Page 1

Lidia Geringer de Oedenberg

KULISY EUROPARLAMENTU


Publikacja Grupy Postępowego Sojuszu Socjalistów & Demokratów w Parlamencie Europejskim Redakcja: Lidia Geringer de Oedenberg, Karolina Przybylińska, Korekta: Anna Hysbergue Wydawca: Lidia Geringer de Oedenberg – Poseł do Parlamentu Europejskiego Biuro Poselskie ul. Inowrocławska 17/14, 53-653 Wrocław, tel./fax 71 323 08 21 Wydanie I Wrocław 2014 Zdjęcia: Parlament Europejski, Lidia Geringer de Oedenberg, Zofia Ulatowska-Rybaj, Carmen Godeanu, EPO. Skład i druk: PALMApress s.c., 53-657 Wrocław, Długa 11/13, tel. 71 338 14 11, www.palmapress.pl


Lidia Geringer de Oedenberg Kwestor w Prezydium Parlamentu Europejskiego

prezentuje

KULISY EUROPARLAMENTU

Chcieć to móc, tylko trzeba… naprawdę chcieć i wiedzieć, czego się pragnie. Z tą wiedzą już będziesz u progu sukcesu. Weź stery własnego życia w swoje ręce.


Spis treści I. Słowem wstępu ...................................................................................................... 9 Czas szybko płynie...............................................................................................................11 Polacy na TOP-ie w Europie . .............................................................................................13 II. Jedyny taki Parlament . ......................................................................................19 Jedyny taki Parlament .........................................................................................................21 Co może Parlament Europejski? ...................................................................................... 23 Ilu posłów zasiada w Parlamencie?................................................................................... 25 Wcześniejsze wybory, mniej europosłów . .......................................................................27 Wist Lizboński .................................................................................................................... 29 Unijna kasa bez mitów ........................................................................................................31 Teatr skąpców na pokaz ......................................................................................................33 Cenna wielojęzyczność .......................................................................................................35 Armia tłumaczy....................................................................................................................39 Typowy tydzień europosła ................................................................................................ 43 Z wizytą w Parlamencie ..................................................................................................... 45 Trójnogi Europarlament przed amputacją . .....................................................................47 Parlament w wersji Lux . .................................................................................................... 49 Pękający Parlament .............................................................................................................53 Usadzić posła ........................................................................................................................55 Eurotrampolina władzy.......................................................................................................59 Euroimmunitet . ...................................................................................................................61 Nauczyciel, kartka i ołówek mogą zmienić świat .......................................................... 65 Nacjonaliści wielbiący Unię............................................................................................... 69 III. Po ludzku o Unii............................................................................................... 71 „Oficjalny” dowcip europejski............................................................................................73 BRUKSELA ciągle winna .................................................................................................. 77 Płyniemy razem albo toniemy osobno............................................................................. 79 Czarna dziura podatkowa ..................................................................................................81 1,5 mln euro dla „dziecka” opóźnionych samolotów..................................................... 83 Ponad 30 lat negocjacji, czyli jak rodził się europatent . ............................................... 87 Akcja dla 80 milionów Europejczyków............................................................................ 93 Milion europodpisów na Prima Aprilis........................................................................... 95 Euroładowarka i inne „ciasteczka” .................................................................................. 99 Europeana – dzisiejsza biblioteka aleksandryjska . ......................................................101 Wielki Brat w kieszeni, samochodzie, lodówce .............................................................105 SWIFT – oko Wielkiego Brata?........................................................................................111 eCall ratuje życie ................................................................................................................113 UE na automatycznym pilocie .........................................................................................115 Wrocławski Widok na Europę .........................................................................................119

5


Zapomniane społeczeństwo w Europie . ....................................................................... 123 Kolejka do Unii ................................................................................................................. 127 Turcja w Unii? Coraz bliżej...............................................................................................131 Unijne menu na święta . ....................................................................................................133 IV. Celebryci i VIP-y w Europarlamencie.............................................................137 Żywa historia pisana w Europarlamencie...................................................................... 139 Eurocelebryci ......................................................................................................................141 Dalajlama, woreczek żółciowy i kobiety .........................................................................143 Zielony Książę przeciw zjadaniu Planety .......................................................................145 Pan Formuła 1 i autonowinki...........................................................................................147 Bezmięsny McCartney ......................................................................................................151 V. Europejka w centrum uwagi .............................................................................153 Pasztet na setne urodziny .................................................................................................155 Smutna przyszłość „upośledzonych” parytetowo wybranek? ....................................159 Taksa za zwycięstwo bez parytetów . ..............................................................................161 Kobieta najszybciej rozwijającą się gospodarką świata . ..............................................163 Panie do Rad . .....................................................................................................................167 VI. Europaradoksy dla niewtajemniczonych .......................................................171 Unijny dżem z krzywej marchewki . ...............................................................................173 Polska nie uznaje flagi UE ................................................................................................175 Polska dopłaca do brytyjskiej unijnej składki . .............................................................179 Unijna zapomoga dla brytyjskich arystokratów ...........................................................183 Czeski film unijnej Prezydencji........................................................................................187 Kościół – państwo w Europie . .........................................................................................189 Bardzo „wolny” przepływ pracowników .......................................................................193 Zatrudnię – milion pracowników, od ręki . .................................................................. 197 Ryby jednoczą narody ...................................................................................................... 199 VII. Parlamentarne dreszczowce..........................................................................201 Bruksela miasto bez stereotypów.................................................................................... 203 Jak napadać to najlepiej w Brukseli . .............................................................................. 205 Strzelać do posła . .............................................................................................................. 209 3000 euro za ścierkę do podłogi.......................................................................................211 Cztery lata dla austriackiego europosła .........................................................................213 Kontrowersyjna legislacja wzmaga natarczywość lobbystów .....................................217 Miliony za „nicnierobienie”............................................................................................. 221 VIII. Legalne przepychanki.................................................................................. 223 Gdy łamane jest prawo . ................................................................................................... 225 Misja śledcza – czyli Polska pod lupą Parlamentu Europejskiego............................. 227

6


ACTA – temat dla Dana Browna . .................................................................................. 233 Demokracja a marihuana ................................................................................................ 239 Gilotyna tytoniowa . ......................................................................................................... 243 Papierosowa zadymka w Europarlamencie................................................................... 247 IX. Koronkowe dzieła prawne.............................................................................. 249 Podejrzani w sieci ..............................................................................................................251 Niekomercyjne udostępnianie plików jest legalne ...................................................... 253 Piraci promują kulturę ..................................................................................................... 257 Muzyczny szpieg tuż za rogiem ...................................................................................... 259 Jak wyjść z „więzienia” praw autorskich ....................................................................... 261 113% obecnych .................................................................................................................. 265 Absurdy prawa autorskiego.............................................................................................. 269 Prawo autorskie do... odsprzedaży.................................................................................. 273 Opłaty za prawo autorskie... od czystej płyty CD, pendriva i drukarki ................... 275 Chmura obliczeniowa ...................................................................................................... 279 X. Belgia najdziwniejszy kraj na świecie ............................................................. 283 Belgia, najdziwniejszy kraj na świecie ........................................................................... 285 Frytkowa rewolucja .......................................................................................................... 289 Belgijski „uważny” kierowca ............................................................................................291 Bez reklam w TV i billboardów ...................................................................................... 293 Monarcha ponad prawem . .............................................................................................. 297 Światowa stolica manifestacji . ........................................................................................ 299 PIS w Brukseli w szatach Św. Mikołaja . ........................................................................ 301 Belgijsko-polskie skomplikowane związki .................................................................... 305 XI. Polska w Europie ............................................................................................ 309 Polski debiut przy sterach Unii . ......................................................................................311 Unikatowa konstelacja w Parlamencie Europejskim ...................................................315 Pulsar z Polski ....................................................................................................................317 Promenada „Solidarności” ...............................................................................................319 Polska jest trendy .............................................................................................................. 323 „Vivat najpiękniejsi”, czyli Polacy o sobie ..................................................................... 325 Mądry Niemiec po szkodzie . .......................................................................................... 327 Polska Flamandzka . ......................................................................................................... 329 Takiej uroczystości w PE nigdy wcześniej nie było.......................................................331 XII. Na zakończenie? ............................................................................................333 Antyunijny Europarlament ..............................................................................................335 Podsumowanie prac Lidii Geringer de Oedenberg ......................................................339 Podziękowanie .................................................................................................................. 343

7


8


Słowem wstępu Od dekady jestem posłem w Parlamencie Europejskim (PE). Od poniedziałku do piątku pracuję w Brukseli lub Strasburgu. Starając się przyjeżdżać do Polski w niemal każdy weekend, mam okazję uczestniczyć w  spotkaniach, konferencjach, szkoleniach, podczas których m.in. informuję o możliwościach, jakie stwarza Unia Europejska, o  zasadach jej funkcjonowania, o  sprawach zakulisowych mających kluczowe znaczenie dla Polaków. Jak zauważyłam w większości przypadków sprawy te są zupełnie nieznane obywatelom. Stąd zrodził się pomysł, aby podzielić się informacjami, do których mam dostęp, z szerszym gronem odbiorców – na blogu*. Po kilku latach – zebrawszy najważniejsze, najciekawsze wydarzenia, które zdarzyły się w ciągu ostatnich kilku lat w Unii – postanowiłam wydać niniejszy zbiór felietonów w formie książkowej. Znajdą tu Państwo parlamentarne opowieści dotyczące Brukseli, Strasburga i... Wrocławia – z perspektywy czasu i z dystansem. Będzie o Polsce widzianej z zagranicy, o ciekawych miejscach w Zjednoczonej Europie, do których tylko „wtajemniczeni” mają dostęp... Z pozdrowieniami z Parlamentu Europejskiego,

* Moje blogi dostępne na portalach: www.lgeringer.natemat.pl, www.lidiageringer.bblog.pl, www.lidiageringer.blog.onet.pl, www.2009.salon24.pl, www.tokfm.pl/blogi/lidia-geringer. * Prowadzę też bloga w języku angielskim: www.lidiageringer.wordpress.com.

9


Siedziba Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

10


Czas szybko płynie... Czy pamiętamy jeszcze jak przed referendum akcesyjnym do Wspólnoty w 2003 r. Samoobrona, LPR i PiS straszyli nas Unią? Proroctwo strat wszelakich – z niepodległością włącznie – nie sprawdziło się. Antyunijni krzykacze po latach wyraźnie przycichli, zarówno krajowi, jak i ci w Parlamencie Europejskim. Członkostwo Polski w Unii Europejskiej, jak widzimy po 10 latach, przyniosło wiele korzyści nam wszystkim. Samorządy, przedsiębiorcy i rolnicy korzystają z funduszy unijnych, polskie firmy z powodzeniem radzą sobie na wspólnym europejskim rynku. Swobodnie podróżujemy po całym terytorium Unii, możemy studiować, mieszkać czy też legalnie podejmować pracę w każdym z krajów członkowskich. Przed nami jednak kolejne zmiany. Musimy się mądrze dostosować do reform związanych z tzw. pakietem energetyczno-klimatycznym zmieniającej się polityki rolnej i polityki strukturalnej, na których finansowane idzie obecnie ponad 80% budżetu Unii. Musimy się także dobrze przygotować do przyjęcia waluty euro, do czego zobowiązaliśmy się w przedakcesyjnym referendum w 2003 r. Aby na tych zmianach zyskać, musimy się dobrze do nich przygotować. W tym celu potrzebujemy ekspertów i sprawnych negocjatorów. Konieczna będzie też silna i sprawna reprezentacja polskich europosłów. Mamy możliwość wybrać godną naszych wielkich, unijnych planów nową ekipę poselską już w maju 2014 r., kiedy to w całej Unii odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Skorzystajmy z tej szansy, we własnym i narodowym interesie. 11


Promenada Solidarności przez Parlamentem Europejskim w Brukseli.

Posłowie Lidia Geringer de Oedenberg i Bronisław Geremek podczas obrad PE w Strasburgu.

12


Polacy na TOP-ie w Europie W 2014 r. mija 10 lat od momentu, gdy Polska razem z Litwą, Łotwą, Estonią, Czechami, Słowacją, Węgrami, Słowenią i dwoma państwami wyspiarskimi Maltą i  Cyprem dołączyła do grona Państw Unii Europejskiej. Nowe kraje wniosły do Wspólnoty świeżą energię i innowacyjne pomysły, stając się motorem napędowym do jej dalszego rozwoju. Mimo że przed dziesięciu laty nasze członkostwo w Unii wywoływało wiele pytań i kontrowersji, to dzisiaj chyba już nikt nie ma wątpliwości co do korzyści z tego płynących. Dziesiąta rocznica wstąpienia do Unii skłania do podsumowań i uzmysłowienia sobie, co się zmieniło przez ten czas. Z jednej strony mamy kilometry autostrad, mosty, stadiony, oczyszczalnie ścieków, chodniki sfinansowane z funduszy europejskich, a z drugiej – nowy wizerunek Polski i Polaków w Europie. Współdecydujemy o przyszłości Unii, jesteśmy w grupie 6 największych i najbardziej wpływowych państw Wspólnoty. Staliśmy się poważnym graczem, z którego głosem należy się liczyć. Powspominajmy przez chwilę… Gdy 54-osobowa delegacja polskich europosłów w 2004 r. po raz pierwszy przekraczała progi Parlamentu Europejskiego nasi starsi stażem koledzy i koleżanki nie spodziewali się, że tak szybko staniemy się widoczni i wpływowi. W  pierwszych dniach naszego posłowania wybieraliśmy Przewodniczącego Parlamentu, wśród najpoważniejszych kandydatów pojawił się powszechnie znany Europejczyk, polski poseł – Bronisław Geremek, nominowany przez ALDE, trzecią co do wielkości parlamentarną frakcję polityczną Liberałów i Demokratów. Wsparcie dla jego kandydatury wykroczyło daleko poza krąg tej grupy politycznej, ale nie wystarczyło, by Polak wygrał wybory. Gdy Bronisław Geremek zginął tragicznie w wypadku drogowym 13 lipca w 2008 r., 13


europarlamentarzyści postanowili uczcić jego pamięć, nazywając jego imieniem wewnętrzny dziedziniec Parlamentu Europejskiego w Strasburgu. Wróćmy jednak do 2004 r., gdy Przewodniczącym PE został Hiszpan Josep Borrell, na Wiceprzewodniczących wybrano dwóch Polaków: Jacka SaryuszaWolskiego i Janusza Onyszkiewicza. W Prezydium zasiadła też – jako Kwestor – Genowefa Grabowska. Po ich 2,5-letniej kadencji, w następnych funkcyjnych wyborach pojawili się w Prezydium jako Wiceprzewodniczący Adam Bielan i Marek Siwiec. Europejscy posłowie na tyle przyzwyczaili się do polskiej obecności „na szczycie”, że nikogo nie zdziwiło, gdy spośród kandydatów na Przewodniczącego PE w 2009 r. największe poparcie uzyskał Jerzy Buzek, z którym miałam przyjemność zasiadać wtedy w Prezydium jako Kwestor. Byliśmy jedynymi Polakami w tym gremium. Po kolejnych wyborach, dalej pełniłam funkcję Kwestora, a wraz ze mną w Prezydium zasiadali – Wiceprzewodniczący PE Jacek Protasiewicz i Bogusław Liberadzki jako Kwestor (w skład Prezydium PE poza Przewodniczącym, wchodzi 14 Wiceprzewodniczących i pięciu Kwestorów).

Lidia Geringer de Oedenberg z Prezydentem RP Bronisławem Komorowskim w 2011 r. w PE w Brukseli.

14


Od momentu akcesji Polacy odpowiadali za bardzo ważne kwestie w Komisji Europejskiej. Od 2004 r. rozwój regionalny leżał w gestii Komisarz Danuty Hübner, a od 2009 r. nad budżetem unijnym czuwa Komisarz Janusz Lewandowski. W 2006 r. w unijnej administracji, jako jeden z pierwszych, wysokie stanowisko objął Piotr Nowina-Konopka, został dyrektorem ds. kontaktów z parlamentami krajowymi w PE, a następnie od 2010 r. dyrektorem ds. kontaktów z Kongresem Stanów Zjednoczonych. Jan Truszczyński w  2006  r. stał się wicedyrektorem w  Dyrekcji Generalnej ds. Rozszerzenia UE w  Komisji Europejskiej. Natomiast Marek Grela objął w 2006 r. funkcję dyrektora do spraw stosunków transatlantyckich, Ameryki Łacińskiej w Sekretariacie Generalnym Rady Unii Europejskiej w Brukseli. W powołanej Traktatem Lizbońskim Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych (unijnej dyplomacji), której szefuje Wiceprzewodnicząca KE Catherine Ashton zatrudnienie znaleźli: Maciej Popowski jako zastępca Sekretarza Generalnego ds. stosunków międzyinstytucjonalnych oraz Jan Tombiński jako szef Delegatury UE na Ukrainie i Tomasz Kozłowski na podobnym stanowisku w Korei Południowej. Niezwykle istotny dla naszej pozycji był też moment objęcia przez Polskę po raz pierwszy Prezydencji w Radzie Unii Europejskiej w drugiej połowie 2011 r. Pamiętam uroczyste przemówienie Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w PE 13 września 2011 r. Obradom przewodniczył Jerzy Buzek (nota bene były szef niegdysiejszego Ministra Komorowskiego w latach 1997-2001), pierwsze miejsce wśród komisarzy zajmował Janusz Lewandowski, a  miejsca w Radzie UE polscy ministrowie. Prezydent rozpoczął swoje wystąpienie od krótkiej lekcji historii integracji europejskiej i... polskiej Konstytucji dla Europy z 1831 roku! Tak bowiem nazwał stworzony przez siebie (po jednej z bitew powstania listopadowego) traktat „o wiecznym pokoju” polski myśliciel – Wojciech Jastrzębowski. Przemówienie nagrodzono owacją na stojąco. Nastrój był podniosły a moment historyczny, mimo że kilku polskich posłów wybranych z list PiS ostentacyjnie na początku wyszło, a ci którzy pozostali nie bili braw i nie wstali. Będąc debiutantem w  Prezydencji, spisaliśmy się dobrze, szczególnie na tle wcześniejszych „nowych” sterników: Czechów i Węgrów, którzy w powszechnej opinii pozaliczali spektakularne wpadki. 15


Mnie jako Polkę niezwykle cieszą nasze narodowe akcenty w Unii Europejskiej. Parlament Europejski od dawna ma w zwyczaju honorowanie wybitnych postaci, które przyczyniły się do europejskiej integracji poprzez nadawanie ich imion miejscom ważnym dla naszej Instytucji. „Swoje” budynki w Strasburgu i Brukseli posiadają m.in.: Winston Churchill, Altiero Spinelli, Willy Brandt czy József Antall (pierwszy Premier demokratycznych Węgier). Strasburski dziedziniec parlamentarny nosi nazwę Agora Bronislaw Geremek. Jednakże gdy pojawiła się inicjatywa nadania świeżo oddanej do użytku promenadzie przebiegającej przez kompleks budynków Parlamentu Europejskiego w  Brukseli nazwy „Esplanade de la Solidarité / Esplanade van de Solidariteit” – nie wszyscy członkowie Prezydium byli do tej idei przekonani. Pomysł, by uhonorować wkład polskiego ruchu w demokratyczne przemiany w Europie, a nie konkretną osobę, jak to miało do tej pory miejsce, pojawił się po raz pierwszy. Rok trwały uzgodnienia pomiędzy członkami Prezydium i belgijskimi władzami, do których formalnie należy promenada. W końcu 1 września 2011 r. promenadę uroczyście otwarto i nadano jej nazwę na cześć polskiej „Solidarności”.

Rzeźba „Zjednoczona Ziemia” autorstwa Beaty i Tomasza Urbanowiczów ofiarowana Parlamentowi Europejskiemu przez miasto Wrocław stoi w centralnym miejscu na Agorze „Geremek” w Strasburgu.

16


Flagi wszystkich Państw członkowskich UE na masztach wyprodukowanych w Stoczni Gdańskiej przed budynkiem PE Louise Weiss w Strasburgu.

17


Na tym jednak nie kończą się polskie akcenty w Parlamencie Europejskim. W Strasburgu przed naszymi budynkami powiewają flagi wszystkich państw członkowskich na masztach, wyprodukowanych w Stoczni Gdańskiej, o czym informują specjalne podpisy. Ponadto, na Agora Bronislaw Geremek znajduje się szklana rzeźba „Zjednoczona Ziemia” autorstwa Beaty i Tomasza Urbanowiczów ofiarowana 11 maja 2005 r. przez miasto Wrocław. Wszystkie grupy wizytujące Parlament Europejski fotografują się na jej tle. Zawsze przechodząc obok polskich akcentów uśmiecham się do siebie myśląc, że jeszcze tak niedawno ani ich ani nas tu nie było…

Wewnętrzny dziedziniec Parlamentu Europejskiego w Strasburgu nosi nazwę Agora Bronislaw Geremek.

18


II. Jedyny taki Parlament

19


Rzeźba „Zjednoczona Europa” autorstwa Ludmilly Tchériny przed budynkiem Parlamentu Europejskiego w Strasburgu.

20


Jedyny taki Parlament Reprezentuje pół miliarda obywateli. Oficjalnie pracuje w trzech siedzibach: w Brukseli, Strasburgu i Luksemburgu. Ma 10 789 biur i 159 sal obrad z największą – plenarną, na ok. 1000 miejsc. Łącznie zajmuje 1 091 934 m2. Zatrudnia prawie 10 tys. osób. Parlamentarny system informatyczny obsługuje 15 tys. stanowisk komputerowych i 1200 laptopów. 1389 parlamentarnych serwerów każdego dnia przyjmuje ponad 1 milion e-maili, wysyła – 250 tys. Udostępnia 20 mln dokumentów rocznie1. Pracuje w 24 językach (to ponad 500 kombinacji tłumaczeń). Zatrudnia 1240 tłumaczy pisemnych oraz 1150 interpretatorów ustnych. „Przerabia językowo” ponad 100 tys. stron miesięcznie i setki posiedzeń. Wielojęzyczność to w samym PE koszt ok. 250 mln euro rocznie. Poza pracownikami i oficjalnymi gośćmi rocznie PE przyjmuje ok. 500 tys. odwiedzających. Ponad 400 tys. filiżanek kawy trafia co roku do sal posiedzeń, pomnożone przez 5-letnią kadencję daje prawdziwe morze koniecznej, choć nie wiedzieć czemu, bardzo niesmacznej kawy. Rocznie odbywa się ok. 4500 spotkań. Powoli przechodzi na system „paperless”, w  przyszłości posłowie pracować będą głównie na dokumentach elektronicznych, udostępnianych na tabletach zainstalowanych w  salach obrad. Inwestycje w e-parlament w 2011 r. na IT wyniosły prawie 90 mln euro.

1

21


Kilkadziesiąt wind w budynkach Parlamentu wykonuje dziennie ok. 2 tys. razy trasę góra-dół, psując się dość często i powodując liczne, uzasadnione lub nie – spóźnienia posłów. PE ma swoją telewizję internetową EuroparlTV, studia telewizyjne, radiowe i specjalny dział komunikacji. Transmisje z posiedzeń PE można śledzić w Internecie. Sesje plenarne zaczynają się o 8:30 i kończą ok. północy, to ok. 460 godz. monitoringu rocznie. Posłowie ciągle „coś” głosują, rocznie wciskają guziki od 5-6 tys. razy. Parlament Europejski posiada także zewnętrzne Biura Informacyjne. W każdej stolicy kraju członkowskiego po jednym, w dużych krajach po dwa. W Polsce, poza Warszawą, od lipca 2011 r. działa też biuro regionalne we Wrocławiu.

Lidia Geringer de Oedeberg udziela wywiadu w Parlamencie Europejskim.

22


Co może Parlament Europejski? W swoich początkach ponad pół wieku temu PE nie miał wielu kompetencji. Najstarsi stażem posłowie wspominają jak niegdyś, raz w miesiącu, spotykali się w Strasburgu, by wydać opinię, z którą wcale nie musiała się liczyć Rada (szefowie rządów Państw członkowskich). Nie mieli biur ani asystentów, w czasie obrad palili cygara, pili koniak, a sesję kończyła dobra kolacja. Byli delegatami z parlamentów narodowych. Dopiero od 1979 r. europosłów wybiera się w bezpośrednich wyborach. Dzisiaj Parlament jest równoprawnym partnerem dla Rady, ma władzę budżetową i legislacyjną, pracuje codziennie do późnych godzin nocnych i przez cały rok. W czasie obrad posłowie piją wodę, kawę lub herbatę. Na kolację zwykle deputowanym nie starcza już czasu, a palić nie wolno nawet w kawiarniach. Parlament Europejski współdecyduje m.in. o opiewającym na 130 mld rocznym eurobudżecie, przesłuchuje komisarzy, zatwierdza Komisję Europejską, aprobuje lub blokuje międzynarodowe umowy.

Widok z lotu ptaka na kompleks budynków Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

23


Sala plenarna Hemicycle w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

24


Ilu posłów zasiada w Parlamencie1? Powinno być 751. Jest 766. Dlaczego? Ponieważ Traktat z  Lizbony wszedł w życie 1 grudnia 2009 r. – o pół roku za późno... Zakładano, że nowy skład PE zaproponowany w Traktacie Lizbońskim zacznie obowiązywać wraz z wyborami do PE w czerwcu 2009 r. Tak się nie stało, gdyż jego ratyfikację ciągle wtedy blokowali jeszcze Prezydenci: Polski – Lech Kaczyński i  Czech – Vaclav Klaus. Wybory odbyły się zatem według „starego” Traktatu Nicejskiego, a po pół roku, gdy „Lizbonę” w końcu ratyfikowano we wszystkich krajach Unii – zaczęto z mozołem poprawiać „błędy”. Kolejno kraje członkowskie musiały ratyfikować specjalny protokół dostosowujący stare reguły do nowych. Najpierw wzięto się za liczbę posłów. Polska według „Lizbony” powinna była mieć 51 eurodeputowanych, ale w 2009 r. wybrano tylko 50-ciu. Problem wystąpił w całej Unii, w eurowyborach wybrano łącznie 736 posłów, według Lizbony powinno być nas 751. „Brakujących” piętnastu należało zatem doszlusować według tworzonych naprędce reguł. Rozdział dodatkowych mandatów w PE oznaczał w każdym z powiększających swoją delegację państw, konieczność uruchomienia specjalnych procedur wyborczych. Francja np. nie przewidziała „łatania” składu swojej delegacji i  stanęła przed dylematem organizowania ogólnokrajowych wyborów dla dwóch (!) europosłów. W końcu stanęło na wysłaniu posłów z krajowego parlamentu. Najbardziej niecierpliwili się Hiszpanie, którzy zyskiwali aż 4 posłów, co więcej wcześniej przewidzieli sposób ich wyboru. Tym niemniej przyszli posłowie czekali „w blokach startowych” przez kolejne dwa lata. Stan VII kadencji 2009-2014.

1

25


Jedne państwa zyskiwały dodatkowe miejsca w PE jak np. Polska, która powiększyła swą reprezentację o jednego europosła, inne traciły część mandatów jak Niemcy, gdzie aż trzech deputowanych należałoby wysłać z powrotem do kraju. A wszystko po to, aby docelowa liczba europosłów – określona w Traktacie Lizbońskim na 751 osoby – stała się faktem. I prawie się stała, gdyż w  końcu znaleziono metodę wyłonienia dodatkowej 15-stki, ale nikogo nie odesłano do domu, ponieważ nie wymyślono sposobu „odstrzału” nadliczbowych posłów. W efekcie mieliśmy o trzech niemieckich posłów „za dużo”, aż do eurowyborów w 2014 r. Zamieszanie z  posłami „lizbońskimi” trwało długo. Dopiero w  połowie kadencji 2009-2014, w styczniu 2012 r. do nas dołączyli. W tym 51. polski poseł. Kolejnego „biorącego” mandat z list wyborczych z 2009 r. wyznaczono metodą d’Hondta. Miejsce zostało zarezerwowane dla kandydata z listy PSL. Pierwotnie miał nim zostać Edward Wojtas, który zginął w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., jego miejsce przypadło zatem następnemu na liście – Arkadiuszowi Bratkowskiemu, również z PSL2. Tym sposobem doszliśmy do liczby 754 posłów, których liczba jeszcze się zwiększyła wraz ze wstąpieniem Chorwacji do UE o kolejnych 12 eurodeputowanych. To był stan tymczasowy, bowiem zgodnie z Traktatem ogólny skład po kolejnych wyborach nie może przekraczać 751 posłów, co oznaczało, że niektóre narodowe delegacje będą musiały w przyszłości... być mniejsze.

Artykuł 144. polskiej ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego stanowi: „W przypadku wygaśnięcia mandatu posła do Parlamentu Europejskiego, [...] albo utraty mandatu Marszałek Sejmu [...] zawiadamia (...) kolejnego uprawnionego na podstawie art. 130 kandydata z tej samej listy okręgowej o przysługującym mu pierwszeństwie do mandatu”.

2

26


Wcześniejsze wybory, mniej europosłów Wybory posłów VIII kadencji Parlamentu Europejskiego zaplanowano w całej Unii od 22 do 25 maja 2014 r.1, o trzy tygodnie wcześniej niż poprzednie. Pomysł przesunięcia wyborów ze zwyczajowej połowy czerwca na jego początek kiełkował już od paru lat, ale gdy przyjrzano się konkretnym datom, okazało się, że mogą one kolidować z Zielonymi Świątkami, a święto łączone z tradycją długich weekendów mogłoby jednak niekorzystnie wpłynąć na frekwencję wyborczą... Datę trzeba było przesunąć na maj. Skład Parlamentu wybieranego w 2014 r. także miał się zmienić, a konkretnie zmniejszyć z 766 w 2014 r. do 751 deputowanych2. Aż o piętnastu! Po długich debatach i  bojach ustalono, że dwunastu państwom członkowskim (Rumunii, Grecji, Belgii, Portugalii, Czechom, Węgrom, Austrii, Bułgarii, Irlandii, Chorwacji, Litwie i Łotwie) odbierze się po jednym pośle, a delegacji niemieckiej – trzech. Brzmi trochę niesprawiedliwie, ale Niemcy jako największy kraj UE mają też najwięcej deputowanych – aż 99, zatem pogodzili się z decyzją. W  przypadku Polski żadne zmiany nie zostaną tym razem wprowadzone. Przypomnę, że Traktat Lizboński potraktował nas dość „obcesowo” i zmniejszył naszą reprezentację o trzech posłów w stosunku do ustaleń z traktatu Nicejskiego. Obecnie mamy 51 deputowanych, w pierwszych wyborach w 2004 r. wysłaliśmy do Europarlamentu 54.

W Polsce 25 maja 2014 r. Zgodnie z Traktatem z Lizbony (który wszedł w życie pół roku po poprzednich wyborach w 2009 r.) liczba deputowanych została ograniczona do 750 + przewodniczący, z jednego kraju może być maksymalnie 96 posłów i minimalnie 6.

1 2

27


Posiedzenie Komisji BudĹźetowej w 2011 r.

28


Wist Lizboński Pierwszym testem dla Traktatu z Lizbony był budżet na 2011 r.1 Dzielenie finansowego tortu dla ówcześnie 27 stolic UE z odmiennymi priorytetami i wskaźnikami gospodarczymi, nigdy nie należało do łatwych czynności (co miałam okazję z bliska obserwować jako członek Komisji Budżetowej), a stało się jeszcze trudniejsze, gdy wraz z Traktatem Lizbońskim do stołu negocjacyjnego dosiadł jeszcze na równych prawach Europarlament. Sprawozdanie budżetowe na 2011 r. spoczęło w polskich rękach poseł Sidonii Jędrzejewskiej, która wraz z pozostałymi posłami z Komisji Budżetowej przycisnęła odważnie Radę do negocjacyjnego muru. Nie obyło się bez „fochów”, gróźb zrywania rozmów i  wetowania budżetu. Parlament w ten sposób testował, ile ma władzy, prężył muskuły, by „turbulencje” zakończyły się dosłownie w  ostatniej chwili. Dzięki temu wszyscy: Rada, Parlament i Komisja Europejska, poczuli się wygranymi. To była pierwsza próba „sił lizbońskich” Parlamentu. Europartnerzy, wzmocnieni o doświadczenia, dali potem kolejny pokaz rozdzierania szat budżetowych przy siedmioletniej perspektywie finansowej na lata 2014-2020. O czym później...

Ponieważ Traktat Lizboński wszedł w życie 1 grudnia 2009 r. było już za późno, aby budżet na 2010 r. przygotowywać według nowej procedury.

1

29


Zwieńczenie statuy „L’Europe” przed Parlamentem Europejskim w Brukseli.

30


Unijna kasa bez mitów Budżet UE to dokładnie 0,67 euro dziennie na obywatela, czyli koszt jednej kawy... Jest 44 razy mniejszy niż suma wszystkich budżetów krajów członkowskich. Jego podstawą jest obecnie składka poniżej 1% PKB każdego z 28 państw Unii. To jest tzw. budżet inwestycyjny, gdzie 94% środków wraca do państw członkowskich lub przeznacza się na rzecz wspólnych działań zewnętrznych. Nie ma na świecie drugiego takiego budżetu, gdzie tylko 6% przeznaczane jest na koszty administracyjne. Nie może mieć deficytu czy zadłużenia. Zwykle zostają w nim niewydane środki, które wracają do państw członkowskich. Budżet UE przynosi więcej wartości dodanej niż każde euro wydane z budżetu narodowego. Wynoszący poniżej 150 mld euro rocznie budżet UE jest silnym instrumentem pobudzania i zwiększania inwestycji, generowania wzrostu gospodarczego oraz tworzenia nowych miejsc pracy. Jeśli składka będzie ulegać zmniejszeniu, jak stale proponuje bogatsza część Europy, to według Komisji Europejskiej budżet UE może się skurczyć o ok. 20% w ciągu najbliższych 20 lat. Tymczasem budżety narodowe mają tendencję wzrostową, w 2011 r. 23 z 27 ówczesnych państw UE zwiększyło własne wydatki, w 2012 r. do tej grupy dołączył jeszcze jeden kraj. Czy chcemy, by środki publiczne z poziomu UE zostałyby w ten sposób przesunięte na poziom narodowy? Czy oznacza to renacjonalizację polityk unijnych w przyszłości? Na razie Rada (szefowie państw) kreśli coraz ambitniejsze plany przed Unią, nowe strategie pełne wyśrubowanych pułapów (np. kosztownego ograniczenia emisji CO2), drugą ręką skreślając środki mające temu służyć. Cele polityczne i gospodarcze negocjowane miesiącami, nawet przegłosowane i opublikowane w pięknej broszurze, nie zostaną osiągnięte poprzez zmniej31


szenie inwestycji na szczeblu wspólnotowym. Czy „stara 15-tka” zaciskająca pasa Unii ma rację? Według danych polskiego Ministerstwa Rozwoju Regionalnego każde euro zainwestowane w „nowych” krajach UE przynosi „starym” krajom średnio 61 eurocentów zysku w postaci dodatkowego eksportu1, dla samych Niemiec oznacza to powrót nawet 1 euro i 25 centów2. Komisja Europejska wykazuje, że inwestycje w dziedzinie spójności w okresie 2000-2006 przyniosły dodatkowe 0,7% PKB wzrostu gospodarczego w 2009 r. w całej Unii, a do roku 2025 mogą osiągnąć nawet 4% PKB. Wyjściem satysfakcjonującym „nowych” i „starych” mogą być środki własne Unii np. podatek od transakcji finansowych, który może przyczynić się do wzrostu unijnego budżetu, czyniąc go bardziej autonomicznym i stabilnym zarazem. W sytuacji, gdy dojdzie do przyjęcia propozycji Komisji w zakresie systemu środków własnych, składki do budżetu UE poszczególnych państw mogą się zmniejszyć nawet o połowę. Negocjacje ciągle się toczą. www.mrr.gov.pl/aktualnosci/Fundusze_Europejskie_2014_2020/Documents/Niemcy_inf_prasowa.pdf www.mrr.gov.pl/aktualnosci/Fundusze_Europejskie_2014_2020/strony/Niemieckie_korzysci_ps_24042012.aspx

1 2

Wydatki UE (ujęcie krajowe) według danych Eurostatu.

32


Teatr skąpców na pokaz Niedawna batalia o budżet 2014-2020 obfitowała w  efektowne pokazy „teatralne”. Powspominajmy... Najpierw miały miejsce bardzo trudne rozmowy o  bieżących problemach związanych z deficytem budżetu w 2012 r. Żeby było ciekawiej, zasadą unijnego budżetu jest brak jakiegokolwiek deficytu... Skąd zatem się wziął? Do spłaty zobowiązań brakowało 9 mld euro! Kłopoty zaczęły się już w 2011 r., kiedy Rada i Parlament nie dostrzegły, że przegłosowały niewystarczające środki do wcześniej zaakceptowanych planów. Aby sytuacji zaradzić, zastosowano „ucieczkę do przodu” i sięgnięto po pieniądze z następnego budżetu, czyli z tego zaplanowanego na 2012 r. Nic zatem dziwnego, że w ostatnim kwartale 2012 r. kasa świeciła pustkami i zabrakło funduszy np. na program Erasmus. Rozdźwięk budżetowy wziął się z nagłych decyzji Rady, która potrafiła „od tak” zmienić kwoty zaproponowane we wstępnym projekcie budżetu, zastępując je – nieco „pod publiczkę” – znacznie mniejszymi. Ponieważ za liczbami stały konkretne programy: dla studentów, naukowców, miast, regionów, przedsiębiorstw itp., zrobił się bardzo poważny deficyt. „Dziurę” udało się załatać częściowo już w 2012 r. Państwa wygospodarowały 6 mld dodatkowych środków, kolejne 3 mld miały się znaleźć w 2013 r., ale w międzyczasie dziura... jeszcze się powiększyła. Ponadto zarówno Rada jak i Komisja Europejska zapomniały w tych negocjacjach o nowych prerogatywach Europarlamentu. Umknęło ich uwadze, że po raz pierwszy negocjacje wieloletniego budżetu prowadzone są według zupełnie innych reguł narzuconych Traktatem Lizbońskim, zgodnie z którymi 33


Parlament powinien być stroną w negocjacjach. A  nie był przez długi czas. Posłowie uzbrojeni w  nowe narzędzia budżetowe nie zamierzali odpuścić i postraszyli Radę budżetowym veto. Trzeba pamiętać, że budżet UE to nie są pieniądze dla „Brukseli”. 94 % środków trafia z powrotem do państw członkowskich, w dopłatach bezpośrednich albo w postaci zakupu ich towarów czy usług. Cięcia w unijnym budżecie to nie są oszczędności, tylko podcinanie gałęzi rozwoju regionów. Premier Cameron radził też, aby „odchudzić” brukselską administrację. Przypomnę, że o jej obecnym kształcie zdecydowały państwa członkowskie, a nie „Bruksela”. Eurourzędnicy kosztują 6  % unijnego budżetu. Według danych Eurostatu z 2011 r. w strukturach unijnych pracowało łącznie 55 tys. urzędników. Czy to dużo? Jak jest gdzie indziej? Przykładowo: Łotwa z populacją 2 200 000 obywateli ma 184 tys. urzędników. W Birmingham liczącym 1 036 900 mieszkańców jest 60 tys. urzędników. W Paryżu z 2 257 981 mieszkańcami jest ich 50 tys. W Helsinkach na 601 035 mieszkańców przypada 40 tys. urzędników. Ilu zatem powinno być urzędników na 500 mln euroobywateli?

Kolegium Kwestorów w latach 2009-2014. Kwestorzy VII Kadencji Parlamentu Europejskiego. Od lewej: Bill Newton Dunn (2009-2011), Bogusław Liberadzki (2012-2014), Astrid Lulling, Lidia Geringer de Oedenberg, Jiri Mastalka, Jim Higgins.

34


Cenna wielojęzyczność Wspólnota przebyła długą drogę od końca lat 50., kiedy to w jej instytucjach mówiono zaledwie czterema językami i były to: francuski, niemiecki, włoski i niderlandzki. Wraz z rozszerzeniami Unii przybywało języków. Do 2004 r. obowiązywało ich już 11, obecnie1 mamy w  Parlamencie Europejskim oficjalnie 24 języki urzędowe (i 3 alfabety), a w dalszej perspektywie, kto wie – może i turecki? Mimo że wszystkie języki są tak samo ważne, to ze względów czysto praktycznych priorytetowo traktowany jest angielski jako „wzorzec” do tłumaczeń na inne języki oraz francuski, którym posługują się urzędnicy oraz mieszkańcy Brukseli i Strasburga, gdzie pracuje Parlament. Mnogość eurojęzyków jest prawdziwym wyzwaniem organizacyjnym, logistycznym i  finansowym. Każdego miesiąca tłumaczy się ok. 100 tys. stron dokumentów. Wraz z tłumaczeniami ustnymi to wydatek rzędu 3 mln euro dziennie! Różnorodność językowa jest demokratyczną i kulturową podstawą Unii Europejskiej2, dzięki temu każdy obywatel ma możliwość napisania do każdej instytucji UE i otrzymania odpowiedzi w tym samym języku, w którym przesłał pytanie. Nie wszystkim językowa „presja” poszła łatwo. Np. Irlandia, gdzie mówi się głównie po angielsku, dopiero po 30 latach od wstąpienia do UE wymogła tłumaczenia na „swój” język gaeilge, którym nota bene większość irlandzkich europosłów się nie posługuje. W 2014 r. Art. 22. Karty Praw Podstawowych UE, Art. 24. Traktatu o funkcjonowaniu UE.

1 2

35


Maltańczycy – mimo że posługują się płynnie angielskim, będącym jednym z dwóch języków na wyspie – naciskali na tłumaczenia na maltański, co również udało im się osiągnąć. Wysłuchujemy stale pretensji Katalończyków, którzy – nie mając tłumaczenia na ich język – czują się poniżani, gdy słuchają tłumaczeń na hiszpański (kastylijski). Dołączają do nich Luksemburczycy mający co prawda francuski i  niemiecki do wyboru z  trzech języków oficjalnych we własnym kraju, ale przecież chcieliby też mieć tłumaczenia na luksemburski...

Każde miejsce w sali plenarnej Parlamentu Europejskiego wyposażone jest w zestaw słuchawkowy, za pośrednictwem którego posłowie otrzymują tłumaczenie na języki narodowe krajów członkowskich.

Puśćmy jednak wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że pieniądze przeznaczane obecnie na tłumaczenia zostałyby zainwestowane w przyszłości w naukę języka angielskiego we wszystkich krajach Europy począwszy od przedszkola, zachowawszy własny język, moglibyśmy komunikować też we wspólnym języku „euro-administracyjnym”... Czy to możliwe? Chyba raczej nie. Mieliśmy już przedsmak euroawantury, jaką wywołał projekt Jednolitego Patentu, w którym zaproponowano dla obniżenia kosztów tłumaczenia tylko na trzy języki: angielski, niemiecki i francuski. 36


Dlaczego akurat te? – Angielski, dlatego że dokumentacja patentowa najczęściej jest przygotowywana w tym języku. – Niemiecki, ponieważ najwięcej patentów pochodzi z Niemiec. – Francuski, gdyż to kolejny najbardziej „opatentowany” kraj. Skutek? Włosi i Hiszpanie od razu „językowo” obrazili się i w projekcie w ogóle nie chcieli uczestniczyć. Pozostałe kraje długo blokowały inicjatywę, ale w końcu zrozumiały, że to „poświęcenie” dla dobra ich gospodarek. Nawet Włochy ostatecznie uległy, a Hiszpanie zaproponowali, że przystąpią do europatentu, gdy zostaną „wyrzucone” języki niemiecki i francuski, wtedy zostałby tylko angielski i inni byliby tak samo „ukarani”. Jak łatwo sobie wyobrazić propozycja nie przeszła, co więcej Polska, negocjująca podczas swojej prezydencji tę regulację najpierw ogłosiła za sukces podpisanie wynegocjowanej umowy w gronie 25 państw, po czym sama się wycofała z porozumienia... ze względów językowych. Jak lingwistycznie radzą sobie europosłowie? Według mnie najsprawniejsi są Grecy, Cypryjczycy, Luksemburczycy, Maltańczycy, Węgrzy, Czesi, Słowacy, Rumuni i Bułgarzy – zwykle znający bardzo dobrze przynajmniej po dwa unijne języki. Niemcy, Austriacy, Holendrzy, Hiszpanie, których znam, bardzo dobrze komunikują się po angielsku i mają jeszcze solidne podstawy jakiegoś drugiego języka obcego. Najsłabsi w eurolingwistyce w moim osobistym rankingu są Włosi, Francuzi i Brytyjczycy, posługujący się głównie swoimi językami. Znajomy Anglik podpytany przy nieoficjalnej okazji przeze mnie, czy uczył się w szkole jakiegoś języka obcego, odpowiedział: „Of course” (oczywiście). Jak zapytałam, jaki to był język, wyznał: „I don’t remember” (nie pamiętam). Jak radzą sobie Polacy? Coraz lepiej... 37


Oficjalnie w Parlamencie Europejskim obowiązują 24 języki urzędowe.

38


Armia tłumaczy Mimo że na świecie język angielski staje się współczesnym lingua franca, w UE nadal tysiące tłumaczy znajduje stabilne zatrudnienie. Przyjrzawszy się z bliska kosztom językowych luksusów można doznać zawrotu głowy. Ponad miliard euro rocznie! Ale z drugiej strony ten komfort to „tylko” 2,20 euro rocznie na mieszkańca. Dla samego Parlamentu Europejskiego pracuje 1240 tłumaczy pisemnych oraz 1150 interpretatorów ustnych. Jeżeli dodamy liczbę tłumaczy ustnych i pisemnych stwierdzimy, że ponad jedna trzecia personelu Parlamentu jest zatrudniona w służbach językowych i to nie wystarcza... Wykonanie ok. 35% wszystkich tłumaczeń zleca się firmom zewnętrznym. Cóż, każdy z 28 krajów za punkt honoru uważa posiadanie wszystkich dokumentów w swoim języku oraz tłumaczenie oficjalnych spotkań na język ojczysty. Posłowie składają ok. 1600 interpelacji rocznie oraz ok. 20 tys. poprawek do różnych dokumentów, to ok. 1,2 mln stron wymagających przetłumaczenia. Na posiedzeniach często widzę tłumaczy zamówionych dla posłów konkretnych nacji, którzy to „zapomnieli” przyjść na zebranie. Językowa poprawność powoduje, że w delegację np. do Brazylii, z posłem nieznającym angielskiego jedzie dodatkowo trzech tłumaczy z jego językiem ojczystym. Ten standard jest zawsze zapewniony, a koszty idą w dziesiątki tysięcy euro. Dokumenty na posiedzenia, raporty po ich odbyciu, setki tysięcy stron przetłumaczonych sprawozdań trafiają bardzo często prosto do kubła. Przychodząc wcześnie rano do Parlamentu, mijam się z ekipami sprzątającymi i widzę, ile makulatury wynoszą codziennie z gabinetów. W  popularnym belgijskim anglojęzycznym magazynie „The Brussels Tribune” filozof, ekonomista i  poliglota Philippe Van Parijs, jak każdy wielo39


języczny – docenia ułatwiającą codzienne życie powszechność angielskiego, także w Brukseli. Nie wszyscy jego rodacy podzielają jednak tę opinię, gdyż ekspansja jednego języka może spowodować „językową niesprawiedliwość”. Ostatnio nawet pojawiły się głosy, że brak językowej elastyczności stwarza „nierówność szans”, co tłumaczy się tym, że anglojęzyczni poszukiwacze pracy mają przewagę w jej zdobywaniu w międzynarodowym środowisku Brukseli. No, no, nawet międzynarodowa Bruksela obawia się nieuprawnionego uprzywilejowania anglofonów.

Tłumaczka w kabinie nad salą posiedzeń.

Priorytet powszechnego języka angielskiego na międzynarodowych konferencjach – jak się okazuje – przyczynia się też do „nierówności narodów”, którą interpretuje się jako podniesienie rangi jednego języka, w którym zanurzona jest cała kultura, mentalność i  bagaż doświadczeń historycznych jego użytkowników nad inne... Językowa dyskryminacja? Raczej konieczność w międzynarodowym tyglu. Wspomniany Philippe Van Parijs twierdzi, że język angielski w  Belgii dla wielu stanowi priorytet, ale Bruksela obawia się, że ludzie podejmujący pracę w instytucjach unijnych będą wykazywać coraz słabszą motywację do nauki jej języków narodowych jak francuski czy flamandzki, ponieważ wystarczy im tylko znajomość angielskiego. Według Van Parijsa jest to naturalna kolej rzeczy i zarówno Bruksela, jak i cała Belgia musi zaakceptować zmieniającą się rzeczywistość i dostosować się do niej poprzez promowanie angielskiego jako... trzeciego języka Belgii. 40


Mnie osobiście dominacja angielszczyzny nie dziwi. Z lingwistycznego punktu widzenia kariera angielskiego jest absolutnie uzasadniona. To najłatwiejszy z języków europejskich, do tego prosty w zrozumieniu. Wszystko co wynegocjuję po francusku natychmiast zapisuję po angielsku, aby nie było wątpliwości, co do osiągniętych kompromisów. Angielski jest w Unii jak metr z Sevres, to z niego tłumaczy się na inne języki Wspólnoty. Gdyby jednak w przyszłości pieniądze przeznaczane obecnie na tłumaczenia unijnych papierzysk zostałyby zainwestowane w  naukę języka angielskiego we wszystkich krajach Europy, to dla następnych generacji wspólny język byłby znakomitym narzędziem do komunikacji urzędowej (i prywatnej), co mogłoby zaoszczędzić naprawdę ogromne sumy publicznych pieniędzy. Więcej: www.brusselsmetropolitan.eu/EN/news/news_2012_02_29.php

Widok ze stanowisk tłumaczy nad salą plenarną.

41


Lidia Geringer de Oedenberg w biurze w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

42


Typowy tydzień europosła Pracujemy od poniedziałku do piątku każdego tygodnia poza miesięczną przerwą letnią i dniami świątecznymi. Trzy tygodnie w miesiącu obradujemy w Brukseli, na jeden tydzień przenosimy się do Strasburga. Ponieważ nie ma lotów bezpośrednich1 z Wrocławia do Brukseli ani do Strasburga, w drodze do pracy w jedną stronę „zaliczam” zawsze dwa samoloty, co daje cztery rejsy w tygodniu zwykłym. Jeśli muszę w środku tygodnia pojawić się w kraju – liczba rejsów się podwaja. Średniorocznie wsiadam do samolotu ok. 300 razy. Moja trasa do pracy jest najbardziej skomplikowana przy jeździe do Strasburga i wygląda następująco: samolot z Wrocławia do Monachium (Niemcy), tamże przesiadka do Bazylei (Szwajcaria), następnie kolejne 140 km pokonuję samochodem do Strasburga (Francja). W  sumie ok. 8 godzin podróży. Nie tak źle np. w porównaniu z Finami, którzy muszą wyruszyć z domów dzień wcześniej. W Brukseli oficjalne posiedzenia zaplanowane są od 9:00 do 18:30, w Strasburgu sesje plenarne rozpoczynają się o godz. 8:30 trwając do 24:00. Od 7:30 często odbywają się tzw. przygotowawcze śniadania robocze. Większość posłów wynajmuje mieszkania w Brukseli. W Strasburgu wszyscy zatrzymują się w hotelach. A nie jest w nich łatwo o pokój, gdyż nie ma tylu miejsc noclegowych w stolicy Alzacji, ile potrzebują posłowie i wszyscy przemieszczający się urzędnicy. Spora część z nas mieszka w promieniu 20 kilometrów od Strasburga, najwięcej w pobliskich niemieckich miasteczkach. W tygodniu sesyjnym z  uwagi na ogromny popyt ceny noclegów wzrastają nawet o 100%. Kiedyś przyjechałam w niedzielę poprzedzającą sesję i zdziwiłam się, że hotel tak opuścił cenę, wszystko jednak wróciło do „normy” w poniedziałek. Sytuacja ma się zmienić w kwietniu 2014 r.

1

43


60. wizyta parlamentarna na zaproszenie poseł Lidii Geringer de Oedenberg. Bruksela, sierpień 2012 r. Grupa przed statuą „L’Europe”.

70. wizyta parlamentarna na zaproszenie poseł Lidii Geringer de Oedenberg. Strasburg, wrzesień 2013 r. Grupa przed Parlamentem Europejskim.

44


Z wizytą w Parlamencie Rocznie Parlament Europejski w Brukseli i w Strasburgu odwiedza ok. 500 tys. obywateli. Są to osoby zaproszone na konferencje, wysłuchania publiczne, czy też goście indywidualni europosłów. Każdego roku możemy organizować wizyty studyjne dla 110 osób pochodzących z naszych regionów, mając zagwarantowane przez Parlament częściowe dofinansowanie związanych z  tym kosztów. Licząc tylko zaproszonych przez posłów krajan, mamy ok. 85 tys. odwiedzających. W organizowanych przeze mnie wyjazdach do „stolic Europy” uczestniczyło już blisko 3500 osób. Liczba ta co prawda przeczy prostej arytmetyce: dwie kadencje po 5 lat, razy 110 osób – co daje 1100 zaproszonych, ale, pozyskując inne dodatkowe fundusze, w praktyce udaje mi się zorganizować takich wizyt znacznie więcej. Zaproszeni przeze mnie mają okazję zobaczyć nie tylko budynki Parlamentu Europejskiego, ale również: Radę Europy, Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, czy Komisję Europejską i Komitet Regionów w Brukseli, a także inne najciekawsze atrakcje obu miast. Celem wyjazdów jest rozbudzenie zainteresowania Unią Europejską i pokazanie uczestnikom wizyt, jak funkcjonuje Parlament Europejski, w  którym zasiadają przedstawiciele 28 państw tworzących Zjednoczoną Europę, poszerzenie wiedzy o możliwościach, jakie stwarza nam Unia Europejska. Osoby uczestniczące w  zorganizowanych przeze mnie wizytach studyjnych w latach 2004-2014 to: laureaci konkursów „Wiedzy o UE”, uczniowie i studenci wyróżnieni za wyniki w nauce i aktywność społeczną, reprezentanci Uniwersytetów Trzeciego Wieku, przedstawiciele związków zawodowych, członkowie organizacji pozarządowych, samorządowcy, społecznicy, zwycięzcy aukcji charytatywnych, aktywiści z szeregów małej politycznej rodziny: Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy oraz przedstawiciele mediów. Takiej „edukacyjnej wycieczki” nie można kupić w  żadnym biurze podróży. Trzeba na nią zapracować. Jak być kolejnym zaproszonym? Szczegóły na www.lgeringer.pl/konkursy2.htm. 45


Lidia Geringer de Oedenberg popiera ustanowienie jednej siedziby Parlamentu Europejskiego.

Podczas seminarium Single Seat 24 paĹşdziernika 2012 r.

46


Trójnogi Europarlament przed amputacją Obecnie mamy trzy miejsca pracy: Brukselę, Strasburg i Luksemburg. Ograniczenie się do jednej siedziby to ok. 1,5 mld euro oszczędności w budżecie 2014-2020. Jest o co walczyć, szczególnie w dobie kryzysu. Same koszty delegacji służbowych urzędników ulokowanych w Luksemburgu podróżujących między pozostałymi dwoma miejscami pracy wyniosły w 2013 r. niemal 30 mln euro. Do tego należy doliczyć kolejne wątpliwe wydatki związane np. z budową gigantycznego biurowca Konrad Adenauer (KAD) w Luksemburgu dla 6 tys. parlamentarnych urzędników. Koszty inwestycji były tak trudne do oszacowania, że żadna firma budowlana nie chciała się tego podjąć. Parlament sam postanowił wystąpić w roli dewelopera. Według różnych szacunków koszt budynku może sięgać nawet 800 mln euro. Posłowie od dawna burzyli się przeciw bezsensownym nieustającym comiesięcznym przeprowadzkom. Niestety bez poparcia większości parlamentarnej i  bez wiary w  możliwość zmiany Traktatów – kolejne inicjatywy upadały1. W końcu międzypartyjna, nieformalna grupa Single Seat, w której skład weszło pięciu członków Prezydium PE (wraz z piszącą te słowa) oraz posłowie ze wszystkich grup politycznych2 zdołała wywalczyć dla idei „Jednej Siedziby” zdecydowaną większość. Naszą inicjatywę poparło ponad 80% posłów. Sprawna instytucja powinna pracować w  jednym miejscu. Zdecydowana większość z nas opowiada się za Brukselą, gdzie łatwiej dotrzeć i nasza praca jest lepiej zorganizowana. W grudniu 1992 r. w Edynburgu na szczycie w czasie brytyjskiej prezydencji zdecydowano o „lokalizacji instytucji i niektórych organów i służb Wspólnot Europejskich (Dz.U. C-341 23/12/1992). Protokół z „mapą” politycznych targów dołączono wtedy do Traktatu Amsterdamskiego. Dokument stanowi, że Parlament Europejski ma swą siedzibę w Strasburgu, gdzie odbywa się dwanaście miesięcznych sesji plenarnych, Komisje Parlamentu Europejskiego obradują w Brukseli, zaś urzędnicy, czyli Sekretariat Generalny Parlamentu Europejskiego i jego służby, pracują w Luksemburgu. Tekst ten można odnaleźć obecnie w protokole 6. Traktatu z Lizbony. 2 Członkowie Single Seat Group: www.singleseat.eu/9.html. 1

47


Jednakże zgodnie z traktatami, ostateczna decyzja w  sprawie siedziby Parlamentu Europejskiego nie należy do nas – posłów, lecz do rządów krajowych – czyli Rady. My narzekamy na marnotrawstwo pieniędzy i czasu, Rada jak do tej pory nas nie słuchała, mając niezrozumiałe dziś dla nas i obywateli zobowiązania polityczne. Cóż, czym innym jest decyzja zaspokajająca ambicje krajów do „posiadania” prestiżowych instytucji na swoim terytorium, a czym innym codzienność. Praca w trzech miejscach nie jest ani tania ani wygodna. Wraz z nowym Traktatem – Lizbońskim, Parlament Europejski zdobył prawo obligowania Komisji Europejskiej do przygotowania koniecznych naszym zdaniem propozycji legislacyjnych, łącznie z traktatowymi. Wykorzystując te nowe prerogatywy przegłosowaliśmy pod koniec 2013 r. specjalny raport Komisji Konstytucyjnej w sprawie zmian traktatowych, które dadzą Parlamentowi prawo określenia miejsca swojej pracy (co do tej pory było definiowane przez Radę Europejską). Francuzi i  Luksemburczycy wszelkich politycznych maści – zjednoczeni w obronie zyskownego dla nich status quo – walczyli (i dalej walczą) z inicjatywą. Wspiera ich największa obecnie parlamentarna grupa polityczna – Chadeków, mimo tego na razie to my, „reformatorzy” mamy ciągle większość. Nasz raport zmusi Radę do zajęcia się problemem i mam nadzieję – podjęcia odpowiednich decyzji, co do zmian traktatowych kończących marnotrawstwo publicznych pieniędzy i czasu posłów oraz urzędników. Nadszedł czas konfrontacji rozsądku z historią. Zobaczymy kto wygra…

48


Parlament w wersji Lux Gdy pojawił się projekt nowego budynku Konrad Adenauer (KAD) dla 6 tys. urzędników Parlamentu Europejskiego (PE) w  Luksemburgu z  budżetem 804 mln euro – dołączyłam do grupy wojujących z trzema siedzibami PE. Jak wyliczono, bieżące remonty pięciu wynajmowanych obecnie w Luksemburgu biurowców, opłaty za czynsz, do tego poniesione już koszty projektu nowego budynku KAD i ewentualne kary za zerwanie umów, mogłyby kosztować więcej niż budowa nowego gmachu. Czyli taniej jest budować niż go nie budować. Brzmi paradoksalnie?

Na placu budowy KAD w Luksemburgu.

