Cena perfekcji „Czarny łabędź” to perfekcyjna opowieść o  niedoskonałości. Poświęcenie dla tańca ustępuje miejsca szaleństwu, a jawa miesza się ze snem, z którego widzowi nie przyjdzie się już obudzić

Wirtuozerski popis kunsztu twórcy "Requiem dla snu" i "Zapaśnika" rozpoczął tegoroczny festiwal filmowy w Wenecji. Darren Aronofsky balansuje na granicy godnej najwyższego uznania doskonałości i   bezsensu, piękna i   posępnego zatracenia się w zwierzęcych instynktach. Piękna i subtelna Nina (Natalie Portman) jest utalentowaną baleriną. Jej historia z pozoru wydaje się dość banalna - dziewczyna walczy o   główną rolę w   innowacyjnej interpretacji „Jeziora Łabędziego”. Tańcząca białego łabędzia baletnica ma się w kolejnym akcie wcielić w charakterologiczne i wizualne przeciwieństwo swojej postaci zazdrosną kuzynkę, która uwodzi jej ukochanego. W końcowej scenie powraca do pierwszej postaci i   zraniona popełnia samobójstwo, skacząc z klifu. O ile Nina doskonale radzi sobie z   odtworzeniem niewinności i   łagodnego wdzięku białego łabędzia, o tyle wcielenie się w   wyrachowaną, przebiegłą postać drugiej dziewczyny sprawia jej ogromną trudność. Dzięki przekroczeniu pewnej granicy, a   także by niejako dopełnić typowego biegu zdarzeń, bohaterka zostaje obsadzona w głównej roli. Wprowadza to element, którego

zauroczeni zwiewnymi obrazami nie chcemy widzieć w niewinnej, czystej jak łza opowieści. Zaczynamy się domyślać, co będzie główną ideą filmu, podążamy za znanymi nam schematami, sądząc, że erotyczne poszukiwania bohaterki staną się kluczem do sensu jej życia i tańca. W ten sposób zostajemy umiejętnie wciągnięci w pułapkę wizualnej treści, zamkniętej w   doskonałych ujęciach. Widzimy

nagą, poranioną skórę, pot i   nie przestajemy patrzeć. Słyszymy najdrob-niejsze szczegóły, każde stuknięcie baletka, niemalże pojedyncze uderzenie serca. Wsłuchujemy się do tego stopnia, że wręcz sami odczuwamy ból fizyczny i   psychiczny, tak intymny i obnażony w wizji, gdzie powoli czuć posmak thrillera. Muzycznie film niepokoi, mieszając baśniowe brzmienie Czajkowskiego ze wszystkim, co znaliśmy z tła bohaterów „Requiem dla snu” Clinta Mansella. To w a r z y s z ą c Ninie w pogoni za marzeniami nie dostajemy żadnej odpowiedzi. Dostrzegamy jedynie, jak rozmywa się w niej jej własna osobowość, jak z każdym coraz lepszym tańcem powoli traci kontrolę nad tym, co realne w jej rozdwojonej rzeczywistości. Podczas finalnego spektaklu sztuka splata się z życiem dziewczyny, jak gdyby nigdy nie miało być inaczej. Iluzja tego, co widzi, staje się na tyle zwodnicza, że zaczynamy czuć strach, niemal odrazę wobec jej czynów, w których słychać łabędzi śpiew skrzywdzonego przez chorą relację z   matką dziecka, niepewnej własnej wartości dziewczynki, która dla pasji zniszczy samą siebie. Joanna Sztandera


28 Sport

Justyna Kowalczyk znowu pobiegnie Możemy spodziewać się kolejnych sukcesów ulubionej sportsmenki Polaków Utytułowana polska biegaczka, Justyna Kowalczyk, zwyciężczyni Kryształowej Kuli w ubiegłym sezonie, w tym roku również nie daje za wygraną. W trwającym do 9 stycznia cyklu Tour De Ski nasza rodaczka zajmuje obecnie (2.01) pierwsze miejsce, mając 44 sekundową przewagę nad drugą w   klasyfikacji, Słowenką Petrą Majdić. Po dwóch gładkich zwycięstwach w Oberhofie, pierwszym na 2,8 km techniką dowolną i drugim na 10   km techniką klasyczną, a także

