Issuu on Google+

TAURON Dystrybucja S.A. dla regionu

Czasopismo społeczno-kulturalne

Jak bezpiecznie oświetlić posesje i balkony O zbliżających się świętach Bożego Narodzenia przypominają nam nie tylko kartki w kalendarzu, ale także dekoracje i kolorowe oświetlenie świąteczne w sklepach i na ulicach miast. Ozdoby świetlne wśród gałązek drzew lub detali architektonicznych wydobywają magiczny nastrój świąt. Urzekające oświetlenie świąteczne wymaga sporych nakładów pracy i zmysłu artystycznego. Należy jednak pamiętać o podstawowych zasadach bezpieczeństwa, aby ta piękna atmosfera nie była zakłócona żadnym przykrym zdarzeniem. Jak bezpiecznie oświetlić posesje i balkony w swoim otoczeniu?

nr indeksu 252352 nr

6 (6/30) listopad–grudzień 2013

cena

7zł

Od podłaźniczki do choinki Dobrawa Skonieczna-Gawlik Na szlaku pradziadków Henryk Szczepański Edward Ochab – sekretarz zapomniany Eugeniusz Januła, Krzysztof Wasilewski FELIETONY Zbigniew Adamczyk, Jadwiga Gierczycka, Michał Kręcisz, Andrzej Wasik PROZA Jacek Durski

n Do oświetlenia fasad i drzew oraz ozdób świątecznych używajmy produktów przystosowanych do pracy na zewnątrz, o czym informuje stosowna deklaracja producenta dołączona do produktu. Bezpieczne oświetlenie posiada atest dopuszczający do użytkowania w warunkach wysokiej wilgotności i niskich temperatur. Sprawdź koniecznie, czy na opakowaniu znajduje się oznaczenie , że produkt nie zagraża zdrowiu ani nie jest szkodliwy dla środowiska naturalnego. Od 1 maja 2004 r. zastąpił on równoważny mu znak bezpieczeństwa stosowany w urządzeniach wyprodukowanych przed tą datą.

n Ulegając pokusie zakupu taniego oświetlenia niewiadomego pochodzenia, narażamy się na porażenie prądem elektrycznym, a także na pożar wywołany ewentualnym zwarciem instalacji. n Zawieszając oświetlenie świąteczne, sprawdź, czy wszystkie elementy są sprawne a przewody nie mają śladów uszkodzenia, przegrzania lub przetarcia. n Podczas instalowania oświetlenia dekoracyjnego wszelkie jego elementy powinny być wyłączone z zasilania. n Rozwieszone przewody zasilające powinny być luźno podtrzymywane i mocowane do elementów stałych w sposób zabezpieczający przed ich zbytnim naprężeniem oraz przed dostępem dzieci. n Przewody zasilające iluminację świetlną muszą być chronione przed ewentualnym działaniem wysokich temperatur pochodzących ze sztucznych ogni, fajerwerków itp., gdyż może to doprowadzić do ich uszkodzenia. n Połączenia zasilające instalacje iluminacyjne powinny być wykonane w formie hermetycznej (wtyczka – gniazdo).

PLASTYKA Maciej Nowacki ISSN 1689-5282

Czasopism POSPOLITE RUSZ Henryk Koco społeczno

PRZEDWIGILIJNE Włodzimierz

ZAGŁĘBIOWSKIE Katarzyna So

DLACZEGO MAŁO Dariusz Naw

DYLEMATY REGIO Marek S. Szcz

ZABYTKI PO LIFTI Paweł Sarna

WYWIADY Ks. bp Tadeu

FELIETONY Jadwiga Gier

Fot. D. Kindler

PROZA Krzysztof Ma

9 771689 528000

12

POEZJA Maciej Melec

ISSN 1689-5282

12

PLASTYKA Jacek Rykała

n Przyłączone elementy oświetlenia zewnętrznego powinny być zabezpieczone odpowiednio dobranym bezpiecznikiem, najlepszym rozwiązaniem jest zabezpieczenie przeciwporażeniowe (różnicowo-prądowe) chroniące przed porażeniem prądem elektrycznym. Jest to najważniejsza rzecz z uwagi na panujące warunki (temperatura, wilgotność powietrza itp.). Zalecane jest przed instalacją skonsultować się, a najlepiej poprosić o pomoc wykwalifikowanego elektryka.

POEZJA Łukasz Jarosz, Janina B. Sokołowska

20 lat Związku Zagłębiowskiego


Szanowni Państwo! Z końcem roku obchodzimy 5. rocznicę wydawania dwumiesięcznika „Nowe Zagłębie”. Równo pięć lat temu dzięki wsparciu samorządu województwa śląskiego udało nam się wydrukować tzw. numer zerowy czasopisma i wprowadzić go na rynek prasowy. Szybko, wokół małej liczebnie redakcji czasopisma pojawiła się duża grupa dziennikarzy, pisarzy, poetów, uczonych, menadżerów kultury, którzy zasypują nas wprost propozycjami tekstów oraz różnego rodzaju materiałów. Na łamach 30 numerów „Nowego Zagłębia” podzieliło się swoją twórczością ponad 600 autorów. Nasze czasopismo adresujemy do środowisk twórczych, instytucji kulturalnych i oświatowych oraz oczywiście mieszkańców regionu Zagłębia Dąbrowskiego odczuwających potrzebę identyfikacji z miejscem zamieszkania i realizacji swoich planów i marzeń – patriotów ojczyzny prywatnej. Przypomnijmy, że wydawcą „Nowego Zagłębia” jest stowarzyszenie Związek Zagłębiowski, które w przyszłym roku będzie obchodziło 20-lecie swej działalności. Pojawiło się na fali renesansu społeczności lokalnych i regionalnych, które po 1989 roku w zróżnicowanym kulturowo i regionalnie byłym województwie katowickim zaczęły odbudowywać swoją podmiotowość kulturową, obywatelską, społeczną i polityczną. Podobnie jak w śląskiej części byłego województwa katowickiego, tak na terenie gmin i miast ponad 700-tysięcznego Zagłębia Dąbrowskiego zaczęły powstawać stowarzyszenia kulturalno-regionalne, a wśród nich zarejestrowany 4 sierpnia 1994 roku Związek Zagłębiowski, którego ideowym liderem był działacz społeczny i polityczny, regionalista i historyk Jan Przemsza-Zieliński, a pierwszym przewodniczącym dr Andrzej Abramski. Kolejnymi przewodniczącymi Związku Zagłębiowskiego byli: chirurg dr Kazimierz Nowakowski, poseł na Sejm RP 3 kadencji, wicewojewoda katowicki (1995–1997) mgr inż. Zygmunt Machnik, a obecnie niżej podpisany. Od początku istnienia Związek Zagłębiowski prowadzi działalność kulturalno-wydawniczą poświęconą problematyce naszego regionu, współpracuje z innymi organizacjami, związkami i stowarzyszeniami oraz władzami samorządowymi na rzecz integracji społecznej, kulturalnej i gospodarczej Zagłębia Dąbrowskiego w trosce o jego przyszłość i należne mu miejsce w wielokulturowym województwie. Dziękuję wszystkim byłym i obecnym członkom Stowarzyszenia, jego sympatykom, współpracownikom i wolontariuszom, zespołowi redakcyjnemu „Nowego Zagłębia” oraz współpracującym z nami Autorom za dotychczasową aktywność, ży-

Spis treści Z aktywnością mi do twarzy... . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 2 Zagłębie Street Artu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 4 Od podłaźniczki do choinki. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 6 Belgia na nowy rok. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Z kolędą na ustach, z tradycją w sercu. O świętach po polsku i w Polsce . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9 Człowiek – urządzenie peryferyjne, czyli o zdolności do świętowania.. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10 Na szlaku pradziadków . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 PROZA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 14 Edward Ochab – sekretarz zapomniany .. . . . . . . . . . . . . . . 15 „Kopernik” od kuchni . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 19 Obchody świąt państwowych i rocznic oficjalnych na podzagłębiowskiej wsi . . . . . . 21 15-lecie samorządu

.. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

24

plastyka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 30 plastyka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 30 20 lat Związku Zagłębiowskiego . . . . . . . . . . 31 felieton.. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35 FILM . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 39 Recenzja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 40

cząc wszelkiej pomyślności również z okazji świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego 2014 Roku. Czytelnikom „Nowego Zagłębia” życzę dobrej lektury oraz składam serdeczne życzenia świąteczno-noworoczne

poezja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 41

Marek Barański

region . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 46

Nowe Zagłębie – czasopismo społeczno-kulturalne Redaguje kolegium w składzie: Marek Barański – redaktor naczelny, Paweł Sarna – sekretarz redakcji, Maja Barańska, Ewa M. Walewska, Tomasz Kowalski – redakcja techniczna Adres redakcji: 41–200 Sosnowiec, ul. Będzińska 65, tel./ fax: + 48 32 788 33 62 do 63, + 48 512 175 814 e-mail: redakcja@nowezaglebie.pl, www.nowezaglebie.pl Wydawca: Związek Zagłębiowski Współpracownicy: Zbigniew Adamczyk, Edyta Antoniak-Kiedos, Paulina Budna, Przemysław Dudzik, Robert Garstka, Henryk Kocot, Karol Kućmierz, Krzysztof M. Macha, Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Piotr Smereka, Jerzy Suchanek, Joanna Wójcik Felietoniści: Zbigniew Adamczyk, Jadwiga Gierczycka, Michał Kręcisz, Jerzy Suchanek, Andrzej Wasik Druk: Progress Sp. z o.o. Sosnowiec Nakład: 1000 egzemplarzy Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Redakcja zastrzega sobie prawo ingerencji w teksty zamówione. Reklamę można zamawiać w redakcji; za treści publikowane w reklamach redakcja nie ponosi odpowiedzialności Zasady prenumeraty „Nowego Zagłębia”: Prenumeratę krajową lub zagraniczną można zamawiać bezpośrednio w redakcji lub e-mailem Cena prenumeraty półrocznej (przesyłanej pocztą zwykłą) – 3 wydania – 20 złotych, rocznej – 40 złotych Prenumerata zagraniczna przesyłana pocztą zwykłą – 3 wydania – 60 złotych, roczna – 120 złotych Wpłat na prenumeratę należy dokonywać na konto: Związek Zagłębiowski, Bank Gospodarki Żywnościowej S.A., 54 2030 0045 1110 0000 0256 2940 Informujemy, iż Redakcja czasopisma „Nowe Zagłębie” nie bierze odpowiedzialności za poglądy Autorów piszących na naszych łamach. Jesteśmy otwarci na wszystkie opinie i przekonania oraz staramy się, aby były one reprezentatywne dla szerokiej grupy odbiorców naszego periodyku.

• •

Literatura . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 42

• •

• •

Druk i upowszechnianie czasopisma „Nowe Zagłębie” są współfinansowane przez Samorząd Województwa Śląskiego, gminę Sosnowiec, gminę Zawiercie Powiat Będziński

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

1


Wywiad

Z aktywnością mi do twarzy...

Z  dr Haliną Sobańską, prezeską Stowarzyszenia „Aktywne kobiety”, nominowaną do tytułu “Kobieta Sukcesu Śląska 2013 ” – rozmawia Michał Kubara W tegorocznym plebiscycie Kobieta Sukcesu Śląska znalazła się pani osoba. Jak udaje się Pani godzić obowiązki zawodowe z bardzo aktywną działalnością społeczną? Społecznie działam 20 lat, a aktywność zawodowa to 32 lata. Zawodowo związana jestem ze szkołą: przez 30 lat uczyłam historii i wiedzy o społeczeństwie: po studiach w szkole podstawowej, następnie w szkole średniej, a ostatnio pracowałam w szkole wyższej, gdzie wykladałam samorząd terytorialny, systemy polityczne państw UE, instytucje i żródła prawa UE. Godzenie pracy zawodowej i bardzo aktywnej działaności społecznej nie jest łatwe, biorąc pod uwagę rozmiar aktywności Stowarzyszenia, któremu szefuję, a które założyłam 12 lat temu oraz moją aktywność w samorządzie. Oczywiście, prężna działalność „Aktywnych kobiet” to nie tylko moja zasługa ale całego zespołu Stowarzyszenia, w tym wiceprezeski, Moniki Sobańskiej. Wiele czasu poświęcam na działalności w Radzie Miejskiej, nie tylko uczestnicząc w sesjach i komisjach, ale i spotkaniach z mieszkańcami, którzy zgłaszają mi swoje problemy. Ich rozwiązywanie wymaga zaangażowania. Ale na to przecież się zdecydowałm startując w wyborach samorządowych, więc nie narzekam. Jak ocenia Pani współpracę Stowarzyszenia „Aktywne Kobiety” z samorządem, możliwość pozyskiwania grantów i inne formy wsparcia? Wysokość środków finansowych przeznaczonych na dofinansowywanie inicjatyw organizacji pozarządowych w stosunku do potrzeb tych organizacji jest za mała. Taka sytuacja jest nie tylko w Sosnowcu ale i w Polsce, bo sytucja gospodarcza jest nieszczególna. Cierpią na tym działy w budżecie i organizacje pozarządowe. Myślę, że wyjściem z tej sytuacji byłaby możliwość pozyskiwania przez organizacje pozarządowe środków, nie tylko na drodze grantów ale i przetargów. Wspierałoby to finansowo organizacje pozarządowe i byłoby z korzyścią dla mieszkańców.

2

Wybory Kobiety Sukcesu oraz Gala Kobiet Sukcesu odbywają się od 1999 roku, z inicjatywy Ewy Domaradzkiej-Ziarek, dziennikarki i przewodniczącej Międzynarodowego Forum Kobiet w Olsztynie. Początkowo dotyczyły jedynie obszaru województwa warmińsko-mazurskiego. Od 2012 roku odbywają się Wybory Kobiety Sukcesu Śląska. Kapituła wyborów, złożona z wybitnych lokalnych przedstawicieli środowisk naukowych i twórczych, organizacji pozarządowych i mediów wybiera Złotą Dziesiątkę Kobiet Sukcesu. Laureatki Złotej Dziesiątki wybierane są spośród kandydatek zgłoszonych przez lokalne media, organizacje społeczne i samorządowe. Spośród Złotej Dziesiątki głosami Kapituły wybrana następnie zostaje Kobieta Sukcesu Śląska. Równolegle do głosowania Kapituły, swoją Kobietę Sukcesu Śląska wybierają ze Złotej Dziesiątki widzowie Telewizji Silesia. Wywiad przeprowadzony został 4 grudnia. 16 grudnia, w czasie prac przygotowujących do druku aktualny numer "Nowego Zagłębia", odbyła się Gala Kobiet Sukcesu Śląska, podczas której ogłoszono także zwyciężczynię plebiscytu TVS na Kobietę Sukcesu Śląska 2013. Plebiscyt ten wygrała Halina Sobańska. Szereg zadań, ktore aktualnie wykonuje urząd, samorządy mogłyby zlecać organizacjom pozarządowym, gdyż są bliżej ludzi, ich problemów. Ponadto pojawia się wiele nowych obszarów, które mogłyby znaleźć miejsce w finansowym wsparciu ze strony samorządu, np. działania na rzecz osób starszych. Przypominam, że jesteśmy szybko starzejącym się spłeczeństwem, a osoby 60+ stanowią w naszym mieście, po osobach w wieku produkcyjnym, drugą grupę pod względem liczebności. A seniorzy to osoby z dużym kapitałem intelektualnym i energią do działania. Trzeba tę aktywność wspierać i wykoprzystywać na rzecz miasta. Dlate-

go w listopadzie, zarządzeniem Prezydenta K. Górskiego powołana została w Sosnowcu Rada Seniorek i Seniorów złożona z 36 osób w wieku 60+. Jest to chyba największa Rada Seniorów w Polsce i chyba jedyna uwzględniająca płeć. Mam przyjemność być pomysłodawczynią Rady i projektu “Seniorzy Decydują”, który Stowarzyszenie Aktywne Kobiety realizuje w partnerstwie z Gminą Sosnowiec. I news z ostatniej chwili: w tym miesiącu powołałyśmy przy Stowarzyszeniu „Aktywne Kobiety” Klub Aktywnej Seniorki i Seniora. Jest to rezultat projektu “Seniorzy decydują”. Widzimy potrzebę społecznej aktywizacji seniorów ale i mobilizujemy ich do zdo-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Wywiad bywania nowych umiejętności m.in. obsługi komputera czy udziału w kursie zapamiętywania. Aktualnie takie kursy w Stowarzyszeniu prowadzimy. Planujemy także otwarcie zajęć Nordic Walking. Zajmuje się Pani oraz Stowarzyszenie problemem przemocy domowej. Jakie są jej rozmiary w mieście? Jak ocenia Pani współpracę z samorządem w walce z przemocą? Od 2005 r. Stowarzyszenie „Aktywne Kobiety” prowadzi bezpłatne poradnictwo prawne i psychologiczne dla osób doświadczających przemocy domowej w założonym przy Stowarzyszeniu Centrum Informacji Praw Rodzin. Powołanie Centrum było efektem mojej wizyty w partnerskim mieście Sosnowca, Roubaix, gdzie zapoznałam się z funkcjonowaniem Domu Prawa. Zaimplementowałam ten pomysł na grunt sosnowiecki, tworząc na początek Centrum Informacji Praw Kobiet, a następnie przekształcając je w Centrum Informacji Praw Rodzin. Działa ono w obszarze pomocy prawnej i psychologicznej. Przez te 8 lat wiele się zmieniło w świadomości osób doświadczających przemocy, które chcą nie tylko korzystać z pomocy prawnej ale i psychologicznej. Kiedyś to nie było takie jednoznaczne. Pozyskane przez nas środki na poradnictwo prawne i psychologiczne mają różne zródła: Gmina, Urząd Marszałkowski, Ministerstwo, Fundusze Norweskie. Na rzecz walki z przemocą podejmujemy różnorodne inicjatywy np. Orange Day czyli Światowy Dzień Walki z Przemocą – 24 dnia każdego miesiąca. Rozdajemy wtedy na ulicach Sosnowca ulotki i broszury z informacją, gdzie szukać pomocy w sytuacji przemocy domowej. Aktualnie trwa kampania 16 Dni Na Rzecz Przeciwdziałania Przemocy Wobec Kobiet i Dziewcząt. Stowarzyszenie przygotowało z tej okazji happening, który odbędzie się na Placu Stulecia w Sosnowcu. Oprócz tego będą dni bezpłatnych porad prawnych i psychologicznych, a także bezpłatny kurs WenDo – sztuki samoobrony dla kobiet. Mimo to, przemoc domo-

wa to ciągle temat tabu. Wprawdzie z pomocą przyszła ustawa o przeciwdziałaniu przemocy, która każe sprawcy przemocy opuścić mieszkanie, ale gminy muszą zapewnić sprawcom mieszkanie zastępcze, gdyż nie ma eksmisji na bruk i wtedy rodzi się problem wyprowadzenia sprawcy z domu. Niestety, pomimo wielu kampanii zjawisko przemocy domowej nie zmniejsza się. Rośnie wprawdzie świadomość praw przysługujących ofiarom, ale nadal ofiary wycofują się z zeznań składanych na policję po zdarzeniu. Co więcej, według naszych obserwcji rośnie zjawisko przemocy psychicznej. Ofiarami przemocy są przede wszystkim kobiety i dzieci, ale coraz częsciej zdarza się przemoc fizyczna lub psychiczna wobec mężczyzn, najczęściej przybierająca formę szturchania, popychania, ubliżania. Przemoc to problem, który w dużym stopniu wynosi się z domu i jest niemal pewne, że osoba wychowana w domu przemocowym będzie przemoc przenosić. Jeżeli jest przemoc w domu to trzeba pracować z całą rodziną. Musimy też nie bać się reagować na przemoc, my – świadkowie przemocy, niestety czasem niemi. Ostatnimi czasy, jednym z głównych tematów w sferze publicznej jest gender. Jesteśmy niemal straszeni tym pojęciem. Mówi się właściwie o ideologii gender, choć to pojęcie oznaczające jedynie płeć kulturową, a nie żaden nurt ideologiczny. Jak Pani zdaniem można to pojęcie „odczarować”, aby społeczeństwo przestało się go bać? Myślę, że to trochę potrwa, to pojęcie jest stosunkowo nowe, a niestety, jednoznacznie krytyczne stanowisko Kościoła dodatkowo tę sytuację zaostrza i tym samym wyrządza dużo złego. Gender jest po prostu płcią kulturową. Nie jest to płeć biologiczna, ale są to role, jakie przypisuje nam społeczeństwo. Na przykład, przypisanie kobietom roli jedynej opiekunki dzieci, a mężczyznom aktywności zawodowej rodzi wiele problemów, szczególnie w tradycjonalistycznych rodzinach, gdzie matki po urodzeniu dziecka czują

Halina Sobańska dr nauk humanistycznych, wykładowczyni akademicka, politolożka i historyczka, feministka, założycielka i prezeska Stowarzyszenia Aktywne Kobiety w Sosnowcu, działaczka społeczno – polityczna, radna miasta Sosnowiec, wiceprzewodnicząca Rady Działalności Pożytku Publicznego Sosnowcu. Jest inicjatorką wielu wydarzeń społecznych na terenie województwa, przede wszystkim kampanii przeciw przemocy wobec kobiet, bezpłatnego poradnictwa prawnego i psychologicznego dla osób doświadczających przemocy domowej, wsparcia dla osób starszych, kampanii społecznych promujących udział kobiet w życiu publicznym, happeningów, konferencji i warsztatów. Jest także regionalną Pełnomocniczką Krajowego Kongresu Kobiet.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

się w obowiązku pozostać w domu, a mężczyzni na tę rodzinę zapracować. Oboje: kobiet i mężczyżna przeżywają ogromny stres, frustrację, a na dodatek “ chłopaki nie płaczą”. A gdy jedyny żywiciel straci pracę, rodzina nie ma środków do życia; z kolei kobieta, która spędziła większość życia w domu wychowując dzieci, utraciła kwalifikacje i otrzyma mniejsze świadczenia emerytalne, być może w wysokości uniemożliwiającej jej godne życie. Została pani zgłoszona do tytułu Kobieta Sukcesu Śląska 2013, czym to wyróżnienie jest dla Pani ? Jaki jest przepis na sukces w działalności społecznej i jakie ma Pani plany na najbliższą przyszłość? Miejsce w Złotej Dziesiątce Kobiet Sukcesu Śląska 2013, czyli kobiet, które odniosły sukces w regionie, to dla mnie ogromne wyróżnienie. Myślę, że sukces ten ma żródło w mojej aktywności, podejmowanych przeze mnie inicjatywach, kampaniach, działalności Stowarzyszenia i ludzi tam pracujących. Poprzez tę dzialalność wpływamy na zmiany w świadomości mieszkańców i zmieniamy ich życie. Ale pochwalę się, że nie jest to moje pierwsze wyróżnienie: mam na swoim koncie “Diamentową Szczotkę”, wyróżnienie Instytutu Spraw Obywatelskich za działania na rzecz docenienia nieodpłatnej pracy domowej kobiet, nominację do grona pięćdziesięciu najbardziej wpływowych kobiet województwa śląskiego (według „Dziennika Zachodniego”), drugą lokatę w plebiscycie „Kobieta na medal” („Nasze Miasto”) i nagrodę “Stalowy Goździk”, wręczoną w tym roku przez szefa SLD za działania na rzecz kobiet. Jak widać, trzeba być jak stal, aby zmiany inicjować i wprowadzać. Myślę, że nominację do „Kobiety Sukcesu Śląska 2013 „ zawdzięczam swojej pracowitości, wytrwałości i ludziom, którzy ze mną pracują. To także wyróżnienie dla Sosnowca, ktorego mieszkankę doceniono. Czy nie myśli Pani o dłuższym odpoczynku od pracy społecznej? Nie myślę, ponieważ przynosi mi ona satysfakcję. Angażuję do aktywności mieszkańców w różnym wieku, tych 60+ też. Przekłada się to na aktywność fizyczną i intelektualną moją i uczestników. Mamy więc obopólne korzyści. Dlatego namawiam wszystkich do jak najdłuższej aktywności, bo aktywność po prostu się opłaca. Dziękuję za rozmowę.

3


Okolice

ZAGŁĘBIE STREET ARTU Od kilku lat street art jest jednym z najbardziej widocznych zjawisk artystycznych w przestrzeni publicznej polskich miast. Nie chodzi tylko o wielkość pojawiających się na ścianach prac, ale także o ich różnorodność, jak również zasięg tego nurtu. Street art to jedno z najbardziej dyskutowanych zjawisk. Na fali popularności akcji

i festiwali sztuki ulicznej, które często sprowadzane są do tworzenia wielkoformatowych prac, obserwatorzy i uczestnicy nurtu zaczęli zadawać sobie pytanie, czym jest street art i gdzie są jego granice. Niestety, łatwiej dowiedzieć się, czym street art na pewno nie jest. Być może dlatego ta dziedzina twórczości wymyka się podziałom i klasyfikacjom, że jest demokratyczna i otwarta także na przypadkowych odbiorców. To oni przede wszystkim decydują o pojemności tego zjawiska. Street art rozwija się dynamicznie, w związku z tym coraz więcej form artystycznego wyrazu można do niego zaliczyć: od spontanicznych „wrzut”, wlepek, szablonów do spektakularnych murali czy instalacji, najczęściej wykonywanych w ramach zorganizowanych działań. A jak sytuacja wygląda w Zagłębiu? Jeżeli chodzi o sformalizowane przedsięwzięcia, to ciekawy pomysł na ożywienie przestrzeni miejskiej ma Pałac Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej, który prowadzi akcję pod nazwą „Street art”. W związku z tym na terenie miasta powstało kilka wielkoformatowych prac, w tym jedna z najbardziej spektakularnych w regionie – ściana Roberta Procha na budynku przy ul. Wojska Polskiego 52. Innym pomysłem może pochwalić się Czeladź, w której od 2009 roku organizowany jest graffiti jam „Stań pod murem”. Impreza nawiązuje do tradycyjnie rozumianej kultury graffiti. Wszyscy chętni mogą dosłownie stanąć pod murem i stworzyć pracę. Efektem tego przedsięwzięcia są całe zamalowane ściany tworzące otwarte galerie graffiti. W Sosnowcu natomiast sztuka ulicy została narzędziem do promocji jednej z najbardziej znanych osób związanych z miastem – Jana Kiepury. Najciekawszą inicjatywą streetartową w ramach imprezy „Jan Kiepura Superstar” były szablony nawiązujące do popularnego tenora. Innym pomysłowym przedsięwzięciem – także realizowanym w Sosnowcu – może pochwalić się Stowarzyszenie Aktywne Kobiety, które w ramach projektu „Seniorzy decydują” zorganizowało akcję malowania muralu przez sosnowieckich seniorów. Akcja miała na celu aktywizację tej grupy wiekowej i zwrócenie uwagi na związane z nią ważne problemy społeczne – tematyka wielkoformatowego obrazu nawiązuje do wartości istotnych dla starszych mieszkańców miasta. Poza pracami pozostawionymi w ramach zorganizowanych akcji na terenie Zagłębia można odnaleźć jeszcze wiele innych przejawów szeroko rozumianego street artu. Zagłębie to także teren indywidualnych działań znanych lokalnych twórców. Przykładem jest praca znajdująca się w cementowni w Grodźcu, autorstwa Magdaleny Drobczyk. Mural ten należy do cyklu „Kobiety z Kato”, którego ideą – jak pisze autorka – jest „pokazanie kobiety śląskiej jako bogini i patronki domowego ogniska, cierpliwości, domowych obowiązków” (http://drobczykopaniszyn.com/kobieta-z-kato/).W Czeladzi na murach byłej kopalni Saturn pracę realizującą górnicze motywy pozostawili Mona Tusz i Raspazjan. Niestety – w związku z przebudową byłej kopalni – mural został zasłonięty tablicą informacyjną, a dodatkowo postawiono przed nim kontener budowlany. Jakkolwiek potoczą się losy tego kompleksu budynków, można mieć nadzieję, że zarządzający docenią wartość pozostawionego na murach malowidła. Szczególnie, że w tej przestrzeni powstała niedawno kolejna praca tych dwojga artystów. Pozostaje jeszcze cała niesformalizowana gałąź sztuki ulicy. „Dzika” odmiana street artu ma swoich licznych przedstawicieli. Jednymi z bardziej rzucających się w oczy prac w regionie są komiksowe postacie malowane przez autora ukrywającego się pod pseudonimem „Szwedzki”. Kolejnymi przedstawicielami tego zjawiska są Franek Mysza i Zbigniew Kot, którzy zgodnie z pseudonimami zapełniają przestrzeń miejską kolorowymi malowidłami zwierząt. Myśląc o sztuce ulicy, nie moż-

4

1

2

3

na też pominąć kibicowskich murali, szablonów i napisów, które wyznaczają granice dominacji poszczególnych klubów piłkarskich. Poza tym na zagłębiowskich murach można znaleźć wiele pozostawionych anonimowo prac. Na tych przykładach temat sztuki ulicy w Zagłębiu oczywiście się nie wyczerpuje.

Justyna Anytsuj (www.streetartpl.blogspot.com) 1. Praca Roberta Procha w Dąbrowie Górniczej 2. Malowidło Mony Tusz na murach Kopalni Saturn w Czeladzi 3. Praca Mony Tusz i Raspazjana w Dąbrowie Górniczej 4. Graffiti Szedzkiego i Franka Myszy w Sosnowcu 5. Fragment muralu Mikołaja Rejsa w Dąbrowie Górniczej 6. Graffiti stworzone podczas akcji „Stań pod murem” w Czeladzi 7. Praca Magdaleny Drobczyk w cementowni w Grodźcu 8. Anonimowy szablon w Sosnowcu 9. Szablony z podobizną Jana Kiepury w Sosnowcu 10. Mural powstały w ramach akcji „Seniorzy decydują” w Sosnowcu 11. Graffiti Szedzkiego i Franka Myszy w Sosnowcu

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Okolice

4

8

5

9

6

10

7

11

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

5


Obyczaje

Od podłaźniczki do choinki

dawne i współczesne atrybuty świąt Bożego Narodzenia Boże Narodzenie to czas wyjątkowy nie tylko dla nas, taki również był dla wcześniejszych pokoleń. Wiąże się z nim wiele obrzędów religijnych oraz zwyczajów mających swoje początki w dawnych wierzeniach. To czas choinki, pierników, prezentów i radości z narodzenia Jezusa. Święta Bożego Narodzenia mają, przede wszystkim, swój aspekt duchowy, religijny, ale także materialny, niegdyś nieodłącznie związany z magią – ten przetrwał do dnia dzisiejszego w sposobach nakrycia stołu czy wystroju pomieszczenia, w którym spożywa się wigilijną kolację. Jak niegdyś zdobiono izbę na ten szczególny wieczór, jakie znaczenie miały poszczególne elementy świątecznego wystroju? A jak to wygląda współcześnie? Wciąż mówi się przecież, że Boże Narodzenie to czas magiczny.