49


Koszt zaniechania budowy oblicza się na poziomie ponad 1,1 mld euro (liczone w perspektywie przyszłych 20 lat), wychodzi na to, że wydać na budowę 804 miliony to... oszczędność. Okazało się także, że PE będzie także inwestorem i deweloperem, którym nigdy wcześniej nie był, gdyż dotąd tylko kupował budynki lub je wynajmował. W pierwszym przetargu nie wpłynęła bowiem żadna oferta finansowania ze strony banków komercyjnych. Żadne z przedsiębiorstw budowlanych nie było w stanie podać ceny dla ogółu prac, a zakładane przez nich koszty były od 10 do 70% wyższe od wyjściowego budżetu Parlamentu... Miałam poważne obawy, co do budowlanego debiutu mojej Instytucji, co oznaczało też wzięcie na barki ryzyka zmienności cen, odpowiedzialności za ewentualne wypadki na budowie, czy wady konstrukcyjne. A tych ostatnich potrafią być tysiące, czego dowodem jest nasz „strasburski cud budowlany”1 oddany do użytku w 1999 r., w którym wykryto... 10 tys. wad. Dodając do tego zawalony w  2008  r. sufit w  sali plenarnej w Strasburgu, w  2009  r. kolejną jego część w  holu przed salą, powinniśmy być szczęśliwi, że to nie my odpowiadamy za te wady tylko ówczesny inwestor, któremu PE wytoczył już 50 spraw sądowych. W przypadku budowy KAD to nasza Instytucja musiałaby w przyszłości wytaczać przeciw sobie ewentualne działa, dlatego pojawiła się potrzeba zatrudnienia dodatkowo... armii prawników. Planowana powierzchnia nowego budynku KAD – 160 000 m2. Termin oddania do użytku – 2016 r. Obecnie nasi urzędnicy pracują „rozproszeni” w  Luksemburgu w  6 budynkach, nowy gmach ma ich „zjednoczyć”. Faktem jest, że są bardzo rozproszeni, gdyż ich Instytucja pracuje w Brukseli, czasem w Strasburgu, a oni zaś w Luksemburgu. W 2010 r. odbyli zatem 33 200 delegacji pomiędzy trzema miejscami pracy PE, każdego dnia otrzymując delegacyjne diety i dodatki za „rozłąki”. Parlament zaś płacił za ich nieustające podróże i zakwaterowanie. Łączne koszty z tym związane wyniosły ok. 29 mln euro. Pierwotnie Luksemburg miał być bazą dla pracowników związanych z  tłumaczeniami i administracją niewymagającą bliskości Instytucji, w praktyce Budynek Louise Weiss i Hemicycle.

1

50


jednak wielu z nich ciągle podróżuje pomiędzy Luksemburgiem, Brukselą i Strasburgiem. W związku z tym muszą mieć też po trzy w pełni wyposażone gabinety. Jeśli budynek KAD powstanie, myślę, że jeszcze trudniej będzie zbliżyć urzędników do Instytucji. Fakty są następujące: obecnie Parlament Europejski pracuje w  trzech miejscach, w trzech różnych krajach UE. Urzędnicy parlamentarni są podzieleni między Brukselą i  Luksemburgiem (po ok. 2500). Garstka pracowników na stałe pracuje w Strasburgu, dbając o budynek, który używamy cztery dni w miesiącu... Luksemburg – mimo braku oficjalnej działalności parlamentarnej – otrzymał prawo do siedziby dla sekretariatu Parlamentu. Z czasem okazało się, że część urzędników po prostu musi na stałe pracować w Brukseli (wydaje się to dość normalne, skoro tam jest Instytucja) i próbowano ich nawet tamże umieścić. To nie spodobało się jednak rządowi Luxemburga, który ostro przeciwstawił się „ulatnianiu się” eurourzędników. W 2000 r. doszło do specjalnego porozumienia między rządem Luksemburga a Parlamentem, w którym zezwolono PE na przeniesienie części pracowników do Brukseli, w zamian za gwarantowanie utrzymania przynajmniej 50% z nich w Luksemburgu, czyli minimalnie 2060 osób! Dobrze wynagradzani euromieszkańcy są dla tego państwa prawdziwym źródłem dochodów. Na marginesie dodam, że w  Luksemburgu jest także Europejski Trybunał Sprawiedliwości i  Europejski Trybunał Obrachunkowy, zatem państwo nie wyludniłoby się za bardzo, gdyby reszta parlamentarnego sekretariatu powędrowała do Brukseli. W marcu 2012 r. złożyłam poprawki do raportu w sprawie budżetu na 2013 r., w których zwróciłam uwagę na wspomnianą instytucjonalną rozrzutność. Ku mojemu zaskoczeniu poprawki przyjęto znaczną większością. W ślad za nimi poszły kolejne, zdobywające coraz większe poparcie. Udało się też „okroić” budynek KAD o 7 500 m2. Tak jak jestem entuzjastką samej integracji, tak nie mogę zrozumieć uporu rządów, mających pełne usta oszczędności i cięć, a zmuszających tysiące urzędników (także z Komisji Europejskiej i Rady) do kosztownych i bezsensownych wędrówek. 51


Zawalony sufit w sali plenarnej w Strasburgu.

Zakaz wstępu do sali plenarnej w Brukseli.

52


Pękający Parlament Najpierw zawaliła się duża część sufitu nad salą plenarną w naszym strasburskim budynku. Ofiar nie było, bo feralnego 7 sierpnia 2008  r. budynek w środku wakacji był pusty. Zresztą stoi pusty przez większość roku, bowiem Parlament wykorzystuje jego powierzchnie zaledwie przez 48 dni w  roku, podczas dwunastu comiesięcznych 4-dniowych sesji plenarnych. Gdy piszę te słowa od katastrofy budowlanej minęło pięć lat i dalej w okolicach sali plenarnej wiszą siatki zabezpieczające nasze głowy przed kolejnymi fragmentami stale odpadającego sufitu. Usytuowane nieopodal piękne, fantazyjne, podwójnie splecione marmurowe schody należy traktować chyba już tylko jako dekorację, strach na nie wejść – wszędzie widać pęknięcia. Podłogi na parterze oplata coraz gęstsza siatka rys. Oddany do użytku w 1999 r. budynek Louise Weiss dalej osiada na grząskim gruncie przy rzece Ill i najwyraźniej to miejsce mu nie służy. Na ogromny taras widokowy w budynku Louise Weiss wejście już od paru lat jest zamknięte, na mniejszych tarasach odpada tynk i wszędzie widać głębokie rysy. Głównemu wykonawcy budowlanemu nasza siedziba musi się śnić po nocach, ma kilkanaście spraw w sądzie w związku z wadami konstrukcyjnymi... Tym niemniej, dalej jeździmy do Strasburga, widać te wady nam nie szkodzą. Po letniej przerwie w 2012 r. poza ogromną ilością nowych dokumentów i emaili czekała na nas kolejna budowlana niespodzianka, tym razem zawalaniem groził nam strop nad „plenarką” w... Brukseli. W tym przypadku od razu zamknięto znaczną część budynku Paul-Henri Spaak (PHS). W efekcie ok. 200 funkcjonariuszy musiało opuścić swoje gabinety, a my – posłowie – zostaliśmy bez sali obrad w Brukseli. Okazało się, że w czasie rutynowej kontroli (w wakacje) – ujawniły się pęknięcia trzech z 21 belek konstrukcyjnych nad salą plenarną. Gmach po osiągnię53


ciu „dorosłości” (skończył 18 lat) i tak miał być wkrótce poddany generalnemu remontowi, więc pretekst do zamknięcia sali plenarnej był doskonały. Grupie wojującej z  absurdem trzech siedzib Parlamentu, do której należę – walący się brukselski strop nie wpisał się w  strategię. Naszym zamysłem była „likwidacja” absurdu comiesięcznego pielgrzymowania do Strasburga, zwłaszcza, że cała nasza praca, w tym i sesje plenarne, z powodzeniem mogłyby się odbywać tylko w Brukseli. Po tej decyzji już nie…

„Pękająca” siedziba w Strasburgu.

Gdyby wierzyć w spiskową teorię dziejów i szukać kogoś, komu zależy na utrzymaniu siedziby w Strasburgu – podejrzani byliby oczywiście w pierwszej kolejności Francuzi, którzy nie godzą się na „zjednoczenie” siedzib kosztem Strasburga. Cóż. Nasza praca, mimo braku dostępu do sali plenarnej, w Brukseli odbywa się ciągle bez większych zmian. Ponad siedmiuset posłów oraz ok. 9 tys. urzędników i  asystentów, co miesiąc odbywa swą strasburską pielgrzymkę, gdzie w  naszym traktatowym miejscu obrad pęknięcia wszelkiego rodzaju można spotkać na każdym kroku i nikomu to nie przeszkadza. 54


Usadzić posła Na początku każdej sesji plenarnej 766 posłów1 do Parlamentu Europejskiego, reprezentujących obecnie 28 krajów UE każdorazowo gorączkowo szuka swoich miejsc w sali posiedzeń plenarnych. Obserwujący naszą pracę obywatele stale pytają – dlaczego? Skąd ta konsternacja, nie znacie swoich stałych miejsc? Nie znamy. Nie mamy przykręcanych tabliczek przypisujących nam stałe miejsca jak w np. polskim Sejmie. Zasady „usadzania” w Parlamencie Europejskim są następujące: Członkowie poszczególnych frakcji politycznych Parlamentu Europejskiego zasiadają w grupach na podstawie pokrewieństwa politycznego, a nie narodowości. W  pierwszych rzędach – przewodniczący grup politycznych i  ich zastępcy, następnie – członkowie Prezydium Parlamentu Europejskiego (wiceprzewodniczący i kwestorzy), za nimi – szefowie komisji parlamentarnych, a za funkcyjnymi – pozostali posłowie w kolejności alfabetycznej. W przypadku wymiany posła – co praktycznie następuje na każdej sesji – ze względu na wybory krajowe (np. europoseł stał się ministrem, premierem, prezydentem), zmiany grup politycznych (podział w  rodzimej partii), czy przypadki losowe, cały układ może się zmienić. Przed wejściem do sali plenarnej zawsze trzeba sprawdzić numer miejsca, do którego należy się udać, bowiem różnice w rzędach i sąsiadach mogą być całkiem spore. Z flanki „prawej” można wylądować nagle na „lewej” w ramach swojej własnej grupy politycznej, nawet jak się nie zmieniło poglądów. Nasze nazwiska są drukowane każdorazowo w  „rozkładzie sali” oraz wyświetlają się na małych ekranach przy maszynkach do głosowania. Wpadając Stan do 1 lipca 2014 r.

1

55


Podczas głosowania na sesji plenarnej w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.

W czasie obrad nad projektem Single Seat.

56


do sali plenarnej w ostatniej chwili przed głosowaniami zwykle „na szybko” orientujemy się po naszych sąsiadach, dokąd się udać, kłopot pojawia się, gdy mamy nowe sąsiedztwo... W VII kadencji (2009-2014) w Parlamencie „wymieniono” 84 posłów2. Wśród Polaków było stosunkowo mało przeszeregowań. Parę miesięcy po eurowyborach w 2009 r. poseł Janusz Lewandowski został Komisarzem, jego miejsce zajął następny na tej samej liście Jan Kozłowski. Posłowie Lena Kolarska-Bobińska i Rafał Trzaskowski otrzymawszy ministerialne teki w 2013 r. opuścili Parlament, na ich miejsce weszli Tadeusz Ross i Zbigniew Zaleski. Kilku deputowanych wybranych z list PiS i PO opuściło pierwotne grupy polityczne i  rodzime partie, zasilając inne frakcje. Poseł Marek Siwiec, mimo pożegnania z SLD, pozostał w grupie S&D. W VI kadencji (2004-2009) w Parlamencie roszadzie uległo 81 posłów i wtedy my Polacy byliśmy w czołówce „mieszającej” fotelami. Na 54 wybranych w czerwcu 2004 r. polskich europosłów 20 zmieniło grupę polityczną, niektórzy kilkakrotnie. Najaktywniejsi w  tym względzie byli posłowie z  list LPR, Samoobrony i PSL. Ponadto 5 deputowanych wybrało karierę w kraju, dwóch odeszło tragicznie.

Stan na 31 grudnia 2013 r.

2

57


Prezydent SĹ‚owenii Borut Pahor z PrzewodniczÄ…cym Parlamentu Europejskiego Martinem Schultzem.

58


Eurotrampolina władzy Co łączy Prezydenta Francji – Francoisa Hollanda, Premiera Belgii – Elio Di Rupo, Premiera Danii – Helle Thorning-Schmidt, Premiera Łotwy – Valdisa Dombrovskisa, Premiera Grecji – Antonisa Samarasa, Prezydenta Estonii – Toomasa Hendrika Ilvesa, Prezydenta Węgier1 – Pála Schmitta i Prezydenta Słowenii – Boruta Pahora? Wszyscy są byłymi europosłami, co obala mit o  Parlamencie Europejskim jako miejscu politycznych emerytów. Wbrew temu, co często się słyszy, dla wielu eurodeputowanych nasza Izba jest poczekalnią do krajowej władzy, a nie domem spokojnej starości. Na początku każdego grudnia na europarlamentarnych korytarzach jest wyjątkowo tłoczno od niegdysiejszych koleżanek i kolegów, bowiem wtedy odbywa się coroczne spotkanie Stowarzyszenia Byłych Posłów. Ostatnio natknęłam się na niedawnego jeszcze kolegę, byłego Wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego – Stavrosa Lambrinidisa, który opuścił nas, zostając Ministrem Spraw Zagranicznych Grecji, jak się okazało jedynie na pięć miesięcy. Stavros znany z poczucia humoru, po upadku swojego rządu, dał nam radę: „Jeżeli znienacka zadzwoni do was wasz znajomy – Premier – i zaproponuje ministerialny fotel, nie ulegajcie pokusie, powiedzcie NIE”. Wspomnę jeszcze jednego z moich parlamentarnych kolegów, który był podczas uroczystej sesji 11 czerwca 2013 r. gościem honorowym Parlamentu, Prezydent Słowenii – Borut Pahor. To ciekawa postać. Pamiętam jak na początku pierwszej kadencji „nowych” w 2004 r. ambitnie konkurował o przywództwo w grupie Partii Europejskich W latach 2010-2012.

1

59


Socjalistów (PES), drugiej najsilniejszej w Parlamencie Europejskim. Ambitnie, bo był „nowy” i pochodził z nielicznej delegacji, zatem jak się okazało był bez większych szans. Tym niemniej porwał się do boju z „pewniakiem” na to stanowisko – Martinem Schulzem, który... po latach przyjmował Prezydenta Pahora, będąc już Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Wróćmy jednak do 2004  roku, kiedy Borut szefował słoweńskiej delegacji w  PES. Zapamiętałam go jako dość nietypowego polityka. Słowenia, jako pierwsza ze wszystkich nowych krajów, zmierzyła się ze sprawowaniem prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Kraj przygotowywał się przez ponad dwa lata, a gdy już przyszło do przejmowania sterów Unii, ówczesny prawicowy rząd zaczął się rozpadać. Byłam w Słowenii w grudniu 2007 r. z oficjalną wizytą Komisji Prawnej na kilkanaście dni przed symbolicznym przekazaniem flagi Unii wraz z obowiązkami Prezydencji. Spotkałam się wtedy z eurodeputowanym Borutem Pahorem – szefem partii opozycyjnej, aby przybliżył mi sytuację polityczną od kulis. Nad rządem wisiało votum nieufności, a  Pahor mając następne „premierostwo” Słowenii w kieszeni, zdecydował jednak, że na pół roku – czyli na czas prezydencji (pierwsza połowa 2008 r.) – zawiesza na kołku wszelkie polityczne spory i wspiera prawicowy rząd z uwagi na nadrzędny cel, jakim jest powodzenie słoweńskiej Prezydencji w UE. „Pakt o nieagresji” zadziałał, prezydencja się udała, a wraz z jej końcem Borut Pahor został Premierem. Po upływie kadencji społeczeństwo wybrało go na Prezydenta. Teraz, gdy wspominaliśmy tamte czasy, powiedział: „Mądre decyzje procentują”.

60


Euroimmunitet W Komisji Prawnej Parlamentu Europejskiego, w której zasiadam na prawie każdym posiedzeniu rozpatrujemy kwestie immunitetów. Nad poszczególnym przypadkiem debatujemy podczas 2-4 posiedzeń, w zależności od złożoności sprawy, co „przelicza się” czasowo na parę miesięcy. Obrady komisji toczą się przy drzwiach zamkniętych i objęte są tajemnicą, która de facto znika podczas debaty przed końcowym głosowaniem podczas sesji plenarnej. Wtedy praktycznie każdy może poznać szczegóły konkretnej sprawy, a są to zwykle kwestie wzbudzające wielkie zainteresowanie – szczególnie mediów. Co to jest immunitet i czy jest potrzebny? Immunitet parlamentarny służy przede wszystkim obronie samego Parlamentu Europejskiego, chroniąc go przed naciskami z zewnątrz. Gwarantuje posłom swobodę wypowiedzi i działań podczas pełnienia obowiązków parlamentarnych. Immunitet nie chroni przestępców, nie jest gwarancją bezkarności. Wiąże się tylko i wyłącznie ze sprawowaną funkcją, zapewniając warunki potrzebne do jej niezakłóconego sprawowania. Zgodnie z protokołem o przywilejach i immunitetach Wspólnot Europejskich z 1965 r.: „Wobec członków Parlamentu nie można prowadzić dochodzenia, postępowania sądowego, ani też ich zatrzymywać z powodu ich opinii lub stanowiska zajętego przez nich w głosowaniu w czasie wykonywania przez nich obowiązków służbowych”. Ponadto, „podczas sesji Parlamentu jego członkowie korzystają na terytorium swojego państwa – z immunitetów przyznawanych członkom parlamentu ich państwa, a  na terytorium innego państwa członkowskiego – z  immunitetu chroniącego przed zatrzymaniem oraz immunitetu jurysdykcyjnego. Immunitet chroni także członków podczas ich podróży do i z miejsca, gdzie odbywa się posiedzenie Parlamentu”. 61


Euroimmunitet nie jest tożsamy z immunitetem parlamentu narodowego, co więcej zakres immunitetu poselskiego w  każdym z  27 krajów UE jest różny! W niektórych państwach immunitet ogranicza się tylko do zapewnienia wolności wypowiedzi podczas debat parlamentarnych, w innych chroni posła przed niektórymi formami postępowania sądowego – np. przed aresztowaniem. Immunitet jednak nie służy do tego, by chronić przed wymiarem sprawiedliwości posła, który złamał prawo. Parlament decyduje o pozbawieniu immunitetu jednego ze swoich członków po to, aby ten mógł wyjaśnić przed sądem ciążące na nim zarzuty. Według prawa, poseł nie może powoływać się na immunitet w przypadku, gdy został schwytany na gorącym uczynku! Jak to się ma z trzykrotnym przekraczaniem dozwolonej prędkości, czy harcami za konwojem policyjnym naszych posłów na Sejm? Gdyby takowe przydarzyły się europosłowi, tenże nie mógłby nigdy liczyć na utrzymanie immunitetu. Jak europoseł traci immunitet? Najpierw kompetentny organ państwa członkowskiego występuje do Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego z  wnioskiem o  uchylenie immunitetu posła. Wniosek ogłasza się na posiedzeniu plenarnym. Następnie Komisja Prawna PE po wysłuchaniu wyjaśnień posła opiniuje przyjęcie lub odrzucenie wniosku o odebranie immunitetu. Nigdy jednak Komisja nie ocenia posła, stwierdza jedynie czy jego działanie było bezpośrednio związane z wykonywaniem mandatu poselskiego, czy też nie. Jeśli nie, nigdy nie broni immunitetu! To pozwala władzom krajowym na natychmiastowe wszczęcie postępowania wobec posła, przy czym należy pamiętać, że utrata immunitetu nie oznacza wygaśnięcia mandatu poselskiego. Warto dodać, że kwestie immunitetów w samym Parlamencie Europejskim nie są traktowane „politycznie”, jak to ma jednak miejsce np. w Sejmie. Jedyne proste kryterium to związek z wykonywaniem mandatu poselskiego. Prywatnych grzeszków immunitet nigdy nie chroni. Statystyki pokazują, że od 1979 roku, czyli od pierwszej kadencji wybranego w powszechnych wyborach Parlamentu Europejskiego do końca 2007, czyli przez prawie 30 lat zgłoszono łącznie 145 wniosków o uchylenie immunitetu poselskiego. W tym czasie Parlament uchylił immunitet tylko 38 posłom. Inne przypadki stanowiły czysty element walki politycznej, której intensywność nasilała się szczególnie przed wyborami. W ostatnich 10 latach było też kilka wniosków dotyczących polskich posłów. Immunitet stracili: Bogdan Golik, Witold Tomczak, Krzysztof Lisek, Jarosław 62


Wałęsa, Olgierd Kurski, Zbigniew Ziobro i Tadeusz Cymański. W  dwóch przypadkach: Marka Siwca i  Małgorzaty Handzlik Parlament zadecydował o nie uchylaniu immunitetu.

Głosowanie w Komisji Prawnej. Koordynator S&D Bernhard Rapkay pokazuje „linię” grupy „ZA” i „PRZECIW”.

63


Publikacje z okazji 25. rocznicy Nagrody Sacharowa przyznawanej przez Parlament Europejski.

Poseł Lidia Geringer de Oedenberg wraz z białoruskimi działaczami Ruchu Społecznego „O Wolność”: Andżeliką Borys i Aleksandrem Milinkiewiczem – laureatem Nagrody Sacharowa z 2006 r.

64


Nauczyciel, kartka i ołówek mogą zmienić świat ...czyli jak Parlament nagradza obrońców praw człowieka. Ustanowiona w 1988 r. Nagroda im. Sacharowa1 przyznawana jest przez Parlament Europejski osobom o  wyjątkowych dokonaniach w  walce z  nietolerancją, fanatyzmem i prześladowaniem. Podobnie jak jej patron – Andriej Sacharow2, laureaci wykazują się wyjątkową odwagą w obronie praw człowieka i wolności słowa. Corocznie, od 2004 r. – brałam udział w uroczystościach wręczania tej nagrody. Zawsze były to niezwykłe, podniosłe wydarzenia. Często też bez samego laureata uwięzionego za swoje działania, gdzieś w odległym zakątku świata, w imieniu którego rodzina czy przyjaciele odbierali nagrodę. Laureatka z  2013 r. miała szczęście, dlatego stawiła się osobiście. Malala Yousafzai – pochodząca z Pakistanu 16-latka – jest osobą niezwykłą. Skromną i silną. „Uzbrojona” w ołówek walczy z talibami o prawo dziewczynek do edukacji. Ściskając drobną rękę Malali, życzyłam jej wszystkiego najlepszego, mając w pamięci niedawne talibskie komunikaty o „dopadnięciu” niewygodnej nastolatki… Parlament Europejski przyznaje „nagrodę za obronę praw człowieka” w wysokości 50 tys. euro podczas uroczystego posiedzenia w Strasburgu w okolicach 10 grudnia, w rocznicę podpisania Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych w 1948 r. Nominacji do nagrody Sacharowa może udzielić grupa polityczna lub przynajmniej 40 posłów. Komisja do Spraw Zagranicznych i Komisja Rozwoju poprzez głosowanie wybierają trzech finalistów z listy nominowanych, następnie Konferencja Przewodniczących wybiera laureata. 2 Rosyjski fizyk, Andriej Dmitriewicz Sacharow (1921-1989), laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 1975 r., jest wynalazcą bomby wodorowej. Zaniepokojony skutkami swojej pracy dla losu ludzkości, podejmował wysiłki w celu nagłośnienia zagrożeń płynących z wyścigu zbrojeń nuklearnych. Częściowy sukces odniósł wraz z podpisaniem w 1963 r. Traktatu o Zakazie Prób Nuklearnych. W ZSRR uznawany był za dysydenta o wywrotowych poglądach. Utworzył w latach 70. komitet obrony praw człowieka i ofiar politycznych. W 1975 r. jego dokonania zostały uhonorowane Pokojową Nagrodą Nobla. 1

65


Laureatka Nagrody im. Sacharowa 2013 - Malala Yousafzai z poseł Lidią Geringer de Oedenberg.

W wieku 11 lat Malala udzieliła wywiadu telewizji BBC o swoim życiu pod rządami Talibów, zaraz po tym jak zamknięto wszystkie szkoły dla dziewcząt na kontrolowanych przez nich terenach. Swoje obserwacje zamieszczała na blogu, podpisując się pseudonimem Gul Makai. Blog skupił na sobie uwagę świata, a ujawienie tożsamości autorki zaskutkowało próbą jej zabójstwa. Postrzelona w głowę i szyję przez bojówkarza talibskiego, gdy wracała z zakazanej szkoły, została uratowana dzięki wysiłkom pakistańskich i brytyjskich lekarzy. 20 listopada 2013 r. na sesji plenarnej w Strasburgu Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz, wręczając Malali nagrodę Sacharowa, powiedział: „Ma Pani 16 lat. To dopiero początek Pani niezwykłego życia, a już mogliśmy wiele się od Pani nauczyć”. Tym samym wyraził przekonanie całego Parlamentu Europejskiego (nagrodę przyznaliśmy jej jednomyślnie), że dostęp wszystkich dzieci do edukacji jest kluczem do lepszego społeczeństwa. Malala, dziękując za nagrodę, stwierdziła m.in: „Nagroda jest dla mnie zachętą, by kontynuować walkę i naprawdę czuję się zaszczycona patrząc na listę 66


poprzednich laureatów3. Poświęcam ją cichym bohaterom Pakistanu i innym na całym świecie, którzy walczą o swojej podstawowe prawa (…). Mimo biedy, braku wolności, wszechobecnego strachu i terroryzmu, wciąż tli się nadzieja, gdyż jesteśmy tu razem, zjednoczeni by im pomóc, występować w ich imieniu i podjąć konkretne działania. (…) 57 mln dzieci nie może uczęszczać do szkół, budynki szkolne są niszczone, dziewczynki przymuszane do aranżowanych małżeństw, padają ofiarami przemocy seksualnej. (…) Potęga kraju nie powinna być mierzona liczebnością armii, a utalentowanymi ludźmi – stopniem wykształcenia obywateli, przestrzegania ich praw, równym statusem kobiet i mężczyzn. To świadczy o sile narodu”. Sala nagrodziła młodą laureatkę owacją na stojąco. Ceremonia zbiegła się z  25. rocznicą ustanowienia tego parlamentarnego wyróżnienia, które wręczane jest wybitnym postaciom walczącym z nietolerancją i opresjami. Z tej okazji w jubileuszowej uroczystości uczestniczyło 22 poprzednich laureatów Nagrody Sacharowa.

Lista laureatów Nagrody Sacharowa: 2013 – Malala Yousafzai, 2012 – Nasrin Sotoudeh i Jafar Panahi, 2011 – aktywiści związani z rewolucjami w świecie arabskim, 2010 – Guillermo Fariñas, 2009 – Memorial, 2008 – Hu Jia, 2007 – Salih Mahmoud Osman, 2006 – Alexandre Milinkevitch, 2005 – Kobiety w Bieli, Hauwa Ibrahim i Reporterzy bez Granic, 2004 – Żanna Litwina, Przewodnicząca Białoruskiego Związku Dziennikarzy, 2003 – Sekretarz Generalny ONZ, Kofi Annan, i wszyscy pracownicy ONZ, 2002 – Oswaldo Jos Pay Sardias, 2001 – Izzat Ghazzawi, Nurit Peled-Elhanan i Dom Zacarias Kamwenho, 2000 – ¡ Basta Ya !, 1999 – José Alejandro ‘Xanana’ Gusmão, 1998 – Ibrahim Rugova, 1997 – Salima Ghezali, 1996 – Wei Jingsheng, 1995 – Leyla Zana, 1994 – Taslima Nasreen, 1993 – Oslobodjenje, 1992 – Las Madres de la Plaza de Mayo, 1991 – Adem Demaçi, 1990 – Aung San Suu Kyi, 1989 – Alexander Dubček, 1988 – Nelson Rolihlahla Mandela i Anatoli Martsjenko (pośmiertnie).

3

67


Strona internetowa EFA (European Free Alliance) – sojuszu bezpaństwowych narodów www.e-f-a.org/home.

68


Nacjonaliści wielbiący Unię Szkot, Korsykanin i Galijczyk wchodzą do pokoju... – to nie jest początek żartu, ale spotkania trzech (z siedmiu) europosłów z nieformalnego Europejskiego Wolnego Przymierza (EFA) – sojuszu bezpaństwowych narodów Europy. Tak rozpoczyna się ciekawy artykuł z mojego ulubionego The Bulletin – czasopisma dla expatów w  Belgii: www.xpats.com/sites/default/files/magazine/ pdf/BULL017_sampler.pdf W sumie w EFA jest ich 40 – jak rozbójników Alibaby – pochodzących z nacjonalistycznych partii jak flamandzka NVA, The Scottish National Party, katalońska Esquerra Republicana de Catalunya czy innych z Bretanii, Fryzji, Moraw, Veneto i wysp Aland. Nacjonaliści to dość nietypowi, bo deklarujący „miłość” do Unii Europejskiej. Zdający sobie sprawę, że wraz z członkostwem w UE każdy, nawet najmniejszy kraj jak np. Malta (368 tys. mieszkańców) zyskuje wiele europraw politycznych, ma np. swojego Komisarza, Sędziego w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, przynajmniej 6 europosłów (najmniejsza liczba delegacji narodowej), „kwoty” urzędników, fundusze pomocowe, ponadto jego język zyskuje status oficjalnego w UE. Przykładowo Chorwacja, która dołączyła do Unii w 2013 r., zyskała natychmiast przywileje, których nie mają np. narody baskijski czy walijski. W tym kontekście zjednoczona Europa może być kolejnym powodem dla członków partii nacjonalistycznych do dążenia do niepodległości. W oczach nacjonalistów z Edynburga, Bilbao, Cardiff czy Barcelony Unia jest furtką dla zyskania na znaczeniu z miłym bonusem w postaci wsparcia finan69


sowego. Z ideą budowy Europy Regionów jest im po drodze. Nawet jako krytycy UE uznają, że ta z powodzeniem zarządza licznymi problemami, których nie można łatwo i skutecznie rozwiązać na poziomie państw działających samotnie. Jednolity rynek broni europejskich interesów handlowych na scenie światowej i gwarantuje bezpieczeństwo w obrębie własnych granic. Nacjonaliści wiążą z  Unią też nadzieje na stworzenie np. szkockiej armii, otwarcie flamandzkich ambasad itp.

Flaga Szkocji prezentowana w Parlamencie Europejskim.

Herman Van Rompuy jako najwyższy urzędnik w Unii, szef Rady Europejskiej (i były Premier Belgii) twierdzi, że „nie zna żadnej proeuropejskiej – nacjonalistycznej partii w Europie”. W jego oczach nacjonalista pozostaje antyeuropejczykiem. Wzbudzany przez narodowców „strach prowadzi do egoizmu, egoizm do nacjonalizmu, zaś nacjonalizm do wojny”. Podobnie jak Van Rompuy, obserwując wypowiedzi i zachowania europosłów z EFA, nie zauważam ich chęci do integracji, a raczej otwartą wrogość wobec kraju, który reprezentują w Parlamencie. 70


III. Po ludzku o Unii

71


Plakat zapowiadający pierwsze bezpośrednie wybory Parlamentu Europejskiego w 1979 r.

72


„Oficjalny” dowcip europejski Puśćmy wodze fantazji, z przymrużeniem oka... Wyobraźmy sobie, że zaistniała potrzeba ogłoszenia Oficjalnego Dowcipu UE. Specjalna grupa robocza proponuje tekst mający wzmocnić więzi między narodami, promując europejską kulturę i autoironię. Oto i on: Jak wygląda europejski RAJ? W bramie euroRAJU wita Cię angielski gentleman, w kuchni francuski mistrz przygotowuje smakowite potrawy, Włoch z finezją bawi towarzystwo, a perfekcyjny Niemiec organizuje całą imprezę. A jak wygląda europejskie PIEKŁO? Francuz, stojący na piekielnej bramce, bez słowa rzuca ci pogardliwe spojrzenie, w kuchni pichci angielski kucharz, Niemiec zabawia towarzystwo, a Włoch odpowiada za organizację... Nad propozycją debatują szefowie państw i rządów Wspólnoty. Śmiertelnie poważny przedstawiciel Wielkiej Brytanii oznajmia, że dowcip jest... bardzo śmieszny. Oburzony Francuz twierdzi, że jego kraj przedstawiono w niekorzystnym świetle, a dowcip, w którym ktoś natrząsa się z Francji, nie może być zabawny. 73


Polska opuszcza stół negocjacyjny – grozi Unii blokadą wszystkich innych negocjacji, ponieważ... nie została ujęta w dowcipie. Zakłopotany przedstawiciel Szwecji w ogóle nie rozumie o co chodzi? Luksemburg pyta, ile trzeba zapłacić właścicielowi praw autorskich do kawału. Dania i Finlandia dociekają, gdzie w dowcipie zakamuflowano podtekst seksualny... Holandia jest chętna poprzeć taki podtekst, gdyż inaczej co śmiesznego będzie w tym dowcipie? Hiszpania i Portugalia stwierdzają, że co prawda dowcip jest dość zabawny, ale nie do końca zrozumiały. Nie wiedzą, czy jedzenie jest przygotowywane na obiad, czy kolację. Ale jeśli to lunch o 13:00, to dla nich powinno być menu śniadaniowe.

Ogłoszenie hasła Unii Europejskiej „Zjednoczeni w różnorości” 3 maja 2000 r. w Brukseli, obradom przewodniczy Nicole Fontaine – jedna z dwóch kobiet Przewodniczących PE w całej jego historii.

74


Grecja zgłasza protest, ponieważ nie poinformowano jej o tym obiedzie, co jest normą zawsze, gdy w grę wchodzi darmowe jedzenie. Litwa i Łotwa oburzone stwierdzają, że znów pomylono ich tłumaczenia, to skandal. Podobny problem zgłaszają Słowenia i Słowacja. Estonia dopytuje, czy to jest dowcip o hydraulikach, czy o kaczkach, bo chyba nastąpił błąd w tłumaczeniu. Anglik zauważa, że dowcip o hydrauliku i kaczce mógłby być także zabawny. Austria pyta, ale po co nam w ogóle dowcipy ? Węgry protestują, ponieważ zmusza się ich do debaty, a tym czasem nie skończyli jeszcze czytać 120 stron swojego tłumaczenia. Przedstawiciel Belgii docieka, czy proponowany dowcip jest bardziej flamandzki czy waloński, ponieważ będzie zmuszony go odrzucić/przyjąć – niezależnie od jego humorystycznej wartości. Rumunia i Bułgaria stwierdzają, że nie należy żartować z jedzenia, gdy obywatele nie mają co do garnka włożyć, a poza tym nie podano daty ani adresu restauracji na zaproszeniu. Przedstawiciel Malty nie dotarł na posiedzenie, bo samolot z Brukseli znowu wylądował na Sycylii nie odnajdując na morzu jego kraju. Niemiec budzi Włocha, by ten nie spóźnił się na samolot i konferencję prasową, na której ma ogłosić decyzję o Oficjalnym Dowcipie UE. Jaką decyzję? – pyta „oderwany” nagle od swojego iPada – reprezentant Irlandii. Chorwacja nie zgłasza żadnych uwag, zastanawiając się, czy słusznie zrobiła wstępując do Wspólnoty. W  końcu uczestnicy Rady Europejskiej po owocnej dyskusji jednomyślnie zgadzają się, że nadszedł najwyższy czas, by udać się na kawę. To tylko krążący w  Internecie dowcip, jednakże jest w  nim dużo prawdy o trudnościach w porozumiewaniu... 75


Siedziba Komisji Europejskiej w Brukseli.

76


BRUKSELA ciągle winna Praktycznie codziennie w prasie europejskiej oskarża się BRUKSELĘ o niecne postępki ubrane w specjalnie skomplikowane procedury tak, aby normalny obywatel w niczym nie mógł się połapać. BRUKSELA stale czegoś zabrania (doić krowy, łowić ryby) lub coś nakazuje (uznać marchewkę za owoc, wprowadzić wspólną walutę). Dla zwykłego obywatela jest uosobieniem biurokracji i niezrozumiałych przepisów – w każdym razie na taką kreują ją media. Jaka naprawdę jest BRUKSELA? Co czy też kto się za nią kryje? W  języku potocznym BRUKSELA to Komisja Europejska. Pisze i  mówi się o niej, mając jej zwykle coś za złe. W oczach obywateli Komisja uzurpuje sobie prawo do bycia europejskim super-rządem. Szarogęsi się, narzucając krajom niewygodne przepisy. Rządy krajów członkowskich nie prostują tej opinii, co więcej, często grają rolę „biednej ofiary” zmuszanej przez BRUKSELĘ do niepopularnych decyzji. Tymczasem prawda jest taka, że będąc ciałem wykonawczym, Komisja Europejska sama nic nie może. Musi mieć zgodę Rady (przedstawicieli wszystkich rządów państw członkowskich, w tym naszego) i Parlamentu Europejskiego. Zatem jeśli mediom nie podoba się jakaś dyrektywa to musimy wiedzieć, że zgodę na nią wyraził m.in. nasz własny rząd i to do niego w pierwszej kolejności możemy mieć ewentualne pretensje. Komisji „dostaje się” też od Parlamentu Europejskiego, zwykle dlatego, że czegoś nie dopilnowała, bo przecież jest strażniczką traktatów. Czasem (bardzo rzadko) chwali się Komisję za pomysł np. obniżki taryf na roaming. Najtrudniejsze jednak są dla Parlamentu negocjacje z Radą Europejską (szefami 77


państw i rządów), która zwykle nie chce zgodzić się na nasze „awangardowe” jej zdaniem pomysły i odrzuca większość zgłoszonych przez nas poprawek. Z Radą negocjujemy tak, jakby to był jakiś przeciwnik, a przecież to szefowie naszych rządów, czyli teoretycznie powinniśmy chcieć tego samego! W praktyce jednak nasze interesy się różnią. Rada (szczególnie ustami przedstawicieli najbogatszych państw) zwykle chce ciąć budżet, argumentując, że i tak jest za duży, ponieważ nie wykorzystuje się go w całości (nowe kraje guzdrają się z wydatkowaniem środków), a poza tym każdy wolałby płacić jak najmniejszą składkę. Parlament natomiast nie wyobraża sobie coraz większej wspólnej Europy za coraz mniejsze wspólnotowe pieniądze. Przykładowo budżet w 2008 r. zbudowany był w oparciu o 0,99% PKB każdego kraju, budżety przed naszym wejściem do Unii wymagały od państw 1,27% PKB składki. Różnicę widać gołym okiem. Negocjacje budżetowe należą zwykle do najtrudniejszych i w ostatecznej swej fazie (w  grudniu każdego roku) ciągną się do wczesnych godzin porannych i mają zwykle burzliwy przebieg. Zawsze jednak kończą się kompromisem, który w Brukseli traktowany jest jako wygrana wszystkich stron.

Nie jest łatwo, ponieważ Unia jako organizacja jest bardzo skomplikowana. „Ubranko” traktatowe skrojone Traktatem Nicejskim dla „starej 15-stki”, lekko „poszerzone” w Lizbonie1 dalej nie jest wygodne i uwiera dwudziestkę ósemkę w różnych miejscach. Mowa o Traktacie Lizbońskim.

1

78


Płyniemy razem albo toniemy osobno Coraz częściej wspomina się w Unii o koncepcji tzw. „Stanów Zjednoczonych Europy”. Nawet pewne standardowe określenia debat czy wystąpień zmieniają się, czego dowodem było np. nie zwyczajowe „przemówienie” na otwarcie politycznego sezonu jesienią 2010 r. Przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso, ale „orędzie o stanie Unii Europejskiej” (State of the Union speech). Nawiązując do kultury politycznej Stanów Zjednoczonych, szef Komisji Barroso chciał tym samym ściągnąć uwagę eurodeputowanych (miewających rankiem problemy z  frekwencją1) i  jednocześnie podkreślić własną pozycję w UE, atakowaną coraz odważniej przez Hermana Van Rompuya – Przewodniczącego Rady Europejskiej. Według kuluarowych informacji, ten drugi – sam miał ochotę na wygłoszenie orędzia, ale przegrał wewnętrzną rywalizację z Portugalczykiem, po czym nawet nie pojawił się na posiedzeniu... Wróćmy jednak do debaty z 2010 r., czym zaowocowały szumne zapowiedzi i 30-minutowe orędzie Barroso? Wieloma mądrymi i zaskakująco szczerymi uwagami na temat kondycji UE Barroso przedstawił przemyślaną, spójną wizję UE. Dziś z perspektywy czasu lepiej można ocenić jego determinację, gdyż plany, jakie przedstawił, w większości się zrealizowały. Według pierwotnych planów Konferencji Przewodniczących PE (Przewodniczący PE Jerzy Buzek wraz z przewodniczącymi grup politycznych) mających na celu zwiększenie zainteresowania posłów priorytetowymi debatami, absencja w czasie „orędzia” miała kosztować europosła utratę połowę dziennej diety. Decyzję – po licznych, krytycznych głosach ze strony eurodeputowanych – uchylono niemal w ostatniej chwili, ale groźby zadziałały – o 9:00 (7 września 2010 r.) sala była niemal pełna.

1

79


A mówił wtedy o: – walce z kryzysem gospodarczym: lepszy monitoring rynków, konsekwentna realizacja postanowień Paktu Stabilności i Wzrostu, dyscyplina finansowa rządów, walka z rajami podatkowymi, – pobudzaniu wzrostu gospodarczego: silny sektor finansowy, transparentność banków, – tworzeniu miejsc pracy wspomaganym np. poprzez europejski system informacji o wakatach EURES, – w ypracowywaniu spójnych stanowisk na arenie międzynarodowej w miejsce 27 różnych polityk krajowych. Barroso ponadto zadeklarował utrzymanie polityki spójności jako priorytetu nowego budżetu UE na lata 2014-2020 – co ucieszyło wtedy nas i polskie władze. Komisji zwykle zarzuca się bierność, przewagę deklaracji nad rzeczywistymi działaniami oraz uległość względem Paryża i  Berlina. Tym razem Barroso, kreśląc wizję możliwych zmian, postraszył nas na serio. „Zamiast rozwodzić się nad usterkami europejskiej konstrukcji, powinniśmy pomyśleć o spójności działań. (...) Nadeszła chwila prawdy dla UE. Popłyniemy razem albo utoniemy osobno”.

José Manuel Barroso – szef Komisji Europejskiej wygłasza orędzie o stanie UE w sesji plenarnej w Strasburgu, wrzesień 2010 r.

80


Czarna dziura podatkowa Oszustwa i uchylanie się od płacenia podatków w krajach członkowskich UE oszacowano na 1000 miliardów euro w skali roku1. To więcej niż nowy unijny budżet na 2014-2020! Gdyby pieniądze te zasiliły krajowe budżety zgodnie z prawem – cały skumulowany dług publiczny wszystkich państw UE zostałby spłacony w ciągu niespełna 9 lat. 2000 euro rocznie na unijnego obywatela umyka w szarej strefie lub trafia do rajów podatkowych. Czy jest szansa, by to zmienić? Jest, ale... Do tego niezbędna jest koordynacja systemów podatkowych i ścisła współpraca państw członkowskich w  tym zakresie. Parlament Europejski przedstawił 21 maja 2013 r. pakiet środków do walki z uchylaniem się od opodatkowania. Propozycja oparta jest na automatycznej wymianie informacji między administracjami fiskalnymi i wyłapaniu luk w europejskim systemie podatkowym. By zadziałała – niezbędne jest zniesienie tajemnicy bankowej, a nie wszystkie państwa się na to godzą. Austria i Luksemburg upierają się przy jej zachowaniu. Walka z rajami podatkowymi jest jednak możliwa. Na te istniejące w ramach UE możemy mieć bezpośredni wpływ, na pozostające poza Wspólnotą – pośredni, ale równie skuteczny. Na czym wic polega? Po pierwsze na stworzeniu europejskiej publicznej czarnej listy rajów podatkowych i określeniu odpowiednich sankcji dla banków współpracujących z nimi.

Dane na podstawie wyliczeń Heritage Foundation i Banku Światowego.

1

81


Na raje podatkowe zwane w naszej propozycji „systemami prawnymi znajdującymi się na czarnej liście” skutecznie zadziałać mogą m.in.: – zawieszenie lub wypowiedzenie obowiązujących, zawartych z nimi umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, – zakazanie udziału w przetargach publicznych do zamówień na towary i usługi w całej Unii, podobnie jak i dostępu zarówno do unijnej jak i państwowej pomocy, wszystkim przedsiębiorstwom mającym tamże swoje siedziby, – w prowadzenie nakazu oddzielnego ewidencjonowania i  kontrolowania zysków i strat każdej spółki holdingowej danego podmiotu prawnego UE, działającego w raju podatkowym, – zakazanie ustanawiania lub utrzymywania przez wszystkie instytucje finansowe UE i  doradców finansowych jakichkolwiek filii lub oddziałów w systemach prawnych z czarnej listy, – cofnięcie licencji europejskim instytucjom finansowym i doradcom finansowym, utrzymującym filie lub kontynuującym działalność w rajach podatkowych, – w prowadzenie specjalnej opłaty od wszystkich transakcji dokonywanych na rzecz lub z terytoriów z czarnej listy, – zniesienie pobierania podatku u źródła w przypadku podatników niebędących rezydentami raju podatkowego, – nieuznawanie w UE statusu prawnego spółek utworzonych w krajach z czarnej listy, – stosowanie barier taryfowych w handlu. Szara strefa najlepiej się ma w takich krajach jak: – Bułgaria, Rumunia, Litwa (30-36% straconych wpływów podatkowych w stosunku do ogólnych wpływów z podatków), – Łotwa, Cypr, Grecja, Polska, Malta, Włochy, Słowenia, Węgry (20-30% strat). Najgorzej szarej strefie jest w Luksemburgu i Austrii (poniżej 10%) i być może dlatego państwa te nie zamierzają niczego u siebie zmieniać? Ale na ich przykładzie widać też, że nie sama wysokość podatków powoduje ucieczki do rajów. W państwach o najwyższych podatkach w UE: Danii, Szwecji, Finlandii, Austrii, Niemczech, Luksemburgu - szara strefa jest stosunkowo mała (od 9-17% strat). Wychodzi na to, że „okazja czyni złodzieja”, czyli łatwość w dokonywaniu oszustw i ucieczkach podatkowych jest jej głównym motorem napędowym. Walce z uchylaniem się od płacenia podatków i rajami finansowymi powinno zatem towarzyszyć uzdrowienie własnych systemów podatkowych. 82


1,5 mln euro dla „dziecka” opóźnionych samolotów „Europejska Stolica Kultury” to dziś najbardziej rozpoznawalna inicjatywa Unii Europejskiej w dziedzinie kultury. Pomysł urodził się ponad ćwierć wieku temu. Grecka Minister Kultury Melina Mercouri oraz Jack Lang, jej francuski odpowiednik, czekali na swoje opóźnione samoloty na lotnisku w Atenach. Konwersując o wspólnych kulturalnych pasjach, Mercouri (wybitna aktorka) i Lang (znany z awangardowych decyzji, jak szklana piramida w  Luwrze) wymyślili projekt, który – poprzez serię całorocznych wydarzeń kulturalnych – zwracałby uwagę na wybrane „Miasto Kultury Europejskiej”. Dzięki ciekawemu programowi i dodatkowej promocji „Miasto” mogłoby wzmocnić swą rozpoznawalność na arenie międzynarodowej, odnosząc przy tym znaczne korzyści kulturalne, ekonomiczne i społeczne. Po 25 latach dzisiaj widać, że pomysł chwycił, a  tytuł Europejskiej Stolicy Kultury (ESK) jak magnes przyciąga rzesze kulturalnych, dodatkowych turystów. Przeciętny wzrost liczby wizyt miłośników kultury (overnight stays) w ESK wynosi 12% w porównaniu z okresem sprzed uzyskania tytułu. Liverpool w  2008 r. uzyskał rekordowy wynik (25% wzrostu liczby turystów). Sukces Europejskich Stolic Kultury, jako siły napędowej dla kreatywności, tworzenia nowych miejsc pracy, integracji społecznej, rewitalizacji oraz turystyki uczynił z projektu jedno z najbardziej uznawanych wydarzeń kulturalnych w Europie. Na przykładzie ESK gołym okiem widać, że inwestycje w kulturę przynoszą konkretne zyski. W  1985 r. pierwszym „Europejskim Miastem Kultury”, bo tak pierwotnie brzmiał tytuł, były Ateny, a  fajerwerki na Akropolu zapoczątkowały serię ambitnych programów kulturalnych zrealizowanych – jak dotąd – już w 48 miastach. 83


Źródłem finansowania projektów jest program Kultura i grant znany jako „Melina Mercouri Prize”. Początkowo ustanowiony na poziomie 500 tys. euro, obecnie wynosi 1,5 mln euro. Inwestując w infrastrukturę związaną z kulturą, kolejne państwa wykorzystują ponadto także unijne fundusze strukturalne oraz środki własne, na poziomie od 10 do 220 milionów euro. Największy sukces odnoszą ci, którzy starają się utrwalić wydarzenia z programu ESK jako część własnej, długotrwałej strategii kulturalnej – rozumianej jako ważny czynnik rozwoju regionalnego. W przypadku Lille w 2004 r., każde euro zainwestowane w projekt ESK przyniosło kolejnych 10 euro zysku dla lokalnej gospodarki miasta. To dowód na to, że kultura może odgrywać ważną rolę w polityce stabilnego wzrostu. Wraz z ustanowieniem Programu Kultura 2000 „Europejskie Miasta Kultury” przekształcono w „Europejskie Stolice Kultury”, dając dodatkowy impuls dla dalszego rozwoju współpracy kulturalnej miast i regionów. Rok 2000 wyjątkowo miał aż dziewięć „Stolic”, w tym także „przedakcesyjny” Kraków. Obecnie projekt przewiduje, że każdego roku jedno „nowe” i jedno „stare” państwo Unii będą dzielić ten tytuł. W 2013 r. Marsylia (Francja) i Koszyce (Słowacja). W 2014 r. Ryga (Łotwa) i Umeå (Szwecja). Następne stolice na 2015 r. to Pilzno (Czechy) i Mons (Belgia), na 2016 r. zaplanowano Donostia-San Sebastián (Hiszpania) i Wrocław (Polska).

Logo (polskiej) Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

84


O nominację do Europejskiej Stolicy Kultury (ESK) w 2016 ubiegało się aż 9 polskich miast: Białystok, Gdańsk, Lublin, Łódź, Poznań, Szczecin, Toruń, Warszawa i Wrocław. Wygrał ostatecznie mój rodzinny Wrocław, już posiadający bardzo bogatą ofertę kulturalną, co podkreśliło jeszcze hasło reklamowe „Wrocław – ponieważ to oczywiste”. Jak się okazało ta „oczywistość” dotarła też do międzynarodowych decydentów. Jak wygląda procedura wyboru ESK? Miasto-kandydat przygotowuje propozycję programu obchodów „Europejskiej Stolicy Kultury”. Program kulturalny musi spełniać warunki odpowiadające dwóm kategoriom, jakimi są: „Wymiar europejski” oraz „Miasto i obywatele”. Kandydujące miasta są oceniane przez 13-osobowe grono ekspertów wyłonionych z: Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, Rady Unii Europejskiej, Komitetu Regionów, Ministerstwa Kultury kraju członkowskiego oraz sześciu ekspertów „krajowych”. Nominowany kandydat jest znany na cztery lata przed rozpoczęciem obchodów. Europejskie Stolice Kultury: 1985: Ateny (Grecja), 1986: Florencja (Włochy), 1987: Amsterdam (Holandia), 1988: Berlin (Niemcy), 1989: Paryż (Francja), 1990: Glasgow (Wielka Brytania), 1991: Dublin (Irlandia), 1992: Madryt (Hiszpania), 1993: Antwerpia (Belgia), 1994: Lizbona (Portugalia), 1995: Luksemburg (Luksemburg), 1996: Kopenhaga (Dania), 1997: Tessaloniki (Grecja), 1998: Sztokholm (Szwecja), 1999: Weimar (Niemcy), 2000: Bergen (Norwegia), Bolonia (Włochy), Bruksela (Belgia), Helsinki (Finlandia), Kraków (Polska), Praga (Czechy), Rejkiawik (Islandia), Santiago de Compostela (Hiszpania), Avignon (Francja), 85


2001: Rotterdam (Holandia), Porto (Portugalia), 2002: Brugia (Belgia), Salamanka (Hiszpania), 2003: Graz (Austria), 2004: Genua (Włochy), Lille (Francja), 2005: Cork (Irlandia), 2006: Patras (Grecja), 2007: Sibiu (Rumunia), Luksemburg (Luksemburg), 2008: Liverpool (Wielka Brytania), Stavanger (Norwegia), 2009: Wilno (Litwa), Linz (Austria), 2010: Istambuł (Turcja), Essen nad Ruhrą (Niemcy), Pécs (Węgry). 2011: Turku (Finlandia), Tallinn (Estonia), 2012: Guimarães (Portugalia), Maribor (Słowenia), 2013: Marsylia (Francja), Koszyce (Słowacja), 2014: Umeå (Szwecja), Ryga (Łotwa), 2015: Mons (Belgia), Pilzno (Czechy), 2016: Wrocław (Polska), Donostia-San Sebastián (Hiszpania), 2017: Aarhus (Dania), Paphos (Cypr), 2018: Holandia, Malta, 2019: Włochy, Bułgaria. Więcej: www.ec.europa.eu/culture/our-programmes-and-actions/doc413_en.htm.

Logo (hiszpańskiej) Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

86


Ponad 30 lat negocjacji ...czyli jak rodził się europatent. Jednolity Patent Europejski to rewolucyjny projekt systemu ochrony własności przemysłowej, który miał umożliwić patentowanie wynalazków za pośrednictwem jednego zgłoszenia z zasięgiem na całą UE: tanio, łatwo i  szybko. Taka wspólnotowa ochrona miała poprzez innowacyjność i nowe technologie niekrępowane skomplikowanymi procedurami pobudzić skutecznie wzrost gospodarczy w  Unii. Miał być Wspólnotowy patent dla wszystkich państw członkowskich – ostatecznie przyjęto Jednolity Patent dla 25 krajów. 11 grudnia 2012 r. w na sesji plenarnej Strasburgu przegłosowaliśmy jego ostateczny kształt, w życie ma wejść w 2014 r.1 A mimo to dalej budzi kontrowersje... Rozważania nad jego „poczęciem” zaczęły się jeszcze w  gronie pierwszych 6 państw tworzących Wspólnotę. Po ponad trzech dekadach przymierzania się do stworzenia wspólnego systemu patentowego w  grudniu 2011 r. Parlament przyjął w końcu kompromisową propozycję tzw. Jednolitego Patentu, co zostało zresztą uznane za sukces polskiej prezydencji. Ze wspólnego kompromisu Rada (szefowie rządów) niespodziewanie wyrzuciła następnie trzy ważne artykuły. To bezprecedensowe zagranie spowodowało, że tekst stracił pierwotny sens2. Impas trwał rok, dopóki nie znaleziono sposobu na wprowadzenie usuniętego tekstu „tylnymi drzwiami”. W jego miejsce pojawił się nowy zapis określający kompetencje państw członkowskich w umowie międzynarodowej, a nie Porozumienie ustanawiające Trybunał Patentowy wchodzi w życie 1 stycznia 2014 roku lub po tym, jak ratyfikuje je co najmniej 13 państw stron porozumienia, pod warunkiem, że wśród nich znajdą się Wielka Brytania, Francja i Niemcy. Pozostałe patentowe projekty legislacyjne wejdą w życie wraz z porozumieniem międzynarodowym. 2 Chodziło o zapisy ustanawiające prawo do zapobiegania bezpośredniemu i pośredniemu wykorzystaniu wynalazku oraz niektórych ograniczeń patentu europejskiego. 1

87


Archiwum Europejskiego Biura Patentowego.

Lidia Geringer de Oedenberg w trakcie debaty w sprawie Wsp贸lnotowych Znak贸w Towarowych.

88


w akcie wspólnotowym z uwagi na to, że Hiszpania i Włochy nie wyraziły zgody na współpracę. Moc prawna zapisów została taka sama jak w poprzedniej propozycji. Pozostaje pytanie „po cośmy (przez kolejny rok) tę żabę jedli”? To już jest polityczna kwestia „poczucia sukcesu” – zarówno u kastrującego projekt brytyjskiego Premiera Davida Camerona, jak i tych, którzy przywrócili „chirurgicznie” operacyjność systemu. Wygrali prawie wszyscy. Jakie zyski przyniesie Jednolity Patent? Znacznie uprości dzisiejszy skomplikowany system oraz zmniejszy koszty opatentowania aż o 80%. Umożliwi ochronę wynalazków za pośrednictwem jednego zgłoszenia patentowego z zasięgiem na 25 krajów Unii3. Obecnie koszty uzyskania patentów w Unii są dziesięciokrotnie wyższe niż w USA. Dzięki Jednolitemu Patentowi mogą się zmniejszyć pięciokrotnie. Dotychczas wielu europejskich wynalazców nie stać było na tak drogą ochronę ich własności intelektualnej, zatem sprzedawali swoją myśl techniczną np. za ocean. Teraz „tani” patent ma szansę zwiększyć europejską konkurencyjność wobec patentów amerykańskich i japońskich. Jak było dotąd? Na ochronę prawną innowacyjności w Europie mogły sobie pozwolić głównie duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Wyglądało to tak: zainteresowani najpierw aplikowali do Europejskiego Biura Patentowego (EPO) w Monachium, po czym musieli dodatkowo zarejestrować patenty w  każdym państwie, w  którym ubiegali się o  ochronę prawną, oczywiście uiszczając za każdym razem stosowne opłaty. W sytuacji, gdy powstawał spór o prawa do patentu, trzeba było prowadzić jednocześnie sprawy przed wszystkimi krajowymi sądami, w każdym państwie osobno, co oczywiście także kosztowało. Skutkiem tych skomplikowanych i kosztownych procedur jest słaba konkurencyjność UE i mała ilość rejestrowanych patentów np. w Polsce. Proponowany system jednolitego patentu zapewnia wynalazcom możliwość wyboru pomiędzy dostępnymi rodzajami ochrony patentowej dostosowanymi do ich potrzeb. Unia Europejska niczego nie narzuca przedsiębiorcom, a jedynie oddaje w ich ręce nowe narzędzia ochrony patentowej – szybsze, tańsze, bezpieczniejsze niż dotąd. Każdy podmiot będzie mógł samodzielnie zdecydować, jakie rozwiązanie jest dla niego najkorzystniejsze i wybrać pomiędzy patentem krajowym, patentem europejskim obowiązującym w jednym lub w większej liczbie państw umawiających się w ramach konwencji o udzielaniu patentów europejskich, a obecnie tworzonym Patentem Jednolitym.