świetnym drugim miejscem w sprincie, Polka ma zwycięstwo na wyciągnięcie ręki. Jeżeli jej forma nie spadnie, z pewnością zobaczymy ją na najwyższym stopniu podium. Ponadto, w klasyfikacji generalnej pucharu świata Justyna zajmuje 2 miejsce, tracąc tylko 75 punktów do prowadzącej Norweżki Marit Bjoergen, z biegu na bieg niwelując stratę. Tutaj także ma duże szanse na tytuł. Trzymamy kciuki! Mateusz Cytryński

Lech Poznań walczy dalej Polska drużyna cały czas utrzymuje się w rozgrywkach o puchar UEFA Niewielu spodziewało się, że naszemu polskiemu klubowi, Lechowi Poznań, będzie tak dobrze szło w tegorocznych rozgrywkach europejskich o   puchar UEFA. Trafiając do grupy A, szybko ochrzczonej „grupą śmierci”, z takimi klubami jak Juventus Turyn czy Manchester City szanse na awans nie były duże. Ten klub stać jednak na wiele. Po świetnych meczach i wielu zapierających dech zwrotach akcji piłkarzom poznańskiego klubu udało się awansować do dalszej fazy

rozgrywek! Zapewnili sobie to już w przedostatnim meczu z   Juventusem, remisując 1:1 na własnym stadionie. W rezultacie Lech, ostatecznie na drugiej pozycji w grupie (uległ tylko Manchesterowi City gorszym bilansem bramek), zagra w 1/16 z mało znaną portugalską Bragą. Miejmy nadzieję, że poznaniacy nie zlekceważą przeciwnika i zagrają dwa dobre mecze, dające im awans do ćwierćfinału. Jesteśmy z Wami! Mateusz Cytryński


Opowiadanie 29

Spotkanie wigilijne

Cisza. Sypie śnieg. We wszystkich domach trwają przygotowania do Wigilii. Ktoś nuci kolędę, ktoś inny kładzie prezenty pod choinką. Jeszcze inny człowiek tłucze talerz, jednak nikt na niego nie krzyczy. Na dworze jest jeszcze jasno, w kuchni tłoczno, sklepy jeszcze otwarte. Z   niektórych mieszkań słychać co chwilę głośne okrzyki i wybuchy śmiechu. Ktoś ubiera się w pośpiechu, biegnie do sklepu, kupuje potrzebne przyprawy. Wychodząc ze sklepu, rzuca „Wesołych Świąt” do kasjerki, która ze zniecierpliwieniem zerka na zegarek. Zapada zmrok. Zewsząd czuć piękne zapachy pieczonego karpia i pierniczków. Dzieci wracają już do domów, całe różowe od mrozu. Otrzepują się ze śniegu i biegną do kuchni, by spróbować potrawy lub wypić trochę kompotu z suszu. Wszędzie czuć świąteczny nastrój. Ludzie zapalają świeczki, nakrywają do stołów, kładą pod obrus siano. Sklepy są w końcu zamknięte. Przy szybach okien widać twarze

dzieci wypatrujących pierwszej gwiazdki. Po chwili słychać radosne piski, cała rodzina podbiega do okna i uśmiecha się. Wigilia rozpoczęta! Do niektórych domów pukają zmarznięci i zażenowani bezdomni. Nawet oni nie spotykają się z odmową. Jednak w jednym domu jest inaczej. Na obrusie stoi laptop. Wszyscy czekają na jeden dźwięk – sygnał z komunikatora. W końcu na ekranie pojawia się wyczekiwane powiadomienie ze Skype: "Tata jest dostępny". - Tata! – Cieszy się mała dziewczynka, gdy widzi twarz ojca. - Witaj, skarbie – uśmiecha się ojciec. Jednak w jego głosie słychać smutek. - Macie śnieg? – pyta. - I to ile! – odpowiada mu syn. - O, jak wam fajnie. Tu, w Anglii, nie ma nawet milimetra! To co? Dzielimy się opłatkiem? Tata przysuwa się bliżej kamery. Składa życzenia córeczce i udaje, że wymieniają się kawałkami opłatka.