Jemioła –jeden z atrybutów dzisiejszych świąt Bożego Narodzenia. Fot. B.Gawlik

Obecnie mieszkania i  domy stro- Przez lata zmieniły się nie tylko bożonarodzeimy już kilka dni przed 24 grudnia, niowe drzewka, ale również ozdoby, które na a nieodzownym atrybutem wystroju, bez które- nich wieszano. Kiedyś na choince zawieszano go nie wyobrażamy sobie zimowych świąt, jest orzechy symbolizujące siłę i dobrobyt, jabłka choinka. Chociaż tradycja bożonarodzeniowe- jako symbol zdrowia i urody, pierniki, a czago drzewka znana już była w Polsce pod koniec sami także cukierki. Wszystkie te smakołyki XVIII w., upowszechniła się dopiero po II wojnie z kolejnymi dniami oczywiście znikały z bożoświatowej. W niektórych domach po dzień dzi- narodzeniowego drzewka skutecznie ogołacasiejszy zielone drzewko, chrześcijański symbol nego z słodkiego przybrania. Drzewko strojono drzewa dobra i zła, ludowy symbol odradzają- również we własnoręcznie wykonane ozdoby, tacego się życia, a współcześnie najbardziej rozpo- kie jak: pajace z wydmuszek, słomiane lub paznawalny symbol Bożego Narodzenia, ubiera się pierowe łańcuchy, gwiazdki, koszyczki, aniołki tradycyjnie w Wigilię rano. Dawniej nie było wy- i kwiatki ze złotka. W czasie wigilijnej wieczejątków od tej reguły, a strojeniem bożonarodze- rzy choinkę oświetlano woskowymi świeczkaniowego drzewka zajmowały się głównie dzieci. mi. Nieco później do ozdób choinkowych doNiegdyś choinka była żywa, przyniesiona z lasu łączono lametę i „włosy anielskie” oraz kłębki do domu w wigilijny poranek, co miało wymiar waty naśladujące śnieg. Obecnie bożonarodzeobrzędowego rabunku na szczęście. Potem na- niowe drzewko ubieramy w kupowane w sklestały czasy kupowania prawdziwych drzewek pach bombki, błyszczące łańcuchy i kolorowe, na ryneczkach i targowiskach oraz lata sztucz- elektryczne lampki, a światowi kreatorzy mody nych, wieloletnich drzewek. Dziś możemy wy- lansują kolorystykę świątecznych ozdób, która bierać pomiędzy wieloma gatunkami natural- najmodniejsza będzie danego roku. Powraca nych drzewek iglastych, ciętych lub rosnących także zainteresowanie ozdobami ludowymi ze w doniczce lub imitujących je sztucznych choinek. słomy, kolorowych drewnianych wiórków, koro-

6

nek, drewna – dostępnymi w sklepach oferujących bogaty wybór ozdób świątecznych. Kolorowe choinki pojawiają się nie tylko we wnętrzach naszych domów, ale również w sklepach, urzędach, zakładach pracy, szkołach, przedszkolach, na rynkach miejskich i w innych centralnych punktach miasta. Jednakże zanim nastały czasy choinki zawieszano u sufitu podłaźniczkę, czyli malutką jodełkę lub świerk (powszechne w części wschodniej Zagłębia Dąbrowskiego), ozdobioną malutkimi czerwonymi jabłuszkami i orzechami. Nad stołem lub ławą, na której spożywano kolację umieszczano świat – geometryczną ozdobę z kółek wyciętych z kolorowych opłatków i sklejonych ze sobą za pomocą wody. Natomiast pod powałą wieszano wykonanego ze słomek oraz bibuły lub kolorowego papieru – pająka o geometrycznym kształcie. W kątach izby stawiano po snopku zboża: żyta i owsa, a słomą wyściełano całą podłogę. Współcześnie zamiast światów i pająków pod sufitem zawieszamy jemiołę, na stole stawiamy stroik wykonany ze świerku, z bombkami i świeczką, całe mieszkanie dekorujemy różnymi elementami świątecznymi: lampkami, figurkami aniołków i mikołajów, szopkami, świecznikami w kształcie choinek, zaśnieżonych domków, bałwanków czy sanek, dekoracjami szklanymi, gipsowymi, drewnianymi, metalowymi, ozdobami wykonanymi z tworzyw sztucznych lub materiałów naturalnych. Ze świątecznym przybraniem wychodzimy również na zewnątrz dekorując światełkami dom, drzewa w ogrodzie, balkon, wieszając w oknach postacie Świętego Mikołaja, sań z reniferami, migoczące gwiazdki, dzwoneczki, śnieżynki lub aniołki. W Zagłębiu Dąbrowskim, podobnież jak w całej Polsce, z biegiem lat uległ zmianie zarówno wystrój pomieszczenia, w którym spożywa się kolację, jak i wygląd samego stołu wigilijnego. Jeszcze pod koniec XIX w. cały stół, lub częściej ławę, przykrywano sianem i dodatkowo białym płótnem, a w bogatszych domach – białym ob-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Obyczaje się garść siana „na pamiątkę stajenki, miejsca narodzenia Syna Bożego” – jak twierdzą mieszkańcy Zagłębia. Na stole często stawia się świece, a czołowe miejsce zajmuje talerzyk z opłatkami. Na stół kładzie się nakrycia dla uczestników wieczerzy nie zapominając o dodatkowym talerzu „dla niespodziewanego gościa”. W wielu domach pod talerzami umieszcza się łuskę wigilijnego karpia bądź drobną monetę, aby przyniosły szczęście i pieniądze w nadchodzącym roku (łuPrzy choince, Sosnowiec lata 50.XX w. Fot. arch. prywatne

Wystrój wigilijny na stałej wystawie etnograficznej w Muzeum Zagłębia w Będzinie. Fot. B. Gawlik

rusem. Na tak nakrytym stole kładziono bochen chleba i stawiano miski z potrawami wigilijnymi. Siano i słomę spod obrusu wykorzystywano potem do wróżb małżeńskich i agrarnych. Pod stół wkładano żelazny przedmiot (np.: pług, siekierę, motykę) wierząc, iż ten, kto podczas wigilii będzie trzymał nogi oparte o żelazo, będzie miał nogi mocne jak ten metal. Stół opasywano łańcuchem bądź powrósłami – aby rodzina trzymała się razem, niekiedy na stole układano główki czosnku dla odpędzenia chorób. Dziś stół nakrywa się „odświętnym” – niekoniecznie białym obrusem, pod który wkłada

Pająk – tradycyjna ozdoba wieszana w izbie w czasie Bożego Narodzenia. Fot. B. Gawlik

skę i pieniążek nosi się przez cały rok w portfelu). Pomimo iż słoma, snopy zboża, podłaźnik odeszły w zapomnienie, sianko pod wigilijnym obrusem towarzyszy nam jedynie w symbolicznej ilości, to jednak czar bożonarodzeniowej choinki trwa, a atmosfera świąt udziela się nam wszystkim i pozwala spojrzeć optymistycznie na naszą codzienność. Wesołych Świąt! Dobrawa Skonieczna-Gawlik etnograf, kustosz Muzeum Zagłębia w Będzinie

W Królestwie Belgii kończy się wyjątkowy rok, który przejdzie do hi- pii doszło do małej manifestacji politycznej. Burmistrz tego miasta, kontrowerstorii jako rok abdykacji króla Alberta II. Co przyniesie nowy? O kil- syjny szef separatystycznej partii NV-A Bart De Wever wystąpił w gustownym krawacie we wzorek, który tworzyły żółte lwy na czarnym tle. Są to – przypadku rzeczach wiadomo na pewno.

Belgia na nowy rok Fot. i tekst Katarzyna Wywiał

Król ustąpił z własnej woli, a nie jak jego własny ojciec – pod naciskiem opinii publicznej. Nowa para królewska radzi sobie z rządami całkiem nieźle, choć oczywiście satyrycy dzięki zmianie na tronie mają nowe tematy żartów. Tradycja wymaga, by para królewska odwiedziła po kolei każdą z krain Belgii – zwyczaj ten nazywa się joyeuse entree. Wizyty rozpoczęły się 6 września w Louvain, a zakończyły 25 października w Brugii. Para królewska chciała jednak oficjalnie odwiedzić najważniejszą z krain, tj. Brukselę. Stało się to 6 listopada. Filipa i Matyldę witał w stolicy tysięczny tłum, ale jak na złość wtedy akurat rozpadał się deszcz... Przyjmująca parę królewską socjalistyczna szefowa parlamentu brukselskiego stała się zresztą autorką małego skandalu, tytułując króla „Sire”, a królową „Madame” zamiast wymaganych przez protokół „waszych wysokości”. Nie był to pierwszy taki skandal. Podczas wizyty pary królewskiej w Antwer-

kiem – odwrócone kolory oraz herb Flandrii – regionu, który czasem głośno rozważa secesję. De Wever stwierdził jedynie, że taki właśnie krawat pasował mu do stroju i jego wybór podyktowany był po prostu wymogami elegancji... Co słychać u emerytowanego króla? Po abdykacji drastycznie zmalały jego dochody pochodzące z tzw. dotacji królewskich. Albert II stwierdził prędko, że otrzymywana kwota w wysokości ok. 900 tys. euro nie pozwala mu już prowadzić dotychczasowego trybu życia, a przede wszystkim utrzymać posiadanych nieruchomości (np. mieszkań we francuskim Grasse i we flamandzkiej Ostendzie), jak i luksusowego jachtu Alpa. Albert II zwrócił się więc do premiera Elio di Rupo z prośbą o podwyżkę. Spotkał się jednak – co w czasach kryzysu łatwe do przewidzenia – z odmową. W niedawnym numerze pisma satyrycznego „Moustique” zamieszczono nawet list pewnej emerytki, która zasyła królowi 5 euro pisząc: „Głęboko zbulwersowały mnie problemy finansowe króla Alberta II. I chciałabym, by państwo przekazali królowi ten skromny 5-eurowy banknot. Nie możemy zrobić nic więcej, bo oboje jesteśmy emerytami, a nasze dochody to 900 euro miesięcznie na głowę. Staramy się też jak najwięcej pomagać córce, bo wnuk nie może znaleźć pracy. Ale przykro nam się robi, gdy pomyślimy, że król nie może już ogrzać swych czterech ogromnych zamków ani podróżować swym pięknym jachtem z braku paliwa”. Na rynku Brukseli, czyli Grand Place, stanął właśnie przywieziony z Wa-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

7


Obyczaje chwalany zarówno przez kibiców francusko-, jak i niderlandzkojęzycznych Jego drużyna wywalczyła sobie awans całkowicie zasłużenie. Zajmuje też wysoką, jedenastą pozycję w rankingu FIFA – jeszcze niedawno była na miejscu dziesiątym, z którego spadła po dwóch porażkach w meczach towarzyskich... (Tak czy inaczej z żalem trzeba przyznać, że plasuje się znacznie wyżej od biało-czerwonych). Czerwone Diabły to także drużyna barwna w dosłownym znaczeniu tego słowa. Kapitan Vincent Kompany jest Mulatem, rodzice autora ważnego zwycięstwa z Chorwacją, Romelu Lukaku, pochodzą z Konga; posiadacz oryginalnej fryzury w kształcie kuli Marouane Fellaini jest potomkiem Marokańczyków. Białym Czerwonym Diabłem jest z kolei Eden Hazard czy rudowłosy Kevin De Bruyne. Także ze względu na zróżnicowane pochodzenie etniczne drużyna narodowa wydaje się skutecznie jednoczyć podzielony językowo i politycznie kraj. Kolejnym sprawdzianem, jaki czeka Belgię w przyszłym roku będą wybory parlamentarne. Mając w pamięci efekt poprzednich wyborów, czyli po prostu trwający ponad pięćset dni okres, w którym nie potrafiono utworzyć rządu, można się obawiać o wynik zbliżającego się głosowania. Powtórka kryzysu rządowego może nastąpić, jeśli znaczące poparcie uzyskają partie skrajne i separatystyczne, które wzmocniły się w ubiegłorocznych wyborach lokalnych zwłaszcza na terenie Flandrii, a z których część dąży do rozmontowania kraju bądź przekształcenia go w luźną konfederację. W sytuacji, w której trzeba stworzyć koalicję, niebagatelną rolę odgrywa król, który wyznacza wówczas specjalnego negocjatora. W trakcie poprzedniego kryzysu politycznego prawdziwym talentem dyplomatycznym, ale i determinacją wykazał się Albert II. Zobaczymy więc wkrótce, czy i pod tym względem Filip okaże się jego godnym następcą. Wszystkiego dobrego! Ołowiane niebo, mżawka i drzewo z koroną uformowaną w sześcian ciągle pełne liści – widoki charakterystyczne dla późnej jesieni

lonii świerk norweski. Tradycjonaliści odetchnęli z ulgą, bo w ubiegłym roku eksperymentalnie ustawiono tam elektroniczną, energooszczędną choinkę. Niespecjalnie się spodobała. Z ulgą powitano więc tegoroczny powrót do tradycji. Innym znanym symbolem świąt jest odbywający się w okolicach placu św. Katarzyny jarmark świąteczny wraz z imprezami towarzyszącymi – Plaisirs d’hiver. Jego inauguracja odbywa się w dniu, w którym piszę te słowa, to jest 29 listopada. Wśród atrakcji znajdziemy tu lodowisko, diabelski młyn i ok. 250 drewnianych budek sprzedających rozmaite przysmaki i pamiątki. Klimat tego miejsca, m.in. jego urokliwe położenie nad kanałami, czyni świąteczny jarmark zjawiskiem wyjątkowym. Na ulicach handlowych Brukseli panuje już świąteczna atmosfera, choć ze względu na tutejszy, dość ciepły klimat, nigdzie nie widać zimy; co prawda pierwszy śnieg pojawił się 20 listopada, ale nie zabawił długo. Choć przestrzeń publiczna w kraju nad Senną jest zupełnie zeświecczona, to jednak co roku 6 grudnia do dzieci przyjeżdża najprawdziwszy święty Mikołaj – Saint Nicolas lub Sinterklaas. (Na Boże Narodzenie przybędzie Père Noël). Odwiedza on liczne szkoły i centra handlowe. Towarzyszy mu czarnoskóry pomocnik, Père Fouettard albo Zwarte Piet (Czarny Piotruś), miejscami zwany też Nicodéme. Jak wszyscy wiemy, wchodzi on do domów przez komin. Przynosi dzieciom prezenty, a w przeszłości także – jako bardzo praktyczne – buraki cukrowe lub węgiel. Parze tej towarzyszy osiołek. W październiku tego roku w Belgii i Holandii wszczęto dyskusję, czy aby nie mamy tu do czynienia z rasizmem; postać Czarnego Piotrusia ma rzekomo podtrzymywać negatywny stereotyp Afrykanina, obywatela drugiej kategorii. Zdecydowana większość Belgów i Holendrów pragnie jednak podtrzymania tej tradycji... Co czeka Belgię w 2014 roku? Po pierwsze i być może najważniejsze – reprezentacja piłki nożnej poleci do Brazylii na mistrzostwa świata. Krytykowany na początku swej pracy selekcjoner Marc Wilmots jest w tej chwili wy-

8

Tron w centrum handlowym czeka na św. Mikołaja.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Obyczaje

Z kolędą na ustach, z tradycją w sercu. O świętach po polsku i w Polsce „Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta”... Takie słowa możemy usłyszeć w popularnej piosence Anny Szarmach. Mniej więcej od połowy listopada cała Polska – podążając tropem wszechobecnych już świątecznych spotów reklamowych – otoczona jest bożonarodzeniową aurą. Galerie handlowe próbują prześcignąć się w przyciąganiu klientów przedświątecznymi zniżkami, co trzeci sklep udekorowany jest bombkami i choinkami. Czy przypadkiem nie daliśmy się wciągnąć w nastawiony na komercję „gwiazdkowy” szał, który kusi nas rabatami, prezentami i amerykańskimi utworami świątecznymi?... „Boże Narodzenie staje się...banalne. Mam przesyt świąt”, usłyszałam niedawno od mojej znajomej. Trudno – choć w pewnym stopniu – nie przyznać jej racji. Narażeni na nieustanne medialne „bombardowanie” świątecznymi nowinkami, możemy poczuć się znużeni. Święta z roku na rok nabierają coraz bardziej amerykańskiego charakteru. W okresie adwentu w radiu częściej usłyszymy „Last Christmas” niż „Cichą noc”, a w telewizji od wielu lat niepodzielnie króluje „Kevin sam w domu”; może zatem warto czasami – dla odmiany – zatrzymać się na moment przy naszej narodowej tradycji? Dawno, dawno temu w pewnej rodzinie żyły trzy dorastające panny. Już na długi czas przed świętami niecierpliwie odliczały dni do nocy wigilijnej; każda panna bowiem dobrze wiedziała, że ta szczególna noc jest dla nich wyrocznią – a wszystko zależało od źdźbła siana, które niegdyś chowano pod obrus. Jeżeli dziewczynie udało się wyciągnąć źdźbło zielone, już mogła przygotowywać się ona do zamążpójścia. Znacznie gorzej, jeśli któraś z dziewcząt trafiła na pożółkłe i łamliwe – niechybnie oznaczało to samotność. Szczęśliwie się złożyło, że dla wszystkich dziewcząt los okazał się łaskawy, każda bowiem wyciągnęła zielone źdźbło. Teraz czekała je kolacja wigilijna, a także – co z tym związane – dzielenie się opłatkiem. Panny przygotowały dwa rodzaje opłatków – białe i „kolorowe”; tymi drugimi „częstowały” zwierzęta hodowlane – one również zajmowały ważne miejsce w życiu każdej rodziny! W wigilijną noc miały przemówić ludzkim głosem. Przypisywano im wówczas właściwości profetyczne – w ten szczególny czas potrafiły podobno przepowiedzieć, jaki los czeka ich „panów”. Ten „wizjonerski” charakter nocy wigilijnej przejawiał się również w innych jej aspektach; każdy domownik z utęsknieniem czekał, aż nastanie zmrok – dzięki temu mógł na podstawie obrazu nieba oszacować, czy kolejny rok przyniesie obfite plony. Mgła uważana była za zły omen, jednak gwiaździste niebo zwiastowało dobry dla roli rok. Jak się okazuje, wiele zwyczajów kultywujemy do dziś. Współ-

cześnie wprawdzie nie przygotowujemy już osobnych opłatków dla zwierząt, ale wciąż wkładamy siano pod obrus, wypatrujemy pierwszej gwiazdki i przyrządzamy dwanaście potraw – ta liczba symbolizować miała dwunastu Apostołów lub też dwanaście miesięcy w roku. Jak z kolei dbamy o polską tradycję w kwestii językowej? Znane wszystkim „Jingle Bells” cieszy się w środkach masowego przekazu zdecydowanie większą popularnością niż tradycyjne, polskie kolędy. Warto uświadomić sobie, że mówiąc o „tradycyjności”, nie trzeba wcale przywoływać kolęd śpiewanych przy okazji Mszy Świętej – w naszej kulturze znajduje się wiele takich, o których nawet nie słyszeliśmy; jedną z nich jest kolęda pod tytułem „Bracia, patrzcie jeno”. Tekst napisał wybitny oświeceniowy pisarz, Franciszek Karpiński, znany doskonale ze szkolnych podręczników do liceum – utwór ten jednak rzadko śpiewa się przy wigilijnym stole. Inną zapomnianą kolędą jest „Zdrow bądź, krolu anjelski”; pochodzi z 1424 r., uważa się ją za najstarszą pieśń polską tego typu. Dzięki podtrzymywaniu zwyczaju śpiewania mało popularnych, starych kolęd, możemy również poszerzyć swoje horyzonty językowe. Pojawiają się w nich ciekawe archaizmy, takie jak np. „wlity”, czyli „wcielony”; jeśli święta potraktujemy m.in. jako dobrą okazję do językoznawczych poszukiwań, warto też poczytać o etymologii wyrazu kolęda: pochodzi on od łacińskiego słowa „calendae”, czyli „pierwszy dzień miesiąca”. Dopiero później „kolęda” poszerzyła swoje znaczenie o bożonarodzeniowe pieśni oraz domowe wizyty duchownych. Niedawno usłyszałam, że polskie Boże Narodzenie coraz bardziej zaczyna przypominać walentynki. Mogę zatem jedynie powtórzyć za Karpińskim: „patrzcie jeno”, jak u nas „kulturalnie”! Pozostaje więc mi życzyć wszystkim czytelnikom spokojnych, prawdziwie polskich świąt Bożego Narodzenia... i do siego roku, żywiąc nieśmiałą nadzieję, że odbiorcy obudzą w sobie poszukiwawczą pasję i sięgną do etymologii tych ostatnich życzeń. Agnieszka Suchy Źródła: http://staropolska.pl/sredniowiecze/poezja_religijna/zdrow_badz.html http://www.polonistyka.fil.ug.edu.pl/?id_cat=295&id_art=1253&lang=pl http://www.bozenarodzenie.co/boze-narodzenie/staropolskie-zwyczaje-i-obyczaje.html http://kobieta.interia.pl/archiwum/news-staropolskie-zwyczaje-wigilijne,nId,409374,nPack,2

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

9


Obyczaje

CZŁOWIEK – URZĄDZENIE PERYFERYJNE, CZYLI O ZDOLNOŚCI DO ŚWIĘTOWANIA Monika Bednarczyk

Święta Bożego Narodzenia uruchamiają w nas pokłady przyzwyczajeń i pragnień, które kształtujemy w sobie od dzieciństwa. Często związane są one z domem rodzinnym i potrzebą obecności innych, bliskich osób, dla których na co dzień nie zawsze znajdujemy wystarczająco dużo czasu. Święta, tak postrzegane, zdają się zatem być czasem prostej radości. Rutyna Warto na początek zastanowić się, czym właściwie jest święto? To wypracowany schemat postępowania oparty zasadniczo na dwóch podstawach. Pierwszą funduje nam tradycja, a zatem obrzędy kościelne, których echo wybrzmiewa również w przestrzeni naszych domów. Drugim filarem stają się prywatne rytuały świętujących – odwiedzanie bliskich, wyjeżdżanie na narty, lub inne obrane aktywności. Święto, pomimo różnych schematów działania staje się odstępstwem od codzienności, odstępstwo to jest jednak specyficzne. Przysparza nam innego, niezwykłego czasu, ale pozostaje on w pewien sposób znany, oswojony, gdyż taki, jak co roku – bezpieczny czas Świąt. Rutyna tymczasem coraz rzadziej staje się charakterystyczna dla naszej codzienności, choć nieustannie stwarzamy jej pozory. Obcość Rozsiadamy się wygodnie na krześle, dotykamy magiczny przycisk i, już zniecierpliwieni tymi niezbędnymi ruchami, chwytamy nerwowo za myszkę. Podłączamy się zatem do komputera podobni do owej myszy, drukarki lub innego urządzenia peryferyjnego. „I to by było na tyle”, jeśli chodzi o działanie rutynowe. Zaraz bowiem atakuje nas milion różnych bodźców – kolory, dźwięki, teksty wplecione w obrazy i te samodzielne, ikony, które musimy rozpoznać, aby „pójść” dalej i zaznać kolejnych wrażeń. Poszukujemy za każdym razem czegoś nowego, innego, obcego znudzeni wszystkim, co znane. Niezależnie od tego, czy zasiadamy do komputera w pracy czy w domu, nasza aktywność wygląda podobnie. Wykonujemy jednocześnie wiele zadań, kontrolując w tym samym czasie kilka otwartych okien – pocztę, program w którym pracujemy, program tekstowy lub kalkulacyjny, strony internetowe związane z pracą lub informacyjne. Komunikujemy się z całym światem, nie wydając często przy

10

tym ani jednego słowa, które wybrzmiałoby w przestrzeni naszej pracowni. Mózg płonie od nadmiaru informacji, a nasze ciało zostaje sprowadzone do funkcji łącznika z komputerem, gdyż jak wiadomo, niestety nie potrafimy jeszcze działać bezprzewodowo. Ubezwłasnowolnienie Zdolni reagować jedynie pod wpływem wielu bodźców jednocześnie, stajemy się zależni od zerojedynkowej technologii. Jednocześnie tracimy nabyte wcześniej, bądź nie wykształcamy w sobie wcale zdolności interpersonalnych, zdolności do odczytywania cudzych emocji i reagowania na nie. Tylko ciało reaguje wciąż na doświadczenia również te wirtualne, zachowując w sobie wszelkie zaznane napięcia, co skutkuje jego powolną degradacją począwszy od sprzężonych z maszyną: ręki i oczu, skończywszy na kręgosłupie. Tak przystosowani (ubezwłasnowolnieni) w życiu codziennym, stajemy wobec świątecznych zobowiązań wejścia w spokojną, bezpieczną rutynę rytuału. Świętowanie nie dla nas Tymczasem okazuje się, że to, co zwykło przychodzić nam z łatwością, wymaga umiejętności o których nie mamy już pojęcia.

Wymaga po pierwsze uruchomienia naszego zastygłego przed komputerem ciała. Następnym krokiem jest wejście w społeczność, realną społeczność w celu przygotowania materialnej części Świąt – choćby wigilijnych potraw, prezentów. Udajemy się do sklepów – jeśli decydujemy się na warunki ekstremalne, jeśli nie, kupujemy większość przez Internet. Warunki ekstremalne wymagają interakcji z żywym człowiekiem, który stoi naprzeciw, obok, mówi coś do nas i oczekuje reakcji – odczytując przy tym nasze gesty, mimikę. Na tym nie koniec. Całe długie trzydniowe Święta Bożego Narodzenia wymagają od nas nieustannego komunikowania się z bliskimi, ze znajomymi, którzy przychodzą, których spotykamy i którzy podobnie jak my z trudem oderwali się od swoich urządzeń wiodących. Relaks w domowym zaciszu staje się wyzwaniem. Wmawiamy sobie zatem, że to nuda przywołuje nas z powrotem przed ekrany komputera. Lecz to nie nuda a panika, wywołana odkryciem, iż nie jesteśmy w stanie opowiadać o swoich emocjach, przeżyciach, a wszystko czego doświadczamy jest wirtualne czyli fragmentaryczne, niespójne i w gruncie rzeczy nie definiuje nas. Spokój i rutyna świątecznego czasu będzie nas przerażać coraz częściej, atakując niepokojącym porządkiem, który powinien koić zmęczone umysły, a jednak tego nie robi. Już nie. Oczywiście, można o tym wszystkim nie myśleć. Wesołych Świąt życzę. Inspiracja: G. Small, G. Vorgan, iMózg. Jak przetrwać technologiczną przemianę współczesnej umysłowości, Poznań 2011.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Historia Jeszcze przed pierwszą wojną światową wiele wskazywało na to, że Śląsk na wieki zdominowali Niemcy. Po 1922 r. stawał się coraz bardziej słowiański. Gdy w połowie XX w. spadła żelazna kurtyna – można było mieć wrażenie, że historia zastygła w bezruchu, ale pewnego dnia mur berliński zamienił się w muzealną pamiątkę. Tryby i trybiki machiny dziejów znów zaczęły się obracać w naturalnym porządku, a ludzie rozmawiać z ludźmi. Od tamtej pory Niemcy na polskim Śląsku odnajdują swoich antenatów i pielgrzymują do genealogicznych źródeł. Ze zdumieniem odkrywają, jak mocno tkwią w polskiej tradycji – nie mniej romantycznej niż niemiecka.

Na szlaku pradziadków Henryk Szczepański

Siegrid i Manfred Petersowie na kampingu. Fot. arch. aut.

Państwo Petersowie są emerytami. Mieszkają w  niemieckim Palatynacie. W  czasie wakacji przeprowadzają się do wygodnego kampera i  wyruszają w podróż do Polski. Kilka dni spędzają na Śląsku, gdzie kiedyś urodzili się ich rodzice i  dziadkowie. Potem jadą do Krakowa, aby nacieszyć oczy pięknem dawnej architektury. Ich niewielki dworek, malowniczo położony w  małej miejscowości Weisenheim am Berg, stoi na zielonym wzgórzu, obok którego biegnie słynny Weinstrasse – szlak winnic i winiarni. Sigrid gra i koncertuje na organach kościelnych, naucza gry na instrumentach muzycznych. Jest wnuczką prof. Maksa Knappe, filologa klasycznego,

który przez długie lata był wykładowcą Królewskiego Gimnazjum w Katowicach (obecnie: im. Adama Mickiewicza). Jej mąż to znany niemiecki instrumentalista i muzykolog dr Manfred Peters, prawnuk ks. Pawła Kamińskiego, kaznodziei i założyciela najstarszej na Śląsku parafii starokatolickiej w Katowicach* . Zatrzymują się na campingu przy Trzech Stawach. Zdejmują rowery z bagażnika i  rozpoczynają przejażdżkę. Chwalą katowickie ścieżki rowerowe. Podziwiają okolice muchowieckiego lotniska, w parku Kościuszki – drewniany kościółek Michała Archanioła, czarną sosnę i topolę, a w parku gen. Ziętka – rozarium. Potem odwiedzają miejsca upamiętnione przez swych przodków.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Dyrekcja Muzeum Historii Katowic, zaaranżowanego w dawnej mieszczańskiej kamienicy przy ulicy Szafranka, zaprosiła Petersów na kawę. Zasiedli przy zabytkowym stole, pośród mebli z przełomu XIX i XX w. Potem oglądali eksponaty burżuazyjnego apartamentu z czasów belle epoque. Były dla nich niczym bliskie sercu rodzinne pamiątki. W tak wyposażonym wnętrzu mieszkał prof. Knappe, jego żona i synowie. – Moja babcia opowiadała, że dziadek miał ogromną bibliotekę. Gdy z Katowic przeprowadzili się do mniejszego mieszkania w  Strehlen (obecnie Strzelin), to książki trzeba było trzymać nawet w  kuchni – wspomina Sigrid, oglądająca płaskorzeźby na kaflach wiekowych pieców zwieńczonych koronami, kryształowe żyrandole u sufitu i meble, na których snycerze tamtej epoki uwiecznili szczegóły, ukazujące ludzi, zwierzęta i rośliny. Przed stu laty, mieszkanie jej dziadka miało nie tylko podobne umeblowanie, ale także niemal identyczną architekturę: drzwi, okna, piece, sztukaterie na sufitach, układ pokojów, gabinetów i oficyny dla służby. Zajmowało powierzchnię ponad 250 metrów kwadratowych. Składało się z 9 pomieszczeń. Knappowie mieszkali przy Bismarckstrasse 13 (obecnie ulica Gliwicka). Projektantem i wykonawcą obydwu budynków – tego przy ulicy Szafranka, i tego przy ulicy Gliwickiej – był Wilhelm Brieger. Budował je w tym samym czasie. Gdy na dziedzińcu kamienicy przy Gliwickiej oglądaliśmy kamienne ocembrowanie zabytkowej sadzawki i bujnie rozrośniętą stuletnią lipę, Sigrid miała łzy w oczach. Przy tej sadzawce i pod tym drzewem spędził dzieciństwo jej ojciec, Hans Joachim. W  tym domu, na trzecim piętrze, urodził się w maju 1913 r. Trafiła tu po raz pierwszy. – Mój tata często wspominał Katowice. Mówił, że tęskni za krainą swego dzieciństwa. Na wiele lat przed śmiercią w 2001 r., zachęcaliśmy go, żeby odwiedził te strony. Nie umiał się zdecydować. Może nie potrafił się pogodzić z  wyrokami historii? A  może bał się mocnych wzruszeń? Teraz ja, w zastępstwie, choć tylko po trosze i z opóźnieniem, spełniam te jego trudne marzenia! – zwierza się Sigrid.