3

89


Dotychczasowe przepisy patentowe były w praktyce wysokim „podatkiem” nałożonym na innowacyjność. Jak będzie teraz? Każdy wynalazca będzie mógł zgłosić wniosek do Europejskiego Urzędu Patentowego o  objęcie jego wynalazku ochroną jednocześnie w  25 państwach należących do systemu. Wnioski należy składać w jednym z trzech języków: angielskim, francuskim lub niemieckim. To ograniczenie językowe bezpośrednio wpływa na potanienie patentu. Według Komisji Europejskiej dziś koszt uzyskania patentu europejskiego z walidacją dla 13 państw wynosi ok. 20 000 euro, z czego ok. 14 000 euro – to koszty tłumaczeń (dla porównania – koszt uzyskania patentu w USA wynosi ok. 1850 dolarów). Po wprowadzeniu Patentu Jednolitego obejmującego 25 partycypujących w nim państw członkowskich opłaty mogłyby wynosić ok. 5000 euro, z czego jedynie 10% obejmowałoby koszty tłumaczenia. Małym i średnim przedsiębiorcom, organizacjom non-profit, uniwersytetom oraz publicznym placówkom badawczym koszty tłumaczeń będą w  pełni zwracane. Również opłaty za odnowienie ochrony zostaną skalkulowane tak, aby uwzględnić możliwości małych firm. Dlaczego patent dla 25 a nie 27 państw? Pomysł Europejskiego Patentu rodził się latami i głównymi blokującymi zawsze byli Hiszpanie, domagający się tłumaczenia pełnej dokumentacji także na ich język, za nimi z tym samym postulatem pojawili się Włosi, a potem jeszcze inni… Narodowej językowej dumy nie dawało się przez 30 lat przezwyciężyć, a tymczasem i tak zdecydowana większość wniosków patentowych była składana w języku angielskim, a ponieważ najwięcej patentów jest w Niemczech i Francji, stąd „oszczędnościowo” zaproponowano tylko taki zestaw językowy. Chcąc wreszcie wyjść z impasu patentowego 12 państw zaproponowało, aby tylko chętni przystąpili do współpracy w tej dziedzinie, by problem przynajmniej częściowo rozwiązać. Pomysł okazał się zaraźliwy i spodobał się aż 25 krajom. Zrozumiano, że jeśli patent ma być tańszy, nie może być tłumaczony na wszystkie oficjalne języki UE. Wobec braku jednomyślnej akceptacji dla inicjatywy zastosowano tzw. wzmocnioną współpracę, czyli działanie w mniejszym eurogronie. 90


Wielokrotnie takie rozwiązanie okazywało się trafione, np. przy stworzeniu strefy Schengen czy strefy euro, w których uczestniczą tylko niektóre państwa UE. Hiszpania pod koniec negocjacji była nawet skłonna przystąpić do pakietu, pod warunkiem jednak, że będzie tylko jeden język – angielski. Możliwość „dopieczenia” w  ten sposób Francuzom i  Niemcom wynagradzała im brak hiszpańskiego. Ostatecznie jednak zostały proponowane wcześniej trzy języki, co Włochy „przebolały” i  dołączyły do inicjatywy, za to do blokującej Hiszpanii dołączyła niespodziewanie Polska, która negocjowała pakiet i uznała go nawet za sukces naszej Prezydencji... Jakie dostrzeżono zagrożenia? Polskie media policzyły „straty”, jakie poniesie nasza gospodarka. Ponieważ rejestrujemy bardzo mało wynalazków, ponoć „zabawa” nam się nie opłaca. Prawdą jest, że najwięcej wniosków patentowych pochodzi z Niemiec, Francji, USA i  Japonii, pytanie tylko, czy przeszkodą dla polskich wynalazców jest brak pomysłów czy pieniędzy na rejestrację patentów? Ponadto w dzisiejszych zglobalizowanych czasach ochrona prawna tylko na rodzimym rynku nie wystarcza, rozciągnięcie jej na rynek europejski wydaje się absolutnym minimum, o co zabiegają właściciele zaawansowanych technologii. Trzeba też mieć świadomość, że sprawa wspólnego patentu dla UE jest ściśle powiązana z samym dostępem do technologii, na którym Polsce przecież tak bardzo zależy. Łatwo można sobie wyobrazić, że posiadacze tychże wybiorą na miejsce inwestycji chętniej państwo, które będzie gwarantować europejskie standardy ochrony patentowej niż to, które będzie wyłączone z tego ekskluzywnego klubu. Jeżeli na poważnie traktujemy dyskusję o innowacyjności polskiej gospodarki, musimy myśleć długofalowo i nie możemy sami wyłączać się z możliwości, jaką daje wspólny dla całej Unii system patentowy. Gospodarka pozbawiona rozwijających się, innowacyjnych przedsiębiorstw będzie pracowała wolniej, brak interesujących pracodawców zniechęci mło91


dych i kreatywnych absolwentów, którzy poszukają zatrudnienia w  innych obszarach Unii, a  rynek zdominują zachodni giganci, którzy bez problemu będą w stanie pokonać „zastałe” polskie firmy. Więcej: www.europarl.europa.eu/plenary/pl/texts-adopted.html, www.europarl.europa.eu/ep-live/pl/plenary/search-by-date.

Siedziba Europejskiego Urzędu Patentowego w Monachium.

92


Akcja dla 80 milionów Europejczyków W XXI wieku wszyscy powinni mieć jednakowe szanse na dostęp do edukacji, informacji, kultury czy rozrywki. TAK. W teorii. W praktyce w Polsce długo zwlekano z dostrzeżeniem problemu wykluczenia osób niesłyszących czy niedosłyszących szczególnie przez misyjną, zatem płatną przez społeczeństwo – publiczną telewizję. Napisy dla osób niesłyszących i niedosłyszących to standard w BBC, u nas wyjątek pojawiający się w 8-10% programów w TVP. Analizując problem w skali UE postanowiłam zainicjować ideę podpisów – „subtitles” we wszystkich telewizjach publicznych w całej Wspólnocie. Trzy miesiące zajęło mi przekonywanie posłów z różnych grup politycznych do tej idei, w końcu moją propozycję Oświadczenia Pisemnego nr 99/2007 w sprawie wprowadzenia napisów do wszystkich programów telewizji publicznych w Unii Europejskiej poparło 427 eurodeputowanych, zaś sprawa decyzją PE z dnia 19 kwietnia 2008 r. powędrowała do rozpatrzenia do Komisji Europejskiej, do wszystkich rządów UE, także do polskiego Sejmu. Mając dokument w ręku postanowiłam zadziałać na polskim gruncie, przygotowując odpowiedni projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji, który w dniu 16 maja 2008 r. złożył poseł Janusz Krasoń. Po czym... zapadła cisza. Chociaż ustawę tę przerabiano na okrągło, to ten dokument powędrował do słynnej „zamrażarki” ówczesnego Marszałka Bronisława Komorowskiego. Na żaden z czterech listów w tej sprawie, wysyłanych przeze mnie na Wiejską w okresie od października 2008 r. do kwietnia 2010 r. pan Marszałek nie odpowiedział. O  tym „pisaniu na Berdyczów” informowałam kilkakrotnie na moim blogu, ale obecny Prezydent pozostawał głuchy nie tylko na moje apele, ale i wspierającego inicjatywę – Polskiego Związku Głuchych.

93


W tym czasie odbijana przez kolejne polityczne ekipy TVP S.A. sukcesywnie ograniczała i tak niewielką liczbę programów z napisami, tłumacząc się oszczędnościami. Dodam, że wprowadzanie napisów do „bieżącej produkcji telewizyjnej” w praktyce prawie nic nie kosztuje. O specyficznych metodach „subtitles” w  programach na żywo i  tych z  archiwów pisałam na blogu już wcześniej. Istnieją dobre, tanie i sprawdzone rozwiązania, choćby z BBC. Optymizmu sprawie dodał Komisarz ds. rynku wewnętrznego Michel Barnier, który bardzo pozytywnie zareagował na moją inicjatywę, ujmując ją w  kluczowym dokumencie „Single Market Act” („Akt Wspólnego Rynku”) opracowywanym wtedy w jego gabinecie. W międzyczasie po wymianie inspirującej korespondencji z prywatnymi stacjami telewizyjnymi okazało się, że są one skłonne – nawet bez legislacyjnego przymusu – wprowadzać napisy do swoich programów, dostrzegając potrzeby ważnych odbiorców, niedosłyszących, w tym nowy potencjał na rynku reklamowym. O widza warto zawalczyć. Napisy ułatwiają także naukę języków, wspomagają naukę czytania, pomagają walczyć z wtórnym analfabetyzmem coraz szerzej obecnym w Europie. Jeśli dotąd Sejm i TVP S.A. nie dostrzegą tych zysków same, nie będą miały wyboru i będą w przyszłości musiały implementować unijne prawo. To dobra wiadomość dla 80 milionów niesłyszących i niedosłyszących osób w Europie, w tym dla ok. trzech milionów polskich obywateli. Więcej: www.euractiv.com/en/priorities/barnier-finalising-draft-eu-single-market-act-news497404.

94


Milion europodpisów na Prima Aprilis… Choć data 1 kwietnia 2012 r. skłaniała do żartów, to działającą od tamtejszego „Prima Aprilisa” Europejską Inicjatywą Obywatelską (EIO) należy potraktować całkowicie poważnie. Nowe, wspólnotowe obywatelskie narzędzie legislacyjne1, ustanowione przez Traktat Lizboński – działa! Propozycje zgłaszane za pośrednictwem EIO mogą dotyczyć dziedzin, w których Komisja Europejska (KE) ma prawo proponować nowe regulacje, czyli np. rynku, środowiska naturalnego, rolnictwa czy transportu. Jeśli inicjatorzy zbiorą milion podpisów poparcia, KE będzie musiała zająć się problemem i przygotować odpowiedni projekt legislacyjny. Korzystanie z  EIO nie jest specjalnie skomplikowane. Potrzebna jest grupa co najmniej siedmiu obywateli pochodzących z siedmiu różnych krajów UE, która musi zarejestrować swoją inicjatywę na specjalnej stronie internetowej KE. Od tego momentu Komisja w  dwa miesiące musi ocenić, czy propozycja spełnia obowiązujące wymagania, co oszczędzi obywatelom czasu i fatygi przy zbieraniu podpisów, jeśli pomysł wykracza poza kompetencje określone dla tego narzędzia. Należy pamiętać, że w  ten sposób nie można zmieniać unijnych Traktatów, czy zmieniać praw leżących w  wyłącznych kompetencjach parlamentów narodowych, czyli np. dotyczącego eutanazji czy aborcji. Jeśli rejestracja inicjatywy zostanie potwierdzona, komitet może zacząć zbierać podpisy poparcia – co najmniej milion i nie dłużej niż przez rok. Osoby popierające projekt muszą mieszkać w co najmniej siedmiu różnych krajach Traktat Lizboński wprowadził nową formę udziału społeczeństwa w kształtowaniu polityki UE – Europejską Inicjatywę Obywatelską. Zgodnie z jego postanowieniami na wniosek Komisji Europejskiej – Parlament Europejski i Rada przyjęły rozporządzenie, które określa zasady użycia tego nowego instrumentu oraz procedury z nim związane (Rozporządzenie UE nr 211/2011 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 16 lutego 2011 r. w sprawie inicjatywy obywatelskiej).

1

95


Posiedzenie Komisji Spraw Konstytucyjnych w Brukseli. Debata nad Europejską Inicjatywą Obywatelską, 30 października 2010 r.

Publiczne wysłuchanie projektu Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej „Prawo do wody”, 17 lutego 2014 r.

96


UE. Podpisy można zbierać również za pośrednictwem Internetu. Komisja Europejska udostępniła nawet w tym celu specjalne oprogramowanie. Gdy pod pomysłem uda się zebrać wymagane poparcie, Komisja Europejska musi w  trzy miesiące go przeanalizować i  podjąć odpowiednie kroki, czyli przedstawić projekt adekwatnego aktu prawnego, czy też rozpocząć badania zjawiska czy problemu. Jakąkolwiek decyzję Komisja podejmie, jej powody musi publicznie wyjaśnić. Propozycje zmian prawnych wynikających z EIO następnie trafią pod obrady Rady i Parlamentu Europejskiego. Po ich zatwierdzeniu przez oba organy – staną się obowiązujące. Kto przede wszystkim skorzysta na EIO? Społecznie aktywni. Moim zdaniem inicjatywa będzie głównie narzędziem dla obywateli działających w organizacjach pozarządowych. Sądząc po odsetku Polaków zrzeszonych w takowych, nie przewiduję w naszym kraju wielkiego nią zainteresowania. Przykładowo w czerwcu 2009 r. prawie 80% naszego społeczeństwa miało ciekawsze zajęcia niż udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, trudno spodziewać się więc, aby nagle zapałało wielką chęcią współuczestniczenia w tworzeniu praw dla Europejczyków. Mimo tego chciałabym tę garstkę aktywnych Polaków poinformować, jak się za ten nowy instrument tworzenia europejskiego prawa zabrać i zastosować w praktyce. Czy łatwo zebrać milion podpisów? Jak na ponad 500-milionową Zjednoczoną Europę i siłę Internetu – to pestka. Czy siedem krajów to dużo? Na 28-państwową rodzinę – mało, ale wystarczająco, by uchronić UE przed „mocarstwowymi” pomysłami tylko z największych krajów lub inicjatywami ważnymi np. tylko dla „południowców” itp. Pomysł musi odpowiadać obywatelom z różnych krajów i być propozycją regulacji, która Europejczykom ułatwi życie. Wniosek z  milionem podpisów wywrze na Komisji Europejskiej formalny obowiązek przeprowadzania badań jego wykonalności i terminu podjęcia decyzji prowadzącej do przygotowania nowej lub zmiany istniejącej legislacji. By zapobiec ewentualnym malwersacjom, każdy podpisujący petycję będzie musiał podać swój adres domowy, datę urodzenia, narodowość, numer osobi97


stego dokumentu identyfikacyjnego (dowodu osobistego lub paszportu lub nr ubezpieczenia, w zależności od kraju). Organizatorzy akcji będą zobligowani podać, kto konkretną akcję finansuje. Czy Lizbońska nowość będzie się cieszyła szerokim zainteresowaniem? Zobaczymy. W poprzedzających jej wprowadzenie konsultacjach publicznych w całej UE wzięło udział zaledwie 323 respondentów, w tym 159 osób indywidualnych, 133 organizacje i 31 instytucji publicznych. Wynik pokazał, że nowy instrument wymaga przede wszystkim... promocji. Tym niemniej w  pierwszych kilkunastu miesiącach od wejścia w życie EIO, złożono 24 propozycje, z czego 14 zostało uznanych za dopuszczalne, 10 odrzucono, ponieważ wykraczały poza kompetencje UE, nie uzyskały wystarczającego poparcia, bądź nie spełniły innych warunków2. Przewodniki po inicjatywie: www.ec.europa.eu/citizens-initiative/public/guide www.ec.europa.eu/dgs/secretariat_general/citizens_initiative/index_pl.htm www.europarl.europa.eu/news/en/pressroom/content/20101209BKG08308/html/ Q-A-on-the-citizens Stan na 15 stycznia 2014 r.

2

Strona internetowa Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej: www.ec.europa.eu/citizens-initiative/public/welcome.

98


Euroładowarka i inne „ciasteczka” Jesteśmy zaledwie od dekady w Unii, a już sobie nie wyobrażamy życia: – bez płynnego przekraczania granic (przez lata normą było stanie w wielogodzinnych kolejkach), – bez możliwości legalnej pracy „na zachodzie” (wcześniej standardem była praca na czarno, bez zabezpieczeń socjalnych), – bez studiowania na dowolnej europejskiej uczelni (o Sorbonie, Cambridge czy Oxfordzie można było sobie tylko pomarzyć), – bez wielomilionowych dotacji na drogi, mosty, rozwój regionów (własnych pieniędzy nigdy nam nie starczało, a  autostrady i  obwodnice blakły wraz z papierem, na którym je narysowano). Czas szybko płynie. Te „torty” już jemy. Poniżej kilka innych wybranych „ciasteczek”, czyli pożytecznych przykładów ułatwiania życia unijnym obywatelom. Jednym z nich jest np. wprowadzenie na wspólny rynek uniwersalnej ładowarki do telefonów komórkowych. Komisja Europejska wezwała czołowych producentów telefonów do podjęcia dobrowolnego zobowiązania w tej sprawie. I... okazało się, że – bez mnożenia europrzepisów – 14 największych producentów telefonów komórkowych1 podpisało specjalny Protokół ustaleń w tej sprawie. Dokument zobowiązuje branżę do zapewnienia kompatybilności ładowarek w oparciu o złącze Micro-USB. Od tej pory zmiana telefonu nie wymaga już za każdym razem zakupu nowej ładowarki. Jej jeden uniwersalny model jest ogromnym ułatwieniem w codziennym życiu i przyczynia się też do zmniejszenia ilości odpadów elektronicznych. Sygnatariusze Protokołu: Apple, Emblaze Mobile, Huawei Technologies, LG, Motorola Mobility, NEC, Nokia, Qualcomm, Research In Motion (RIM), Samsung, Sony Ericsson, TCT Mobile (telefony komórkowe ALCATEL), Texas Instruments oraz Atmel.

1

99


Następny przykład działań UE na rzecz obywateli to poszerzenie praw pasażerów. Dotąd tylko podróżujący samolotem byli odpowiednio prawnie chronieni, następnie przyszedł czas na podróżujących koleją bądź statkiem. Na terenie UE wszyscy pasażerowie mają obecnie zagwarantowane prawa do: informacji w przypadku opóźnień, gwarantowanej opieki dla osób o ograniczonej sprawności ruchowej, odszkodowania z tytułu opóźnienia, wypadków czy zagubionego bagażu. Warto pamiętać o naszych prawach do podróżowania w komforcie2. Niezwykle ważną kwestią podjętą przez UE było również zwiększenie ochrony dzieci, w  szczególności w  Internecie. Przykładem jest unijny program „Bezpieczny Internet”3, który ma przyczynić się do zwalczania cyberprzemocy, chronić dzieci przed szkodliwymi treściami i innymi zagrożeniami, które mogą je spotkać w sieci. Według unijnych statystyk 10-20% europejskich dzieci pada ofiarą wykorzystywania seksualnego4, dlatego Komisja Europejska wystąpiła z wnioskiem o zaostrzenie kar za przestępstwa seksualne wobec dzieci i szerzenie dziecięcej pornografii oraz bardziej efektywnych metod wykrywania przestępców. To tylko kilka z wybranych inicjatyw podejmowanych przez Unię, w trosce o lepsze życie obywateli. Zachęcam do samodzielnego zapoznawania się z innymi inicjatywami.

Twoje prawa jako pasażera w ruchu kolejowym: www.ec.europa.eu/transport/passenger-rights/pl/13-rail.html. Polecam linki: www.ec.europa.eu/information_society/activities/sip/policy/programme/index_en.htm www.ec.europa.eu/transport/passenger-rights/pl/13-rail.html www.ec.europa.eu/news/justice/110217_pl.htm www.ec.europa.eu/snapshot/index_pl.htm 4 Warto zajrzeć: www.ec.europa.eu/news/justice/100329_pl.htm 2

3

100


Europeana – dzisiejsza biblioteka aleksandryjska Zaraz po hucznej inauguracji największej wirtualnej biblioteki w UE – Europeany – w dniu 20 listopada 2008 r. serwery „zagotowały się” i wstęp się zablokował... Porażka? Nie, sukces. Aż 15 mln użytkowników w ciągu pierwszych godzin funkcjonowania serwisu chciało się dostać do wspólnotowych, kulturalnych plików. Pęd do kultury godny pochwały, trzeba było niemal miesiąca, by odblokować dostęp tak pożądanych treści. Europa kulturą stoi...

Lidia Geringer de Oedenberg z Androullą Vassilou – Komisarz ds. edukacji, kultury, wielojęzyczności, sportu i młodzieży.

101


Digitalizacja dóbr kultury nie przebiegła tak płynnie, jak zakładano.

Europeana stanowi część rozpoczętego w 2005 r. unijnego projektu „Biblioteki cyfrowe”, którego celem była promocja i udostępnianie europejskiego dorobku kulturalnego w Internecie. Europeana umożliwia bezpośrednie przeszukiwanie zbiorów należących do różnych instytucji (bibliotek, archiwów itp.), oprócz skanów książek, czasopism, rękopisów, zdjęć i map, zawiera także nagrania dźwiękowe i wideo. Obecnie w bazie znajduje się prawie 20 mln plików. Najwięcej pochodzi z Francji oraz z Wielkiej Brytanii, pozostałe kraje członkowskie zapewniają zaledwie po kilka procent „wkładu własnego”, czyli tyle, na ile je stać. Digitalizacja dorobku kulturalnego kosztuje. Każde państwo za pośrednictwem własnych instytucji kulturalnych (np. Biblioteka Narodowa w Polsce) decyduje we własnym zakresie, co chce umieścić w Europeanie. Zdigitalizowany materiał wysyła się do bazy, gdzie pracownicy Europeany sprawdzają nadsyłane pliki i przygotowują do nich odpowiednie oznaczenia (tagi), ułatwiające wyszukiwanie plików w serwisie. Przykładowo, skany rękopisów preludiów Chopina mają tagi: „Cho102


pin”, „Szopen”, „preludium” itp. Zespół Europeany pełni funkcję koordynacyjno-kontrolną, samemu nie można niczego zamieścić w serwisie. W odróżnieniu od podobnego projektu Google Books, Europeana jest projektem niekomercyjnym i całkowicie bezpłatnym. Cechują ją też bardziej ambitne założenia: w serwisie można napotkać prawdziwe „perełki” np. średniowieczne manuskrypty, „Don Kichota” wydanego w 1605 r., rękopisy symfonii Beethovena – czego Google nie wyszuka. Ponadto każdy wpis do bazy Europeany odbywa się za przyzwoleniem autora lub właściciela praw autorskich, nic nie jest skanowane ani zamieszczane bez odpowiedniej zgody (co w przypadku Google Books różnie wygląda). Digitalizacja naszych dóbr kultury nie przebiega jednak tak płynnie, jak zakładano. Problem leży w tym, że każdy kraj sam płaci za digitalizację, co kosztuje, trzeba bowiem zapłacić pracownikom muzeów i bibliotek za skanowanie i  wysyłanie plików. Część kosztów można pokryć za pośrednictwem funduszy strukturalnych. Bardzo pozytywnym przykładem jest ambitna Słowacja, która stworzyła specjalne „centrum digitalizacji”, gdzie roboty (szybko i tanio) przewracają kartki w skanowanych książkach, dzięki czemu słowacki zbiór w Europeanie systematycznie szybko rośnie. Inne kraje udostępniają tylko to, co mają niejako „przy okazji” zasilając europejską cyfrową bibliotekę. Dobrowolność uczestnictwa w  projekcie w  wielu przypadkach oznacza też bierność państw członkowskich. Co więcej, uznaniowość w  wyborze dokumentów czy dzieł leżąca w gestii instytucji kultury, prowadzi do niespójności zasobów, w których znajduje się to, co akurat zeskanowano, a niekoniecznie to, co naprawdę jest ważne. Przykładowo, początkowo w bazie nie było dzieł Goethego w oryginale, po niemiecku, ale można je było za to przeczytać po... polsku. Zajrzyj do Biblioteki: www.europeana.eu.

103


Facebook wie wszystko na temat nawyków czy upodobań swoich użytkowników.

104


Wielki Brat w kieszeni, samochodzie, lodówce... Lodówka wysyła nam maila z informacją, że nie mamy mleka, a jogurt waniliowy właśnie się przeterminował. W niedalekiej przyszłości urządzenia domowe za pośrednictwem Internetu będą się z  nami w  ten sposób komunikować, co więcej – będą też wymieniać informacje między sobą, bez udziału człowieka. Brzmi jak science fiction? Nie, w  niektórych dziedzinach to już tak działa. Parlament Europejski przygotował specjalne sprawozdanie w sprawie perspektyw rozwoju sieci, łączącej m.in samochody, urządzenia AGD i  produkty na sklepowych półkach. Komunikacja między urządzeniami zwana M2M (maszyna-maszyna) staje się coraz bardziej powszechna za sprawą dostępnych aplikacji, a napędza ją zainteresowanie ze strony rynku konsumentów. Podłączone do sieci sprzęty dysponują nowymi funkcjami, z których zastosowań nie zdajemy sobie do końca sprawy. A zgoda na ich użycie to zezwolenie na przesyłanie naszych danych. Komisja Europejska przedstawiła już nawet plan działania, pozwalający przygotować unijne przepisy do nadchodzącej nowej ery sprzęto-komunikacji. Internet urządzeń To nowe zastosowanie technologii internetowych w rozmaitych sprzętach, które w  najbliższych dziesięciu piętnastu latach stanie się codziennością. Pralka i zmywarka skomunikują się ze sobą dzięki standardowi RFID (radio frequency identification) technologii otrzymywania i  przekazywania informacji drogą bezprzewodową i  wyślą nam sygnał o  twardości wody, z  którą muszą się zmagać, czy niezbędnych środkach ją zmiękczających. Parę układów scalonych z antenką, posiadających zdolność do przechowywania wielu informacji i  ich przekazywania drogą radiową na niewielkie odległości będzie w  każdym nowym urządzeniu w  naszym mieszkaniu, naszym życiu. 105


Przykładowo w sektorze rolno-spożywczym RFID pozwoli szybko i efektywnie śledzić produkty i pozyskiwać informacje o ich miejscu przechowywania, składzie chemicznym, poziomie glutenu itp. Przekaz naszych danych już odbywa się praktycznie wszędzie. Jeśli zsynchronizujesz swojego smartfona z  samochodowym radiem, by słuchać w  czasie jazdy zapisanej w nim muzyki – przesyłasz nie tylko ulubione piosenki. Nieświadomie udostępniasz wszystkie swoje dane ze smartfona (zapisane odtąd w pamięci radia) mechanikowi samochodowemu, który jeśli zechce będzie je mógł odtworzyć z naszego odbiornika podczas naprawy samochodu. Czujniki poboru prądu mające optymalizować jego dostawę, zainstalowane w naszym mieszkaniu przekazują tak szczegółowe dane, że można nie tylko stwierdzić, czy jesteś w  domu, ale nawet który program oglądasz i  czy masz włączony alarm. Szpieg zwany SIM Karty SIM są nie tylko w naszych telefonach komórkowych czy smartfonach. Są umieszczane np. w tabletach, konsolach do gier, kamerach, samochodach przekazując różne informacje za pośrednictwem sieci telefonii komórkowej. Także dystrybutory napojów posiadają karty SIM, wysyłające dostawcom informacje na temat stanu zużycia produktów, by ci uzupełnili je na czas. Terminale płatności z kartą SIM pozwalają płacić kartą płatniczą w naszym domu np. za dostawę mebli. Firmy transportowe od dawna “szpiegują” w ten sposób swoje samochody, uzyskując za pośrednictwem karty dane o realnym czasie przemieszczania się pojazdów, miejscu, w jakim znajdują się w danej chwili, trasie jaką pokonały, ciśnieniu w oponach, czy ilości postojów po drodze. Urządzenia te są legalne, o ile pracownicy o nich wiedzą. Przykładowo Trancis, belgijska firma transportowa stosuje ten system od lat, zarządzając z sukcesem flotą swoich samochodów w całej Europie. Kolejny przykład – inteligentne samochody same wzywają pomoc w razie wypadku, potrafią się zdezaktywować w razie kradzieży. Takie auta już istnieją, są to Touareg VW. W Belgii kilkanaście tysięcy samochodów posiada już taki system. Inne urządzenia „donoszące” o naszych danych prosto z samochodu to powszechna już nawigacja GPS wykorzystująca technologię M2M, aktualizując podawane nam informacje na bieżąco np. uwzględniając aktualny ruch drogowy. W samochodach Renault nawigacja „Tom Tom live” dostępna jest w standarcie w 50% nowych Clio i 90% nowych Scenic. Karta SIM zbiera też informacje dotyczące innych parametrów samochodu, a wszystko co za106


wiera komputer pokładowy może być przekazywane dalej – kilometraż, poziom oleju, benzyny i wiele innych. Dane te pozwolą producentowi dokonać diagnostyki samochodu na odległość i zaproponować kierowcy rozwiązania ad hoc. Firma Renault opracowała już ofertę handlową dla swoich klientów, którym po przekroczeniu pewnej ilości kilometrów, np. zaproponuje przegląd i to w najbliższym dostępnym warsztacie. Oczywiście za wcześniejszą zgodą klienta. Amazon w rodzinie Wielkiego Brata Specjalność Amazona to nie sprzedaż książek, jak by się mogło wydawać, ale zbieranie informacji. Podobnie zresztą jak wielu innych wirtualnych platform typu Facebook czy Google. Wirtualny sklep Amazon gromadzi niewyobrażalnie dużą ilość cennych danych związanych z  przyzwyczajeniami i preferencjami zakupowymi swoich klientów. Amazon śledzi nawet odwiedzających stronę, którzy niczego nie kupili. Firma jest liderem monitoringu. Ma też swoich pomocników jak Kindle. W  warunkach ogólnych licencji, którą klient musi zaakceptować, Kindle jasno wskazuje, że jego oprogramowanie dostarcza Amazonowi różnorakie informacje, nawet o ostatniej przeczytanej stronie, prędkości, z jaką czyta się książkę czy zawartości archiwów. Podobnie jak inni uczestnicy rynku książek elektronicznych Kobo czy Barnes&Nobles – Amazon wie wszystko na temat nawyków, czy upodobań użytkowników aplikacji Kindle. W czasie rzeczywistym za sprawą elektronicznego czytnika wyposażonego w swoisty system kontrolny z kartą SIM (o czym wielu użytkowników nie wie, bo nie płacą swojemu operatowi za połączenie wyręczeni przez Amazon) Kindle 3G zbiera swe cenne dane. 1,6 mld szpiegów na świecie Tyle według oficjalnych szacunków istnieje różnych sprzętów włączonych do sieci. W małej Belgii – gdzie mieszkam – według „Le Soir” naliczono ich ok. 7 mln. Komunikujące się maszyny to najlepsi klienci dla operatorów telefonicznych i choć to nie jest ich sztandarowa usługa, to okazuje się być najbardziej opłacalna. Każde połączenie generuje około 15% opłat płynących do operatora. Na każde 10 euro wygenerowanych przez podłączone urządzenie operator dostaje 1,5 euro. Szpieg w kawie By zwiększyć swoje dochody operatorzy preferują dziedziny generujące przepływ dużej ilości danych jak sektor samochodowy czy elektroniczny, ale np. Orange podpisało umowę z  Nespresso. Firma wyposaża swoje ekspresy do kawy w karty SIM połączone z Orange, by mieć informacje na temat stanu 107


filtrów, pomp itp. W przypadku wykrytej awarii Nespresso nawiąże bezpośredni kontakt z klientem. Czujniki pozwolą również kontrolować godzinę, ilość oraz rodzaj konsumowanej kawy... Szpiegowski odkurzacz Samsung wprowadził na rynek inteligentny odkurzacz, który sam „zamawia” online filtry i inne akcesoria. Podobne innowacje dotyczą także naszego zdrowia. Grupa Sorin opracowała wspólnie z Orange czytniki pulsu, wysyłające samodzielnie do lekarza dane dotyczące kondycji kardiologicznej pacjenta, pozwalając na ograniczenie ilości jego wizyt. Inne aplikacje oparte na idei „dobrego samopoczucia” także już istnieją: choćby bransoletki firmy Fitbit mierzące przebyte kilometry, pokonane na schodach stopnie, spalone kalorie czy jakość naszego snu. Inteligentne miasto Operatorzy telefonii marzą o  stworzeniu „połączonych” miast, w  których wszystkie elementy znajdujące się w przestrzeni publicznej współgrałyby ze sobą: transport publiczny, oświetlenie, kamery, wywóz śmieci, sygnalizacja świetlna itp., co mogłoby się przyczynić do poprawy efektywności energetycznej transportu i zmniejszenia zanieczyszczeń. Przykładowo nowa technologia pozwoliłaby uniknąć korków poprzez dopasowaną do ruchu zmianę świateł. Połączenie wszystkich danych zebranych przez „inteligentne” miasta umożliwiłoby zarządzanie w  czasie rzeczywistym całością przestrzeni miejskiej. Dzięki tym super połączeniom np. ambulans mógłby „ustawiać” światła sygnalizacyjne na zielone na całości trasy swojego przejazdu, a pacjent po ataku serca, byłby „obserwowany” non stop przez swojego lekarza, dzięki układowi wszczepionemu pod skórę. W ten sposób można by kontrolować wiele funkcji czy objawów naszego organizmu i zapobiegać chorobom. Pomysły brzmią obiecująco, choć nie mamy jeszcze wyników badań wpływu fal radiowych (za pomocą których te urządzenia się porozumiewają) na ludzkie zdrowie. Internet urządzeń czysta wygoda dla europejskich konsumentów? Technologia daje niezliczone możliwości aplikacji służących naszemu komfortowi i  biznesowi, ale nie pozostaje bez wpływu na prawa podstawowe obywateli. Firmy i osoby korzystające z tych rozwiązań otrzymują dostęp do informacji na temat naszego życia prywatnego. Sprawą otwartą i  kluczową pozostaje kwestia zarządzania wszystkimi tymi danymi. Sposób, w jaki będą gromadzone i wykorzystywane, nie tylko z punktu widzenia przedsiębiorstw, które będą się tym zajmować, ale i osób trzecich, którym dane mogłyby być sprzedawane. 108


Jak chronić naszą prywatność w Internecie? Szpiegująca lodówka nas trochę przeraża, ale nie widzimy nic złego w dzieleniu się „wszystkim” z bliskimi i znajomymi w Internecie. Umieszczamy nasze zdjęcia, komentarze na temat pracy czy osobistego życia na forach społecznościowych, czasami podając nawet swój adres czy telefon. Z  najnowszych danych Eurobarometru wynika, że 74% Europejczyków uznaje ujawnianie informacji o sobie w Internecie za część obecnego życia. Aż 67% badanych nie wie, że w krajach UE są urzędy odpowiedzialne za ochronę danych (w Polsce – GIODO). Czy potrzeba zatem chronić nas przed... nami samymi? Art 16. Traktatu o Funkcjonowaniu UE gwarantuje wszystkim obywatelom prawo do ochrony ich danych osobowych. Obecnie obowiązująca dyrektywa o  ochronie danych została przyjęta w  1995 r. w  „epoce przedinternetowej” i pilnie potrzebowała nowelizacji, by gwarantować głównie ochronę Internautów bez jednoczesnego naruszania prawa do prywatności. Na stole negocjacyjnym leżą obecnie dyrektywa i rozporządzenie – dwie propozycje nowych regulacji dotyczących ochrony danych rozpatrywane jako pakiet. Zdaniem polskiego Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych Wojciecha Rafała Wiewiórowskiego wszystko cokolwiek zostanie zaproponowane w  dyrektywie odnośnie funkcji kontrolnych nad danymi zbieranymi i przetwarzanymi przez organy państwowe tj. policję i służby będzie lepszym rozwiązaniem niż to, które dziś istnieje w Polsce, gdzie nikt takiej zewnętrznej niezależnej kontroli nie sprawuje. Hm... Pracując w  Komisji Prawnej, gdzie opiniujemy wspomniane dokumenty, główne zagrożenia upatruję przede wszystkim w definicjach użytych w tych dokumentach. Prawo do ochrony naszych danych jest prawem podstawowym, które jedynie w wyjątkowych sytuacjach może być ograniczane przez inne regulacje np. w celu walki z terroryzmem, utrzymania bezpieczeństwa narodowego. Filarem proponowanego tekstu są: definicja „zgody na przetwarzanie naszych danych”, która musi być obwarowana pewnymi zabezpieczeniami oraz definicja „uzasadnionego interesu administratora danych” – dziś często nadinterpretowana przez korporacje. W  propozycji Komisji Europejskiej pojawia się też nowy termin „prawa do bycia zapomnianym”, którego wprowadzenia chce aż trzy czwarte Europejczyków.

109


Protest w Parlamencie Europejskim przeciwko porozumieniu w sprawie SWIFT.

110


SWIFT – oko Wielkiego Brata? Bomba SWIFT „wybuchła” 23 października 2013 r. Po atakach terrorystycznych na WTC z 11 września 2001 r. i późniejszych zamachach w Madrycie w 2004 r. i w Londynie w 2005 r. Stany Zjednoczone zawarły umowę z Unią Europejską o przetwarzaniu i przekazywaniu danych z komunikatów finansowych do celów „Programu śledzenia środków finansowych należących do terrorystów”. Porozumienie (Terrorist Finance Tracking Programme) zwane w skrócie TFTP weszło w życie w sierpniu 2010 r., zobowiązując Unię do przekazywania niektórych danych ze Stowarzyszenia na rzecz Światowej Międzybankowej Telekomunikacji Finansowej – (Society for Worldwide Interbank Financial Telecommunication) – SWIFT do Departamentu Skarbu USA. 23 października 2013 r. jako Parlament Europejski wycofaliśmy swoje poparcie dla powyższej umowy, uważając, że konta bankowe obywateli UE muszą być chronione przed... nielegalnym pobieraniem z nich informacji przez NSA1. Belgijska firma SWIFT przechowuje dane z 8000 banków i działa w 200 krajach. Z uwagi na dużą ilość danych osobowych przechowywanych w tym systemie jako parlamentarzyści nigdy nie czuliśmy się komfortowo z tą umową, co pokazaliśmy, odrzucając jej pierwotny projekt, mimo silnego lobbyingu ze strony Stanów Zjednoczonych i obecności w PE samej Hillary Clinton. Zaakceptowaliśmy dopiero drugi projekt, który kładł większy nacisk na ochronę danych. W ciągu ostatnich miesięcy SWIFT powrócił do porządku obrad parlamentarnych, po ukazaniu się informacji sugerujących, że NSA może mieć dostęp do NSA – National Security Agency, amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego.

1

111


danych bankowych SWIFT poza tymi uzgodnionymi w ramach umowy TFTP. Komisja Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych wszczęła śledztwo w sprawie masowej inwigilacji obywateli UE (czego nie rozpoczęło żadne z państw UE), w celu zweryfikowania oskarżeń i przeprowadzenia pełnego technicznego dochodzenia, czy i jak USA miały nieautoryzowany dostęp lub stworzyły „tylne drzwi” umożliwiające dostęp do serwerów SWIFT. Jeżeli te informacje potwierdzą się, naruszenie umowy będzie miało szersze konsekwencje dla stosunków UE – USA i będzie wymagało zdecydowanych działań z naszej strony. Chociaż nie ma twardych dowodów na to, że warunki umowy TFTP zostały naruszone, posłowie z  grup politycznych Socjalistów i Demokratów, Liberałów oraz Zielonych, uzyskali większość dla rezolucji PE, zwracając się tym samym do Komisji Europejskiej o wszczęcie procesu zawieszającego umowę TFTP, do momentu, kiedy właściwe i niezależne dochodzenie zostanie przeprowadzone w tej sprawie. Choć Parlament Europejski nie ma formalnych uprawnień do jednostronnego zerwania umowy, może jednak wycofać swoje poparcie dla niej, zmuszając Komisję do działania. A ponieważ w PE jesteśmy obecnie współprawodawcami, poparcie Parlamentu jest konieczne do przyjęcia przyszłych umów międzynarodowych np. umowy o wolnym handlu z USA, dlatego uważamy, że Rada i Komisja szybko zareagują w tej sprawie. Po wybuchu skandalu z PRISM2, okazało się, że NSA inwigiluje wszystkich, nawet politycznych przyjaciół USA. Komórka Kanclerz Angeli Merkel jak i francuskiego Prezydenta Francois Hollande’a były na amerykańskim podsłuchu... PRISM – tajny amerykański program szpiegowski stosowany przez NSA w Stanach Zjednoczonych.

2

Wizyta amerykańskiej Sekretarz Stanu – Hillary Clinton w Parlamencie Europejskim.

112


eCall ratuje życie Od 2015 r. w momencie wykrycia przez czujniki zainstalowane w samochodzie anomalii znamionujących poważny wypadek specjalne urządzenie poprzez sieć komórkową automatycznie przekaże służbom ratowniczym w UE na numer alarmowy 112 informację o lokalizacji pojazdu. System będzie mógł być również uruchomiony ręcznie przez naciśnięcie przycisku we wnętrzu auta. Opcja zapewni natychmiastową interwencję służb ratowniczych w najkrótszym możliwym czasie.

Europejski Numer Ratunkowy – 112.

113


Jak wynika z przeprowadzonych badań, poszkodowani lub świadkowie wypadków zwykle z opóźnieniem dzwonią na numer ratunkowy, a czas dotarcia na miejsce wypadku często decyduje o życiu ofiar wypadku. Szacuje się, że dzięki eCall skróci się on o 40% w obszarach zabudowanych i nawet o połowę w pozamiejskich. To oznacza w UE rocznie nawet o 2500 ofiar śmiertelnych mniej oraz w przypadku rannych zmniejszenie skali obrażeń i urazów psychicznych o dziesiątki tysięcy przypadków. System eCall powinien osiągnąć do 2015 r. pełną funkcjonalność we wszystkich państwach Unii Europejskiej, a także w Norwegii, Szwajcarii i Islandii. Komisja Europejska wydała 8 września 2011 r. zalecenie wzywające wszystkie państwa członkowskie do dopilnowania, by operatorzy telefonii komórkowej zmodyfikowali i usprawnili działanie sieci w takim stopniu, by system eCall mógł działać sprawnie w całej UE. Zainstalowanie eCall w samochodzie będzie oznaczać dodatkowy koszt ok. 100 euro. Aby chronić prywatność, system w momencie bezczynności, nie będzie nawiązywać żadnych połączeń, które mogłoby umożliwiać np. śledzenie pozycji samochodu – uaktywni się dopiero w momencie wypadku. Projekt eCall cieszy się wielkim wsparciem Europejczyków: 2006 r. sondaż Eurobarometru pokazał, że ponad 70% obywateli UE chce mieć eCall w swoim samochodzie. Wdrożenie eCall ma nastąpić do 2015 r., wtedy wszystkie nowe samochody będą już musiały być wyposażone w nową usługę. W Polsce „Koncepcja systemu 112” została przyjęta jako dokument przez Radę Ministrów 16 października 2007 r., zakładając integrację krajowego „112” z eCall oraz automatyczną reakcją na zgłoszenie zgodne z wcześniej opracowanymi procedurami. Krajowy system powiadamiania ratunkowego będzie korzystał z systemu E112, czyli z platformy lokalizacyjnej zarządzanej przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. Będzie wykonywał bezpłatne połączenia ratunkowe, przekazując informacje lokalizacyjne oraz odpowiednio przekierowując połączenia. W naszym systemie przewidziano także powołanie Centrum Nadzoru i Monitoringu Technicznego (CNiMT) oraz Centrum Szkoleniowego (CSz).

114


UE na automatycznym pilocie Jacques Delors – twórca euro, dwukrotny szef Komisji Europejskiej, stwierdził, że Unia jest jak rower, koła muszą się kręcić – inaczej upadnie. Węgry, sprawując w 2011 r. Prezydencję w Radzie UE, najwyraźniej nie opanowały wtedy tej unijnej reguły. Nie reagując na czas, oddały pola szybszym i silniejszym. Wspomnijmy rok 2011. Jeszcze parę lat wcześniej nie do pomyślenia byłoby, aby francuski Prezydent w czasie prezydencji innego kraju zwoływał szczyt w Paryżu, a duński Premier mógł bez rozmów na szczeblu unijnym „zawieszać” układ z Schengen. Najpierw kilka faktów: porozumienie z Schengen zostało zawarte w 1995 r. Obecnie do strefy Schengen należy łącznie 25 państw. 22 państwa UE: Austria, Belgia, Czechy, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Niemcy, Holandia, Grecja, Hiszpania, Litwa, Luksemburg, Łotwa, Malta, Polska, Portugalia, Słowacja, Słowenia, Szwecja, Węgry, Włochy oraz trzy państwa stowarzyszone: Islandia, Norwegia i Szwajcaria. W poczekalni do strefy niecierpliwią się Rumunia i Bułgaria, poza Schengen są: Wielka Brytania, Irlandia i Cypr. Zamieszanie „graniczne” wywołały najpierw Francja i Włochy, które nagle 26 kwietnia 2011 r. zaproponowały wprowadzenie „pewnych” zmian do Układu z Schengen. Oba państwa opowiedziały się za zwiększeniem możliwości tymczasowego zamknięcia granic dla swobodnego poruszania się obywateli innych państw Unii. Obecnie kwestia ta jest regulowana przez artykuł 23. kodeksu Schengen, który umożliwia wprowadzenie czasowej (maks. 30 dniowej) kontroli na granicach danego kraju, w przypadku jeśli zagrożony jest jego porządek publiczny lub bezpieczeństwo. Z tej możliwości skorzystały m.in. Niemcy w czasie odbywających się u nich Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2006 r. 115


Na paszportach wydawanych przez państwa członkowskie Unii Europejskiej zaznaczone jest obok narodowego obywatelstwo europejskie.

Oliwy do ognia dolały spięcia na linii Paryż-Rzym, po tym jak Francja zablokowała na 6 godzin przejazd włoskich pociągów, aby uniemożliwić przedostaniu się na swoje terytorium ok. 20 tys. tunezyjskich imigrantów, gdy władze włoskie (chcąc pozbyć się problemu) wystawiły im dokumenty „tranzytowe” zezwalające na tymczasowy pobyt w strefie Schengen i przejazd do Francji, dokąd, z racji zaszłości kolonialnych i znajomości języka, zmierzali. Broniąc się przed „włoskim prezentem” rząd francuski znacznie zaostrzył kontrole w strefach przygranicznych, a włoska „polityka” wobec imigrantów oburzyła inne państwa członkowskie. Poważnie przestraszone Niemcy i  Austria rozważały także zastosowanie „francuskich” środków, zaś Dania oficjalnie 11 maja 2011 r. ogłosiła, że przywróci na swoich granicach z Niemcami i Szwecją stałe służby celne mające dokonywać losowych kontroli. To naprawdę zatrzęsło strefą Schengen. Komisarz ds. wewnętrznych Cecilia Malmstroem (Szwedka) oświadczyła, że decyzja rządu duńskiego jest niezgodna z unijnym prawem1. Na marginesie dodam, że kontrowersyjne propozycje poszczególnych partii i rządów podobają się jednak nastraszonym imigrantami wyborcom. Dowo Więcej: www.euobserver.com/9/32334

1

116


dem może być np. sukces wyborczy Partii Prawdziwych Finów czy znaczny wzrost poparcia dla Frontu Narodowego we Francji. Po zapowiedzi przywrócenia kontroli na granicach Danii już następnego dnia ministrowie spraw wewnętrznych UE spotkali się na nadzwyczajnym posiedzeniu w Brukseli. Sytuacja kryzysowa została szybko zażegnana i większość państw nie widziała potrzeby zmian w Schengen. Nawet Francja ustami Prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego wyraźnie zmieniła ton wcześniejszych wypowiedzi i podkreśliła, że „chce więcej Europy, a nie mniej”, a swoje wcześniejsze dążenie do „wskrzeszania” granic potraktowała jako nieporozumienie2. Ponadto wzmocniona kontrola granic wewnętrznych Unii nic nie da, jeśli te zewnętrzne nie będą należycie chronione, a tym zajmuje się służba graniczna podlegająca Agencji Frontex, której siedziba znajduje się w Warszawie. Pomimo tego ciągle pozostaje otwarta kwestia określenia zakresu „wyjątkowych okoliczności”, które umożliwiłyby tymczasowe zamknięcie granic. Komisja Europejska (KE) przygotowuje własne propozycje dotyczące zwalczania kryzysu migracyjnego związanego głównie z  falą nielegalnych imigrantów z Afryki Północnej (dotykającego najbardziej Włochy, Maltę i Hiszpanię), jak również problemów duńskich (z niechcianymi obywatelami z UE). Na ewentualne zmiany musiałby się też zgodzić Parlament Europejski, który jest bardzo niechętny podejmowaniu jakichkolwiek działań ograniczających swobodę przemieszczania się w  obszarze Schengen. Przywrócenie kontroli granicznych miałoby naszym zdaniem negatywny wpływ na swobodę osiedlania się, czy podejmowania nauki i pracy w UE, także na efektywność unii walutowej. Nadwątlona poważnie kryzysem gospodarka poszczególnych krajów zagraża stabilności Unii Europejskiej, a „rower Delorsa” wyraźnie zwalnia. Wtedy, w 2011 r. gdy Węgrzy puścili stery Unii, włączył się automatyczny pilot. Europa „ bez trzymanki” jakoś doleciała do... polskiej prezydencji.

2 Więcej: www.uniaeuropejska.org/unia/index.php?option=com_content&view=article&id=846&catid=49&Itemid=65.

117


Oficjalne otwarcie Biura Informacyjnego Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej, 1 lipca 2011 r. Wstęgę przecinają Viviane Reding – Wiceprzewodnicząca KE i Jerzy Buzek – Przewodniczący PE.

Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek wygłasza okolicznościowe przemówienie.

118


Wrocławski Widok na Europę W 2009 r., zaraz po moim wyborze na Kwestora w Prezydium do PE, rozpoczęłam starania o  polską drugą siedzibę Biura Informacyjnego Parlamentu Europejskiego (BIPE)1. Każdy duży kraj UE posiada – oprócz stolicy – jeszcze regionalne biuro, i tak w Niemczech BIPE jest w Monachium, we Włoszech w Turynie, w Wielkiej Brytanii w Edynburgu, we Francji w Marsylii, a w Hiszpanii w Barcelonie – uznałam więc, że Polsce też się taka placówka przyda. Zgłosiłam kandydaturę stolicy Dolnego Śląska – Wrocławia, który wcześniej przez różne rządy, był desygnowany dwukrotnie na kandydata do EXPO i do EIT2. Miliony poszły na promocję – bez powodzenia. Jednakże wcześniejsze decyzje o  „wadze” kandydata-Wrocławia pomogły mi w  wyścigu do BIPE i stolica Dolnego Śląska w końcu pokonała 10-ciu innych, zgłoszonych później kontrkandydatów. Przypomnijmy, jak ta rywalizacja wyglądała z bliska. Po moim liście z propozycją stworzenia nowego BIPE w Polsce Prezydium PE dość szybko podjęło pozytywną (budżetową) decyzję, że biuro powinno powstać i „być na chodzie” już podczas polskiej Prezydencji w Radzie UE. Gdy zaproponowałam kandydaturę Wrocławia prawie każdy polski deputowany uznał, że to stolica jego okręgu wyborczego będzie najlepszym kandydatem. Zgłoszono zatem 11 miast, które następnie specjalna komisja oceniła biorąc pod uwagę kryteria takie jak: ich wielkość, gęstość zaludnienia regionu, obec Biura Informacyjne Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej, zwane też „Domami Europy”, są prestiżowymi przedstawicielstwami instytucji unijnych w państwie członkowskim. Do ich głównych zadań należy m.in.: pomoc w organizacji oficjalnych szczytów, konferencji, seminariów, a także różnych inicjatyw społecznych. Biura informują o  działaniach europosłów w  PE, prowadzą ścisłą współpracę z mediami, delegują lokalnych dziennikarzy na sesje plenarne do Strasburga. Więcej: www.europarl.pl/pl/biuro_we_wroclawiu.html. 2 Europejski Instytut Innowacji i Technologii z siedzibą w Budapeszcie: www.eit.europa.eu. 1

119


Podczas uroczystości otwarcia. Od lewej Viviane Reding – Wiceprzewodnicząca KE, Jerzy Buzek – Przewodniczący PE, Lidia Geringer de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE, Krzysztof Kwiatkowski – Minister Sprawiedliwości (2009-2011).

Wręczenie Europejskiej Nagrody Obywatelskiej. Od lewej: Viviane Reding – Wiceprzewodnicząca KE, Lidia Geringer de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE, Elżbieta Lech-Gothardt – laureatka Nagrody, Jerzy Buzek – Przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

120


ność ośrodków opiniotwórczych, uniwersytetów, dróg, lotnisk oraz potencjalną możliwość sprawnej organizacji ewentualnych międzynarodowych szczytów, kongresów, czy targów. Z 11 kandydatów wyłoniono: Kraków, Wrocław, Gdańsk, Katowice, Łódź i Poznań. W tej kolejności, miasta te uzyskały miejsce w rankingu uwzględniającym wspomniane wymogi. Kraków minimalnie wyprzedzał Wrocław dlatego, że wtedy miał bezpośrednie połączenie z Brukselą, a Wrocław tylko z Charleroi (45 km od Brukseli). Ostatecznie jednak wygrał Wrocław, popierany nie tylko za swoje walory, ale jako miasto typowane przez... warszawiaków. No cóż, najwięcej posłów mieszka w Warszawie, a ta nie brała udziału w konkursie, bo jako stolica już takie biuro ma. Wypracowane starannie „warszawskie” poparcie przeważyło szalę – tak jak tego pragnęłam. W  końcu grudnia 2010 r. w  Prezydium Parlamentu Europejskiego zatwierdziliśmy wybór lokalizacji dla Biura Parlamentu i  Komisji Europejskiej we Wrocławiu, po tym jak kilka tygodni wcześniej przedstawiciele obydwu instytucji wizytowali stolicę Dolnego Śląska i  wybrali WIDOK, a  konkretnie budynek przy ul. Widok 10 (między ul. Kazimierza Wielkiego a ul. Teatralną). Obecność w samym „sercu Wrocławia” miała zagwarantować dobrą widoczność i rozpoznawalność biura, ale jak się potem okazało, stworzyła też pewne kłopoty parkingowe dla odwiedzających i pracowników. Idźmy dalej. 1 lipca 2011 r. pierwszego dnia historycznej, pierwszej polskiej prezydencji w Radzie UE - otwarto uroczyście wrocławski Dom Europy (czyli wspólne Biura Informacyjne PE i  KE). Miałam ogromną satysfakcję, uczestnicząc w jego otwarciu wraz z Jerzym Buzkiem – ówczesnym Przewodniczącym PE i Komisarz Vivane Reding, w szczególności, że ceremonia zbiegła się z wręczeniem Europejskiej Nagrody Obywatelskiej Elżbiecie Lech-Gotthardt ze Zgorzelca za jej pracę na rzecz ratowania dorobku kulturowego Łużyc, którą do wyżej wymienionej nagrody miałam przyjemność osobiście nominować. Dziś ten nowy Dom Europy tętni życiem i włącza się bardzo aktywnie w różne społeczne inicjatywy. Cieszę się, że jedno z moich pierwszych „prezydialnych” marzeń się zrealizowało i aktywnie działa. 121


Plakat kampanii społecznej Jedni z wielu, której celem jest zmiana nastawienia Polaków do społeczności romskiej.

Plakat zapowiadający wystawę Romarising V4 w Parlamencie Europejskim zorganizowaną przez poseł Lidię Geringer de Oedenberg.

122


Zapomniane społeczeństwo w Europie W UE mieszka ok. 10 mln Romów. To więcej niż łączna liczba obywateli Słowenii, Litwy, Łotwy, Estonii, Malty i Luksemburga. Gdyby Romowie żyli we własnym kraju, byłby to 10. najludniejszy kraj w UE – z populacją większą niż Belgia, Grecja, Węgry, Szwecja, Finlandia, Dania i Bułgaria. Byłby też najbiedniejszy. Jako państwo UE mieliby prawo do wyboru ponad 20 europosłów oraz możliwość zarządzania miliardami euro z  funduszy unijnych na swój rozwój społeczny i gospodarczy, mieliby prawo weta w takich kwestiach jak unijny budżet. Mieliby swojego komisarza, przedstawiciela w Trybunale Obrachunkowym i Trybunale Sprawiedliwości. Mieliby ustawodawstwo w zakresie zabezpieczeń socjalnych czy walki z dyskryminacją. Ale Romowie nie mają swojego własnego państwa, ich społeczności są rozrzucone po wielu krajach Wspólnoty. Oficjalnie są unijnymi obywatelami takimi jak inni, jednak w rzeczywistości doświadczają upokarzającej segregacji, będąc postrzeganymi często jako niechciani obywatele „innego” narodu. Są najsłabiej reprezentowaną społecznością w  demokratycznej Europie. Praktycznie nie ma ich w  parlamentach narodowych, rządach. Mają jednego posła w  Parlamencie Europejskim i żadnej reprezentacji na wysokim szczeblu unijnej administracji. Od wieków doświadczają prześladowań. Poniżej kilka faktów: – Romowie dotarli na Bałkany około XII w. migrując z subkontynentu indyjskiego. W każdym kraju, do którego zawitali, czekały ich szykany. – W  XVII w. w  Hiszpanii „los gitanos” nie mieli prawa się żenić, kobiety i mężczyźni byli umieszczani w osobnych gettach, a ich dzieci zabierano do sierocińców. – Pod rządami Habsburgów, za panowania Marii Teresy (1740-1780) próbowano zmusić Romów do osiedlenia się na stałe, pozbawiając ich prawa do 123


Wernisaż wystawy „Romarising” we Wrocławiu, 21 września 2012 r.

Poseł Lidia Geringer de Oedenberg dokonuje uroczystego otwarcia wystawy Chada Wayatta ‘Romarisng V4’ w Brukseli, 4 marca 2014 r.

124


własnych koni i wozów. Zakazano małżeństw między Romami. Kolejny władca imperialny Józef II zakazał im noszenia tradycyjnej romskiej odzieży i używania języka romskiego pod karą chłosty. – W XIX wieku zakazano Romom wszelkich wyjazdów poza Europę. Stany Zjednoczone zamknęły dla nich swoje terytorium w 1885 r., podobnie postąpiło wiele państw Ameryki Południowej. – Prześladowania Romów osiągnęły apogeum podczas II wojny światowej, kiedy niemieccy naziści poddali eksterminacji półtora miliona dorosłych i dzieci. Jak sytuacja Romów wygląda dzisiaj w demokratycznej Europie? Według Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), wskaźniki umieralności niemowląt wśród ludności romskiej żyjącej w UE są dwa razy wyższe niż wśród nie-Romów. Wielu rządom nie udaje się przeprowadzić skutecznych działań mających na celu np. włączenie romskich dzieci do systemu szkolnictwa publicznego, tak by mogły skorzystać ze swojego prawa do darmowej i równej edukacji. Według niedawnego raportu unijnej Agencji Praw Podstawowych tylko 15% dzieci romskich z tych, które podjęły edukację, kończy szkoły ponadgimnazjalne. Mali Romowie są najczęściej odseparowani od innych w specjalnych szkołach. W niektórych krajach, romscy uczniowie stanowią 85% wszystkich dzieci uczęszczających do tzw. klas specjalnych. 25% europejskich Romów mieszka w szałasach, 55% romskich domów nie ma kanalizacji. 90% badanych Romów żyje poniżej krajowej granicy ubóstwa, a 45% mieszka w miejscu, któremu brak co najmniej jednego z podstawowych udogodnień mieszkaniowych: kuchni, toalety, łazienki czy instalacji elektrycznej. W 2011 r. przeciętne wynagrodzenie mężczyzn romskich plasowało się między 45% a 80% średniej płacy dla nie-romskich mężczyzn. Dla kobiet różnica ta wynosi między 20% i 59%. Stopa bezrobocia dla Romów jest w zależności od kraju od 30% do 250% wyższa niż dla nie-Romów. Jak ktoś, kto nie ma wykształcenia, pracy, domu – spychany na margines przez innych współobywateli – ma „normalnie” żyć? Rom w „klubie” najbogatszych państw na świecie, jakim jest UE powinien móc liczyć na skuteczną pomoc i wsparcie. W perspektywie finansowej 2014-2020 muszą znaleźć się środki zaradcze dla tego „zapomnianego” społeczeństwa. Jest dużo programów i  tzw. dobrych 125


praktyk m.in z Hiszpanii1. Są kraje, którym udało się zarówno przezwyciężyć stereotypy jak i  wykorzystać potencjał drzemiący w  obywatelach. Gdybyśmy stosowali w praktyce formułę „traktuj innych, tak jakbyś sam chciał być traktowany”, to zaczęlibyśmy od szacunku dla tradycji, kultury i języka romskiego. Także w edukacji, co wydaje się nam naturalne w odniesieniu do naszego języka. Dostrzeglibyśmy też pozytywne przykłady osiągnięć społeczności romskiej2, a potem być może skutecznie zwalczylibyśmy stereotypy i uprzedzenia. Zjednoczeni w różnorodności to hasło Unii, które warto potraktować poważnie. Korzystając z funduszy unijnych, należy stworzyć kompleksowy program do zwalczania wszystkich aspektów ubóstwa, dążący do poprawy warunków mieszkaniowych, szkolenia i  wspierania osób dorosłych romskiego pochodzenia w poszukiwaniu pracy, zapewnienia dostępu do wczesnej edukacji dla dzieci romskich. Ponadto trzeba rozwinąć system mediatorów do reprezentowania i wspierania społeczności Romów3. www.socialistsanddemocrats.eu/sites/default/files/SD-ROMADAY-LEAFLET_PbP_WEB.pdf www.jednizwielu.pl 3 www.socialistsanddemocrats.eu/events/roma-inclusion-challenges-and-opportunities-local-level 1 2

Wystawa Romarising V4 w Parlamencie Europejskim, 4 marca 2014 r.

126


Kolejka do Unii W przedsionku do Wspólnoty oczekuje całkiem spora kolejka. Niektórzy dość zniecierpliwieni, czekają od ponad 30 lat. Ostatni bilet wstępu z datą otrzymał tylko jeden kolejkowicz – Chorwacja. Parlament Europejski co roku w specjalnym raporcie weryfikuje swoje „rozszerzeniowe” stanowisko. Na dokument składają się oceny postępów w przygotowaniach do członkostwa w  UE następujących krajów kandydujących: FYROM-u (Byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii), Islandii, Czarnogóry, Serbii, Bośni i Hercegowiny, Kosowa oraz Turcji.

Posiedzenie Parlamentu Europejskiego w sprawie przystąpienia Turcji do UE, 6 grudnia 2012 r.

