Issuu on Google+


Cisza


Aleksandra Wr贸bel

Cisza


Bo każdy zasługuje na miłość


Prolog Inna

Delikatne światło słońca wpada przez cienkie szkło okratowanego okna, jak satynowe wstęgi u sukni królowej. Odwracam głowę do przeciwległej ściany tak gwałtownie, że drobne pyłki kurzu zaczynają falować w letnim słońcu. Obdrapana z kiedyś białej, teraz szarej farby ściana wyrywa mnie z upojnego letargu. Leżę skulona w kłębek na wieziennym łóżku, którego pręty nieprzyjemnie wbijają się w plecy. Ktoś, może mężczyna, a może kobieta kiedyś, a może niedawno przyniósł mi poszarpany koc. Nie cieszyłam się zbyt długo jedyną wygodą, jaką doznałam w życiu. - Dla takiego czegoś nie daje się koców! - krzykną basowy głos przyprawiający ściany o drżenie. Miał rację. Ja nie zasługuję na koc. Miną może rok, a może dwa, od kiedy tu trafiłam. Nie liczę zbyt szybko mijającego czasu. Nie chcę. - P...p...przepraszam – piskliwy głosik drżał, jak liść na wietrze. Nie widziałam liści. Nie ma już ich. Tak myślę. Wielkie stalowe drzwi rozsuwają się z piskiem przeszywającym ciało i umysł. Milczę. Barzysty ochroniach zrywa ze mnie koc i wychodzi. Jakbym nie wyglądała jak chodząca śmierć. Widzę kościste dłonie pokryte białą jak marmur skórą. Na poobgryzanych paznokciach widnieją białe plamki. Często wyobrażam sobie, że to delikatne obłoki. Białe. Nie ma już białych


obłoków. Są tylko czarne. Przenoszę wzrok na przedramiona. Nie potradię na nie długo patrzeć. Obarczone wieloma bliznami, jakby skrywały sekret powierzony tylko im. Jak kratert, do których coś wrzucono i nie chciano, aby to wyjęto. Tak jest na prawdę. To one wiedzą kim jestem. Tylko. Mój wzrok wędruje na nogi. Kościste kolana odznaczają się na chudych kończynach. Kiedyś, przed rozpoczęciem zapijania. Zabijania tych, co nie byli ulegli, co dostrzegli różnicę, każda modelka oddałaby życie za moją wagę i figurę. Ale nie ma już modelek. - Nie ma – powtórzyłam charkotliwym szeptem – nie ma. Nie wypuszczają mnie stąd. Mówią: - Jesteś dziwadłem. Czemu mnie ratują? Nie chcę, nie chcę, nie chcę żyć. Chodzę leniwym wzrokiem po czterech ścianach mojej celi. Obsypujący się tynk upada z głuchym stąpnięciem na podłogę. Jak ja upadł najniżej jak się dało. Nie wstanie. Nikt Ci już nie pomoże. Nie teraz. Kolejne dni płyną jak rwąca rzeka zabierająca wszystko, co ma dla ciebie jakąkolwiek wartość. Krótkie sekundy uciekają spod nosa. Wzdycham. Trzy stuknięcia. Posiłek. Codziennie po dwa razy dotaję, albo zimnie jak lód, albo gorące jak lawa 'jedzenie'. Tu nie ma wybrzydzania. Zazwyczaj na małej powyginanej tacy pokrytej rdzą stoi kubek z wodą, brudnoczerwone kulki smakujące jak ziemia, lecz pożywne oraz coś, co powinno być zupą. Roztwór nie posiada ustalonej barwy, ani smaku. Dziś jest zgniłozielona. Co dwa tygodnie wsuwają przez klapę w drzwiach płytkie wiadro z lodowatą wodą o nieprzyjemnym zapachu chemii. Przez pierwsze mieiące zużywałam zbyt dużo wody na włosy i tors, a nie starczało na resztę ciała oraz wypranie ubrania. Sama odkryłam, że należy odczekać, aż będzie temperatury powietrza mojej celi. Zimnego i zatęchłego, lecz cieplejszego niż woda. Sama, bo taka jestem przez całe życie. Nikt nie chce mnie


znać. Podnoszę się na chwiejnych nogach i słucham strzelania kości rozwiewających nieprzyjemną ciszę. Z trudem idę do drzwi. Nie mam już dużo czasu. Dzieje się to, o czym marzyłam od zawsze. Umieram, bo inni umierają przeze mnie. Jestem potworem. Jestem Anastazja.



Cisza