Page 1

O

D

K

R

Y

W

A

N

I

E

H

I

S

T

O

R

I

I

94 zima

2018 Cena 15 zł (w tym 5% VAT) 

nr indeksu 363774

Bunt na Świętym Krzyżu (1925) Generał Hryhorenko: zerwanie z sowietyzmem (1961) Afganistan – za wspólną wolność

RZECZ

POSPOLITA POSPOLITA


Równe, 19 marca 1920. Idący przez miasto 16 Pułk Ułanów FOT. MUZEUM NARODOWE W KRAKOWIE / MUZEUM CZARTORYSKICH


G

POKUSA POTĘGI

dy – po blisko półtorawieczu zapadania się (1772–1918) – Polska odzyskiwała swój byt państwowy, zasadnicze pytanie brzmiało: jaki? Odpowiedź nie była jednoznaczna; kraj podzielony, po zaborach, nastawionych w istocie na niszczenie polskiej tożsamości, odradzał się w  swym narodowym kształcie zgodnie z wiarą w sprawiedliwość dziejową, lecz bez formy organizacyjnej. Przekonanie Polaków o prawie do odrębnego istnienia zyskało poparcie Amerykanów, a  w  ślad za nimi Zachodu Europy. Czym jednak miała być teraz Rzeczpospolita, lepiona z – własnych niegdyś – kawałków odebranych Rosji, Austrii i Prusom? Wskrzesiciele państwowości na przełomie 1918/19 roku mieli jedynie kilka miesięcy, by na użytek wewnętrzny i  wobec zainteresowanego świata określić postać kraju. Ten wybór: Polska pokojowa czy zaborcza, przyjazna sąsiadom i  mniejszościom czy szowinistyczna, narodowa czy obywatelska, zideologizowana czy otwarta na różne wartości światopoglądowe i  wyznaniowe – miał wpłynąć na następne trzy dekady. Dylemat ów, wyznaczający linię podziału między przywódcami uznającymi całe społeczeństwo a  tymi wśród narodowców, dla których „obcy” w kraju to wewnętrzny wróg – naznaczył ten wielonarodowy polski etap, zamknięty po II wojnie w efekcie niemieckiego najazdu i sowieckiego dyktatu. Uznawany przez aliantów w  Wersalu postulat: „Gdzie Polacy, tam Polska” – pojmowany był w kraju przez znaczącą część ówczesnej sceny politycznej jako zachęta do powrotu do granic z  1772 roku. Rzeczpospolita miałaby – po załamaniu się państwa w XVIII wieku i długotrwałym rozdzieleniu swych ziem – wrócić nagle do kształtu mocarstwa, w  roli hegemona Europy Środkowo-Wschodniej. Oznaczało to podbój wschodnich sąsiadów, a nie układanie się z nimi, zarazem traktowanie mniejszości narodowych (trzeciej części kraju) jako formacji potencjalnie zdradzieckich. Takie dążenia przesądzały, że nie tylko mocarstwowość oznaczała puste hasło, ale i  niemożliwa stawała się spójność zróżnicowanego społeczeństwa – konfliktowało to Polskę z całym otoczeniem.

Między 1919 a 1921 rokiem ścierały się te przeciwstawne wizje państwowości. Jeszcze wiosną 1919, kiedy wojska polskie odbierały bolszewikom Wilno, a  nawet wiosną 1920, gdy wchodziły do Kijowa, pojawiały się deklaracje o  równości narodów na ziemiach wschodnich. Jednak już jesienią 1920 Polska bezpardonowo zaanektowała Wilno; a  w  marcu 1921, nie oglądając się na sąsiadów, uzgodniła z  pobitymi Sowietami w  Rydze swoją władzę na znaczących przestrzeniach Litwy, Białorusi i  Ukrainy. I  tak był to wewnętrzny kompromis – polscy właściciele ziemscy na terytoriach oddanych bolszewikom (zwykle otoczeni tam przez obcych etnicznie chłopów) uważali zgodę na traktat ryski za narodową zdradę stanu. Początki państwa polskiego przed stu laty przedstawiane są zwykle w  sposób idylliczny, zgodny z późniejszą legendą piłsudczyków. Dlatego zaskakiwać może gwałtowność, z jaką spierano się wówczas, czy Polska ma być imperialna. Fundamentalne ideowe różnice miały doraźnie znaleźć jednak racjonalny kres. W marcu 1921 jednomyślnie przyjęto Konstytucję – i  głosami adwersarzy politycznych, i  przedstawicieli mniejszości narodowych. Konsensus wewnętrzny przetrwał półtora roku, do wyboru Prezydenta RP. Zapowiadana przez Józefa Piłsudskiego koncepcja federacji z  ościennymi krajami na wschodzie załamała się niemal na wstępie działań RP, w  kwietniu 1919. Michał Römer, który podjął się na gruncie litewskim wprowadzania jej w  życie, od razu uznał, że Piłsudski realizuje w  istocie koncept imperialny. Choć Naczelnik liczył na „wspólną” Litwę, nie miał jak jej ocalić – wchodził wszak zbrojnie do Wilna. Polska miała już bowiem budować państwo możliwie największe, potężne, dyktujące warunki, nie zaś wsłuchane w  głos sąsiadów. Niekoniecznie takie, które jest dobre dla pojedynczego człowieka, honorujące w  nim obywatela. Stawiając na pierwszym planie naród, a  nie społeczeństwo, Rzeczpospolita zaprzeczyła wizji kraju otwartego, doceniającego tolerancję. Zbigniew Gluza