127


UE jako laureatka Nagrody Pokojowej Nobla, mimo kryzysu gospodarczego dalej podtrzymuje wolę powiększania Wspólnoty o inne kraje „w imię umacniania pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu na kontynencie oraz zwiększania pozycji UE na arenie międzynarodowej”. W  sprawozdaniu na temat strategii rozszerzenia poza oceną postępów krajów na drodze do UE wskazywane są przede wszystkim reformy, jakie kraje te muszą przeprowadzić, aby do Wspólnoty przystąpić. Członkostwo w  UE obwarowane jest bardzo szczegółowo określonymi warunkami osiągnięcia „pełnej demokratyzacji” obejmującymi m.in.: realny udział społeczeństwa w życiu politycznym, niezależny i wydajny wymiar sprawiedliwości, sprawną administrację publiczną, skuteczne narzędzia walki z korupcją, gwarancje wolności wypowiedzi, zgromadzeń, równe szanse dla wszystkich obywateli z poszanowaniem praw mniejszości. Ponadto wymagana jest stabilizacja gospodarcza. Jak wygląda aktualna sytuacja? Była Jugosłowiańska Republika Macedonii – FYROM (Former Yugoslav Republic of Macedonia) Kraj o historycznie bardzo skomplikowanej nazwie. Ma dość stabilną gospodarkę i przeprowadzone z sukcesem reformy gospodarcze, ale nęka go ciągle korupcja wplątana w silne struktury mafijne, niezawisłość sądów budzi wątpliwości. Pomimo że FYROM posiada oficjalny status kandydata do Unii już od grudnia 2005 r., kraj wciąż jeszcze nie rozpoczął negocjacji z uwagi na weto Grecji kwestionującej nazwę „Macedonia”, którą FYROM chce się oficjalnie posługiwać. Grecja uważa, że jest to historyczna nazwa jednej z jej prowincji i nie zgadza się, by FYROM ją zawłaszczył. Islandia Posiada oficjalny status kandydata do Unii od czerwca 2010 r. Wieloletnie relacje Islandii z UE ugruntowane są już członkostwem tego kraju w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EOG) umożliwiającym dostęp do wspólnotowego rynku oraz członkostwem w strefie Schengen. W lipcu 2009 r. Parlament Islandii zagłosował za dalszym zaciśnięciem współpracy i  przystąpieniem do Wspólnoty. Od tego czasu negocjacje akcesyjne nabrały tempa, by wraz ze zmianą rządu w 2013 r. całkowicie wyhamować. Najwyraźniej Unii także się nie spieszy, woli poczekać na ostateczne „pozamiatanie” niedawnych problemów bankowych Islandii. 128


Czarnogóra Od grudnia 2010 r. posiada status oficjalnego kandydata do UE. W 2011 r. po pozytywnej ocenie postępów Czarnogóry – Komisja Europejska sugerowała nawet oficjalne rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych, lecz propozycja ta została przez Radę UE w grudniu 2011 r. odłożona w czasie. Słaba gospodarka, wysoka przestępczość, korupcja, dyskryminacja, brak pełnej wolności prasy – to nadal przeszkody stojące na drodze tego kraju do Unii. Upłynie jeszcze parę lat zanim licząca 680 tys. mieszkańców dawna Republika Jugosłowiańska zostanie członkiem Wspólnoty, tym niemniej Czarnogóra wyprzedza nieco w  wyścigu inne kraje regionu – używając już na swoim rynku waluty euro. Serbia Posiada status kraju kandydującego od marca 2012 r. Może liczyć na otwarcie negocjacji członkowskich, ale dokładna data ich rozpoczęcia nie jest jeszcze określona. Przeszkodą pozostaje niestabilna gospodarka i złe stosunki z krajami, które uznały niepodległość jej wcześniejszej prowincji – Kosowa, które ogłosiło się państwem w lutym 2008 r. Przełom w rozmowach może oznaczać uregulowanie w 2013 r. przez Belgrad stosunków z Kosowem. Bośnia i Hercegowina Nie ma jeszcze statusu kandydata, mimo że negocjacje rozpoczęto w 2005 r., a w 2008 r. podpisano umowę o stabilizacji i stowarzyszeniu. Bośnia i Hercegowina poczyniła dość ograniczone postępy na drodze do spełnienia wstępnych warunków UE. Na przeszkodzie stoją: niestabilność polityczna, zagrożona jedność kraju (separatyzm części serbskiej), głębokie podziały etniczne, duża przestępczość, silne struktury mafijne, słaba gospodarka nieprzystająca do konkurencji na jednolitym rynku i  121 miejsce we wskaźniku wolności gospodarczej. Problemem jest zagwarantowanie niezawisłego, bezstronnego i skutecznego systemu sądowego szczególnie w związku z rozliczeniem zbrodni wojennych. Reforma administracji i walka z korupcją w powiązaniu z partiami politycznymi także czekają na wdrożenie. Kosowo Kandydat na kandydata bez oficjalnego unijnego statusu. To jeden z najbiedniejszych regionów świata z czterdziestoprocentowym bezrobociem, wyjątkowo słabą gospodarką i silnymi strukturami mafijnymi, a także licznymi niewyjaśnionymi oskarżeniami o zbrodnie wojenne. W wyniku wojny w 1999 r. nadal zaginionych pozostaje prawie 2 tys. osób, których los musi pozostać wyjaśniony. 129


UE wysłała do Kosowa pomoc techniczną dla tworzenia struktur państwowej administracji, sądownictwa i policji – EULEX. Utworzone w 2008 r. Kosowo nie jest członkiem ONZ, Rady Europy, OBWE, WTO, ponadto pięć państw członkowskich UE do dzisiaj nie uznaje jego niepodległości (Cypr, Grecja, Hiszpania, Rumunia i Słowacja). Droga do Unii będzie bardzo długa. I na koniec weteran kolejkowy. Turcja Europejska Wspólnota Gospodarcza poprzedniczka UE – przyznała Turcji status członka stowarzyszonego już w 1963 r. Proces negocjacyjny w sprawie przystąpienia tego kraju do UE formalnie rozpoczął się wraz ze złożeniem przez Turcję oficjalnej aplikacji 14 kwietnia 1987 r. 10 lat później na szczycie luksemburskim zablokowano jednak Turcji drogę do Wspólnoty, po czym na szczycie helsińskim w 1999 r. uznano kraj za oficjalnego kandydata do przystąpienia do UE, unieważniając wcześniejsze postanowienie. Tureckie negocjacje akcesyjne z UE rozpoczęły się 3 października 2005 roku. Od tego czasu kraj poczynił znaczące postępy. Ma dobrą kondycję gospodarczą z wielkim rynkiem zbytu. Znaczna liczba obywateli pochodzenia tureckiego już żyje i pracuje w krajach UE. Turcja przejmuje się ekologią i wdraża politykę odnawialnych źródeł energii. Ratyfikowała protokół fakultatywny do Konwencji ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur (27 września 2011 r.) oraz Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i  przemocy domowej. Pozostają kwestie respektowania praw podstawowych oraz rozwiązanie normujące stosunki z Republiką Cypryjską, której połowę Turcja okupuje od 1974  r. Opory budzą także: spór z  Armenią, złe relacje z  Grecją, nieuznawanie ludobójstwa Kurdów. Sytuacji negocjacyjnej nie służył też turecki bojkot cypryjskiej prezydencji w Radzie UE w drugim półroczu 2012 r.

130


Turcja w Unii? Coraz bliżej... Turcja posiada od 1999 r. status oficjalnego kandydata. Otrzymuje także od Wspólnoty środki przedakcesyjne (jak niegdyś Polska). Jest najdłużej oczekującym na otwarcie unijnych drzwi kandydatem (od 1963 r.) i wykazującym też z tego powodu coraz mniej entuzjazmu i cierpliwości... Oficjalnie negocjacje Unii Europejskiej z  Turcją w  sprawie akcesji rozpoczęły się w 2005 r. Po siedmiu latach rozmów w specjalnym raporcie Parlament stwierdził, że „relacje pomiędzy UE a Turcją potrzebują nowego rozmachu”. Na sesji plenarnej 29 marca 2012 r. przegłosowaliśmy raport w sprawie postępów Turcji w drodze do przystąpienia do Unii Europejskiej, którym stwierdzamy,

Most nad Bosforem łączący azjatycką i europejską część Stambułu.

131


że Turcja powinna wykazać więcej zaangażowania w reformowaniu swojego wymiaru sprawiedliwości, ochronie wolności obywatelskich i  wolności mediów. To unijne warunki, których spełnienie jest konieczne do otwarcia kolejnych rozdziałów negocjacyjnych. Reforma w  obszarze wolności i  równego traktowania powinna zapewniać równouprawnienie kobiet i mężczyzn, zwalczać przemoc wobec kobiet i dzieci, zapewnić jak najszerszy dostęp wszystkim tureckim obywatelom do edukacji, jednakowo traktować wspólnoty religijne. Na nowym programie Komisji Europejskiej zmierzającym do ożywienia dynamiki w relacjach UE-Turcja ciąży kwestia północnego Cypru. Problem nabrzmiewa od prawie 40 lat i, mimo prowadzonych pod auspicjami ONZ negocjacji na temat zjednoczenia wyspy, tkwi w martwym punkcie, gdyż Turcja nie chce stamtąd wycofać swoich wojsk. Sytuacja jest patowa i dziwaczna, ponieważ kraj członkowski Unii jest okupowany przez kraj kandydacki. Są oczywiście i inne kontrowersje wobec krnąbrnego kandydata.1 Unia, pozostawiając rozwiązywanie konfliktu ONZ, prowadzi dalej negocjacje akcesyjne z uwagi na strategiczną rolę Turcji w regionie, a także profity wynikające z zacieśnionej współpracy w zakresie wspólnej polityki zagranicznej, polityki sąsiedztwa jak również w obszarze polityki energetycznej. Turcja jednak powoli traci cierpliwość do Unii. Przez ostatnie lata jej siła znacznie wzrosła, kraj stał się liderem w świecie muzułmańskim. Europa mięknie i woli mieć w Turcji sprzymierzeńca niż wroga, zatem zastanawia się nad kolejnymi krokami do realizacji danej przed laty obietnicy. Spekulujemy, że mogą to być w niedalekiej przyszłości np. ułatwienia wizowe skądinąd należne dla oficjalnych kandydatów do Unii Europejskiej. Tym niemniej daty wstąpienia Turcji do Unii dalej nikt nie jest w stanie przewidzieć.

1 Przytaczane przez niektórych polityków argumenty na „NIE” dla Turcji: – nie leży w Europie, tylko 3% powierzchni ma coś wspólnego z naszym kontynentem, – jest dużym i biednym krajem, Unii nie stać na tak wielką pomoc, – fala migracji tureckiej zaleje Unię, co spowoduje wzrost bezrobocia, – najliczniejszą grupę europosłów stanowiłaby turecka delegacja (teraz są to Niemcy), – ma trudnych sąsiadów: Iran, Irak i Syrię. Granica Unii byłaby niemożliwa do kontrolowania (terroryści), – jest krajem w islamskim kręgu kulturowym, zbyt różniącym się od chrześcijańskiej Europy.

132


Unijne menu na święta 28 różnych państw „zjednoczonych w różnorodności”. Krajów dużych i małych, bogatych i biednych, o różnych kulturach, tradycjach, religiach. Ta różnorodność szczególnie ciekawie przedstawia się w obyczajach bożonarodzeniowych poszczególnych krajów. Hiszpanie przystępują do wigilijnej wieczerzy dopiero po pasterce, Szwedzi zamiast śpiewania kolęd – tańczą wokół choinki, duńskim przysmakiem wigilijnym jest słodki ryż z cynamonem i pieczona gęś z jabłkami. Francuzi jedzą gęsie wątróbki popijając szampanem, podczas gdy na Łotwie na świątecznym stole pojawia się obfita głowa prosiaka gotowana z jęczmieniem, z dodatkiem groszku i fasoli. Grecką tradycją jest stawianie zamiast choinki przystrojonego świątecznie modelu żaglowca, a w Estonii przed wyjściem na pasterkę obowiązkowa jest wizyta w saunie i kąpiel w lodowatej wodzie, co ponoć dobrze robi na „oczyszczenie duszy”. Belgowie to naród pragmatyczny, kupujący z okazji świąt indyka z borówkami w pobliskim supermarkecie lub zamawiający stolik w restauracji. W Czechach natomiast w Wigilię wróży się przyszłość, wykorzystując do tego buty. Domownicy stają tyłem do frontowych drzwi i rzucają butami przez ramię. Jeśli nosek będzie zwrócony do wyjścia – panna niedługo powinna spodziewać się wesela, a jeśli będzie zwrócony w kierunku domu – pozostaje jej jeszcze rok poczekać. Z kolei przezorni Skandynawowie w wigilijny wieczór chowają wszystkie miotły. W dawnych czasach wierzono bowiem, że czarownice i inne „moce”, chcąc udać się na wspólną czarcią Wigilię, szukają w okolicznych domach wygodnego środka transportu. Swoją świąteczną czarownicę, ale z własną miotłą, mają również Włosi. Wiedźma o wdzięcznym imieniu Bofana wlatuje do domu przez komin i zostawia 133


W Rovaniemi w Finlandii w oficjalnej siedzibie św. Mikołaja.

Przewodniczący Jerzy Buzek przy choince podarowanej Parlamentowi Europejskiemu przez nadleśnictwo w Bolesławowie (gmina Stronie Śląskie), Bruksela 6 grudnia 2011 r.

134


dzieciom zabawki. Każdego roku, pomiędzy Świętami Bożego Narodzenia oraz Świętem Trzech Króli, w centrum Rzymu odbywa się targ na cześć rodzimej wiedźmy, na którym można kupić zabawki czy łakocie. Niemiecka tradycja jarmarków świątecznych sięgająca XIV wieku całkowicie podbiła całą Europę. Także w Polsce, prawie w każdym mieście, już od końca listopada można kupować ręcznie wykonane ozdoby choinkowe, regionalne wyroby, czy skosztować specjalnego grzanego wina z  przyprawami na targach odbywających się na miejskich rynkach. Jednak największy bożonarodzeniowy jarmark mieści się we Francji, w  Strasburgu, który reklamuje się nawet jako „stolica” Bożego Narodzenia. Turyści rezerwują na tę okazję hotele z dwuletnim wyprzedzeniem! Poczciwy Święty Mikołaj roznosi prezenty wszystkim grzecznym dzieciom w Europie, ale co do jego pochodzenia istnieją jednak różne teorie. Przykładowo „holenderski” Mikołaj przybywa z dalekiej Hiszpanii. Co roku pod koniec listopada na ulicach Amsterdamu odbywa się uroczysty przemarsz ku jego czci, na którym – w asyście dzieci oraz ich rodziców – sympatyczny brodaty Święty paraduje na karym koniu, zwiastując nadchodzące Boże Narodzenie. Centrum stolicy Holandii pełne jest wówczas „czarnych Piotrusiów”, pomocników Świętego Mikołaja biegających po ulicach, płatających dzieciom figle i rozdających przechodniom tradycyjne świąteczne piernikowe ciasteczka. Oficjalna siedziba Świętego Mikołaja znajduje się zdaniem Finów w  Rovaniemi, tuż za kręgiem polarnym w  ich kraju. Miałam okazję ją odwiedzić latem i zastałam „szefa” niezwykle zapracowanego. Przygotowania do akcji „Boże Narodzenie” trwają bowiem równy rok. Listy do Świętego napływają z całego świata non stop, a logistycznym rozpracowaniem tej jednej w roku nocy zajmuje się sztab pomocników, co miałam okazję naocznie stwierdzić. Tajemnica doręczania prezentów we właściwym momencie na naszym globie tkwi w czasie, a konkretnie w maszynie go zatrzymującej, którą Święty posiada. Jak mi wyznał, obecnie problemy z dostarczaniem na czas prezentów sprawiają mu coraz węższe kominy, przez które korpulentny Mikołaj czasem ma problem się przecisnąć. W razie kłopotów pomaga mu niezawodny Rudolf – renifer ze skłonnością do kataru... Co kraj – to obyczaj, jednakże przy którymkolwiek z europejskich stołów byśmy się spotkali, wszędzie w zjednoczonej Europie ludzie będą sobie przede wszystkim dobrze życzyć i oby to trwało dużej niż tylko w tę jedną magiczną noc. 135


Hugh Grant w Parlamencie Europejskim w 2012 r. podczas panelu dyskusyjnego w sprawie inwigilacji prowadzonej przez media brytyjskie względem tamtejszych celebrytów.

136


IV. Celebryci i VIP-y w Europarlamencie

137


Bronisław Geremek – Poseł do Parlamentu Europejskiego (w latach 2004-2008).

138


Żywa historia pisana w Europarlamencie Było lato 2008 roku... W Gruzji – wojna, w Pekinie – Olimpiada, prasa europejska skupiona na sprawach wewnętrznych, skandalikach i ciekawostkach. Cóż, czytelnik na wakacjach lubi „sensacje” sezonu ogórkowego, widz przełącza kanał z rozrywki na prawdziwą wojnę. W tym kontekście zadziwiająco wyglądała reakcja zagranicznych mediów na śmierć prof. Bronisława Geremka i  Aleksandra Sołżenicyna. Poważne, doskonale przygotowane materiały dokumentalne i  masę czasu antenowego poświęcono dla dwóch wielkich postaci naszych czasów, które wtedy pożegnaliśmy na zawsze. Historia Europy być może wyglądałaby inaczej gdyby nie Oni. Przy tej smutnej okazji pojawiło się też wiele artykułów o innych, ciągle aktywnych politykach, którzy niegdyś trzymali stery w  swoich krajach, a dziś jako posłowie do Parlamentu Europejskiego opisują i publikują swoje doświadczenia z  minionych lat, przemyślenia czy też rady dla ich następców. W Europarlamencie zasiadało wielu byłych premierów, niektórzy z nich jak np. Alojz Peterle (Premier Słowenii 1990-1992), Jean-Luc Dehaene (belgijski szef rządu w  latach 1992-1999) utrwalili w formie książkowej obraz lat dziewięćdziesiątych historii Europy. Ostatnie półwiecze francuskiej polityki, opisał mój grupowy kolega, socjalista Michel Rocard (Premier Francji w latach 1988-1991). Pierwszy Prezydent niepodległej Litwy, Vytautas Landsbergis (1990-1992) w swojej autobiografii nie tylko podzielił się przemyśleniami z czasów zmagań swojego kraju z dyktatem Moskwy, ale dał też wyraz swojej życiowej pasji – grze na fortepianie. Na marginesie dodam, że mówiący biegle po polsku były Premier Litwy, który jest bardzo aktywnym propagatorem litewskiego kompozytora Čiurlionisa, z wielką przyjemnością grywa też Szymanowskiego i Chopina, o czym nie raz miałam okazję z nim rozmawiać. 139


Były Premier Łotwy, Guntars Krasts (1997-1998), mimo że zasiadał w poselskich ławach eurosceptyków zatytułował swoją książkę o  Europie optymistycznie: „Przyszłość należy do nas”. Posłanka Jana Hybášková była ambasadorem Czech w Kuwejcie, śledziła dyplomatyczne przygotowania do inwazji na Irak w 2003 r., ich zapis opatrzyła wiele mówiącym tytułem „Czekając na wojnę”. Estonia w  drodze do niepodległości została utrwalona w  fotografii przez posła, z którym pracowałam w Komisji Rozwoju Regionalnego – Tunne Kelama, który wraz z  żoną wydał album dokumentujący zmagania estońskich opozycjonistów z sowieckim reżimem. Słoweński deputowany Mihael Brejc poświęcił swoją książkę szczegółowemu zapisowi działań jugosłowiańskich służb specjalnych podczas batalii o niepodległość Słowenii. Posiadający tureckie korzenie niemiecki poseł Cem Özdemir wywołał swoją publikacją „Currywurst und Döner – integracja w Niemczech” wielką debatę na temat sytuacji mniejszości tureckiej w Niemczech. Eurodeputowany, profesor Bronisław Geremek jako historyk-mediewista zyskał wielkie uznanie dzięki wielu historycznym publikacjom opisującym losy najniższych warstw średniowiecznego społeczeństwa. Przed śmiercią pracował nad polskim i angielskim wydaniem książki, której tytuł miał brzmieć: „O  przyszłości Europy”. Pracował też aktywnie nad projektem utworzenia prestiżowego Europejskiego Uniwersytetu w Strasburgu, który mógłby mieć swoją siedzibę w  dotychczasowych budynkach Parlamentu Europejskiego. Strasburg „nie straciłby” w ten sposób na znaczeniu, a Parlament, obradując tylko w Brukseli, zaoszczędziłby ok. 200 mln euro rocznie, które z pożytkiem można byłoby wydać na inne cele. Do swojego pomysłu udało się profesorowi Geremkowi przekonać nawet wielu Francuzów! Pomysł upadł wraz ze śmiercią posła. Polski były Premier Jerzy Buzek (sprawował funkcję szefa rządu polskiego w latach 1997-2001) choć ma bogaty dorobek naukowy, między innymi z zakresu ochrony środowiska i energetyki, a przede wszystkim z czasu przewodniczenia PE – jeszcze nie podzielił się z czytelnikami swymi doświadczeniami politycznymi w formie książkowej, a byłoby ciekawie zaglądnąć za kulisy pierwszej polskiej władzy europarlamentarnej...

140


Eurocelebryci W VII kadencji PE 2009-2014 zasiadało wielu prominentnych polityków i celebrytów np.: Byli komisarze1: – Franco Frattini (Włochy), – Louis Michel (Belgia), – Sandra Kalniete (Łotwa), – Danuta Hübner (Polska). Były prezydent: – Vytautas Landsbergis (Litwa) – zasiadający w PE już drugą kadencję. Byli premierzy: – Ciriaco De Mita (Włochy, najstarszy poseł PE – 86 lat), – Jean-Luc Dehaene (Belgia), – Ivars Godmanis (Łotwa), – Anneli Jäätteenmäki (Finlandia), – Alojz Peterle (Słowenia), – Theodor Stolojan (Rumunia), – Guy Verhofstadt (Belgia), – Jerzy Buzek (Polska, Przewodniczący PE 2009-2011). Lista byłych ministrów zawierałaby kilkadziesiąt nazwisk...

„Zadowalający się” czterokrotnie mniej płatną od komisarskiej pensją posła w PE.

1

141


Osobną grupę stanowią celebryci z show-biznesu, sportu i mediów, niezwykle popularni w swoich krajach: – Barbara Matera (Włochy) – aktorka i prezenterka telewizyjna, protegowana Premiera Berlusconiego, – Indrek Tarand (Estonia) – prezenter telewizyjny, syn byłego europosła, – José Bové (Francja) – słynny wojujący antyglobalista, przeciwnik GMO, – Eva Joly (Francja) – znana działaczka ekologiczna, – Alfrēds Rubiks (Łotwa) – były Prezydent Rygi, zwolennik pozostania Łotwy w ZSRR, – Magdi Cristiano Allam (Włochy) – dziennikarz – islamista i jednocześnie krytyk islamskiego ekstremizmu, – Sari Essayah (Finlandia) – była mistrzyni świata w chodzie na 10 km (1993 r.), – Pál Schmitt (Węgry) – szermierz, olimpijczyk, w 2010 pożegnał PE ponieważ został wybrany na Prezydenta Węgier, – Louis Grech (Malta) – lekkoatleta, olimpijczyk, obecnie Wicepremier Malty2. Nie brakuje też członków rodzin znanych polityków: –E  lena Băsescu (Rumunia) – córka Prezydenta Rumunii, modelka, –F  rédéric Daerden (Belgia) – syn Michela Daerdena, popularnego polityka, –M  arine Le Pen (Francja) – córka Jean-Marie Le Pena, europosła i  byłego szefa Frontu Narodowego, która przejęła po ojcu wodzowska pałeczkę, – J arosław Wałęsa (Polska) – syn Prezydenta Lecha Wałęsy, –A  nna Maria Corazza Bildt (Szwecja) – żona Carla Bildta, Ministra Spraw Zagranicznych Szwecji. Więcej: www.thenewep.com/whos-who.

Stan na grudzień 2013 r.

2

142


Dalajlama, woreczek żółciowy i kobiety Dalajlama nie uważa się za polityka i zawsze prosi, by nie upolityczniać spotkań, gdy w nich uczestniczy. 9 grudnia 2008 r. spotkał się z nami w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Wtedy po raz kolejny miałam okazję wysłuchać na żywo jego wystąpienia, które w niczym nie przypominało sztywnych, oficjalnych przemówień, których słucham na co dzień. Rozpoczynając po tybetańsku wystąpienie, od razu zaznaczył, że swoje formalne stanowisko przekazał wcześniej w formie pisemnej, więc nie będzie się teraz powtarzał. Kontynuując już po angielsku, podkreślił, że czuje się tylko jednym z kilku miliardów ludzi i tak jak my wszyscy chce być po prostu szczęśliwym. Mimo że oficjalnie zwracamy się do Dalajlamy „Wasza Świętobliwość”, on sam na każdym kroku podkreśla, że nie jestem nikim niezwykłym. Co więcej, od naszego ostatniego spotkania – jak podkreślił – jest go nieco „mniej” i tu przytoczył historię swojego woreczka żółciowego. Choć operacja była trudna, to rekonwalescencja przebiegła bardzo szybko. To był zdaniem lekarzy cud, dowód na nadzwyczajną uzdrawiającą moc Dalajlamy. Jego Świętobliwość odrzekł im: gdybym miał moc uzdrawiania – to nie zachorowałbym i nie pozbawilibyście mnie mojego woreczka, którego na marginesie bardzo mi brakuje! Po chwili zastanowienia, Dalajlama ogarnął wzrokiem całą salę plenarną, uśmiechnął się i powiedział: „Cieszę się, gdy widzę dużo kobiet w Parlamencie Europejskim (tak naprawdę jest nas tylko 30%). Kobiety są piękne, wrażliwe, mają wiele ciepła i dobroci – są ogromną siłą napędową ludzkości. Siła fizyczna mężczyzn często prowadzi do przemocy, do dominacji”. Jako tybetański mnich Dalajlama zachęca kobiety do sięgania po władzę, którą i tak jego zdaniem prędzej czy później obejmą, ponieważ coraz bardziej dzisiaj liczy się edukacja, myślenie, przewidywanie, a nie siła fizyczna. Dalajlama zresztą jest przeciwnikiem jakiejkolwiek przemocy. 143


Jeszcze wiele ciekawych „tematów życiowych” zostało poruszonych przez Dalajlamę i dopiero pod koniec nawiązał do sprawy Tybetu. Powiedział, że wierzy w mądrość narodu chińskiego, czego wielokrotnie doświadczył na całym świecie, spotykając się z pisarzami czy myślicielami chińskimi. Traktuje Chińczyków jak przyjaciół i dodał, że tylko bliski przyjaciel może wytknąć komuś wady i nie robi tego ze złośliwości. Żegnając się uścisnął mi dłoń, „przekazując” jednocześnie niezwykłą, pozytywną energię, a świat nawet w wiecznie deszczowej Brukseli nabrał kolorów.

Dalajlama podczas sesji plenarnej w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

Na kameralnym spotkaniu z posłami z Intergrupy „TYBET” w Parlamencie Europejskim.

144


Zielony Książę przeciw zjadaniu Planety Książę Walii znany z zamiłowania do życia w  stylu bio przekonywał nas w 2011 r. o szkodliwej działalności grup podważających istnienie zmian zachodzących w klimacie. „Jak ci ludzie spojrzą w oczy swoim wnukom?” Ostrzegał przed nadmiernym „konsumowaniem naszej planety” – „Nie widzę sposobu na podtrzymanie wzrostu PKB w długim okresie, jeśli nadal będziemy zjadali naszą planetę w takim tempie”.

Książę Karol w Parlamencie Europejskim.

145


Nawoływał do odważniejszej redukcji emisji CO2 . Ta ostatnia stanowi zresztą jeden z głównych celów strategii „Europa 2020”. Państwa UE zobowiązały się obniżyć emisję o 20% do 2020 r. (w porównaniu z 1990 r.). Książę Karol zaproponował – 30%. Następca brytyjskiego tronu był bardzo dobrze przygotowany i ciepło przyjęty przez słuchaczy. Wykazał się szeroką wiedzą i  ambitnymi ekoplanami. Trzeba przyznać, że „na żywo” jest zdecydowanie bardziej „energetyczny” i przekonywujący niż za pośrednictwem mediów. Nawet przystojniejszy. Ma sporo uroku osobistego i wyjątkowe poczucie humoru, także na własny temat, co znakomicie zjednuje do niego słuchaczy.

Książę Karol wraz z Hermanem van Rompuy’em Przewodniczącym Rady Europejskiej w Parlamencie Europejskim, 9 lutego 2011 r.

146


Pan Formuła 1 i autonowinki Michael Schumacher gościł w PE w maju 2011 r. Firmowana przez niego euroakcja na temat drogowego e-bezpieczeństwa wzbudziła ogromne zainteresowanie. Miałam przyjemność spotkać się z legendarnym kierowcą Formuły 1 w Strasburgu, gdzie inaugurował kampanię mającą na celu ograniczenie wypadków samochodowych. Najszybszy kierowca planety tłumaczył, jak nowe technologie zastosowane w  pojazdach mogą w  przyszłości poprawić nasze bezpieczeństwo. Inteligentne systemy kontroli jazdy według naukowych wyliczeń są w stanie rocznie uratować życie kilku tysięcy ludzi w Europie i uchronić przez szpitalem i kalectwem kolejnych 100 tys. Jak wyglądają najnowsze statystyki? W Europie ginie na drogach rocznie prawie 40 tys. obywateli, poszkodowanych w wypadkach jest ponad 1 mln! Schumacher twierdzi, że dobry kierowca to ten, który jeździ bezpiecznie i nie popisuje się na drodze. Zapytany – nieco złośliwie – o  „zwykłą” dla niego prędkość (300 km/h) oraz o liczbę wypadków (sporo) – zręcznie odciął się, mówiąc: „Mam naprawdę dużo doświadczania i  mogę dawać dobre rady”. Miał rację. Jako ambasador na rzecz eurobezpieczeństwa na drogach zdziałał naprawdę wiele. Co prawda nasze samochody już są dużo bezpieczniejsze niż te produkowane 10-15 lat temu, mają obowiązkowe pasy, poduszki powietrzne, różne opcjonalne systemy ostrzegania: o śliskiej jezdni, przeszkodzie na drodze itd., ale mogłyby być jeszcze lepsze. W  poprawie sytuacji mogą pomóc nowoczesne technologie, o ile udałoby się je upowszechnić, wprowadzając stosowne normy europejskie. 147


Michael Schumacher z wizytą w Parlamencie Europejskim.

Poseł Lidia Geringer de Oedenberg poparła projekt poprawy bezpieczeństwa na europejskich drogach.

148


Inteligentne auto musiałoby być wyposażone np. w: 1. A  lkoblokady – specjalne czujniki nie pozwalające uruchomić auta pijanemu kierowcy. 2. E  -call – czujnik wysyłający automatycznie sygnał o pomoc w razie wypadku1. 3. I nteligentny sygnał transportowy współdziałający z Galileo (Europejskim Systemem Nawigacji) – informujący na specjalnych tablicach lub przez radio o korkach na drogach, wypadkach i oczekiwanym czasie przejazdu wybraną trasą. 4. Inteligentny system pomiaru prędkości – monitorujący samochód na odcinkach drogi z ograniczeniem prędkości, dzięki sygnałowi radiowemu spowalniający jego jazdę. 5. System wyczuwający senność kierowcy – na podstawie analizy zachowania kierującego alarmujący i informujący o potrzebie odpoczynku. 6. System identyfikujący przeszkody na drodze, wspomagający widzenie nocą – zauważający wcześniej niż my niebezpieczeństwo na drodze. Zanim te nowinki staną się standardem (jak chociażby pasy bezpieczeństwa) – minie jeszcze trochę czasu. Projekt wzbudził wiele kontrowersji. Pojawiły się pytania: jak wiele może za nas decydować auto i czy rzeczywiście chodzi o nasze bezpieczeństwo, a nie o interes konkretnej firmy. Śmierć tysięcy obywateli rocznie oraz leczenie i utrzymywanie milionów poszkodowanych w wypadkach to poza osobistymi tragediami także ogromna strata ekonomiczna dla całej Unii. Schumacher jako ktoś, komu śmierć zaglądała wiele razy w oczy, wie, o czym mówi2. Być może restrykcyjne europrawo kontrolujące samochody szaleńców na naszych drogach rzeczywiście mogłoby uchronić życie tysięcy kierowców, pasażerów, przechodniów? Zobaczymy. Na razie trwa dyskusja. Więcej: www.eSafetyChallenge.eu www.eSafetyOnBoard.eu

Więcej: www.ec.europa.eu/digital-agenda/en/ecall-time-saved-lives-saved. Michael Schumacher uległ wypadkowi na nartach w 2013 r. Trzymam kciuki za jego wyzdrowienie.

1 2

149


Sir Paul McCartney w Parlamencie Europejskim, grudzień 2009 r.

Sir Paul McCartney przemawia w sprawie ograniczenia produkcji mięsa jako sposobu walki z globalnym ociepleniem.

150


Bezmięsny McCartney Mniej polityki, więcej Beatlesów. Od czasu do czasu Parlament Europejski zaprasza do Brukseli czy Strasburga „polityków” w mniej typowym znaczeniu tego słowa. Cel? Przyciągnąć uwagę mediów, które wysyłają korespondentów głównie na wydarzenia „z  nazwiskiem”, rzadziej zaś na standardowe posiedzenia parlamentarnych komisji. Te niekonwencjonalne spotkania wpisują się teraz w nową strategię komunikacji Parlamentu z obywatelami. W  grudniu 2009  r. o  zmianach w  klimacie opowiadał eks-Beatles – Paul McCartney. Sir Paul wziął udział w  2,5-godzinnym panelu. Jego obecność była gwarancją zainteresowania mediów. Dyskusję początkowo zaplanowano w standardowej sali posiedzeń na kilkadziesiąt osób, ale zainteresowanie było tak duże, że debatę trzeba było przenieść do sali plenarnej, gdzie zasiąść może niemal 1000 zainteresowanych. Nie było pustych miejsc. Sir Paul McCartney, wspólnie z ówczesnym Przewodniczącym PE Jerzym Buzkiem oraz Rajendrą Pachauri – Przewodniczącym Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, omawiali możliwości przeciwdziałania zmianom w  klimacie z  perspektywy pojedynczego obywatela. Hasło panelu brzmiało: „Less Meat, Less Heat” („Mniej mięsa, Mniej ciepła”), czyli mniej emisji CO2 . Eks-Beatles, powszechnie znany jest ze swojego zamiłowania do wegetarianizmu, tym razem przekonywał nas, że jedzenie mięsa przyczynia się do wzmożonej emisji CO2 . Krowy, świnie, kury hodowane przez człowieka emitują mnóstwo dwutlenku węgla do atmosfery. Wegetarianizm mógłby być odpowiedzią na zmiany klimatyczne. Czyżby do walki z nadmiernymi emisjami gazów cieplarnianych „All we need is... McCartney”, trawestując tytuł słynnego przeboju The Beatles? 151


Posłanki z grupy Europejskich Socjalistów w Parlamencie Europejskim w 2004-2009.

Spotkanie na „kobiecym szczycie”. Od lewej: Mary Robinson (Prezydent Irlandii w latach 1990-1997), Isabelle Durant (Wiceprzewodnicząca PE w latach 2009-2014), Eva-Britt Svensson (Przewodnicząca Komisji ds. praw kobiet i równości płci w latach 2009-2011), Silvana Koch-Mehrin (Wiceprzewodnicząca PE w latach 2009-2011), Nicole Fontaine (Przewodnicząca PE w latach 1999-2001), oraz Lidia Geringer de Oedenberg (Kwestor w Prezydium PE w latach 2009-2014).

152


V. Europejka w centrum uwagi

153


Najbardziej sfeminizowany rząd w sali plenarnej. Od lewej: Lidia Geringer de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE z posłankami Zitą Gurmai – Wiceprzewodniczącą Komisji Spraw Konstytucyjnych, Marią Badia i Cutchet oraz Brittą Thomsen w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.

Spotkanie Kolegium Kwestorów w Prezydium Parlamentu Europejskiego z Przewodniczącym PE Jerzym Buzkiem. Od lewej: Jiri Mastalka, Maciej Popowski – szef gabinetu Przewodniczącego PE, Klaus Welle – Sekretarz Generalny PE, Bill Newton Dunn, Astrid Lulling, Lidia Geringer de Oedenberg, Jim Higgins.

154


Pasztet na setne urodziny ...czyli Święto Kobiet w PE. 8 marca 2011 r., w setne „urodziny” Międzynarodowego Dnia Kobiet, debatowano w  Parlamencie Europejskim o  równouprawnieniu i  równych szansach dla obu płci. Był też czas na refleksję. Jak wyglądały prawa kobiet w 1911 roku? Prawo wyborcze miały już Australijki – od 9 lat (1902 r.) i Finki – od 5 lat (1906 r.). Na kolejną falę politycznej emancypacji trzeba było poczekać aż do 1918 r., kiedy Polska, Rosja, Niemcy i Austria przyznały je płci pięknej. Dużo dłużej musiały czekać Francuzki i  Włoszki (kolejno 1944 i  1946). Rekordzistkami w dostrzeżeniu równouprawnienia są Szwajcaria i Portugalia; pierwsza wprowadziła prawo wyborcze dla kobiet dopiero w 1971 r., zaś druga – 1976 r. Co ciekawe, w II RP nadanie praw kobietom nie przyszło tak łatwo, jak się dziś uważa. Józef Piłsudski długo zachowywał dystans wobec postulatów zgłaszanych przez kobiece organizacje, nierzadko traktując je dość obcesowo (kobietom, które chciały się z nim spotkać, kazał czekać przed Belwederem na mrozie). Opór Naczelnika przełamały dopiero demonstracje w stolicy. Do dziś praw wyborczych pozbawione są jeszcze mieszkanki: Brunei, Libanu i Arabii Saudyjskiej. Sto lat temu kobiety były praktycznie nieobecne w polityce, nie wspominając o  zajmowaniu wysokich stanowisk. Zaledwie „wczoraj” w  Europie rządziła Żelazna Dama – Margaret Thatcher, dziś za to strefą euro trzęsie „Żelazna Kanclerz” Angela Merkel, pałeczkę przejmują wschodzące potęgi, na czele 155


100. rocznica Międzynarodowego Dnia Kobiet w Parlamencie Europejskim. Od lewej: Jerzy Buzek – Przewodniczący PE, Roberta Angelilli – Wiceprzewodnicząca PE oraz Lidia Geringer de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE.

100. rocznica Międzynarodowego Dnia Kobiet w Parlamencie Europejskim. Przemawia Przewodniczący Jerzy Buzek, poza nim w Prezydium zasiadają same funkcyjne panie.

156


z Prezydent Brazylii – Dilmą Rousseff. W amerykańskiej polityce numerem dwa była Hillary Clinton jako Sekretarz Stanu, która teraz szykuje się do wyborów prezydenckich. W  Komisji Europejskiej do najbardziej wpływowych wiceprzewodniczących należą Neelie Kroes (Komisarz odpowiedzialna za Agendę Cyfrową) i  Viviane Reding (Komisarz ds. sprawiedliwości). Obie zresztą znacznie wybijają się umiejętnościami i charyzmą na tle pozostałych 27 Komisarzy José Manuela Barroso, na razie przeciętnie ocenianych przez brukselskich obserwatorów. Trudno wskazać duże przedsiębiorstwo z początku XX w., którym kierowałaby kobieta. Dziś, mimo że wzrost liczby kobiet w zarządach przedsiębiorstw UE-27 jest niewielki (ok. 0,5% rocznie) i  wynosi 10% wszystkich członków zarządów unijnych przedsiębiorstw, to jednak zauważamy coraz więcej pań szefujących firmom, z sukcesem. Renomowane firmy konsultingowe (np. McKinsey) publikują analizy, z których wynika m.in., że zysk firmy jest większy o kilkanaście procent, jeśli w zarządzie nie zasiadają sami mężczyźni. Topnieje powoli różnica w  zarobkach kobiet i  mężczyzn; jeszcze w  2000  r. Amerykanki zarabiały 76% tego, co Amerykanie na analogicznych stanowiskach. Tak zwany „pay gap” wynosił zatem 24%. Dziś to 18% w  USA i  ok. 17% w UE. Nieźle prezentuje się wynik Polski, gdzie różnica w zarobkach to „zaledwie” 10%. Choć osiągnięcia kobiet w minionym stuleciu są ogromne, to ciągle jeszcze równe prawa nie oznaczają naprawdę równych szans. W głosowaniu nad sprawozdaniem posłanki Nedelchevej nt. „Równouprawnienia kobiet i mężczyzn – 2010” z konsternacją obserwowałam posłów z PO, PSL i PiS, którzy głosowali „przeciw”! Większość (do której zalicza się moja grupa polityczna) była jednak „za”. Raport przeszedł 366 głosami, przy 200 przeciw i 32 wstrzymujących się od głosu. Powodem dziwnej reakcji wszystkich (poza SLD) polskich posłów był art. 66 sprawozdania, w którym Parlament Europejski: „Opowiada się za dostępem kobiet i mężczyzn do odpowiednich informacji i wsparcia w dziedzinie opieki nad zdrowiem reprodukcyjnym, a także podkreśla, że kobiety powinny mieć te same prawa i  możliwości co mężczyźni w zakresie dostępu do usług w tej dziedzinie; podkreśla, że kobiety powinny 157


mieć kontrolę nad swoimi prawami seksualnymi i rozrodczymi, szczególnie poprzez łatwy dostęp do środków antykoncepcyjnych i  możliwość aborcji; wzywa państwa członkowskie i  Komisję Europejską do realizacji środków i działań uświadamiających mężczyznom ich odpowiedzialność w kwestiach seksualnych i rozrodczych”. Widać, że koalicji PO-PiS-PSL jeszcze daleko do opinii większości w Europie. Pełna wersja tekstu Sprawozdania Nedelchevej: www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//TEXT+REPORT+A72011-0029+0+DOC+XML+V0//PL.

Europosłanka Joanna Senyszyn wraz z innymi deputowanymi protestuje przeciwko przemocy wobec kobiet, Parlament Europejski, Bruksela 2013 r.

158


Smutna przyszłość „upośledzonych” parytetowo wybranek? Był maj 2010 r. Obserwując ówczesne polityczne dysputy w polskim parlamencie, nie mogłam się oprzeć pokusie użycia ironii i sarkazmu w tym rozdziale. Skazane na „wegetację bez satysfakcji”, współczujące spojrzenia mądrzejszych, znających swoje miejsce koleżanek oraz skrywaną pogardę posiadaczek “niezafałszowanych” mandatów – przyszłe polskie parytetowe wybranki czeka margines polityczny, depresja i łzy – jak dowodzą „głowy z telewizora”, bowiem parytet idzie ręka w rękę z dyskryminacją! Drogie Panie, w naszej Ojczyźnie są jednak kompetentni, troskliwie dostrzegający to zagrożenie i chętni bronić nas panowie, których zdaniem tylko Polka wybrana bez parytetu może być pełnowartościową posłanką czy radną, mającą poczucie własnej wartości, wynikającą z przymiotów umysłowych, a nie płciowych. Tymczasem „naznaczone” parytetem Francuzki czy Hiszpanki przepycha się do parlamentów „na siłę” tylko dla celów statystycznych, podobnie jak niegdyś mających marne oceny, ale dobre robotnicze lub wiejskie pochodzenie – PRL-owskich studentów. Trzeba przyznać, że dzięki tej pozytywnej dyskryminacji zupełnie inaczej wygląda dziś nasze społeczeństwo. Jak sobie wyobrażają polscy publicyści – obarczone „parytetowym garbem” zagraniczne posłanki strasznie cierpią, wiedząc, że swój wybór zawdzięczają jedynie płci, a nie kwalifikacjom. Jeszcze gorsze jednak jest to, iż kandydatki z „parytetowej łapanki” zajmują często na listach wyborczych miejsca „hormonalnie” przygotowane, do pełnienia ważnych funkcji dla panów. Parlamentarzyści we Francji, Hiszpanii, Belgii i Portugalii kilka lat temu odważyli się jednak „narazić” swoje panie na „dyskryminację wyborczą” i wpro159


wadzili parytet na poziomie od 40 do 60%. Efekty tych rewolucyjnych decyzji widać już w Parlamencie Europejskim, gdzie udział kobiet w  hiszpańskiej, belgijskiej i portugalskiej reprezentacji wzrósł do 36%, a w delegacji francuskiej do 44%. Mimo że z uwagą obserwuję moje parytetowe eurokoleżanki, jak dotąd nie zauważyłam u nich żadnych oznak depresji spowodowanej „dyskryminacją wyborczą”. Sprawujący 80% liczby mandatów w polskim Sejmie i 92% w Senacie panowie także dostrzegli tę „kwotową modę” u innych. Nie chcąc uchodzić za totalny polityczny zaścianek, na razie ćwiczą odmianę słowa „parytet” przez wszystkie przypadki. Na „szarżę”, podobną do hiszpańskiej, nie są jeszcze gotowi. No cóż, trzeba nie lada odwagi, by zmierzyć się na listach wyborczych z paniami jak równy z równą, w parytecie pół na pół. Polskie społeczeństwo nie tylko zauważa niewystarczającą reprezentację kobiet w życiu publicznym, ale według komunikatu CBOS 60% respondentów już opowiada się za wprowadzeniem parytetu 50:50 na listach wyborczych. Myślę, że nadszedł czas, by pójść za głosem ludu i  także u  nas zastosować europejskie standardy. Wyrażam to zdanie jako jedyna Polka w Prezydium Parlamentu Europejskiego, ciesząc się z wprowadzonego parytetu 35%.

Równość płci to żywo dyskutowany temat na agendzie Parlamentu Europejskiego.

160


Taksa za zwycięstwo bez parytetów We Francji prawo stanowi, że na listach wyborczych panów i pań ma być tyle samo. Parytet 50:50 nie jest jednak przestrzegany. Partie wolą płacić kary i nie obsadzać wszystkich damskich miejsc na liście. W wyborach we Francji w 2012 r. za puste miejsca na listach musiała najwięcej zapłacić centroprawicowa UMP (niegdyś partia Nicolasa Sarkozy’ego) – 4 mln euro rocznie kary za jedynie 27% kobiet na listach. Co ciekawe, także Partia Socjalistyczna, która wybory wygrała, ale nie dopilnowała pełnego parytetu, płaci 0,95 mln euro rocznie. Partia Prezydenta François’a Hollande’a  osiągnęła najlepszy wynik socjalistów we współczesnej historii Francji. Prezydent, rząd, Zgromadzenie Narodowe, Senat, władza w regionach, merostwa w dużych miastach były w rękach socjalistów i tym samym lewica zajęła we Francji „pozycję hegemonistyczną” jak pisały tamtejsze media. Partia Socjalistyczna i jej lewicowi sojusznicy zdobyli w sumie 314 mandatów w 577 – osobowym Zgromadzeniu Narodowym, co dało wsparcie finansowe dla partii w wysokości 30 mln euro rocznie. Centroprawicowa Unia na rzecz Ruchu Ludowego (UMP) i jej sojusznicy uzyskała 229 mandatów, tracąc w porównaniu z poprzednią kadencją około 100 miejsc, co jednak dało jej dotację – 22,1 mln euro rocznie. Zieloni z 17 mandatami otrzymali 3,55 mln euro. Radykalna lewica – 10 mandatów, 4,25 mln, a skrajnie prawicowy Front Narodowy po 25 latach powracający do parlamentu z zaledwie dwoma mandatami otrzymał aż 6 mln (zdecydowało poparcie w pierwszej turze). 161


Podstawą liczenia dotacji jest liczba głosów wspierających daną listę w oparciu o wyniki I tury wyborów i jest to 1,68 euro za każdy otrzymany głos. Partie, które weszły do Zgromadzenia Narodowego otrzymują 42,2 tys. euro rocznie za każdego deputowanego lub senatora. W przypadku UMP i Socjalistów jest z czego odliczać kary z brak parytetu. Więcej : www.jt.france2.fr/20h.

Oficjalna wizyta François’a Hollande’a Prezydenta Francji w Parlamencie Europejskim w Strasburgu, 2 maja 2013 r.

162


Kobieta najszybciej rozwijającą się gospodarką świata Zgodnie z raportem firmy doradczej Ernst&Young słaba płeć okazuje się być najsilniejsza w światowym biznesie. Łączne dochody pań wyniosły w 2012 r. 13 bilionów dolarów, a  w  2017  r., według przewidywań ekonomistów mają osiągnąć pułap 18 bilionów, co dwukrotnie przewyższałoby prognozowany łączny wzrost PKB gospodarek Indii i Chin1. Już nie mieszkanki bogatego Zachodu, ale kobiety z krajów rozwijających się, wraz z miliardem konsumentów z Chin i kolejnym z Indii, wywierają współcześnie największy wpływ na światową gospodarkę. Wzrost roli wschodzących biznesmenek w  podejmowaniu decyzji ekonomicznych nie jest jednak proporcjonalny do wzrostu ich dochodów, przy czym odnosi się to zarówno do obywatelek państw rozwiniętych, jak i rozwijających się. Kobiety zajmują stanowiska dyrektorów zarządzających w 18 spółkach z grupy 500 największych globalnych firm, w  11% z  nich są szefami zarządów, w państwach rozwijających się odsetek ten sięga 7,2%. W Unii Europejskiej na 588 przedsiębiorstw w 17 kobiety piastują funkcję prezesa, a w 82 wchodzą w skład zarządów. W Polsce w 19 przebadanych spółkach szefują tylko mężczyźni, w zarządach zasiada 6% kobiet. Niedawne badania przeprowadzone przez Giełdę Papierów Wartościowych potwierdzają ten obraz. W przebadanych 700 polskich spółkach notowanych na giełdzie – stanowiska kierownicze zajmuje 6% kobiet. W zarządach firm – 2% 1 Raport „Przedsiębiorczość kobiet w Polsce” 2011 r.: www.badania.parp.gov.pl/files/74/75/76/479/12543.pdf www.bankier.pl/wiadomosc/PKPP-Lewiatan-Tylko-47-proc-kobiet-jest-aktywna-zawodowo-2298237.html www.wyborcza.biz/biznes/1,100896,10784155,Kobiety_moga_zawojowac_biznesowy_swiat__Wiec_czemu.html

163


pań sprawuje najwyższe funkcje. „Winę” za tę sytuację przypisuje się społecznym stereotypom, jakoby roli żony i matki nie daje się pogodzić z rolą kobiety sukcesu. Komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding (żywe zaprzeczenie tej teorii, matka i aktywna polityk) opracowała propozycję nowej regulacji, która zobowiąże firmy notowane na giełdzie do przeznaczania dla kobiet minimum 40% stanowisk w zarządach. Wspomniane akty prawne będą odnosić się do spółek zatrudniających więcej niż 250 pracowników i  o odpowiednio wysokich obrotach. Takie przedsiębiorstwa będą musiały w  przyszłości przedstawiać roczne sprawozdania z  przestrzegania parytetów płci. Lekceważenie prawa skutkowałoby karami finansowymi lub np. z zakazem realizacji kontraktów rządowych. Reding chciałaby aby w 2015 r. w całej Unii w zarządach firm było przynajmniej 30% kobiet, a  w  2020 r. nawet 40%. Dokument jej autorstwa przeszedł długą drogę przez PE i został przyjęty! W Europie prawne uregulowanie udziału kobiet w biznesie nie jest nowością. Takie parytety obowiązują już m.in we Francji, Szwecji i Norwegii (obecnie wprowadzane są także w Belgii i Włoszech). Kobiety mają tam prawnie zagwarantowany 20-40% udział w radach nadzorczych.

Lidia Geringer de Oedenberg wraz z posłankami z S&D w Parlamencie Europejskim.

164


Badania potwierdzają również sens ekonomiczny tego balansu płciowego: średnio trzy kobiety w zarządzie firmy „generują” zysk wyższy o 10%. Jednakże jak pokazują szwedzkie doświadczenia, same parytety nie ułatwiają awansu szerokiej grupie pań. Często ta sama kobieta zasiada w kilku radach nadzorczych, w związku z czym naprawdę wybija się jedynie wąska grupa „złotych spódniczek”. Nie same parytety spowodują szeroką aktywizację zawodową kobiet, potrzebne jest również tworzenie przyjaznego środowiska dla kobiecej przedsiębiorczości, likwidacja wszelkiego rodzaju barier, zmiana modelu społecznego roli kobiety, prezentowanie dobrych wzorców i praktyk. Choć w statystykach rekinów biznesowych Polki wypadają jeszcze słabo, to królują w tych związanych z drobnym handlem i usługami. 36% przedsiębiorców w Polsce stanowią panie. To bardzo dobry wynik w porównaniu z innymi państwami, gdzie np. w Niemczech udział kobiet przedsiębiorców wynosi 28%, w Szwecji – 26%. Polki, według badań, są lepiej wykształcone, bardziej efektywne i pracowite niż rodzima płeć silna jednak ogólny wskaźnik zatrudnienia kobiet w Polsce ciągle pozostaje niski. Najtrudniej zatrudnialne są młode matki. Brak dostatecznej instytucjonalnej opieki nad dziećmi powoduje, że tylko 33% dzieci jest objętych opieką żłobkową, a opieką przedszkolną 50% dzieci w miastach i 14% na wsi, podczas gdy średnia europejska to ponad 80%. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w 2011 r. opublikowała ciekawy raport o przedsiębiorczości kobiet w Polsce. PARP porównał dziesiątki statystyk, przepytał setki właścicieli i właścicielek firm. Wniosek, jaki wysnuł to ten, że biznes nie ma płci. Kobiety i mężczyźni z tych samych powodów zakładają firmy (potrzebują niezależności i nie mogą znaleźć odpowiedniego zatrudnienia), mają te same trudności w prowadzeniu biznesu (głównie kłopoty z finansowaniem działalności i wysokie koszty jej prowadzenia) i takie same korzyści (stabilizacja zawodowa, możliwość rozwoju oraz wysokie zarobki). Ale z  analiz tworzy się też inny obraz Polki – głównie mikrobiznesmenki. Większość z nich tworzy jednoosobowe firmy. Pracowników zatrudnia mniej niż co czwarta właścicielka firmy. Przedsiębiorstwa prowadzone przez kobiety mają średnio 5 pracowników, z męskim właścicielem – 9. Niezwykle rzadko kobiety są właścicielkami dużych firm powyżej 250 osób. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt pracy kobiet, bardzo często pomijany, a może nawet lekceważony – pracy kobiet-opiekunek swoich schoro165


wanych i zniedołężniałych rodziców. Mało kto z polityków zdaje sobie sprawę, że zastępują one publiczną opiekę społeczną. Co więcej, w powszechnej opinii – nie pracują... Opieka nad osobami bliskimi dodatkowo obciąża kobiety często uniemożliwiając im pracę zarobkową po odchowaniu dzieci. Z czego zatem mają żyć? W wielu krajach europejskich rozważa się „wycenę” tej pracy, pokrycie składek zdrowotnych, czy naliczenie lat opieki do emerytury. Dla wielu kobiet pracujących w domu, także tych wychowujących dzieci, często jedyną szansą na zarobki mogą być elastyczne formy zatrudnienia, a najczęściej właśnie samozatrudnienie. Duży zakres autonomii określania zasad wykonywania pracy, a głównie godzin pracy i  miejsca jej wykonywania, umożliwi paniom pracę „przyjazną rodzinie”. Myślę, że promocja także tego typu form zatrudnienia z pomocą unijnych środków na rozpoczęcie działalności może przynieść wymierne korzyści nie tylko kobietom, ale przede wszystkim gospodarce.

Otwarcie wystawy „Women Entrepreneurs” zorganizowanej w Parlamencie Europejskim w lutym 2013 r. przez posłanki: Lidię Geringer de Oedenberg i Małgorzatę Handzlik (po prawej), w którym uczestniczyli Komisarze (od lewej) Michel Barnier i Viviane Reding.

166


Panie do Rad Rezolucję w tej sprawie przegłosowaliśmy w PE 20 listopada 2013 r. W spółkach giełdowych w UE przynajmniej 40% dyrektorów niewykonawczych do 2020 r. będą stanowiły kobiety. Spółki publiczne będą musiały osiągnąć ten cel już w 2018 r. Firmy, którym nie uda się wprowadzić powyższych zaleceń będą karane. W latach 2003-2011 po wielu społecznych akcjach mających przełamać męski „monopol” decyzyjny udział kobiet w organach europejskich spółek zwiększył się z  8,5% do 13,7%. Komisja Europejska, widząc te mizerne rezultaty, w 2011 r. przedstawiła projekt „Kobiety w zarządzie – zobowiązanie dla Europy” będący zachętą dla wiodących spółek giełdowych mającą na celu zwiększenie reprezentacji kobiet w ich zarządach: do 30% w 2015 r. i 40% w 2020 r. Teraz czas na fazę „zobowiązującą”. Na czym mają polegać zmiany? Przy przejrzystej i zgodnej z zasadami równości płci procedurze rekrutacyjnej, w której kwalifikacje i umiejętności będą podstawowym kryterium, w sytuacji kiedy kandydaci będą mieli takie same oceny, pierwszeństwo powinno zostać przyznane osobie, której płeć jest niedoreprezentowana. Kwoty nie obejmą małych i średnich przedsiębiorstw, czyli takich, które zatrudniają poniżej 250 osób. Proponowane kary „grzywna, czy wykluczenie z procedury przetargów publicznych” będą stosowane tylko w przypadku niezastosowania przejrzystej procedury rekrutacyjnej, a  nie w  przypadku nieosiągnięcia wymaganego celu. 167


Seminarium S&D w kwestii zwalczania przemocy wobec kobiet. Od lewej: europosłanka Corina Creţu, Kwestor Lidia Geringer de Oedenberg oraz Rovana Plumb, była posłanka do Parlamentu Europejskiego, rumuńska Minister Środowiska.

Parlament przyjął wniosek 459 głosami „za”, przy 148 głosach „przeciw” oraz 81 wstrzymujących się. Zasady zaczną obowiązywać po przyjęciu ich przez Radę Unii Europejskiej. Jest to ważny krok w kierunku lepszego przestrzegania zasady równości jako podstawowej wartości UE (Artykuł 157 ust. 3 TFUE) zmierzający do stosowania w  praktyce zasady równości szans i  równego traktowania mężczyzn i kobiet w dziedzinie zatrudnienia i pracy. Kobiety są przedsiębiorcze, kreatywne, mają nerwy ze stali, ale szefami bywają głównie w firmach, które same założą. Kobiety nie podejmują ryzykownych decyzji, są odpowiedzialne i bardzo dobrze zarządzają finansami... Warto oddać decyzje gospodarcze w ręce kobiet, szczególnie w kryzysie. Myślę, że gdyby bank, od upadku którego rozpoczął się światowy kryzys nie nazywał się Lehman Brothers, ale Lehman Sisters – kryzysu mogłoby nie być. 168


W rozlicznych równościowych rezolucjach Parlamentu Europejskiego zwracamy uwagę na bariery, jakie muszą pokonywać kobiety wkraczające w świat biznesu i polityki trzymany męską ręką. Oczywiście, nie wystarczą same kwoty na listach wyborczych czy w zarządach spółek, kluczową kwestią jest możliwość godzenia życia zawodowego z  rodzinnym. Temu zagadnieniu zresztą jest poświęcony rok 2014 jako Europejski Rok Harmonii Pracy Zawodowej z Życiem Prywatnym i to nie tylko kobiet, ale i mężczyzn, na których w równym stopniu spoczywa odpowiedzialność za rodzinę i dzieci. Bez miejsca w żłobku czy przedszkolu dla własnego dziecka, nie uda się efektywnie pogodzić pracy z  domem. Profesjonalne opiekunki, którym można zaufać, to spory wydatek, a miejsc w żłobkach i przedszkolach państwowych jest ciągle za mało. Konieczna jest dobrze funkcjonująca infrastruktura opiekuńcza dofinansowana przez państwo czy samorządy, obejmująca wszystkie osoby zależne, nie tylko dzieci, ale i osoby starsze wymagające stałej opieki. Bez pomocy publicznej w tej kwestii, kobiety nigdy nie będą miały prawdziwie równych szans.

Konferencja „Women in developement” w Brukseli, 7 lutego 2012 r.

Więcej: www.wyborcza.biz/biznes/1,100896,12424911,Bruksela_zapowiada_parytet_w_ zarzadach_unijnych_spolek.html. 169


Park Leopolda z „widokiem” na siedzibę Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

170


VI. Europaradoksy dla niewtajemniczonych

171


Eurosceptyk Francisco Sosa Wagner w czasie „ogórkowej” debaty, 7 czerwca 2011 r.