11


Historia Po ukończeniu Politechniki w Dreźnie został konstruktorem, jako inżynier pracował przy budowie samolotów Junkers w Dessau i Magdeburgu. W 1955 r. opuścił NRD i przeniósł się do NRF. – Nie umiał „pokochać” SED, socjalistów Ulbrichta ani ich programu politycznego – zauważa córka. Zadomowił się w  Kaiserslautern, gdzie powierzono mu obowiązki dyrektora warsztatów przy szkole technicznej. Zmarł w Heidelbergu. W grudniu 1911 r., również w mieszkaniu przy ulicy Gliwickiej 13, urodził się starszy brat Hansa, pierworodny syn Knappów – Helmut. – Po maturze w Strehlen mój wujek studiował muzykę we Wrocławiu. Został pedagogiem. Pracował w  gimnazjum w  Neustadt na Śląsku. Jako żołnierz Wehrmachtu walczył z  Armią Czerwoną. Zginął na froncie, w Siedlcach, zimą 1944 r. – opowiada Siegrid. Ojcem Hansa i  Helmuta był Maks Knappe, filolog klasyczny i  pedagog Królewskiego Męskiego gimnazjum w  Katowicach. W  październiku 1896 r. rozpoczynał karierę jako nauczyciel zastępczy. W  marcu 1897 r. otrzymał mianowanie na profesora gimnazjalnego. Przez 20 lat uczył greki, łaciny, niemieckiego i francuskiego. Stajemy przed szkołą przy ulicy Mickiewicza 13, w której nauczał prof. Knappe. Jej mury z czerwonej cegły są takie, jak w roku 1900, gdy rozpoczął pierwszą lekcję w  dopiero co oddanym do użytku, nowoczesnym i wspaniale wyposażonym budynku. Również i w ostrołukowo sklepionym westybulu panuje dostojny półmrok, taki jak na początku XX wieku. Nie ma tu tylko cesarskich portretów i emblematów. Ze ścian znikły tableau absolwentów, którzy zdobyli maturę w niemieckich jeszcze Katowicach. Wnuczka profesora z przejęciem filmuje i fotografuje ściany oraz sklepienia korytarzy, pamiętających jej dziadka. O tym, czego i jak nauczał będzie mogła poczytać na internetowych stronach Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, gdzie można znaleźć szczegółowe sprawozdania z działalności tego gimnazjum w czasach Wilhelmińskiej Rzeszy. W domowym skarbcu rodzinnych pamiątek frau Sigrid przetrwało zaledwie kilka fotografii, dokumen-

12

Henryk Knappe promotor budowy pierwszego kościoła katolickiego w Katowicach . Fot. arch. aut.

tów i  listów, przypominających prawie zapomnianego, choć wciąż kochanego dziadka. Pierwsze katowickie mieszkanie prof. Maksa Knappe znajdowało się w  kamienicy przy Augustschneiderstrasse 10 (obecnie ulica Mickiewicza). Tam jego sąsiadem był artysta malarz Hubert Dylla. O  jedną bramę wcześniej rozbrzmiewała gwarem kawiarnia i restauracja „Atlantic”, a  z  naprzeciwka dobiegały odgłosy żydowskich pieśni śpiewanych w  słynnej synagodze, lekkością i elegancją swoich fasad przypominającej islamskie świątynie dalekiej Mauretanii. Tutaj państwo Knappowie mieszkali do roku 1910, a  potem przeprowadzili się na Bismarckstrasse 13. Jedno i drugie ich mieszkanie było małą, domową świątynią Polihymnii. – Z  opowiadań mojej babci zapamiętałam, że dziadek Maks, w wolnych chwilach muzykował; grał na fortepianie, skrzypcach i wiolonczeli. Zapalonymi wiolinistami byli także jego dwaj synowie Helmut i Hans – wspomina Sigrid. Profesor Maks Knappe urodził się w 1863 r., w rodzinie katolickiego nauczyciela Augustyna Knappe (18171869). Mieszkali w Langenbrücke (obecnie Długi Most) nad Bystrzycą Kłodzką, wzdłuż której wtedy przebiegała granica prusko-austriacka. Jako wykładowca do roku 1917 był związany z męskim gimnazjum w Katowicach. Potem przeprowadził się do Strehlen na Dolnym Śląsku, gdzie w miejscowym gimnazjum aż do emerytury pracował jako peda-

gog. Zmarł w sierpniu 1940 r. Jego dziś już nieistniejący grób znajdował się na cmentarzu katolickim. Był żonaty z Idą z domu Güttler, urodzoną w 1885 r. Pradziadkiem Sigrid jest Augustyn Knappe, brat związanego z Katowicami Henryka Knappe, zarządcy dworskiego skarbu Thiele-Wincklerów, a przede wszystkim inicjatora i  protektora budowy najstarszych katolickich świątyń, wzniesionych na terenie Katowic. Za jego sprawą w 1860 r. wybudowano pierwszy fachwerkowy kościółek na Załęskim Przedmieściu, a 10 lat później wspaniałą neogotycką bazylikę pod wezwaniem Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny. Jako przewodniczący społecznego komitetu fundatorów, do realizacji zbożnego dzieła zachęcał katolików z  całej okolicy, pozyskiwał możnych promotorów, a  u  władz kościelnych wyjednywał aprobatę i urzędowe pozwolenia. Na wpół drewniany kościółek jest swego rodzaju zwornikiem w genealogii rodziny Petersów. Przed jej ołtarzem, po raz pierwszy na Śląsku, w lipcu 1871 r. została odprawiona prymarna starokatolicka Msza Święta. Celebrował ją pierwszy proboszcz starokatolickiej parafii – ks. Paweł Kamiński – pradziadek dr Manfreda Petersa, męża Sigrid. Z  kronik Katowic i  tutejszego kościoła rzymskokatolickiego wynika, że przejęcie malutkiej świątyni odbywało się w nadzwyczaj dramatycznych okolicznościach. Doszło wtedy do schizmy i powstania dwu wrogich sobie obozów wyznaniowych. Zwolennicy kościoła watykańskiego okrzyknęli starokatolików heretykami. Wtedy to po jednej stronie znalazła się rodzina Knappów, a po drugiej ks. Kamiński i jego krewni. Te waśnie miały tło zupełnie inne niż wojny Monteków z Kapuletami, ale były równie gwałtowne, jak opisane w szekspirowskiej tragedii. Choć były to już czasy tryumfującego kapitalizmu, to temperatura i  fanatyzm zbiorowego konfliktu niczym się nie różniły od emocji, towarzyszących scysji opisanej w scenariuszu szesnastowiecznego dramaturga ze Stratfordu. Po wielu latach Manfredowi i Sigrid, zupełnie nieświadomym dziejów swych antenatów, zdarzyło się spotkać i pokochać, tak jak parze romantycznych ko-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Historia chanków z renesansowej Werony. Ich romans, w przeciwieństwie do przygody Romea i Julii, zakończył się miłością, szczęśliwie pielęgnowaną przez wiele dziesięcioleci. W roku 1876 r. ks. Paweł Kamiński opuścił Katowice i przeniósł się na większą parafię w Koblencji. W międzyczasie w kościele starokatolickim przestał obowiązywać celibat. Ożenił się z  artystką operową Matyldą z domu Barro, miał z nią pięcioro dzieci. Jedno z nich to Artur, później także duchowny kościoła starokatolickiego. Manfred jest jednym z jego wnuków. Mama Manfreda była córką ks. Artura i wnuczką Pawła – proboszcza z Katowic. Podczas spotkania w salonie Muzeum MHK Joanna Tofilska pokazała starą fotografię, o której nie było wiadomo, czy człowiek tam przedstawiony to na pewno ks. Paweł Kamiński. Gdy dr Peters stanął obok – nie można było mieć wątpliwości, że obaj są do siebie podobni. – No, ja nie mam tak okrągłej twarzy – zauważył Manfred – ale też nie jestem proboszczem! Dr Manfred Peters, prawnuk Pawła i  Matyldy, wnuk starokatolickiego kapłana ks. Artura Kaminskiego urodził się w 1934 r. Jest wybitnym muzykologiem, instrumentalistą i  pedagogiem. Na barokowym flecie poprzecznym gra utwory dawnych epok. Z powodzeniem uczestniczył w  licznych koncertach i podróżach artystycznych, m.in. po byłym Związku Radzieckim i Ameryce Południowej. Występował z Capella Coloniensis. Jako nauczyciel gimnazjum muzycznego, założył orkiestrę prezentującą utwory kompozytorów współczesnej awangardy. Grali na festiwalach w  Paryżu, Berlinie, Monachium i  innych międzynarodowych konkursach. Studiował na Uniwersytecie Gutenberga w Moguncji. Doktoryzował się w 70 jesieni życia. Spod jego pióra wyszła znakomita rozprawa „Johann Sebastian Bach als Klang-Redner” (Jan Sebastian Bach jako piewca dźwięku). W opracowaniu jest już kolejna. Dla niego podróże do Katowic mają także wymiar sentymentalny. Ze wzruszeniem oglądał kamienicę u zbiegu ulic św. Jana i Staromiejskiej. Dawniej na tym miejscu stała skromniejsza kamieniczka, w  której w  latach powstania stycznio-

Ks. Paweł Kamiński, proboszcz parafii starokatolickiej w Katowicach. Fot. arch. aut.

wego, a potem przez 10 lat, aż do 1876 r. mieszkał ks. Paweł Kamiński. Pod jej dachem pisał kazania i teksty do „Katolika” wydawanego przez Karola Miarkę. W ciasnym pokoju na pięterku obmyślał i redagował – najbliższą jego sercu – starokatolicką „Prawdę”. Tutaj z  niemieckiego na polski tłumaczył „Mały katechizm o nieomylności”. Stąd wysyłał korespondencje prasowe dla J. I. Kraszewskiego wydającego drezdeński „Tydzień”, zawsze manifestujący „solidarność i żarliwe poparcie dla sprawy ludu polskiego na Śląsku”. Ten dom należał do Jana Kucharza, który był wujem Pawła i jego sojusznikiem w religijnych bataliach tamtych czasów. Stojąc przed gmachem Filharmonii przy Sokolskiej, Manfred wypytywał o zdarzenia z lat 1871–1874. Wtedy, w znajdującym się na tym miejscu kościółku, jego pradziadek odprawiał nabożeństwa starokatolickie. Jako muzyków zaciekawiły Petersów dzieje Reichshalle, a od 1945 r. Filharmonii, w której koncertowali Ignacy Paderewski, Artur Rubinstein, Pablo Sarasate i wiele innych znakomitości. Uwagę Manfreda, zawsze tryskającego humorem i skłonnego do żartów, przykuła inna jeszcze informacja: na zapleczu okazałej budowli, poświęconej muzyce, funkcjonował najstarszy katowicki browar, wybudowany przez Juliusza Kuźnickiego. – Jeśli ja i pradziadek, jesteśmy podobni z wyglądu, no to on tak jak ja chętnie sięgał po kufelek piwa! Dla probosz-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

cza Kamińskiego browarnicy szykowali najlepsze i dlatego miał takie okrągłe policzki! – zauważa z uśmiechem. Jego żonę zaciekawił Meistrsche Gesang Veraine chórmistrza Oskara Meistera, dzięki któremu Katowice zyskały miano „miasta muzyki”. Jako osoba grająca na organach, zainteresowała się działalnością „kolegów po fachu” – wybitnych kompozytorów: Karla Hoppe i Fritza Lubricha. Jedna z  najważniejszych pamiątek, przypominających ks. Pawła Kamińskiego, to neogotycka kaplica na cmentarzu przy ulicy Gliwickiej 32. Cmentarna świątynia, jest zaliczana do największych i najpiękniejszych w Katowicach. Jej promotorem, inwestorem i  pierwszym jej kapłanem był pradziadek dr Manfreda Petersa. Nieco znużeni całodziennym spacerem śladami ks. Kamińskiego i prof. Knappego siadamy w zacisznym ogródku z piwem. Należy do knajpki o nazwie „Chata”. Legenda głosi, że jest najstarszą i jedną z ostatnich katowickich budowli, krytych prawdziwą słomianą strzechą. Pamięta zapewne Katowice sprzed stu lat, a może i dawniejsze. Zamawiamy po kufelku. Petersowie wybierają „Tyskie”. Jest dobre. Sprawdzili to już wcześniej. Trochę po niemiecku, trochę po angielsku i ciut, ciut po polsku – gawędzimy, wspominamy i opowiadamy. Sigrid mówi coraz lepiej po naszemu. Zupełnie naturalnie wychodzi jej „ł” w słowie „miłość” i „ż” w „żabie”. Mają troje dzieci, córkę i dwóch synów bliźniaków. Nie są muzykami. Córka jest lekarzem w Heidelbergu, jeden z  synów został ekonomistą w  Karlhsruhe, a drugi po ukończeniu studiów matematyczno-fizycznych pracuje jako dyrektor gimnazjum w Leonberg, w pobliżu Stuttgartu. Dzisiaj dla Manfreda i Sigrid rodzicielstwo jest radością życia, to właśnie uważają za najpiękniejszą pointę romansu, jaki może przeżyć współczesny Romeo i Julia. Religijne, polityczne czy narodowościowe uprzedzenia są im obce. Cieszą się szczęściem innych ludzi, sukcesami własnych dzieci i  wnuków, podróżami do Polski i  domowym muzykowaniem w swoim Białym Dworku, na wzgórzu pachnącym winną latoroślą.

13


Proza Jacek Durski W Trzech Króli roku 1952 fragment pisanej powieści „Okno”

Dotknęła matka choinkę gasidłem. Po suchych gałęziach skacze ognisty ptaszek. Poleciał w Trzech Króli do papierowej gwiazdy. Zapłonęła sosna, trzaskając. Buchnął ogień na pół pokoju. Pełga ogieniek po ramie. Palą się firany, zasłony. – Zupełnie jak w czterdziestym czwartym – śmieje się matka w czerwonych iskrach. Nakłada na talerz nie wiem co... Biegnę wśród wielu nóg do kuchni, do kranu. Ustawiła się przed nim kolejka: wujowie z wiadrami, ciotka Hela z  brytfanną i  ja ze swoim nocnikiem. Patrzymy na wodę z kranu, „lećże szybciej, niż możesz”. Pędzi już do pokoju wuj Wicek. Z  pełnym wiadrem, a  miga piętami. Tąpnęło. Rozchwiała się kamienica. Trzepot mieszkania. Idą drżące fale po klepkach parkietu. W  jadalni ogień, okno bez szyb, pijana Zofia. Ogień ugaszony. Przestało tąpać pod ulicą Mariacką. Stoję w miejscu choinki, w czarnej wodzie z metalowym krzyżalem. Przypominam sobie, skądś, palącą się klatkę schodową. Straszny krzyk matki i  stanowczy głos ciotki Heli: „Schodzimy Zocha do schronu. Twoje siostry i tak nie żyją.” Śniło mi się to tyle razy. Myślałem, że to sen. Przeraziła matka rodzinę. Wyjeżdżają bracia i  siostry. Prędko, prędzej „nim Zocha znowu coś sfajczy”. Szybko na pociąg do Torunia, za, do kościołów w Kaszczorku. Tam na plebaniach, u znajomych księży, poczekają na koniec ZSRR. Zapakowali do waliz brzuszyska i wychodzą bez słowa. – A gdzie dziękuję? – zawołał ojciec do kilku pleców. Rzucił za nimi garnek z koniną. – O! O! – rozłożyli parasole na schodach. Tylko wuj Wicek odważny. Dopiero jutro się wyprowadzi. Zamieszka u ciotki Heli, na ulicy Rybnickiej. Dzisiaj jeszcze u nas. Pięknieje przy piecu. Obłożył twarz plasterkami surowego ziemniaka i podgrzewa bulwę. – Pojechało ziemiaństwo – przyniósł ojciec garnek ze schodów. – Po trzech latach – pocałował naczynie. – Jaka cisza. Jaka przestrzeń bez ruchu. Bez kłujących nosami masek: „Wypij Ignac za zdrówko Andersa.” Bez... – całował stół. Te dwie szafy pod prześcieradłem. – Kupię w poniedziałek prawdziwy. Z czterema nogami. Od Broyowej. Dąb do dębowego parkietu. Wyczyszczę klepki cykliną – mówił do siebie, nie zwracając uwagi na wuja Wicka. Na mnie przy wuju. Też się kartoflem. Przyniósł listonosz telegram. – Nadawca, adresat w jednym mieszkaniu – spojrzał z niechęcią na matkę. – To obywatelka nadała przez telefon wiadomość: „Dla Durskiego od Durskiej. Chcę mieć kilka służących” – przebierał po depeszy palcami.

14

– Dla listowego – wsunęła mu matka banknot w gadanie. – Pij przez kwartał za chorobę Bieruta. – Pa ...ani to musiała być pa..anią – zakrztusił się napiwkiem. – Będzie tego na ty...ysiąc wódek – oderwał czapkę z głowy. Podszewkę z czapki. Wyjął orzełka z koroną. – Dla pani! – Zakrztusił się zamiast zachłysnąć – powtarzają od wczoraj purpurowe usta. – Co za prostak! – odpadły z warg czerwone kożuchy. Przykryłem papierem udziwnionego orzełka. Rysuję po nierównościach kredkami. Dużo orłów z koroną.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Historia Gdyby stworzyć ranking popularności I sekretarzy KC PZPR, z pewnością wygrałby go w przysłowiowych cuglach Edward Gierek. Zaraz po nim uplasowaliby się Władysław Gomułka i Wojciech Jaruzelski. Jedno z czołowych miejsc przypadłoby też Mieczysławowi F. Rakowskiemu, jako temu, który kazał „sztandar wyprowadzić”. Co zaś z Edwardem Ochabem? Historia obeszła się z nim brutalnie, skazując go na zapomnienie, w czym niemały udział mieli jego następcy.

Edward Ochab – sekretarz zapomniany Eugeniusz Januła, Krzysztof Wasilewski

Na początku 1956 roku epoka Bolesława Bieruta zmierzała ku końcowi. Społeczeństwo było już zmęczone coraz większymi wyrzeczeniami na rzecz planu sześcioletniego oraz niepohamowaną brutalnością służb bezpieczeństwa. Podobnie zmęczona była partia. Domagano się – choć jeszcze nieśmiało – zmian politycznych i personalnych. Już w grudniu 1954 roku wypuszczono z więzienia Władysława Gomułkę, skazanego pięć lat wcześniej za tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Jednak wbrew nadziejom Bieruta decyzja ta zamiast uspokoić nastroje, jeszcze bardziej je zaogniła. Istotną rolę w podsycaniu niepokojów społecznych odgrywało także pochodzenie partyjnej elity. Nie czyniono bowiem tajemnicy z faktu, iż kierujący krajem triumwirat – Bolesław Bernatowicz – Bierut, Hilary Minc i Jakub Berman – szczególnie dwaj ostatni, to osoby o żydowskich korzeniach. O ile więc komunizm oficjalnie negował czynnik narodowościowy, o tyle w niektórych kręgach partyjnych nie potrafiono przejść obok niego obojętnie. Sygnał do liberalizacji systemu dał XX Zjazd KPZR. Podczas jego trwania licznie zgromadzeni goście z bratnich partii dowiedzieli się m.in. o ogromie zbrodni Stalina i wypaczeniach kultu jednostki. Dla polskiej delegacji równie ważne znaczenie – jeśli nie ważniejsze – miała decyzja o rehabilitacji Komunistycznej Partii Polski. Do tej pory o KPP można było pisać źle lub nie pisać wcale. Raziło to wielu jej byłych członków, którzy przez cały czas nosili uraz do Stalina za rozkaz z 1937 roku o likwidacji partyjnej elity. Tymczasem oficjalna rehabilitacja KPP wzmacniała grupę Gomułki, co z kolei umożliwiło zwolnienie z więzienia m.in. Mariana Spychalskiego. Fakt, iż stało się to mimo sprzeciwu schorowanego Bieruta zapowiadał nadchodzące zmiany w partii. Bolesław Bierut zmarł w Moskwie 12

marca 1956 roku, dwa dni po tym, jak polska prasa opublikowała słynny referat Chruszczowa O kulcie jednostki i jego następstwach. Niespodziewana śmierć polskiego nominalnego przywódcy jedynie przyspieszyła oraz ułatwiła i tak już nieuniknione zmiany na szczytach PZPR. Wcześniej, bo 6 marca, Biuro Polityczne powołało specjalną komisję, której zadaniem było zbadanie słuszności niektórych aresztowań w okresie stalinowskim. W jej skład weszły głównie osoby związane z formującą się właśnie i liberalizujacą grupą „puławian”. Czas stalinizmu w Polsce dobiegał końca. Jeszcze w marcu „Po prostu” wydrukowało artykuł Na spotkanie ludziom AK, w którym Jerzy Ambroziewicz, Walery Namiotkiewicz i Jan Olszewski domagali się rehabilitacji żołnierzy Armii Krajowej. Coraz głośniej też krytykowano Bermana nadzorującego służby bezpieczeństwa. Zawirowania w partii starał się ponadto wykorzystać premier Cyrankiewicz, dążąc do uniezależnienia rządu od decyzji Biura Politycznego. Chociaż akademie upamiętniające „ojca narodu” wydawały się nie mieć końca, uwaga partyjnych towarzyszy skierowana już była ku przyszłości. Naturalnego następcę Bieruta większość upatrywała w Edwardzie Ochabie, należącymu do grona bliższych współpracowników zmarłego przywódcy. Był jednym z niewielu, którzy nieprzerwanie zasiadali w kierownictwie PZPR1. Jako członek Biura Politycznego, Biura Organizacyjnego Komitetu Centralnego i Sekretariatu KC ponosił znaczącą współodpowiedzialność za dotychczasową politykę państwa. Jednocześnie był członkiem wspomnianej specjalnej komisji, która miała za zadanie wykrycie i naprawienie krzywd z przeszłości. Dzięki temu udało mu się zdobyć zaufanie, przynajmniej na pewien czas, dwóch podstawowych wewnątrzpartyjnych frakcji – „puławian” i „natolińczyków”. Pierwsi

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

rekrutowali się przeważnie spośród dawnych stalinowców, którzy w 1956 roku opowiadali się za daleko posuniętą liberalizacją i demokratyzacją życia politycznego. „Natolińczycy” także dążyli do zmian, lecz przy zachowaniu systemu autorytarnego. Ich retoryka nacechowana była silnym nacjonalizmem i antysemityzmem, które starali się wykorzystać do zdobycia poparcia wśród społeczeństwa. Lawirowanie pomiędzy obiema tymi frakcjami wymagało nie lada talentu i politycznego sprytu, którego Ochabowi nie brakowało. Edward Ochab urodził się 16 sierpnia 1906 roku w Krakowie. Z ruchem komunistycznym związał się już od wczesnych lat młodości. Gdy jego rówieśnicy cytowali z uwielbieniem słowa Józefa Piłsudskiego, on rozczytywał się w dziełach Marksa i Engelsa. Spotkało go za to wiele szykan, zarówno podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim, jak i w wojsku, do którego został wcielony w 1928 roku. Tam wzbraniał się przed obowiązkową wówczas poranną modlitwą oraz, jak później pisano w opiniach, słabo angażował się w życie jednostki. Na pytanie, czy uważa się za Polaka, odpowiadał, że jest „narodowo-

15


Historia ści polskiej”, co doprowadzało do furii jego przełożonych. Po zakończeniu służby wojskowej wstąpił do zdelegalizowanej Komunistycznej Partii Polski. Rządy sanacyjne z wielką gorliwością zwalczały KPP jako „sowiecką agenturę”. Jej działaczy aresztowano, choć trzeba przyznać, iż jako więźniowie polityczni mogli liczyć na pewne przywileje, jak np. noszenie własnego ubrania2. Dla wielu z nich, m.in. Ochaba, który trafiał za kratki pięciokrotnie, mury celi okazały się schronieniem przed stalinowskimi czystkami w KPP. Początek wojny zastał go we Lwowie. W przeciwieństwie do Gomułki, który po wydostaniu się z więzienia starał się zaciągnąć do polskiego wojska, Ochab wstąpił do Armii Czerwonej. Wierzył w międzynarodowy komunizm, ale nie wierzył Rosjanom. Zatrzymał w tajemnicy swoją wcześniejszą przynależność do KPP, unikał też informacji o wyższym wykształceniu. Wątpliwe jednak, aby radzieckie służby nie zdawały sobie sprawy z kim mają do czynienia. Możliwe, że właśnie ta wiedza zadecydowała o skierowaniu Ochaba do podrzędnych robót pomocniczych, jak np. kopanie rowów. Jego sytuacja uległa zmianie dopiero w 1943 roku, kiedy Stalin zgodził się na reaktywowanie polskich oddziałów na terenie ZSRR. Wówczas to Ochab wstąpił do tworzonej 1. Armii Polskiej pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga, gdzie odpowiedzialny był m.in. za indoktrynację polityczną żołnierzy. Ze swoich obowiązków wywiązywał się wzorowo, co znalazło odzwierciedlenie w szybkim tempie awansu od podporucznika do podpułkownika. Generałem został już po wojnie. Od powrotu do Polski Ochab trzymał się grupy Bieruta, która wkrótce zaczęła dominować w Polskiej Partii Robotniczej. Obaj politycy spędzili okres wojny w ZSRR, aktywnie działając w Związku Patriotów Polskich oraz Centralnym Biurze Komunistów Polskich. W przeciwieństwie do Gomułki, który dopuszczał pewną autonomię w polityce wewnętrznej i zagranicznej, Ochab z Bierutem bezsprzecznie uznawali prymat wschodniego sąsiada. Nie oznaczało to jednak całkowitego podporządkowania się Moskwie. Jako minister administracji publicznej, Ochab starał się zapobiegać demontowaniu i wywożeniu sprzętu z polskich terenów do Związku Radzieckiego. Swoją niechęć do poczynań czerwonoarmistów równoważył natomiast ostrą kry-

16

tyką Armii Krajowej i zbrojnego podziemia. „Zasadniczą sprawą jest twarda ręka w stosunku do reakcji” – przekonywał podczas posiedzenia Biura Politycznego PPR 9 października 1944 roku3. Dla uczciwości warto dodać, że tak wyrażone stanowisko sytuowało Ochaba raczej w centrum wewnątrzpartyjnej dyskusji. Znacznie ostrzej wypowiadał się np. przedstawiciel partyjnego –„betonu” Leon Kassman – były partyzant, który twierdził m.in.: „Przerażenie ogarnia, że w tej Polsce, w której partia jest hegemonem, nie spadła nawet jedna głowa (…) Terror skupiłby wielu ludzi, brak terroru rozzuchwala AK (…)”4. Siła Ochaba leżała w jego umiejętności zachowania odpowiedniego dystansu od każdej frakcji. Podczas jednej narady potrafił wychwalać zalety sojuszu z ZSRR, aby na kolejnej atakować zbyt liczną obecność doradców radzieckich w strukturach państwowych. Zamiast kolekcjonować kolejne tytuły, jak robił to Bierut, wolał działać w cieniu, dzięki czemu udało mu się przeczekać najgorętszy okres stalinizmu na stanowisku szefa Centralnych Związków Zawodowych. Także gdy zastąpił Mariana Spychalskiego na stanowisku wiceministra Obrony Narodowej, uciekał od partyjnych rozgrywek. Dobrze wiedział, że one zgubiły jego poprzednika, który wkrótce podzielił los Gomułki. Część partyjnych towarzyszy Ochaba zarzucała mu brak ambicji i sprzeniewierzenie się ideałom w zamian za bezpieczny stołek z dala od partyjnych rozgrywek. Mało kto się spodziewał, że jego czas jeszcze nadejdzie. Stało się to zaskakująco szybko, bo już w 1954 roku. Wówczas to po raz pierwszy tak wyraźnie sprzeciwił się Bierutowi, opowiadając się za zwolnieniem Gomułki z więzienia. Co prawda nigdy nie zmienił swojego zdania co do winy Wiesława, jednak uznał, iż w rok po śmierci Stalina należało dać sygnał do zmian w kraju. Gdy więc z Moskwy nadeszła wiadomość o zgonie Bieruta, jedynym kandydatem akceptowanym w aparacie partyjnym PZPR a także w KPZR – wcześniej WKP(b) – był Edward Ochab. Przywództwo Ochaba w PZPR miało mieć charakter tymczasowy. Umiejętne lawirowanie między partyjnymi liberałami a dogmatykami w połączeniu z deklarowanym przywiązaniem do Związku Radzieckiego gwarantowało polityczną stabilizację w burzliwym okresie prze-

mian. Nikt lepiej o tym nie wiedział niż sam I sekretarz KC. Niedługo po przejęciu obowiązków szefa partii, Ochab, chcąc przypodobać się „puławianom”, zarzucił poprzedniemu kierownictwu brak „więzi z masami”. Z kolei licząc na przychylność „natolińczyków” przekonywał: „Wbrew rachubom gangsterów z Wall Street, wbrew barbarzyńskim wrzaskom pozbawionych wszelkiej godności i kultury (…) szczekaczek radiowych, mocniej niż kiedykolwiek zwarły się wokół Związku Radzieckiego, wokół ZSRR szeregi wszystkich wolnych narodów, wszystkich ludzi miłujących pokój”5. Wielu z jego partyjnych towarzyszy na jego miejscu widziałoby Gomułkę, jednak tylko najwięksi optymiści uważali, iż ta kandydatura mogła wtedy otrzymać błogosławieństwo Moskwy. Czas próby dla Ochaba nadszedł szybko. Centralny Zarząd Taboru i Sprzętu Komunikacyjnego zaplanował, jeszcze przed śmiercią Bieruta, wzrost wydajności pracy o prawie 10 procent przy jednoczesnej likwidacji nadgodzin oraz premii progresywnych. Zmiany najdotkliwiej dało się odczuć w poznańskich Zakładach Przemysłowych im. Józefa Stalina (ZiSPo), które w sumie zatrudniały 13 tysięcy osób. Po nieudanych negocjacjach w Warszawie, 28 czerwca ogłoszono w Poznaniu strajk generalny. Robotnicy wyszli na ulice. Część z nich opanowała więzienie i zdobyła tamtejszy skład broni. Inne grupy przejęły kontrolę nad miejscowym dworcem kolejowym. Jeszcze inni udali się pod gmach Komitetu Wojewódzkiego do Spraw Bezpieczeństwa Publicznego, którego jednak zamknięci w nim ludzie z obawy o własne życie nie zamierzali poddawać. Wieczorem do miasta przybyły dywizje pancerne Śląskiego Okręgu Wojskowego z zadaniem opanowania sytuacji. Cała pacyfikacja, dowodzona osobiście przez wiceministra Obrony Narodowej gen. Stanisława Popławskiego (Iwana Gorochowa), przebiegała chaotycznie. W wyniku starć zginęło ok. 60 osób a kilkaset zostało rannych6. Odpowiedzialnością obarczono Edwarda Ochaba, który wbrew stanowisku Biura Politycznego wydał zgodę na użycie broni. Czy rzeczywiście całość winy za masakrę robotników w Poznaniu ponosił ówczesny I sekretarz KC PZPR? Tak argumentowali wewnątrzpartyjni przeciwnicy Ochaba, którzy szybko rozczarowali się

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Historia jego polityką. Jak można było się spodziewać, strategia równych odległości od „puławian” i „natolińczyków” nie zadowalała nikogo i powodowała ciągłe tarcia na szczytach władzy. Sam Ochab uważał protesty poznańskich robotników za uzasadnione. Mimo to, w czerwcowych wydarzeniach widział przede wszystkim rozgrywkę partyjnych frakcji i Moskwy, które celowo dążyły do wywołania kryzysu w Polsce. Dla poparcia swojej tezy przekonywał, że decyzję o użyciu broni podjął pod wpływem alarmujących depesz Edwarda Gierka, który wraz z premierem Cyrankiewiczem przebywał wówczas w Poznaniu. Zdaniem Ochaba to właśnie przyszły I sekretarz KW PZPR w Katowicach miał celowo wprowadzić go w błąd, co do skali i przebiegu zamieszek. Po czerwcu pozycja Edwarda Ochaba w partii stopniowo słabła. Frakcja natolińska uznała go za zbyt słabego obrońcę systemu, z kolei puławianie zarzucali mu hamowanie procesu liberalizacji. Także Kreml zawiódł się na swoim niedawnym faworycie, gdy ten głośno oskarżał Moskwę o sprowokowanie strajków w Poznaniu7. Paradoksalnie to właśnie wtedy Ochab wybił się na niezależność wobec Biura Politycznego i – co ważniejsze – radzieckich doradców. Nie mając wiele do stracenia, podjął próbę większego uniezależnienia polityki wewnętrznej i zagranicznej Polski od dyktatu wschodniego imperium. Przez cały rok 1956 trwała nieustanna walka o zakres samodzielności Polski i pozostałych krajów socjalistycznych. Był to także czas, kiedy decydowała się tożsamość samej PZPR, gdzie w dalszym ciągu partyjni reformatorzy ścierali się z dogmatykami. Jaką rolę w tych procesach odegrał Edward Ochab? W polityce wewnętrznej niewiele różnił się od swojego poprzednika. Owszem, był świadomy ogromu wypaczeń epoki stalinizmu, niemniej w sferze ekonomicznej pozostał wierny dawnym rozwiązaniom. Jako komunista – nie tylko z partyjnej przynależności, lecz przede wszystkim z przekonań – odrzucał wszelkie próby liberalizacji gospodarki. Podobnie w przypadku stosunku do Kościoła katolickiego kontynuował linię Bieruta. Nie zgodził się na uwolnienie Prymasa Stefana Wyszyńskiego z miejsca zesłania w Komańczy. Było to dopiero możliwe po objęciu stanowiska I sekretarza przez Gomułkę. Inaczej przedstawiała się polityka za-

graniczna. Chociaż publicznie Ochab w dalszym ciągu wychwalał stosunki polsko-radzieckie, to po wydarzeniach czerwcowych podchodził do nich z coraz większą rezerwą. Z jednej strony zdawał sobie sprawę z historycznej konieczności kultywowania jak najlepszych relacji z Moskwą. Z drugiej zaś starał się równoważyć wpływy Kremla bliskimi kontaktami ze wschodzącym komunistycznym mocarstwem – Chińską Republiką Ludową. We wrześniu polska delegacja, w skład której oprócz Ochaba wchodzili m.in. Franciszek Jóźwiak oraz wybitny ekonomista Oskar Lange, udała się do Pekinu. Tam odbyli serię spotkań z całym chińskim kierownictwem, łącznie z Czou En-lajem i Mao-Tse – Tungiem. Polscy goście zostali przyjęci z niebywałą kurtuazją, a sam Ochab wielokrotnie mógł usłyszeć pochwały za osiągnięcia w polityce krajowej i zagranicznej. „Wygląda na to, że Chiny i Polska od dawna znajdowały się w jednym towarzystwie nawet o tym nie wiedząc. Jest to dobre towarzystwo i my jesteśmy z niego bardzo zadowoleni” – Mao przekonywał Ochaba podczas jednej z rozmów8. I sekretarz KC PZPR był zbyt doświadczonym politykiem, aby wziąć komplementy gospodarza na poważnie. Wiedział, że Polska odgrywała jedynie rolę pionka w chińskiej grze o przywództwo w świecie komunistycznym. Pekin starał się zdyskontować każde potknięcie Moskwy, a ochłodzenie stosunków polsko-radzieckich stwarzało ku temu doskonałą okazję. Przekonał się o tym Anastas Mikojan, wicepremier i w tym czasie główny architekt radzieckiej dyplomacji, który wziął udział w wyreżyserowanym przez Mao spotkaniu z Ochabem. Gdy zachęcony przez gospodarza Ochab stał się nad wyraz szczery i zaczął oskarżać Kreml o sprowokowanie wydarzeń czerwcowych, Mikojan nie wytrzymał. Krzyknął na polskiego przywódcę, wypominając mu niechęć do ZSRR i brak reakcji na antyradzieckie wystąpienia. Zaskoczony Ochab w pośpiechu opuścił spotkanie. Jednak ku zdziwieniu Mikojana, Mao szybko podążył za polskim gościem, zostawiając Rosjanina samego. Tak subtelna chińska dyplomacja dawała Moskwie do zrozumienia, że nie pozwoli na interwencję zbrojną w Polsce. W drodze powrotnej polska delegacja zatrzymała się na kilka dni w Moskwie. Tam Mikojan, w obecności Nikity S. Chruszczo-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

wa, wziął na Ochabie rewanż za pekińskie upokorzenie. Podczas rozmowy na Kremlu niedwuznacznie zasugerował polskiemu przywódcy, iż w razie dalszego pogorszenia stosunków polsko-radzieckich KPZR na poważnie rozważy przerzucenie swojego poparcia z Ochaba na Gomułkę. Jeszcze kilka miesięcy temu taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia. To z polecenia Moskwy w 1948 roku Gomułka został oskarżony o odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne i aresztowany. Teraz to Moskwa mogła i miała dać w przyszłości właśnie jemu pełnię władzy. Ochab zrozumiał to ostrzeżenie, ale nie miał zbyt wielkiego pola na polityczne roszady. Spokojnie wrócił do Polski i kontynuował wcześniej przyjęty kurs. W październiku rozwój sytuacji w Polsce wielce zaniepokoił radzieckich towarzyszy. Zdenerwowany Chruszczow zadzwonił do Ochaba, informując go, iż wkrótce przybędzie do Warszawy w celu skonsultowania zmian personalnych na szczytach PZPR. W odpowiedzi usłyszał kategoryczne „nie”. Do tej pory nikt z nim tak nie rozmawiał, zwłaszcza zaś nikt z bratnich partii. Chruszczow domyślał się, że odwaga Ochaba brała się z chińskiego wsparcia, jednak Polska była zbyt ważna dla ZSRR, by z niej tak łatwo zrezygnować. Samolot z radziecką delegacją niespodziewanie wylądował na Okęciu wczesnym rankiem 19 października. Oprócz Chruszczowa przybyli przedstawiciele wszystkich frakcji Biura Politycznego w KPZR, tj. Mikojan, Mołotow i Kaganowicz. Jednocześnie w kierunku Warszawy zmierzały dwie dywizje Armii Czerwonej, stacjonujące w zachodniej Polsce. Na gdańskiej redzie zakotwiczyła natomiast radziecka flotylla. Nic dziwnego, że spotkanie polskiego kierownictwa z radzieckim przebiegało w burzliwej atmosferze. Według notatek Jana Dzierżyńskiego – syna Feliksa Edmundowicza a jednocześnie tłumacza Chruszczowa – już na początku obecny na spotkaniu Gomułka oskarżył radzieckich gości o ingerowanie w wewnętrzne sprawy Polski9. Jeszcze ostrzej mówił Ochab, który na groźbę Chruszczowa o możliwości radzieckiej interwencji zbrojnej odpowiedział: „Polscy komuniści siedzieli w waszych więzieniach i widocznie znowu będą siedzieć”10. Temat militarnego rozwiązania pojawił się także w drugiej części spotkania. Ostatecznie jednak studząc atmosferę,