94

FOT. PAUL THOMPSON / FPG / GETTY IMAGES

2018

DZIENNIKI // LIST Y // WSPOMNIENIA NIEZNANE ZDJĘCIA // DOKUMENT Y DYSKUSJE // RAPORT Y // REPORTAŻE

TEMAT NUMERU:

START RZECZPOSPOLITEJ

Marta Markowska

Stanowienie ojczyzny 

Wykuwanie nowej Polski w jej pierwszych miesiącach (grudzień 1918 – lipiec 1919) Michał Römer

Miraż federacji 

Ostateczna próba realizacji wizji Piłsudskiego w przymierzu z Litwinami

4

28


PRZEDWOJNIE

PEEREL 1983 Wiktor Woroszylski

Stan zawieszenia 

II RP Bartosz Kułan

Ciężki Krzyż 

Bunt więźniów na Świętym Krzyżu (1925)

Zwolniony z internowania pisarz o pozornym łagodzeniu stanu wojennego

42

POSTAWY Jacek Winkler

Twarzą w twarz 

II WOJNA

Łukasz Juraszyński

Hanna Świda-Ziemba

Z bliska o Jacku Winklerze, polskim mudżahedinie

Opór młodzieży wobec okupacji

118

Do Afganistanu przeciw Sowietom (1985–87)

WILNO 1940–44

Polskie sztunki 

102

Adam Jacek  56

131

FOT. WIKTOR TIOMIN / MULTIMEDIA ART MUSEUM MOSCOW

AFGANISTAN Irena Jarosińska

Między wojnami 

134

FOT. IRENA JAROSIŃSKA / OK

Fotoreportaż z 1992 roku, trzy lata po wyjściu Sowietów

HOLOKAUST Jan Nowik

Próba wyjścia 

Zmaganie się z traumą Zagłady i jej niesłabnącą pamięcią Halina Birenbaum

Obecność Wtedy 

Życie po Holokauście – dziennik Ocalałej

72

86

Wojciech Gwarek 

POWOJNIE Nie umiałem milczeć 

Sowiecki generał – u szczytu swej kariery – rzuca wyzwanie systemowi (1961)

142

DOM SPOTKAŃ Z HISTORIĄ Bagaż osobisty 

144

OŚRODEK KARTA 

148

Z Agatą Tuszyńską rozmawia Milena Ryćkowska

SOWIETYZM Petro Hryhorenko

POGŁOSY

90

Nabytki Archiwum, Podziękowania, Klub KARTY, „Historia Bliska”, „Nieskończenie Niepodległa”


RZECZPOSPOLITA 1918/19

Z

akończenie działań wojennych 11 listopada 1918 i przejęcie władzy przez Józefa Piłsudskiego w roli Tymczasowego Naczelnika Państwa rozpoczyna żmudny proces konsolidacji społeczeństwa i budowania podstaw nowej państwowości. Warunki są trudne, Polska bowiem kończy wojnę zrujnowana i bez ostatecznie ustalonych granic (zob. „Karta” 56). Powołany w listopadzie pierwszy rząd, pod przewodnictwem związanego z Polską Partią Socjalistyczną Jędrzeja Moraczewskiego, spotyka się z brakiem akceptacji, zarówno społecznej, jak i większości pozostałych środowisk politycznych. Szukając kompromisu, a także porozumienia z paryskim Komitetem Narodowym Polskim – jedynym uznawanym przez aliantów przedstawicielstwem Polski – Piłsudski powierza w styczniu 1919 funkcję premiera Ignacemu Janowi Paderewskiemu, współpracującemu z Komitetem i dotychczasowemu reprezentantowi kraju w USA. Wkrótce też odbywają się pierwsze wybory parlamentarne – po raz pierwszy z pełnoprawnym udziałem kobiet. Gdy od stycznia 1919 w Paryżu trwa konferencja pokojowa, mająca ustalić nowy porządek w powojennej Europie, młode państwo polskie przejmuje inicjatywę na polu utrwalania i wyznaczania swoich granic. W rezultacie w pierwszych miesiącach istnienia Polska znajduje się w konflikcie ze wszystkimi sąsiadami, a przy tym – wobec postępującego na zachód naporu bolszewików. (m.m.)