172


Unijny dżem z krzywej marchewki Unia Europejska często jest krytykowana za żółwie tempo działania oraz brak efektywności stanowionego prawa. Nowe przepisy w kluczowych obszarach faktycznie powstają wolno i dla niewdrożonych w sprawę – nierzadko stają się obiektem żartów. Czynnikiem powodującym powstawanie pozornie absurdalnych przepisów jest przede wszystkim ochrona wspólnego rynku, wzmocniona dodatkowo poszanowaniem praw konsumenta i jego zdrowiem. Za przykłady niech posłużą słynne już zapisy uznające marchewkę za owoc, dotyczące krzywizny ogórka czy wygięcia banana. Uzasadnienie tych przepisów jest prostsze niż mogłoby się wydawać. Marchewka stała się owocem według przepisów UE (Dyrektywa 2001/113) – na skutek kompromisu francusko-portugalskiego przy określaniu definicji dżemu. Tradycyjny dżem portugalski wyrabia się bowiem z  marchewki, tymczasem w trakcie negocjacji Francuzi skłonni byli zgodzić się jedynie na definicję dżemu jako produktu powstałego z owoców. Podobnie było z definicją wina – by konsument wiedział, że to produkt z winogron, a nie z jakichkolwiek sfermentowanych odpadków oraz definicją wódki, której nie można już robić z... podrobów (Rozporządzenie 110/2008). Czarny PR dotknął również „przepisy ogórkowe”. Otóż jeżeli ogórki polewa się wodą, ulegają one znacznemu wygięciu, na końcówkach osadza się woda, przez co zyskują na wadze. Aby konsument nie płacił za tę dodatkową wodę, powstał zapis (Rozporządzenie 1677/88), by ogórki z większym (niż dopuszczalne) wygięciem uznać za produkty drugiej kategorii. Wreszcie słynny przykład z krzywizną banana. Idealnie wykrzywiony banan (według Rozporządzenia 2257/94) rośnie właściwie tylko w Unii, a konkretnie na Wyspach Kanaryjskich czy departamentach zamorskich Francji. 173


Ulubiony temat do dyskusji eurosceptyków – dżem z marchewki. Poseł Ashley Fox podczas debaty na sesji plenarnej, 15 kwietnia 2014 r.

Pochodząca stamtąd odmiana cieszy się bowiem nie tylko sporymi eurodotacjami, ale dzięki odpowiednim zapisom ma pierwszeństwo na wspólnym rynku. Inne banany, spoza Wspólnoty jako „zdeformowane”, napotykają zatem na utrudniony (oclony) wstęp do unijnych sklepów. Pozornie dziwne zapisy to tylko margines tworzonego prawa wspólnotowego. Przez ostatnie dwa dziesięciolecia zmienił się nie tylko wizerunek Unii, ale i oczekiwania wobec niej. Jeszcze na początku lat 90. nie istniały pojęcia „obywatelstwa unijnego” ani wspólnej waluty euro. Unia nie posiadała nawet osobowości prawnej. Nie wiadomo było, jak instytucjonalnie określić ten europejski twór. Nie była to ani organizacja międzynarodowa ani federacja czy też konfederacja. W starych podręcznikach, wydawanych przed wejściem w życie Traktatu Lizbońskiego, określano ją mianem organizacji „sui generis”. Obecnie Unia Europejska dla przeciętnego obywatela oznacza przede wszystkim możliwość swobodnego podróżowania oraz podejmowania nauki lub pracy w innych krajach członkowskich. Coraz więcej Polaków docenia uczestnictwo naszego kraju w  europejskiej rodzinie. Aż 77% naszych rodaków twierdzi, że wejście do Unii było dla nas korzystne. Zarzucając Unii żółwie tempo zmian, dobrze jest przypomnieć sobie bajkę o żółwiu i zającu oraz jej finał. Osobiście cieszę się, że ten „europejski żółw” jest mądry i rozważny, oby był też długowieczny… 174


Polska nie uznaje flagi UE ...KPP nie chroni Polaków. Karta Praw Podstawowych (KPP) to 14-stronicowy dokument, będący integralną częścią Traktatu z Lizbony1, który w  zwięzłej formie podsumowuje podstawowe prawa obywateli UE. KPP nie zaakceptowały tylko dwa państwa członkowskie UE: Wielka Brytania i  Polska. W  przypadku Brytyjczyków, z definicji negujących wszystko co dotyczy pogłębiania integracji, i chcących tylko korzystać ze wspólnego rynku – sprawa wygląda dość klarownie. O co jednak chodziło ówczesnym polskim władzom: Prezydentowi i  Premierowi Kaczyńskim odrzucającym KPP, dziś trudno zrozumieć. Platforma Obywatelska, będąca wtedy w opozycji, była „za” Kartą tak długo, aż... doszła do władzy, bowiem Donald Tusk i Radosław Sikorski podpisali 13 grudnia 2007 r. w Lizbonie (w obecności Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego) traktat jednak z  tzw. klauzulą „opt out”2, czyli wyłączeniem KPP, wspierając tym samym swoich niedawnych „przyjaciół” z PiS. Jakie były argumenty „przeciw”, przedstawiane przez naszych negocjatorów? Straszono Polaków przede wszystkim nieistniejącymi zapisami KPP, np. podstępnym wykupem polskiej ziemi i lawiną germańskich roszczeń, gwałtownym wzrostem aborcji, eutanazji i  liczby homoseksualnych małżeństw nad Wisłą. Jak wiadomo, zjawiska te od momentu podpisania KPP przez 25 pozostałych państw UE z „siłą wodospadu” nawiedzają teraz całą Europę... W krytyce Traktatu Lizbońskiego i KPP „nieboszczka” IV RP zapędziła się tak daleko, że nie dostrzegła faktu, że na co dzień sama realizowała zdecydo1 Karta Praw Podstawowych: www.eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:C:2010:083:0389:0403:PL:PDF. 2 Protokół w sprawie stosowania KPP w stosunku do Polski: www.eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:C:2007:306:0156:0157:PL:PDF.

175


Flagi państw członkowskich i Unii Europejskiej przed Parlamentem Europejskim w Strasburgu.

176


waną większość z negowanych w KPP zapisów. Polecam choćby krótką lekturę wspomnianego dokumentu, w którym odnajdziemy wiele sformułowań niemal identycznych z naszą Konstytucją, a także idealnie pasujących do programu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości3. Dziś widać „czarno na czarnym i biało na białym”, że w 2007 r. PiS-owi nie chodziło o merytoryczne zarzuty do treści KPP, ale o wykonanie spektakularnego, eurosceptycznego gestu w celu przyciągnięcia przestraszonych wyborców. Trudno ocenić, jak wielu z nich dalej boi się Karty, myślę jednak, że teraz nadchodzi najwyższa pora, by odczarować to archaiczne PO-PiSowe myślenie i przyjąć KPP, podobnie jak 25 innych krajów UE. Ponadto, kolejną „post-mortem IV RP” kwestią jest swoisty paradoks nieuznawania flagi i hymnu Unii, co wyraża deklaracja nr 52 do Traktatu z Lizbony4. Tymczasem, jak chyba każdy z  nas zauważa, podczas uroczystości państwowych i ważnych wydarzeń z udziałem władz, obok flagi Polski zawsze prezentowana jest flaga UE, a  Oda do radości rozbrzmiewa obok polskiego hymnu. O co zatem PO-PiSowi chodziło? Myślę, że warto by było, żeby w „temacie flagi” Polska wróciła do klubu normalnych w  UE. Moim zdaniem – i  zdaniem konsultowanych przeze mnie prawników – nie będzie to zbyt skomplikowane. Możemy przyjąć KPP w jednym z dwóch wariantów: a) na drodze jednostronnej deklaracji władz Polski, że nie czują się już związane zapisami protokołu nr 30 Traktatu z Lizbony, mówiącego o zwolnieniu Polski z przestrzegania zapisów Karty; b) poprzez rewizję Traktatu z Lizbony, która i tak będzie miała miejsce niebawem, w związku z wpisaniem do Traktatu stałego Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego. W  przypadku uznania unijnych symboli, sprawa jest jeszcze łatwiejsza. Tu wystarczy tylko jednostronna deklaracja Polski, ale po stronie Polski – jak dotąd – brakuje woli politycznej.

Program PiS z 2009 r.: www.pis.org.pl/dokumenty.php. Deklaracje do Traktatu z Lizbony, 52. dotyczy symboli Unii: www.eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=OJ:C:2010:083:0335:0360:PL:PDF. 3 4

177


ŝelazna Dama – Margaret Tchatcher przemawia w Parlamencie Europejskim w 1986 r.

178


Polska dopłaca do brytyjskiej unijnej składki Budżetowy Komisarz Janusz Lewandowski pozwolił sobie w 2010  r. na dość odważną uwagę na łamach niemieckiego dziennika „Handelsblatt”, mówiąc, że „brytyjski rabat stracił rację bytu”. I  choć powiedział to, co inni na kontynencie myślą od dawna, „kij w mrowisku” długo w nim nie pozostał. Brytyjski rząd zareagował natychmiast. Budżetową, słowną przepychankę relacjonowały wszystkie poważne światowe media, od „The Financial Times” po „The New York Times”. „The rebate is fully justified. Without it, the UK would be paying a  net contribution twice as much as France” („Rabat jest w  pełni uzasadniony. Bez niego Wielka Brytania wkładałaby do unijnej kasy dwukrotnie więcej niż Francja”) – grzmiał George Osborne, ówczesny kanclerz skarbu, dodając dla zaostrzenia apetytu przed pierwszą rundą negocjacji: „People better know that at the beginning of the process, because they’ll certainly discover it at the end” („Lepiej, by ludzie zdawali sobie z  tego sprawę [ze stanowiska Wielkiej Brytanii w  sprawie rabatu – przyp. aut] na samym początku, gdyż z całą pewnością spotkają się z nim na końcu negocjacji”). Chodzi oczywiście o pieniądze, dzięki rabatowi wynegocjowanemu w 1984 r. przez Żelazną Damę, Premier Margaret Thatcher – Wielka Brytania przez ponad 20 lat wpłacała do unijnej kasy mniej, niż wynikałoby to z ekonomicznego rachunku, opartego na wielkości PKB w danym państwie. Powód? Niekorzystanie w takim samym stopniu jak inne kraje z dobrodziejstw Wspólnej Polityki Rolnej, która w połowie lat 80 „pożerała” ok. 70% budżetu UE. W ostatnich latach brytyjski rabat wynosił średnio 4-6 mld euro rocznie. W 2011 r. wyniósł ok. 3 mld euro. Skąd te różnice?

179


Obliczenie dokładnej wysokości brytyjskiego rabatu w danym roku stanowi dość karkołomne przedsięwzięcie1. Ogólnie rzecz ujmując, wyznacznikiem rabatu są przychody z tytułu podatku VAT w danym kraju, a te zmieniają się w każdym roku (polski VAT wzrósł w 2011 r. co z pewnością ucieszyło wyspiarzy). Brytyjczycy mają rabat, ale „brakującą” część ich składki płacą... pozostałe kraje. W 1984 r. ustalono, że członkowie UE będą solidarnie finansować 2/3 brytyjskiej składki, proporcjonalnie do zamożności każdego kraju. Polska także partycypuje w  finansowaniu rabatu. W  2004 r. kosztował nas on ok. 105 mln EUR, w 2005 r. – 230 mln EUR, w 2006 r. – 244 mln euro, w 2007 r. – 280 mln euro, w 2008 r. – 301 mln euro, a w 2009 r. – ok. 220 mln euro. Wartość polskiego wkładu do rabatu rosła, ponieważ wraz z rozszerzeniem UE o 12 państw rosły też wpłaty netto do budżetu UE najbogatszych państw, w tym Wielkiej Brytanii. Kwotę przypadającą na nasz kraj oblicza się na podstawie udziału Polski w unijnym PKB (im wyższy, tym więcej płacimy za rabat). W 2010 r. Polska zapłaciła „tylko” 155,5 mln euro2. Z czego wynikła ta obniżka? Z dwóch czynników: po pierwsze, redukcji uległ maksymalny pułap środków własnych w UE – finansowanych poprzez składkę – z 1,23% łącznego dochodu narodowego wszystkich państw Unii do 0,99% (zatem spadła sama składka i związany z nią rabat). Po drugie, na szczycie Rady Europejskiej w grudniu 2005 r. Premier Tony Blair przystał na obniżkę rabatu (w okresie 2007-2013) o 7 mld funtów. W  okresie kryzysu gospodarczego i  poszukiwania oszczędności Komisarz Lewandowski, udzielając wywiadu „Handelsblatt”, postanowił najwyraźniej wypuścić „balon próbny” – negujący zasadność brytyjskiego rabatu. Nie jest bez racji. Od 1984 r. w UE zmieniło się bardzo wiele; Wielka Brytania nie należy do najbiedniejszych członków, zaś wydatki na Wspólną Politykę Rolną znacznie zmalały; obecnie to już nie 70%, a tylko ok. 40% unijnego budżetu. Zaoszczędzone środki można byłoby przeznaczyć na inne cele, np. na niedofinansowane polityki UE – jak utworzona niedawno Europejska Służba Działań Zewnętrznych. Scenariusz ten jest jednak mało prawdopodobny, choćby ze względu na stary dylemat – integracja wspólnotowa czy międzyrządowa, w którym Brytyjczycy mają dość jasne stanowisko i nawet gdyby zechcieli oddać część raba1 Dociekliwym polecam rabatowy wzór: www.isp.org.pl/files/2581128880267922001117011327.pdf. 2 Tabela z danymi dla wszystkich krajów członkowskich znajduje się na stronie Komisji: www.ec.europa.eu/budget/budget_detail/current_year_en.htm.

180


tu, nie pozwoliliby, żeby sfinansował on ponadnarodową, unijną dyplomację. Stan ducha brytyjskiej klasy politycznej i podejście do rabatu świetnie oddaje termin „totem eurosceptycznej wiary” z artykułu w „The Financial Times”3. Wystarczy przypomnieć jaką „ekskomunikę” zafundowała Tony’emu Blairowi konserwatywna opozycja, kiedy były Premier wrócił ze wspomnianego szczytu Rady Europejskiej w 2005 r., który przeszedł też do polskiej historii dzięki pamiętnym „yes, yes, yes!”, byłego Premiera Kazimierza Marcinkiewicza, debiutującego wtedy na brukselskich salonach. Komisarz Lewandowski puścił hasło w świat także po to, by sprawdzić budżetowe nastroje. Ówczesny Prezydent Francji – Nicolas Sarkozy – podchwycił wtedy tę melodię i zaczął mówić o konieczności utrzymania finansowania Wspólnej Polityki Rolnej na dotychczasowym poziomie (w to nam graj). Z kolei Komisja Europejska planująca nowy wieloletni budżet i reformę Wspólnej Polityki Rolnej odcięła się od wypowiedzi Lewandowskiego, co musiało dać Komisarzowi sporo do myślenia. Dopominając się pod adresem „10 Downing Street” o unijne pieniądze Komisarz uchylił jednak wieczko od puszki Pandory... Polecam lekturę: www.ft.com/cms/s/0/1a26c73a-b9f5-11df-8804-00144feabdc0.html.

3

Brytyjskim eurosceptykom nie wystarcza ich flaga umieszczona wraz z innymi 27 w Prezydium, wolą „oflagowanie” indywidualne.

181


Kr贸lowa El偶bieta II w Parlamencie Europejskim w 1992 r.

182


Unijna zapomoga dla brytyjskich arystokratów Mając słynny rabat (w składce do budżetu UE) ze względu na ograniczone korzystanie ze Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), Brytyjczycy wykorzystują unijne dopłaty jako „pomocowy program dla brytyjskich arystokratów” – jak twierdzi „The News Statesman”1. Przeciętne brytyjskie gospodarstwo domowe łoży na rzecz unijnej WPR – 245 funtów rocznie, z których większość trafia do... kieszeni najbogatszych brytyjskich właścicieli ziemskich. Program WPR, stworzony oryginalnie z myślą o wspieraniu małych gospodarstw rolnych oraz zmniejszaniu uzależnienia Europy od importu żywności, stanowiący ponad 40% (55 mld euro rocznie) całego budżetu UE, stał się „zasiłkiem” dla eurosceptycznej brytyjskiej arystokracji. Unijne dopłaty „wyznacza” powierzchnia terenu, a  nie sytuacja materialna ubiegającego się o dotację, są zatem paradoksalnym instrumentem działającym na zasadzie – im więcej masz tym więcej dostajesz. Europejska definicja rolnika nie wymagała od tegoż prowadzenia produkcji żywności czy produktów rolnych, adresaci dofinansowania płaceni byli w rzeczywistości tylko za to, że posiadają lub dzierżawią ziemię, nawet gdy jej nie uprawiają. „The New Statesman” uzyskał zgodnie z  unijną polityką transparentności dane od brytyjskiego Departamentu ds. Środowiska, Żywności i Spraw Wsi – za 2011 r. o dotacjach „obszarniczych”, na które „zrzuciły się” de facto miliony europodatników. Największym indywidualnym brytyjskim beneficjentem w 2011 r. był Sir Richard Sutton, któremu zostało wypłacone 1,7 mln funtów za Settled – 6500akrową nieruchomość. Dalej plasuje się Książę Westminster, multimiliarder, Więcej: www.newstatesman.com/politics/politics/2012/09/aid-aristocrats.

1

183


który otrzymał 748 716 £ z tytułu posiadania farm w Grosvenor. Następni są: Hrabia Plymouth z 675 085 £, Książę Buccleuch z 260 273 £, Książę Devonshire z 251 729 £ i Książę Athollu z 231 188 £. 2011 r. był również lukratywny dla panującej rodziny Windsorów. Królowa otrzymała od UE 730 628 £, a Książę Karol odnotował na koncie 127 868 £. Dotację z Unii w wysokości 273 905 £ otrzymał także Książę... Arabii Saudyjskiej Bandar bin Sultan – posiadający 2 000 hektarów w Glympton w hrabstwie Oxfordshire. Biorąc pod uwagę obecne kryzysowe cięcia w wielu państwach członkowskich UE, powyższe dotacje są przez społeczeństwo odbierane jako socjalizm dla bogatych i kapitalizm dla biednych. W okresie wyrzeczeń i oszczędności taki stan korporacyjnego dobrobytu nie może trwać. Parlament Europejski postanowił zatem zreformować WPR, ograniczając w państwach członkowskich płatności bezpośrednie do 300 000 euro przeznaczonych wyłącznie dla aktywnych rolników. Zmiany wchodzą w życie w 2014 r. Unia jednak nadal będzie świadczyć pomoc dla właścicieli gruntów, którzy czerpią do 5% swojego rocznego dochodu z działalności rolniczej (szczególnie

Spotkanie Premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona z Przewodniczącym PE Martinem Schultzem, 19 października 2012 r.

184


cenne dla nieuprawiających ziemi), co w rezultacie i tak pozwoli największym gospodarstwom brytyjskim korzystać z eurodotacji. Brytyjska Partia Konserwatywna, która z reguły nie szczędzi krytyki wobec brukselskich biurokratów, ze względu na swoje silne powiązania z grupą obszarników ziemskich, w ogóle nie zabiera głosu w sprawie tych paradoksów wynikających z WPR. Obecna sytuacja oburza jednak „zwykłych” Brytyjczyków. W ich powszechnym odczuciu arystokraci hamują rozwój kraju, bowiem tylko 6% jego terytorium jest do dyspozycji zwykłych obywateli. Reszta należy do arystokracji, która posiada grunty, nie płaci od nich żadnych podatków w kraju, zatem nie ma też potrzeby ich uprawiania do uzyskania przychodów czy wystawiania ich na sprzedaż, a dodatkowo w bonusie otrzymuje dopłaty rolne z Unii Europejskiej. Królestwo Wielkiej Brytanii liczy 60 mln akrów, z czego 42 mln to ziemie rolne, 12 mln stanowi obszar środowiska naturalnego (lasy, rzeki, góry) będący w  posiadaniu instytucji narodowych i  tylko 6 mln akrów to działki o  charakterze urbanistycznym, gęsto zaludnione, na których stoją domy, fabryki i biura. 69% brytyjskich ziem jest w posiadaniu mniej niż 1% populacji. 90% ludności mieszka na zaledwie na 5% terytorium. Ta koncentracja jest jedną z podstawowych przyczyn kryzysu na brytyjskim rynku mieszkaniowym. Brak terenów pod budowę z kolei winduje ceny nieruchomości. Brytyjskie mieszkania są najdroższe UE i najmniejsze2 wśród krajów rozwiniętych.

Przeciętna powierzchnia nowobudowanych jednorodzinnych obiektów mieszkalnych: USA – 214 m2 Australia – 206 m 2 Dania – 137 m2 Francja – 113 m 2 Hiszpania – 97 m 2 Irlandia – 88 m2 Wielka Brytania – 76 m 2

2

185


Prezydent Czech Vaclav Klaus w Parlamencie Europejskim, luty 2009 r.

186


Czeski film unijnej Prezydencji Każdy kraj członkowski, kolejno – na sześć miesięcy – staje się przewodnikiem Unii. Niektóre „stare” państwa mają w tym spore doświadczenie, ponieważ kilkanaście razy trzymały już w swych rękach stery Wspólnoty. Są też i debiutanci. Po rozszerzeniu w 2004 r. pierwszym nowym krajem dzierżącym Prezydencję w Radzie UE była w 2008 r. Słowenia, która z nowymi obowiązkami poradziła sobie całkiem dobrze. Potem przez kilka lat nowicjusze przeplatali się z doświadczonymi i tak nastał rok 2009, w którym Czechy stanęły na czele Unii. Trzeba przyznać, że po wcześniejszej francuskiej Prezydencji i błyskotliwych „piruetach politycznych” ówczesnego Prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego – spodziewano się, że kolejna, czeska prezydencja przejdzie bez echa. Nic bardziej mylnego. Zostanie na pewno zapamiętana jako... niezwykle oryginalna!!! Już sam jej styczniowy start w pamiętnym roku 2009 odbył się z wielkim „gazowym” hukiem. Konflikt w Gazie i konflikt z gazem na linii Rosja-Ukraina, do tego nabierający mocy kryzys dały mieszankę prawdziwie wybuchową. Czesi sami wzmocnili efekt „silnego wistu”, zaczynając od politycznej awantury z delegacją europoselską na Hradczanach, którą „pogonił” nieuznający unijnych flag ani reprezentantów Prezydent Vaclav Klaus. Temperaturę potem podniosła jeszcze emisja filmu promującego czeską prezydencję pod hasłem „Dosolimy Europie” oraz prezentowana później w Radzie Unii kontrowersyjna wystawa wyśmiewająca stereotypy krajów Unii (np. Bułgaria jako turecka toaleta, Polska jako kartoflisko z gejowskim klerem), która dolała oliwy do otwartego już ognia. Potem nastąpiła kulminacja – „występ” Prezydenta Klausa w Parlamencie Europejskim. Unikatowy w każdym calu. Pierwszy w historii przypadek, gdy Prezydent kraju sprawującego Prezydencję nad Unią Europejską nawoływał i  rozdawał przed swoim wystąpieniem 187


materiały przeciwne integracji europejskiej, wzywając do odrzucenia Traktatu z Lizbony. To nie był koniec czeskich niespodzianek. 24 marca 2009 r. tamtejszy parlament przegłosował wotum nieufności dla centroprawicowego rządu Mirka Topolanka. Brak zaufania zgłosiło 101 posłów do 96 dalej ufających. W czasie, gdy czeski rząd był obalany – niczego nieświadomy Premier Topolanek debatował właśnie z nami w Strasburgu na temat kryzysu, zupełnie nie spodziewając się, jak bardzo uderzy on w niego samego. Wcześniej cała Europa poznała Premiera Topolanka (w  stroju Adama) na zdjęciach z wilii Premiera Silvio Berlousconiego przy okazji bunga-bunga... Było i śmiesznie i strasznie. Europa, za sprawą Czech, znalazła się w prawdziwym kłopocie. Mieliśmy nawet dyskusję, czy nie odebrać im prezydencji. Chętni do przejęcia byli Francuzi, ich Prezydent Sarkozy nawet bez pytania o  mandat jeździł po świecie, reprezentując Unię, nie godząc się ze świeżo utraconą eurowładzą. Pochodzący z tej samej familii politycznej co Topolanek – Joseph Daul (Francuz), szef grupy Chadeków (EPP) – największej frakcji politycznej w  Parlamencie Europejskim, stwierdził, że „Europa szczególnie teraz w czasie kryzysu potrzebuje silnego przywództwa, a rząd, który sprawuje przewodnictwo UE i który nie ma zaufania swego Parlamentu, nie może takiego przywództwa zapewnić”. Zarówno zaskoczona przebiegiem wypadków Komisja Europejska jak i Parlament, robiąc dobrą minę do złej gry, wyrazili nadzieję, że Czechy zdołają jednak dalej sprawować przewodnictwo w UE. Powiało grozą, choć takie przypadki miały już miejsce, tyle tylko, że w latach 90-tych, kiedy Wspólnota była jeszcze o połowę mniejsza, bardziej jednorodna i przez to „łatwiejsza” do ogarnięcia.

188


Kościół – państwo w Europie Problem świeckości państwa jest obecny w debacie publicznej nie tylko w Polsce, ale również w wielu krajach Europy Zachodniej. Jako przykład państwa, w którym zasada laickości jest w UE najlepiej przestrzegana, podaje się Francję. Francuzi już w  roku 1905 przyjęli ustawę przewidującą rygorystyczne rozdzielenie Kościoła od państwa. Przepisy tego dokumentu zapewniają do dziś pełną wolność sumienia i jednocześnie całkowitą swobodę sprawowania obrządków. Stwierdzają, że Republika nie faworyzuje i  nie subwencjonuje jakiegokolwiek wyznania. Wprowadzone regulacje zniosły też wszelkie dotacje związane z  wyznaniami. Budynki kościelne służące publicznemu sprawowaniu kultów, a także przeznaczone na mieszkania duchownych (i na seminaria) oraz majątek ruchomy zostały przekazane specjalnie powołanym stowarzyszeniom kultowym, których działalność podlega ogólnym przepisom prawa. W artykule 44. wspomnianego dokumentu znalazły się sformułowania mówiące o  unieważnieniu przepisów odnoszących się do kwestii religijnych, co oznaczało m.in. zerwanie konkordatu, chociaż władze francuskie utrzymywały wtedy, że Watykan poprzez niektóre poczynania sam nie podporządkowywał się obligacjom konkordatu i w ten sposób spowodował jego wcześniejsze unieważnienie. Warto także zauważyć, że ze względu na skomplikowane uwarunkowania historyczne sytuacja prawna kościoła we Francji nie jest do dziś jednorodna na całym terytorium państwa. Odrębne rozwiązania funkcjonują w Alzacji i Lotaryngii, które nie należały do Trzeciej Republiki w czasie przyjmowania ustawy z 1905 r. i znalazły się w granicach państwa francuskiego dopiero po 1918 r. To w efekcie spowodowało, że utrzymano na ich terytorium dyspozycje konkordatowe, nie sięgając już powtórnie po rozdział państwowo-kościelny. 189


Zasada laickości państwa jest we Francji wartością ponad polityczną, którą wspiera zdecydowana większość społeczeństwa i partii, bez względu na ich miejsce na scenie politycznej. „Laïcité” dołączyła do rewolucyjnych „Liberté – Fraternité – Egalité”. Wyrazem czego może być uchwalenie 1 czerwca 2011 r. przez francuski Senat rezolucji1 o ustanowieniu Narodowego Dnia Sekularyzmu (284 senatorów „za”, 26 – „przeciw” i 6 wstrzymujących się). Innym przykładem stosunku do wiary jest Malta, która zgodnie ze swoją Konstytucją z 1964 r. jest państwem wyznaniowym (art. 2 § 1 „Religią Malty jest rzymsko-katolicka religia apostolska”). Władze Kościoła rzymsko-katolickiego mają prawo i  obowiązek nauczania, jakie wartości są dobre, a  jakie złe. Lekcje religii rzymsko-katolickiej w szkołach są obowiązkową częścią programu kształcenia. Ciekawostką jest też to, że Malta do niedawna była jedynym państwem Unii Europejskiej, w  którym nie było cywilnych rozwodów! Na mocy zawartego w 1993 r. „Konkordatu o małżeństwach” Kościół katolicki decydował o regułach rządzących zawieraniem małżeństw, dopiero w 2011 r. w drodze referendum Maltańczycy zdecydowali inaczej. Kraje, w których określona religia ma status „państwowej” wcale nie są taką rzadkością. W Grecji 95% obywateli to zdeklarowani wyznawcy prawosławia, mającego konstytucyjny charakter „religii dominującej”. W praktyce przekłada się to na wiele przywilejów w życiu publicznym, a nieprzestrzeganie „świętych kanonów wiary” ścigane jest jak przestępstwo (np. za złamanie tajemnicy spowiedzi). Państwo bierze na siebie także wynagrodzenia wszystkich duchownych, w tym także świeckich zatrudnionych przez Kościół. Nauczyciele religii także otrzymują pensje od państwa. Swoiste rozwiązanie pośrednie – pomiędzy francuskim a maltańskim – istnieje w Niemczech. W Konstytucji Weimarskiej z 1919 r. przyjęto, że „Religia państwowa nie istnieje”. W tym samym dokumencie zagwarantowano wolność wyznania i  jednocześnie prawo do zrzeszania się w  związki wyznaniowe. Postanowienia konstytucji pozwalały na organizację posługi religijnej np. w szpitalach, czy w wojsku, o ile zaistniała taka potrzeba. Prawie wszystkie rozwiązania przyjęte w  1919 r. zostały przeniesione do Ustawy Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec z 1949 r. W postanowieniach dotyczących systemu oświaty stwierdzono także, że religia jest zwyczajnym przedmiotem szkolnym, a prawo do decydowania o uczestnictwie dziecka w tych zajęciach mają rodzice (do zawarcia odrębnego konkordatu przepis Więcej: www.senat.fr/leg/ppr09-320.htm.

1

190


ten nie obowiązywał na terenie Brandenburgii). Pomimo że Niemcy są państwem świeckim, rząd pomaga w zbieraniu specjalnego „podatku kościelnego”, który muszą płacić wszyscy członkowie danej wspólnoty. Jeżeli np. ktoś będąc ochrzczonym w wierze katolickiej osiedla się w Niemczech i nie chce płacić tego podatku, musi dokonać apostazji, czyli oficjalnie wystąpić z  Kościoła. Państwo wspiera finansowo zarówno Kościół protestancki jak i katolicki, przekazując corocznie ok. 400 mln euro na „cele religijne”. Co ciekawe, w  Niemczech dalej obowiązuje konkordat zawarty z  Watykanem w 1933 r. przez Trzecią Rzeszę. Niektóre kraje związkowe posiadają też własne konkordaty jak Saksonia – od 1996 r., czy wspomniana Brandenburgia od 2003 r. Pytania, jak daleko może posunąć się organizacja wyznaniowa, usiłując wpływać na działania demokratycznie wybranych władz, zostały zadane parę lat temu w Hiszpanii po tym, gdy Kościół katolicki organizował manifestacje w proteście przeciw niektórym działaniom (byłego już) lewicowego rządu Premiera José Zapatero. Ze szczególną wrogością Kościoła spotkały się wtedy: prawo ułatwiające procedurę rozwodową, złagodzenie prawa aborcyjnego, ustawa przyznająca prawo do małżeństwa osobom tej samej płci, a także decyzja o zmianie statusu lekcji religii w szkołach z obowiązkowych na nieobowiązkowe. Ustawy przeszły. Status religii państwowej gwarantują do dziś także inne państwa w UE, np. Dania i Wielka Brytania. Konstytucja Danii wyraźnie stwierdza, że „Ewangelicki Kościół luterański jest Kościołem narodowym i jako taki jest wspierany przez państwo”. „Wiedza o chrześcijaństwie” ma w szkołach charakter obowiązkowy, duchowni cieszą się statusem urzędników państwowych, a  działalność Kościoła finansowana jest z budżetu państwa. Środki na ten cel pochodzą podobnie jak w Niemczech ze specjalnego podatku kościelnego. 84% obywateli deklaruje przynależność do Kościoła luterańskiego. W Szwecji i Finlandii do niedawna luteranizm był religią państwową, zasada rozdziału Kościoła od państwa została wprowadzona stosunkowo niedawno: w Finlandii w 1999 r., a Szwecji w 2000 r. W Anglii od czasów Henryka VIII, a konkretnie od 1534 r. – Kościołem państwowym jest Kościół anglikański. Jego najwyższym zwierzchnikiem obecnie jest królowa Elżbieta II, która w sposób oczywisty ma wpływ na wszelkie nominacje na wyższe stanowiska kościelne, wielu biskupów zasiada w  Izbie Lordów. Nauczanie religii jest obowiązkowe w szkołach finansowanych przez 191


rząd, ale w odróżnieniu od innych „państw wyznaniowych” Kościół anglikański nie jest formalnie utrzymywany przez państwo. Tym niemniej „wszystko, co atakuje prawdy Kościoła anglikańskiego lub istnienie Boga”, jest ścigane z mocy prawa. W Polsce, przed II wojną światową, nie przeprowadzono jednoznacznego rozdziału państwa i Kościoła. W latach 90-tych XX w. władze polskie zdecydowały się na zawarcie konkordatu. Gwarancje niezależności światopoglądowej państwa oraz wolności wyznania znalazły umocowanie w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 1997 r. – praktyka życia publicznego wskazuje dziś, że przepisy Konstytucji nie są przestrzegane. Sprawa konstytucyjnej sekularyzacji Państwa zdecydowanie dojrzała w Polsce do wyjaśnienia.

Papież Jan Paweł II jako głowa państwa Watykan przemawia w Parlamencie Europejskim w 1988 r.

192


Bardzo „wolny” przepływ pracowników Po rozszerzeniu w 2004 r. prawie wszystkie „stare” państwa członkowskie zastosowały tzw. okresy przejściowe (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii, Szwecji i  Irlandii), by chronić swoje rynki pracy przed ewentualnym zalewem pracowników z nowej, uboższej części UE. Do końca okresu „ochronnego” rynki blokowały przed nami tylko Austria i Niemcy, ale wszystkie okresy przejściowe ustalone dla polskich obywateli wygasły po 30 kwietnia 2011 r. Po kolejnym rozszerzeniu w 2007 r. – o Bułgarię i Rumunię – czasowe blokady dla własnych rynków pracy zastosowały wobec następnych „nowych” prawie wszystkie państwa „starej” Unii (z wyjątkiem Szwecji i Finlandii) oraz 2 państwa „nowej” Unii: Węgry i Malta. W 2009 r. ograniczenia zostały zniesione w  Danii, Grecji, Hiszpanii, Portugalii i  na Węgrzech. Maksymalny czas zamknięcia rynków pracy dla Rumunów i Bułgarów trwał do 31 grudnia 2013 r. Nawet jeżeli dane państwo wprowadziło okres przejściowy na dostęp do swojego rynku pracy, to zgodnie z Dyrektywą 2004/38 obywatele Unii i tak mieli prawo przebywać w tym kraju do trzech miesięcy bez obowiązku jakiejkolwiek formalizacji swojego pobytu. Jeżeli natomiast chcieli wydłużyć swój pobyt, musieli jedynie okazać odpowiednie środki finansowe oraz ubezpieczenie. Wspomniana Dyrektywa przewidywała też możliwość wydalenia osób, które mogły stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego lub nadmierne obciążenia dla systemu opieki społecznej, ale takie wydalenie mogło mieć charakter indywidualny (a nie tak jak w głośnym przypadku Romów we Francji – masowy). Wraz ze stopniowym znikaniem barier (okresów przejściowych) należało stosownie modyfikować i ujednolicać odpowiednie przepisy prawne, czemu służą tzw. przekształcenia, którymi się zajmuję w Komisji Prawnej. 193


Mimo że zasada wolnego przepływu osób (obejmująca: studentów, emerytów, członków rodzin itd.) jest jedną z podstawowych zasad wspólnego rynku, wiele krajów UE, w praktyce do dzisiaj, wspomniany „przepływ” tak naprawdę utrudnia, czy wręcz uniemożliwia. Parlament oraz inne instytucje otrzymują bardzo wiele skarg na niewłaściwe wdrożenie Dyrektywy 2004/38. Jak zatem zmusić kraje do egzekwowania prawa do pracy? Marchewką albo kijem. Za marchewkę można uznać SOLVIT1, który dyplomatycznie wytyka krajom braki w znajomości prawa UE. Za kij – kompetencję Komisji do wnoszenia skarg przed Trybunałem Sprawiedliwości. Trzeba pamiętać, że Komisja dużo chętniej korzysta z marchewki niż z kija. Z jednej strony dlatego, że nie ma zasobów (w tym ludzkich), żeby każdą sprawę kierować do sądu, a po drugie często po prostu nie chce denerwować państw, gdyż do dzisiaj swobodny przepływ pracowników jest przez wiele wpływowych środowisk postrzegany jako zagrożenie czy konkurencja. Celowe uniemożliwianie podjęcia pracy często wynika z obawy, że nowi pracownicy zwiększą wydatki budżetowe, np. na zabezpieczenia socjalne. Czasem szuka się nawet sposobu na dodatkowe opodatkowanie obcokrajowców. Przykład zastosowania SOLVIT: Polska terapeutka zajęciowa chciała podjąć pracę w Irlandii i złożyła podanie o uznanie swoich kwalifikacji zawodowych. Irlandzkie władze odmówiły jednak uznania polskiego dyplomu, podając w uzasadnieniu, że nie został on uznany przez światową federację terapeutów zajęciowych (World Federation of Occupational Therapist – WFOT). Wymóg ten jest niezgodny z  prawem UE. Dzięki irlandzkiemu ośrodkowi SOLVIT odpowiednia instytucja Irlandii przyjęła podanie i  zapowiedziała, że od tej pory wszystkie podania, łącznie z tymi, których nie zatwierdziła WFOT, będą przyjmowane do rozpatrzenia. Celowa dyskryminacja pracowników z innych państw, może mieć swój finał w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. Najczęściej są to sprawy dotyczące np. zabezpieczeń socjalnych, a także podatków (w tych dziedzinach państwa Sieć rozwiązywania problemów rynku wewnętrznego, która działa w każdym państwie członkowskim, koordynowana przez Komisję Europejską, w Polsce – przy Ministerstwie Gospodarki www.mg.gov.pl/ Przedsiebiorcy/Solvit.

1

194


zachowują zasadnicze kompetencje). W sprawie podatków Trybunał Sprawiedliwości wymyślił bardzo inteligentną formułkę mówiąc, że „o  ile podatki bezpośrednie pozostają w kompetencji państw członkowskich, to państwa nie mogą jednak wykonywać tej kompetencji w sposób, który utrudniałby korzystanie z prawa do swobodnego poruszania się” (Sprawa C-385/00 de Goote). Jak widać reżim prawny jest dość skomplikowany, choć jego podstawy są klarowne: oprócz art. 45 Traktatu o  Funkcjonowaniu UE jest Rozporządzenie 1612/68 oraz Dyrektywa 2004/38 mająca kluczową rolę „rozciągającą” prawa przyznane pracownikom na inne kategorie osób: studentów, emerytów, członków rodzin. Jak wynika z ilości wpływających do PE petycji i skarg widzę, że obywatele coraz skuteczniej potrafią dochodzić swoich praw. Państwu też radzę nie zrażać się ewentualnymi trudnościami.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu.

195


Instytucje Unijne prezentują bogatą ofertę stażów i miejsc pracy dla młodych i ambitnych ludzi.

196


Zatrudnię – milion pracowników, od ręki... Średni poziom bezrobocia w Unii Europejskiej w 2010 r. wynosił 9,6%1, tymczasem w różnych państwach członkowskich były w tym czasie do obsadzenia, według szefa Komisji Europejskiej José Manuela Barroso, aż 4 miliony wolnych miejsc pracy! Efemeryczna wymiana informacji na rynku pracy to żadna nowość i dotyczy praktycznie każdej gospodarki. UE postanowiła wyjść temu problemowi naprzeciw, tworząc Europejskie Służby Zatrudnienia (European Employment Services – EURES), których centralnym elementem ma być internetowy portal www.ec.europa.eu/eures. Według założeń Komisji Europejskiej, EURES (tworzony już od 1994 r.), stanowiąc ogólnoeuropejski system wymiany informacji o ofertach pracy, ma zwiększyć mobilność zawodową w UE. Strona EURES-u ma za zadanie nie tylko ułatwić użytkownikowi znalezienie pracy, lecz także zaoferować mu szereg porad. Portal podzielono na dwa klasyczne działy – dla „osób poszukujących pracy” i dla „pracodawców”. W tym pierwszym umieszczono opcje wyszukiwania ofert oraz możliwość załadowania na stronie CV – do wglądu dla pracodawców. W tym drugim przewidziano z kolei opcję dodawania ofert i przeszukiwania CV osób starających się o pracę. Bez wątpienia liczby prezentują się imponująco – w bazie EURES-u znajduje się blisko pół miliona życiorysów oraz ok. 980 tys. ofert pracy, zamieszczonych przez ponad 20 tys. zarejestrowanych pracodawców. Oferty te są aktualizowane na bieżąco, pochodzą z  różnych krajów UE i  znacznie ułatwiają znalezienie pracy za granicą. EURES funkcjonuje bardzo szybko i stabilnie, co w połączeniu z wysoką liczbą ofert każe zatrzymać się przy serwisie na dłużej. Osoby wytrwałe, szukające Bezrobocie w UE, dokładne dane: www.epp.eurostat.ec.europa.eu/cache/ITY_PUBLIC/LN-072010/ EN/LN-072010-EN.PDF.

1

197


pracy w konkretnej branży (wyszukiwanie ofert według kategorii), powinny być zadowolone. Niewątpliwymi zaletami EURES-u są również: rozbudowana część poradnikowa, informacje o targach pracy organizowanych w państwach UE, czy sieć ok. 700 doradców zawodowych. Ci ostatni służą fachową poradą w  zakresie doboru oferty do profilu osoby, redakcji życiorysu oraz przygotowań do rozmowy kwalifikacyjnej. Na przykład na Dolnym Śląsku pracuje czterech doradców mówiących po polsku, angielsku i niemiecku. W skali kraju to ok. 50 osób, z którymi można skontaktować się zarówno telefonicznie, jak i mailowo. Niestety, jak zawsze w przypadku tak skomplikowanych projektów, nie obyło się bez usterek. Okazało się, że i tu znalezienie pracy nie jest łatwe. Pierwszy mankament to językowy bałagan. Choć najważniejsze sekcje przetłumaczono na 24 języki, wyszukiwanie ofert np. w  Belgii po polsku nie ma większego sensu. Wyniki wyświetlają się bowiem albo po francusku albo po flamandzku i  bez znajomości jednego z  dwóch języków (a  najlepiej obu) nie sposób ich analizować. Zabrakło też konsekwencji w tłumaczeniu tekstów w części poradnikowej; nie można np. poczytać w języku polskim o warunkach ubezpieczenia w Wielkiej Brytanii, czy o francuskim rynku pracy. Ponadto na początku szwankowało samo wyszukiwanie ofert. Serwis wyświetlał propozycje luźno związane z wpisywanymi słowami-kluczami (np. oferty dla informatyków po wpisaniu „press” i  „communication”), a  uzyskane rezultaty były mało przejrzyste. Nawet jeśli znaleźliśmy interesującą nas ofertę, EURES nie oferował możliwości aplikowania na dane stanowisko bezpośrednio z poziomu serwisu i sporadycznie zawierał dane kontaktowe pracodawcy. W efekcie, po wyszukaniu oferty często należało otworzyć nową stronę i odszukać ogłoszenie już na witrynie pracodawcy. Widząc te mankamenty Komisja Europejska, zarządzająca projektem, przymierzyła się do uruchomienia EURES-u  2.0, tj. odświeżonej wersji portalu. Obecnie funkcjonuje on znacznie lepiej. Życzę owocnych poszukiwań wymarzonej pracy „za rogiem”, czy za siedmioma górami...

198


Ryby jednoczą narody ...czyli historyczne głosowanie w Parlamencie Europejskim. 658 – „za”, 0 – „przeciw”, 0 – wstrzymujących się. Cudowna jednomyślność. Widząc na ekranach rezultat, zaraz po głosowaniu wszyscy posłowie – zaskoczeni podobnie jak i ja – nagrodzili swoją wyjątkową jednomyślność gromkimi brawami. Jest zatem możliwe, by cała poselska wspólnota była w 100% „za” jakąś regulacją europejską. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego wyniku. Nawet żaden eurosceptyk nie wyraził sprzeciwu...

Połowy w UE reguluje Wspólna Polityka Rybołóstwa.

199


Czego dotyczyło to wyjątkowe, jednomyślne głosowanie przeprowadzone wiosną 2013 r.? Ryb. A konkretnie Sprawozdania Hudhgton’a  (A7-0314/2012) w  sprawie wniosku dotyczącego Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i  Rady zmieniającego Rozporządzenie Rady (WE) nr 2371/2002 w  sprawie ochrony i zrównoważonej eksploatacji zasobów rybołówstwa w ramach Wspólnej Polityki Rybołówstwa. Mówiąc jaśniej, wniosek miał na celu przedłużenie terminu ważności obecnie obowiązującej zasady „dostępu do zasobów rybnych” w granicach 12 mil morskich wraz z odstępstwem dla każdego państwa członkowskiego, po raz pierwszy zastosowanym w  Rozporządzeniu (EWG) nr 2141/70 ustanawiającym wspólną politykę strukturalną dla branży rybnej. Przedłużenie tego okresu do 31 grudnia 2014 r. – wszyscy, nawet zaciekli przeciwnicy Unii poparli. Odstępstwo zatem zostało. Według powszechnej opinii zarządzanie połowami w strefach 12-milowych to przykład unijnego sukcesu i tego, że państwa członkowskie są w stanie skutecznie zarządzać rybołówstwem. Czego nie można niestety powiedzieć o zarządzaniu zasobami rybołówstwa poza 12-milową strefą... Więcej: www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//NONSGML +REPORT+A7-2012-0314+0+DOC+PDF+V0//PL.

Głosowanie w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.

200


VII. Parlamentarne dreszczowce

201


Siedziba Parlamentu Europejskiego w Brukseli.

202


Bruksela miasto bez stereotypów Pracuję i mieszkam w Brukseli od dekady i z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest to miasto wyjątkowe. W mojej dzielnicy – „europejskiej” mieszka 80 tys. osób pochodzących ze 171 różnych krajów! Belgowie stanowią zaledwie połowę tej grupy, pozostali to: Francuzi, Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie, Brytyjczycy, Niemcy, Marokańczycy i Polacy (ok. 2 tys.). Na skrzynkach pocztowych w domu, gdzie mieszkam, widnieją nazwiska ze wszelkich możliwych części świata. Ogłoszenia dla mieszkańców wywieszane są po… angielsku. A przecież żyjemy w Belgii, a właściwie geograficznie we Flandrii, gdzie oficjalnie mówi się po flamandzku. W „dzielnicy europejskiej” międzynarodowe towarzystwo wymogło używanie uniwersalnego języka angielskiego także w sklepie, na poczcie, w banku, u  lekarza czy fryzjera. Słyszałam, że złodzieje z  Parku Leopolda „pracując” w „dzielnicy europejskiej” również dostosowali się tych językowych standardów. Nie radzę jednak nikomu osobiście sprawdzać, czy to prawda – szczególnie po zmroku. W Brukseli każda dzielnica ma nie tylko swojego mera, radę ustanawiającą własne reguły, ale i policję. A ta, zanim gdziekolwiek pojedzie, musi najpierw sprawdzić, czy to ich rewir, zwykle zajmuje im to od godziny do trzech. A  pracy mają mnóstwo. Stolica Belgów podobno jest jednym z  najbardziej niebezpiecznych miast w  Europie. Kradzieże, włamania i  napady są na porządku dziennym i  to nie tylko w  dzielnicach powszechnie uważanych za niebezpieczne jak: Anderlecht czy Saint-Josse, ale i  w  tych szykownych jak Etterbeek (gdzie znajduje się PE), Uccle i Ixelles – gdyż tam napady przynoszą największe korzyści. 203


Park Leopolda w okolicach Parlamentu Europejskiego.

204


Jak napadać to najlepiej w Brukseli I nie chodzi bynajmniej o deszcz… Tuż obok Parlamentu Europejskiego w Brukseli jest Park Leopolda. Na pierwszy rzut oka miłe miejsce ze starymi drzewami, położoną wśród nich z Biblioteką Solvay (nazwaną od nazwiska fundatora belgijskiego milionera i filantropa), ławeczkami, jeziorkiem i wypielęgnowanym trawnikiem, na którym chętnie „zalegają” w rzadkich momentach, gdy nie pada, w przerwie na lunch pracujący wokół eurourzędnicy z  Komisji Europejskiej, Rady i  oczywiście Parlamentu. Ale nawet gdy jak zwykle pada to i tak tę drogę „na skróty” przez park wybiera wielu. Właśnie ze względu na tych śpieszących się europrzechodniów, park i  cała okolica zwana od mnogości instytucji UE „dzielnicą europejską” stały się bardzo atrakcyjnym miejscem „pracy” dla wszelkiej maści złodziei. Portfel czy torebka wyrwana w Parku Leopolda gwarantują więcej niż przeciętny zysk w  innej dzielnicy. A  wydawałoby się, że tu, gdzie spotykają się głowy unijnych państw, czy europosłowie powinno być najbezpieczniej. To pozory. Policja pojawia się zwykle, aby zamknąć jakąś okoliczną ulicę, gdy przejeżdża VIP-owska kolumna, ale na co dzień nie ma nawet żadnych patroli. Ofiarami napadów są eurodeputowani, asystenci, urzędnicy i zwykli mieszkańcy wzięci za eurokratów. Policja belgijska nie bardzo się pali do patrolowania Parku i Parlamentu. Wie co się czai w krzakach i nie czuje się bezpiecznie w mieście. Co więcej, coraz to grozi... strajkiem, z uwagi na brak bezpieczeństwa swojej pracy. Praca belgijskiego policjanta najwyraźniej stała się zbyt niebezpieczna. 205


Komisja Europejska, Rada i Parlament całkiem serio rozważały utworzenie specjalnej strefy bezpieczeństwa, wokół naszych instytucji, łącznie z  posterunkiem policji w obrębie PE – oczywiście za dodatkową opłatą. Projekt nie przeszedł. Bruksela czerpie ewidentne korzyści z  obecności instytucji unijnych czy współpracujących z nimi organizacji międzynarodowych. Zarabia na urzędnikach europejskich i ich rodzinach (łącznie ponad 70 tys. osób), tymczasem „kura znosząca złote jajka” przechadza się po niestrzeżonym kurniku. To jeszcze nic, wewnątrz budynków PE też nie jest bezpiecznie, mimo tabunów ochroniarzy i  ponad tysiąca kamer. Na przestrzeni ostatnich kilku lat były trzy napady wewnątrz Parlamentu: na bank, kasę stołówkową i pocztę. Powoli kończą się miejsca, które można by jeszcze tu obrabować. Został jeszcze fryzjer, pralnia i kiosk. Co ciekawe, napad na pocztę pokazał, że może nie chodziło wcale o pieniądze... Jeśli dwie osoby zadają sobie trud rozpracowania skomplikowanej infrastruktury kompleksu budynków Parlamentu Europejskiego w Brukseli (w którym pracuje 10 tys. osób) i napada na malutki 2-osobowy urząd pocztowy, gdzie w kasie zwykle bywa maksymalnie kilkaset euro – można się zastanowić o co naprawdę chodziło? Był to piątek, 4 lutego 2011 r., Parlament Europejski w  Brukseli, godziny wczesno popołudniowe. Posłowie są już w samolotach, a urzędnicy na lunchu. Dwaj mężczyźni wchodzą do budynku przez wejście dla prasy. Przechodzą bez problemu kontrolę przez “bramki” jak na lotnisku. Mają identyfikatory, zatem ochroniarz nie interweniuje. W ciągu następnych kilkunastu minut mężczyźni docierają do punktu pocztowego ulokowanego na parterze w innym gmachu (części ASP), znacznie oddalonym od wejścia dla prasy. Poruszają się bardzo pewnie, a budynki Parlamentu to dla niewtajemniczonych prawdziwy labirynt. Zmierzający na pocztę „goście”, co zarejestrowały liczne kamery PE, najwyraźniej wiedzą jak i gdzie przejść, by te nie uchwyciły ich twarzy. Napad trwa minutę czy dwie, nie jest jednak zarejestrowany, ze względu na... chwilową awarię pocztowej kamery. Z „łupem” ok. 700 euro mężczyźni spokojnym krokiem opuszczają PE tą samą trasą, którą przyszli. Po ich wyjściu, zaalarmowane (z wyliczonym dokładnie opóźnieniem) służby zamykają wszystkie wyjścia z budynku, co nie pozwala ująć sprawców, ale skutecznie więzi m.in moich asystentów na kilka godzin, nie pozwalając im iść spokojnie po pracy do domu. 206


Zastanawiając się, jak zdesperowani musieli być napastnicy, by ryzykować dla wyjątkowo skromnej sumy, dochodzę do wniosku, że może wiedzieli, że niczego tak naprawdę nie ryzykują, albo też potraktowali napad jako specyficzną zabawę w kotka i myszkę, tylko wtedy film z napadu pewnie krążyłby po Internecie. Wcześniej, w 2009 r. miał miejsce napad na jedną z trzech placówek bankowych w Parlamencie. Uzbrojony mężczyzna w peruce i makijażu zabrał z kasy 30 tys. euro co, jak na napad na bank, wygląda dość skromnie – chyba, że ryzyko jest znikome. Łupem padła też kasa w  stołówce! Tu było chyba najwięcej zysku, dzień w dzień jada tam ok. 15 tys. wygłodniałych, a najtańszy posiłek kosztuje pięć euro. Żadnych sprawców nie ujęto. Za to nam posłom, asystentom i urzędnikom zaostrzono reżim wejść i wyjść z budynków, co wszystkim upoważnionym do przebywania w PE dotkliwie do dziś utrudnia życie. Jako kwestor spotykałam się także często ze skargami posłów na kradzieże w  biurach parlamentarnych. Materiały biurowe, zszywacze, zegary, a  także kosmetyki czy kawa znikały w zadziwiająco „hurtowy” sposób. Tak jakby ktoś traktował nasze biura jak swoisty darmowy supermarket. Także z mojego biura wyparowywały różne drobne przedmioty, ale gdy przed Bożym Narodzeniem zniknęły wszystkie kupione dla rodziny prezenty, zareagowałam ostro. Bez skutku. Do dziś nigdy nie jestem pewna co zastanę w swoim biurze. W  efekcie wielu wewnętrznych dochodzeń w  sprawie większych czy mniej cennych „zniknięć” – nikogo nigdy nie oskarżono, ale przynajmniej interwencja u służb sprzątających dała pewne rezultaty. Zszywacze zostają teraz na miejscu, choć kawa dalej „wyparowuje”, ale w zdecydowanie wolniejszym tempie, odsypywana ze słoika, a nie znikająca wraz z opakowaniem. Budynek Parlamentu wewnątrz jest miejscem eksterytorialnym, podobnie jak ambasada – co oznacza, że policja bez naszej zgody nie ma wstępu do środka, a zanim to nastąpi nie ma już kogo ścigać.

207


„Gazeta Wrocławska” nr 68/2009.

208


Strzelać do posła Jest początek 2009 r. Jak zwykle wracam po pracy bardzo późno do domu. Jest już ciemno. Zapalam światła, wchodzę do salonu. Wielkie okna balkonowe wychodzą na park, nie ma sąsiadów naprzeciwko. Nie zaciągam zasłon, mam poczucie, że obcuję z naturą, fantastycznie... Włączam wiadomości na moim ulubionym kanale France 2. Siadam na sofie przed telewizorem, pada strzał... pierwsza szyba antywłamaniowa kruszy się. Natychmiast gaszę światło, nie chcę by było widać wnętrze mieszkania i mnie. Druga warstwa szyb pęka ale wytrzymuje. Dzwonię na policję. Przybywają... po godzinie. Ich siedziba jest o 5 min. od mojego mieszkania. Słabo mówią po francusku, to Flamandowie. Przy pomocy małej latarki usiłują w nocy odnaleźć na moim tarasie – łuski z oddanych strzałów, bez sukcesu. Sugerują, że może to ktoś rzucił kamieniem? W szybę antywłamaniową? Nie ma jednak ani kamienia ani łusek. Piszą raport, bez żadnego ciągu dalszego. Kolega w Parlamencie, dowiedziawszy się o incydencie, od razu zapytał mnie, nad jakim dokumentem obecnie pracuję. Do głowy nie przyszło mi, że może to mieć związek z moją pracą. Czy nadepnęłam na odcisk lobbystom? Tym zaangażowanym w prawa własności intelektualnej? To najbardziej wrażliwe dossier, które do tej pory przygotowywałam, ale żeby z tego powodu do mnie strzelać? Może tylko aby mnie przestraszyć, nie zabić. W końcu belgijska policja umarza śledztwo, nie znajdując sprawców. Za to ja płacę ponad 1 tys. euro z tytułu wkładu własnego do odszkodowania, ponieważ nie odnalazłam sprawcy zniszczenia elewacji budynku (szyby) mojego lokum.

209


Brytyjski czołowy eurosceptyk Nigel Farage podczas sesji plenarnej w Strasburgu.

210


3000 euro za ścierkę do podłogi Poseł Nigel Farage, brytyjski eurosceptyk zasiadający w PE od 10 lat, jest jedną z barwniejszych postaci w PE, jeśli mierzyć „kolory” temperaturą wystąpień i obraźliwym słownictwem. Zabierając głos w debacie dotyczącej wyników szczytu w lutym 2010 r. poświęconego „strategii UE-2020” – czyli celów Unii na kolejne 10 lat, zamiast odnieść się do meritum sprawy zaatakował zaproszonego przez Parlament gościa – szefa Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya, słowami: „Ma pan charyzmę ścierki do podłogi i wygląd niskiego rangą urzędnika bankowego”. Dostało się także Belgii, skąd Van Rompuy pochodzi (do 1 grudnia 2009 r. był Premierem), która w opinii brytyjskiego europosła jest tylko „niby-krajem”... Wolność wypowiedzi nie oznacza, że można obrażać i poniżać innych, bez respektu dla powagi urzędu – Van Rompuy przewodniczy Radzie, gdzie zasiadają szefowie rządów i państw wszystkich krajów członkowskich i szacunku dla miejsca – najwyższego demokratycznie wybranego zgromadzenia, Parlamentu Europejskiego, reprezentującego ponad 500 mln obywateli. Poseł Farage poproszony przez ówczesnego Przewodniczącego Parlamentu Jerzego Buzka, by przeprosił za zajście zarówno szefa Rady jak i naród belgijski – odmówił. W konsekwencji zgodnie z art. 153(3) regulaminu PE, została nałożona nań kara, jaką było pozbawienie posła 10 diet (ok. 3 tys. euro). Z punktu widzenia Farage’a, szukającego wtedy przed wyborami w Wielkiej Brytanii za wszelką cenę rozgłosu – opłacało się. Tylko 3 tys. euro za ogólnoeuropejską reklamę – to jak za darmo. Z drugiej strony, w opinii wielu komentatorów politycznych i samych polityków, poseł Farage tym razem jednak przesadził i stracił sympatię części eurosceptyków, którzy godzą się co prawda 211


na ostrą krytykę unijnych instytucji, ale z porównywaniem uznanego polityka do ścierki już im nie po drodze. Gwoli formalności dodam, że jeszcze na początku poprzedniej kadencji PE tego typu „występ” uszedłby posłowi na sucho. W latach 2004-2009 Nigel Farage zasiadał w grupie razem z polskimi posłami z LPR i to właśnie ich aktywne „popisy” spowodowały potrzebę zmiany regulaminu Parlamentu, bowiem najwyższa kara, jaką było wtedy wyprowadzenie posła z sali, kompletnie na polskich „performersów” nie działała. Wtedy postanowiono wprowadzić także kary finansowe, aż do wykluczenia europosła ze Zgromadzenia. Jak można sobie wyobrazić, opłaty za własne występy zniechęciły „aktorów” i przez dłuższy czas nie mieliśmy podobnych „spektakli”. Można powiedzieć, że poseł Farage zawdzięcza swoim byłym kolegom, że za „ścierkę do podłogi” musiał jednak zapłacić. Czołowy eurosceptyk do dzisiaj robi co może, by osiągnąć status euromęczennika i zająć miejsce w pierwszych szeregach polityki krajowej.

Herman Van Rompuy – pierwszy stały Przewodniczący Rady Europejskiej.