17


Historia Mikojan zapewnił, iż ZSRR pragnie jedynie utrzymać przyjacielskie stosunki z Polską, które to stanowiły gwarancję „spójności bloku socjalistycznego”. Jednocześnie Chruszczow zaatakował Ochaba, oskarżając go o niewywiązywanie się z wcześniejszych obietnic. „Od tamtej pory sporo myśleliśmy – odpowiedział Ochab – I ja osobiście i my wszyscy popełniliśmy wiele błędów. Teraz Biuro Polityczne postanowiło przyjąć moją rezygnację (…) Biuro postanowiło rekomendować tow. Gomułkę na I sekretarza KC”. Dzierżyński nie zanotował reakcji Chruszczowa i Mikojana na słowa Ochaba, choć zapewne na ich twarzach pojawił się zwycięski grymas. Było to jednak zwycięstwo połowiczne. Delegacja radziecka opuszczała Warszawę ze świadomością, iż pełnię władzy w Polsce przejmował człowiek, który w Moskwie wciąż budził nieufność. Co prawda podczas wrześniowego spotkania na Kremlu Chruszczow wypowiadał się o Gomułce w samych superlatywach, jednak manewr ten miał bardziej na celu skłonienie Ochaba do ustępstw, aniżeli faktyczne poparcie Wiesława. Ponadto, z Biura Politycznego zostali odsunięci przedstawiciele „natolińczyków” z Rokossowskim na czele. Pozostał natomiast Ochab. „Jestem przekonany – mówił w 1981 roku – że przy wszystkich naszych argumentach, które swoją rolę odegrały, że do końca będziemy trzymać twardą postawę i się nie cofniemy, jestem przekonany, że gdyby Chiny w porę nie przysłały swego ostrzeżenia, do interwencji w Polsce by doszło (...)”11 – twierdził kilka lat później. Wkrótce i Ochab odszedł z kierownictwa partii. Najpierw przez dwa lata (19571959) pełnił bez większych sukcesów funkcję ministra rolnictwa. Później powrócił na krótko do Komitetu Centralnego i Biura Politycznego, aby w 1964 roku stanąć na czele Rady Państwa. Jego wpływ na życie polityczne stopniowo malał. Coraz rzadziej jego nazwisko pojawiało się w prasie i oficjalnych komunikatach. Wyjątek stanowiła jego decyzja o niewydaniu zgody na pielgrzymkę Pawła VI do Polski w 1966 roku. Rok później podczas pobytu polskiej delegacji w Rzymie, temu samemu papieżowi odmówił przybycia na audiencję12. Zasady były dla Ochaba ważniejsze niż dobra prasa. Dlatego też gdy PZPR pod przewodnictwem Gomułki rozpoczynało antysemicką kampanię w marcu 1968, Ochab zrezygno-

18

wał ze wszystkich zajmowanych funkcji. Postać Edwarda Ochaba wymyka się prostym kategoryzacjom. Jego przeciwnicy będą mu zarzucać brutalne zwalczanie zbrojnego podziemia, niechęć do byłych żołnierzy Armii Krajowej, czy nieprzeprowadzenie reform gospodarczych. Z kolei jego zwolennicy (jeśli tacy się znajdą), będą zapewne przypominać o jego udziale w destalinizacji kraju, o zwiększeniu niezależności Polski od Związku Radzieckiego i – w końcu – o jego sprzeciwach wobec kampanii antysemickiej z 1968 roku. Dla wielu Ochab był prostym przeciwieństwem Gomułki. Rzadko występował publicznie. Nie potrafił nawet zbliżyć się do swojego następcy, gdy szło o porwanie tłumów. Zapewne Ochab – jak na swoje czasy może nie intelektualista, ale człowiek o szerszych horyzontach niż większość ówczesnej partyjnej elity – zazdrościł samoukowi Gomułce talentu bezbłędnego wyczuwania społecznych nastrojów. Może dlatego to właśnie Gomułka uchodził za symbol październikowej liberalizacji, podczas gdy Ochab przedstawiany był jako przywódca komunistycznych dogmatyków. Czy słusznie? Wbrew powszechnej opinii obu polityków wiele łączyło. Nie tylko nieufność wobec wschodniego sąsiada, ale i wiele poglądów na sprawy krajowe i międzynarodowe. „Wieś polska rozwijać się będzie tak, jak sobie tego życzyć będą polscy chłopi” – powiedział nie Gomułka, a Ochab już w 1945 roku13. Jedna natomiast cecha uniemożliwiała im współpracę. Gomułka na swój sposób stawiał interesy kraju ponad interesy światowego komunizmu, stając się w pewnym sensie wyrazicielem polskiego nacjonalizmu. Marzec 1968 był tego najlepszym przykładem. Natomiast Ochab nacjonalizmu nie cierpiał. Za wszystkimi decyzjami Ochaba stała jego wiara w komunizm. Ona kazała mu nawoływać do „zupełnego zniszczenia band reakcyjnych”. Ona też kazała mu krytykować samowolę czerwonoarmistów, którym jako minister administracji publicznej otwarcie – choć bez skutku – się przeciwstawiał. Wreszcie ona kazała mu powiedzieć pod koniec życia: „Mimo wszystko uważam jednak ten okres 1944–55 za okres najważniejszy, historycznie doniosłego etapu rozwoju rewolucyjnego, o przełomowym znaczeniu, nikt go z naszych dziejów nie wymaże. Jestem przekonany, że pozostanie w dziejach jako fundament nowej epoki, ludowej epoki, w marszu do społeczeń-

stwa bezklasowego”14. Postać Edwarda Ochaba wydaje się dziś być zapomniana. Stoi raczej w cieniu popularnego w swoim czasie tow. Wiesława. Ale to właśnie Ochab w dużym stopniu poprzez swoją dynamiczną działalność, wsparty zbiegiem okoliczności – Polska była potrzebna epizodycznie Chinom w ich próbie rozgrywki o hegemonię w światowym ruchu komunistycznym – powiedział Chruszczowowi i jego ekipie twarde „nie”. Dzięki m.in. postawie Ochaba, Polska mogła sobie w ramach ówczesnego obozu państw socjalistycznych wywalczyć pewną autonomię. Mimo, że w okresie gierkowskim Ochab nie miał już nic do powiedzenia w ramach struktur PZPR, wraz z E. Osóbką-Morawskim głośno przeciwstawił się wprowadzeniu do polskiej konstytucji obligatoryjnego zapisu o przyjaźni z ZSRR. Próbował też zbliżyć się do Jacka Kuronia i grupy korowskiej, ale bez większych rezultatów. Podobnie zresztą nie odpowiadano na jego postulaty w konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość. Mimo politycznego osamotnienia zachował do końca życia wiele przyjaźni osobistych. Szczególnie z ludźmi z reformatorskiej kiedyś grupy „puławian”, którą skutecznie niestety spacyfikował tow. Wiesław. 1 K. Persak, Struktura i skład centralnych instancji decyzyjnych PZPR, w: Centrum władzy w Polsce 1948-1970, red. A. Paczkowski, Warszawa 2003, s. 19-50. 2 W. Gomułka, Pamiętniki. Tom 1, red. nauk. A. Werblan, Warszawa 1994. 3Cytat za: A. Werblan, Władysław Gomułka. Sekretarz Generalny PPR, Warszawa 1988, s. 232. 4 Ibidem. 5 J. Wegner, Sternicy. Od Nowotki do Rakowskiego, Kraków 1997, s. 93. 6 A. Czubiński, Dzieje najnowsze Polski 19441989, Poznań 1992, s. 297-299. 7 J. Morawski, Nie takie rzeczy zobaczycie, „Polityka”, 2000, nr 14. 8 R. Terrill, Mao. A biography, Stanford 1999, s. 283. 9 Sprzeciw Gomułki wobec dyktatu Kremla (cz. 1). Rozmowy w Belwederze w październiku 56, „Dziś. Przegląd Społeczny”, 2008, nr 9 (216). 10 Ibidem. 11 Cytat za: T. Torańska, Oni, Warszawa 1989, s. 221. 12 E. Guz, Afront wobec papieża, „Przegląd”, 2004, nr 19. 13 „Głos Ludu”, 1945, nr 332. 14 Cytat za: T. Torańska, Oni, Warszawa 1989.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Historia „Kopernik” od kuchni to cykl artykułów poświęconych historii I Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Będzinie, które w 2012 r. obchodziło 110-lecie istnienia. Ta najlepsza w powiecie będzińskim i jedna z najlepszych w województwie śląskim placówka szkolna, dbając o wysoki poziom nauczania, nie zapomina również o swojej historii, a będzińskie liceum może się pochwalić w tej dziedzinie wieloma ciekawymi anegdotami ze swojej ponad stuletniej przeszłości. Oto pierwsza z nich…

„KOPERNIK” OD KUCHNI Odsłona pierwsza: jak z onanizmem walczono

10 grudnia 1908 r. odbyło się zebranie Rady Pedagogicznej Będzińskiej Szkoły Handlowej (ówczesna nazwa „Kopernika”). Zjawili się na nim: dyrektor szkoły – Antoni Sujkowski, członek Rady Opiekuńczej placówki – Stefan Królikowski, a także: ks. Maliszewski, Szmielow, Borowiński, Szwerim, Woyde, Winer, Wrzosek, Zillinger, Kaczyński, Kwiatkowski, dr Wierzbowski, Pałasiński, Rajchert, Orłowski oraz Warchoł. Jedną ze spraw poruszonych na spotkaniu była kwestia… onanizmu wśród uczniów będzińskiej szkoły. Ten dość niecodzienny temat postanowił omówić dr Wierzbowski, który stwierdził, iż sprawa jest rzeczywiście paląca i że nałóg ten przybiera rozmiary wprost zatrważające. Aby uzmysłowić zebranym rozmiary problemu, prelegent przedstawił zebranym I L.O. im. Kopernik aw Będzinie. Fot. D. Majchrzak dane statystyczne odnoszące się do roku szkolnego 1907/1908. W tabeli, w której określił: wątpliwych i niewątpliwych ona- z całą stanowczością sprawdzić niepodobumieszczono oprócz danych liczbowych nistów, przy czem do niewątpliwych wli- na. Niestety nie wiadomo, jaką metodoi procentowych, spis klas oraz ilość uczniów, czani są i tacy, którzy dawniej onanizowa- logią posłużył się autor tychże obliczeń… Wierzbowski zastosował podział na, jak to li się, a teraz jakoby przestali, czego nigdy Wierzbowski zaznaczył, że stara się wpłynąć na uczniów drogą perswazji, uniKsięga posiedzeń Rady Pedagogicznej będzińskiej szkoły z lat 1907–1910. Fot. Arch. I L.O. im. Kopernika w Będzinie kając zastraszania i przerażania chłopców. Wierzbowski postawił na rozmowy w cztery oczy z uczniami. Według niego, był to najlepszy sposób na szczerą rozmowę z młodym człowiekiem, zwłaszcza, że w jego opinii w szkole nałóg rozszerzał się przerażająco. W związku z tym, Wierzbowski zwrócił się do zebranych o sugestie, co do środków radykalniejszych. Pomysły pojawiły się niemal od razu. Borowiński zaproponował, aby doktor ujawnił wychowawcom nazwiska onanizujących się uczniów. Dzięki temu, pedagodzy mogliby zwrócić baczniejszą uwagę na tych młodych ludzi. Ci zaś nie byliby świadomi posiadanej przez nauczycieli wiedzy. Rada jednak nie wyraziła zgody na realizację zamysłu Borowińskiego. Kaczyński zasugerował zorganizowanie dla

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

19


Historia klas odczytów uświadamiających. Tym razem zaoponował sam Wierzbowski, twierdząc, iż takie prelekcje mogłyby paradoksalnie nakłonić osoby dotąd nieonanizujące się do rozpoczęcia takich praktyk. Inaczej do tej delikatnej kwestii podszedł Królikowski, który powołał się na opinię niektórych uczonych, którzy twierdzili, że onanizm nie jest szkodliwy, tak jak ówcześnie sądzono. Sujkowski nie zgodził się z tym argumentem twierdząc, że proceder ten wyczerpuje fizycznie, przyspiesza dojrzałość płciową oraz ujemnie wpływa na wolę i charakter. Nauczyciele przychylili się do opinii dyrektora i stwierdzili, że z onanizmem należy walczyć. Rada uznała postępowanie Wierzbowskiego za słuszne i celowe, zaś księdza prefekta poproszono aby wpłynął na uczniów, tak by Ci zaprzestali zgubnego nałogu. Na marginesie należy dodać, że przez długi okres czasu onanizm uważano powszechnie w Europie za chorobę psychiczną. Dopiero rozwój seksuologii zmienił postrzeganie tego zjawiska. Dariusz Majchrzak

Tabela ukazująca wątpliwych i niewątpliwych onanistów w będzińskiej placówce. Fot. Arch. I L.O. im. Kopernika w Będzinie

Herb Bogoria Istnieją dwie podstawowe odmiany herbu Bogoria. Starsza, gdzie w czerwonym dwa żeleźce koloru srebrnego (białego) skierowane są ostrzami w słup – jeden ku górze, drugi ku dołowi, złączone rogacizną. W klejnocie nad herbem powtórzony znak z tarczy herbowej. Odmiana późniejsza to w polu koloru czerwonego dwa żeleźce od strzał koloru srebrnego (białego) NIE ZŁĄCZONE ze sobą, ostrzami jeden ku górze, drugi ku dołowi zwrócone. W klejnocie nad tarczą herbową w koronie paw z rozpostartym ogonem, głową zwrócony w prawą stronę, trzymający w dziobie strzałę złamaną (srebrną), żeleźcem zwróconą ku górze. Godło typu własnościowego, według najstarszych przekazów nadane Michałowi Bogorii przez króla Bolesława Szczodrego po bitwie pod Płowcami pod Snowskiem, gdzie rannemu Michałowi wyciągnął z ran złamane dwie strzały. Na pamiątkę owego wydarzenia strzały te umieszczono w herbie. Miano „Bogoria” było zawołaniem herbowym i pochodziło od nazwy rzeczki, dopływu Czarnej Przemszy i można je tłumaczyć w dwójnasób: jako miejsce, gdzie kopie (ryje) się bogactwo lub miejsce wyryte (stworzone) przez Boga. Biorąc pod uwa-

20

gę miejsce osiedzenia Bogoriów bardziej prawdopodobna jest wersja pierwsza. Najdawniejsze gniazdo Bogoriów to wieś Bogoria, leżąca w parafii Skotniki koło Koprzywnicy, któ-

Artykuł powstał na podstawie dokumentów archiwalnych ze zbiorów I L.O. im. M. Kopernika w Będzinie we współpracy z Grażyną Szewczyk.

rą władali do 1191 roku. Stanowili ród rycerski, a jego początki związane były z fundacją opactwa cysterskiego w Koprzywnicy. Pierwszy wizerunek herbu spotykamy w początkach XVI wieku na płaskorzeźbie bolońskiej, jako znak Jarosława z Bogorii umieszczony na akcie zgody pomiędzy uniwewrsytetem a miastem Bolonia. Najstarsi przedstawiciele rodu to Mikołaj, wojewoda sandomierski, jeden z fundatorów klasztoru w Koprzywnicy, zmarły w 1185 roku oraz Mikoła, którego pieczęć widniała na akcie pokojowym zawartym z Zakonem Krzyżackim. Aktem Unii Horodelskiej herb został przeniesiony na Litwę, gdzie ród reprezentował bliżej nieznany Marek, a przyjęto do niego Stanisława Wissigina. Na terenie Zagłębia spotykamy m.in. Janka z Chechła Chechłowskiego w 1398 roku wójta będzińskiego, Stanisława Górskiego (Gorskiego) syna Jana. Około 1530 roku proboszcza w Czeladzi, Jana Zakrzewskiego około 1660 roku wojskiego i sędziego grodzkiego oświęcimskiego, Aleksandra Zakrzewskiego około 1730 roku łowczego zatorskiego, Ignacego Zakrzewskiego 1778 r. pisarza ziemskiego oświęcimskiego oraz Jana Zakrzewskiego 1778r. sędziego grodzkiego oświęcimskiego i siewierskiego.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Mirosław Rakowski


Historia Niedawne obchody Narodowego Święta Niepodległości są okazją do przypomnienia o tym, jak przebiegały ceremonie oficjalne w związku z rocznicami zarówno w II RP, jak i po reaktywacji kalendarza historycznych rocznic w III RP. Trzeba pamiętać, iż w okresie PRL zastąpiono te obchody Świętem Odrodzenia ustanowionym na dzień 22 lipca.

Obchody świąt państwowych i  rocznic oficjalnych na podzagłębiowskiej wsi Jacek Malikowski

W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości ceremonie oficjalne na wsiach podzagłębiowskich miały raczej skromny przebieg i koncentrowały się wokół trzech dat: 3 maja, 6 sierpnia i 11 listopada. Przy okazji obchodów Święta Narodowego Konstytucji 3 Maja i Święta Niepodległości odbywały się oficjalne przemarsze, po wcześniej odprawionej mszy w intencji Ojczyzny w kościołach parafialnych. Dopiero po zamachu majowym 1926 r. kultura polityczna II Rzeczypospolitej Polskiej zaczęła ulegać szybkim przeobrażeniom. 8 listopada 1926 r. ówczesny prezes Rady Ministrów Józef Piłsudski wydał okólnik, który ustanawiał dzień 11 listopada dniem wolnym od pracy. „W dniu 11 listopada państwo polskie obchodzić będzie 8 rocznicę zrzucenia jarzma niewoli i uzyskania pełnej, faktycznej niezawisłości. Data powyższa winna pozostać w stałej pamięci społeczeństwa i utrwalić się w umysłach młodego pokolenia, które w zaraniu swego życia powinno odczuwać doniosłość i uroczystość tego pamiętnego dnia” – zapisano w dokumencie1. Do kalendarza obchodów dopisano nowe święta – przede wszystkim Święto Morza, doroczny Zjazd Legionistów, Tydzień Gór, Dożynki, rocznica powstania listopadowego, a także rocznicę zajęcia Wilna przez gen. Lucjana Żeligowskiego. Aż do śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego uroczyście obchodzono także rocznicę jego urodzin. Zwykle po mszy okolicznościowej z kazaniem w kościele parafialnym z udziałem straży ogniowych, miejscowych władz, urzędów i instytucji oraz społeczności lokalnej urządzano akademię ku czci Marszałka. O programie uroczystości powiadamiano ludność za pośrednictwem plakatów otrzymanych z Powiatowego Związku Samorządowego – Wydziału Powiatowego w Będzinie i Zawierciu. Poza tym, rozdawano nalepki i jednodniówki, po nabożeństwie obok kościoła parafialnego w Sączowie, Wojkowicach Kościelnych, Siewierzu i Targoszycach. Na akademii cała zgromadzona publiczność intonowała patriotyczną pieśń „Wojenko, wojenko” w poniższym brzmieniu: Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, Że za tobą idą, że za tobą idą Chłopcy malowani? Chłopcy malowani, sami wybierani, Wojenko, wojenko, wojenko, wojenko, Cóżeś ty za pani? Wojenko, wojenko, co za moc jest w tobie,

Kogo ty pokochasz, kogo ty pokochasz W zimnym leży grobie. Na wojence ładnie, kto Boga uprosi, Żołnierze strzelają, żołnierze strzelają, Pan Bóg kule nosi. Maszeruje wiara, pot się krwawy leje, Raz dwa stąpaj bracie, raz dwa stąpaj bracie, Bo tak Polska grzeje. Wojenko, wojenko, co za moc jest w tobie? Kogo ty pokochasz, kogo ty pokochasz W zimnym leży grobie. Ten już w grobie leży z dala od rodziny, A za nim pozostał, a za nim pozostał Cichy płacz dziewczyny. Po jej odśpiewaniu oklaskom nie było końca. Na adres Marszałka Piłsudskiego wójt wysyłał depeszę hołdowniczą2. Święta państwowe po 1926 r. miały być – w zamierzeniu organizatorów – czymś więcej niż widowiskiem, nabierając postaci narodowego misterium. „Urobienie duszy obywatela, oto cel obchodów – można znaleźć w broszurze wydanej przez Instytut Propagandy Państwowotwórczej. Z tej roli organizatorzy muszą sobie dokładnie zdawać sprawę. Chodzi o dusze uczestników, więc o stworzenie takiej moralnej atmosfery, która by zmusiła słuchacza do wchłonięcia danej mu strawy duchowej tak, by stała się ona cząstką jego jaźni. W pierwszym rzędzie obchody muszą wpłynąć na stan uczuciowy i wyobraźnię. Środkami do tego są przemówienia, deklamacje, śpiew” 3. Pierwsze pomniki historii w ścisłym tego słowa znaczeniu zostały wzniesione w okolicznych gminach wiejskich w kilka lat po odzyskaniu niepodległości. Cykl działań był podobny do wszczętego w gminie Mierzęcice. W niedzielę 11 listopada 1928 r. na zwołanym przez wójta gminy (będącego zarazem przewodniczącym Rady Gminnej) Jana Dyszego posiedzeniu rady, celebrowano 10. rocznicę odzyskania niepodległości. Powzięto też wtedy decyzję o budowie Pomnika Wolności, składając w telegramie hołd Prezydentowi Rzeczypospolitej Ignacemu Mościckiemu. Jego powstanie przyspieszyła inicjatywa Komitetu Obchodu Dziesięciolecia Zwycięskiego Odparcia Najazdu Rosji Sowiec-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

21


Historia

Grupa uczniów z nauczycielką Ireną Małkiewicz pod obeliskiem w Mierzęcicach upamiętniającym 10-lecie powstania niepodległej Polski,1937. Fot. ze zbiorów A. Gwoździa

kiej z wiosny 1930 r. Za jego sprawą powstały w okolicy komitety gminne. Dla ułatwienia zadania komitet krajowy zamówił jednolite odlewy płyty z brązu z napisami, które wykonała Mennica Państwowa w Warszawie. Koszty budowy ponosiły komitety lokalne. Stanął ów pomnik na zakolu drogi, niedaleko kapliczki (dziś przy ulicy Wolności) w pobliżu ówczesnej siedziby Biura Gminy, w miejscu, gdzie jeszcze w końcu XIX w. znajdował się drewniany kościół. Pomnik stanowiła około dwumetrowej wysokości kolumna z granitu, w górnej części z osadzoną płaskorzeźbą orła. Data odsłonięcia została wyznaczona w całym kraju na 19 października, jednak ostatecznie ten termin przesunięto na 11 listopada 1930 r.4. Znajdujemy o nim taką oto wzmiankę w dokumentach archiwalnych Zarządu Gminnego z 1930 r. „Jest (…) plac przy szosie, gdzie stanął pomnik wolności i dokąd odbywają się pochody w dniach uroczystości narodowych”. Pomnik ten, podobnie jaki inne powstałe wówczas w okolicy, stał się centralnym miejscem wszelkich uroczystości, zarówno państwowych, jak i lokalnych. Od 1932 r. 11 listopada stał się dniem wolnym od nauki. Odtąd w obchodach na dobre zaczęła uczestniczyć młodzież szkolna. Co warte zauważenia, po śmierci Józefa Piłsudskiego w gminie Mierzęcice nie było ani jednego miejsca upamiętnionego jego imieniem. I to w sytuacji budowania jego swoistego kultu,

22

objawiającego się prawie powszechnym nazywaniem imieniem Marszałka w powiecie zawierciańskim szkół (Siewierz, Żarki), tablic (Włodowice, Kromołów), sierocińców ( Poręba Mrzygłodzka), ulic (Koziegłowy), pomników (Myszków). Kult Piłsudskiego miał ważne funkcje z punktu widzenia potrzeb i interesów państwa i rządzącego obozu, stał się oficjalną ideologią państwową, która nasiliła się po śmierci Marszałka w 1935 r. W 1938 r. Sejm uchwalił specjalną ustawę, która pod karą więzienia zakazywała szkalowania imienia Józefa Piłsudskiego5. Co jeszcze warto przypomnieć, dzień 11 listopada został ustanowiony – ustawą Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej – polskim świętem narodowym dopiero w 1937 r. Ustawa z 23 kwietnia tego roku głosiła, że „Dzień 11 listopada, jako rocznica odzyskania przez Naród Polski niepodległego bytu państwowego i jako dzień po wsze czasy związany z wielkim imieniem Józefa Piłsudskiego, zwycięskiego Wodza Narodu w walkach o wolność Ojczyzny – jest uroczystym Świętem Niepodległości” 6. W okresie międzywojennym cyklicznie organizowano tzw. „Święto Chwastów”. Najczęściej po nieszporach w kościołach parafialnych w popołudnie niedzielne następowała zbiórka nauczycielstwa, członków kółek rolniczych i kół gospodyń wiejskich z udziałem proboszcza. Po zagajeniu nauczyciela przed budynkiem szkoły formował się pochód wyposażony w „nożyki chwastowe”, który ruszał we wcześniej upatrzone miejsce, pełne zarastającego go ostu. Po wycięciu i złożeniu ostu na jedno miejsce, sparzało się go wrzątkiem i oddawało do spasienia inwentarzowi7. Mierzęcicki Pomnik Wolności i wiele podobnych w okolicy (Siewierz, Pińczyce, Choroń, Myszków, Rokitno Szlacheckie) postawionych w 1930 r. nie przetrwało tragicznej dla Polaków II wojny światowej, będąc zburzone przez Niemców w latach 1941-1942. W dobie Polski Ludowej triumfowała w sferze oficjalnej obrzędowość świecka. Jednym z jej dobitnych przykładów było masowe obchodzenie święta 1 Maja. W 1953 roku uczestniczyło w nim w trzech tylko gromadach (Mierzęcice, Przeczyce, Zendek) 2500 mieszkańców, tj. 800 młodzieży, 1000 kobiet i 700 mężczyzn. Wzięli oni udział w pochodzie i zabawie ludowej trwającej do godz. 238. W okresie drugiej wojny światowej, pod okupacją, jak i później, w PRL, oficjalne obchodzenie Święta Niepodległości było zakazane, a niezależne demonstracje patriotyczne tłumiono siłą. Warto też przypomnieć , że zamiast przedwojennego Święta Niepodległości obchodzono 22 lipca Święto Odrodzenia Polski. To zaś zostało ustanowione przez Krajową Radę Narodową w 1945 r. w I rocznicę podpisania Manifestu Polskiego Komitetu Narodowego. Święto Odrodzenia stało się ersatzem hucznie obchodzonych przed wojną rocznic Konstytucji 3 Maja i Święta Niepodległości. Najczęściej organizowano defiladę wojskową w obrębie garnizonu Mierzęcice, capstrzyk oraz festyn na stadionie oraz tarasie klubu garnizonowego. Na owe obchody zwożono autobusami delegacje z pobliskich wsi oraz zaprzyjaźnionych zakładów pracy (kop. „Jowisz” w Wojkowicach, FUM w Porębie, kop. „Gen. Zawadzki” w Dąbrowie Górniczej). Festyn organizowano także w Siewierzu na boisku LZS „Przemsza”. Przez kilka dziesięcioleci Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej fakt istnienia pomników postawionych w okresie II RP był skazany na zapomnienie, podobnie jak data odzyskania niepodległości. Kiedy już obchodzenie tej rocznicy nie było szykanowane, pamięć o pomnikach zaczęła się odradzać. Kilka lat temu na przybierają-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Historia roku w dniu Narodowego Święta Niepodległości przedstawiciele społeczność gminnej – po wcześniejszej mszy w kościele targoszyckim w intencji Ojczyzny – składają pod tym pomnikiem kwiaty.

Na czele pochodu pierwszomajowego w Mierzęcicach, 1985): drugi od lewej – dowódca J.W. 1901 ppłk M. Sosnowski, I sekr. KG PZPR Marian Krawczyk, Przewodniczący Gminnej Rady Narodowej Dionizy Misiak, Naczelnik Gminy Franciszek Jakóbczyk. Fot. W. Seweryn

cej fali zainteresowania przeszłością tej ziemi, z inicjatywy m.in. Społecznego Komitetu Wydania Monografii Gminy Mierzęcice, miejscowa Rada Gminy podjęła uchwałę o jego odbudowie. Po odtworzeniu w 2009 r. przedwojennego obelisku Wolności poświęconego obrońcom Ojczyzny i upamiętniającego X rocznicę odzyskania niepodległości stał się corocznym obyczajem apel pod nim

w dniu Narodowego Święta Niepodległości (11 listopada). Przebiega on w miejscu ustawienia zrekonstruowanego postumentu, tj. przed Gminnym Ośrodkiem Kultury w Mierzęcicach. Na pomniku wmurowano tablicę okolicznościową z inskrypcją w brzmieniu historycznym: „W dziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości Rzeczypospolitej, że pamiętamy, ku pokrzepieniu serc i ducha obecnym i potomnym”. Co

1 A. Czubiński, Spory o Drugą Rzeczpospolitą. Ewolucja poglądów publicystyki i historiografii polskiej na temat przyczyn odbudowy i znaczenia niepodległego państwa dla narodu polskiego, Poznań 1983, s. 78. 2 APK, 888 Akta gminy Mierzęcice, O instytucjach społecznych, handlu… przemyśle 1929, sygn. 106, k. 27, 33. 3 P. Osęka, Każecie, to idziemy, „Polityka” 2008, nr 18, s. 88-91; APK, 888 Akta gminy Mierzęcice, Sprawy społeczne [Fundusz Pomocy Bezrobotnym] 1933-1934, sygn. 107, k. 15-18, 51. 4 APK, 890 Akta gminy Siewierz, Odezwa Komitetu Dziesięciolecia Zwycięskiego Odparcia Najazdu Rosji Sowieckiej z dnia 26 lipca 1920 r. sygn. 1217; E. Sołtysik, Siewierz w latach walki o niepodległość 1914–1921, Siewierz 2008, s. 147. 5 APK, 882 Powiatowy Związek Samorządowy-Wydział Powiatowy w Zawierciu, Różne [Subwencje dla Komitetu Młodzieży Akademickiej…] [1938], sygn. 49, k. 20; H. Hein-Kirchner, Kult Piłsudskiego i jego znaczenie dla państwa polskiego, Warszawa 2009. 6 Ustawa z dnia 23 kwietnia 1937 r. o Święcie Niepodległości. (Dz. U. R. P. z 1937 r. nr 33, poz. 255). 7 APK, 772 Powiatowy Związek Samorządowy Powiatu Będzińskiego, [Korespondencja w sprawie walki ze szkodnikami roślin uprawnych –„Święto Chwastów”] [1930-1932], sygn. 1888, k.2. 8 APK, 945 Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Zawierciu, Protokoły z sesji terenowych rad narodowych i posiedzeń prezydium 1952–1954, sygn. 1/70, k. 484.