Jan Hupka, prawnik, działacz społeczny i publicysta, w dzienniku

Pocieszam się tym, że nie ma złego, co by na dobre wyjść nie mogło. Może trzeba było przejść z samego początku przez próbę partyjnych rządów socjalistycznych, by się te rządy raz gruntownie skompromitowały i w opinii uniemożliwiły. Może się to wszystko na dobre jeszcze obrócić, ale przetrzymać ten okres anarchii i niszczycielskich eksperymentów – ciężko. Niwiska (Galicja), 4 grudnia 1918 [10]

Stanisław Grabski, wysłannik paryskiego Komitetu Narodowego Polskiego*

[Naczelnik Państwa Józef ] Piłsudski przysłał po mnie auto ze swym adiutantem. Rozmowa nasza trwała z górą trzy godziny. [...] W możliwie oględnej formie zwróciłem mu [...] uwagę, że mocarstwa sprzymierzone dotychczas nie przyjęły

do wiadomości ani przekazania mu przez Radę Regencyjną najwyższej władzy w Polsce, ani utworzenia przezeń rządu Moraczewskiego, natomiast uznają bez zastrzeżeń, jako legalną reprezentację narodu polskiego, paryski Komitet Narodowy. Nie uważamy tego jednak za korzystne dla sprawy polskiej. Pragniemy doprowadzić do uznania go przez rządy państw zwycięskiej koalicji za Naczelnika odzyskującego niepodległość państwa polskiego. Ale nastąpić to może tylko na podstawie odpowiedniego porozumienia się – i co do obecnych zadań naszej polityki narodowej, i do wzajemnego stosunku między Komitetem Narodowym, jako jedyną legalną reprezentacją Polski wobec mocarstw Ententy, a nim, jako najwyższym politycznym czynnikiem w kraju. Warszawa, 5 grudnia 1918 [9]

* Komitet Narodowy Polski – założony w sierpniu 1917 przez Romana Dmowskiego z siedzibą w Paryżu, działał na rzecz odbudowy państwa polskiego przy pomocy państw Ententy. Przez rządy Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i USA uznawany był od jesieni 1917 za oficjalną reprezentację Polski.

6


FOT. DOMENA PUBLICZNA

Stanowienie ojczyzny

Maria Kasprowiczowa, żona poety Jana Kasprowicza, w dzienniku

„Historyczne” czasy dają się we znaki szczególnie młodzieży. Nieprzejrzana posępność długich, wojennych lat zakryła przed nią „tęczowe” drogi życia, pozostawiając jedynie drogi ofiar i wyrzeczeń. Koniec wojny nie przyniósł uspokojenia, nie stał się końcem walk. Kto wie, może stoimy na progu jeszcze głębszych wstrząsów, jeszcze większych zmian? Lwów, 10 grudnia 1918 [12]

Z artykułu Zawsze to samo w tygodniku Policji Państwowej „Na Posterunku”

Szaleje walka w Polsce. Z chwilą ustąpienia zaborców z kraju, rzucili się Polacy na siebie wzajemnie. Najwstrętniejsze orgie oszczerstw afiszowych, gazeciarskich i wiecowych święcą piekielne triumfy. Zamiast radości – nienawiść szerzy się w kraju. Stoimy u wrót wojny domowej. Co to jest? Dlaczego? Biorąc rzecz najogólniej, widzi się walkę dwóch grup zasadniczych: narodowych demokratów i socjalistów. Warszawa, 15 grudnia 1918 [25] Karta 94

Obraz Edwarda Okunia z 1919 roku

Józef Piłsudski w liście do Romana Dmowskiego

Wysyłając delegację do Paryża dla porozumienia się z Komitetem Paryskim i wspólnego potem porozumienia się z Ententą, proszę Pana o ułatwienie wszelkie w pertraktacjach. Proszę wierzyć, że najbardziej chciałbym uniknąć dwoistego przedstawicielstwa Polski przed Ententą i dążę do jednolitej reprezentacji interesów Polski, gdyż wtedy tylko będą one dostatecznie uwzględnione. [...] Na podstawie dawnej znajomości tuszę, że w tym wypadku i w tej ważnej chwili przynajmniej niektórzy ludzie, jeśli już nie cała Polska niestety, wznieść się muszą ponad interesa stronnictw, klik i grup, do takich zaś ludzi chciałbym zaliczyć i Pana. Przemyśl, 21 grudnia 1918 [43] 7