Spogląda na twarze dzieci i żony – widać w nich głęboki smutek. - Hej, nie smućcie się! – mówi. – Przyjadę na Nowy Rok… - Ale tato… - Przerywa mu córka. - Żadnego "tato"! Lepiej zobacz, co ci Mikołaj przyniósł! – Mężczyzna nie chce dopuścić do smutku najbliższych. Żartami próbuje nadrobić dzielące ich tysiące kilometrów. Internetowa Wigilia się kończy, tata musi iść do pracy. Licznik minut pokazuje cztery godziny rozmowy. Dla rodziny to bardzo krótko. Najchętniej przedłużyliby rozmowę jeszcze o kilkanaście godzin, ale to niemożliwe. Wyłączają komputer, są zmęczeni. Wszyscy są na pozór szczęśliwi. Jednak gdzieś głęboko nadal czują smutek, mimo że jest Wigilia. W   końcu wszyscy zasypiają. I wszyscy mają naprawdę piękne sny o Wigilii w gronie całej rodziny.

Ola Nóżka fot. Joanna Wośkowska


30 Bajka dla DSK

Królewna i zupa z chleba Dawno, dawno temu istniało miasteczko, którym rządził król Albert i jego żona Eugenia. Ich córka Magdalena słynęła wielką urodą – miała białą jak śnieg skórę, długie, złociste loki, niebieskie jak niebo oczy i delikatne dłonie. Cała rodzina żyła w wielkim bogactwie, zupełnie nie przejmując się biedą, jaką musieli znosić poddani. Król nakładał na nich tylko coraz wyższe podatki, aby napełnić swój skarbiec. Pewnego dnia rodzina królewska zasiadła do wspólnego, wystawnego obiadu. Ich stół uginał się od złotych półmisków z pieczeniami i rybami oraz wazami po brzegi wypełnionymi zupą. Król i królowa zajadli swe dania pospiesznie i ze smakiem, ale księżniczka powoli i niechętnie mieszała łyżką zupę w swoim talerzu. Królowa powiedziała: – Magdaleno, czemu nie jesz? Twoja ulubiona pieczeń ci wystygnie! Boli Cię coś? – Ależ nie, kochana mamo, nic mi nie jest – odpowiedziała księżniczka – Po prostu nie   jestem bardzo głodna. – Wstyd, wstyd, Magdaleno! – żachnął się znad swojego talerza król, ocierając brodą białą serwetką. – Dajemy Ci wszystko, czego zapragniesz i nie pozwalamy ci odczuć, jakim trudem jest rządzenie, a Ty masz jeszcze czelność wybrzydzać. Magdalena wstydliwie spuściła wzrok i utkwiła go w   pięknie zdobionej łyżce. Nagle usłyszała stłumiony krzyki Eugenii. Królowa była blada jak ściana, trzymała się za gardło, a jej oczy łzawiły. – Matko! – krzyknęła księżniczka, podbiegając do królowej i łapiąc ją za dłoń.