Obchody roku 2012. Wójt gminy Mierzęcice Grzegorz Podlejski i dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury Ewa Kuczera. Fot. P. Bogacz

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

23


15-lecie samorządu

15 lat samorządu powiatowego Dokładnie 5 czerwca 1998 r. rozpoczął się proces wdrażania drugiego etapu reformy samorządowej, kiedy to Sejm RP przyjął pakiet kilku ustaw samorządowych w tym ustawę o samorządzie powiatowym oraz ustawę o samorządzie województwa. Na tej podstawie roku utworzono 314 powiatów ziemskich i 65 miast na prawach powiatów oraz 16 dużych województw, w tym województwo śląskie, w którego skład weszło 36 powiatów z czego 17 powiatów ziemskich i 19 powiatów grodzkich

Marek Barański Powiat ziemski jest pośrednią jednostką samorządu terytorialnego składającą się z kilku lub kilkunastu sąsiadujących ze sobą gmin posiadających własne odrębne organy usytuowane w stolicy, którą jest miasto. Historycznie rzecz biorąc powiaty były jednostkami terytorialnymi państwa opierającymi się na ustroju sądowo-ziemskim, którego podstawą była ziemia składająca się z 2-3 powiatów sądowych. Ziemie najprawdopodobniej powstały w wyniku podziału dystryktów ist- Będzin będący stolicą powiatu, Bobrowniki, Czeladź, Mierzęcice, Sieniejących na ziemiach polskich w XIII wieku. Dla każdej z ziem usta- wierz, Psary, Wojkowice oraz Sławków (od 1 stycznia 2002 r.). Struknowiono delegowany sąd książęcy, złożony z sędziego i podsędków turę powiatu zawierciańskiego tworzą: Zawiercie (stolica powiatu), oraz lokalnych urzędników. Sądy ziemskie nie miały stałych siedzib, Irządze, Kroczyce, Łazy, Ogrodzieniec, Pilica, Poręba, Szczekociny, więc dokonywały objazdów całego terytorium, zatrzymując się na pe- Włodowice, Żarnowiec. wien czas w ważniejszych ośrodkach. Okolice tych ośrodków, przePowiat zgodnie z ustawą realizuje zadania publiczne o charakważnie miejskich, wraz z mieszkańcami podległymi jurysdykcji są- terze ponadgminnym, które mają charakter uzupełniający i wyrówdów ziemskich utworzyły powiaty. Termin „powiat” wywodzi się od nawczy w stosunku do gminy. Przedmiot działań samorządu powia„dnia wietnego”, czyli „wiecu”, zgromadzenia sądowego o z góry wy- towego określony w ustawie w zasadzie nie uległ zmianom. Powiat znaczonym terminie. Ważną instytucją konstytuującą w latach następ- wykonuje określone ustawami zadania, które można pogrupować nych powiat stanowił rządca (łac. procuratores), zarządzający mająt- w następujące kategorie: kiem w imieniu władcy bądź właściciela miasta od połowy XV wieku 1) ponadpodstawowa infrastruktura społeczna (prowadzenie szpinazywany starostą. Starostowie posiadali rozległą władzę administra- tali, domów opieki społecznej), 2) ponadpodstawowa infrastruktura techniczna (drogi publiczne cyjną i sądową w zakresie przestępstw zagrażających spokojowi publicznemu. Do starosty należała również piecza nad wykonywaniem o znaczeniu ponadgminnym), wyroków sądowych oraz ogólny nadzór nad aparatem skarbowym. 3) porządek publiczny i bezpieczeństwo obywateli w wymiarze Siedzibą starosty była początkowo stolica ziemi. ponadgminnym (ochrona przeciwpowodziowa, nadzór budowlany), Powiaty lub ich niemieckie (kreis) i rosyjskie (ujezd) odpowiedni4) ochrona środowiska i zagospodarowanie przestrzenne w wyki przetrwały okres zaborów. W okresie II Rzeczypospolitej stanowi- miarze ponadgminnym (gospodarka nieruchomościami), ły ważny segment administracji samorządowej, by po II wojnie świa5) działalność organizatorska zmierzająca do rozwiązywania lotowej zostać włączone do systemu rad narodowych. Funkcjonowały kalnych problemów, w tym przeciwdziałanie bezrobociu, wspieranie do 1975 roku, kiedy zostały rozwiązane, a ich miejsce częściowo za- osób niepełnosprawnych, ochrona spraw konsumenta. stąpiła rządowa administracja rejonowa. Kategoria powiatu grodzMieszkańcy powiatu tworzący wspólnotę samorządową podejmują kiego została wprowadzona do XIX-wiecznej kameralistyki (dzisiaj rozstrzygnięcia w głosowaniu powszechnym w drodze wyborów i reprawa administracyjnego). Oznacza przypisanie niektórym miastom ferendum powiatowym oraz za pośrednictwem organów. W powiecie obok zadań i kompetencji gminy (miasta) zadań i kompetencji po- istnieją dwa organy: rada powiatu i zarząd powiatu. W skład rady powiatu wchodzą radni w liczbie 15 w powiatach liwiatu bez dublowania struktury władzy i administracji samorządowej. Podział na powiaty samorządowe przywróciła reforma admini- czących do 40 000 mieszkańców oraz po 2 radnych na każde kolejne rozpoczęte 20 000 mieszkańców, ale nie więcej niż 29 radnych. Kastracyjna, która weszła w życie 1 stycznia 1999. W obrębie wąsko pojmowanego Zagłębia Dąbrowskiego utworzo- dencja rady trwa 4 lata, licząc od dnia wyborów. no powiaty: będziński i zawierciański; Dąbrowie Górniczej, JaworzOrganem wykonawczym powiatu jest zarząd powiatu w liczbie nu i Sosnowcowi nadano status miast na prawach powiatu (potocz- od 3 do 5 osób, ze starostą na czele wybierany przez radę powiatu. nie – powiatów grodzkich). W skład powiatu będzińskiego wchodzi

24

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


15-lecie samorządu

Z liderami powiatu zawierciańskiego i będzińskiego rozmawia Michał Kubara Rozmowa z Rafałem Krupą, Starostą Zawierciańskim Panie Starosto, powstanie powiatowego szczebla od początku reform samorządowych budziło najwięcej emocji. Przeciwnicy powiatu kwestionowali zasadność tworzenia tego szczebla przekonując, że w warunkach państwa polskiego wystarczy dwuszczeblowy podział administracyjny. Czy doświadczenia samorządu powiatowego potwierdzają słuszność decyzji o jego powołaniu? U  niektórych utworzenie powiatów budzi te emocje do dzisiaj. Pamiętajmy jednak, że bliskość administracji ze sprawami lokalnymi jest w wielu sytuacjach niezbędna, stąd decyzja o  pewnego rodzaju decentralizacji władzy na rzecz utworzenia powia-

tów wydaje się być słuszna. Częstokroć powiaty otrzymały wiele zadań, które poniekąd odciążyły również zadania własne gmin. Choć środki kierowane z budżetu centralnego na realizację zadań powiatowych są zdecydowanie za małe co w stosunkudo ich potrzeb i wydatków. Jednakże to powiatowym samorządowcom i Staroście przychodzi się zmierzyć z tym problemem przy konstruowaniu i realizacji budżetu. Bardzo ważną rolą, co pokazały ostatnie lata, jest współpraca oraz koordynacja służb zespolonych. Bezpieczeństwo mieszkańców powiatu jest sprawą priorytetową. W ostatnich latach kilkukrotnie musieliśmy zmierzyć się z sytuacjami kryzysowymi, w których pokazaliśmy sprawne i błyskawiczne działanie. Było to zwłaszcza widoczne podczas katastrofy kolejowej w Chałupkach k. Szczekocin, a także podczas klęsk żywiołowych, które nawiedziły w okresie wiosen-

Rafał Krupa, ur. 1977. Absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, samorządowiec, finansista. Od 2006 roku radny Rady Powiatu Zawierciańskiego, wiceprzewodniczący Komisji Budżetu i Infrastruktury Technicznej Rady Powiatu Zawierciańskiego, Członek Komisji Promocji, Rozwoju i Integracji Europejskiej Rady Powiatu Zawierciańskiego, Członek Komisji ds. Instytucji Pozarządowych. Od 2010 roku starosta zawierciański, Prezes Zarządu Oddziału Powiatowego Związku OSP RP w Zawierciu.

no-letnim Powiat Zawierciański. Koordynacja pracy tych służb w rękach Starosty usprawniła zarządzanie kryzysowe na terenie powiatu. Powiaty w Polsce w sposób oczywisty różnią między sobą. Na czym polega specyfika powiatu zawierciańskiego? Jakie są jego atuty, a jakie jego słabe strony? Największym atutem powiatu zawierciańskiego jest jego położenie. W niedużej odległości znajduje się Aglomeracja Śląska, Częstochowa czy Kraków. Przebiega tędy Centralna Magistrala Kolejowa co zapewnia bardzo dobre połączenie ze stolicą kraju. Zwy-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

25


15-lecie samorządu kło się mówić, że Zawiercie to jeden przystanek do Warszawy. W  ostatnich latach widać wyraźny postęp w zakresie rozwoju turystyki. Stale wzrasta liczba miejsc noclegowych, gospodarstw agroturystycznych, ale i atrakcji przygotowywanych dla turystów odwiedzających Jurę Krakowsko-Częstochowską. Zresztą pod egidą powiatu znajduje się bardzo duża ilość miejsc do aktywnego spędzania czasu, na czele z  zabytkowymi zamkami, warowniami, pałacami czy skałkami. Tędy przebiega wiele ważnych szlaków rowerowych i turystycznych. Atrakcje czekają także na miłośników rajdów off-roadowych. Również w  zbliżającym się okresie zimowym, dzięki ukształtowaniu terenu, na nudę narzekać nie będą mogli miłośnicy narciarstwa. W  tym roku otworzyliśmy terenowy punkt paszportowy w Zawierciu, dzięki czemu mieszkańcy mogą odebrać paszport u  siebie w  stolicy powiatu, zamiast – tak jak dotychczas – w Katowicach czy Częstochowie. Jest to wspólny sukces nie tylko starosty i lokalnych samorządowców, ale także zasługa ze strony polityków regionalnych, wywodzących się z tego terenu i pamiętających o swoich korzeniach. Jakie zadania powiatu są najtrudniejsze

w realizacji? Najczęściej do największych problemów powiatu należy lecznictwo zamknięte – czy w dalszym ciągu jest to aktualny problem władz powiatowych? Z  tym zjawiskiem spotykamy się również w  naszym powiecie i  potwierdzam, że ciągle jest to aktualny problem władz powiatowych. Jednak w ciągu ostatnich lat udało nam się wprowadzić działania naprawcze, które przynoszą określone skutki i  sytuacja Szpitala Powiatowego w  Zawierciu ulega poprawie zarówno finansowej, jak i  infrastrukturalnej. Przede wszystkim udało nam się powstrzymać wzrost zadłużenia. Nie zmienia to jednak faktu, że jest ono wciąż bardzo wysokie i  bez pomocy Państwa będzie ciężko pokonać wiele trudności z  jakimi przychodzić nam się spotykać na co dzień. Od kilku lat jesteśmy świadkami przenoszenia na samorządy zadań administracji rządowej bez należnych środków finansowych, co niewątpliwie pogarsza sytuację finansową powiatów. Jak wygląda ta kwestia w Pana powiecie? Najgorzej sytuacja wygląda w  przypadku modernizacji dróg, gdyż środki często nie starczają na remonty i budowę najpotrzebniejszych odcinków infrastruktury drogowej. Również w  przypadku nakładów na rozwój

Od lewej: prezydent Zawiercia Ryszard Mach, przewodniczący Rady Powiatu Adam Rozlach, starosta zawierciański Rafał Krupa, Członek Zarządu Województwa Śląskiego Stanisław Dąbrowa. Fot. arch.

oświaty, zadań geodezyjnych czy aktywnych form zwalczania bezrobocia samorząd powiatowy zmuszony jest do przeznaczenia dość znaczącej części swojego budżetu. Jakie są największe osiągnięcia władz samorządowych powiatu? Dużym sukcesem, a dla wielu zaskoczeniem, było opanowanie w bieżącej kadencji tragicznej sytuacji w Szpitalu Powiatowym w Zawierciu. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że udało się nam nie tylko uratować tę placówkę z ponad 400 miejscami pracy, ale także stworzyć pozytywny klimat wokół tej powiatowej lecznicy i zapewnić bezpieczeństwo zdrowotne dla ponad 120 tys. mieszkańców powiatu i  blisko 180 tys. osób z terenów, których szpital obejmuje swoim zasięgiem. Sukcesem była również likwidacja bomby ekologicznej, jednej z największych w Polsce, która mieściła się na terenach byłych zakładów „Izolacja” w  Ogrodzieńcu. Na realizację tego zadania pozyskano środki w  wysokości 35 mln zł. Kolejnym priorytetowym zadaniem jest trwające scalanie gruntów. Proces ten zapoczątkował jeszcze mój poprzednik starosta Ryszard Mach, obecny prezydent Zawiercia. Scalanie prowadzone jest w  obrębie Niegowonic, Niegowoniczek, Grabowej, Chruszczobrodu, Chruszczobrodu Piaski, Wiesiółki, Sławniowa oraz Wierzbicy. Również w  przypadku tej inwestycji koszty przekroczą 30 mln zł, a jej zakończenie planujemy w roku 2015. Ważnym zadaniem realizowanym w bieżącej kadencji była kompleksowa termomodernizacja szkół i placówek oświatowych podlegających powiatowi zawierciańskiemu. Czego życzą sobie samorządowcy na przyszłość? Przede wszystkim stabilizacji legislacyjnej, wywiązywania się rządzących ze składanych samorządowcom obietnic, a w szczególności spokoju i jak najmniej politycznych sporów, które nikomu nie służą. Pamiętajmy, że to my służymy mieszkańcom.

26

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


15-lecie samorządu Rozmowa z Krzysztofem Malczewskim, Starostą Będzińskim W przyszłym roku mija piętnaście lat od utworzenia powiatów. Wprowadzenie tego szczebla podziału administracyjnego budziło kontrowersje. Czy według Pana powiaty spełniają swą rolę? Rzeczywiście, piętnaście lat to dobry czas, by poczynić pewne podsumowania. Z całą pewnością możemy dziś powiedzieć, że utworzenie powiatów nie było pomysłem chybionym. Wśród zadań, które realizuje samorząd jest wiele takich, które mają charakter ponadgminny, ale nie regionalny. I to jest właśnie przestrzeń dla samorządu powiatowego. Trudno wyobrazić sobie na przykład przeniesienie zadań z  zakresu geodezji na poziom gminy. Oznaczałoby to ni mniej ni więcej, tylko koniecz-

ność zatrudnienia w  każdym urzędzie gminy sztabu urzędników, czy zakupu specjalistycznego wyposażenia, oprogramowania. To byłoby zmultiplikowanie kosztów. Z  drugiej strony, przeniesienie tych zadań na szczebel województw, ze względu na liczbę, czy charakter tych spraw, byłoby pod względem logistycznym niemożliwe do zrealizowania. Podobnie rzecz się ma z  edukacją na poziomie średnim, komunikacją, gospodarowaniem mieniem Skarbu Państwa i wieloma innymi zadaniami. Wszystkie problemy, z jakimi borykają się samorządy powiatowe, wynikają z mechanizmów ich finansowania. Istnieje obecnie podział na powiaty grodzkie (czyli duże miasta) i powiaty ziemskie (w skład których wchodzą mniejsze gminy). Te ostatnie, do których zalicza się powiat będziński, są niestety w znacznie gorszej sytuacji finansowej. Duże miasta łączą w  sobie funkcje dwóch szczebli podziału terytorialnego, przez co łatwiej im udźwignąć koszty re-

alizacji swoich zadań. Samych powiatów ziemskich w  naszym województwie mamy osiemnaście. Dzisiaj rzeczywistość wygląda tak, że spoczywa na nich odpowiedzialność za bardzo ważne sfery życia mieszkańców, w tym służbę zdrowia o zasięgu ponadgminnym. A  przykłady moż-

Krzysztof Malczewski, ur. 1957, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, samorządowiec, w latach 1994-1998 sekretarz Miasta Czeladź, następnie zastępca burmistrza Miasta Czeladź i radny Rady Miejskiej w Czeladzi; w kadencji 2002-2006 radny Rady Powiatu Będzińskiego i etatowy członek zarządu powiatu; w latach 2006-2010 radny Rady Powiatu Będzińskiego i dyrektor ZBK w Czeladzi; od 2010 roku starosta będziński.

na mnożyć. Szpitale powiatowe dziś znajdują się w tragicznej sytuacji finansowej, której źródłem jest wieloletnie niedoszacowanie kontraktów przez NFZ. My nie mieliśmy tu pola manewru – mogliśmy albo leczyć naszych mieszkańców zgodnie z ich potrzebami, albo zamykać kolejne oddziały i drastycznie ograniczać dostęp do fachowej opieki medycznej. W  tym roku opracowany i  przyjęty został program poprawy sytuacji ekonomicznej Powiatowego Zespołu Zakładów Opieki Zdrowot-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

27


15-lecie samorządu nej, który, konsekwentnie realizowany, daje pierwszą w  historii powiatu, realną szansę na wyjście szpitala na prostą w perspektywie kilku lat. Podsumowując więc powiedziałbym tak: powiaty ziemskie są bardzo potrzebne, bo realizują wiele ważnych zadań o charakterze ponadgminnym, które nie mogą być efektywnie wykonywane ani przez gminy, ani przez szczebel wojewódzki. Należy je jednak wyposażyć w lepsze instrumenty prawne, a przede wszystkim – za zadaniami powinny iść środki na ich realizację. Pozostańmy jeszcze przy służbie zdrowia. O sytuacji szpitali w Będzinie i Czeladzi rozmawialiśmy rok temu. Jakie konkretne działania zostały od tego czasu podjęte? W  tym roku wykonaliśmy ogromną pracę. Decyzją Zarządu i  Rady Powiatu postanowiliśmy zachować szpital w Będzinie i Czeladzi w dotychczasowej formie prawnej. Pozostają one więc publicznymi jednostkami ochrony zdrowia. Nie ma mowy o prywatyzacji czy likwidacji. Poza przyjęciem programu poprawy sytuacji ekonomicznej PZZOZ, na bieżąco i  bardzo szczegółowo analizujemy całą sytuację powiatowej służby zdrowia. Monitoring realizacji programu pozwoli nam odpowiednio i szybko reagować. Dokonaliśmy reorganizacji struktury szpitali. Do Będzina z  Czeladzi przeniesiony został oddział chirurgii, z  kolei do Czeladzi trafił oddział opieki paliatywnej. Wykonaliśmy pierwsze remonty, intensywnie poszukujemy środków w  ramach rozmaitych programów. Powtórzę raz jeszcze – powiat nie chce zarabiać na szpitalach, bo nikt nie powinien zarabiać na publicznej służbie zdrowia. Naszym celem jest poprawa komfortu leczenia pacjentów i  dostępności usług medycznych.

i nadal przeżywają ciężki okres. Nie ma się co oszukiwać – bez zmian w  strukturze sieci szkół koszty ich funkcjonowania rozłożyłyby samorządy na łopatki. Cała sztuka polegała na tym, by reorganizację przeprowadzić w sposób jak najmniej bolesny dla pracowników i uczniów. My postanowiliśmy wykorzystać racjonalizację sieci powiatowych szkół jako punkt wyjścia do stworzenia nowej jakości. Wzmocniliśmy kształcenie zawodowe. Powstało wiele nowych kierunków, dostosowanych do potrzeb lokalnego i regionalnego rynku pracy. Jednocześnie cały czas tłumaczyliśmy rodzicom i uczniom, po co są te zmiany. Trzeba rozmawiać – to podstawowy warunek społecznego zrozumienia kierunków zmian. Mijający rok jest pierwszym pełnym rokiem kalendarzowym funkcjonowania nowej sieci. Widzimy wyraźnie, że był to krok w  dobrym kierunku. Nasze szkoły dobrze radzą sobie w konkurencyjnym otoczeniu. Cały czas rozszerzamy naszą ofertę edukacyjną.

Podsumowując i wybiegając nieco w przyszłość – jakie życzenia mają samorządowcy na nadchodzący rok? Co powinno się zmienić w funkcjonowaniu powiatów? Zasada jest prosta – wystarczy tylko dotrzymywać danych obietnic. Jeśli jesteśmy obciążani nowymi zadaniami i  obiecuje się nam, że pójdą za nimi środki na ich realizację, to rzeczywiście powinno tak być. Sami przecież, na szczeblu samorządowym potrafimy pięknie ze sobą współpracować. Widać to chociażby po wielu inwestycjach, jakie są możliwe dzięki łączeniu środków gmin i  powiatu. Mam na myśli chociażby remonty drogowe. Doskonałym przykładem z innej dziedziny jest chociażby koncepcja Zagłębiowskiego Parku Linearnego – wspólnego projektu zagłębiowskich samorządów, którego A jaki był mijający rok dla powiatowej celem jest opracowanie dokumentaoświaty? Wszyscy pamiętamy protesty cji na rewitalizację doliny Przemszy w kraju w 2012 roku w związku z koniecz- i Brynicy. I życzyłbym sobie, by tanością zamykania szkół z powodu demo- kich właśnie, wspólnych przedsięwzięć było jak najwięcej. graficznego niżu… Niż demograficzny spowodował, że szkoły ponadgimnazjalne przeżywały

28

Rozmowa z Emilem Bystrowskim, Przewodniczącym Rady Powiatu Będzińskiego Panie Przewodniczący, z samorządem szczebla powiatowego związany jest Pan od piętnastu lat, czyli od samego początku. No właśnie, jakie były te początki? To prawda, jestem jednym z dwóch radnych, którzy zasiadają w Radzie Powiatu Będzińskiego nieprzerwanie od piętnastu lat. Miałem dzięki temu możliwość obserwowania z perspektywy organu stanowiącego, jak zmienia się powiatowy samorząd. Widać wyraźnie, że przez te wszystkie lata ukształtowała się rola powiatu jako podmiotu nie tylko wykonującego zadania ponadgminne, ale także w szczególny sposób

Emil Bystrowski, ur. 1954, absolwent Wydziału Techniki i Energetyki Akademii Rolniczej w Krakowie; samorządowiec, menadżer, dyrektor PTHU Interpromex, radny Rady Powiatu Będzińskiego nieprzerwanie od 1999 r. Przewodniczący Rady Powiatu Będzińskiego w kadencji 2006 – 2010 i 2010-2014, członek-założyciel i wieloletni prezes Towarzystwa Przyjaciół Grodźca, wiceprezes Komitetu Rozwoju Zagłębia, prezes MKS Banimex Będzin (I liga piłki siatkowej).

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


15-lecie samorządu Plastyka integrującego gminy i miasta wchodzące w jego skład. Początki były trudne, bo przecież powiaty w znaczeniu wprowadzonym reformą z 1998 roku były jakąś nowością. Wiele razy dyskutowaliśmy w gronie radnych na przykład nad zapisanym w ustawach podziałem zadań pomiędzy poszczególne szczeble samorządu. Od początku dużym problemem było też finansowanie powiatów. Niestety, wraz z upływem czasu i przyrastaniem kolejnych zadań, kwestia ta nabierała jeszcze większego znaczenia. Konsekwencje braku systemowych, a co najważniejsze, skutecznych rozwiązań w tej materii widać dziś bardzo wyraźnie. Jeśli spojrzeć na powiat z perspektywy mieszkańca, to na jakie aspekty funkcjonowania samorządu tego szczebla zwróciłby Pan szczególną uwagę? To trudne pytanie, bo zadania powiatów są dziś bardzo rozbudowane. Wolałbym raczej powiedzieć, co dla mnie, jako reprezentanta tych mieszkańców jest szczególnie ważne. Ogromnie cieszę się z tego, że od pewnego czasu dużego znaczenia nabiera współpraca pomiędzy samorządami gmin a naszym powiatem. Mieszkańcy mogą to odczuć i to bardzo konkretnie. Dzięki takiemu współdziałaniu od kilku już lat z powodzeniem realizujemy na przykład inwestycje drogowe. Przeciętnego mieszkańca nie musi interesować, czy dana droga jest gminna, powiatowa czy wojewódzka. I bardzo słusznie, bo to, żeby była ona zadbana i wyremontowana to nie mieszkańców,

a nasze – samorządowców i urzędników, zmartwienie. Kolejny już rok realizujemy wielomilionowe inwestycje drogowe, łącząc na zasadzie porozumienia środki powiatowe i gminne, a także wspólnie walcząc o dotacje ze źródeł zewnętrznych. Najświeższym przykładem może być remont ulicy Wolności w Będzinie, a w zasadzie zakończenie kolejnego już etapu tej inwestycji. Samodzielnie też, skutecznie, walczymy o środki zewnętrzne na przykład na termomodernizacje czy inne inwestycje w powiatową infrastrukturę. Wśród wielu ważnych i trudnych zadań, jakie wykonuje administracja szczebla powiatowego, wskazałbym oczywiście na służbę zdrowia, czyli szpitale powiatowe i oświatę – szkoły ponadgimnazjalne. Nie znaczy to, że wszystkie pozostałe zadania są mało ważne, ale te dwie sfery przyciągały zdecydowanie największą uwagę. Chciałbym skupić się na innej, dla mnie osobiście również istotnej roli powiatu. Chodzi mi tutaj o jego rolę kulturotwórczą, a także wspierającą i integrującą lokalne społeczności wokół wspólnych wartości. Nie bez powodu jakiś czas temu zaproponowaliśmy, by powiat będziński – Ziemię Będzińską – nazywać „Sercem Zagłębia”. Konsekwentnie budujemy nasz wizerunek wokół tego, co składa się na tę „zagłębiowskość”. Jednym z elementów, który wspaniale się w to wpisuje, są działania zmierzające do ożywienia Wzgórza Św. Doroty, miej-

sca o szczególnym znaczeniu nie tylko dla mieszkańców Będzina czy powiatu. Trzeba przy tym pamiętać, że nie zrobi się tego z dnia na dzień. Tu ważna jest konsekwencja i ciągłość. Wspólnotę tworzy też tożsamość miejsc. I tu również ważną rolę do odegrania mają powiaty. Staramy się wykorzystywać każdą szansę, by promować walory turystyczne i przyrodnicze Ziemi Będzińskiej, traktując to jako istotne zadanie ponadgminne. A przecież mamy się czym pochwalić, bo nasze lasy, zbiorniki wodne są coraz częściej obierane za cel jednodniowych, czy weekendowych wycieczek. Czego wypada więc życzyć powiatom na kolejne lata ich funkcjonowania? Obserwując od początku rozwój samorządu powiatowego, trudno mi się silić na zbytnią oryginalność w tej materii. Każdy, kto ma możliwość zetknąć się zawodowo czy społecznie z powiatową rzeczywistością, zwróci w pierwszej kolejności uwagę na konieczność zmiany sposobu finansowania zadań samorządów. Nie może być tak, że powiaty mają do wykonania coraz więcej zadań, a nie idą za tym na ich realizację adekwatne środki. I takiej właśnie, potrzebnej zmiany perspektywy patrzenia chciałbym życzyć wszystkim, którzy mają wpływ na podział środków z budżetu państwa. Z resztą problemów powiaty poradzą sobie z pewnością doskonale.

Optima S.A. – finanse dla domu – zatrudni PRZEDSTAWICIELI w  miejscowościach: Sosnowiec, Chorzów, Katowice i  okolice. Atrakcyjna prowizja, praca dodatkowa, również dla emerytów!

Tel. 58-554-80-80 lub 801-800-200 . nr 6(30) listopad–grudzień 2013

29


Plastyka

Maciej Nowacki

– ur. w Sosnowcu, studiował na Wydziale Grafiki katowickiej filii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie 1987–1992. Dyplom główny w Pracowni Projektowania Graficznego prof. Zbigniewa Pieczykolana, Dyplom dodatkowy w Pracowni Malarstwa i Rysunku prof. Andrzeja S. Kowalskiego. Studia Podyplomowe w Wyższej Szkole Technologii Informatycznych w Katowicach, na kierunku Komputerowa Grafika Wydawnicza i Reklamowa 2008–2009. Pedagogiczne Studia Podyplomowe, Wyższa Szkoła Biznesu w Dąbrowie Górniczej 2009–2011. Oprócz technik klasycznych tworzy również grafikę komputerową. Obecnie prowadzi pracownię plastyczną w Warsztatach Terapii Zajęciowej przy OM TPD w Sosnowcu.

„SEBA i JA". 8 listopada w sosnowieckiej galerii „Ładniej” odbył się wspólny wernisaż Macieja Nowackiego oraz jego podopiecznego, Sebastiana Łykowskiego – uczestnika Warsztatów Terapii Zajęciowej przy TPD w Sosnowcu. Poniżej praca Sebastiana.