FOT. ZE ZBIORÓW JOANNY ZAKRZEWSKIEJ / OK

WILNO 1940–44

1944. Witold Świda z córkami – Hanną (po lewej) i Zofią

zabrać”. I dodała: „W tym momencie rodzice moi i Estery już nie żyją”. Powiedziałam do nich: „Mam świetną kryjówkę Indian. Siadajcie tu, ja lecę do domu, bo muszę was przede wszystkim przebrać. A poza tym nakarmić”. Poleciałam do cioci, wzięłam ubrania Zosi pasujące na Esterkę i swoje, w sam raz na Rachelkę, bo była mojego wzrostu. No i jedzenie – chleb, boczek, nawet trochę szynki. Wszystko to im przyniosłam, a wodę wzięłyśmy ze źródła. Przebrałam je i mówię: „Wiem, gdzie ta wieś. Jak już jesteście przebrane, to już wszystko w porządku, wyglądacie normalnie. Pójdziecie 66

ze mną, posiedzicie w lesie, ja wejdę do tej pani i powiem, że jesteście”. Wzięłam ze sobą Zosię, żeby szły takie dwie małe i dwie duże. Przeprowadziłam je, umieściłam w krzakach, gdzie miały czekać. Przychodzę do tej chłopki – bogatej, w wielkim gospodarstwie [...]. Nie mam pojęcia, co łączyło tę rodzinę żydowską i tych chłopów. Może wyjeżdżała tam na wakacje, może tam się Rachela urodziła? Powiedziałam: „Proszę pani, Rachelka, którą pani zna, uciekła z transportu i właśnie przyszła do was”. A ona: „Rachelka żyje?”. I w ryk, klęka przed Matką Boską, bo był zwyczaj


Polskie sztunki

trzymania nie tylko świętych obrazów, ale świętych ołtarzyków; „Panie Boże – tak się modliła – cud sprawiłeś. Dzięki ci, Matko Boska, za ten cud, Pani Przenajświętsza”. I pyta: „To gdzież ona jest?”. Odpowiadam, że tu, w lesie. A ona do mnie: „Dobrze zrobiła, dobrze, mądra dziewczynka. Ale dawaj ją tu, dawaj”. Ja mówię: „Ale ona nie jest sama”. – „Rachelka zawsze była dobra. Takież to dobre serce ten dzieciak miał”. Zaczęła płakać, ściskać Rachelkę, która też płakała. W momencie gdy wyprowadziłam z lasu te dwie żywe dziewczynki, skończyła się moja depresja. Rachelka powiedziała, żebym je kiedyś odwiedziła. Przyszłam po roku, gdy ponownie byłam u cioci. Rachelka doiła krowy, była przebrana odpowiednio, wiejsko. Esterka pędziła gęsi. Kiedy jeszcze byłam w pierwszej gimnazjum, chodziłam na lekcje muzyki. Przychodziła na nie także osiemnastoletnia Anetka. Jak się dowiedziała, że ja tak chcę działać w konspiracji, powiedziała, że mi da trochę gazetek i adresów – jej się nie chciało tego robić. Ja sobie poroznoszę i w ten sposób przyczynię się do niepodległości Ojczyzny. Trwało to może miesiąc. Później były do niej o to pretensje, ale ze mną nikt nie rozmawiał. W drugiej gimnazjum panna Wisia nie mogła już nas uczyć. To był zresztą ostatni rok Niemców. Zaczęłam wtedy chodzić do dziewięcioosobowego kompletu – było nas czterech chłopaków i pięć dziewcząt. Uczyli nas bardzo przygotowani nauczyciele. Komplety odbywały się w coraz to innych domach, także w naszym, bo mieliśmy duży pokój. [1]