– Eugenio… – rzekł król z   rozpaczą w głosie, lecz nie podniósł się z miejsca, ale sam zaczął się chwiać. Magdalena z przerażeniem obserwowała, jak jej matka bez siły ciężko opada na oparcie krzesła, a ojciec upada na podłogę, trzymając w ściśniętej dłoni kraj obrusu i   zrzucając ze   stołu stojącą na nim zastawę. Oboje nie dawali znaku życia. Magdalena podbiegała na przemiana do obojga, klepiąc ich w policzki, co jednak nie dawało rezultatu. Z jej oczu płynęły jej strugi łez. Tuląc do siebie ciała matki i ojca, krzyczała z rozpaczy. Pobiegła po służbę do pałacowej sutereny, ale nie znalazła tam nikogo. Wszystkie korytarze i sale opustosza��y. Magdalena, zalana łzami, przebiegła je wszystkie w poszukiwaniu kogokolwiek, kto mógłby uratować jej ukochanych rodziców, lecz na jej krzyki nikt nie reagował. W końcu księżniczka pobiegła do swojego pokoju i rzuciła się na swoje obszerne łóżko z baldachimem. Zmęczona łkaniem i żałością, zapadła w głęboki sen. Późną nocą poczuła, że ktoś dotknął jej ramienia. Otworzyła zapuchnięte oczy i podniosła głowę. W ciemnościach rozeznała sylwetkę niskiego, krępego kamerdynera Piotra, który wiernie służył rodzinie królewskiej przez całe swe życie, mimo że pochodził z   ubogiej rodziny. Rzekł do niej: – Księżniczko, twoja rodzina została otruta przez służbę, bowiem służba nie mogła już znieść srogich rządów twego ojca. Miałem o tym nikomu nie wspominać, ale, widząc twoją straszną boleść, postanowiłem ci pomóc. Jedna rzecz może uratować twoich rodziców – to prosta zupa ze skórek chleba

i   ziemniaków, taka, jaką jada na co dzień twój lud. – Piotrze, jakże się cieszę, że Cię widzę! – odpowiedziała Magdalena, rzucając się na   szyję skrępowanego kamerdynera. – Ach, wszyscy nas zdradzili, ale wiedziałam, że ty pozostaniesz wierny! Czy możesz zrobić więc tę zupę i podać ją rodzicom? – Niestety, księżniczko – odpowiedział Piotr. – To ty sama musisz znaleźć kogoś, kto przygotuje Ci tę zupę. Musisz pójść do ludu i   zobaczyć, jak żyje. Na mnie już czas, powodzenia! Kamerdyner skłonił się lekko i   wybiegł z komnaty. Magdalena siedziała przez chwilę bez ruchu, nie wiedząc, co ma zrobić. W końcu wstała, założyła płaszcz i wyszła z   pałacu. Nigdy wcześniej nie oglądała miasteczka inaczej, jak przez okna karety. Teraz było ono pogrążone w śnie. Księżniczka przemierzała błotniste ulice po kilka razy w poszukiwaniu kogoś, kto przyrządzi jej uzdrawiającą zupę. Pukała do wielu domów, lecz nikt jej nie otwierał. Po kilku godzinach błąkania się zobaczyła, że w oknie lichej gospody pali się światło świecy. Pobiegła do niej i otworzyła ciężkie, skrzypiące drzwi. Za kontuarem stał wąsaty gospodarz, a w ciemnych kątach izby kuliły się ciemne ludzkie sylwetki, raz po raz pociągające ze   szklanek i mruczące coś do siebie. Gospodarz zwrócił wzrok na Magdalenę, której najwyraźniej nie poznał, i burknął: – Czego tu pani chce? – Chciałabym poprosić o zupę – odpowiedziała niepewnie księżniczka. – O tej porze?! – uniósł się gospodarz. – Nie ma mowy! – Ale ja bardzo, bardzo proszę, to dla mnie bardzo ważne –