Plastyka 20 lat Związku Zagłębiowskiego

20 lat Związku Zagłębiowskiego Panel dyskusyjny z przewodniczącymi Stowarzyszenia: Andrzejem Abramskim, Kazimierzem Nowakowskim, Zygmuntem Machnikiem i Markiem Barańskim

Jaka była geneza Związku Zagłębiowskiego? Co skło- Wreszcie, nie ukrywajmy, również naciski Śląska na ten reniło założycieli Związku do utworzenia tego stowa- gion zdeterminowały nasze posunięcia. Dodajmy do tego, że rzyszenia? Śląsk zawsze był i jest dobrze zorganizowany i wykazywał pewne tendencje ekspansjonistyczne. Wyjąwszy okres powojenny, Andrzej Abramski: Bezpośrednim impulsem były przekształ- był zawsze silniejszym regionem, a w tamtym czasie posiadał cenia ustrojowe. Rola lokalnych społeczności w nowym ustro- większe wsparcie niż Zagłębie. Związek był zatem odpowiedzią na tamtą ekspansję. Zygmunt Machnik: Stałem się członkiem Związku, a później prezesem w roku 1997. Kiedy zakończyłem piastowanie

Dr Andrzej Jacek Abramski, pierwszy Przewodniczący Zarządu Krajowego Związku Zagłębiowskiego od 3 sierpnia 1994 roku, pochodzi z rodziny przez kilkaset lat osiadłej w Dąbrowie Górniczej i jej okolicach. Wiele lat mieszkał w Będzinie i jest absolwentem II LO im. H. Sawickiej (obecnie im. S. Wyspiańskiego) w Będzinie. Jest prawnikiem, nauczycielem akademickim i menedżerem. Był rektorem i dwukrotnie dziekanem w szkołach wyższych. Napisał kilkadziesiąt artykułów. Między innymi jest współautorem monografii: Sądy kapturowe (1572-1764) oraz Justycjariusze, hutmani, policjanci: z dziejów służb ochrony porządku w Polsce. Fot. D. Kindler

Zygmunt Machnik, trzeci w kolejności Przewodniczący Związku Zagłębiowskiego. Absolwent Technikum Energetycznego w Sosnowcu i Wydziału Górniczego Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Polityk, przedsiębiorca, poseł na Sejm III kadencji. Pracował na kierowniczych stanowiskach w różnych przedsiębiorstwach oraz zasiadał na stanowiskach samorządowych. W latach 1994–1995 był burmistrzem Czeladzi, w latach 1995– 1997 zasiadał na stanowisku wicewojewody katowickiego, następnie w latach 1997–2001 sprawował mandat posła III kadencji z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Zajmował kierownicze stanowiska w Centrum Informatyki Sp. z o.o w Tychach, w Zakładach Azotowych w Chorzowie, w Przedsiębiorstwie Produkcji Pomocniczej i Montaży Budownictwa Rolniczego, w Regionalnym Związku Pracodawców, w Zarządzie Okręgowym Katowice Polskiego Czerwonego Krzyża oraz jako wiceprezes w Zarządzie Okręgowym Katowice Stowarzyszenia Polska Wschód. Pracował także jako starszy specjalista w Zakładzie Nauk Zarządzania Polskiej Akademii Nauk oraz specjalista w Zakładzie Badań Ekonomicznych „Metekon” ZGHMN. Fot. D. Kindler

ju wymagała pewnych posunięć organizacyjnych. Warto również wspomnieć, że wraz ze zmianami ustrojowymi rozpoczęła się dezorganizacja ciężkiego przemysłu, który stanowił podstawę funkcjonowania przemysłu w Zagłębiu. Skutkowało to napięciami społecznymi. Stąd potrzeba powstania struktury organizacyjnej, która mogłaby, przynajmniej częściowo, polaryzować te nastroje społeczne. Ważne było przy tym zorganizowanie polityczne mieszkańców regionu, stanowiących zle- stanowiska wicewojewody, postanowiłem zająć się przedsiępek wielu grup etnicznych zamieszkujących Polskę i nie tylko. wzięciem subregionalnym, jakim był Związek Zagłębiowski.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

31


20 lat Związku Zagłębiowskiego głębiowskiego górnictwa węglowego. Do dziś została tutaj, jak wiemy, tylko jedna kopalnia, podczas, gdy kiedyś istniało całe zjednoczenie górnictwa węglowego, które w  różnych okresach skupiało do dwudziestu kopalń węgla kamiennego, z których pozostała jedynie KWK Kazimierz-Juliusz. Trzeba więc było znaleźć w to miejsce coś nowego, coś co dałoby ludziom pracę i jakąś wizję rozwoju. Rozpoczęliśmy więc pracę nad programem zróznoważonego rozwoju dla Zagłębia Dąbrowskiego, w czym i ja brałem udział. Początkowo program ten miał obejmować całe województwo, ale wskutek między innymi mojej różnicy zdań z ówczesnym wojewodą Markiem Kępskim nie doszło to do skutku, toteż powstał pomysł takiego programu dla Zagłębia. Początkowo program ten realizowaliśmy w nurcie działań ONZ-owskich i pod patronatem stałego ambasadora ONZ, lecz zrealizowaliśmy go tylko częściowo. Przejęły go gminy zagłębiowskie, które postanowiły realizować go już bez naszego udziału. Nasze kompetencje pisemnie przekazaliśmy prezydentowi Sosnowca. Program

Marek Barański absolwent Technikum Energetycznego w Sosnowcu i Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Aktywista wielu organizacji społecznych, członek Ordynackiej. Radny Sosnowca (1994–1998). Profesor Uniwersytetu Śląskiego. Autor ponad 100 artykułów, 7 monografii, redaktor 27 prac zbiorowych, w tym: Samorząd terytorialny. Zmiany instytuscjonzlne od demokracji przedstawicielskiej i bezpośredniej do partycypacyjnej oraz Zagłębie Dąbrowskie w poszukiwaniu tożsamości regionalnej. Organizator szkolnictwa wyższego w Zagłębiu Dąbrowskim, były rektor Wyższej Szkoły Zarządzania w Sosnowcu (obecnie „Humanitas”) oraz Wyższej Szkoły Panowania Strategicznego w Dąbrowie Górniczej. Fot. D. Kindler

Chciałbym powiedzieć, że przedmiot działalności Związku się zmieniał. Był wypadkową potrzeb, o czym mówił dr Abramski, a z drugiej strony pewnego rodzaju inwencją Prezesa i członków Zarządu. Tak jak pan sędzia wspomniał, do mojego biura poselskiego w  latach dziewięćdziesiątych przyjeżdżał nawet Jacek Majchrowski, będący wtedy wojewodą krakowskim. W tamtym okresie główna działaność Związku polegała na wspieraniu działań Jana Przemszy-Zielińskiego. Zieliński opisywał historię naszego regionu w swoich zeszytach i szeroko rozpowszechniał, także w zagłębiowskich szkołach, co stanowiło podstawę do edukacji regionalnej. Regionalizm jak gdyby wchodził w  nasz obieg społeczny w  tamtych latach, wraz z  próbą Kazimierz Nowakowski- drugi w kolejności Przewodniczący Zarządu Związku Zagłębiowskiego. Sosnowiczanin, abintegracji z  Unią Europejską. W  województwie spotkali- solwent IV LO im. Stanisława Staszica w Sosnowcu. Ukończył studia na Śląskiej Akademii Medycznej Katowicach. śmy się nawet z taką sytuacją, że gdybyśmy nie rozpoczę- Jest lekarzem–chirurgiem, pracował między innymi w Szpitalu Wojewódzkim w Tychach, w Szpitalu Kolejowym li zagłębiowskiej edukacji regionalnej, to do naszych szkół w Sosnowcu, Szpitalu nr 2 w Sosnowcu oraz w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 5 im. św. Barbary w Sosnowcu, gdzie pracuje do dziś. Fot. D. Kindler miały być już wprowadzane materiały górnośląskie. Naszym zamiarem, zamiarem zakładających Związek była został zrealizowany, ale muszę powiedzieć, że wskutek brapotrzeba zachowania własnej tożsamości. Później, nie- ku naszego udziału zrealizowano tylko elementy związastety, pożegnaliśmy kolegę Jana Zielińskiego, ale jego ze- ne z ochroną środowiska. Pominięto natomiast działania szyty pozostały i myślę, że są w użyciu do dzisiaj: w szko- związane z poprawą jakości życia mieszkańców. łach, bibliotekach i placówkach kulturalnych. Rozpoczął się etap rozwoju całego województwa, w tym Zagłębia, ale Marek Barański: Związałem się ze Stowarzyszeniem z drugiej strony, koniec lat 90. to był okres likwidacji za- w 2002 roku, a więc kilka lat po jego powstaniu, natomiast

32

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


20 lat Związku Zagłębiowskiego

Jubileuszowe spotkanie. Fot. D. Kindler

z  racji obowiązków zawodowych i  moich zainteresowań wiem co nieco o genezie tego typu regionalnych stowarzyszeń, które zaczęły powstawać po roku 1989. Wiąże się to z początkiem transformacji oraz z powstaniem gminnych samorządów. Samorządy zaś oznaczały pojawienie się nowych elit politycznych, kierujących jednostkami samorządowymi. Zaczęły się także bardzo dynamicznie rozwijać stowarzyszenia w śląskiej części ówczesnego województwa katowickiego. Wśród nich, bardzo prężnie działającym stowarzyszeniem był niewątpliwie Związek Górnośląski, który stworzył wokół liderów ówczesnego województwa: wojewody Wojciecha Czecha i Józefa Buszmana pewne otoczenie, aspirujące do tworzenia nowych lokalnych elit politycznych. Myślę, że to, co działo się w  tym względzie za Brynicą miało też wpływ na działania podejmowane w Zagłę biu, przede wszystkim w Sosnowcu. Wydaje się, że powstanie Związku Zagłębiowskiego można traktować jako pewną reakcję na integracyjne działania Ślązaków, którzy tworzyli swoje stowarzyszenia i kierowali ówczesnym województwem katowickim, a  później województwem śląskim. Natomiast, z całą uwagą, od początku obserwowałem wyniki wyborów samorządowych w Sosnowcu, w których startował także Związek Zagłębiowski. Niestety, Związek nie odniósł żadnych spektakularnych sukcesów w rodzaju otrzymania mandatu w  Radzie Miejskiej. Mimo to, trzeba podkreślić, że udział naszego stowarzyszenia w kampaniach wyborczych pozwolił zapoznać środowisko – nie tyl-

ko sosnowieckie – z działalnością Związku Zagłębiowskiego. Związek Zagłębiowski startował w  wyborach samorządowych w  latach 1994 i  1998. Z  czego wynikała owa decyzja startu w  wyborach? Kazimierz Nowakowski: Chcieliśmy zaistnieć na większym forum i będąc bardziej popularnymi ściągnąć większą ilość członków. Pragneliśmy obudzić w ludziach ich poczucie regionalnej tożsamości. Nie przedstawialiśmy się, jako typowa siła polityczna – byliśmy zawsze apolityczni i chcieliśmy zgodnej współpracy z naszymi sąsiadami, Ślązakami. Jakie oczekiwania mają Panowie wobec Związku Zagłębiowskiego? Jak Waszym zdaniem powinien wyglądać obecny i przyszły kształt Związku oraz charakter jego działalności? Andrzej Abramski: Przede wszystkim uważam za sukces fakt przetrwanie Związku Zagłębiowskiego przez ostatnie dwadzieścia lat, w czym duża zasługa pana posła Machnika oraz oczywiście, pana profesora Barańskiego, który kierował Związkiem Zagłębiowskim w jego ostatnich, najtrudniejszych okresach działalności. Jeśli chodzi o  negatywy i wynikające stąd pewne moje wskazówki na przyszłość, to widzę pewien brak określonego celu działalności Związku.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

33


20 lat Związku Zagłębiowskiego Każde przedsięwzięcie musi mieć tę ideę przewodnią, która musi gromadzić wokół niej całą grupę działaczy oraz będzie pewną wskazówką dla tych, którzy chcą do przedsięwzięcia przystąpić. Wydaje mi się, że powinno się wyraźnie wskazać na pewien regionalizm. Należy pokazać, że Zagłębie jest odrębną krainą geograficzną i historyczną, jako dawna Ziemia Będzińska, oraz w tej chwili również i polityczną. Dlatego warto byłoby wskazać, że jest to organizacja, która ma na celu odrodzenie kultury dawnej Ziemi Będzińskiej i późniejszego Zagłębia oraz utrzymanie odrębności tego regionu. Stworzenie i pokazanie owej odmienności Zagłębia jest dla mnie bardzo istotne. Proszę pamiętać, że na przykład Będzin stracił archiwum, które gromadzone było od XIV wieku i przetrwało wszelkie historyczne zawieruchy. Archiwa będzińskie, czyli w  zasadzie archiwa historii Zagłębia, znajdują się teraz w Katowicach, gdy tymczasem powinny zostać tam, gdzie znajduje się ich rodowód. W ten sposób Zagłębie traci swoją tożsamość. Drugą sprawą jest współpraca z organizacjami lokalnymi o zbliżonym profilu. Mam tu na myśli miejskie i  powiatowe towarzystwa regionalne, na przykład Towarzystwo Przyjaciół Powiatu Będzińskiego. Bardzo ciekawą inicjatywą jest Fundacja Brama Zuckermanna, która niezbyt należycie została dostrzeżona przez inne organizacje, w tym także Związek Zagłębiowski. Widziałbym Związek jako pewnego rodzaju stowarzyszenie, które organizuje mniejsze lokalne organizacje zagłębiowskie, bowiem obecnie jest tak, że wszystkie organizacje robią mniej więcej to samo, ale obok siebie i  niejako ze sobą kolidują. Wreszcie, dostrzegłbym też pewną potrzebę organizo-

wania także życia gospodarczego i społecznego. Zagłębie jest bowiem regionem źle zorganizowanym i  to na każdym szczeblu, co nie jest zresztą problemem dzisiejszym, lecz ma historyczny rodowód. Dlatego uważam, że istnieje potrzeba wpływania na organizację życia społecznego, infrastruktury, urbanistyki miast zagłębiowskich, w czym widziałbym rolę Związku Zagłębiowskiego. Zygmunt Machnik: Jeśli chodzi o  cel organizacji to jest on dobrze określony w statucie i tam właściwie nie ma co zmieniać: jest bardzo szeroki, a z drugiej strony, pozwala na pewne modyfikacje w czasie, jako że potrzeby zmieniają się w czasie. Wróciłbym jednak do tematu roli Zagłębia w województwie śląskim. Kiedy w Polsce ustalano obecny podział administracyjny, ja zasiadałem w komisji nadzwyczajnej Sejmu, która go kształtowała. Proponowałem wtedy województwo śląsko-małopolskie, niestety wybito mi to z głowy, bowiem, jak twierdzono, nazwa województwa nie może się składać z więcej, niż dwóch członów, a według niektórych uczonych w Sejmie już słowo „małopolskie” składa się z dwóch członów. Dowiedziałem się wtedy od kolegów ze Śląska, że obecna nazwa jest i tak lepsza, bo padała nawet propozycja województwa górnośląskiego. Wiadomo jednak, że około 800 tysięcy mieszkańców województwa uważa się za Ślązaków, podczas gdy całe nasze województwo liczy prawie 5 milionów mieszkańców. Czy zatem owa reszta nie ma nic do powiedzenia w sprawach naszego regionu?

Siedziba Związku Zagłębiowskiego

34

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Dyskusję moderował i spisał Michał Kubara


Felieton Świat nam ucieka OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) szacuje w swoim ostatnim raporcie, że w 2060 roku będziemy w gospodarce światowej na niższej pozycji niż dzisiaj. Obecnie, biorąc pod uwagę dochód krajowy brutto na mieszkańca, czyli może nie najlepszy, za to powszechnie stosowany miernik poziomu rozwoju gospodarczego, jesteśmy w  pierwszej trzydziestce państw OECD, ale według szacunków za prawie 50 lat będziemy na miejscu 34. Oczywiście taka długoterminowa prognoza wcale nie musi się sprawdzić, jednak samo mówienie o naszym kraju w ten sposób budzi niepokój. Profesor Jerzy Hausner niechcący utwierdza nas w przekonaniu, że szacunki mogą się sprawdzić, notując w swoim raporcie: „pozostawanie na etapie koniunkturalnego reagowania na bieżące problemy oznacza utknięcie na etapie średniego wzrostu co przydarzyło się wielu gospodarkom”. Wiem, wiem do 2020 roku mamy zapewnione finansowanie wielu dziedzin naszej gospodarki przez fundusze unijne. Właśnie przyznano nam budżet, ale co dalej, co po 2020 roku. Wielu członków naszego społeczeństwa mówi – „ja już będę na emeryturze, niech martwią się inni”. Ale martwić musimy się wszyscy, również przyszli emeryci o swoje emerytury, bo czytając prasę możemy się dowiedzieć, że będą bardzo niskie. Tym bardziej, że ci, którzy mogliby na nie pracować „są skazani na wyjazd” – jak pisze o  młodych wykształconych Polakach „Rzeczpospolita”. Dodając, że młodzi Polacy tracą wiarę, że w kraju czeka ich coś dobrego i szansę dla siebie widzą w  emigracji. Ponad 1,5 mln przedsiębiorczych, wykształconych, pracowitych młodych Polaków i Polek wybrało pracę w  Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech i budują dobrobyt tych krajów i ich obywateli. Dlaczego tak się dzieje? Na rodziny wydajemy 2% PKB, a na emerytury i renty ponad 11% PKB. Co trzeci dorosły Polak jest emerytem lub rencistą. Wielu z nich mogłoby praco-

wać. Najuboższe w Polsce są rodziny wychowujące dzieci. Wśród nich największe jest bezrobocie. Oni też zarabiają najmniej, nawet jeżeli mają już pracę – to najczęściej zaczynają na poziomie minimum płacowego, ponieważ nie mają doświadczenia. Dlatego też, młodzi „gniazdują” w domach rodziców, zamiast się usamodzielniać i decydować na potomstwo. Straty w postaci wyjazdów z Polski i dramatycznie zmniejszającego się przyrostu naturalnego już dzisiaj są trudne do odrobienia. Konieczna jest szybka zmiana naszej polityki społecznej i  fiskalnej. Dzisiaj pomagamy tym, którzy nie zawsze potrzebują pomocy, a  dyskryminujemy tych, którzy powinni otrzymać wsparcie. A efekty będą w przyszłości rzutować na nas wszystkich. Psycholog społeczny, profesor Janusz Czapiński uważa, że Polska pobiła rekord świata pod względem zwiększającej się liczby absolwentów uczelni. Jeszcze niedawno większość z nich skończyłaby edukację na maturze. Tak naprawdę niewiele od nich zależy. Brak rozsądnej polityki wsparcia absolwentów, niedostateczne działania służb zatrudnienia i  zbyt wysokie opodatkowanie pracy powodują, że absolwentom uczelni trudno wyrwać się z  kręgu bezrobocia. Dlatego ostatnią ich szansą jest wyjazd; prawie 730 tysięcy osób między 25, a 34 rokiem życia przebywa na stale za granicą. Myślę, że dokąd nie zmienimy, a właściwie nie stworzymy polityki wsparcia dla absolwentów i ich rodzin, ta ucieczka będzie trwała nadal. Według najnowszego Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności GUS liczba osób aktywnych zawodowo od kilku lat oscyluje między 17,2 mln a 17,4 mln. Podobnie było w  1992 roku, czyli gdy zaczynaliśmy budować gospodarkę rynkową. Wówczas osób pracujących było 15,2 mln, a  obecnie 15,5 mln. Bezrobotnych było 2,3 mln, a  obecnie 1,8 mln. Dane opisujące nasz rynek pracy niewiele zmieniły się przez dwadzieścia lat transformacji. Należy się zastanowić, czy dobrze i  efektywnie wydajemy pieniądze

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

z  programu operacyjnego „Kapitał ludzki”. Według profesora Krzysztofa Rybińskiego odsetek osób uczestniczących w kształceniu i szkoleniach przed wejściem do Unii Europejskiej wynosił 5%, a w ostatnich latach 4,5%. Dlaczego odsetek osób uczestniczących w szkoleniach nie rośnie. Najprawdopodobniej szkolenia finansowane przez fundusze europejskie wyparły te, które były finansowane z własnych, tj. prywatnych środków. Trudny okres przed nami. Pokolenie wyżu demograficznego będzie przechodziło na emerytury, młodzi wykształceni i  przedsiębiorczy absolwenci uczelni będą wyjeżdżać w  poszukiwaniu „zielonych wysp”. Deficyt budżetowy rośnie, więc dużych inwestycji z publicznych środków nie będzie. Co robić? Porządnie wykorzystać fundusze europejskie w  nowej perspektywie finansowej i  opracować długookresową strategię wspierania absolwentów i rodzin, które chcą w  Polsce mieszkać, pracować, rodzić i wychowywać dzieci. Będzie z tego korzyść dla naszej gospodarki i  dla wszystkich obywateli naszego kraju. Czego Wszystkim Czytelnikom i  sobie życzę z  okazji Świąt i  Nowego Roku. Niech każdy następny będzie lepszy i  bogatszy dla każdego z nas. Jadwiga Gierczycka

35


Felieton

A PRAWO, PRAWO MIAŁO ZNACZYĆ? Czy zastanawialiście się Państwo nad składem personalnym sądów. Kto nas sądzi i wydaje w imieniu Polskiej Rzeczpospolitej wyroki stwierdzające naszą winę lub uniewinniające oskarżonych , pozwanych itp. oraz kto wymierza kary? Odpowiedź jest prosta „Sędziowie”. Ludzie ustanowieni przez obowiązujące prawo są ponad wszystkim i są to jedyni , którzy mają rację. Dla osób świeckich zastępują wyrocznię a dla osób wierzących , „Pana Boga”. Są niezawiśli i niezależni, czyli bezkarni , o czym pisałem już w poprzednich felietonach. Niezawisłość i niezależność w Polsce oznacza bezkarność , obojętnie kogo to dotyczy. Zauważcie Państwo że nawet immunitety dyplomatyczne , parlamentarne czy inne można cofnąć ale nie można raz mianowanemu sędziemu odebrać stanowiska sędziego , nawet jak przejdzie na emeryturę. Czy to jest sprawiedliwe? I CO? I NIC!!! Wyobrażcie sobie Państwo że „człowiek jest omylny” a sędzia – NIE! Wszak w sądach jest instancyjność i można od wyroku pierwszej instancji odwołać się z odpowiednim uzasadnieniem , ale trzeba za to płacić : sądowi , adwokatowi , biegłym itd. o czym również już pisałem jak to wygląda i kogo na to stać. Aby walczyć o swoje prawa w procesach sądowych trzeba mieć odłożone pieniądze aby zapłacić powyższe należności w przypadku nieszczęścia jakie nas spotkało. Ci co takich pieniędzy nie posiadają idą „odosiedzieć” zasądzony wyrok sądu I-szej instancji (Sąd Rejonowy) , który jest niezawisly i niezależny. A czy nieomylny??? Młody człowiek – prawnik , który zdał „egzamin sędziowski” , pracuje w sądzie jako asesor. Jest to sędzia , który nie został mianowany przez Prezydenta RP ale posiada uprawnienia do prowadzenia określonych postępowań sądowych. Od jego „wyroków, postanowień, decy-

36

zji itp.” można się odwołać do Sądu czyli do mianowanego przez Prezydenta RP , sędziego , który wyda niezawisly i niezależny wyrok. W momencie mianowania przez Prezydenta RP asesora na sędziego , jest on sędzią dozgonnie i nikt mu tego tytułu nie odbierze.. I CO? I NIC!!! Czy tak powinno być? Przecież są to ludzie – tacy sami jak my i mają prawo do popełniania błędów. Mają prawo do choroby, stresów , złych nastojów czy tzw. trudnych dni. Ale człowiek ten pomimo w/w przypadków nadal osądza innych ludzi. Czy taki człowiek nie powinien być poddawany okresowo badaniom kontrolny jego stanu psychicznego? Czy nie powinien korzystać okresowo z terapii psychologicznej? Czy nie powinien mieć okresu próbnego w pracy np. 5-lat po mianowaniu na sędziego ? Następna umowa o pracę powinna być zawierana na kolejne 10 – lat a następna już bezterminowo – do emerytury? Po przejściu na emeryturę sędzia jest emerytem a nie sędzią , więc po co mu ten dozgonny tytuł? Dozgonnie to on jest magistrem , doktorem czy profesorem prawa a nie sędzią. Czy inżynier po przejściu na emeryturę jest dyrektorem , którym był przez 15 lat. Nie , jest emerytem i tak powinno być również w przypadku sędziego. Przecież są to stanowiska , które decydują o ludzkim życiu i powinniśmy mieć pewność że osoba , która o naszym życiu decyduje w momencie ogłoszenia swojej decyzji jest sprawna psychicznie, bezstresowa a podjęta decyzja jest zgodna z prawem a nie z odczuciami czy doznaniami sędziego. Często spotykamy się z określeniem że Sąd wydał wyrok , że Komornik Sądowy wszczął egzekucję. To nie tak . Ci ludzie kryją się za instytucjami w których pracują. Boją się ujawnić społeczeństwu ze to ON/A , osobiście prowadzi to postępowanie? Czego się wstydzi? Błędów popełnionych w trakcie prowadzonych procesów. Dlaczego ja pisząc ten felieton używam swojego imienia i nazwiska a przecież mógłbym podpisać się MK lub „ Redakcja”? Co z tego że na dokumentach wystawianych przez instytucje sądowe czy komornicze widnieje nazwisko prowadzącego postępowanie , jak i tak odwołanie będzie do instytucji na instytucję a nie człowieka , który zrobił nam krzywdę. To nie budynek z całym zatrudnio-

nym personelem ponosi odpowiedzialność za popełnione błędy ale konkretni ludzie , którzy nigdy nie poniosą za nie kary. A co my mamy z pomyłek konkretnych ludzi zatrudnionych w dziwny sposób w tzw. „wymiarze sprawiedliwości”? Wstyd , upokorzenie, ruinę finansową , kłopoty rodzinne i zdrowotne. Ale sąd jest niezależny i niezawisły. I CO? I NIC!!! Miałem okazję zapoznania się z uzasadnieniem wyroku wydanego przez panią sędzię , gdzie uzasadniając przez siebie wydany wyrok w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej stwierdza że uznaje człowieka winnego zarzucanego mu czynu i skazuje człowieka na ….. ponieważ sąd (nie sędzia) nie dał wiary przedstawionym dowodom niewinności. Nadmieniam że dowody stanowiły dokumenty wydane przez Urzędy samorządowe , instytucje z pieczęciami i podpisami osób wystawiających te dokumenty. Czyli po co „dowody” jak to jest sprawa WIARY!!! Czy sędzia uwierzy urzędom czy nie!!! Myślałem że sprawami „wiary” zajmują się inne instytucje i organizacje a nie sędzia w procesie sądowym. Byłem w błędzie. I CO? I NIC!!! Tak to wygląda z bliska. Dlatego uważam ze pracownicy zatrudniani na stanowiskach sędziów powinni być co jakiś okres badani , czy są w stanie psychicznym umożliwiającym im wykonywanie swojego zawodu. Zatrudnienie i powoływanie na stanowisko sędziego RP. powinno być okresowe , po obowiązkowym badaniu stanu zdrowia psychicznego i zdolności logicznego kojarzenia faktów . Urzędnik sądowy (obojętnie jakiej dziedziny) powinien występować w imieniu własnym a nie kryć się za nazwą instytucji. Należy nadmienić że osoby zatrudnione w Policji , Więziennictwie, BOR, ABW i ważnych instytucjach ochrony naszego państwa , takie badania okresowe przechodzą i wcale im to ujmy nie przynosi , a my możemy uważać że mamy do czynienia z w miarę normalnymi ludżmi , których nie powinniśmy się obawiać że zrobią nam krzywdę. Niestety , w każdej regule są wyjątki i w tym przypadku również , ale to pozostawiam do oceny i własnych przemyśleń szanownym czytelnikom.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Michał Kręcisz


Felieton Idą wybory, będą obietnice Najpierw kilka słów o  polityce. Po każdych niemal wyborach – parlamentarnych, do europarlamentu czy samorządowych – rozpoczyna się dyskusja wokół malejącej frekwencji. Naukowcy różnych dziedzin, a i politycy, ubolewają, że Polacy nie chcą uczestniczyć w  tak ważnym akcie obywatelskim. Nie chcą stanowić o  swoim losie, a  przecież wystarczy tylko wrzucić kartkę do urny. Czy jednak rzeczywiście, uczestnicząc w  wyborach, mogą oni wpłynąć na to co dzieje się wokół nich w ich mieście, dzielnicy oraz w Polsce i Europie? Teoretycznie jak najbardziej, bo wybierając poszczególne partie i ludzi, którzy zostaną prezydentami miast, radnymi lub posłami, wybierają przedstawioną przez nich wizję następnych lat. Przecież tysiące kandydatów prześcigają się w obietnicach przedwyborczych… Ha, i właśnie w tych obietnicach trzeba widzieć przyczyny malejącej frekwencji przy urnach wyborczych. Bo niemal tuż po zamknięciu lokali wyborczych o  tych obietnicach zawsze jakby się zapominało. A przecież pozostają one na kartkach papieru, jakimi są ulotki wyborcze; czy zapisane są „po wieczne niemal czasy” w Internecie. I – co najważniejsze – pozostają w pamięci ludzi, którzy poszli do urn i oddali głos na tego komu uwierzyli. A potem się wściekają, że po raz kolejny dali się nabrać na programy wyborcze, które zgodnie z powiedzeniem były „obiecankami-cacankami, a głupiemu radość”. I następnym razem do wyborów nie pójdą. A teraz trochę więcej słów o sporcie, a  konkretnie obietnicach z  tą dziedziną życia związanymi. Takim koronnym przykładem są powstające co jakiś czas, najczęściej właśnie w  okolicach wyborów, projekty nowego stadionu piłkarskiego i  lodowiska w  Sosnowcu. Plany, a  nawet makiety tego pierwszego obiektu z  dumą były prezentowane dziennikarzom. Mówiło się kiedy i za ile

powstaną. Kilka lat temu, a dokładnie 2009 roku, przedstawiała je holenderska pracownia Zwarts & Jansma z Holandii. Potem była kolejna prezentacja, już krajowego autorstwa, bo tańsza. I na tym się kończyło, nie było już kolejnych etapów prac projektowych, o przygotowaniach do budowy nie mówiąc. Nie tak dawno głośno było z  kolei o  fantastycznie brzmiących planach związanych z  budową nowoczesnego kompleksu, zawierającym lodowisko i  halę dla innych dyscyplin. Wskazywano nawet lokalizację – Górkę Środulską. A wszystko to miał zapewnić tajemniczy inwestor z Rosji, który obiecywał, że na początek stworzy w Sosnowcu drużynę hokeistów, niemal na miarę NHL, a  na pewno na mistrzostwo Polski. Cóż, hokejowego Zagłębia w  ogóle już nie ma. Rosyjski inwestor, rozczarowany podobno postawą władz naszego miasta, swój pomysł zrealizował w Krynicy. Czy mamy zazdrościć temu uzdrowisku? Może przez kilka tygodni można było, bo tamtejszy dream team gromił rywali i zmierzał do mistrzostwa. Ale już przestał, bo ów inwestor stwierdził jednak, że pieniędzy nie da i krynicka drużyna marzeń właśnie się rozsypała. Może więc dobrze, że nie stało się to w Sosnowcu, bo byliśmy pośmiewiskiem, a i frustracja byłaby przeogromna. Ale to tak na marginesie, bo wracając do obietnic budowania stadionów i lodowisk trzeba stwierdzić dziwną rzecz. Otóż nikt się teraz do nich nie przyznaje. A kiedyś prezydent Kazimierz Górski tak mówił w  jednym z  wywiadów: „Na razie nie mamy środków, ani możliwości żeby wybudować nowe lodowisko. O tym nie mówi się głośno, ale wpływy z totalizatora sportowego, który przecież w  części dokłada się do tego typu inwestycji, są coraz niższe. Czekamy na kolejny budżet unijny. Może się okazać, że w dobie kryzysu Unia nie będzie współfinansować 50, ale na przykład 85 procent tego typu inwestycji. Nie zadłużajmy się na siłę”. I  z  tym ostatnim stwierdzeniem pełna zgoda. Oznacza to jednak, że o obiekcie dla hokeistów można za-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

pomnieć, bo i  dla kogo miałby powstać? Co prawda ciągle podejmowane są próby, żeby reaktywować Zagłębie (na bazie UKS Sielec) i zgłosić je w przyszłym roku do ligowych rozgrywek. Nierozwiązany jest jednak problem finansowania. Bo skoro działająca do niedawna miejska spółka jest w stanie upadłości z powodu zadłużenia, to jak spowodować, by znów pieniądze z miasta przeznaczać na ligowy hokej. Dlaczego jednak ciągle nie może rozpocząć się budowa stadionu piłkarskiego? Pierwsza odpowiedź jest oczywista – bo nie ma pieniędzy. Dlaczego jednak przez tyle lat wcześniej przekonywano, że jest to możliwe, bo będzie dofinansowanie z Unii Europejskiej, albo z Urzędu Marszałkowskiego, czy wreszcie, że budowa zostanie sfinansowana w ramach partnerstwa prywatno-publicznego. Unia Europejska właśnie podjęła decyzję o ogromnych dotacjach dla Polski na rozwój w latach 20142020. Miliardy euro mają pójść też między innymi na projekty związane ze sportem. Muszą to być jednak projekty konkretne i  dobrze przygotowane. Czy idea budowy stadionu mieści się w tych kryteriach? A może po prostu w Sosnowcu nie potrafimy pozyskiwać środków unijnych? To trzeba iść po naukę do innych miast, w których buduje się na potęgę. Jeżeli chodzi o wsparcie ze strony Urzędu Marszałkowskiego, to przecież nie powinno być z tym kłopotu, bo jednym z  wicemarszałków jest „nasz człowiek”, były wiceprezydent Sosnowca. Który też trochę obietnic złożył. I  znów wracamy do przedwyborczych obietnic. Otóż można być pewnym, że w nadchodzącym roku

37


Felieton – wyborów do euro parlamentu i samorządowych – będziemy ich mieli bardzo wiele. I  być może znów pojawi się na tapecie temat budowania stadionu w  Sosnowcu. I  nawet nie będzie trzeba wiele wymyślać, co obiecać. Wystarczy przecież odkurzyć któryś ze starych projektów. Jest jednak pewna niepokojąca no-

Pan i pani czyli o zegarkach – Kochanie! – pan wydał z siebie jęk rozpaczy. – Zaniepokojona pani natychmiast pospieszyła na pomoc, przerażona bólem, który wibrował w jego głosie – co się stało, mężu mój, moja miłości? Pan szeroko otwarł oczy ze zdumienia, bowiem nie był świadom, że jego, od lat tak wielu połowica, ciągle jeszcze jest zdolna do takiej emocjonalnej artykulacji uczucia. Zatkało go więc i przez chwilę stał niby rażony piorunem, co w pani wyzwoliło pokłady współczucia i zaczęła pana wachlować wypielęgnowaną dłonią, a nawet zamierzyła się do plaśnięcia w policzek, aby pana przywrócić do rzeczywistości. Pan wolał jednak uniknąć kontaktu ze śliczną skądinąd piąstką pani, więc odzyskał głos. – Kochanie. Stanął! Usteczka pani wygięły się w przedziwnym zawijasie niedowierzania, nadziei, szoku, zaskoczenia, dobrotliwego poparcia, może nawet przyzwolenia, lecz pan dokończył: – Zegarek! Na alabastrowym czółku pani zagościł mars zdziwienia, który wygiął jej starannie wydepilowane brwi w dwa pytajniki, a pośrodku, tuż nad kształtnym noskiem, pojawił się nawet wykrzyknik. – Zegarek stoi – stwierdził spokojnym już tonem, by bardziej nie denerwować osłupiałej ze zdziwienia pani. Chyba się zepsuł. – Chyba – pani zaironizowała – gdzieś słyszałam już to prostackie słowo, prawdopodobnie od gosposi w odniesieniu do jakiegoś nieznośnego owada, który jej dokuczał. Cóż takiego się wydarzyło, by wykrzykiwać w tak nieopanowanym wzburzeniu?