212


Cztery lata dla austriackiego europosła Były austriacki Minister Spraw Wewnętrznych i eurodeputowany Ernst Strasser został 14 stycznia 2013 r. skazany na cztery lata więzienia za korupcję. Dwa lata wcześniej fikcyjna firma o nazwie Taylor Jones Public Affairs – wymyślona przez dziennikarzy brytyjskiego tabloida „The Sunday Times” – poprzez swoich „lobbystów” próbowała przekupić ponad 60 eurodeputowanych, głównie z najsilniejszych grup politycznych: Chadeków i Socjaldemokratów, mających realny wpływ na eurolegislację. Zdecydowana większość „kuszonych” posłów nie wyraziła ochoty na proponowane spotkanie, ale kilku zainteresowało się tematem. Posłom proponowano uposażenie członka rady doradczej w zarządzie fikcyjnej firmy w wysokości 100 tys. euro rocznie, zaś ich „konsultacje” miały prowadzić do zmian w dyskutowanych przez PE dokumentach dotyczących pewnych regulacji finansowych tak, by przepisy były korzystne dla płacącego. Choć nikt z oskarżanych wtedy na łamach prasy deputowanych nie przyznał się do winy, to „wyrok medialny” zapadł natychmiast, bez jakiegokolwiek domniemywania niewinności. W  efekcie dwóch deputowanych zrezygnowało z mandatów poselskich pod polityczną presją swoich partii: Austriak Ernst Strasser i Słoweniec Zoran Thaler. Rumun Adrien Severin zatrzymał mandat, ale został przymuszony do opuszczenia grupy politycznej Socjaldemokratów. Uczynił to niechętnie, gdyż był przekonany, że nie zrobił niczego niewłaściwego – zgodził się na normalne usługi konsultingowe, co nie stoi w sprzeczności ze statutem eurodeputowanego (to prawda, należy tylko zgłosić taki fakt w deklaracji majątkowej), co więcej, chcąc być w zgodzie z  prawem, skonsultował nawet tę umowę z  serwisem prawnym PE, który nie doszukał się w niej niczego niewłaściwego. Hiszpan Pablo Zalba 213


Były austriacki Minister Spraw Wewnętrznych i europoseł Ernst Strasser w Brukseli.

Bidegain, także nie zrezygnował z mandatu, wytoczył natomiast sprawę gazecie i pozostał w swojej grupie politycznej Chadeków. Strasser, Thaler, podobnie jak pozostający w PE Severin i Zalba Bidegain wcześniej byli prawdziwymi bossami w swoich krajach. Ernst Strasser był Ministrem austriackiego MSW, Zoran Thaler stał na czele słoweńskiej dyplomacji, Adrian Severin był Wicepremierem i Ministrem rumuńskiego MSZ, a Pablo Zalba Bidegain był wysokiej rangi menadżerem w Arcelor Mittal. Mieli mocną polityczną pozycję, dobre perspektywy przed sobą i spore majątki. 100 tys. euro w ich przypadku to nie fortuna, dla której warto wszystko ryzykować. Co ich skłoniło do współpracy z niby-lobbistami z brytyjskiego brukowca? To wyjaśniają obecnie słoweńskie, rumuńskie i hiszpańskie organy ścigania, bowiem austriackie już zakończyły ten proces. Ernst Strasser, polityk konserwatywnej Austriackiej Partii Ludowej usłyszał już wyrok: cztery lata więzienia, bez możliwości zwolnienia warunkowego – za zgodę na forsowanie zmian legislacyjnych w Parlamencie Europejskim w zamian za 100 tys. euro. Swoją linię obrony Strasser oparł na twierdzeniu, że zdawał sobie sprawę z dziennikarskiego podstępu, ale podejmując „grę” chciał rozszyfrować fał214


szywych lobbystów, których uważał za... amerykańskich agentów służb specjalnych. Sędzia Georg Olschak nie uwierzył w tę linię obrony, co więcej, skomentował ją, jako najbardziej dziwaczną, jaką słyszał podczas swoich 20 lat praktyki zawodowej. Strasser przyjął werdykt z kamienną twarzą. Ciekawym jest, że w czasie przesłuchań były deputowany wcale nie krył, że działał już wcześniej otwarcie, jako lobbysta. Jego zwyczajową stawką było 70 tys. euro rocznie. W listopadzie 2010 r. podniósł klientom taryfę do 100 tys. euro. Miał już sześciu kontrahentów zanim pojawili się lobbyści – dziennikarze. Sędzia Olschak, ogłaszając wyrok, zaznaczył, że „w historii II Republiki Austriackiej było tylko kilka osób, które naruszyły godność Republiki tak jak Pan” – mając na myśli pewnego polityka za wąsikiem. Więcej: www.eubusiness.com/news-eu/austria-corruption.lr2

215


Social media gromadzą dane osobowe użytkowników, tworząc bazy danych, do których użytkownicy nie mają wglądu.

216


Kontrowersyjna legislacja wzmaga natarczywość lobbystów Zaproponowane przez Viviane Reding, Komisarz ds. sprawiedliwości, praw podstawowych i obywatelstwa, rozporządzenie w  kwestii ochrony danych osobowych było jednym z  najbardziej kontrowersyjnych aktów prawnych, które trafiły do Parlamentu Europejskiego w  trakcie VII kadencji PE. Nic dziwnego zatem, że zaproponowane zmiany wywołały niespotykaną falę intensywnego lobbingu. „To największy lobbing, jaki Bruksela kiedykolwiek widziała” – powiedział tygodnikowi „The European Voice” – Joe McNamee, dyrektor European Digital Rights1. Nowe rozporządzenie miało ujednolicić często rozbieżne, narodowe interpretacje unijnych przepisów dotyczących prywatności. W grę wchodziły oczywiście wielkie pieniądze. Z jednej strony są cenne dane, którymi obracając można generować majątek, z drugiej wymóg uzyskania wyraźnej zgody Internauty na określony rodzaj „śledzenia” go w sieci, której brak może skutkować grzywną – liczoną w milionach euro. Jest o co walczyć, więc wszelkie podmioty przetwarzające dane począwszy od gigantów jak Google czy Facebook, po organizacje konsumenckie – zaczęły natarczywie pukać do poselskich drzwi. Najwięcej nacisków było związanych z  aspektami rozporządzenia czyniącymi legislację bardziej przyjazną małym i  średnim przedsiębiorstwom, np. poprzez zaproponowane zwolnienia z  uciążliwej procedury weryfikacji 1 Więcej: www.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,13391898,Polscy_europoslowie_robia__kopiuj_ wklej__z_materialow.htm.

217


„pozyskiwania zgody”. Tysiące spotkań zaowocowało setkami propozycji zmian, niektórych zadziwiająco do siebie podobnych, na co zwrócił uwagę inicjator akcji „Europe vs. Facebook”, publikując ciekawe zestawienie tekstów poselskich poprawek dosłownie przekopiowanych z materiałów lobbystów2. Tylko z mojej grupy S&D wspólnych poprawek była ponad setka. Faktem jest, że proponowane sformułowania są często bardzo skomplikowane i mało zrozumiałe dla nie-prawników. Nowa regulacja ma zastąpić dyrektywę z  1995 r., która nie jest już w  stanie sprostać wyzwaniom dzisiejszej cyfrowej rzeczywistości. Przyczynkiem do zmian stały się liczne skandale związane m.in. z handlem danymi użytkowników Internetu. Europejczycy powinni mieć prawo do „bycia zapomnianym” w sieci, czyli skutecznego wymogu by nasze dane mogły być usunięte z Internetu. To nowe wyzwanie prawne, które stawia przed nami wirtualna rzeczywistość. Propozycja bardzo popularna wśród obywateli nie jest na rękę potentatom internetowym jak Facebook czy Google. Niedawne zmiany w polityce prywatności Google – ostro skrytykowane przez 30 europejskich rzeczników ds. ochrony danych osobowych – prowadzą do niekontrolowanego przetwarzania danych osobowych bez wyraźnej zgody użytkowników, szczególnie w odniesieniu do korzystania z serwisów YouTube i Gmail. Firma Google, jak udowodniono, przechowywała bez zgody użytkowników informacje zawarte w cookies oraz te dotyczące stron odwiedzanych przez użytkowników, nawet z okresu dwóch lat wstecz. Lobbyści internetowych gigantów są najbardziej niezadowoleni z  tego, że nowe unijne prawo kategorycznie zakazałoby wszelkiego przetwarzania danych użytkowników, jeśli ci nie wyraziliby na to zgody, co zahamowałoby ich zdaniem rozwój tzw. personalized advertising, czyli sposobu selekcjonowania pojawiających się reklam w witrynach internetowych na podstawie indywidualnych preferencji czy zainteresowań konkretnego użytkownika, tworzonych dzięki zebranych o nas danych. W czym leży problem? Za każdym razem, kiedy używamy telefonu komórkowego lub gdy wysyłamy e-mail, część naszych danych jest przechwytywana i przetrzymywana przez 2 Polecam artykuły: www.guardian.co.uk/technology/2012/oct/16/google-privacy-policies-eu-data-protection, www.spiegel.de/international/business/us-government-and-internet-giants-battle-eu-over-data-privacyproposal-a-861773.html.

218


okres 6-24 miesięcy. Co prawda od 2006 r. unijna dyrektywa w sprawie zatrzymywania danych wymaga od państw członkowskich by „kolekcjonowały” wyłącznie dane na temat przesyłu, a nie treści wiadomości, jednak w praktyce rządy obligują swych narodowych usługodawców do identyfikowania komunikatu, źródła, celu i lokalizacji przekazu. Nowe proponowane unijne prawo ma zastąpić obowiązującą w Polsce Ustawę o  Ochronie Danych Osobowych z  29 sierpnia 1997 r. i  ujednolicić systemy ochrony danych w całej Unii Europejskiej. W założeniu ma być rozwiązaniem wprowadzającym właściwy balans między ochroną jednostki a swobodnym przepływem danych. Jeśli plan KE zostanie wdrożony w życie, w całej Wspólnocie będzie obowiązywało to samo prawo. Komisja chce rozporządzenia a nie „słabszej” prawnie dyrektywy, by uniemożliwić wprowadzenie zmian do projektu na szczeblach narodowych. W rozporządzeniu w  sposób jasny określa się zakres typów danych, które mogą być zachowywane, minimalne normy dotyczące dostępu i korzystania z nich, zabezpieczenia ich przechowywania oraz spójne podejście do zwracania kosztów operatorom przechowującym dane. Według Komisarz Reding na harmonizacji prawa skorzystają nie tylko konsumenci, ale także firmy, które będą miały jasne i równe zasady konkurencji. Amerykańscy potentaci internetowi twierdzą wręcz przeciwnie. Ledwo zarys projektu ujrzał światło dzienne Peter Fleisher, przedstawiciel Google napisał na swoim blogu, że prawo do bycia zapomnianym to narzędzie do wprowadzania cenzury w sieci. Faktem jest, że to nowe prawo – zawarte w art 17. proponowanego rozporządzenia – do usunięcia przez użytkownika wszelkich informacji o sobie kiedykolwiek zamieszczonych w sieci – jest jako pomysł dobre, problem leży w jego egzekwowaniu. Jak dotrzeć do wszystkich poszukiwanych danych w Internecie i jak je skutecznie zewsząd usunąć? Jeśli założyłeś sobie profil na FB i chcesz go teraz usunąć – spróbuj. Fiasko. W Norwegii istnieje portal www.servisslettmeg.no, który udostępnia poradniki, konkretną pomoc oraz kontakty do osób odpowiedzialnych za przetwarzanie danych, dając też wskazówki jak samemu usunąć dane lub do kogo się z tym zgłosić. W Polsce w biurze Głównego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO) także można uzyskać podobne informacje. Według 219


jego szefa Wojciecha Rafała Wiewiórowskiego już w pierwszych czterech miesiącach działalności serwisu wpłynęło 1478 zapytań. Faktem jest, że istnieje obawa, iż nowe „prawo do bycia zapomnianym” mogłoby stworzyć coś w rodzaju instytucji „ministerstwa prawdy”, gdzie każdy użytkownik mógłby żądać usunięcia prawdziwych, lecz niewygodnych dla niego danych na własny temat. W niektórych krajach takie prawo już istnieje i  obywatele próbują go dochodzić. Przykład z  Niemiec: dwóch morderców, po odbyciu kary i wyjściu na wolność zażądało zatarcia faktu ich skazania od niemieckiej Wikipedii (ich sprawa przed laty była bardzo szeroko komentowania, chodziło o  zamordowanie tamtejszego celebryty). Po wyjściu z  więzienia – z  fatalnym PR w  sieci – nie mogli znaleźć pracy. Na ich wniosek niemiecki sąd nakazał usunięcie dotyczącej ich noty z niemieckiej Wikipedii, w innych wersjach językowych dalej są mordercami...

Posiedzenie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych, 9 stycznia 2014 r.

220


Miliony za „nicnierobienie” Podczas gdy na eurosalonach mnożą się układanki z nowych twarzy przymierzanych do obsadzenia unijnych top-stanowisk w nowym rozdaniu w 2014 r. – media dla dodania temperatury w dyskusji – wyciągają interesujące i szokujące odbiorców „eurorodzynki”. Przykład z Wielkiej Brytanii: „Baronowa Ashton dostanie od Unii 400.000 funtów za nicnierobienie”1. To fakt. Komisarze po zakończeniu swojej 5-letniej kadencji przez trzy kolejne lata otrzymują odprawę. Tak, z  pieniędzy podatników. Wszyscy o  tym wiedzą, a najlepiej szefowie naszych rządów, którzy decydują o nominacjach na kandydatów na komisarzy. Kiedy Lady Catherine Ashton, szefowa unijnej dyplomacji zakończy swoją kadencję w październiku 2014 r. (podobnie jak cała Komisja Europejska, w tym polski Komisarz Janusz Lewandowski) – będzie miała wypłacane 65% swojego dotychczasowego uposażenia, czyli jak wyliczyli brytyjscy dziennikarze ok. 133 500 £ rocznie, aż do końca 2017 r. Ponadto, skorzysta też (jak do tej pory) z niskiego podatku wspólnotowego. Sprawa wywołała burzę na wszelkich brytyjskich medialnych forach, czemu się trochę dziwię, gdyż taką samą odprawę otrzymywali wcześniej wszyscy poprzedni komisarze z tego kraju (będącego we Wspólnocie od 1973 r.), zatem dla „wyspiarzy” to żadna nowość. Już bardziej dla nas, ale polskie media być może bardziej wyważone, nie emocjonują się specjalnie przypadkiem Baronessy i nie wiążą go z analogiczną sytuacją Komisarza Janusza Lewandowskiego, czy naszej pierwszej Komisarz – Danuty Hübner, która odprawy rzędu 100 000 euro rocznie za „nicnierobienie” z Komisji Europejskiej (KE) już otrzymała. Więcej: www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/eu/9971786/Baroness-Ashton-will-be-paid-400000 -by-the-EU-to-do-nothing.html.

1

221


Niezależne instytuty badawcze np. Open Europe „tropią” ponadto różne inne składowe zarobków urzędników najwyższego szczebla Komisji Europejskiej. Według ich wyliczeń Danuta Hübner, jako Komisarz ds. Polityki Regionalnej, w ciągu pięcioletniej kadencji w KE zarobiła łącznie 1,5 mln euro. Na pensję komisarza składają się rocznie: – płaca zasadnicza 238 919 euro, – fundusz reprezentacyjny 7 284 euro, – dodatek mieszkaniowy 35 838 euro. Po odejściu ze stanowiska najwyżsi urzędnicy UE poza wspomnianą już 3-letnią odprawą otrzymają także jednorazowy zwrot kosztów związanych z  przeprowadzką 19  909 euro, a  także dożywotnią emeryturę w  wysokości 51 068 euro rocznie. Komisarska odprawa ma być gwarancją tego, żeby komisarze (podobnie jak wysokiej rangi managerowie po odejściu z poważnej korporacji) nie zaczęli pracować zbyt wcześnie na rzecz konkurencji. Ponadto, dość przekonującym argumentem, przynajmniej zdaniem rzecznika KE, jest i to, by „komisarze nie szukali nowej pracy w czasie ostatnich miesięcy swojego mandatu, ale dopiero po zakończeniu kadencji”. Wszystko to musi brzmieć bardzo zachęcająco dla kandydatów na stanowiska komisarzy, których politycznie namaszczą nasze rządy, a na końcu zatwierdzi Europarlament. Na temat Komisji Europejskiej krążą różne dowcipy. Oto jeden z nich: – Czy wiecie, ile osób pracuje w Komisji Europejskiej ? – Przynajmniej jedna trzecia… Prawda jest taka, że w Komisji jest 28 komisarzy i każdemu z nich podlega przynajmniej 1000 urzędników. Reprezentanci KE są obecni na wszystkich posiedzeniach Parlamentu, odpytywani na każdy możliwy temat przez wiecznie niezadowolonych posłów, dwoją się i troją, a i tak naszym zdaniem robią za mało. Komisja jest dla nas przysłowiowym chłopcem do bicia, chyba trochę z zemsty za to, że Parlament „zazdrości” jej inicjatywy ustawodawczej, której jest pozbawiony i to na każdym kroku okazuje. Nikt jednak, nawet z  najbardziej eurosceptycznie nastawionych posłów nie powie, że komisarze nic nie robią. Stale widzimy ich na posiedzeniach o północy, na negocjacjach o godzinie trzeciej nad ranem i na porannych konferencjach. Osobiście się zastanawiam, czy (pomijając przyjemna pensję) nie zostali komisarzami za karę… 222


VIII. Legalne przepychanki

223


Posiedzenie Komisji Petycji w Parlamencie Europejskim, 1 kwietnia 2014 r.

224


Gdy łamane jest prawo Parlament Europejski dostaje średnio cztery petycje (skargi) na dobę. Ludzie skarżą się na wszystko – od niechcianych spalarni śmieci, po łamanie praw człowieka. Przykładowo, w 2007 r., trzy lata po wielkim rozszerzeniu Parlament zarejestrował ponad 1500 petycji, o 50% więcej niż w  roku poprzednim. Wbrew pozorom był to dobry sygnał świadczący o wzroście świadomości obywateli, że mogą dochodzić swoich praw na poziomie europejskim. W szczególności dotyczyło to obywateli z nowych państw członkowskich. Podczas posiedzeń Komisji Petycji, w której też zasiadam, omawia się średnio rocznie ok. 600 petycji. Rozpatrujemy tylko wnioski leżące w kompetencji Unii Europejskiej, co powoduje, że ok. jedna trzecia skarg jest uznawana jako „niedopuszczalne”. Obawy obywateli Unii wyrażone w petycjach koncentrują się głównie na takich kwestiach jak: środowisko i  jego ochrona, prawa własności, swobodne przemieszczanie się, prawa pracowników, uznawanie kwalifikacji zawodowych i dyskryminacja. Składający petycje skarżą się w nich na instytucje we własnych krajach, które ich zdaniem, łamią prawo wspólnotowe. Parlament pieczołowicie bada takie doniesienia. Gdy sprawa dotyczy dużej liczby obywateli organizuje się specjalne publiczne wysłuchania, można także uczynić z niej punkt debaty plenarnej. Efektem końcowym petycji jest zalecenie skierowane do Komisji Europejskiej, w kwestii przygotowania planu naprawczego lub też projektu aktu prawnego, rozwiązującego problem. W  tym kontekście złożenie petycji w Parlamencie pomaga nie tylko w zwróceniu uwagi władz i opinii publicznej na ważne, wy225


magające interwencji sprawy, ale też wnosi pozytywny wkład w proces lepszego stanowienia unijnego prawa. Petycje są znakomitym „papierkiem lakmusowym” ukazującym luki prawne, identyfikującym obszary, gdzie prawo Unii Europejskiej jest jeszcze słabe lub nieskuteczne. Skargi obywateli są traktowane niezwykle poważnie przez PE. Mając na uwadze, że państwa członkowskie czy regionalne władze nie zawsze wykazują wolę polityczną znalezienia praktycznych rozwiązań problemów poruszanych w  petycjach, Parlament Europejski stara się zwiększyć skuteczność swych prac, by lepiej służyć obywatelom i wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom. Temu też miało służyć znaczne powiększenie składu Komisji Petycji z 25 do 40 członków w 2007 r. Mimo że dotychczasowa praca Komisji Petycji znajduje duże uznanie u obywateli doceniających to, że ich uzasadnione obawy są traktowane poważnie, to jednak wyraźnym cieniem na naszej działalności kładzie się czas oczekiwania na odpowiedź. Składający petycje niestety muszą uzbroić się w cierpliwość. Rozpatrywanie wniosku może potrwać czasem nawet kilka lat! Tyle zajmuje niekiedy gruntowne wyjaśnienie sprawy na linii: Parlament – Komisja Europejska – kraj członkowski, gdy sprawa w końcu trafi do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Ponadto, brakuje ciągle jeszcze sprawnego systemu przekazywania właściwym organom krajowym petycji uznanych przez Parlament Europejski za „niedopuszczalne”. Skargi leżące w  kompetencjach poszczególnych krajów muszą trafiać pod właściwy adres. Nie można ich po prostu odsyłać do adresata z adnotacją – to nie do nas. Ale tego typu sprawny system to jeszcze przyszłość. Więcej: www.europarl.europa.eu/committees/pl/peti/home.html

226


Misja śledcza ...czyli Polska pod lupą Parlamentu Europejskiego. Jako poseł w Komisji Petycji zaangażowałam się w kontrowersyjną kwestię budowy największej kopalni odkrywkowej węgla brunatnego w Europie planowanej na Dolnym Śląsku. Polskie władze podjęły decyzję o jej budowie, m.in. na terenach obszaru Natura2000. Obywatele przeprowadzili prawomocne referendum, w którym powiedzieli NIE odkrywce. Parlament Europejski zareagował. Pięcioosobowa delegacja Komisji Petycji PE przyjechała 29 maja 2013  r. z misją śledczą na Dolny Śląsk, w ślad za tym jak samorządowcy z sześciu

Wywiad z Lidią Geringer de Oedenberg podczas konferencji „Rozwój TAK odkrywki NIE”.

227


gmin: Lubin, Kunice, Ruja, Ścinawa, Miłkowice i Prochowice wysyłali petycję po zignorowaniu przez „centralę” głosu lokalnych społeczności wyrażonego w referendum. Plany lokalizacji kopalni – na obszarze chronionych lasów i gęsto zaludnionych gmin – spotkały się z ogromnym oporem zarówno mieszkańców tych terenów jak i wielu organizacji pozarządowych. Zaczęło się od działań protestacyjnych, potem w 2009 r. zorganizowano referendum, którego wyniki nie pozostawiły żadnej wątpliwości co do społecznych nastrojów: z 17,6 tys. uprawnionych do głosowania 95% opowiedziało się przeciwko planom budowy kopalni. Samorządowcy zjednoczyli się w Ogólnopolskiej Koalicji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE”, której przewodniczącą została Irena Rogowska, wójt Gminy Lubin, autorka Petycji nr 0046/2010, wiceprzewodniczącym wybrano Radosława Gawlika prezesa Stowarzyszenia EKO-UNIA z Wrocławia. Mimo rezultatów prawomocnego referendum i  jednoznacznego sprzeciwu społeczeństwa wobec projektu budowy megaodkrywki rząd przyjął, pod koniec 2011 r., plany zakładające w przyszłości wydobycie tamże węgla, jednocześnie zamrażające jakiekolwiek inwestycje niezwiązane z  energetyką węglową. Petycję od samego początku pilotowałam w  Parlamencie Europejskim. Po trzykrotnych wysłuchaniach w Komisji Petycji (PETI) – skarżących, ekspertów i przedstawicieli Komisji Europejskiej – postanowiliśmy wspólnie wysłać delegację z misją śledczą na miejsce. Należy zaznaczyć, że tego typu misje są organizowane tylko w wyjątkowych przypadkach, 2-3 razy w ciągu roku na tysiące petycji spływających z całej wspólnotowej Europy. Początkowo bardzo trudno było znaleźć dogodny dla wszystkich termin, w  końcu ustalono, że będą to ostatnie dni października 2012 r. Tuż przed wyjazdem ze względu na różne okoliczności, chciano przesunąć delegację na później, ale okazało się, że innych wolnych dat już nie ma! Konieczna była specjalna derogacja na wyjazd, po uzyskaniu której delegacja z  udziałem pięciu europosłów i  pozostałych zainteresowanych stron miała się odbyć w dniach 29-31 maja 2013 r. Gdy wszystko było już „dopięte” organizacyjnie, niespodziewanie 13 maja 2013 r. na posiedzeniu Prezydium PE, w skład którego jako Kwestor wcho228


17 stycznia 2011 r. konferencja prasowa w sprawie odkrywki w biurze poselskim Lidii Geringer de Odedenberg.

dzę, Jacek Protasiewicz – Wiceprzewodniczący PE, zgłosił wniosek, aby misję PETI ze względu na wypadające w jej trakcie święto Bożego Ciała ponownie przesunąć. W kalendarzu PE czwartek 30 maja 2013 r. to zwyczajny dzień roboczy, petycjonariusze potwierdzili swoją gotowość do spotkań, podobnie jak i dolnośląskie władze – tym niemniej wniosek Wiceprzewodniczącego spowodował zawieszenie misji na tydzień przed wyjazdem. Po siedmiodniowych konsultacjach politycznych, na dwa dni przed planowanym wyjazdem, Przewodniczący PE Martin Schulz wyraził jednak zgodę na delegację. Samorządowcy odetchnęli z ulgą, choć na co dzień, o czym donoszą nawet zagraniczne1 media, żyją w strachu... 1 Więcej: www.euractiv.com/climate-environment/polish-environmentalists-allege-news-515745, www.guardian.co.uk/environment/2012/oct/30/poland-climate-fear-environmental-campaigners.

229


Dlaczego? Źródła energii pochodzące z paliw kopalnych, uważane przez polski rząd za niezwykle istotne dla naszego bezpieczeństwa energetycznego, są traktowane priorytetowo, zatem kto występuje przeciwko naszemu energetycznemu status quo zagraża bezpieczeństwu państwa i dlatego ABW składa takim osobom i organizacjom wizyty. Przesłuchiwani są samorządowcy, burmistrzowie i ich współpracownicy sprzeciwiający się rządowym planom energetycznym, niekonsultowanym należycie ze społecznością lokalną – jak tego wymaga unijne prawo. Szczególnie piętnowane są samorządowe działania „antywęglowe”, czego doświadczali np. wspomniani przeze mnie petycjonariusze. Organizacja pozarządowa Client Earth uważa wręcz, że dochodzi u nas do „kryminalizowania” działalności grup ekologicznych. Nieoficjalnie na „korytarzach rządowych” mówiło się, że niektóre organizacje ekologiczne specjalnie doprowadzają do społecznych protestów, tylko po to, by w odpowiedzi na nie, Komisja Europejska zlecała im opracowywanie dobrze płatnych ocen środowiskowych. Rodzimi ekolodzy przyznają, że poza wizytami agentów „atmosferę strachu” podsycały dodatkowo wypowiedzi ministrów o domniemanym świadomym działaniu ekoaktywistów przeciwko publicznemu interesowi państwa. Coś jest na rzeczy. Pracując od 9 lat w Komisji Petycji, takiego oporu przy wysyłaniu delegacji z misją śledczą jeszcze nigdy nie zaobserwowałam. W ślad za naszą wizytą został opracowany specjalny raport2 w Komisji Petycji, który poseł sprawozdawca Victor Boştinaru i Przewodniczący delegacji przedstawił 17 września 2013 r. na posiedzeniu Komisji Petycji, wyrażając zadowolenie z faktu, że dzięki naszej misji ponad 100 autorów wspomnianej petycji po raz pierwszy zostało wysłuchanych przez... polskie władze. I to chyba jedyny pozytyw jaki odnotowaliśmy z wizyty, gdyż wiele kwestii pozostaje nadal do wyjaśnienia, w szczególności w zakresie pełnego wdrożenia wytycznych UE w dziedzinie ochrony środowiska, a także zapewnienia przejrzystości i dialogu ze społeczeństwem obywatelskim w Polsce. Link do raporu: www.europarl.europa.eu/meetdocs/2009_2014/documents/peti/dv/polandworkingdocument_/ polandworkingdocument_en.pdf

2

230


Największe nasze zdziwienie budziły informacje i kopie dokumentów przedstawionych nam przez petycjonariuszy związane z  działalnością polskich służb bezpieczeństwa, które próbowały „hamować” w  różny sposób aktywność protestujących. Dodatkowo zaniepokoiła nas przygotowywana przez polski rząd ustawa, która ma zabraniać organizacjom pozarządowym i wszelkim grupom doraźnym, istniejącym przez okres krótszy niż jeden rok, możliwości uczestnictwa w konsultacjach publicznych… Na reakcję czekamy. Sprawa była lekceważona przez zbyt długi czas. Do zaleceń raportu Komisja Europejska i nasz rząd muszą się ustosunkować3. Do 4 lutego 2014 r., kiedy piszę te słowa – jeszcze tego nie uczyniły.

3

Konferencja „Stop Odkrywce” zorganizowana przez samorządowców gminy Lubin, 26 września 2012 r.

231


Głosowanie w Parlamencie nad umową ACTA.

232


ACTA – temat dla Dana Browna1 Historia negocjacji i debat nad ACTA – umową handlową dotyczącą zwalczania obrotu towarami podrobionymi (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) – warta jest opisu w  jakiejś pełnej tajemnic sensacyjnej publikacji, kto wie może nawet byłaby hitem filmowym. Od 10 lat jestem posłem w Parlamencie Europejskim i jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak wieloma „dziwnymi” zdarzeniami związanymi z jakimkolwiek dokumentem. Cofnijmy się do października 2010 r., kiedy zakończyły się oficjalnie negocjacje w sprawie ACTA. Ostatnia runda tajnych rozmów miała miejsce na przełomie września i  października 2010 r. w  Japonii. Stronami umowy antypodróbkowej były: Australia, Kanada, Japonia, Korea, Meksyk, Maroko, Nowa Zelandia, Singapur, Szwajcaria, USA i UE. W  komunikacie opublikowanym wtedy przez Komisję Europejską można było przeczytać, że „ACTA ma wprowadzić efektywne metody walki z podrabianiem i piractwem”, jak również „efektywne środki przestrzegania prawa oraz sankcje cywilne, karne, a także działania graniczne oraz wzajemną pomoc w zakresie przestrzegania prawa”. Sęk w tym, że w unijnych przepisach prawnych nie ma definicji piractwa internetowego, czyli faktycznie tego, co będzie ścigane, przyjęto zatem pewną „linię”, według której nielegalne kopiowanie plików mogłoby być traktowane na równi z podróbką np. lekarstwa, czy części samochodowej – tak przynajmniej sugerował raport posłanki Marielle Gallo, który Parlament niestety wcześniej przyjął (m.in. głosami europosłów z PO i PiS).

Autor bestsellerowych powieści sensacyjnych pt. Kod Leonarda da Vinci czy Anioły i demony.

1

233


Według nas – przeciwników ACTA – wyglądało na to, że za pomocą umowy międzynarodowej chciano wprowadzić bardziej restrykcyjne kary za łamanie prawa własności intelektualnej, niż te obowiązujące już z dyrektywy o sankcjach kryminalnych. Faktem jest, że nielegalny rynek podrabianych dóbr kwitnie w  najlepsze. W czasie akcji służb celnych prowadzonej w dniach od 24 listopada do 9 grudnia 2009 r. unijni celnicy zatrzymali: – 241 kilogramów przemycanych papierosów, – 6400 litrów alkoholu, – 20 ton podrobionych perfum, – 53 418 „markowych” toreb i innych wyrobów skórzanych, i przy okazji... 1 515,75 kilogramów marihuany. Bezspornym jest, że sankcje za obrót podrabianymi towarami muszą być ostrzejsze niż tylko kara grzywny, jak jest to dzisiaj. Obawialiśmy się jednak, że niektóre państwa członkowskie będą chciały wykorzystać tę sytuację do wprowadzenia do porządku prawnego Unii przepisów zaostrzających sankcje za niezdefiniowane „piractwo internetowe”. Przykład przyszedł z USA, gdzie od czasu do czasu organizuje się pokazowe procesy, w których skazuje się Internautów na kary sięgające milionów dolarów, np. za ściągnięcie 24 piosenek. Niewiarygodne? Oto dowód: www.foxnews.com/story/0,2933,527284,00.html Wracając na nasz kontynent, wielokrotnie podczas debat poświęconych ACTA, Komisarz ds. Handlu Karel de Gucht zapewniał nas, że umowa nie zmieni prawa materialnego UE, a służyć będzie jedynie rozpowszechnieniu „standardów unijnych” w dziedzinie praw własności intelektualnej (IPR) wśród innych państwstron umowy. Wydawało się nam, że takie „lekcje” należałoby przede wszystkim dawać w Chinach, które są największym winowajcą w tej dziedzinie. Wiele wątpliwości budziły także niektóre zapisy ACTA nie dające się pogodzić z obowiązującym w Unii prawem. Przykładowo: – Nie mamy jeszcze wspólnotowych sankcji karnych za łamanie IPR, a  do tego wprost odnosił się art. 2.18 umowy, który przewidywał, że każda ze stron jest zobowiązana zapewnić dostępność procedur egzekwowania prawa, za pomocą środków cywilnych i karnych „tak, aby umożliwić skuteczne działanie przeciwko aktom naruszenia praw własności intelektualnej, która odbywa się w środowisku cyfrowym”. 234


– Kogo te ewentualne sankcje mogą dosięgnąć? Czy umowa miałaby mieć zastosowanie tylko do przemytników podrabianych towarów, czy także do osób prywatnych? Umowa odnosiła się bowiem do działań prowadzonych na skalę komercyjną, ale już definicja tejże „skali komercyjnej” wydawała się na tyle niejasna, że mogła dawać szerokie pole do manewru do interpretacji. Zacytuję np. art. 2.14: „do czynów popełnionych na skalę komercyjną zalicza się przynajmniej te, przeprowadzone jako działalność komercyjna nastawiona na bezpośrednie lub pośrednie korzyści handlowe”. Umowa ewidentnie była formułowana pod „wpływem” koncernów reprezentujących „właścicieli praw”, których zdaniem ochrona IPR ma opierać się głównie na sankcjach, a nie na odpowiednich zabezpieczeniach. Obawialiśmy się, żeby umowa nie stała się narzędziem w ręku koncernów w celu blokowania np. dostępu do tanich leków generycznych, gdzie już teraz często występują spory o prawa patentowe. Nie podobała nam się również możliwość przerzucania odpowiedzialności za „właściwość metryk” towarów na udostępniających platformy internertowe służące do wymiany czy sprzedaży. Ciekawe jak zarządzający np. Allegro mają sprawdzić autentyczność towaru? Ponieważ negocjacje międzypaństwowe były prowadzone w  trybie “tajne przez poufne” tylko na podstawie przecieków mogliśmy w Parlamencie formułować nasze rezolucje. Dopiero po opublikowaniu umowy potwierdziło się, że wiele zawartych w niej zapisów miało prawo budzić nasze wątpliwości. Jako Parlament Europejski nie mogliśmy jednakże zmienić zapisów tej umowy, a jedynie przyjąć ją lub odrzucić. Przeciwnicy ACTA (grupy S&D, ALDE, GUE i Zieloni) podkreślali, że ACTA może mieć negatywny wpływ na acquis communautaire, ponieważ zapisy umowy są na tyle nieprecyzyjne, że każdy może je interpretować na swój sposób, zwolennicy ACTA (EPP i Konserwatyści wśród nich PO i PiS) opowiadali się za stworzeniem bardziej restrykcyjnego prawa. W pierwszych głosowaniach nad rezolucjami w sprawie ACTA my „przeciwnicy” niestety stale przegrywaliśmy. Przykładowo, na sesji plenarnej 24 listopada 2010 r. przyjęto aprobującą ACTA, zaproponowaną przez EPP rezolucję (331 głosów „za”, 294 – „przeciw”, 11 wstrzymujących się). Nasz projekt w sumie przepadł 15 głosami.2 Raport z głosowania jest dostępny na stronach 105 i 106 w poniższym dokumencie, warto przypomnieć sobie, kto jak głosował: www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?pubRef=-//EP//NONSGML+ PV+20101124+RES-RCV+DOC+ PDF+V0//PL&language=PL.

2

235


Umowie ACTA towarzyszył też szereg dziwnych przypadków, poniżej przykłady: – Petycje w sprawie ACTA pojawiają się, jako oficjalny temat do dyskusji po półrocznej „odsiadce” w szufladzie sekretariatu.3 –Z  aplanowana w porządku obrad Komisji Petycji (PETI) debata nad złożonymi przez obywateli skargami dotyczącymi umowy ACTA (8 maja 2012 r.) „spada” z agendy bez uzasadnienia, a punkt zostaje przełożony na posiedzenie za półtora miesiąca. – Główny sprawozdawca w sprawie ACTA z Komisji Handlu Międzynarodowego Kader Arif z  niewiadomych przyczyn (ponoć pod wpływem lobbystów) rezygnuje z przygotowywania raportu. Koordynatorzy Komisji mają nie lada kłopot, bo po raz pierwszy zdarza się przypadek, że nie ma chętnych do jego przejęcia. Posłowie zwykle „biją się” o sprawozdania, dzięki nim zyskuje się prestiż i wysoką pozycję w Parlamencie. Wcześniej nie słyszałam, by ktoś rezygnował i to z  TAKIEGO raportu. Nazwisko autora firmuje dokument – nie ma lepszej promocji dla polityka. Poza tym sprawozdania rozdziela się metodą d’Hondta, według punktów związanych z liczebnością grupy politycznej, małe frakcje prawie nigdy nie mają ich wystarczająco, by otrzymać ważny raport. Duże frakcje „trzymają” punkty na najważniejsze dokumenty, a potem ostro o nie walczą. Posłowie prześcigają się w uzasadnieniach, dlaczego to on/ona musi ten raport otrzymać. I uwaga – nie wiąże się to z żadnym dodatkowym wynagrodzeniem, tylko z większą pracą i prestiżem. – Raport w sprawie ACTA zostając w mojej grupie politycznej, trafia do Davida Martina – przeciwnika umowy. – 22 lutego 2012 r. Komisja Europejska (która w imieniu UE negocjowała ACTA) pod naciskiem europosłów i masowych protestów na ulicach zapowiada, że jest gotowa wysłać ACTA do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS) celem skontrolowania zgodności zapisów umowy z prawem wspólnotowym. – Wniosek do ETS jest gotowy 4 kwietnia 2012 r., Komisja Europejska obmyślała jak go sformułować przez półtora miesiąca! Długo wypracowywane pytanie brzmiało: „Czy Anti-Counterfeiting Trade Agreement (ACTA) jest zgodna z Traktatami w szczególności z Kartą Praw Podstawowych UE?” – Dopiero 11 maja 2012 r. ukazuje się oświadczenie na stronach KE: „Możemy potwierdzić, że Komisja Europejska właśnie wysłała oficjalnie zapytanie o opinię w sprawie ACTA”. Pierwsza petycja wpłynęła z Łotwy w 2011 r. (nr 1221/2011), potem były dwie następne z Polski (nr 116/2012, nr 142/2012) i kolejna z Niemiec (nr 203/2012). Na końcu jeszcze petycja z Wielkiej Brytanii poparta 2,5 mln podpisami (nr 223/2012).

3

236


Sądząc po czasie potrzebnym do rzeczywistego wysłania zapytania – dla mnie (przeciwniczki ACTA) było jasne, że KE chce w ten sposób wpłynąć na zablokowanie procedury parlamentarnej przynajmniej na 9 miesięcy, bo tyle trwa rozpatrywanie przez ETS sprawy w trybie pilnym, lub nawet na dwa lata, gdy sprawa traktowana jest w trybie zwykłym. Gdy sprawozdawca do umowy ACTA, David Martin zadeklarował w kwietniu 2012 r., że w swoim raporcie zaleci odrzucenie umowy, planowane głosowanie jego raportu od razu odłożono o miesiąc. Przełożono także głosowanie nad opinią prawną w (mojej) Komisji JURI oraz w pozostałych komisjach opiniodawczych. Za opóźnianiem stali zawsze Chadecy i Konserwatyści. Przez 2 lata, mozolnymi działaniami, w końcu udało się nam zbudować większościową opozycję dla umowy. Nie czekając na opinię ETS, ostatecznie umowa ACTA została odrzucona przez PE 4 lipca 2012 r. Przymuszeni opinią publiczną pozostali posłowie zrozumieli, że muszą być po stronie wyborców... Komisja Europejska, zapoznawszy się z decyzją Parlamentu, wycofała swój długo wysyłany wniosek z ETS.

237


Karanie za posiadanie niewielkich ilości „miękkich” narkotyków budzi wiele zastrzeżeń.

238


Demokracja a marihuana Z całego świata napływają informacje o zmianach w podejściu do walki z narkotykami. Odchodzi się od polityki restrykcyjnej, coraz częściej mówi się o „redukcji szkód”, „racjonalnej polityce antynarkotykowej”, czy „liberalnym podejściu”. Wielu naszych europejskich sąsiadów opowiada się za depenalizacją tzw. „miękkich” narkotyków. Podobnie myśli coraz więcej polityków, aktywistów i ekonomistów – w tym nawet nobliści. Wydaje się, że na utrzymaniu status quo zależy teraz przede wszystkim mafii narkotykowej. Na mapie obrazującej zmiany światopoglądu w  tej kwestii znalazł sie także mój rodzinny Wrocław. Na początku lipca 2011 r. w Sądzie Rejonowym Wrocław-Krzyki rozpoczął się przewód sądowy w sprawie hodowli konopi w „Cannabis House” we Wrocławiu przez Tomasza Obarę – lobbystę i działacza na rzecz legalizacji tej używki w Polsce. Oficjalnie jego hodowla miała być eksperymentem społecznym (ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii dopuszcza możliwość uprawy konopi indyjskich w celach badawczych), w rzeczywistości była oczywistą prowokacją – aktywiści sami chcieli, by sprawa trafiła do sądu. Chcieli ją wygrać, by pokazać bezsensowność obecnej polityki antynarkotykowej w naszym kraju, gdzie posiadanie nawet najmniejszej ilości marihuany jest karalne. Czy takie prawo rzeczywiście skutecznie w walczy z narkomanią? Policja chwali się statystykami, pokazując, że w dostarczaniu lokatorów do przepełnionych więzień jest niezwykle efektywna. „Przypadek Ramony” – suczki Kory – pokazał groteskowość takich działań. Karanie za posiadanie niewielkich ilości „miękkich” narkotyków w imię walki z uzależnieniami budzi wiele zastrzeżeń. A co z alkoholem i papierosami, 239


na których rządy zarabiają krocie poprzez akcyzy i które de facto są bardziej niebezpieczne niż analizowany przypadek marihuany1? Poprzez ultrarestrykcyjne prawo tysiące młodych ludzi stają się przestępcami z powodu czasem lekkomyślnych, spontanicznych eksperymentów z konopiami, będących wyrazem młodzieńczego buntu, naturalnym dla dorastania, dojrzewania i określania swojej osobowości. „Wpadka” naznacza ich na wiele lat etykietką kryminalisty, a droga do „normalności” często zostaje na zawsze odcięta. W 2009 r. w Polsce doszło do ok. 70 tys. przypadków łamania prawa zabraniającego posiadania narkotyków, z  czego 67% dotyczyło marihuany. Problem nie znika. Prawo niesprawdzające się w rzeczywistości to złe prawo, a owoc zakazany nęci bardziej niż dozwolony – prohibicja alkoholowa w  Stanach Zjednoczonych nie tylko się nie sprawdziła, ale znacznie rozwinęła siłę amerykańskiej mafii. Teraz na legalnym alkoholu zarabia państwo, a nie przestępczość zorganizowana. Czas wyciągnąć wnioski. Jak wygląda sytuacja w Europie i na świecie? Kraje członkowskie UE w zróżnicowany sposób podchodzą do tego tematu. Państwa takie jak Finlandia czy Szwecja, podobnie jak Polska, całkowicie zabraniają posiadania jakiejkolwiek ilości narkotyków, nawet tych zaliczanych do grupy tzw. miękkich jak marihuana. Ale np. nasz południowy sąsiad – Republika Czeska – pozwala swoim obywatelom na posiadanie do 15 gramów suszu. Na Słowacji Premier Robert Fico, po objęciu rządów, zapowiedział zmianę niezwykle restrykcyjnego prawa antynarkotykowego (gdzie za posiadanie jakiejkolwiek ilości można było trafić do więzienia aż na 5 lat), podkreślając jednocześnie, że dotychczasowe rozwiązanie w ogóle się nie sprawdziło. W Danii, mimo że marihuana formalnie pozostaje nielegalna (za posiadanie grozi grzywna), istnieje bardzo duża tolerancja społeczna. Policjanci łapiąc palącego skręta w  miejscu publicznym, zalecają, aby... odejść w bardziej ustronne miejsce. W Niemczech konopie również są nielegalne, ale nie karze się za posiadanie małych ilości (w zależności od landu od 6 do 30 gram). W Portugalii można mieć przy sobie do 10 dawek (według portugalskiego prawa jedna dawka to 2,5 g). Analiza danych udostępnionych przez Europejskie Centrum Monitoringu Narkotyków i Uzależnień nie pokazuje jednoznacznie większego wpływu penalizacji na spadek spożycia marihuany. W liberalnej Holandii spożycie kokainy wśród grupy wiekowej 15-34 w jest nawet o 0,3 punkta procentowego 1 Polecam raport Światowej Organizacji Zdrowia: www.abcnews.go.com/blogs/politics/2012/06/marijuana-legalizers-turn-to-colorado-washington-in-2012.

240


niższe niż w Finlandii, gdzie posiadanie każdej ilości jest karane. Łatwiejszy dostęp powinien teoretycznie zmienić te proporcje. Jak pokazują dane, depenalizacja marihuany wcale nie doprowadza też do częstszego spożycia ciężkich narkotyków (np. kokainy), obalając w ten sposób tzw. teorię przejścia. Marihuana pojawia się ostatnio także jako „narzędzie” walki z  kryzysem. W małej hiszpańskiej wiosce Rasquera chciano wydzierżawić ziemię należącą do gminy Barcelońskiemu Stowarzyszeniu Palaczy Konopi. W planie było utworzenie kilkudziesięciu miejsc pracy i zysk dla gminy pozwalający spłacić wszystkie jej długi. Władze centralne nie zgodziły się jednak na ten pomysł, podkreślając, że hodowla konopi na dużą skalę ma pozostać nielegalna (dozwolona natomiast jest uprawa na tzw. własny użytek). A poza Europą? Abstrahując od krajów innych kultur (jak chociażby Indie, gdzie marihuana i haszysz traktowane są jak papierosy), sytuacja również ulega zmianie na innych kontynentach. Coraz częściej odchodzi się od restrykcyjnej polityki w kierunku liberalnych rozwiązań. Podczas szczytu krajów Ameryki Północnej i Południowej2 Prezydent Kolumbii, Juan Manuel Santos, zaproponował, by walczyć z mafią poprzez depenalizację używania narkotyków, przy dokładnym egzekwowaniu ścigania nielegalnej produkcji i dystrybucji na dużą skalę. Podkreślił, że: „nie potrzeba wybierać jednego z  dwóch skrajnych rozwiązań jak wsadzanie wszystkich użytkowników narkotyków do więzień lub pełna legalizacja, jego zdaniem najlepszy będzie właśnie kompromis. Podobnego zdania jest też ponad 300 ekonomistów w  Stanach Zjednoczonych (w  tym trzech noblistów), którzy podpisali list otwarty do Prezydenta, Kongresu i Gubernatorów, by podjęli uczciwą i rzetelną debatę na temat legalizacji marihuany. Sygnatariusze listu powołują się na opublikowany niedawno raport profesora Jeffreya A. Mirona z Uniwersytetu Harvarda, który dowodzi, że legalizacja marihuany pozwoliłaby zaoszczędzić 7,7 mld dolarów wydawanych rocznie na egzekwowanie prawa związanego z prohibicją oraz mogłaby wygenerować zyski z podatków w wysokości 6,2 mld dolarów rocznie, gdyby opodatkować marihuanę tak samo jak alkohol czy wyroby tytoniowe. Profesor Miron przyznaje jednak, że legalizacja marihuany zależy od wielu czynników, nie tylko od aspektów ekonomicznych. Zaznacza przy tym, że w rzeczowej dyskusji ten aspekt również powinien być brany pod uwagę. Plan „nacjonalizacji” przemysłu konopnego zaczął już wdrażać w życie Urugwaj. Projekt ustawy tamtejszego rządu przewiduje, że państwo zajmować się będzie hodowlą konopi, a  użytkownicy marihuany będą mogli się reje VI Szczyt Ameryk, którego gospodarzem była Kolumbia, odbył się 14-15 kwietnia 2012 r.

2

241


strować, by móc legalnie ją kupować i spożywać. Przede wszystkim ma to na celu odcięcie użytkowników od kontaktów z dilerami, którzy oprócz handlu „trawką” zajmują się sprzedażą twardych narkotyków, jak heroina czy kokaina. Władze w ten sposób chcą zmniejszyć zyski karteli narkotykowych, jednocześnie zwiększając swoje. Różne kraje stosują różne rozwiązania. Które jest najlepsze? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że obecne polskie prawo jest nieskuteczne. Nieefektywna jest także ostatnia zmiana z 8 grudnia 2013 r., która miała częściowo rozwiązać problem poprzez pozostawienie prokuratorowi decyzji czy dana sprawa o posiadanie narkotyków ma trafić do sądu czy nie. Umarzane miały być te dotyczące niewielkich ilości. Sędziowie nie wiedzą jednak jak interpretować, „niewielką ilość”, nigdzie nie zdefiniowaną. Tysiące spraw w dalszym ciągu trafia na wokandę, a prawo dalej tkwi w martwym punkcie. Esencją demokracji jest możliwość decydowania przez społeczeństwo o zmianach w prawie. Rozwiązywanie trudnych, wyjątkowo spornych spraw powinno odbywać się poprzez referenda. Z tego założenia wyszły też władze niektórych stanów w USA, które zorganizowały w  listopadzie 2012 r. w  Kolorado i Waszyngton referenda w sprawie legalizacji marihuany. Warto też przypomnieć, iż w  obu stanach marihuana była już dopuszczona do medycznego użytku, a także w niektórych lokalnych hrabstwach zdepenalizowana w przypadku użycia rekreacyjnego. Zdaniem Ethana Nadelmana z fundacji Drug Policy Alliance oba referenda powinny zachęcić także inne stany do zmiany polityki narkotykowej. Zwolennicy legalizacji „trawki” liczyli też, że referenda zaplanowane na ten sam dzień co wybory prezydenckie zwiększą frekwencję wyborczą. Tak się stało. Większość mieszkańców stanów Waszyngton i Kolorado opowiedziała się za zrównaniem statusu marihuany i  alkoholu. Według miarodajnych badań w ciągu pierwszego roku obowiązywania nowego prawa sprzedaż „trawki” miała wzrosnąć z 1,4 mld do 2,3 mld dolarów. Ponadto, ekonomiści zaobserwowali dość ciekawe zjawisko – od początku 2014 r. w całych Stanach odnotowano zmniejszenie sprzedaży piwa o 4,9%, co prawdopodobnie miało związek z nieprzychylną dla amatorów tego trunku porą roku, jednak w stanie Kolorado spadek ten wyniósł aż 9,2%. Czyżby „trawka” wypierała piwo? Tak czy inaczej okazało się, że rynek marihuany jest obecnie najszybciej rozwijającą się gałęzią przemysłu w USA.

242


Gilotyna tytoniowa Najpierw wyeliminowała maltańskiego Komisarza, potem wznieciła bardzo niezdrowe emocje i prawdziwe tsunami lobbystów... Pochodzący z Malty unijny Komisarz ds. zdrowia John Dalli „przymuszony okolicznościami”, czyli ultimatum swojego szefa José Manuela Barroso, podał się do dymisji 16 października 2012 r., zaraz po tym jak OLAF (Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych) przedstawił mu raport z dochodzenia w sprawie korupcyjnej propozycji, o której doniósł Swedish Match. Wybuchł skandal. John Dalli – pracujący nad projektem dyrektywy – miał ponoć złożyć Gayle’owi Kimberly reprezentującemu Swedish Match (wiodącego producenta tzw. bezdymnego wyrobu tytoniowego – snusu) propozycję wpłynięcia na tytoniową legislację w  zamian za „wdzięczność” finansową, wartą 60 mln euro. Ale tuż po dymisji Dalliego francuski deputowany José Bové oświadczył, że 20 marca 2013 r. w swoim biurze w Parlamencie Europejskim w Brukseli spotkał się z  dwoma lobbystami z  tejże firmy i  podczas rozmowy jeden z  nich Johann Gabriellson wyznał, że korupcyjne spotkanie Kimberly’ego w rzeczywistości nigdy nie miało miejsca. Kluczowy świadek w  „aferze” zatem wymyślił je sobie. Mimo wykrytego kłamstwa, OLAF ponoć poradził jednak Kimberly’emu, by w  zeznaniach trzymał się swojej „oryginalnej” wersji wydarzeń... Pod koniec marca 2013 r. tygodnik „The New Europe”1 opisał te i inne niekonwencjonalne metody wykrywania korupcji stosowane przez OLAF. Oliwy do 1 Więcej: www.scribd.com/doc/132117712/New-Europe-Print-Edition-Issue-1023.

243


Maltański Komisarz ds. zdrowia i ochrony konsumentów – John Dalli.

ognia dolał jeszcze Herbert Bösch, były austriacki europoseł, obecnie członek Komitetu Nadzoru OLAF-u, który na posiedzeniu parlamentarnej Komisji Kontroli Budżetowej stwierdził, że antykorupcyjny Urząd podczas dochodzeń stosuje nielegalne podsłuchy... Rada Europejska i Parlament poruszone tymi rewelacjami zdecydowały o  przeglądzie rozporządzenia regulującego status tego Urzędu. Tymczasem OLAF, zaprzeczając wszelkim zarzutom o  nieprawidłowościach w  związku z Dalligate2, w specjalnie wydanym oświadczeniu odrzucił posądzenia o manipulowanie zeznań świadków, czy zakładanie nielegalnych podsłuchów. Ponoć wszystko było zawarte w złożonym u szefa komisji Barroso sprawozdaniu. Sęk w tym, że posłowie nie mieli doń dostępu. Już po miesiącu od szeroko komentowanej dymisji pojawił się nowy kandydat mianowany przez (odliczający ostatnie dni u steru) rząd Malty – Tonio Borg, który wraz z portfolio “zdrowotnym” poprzednika przejął też kłopotliwą dyrektywę „tytoniową”. 2 Więcej: www.eur-lex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=COM:2012:0788:FIN:PL:PDF.

244


O co chodziło w kontrowersyjnej regulacji? Przeciwnicy dyrektywy straszyli masowym bezrobociem spowodowanym przyszłą... abstynencją nikotynową. Zwolennicy zmian w rewanżu wyliczali hurtem wszelkie – w tym finansowe – korzyści uwolnionego od nałogu zdrowego eurospołeczeństwa. Rozpoczęła się bitwa na statystyki. Co roku, z powodu palenia tytoniu umiera w Europie metropolia wielkości Frankfurtu nad Menem3. Do tego gigantycznego cmentarza należy doliczyć też 61 tys. biernych palaczy umierających na skutek wdychania dymu wydmuchiwanego przez innych. Po stronie kosztów leczenia nikotynowych pacjentów mamy astronomiczną sumę 25 mld euro rocznie wydanych w UE, a także 7 mld – w stratach na wydajności personelu (palenie w godzinach pracy). Wszystko to składa się na „hiobowy” obraz strat spowodowanych zgubnym nikotynowym nałogiem. Dodatkowo każdego roku zaczyna palić ok. 80 mln młodych ludzi... czyli nowych klientów przemysłu tytoniowego i usług szpitalnych. Zdaniem sprawozdawczyni „tytoniowej” dyrektywy Lindy McAvan – brytyjskiej europoseł z mojej grupy politycznej S&D – trzeba zrobić wszystko, by powstrzymać firmy sprzedające papierosy przed wykorzystywaniem kolejnych chwytów marketingowych skierowanych do „znałogowania” młodzieży, czyli rozprawić się z produktami, które nie wyglądają jak „prawdziwe” papierosy, ale jak np. perfumy, szminki itp. By osiągnąć wyznaczony cel zdrowotny według nowej regulacji, wyroby tytoniowe powinny wyglądać i smakować „oryginalnie”. Nie mogą być „maskowane” przez projektantów ani „przesłonięte” innymi np. mentolowymi smakami, czy zapachami. Etykiety mają odstraszać, by zniechęcać do palenia i tym samym zapobiegać nałogowi. Rekompensatą ma być zdrowie, a miejsca pracy stracone w przemyśle tytoniowym odrodzą się tam, gdzie wolni od nałogów obywatele będą wydawać swoje zaoszczędzone na papierosach pieniądze. To ma pobudzić wzrost gospodarczy w uśpionej dymem Europie. Czy na pewno? 3

Liczba mieszkańców Frankfurtu wynosi 693 436 według danych Hessisches Statistisches Landesamt z 30 czerwca 2013 r.

245


Nowy maltański Komisarz Borg chciał zakończyć prace na dyrektywą jak najszybciej, ale – biorąc pod uwagę drastycznie brzmiące dla palaczy i przemysłu tytoniowego propozycje nowych regulacji – można było sobie wyobrazić reakcję adekwatnego lobbyingu, za którym stoi przemysł z rocznym zyskiem rzędu 350 mld euro! To tyle co wspólny zysk Coca-Coli, McDonaldsa i Microsoftu. Do boju ruszyła armia stu pełnoetatowych tytoniowych lobbystów działających oficjalnie w Brukseli – z budżetem ok. 5,5 mln euro rocznie... Tak jak entuzjastycznie wspieram – jako poseł w Parlamencie Europejskim – wszelkie prawne euroułatwienia, harmonizacje itp., tak mając osobiste inklinacje do czasem brutalnego zwalczania palaczy w moim otoczeniu – kompletnie nie wierzę w  zaostrzanie zakazów i  skuteczne odstraszanie palaczy „brzydkim” opakowaniem, czy śmierdzącym papierosem. Obym się dla dobra zdrowej wspólnotowej Europy myliła. Tymczasem, rozżalony, „wrobiony” przez szwedzkiego tytoniowego potentata i zmuszony do dymisji były już Komisarz Dalli złożył pozew do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Ma o co walczyć. Oczyszczenie z paraliżującego karierę zarzutu „eurokorupcji” i odszkodowanie za utratę intratnego stanowiska może mu przynieść miliony.

Każdego roku ok. 80 mln młodych ludzi zaczyna palić.

246


Papierosowa zadymka w Europarlamencie …miała swój ciąg dalszy. W październiku 2013 r. Parlament zdecydował, że ostatecznie 65% powierzchni papierosowego pudełka mają zajmować przerażające zdjęcia i ostrzeżenia, zakazał mentoli i innych smaków (w przyszłości). Papieros musi wyglądać jak papieros i „pachnieć” naturalnie. E-papieros nie będzie lekarstwem, chyba że kraj tak postanowi. „Slimy” zostają. Na razie. Mogę się zgodzić z ogólnymi założeniami tytoniowej dyrektywy dotyczącymi ograniczenia palenia, uświadamiania obywateli o jego negatywnych skutkach czy prewencji inicjacji tytoniowej wśród młodych ludzi, ale uważam, że nie możemy tworzyć prawa niezgodnie z naszymi kompetencjami nadanymi przez Traktaty. Cóż, moje wątpliwości nasuwa podstawa prawna wybrana dla dyrektywy tytoniowej przez Komisję Europejską tj. art. 114 (1) TFUE, który ma za zadanie „dostosowywać i  ulepszać wymogi służące lepszemu funkcjonowaniu jednolitego rynku”. Zastanawiające, w  jaki sposób wycofywanie mentoli z produkcji ma temu pomóc? Raczej może prowadzić do dyskryminacji pewnych przedsiębiorców i  faworyzowania innych, co na pewno zakłóci konkurencję na rynku unijnym i spowoduje „przejęcie” tego towaru przez czarny rynek. Komisja podkreśla, że ochrona zdrowia publicznego jest nadrzędnym celem tego wniosku, tylko że nasze zdrowie leży zakresie kompetencji państw członkowskich na mocy art 168 ust. 5 TFUE, który jednoznacznie wyklucza jakąkolwiek harmonizację w tym względzie. Każdy kraj może przyjmować własne rozwiązania prozdrowotne, ale jeśli wszystkie się zgodzą na takie same to wymóg jasnej unijnej podstawy prawnej da się ominąć. 247


Następca Johna Dalliego na stanowisku Komisarza ds. zdrowia i ochrony konsumentów – Tonio Borg.

„Stara” dyrektywa tytoniowa działała prawie 12 lat i trzeba przyznać, że wprowadzone w niej środki walki z paleniem przyniosły pewną poprawę w postaci spadku liczby palaczy w UE – z 40% mieszkańców w 2002 r. (w 15 krajach ówczesnej Unii) do 28% w 2012 r. (w 27 krajach UE). Niestety palenie nadal zabija. Przegłosowany przez Parlament Europejski 8 października 2013 r. projekt dyrektywy (do negocjacji z Radą)1 został przyjęty 560 głosami „za”, przy 92 głosach „przeciw” i 32 wstrzymujących się od głosu. Po zakończeniu negocjacji państwa członkowskie będą miały 18 miesięcy na wdrożenie dyrektywy oraz kolejnych 36 na wprowadzenie przepisów dotyczących „dodatków”, a  także pięć następnych lat na wprowadzenie zakazu mentolu.