komplecie są i wycieczki, i różne patriotyczne przedstawienia. Nauka, fakt – surowa, ale ja odtąd, gdy przeczytałam w gazetce, że młodzież przez naukę oddaje wielką usługę Polsce, przestałam gwizdać na nią. [...] Oj, Wanda, Wanda*. Co tu gadać, zawróciła mi głowę. Czy ona fajna dziewczyna, czort ją wie, ale że zawróciła głowę – to fakt. Kto by na przykład widział, żeby Hanka Świdówna z jakąś dziewczyną stała na ulicy do czwartej, żeby zapomnieć nie tylko o muzyce, co jest częstem, ale i o obiedzie! [...] Teraz stanowczo najwięcej z kompletu lubię Wandę. Gadałam z nią z pięć godzin. Łaziłyśmy po Wilnie i plotłyśmy, ale o całkiem poważnych sztunkach [sprawach]. Przez jedną chwilę zastanawiałam się, czy może by nie przyjąć jej do ZPK [Związku Polskich Kurierek], ale potem zrezygnowałam. Taka dyrda na pewno nie zechce zostać „kandydatką” i nie będzie chciała być wodzona przez nas za nos. Ale co z tego, lubię ją i tak bardzo. Ona mnie jeszcze więcej. Gada, że wyobrażała sobie, że nie umiem poważnie myśleć. Czort z nią, co ja do niej poważnego mówiłam, że zmieniła zdanie? Ot, plotłam o opisach pani Wisi, moich pamiętnikach i innych sztunkach. Potem gada jeszcze, że jestem obustronna – to jest z jednej strony żywa i chuliganowata, a z drugiej – mam sens w głowie. Phi, chuligany czasem mają w głowie więcej sensu niż intyligientnisie. Ale co taka Wanda może o tym wiedzieć! Frajerka!  [3]

W dzienniku

Mój ojciec był w wywiadzie AK, który na tych terenach zbierał informacje dla Anglii; wyjeżdżał w teren i robił różne zdjęcia. Udawał, że nie jest zaangażowany – a w towarzystwie każdy musiał dać do zrozumienia, iż jest w konspiracji. Było wiadomo, że prowadził egzaminy ze szkolnictwa wyższego, ale co to za konspiracja – tajne nauczanie. A skoro nie potwierdzał udziału, to jedna z pań przyszła do mojej mamy i powiedziała, że może tatuś nie ma dojścia i że ona mu tę konspirację załatwi. [...] Ja i chłopcy z moich kompletów uważaliśmy, że największe szczęście – to zginąć za Ojczyznę. I debatowaliśmy, w jaki sposób – gdy człowiek zginie od jednego strzału, to rozkoszy ginięcia za

Jesień 1943. Tego roku [szkolnego] po raz pierwszy idę do kompletu. Dotąd – choć od dwóch lat, to jest od przyjścia Niemców, nie ma szkół polskich – inaczej było z nauką. Szóstą klasę powszechną skończyłam z Krynią i Teresą. Uczyła nas bardzo klawa baba – taka pani Wisia. W marcu jednak wyjechała i nie skończyliśmy z nią lekcji. [...] Mama wpakowała mnie do takiego kompletu, gdzie mnie ignorowali, co jest diabelne! Wyszło tam wiele różnych komplikacji, no i zdawałam egzaminy z kompletem jednej strasznej nauczycielki, pani Jasi. Ją wybrałam tego roku za wychowawczynię, a jej komplet za mój. [...] Zresztą, w jej

W relacji

* Wanda Zawisza, której matka, Weronika Zawisza (ur. 1905), ps. „Wera”, była łączniczką w Biurze Okręgowej Delegatury Rządu (aresztowana przez NKWD w sierpniu 1944, poddana brutalnym przesłuchaniom, zmarła w szpitalu więziennym wiosną 1945).

Karta 94

67


HOLOKAUST

FOT. BIBLIOTEKA KONGRESU W WASZYNGTONIE

PRÓBA WYJŚCIA

1940. Mur warszawskiego getta

Jan Nowik

PAMIĘĆ POSTĘPUJĄCEJ ZAGŁADY W GETCIE WARSZAWSKIM I W CZASIE UKRYWANIA SIĘ PO STRONIE „ARYJSKIEJ”, A ZARAZEM POCZUCIE ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA UTRATĘ BLISKICH, STAJE SIĘ CIĘŻAREM I DUCHOWYM WIĘZIENIEM, Z KTÓREGO – MIMO UPŁYWU CZASU – CORAZ TRUDNIEJ SIĘ UWOLNIĆ.

72


J

an Nowik (1934–2003) w połowie lat 90. zaczął zapisywać swoje wspomnienia, konfrontując własną pamięć z pamięcią swojej matki oraz znajomych z czasów okupacji. Mniej więcej w  tym samym czasie przez internet poznał ocaloną z  Holokaustu Halinę Birenbaum (ur. 1929), która także jako dziecko przeszła przez getto warszawskie. Najprawdopodobniej nie spotkali się wtedy, choć ukrywali się w tym samym szopie, gdzie ich matki przerabiały żydowskie futra na potrzeby niemieckiej armii. Wspomnienia Jana Nowika, uzupełnione korespondencją podjętą w  końcu lat 90. z Haliną Birenbaum, trafiły do Ośrodka KARTA dzięki Ewie Teleżyńskiej-Sawickiej i  Pawłowi Sawickiemu z Fundacji „Pamięć Treblinki”. (red.)