38

wość. Prezydent Sosnowca w  rozmowach z  dziennikarzami kilkakrotnie mocno podkreślał, że jeżeli nie będzie awansu piłkarzy Zagłębia, to o nowym stadionie trzeba będzie zapomnieć. Można więc zażartować, że teraz wszystko w nogach naszych drugoligowców. Co prawda strata Zagłębia do miejsc premiowa-

nych awansem do pierwszej ligi jest duża, ale wiosną przecież wszystko może się zdarzyć. A ponieważ przed nami okres świąteczno-noworoczny, to pozwolę sobie na złożenie życzeń: oby spełniały nam się wszystkie – oczywiście tylko te dobre – obietnice! Andrzej Wasik

– Kochanie – pan szeptał namiętnie – otóż mój czasomierz z jakiegoś powodu przestał odmierzać czas. Być może chciał podkreślić, iż upływ czasu nas nie dotyczy. I wówczas byłby to piękny ukłon z jego strony. Lecz mniemam niestety, iż to efekt jakiejś usterki lub prostackie wyładowania się baterii, która napędza to niezwykłe urządzenie. – Pani spojrzała na pana z ubolewaniem – czy taki przypadek mógłby spotkać kogoś na stanowisku ministerialnym? Jesteś żałosny – zacisnęła usteczka z wyraźnym niesmakiem. Ale czegóż mogę oczekiwać od kogoś takiego? Za kogo ja wyszłam? – Nie będę się zniżał do porównań, lecz zechciej łaskawie zauważyć, że to nie mnie stawiają przed sądem i wnioskują o cofnięcie immunitetu – pan zirytował się nie na żarty. – Podłych, zawistnych człowieczków nigdzie nie brakuje – pani uniosła główkę do góry w geście pełnym uzasadnionej dezaprobaty. Zresztą ty nie masz immunitetu – prychnęła wzgardliwie. – Nie chodzi o immunitet, lecz o zasady! – pan nastroszył się ideologicznie. – Jakie zasady? – pani bagatelizowała wyraźnie. Może masz zamiar ogłosić bojkot Chin z tego bulwersującego powodu, że twój czasomierz wykonany przez nieopłacanych właściwie pracowników przestał funkcjonować? A może jeszcze wygrzebiesz z muzeum, jakie urządziłeś w garażu, nakręcany chronometr po swoim dziadku, zwaną pogardliwie cebulą? Po prostu zawiścisz aparycji, męskości, rzutkości i błyskawicznej kariery, komuś lepszemu od siebie. – Oszust. Zataił chronometr wart półroczną pensję przeciętnego Polaka w oświadczeniu majątkowym – miotał się pan. – Gdybyś oskarżył go o brak skuteczności w ministerialnej pracy, złe wypełnianie obowiązków, straty, na jakie naraził kraj – miałbyś rację. Ale o zegarek?

– pani zmarszczyła nosek z niesmakiem. Cóż stąd, że kosztowny? Wart i tak mniej od swojego właściciela. – Kochanie – pan został całkowicie sprowadzony do parteru, a nawet jeszcze niżej, ale jeszcze się bronił – ale to przecież o posiadanie nie wiadomo skąd pochodzącego majątku nikt jeszcze w Polsce żadnego polityka ani nie skazał, ani nawet nie oskarżył. Jeśli polityk sprawia, że społeczeństwo ponosi niepowetowane straty, to problem ma społeczeństwo, a nie polityk. Co najwyżej zamiast w rządzie, będzie zasiadał w radzie nadzorczej. I będzie ubolewał zbolałym głosem nad swoją straszną dolą, odstawionego na bocznicę byłego wybrańca narodu. Śmierć polityczna jest bowiem dla niego znacznie większą karą niż więzienie, bankructwo czy deficyt budżetowy, które go przecież nie dotyczą. Rząd, jak wiadomo od dawna – sam się wyżywi. Pani nie była łaskawa nic odrzec na te grubiańskie impertynencje.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Zbigniew Adamczyk


Film

Pięć filmów na święta i nie tylko Święta to dla wielu chwila odpoczynku i spokoju od codziennych obowiązków. Dla niektórych jest to również czas kiedy spokojnie można zasiąść przed ekranem, wraz z rodziną, przyjaciółmi poczuć świąteczny klimat, a to właśnie dzięki filmom. Pierwszym filmem godnym polecenia na święta jest Miasteczko Halloween z 1993 roku. Reżyserem tej animacji jest Henry Selic a twórcą scenariusza Tim Burton. Bohaterem animacji jest Jack Skellington, Dyniowy Król, najstraszniejszy z najstraszniejszych potworów Miasta Cieni. Po przypadkowym odwiedzeniu bajecznego Gwiazdkowego Miasteczka, Jack pragnie stworzyć własną wizję Gwiazdki, której skutki okażą się po prostu koszmarne! To ponad dwudziestoletnie dzieło wciąż zaskakuje swoją warstwą wizualną – animacja poklatkowa i rysunkowa na najwyższym poziomie. Tak samo jak warstwa muzyczną – piosenkom nie brakuje humoru (czarnego Burtonowskiego humoru) oraz scenografia – powykręcane drzewa, dziwne podejrzane miejsca i ogromny księżyc tworzą klimat, który niczym gęsta mgła otacza widza do końca seansu. Film dla wielbicieli dobrej muzyki, niesamowitej atmosfery a przede wszystkim dobrego warsztatu. Dla wszystkich, którzy zapomnieli że Święty Mikołaj naprawdę istnieje przeznaczony jest Ekspress Polarny Roberta Zemeckisa – reżysera znanego z dziel takich jak Forrest Gump czy Cast Away – poza światem. Wiara w dobrego brodacza pewnego ośmioletniego chłopca została zachwiana przez jego kolegów. Jednak podczas Wigilijnej nocy odmienia się wszystko – niespodziewanie pojawia się pociąg, którego celem podróż y jest Biegun Północny. Wyprawa ta zmieni chłopca i jego pogląd na świat. Jest to jedna z najdroższych animacji Warnera Brosa (165 milionów dolarów) oraz jedna z najbardziej innowacyjnych – po raz pierwszy w tak szerokiej skali wykorzystano technologię tzw. performance capture – przetwarzającą tradycyjny obraz z udziałem aktorów w dokładną trójwymiarową animację. Dzięki niej Tom Hanks mógł zagrać role chłopca, jego ojca, konduktora, tajemniczego bezdom-

nego i Świętego Mikołaja. Ważnym faktem również jest inspiracja twórców, czyli szczupła książeczka Chrisa Van Allsburga ilustrowana niezwykle plastycznymi ilustracjami, przywodzącymi na myśl dzieła impresjonistów. Nie można zapomnieć o świątecznym klasyku, jakim jest To wspaniałe życie Franka Capry. W Wigilię Bożego Narodzenia do kompletnie załamanego, na skraju samobójstwa Georga Baileya przychodzi Anioł Stróż i pokazuje jak życie wokoło wyglądałoby bez niego. A wyglądało by fatalnie, ponieważ najwyższą wartością dla Georga są nie pieniądze, a ludzie którzy potrzebują pomocnej dłoni. Bedford Falls nie było by nigdy tak piękne, gdyby nie czyny głównego bohatera. Film może wydawać się nieco naiwny w swej wymowie, ale patrząc przez pryzmat lat czterdziestych w których powstał, nie brakuje mu niczego. Scenografia, gra aktorska (niesamowita rola Jamesa Stewarta) muzyka i montaż dalej oddziałują na widza wyciskając z niego łzy wzruszenia. Film z dedykacją dla wszystkich tych, którzy chcą zastanowić się nad moralnymi wyborami oraz przypomnieć sobie coś z klasyki amerykańskiej kinematografii. Kolejnym obrazem, nieco odmiennym od tych już wspomnianych, jest Wigilij-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

ny Show Richarda Donnera z 1988 roku. Jest to współczesna adaptacja Opowieści Wigilijnej Charlesa Dickensa. Arogancki, skorumpowany, cyniczny właściciel sieci telewizyjnej Frank Cross przeżywa oczyszczenie gdy podczas świąt odwiedzają go niematerialni goście: zdziwaczały taksówkarz, wyrzucająca z siebie potoki słów wróżka czy bezgłowy olbrzym. Film warto obejrzeć ze względu na niezwykłą kreację postaci – za to ukłony należą się Billowi Murray który swoją energetyczną grą niemal „rozsadza” obraz. Humor, dialogi (Córka: Mamo, kiedy będziemy mieć prawdziwą choinkę? Grace: Kiedy będą je rozdawać za darmo) sprawiają że świetna zabawa jest zagwarantowana. Ostatnim filmem jest kiczowaty, śmieszny może i nawet trochę straszny Grinch – świąt nie będzie Rona Howarda (Piękny Umysł) na podstawie powieści Thedodora Geisela. Tytułowy (anty)bohater Grinch zjawia się w Ktosiowie aby zakłócić panującą, wesołą atmosferę świąt. Na miejscu spotyka Cindy Lou – małą dziewczynkę która nieco uniemożliwia jego złośliwe plany... W rolę Gricha wcielił się wybitny Jim Carrey, a sam film został nagrodzony Oscarem za najlepszą charakteryzację oraz otrzymał dwie nominacje: za kostiumy i za scenografię. Czemu? To trzeba zobaczyć samemu... Miła Skomra

39


Recenzja Zagłębiacy w Legionach Piłsudskiego Pod takim tytułem na początku grudnia ukazało się kolejna publikacja Muzeum w Sosnowcu, którego autorem jest Zbigniew Studencki. Stanowi ona część projektu przygotowywanego w roku przyszłym z okazji setnej rocznicy powstania Legionów Piłsudskiego. Na projekt będzie się składać także konferencja popularno-naukowa, wystawa, konkursy dla młodzieży – plastyczny i historyczny, oraz spotkanie przedstawicieli szkół noszących imię Marszałka Józefa Piłsudskiego. Książka składa się z kilku części przedstawiających m.in. sytuację polityczną w Zagłębiu Dąbrowskim na początku I wojny światowej oraz tworzenie się i walki oddziałów legionowych, wspomnienia generała broni Leona Berbeckiego, bliskiego współpracownika Marszałka, organizatora kompanii ochotników z Sosnowca i Dąbrowy Górniczej, a także nazwiska Zagłębiaków – oficerów legionowych i Zagłębiaków – żołnierzy Pierwszej Kompanii Kadrowej. Przypomina również życiorysy Hugo Almstaedta i Józefa Renika, urodzonych w Sosnowcu działaczy niepodległościowych, Jana Zientarskiego, który stanął na czele oddziału ochotników i poprowadził ich 23 sierpnia 1914 roku z Sosnowca do Legionów. Ponadto ukazano postać Stanisława Paderewskiego, brata przyrodniego sławnego pianisty, poległego w bitwie pod Krzywopłotami oraz Eugeniusza Dąmbskiego, męża światowe sławy artystki Poli Negri. W ostatniej części przedstawiono m.in. historię pomnika – krzyża na cmentarzu w Bydlinie i nazwiska spoczywających tam żołnierzy. Na zakończenie umieszczono krótką „Kronikę Legionów Polskich” obejmującą lata 19141917. Wewnątrz znajduje się wkładka z 6 fotografiami przedstawiającymi pomnik-krzyż w Bydlinie, tablice na budynku szkolnym przy

ul. Wawel w Sosnowcu, tablice metalową z nazwą szkoły im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Bydlinie w 1937 roku, fotografię Stanisława Wrzoska – działacza niepodległościowego z Zagórza (obecnie dzielnica Sosnowca), u którego kilkakrotnie przebywał Piłsudski oraz dokumenty – Patent Chorążego z kwietnia 1917 roku i świadectwo nadania Krzyża Niepodległości przez Prezydenta RP z 3 maja 1932 roku. Na nas współczesnych spoczywa obowiązek przekazania następnym pokoleniom wiedzy o bohaterach tamtych lat i ich czynach, którzy przelewali krew za wolną, niepodległą Ojczyznę, odrodzoną dzięki nim po 123 latach niewoli. Wydawnictwo skierowane jest przede wszystkim do miłośników historii i zagłębiowskiej Małej Ojczyzny. Stanowić może również pomoc dla nauczycieli i uczniów realizujących w szkołach tematykę z zakresu historii regionalnej.

Książka stanowi rezultat ogólnopolskich badań nad komunikowaniem samorządowym, przeprowadzonych za pomocą platformy ePUAP. Zawiera więc nie tylko wnioski na temat narzędzi polityki komunikacyjnej, wykorzystywane przez samorządy gmin różnego rodzaju i powiaty w Polsce, ale także na temat funkcjonalności narzędzia, za pomocą którego badanie zostało przeprowadzone. Autorzy prezentują sposoby komunikowania się jednostek podziału administracyjnego, uwzględniając ich rodzaj, wielkość oraz region kraju, dzięki czemu udaje im się stworzyć swego rodzaju mapę komunikowania lokalnego w Polsce, uwzględniającą różnice pomiędzy poszczególnymi częściami kraju. Opracowanie zawiera również wnioski na temat braków komunikacyjnych na różnych szczeblach oraz kierunków, w jakich prawdopodobnie komunikacja samorządowa będzie się rozwijała w przyszłości.

40

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Poezja Z Łukaszem Jaroszem, poetą laureatem Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, rozmawia Michał Kubara Pytanie pierwsze będzie banalne: jak to jest, kiedy się dostaje taką nagrodę? Jest to bardzo przyjemne, wiadomo. Każdy lubi chyba dostawać nagrody, prezenty. Kto zgłosił Cię do nagrody? Wydawnictwo Znak. Wydawca mojej książeczki. Czy lubisz poezję Wisławy Szymborskiej? Jaką poezję czytujesz i nagrodę czyjego imienia chciałbyś najchętniej otrzymać? Lubię nawet. Choć miałem zawsze innych idoli poetyckich. We wczesnej młodości Bolesława Leśmiana, Andrzeja Bursę, Rafała Wojaczka i wielu, wielu innych. Lubię również bardzo poezję R.S. Thomasa, to walijski poeta, nie wiem, czy jest ufundowana nagroda jego imienia. Jakie są Twoje inspiracje? Życie, życie, życie Panie. Samo życie! Jak wiedza zdobyta podczas studiów polonistycznych przekłada się na Twoją działalność artystyczną? Czy wiedza zdobyta na studiach oraz obowiązkowe lektury wpłynęły na kształt Twojej poezji? W mojej działalności literackiej staram się uciekać od jakiejkolwiek wiedzy akademickiej. Na studiach nienawidziłem uniwersyteckiego bełkotu, nienawidzę go nadal, tych wszystkich krytyków literackich i ich jąkaniny niby to na temat. Wiedza zdobyta na studiach raczej nie wpłynęła na kształt tego, co piszę. Podczas spotkania w ramach Czwartku Literackiego mówiłeś, że pochodzisz z rodziny artystycznie uzdolnionej. Czym się zajmowali (zajmują) i jakich sztuk i gatunków próbowałeś lub zamierzasz spróbować, oprócz poezji? Mój dziadek w czasie wojny służąc w partyzantce, pisał wiersze, mój ojciec maluje obrazy. Ja gram jeszcze na perkusji w kilku zespołach muzycznych. I w ostrym, hard-core`owym Chaotic Splutter i w kabaretowym Zziajani Porywacze Makowców i w ambientowym Mgłowce. Pracujesz w szkole jako nauczyciel języka polskiego. Jak uczniowie odbierają Twoją poezję? Czy sądzisz, że zyskałeś tym samym większy autorytet jako nauczyciel? Nie wydaje mi się, żeby uczniowie jakoś przywiązywali uwagę do tego, że piszę i o czym piszę. Może większy autorytet zyskałem, że ktoś tam widział mnie w telewizji. Czy czujesz się reprezentantem swojego pokolenia? Raczej nie. Nie uczestniczę w życiu literackim, w życiu literackim mojego pokolenia. Nie czuję się i nie chcę być reprezentantem jakiegokolwiek pokolenia. Jak zamierzasz wykorzystać nagrodę? Nie zamierzam nigdy nikogo i niczego wykorzystywać. Jak zwykle spędzasz święta Bożego Narodzenia? Czy może wyjeżdżasz gdzieś do rodziny? Tak jak wielu ludzi. W gronie rodziny. Raczej nigdzie nie wyjeżdżamy.

Pełnia Nadchodzi burza, plamy rozjaśniające ciepłą noc, przełęcz światła karmiąca maciejkę i wrotycz. Na boisku nasłuchujemy z córką – ona wiatru, ja Boga, bawiącego się materią jak kamykiem. Dla komarów jesteśmy pochodniami z krwi. Rozpalam ognisko starymi papierami – w zeszycie uwag moich uczniów znajduję zdania: „Przyglądał się bójce”, „ Dwa razy brak katechizmu”. Ostatnie płonące wyrazy, jakie udaje mi się odczytać z gazetki świadków Jehowy, brzmią: „niewolnicy Boga”, „na pewno umrzesz” oraz „żywi nie wiedzą nic”. Lato Sąsiad bez nogi chroni się w cieniu starej gruszy. Przez chwilę myślę, że pod biblioteczką szeleści mysz, lecz to kawałek rozprostowującej się folii. Ojciec pokazuje mi, jak słodkie są owoce białej morwy. Śmierci nie ma.

Łukasz Jarosz – ur.1978. Poeta, muzyk. Perkusista, wokalista i autor tekstów grup: Chaotic Splutter, Lesers Bend, Mgłowce, Zziajani Porywacze Makowców. Autor sześciu tomów poetyckich: Soma(2006), Biały tydzień (2007), Mimikra(2010), Spoza(2011), Wolny ogień(2011), Pełna krew (2012). Laureat wielu konkursów poetyckich, m.in.: im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, im. Rafała Wojaczka, im. Rainera Marii Rilkego. Jego debiutancka książka poetycka Soma została wyróżniona I nagrodą w „Konkursie Młodych Twórców im Witolda Gombrowicza” Fundacji Kultury oraz otrzymała nagrodę „Złoty Środek Poezji” na najlepszy poetycki debiut książkowy (2007). Jego wiersze tłumaczone były na język chorwacki, włoski, angielski, szwedzki i niemiecki. Publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, „Twórczości”. Za tom Pełna krew otrzymał Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej. Mieszka w Żuradzie pod Olkuszem.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

41


Literatura

Frank Lima (1939–2013). Wspomnienie o poecie 21 października 2013 r. zmarł Frank Lima – nowojorczyk, nauczyciel sztuki kulinarnej, kucharz, który za czasów Kennedy’ego gotował w Białym Domu, a także poeta kojarzony z drugim pokoleniem „szkoły nowojorskiej”. Zmysłowa, cielesna, pełna potoczności twórczość tego poety pochodzenia meksykańsko-portorykańskiego, przez niektórych krytyków porównywana do poetyki hip-hopu, jest „absolutnie autentyczna”. Lima nie unika takich tematów jak trudne dzieciństwo czy kazirodztwo. Chwalony przez takich poetów, jak Allen Ginsberg, Kenneth Koch i  David Shapiro, przyznawał się do tego, że ich twórczość wywarła na niego znaczący wpływ. Był zresztą przyjacielem wielu poetów i chętnie dla nich gotował. Oto fragment wstępu do najsłynniejszego tomu Franka Limy „Inventory”. Jego autorem jest David Shapiro, który pisze: „Poezja Franka Limy jest poezją życia codziennego, lecz tylko nieustraszony poeta o  ogromnej sile zdolny jest opisywać codzienność. Można powiedzieć, że życie, które opisuje Lima jest tak wyjątkowe, że nie można albo nie powinno się go umieszczać w  szufladce pt. „codzienność”. W rozmowie z Guillermo Parrą przeprowadzonej wiosną 2001 r. poeta mówił tak: „Piszę poezję, ponieważ muszę, nie dlatego, że chcę. Nigdy nie miałem zamiaru zostać poetą. Tak się po prostu w  wyniku wyjątkowej sytuacji stało. Malarz Sherman Drexler zasugerował, bym pisał wiersze. To był wariat, tak wtedy sobie pomyślałem. Powiedział: pisz tak, jak mówisz. I tyle. Źródła w  których szukam „natchnienia” są uniwersalne. Nie chcę być poetą „latynoskim”. Poezja a gotowanie? Jedno jest równie ulotne jak drugie. Być może gotowanie wydaje się bardziej wymierne. Ostatecznie oba wymagają kreatywności i geniuszu. Istnieje wiele szkół gotowania, ale niewielu jest utalentowanych kucharzy. Powiedziałbym, że moje doświadczenia poety pozwoliły mi uwierzyć, że w gotowaniu chodzi o coś więcej niż jedzenie”. Z kolei w wywiadzie umieszczonym na stronie http:// www.poetrysociety.org/psa/poetry/crossroads/qa_american_poetry/frank_lima/, Lima mówi: „poezja jest amalgamatem różnych idiomów, przyzwyczajeń językowych i stylów, które tworzą amerykański język poetycki. Choć piszemy po angielsku, to właśnie unikatowe zagęszczenie stylów i narodowości od północy po południe i od wchodu na zachód odróżnia amerykańską formę poetycką od poezji brytyjskiej. Jestem poetą amerykańskim, ponieważ jestem Amerykaninem”. Zapytany o  przyszłość poezji, Lima powiedział: „W przyszłym stuleciu poezja najbardziej ze wszystkich form będzie przypominała science fiction. Przyszłe pokolenie utalentowanych poetów będzie eksperymentowało z językiem, jak i nowymi formami wizualnymi w druku. Aby stworzyć w nowy styl, wykorzystają w pełni nowe technologie”.

42

1/01/2000 Znaleźliśmy te słowa w pudełku poświęciliśmy im nieopisaną Uwagę. Badaliśmy ich zwyczaje i szaleńczo się w nich Zakochaliśmy. Gdy patrzyliśmy na nie, paliły, Wydmuchując nam sakramentalne kłęby w twarz. Byliśmy Ślepymi starcami rozpinającymi swe życie i drżącymi Przy dotyku nagiego marmuru. Gołębie były dzikimi palcami Posągów. Przyszłość poświęciła naszą duszę dla erotycznego Bezruchu poezji. Słowa przybyły do kuchni Przez ubiegłowieczną dziurkę po gwoździu z twarzami Z przeszłości. Wpasuję się w każdego, kto mnie zechce, Bądźcie więc dla mnie łagodni w waszych wspomnieniach, A przestaną zerkać mi przez ramię w metrze. Zbiorę Bilety przy wejściu, zetrę kurz z siedzeń I jasno stwierdzę, że pisanie jest równie odludne Jak sterta butów. Niebu brak skrzydeł i jest stąd daleko, I nie ma książek, w których wymienia się mnie lub ciebie. Tekst. i tłum. z angielskiego Katarzyna Wywiał

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Literatura/Katalog prasy lokalnej

Janina Barbara Sokołowska

poetka, eseistka, redaktorka, autorka bajek dla dzieci. Podczas Ogólnopolskiego Zjazdu Delegatów Stowarzyszenia Autorów Polskich, który obył się 22 września w Warszawie, otrzymała odznakę honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej” nadaną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Bogdana Zdrojewskiego.

witraże godności nie mów do cholery iż to najlepsza dzielnica uroczy zakątek kiedy łapie za gardło podjeżdżająca karetka z krzyżem a pani ewa chyłkiem wyciąga ze śmietnika blaszane puszki skurczona do środka przeobraża się z motyla w gąsienicę nie wierzę że to sprawka niezależnego boga kiedy znikają pokrywy studzienek zamienione na miskę przetrwania tak łatwo wpaść w dziurę i polecieć nie wiadomo gdzie postrzępione niebo pod głową przeżuta gazeta donosi o greckiej plaży światowym kryzysie i tunelu na wisłostradzie. kiepski dzień dwie butelki za pazuchą kolekcja szkiełek szklane domy robi się ciepło i błogo

skrzypiące źdźbło by zmielić w gardle krople krzyku pisanie jest przekleństwem lecz sztuką jest przestać siedząc nad ranem patrzę w drżący knot lampy fragmenty starego domu zamazane mgłą zegar kłamie jak najęty w zielonych cyfrach kruszy się glina jakby nie było nic więcej oprócz bełkotu fosy pytam tego który podarował mi cieknące berło przestronne pałace i trąd

co jest dalej za dnem królem arcykatedrą pustym jadłospisem wykrochmaloną koszulą spokojny bóg wspaniały kraj wiersze są jak pałace każde pisanie jest aktem pierwszym trącaniem oka o poślinione kamyki i żwir kładzeniem nierównej fugi między cegłami wszystko co odrywa stopę i rzuca pod koła

Trybuna Górnicza ukazuje się od 1994 roku. Jest to tygodnik zorientowany przede wszystkim na zagadnienia przemysłu województwa śląskiego, ale zajmuje się także sprawami regionu. Zagadnienia związane z przemysłem dotyczą nie tylko górnictwa, ale także energetyki, koksownictwa, hutnictwa i produkcji maszyn. Ważnym poruszanym tematem jest ponadto ekologia. Pisząc o sprawach przemysłu, tygodnik zajmuje się wszelkimi aspektami ekonomicznymi, technologicznymi i logistycznymi tego działu gospodarki. Ważne miejsce zajmują w nim także zagadnienia bezpieczeństwa pracy. Misją Trybu-

ny Górniczej jest kreowanie właściwego wizerunku górnictwa i sektorów pokrewnych. Jako czasopismo branżowe, prezentuje opinie przedstawicieli największych firm działających na terenie Śląska i Zagłębia. Trybuna Górnicza prenumerowana jest przez Kompanię Węglową SA, Jastrzębską Spółkę Węglową SA, Południowy Koncern Węglowy SA, Katowicki Holding Węglowy oraz LW Bogdanka SA (ogółem 20 200 egzemplarzy), a następnie rozprowadzana bezpłatnie wśród ich pracowników. Kolportowana jest również w kioskach w każdy czwartek w nakładzie 52–60 tys. egzemplarzy, razem z największą regionalną gazetą Polska Dziennik Zachodni we wszystkich śląskich i zagłębiowskich miastach górniczych. 19 grudnia 2013 ukaże się tysięczny numer, a w czerwcu tygodnik będzie świętował jubileusz 20-lecia obecności na rynku. Od ponad sześciu lat tygodnik prowadzi własny portal internetowy nettg.pl. (red.)

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

43


Literatura

Co czytać dzieciom? Joanna Olech w Brukseli 15 listopada w brukselskim konsulacie odbyło się – zorganizowane przez tamtejszą ambasadę RP – bardzo ciekawe spotkanie z  Joanną Olech, ilustratorką i autorką książek dla dzieci. Wśród publiczności znaleźli się nauczyciele Szkolnego Punktu Konsultacyjnego im. Lelewela z  Brukseli (zwanego potocznie szkołą polską) oraz rodzice małoletnich czytelników literatury polskiej – w  tym z  rodzin mieszanych. Spotkanie prowadziła mieszkająca w Brukseli dziennikarka Anita Górnicka-Boratyńska przy żywym współudziale zadających pytania słuchaczy. Joanna Olech opowiedziała nam na początek, jak została autorką książek dla dzieci. Stało się to oczywiście przez przypadek, kiedy to będąc ilustratorką w legendarnym „Świecie Młodych” została poproszona o stworzenie komiksu w zastępstwie kolegi. Ponieważ nie zdołała skończyć tego zlecenia w terminie, zaoferowała w  zamian historyjkę z  pamiętnika 11-latka... Tekst spodobał się na tyle, że redakcja poprosiła o kontynuację. Sytuacja uczestników spotkania – rodziców i  nauczycieli młodych czytelników – nie jest łatwa. Ich zadaniem jest bowiem zachęcić dzieci zanurzone w żywiole języka francuskiego lub flamandzkiego do tego, by polubiły – a przynajmniej nie znielubiły – czytania w języku polskim. Podstawą jest tutaj odpowiedni dobór lektur. Jak więc pisać dla dzieci, by chętnie czytały? Otóż według Olech należy przede wszystkim wyłączyć autocenzurę i dydaktyzm. Zapytana o  kanon literacki – nieoczywisty przecież z  punktu widzenia Polaków zamieszkałych za granicą – pisarka stwierdziła, że nie istnieje dziś pokoleniowy „spis lektur niezbędnych”, który łączył niegdyś polskich czytelników. Dla osób z pokolenia pisarki (ur. 1955), jak i nieco młodszych, były to książki Niziurskiego czy Siesickiej. Autorka nie lubi z kolei takich współczesnych książek, w których przesłanie jest aż nadto oczywiste. Dzieci według niej wybierają raczej nie książki dy-

44

daktyczne, ale po prostu śmieszne, jak utwory Marcina Wicha („Klara. Proszę tego nie czytać!”). Dobre książki mogą także mówić o  cierpieniu i  pomagać rozwiązywać konkretny problem – jak książki brytyjskiej autorki Jacqueline Wilson. Mają zatem działanie terapeutyczne, bo tkwi w nich „pestka lecznicza”, ale często i humor. Ale... po co czytać? Czy nie jest to strata czasu? Na to prowokacyjne pytanie autorka odpowiedziała jednoznacznie: nie! Sama będąc matką trojga dorosłych już dzieci jest przekonana, że do czytania należy zachęcać, a nawet zmuszać swoistym szantażem, „bo czytanie jest super”, „kto czyta, jest fajniejszy”. Wedle autorki czytać trzeba, bo tak – to nie podlega negocjacji. Książki stano-

wią swoistą symulację życia i stanowią zadanie mentalne dla czytelnika. Czytanie jest, zwłaszcza dziś, atrybutem elit i  snobizmem... Snobizm ten, według Joanny Olech, stanowi szczególną motywację dla czytelników w okresie dojrzewania. Między rodzicami a dziećmi można wypracować nie tylko rytuały czytelnicze, ale i swoiste gry. Olech wspominała, że opowiadała swoim dzieciom bajki o umyślnie zmodyfikowanej treści, które mali słuchacze w mig korygowali. Autorka nie ma nic przeciwko wykorzystaniu w  nieortodoksyjny sposób klasycznych motywów – lepiej wg niej czytać coś niż zupełnie nic. Nie uważała np. by świętokradztwem było takie przetworzenie historii o trzech muszkietach aby ich boha-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Literatura

terkami stały się lalki Barbie w rolach muszkieterek. Jakie książki są więc obecnie atrakcyjne dla dzieci? Podsuwanie lektur przez nas ulubionych jest błędem; lepiej iść za gustem dziecka. Ważne jest tylko, by dzieci czytały. Warto także czytać dzieciom w każdym wieku, nawet tym umiejącym już doskonale czytać. Dobrze też odsłaniać swoje emocje przy wspólnej lekturze, nie wstydzić się wzruszenia... Co z klasyką? Rodzice dzieci chodzących do szkół belgijskich wskazują, że „Latarnik” czy „Krzyżacy” to pozycje anachroniczne. Joanna Olech uważa, że dzieci sięgną po klasykę, gdy będą chciały. Część z tych propozycji zasługuje przede wszystkim na krytykę i pod tym kątem powinna być czytana – chodzi tu przede wszystkim o pozycje takie jak „W pustyni i w puszczy”. Może zatem przerabiać klasykę na komiksy? To medium jest żywe i silne w Belgii. Okazuje się, że taką inicjatywę podjęło już np. wydawnictwo Egmonton. Natomiast komiks jako taki jest niestety ignorowany w Polsce, nad czym Joanna Olech ubolewa wskazując na doskonałe artystycznie dokonania światowe (Marzi, Maus). Pojawiają się też coraz liczniej książki obrazkowe (picture books) i jest to znak czasu oraz – potęgi kultury obrazkowej. Jakie kwestie pojawiają się podczas prowadzonych przez Joannę Olech warsztatów w małych miejscowościach? Otóż polskim dzieciom z trudem przychodzi

opisywanie siebie w superlatywach – dorośli mają skłonność do krytyki. Skąpimy dzieciom pochwał. Aby to naprawić – chwalmy je właśnie za czytanie. Dlaczego w książkach dla dzieci, w tym autorstwa Joanny Olech, pojawiają się brzydkie słowa (tu użyto jako przykładu wyrazu „kretyn”)? Według autorki kluczem jest tutaj szczerość, autentyczność. Wspomniane sformułowanie, które pojawiło się w serii „Miziołki”, zostało jednak oprotestowane i pisarka dokonała ostatecznie aktu autocenzury. Kastrowanie tekstu jest złe, ale z drugiej strony, jak przyznaje pisarka, na autorze spoczywa odpowiedzialność za słowa. Czy płeć czytelnika ma znaczenie? Pisarka uważa, że tak. Upodobań płci nie należy lekceważyć. Nawet powszechny zalew „księżniczek” potraktować trzeba jak ospę, przejściową modę... Czego dzieci nie powinny czytać? Autorka była zdania, że książka nie zrobi dziecku krzywdy, jeśli jest to utwór dobrej jakości. Podobnie nie będzie szkodliwe czytanie książek przeznaczonych dla starszego czytelnika, jeśli dziecko chce je czytać. Czy ekranizacje są wartościowe? Według Joanny Olech mogą one wręcz podnosić czytelnictwo. Tak stało się w  przypadku filmów opartych na powieściach Edmunda Niziurskiego. Widzowie tych ekranizacji sięgnęli następnie po oryginały oraz inne książki tego autora. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia ekranizacje są więc dla samych książek korzystne . Pytana o aktualne nakłady książek dla dzieci Joanna Olech przyznała, że są bardzo niskie i oscylują wokół liczby 10 tys. egzemplarzy, z czego e-booki stanowią niewielki procent. W związku z tym autorzy książek dla dzieci rzadko mogą utrzymać się z pisania. Jak przyznała sama, większym zastrzykiem gotówki są dla nich wieczory autorskie. Kolejnym zagadnieniem było stworzenie muzeum literatury dla dzieci. W Polsce istnieje np. muzeum Koziołka Matołka – postaci z przedwojennych komiksów. Dla gminy Pacanów istnienie tego muzeum jest jednak bardziej przekleństwem niż błogosławieństwem, jako że jego utrzymanie stanowi spore obciążenie finansowe. Inne muzeum znajduje się na warszawskiej Pradze, a kolejne, ufundowane przez Pana Yapę (Krzyszto-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

fa Janczaka) – w Bielsku-Białej. Brak jednak dużej i centralnie finansowanej instytucji na skalę ogólnopolską. Joanna Olech przygotowała i przedstawiła nam także swoją osobistą listę polecanych lektur dla dzieci z podziałem na grupy wiekowe i z uwzględnieniem tematyki, jaką dana książka porusza. Refleksję może budzić fakt, że w większości są to tłumaczenia utworów anglosaskich lub skandynawskich; niewiele mamy tu pozycji polskich. Tutaj wymienić mogę choćby Grzegorza Gortata, Iwonę Chmielewską, Barbarę Kosmowską, Marcina Szczygielskiego... Po spotkaniu z Joanną Olech mogę do tej listy dopisać właśnie ją; kupiliśmy i przeczytali jej uroczą książeczkę o niesfornych smoku Pomponie.