31 powiedziała płaczliwie księżniczka, przybliżając się nieznacznie do lady. Nagle jeden z siedzących na ławach ludzi wynurzył się z   ciemności i powiedział głosem przypominającym bardziej turkot kół karety o bruk: – Kogo to ja widzę! – rzekł, przypatrując się Magdalenie małymi, wodnistymi oczami. – Toż to księżniczka Magdalena! Ho ho! Widziałem cię kiedyś, jak jechałaś z swoim ojczulkiem w karecie. A czego tu księżniczka szuka, co? Już wygody pałacu księżniczce nie wystarczą? A może zostałaś poborcą podatkowym króla? – Pewnie już zjedli wszystko, co mieli w spiżarniach i teraz chcą objeść nas z resztek tego, co nam zabrali! – zarechotał gospodarz, aż zatrzęsły mu się jego czarne, sumiaste wąsy. Naraz cała sala zaczęła naśmiewać się ze   stojącej pośrodku królewna, po której policzkach ściekały już nowe potoki łez. Nagle z głębi karczmy doszedł wszystkich piskliwy kobiecy głos: – Co tam się dzieje? Wszyscy nagle zamilkli, a z drzwi za kontuarem wyszła niska, przysadzista kobieta – żona gospodarza. Rozejrzała się po sali i powiedziała: – Co to za krzyki w środku nocy? Już nie można się przespać po całym dniu pracy, ech! – westchnęła ciężko, po czym jej wzrok padł na Magdalenę. Zamarła i wyszeptała

stłumionym głosem: - Czy pani jest... pani jest… księżniczką Magdaleną? – Tak – odrzekła po cichu Magdalena, jakby wstydząc się własnych słów i tego, kim jest. – Księżniczko, przepraszam, ja nie poznałam, przepraszam… powiedziała pokornie gospodyni, po czym dygnęła, ignorując zdziwione

spojrzenie męża. – Czego księżniczce potrzeba? Magdalena rozpromieniła się i   opowiedziała, co zaszło w pałacu oraz tutaj, w gospodzie. Gospodyni   popatrzyła gniewnie na męża i powiedziała: – Ty gburze! Jak śmiałeś tak mówić do królewskiej córki?! A już leć do kuchni! Napal pod kotłem i   zrób taką zupę, jakiej sobie księżniczka życzy! – krzyknęła,

popychając męża do drugich drzwi. Potem zwróciła się do ludzi znowu kulących się w ciemności: - Król, jaki jest, taki jest, ale to też człowiek! To, że źle nam się żyje, nie znaczy, że nie trzeba mu pomóc. Po krótkim czasie gospodarz wrócił, trzymając w rękach garnek, który podał wzruszonej księżniczce. Ta skłoniła się głęboko i ze łzami w oczach podziękowała z przysługę. Gdy   przekraczała próg oberży, gospodyni krzyknęła: – Powodzenia! Niech król i królowa ozdrowieją! Magdalena jeszcze raz podziękowała i   pobiegła w stronę pałacu. Przemierzała ulice skąpane w   delikatnym świetle świtu, na których pojawiali się pierwszy przechodnie. Gdy dotarła do pałacu, wbiegła do jadalni i   nalała rodzicom do ust po parę łyżek zupy. Na ich policzki wrócił ożywczy rumieniec, podnieśli się i uścisnęli się córkę, która znowu płakała, tym razem z radości. Gdy opowiedziała im, co zaszło, król postanowił natychmiast, że obniży podatki dla wszystkich mieszkańców miasteczka, a rodzina królewska sprzeda swoje niepotrzebne kosztowności, by wspomóc biednych. Gospodarz i jego żona zostali szefami dworskiej kuchni, zaś co roku, na pamiątkę tych zdarzeń, monarcha na placu miał na swój wydawać bankiet dla całego miasteczka. Mateusz Kusio

Bajka napisana w ramach Akcji Pisania Bajek dla pacjentów Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie. Więcej informacji na następnej stronie


radości. Zbliża się Karnawał, Minęły święta - czas w którym

wszyscy się bawią.

Wszyscy?

Są osoby, którym codzienny widok szpitalnych sal nie pozwala w pełni

cieszyć się życiem

Poświęćmy im chwilę... Dajmy im trochę szczęścia i pozwólmy choć na moment zapomnieć o szarej codzienności

Ogłaszamy

AKCJĘ PISANIA BAJK dla Dzieci z DSK w Lublinie!

Kontakt: Joanna Wytrzyszczewska, klasa 1b Bajki można przesyłać na adres joanna.wytrzyszczewska@gmail.com lub składać w sekretariacie szkoły do 30 stycznia 2011


Playground, Listopad - Grudzień 2010