My, ocalali, musimy opowiadać o ludziach, którzy chcieli nas zgładzić, musimy ich wymienić, musimy pokazać światu, jak ludzie potrafili się zachowywać w  czasach najtrudniejszych, pokazać swoistą relację zabijanych i  zabójców. Mordowani i mordercy świetnie wypełniali swoje role, uczestnicząc w tej samej grze ludzi przeciwko ludziom – grze o życie. Nowe pokolenia nie są w stanie uwierzyć faktom, świadectwom, fotografiom, ruinom, losom milionów – że nie było w tym nic z katastrofy naturalnej, że wszystko to było dziełem człowieka. Zabijani i ich mordercy nie różnili się znacznie między sobą i często mogliby zamienić się rolami. [...] Piszę te słowa dla tych, co zginęli, którzy nikogo nie pozostawili, którzy przez nikogo nie są pamiętani. Opisuję ich odejście w  tych strasznych czasach, gdy życie ludzkie nie przedstawiało żadnej wartości. Nieprzydatne życie, tak jak i nieprzydatna śmierć. [...] Moja matka pochodziła z  bardzo bogatej rodziny. Wszystko zaczęło się od pradziadka mamy – Gerszona Rotholtza, skromnego nauczyciela, który niespodziewanie wygrał na loterii milion rubli w  złocie i  większość tej sumy zainwestował w cegielnię. Niedługo potem wyszło w Warszawie prawo nakazujące, by wszystkie domy drewniane przebudować na domy z  cegieł lub kamienia. Pradziadek został multimilionerem. Był też wielkim filantropem synagogi. Kupił ogromny apartament w  samym centrum Warszawy, przy Nowym Świecie 36. Przychody z  tego budynku wspierały trzy Karta 94

pokolenia mojej rodziny, żyjącej w wielkim komforcie. Niektórzy jej członkowie większość czasu spędzali, grając w  karty w  kasynach całej Europy. Mój dziadek ze strony mamy spędził dziesięć kawalerskich lat w Paryżu, wydając pieniądze szybciej, niż był w  stanie je otrzymać. Po następnych kilku latach we Włoszech wrócił do Warszawy, gdzie poślubił kobietę znacznie młodszą od siebie. Mama mówiła, że często tracił ogromne kwoty w kasynach w Polsce, Francji i Włoszech, a długi błyskawicznie spłacała oddana mu i zakochana w nim jego matka, której był jedynym dzieckiem. [...] Jego żona, drobna kobieta, urodziła mu dwie córki – moją mamę Anielę i ciotkę Gieniusię. [...] Na jednej z  zachowanych przedwojennych fotografii jestem w  wózeczku, za którym stoi moja ciocia Gieniusia. W dedykacji na odwrocie mama gratuluje jej, że została ciocią. Na fotografii jest data 10 sierpnia 1934. Jakieś trzy lata po wojnie mama otrzymała w Warszawie cały zestaw moich dowodów tożsamości. Wśród nich były przynajmniej trzy świadectwa urodzenia z  dwiema różnymi datami i  trzema różnymi nazwiskami. Mogłem wybierać – nazywałem się Heiller, Hajler albo Nowik, a moim ojcem był Aleksander Heiller albo Michał Nowik. Data urodzenia to 10 sierpnia 1935 albo 10 sierpnia 1934. Dokumenty powstały zgodnie z tym, co mówiła moja mama, i co zostało poświadczone przez ludzi, którzy mnie nie znali ani nic o mnie nie wiedzieli. [...] Heiller czy Nowik? Moim biologicznym ojcem był Aleksander Heiller, warszawski chirurg dentysta. Mama nigdy o nim nie wspominała. Ja też o  tym nie miałem pojęcia. Dopiero w  1945 roku, tuż po wojnie, niespodziewanie dowiedziałem się od niani mojej mamy, że moim ojcem był Heiller, a nie Nowik. Opisywała przyjaciółce mojego ojca, a ten opis w żaden sposób nie pasował do tego, jak pamiętałem zmarłego w  1943 roku Michała Nowika. [...] W  rzeczywistości urodziłem się 10 sierpnia 1934 w Warszawie. Latem 1935 roku mama, moja niania i  ja byliśmy w  Otwocku, w  którym wielu mieszkańców Warszawy spędzało lato. Gdy okazało się, że mój ojciec nie przyjechał do nas z okazji moich urodzin 10 sierpnia, wezwana przez telefon mama pojechała do Warszawy, gdzie znalazła jego ciało. Leżał w łóżku z dziurą po kuli na wysokości serca. Bardzo prawdopodobne, że popełnił samobójstwo dokładnie w  dniu moich urodzin. Duże znaczenie ma fakt odnalezienia przez mamę 73