Więcej: www.europarl.europa.eu/plenary/en/texts-adopted.html.

1

248


IX. Koronkowe dzieła prawne

249


80% ściągających różne treści z Internetu to ludzie bardzo młodzi.

250


Podejrzani w sieci Wielka Brytania, Francja i Niemcy domagają się unijnych sankcji wymierzonych w piratów internetowych, padła nawet propozycja, by za karę odcinać dostęp do sieci. Gdy pisałam ten tekst w  2008 r. szacowano, że przemysł muzyczny i  kinowy traci przez piratów ok. 40% przychodów. Jak to obliczono nie wiadomo. Bardziej przekonująco wyglądały statystyki mówiące, że ok. 80% ściągających różne treści z Internetu to ludzie bardzo młodzi, którzy nie mają poczucia, że to, co robią jest nielegalne. Żadne ostrzeżenia nie mogły powstrzymać ich przed kopiowaniem czegoś, co jest ogólnie dostępne. Kiedyś pożyczało się książki, przegrywało się płyty, kasety, dzisiaj ściąga się pliki. Dawniej wymiana dokonywała się w ścisłej grupie znajomych, dzisiaj świat stoi otworem i mamy zdecydowanie więcej kontaktów. Świat się zmienił. Jak na razie Parlament Europejski sprzeciwia się karaniu osób, które nie zarabiają na piractwie. Aby sprawdzić, co obywatel ma na twardym dysku, trzeba by przejrzeć jego zawartość, a to byłyby działania łamiące swobody obywatelskie – zamach na naszą prywatność i traktowanie wszystkich jako potencjalnych złodziei. Dopóki nie czerpiemy korzyści z kopiowania, należy traktować takie działanie jako „promocję”. Wielu artystów zgadza się z tym, widząc jak pozytywnie to wpływa na ich popularność np. Radiohead. Nie wszyscy. „Big Stars” nie są tak wyrozumiali i wolą pieniądze na koncie. Naturalnie, jeśli ktoś czerpie zyski z nielegalnego kopiowania należy wtedy zastosować odpowiednie sankcje. Jednakże, aby wykryć takiego sprawcę, nie jest potrzebny dostęp do osobistych informacji na czyimś prywatnym dysku. 251


Jak walczyć z piractwem internetowym? Na pewno nie starymi metodami. Prawo autorskie powstało zanim pojawił się Internet. Potrzebne są nowatorskie rozwiązania. Trwa dyskusja. Jest wiele propozycji. Moim zdaniem przede wszystkim należałoby obniżyć stawki VAT na produkty kulturalne – tańsze, będą chętniej kupowane, a więcej sprzedanych egzemplarzy, to więcej zysku dla artystów, producentów i poborców podatkowych! Ponieważ Internet stanowi znakomite źródło zysku dla firm, dlaczego nie zarabiać na reklamach przy produktach udostępnianych nieodpłatnie. Wówczas, po co kraść, jak można coś otrzymać legalnie i za darmo, ale np. z „obciążeniem” reklamowym, lub udostępnione pod jakimś innym warunkiem. Cała zapłata internauty to byłby wtedy koszt dostępu do Internetu, który z czasem też powinien być minimalny, przynajmniej takie są plany na nie tak daleką przyszłość w Unii Europejskiej.

252


Niekomercyjne udostępnianie plików jest legalne Przynajmniej w Portugalii. Zdaniem tamtejszego wymiaru sprawiedliwości dzielenie się plikami wpisuje się w  powszechne prawo do edukacji, sprzyja uczestnictwu w kulturze i swobodzie ekspresji. Po kampanii mającej uświadomić społeczeństwu szkodliwe skutki nielegalnego udostępniania plików w  Internecie, do portugalskiej prokuratury wpłynęło 2000 wniosków złożonych przez członków antypirackiej organizacji ACAPOR o  wszczęcie postępowania przeciwko użytkownikom udostępniającym za pomocą programów P2P utwory muzyczne czy filmy.

Dzielenie się plikami wpisuje się w prawo do edukacji.

253


Wnioski nie zawierały jednak danych personalnych internautów, a jedynie adresy IP komputerów, z  których pliki były wysyłane. Portugalski prokurator generalny oświadczył, że sprawa nie może trafić do sądu, ponieważ numer IP to za mało by takie oskarżenie złożyć1. Ponadto podkreślił, że dzielenie się plikami w celach nie służących zarobkowi jest legalne, uzasadniając to powszechnym prawem obywateli dostępu do edukacji, uczestnictwa w kulturze i swobody ekspresji. Co zatem wolno użytkownikowi po przeczytaniu tekstu „wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie, powielanie i  wykorzystywanie bez zgody autora zabronione”? Polska Izba Książki zaproponowała ostatnio, by na jednej z pierwszych stron każdej publikacji dokładnie wyjaśniać czytelnikom, co jest dozwolone przez prawo autorskie i zamieszczać np. taką informację: „Możesz mnie pożyczyć koledze i rodzinie. Możesz mnie zeskanować, możesz skserować, ale nie jestem przeznaczona do masowej dystrybucji. Pisało, ilustrowało i wydawało mnie sporo ludzi – oni także muszą z czegoś żyć!” Pomysł spodobał się także polskim prawnikom, którzy na co dzień zajmują się zagadnieniem praw autorskich2: „Od bardzo wielu lat, nie tylko na polskim, ale i zagranicznym rynku istnieje tendencja do czynienia różnego rodzaju zastrzeżeń i ostrzeżeń odnośnie możliwego wykorzystania książek lub wydawnictw płytowych przez osobę, która je nabyła. Służą one, oczywiście w pewnym sensie, jako narzędzie prewencyjne, zapobiegające naruszeniom praw, czyli po prostu tzw. piractwu. Z  drugiej jednak strony, taka polityka zakazowa, jeśli chodzi o rozpowszechnione utwory, wprowadza w błąd. Nie jest bowiem prawdą, że osobie, która zakupi książkę lub płytę, wolno ją tylko czytać lub, co najwyżej, odstawić na półkę i podziwiać ją w swoich zbiorach.” Polskie prawo pozwala na kserowanie książek czy kopiowanie płyt. Ba, pozwala nawet na udostępnianie skopiowanych treści – o  ile udostępniamy je rodzinie czy znajomym i nie czerpiemy z tego materialnych korzyści. Doszło jednak do sytuacji, w której wydawcy, by zapobiec piractwu nie mówią całej prawdy w kwestii możliwości wykorzystywania książek bądź płyt. Zaproponowany przez Polską Izbę Książki pomysł mógłby odkłamać wiele istniejących mitów na temat piractwa. 1 Więcej: www.torrentfreak.com/file-sharing-for-personal-use-declared-legal-in-portugal-120927. 2 Polecam artykuł na temat kserowania książek: www.granice.pl/kultura,polska-izba-ksiazki--kserowanie-ksiazek-jest-legalne,4866.

254


Podczas gdy właściciele praw autorskich bronią bardzo restrykcyjnych przepisów, z drugiej strony istnieje grupa ludzi walczących o liberalizację prawa, które według nich już nie przystaje do obecnej rzeczywistości. Do tych drugich należy coraz prężniej działająca i popularna Partia Piratów3. Niedawno byliśmy świadkami dość paradoksalnej historii, której główną bohaterką stała się znana niemiecka bloggerka z Partii Piratów – Julia Schramm4. Jej publikacja „Click Me: Confessions of an Internet exhibitionist”, wydana przez Random House, należący do molocha z branży – Verlagsgruppe, została właśnie „spiracona”. Schramm, otrzymawszy zaliczkę za książkę w postaci 100 tys. euro, musiała zrzec się na kilka lat praw do niej na rzecz wydawcy. Gdy pirackie kopie publikacji autorki – piratki ukazały się w Internecie, Random House szybko poczynił kroki, by je z sieci usunąć... Nawet ci, którzy najgłośniej wypowiadają się na temat wolności w sieci i dostępu do informacji – otrzymawszy ładną sumę – popierają prawo, wcześniej przez nich określane jako „obrzydliwe” i wydawców porównywanych do „mafii, handlującej treścią”. W czasach kiedy tworzono prawo autorskie udostępnianie kopii rodzinie czy znajomym (bez czerpania z tego materialnych korzyści) wyglądało inaczej niż dziś. Nie mając obecnie definicji, kto jest znajomym możemy myśleć, że jest nim np. każdy kto kliknie „like” na FB, a może cała społeczność w sieci?

Więcej: www.partiapiratow.org.pl/wiki/index.php?title=Program4. Polecam zajrzeć: www.torrentfreak.com/fail-prominent-pirate-party-politician-polices-book-pirates-120918.

3 4

255


Demonstracje „Piratów” w Parlamencie Europejskim odbywają się już od lat 90-tych XX wieku.

256


Piraci promują kulturę Walka posiadaczy praw autorskich – głównie wielkich korporacji – z piratami trwa w najlepsze, a tymczasem okazuje się, że piraci właściwie przyczyniają się do ich dobrobytu. Na zlecenie Ministerstwa Kultury powstał raport „Tajni kulturalni”1. Na postawie przeprowadzonych badań opisano w nim działalność polskich piratów internetowych – począwszy od tłumaczy napisów do filmów, poprzez właścicieli pirackich serwerów z grami, a na użytkownikach pirackich serwisów „udostępniania” kończąc. Co zaskakujące, w dokumencie została też dostrzeżona rola piratów w krzewieniu kultury. Autorzy raportu: kulturoznawcy, medioznawcy i socjolodzy oczywiście nie pochwalają wprost piractwa, ale zwracają uwagę na wiele aspektów, które często są pomijane w dyskusji na temat praw autorskich. Otóż, ich zdaniem piratów można uznać za swego rodzaju parainstytucje kulturalne, dzięki którym biedniejsza część społeczeństwa ma dostęp do dóbr szeroko pojętej kultury i sztuki. Piraci spełniają ponadto rolę krytyków czy też arbitrów sztuki, gdyż to oni poprzez selekcję udostępnianych dzieł wybierają to, co ich zdaniem jest godne uwagi. Jeden z autorów raportu Marek Krajewski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza idzie w swoim wywodzie jeszcze dalej, porównując piratów do średniowiecznych kopistów i skrybów: „Mechaniczna reprodukcja uczyniła niewątpliwie kulturę dużo bardziej demokratyczną i  egalitarną, sprawiła też, że jest ona zróżnicowana, dokładniej przylega do ludzkiej różnorodności i  różnorodność tę wzmacnia. (…) Kopista nie tylko powiela, uprzystępnia, obramowuje, kontekstualizuje, ale też zaświadcza swoją, najczęściej bezinteresowną, ciężką pracą, że to, co robi, jest wartościowe.” 1 Polecam cały raport: www.ngoteka.pl/bitstream/handle/item/146/Tajni_Kulturalni_Raport.pdf?sequence=1

257


Według „Tajnych kulturalnych”, dzięki piratom wzrasta zainteresowanie kinem niszowym, dyskusje o ambitnych produkcjach przyciągają kolejnych odbiorców. Ponadto, co najciekawsze, naukowcy twierdzą, że walka wielkich wytwórni z piratami nie ma najmniejszego sensu, gdyż ich zdaniem koncerny powinny być piratom dozgonnie wdzięczne za fundowanie im darmowej promocji ich produktów... Podobnego zdania jest wielu eurodeputowanych, szykujących małymi kroczkami wielką rewolucję w kwestii copyrights online. Więcej: www.gadzetomania.pl/2013/02/08/piraci-zlodzieje-czy-bohaterowie-bezktorych-nie-byloby-w-polsce-niczego.

Lidia Geringer de Oedenberg ze szwedzkim europosłem z Partii Piratów – Christianem Engströmem w Parlamencie Europejskim.

258


Muzyczny szpieg tuż za rogiem Autorzy! Grają waszą piosenkę, jesteście pewni, że ktoś wam za to zapłaci? Dobra wiadomość: tak, w przyszłości. Właśnie stworzono oprogramowanie śledzące wasze dzieła. Jeśli jesteś muzykiem, kompozytorem, autorem i chcesz naprawdę wiedzieć, gdzie i kto gra twoje „kawałki”, a nie masz zaufania do tych, którzy teraz rozliczają twoje tantiemy – przeczytaj ten tekst. Z  racji brukselskiej „międzynarodowości” tutejszy anglojęzyczny magazyn „The Bulletin” cieszy się dużą popularnością. Także zaliczam się do jego czytelniczek, choć czasem sięgam po niego z  pewnym opóźnieniem. Podobnie było z „lunchowym” wywiadem Emily von Sydow z Dominique Derwa belgijskim biznesmanem, który opracował genialne moim zdaniem oprogramowanie, śledzące muzykę oferowaną przez nadawców na całym świecie. Derwa nie jest typowym przedsiębiorcą IT, raczej rozczarowanym artystą, który postanowił walczyć z  organizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i  wymyślił internetową usługę „Kollector” – prawdziwą rewolucję w  branży muzycznej. Po spotkaniu z  Komisarz ds. Agendy Cyfrowej Neelie Kroes, Derwa stał się już rozpoznawalny, a jego pomysł trafił na właściwy czas i  podatny grunt nowych legislacji w  dziedzinie ochrony praw własności intelektualnej i w moim przekonaniu niemal gwarantuje mu spore poparcie Komisji Europejskiej (na razie pracuje w grupie roboczej ds. prawa autorskiego). Jego wizje globalnej współpracy organizacji zbiorowego zarządzania prawami, dzięki której zyskają artyści i właściciele praw autorskich, znalazły już wielu zwolenników. Na czym polega pomysł? „Kollector” śledzi nadawaną muzykę w  stale rosnącej liczbie stacji telewizyjnych i radiowych na świecie, dając właścicielom praw informacje niezbędne do dochodzenia należnych im przychodów z praw 259


autorskich. Program monitoruje obecnie ok. 1500 stacji, w przyszłości firma zamierza pokryć cały glob (plan obejmuje 10 000 stacji radiowych i 3000 stacji TV). Pomysł Kollectora zrodził się, gdy przyjaciel Derwy, belgijski kompozytor skarżył się, że nigdy nie otrzymał wynagrodzenia z SABAM-u (belgijskiego ZAIKS-u), mimo że wielokrotnie słyszał własne utwory w  radiu i  telewizji. Stan ten zmieniła dopiero wizyta jego prawnika w SABAM-ie i „uderzenie pięścią w stół”. Derwa pomyślał wtedy o wszystkich młodych artystach, których nie stać na prawnika, o  „małych graczach”, o  których „zapomina się” przy podziale 4 mld euro, zbieranych z praw autorskich na całym świecie przez 225 organizacji zbiorowego zarządzania, SABAM w Belgii jest jedną z nich. Kollector ma aspiracje zrewolucjonizowania rynku muzycznego, dając artystom, wydawcom, kompozytorom, aranżerom i wszystkim zaangażowanym w produkcje muzyki sprawne narzędzie śledzące ich prace na całym świecie. Celem jest likwidacja nieprzejrzystego systemu redystrybucji należnych autorom wynagrodzeń. Derwa jest byłym DJ-em także z  „pirackim” doświadczeniem, który odpowiednio wykorzystał własną wiedzę w stworzonym przez siebie oprogramowaniu. Żartuje, że teraz ma nawet plany jako muzyk i  kompozytor zacząć nareszcie zarabiać na tworzonej przez siebie muzyce. Dzięki subskrypcji do Kollectora, autor może wiedzieć w  czasie rzeczywistym, kiedy i  gdzie jego muzyka jest odtwarzana. Więcej: www.radioworld.com/article/kollector-monitors-airplay-worldwide/24097.

260


Jak wyjść z „więzienia” praw autorskich Ogromna liczba dzieł spoczywających w europejskich archiwach czy bibliotekach nie może być udostępniana, ponieważ nie ma możliwości ustalenia autorstwa tych prac lub też dotarcia do właścicieli praw do nich koniecznego do wyrażenia zgody na ich użycie. Takie „zamrożone” dzieła stanowią często połowę zbiorów wspomnianych instytucji. Dziedzictwo kultury powinno służyć społeczeństwu, a nie tkwić w „więzieniach” praw autorskich, pozbawiających nas dostępu do tysięcy książek, gazet, zdjęć, nagrań radiowych i telewizyjnych – „osieroconych” przez autorów. Jako osobie pracującej przez lata w świecie kultury zależało mi, aby rozwiązać ten problem na poziomie legislacyjnym w całej Unii i przywrócić do obiegu społecznego zapomniane (z racji obowiązujących regulacji) utwory poprzez ich digitalizację. Cieszę się, że Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego przyjęła w marcu 2012 r. sprawozdanie mojego autorstwa dotyczące udostępniania tzw. dzieł osieroconych. Projekt stanowił, że utwory po określonym prawnie wnikliwym sprawdzeniu, które wykazałoby, że zidentyfikowanie autora czy posiadacza praw do nich nie jest możliwe – mogą uzyskać status „osieroconego”, co oznaczałoby, że będzie możliwe ich udostępnianie publiczne (także w ramach działań komercyjnych), jak również zachowywanie i  odrestaurowywanie dzięki digitalizacji. Ponadto, dzieło uznane za osierocone w jednym kraju będzie automatycznie traktowane w innych krajach jako sieroce. Jeśli zaś odnajdzie się jego autor lub właściciel praw do niego, będzie mógł ubiegać się o adekwatną rekompensatę, jeśli udowodni, że przez takie udostępnienie poniósł realne straty. Moim zdaniem to świetny przykład, że łagodzenie, a  nie zaostrzenie praw autorskich może być korzystne dla wszystkich stron. Z  ramienia Komisji Prawnej prowadziłam negocjacje w tej sprawie najpierw z Radą pod polskim 261


przewodnictwem, potem duńskim, a w finale 13 września 2012 r. – mój raport poddany został pod głosowanie na sesji plenarnej, przeszedł ogromną większością głosów i stał się sukcesem jednego z priorytetów... cypryjskiej prezydencji. Stworzenie wyjątku od prawa własności intelektualnej w celu udostępniania dziedzictwa kulturowego przez instytucje o  dostępie publicznym (tylko takich dotyczy dyrektywa) na cele związane z edukacją i propagowaniem kultury otworzy nowy rozdział w prawie własności intelektualnej. Jest to niezwykle ważna regulacja, ponieważ jako pierwsza ustala podstawy legislacyjne w nowej niezharmonizowanej dotąd sferze prawnej. Dzięki niej beneficjenci (np. archiwa, biblioteki), którzy do tej pory unikali digitalizacji z  powodu obaw o ewentualne pozwy sądowe na milionowe kwoty w przypadku odnalezienia się autora (jak np. w USA), mogą teraz odetchnąć z ulgą, ponieważ przewidziana kompensata zapewnia pewność prawną w tej kwestii. Dzieła posiadające wielu autorów, spośród których np. jednego nie można odnaleźć, co też blokowało ich udostępnienie będą traktowane, jako tzw. „półsieroty”, także będą mogły być digitalizowane i dostępne dla szerokiej rzeszy odbiorców (znani właściciele praw otrzymają należne wynagrodzenie).

Połowa zbiorów bibliotek, muzeów i archiwów to dzieła osierocone, które nie mogą być upubliczniane.

262


Archiwa, biblioteki, muzea, stacje radiowe i telewizyjne od dawna czekały na jasne przepisy, które pozwalałyby im udostępnić skrywane przez lata skarby oraz nie dopuścić, aby popadły one nie tylko w zapomnienie, ale również nie uległy fizycznemu zniszczeniu. Digitalizacja, która dzięki tej dyrektywie wreszcie będzie w pełni możliwa, rozwiązuje te problemy. Co najważniejsze jednak – uznaję to w kategoriach największego sukcesu naszych negocjacji – instytucje te będą miały realną szansę generowania dochodów z  użycia dzieł osieroconych, które wspomogą często skromne budżety przeznaczone na procesy digitalizacji. Zasady komercyjnego użycia dzieła są ściśle określone i wiążą się z ewentualną rekompensatą dla autora, jeśli takowy się odnajdzie. Uważam, że również w tej kwestii wypracowaliśmy zbalansowany kompromis między zabezpieczeniem praw autorskich a możliwością użycia dzieł sierocych. Co więcej, w klauzuli przeglądowej zawarliśmy zapis, aby Komisja Europejska po 2 latach od wprowadzenia dyrektywy w życie przyjrzała się jej skutkom i wprowadziła ewentualne wymagane zmiany lub ulepszenia – np. poszerzyła krąg beneficjentów, ujmując także instytucje prywatne. Ponad roczne negocjacje były trudne, czasem wydawało się, że żadne porozumienie nie będzie możliwe, ale chcieć to móc. Dziś cieszę się z końcowych rozwiązań kompromisowych i  jestem przekonana, iż dyrektywa ta będzie użytecznym i skutecznym narzędziem udostępniania skrywanej kultury szerokiej liczbie odbiorców. Z racji swej wyjątkowości może też stać się „szybką ścieżką” dla pełnej harmonizacji praw autorskich w Unii i rozwiązania prawnego chaosu w dostępie do kultury online.

263


Publiczne wysłuchanie w Komisji Prawnej w Parlamencie Europejskim dotyczące stosowania prawa europejskiego i sądownictwa, 28 listopada 2013 r.

264


113% obecnych ...czyli dziwne głosowanie nad wyjątkiem w prawach autorskich. Ponad rok pracowałam nad raportem legislacyjnym dotyczącym dyrektywy w sprawie dozwolonego użycia chronionych prawem autorskim dzieł, których autorzy są nieznani lub nie można do nich dotrzeć. Zanim jednak doszło do szczęśliwego finału tej legislacji, pewne dziwne fakty miały miejsce. Wspomnę 1 marca 2012 r. i  głosowanie nad moim raportem w  Komisji Prawnej (JURI), podczas którego nieoczekiwanie został „wywrócony” jeden z trudem osiągniętych kompromisów, praktycznie pewniak, a jednak upadł. Zdziwiona skonstatowałam wtedy, że liczba posłów uczestniczących w głosowaniu nie odpowiada ogólnej liczbie uprawnionych do głosowania... Najpierw parę faktów. Jako główny sprawozdawca wcześniej dokładnie przeanalizowałam listy do głosowania poszczególnych grup politycznych, na których wszystkie uzgodnione przeze mnie kompromisy miały większościowe poparcie. Poprawka, o kluczowym dla mnie znaczeniu, dotycząca tzw. dopuszczalnego komercyjnego użycia dzieła sierocego, nieoczekiwanie dla mnie jednak upadła. Jak ogłosił prowadzący głosowanie Przewodniczący Komisji JURI KlausHeiner Lehne: 12 posłów było „za”, 14 „przeciw”. Sęk w tym, że uprawnionych do głosowania było tylko 23 posłów! Jeśli 12 było „za” poprawką, powinna była przejść przy 23 głosujących posłów, ale Przewodniczący ogłosił, że poprawka upadła, mimo że w głosowaniu brało udział kilku nieuprawnionych posłów tzw. zastępców z grupy politycznej Przewodniczącego, zaproszonych specjalnie, by odrzucić niewygodną dla nich propozycję. Niestety samo ogłoszenie wyniku głosowania okazało się wiążące. 265


W Komisji Prawnej PE zasiada 34 posłów i 24 zastępców.

W JURI zasiada 24 członków uprawnionych do głosowania, z czego jeden był w tym dniu nieobecny i przez nikogo nie został zastąpiony, ważnych głosów mogło być zatem tylko 23! Wystosowałam list w tej sprawie do Przewodniczącego JURI, który przesłałam też do wiadomości wszystkich członków Komisji Prawnej, będąc przekonaną, że gdyby nie „błąd” w głosowaniu mogłabym mieć większość za moją propozycją. Zasugerowałam, by powtórzyć głosowanie przy użyciu kart do głosowania (wtedy system rozpoznaje nieuprawnionych np. zbyt wielu posłów-zastępców). Otrzymałam jednak odpowiedź odmowną, z której się dowiedziałam, że ponowne głosowanie nie jest możliwe, a „pomyłka” w ogłoszeniu wyniku nie miała większego znaczenia, ponieważ liczono jedynie „proporcje” uprawnionych członków w poszczególnych grupach, zatem wynik głosowania był... właściwy. Przez wszystkie lata mojej pracy w PE nigdy nie spotkałam się z taką sytuacją. Co gorsza, odpowiedź Przewodniczącego Komisji Prawnej zbulwersowała niestety tylko nielicznych. 21 marca 2012 r. wysłałam kolejny list do Przewodniczącego JURI, z prośbą o  ponowne zbadanie nieprawidłowości w  głosowaniu, przytaczając też opi266


nie obywateli śledzących sprawę w Internecie1. Pismo wysłałam dla zasady, ponieważ w międzyczasie otrzymałam odpowiedź od służb prawnych, że ponowne głosowanie ze względów proceduralnych jest niemożliwe. Nie potrafię do dziś się z tym tak zwyczajnie pogodzić, takie jawne oszustwo i to jeszcze w Komisji Prawnej? Wracając do samej dyrektywy, po głosowaniu w  Komisji JURI uzyskałam mandat do negocjacji ostatecznej wersji tekstu z rządami państw członkowskich. Utrąconą poprawkę udało mi się „tylnymi drzwiami” via Komisja Europejska wprowadzić ponownie, zatem wilk i owca pozostały całe, z pewnym niesmakiem co do fair play. Nowe przepisy pozwolą na korzystanie z zablokowanych do tej pory zasobów kultury przy jednoczesnej ochronie instytucji z  nich korzystających przed możliwymi przyszłymi roszczeniami o  naruszenie praw autorskich. Dyrektywa pomoże uniknąć konfliktowych spraw sądowych, takich jak np. głośny w USA przypadek Google, który rozpoczął masową digitalizację i udostępnianie książek, w tym także dzieł osieroconych, który w efekcie zablokowano. Amerykański sąd uznał, że kwestie związane z  „oczyszczaniem” praw do utworów osieroconych powinny być rozstrzygnięte przez przyszłe prawo, a nie umowy pomiędzy Google a Instytucjami będącymi w posiadaniu konkretnych dzieł. Moja propozycja przyszłej regulacji prawnej była oparta na prostych mechanizmach ułatwiających Instytucjom digitalizację swoich zasobów i uniknięcia „sierocych” problemów w przyszłości. Przede wszystkim: „Sumienne poszukiwanie autora/posiadacza praw przeprowadzone w dobrej wierze” będzie podstawą zwolnienia Instytucji z  odpowiedzialności prawnej za naruszenie potencjalnych praw autorskich. Dyrektywa konkretnie wskazuje przykłady i kryteria do przeprowadzenia takiego wyszukiwania. Dzieła, którym zostanie nadany status „osieroconego” nareszcie będą mogły zostać upublicznione. Dyrektywa obejmuje wszelkie materiały audiowizualne lub drukowane, w tym fotografie, czy ilustracje zawarte w książce, opublikowane lub transmitowane przez instytucje pożytku publicznego w dowolnym kraju UE. Więcej: www.falkvinge.net/2012/03/14/european-parliament-blocks-copyright-reform-with-113-voter-turnout, www.slashdot.org/story/12/03/16/0155217/european-parliament-blocks-copyright-reform-with-113voter-turnout, www.techdirt.com/articles/20120315/08382118115/strange-vote-against-freeing-up-orphan-worksachieves-113-turnout-eu-committee.shtml.

1

267


Podsumowując teraz całość półtorarocznych prac, przypomniałam sobie zabawne qui pro quo związane z tłumaczeniami. Od początku bazowałam na projekcie dyrektywy Komisji Europejskiej przygotowanym po angielsku, w tym języku toczyły się też wielomiesięczne rozmowy i negocjacje. Poprawki i wszystkie ostateczne kompromisy były uzgadniane tylko po angielsku. „Orphan work”2 – „dzieło sieroce”, to termin prawny, niestety – jak się okazało – nieznany wszystkim tłumaczom, co doprowadziło do sporego zamieszania. Podczas debaty, przed ostatecznym głosowaniem na sesji plenarnej, ze zdziwieniem wysłuchałam głosu oburzonego węgierskiego posła (niebiorącego wcześniej udziału w pracach Komisji Prawnej), którego zdaniem przygotowywanie dyrektywy specjalnie dla europejskich sierot i kierowanie ich do pracy w bibliotekach i archiwach to prawdziwe nadużycie. „Dlaczego zmuszacie sieroty do pracy archiwistów, skąd ten pomysł?” Dla bardzo wielu druków digitalizacja to jedyna i ostatnia szansa na „przeżycie”. Nic nie trwa wiecznie, a materiałem najbardziej zagrożonym na nieodwracalne zniszczenie jest papier. Digitalizacja dzieł osieroconych wzbogaci zatem naszą europejską kulturę i, jak mówi dyrektywa, umożliwi dotarcie do nowych źródeł wiedzy naukowcom i badaczom. Wielbiciele literatury i miłośnicy sztuki będą mogli dzięki temu otworzyć magiczny sezam z nieznanymi skarbami kultury. Kto wie, jakie jeszcze sieroce perełki skrywają biblioteki i archiwa? Może pewne historie będzie trzeba napisać na nowo? Angielskie słowo work to dzieło, ale także praca, natomiast orphan oznacza sierotę, osieracać.

2

W posiedzeniach Komisji parlamentarnych biorą także udział asystenci i doradcy europosłów.

268


Absurdy prawa autorskiego Zdarzyło ci się odpruć naszywkę z logo jakiejś firmy? Jesteś przestępcą – usunąłeś znak towarowy. Sama robię to nagminnie. Jeśli naszywka sterczy na rękawie kostiumu czy na plecach, usuwam ją, ponieważ nie czuję się reklamowym słupem. A  nie wolno. Poniżej ciekawy przykład tego, dokąd prowadzi absurdalne prawo autorskie. Kaletnik w  małej polskiej miejscowości skupuje wymagające reperacji markowe torebki. Naprawia je, wymienia popsute zamki, zużyte sprzączki, urwane rączki, na których widnieje znak towarowy producenta. Kaletnik usuwa popsute części, zastępując je nowymi, ale te nie mają już żadnych emblematów producenta, po prostu pasują rozmiarem i  stylem. Nasz kaletnik naprawione torebki następnie sprzedaje. Ogłasza się w miejscowej prasie, w Internecie. Nie zarabia kokosów. To zdolny rzemieślnik. Prowadzi działalność gospodarczą. Płaci podatki, ZUS i inne świadczenia, utrzymuje swoją rodzinę i łamie prawo własności przemysłowej (ustawa z dnia 30 czerwca 2000 r.). Nawet jeśli żal nam pana Kaletnika, to względem obecnego prawa jest on przestępcą naruszającym prawo do znaków towarowych. Czy nie zaszliśmy trochę za daleko? Lepiej wyrzucić torebkę czy ją nielegalnie naprawić? Oto dylemat... O krępujących zapisach prawa autorskiego dobrze wiedzą Internauci. Afera wokół ACTA pokazała, że można jednak skutecznie wyrazić swoje zdanie. Za nieprzystające do rzeczywistości prawo autorskie zabrała się Komisja Europejska. 269


Neelie Kroes – Komisarz odpowiedzialna za Agendę Cyfrową podczas sesji plenarnej w Strasburgu.

270


Neelie Kroes – Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej odpowiedzialna za tzw. Agendę Cyfrową – podobnie jak ja – nie przepada za „monopolistami praw autorskich”. Prawo autorskie powinno chronić artystów, nie korporacje, tymczasem obecne działania idą w stronę sankcji, zamiast pomagać rozpoznawać i wynagradzać prawdziwą wartość. Miałam okazję współpracować z Komisarz Kroes osobiście przy negocjacjach nad dyrektywą o harmonizacji prawa autorskiego w przypadku tzw. dzieł sierocych, bardzo doceniam jej determinację w tej kwestii. Obywatele, użytkownicy Internetu zaczynają nienawidzić prawa autorskiego i tego co się z nim wiąże. Widzą, że chroni ono głównie interes korporacji, a nie artystów. Wywołanie takiej powszechnej niechęci jest groźne dla każdego, kto tworzy wszelkiego rodzaju dobra intelektualne. Kroes, zwracając uwagę na obecny system wynagradzania dla twórców, zauważa, że większość artystów nie jest w stanie żyć dzięki zarobkom ze swojej twórczości. Serwis Torrent Freak, cytując wypowiedź Wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej, podaje informację, że 97,5% niemieckich muzyków zarabia poniżej 1000 euro miesięcznie. Wniosek z  tego płynący jest prosty – wielkie wydawnictwa zarabiają miliony i naciskają na walkę z piractwem na wszelkie możliwe sposoby, ale twórcom – artystom taka sytuacja nie służy. Komisarz proponuje odważną zmianę. Za konieczne uważa powrócenie do fundamentalnych założeń i  umieszczenie artystów w  centralnym punkcie nie tylko prawa autorskiego, ale całej polityki nastawionej na rozwój kultury. W tym celu konieczne jest stworzenie nowych, kreatywnych modeli umożliwiających czerpanie korzyści finansowych ze sztuki. Potrzebujemy elastycznego modelu, a nie kaftanu bezpieczeństwa – podkreśla Kroes. Platformy, kanały i modele biznesowe powinny być różnorodne i równie innowacyjne jak sama twórczość. Dlatego technologia umożliwiająca łatwy dostęp do tego rodzaju dóbr na całym świecie jest zdecydowanie pomocna i należy ja wykorzystać. To właśnie technologia pozwala artystom dotrzeć bezpośrednio do swoich odbiorców, bez względu na to jak bardzo specyficzny mają gust i zainteresowania. Cieszy mnie, że Neelie Kroes dostrzega i  trafnie podsumowuje dzisiejsze problemy dotyczące prawa autorskiego oraz represyjnych sposobów na jego ochronę. Nachodzi mnie jednak smutna refleksja, kiedy Komisarz apeluje do wielkich wydawnictw, żeby te zastanowiły się czy ich model biznesowy jest 271


w harmonii z dzisiejszą rzeczywistością. Obawiam się bowiem, że koncerny są dosyć krótkowzroczne i jeśli kasa wpływa szerokim strumieniem, to dla nich wszystko jest w najlepszej „harmonii”, nawet jeżeli obecne działania są wyniszczające dla samych artystów oraz dla ich odbiorców, a prawo autorskie kojarzy się niemal tylko i wyłącznie negatywnie. Najważniejsze, aby twórcy mogli być doceniani i wynagradzani w sposób adekwatny, a nie sterowany przez monopolistów praw autorskich. Więcej: www.ec.europa.eu/information_society/newsroom/cf/pillar.cfm?pillar_id= 43&pillar=Digital%20Single%20Market.

Usuwanie naszywek z logo firmy to przestępstwo naruszające prawo do znaków towarowych. Obecnie prawo autorskie chroni głównie interes korporacji, a nie artystów.

272


Prawo autorskie do... odsprzedaży Nie jesteś w 100% właścicielem obrazu, rękopisu, utworu muzycznego, który nabyłeś czy odziedziczyłeś. Jeśli zdecydujesz się go sprzedać musisz podzielić się z  swoim dochodem... z  autorem. Tak stanowi dyrektywa z  27 września 2001 (2001/84/WE). Co to oznacza? Prawo zwane „droit de suite”1 daje twórcy i jego spadkobiercom przy każdej odsprzedaży udział w dochodach osoby sprzedającej oryginalny egzemplarz utworu. Odsprzedażą jest każda sprzedaż następująca po pierwszym rozporządzeniu egzemplarzem przez twórcę. „Droit de suite” gwarantuje autorowi oraz jego spadkobiercom otrzymywanie pewnego, określonego w sposób procentowy, wynagrodzenia za każdą kolejną sprzedaż dzieła, w przypadku gdy jest ona organizowana przez galerie sztuki, domy aukcyjne itp. Zgodnie z postanowieniami ustawy twórcy i jego spadkobiercom, w przypadku dokonanych „zawodowo” odsprzedaży oryginalnych egzemplarzy utworu plastycznego lub fotograficznego (którego cena sprzedaży jest wyższa niż równowartość 100 euro), przysługuje prawo do wynagrodzenia stanowiącego sumę poniższych stawek: – 5% ceny sprzedaży do 50 000 euro, oraz – 3% ceny sprzedaży od 50 000,01 euro do 200 000 euro, oraz – 1% ceny sprzedaży od 200 000,01 euro do 350 000 euro, oraz – 0,5% ceny sprzedaży od 350 000,01 euro do 500 000 euro, oraz – 0,25% ceny sprzedaży od wartości przekraczającej 500 000 euro, jednak nie większej niż 12 500 euro.

Droit de suite, the artist’s resale right, czyli prawo ciągłości, potocznie zwane jest prawem odsprzedaży.

1

273


W przypadku rękopisów dzieł literackich i muzycznych twórcy i jego spadkobiercom także przysługuje prawo do wynagrodzenia w wysokości 5% ceny dokonanych „zawodowych” odsprzedaży. Odsprzedażą „zawodową” jest wszelka czynność o charakterze odsprzedaży dokonywana w ramach prowadzonej działalności przez sprzedawców, kupujących, pośredników oraz inne podmioty zawodowo zajmujące się handlem dziełami sztuki lub rękopisami utworów literackich i muzycznych. Do zapłaty wynagrodzenia posiadaczowi praw autorskich do odsprzedaży zobowiązany jest „zawodowy” sprzedawca. Twórca utworu oraz jego spadkobiercy mogą domagać się od wyżej wymienionego udzielenia informacji oraz udostępnienia dokumentów niezbędnych do określenia należnego wynagrodzenia z tytułu odsprzedaży przez okres 3 lat od dnia jej dokonania. W Polsce prawo twórcy i jego spadkobierców do wynagrodzenia z tytułu kolejnych odsprzedaży oryginałów utworów plastycznych lub muzycznych obowiązuje od 1994  r. Dyrektywa „droit de suite” została wdrożona w  ramach nowelizacji ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych w 2006 r.: www.eurlex.europa.eu/LexUriServ/LexUriServ.do?uri=DD:17:01:32001L0084:PL:PDF Jeśli jesteś twórcą, który za młodu sprzedał „za obiad” swój obraz czy wiersz, nieoczekiwanie może ci teraz wpaść 12 500 euro...

274


Opłaty za prawo autorskie... od czystej płyty CD, pendriva i drukarki Nawet jeśli kopiujesz swoje zdjęcia i własny film musisz płacić. Opłaty za kopie na użytek własny zawarte są w cenach urządzeń służących do zapisu, kopiowania i  pustych nośników. Twój telefon, tablet, skaner itp. obarczone są opłatą za kopiowanie. Według danych w Unii Europejskiej pobiera się ok. 600 mln euro tego typu opłat. Do kogo trafiają te pieniądze? Jak znaleźć autora od „jakiegoś” dzieła skopiowanego na biurowej kserokopiarce, czy we własnym telefonie, by mu zapłacić? Przyjęty algorytm podziału jest z gatunku „tajne przez poufne”, także polski ZAIKS pobiera takie opłaty, ale nie dzieli się wiedzą, do kogo trafiają… Czym jest prywatne kopiowanie? Wyjątkiem od prawa do zwielokrotniania, który został zaakceptowany w Dyrektywie o Prawie Autorskim UE 2001/29, pod warunkiem, że podmioty praw autorskich otrzymają godziwą rekompensatę1. Organizacje zrzeszające autorów twierdzą, że ten „wyjątek” pozbawia właścicieli praw do autoryzacji kopii ich dzieł i za to należy się zapłata. Obecnie w niektórych krajach UE to ok. 0,06% dochodu producentów i importerów na kompensacje finansowe autorom, których dzieła są kopiowane na lub za Sprawa opłat za kopiowanie na użytek prywatny wiąże się ściśle z dyrektywą 2001/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym („dyrektywa Infosoc” art. 5 ust. 2 lit. b), która przewiduje, że państwa członkowskie mogą przewidzieć wyjątki lub ograniczenia w odniesieniu do prawa do zwielokrotniania na dowolnych nośnikach przez osobę fizyczną do prywatnego użytku pod warunkiem, że podmioty praw autorskich otrzymają godziwą rekompensatę.

1

275


Opłaty za kopiowanie na użytek własny wliczone są w cenę wszystkich urządzeń kopiujących np. ksera.

276


pośrednictwem ich produktów. Nic dziwnego, że wspomniani płatnicy usiłują uciec od tej taksy, zakładając coraz więcej spraw sądowych. Kwestia opłat za kopiowanie na użytek prywatny, a zwłaszcza ustalania ich wysokości i  sposobu ich pobierania w  transakcjach transgranicznych, jest trudna i w ostatnich latach doprowadziła do wielu sporów sądowych toczących się przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Jak dotąd nie ma żadnej harmonizacji na poziomie UE odnośnie wspomnianych „rekompensat”, zatem państwa członkowskie stosują własne systemy tego typu wynagrodzeń autorskich od kopii, między innymi wprowadzając system opłat od urządzeń kopiujących i mediów. W Komisji Prawnej Parlamentu Europejskiego pracujemy właśnie nad bardzo kontrowersyjnym raportem, który ma zharmonizować ten typ „podatków”. W czasach gdy praktycznie każdy posiada różnego rodzaju elektronikę przechowującą treści podlegające prawu autorskiemu, sięganie do kieszeni milionów użytkowników staje się bardzo kuszące. Coraz więcej utworów, piosenek, filmów i gier jest dostępnych online za darmo bądź za drobną opłatą, ale zgodnie z obowiązującym prawem, płacąc nawet za legalnie pobrany z sieci utwór uiszczamy opłatę za tzw. „ściągniecie”, przechowywanie i odtwarzanie tylko na tym jednym konkretnym urządzeniu, przez które formalnie nabyliśmy dzieło i jedynie na terytorium państwa, na którym zostało ono nabyte. Skomplikowane? Bardzo. Dodatkowo, jak proponują organizacje zrzeszające autorów, „kwota rekompensaty za prywatne kopiowanie powinna być powiązana z wartością twórczości, która jest kopiowana, a  nie z  ceną urządzeń, która może zależeć od strategii handlowych”. Ciekawe jak to ustalić? Razem z  grupą posłów – reformatorów prawa autorskiego sprzeciwiam się tym niezrozumiałym haraczom. Dlaczego mamy przy okazji płacić za kopie zrobionych przez siebie zdjęć, czy nawet kopię zakupionej płyty CD, czy książki, skoro już raz za nią zapłaciliśmy? Z  opłat za kopie prywatne zrezygnowały Hiszpania, Wielka Brytania, Luksemburg i Irlandia. Idźmy tą drogą. W dobie wzmożonej mobilności Europejczyków, przekopiowanie zakupionego utworu np. z telefonu komórkowego na swój komputer, tablet czy MP3 – i podróżowanie z taką kopią okazuje się być 277


niezgodne z prawem, bowiem dozwolone odtwarzanie utworu możliwe jest tylko w państwie jego nabycia/ściągnięcia. Prawo powinno być zrozumiałe i  łatwe do stosowania – to moja dewiza. Obecne i proponowane przyszłe opłaty za kopie prywatne zupełnie się w niej nie mieszczą. Francuska posłanka z mojej grupy politycznej S&D Francoise Castex, autorka raportu, niestety ma konserwatywne podejście do praw autorskich i  stoi bardziej na straży trudnych do określenia wynagrodzeń dla autorów niż wolnego dostępu do treści już raz zakupionych. W jakim kierunku pójdzie parlamentarna większość trudno dzisiaj przewidzieć, ostateczna propozycja zostanie przedstawiona dopiero w VIII kadencji Parlamentu Europejskiego (w latach 2014-2019).

Opłaty za prawo autorskie zawarte są w cenie nośników jak czyste płyty CD i DVD, czy pamięci przenośne USB.

278


Chmura obliczeniowa ...trampolina wzrostu czy wtyczka dla służb i cybermafii? Do niedawna chmury przynosiły deszcze, dzisiaj… noszą dane. Powstanie chmur obliczeniowych wyprzedziło jakąkolwiek związaną z  nimi regulację1. W 2013 r. w Parlamencie Europejskim nadrabialiśmy legislacyjne luki. W Komisji Prawnej byłam autorką opinii w sprawie wykorzystania potencjału chmury obliczeniowej w Europie (2013/2063(INI)). Według prognoz International Data Corporation (IDC) dotyczących usług chmury obliczeniowej na poziomie światowym i  regionalnym na lata 20112015 – wielkość globalnego rynku tego typu usług ma gwałtownie wzrosnąć z 21,5 mld USD w 2010 r. do 73 mld USD w roku 2015. Szacuje się, że do końca 2014 r. powstanie w związku z tym 11,3 mln miejsc pracy na całym świecie. Dzięki chmurze możemy mieć cały czas i w każdym miejscu, z różnych urządzeń dostęp do swoich danych, które w niej „drzemią”. Wygoda to ogromna, ale po aferze z PRISM zaczęliśmy mieć sporo wątpliwości, co do bezpieczeństwa przechowywanych tamże zasobów. Według badań Cloud Security Alliance (globalnej organizacji non-profit), wiele firm pracujących w powiązaniu z chmurą, po doniesieniach o inwigilowaniu Internetu przez amerykański wywiad, rozważało rozwiązanie umów z dostawcami chmury obliczeniowej zza Atlantyku. 85% światowego rynku cloud computingu jest w rękach amerykańskich gigantów: Goggle, Amazon i Microsoft. Strata, jaką mogą oni w związku z tym ponieść, są szacowane na 26 mld USD w 2016 r. 1 Więcej: www.mac.gov.pl/dzialania/komisja-europejska-oglasza-strategie-w-sprawie-chmury-obliczeniowej, w w w.euractiv.pl/innowacyjnosc-i-kreaty wnosc/artykul/konsekwencje-prism-dla-chmuryobliczeniowej-w-unii-004955.

279


Może zatem należałoby stworzyć europejską chmurę? Neelie Kroes, Komisarz ds. Agendy Cyfrowej wierzy, że to możliwe, jeśli pokona się bariery prawne w poszczególnych państwach członkowskich. Komisja Europejska twierdzi, że dzięki rozbudowie chmury w UE powstałoby 2,5 mln miejsc pracy, a PKB w pięciu największych gospodarkach europejskich wzrosłoby o 1-2%, co dałoby przyrost na poziomie 160 mld euro. Chmura obliczeniowa ewidentnie może przynosić korzyści przedsiębiorstwom, obywatelom i sektorowi publicznemu, jednak jako nowy sposób przechowywania danych stwarza też realne zagrożenia. Jak wynika z niedawnych konsultacji publicznych Komisji Europejskiej dotyczących chmury obliczeniowej, zasady jej działania były niejasne dla 90% respondentów. 48% osób na kierowniczych stanowiskach zarówno w sektorze prywatnym jak i publicznym zdaje sobie sprawę, że chmura obliczeniowa przyspiesza i ułatwia ich pracę, jednak ponad połowa z nich nie zastosowała żadnych środków minimalizujących ryzyko np. kradzieży tożsamości. Głównym problemem zarówno dla dostawców usług jak i  użytkowników w UE jest brak harmonizacji prawa (w tym autorskiego, ochrony danych osobowych, ochrony konsumentów, handlowego), co jest niezbędne dla działania jednolitego wirtualnego rynku w  Europie. Panuje ogólna dezorientacja w transgranicznym korzystaniu z usług chmury obliczeniowej, w szczególności w kwestiach związanych z odpowiedzialnością i jurysdykcją.

Dzięki chmurze obliczeniowej możemy mieć dostęp do swoich danych cały czas i w każdym miejscu.

280


Konsumenci pragnący korzystać z chmury obliczeniowej stykają się często z nienegocjowalnymi, niejasnymi umowami, w większości przypadków polegającymi tylko na odznaczeniu czynności do wykonania, bez określenia odpowiedzialności za bezpieczeństwo danych. Użytkownicy chmury powinni także być w stanie ocenić ofertę usług chmury obliczeniowej w  oparciu o  zestandaryzowane procedury dotyczące bezpieczeństwa zasobów i gwarancji zapewnianych w ramach usługi. Pomógłby w tym przykładowo wprowadzony na poziomie europejskim dobrowolny system certyfikacji pozwalający użytkownikom porównać w prosty sposób poziom zabezpieczenia usług chmury obliczeniowej, z uwzględnieniem różnic napotykanych w tym zakresie na trzech różnych poziomach usługi: – infrastruktury jako usługi (Infrastructure as a Service – IaaS), – platformy jako usługi (Platform as a Service – PaaS), – oraz oprogramowania jako usługi (Software as a Service – SaaS). W pierwszym przypadku oceniane jest bezpieczeństwo urządzeń, linii zasilających, danych, itp. W drugim – odpowiedzialność za bezpieczeństwo spoczywa w dużej mierze na kliencie, który powinien odpowiednio chronić swoje dane. W trzecim – odpowiedzialność spoczywa na dostawcy. Najpoważniejsze zagrożenie w chmurze obliczeniowej, jak się okazuje, stanowią tzw. insidersi – czyli osoby, które pracują w firmach świadczących usługi w zakresie chmury obliczeniowej, posiadające dostęp do danych konsumentów. Kolejnym są uszkodzenia mechanizmów izolujących dane, co może spowodować ich niekontrolowany wyciek. Obecnie odpowiedzialność dostawców za usługi w chmurze w praktyce jest żadna, działają w próżni prawnej. Niezbędne jest zapewnienie użytkownikom odpowiednich środków odwoławczych w  odniesieniu do dostawców usługi chmury obliczeniowej, co teraz także jest niemożliwe. Póki co należy przyspieszyć wdrażanie alternatywnych np. „internetowych” sposobów rozwiązywania sporów oraz form zbiorowego dochodzenia roszczeń w celu ułatwienia rozwiązywania konfliktów, z jakimi borykają się użytkownicy w tym obszarze. Może obejdzie się bez zbytniego obciążania niewydolnych prawie w każdym państwie członkowskim UE sądów krajowych.

281


Uczestnicy 72. wizyty parlamentarnej w Brukseli w dniach 3-6 marca 2014 r., przed Atomium powstałego z okazji wystawy EXPO w 1958 r.

282


X. Belgia najdziwniejszy kraj na świecie

283


Ĺ uk Triumfalny w Parku 50-lecia w Brukseli.

Uczestnicy 69. wizyty parlamentarnej przy Chińskim Pawilonie w parku w dzielnicy Laeken w Brukseli, 25-28 sierpnia 2013 r.

284


Belgia, najdziwniejszy kraj na świecie Od 10 lat usiłuję zrozumieć kraj, w którym pracuję i mieszkam. Gdy już wydaje mi się, że osiągnęłam cel, naraz wyskakuje kolejna niespodzianka. Jako Kwestor w Prezydium Parlamentu Europejskiego stale mam na biurku jakieś dossier związane z administracją brukselską, ostatnio np. z brakiem parkingów dla autobusów przywożących zaproszonych gości do Parlamentu. Niby miejsca są, ale zajęte przez samochody osobowe, policja samochodów wywozić nie będzie, bo to nie ich kompetencja. Każda służba podlega innemu rządowi (są cztery) i nawet zarządzanie chodnikiem wymaga wielostronnej umowy. To nie żart, osobiście uczestniczyłam w ceremonii podpisania negocjowanej przez 2 lata umowy o wykorzystywaniu pasażu przed budynkiem Parlamentu. Sprawa wydawała się być prosta: chcieliśmy, jako Parlament, mieć wpływ na to, co będzie się działo bezpośrednio przed naszymi budynkami. Deptak nazwany w 2011 r. Esplanade Solidarność 19801 nie należy jako nieruchomość do Parlamentu, a ponieważ miasto udzielało zgody na różne komercyjne imprezy, na które nie mieliśmy wpływu, a które i tak były kojarzone Parlamentem (budząc zdziwienie, że promujemy np. jakieś marki samochodów), trzeba było uregulować „zarządzanie chodnikiem”. Sześć bardzo ważnych podpisów pod kilkunastostronicowym dokumentem po dwóch latach sprawę doprowadziło do szczęśliwego finału. Umowę podpisywali: – Przewodniczący Parlamentu wraz z  merytorycznie odpowiedzialną wiceprzewodniczącą, – Burmistrz dzielnicy Ixelles, w której znajdują się nasze budynki, – Burmistrz Brukseli, – Minister, szef Rządu regionalnego Brukseli, – Minister prac publicznych regionu Brukseli. O nadaniu nazwy piszę w tekście Polacy na TOP-ie w Europie na str. 13.

1

285


Uczestnicy 72. wizyty parlamentarnej na Grand Place w Brukseli w dniach 3-6 marca 2014 r.

286


Belgia bezsprzecznie jest krajem wyjątkowym. Polecam robiący furorę wśród belgijskich cudzoziemców filmik: www.youtube.com/watch?v=Ceg6NQKHd70. Oto kilka ciekawszych wyjątków: W Belgii daniem narodowym są francuskie frytki (french fries) z majonezem, dumą – produkowana w kraju najlepsza na świecie – szwajcarska czekolada. Tylko w Belgii Premier rządu śpiewając hymn narodowy, przez pomyłkę intonuje „Marsyliankę”. Najbardziej znanym belgijskim monumentem jest 60 centymetrowy sikający chłopczyk – Manneken-Pis. Belgowie mają skomplikowane życie, regulowane przez jeden centralny rząd (z trudem wybieralny, ostatni powstawał przez 541 dni ustanawiając rekord świata w „bezrządzie”) i trzy regionalne, które mają tyle samo uprawnień, co rząd narodowy, co oczywiście nie ułatwia współrządzenia. Mają trzy oficjalne języki: francuski, flamandzki (niderlandzki) i niemiecki, ale to nie oznacza, że sami są trójjęzyczni. Walonowie przeważnie nie mówią po niderlandzku, Flamandowie nie rozumieją, jak się do nich zwraca po francusku. Tylko leżący centralnie region Brukseli jest dwujęzyczny. Flandria jest stricte jednojęzyczna, używa się tylko niderlandzkiego. Walonia jest francuskojęzyczna poza wyjątkami, gdzie mieszka... mniejszość niemiecka. Żeby udogodnić życie mniejszościom francuskiej w  części niderlandzkiej i niemieckiej w części frankofońskiej, belgijskie władze zdecydowały, że podział na trzy regiony nie jest wydajny i stworzyły jeszcze kolejne trzy wspólnoty: niderlandzką, niemiecką i frankofońską, które tak jak władza centralna, mają swoje rządy i parlamenty... I  tak na przykład frankofońska wspólnota wspiera kulturalne i  społeczne inicjatywy we francuskojęzycznej części Belgii i w regionie Brukseli, ale nie może zapewnić wsparcia 300 tys. francuskojęzycznej ludności żyjącej w jednojęzycznej niderlandzkiej części Belgii. Francuskojęzyczna rodzina z  regionu Brukseli ma życie regulowane przez cztery różne rządy. Przykładowo, rząd belgijski zapewni jej wypłatę emerytury, frankofońska wspólnota sfinansuje studia, niderlandzka szkołę dla dzieci, a władze regionu Brukseli zadbają o recykling śmieci. 287


Frytki także w restauracji w Parlamencie Europejskim cieszą się ogromnym powodzeniem.

288


Frytkowa rewolucja Okazuje się, że spór między Flamandami i Walonami jest głębszy niż podziały religijno-etniczne w  Iraku. 17 lutego 2011  r. Belgia pobiła rekord świata w liczbie dni bez zaprzysiężonego rządu. Poprzedni rekord należał właśnie do Iraku – 296 dni. Co ciekawe, kryzys polityczny w Belgii nie przeniósł się na inne obszary jak gospodarka czy aktywność w UE. Belgowie mają dużo cierpliwości i poczucia humoru, czego dowodem była zaplanowana na dzień bicia rekordu bezrządzia – „rewolucja frytkowa” (frytki są ich narodowym przysmakiem). Główny belgijski dziennik – „Le Soir” – stworzył osobny dział zatytułowany „Kryzys polityczny”, gdzie można było zaglądać niczym do „Sportu” czy „Świata”, badając jego głębokość. O  dziwo pomyślnie przebiegła także „bezrządowa” belgijska prezydencja w  UE w  drugiej połowie 2010  r., oceniana nawet jako jedna z  najlepszych w ostatnich latach (tak naprawdę dalej tymczasowo rządził zdymisjonowany gabinet Yvesa Leterme’a). „Rewolucję frytkową” zoorganizowało kilkadziesiąt organizacji studenckich, w programie znalazły się – a jakże – darmowe frytki, piwo, muzyka i flash mob, we wszystkich największych miastach w Belgii. Ostatecznie Belgowie funkcjonowali bez rządu 541 dni i chyba długo ten rekord nie zostanie przez nikogo pobity.

289


Codzienny korek uliczny w Brukseli.

290


Belgijski „uważny” kierowca Choć Belgia jest krajem niedużym, to tutejsi kierowcy należą do największych ryzykantów w całej Wspólnocie. Według badań organizacji The Social Attitudes to Road Traffic Risk in Europe (SARTRE), które przeprowadzono w 2010 r. w 19 krajach Europy – w Belgii jest największy odsetek kierowców (17,5%), którzy twierdzą, że mogą prowadzić po pijanemu, jeśli będą szczególnie uważni i ostrożni. Jeden apéritif (np. campari) plus kieliszek wina do obiadu i  mały digestif (koniak) do kawy to właściwie norma. Piwo, którego kilkaset rodzajów jest dostępnych w Belgii, to właściwie nie alkohol. Co prawda 77% belgijskich kierowców rozumie, że nie powinni po alkoholu siadać za kółkiem, jednak 26% przyznaje, że co najmniej raz w miesiącu jednak im się to zdarza... Jak na tle Belgów wypadają Polacy, nacja w powszechnym postrzeganiu dość „wrażliwa”, jeśli chodzi o picie? Badania SARTRE wykazują, że w Polsce aż 98% kierowców twierdzi, że nigdy nie przekroczyło dopuszczalnego limitu alkoholu we krwi podczas prowadzenia pojazdów. Co więcej, Polska ma najwyższy wynik – 92%, jeśli chodzi o kierowców, którzy zdecydowanie sprzeciwiają się jeżdżeniu po pijaku i jedynie 5,4% Polaków uważa, że może prowadzić auto pod wpływem alkoholu. Belgowie złą reputację swoich kierowców tłumaczą względami historycznonawykowymi. Otóż wielu z nich nauczyło się prowadzić pojazdy samemu... Przez lata wystarczyło kupić czy dostać pojazd, by móc go prowadzić i  bez żadnego formalnego, teoretycznego czy praktycznego przygotowania po prostu włączyć się do ruchu. Dotyczyło to nie tylko kierowców „rodzinnych” samochodów, ale nawet autobusów czy ciężarówek! 291


Dopiero w latach 60. XX w., władze belgijskie wprowadziły pisemny test na prawo jazdy, a praktyczną jazdę samochodem dołączono do egzaminów dużo później. Jak ta tradycja ukształtowała „kulturę” jazdy Belgów, uwidaczniają inne badania przeprowadzone w 2011 r. przez Belgijski Instytut Bezpieczeństwa na Drogach (IBSR), według którego: – tylko jeden na dziesięciu belgijskich kierowców respektuje ograniczenia prędkości, – 93% kierowców notorycznie łamie nakaz 30 km/h w  strefach w  pobliżu szkół, – 40% przyznaje się do jeżdżenia powyżej maksymalnej dozwolonej prędkości 120 km/h na autostradach. Dodatkowo, na skrzyżowaniach patrzą tylko i wyłącznie w prawo – wierząc regule „priorité de droite”, co sprawia, że w  ogóle nie zauważają pojazdów jadących z innych kierunków. Cóż, mimo „luzu” belgijskich kierowców – ich kraj plasuje się dopiero na 20. miejscu w UE, jeśli chodzi o wypadkowość na drogach. Polacy niestety przodują razem z Niemcami i Francuzami. Widać Belgowie mimo wszystko zdecydowanie bardziej „uważają”... Więcej: www.ibsr.be/fr/presse/etudes-et-statistiques/th%C3%A8mes-principaux/vitesse, www.ibsr.be/frontend/files/userfiles/files/Sartre-4-report.pdf.