FOT. MARTIN MANHOFF / MANHOFF ARCHIVE, DZIĘKI UPRZEJMOŚCI DOUGLASA SMITHA

SOWIETYZM

Moskwa, plac Czerwony, 1953. Pod portretem Lenina i Stalina napis: „Naprzód. Ku zwycięstwu komunizmu”


NIE UMIAŁEM MILCZEĆ Petro Hryhorenko

WIERZĄCY KOMUNISTA, SOWIECKI GENERAŁ U SZCZYTU KARIERY, ODKRYWA NIELUDZKI CHARAKTER SYSTEMU I STAJE PRZECIWKO NIEMU.


POSTAWY

JACEK WINKLER: W tekście Dlaczego Afganistan

FOT. ZE ZBIORÓW ŁUKASZA JURASZYŃSKIEGO

Wychowany w tradycji patriotycznej i poszanowaniu elementarnych zasad, od dziecka identyfikowałem się z ludźmi, którzy walczyli o Polskę – widziałem, jaki los spotkał ich po wkroczeniu Armii Czerwonej. [...] Wspomnienie tego ogromnego

afrontu zostało jak palący policzek. Czekałem na dzień wyrównania rachunków, na dokonanie egzorcyzmu. [...] Podważenie wiary w mit o niezwyciężonej Armii Czerwonej było uderzeniem w podstawę systemu opartego na przemocy i strachu. Ten mit był ostatecznym argumentem tych, którzy tłumaczyli, że sytuacja jest nieodwracalna. Realizm polityczny – uczyli go nas polscy intelektualiści i pisarze – oznaczał kastrację wyobraźni i nadziei. [...] Od pewnego okresu pojawiła się w opozycji polskiej nuta dwuznaczności, przestało być wiadomo, co jest kompromisem taktycznym, a co moralnym. Budziło to moje wątpliwości, nie podobał mi się styl tych ludzi, dość miałem niekończących się dyskusji w zadymionych pomieszczeniach. W tym kontekście wiadomość o walce Afganów była dla mnie jak świeże powietrze dla zaczadzonego. [3]

W wywiadzie

JACEK WINKLER (1937–2002) – właśc. Adam Jacek Winkler, urodzony w Toruniu, związany od młodości z  Milanówkiem. Historyk sztuki, malarz, rysownik, fotograf. Zamiłowany taternik i  alpinista. Od 1965 roku mieszkał w  Paryżu. Współpracował z  opozycją; zaangażowany w  działania „taterników”, po których wpadce aresztowano m.in. Marię Tworkowską, jego późniejszą żonę. W 1985 roku wyjechał do Afganistanu, a po powrocie starał się przybliżyć światu zachodniemu istotę tamtejszej wojny. W  1987 roku wrócił do Afganistanu. Walczył u  boku Ahmeda Szaha Masuda, legendarnego dowódcy mudżahedinów, za co otrzymał honorowy tytuł Adam Khan. Od 1986 roku wydawał „Biuletyn Afgański”. W  2001 roku przygotował wystawę fotografii Afganistan w  ogniu, prezentowaną w  Muzeum Historii Fotografii w Krakowie i oddziale Archiwum Państwowego w Milanówku. Zginął w górach, w rejonie Mont Blanc. W Milanówku upamiętnia go kamień na skwerze Wacława Wdowiaka. W  2008 roku jego imię nadano Bazie Polskiego Kontyngentu Wojskowego w  Ghazni w  Afganistanie. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski (2016).

120

Postanowiłem znaleźć się między mudżahedinami. Nawiązałem kontakty bardzo wcześnie. [...] W ciągu trzech lat zrobiłem kilka happeningów politycznych poświęconych sprawie afgańskiej, w tym jeden na dużą skalę – było to wniesienie na Mont Blanc [13 grudnia 1983] flagi z napisem „Solidarność z walką Afganów”. Fotografia z tego wydarzenia znalazła się w wielu gazetach na całym świecie. Te akcje zapewniły mi uznanie w oczach przedstawicielstwa afgańskiego w Europie. Umożliwiłem mudżahedinom nawiązanie kontaktów z „Solidarnością”. Dało mi to specjalny status partnerski. Tymczasem nauczyłem się języka. [4]