292


Bez reklam w TV i billboardów ...kampania wyborcza w Belgii. Belgijskie prawo zabrania płatnych reklam wyborczych w radiu, telewizji i na billboardach. Materiały wyborcze nie mogą znajdować się też na żadnych komercyjnych miejscach reklamowych. Plakaty wyborcze mogą być wywieszane na specjalnie instalowanych w czasie kampanii tablicach, o ile zgodzą się na to radni... Rozmiary wyborczych reklam reguluje regionalne prawo urbanistyczne. Wszelkie afisze większe niż 1 m2 wymagają specjalnego pozwolenia. Partie polityczne oraz kandydaci nie mogą przekazywać żadnych dotacji pieniężnych podczas oficjalnego 3 miesięcznego okresu kampanii. By uniknąć nielegalnego rozwieszania plakatów np. nocą, afisze można wywieszać tylko w ściśle określonych godzinach. Na prowizorycznych tablicach plakaty zwykle są chronione siatkami, co zabezpiecza je przed zdzieraniem przez konkurentów (ale już nie przed pryskaniem sprayem). Finansowanie partii oraz wydatków na kampanie wyborcze reguluje w Belgii ustawa z 4 lipca 1989 r. Jej przyjęcie poprzedziła spektakularna seria politycznych skandali z udziałem korporacyjnych darowizn. Nowa ustawa wprowadziła zasady finansowania partii politycznych z budżetu państwa, w oparciu o wyniki uzyskane w poprzednich wyborach. Dodatkowe finansowanie partii politycznych jest możliwe na poziomie regionów, o ile parlamenty regionalne tak zadecydują, zabrania się jednak korporacyjnych darowizn i  ściśle ogranicza darowizny od osób fizycznych. Budżety partii zasilają ponadto tylko składki członkowskie. Ustawa z 1989 r. ustala również limity wydatków kampanii wyborczych, zarówno partii politycznych jak i kandydatów indywidualnych: 1 mln euro dla 293


każdej partii, zaś pułapy dla kandydatów indywidualnych uzależnione są od ich pozycji na liście lub populacji okręgu wyborczego (w zależności od rodzaju wyborów). Darowizny od osób fizycznych mogą wynosić maks. 500 euro rocznie na rzecz jednej określonej partii i ogółem 2000 euro – na rzecz różnych partii politycznych w  skali roku. Partie polityczne i  kandydaci muszą składać oświadczenia o wszystkich wydatkach poniesionych na cele kampanii wyborczej w trakcie oficjalnego okresu jej trwania.

Kampania afiszowa w Belgii.

294


Mimo jasnego prawa, obecność plakatów wyborczych ciągle wzbudza kontrowersje, podobnie jak ich wielkość oraz lokalizacja. W wielu gminach, walka wyborcza rozgrywa się właśnie o plakaty. Niektóre z nich w 2012 r. w ogóle odmówiły instalacji oficjalnych tablic na plakaty wyborcze (Namur, Braine l’Alleud, Antwerpia). Ich decyzje jednak zaskarżono, w  efekcie czego Rada Państwa uznała to działanie za niedemokratyczne. Tablice wróciły, ale ich lokalizacja była dalej częścią walki wyborczej. Prawdziwa kampania odbywa się przede wszystkim na cyklicznych spotkaniach wyborczych, podczas debat telewizyjnych i w Internecie, w szczególności na stronach internetowych partii politycznych czy blogach. Wybory w Belgii są obowiązkowe. Mówi o tym Artykuł 62 Konstytucji. Za ich zlekceważenie płaci się kary od 25 do 50 euro. Gdy delikwent po raz kolejny odpuszcza sobie obowiązek wyborczy może zapłacić 125 euro. Jeżeli wyborca nie pojawi się cztery razy w ciągu 15 lat – zostaje usunięty z listy uprawnionych do głosowania na 10 lat. Ponadto, w tym czasie nie będzie miał prawa do awansu, jeśli jest pracownikiem instytucji publicznej. Efekt? Ponad 90% Belgów chodzi na wybory. Ponieważ wszyscy obywatele UE w krajach, które zamieszkują, a których nie są obywatelami także mają bierne i czynne prawo wyborcze na szczeblu lokalnym i do Parlamentu Europejskiego, wśród kandydatów w wyborach lokalnych do belgijskich rad gmin w 2012 r. byli także nasi rodacy1, co ciekawe – same panie: 1. Magdalena Sikorowska, Saint-Gilles (Lista Burmistrza), 2. Danuta Żędzian, Saint-Gilles (Ruch Reformatorski), 3. Beata Kocon, Ixelles (Partia Społeczno-Chrześcijańska), 4. Ewa Chrypankowska, Ganshoren (Lista Burmistrza), 5. Dorota Dobrzyńska, Bruxelles (Ruch Reformatorski), 6. Renata Bednarz, Saint-Gilles (Ruch Reformatorski), 7. Jolanta Bogdańska, Ixelles (Lista Burmistrza). Niestety żadna z nich nie została wtedy radną, podobno zbyt silnie zwalczały się... między sobą.

Więcej: www.emstacja.eu/pl/polonijne/108-ogolne/565-polskie-kandydatki-i-kandydaci-na-belgijskichlistach-wyborczych.

1

295


Lidia Geringer de Oedenberg w Pałacu Królewskim w Brukseli na tradycyjnym noworocznym spotkaniu członków Prezydium PE i najwyższych przedstawicieli pozostałych Instytucji UE. Od lewej: Księżna Matylda z następcą tronu Księciem Filipem I (Królem Belgów od 21 lipca 2013 r.), Królowa Paola wraz z Królem Albertem II – oficjalnie witają wszystkich zaproszonych, 12 stycznia 2011 r.

W Pałacu Królewskim podczas części nieoficjalnej spotkania. Od lewej: Olivier Chastel – belgijski Minister ds. europejskich, Jerzy Buzek – Przewodniczący PE (2009-2012), Lidia Geringer de Oedenberg – Kwestor w Prezydium PE, Królowa Belgów – Paola.

296


Monarcha ponad prawem ...czyli konsekwencje królewskiego skoku w bok. Jego Belgijską Królewską Mość Alberta II w 2013 r. panowanie zmęczyło do tego stopnia, że w święto narodowe 21 lipca oddał tron swojemu synowi i następcy – Filipowi1. Czy sfatygowany Król miał dosyć polityki? Nie wiadomo, jednakże „po uszy” na pewno miał nieodstępujących go plotek, które nabrały w końcowym okresie jego panowania “narodowych” rozmiarów. Dzban przelała domniemana nieślubna córka Króla – Delphine Boël, próbująca testami DNA zmusić Jego Mość, by przyznał się do jej ojcostwa. Świat po raz pierwszy dowiedział się o królewskiej córce spoza małżeńskiego łoża w 1999 r. z... biografii żony Alberta II – Królowej Paoli. Dziś media przyjmują niemal za pewnik, że 45-letnia Delphine jest córką monarchy, choć Albert II nigdy się do tego otwarcie nie przyznał. Matka Delphine – Baronessa Sybille de Selys Longchamps miała na przełomie lat 60. i 70. romans z Królem, co w kręgach arystokratycznych było tajemnicą poliszynela. Prawny ojciec Delphine – Jacques Boël, z przyprawionymi przez Jego Mość rogami rozwiódł się z Sybille w latach 70-tych, a po opublikowanych rewelacjach książkowych wydziedziczył „swoją” córkę, potwierdzając tym samym krążące plotki o własnym wątpliwym ojcostwie. Nic dziwnego, że pozbawiona ojca i majątku Delphine wystąpiła o zbadanie królewskiego DNA. Złożywszy stosowny wniosek do sądu w  Brukseli, wywołała na początku 2013  r. prawdziwą medialną burzę. Powstał spór, czy konstytucyjnie wyłączony spod wymiaru sprawiedliwości monarcha może zostać wezwany przed Świetnie się ubierająca Matylda, żona nowego króla Filipa, już jest wzorem szyku w tutejszych kolorowych pismach. To daleka kuzynka Prezydenta Bronisława Komorowskiego, poprzez matkę Annę d’Udekem d’Acoz, z domu Komorowską.

1

297


sąd, czy nie. Zdaniem jednych – w świetle belgijskiego prawa to niemożliwe, zdaniem innych, po abdykacji króla – jak najbardziej. Sęk w tym, że w prawie nie ma nic na temat statusu „byłego Króla”. Prawnicy Boël uważają, że przepisy belgijskiej konstytucji powinny ustąpić prawu międzynarodowemu, w  tym konwencjom Rady Europy o  prawach dzieci, które gwarantują pobranie DNA od domniemanego ojca. Dzieci uznane czy nie korzystają z tych samych praw. Gdyby to w przypadku Króla okazało się niemożliwe, ojcostwo Alberta II można byłoby ustalić na podstawie DNA domniemanego przyrodniego rodzeństwa Boël (czyli np. obecnego Króla Filipa). Aby rozpocząć procedurę uznania ojcostwa, dotychczasowy ojciec musi utracić swój status prawny, ponieważ nie można mieć dwóch tatusiów. Zatem Delphine musi najpierw dowieść, że Jacques Boël nie jest jej ojcem, ten z  kolei jak donoszą „źrodła dobrze poinformowane” poddany presji „pałacowej” nie specjalnie zamierza zaprzeczać swojemu ojcostwu. Postawiona przed faktami matka Delphine, Sybille de Selys, udzieliła wywiadu flamandzkiej telewizji, potwierdzając, że była z Albertem, kiedy urodziła się jej córka, ale zdaniem prawników Króla jej słowa, listy czy zdjęcia Alberta z małą Delphine niczego nie dowodzą. Powstaje pytanie, czy Sybille posiada jeszcze inne „materiały”, które mogą być uznane za dowód ojcostwa przez sądem. Były król może odmówić przeprowadzenia badań, wtedy za niego zadecyduje sąd, a to oznaczałoby jego narodową kompromitację. Trzeba pamiętać, że w skonfliktowanej Belgii – Król (nawet były) pełni rolę symbolicznego łącznika między frankofońską a flamandzką częścią kraju. Co się stanie, jak jego autorytet legnie w gruzach – trudno przewidzieć. Belgowie zapewne woleliby „poszerzenia” familii panującej, od rozpadu ich Królestwa.

298


Światowa stolica manifestacji W latach 2003-2010 odbyły się w Brukseli 4 582 manifestacje, jak donosi raport opracowany przez doktoranta z Uniwersytetu w Antwerpii, Ruuda Woutersa1. To średnio dwie manifestacje dziennie! Bruksela jest bezsprzecznie światową stolicą manifestacji. Co ciekawe, sam temat demonstracji tak już spowszechniał, że media odnotowały zaledwie 11% z nich. Władze Brukseli i najpopularniejszej dla manifestantów ze względu na obecność unijnych instytucji dzielnicy Ixelles, są absolutnymi zwolennikami

Manifestacja na Placu Luksemburskim przed Parlamentem Europejskim. Na podstawie „Le Soir” z dnia 6 grudnia 2013 r.

1

299


demonstracji i nie robią żadnych trudności w uzyskaniu pozwolenia na nie, chociaż generuje to dodatkowe koszty np. związane z ochroną. Protestujący muszą jednak respektować pewne ograniczenia. Przykładowo zabronione jest zakrywanie twarzy w  przestrzeni publicznej (bez pozwolenia), czy noszenie masek. W niektórych miejscach nie można demonstrować np. na Grand Place i w jego najbliższej okolicy, w  neutralnej strefie: Pałacu Królewskiego, Parlamentu Europejskiego i w... parkach. Zorganizowanie manifestacji w  każdym „terenie zielonym” wymaga specjalnego zezwolenia wydanego przez biuro IBGE (Institut bruxellois pour la gestion de l’environnement), odpowiedzialnego za środowisko naturalne w mieście.

Manifestacja na ulicach Brukseli.

300


PIS w Brukseli w szatach Św. Mikołaja... W  mieście czekolady, koronek i  secesyjnej architektury jest niezwykle popularny i lubiany. Na zdjęciach wychodzi bardzo okazale, z bliska jednakże nieco rozczarowuje mikrym wzrostem. Uwielbia się przebierać. Ponoć ma blisko tysiąc garniturów, ale często można go podejrzeć... nago, jak oddaje mocz w samym centrum starej Brukseli! To Julien – MANNEKEN PIS, najbardziej znana fontanna w  całej Belgii. MANNEKEN – to mały człowiek. PIS – to siuśki, uryna. Jak się łatwo domyślić, fontanna tryska z konkretnego miejsca, a PIS trafia prosto do znajdującej się poniżej... chrzcielnicy. Julien „załatwia się” nieopodal ratusza, przy Rue de l’Etuve, każdego dnia przyciągając tłumy – nie tylko turystów. Brukselczycy także bardzo chętnie odwiedzają słynnego MANNEKENA, zdarza się bowiem, że siusia czystym piwem, a poza tym za każdym razem wygląda ina-

Słynny brukselski MANNEKEN PIS.

301


JEANNEKE PIS – dalej „walczy” o sławę.

302


czej. W grudniu mały elegant siusia jako Św. Mikołaj. Siusiał już nawet w stroju husarskim i  krakowskim. Ma 61 centymetrów wzrostu, liczy ok. 400  lat i wciąż jest dzieckiem! Siusiającego chłopca można zobaczyć zresztą nie tylko przy Rue de l’Etuve. Setki tysięcy jego miniaturek corocznie wyruszają w świat w bagażach turystów. Największym wzięciem cieszą się przedmioty wykorzystujące dość specyficznie jego anatomię, np. noże do cięcia papieru czy korkociągi. Skąd się wziął brukselski MANNEKEN PIS? Jedna z legend1 mówi o małym chłopcu imieniem Juliaanske (Julien), który szpiegując wrogów, odkrył miejsce, gdzie najeźdźca umieścił bombę mającą zniszczyć obleganą w XIV wieku Brukselę. Dzielny malec, widząc na co się zanosi, oddał mocz na palący się lont, czym uratował miasto. Wdzięczna Bruksela w XV w. upamiętniła małego bohatera i jego zbawczy SIK kamienną figurką. MANNEKEN zawsze wzbudzał wielkie międzynarodowe zainteresowanie, co nie wychodziło mu zresztą na dobre. Najpierw ukradli go Anglicy – wtedy udało się kamiennego malca jednak odzyskać, potem przepadł na dobre po „porwaniu” przez Francuzów. W 1619 r. wykonano na nowo jego figurkę, tym razem z brązu. Zmiana materiału nie pomogła, posążek ciągle stawał się przedmiotem ataków i kradzieży. Obecny MANNEKEN PIS pochodzi z 1817 r. i został odlany z odłamków poprzednika, pieczołowicie pozbieranych po całkowitym jego rozbiciu przez manneken-pisowego destruktora recydywistę. Od 1987 r. MANNEKEN PIS ma też konkurencję (albo towarzyszkę jak kto woli) w postaci JEANNEKE PIS – oddającej mocz dziewczynki. Damska, dużo młodsza wersja siusiającej fontanny stoi w „opozycji” do męskiej, po przeciwnej stronie Starówki. Żeński odpowiednik MANNEKENA, o czym mówi współczesna legenda, postawiono w stolicy Europy jako wyraz równouprawnienia i politycznej poprawności. Jeanneke siusia nieopodal uliczki Rue des Bouchers – odgrodzona od publiczności kratą, pozbawiona należytej promocji, pamiątkowych miniaturek, ubranek szytych na miarę i atrakcji piwnych – ciągle jeszcze walcząc Inna (mniej wzniosła) legenda podaje, że ów sikający chłopiec był... królewiczem, który zagubił się podczas polowania w lasach niegdyś znajdujących się wokół Brukseli. Po bezskutecznych kilkudniowych poszukiwaniach, gdy stracono nadzieję na jego odnalezienie pewien – leśniczy – przeczesując las, zdziwiony usłyszał szemrzący strumyczek w miejscu, gdzie wcześniej go nie było. Chcąc ugasić nękające go pragnienie zbliżył się do domniemanego źródła wody i zobaczył nagiego, siusiającego królewicza.

1

303


o równouprawnienie i popularność. Głodny wrażeń turysta może nawet mieć spore trudności z jej odnalezieniem, gdyż JEANNEKE skromniutko przykuca w  największym skupisku brukselskich restauracji, pośród (odwracających od niej uwagę) gór homarów, langust i małży. Pozostając w temacie siusiających w Brukseli, jest jeszcze piesek... ZINNEKE przy Rue de Chartreux 31. Wszystkim odwiedzającym Brukselę szczerze polecam wszystkie siusiające statuetki, jako dowód szczególnego poczucia humoru – żyjących w dość depresyjnej „krainie deszczowców” – Belgów.

Piesek ZINNEKE przy Rue de Chartreux 31 w Brukseli.

304


Belgijsko-polskie skomplikowane związki Podczas Kongresu Wiedeńskiego w 1815 r. zebrani tamże przedstawiciele zwycięskich państw europejskich podjęli decyzję o utworzeniu neutralnego, buforowego państwa pomiędzy Francją i  Niemcami – Guberni Środkowo Niderlandzkiej, Belgii. Jej gubernatorem został król holenderski – Wilhelm Orański Nassau1. Niestety zakorzeniona nienawiść Belgów do Holendrów wywodząca się od czasu wojen religijnych z XVI w., kiedy to katolicka Belgia była regularnie plądrowana i niszczona przez holenderskich kalwinistów – nie dała szans na trwałe współżycie w pokoju. 24 września 1830 r. wybuchło powstanie. Jego bezpośrednim powodem był dekret wydany przez holenderskiego króla znoszący katolickie szkolnictwo w Belgii: szkoły jezuitów dla chłopców i urszulanek dla dziewczynek. Gdy powstańcy zaczęli zdobywać przewagę nad wojskami Króla, ten przestraszony możliwością stracenia bogatej prowincji Środkowych Niderlandów, zwrócił się z prośbą o militarną pomoc do swojego szwagra cara Mikołaja I (żoną Wilhelma Orańskiego była siostra cara Anna Pawłowna), car prośbie nie odmówił. Zebrał armię i ruszył w kierunku Belgii. Akurat w tym czasie w Księstwie Kongresowym (na terenie nieistniejącej na mapie Polski) wybuchło powstanie zwane listopadowym, które zatrzymało wojska carskie „w drodze”. Polskie powstanie stłumiono, ale dzięki temu powstało... Królestwo Belgijskie. Królem Belgii został Leopold Sax Coubourg Gotha, niemiecki książę, od koronacji zwany Leopoldem I, który zaprosił do siebie polskich powstańców. O szczegółach historycznych polsko-belgijskich powiązań – z prawdziwą pasją informuje grupy, które zapraszam do Brukseli – przesympatyczna Pani Maria Kozińska – akredytowana przewodniczka w Brukseli.

1

305


Historia belgijsko-polskich związków w Królewskim Muzeum Broni w Brukseli.

306


Generał Jan Skrzynecki, jeden z wodzów powstania listopadowego, przyjął królewskie zaproszenie i  zarządził transfer polskich żołnierzy do Belgii, co dało początek... Królewskiej Armii Belgijskiej. W brukselskim Królewskim Muzeum Broni informuje o tym specjalna Tablica Honorowa. Składając przysięgę na wierność Leopoldowi I żołnierze zachowywali swoje stopnie i starszeństwo z polskiego wojska. Szacuje się, że w szeregach armii belgijskiej służyło co najmniej kilkudziesięciu polskich oficerów i podoficerów wszystkich broni. Łącznie 20 000 tys. żołnierzy. Sytuacja ta wywołała zresztą międzynarodowe reperkusje, w  szczególności w  relacjach Belgii z  Rosją, Austrią i  Prusami. Doszło nawet do zawieszenia stosunków dyplomatycznych, po tym jak 4 lipca1839 r. mianowano gen. Jana Skrzyneckiego belgijskim wodzem naczelnym. By zażegnać konflikt, generał stanowiska jednak nie objął, pozostając do „dyspozycji rządu”. Stosunki belgijsko-rosyjskie zostały unormowane dopiero w  1853  r., po zakończeniu służby przez Polaków. Od 1911 r. do Belgii zaczęła napływać kolejna fala polskiej emigracji, tymrazem zarobkowej. Byli to głównie polscy górnicy – łącznie ok. 30 tys. osób. Przed wybuchem II wojny światowej polska społeczność w Belgii liczyła już ok. 62 tys. obywateli. W czasie wojny belgijscy Polacy brali aktywny udział w ruchu oporu. W walce o wyzwolenie Belgii niezwykle ważną rolę odegrała Polska 1. Dywizja Pancerna. Bezpośrednio po wojnie, w  Belgii osiedliło się ok. 10 tys. Polaków, kolejne 10  tys. napłynęło do 1976  r. W  tym okresie odbywała się też jednocześnie reemigracja rodaków do Polski – ok. 9 tys. W 1988 r. w Belgii ogółem żyło ok. 50 tys. ludności pochodzenia polskiego, zamieszkującej głównie górnicze okręgi Limburgii oraz przemysłowe regiony Liège i Antwerpii. Obecnie szacuje się, że liczba Polaków i osób polskiego pochodzenia zbliża się do 90 tys., w tym 60 tys. to tak zwana migracja zarobkowa.

307


Eksponaty w Kr贸lewskim Muzeum Broni w Brukseli.

308


XI. Polska w Europie

309


Uroczyste otwarcie wystawy pt. „Plakat Polskiej Prezydencji w Radzie Unii Europejskiej”, która była pokłosiem konkursu plastycznego zorganizowanego z inicjatywy Lidii Geringer de Oedenberg. Bruksela, 28 czerwca 2011 r.

Prace laureatów konkursu „Plakat Polskiej Prezydencji w Radzie Unii Europejskiej” w Parlamencie Europejskim w Brukseli.

310


Polski debiut przy sterach Unii 1 lipca 2011 r. Polska po raz pierwszy przejęła Prezydencję w Radzie UE. Ponieważ spora część polskich eurodeputowanych pracowała w Parlamencie już od siedmiu lat, mieliśmy sposobność obserwowania z  bliska aż 14 różnych prezydencji, dostrzegając zarówno debiutanckie czeskie błędy, jak i Francjęelegancję państw sprawujących przewodnictwo w UE po raz kolejny. Najpierw duże wątpliwości budził budżet, jakim dysponował polski rząd, „zaledwie” 430 mln zł, który w ocenie fachowców był próbą bicia rekordu na najtańszą prezydencję w UE. Do tego prawie końca nie było wiadomo, w jakich lokalowych warunkach przyjdzie pracować „zbrojnemu ramieniu” polskiej prezydencji (z mózgiem w MSZ), czyli Stałemu Przedstawicielstwu RP przy UE. Dotychczasowy 200-osobowy zespół z  trudem mieścił się w  starej siedzibie przy Avenue de Tervuren, gdzie – ponoć z braku miejsca – część toalet stała się przestrzenią biurową. Dowcipkowano, że gdyby Przedstawicielstwo miało pozostać w starym budynku (już „pękającym w szwach”), to dla kolejnych 300 osób zatrudnionych na czas Prezydencji należałoby chyba postawić namioty na wypielęgnowanym trawniku i zagospodarować kort tenisowy... Termin oddania do użytku nowej siedziby przesuwano z miesiąca na miesiąc. W końcu, cały zespół przeprowadził się do okazałego budynku nieopodal Ronda Schumana (rzut kamieniem od najważniejszych unijnych instytucji) dosłownie w ostatniej chwili przed prezydencją. Rue Stevin 139, 1000 Bruksela, to teraz nowy i dobry „polski adres”. Nasz rząd przedstawił bardzo długą listę priorytetów na Prezydencję. Każdy z  nich był, nie przymierzając, „kobyłą” samą w  sobie, projektem bez szans na finalizację w ciągu sześciu, a de facto trzech i pół miesiąca (po odliczeniu wakacji). Tylko kilka z nich udało się osiągnąć, ale w porównaniu z innymi debiutantami w Radzie Polska wyszła zwycięsko, nie zaliczywszy poważniej311


Kwestor Lidia Geringer de Oedenberg dokonuje uroczystego otwarcia wystawy w Parlamencie Europejskim z okazji objęcia prezydencji UE przez Polskę.

szych wpadek... prawie do końca 2011 r. Z łyżką dziegciu wstrzymam się jeszcze przez chwilę. Trzeba też przyznać, że zafundowaliśmy sobie wyjątkowe „wewnętrzne” przeszkody polityczne w czasie Prezydencji – parlamentarne wybory. Nic dziwnego, że temperatura narodowej „debaty” w Polsce nie ułatwiała rządowi pracy na rzecz Europy. W  opinii zagranicznych komentatorów spisaliśmy się dobrze. Szczególnie podkreślano niespotykaną wcześniej kulturalną „oprawę” naszej Prezydencji. Cieszę się, że też miałam w tym swój udział. Aby wyeksponować nasz debiut przy sterach UE, jako kwestor odpowiedzialny za prezentacje w PE, już wcześniej zaproponowałam naszym europosłom wspólną organizację cyklu ekspozycji promujących polskie regiony i  inicjatywy kulturalne w  budynkach Parlamentu Europejskiego non-stop w okresie naszej prezydencji tak, by wystawy odbywały się jedna po drugiej, w każdym „polskim” tygodniu po kilka na raz. 312


Na mój apel odpowiedziała ponad połowa naszej 50-osobowej delegacji, dzięki czemu nasza Prezydencja zyskała oprawę, jakiej nie miał dotąd żaden inny kraj. Nasz przykład zainspirował także inne nacje posłów, ale jak dotąd nie udało się nikomu z taką intensywnością przyciągnąć uwagi dla narodowej kultury, nauki, atrakcyjności regionów, jaką my osiągnęliśmy. Pozytywną oceną naszej Prezydencji zakłóciło forsowanie przez polski rząd umowy ACTA1, która wywołała powszechne oburzenie i demonstracje na europejskich ulicach. Ostatecznie Parlament Europejski odrzucił umowę, co postawiło naszych decydentów w bardzo „delikatnej” sytuacji. O umowie ACTA piszę na str. 233.

1

Kwestor Lidia Geringer de Oedenberg wraz z Ambasadorem RP przy Unii Europejskiej (2007-2012) Janem Tombińskim (z prawej) przeglądają polski dar dla Parlamentu Europejskiego – kopię Konstytucji 3-go Maja.

313


Janusz Lewandowski – Komisarz ds. programowania finansowego i budşetu UE.

314


Unikatowa konstelacja w Parlamencie Europejskim Uroczyste przemówienie Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, wystawny lunch z tej okazji wydany przez Przewodniczącego Parlamentu – Jerzego Buzka (byłego szefa Ministra Komorowskiego), koktajl dla polskich europosłów i  otwarcie wystawy „Cześć Polsko”. 13 września 2011 r. zdecydowanie upłynął w barwach biało-czerwonych. Przemówienie Prezydenta Komorowskiego zaplanowano na godzinę 12:00 w przerwie pomiędzy głosowaniami. Jest to często stosowany zabieg zapewniający należytą frekwencję, bowiem posłowie rozliczani są z  obecności na głosowaniach (zarówno finansowo jak i politycznie). Półgodzinny speech honorowego gościa, zwykle głowy państwa, ma tym samym zagwarantowaną należytą „słuchalność”. Brzmi to dość groteskowo, ale praktyka pokazuje, że nawet w czasie debat priorytetowych sala potrafi świecić pustkami. Może sprawiła to pechowa trzynastka, a może polityczny „spisek”, że akurat tego dnia głosowania zakończyły się niespodziewanie przed 12:00. Część posłów opuściła salę (w tym, ku mojemu zdziwieniu, kilku Polaków), większość jednak ciekawa była pierwszego, od naszej akcesji, przemówienia polskiego Prezydenta w Parlamencie Europejskim. Tym bardziej, że obrady prowadził Przewodniczący PE Jerzy Buzek, w pierwszym rzędzie wśród komisarzy zasiadał Janusz Lewandowski, a miejsca w Radzie UE zajmowali polscy ministrowie. Taka polska konstelacja już się długo nie powtórzy. Prezydent rozpoczął przemówienie od lekcji historii integracji europejskiej zapoczątkowanej przez naszego rodaka – Wojciecha Jastrzębowskiego, który w 1831 r. napisał Konstytucję dla Europy1. Kończąc zaś wystąpienie, Prezydent Komorowski wezwał Wspólnotę do odważnych decyzji, gdyż „znajdująca O przemówieniu wspominam na str. 15.

1

315


się obecnie w punkcie zwrotnym UE nie może dopuścić do rozpadu strefy euro i unii gospodarczo-monetarnej”. Byłby to bowiem wstęp do „odwrócenia procesu integracji z najgorszymi możliwymi konsekwencjami, łącznie z porzuceniem Unii jako projektu politycznego”. Dodał też, że „my w Polsce głęboko wierzymy w Europę i chcemy UE dynamicznej i odważnej, otwartej i solidarnej (...). Unii, która da wszystkim jej narodom bezpieczeństwo, która będzie trafną odpowiedzią na potrzeby i troski jej obywateli. Wiemy, że taka Unia jest możliwa. Taką Unię, wraz z innymi narodami Europy, chcemy budować”. Przemówienie nagrodzone owacją na stojąco nie porwało tylko kilku polskich europosłów wybranych z list PiS. Więcej: www.europarl.europa.eu/wps-europarl-internet/frd/vod/player?session= last&currentSei=SEI3&language=pl.

Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Bronisław Komorowski przemawia w Parlamencie Europejskim w 2011 r.

316


Pulsar z Polski Do prezentacji czasu pulsarowego potrzebny jest komputer typu przemysłowego: płaski, bezobsługowy, zintegrowany z monitorem LED 40´´, podłączony do przewodowej linii internetowej i standardowa klawiatura. By obserwatorzy mogli zrozumieć czasomierz pulsarowy, dodatkowo wymagana jest jeszcze zwięzła informacja (przetłumaczona na 24 języki obowiązujące w UE) z objaśnieniami „czasu pulsarowego” i danymi liczbowymi „innych” czasów oraz różnic pomiędzy nimi...

Polski zegar pulsarowy w Parlamencie Europejskim.

317


Ten absolutnie wyjątkowy kosmiczny zegar eksponowany w Parlamencie Europejskim jest dziełem zbiorowym zapaleńców i naukowców z Pracowni Zegarów Wieżowych Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, radioastronomów z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i inżynierów z gdańskiej firmy Eko-Elektronik oraz darem Polski dla Parlamentu Europejskiego. Historia pomiaru czasu i  odkryć astronomicznych związanych z  pulsarami prowadzi nas prosto od Kopernika, Galileusza i Heweliusza do Wolszczana i jego pozasłonecznych planet wokół pulsara PSR1257+12. Szczegóły budowy zegara objęte są tajemnicą, o czym poinformowała mnie, kwestora wydającego zgodę na jego umieszczenie w Parlamencie, pieczątka z napisem „confidential” na dokumentach. Nie zdradzę zatem nic więcej poza tym, że gdański zegar z okazji Roku Jana Heweliusza, jakim ogłoszono 2011 r., pozwala nam teraz w Parlamencie na pulsarową punktualność, a dzięki przekazowi online sygnałów dochodzących z obserwowanej właśnie gwiazdy mamy nawet informację o czasowych „niedokładnościach” zegarów atomowych.

Zegar pulsarowy w Parlamencie Europejskim w głównym hallu budynku ASP w Brukseli.

318


Promenada „Solidarności” ...przed budynkiem PE w Brukseli. Piękna, oddana w  2010  r. do użytku promenada, przebiegająca przez kompleks budynków Parlamentu Europejskiego w Brukseli (między rue Belliard a Chaussée de Wavre) nosi nazwę „Esplanade Solidarność”. Deptak formalnie należy do dzielnicy Ixelles i  to jej władze podejmowały ostateczną decyzję co do nazwy, tym niemniej nas Prezydium Parlamentu Europejskiego, wcześniej poproszono o opinię w tej sprawie. Wniosek przeszedł, choć nie bez wielu dyskusji i innych poważnych propozycji. Ostatecznie decyzję o nadaniu promenadzie imienia Solidarności podjęto w 2009 r., otwarcie miało się początkowo odbyć w  sierpniu 2010  r. Wybór „imienia” oczywiście nie był przypadkowy i wiązał się bezpośrednio z 30. rocznicą powstania ruchu, który uruchomił proces prowadzący do upadku muru berlińskiego i obecnego zjednoczenia kontynentu. Parlament Europejski ma w zwyczaju honorowanie wybitnych postaci, które przyczyniły się do europejskiej integracji poprzez nadawanie budynkom czy pomieszczeniom ich nazwisk. I tak mamy gmachy: Winston Churchill, Konrad Adenauer, Willy Brandt i in. Inicjatywa uhonorowania całego ruchu, a nie konkretnej osoby, pojawiła się po raz pierwszy. Rok po zaplanowanej dacie – 30 sierpnia 2011 r. w południe, odbyło się uroczyste otwarcie Promenady „Solidarności”. Odroczenie w  czasie spowodowało dodatkowy efekt w postaci jeszcze jednej ważnej uroczystości w czasie polskiego Przewodnictwa w Radzie UE. Lista osobistości, które wzięły udział w tym wydarzeniu była długa m.in.: Tadeusz Mazowiecki, Bogdan Borusewicz, Premier Donald Tusk. Byli również obecni najważniejsi brukselscy politycy: Przewodniczący Komisji Europejskiej – José Manuel Barroso, obecny 319


Otwarcie Promenady Solidarności przed Parlamentem Europejskim, 30 sierpnia 2011 r.

oraz były Przewodniczący Parlamentu Europejskiego – Jerzy Buzek i HansGert Pöttering. W  ceremonii uczestniczyła też Simone Veil, pierwsza kobieta na stanowisku Przewodniczącej Parlamentu Europejskiego wybrana w  wyborach bezpośrednich w 1979 r. Jej imię od tego momentu nosi plac przed budynkiem Parlamentu, od którego odchodzą dwie gałęzie „Esplanade Solidarność”. W ceremonii zabrakło jedynie najbardziej rozpoznawalnej dla świata postaci związanej z „Solidarnością” – Lecha Wałęsy. Wszyscy łącznie z organizatorami byli zdziwieni. 320


Otwarcie Promenady Solidarności przed Parlamentem Europejskim, 30 sierpnia 2011 r.

Przemówienie Premiera Donalda Tuska podczas otwarcia Promenady Solidarności przed Parlamentem Europejskim.

321


Polskie delikatesy „Mała Polska” w Brukseli.

322


Polska jest trendy Już pierwsze dni polskiej prezydencji w UE wznieciły wielką ciekawość naszym krajem. Od lipca 2011 r. praktycznie wszystkie europejskie media pisały o  Polsce, Polakach, naszych zwyczajach, jedzeniu, polskich markach i sklepach za granicą. Popularny „The Bulletin”, anglojęzyczny periodyk dla międzynarodowych czytelników w Belgii, prawie połowę jednego z numerów poświęcił polskim tematom: historycznym, kulturalnym i kulinarnym. Wyraźnie rozbudziliśmy europejski smak na nowości „zza miedzy”. Belgowie często podkreślają udział Polaków w formowaniu swojego stosunkowo młodego państwa. Pierwsi polscy emigranci pojawili się tutaj po powstaniu listopadowym. Polska szlachta dała się wtedy poznać zarówno od strony „bitewnej”, jak i na belgijskich salonach.

Polskie delikatesy „Polsmaak” w Brukseli.

323


Najbardziej znaną dziś potomkinią polskiej arystokracji jest powszechnie lubiana Księżna Matylda, żona panującego Króla (w czasie naszej prezydencji jeszcze następcy tronu) – córka hrabiego Patricka d’Udekem d’Acoz i hrabiny Anny Komorowskiej, wnuczki Adama Zygmunta Sapiehy. W mojej brukselskiej dzielnicy, zwanej europejską, zarejestrowanych jest prawie 2 tys. Polaków, co nie jest też bez wpływu na dzielnicę. Mamy tu polską pizzerię „Mniam-mniam” i polski kebab, jest też restauracja „Zagłoba”, „Pierogi cafe”, polskie delikatesy „Mała Polska” i „Rarytas” oraz sklepy spożywcze „Zakopane” czy „Mały Książe”. Piwo Tyskie serwują w barze „Żubr”, a także w Party Amnesia Club. Są też tutaj polska księgarnia, polska szkoła, polskie Centrum, polska firma transportowa KaroTrans, z której usług często korzystam, a nawet polska misja katolicka... Więcej informacji na o polskich atrakcjach w Belgii: www.polonia.be, www.polskanova.com, www.karo-trans.eu.

Polski sklep „Mały Książę” przy Rue du Trone w Brukseli.

324


„Vivat najpiękniejsi”, czyli Polacy o sobie Brytyjski dziennik „The Guardian” przeprowadził w  marcu 2011 r. sondaż1 wśród pięciu narodów Europy: Niemców, Brytyjczyków, Francuzów, Hiszpanów i  Polaków. 5000 respondentów z  każdego z  krajów miało określić najmocniejsze strony własnego narodu w  porównaniu z  pozostałymi. Pytano, która z nacji ma: – najlepszą narodową kuchnię, – najlepszych kierowców, – jest najsympatyczniejsza, – najbardziej atrakcyjna, – ma „najmocniejszą” głowę… Okazało się, że zdaniem 87% Hiszpanów ich kuchnia jest najlepsza, ponadto 66% z  nich uznało, że to właśnie Hiszpanie są najsympatyczniejsi. Niemcy jakoś nie przechwalali się zanadto swoimi przymiotami, najwyższy wynik w swoich ocenach osiągnęli, jako dobrzy kierowcy – zdaniem 34% pytanych. Ponadto, aż 50% z nich najbardziej smakuje narodowa kuchnia. Francuzi także wysoko cenią swoje zdolności kulinarne, co przyznało 80% badanych w tym kraju, ale sami ocenili siebie jako mało sympatycznych i najgorszych kierowców. Brytyjczycy wyróżnili się najsłabszą głową do drinków – 35% badanych, za to mają niezłych kierowców – zdaniem 29%. 70% Polaków uważa, że nasza kuchnia jest najlepsza, 57% twierdzi, że jesteśmy najbardziej atrakcyjni, no i bezapelacyjnie wygraliśmy eurokonkurs na najsilniejszą głowę – 61%. Zdaniem 35% pytanych, jesteśmy też całkiem sympatyczni, ale za to jako kierowcy najgorsi – 19%, tuż po Francuzach. 1 Dociekliwym polecam sondaż w oryginale: www.guardian.co.uk/news/datablog/2011/mar/30/guardian-europe-poll-best-looking-drinking.

325


Wyniki raportu należy traktować oczywiście z przymrużeniem oka, chociaż ciekawą sprawą jest porównanie jak my – Polacy – oceniamy samych siebie z tym, jak widzą nas inni. Przez wiele lat wizerunek Polaka nie należał do najciekawszych. Odzwierciedleniem tego były choćby trudno strawne Polish jokes. Na szczęście, od czasu przystąpienia Polski do UE, zmianie ulega też nasz image u innych. Wiąże się to bezpośrednio z możliwością nieskrępowanego podróżowania, wzajemnego przenikania się różnych kultur. Dzięki temu nasz kraj jest coraz lepiej oceniany, a sami Polacy zaczynają być postrzegani przez inne narody jako ludzie pracowici, dobrze wykształceni, przedsiębiorczy i coraz bardziej otwarci. Barierą w kontaktach jest ciągle brak znajomości języków obcych. Według badań CBOS 54% Polaków zna tylko język ojczysty. Jednakże w grupie wiekowej od 18 do 24 roku życia aż 74% posługuje się językiem obcym2. Ponadto, młodzi Polacy wykazują się większą otwartością w  stosunku do innych kultur, mają pozytywny stosunek do świata, charakteryzują się większą tolerancją, odwagą, chęcią zdobywania wiedzy i podnoszenia swoich kwalifikacji. „Najpiękniejsi, z dobrą kuchnią i całkiem sympatyczni” możemy pokazać Europie, że Polak „mocny w głowie” – to Polak mądry, i to przed szkodą. Więcej: www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2009/K_111_09.PDF.

2

326


Mądry Niemiec po szkodzie Otwierając swoje rynki pracy, jako dwa ostatnie „stare” kraje, mocno przestraszone Austria i Niemcy przeżyły pierwsze dni maja 2011 r., jak się okazało, bez nagłego zalewu długo wstrzymywanych pracowników z „nowych” państw członkowskich. W 2004 r. Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja, a po nich w następnych latach kolejne państwa, sukcesywnie znosiły blokady na swoje rynki pracy. Nasi zachodni sąsiedzi wykorzystali maksymalny 7-letni okres „ochronny” i teraz... tego żałują. Najpierw trochę eurostatystyk: Po siedmiu latach od wielkiego rozszerzenia z 2004 r. miejsce zamieszkania w UE zmieniło w sumie ok. 2,3 mln obywateli z nowych państw członkowskich. To wbrew pozorom wcale nie tak dużo, zważywszy, że w tym samym czasie przybyło Unii aż 19 mln mieszkańców spoza Wspólnoty. Najwięcej wyjazdów zarobkowych odnotowano z  Polski i  Litwy, najmniej z Węgier i Czech. Jak podaje brytyjski National Institute of Economic and Social Research, dzięki natychmiastowemu otwarciu rynku pracy, PKB Wielkiej Brytanii zyskał w latach 2004-2009 ok. 5 mld funtów. Tenże instytut wylicza, że PKB Niemiec w latach 2004-2009 byłby wyższy od 0,1% do 0,5%, gdyby Berlin poszedł śladem Londynu... W zgodnej opinii ekspertów, efektywniej przebiegałyby prace np. w  sektorze rolniczym, których Niemcy nie podejmują lub w  których są mniej wydajni od Polaków. „Der Spiegel” postawił sprawę jasno – Niemcy straciły na przeciąganiu otwarcia rynku pracy – nie tylko tanich i rzetelnych pracowników w rolnictwie i budownictwie, ale również polskich informatyków i inżynierów, gdyż ci pracują już na dobre w Wielkiej Brytanii lub zostali w  kraju, gdzie mogą liczyć na przyzwoite wynagrodzenie, zniechęcające do 327


wyjazdu na zachód. W tej sytuacji nie uda się już przyciągnąć pracowników, których Niemcy naprawdę potrzebują. „Wątpliwości, ufundowane na strachu przed negatywnymi konsekwencjami dla niemieckiego rynku pracy, okazały się ogromnym błędem” – mówi Klaus Zimmermann, kierownik Institute for the Study of Labor1. Czyżby tym razem to Niemiec był „mądry po szkodzie”? Więcej: www.spiegel.de/international/europe/0,1518,759325,00.html.

1

Lidia Geringer de Oedenberg z „polskim hydraulikiem” – modelem Piotrem Adamskim, który złożył wizytę w Parlamencie Europejskim w Strasburgu.

328


Polska Flamandzka Któż z nas nie zaśmiewał się z propozycji negocjacyjnej Zagłoby: „Ofiaruj mu waść Niderlandy”, myśląc, że z tą daleką krainą nigdy nic wspólnego nie mieliśmy. Nic bardziej mylnego. Według anglojęzycznego flamandzkiego tygodnika „Flanders Today”1 – polska wieś mówi po flamandzku, przynajmniej ta jedna, objęta badaniem flamandzkiego historyka i  językoznawcy Rinaldo Neels’a. Gmina Wilamowice, leżąca na południu Polski, wyróżnia się całkowicie unikalnym językiem – vilamovian (wilamowickim), zaś jej mieszkańcy wierzą, że ich korzenie tkwią we Flandrii. Pomimo podzielonych opinii językoznawców, lokalna społeczność jest przekonana, że ich język pojawił się wraz z kolonistami flamandzkimi w okresie średniowiecza. Są zdeterminowani, by zachować kulturę swoich przodków. Rinaldo Neels wraz ze swą pracą doktorską napisaną na Uniwersytecie w  Leuven i  zatytułowaną: „Nadchodząca śmierć języka vilamovian, germańskiego języka w południowej Polsce”, został ciepło przyjęty w Wilamowicach. Powitali go mieszkańcy ubrani w tradycyjne stroje... flamandzkie. Ludowa wieść niesie, że grupa ok. 100 tkaczy i rolników z Niskich Krajów osiedliła się w południowej Polsce w końcu XIII wieku. Nazwę Wilamowice nadano na cześć lidera wspólnoty – Willema. „Dokumenty historyczne potwierdzają, że polski monarcha tego okresu dał niejakiemu Willemowi, pochodzącemu z Zachodu, zezwolenie na działalność w obszarze” – mówi Neels. „Ponieważ ziemie te zostały wcześniej zniszczone przez Mongołów, polska monarchia była szczęśliwa z napływu emigrantów, których przybycie pomagało ożywić kraj”. Wilamowice stały się dobrze prosperującym mia Wydanie z 22 sierpnia 2012 r.

1

329


stem handlowym mającym ożywione kontakty z najważniejszymi ówczesnymi centrami handlowymi takimi jak Brema i Wiedeń. „Gramatyka ich języka zawiera wiele elementów z rodziny języków germańskich używanych w  średniowiecznych Niemczech, Austrii, Liechtensteinie, Szwajcarii i Luksemburgu. (...) Jest wiele miejsc, w południowej Polsce, gdzie mówi się po niemiecku” – twierdzi Neels, „ale nigdzie indziej ludzie nie czują się związani z flamandzkimi przodkami”. Zauważa ponadto, że nie może być przypadkiem, że tradycyjne flamandzkie rymowanki popularne są też w Wilamowicach. W latach 20. XX wieku powstał słownik i gramatyka języka wilamowickiego. Miejscowy poeta Florian Biesik opisał tradycje regionalne w nostalgicznych wierszach, które tworzył po opuszczeniu regionu w 1920 r., tęskniąc za miejscem swoich narodzin. Był przekonany, że koloniści z  Niskich Krajów przyczynili się do powstania kultury „vilamovian”, dostrzegał podobieństwa w sposobie ubierania się i mentalności tych dwóch regionów. W życiu codziennym w domach, sklepach i kawiarniach, mieszczanie wilamowiccy aż do II wojny światowej mówili w  ich własnym języku. Dziś tylko 70 osób z 2800 mieszkańców używa wilamowickiego, a większość z nich ukończyła 80 lat. Badanie przeprowadzone przez Neelsa pokazuje, że trzech z  czterech mieszkańców chciałoby zachowania dziedzictwa kulturowego, a ponad połowa ludności uważa, że dzieci powinny nabyć podstawową wiedzę o języku vilamovian w szkole podstawowej. Szykuje się też nowe wydanie podręcznika do nauki gramatyki...

330


Takiej uroczystości w PE nigdy wcześniej nie było Na koniec wspomnę też wyjątkową ceremonię, w jakiej nigdy wcześniej w Parlamencie nikt nie uczestniczył. Był 14 kwietnia 2010 r., wypełniona po brzegi sala plenarna w Brukseli.

Ceremonia upamiętniająca ofiary katastrofy smoleńskiej w Parlamencie Europejskim 14 kwietnia 2010 r.

331


Posłowie, wszyscy członkowie Komisji Europejskiej, na czele z Przewodniczącym José Manuelem Barroso, delegacje spoza Unii Europejskiej… wszyscy przybyli oddać hołd Polakom, którzy cztery dni wcześniej zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. W samo południe ceremonię rozpoczęło odegranie hymnu Unii Europejskiej, następnie Mazurka Dąbrowskiego. Jerzy Buzek – Przewodniczący Parlamentu Europejskiego – podziękował za nadchodzące zewsząd wyrazy współczucia i kondolencje. Wyjaśnił, że w naszej tradycji, gdy żegnamy się z bliskimi wspominamy zmarłych, wyczytując ich nazwiska. Po czym wstrząsająco długą listę nazwisk – 96 ofiar katastrofy – w skupieniu wyczytywali po kolei reprezentanci wszystkich grup politycznych w Parlamencie Europejskim. Polacy: z grup Chadeków, Socjalistów i Konserwatystów oraz posłowie innych nacji (gdzie nie ma naszych rodaków) z grup: Zielonych, Liberałów, Komunistów i skrajnej prawicy. Odkładając wszelkie polityczne różnice na bok, w tej tragedii Europa była prawdziwie zjednoczona. Po każdym wyczytanym nazwisku belgijscy uczniowie wkładali białą różę do symbolicznego wieńca usytuowanego przed prezydium. Gdy 96 róża spoczęła obok pozostałych, Marsz Żałobny Fryderyka Chopina i minuta ciszy zakończyły uroczystość. W kompletnej ciszy i zadumie tysięczny tłum opuszczał brukselską salę plenarną…

332


XII. Na zakończenie?

333


Udział w wyborach to nasz obywatelski obowiązek.

334


Antyunijny Europarlament Głosować chodzą przede wszystkim niezadowoleni, a tych nie brakuje w  owładniętej kryzysem Europie. Przeciwni polityce oszczędności, efektom globalizacji i „dyktaturze” Brukseli już się mobilizują. Europolitolodzy przewidują w  związku z  tym nawet większą frekwencję wyborczą! Czy to oznacza zdominowanie Parlamentu Europejskiego przez eurosceptyków? Być może. Wiele wskazuje na to, że w wyborach europejskich w 2014 r. skrajne ugrupowania polityczne mogą zdobyć rekordowe poparcie. Jak kryzys odbije się na wyborach? Ilu Europejczyków pójdzie głosować? Czy ich reprezentanci zagrożą Unii Europejskiej? W 2004 r. w Parlamencie było ok. 70 antyunijnych wojowników, z czego prawie połowa z Polski (LPR, Samoobrona, PiS). W 2009 r. siła eurosceptyków urosła do 120. Dodawszy do tej tendencji nastroje kryzysowe można oczekiwać, że w 2014 r. przeciwnicy Unii mogą podwoić swoją siłę, a to oznaczałoby włączenie hamulca dla integracji i koniec marzeń o UEtopii. Cofnijmy się parę miesięcy. Walcząc z kryzysem Trojka (KE, MFW, EBC) przedstawiła plan ratunkowy dla zadłużonego południa Europy, stawiając ostre warunki „zaciskania pasa”: reforma finansów publicznych, cięcia wydatków, zmniejszenie deficytu budżetowego. Gdy rządy zaczęły wprowadzać drastyczne oszczędności, Grecy dali poparcie antyunijnym radykalistom, Włosi zagłosowali na komika Beppe Grillo, Brytyjczycy na ultraprawicową Partię Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, we wszystkich pozostałych krajach znacznie wzrosło poparcie dla partii niechętnych europejskiemu projektowi. W Polsce dodatkowe poparcie przypadło PiS. 335


Zdobycze wspólnego rynku w dobie kryzysu zaczęły… dzielić społeczeństwa. Za dużo przybyszów z innych krajów pobudziło brunatne demony. W tej atmosferze media szczególnie w „starej” Europie szokują: – statystykami bezrobocia, gdyż „nowi” odbierają pracę Brytyjczykom, Francuzom, Niemcom, – sumami wyłudzeń „socjalnych” przybyszów – nierobów, – przestępczością „napłyniętą” ze wschodu. Kryzys zaglądnął w rodzinne budżety – trzeba było znaleźć winnych. Nic dziwnego, że na tym gruncie zakwitły ruchy populistyczne i radykalne. Jak wyglądają nastroje przedwyborcze w grupach politycznych „rozdających karty” w PE? – Chadecy-Ludowcy (centro-prawica), obecnie 275 posłów z partii rządzących w wielu krajach (w tym PO i PSL), zdają sobie sprawę z przeciwnych wiatrów i liczą się ze spadkiem nawet o 50 posłów po wyborach w 2014 r. – Socjaldemokraci – teraz 195 posłów, liczą na wzrost może aż o 35 posłów. Brytyjska Partia Pracy cieszy się dużym poparciem, wzrasta poparcie dla lewicy w Hiszpanii, Czechach i Niemczech. – Liberałowie – 84 posłów. Tu nie widać objawów optymizmu, mogą stracić nawet połowę swojego składu. Zniknęli już we Włoszech, są w złej sytuacji w Niemczech, Francji i w Wielkiej Brytanii (płacą za koalicję z partią Davida Camerona). – Zieloni – 58 posłów i Konserwatyści – 57 posłów, mogą stracić po kilkunastu posłów, zaś Komuniści – 35 posłów, liczą że tylu zyskają (głównie z Grecji i Francji). – Największym zwycięzcą będą INNI, niemający jak dotąd w  Parlamencie żadnej realnej siły. Do tej nowej frakcji może przybyć ponad 70 deputowanych. Dodawszy do tego wyniku dotychczasowych eurosceptyków mogą stać się trzecią lub nawet drugą siłą w Parlamencie1. Gdyby te prognozy się sprawdziły, zdaniem belgijskiego „Le Soir”: „Parlament będzie jak małpa z brzytwą”. Co to oznacza? Zgrzyty w  trybach Unii i  ostre hamowanie. Jeśli prognozy się sprawdzą, mogą wystąpić trudności z przegłosowaniem np. budżetu, do czego potrzebna jest tzw. Bardzo ciekawej analizy na podstawię danych zebranych przez serwis www.electionista.com dokonało Centrum Analityczne – Polityka Insight. Polecam zajrzeć: www.politykainsight.pl.

1

336


większość kwalifikowana. Możemy mieć podobną do amerykańskiej sytuację totalnej blokady środków zafundowaną przez europejski odpowiednik Tea Party. Biorąc po uwagę prognozy wyborcze w Polsce, większość sondaży zwiastuje zwycięstwo eurosceptycznego PiSu, dzisiaj zasiadającego w PE obok pragnących opuścić Unię Brytyjczyków. Niepokoi mnie taka przyszłość. Naprawdę nie chcemy korzystać z funduszy i szans, które obecnie są w naszym zasięgu, nie chcemy już nowych dróg, ani dopłat dla rolników? Brak budżetu do tego doprowadzi. Obecnie w Parlamencie mamy porozumienie centrolewicy S&D i centroprawicy EPP, wsparte przez Liberałów ALDE, to gwarantuje stabilność integracji, do lipca 2014 r. Co będzie potem? Obyśmy nie zostali „ino ze sznurem”... Ale z drugiej strony, znając dość dobrze czołowych posłów – eurosceptyków, myślę, że nikt tak bardzo jak oni nie potrzebuje Unii! Bez Parlamentu i funduszy poselskich ich głos nie byłby słyszalny, nie mieliby czego krytykować ani powodu, by błyszczeć w tabloidach.

Kampania informacyjna dotycząca eurowyborów w 2014 r. eksponowana na łączniku pomiędzy budynkami PE na Esplanadzie „Solidarność” w Brukseli.

337


338


Lidia Geringer de Oedenberg Poseł VI i VII kadencji Parlamentu Europejskiego (2004-2009, 2009-2014) Aktywna w Komisjach:Prawnej, Budżetowej, Petycji, Rozwoju Regionalnego, Praw Kobiet Kwestor w Prezydium PE przez dwie kadencje (2009-2011, 2012-2014) Polka zajmująca najwyższe stanowisko w strukturach unijnych w latach 2009-2014 Wybrane prace w Prezydium Parlamentu Europejskiego: – Zainicjowanie i  doprowadzenie do utworzenia prestiżowego Regionalnego Biura Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej we Wrocławiu, którego działalność przyczynia się do skutecznej i szeroko rozumianej promocji Polski, a także czynnego informowania obywateli o szansach jakie im stwarza UE. – Utworzenie wirtualnej galerii dzieł sztuki będących w  posiadaniu Parlamentu Europejskiego, promującej współczesnych artystów europejskich, w tym wielu polskich. – Zainicjowanie cyklu kilkudziesięciu wystaw promujących na forum PE polskie regiony, kulturę, naukę podczas sprawowanej po raz pierwszy przez nasz kraj prezydencji w Radzie UE. Wybrane prace w Komisji Prawnej: – Główny sprawozdawca i negocjator dyrektywy o dozwolonym użytku dzieł osieroconych, otwierającej dostęp do dotąd „zamrożonych” zasobów kultury, dzieł zablokowanych prawem autorskim, w przypadku gdy ich autorów czy posiadaczy praw do nich, nie można było zidentyfikować lub odszukać. Implementacja dyrektywy spowoduje, że dzieło uznane w  jednym z krajów UE za „sieroce” będzie mogło być wykorzystywane nieodpłatnie we wszystkich pozostałych, a autor – w przypadku gdy odnajdzie się – uzyska stosowną rekompensatę. 339


– Autorka opinii prawnej dotyczącej bezpieczeństwa przechowywania danych w chmurze obliczeniowej, zwiększającej przejrzystość umów, ochronę danych osobowych i dającą dostęp do informacji, gdzie nasze dane się znajdują. – Animatorka prac nad stanowiskiem PE w sprawie umowy ACTA doprowadzających po 2 latach debat do odrzucenia kontrowersyjnego dokumentu. – Zaangażowana w prace nad rozporządzeniem o ochronie danych osobowych, szczególnie przy dopracowaniu definicji „prawa do bycia zapomnianym”, uregulowania dotyczącego kontroli nad profilowaniem i ochrony naszej prywatności, nowego prawa Internautów, pozwalającego na zgłaszanie do poszczególnych administratorów portali i sieci żądania, aby nasze dane zostały usunięte z ich stron, jeśli sobie nie życzymy, by były dalej wykorzystywane. – Aktywnie współpracująca nad sprawozdaniem dotyczącym harmonizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi wprowadzającym większą transparentność do systemu alokacji i płatności sum należnych artystom. Wybrane prace w Komisji Budżetowej: –N  egocjacje w  sprawie korzystnego dla Polski kompromisu w  sprawie perspektywy finansowej 2014-2020, dzięki któremu do naszego kraju trafić ok. 106 mld euro. – Współzałożycielka „Single Seat Group” walczącej o ustanowienie jednej siedziby dla PE. Obecnie są trzy: Strasburg, Bruksela, Luksemburg. Efektem tych zabiegów jest 80% poparcie wśród posłów PE oraz przegłosowanie rezolucji obligującej Radę Europejską do zmian traktatowych umożliwiających Parlamentowi samodzielne zadecydowanie o  swojej siedzibie. Jedno zamiast dotychczasowych 3 miejsc pracy wygeneruje oszczędności rzędu 200 mln euro rocznie. Wybrane prace w Komisji Petycji: – Praca nad petycją dotyczącą planowanej kopalni odkrywkowej na Dolnym Śląsku i nieuwzględnienia przez polskie władze prawomocnego referendum, w którym obywatele sprzeciwili się tej inwestycji. Doprowadzenie do zorganizowania misji rozpoznawczej Komisji Petycji w  regionie i  pierwszych rozmów (po 3 latach od referendum) obu stron konfliktu. – Zainicjowanie pomysłu opatrywania programów we wszystkich telewizjach publicznych w  UE napisami (subtitles) pozwalającymi ludziom niesłyszącym lub niedosłyszącym na pełny dostęp do informacji, kultury, edukacji i rozrywki w ofercie telewizyjnej. Subtitles wspomagają także naukę języków obcych oraz naukę czytania, co w dobie wtórnego euroanalfabetyzmu jest szczególnie istotne. 340


Ostatnie posiedzenie Prezydium Parlamentu Europejskiego pod przewodnictwem Jerzego Buzka, 23 stycznia 2012 r.

Lidia Geringer de Oedenberg z Martinem Schultzem – Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego (w latach 2012-2014).

341


342


Podziękowanie Pragnę serdecznie podziękować moim asystentom za pomoc przy wyszukiwaniu materiałów niezbędnych do skompletowania tej publikacji: Karolinie Przybylińskiej, Karolinie Zielińskiej, Carmen Godeanu, Annie Czerwoniec, Agnieszce Jędrusynie, Katarzynie Mironiak i Jakubowi Grekowi.

Bruksela, marzec 2014 r. 343


Lidia Geringer de Oedenberg ukończyła z wyróżnieniem studia na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu na wydziale Zarządzania i  Informatyki. Studia podyplomowe odbyła w  Szkole Głównej Handlowej w  Warszawie, studia uzupełniające we Francuskim Instytucie Zarządzania w  Warszawie, kształciła się także na uczelniach w Hiszpanii i Holandii. Przez kilkanaście lat pracowała jako dziennikarka w TVP S.A. w Warszawie i we Wrocławiu. W 2001 r. została dyrektorem programowym wrocławskiego oddziału TVP S.A. W  latach 1996-2005 pełniła funkcję dyrektora generalnego Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, jednocześnie będąc w latach 2001-2005 dyrektorem generalnym Filharmonii Wrocławskiej. W 2004 r. uzyskała mandat posła do Parlamentu Europejskiego z wynikiem blisko 36 tys. głosów, w 2009 r. skutecznie ubiegała się o reelekcję w wyborach do Parlamentu Europejskiego, otrzymując poparcie prawie 67 tys. obywateli. 15 lipca 2009 r. została wybrana na 2,5-letnią kadencję członka Prezydium Parlamentu Europejskiego, została Przewodniczącą Kolegium Kwestorów. W kolejnych wyborach 18 stycznia 2012 r. ponownie jako Kwestor weszła do Prezydium PE. Obecnie zajmuje najwyższe stanowisko w strukturach unijnych ze wszystkich Polek. W Parlamencie Europejskim pracuje ponadto w Komisji Prawnej, Komisji Petycji i Komisji Budżetowej.

346

Kulisy Europarlamentu  

Nowa książka poseł Lidii Geringer de Oedenberg

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you