W zapiskach

W pierwszych miesiącach wojny szukałem w Paryżu jakiegokolwiek kontaktu z Afganami. Któregoś dnia znalazłem w prasie zapowiedź manifestacji na rzecz Afganistanu. [...] Odszukałem wśród grupy Afganów człowieka, który wydawał mi się ważniejszy od pozostałych, wielu podchodziło, żeby go przywitać. Miał około czterdziestu lat, okrągłą mongolską twarz i inteligentne spojrzenie. Podszedłem także, przedstawiłem się, wygłosiłem parę sloganów o wspólnym wrogu i niejako wspólnej sprawie – ustaliliśmy, że spotkamy się za tydzień. [...] Zaczęliśmy spotykać się regularnie, ponieważ poprosiłem go, żeby zaczął mi dawać lekcje farsi, jednego z dwóch oficjalnych języków w Afganistanie. Nigdy natomiast nie udało mi


FOT. ANDRZEJ KOWALCZYK / ZE ZBIORÓW ANNY WINKLER

Twarzą w twarz

Mont Blanc, 13 grudnia 1983. Jan Danysz i Jacek Winkler

się zidentyfikować, z jaką grupą był związany. To popchnęło mnie do szukania innych kontaktów – z Dżamijat-e Islami [Stowarzyszeniem Muzułmańskim].  [8]

W zapiskach z drogi do Afganistanu

50 kilometrów na zachód od miasta [Peszawar w Pakistanie] biegła granica, po tamtej stronie toczyła się wojna. Przez zasłonę rozgrzanego powietrza widać było niebieskie pasmo gór, za którymi znajdował się Afganistan. Miasto było przeludnione, rojne jak mrowisko. Liczba uchodźców z Afganistanu zbliżała się do 3 milionów. Od przeszło dwóch tygodni oczekiwałem przerzutu na tamtą stronę. Z braku lepszego zajęcia włóczyłem się po mieście i okolicy. Po przyjeździe do Pakistanu [w lipcu 1985] pierwsze trzy dni spędziłem w Islamabadzie, gdzie byłem gościem szefa partii Stowarzyszenie Muzułmańskie, potem jego ludzie przywieźli mnie toyotą do Peszawaru i zostawili w miejscowym biurze partii. [...] Obiecali szybki kontakt. Za około tydzień miałem przejść na tamtą stronę z ludźmi tej partii, ale nikt po mnie nie przyszedł. Zacząłem szukać nowych kontaktów wśród Afganów. Karta 94

[...] Utrudnieniem był fatalny poziom mojego angielskiego. Uczyłem się wprawdzie w Paryżu farsi, ale nie potrafiłem się nim jeszcze wówczas praktycznie posługiwać. Znałem kilku ludzi z Europy, z misji humanitarnych, lekarzy, dziennikarzy. [...] Omijałem ich raczej, oni też patrzyli na mnie nieufnie. Byłem z Europy Wschodniej, z nikim oficjalnie niezwiązany, niewpisany w żaden system. [...] Spędzanie czasu w mieście było dość męczące. Na ulicach panował hałas, wśród kakofonii dźwięków z ryku klaksonów aut i ciężarówek wybijał się ostry głos ryksz motorowych, przypominający piłę elektryczną. Oddychało się mieszaniną dwutlenku węgla z rur wydechowych i metanu, który wydobywał się z rozkopanych ścieków miejskich. Zdawało mi się, że mam koszulę przyspawaną do ciała, musiało być 40 albo i więcej stopni. Noc z reguły nie przynosiła ulgi. [...] Od czasu do czasu w całej dzielnicy wyłączano prąd i wielkie skrzydło wentylatora pod sufitem zatrzymywało się. Czułem wówczas, jak pot ścieka mi po twarzy w zmiętą pościel. Co pewien czas zrywałem się, gnany krwawą biegunką, szczęściem miałem wychodek w pokoju – złapałem amebę. W odbiciu w lustrze nad zlewem patrzyła 121


AFGANISTAN

Kabul, 1990–92

Kabul, 1992. Sprzedawca warzyw

136


Między wojnami

Kabul, 1992. Kobiety w tradycyjnych afgańskich strojach – pełnych burkach

Karta 94

137


PRZEŻYJMY TEN ROK RAZEM!

52 MOMENTY DECYDUJĄCE O STULECIU CO TYDZIEŃ: PIĄTKI PIĄTKI/SOBOTY PIĄTKI NIEDZIELE

RZECZPOSPOLITA RADIO ZET POLSAT NEWS HISTMAG.ORG

www.nieskonczenieniepodlegla.pl

PARTNERZY MEDIALNI:

PARTNERZY AKCJI:

Karta 94  

Kwartalnik pokazujący historię oczami świadków

Karta 94  

Kwartalnik pokazujący historię oczami świadków

Advertisement