Na zakończenie spotkania autorka rozdawała autografy. Korzystając z tej okazji zapytałam Joannę Olech, czy powinnam się niepokoić faktem, że mój 7-letni syn – przecież dziecko moli książkowych – nie wykazuje na razie skłonności do wielogodzinnej samodzielnej lektury. Autorka uspokoiła mnie jednak, że mamy czas – rzecz rozstrzygnie się mniej więcej do 10 roku życia, a  proces wdrażania się w czytanie przedłuża dziś wszechobecna kultura obrazkowa. Czytajmy więc, bo warto. Katarzyna Wywiał

45


Region Wernisaż stałej wystawy „Polskie szkło współczesne” Od 27 listopada 2013 r., po półrocznej przerwie, w Muzeum w Sosnowcu ponownie można oglądać dzieła polskiego designu szkła użytkowego i artystycznego. Dzięki dotacji z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zastąpiono wysłużony sprzęt ekspozycyjny nowoczesnymi i estetycznymi gablotami z systemem bogatego oświetlenia wewnętrznego, dzięki któremu prezentowane eksponaty zyskały na ekspresji. Zapewniają one także doskonały stopień bezpieczeństwa eksponowanych zbiorów i  odpowiednie warunki konserwatorskie. Wystawę uzupełniają szklane ekrany z  wydrukami wielkoformatowymi wybranych dzieł oraz tekstem informacyjnym. Ekspozycja ukazuje dorobek polskich twórców szkła, ze szczególnym uwzględnieniem designerów zagłębiowskich. W wernisażu uczestniczyło kilku przedstawicieli tego środowiska m.in. Bogdan Kupczyk i Zofia Maj, a także przedstawicielki najmłodszego pokolenia artystów szkła, wykształcone we wrocławskiej ASP. Honorowymi gośćmi uroczystości byli dyrektor Wydziału Kultury Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego w Katowicach – Przemysław Smyczek oraz wiceprezydent Sosnowca – Zbigniew Szaleniec, którzy z uznaniem wyrażali się o sosnowieckiej kolekcji szkła, nowej wystawie i dotychczasowych dokonaniach Muzeum. Szczególnym go-

ściem był Eugeniusz Gubała, były dyrektor ZHSGiT „Vitropol”, który w 1980 r. był inicjatorem założenia w Sosnowcu Centralnej Wzorcowni Szkła, gdzie zgromadzono trzon dzisiejszej, bezcennej dla polskiego dziedzictwa narodowego, kolekcji rodzimego szkła. Wspominał minione lata i podzielił się z obecnymi swoimi wspomnieniami dotyczącymi tamtego faktu jak i polskiego szkła ogólnie. Sam wernisaż poprzedziło uroczyste przecięcie wstęgi, a  dokonali tego dyrektor P. Smyczek i E. Gubała. Wśród licznie przybyłych gości były też przedstawicielki zaprzyjaźnionego z  sosnowiecką instytucją Muzeum w Ostrawie (Republika Czeska).

110-lecie czasopisma „Przegląd Górniczy” To, co zapisano kiedyś, dziś ma dużą wartość dokumentacyjną i poznawczą – mowa o najstarszym czasopiśmie poświęconemu górnictwu na Ziemiach Polskich „Przegląd Górniczy” (w swoich początkach był to „Przegląd Górniczo-Hutniczy”). Czasopismo założono 1 października 1903 r. Jego wydawanie rozpoczęto w Dąbrowie Górniczej. Wówczas było to pismo poświęcone tematyce górniczo-hutniczej i  sprawom związanym z potrzebami tej gałęzi przemysłu. Z prospektu (z września 1903 r. wydanego w Dąbrowie Górniczej) wiadomo, że owemu pismu nadano tytuł „Przegląd Górniczo-Hutniczy”. Wówczas wychodził w zeszytach broszurowych, formatu prospektu niniejszego, dwa razy w  miesiącu i  miał 10 rozdziałów. Biuro redakcji mieściło się w  Dąbrowie Górniczej (gub. Piotrkowska) w gmachu Resursy. Redakto-

46

rem ówczesnego wydawnictwa był inżynier górniczy Mieczysław Grabiński, a wydawcą Stanisław Ciechanowski. (Ciechanowski – dziedzic dóbr Grodziec, właściciel grodzieckiej cementowni i współzałożyciel Grodzieckiego Towarzystwa Kopalń Węgla i Zakładów Przemysłowych). Historię tamtejszego czasopisma przedstawiają dokładnie dwie strony z  „Przeglądu Górniczego” (nr 10/2013, s. 1 i s. 8). Dziś po latach „Przegląd Górniczy” wydawany jest przez Zarząd Główny Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Górnictwa w  Katowicach. Aktualnie redaktorem naczelnym jest prof. dr inż. Wiesław Blaschke, a zastępcą redaktora – mgr inż. Alina Goździk. Autor niniejszego tekstu stale współpracuje z redakcją „Przeglądu Górniczego”.

Bolesław Ciepiela

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Red.


Region Jubileusz 105-lecia II Liceum Ogólnokształcącego im. Emilii Plater Uroczystości jubileuszowe II Liceum Ogólnokształcącego im. eksperymenty dydaktycznei i nowatorskie projekty edukacyjne, Emilii Plater w Sosnowcu zorganizowano 22-23 listopada. W pią- np. wprowadzoną w ubiegłym roku szkolnym – dla zainteresotek 22 listopada w pięknie udekorowanej i wypełnionej po brze- wanych uczniów – naukę podstaw języka chińskiego. Od wielu gi platerańskiej auli odbył się XXI Ogólnopolski Turniej Jedne- lat Plater współpracuje z uczelniami wyższymi, m.in. Śląskim go Wiersza Laur Plateranki – prestiżowy turniej poetycki, który uświetniły występy artystyczne naszych uczniów i absolwentów oraz interesujący spektakl przygotowany przez szkolny „Teatr Nasz”. W sobotę 23 listopada obchody jubileuszowe rozpoczęły się od poświęcenia nowego sztandaru Liceum w sosnowieckiej katedrze. Następnie w nowej sali koncertowej Szkoły Muzycznej odbyła się uroczystość składająca się z części oficjalne i artystycznej. Obecnością zaszczyciły nas władze miejskie i oświatowe Sosnowca, przedstawiciele uczelni wyższych, związków zawodowych oraz dyrektorzy sosnowieckich szkół gimnazjal-

Uniwersytetem Medycznym, Wydziałem Prawa i Administracji oraz Wydziałem Nauk o Ziemi Uniwersytetu Śląskiego, a także, od niedawna, z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Ogólnopolskie sukcesy naukowe Szkoły idą w parze z troską o wysoką jakość wychowania i bezpieczeństwo uczniów w placówce, o czym świadczy np. wprowadzenie niedawno nowoczesnych elektronicznych kart szkolnych dla młodzieży i pracowników Liceum. To tylko kilka – z wielu – obszarów działań naszej Szkoły, które warto przypomnieć w kontekście upływających 105 lat od jej założenia. nych i ponadgimnazjalnych. Nie zabrakło oczywiście licznych absolwentów szacownej Jubilatki, m. in. osób znanych z mediów: Jacka Cygana i Tadeusza Kwaśniaka. Po zakończeniu uroczystości w Szkole Muzycznej absolwenci spotkali się w gmachu szkoły, aby w swych dawnych salach lekcyjnych powspominać czasy licealne. II Liceum – jedna z najlepszych szkół nie tylko w Sosnowcu, ale i w województwie śląskim – ma już 105 lat, a na koncie prawie 300 laureatów, finalistów i uczestników eliminacji centralnych olimpiad przedmiotowych, liczne innowacje pedagogiczne,

Jubileusz 105-lecia istnienia sosnowieckiej Platerki, jak potocznie nazywa się II Liceum Ogólnokształcące w naszym mieście, to wydarzenie nie tylko o charakterze prestiżowym, społecznym. Dla wielu jej absolwentów miało ono wymiar przede wszystkim osobisty. Potwierdzają to słowa dyrektora szkoły, Doroty Leszczyńskiej, która witając zaproszonych gości w sali koncertowej przy Zespole Szkół Muzycznych im. Jana Kiepury w Sosnowcu, stwierdziła: „Jesteśmy uczestnikami spotkania, którego bohaterami są ludzie i czas. Kolejność owych pojęć nie ma tu znaczenia, gdy myślimy o istnieniu szkoły, ponieważ ciąg

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

47


Region Ideały wychowawczo-edukacyjne II LO w Sosnowcu to przede wszystkim obraz absolwenta, człowieka, który realizując się w dorosłym życiu prywatnym i zawodowym – często poza Sosnowcem, chce jednocześnie wracać do miejsc ważnych w osobistej formacji losu: nie zapomina o przeszłości złożonej z miejsc, ludzi i czasu. W szkolnych salach Plater spotkały się osoby znane z życia publicznego, medialnie rozpoznawalne i ci, którzy realizują swoje życie w zwyczajnym porządku codzienności; maturzyści sprzed kilku lat i sprzed półwiecza. Jedno nie ulega wątpliwości – w takiej sytuacji wszelkie różnice ludzkiej historii zdarzeń nie mają większego znaczenia, bo łączy pamięć o nauczycielach, koleżankach, kolegach, epizodach szkolnych lat. Wspólne chwile szczęścia przeżywa się samotnie. Paradoks ludzkiej natury? Możliwe. Ale i zasada odbioru doświadczeń istotnych, zdarzeń ludzkich, budujących życie każdego z nas, zapisany jest które niczym archetypy wpisują się w wyobraźnię człowieka. Prawie wszystko wokół nas się zmienia. Nowe miejsca, sytuacje, twaw strumieniu czasu”. Okolicznościowymi refleksjami dzielili się zaproszeni goście rze. Szkoła też się zmienia – bo musi sprostać wymogom edukacji ze środowiska samorządu Sosnowca, władz Kuratorium Oświa- otwartej, poszukującej. Wielu Plateran może po latach powiedzieć, ty w Katowicach, posłowie, radni, absolwenci. Podkreślano rolę że z naszą klasą coś się stało, choć naprawdę nie stało się nic. Wciąż szkoły w środowisku społeczności lokalnej, tradycję budowania ci sami w swej inności. Odmienność nie musi oznaczać obojętności. w latach międzywojennych i współcześnie rozpoznawalnej jaWszystkim osobom przybyłym na jubileusz II Liceum Ogólkości kształcenia oraz wychowania absolwentów „szkoły znad nokształcącego im. E. Plater w Sosnowcu, autorom licznych liPrzemszy”. Prezydent miasta Kazimierz Górski, podkreślił – jak stów gratulacyjnych oraz wszystkim, którzy zaangażowali się się wydaje – istotny rys tradycji Plater: kształtowanie w świado- w organizację 105-lecia Plater społeczność szkolna składa sermości młodych ludzi cnót obywatelskich, takich jak pracowitość, deczne podziękowania. szacunek dla nauk, ludzi, ale także akcentowanie tradycji naroPiotr Bajer, Jacek Bajer dowej uosobionej w graficznej formie sztandaru szkoły (wizenauczyciele języka polskiego, filozofii i etyki runek Matki Boskiej z jednej strony, a z drugiej godło narodow LO im. E. Plater w Sosnowcu we, inicjały szkoły i symboliczne daty: 1908-1933).

48

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Region

30 lat działalności Miejskiego Klubu im. Jana Kiepury (1983-2013) Refleksje na trzydziestolecie Źródłem wszelkich owocnych zamierzeń jest inicjatywa indywidualna, ale jej powodzenie zależy w równym stopniu od szczęśliwego trafienia na żyzną glebę i życzliwego zainteresowania. Pomysłodawcą stworzenia na parterze budynku mieszkalnego „klubu rodzinnego” oferującego propozycję spędzania czasu dzieciom, osobom młodszym i starszym był prezes Sosnowieckiej Spółdzielni Mieszkaniowej Pan Waldemar Skurczyński. On również wybrał patrona Klubu – światowej sławy polskiego śpiewaka, „chłopaka z Sosnowca”, Jana Kiepurę. Także on zaproponował stanowisko dyrektora nowej placówki Panu Stanisławowi Olejniczakowi. Ten znany dziennikarz, reżyser i pedagog Akademii Muzycznej w Katowicach, intelektualista i meloman zapragnął stworzyć w Sosnowcu nowe miejsce artystycznych działań i wydarzeń. Jego ideą było z jednej strony upowszechnianie zjawisk kultury i sztuki zwłaszcza muzyki „wysokiej”, nawet elitarnej, z drugiej strony spełnianie codziennych potrzeb kulturalnych okolicznych mieszkańców, również w zakresie wychowa-

nia i rozwijania zamiłowań artystycznych dzieci i młodzieży. Kompetentna i ofiarna praca grupy „pionierów” – zwłaszcza dyrektora, jego wspaniałej zastępczyni, a później od 1990 roku dyrektorki Klubu Pani Jolanty Szczurek i Pani Ireny Mackiewicz, ówczesnej kierowniczki działu społeczno-wychowawczego SSM – szybko przyniosła efekty. Zdobyto niezbędne zaopatrzenie, wyposażono sale zajęć, czytelnię czasopism i małą kawiarenkę. Trzy pomieszczenia przeznaczono na małe muzeum Jana Kiepury. Na apel Klubu o nadsyłanie kiepurowskich pamiątek zaczęły napływać cenne okazy: fotografie, dokumenty, przedmioty, przedwojenne czasopisma, spisane wspomnienia, liczne cenne i wzruszające dowody stale trwającego kultu wielkiego śpiewaka. Ogromną radość sprawiła muzeum Martha Eggerth-Kiepura przysyłając zdjęcia, programy z autografami artysty, czasopisma i nuty. Wielkim sukcesem było stworzenie sali koncertowej na 150 osób, w której wkrótce pojawili się wybitni muzycy, aktorzy i plastycy wystawiający swoje prace. Niezbędny na estradzie fortepian wypożyczyła na kilka lat (zanim dorobiono się własnego instrumen-

tu) Szkoła Muzyczna w Sosnowcu, której dyrektor, Bronisław Oleś, przez lata promował klubowe koncerty pisząc recenzje do „Wiadomości Zagłębia”. Popularność Klubu rosła. Paradoksalnie sprzyjał temu trudny czas, w którym rozpoczęto działalność. Wielu wybitnych artystów odmawiało prezentowania się w telewizji, wówczas tylko państwowej, wyjazdy zagraniczne były utrudnione, a miejsca występów dzieliły się na takie, które uważano za przyzwoite i inne, w których pokazywać się nie wypadało. Klub zdobył sobie opinię miejsca godnego i niezależnego programowo, miejsca wspólnej sprawy artystów i słuchaczy. Wybitni artyści, soliści i zespoły, czołowe orkiestry kameralne, chóry, aktorzy i zespoły teatralne, literaci, artyści i autorzy znanych kabaretów (wówczas zdarzały się ingerencje cenzury) gościli w Klubie i wielokrotnie do niego powracali, znajdując tu doskonałą organizację, szczególną gościnność gospodarzy i własne grono niezawodnej publiczności z Sosnowca i okolicznych miast. Alfabetyczny spis osób i nazw zespołów, umieszczony w jubileuszowym wydawnictwie prezentuje imponującą liczbę nazwisk artystów i nazw zespołów bę-

Na zdjęciu wraz z Zespołem – Michał Góral (pierwszy z lewej), dyrektor Miejskiego Klubu im. Jana Kiepury. Fot arch. MKiJK

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

49


Region dących ozdobą programów i koncertów, wielkich filharmonii i teatrów. Władze miasta i województwa, pobliskie zakłady pracy i władze SSM cieszyła rosnąca renoma Klubu, który od 1 stycznia 1992 stał się placówką miejską. Szczególne miejsce zajmowało tu od początku kształcenie artystyczne dzieci i młodzieży. Przez kilkanaście lat organizowano metodycznie opracowane audycje umuzykalniające i koncerty muzyki z szeroko pojętej klasyki. Później ogromną radość sprawiały młodym słuchaczom całoroczne cykle koncertów zwane „Małą Akademią Jazzu”, w których występowały jazzowe znakomitości. Ponieważ jednak nic tak nie pobudza wrażliwości i świadomości estetycznej jak praktyka, Klub wprowadził i kontynuuje zajęcia w różnych grupach wiekowych obejmujące: rytmikę, grę na instrumentach, muzykowanie w stałych zespołach, zajęcia plastyczne , teatralne i taneczne. Przedmiotem wielkiej satysfakcji są liczne i spektakularne osiągnięcia – również za granicą – takich zespołów jak: Grupa Wokalna „Kiepurki” czy tez Zespół Tańca Nowoczesnego „Skandal”. Utrwala się stale pamięć o Janie Kiepurze, niezależnie od wzbogacania muzeum, przez organizowanie kiepurowskich rocznic, koncertów, wystaw, projekcji filmów, odczytów i prelekcji, których ozdobą były wielokrotne występy Bogusława Kaczyńskiego, z jego monodramem o Janie Kiepurze i Marcie Eggerth. Ufundowano również nagrody dla uczestników ogólnopolskiego konkursu młodych wokalistów odbywającego się w ramach Europejskich Festiwali Arii i Pieśni im. Juana Kiepury w Krynicy. Znakomitym pomysłem okazało się zorganizowanie Europejskiego Konkursu Tenorów im,. Jana Kiepury, którego pierwsza edycja w maju 2009 r. zgromadziła liczną grupę śpiewaków z kilku krajów. Nie zapomina się również o innych wybitnych twórcach i artystach pochodzących z Sosnowca, popularyzuje się osiągnięcia między innymi: Władysława Szpilmana, Jacka Cygana, Bogusława Madeja, Czesława Gałki, Andrzeja Staciwy i innych. Klub jest inicjatorem i organizatorem prestiżowych festiwali, turniejów, konkursów i mistrzostw, jak m.in.: Europejski Integracyjny Festiwal Piosenki Dziecięcej INTERMUZA, Międzynarodowy WORD FUSION MUSIC FESTIVAL, Ogólnopolski Turniej Tańca Towarzyskiego SOSNOWIEC DANCE CUP, Ogólnopolski Turniej Tańca Nowoczesnego WORLD DANCE, Ogólnopolski

50

Festiwal KIEPURAFEST, Międzynarodowy Festiwal SOSNOWIECKIE DNI MUZYKI ZNANEJ I NIEZNANEJ. Stale rozszerzająca się, ekspansywna działalność, skłoniła władze miasta do przyznania Klubowi budynku dawnego Technikum Energetycznego przy ul. Będzińskiej 65. Nowa siedziba otrzymała nazwę Energetyczne Centrum Kultury – Miejski Klub im. Jana Kiepury w Sosnowcu. Dyrektorem mianowano wybranego w drodze konkursu Pana Michała Górala, wszechstronnego muzyka i organizatora. Tutaj należy podkreślić, że Klub ma niezwykłe szczęście do świetnych dyrektorów: Stanisław Olejniczak (1983-1990), Jolanta Szczurek (1990 – 2010), Michał Góral (od 2010), pracując z bezprzykładnym poświęceniem i odpowiedzialnością pomnożyli osiągnięcia Klubu, wprowadzając go do grona czołowych instytucji kultury Zagłębia i Śląska. Ich sukcesem jest również stworzenie i utrzymywanie doskonałej atmosfery w zespołach ofiarnych pracowników, współpracowników, instruktorów oraz sympatyków. Nowa siedziba wymagała ogromnego remontu, który przeprowadzano rzetelnie i rozważnie, równocześnie prowadząc podstawową działalność. W dawnej auli powstała nowa sala koncertowa, gdzie już we wrześniu 2010 roku, w koncercie inaugurującym wystąpili, Zespół Śpiewaków Miasta Katowice „Camerata Silesia”, Orkiestra Kameralna AUKSO i Leszek Możdżer. Energetyczne Centrum Kultury tętni życiem: organizowane są różne koncerty i inne imprezy artystyczne, wystawy prac artystów malarzy i fotografików, działa 49 sekcji prowadzących zajęcia w 83 grupach. Jedną z sal przeznaczono 2013 r. dla Stowarzyszenia Absolwentów i sympatyków Technikum Energetycznego, co poszerzyło jeszcze krąg przyjaciół Klubu. Liczba stałych zespołów artystycznych powiększyła się w listopadzie 2012 o zespół Energy Band składający się z dziesięciu muzyków, absolwentów i wykładowców Akademii Muzycznej w Katowicach, występujących pod dyr. Katarzyny „Pumy” Piaseckiej. Od 2013 roku nawiązano stało współpracę z Teatrem Zagłębia w celu organizowania koncertów, wystaw i spektakli teatralnych Sceny Kameralnej. Celebrujemy rok jubileuszowy zainaugurowany 5 stycznia 2013 r. koncertem Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza. 30-letnie dzieje Klubu im. Jana Kiepury wpisane są ściśle w czas i dziejące się Polsce przemiany.

Niezależnie od zmieniających się uwarunkowań i okoliczności, przy stałej życzliwej pomocy decydentów, mecenasów i sympatyków, trwa szlachetna klubowa tradycja wysokiego poziomu dobrej pracy, dobrego gustu i ciepłej aury. Dalsze osiągnięcia i sukcesy dopisze niewątpliwie szczęśliwa przyszłość. Kamila Kiełbińska

Podziękowania i życzenia z okazji jubileuszu Kiedy w roku 2010 obejmowałem stanowisko dyrektora Miejskiego Klubu im. Jana Kiepury w Sosnowcu, miałem świadomość wielkiej odpowiedzialności związanej z wieloletnią działalnością placówki – jej ogromnym znaczeniem, prestiżem, dorobkiem kulturalnym, działalnością edukacyjną – w skali miasta, regionu i kraju. Dzisiaj, w roku jubileuszowym, z pełną świadomością chciałbym powiedzieć, że udało się utrzymać dotychczasowe formy działalności Klubu, a dzięki warunkom i możliwościom, które pojawiły się dzięki Energetycznemu Centrum Kultury, nasza placówka jest miejscem swoistej fuzji kulturalnej, na wielu przenikających się płaszczyznach – zarówno tradycyjnych, jak i nowatorskich, innowacyjnych oraz alternatywnych. Za to wszystko, co wydarzyło się tutaj z moim udziałem, chcę podziękować wszystkim osobom, które się do tego przyczyniły: moim poprzednikom, wszystkim zaangażowanym pracownikom Klubu (byłym i obecnym), melomanom, rodzicom i uczestnikom zajęć, artystom występującym na naszych scenach oraz wszystkim naszym przyjaciołom i sympatykom, których nie sposób tu wszystkich wymienić. W tym miejscu chcę również podkreślić role władz samorządowych miasta Sosnowca, bez których nie moglibyśmy funkcjonować i się rozwijać. Na zakończenie wyrażam nadzieję, że dzięki mojej skromnej osobie, Miejski Klub im. Jana Kiepury w Sosnowcu będzie wciąż zyskiwać na znaczeniu w świecie szeroko pojętej kultury, a praca nas wszystkich będzie nadal służyła sosnowiczanom i nie tylko. Tego sobie i Państwu życzę.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Michał Góral


Region

Będzin Kazimierza Wielkiego. 655-lecie lokacji miasta 655. rocznica nadania Będzinowi praw miejskich i 680. roczni- re w kwietniu odbyły się w ramach Tygodnia Kazimierzowskieca koronacji Kazimierza Wielkiego stały się podstawą do zor- go w kazimierzowskim Będzinie. Wojciech Borkowski, fotograf, ganizowania w połowie września w Będzinie konferencji „Bę- członek Stowarzyszenia Króla Kazimierza Wielkiego i członek dzin Kazimierza Wielkiego. 655-lecie lokacji miasta”. 25 kwietnia 1333 roku, 680 lat temu, arcybiskup gnieźnieński Janisław koronował Kazimierza Wielkiego na króla Polski. 5 sierpnia 1358 roku, 655 lat temu, Kazimierz Wielki nadał Będzinowi prawa miejskie. Konferencję przygotowały ogólnopolskie Stowarzyszenie Króla Kazimierza Wielkiego oraz będzińskie Towarzystwo Przyjaciół Będzina, Stowarzyszenie Ratujmy Kościół na Górce i Fundacja Brama Cukermana. Prof. dr hab. Antoni Barciak z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, członek Stowarzyszenia Króla Kazimierza Wielkiego i prze-

wodniczący Kapituły Odznaczeń Stowarzyszenia przygotował referat wprowadzający o polityce Kazimierza Wielkiego wobec Śląska, graniczącego z Małopolską i Będzinem. Stefania Hanusek z Muzeum Zagłębia w Będzinie, członek Stowarzyszenia Króla Kazimierza Wielkiego i członek Towarzystwa Przyjaciół Będzina opowiedziała o przywileju lokacyjnym Królewskiego Miasta Będzina i jego konsekwencjach dla rozwoju miasta. Jarosław Krajniewski z Muzeum Miejskiego „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej, członek Stowarzyszenia Króla Kazimierza Wielkiego i przewodniczący Rady Fundacji Brama Cukermana pokazał zamek będziński w oczach Kazimierza Wielkiego, najważniejszy zabytek kazimierzowski w Będzinie. Gabriel Korbutt, związany ze Stowarzyszeniem Ratujmy Kościół na Górce przedstawił plany remontowe Kościoła Świętej Trójcy w Będzinie, mówiąc o powrocie do przeszłości tego drugiego najważniejszego zabytku kazimierzowskiego w mieście. Karolina Jakoweńko, prezes Fundacji Brama Cukermana, prezentując żydowskie miasta Kazimierza Wielkiego, pokazała związki króla z Żydami. Marcin Lazar, wiceprezes Towarzystwa Przyjaciół Będzina i członek Stowarzyszenia Króla Kazimierza Wielkiego opowiedział o pogrzebach króla jako epilogu Wielkiego Kazimierza 1370-1869. Sławomir Brodziński, członek Stowarzyszenia Króla Kazimierza Wielkiego, członek Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Będzina i członek Zarządu Stowarzyszenia Ratujmy Kościół na Górce mówił o wydarzeniach związanych z rocznicą koronacji założyciela miasta, któ-

Towarzystwa Przyjaciół Będzina zabrał uczestników konferencji na spacer śladami Kazimierza Wielkiego we współczesnym Będzinie. W drugiej części spotkania prezentacje współorganizatorów konferencji przedstawili mgr Sławomir Brodziński w zastępstwie dra Zdzisława J. Zasady, sekretarza generalnego Stowarzyszenia Króla Kazimierza Wielkiego – 5 lat Stowarzyszenia Króla Kazimierza Wielkiego, mgr Marcin Lazar – Przed 25-leciem Towarzystwa Przyjaciół Będzina, mgr inż. Janusz Piątek, wiceprezes Stowarzyszenia Ratujmy Kościół na Górce – Wzgórze Zamkowe – starania na rzecz ochrony walorów miejsca oraz mgr Karolina Jakoweńko – Ochrona i popularyzacja dziedzictwa kultury żydowskiej. Obszerniejsza relacja z konferencji ukaże się w kolejnym numerze „Zapisków Kazimierzowskich”, wydawanych przez Stowarzyszenie Króla Kazimierza Wielkiego. Przygotowywana jest również, na początek 2014 roku, publikacja książkowa, w której zamieszczone zostaną wszystkie materiały konferencyjne.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Sławomir Brodziński Fot. W. Borkowski, Cz. Fornalczyk

51


Region Eliminacje XIII Miejskiego Przeglądu Humoru. „Chwila rozrywki i znowu szaro” Dokładnie 60 lat minie 6 grudnia stawowej nr 20 pod opieką pani Ane2013 roku od śmierci autora słów uży- ty Kowalskiej) tych w podtytule, srebrnogłosego cza„Wiadomości” (Alternatywny Terodzieja, łączącego w  swojej twórczo- atrzyk Żółty Pluszowy Króliczek ze ści w  wysublimowany sposób ostrą Szkoły Podstawowej nr 15 pod opieką pani Bożeny Gredki) „Wiadomości z Baśniobrodu” (uczniowie Szkoły Podstawowej nr 7 pod opieką pana Zdzisława Pytera).

satyrę z tkliwym liryzmem. Duch mistrza groteski, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego oraz duch Juliana Tuwima, równie utalentowanego jak Gałczyński, twórcy kabaretowego, którego rok aktualnie jest obchodzony (uchwa- Gimnazja: łą Sejmu RP z dnia 7 grudnia 2012 r.), „Porwanie” (uczniowie Gimnazjum nr zapewne będą wirować w sali audiowi- 7 pod opieką pani Magdaleny Ossysek) zualnej Młodzieżowego Domu Kultury „Taki sioł” (uczniowie Gimnazjum nr 5/ MDK pod opieką pani Ewy Szpak).

Jurorzy zaproszeni na eliminacje (Izabela Woźnica – przewodnicząca, Mateusz Goj, Felicja Kościukiewicz, Józef Urbanik, Konstancja Zarzycka – członkowie) po obradach obfitujących w starcia słowne i światopoglądowe wybrali sześć zespołów, mających zaszczyt zaprezentować podczas finału następujące scenki: „Cud z  komornikiem”, „Dzień mężczyzny”, „Poczekalnia” „Porwanie”, „Taki sioł”, „Wiadomości” (kolejność alfabetyczna). Wśród wielkich przegranych na uwagę zasługuje oryginalny projekt „Wiadomości z  Baśniobrodu”, który wywołał zachwyt jury konceptem (prezentacja filmu opartego na ciekawym, zabawnym scenariuszu), niewyróżniony ze względu na niewielki udział uczestni-

Szkoły ponadgimnazjalne: „Cud z komornikiem” (kabaret Ciach Bajera z Zespołu Szkół Ponadgimnazjal-

w  Jaworznie 6 grudnia podczas Finału XIII Miejskiego Przeglądu Humoru, tworząc aurę sprzyjającą młodym wykonawcom natchnionym przez Talię. Wstęp do wspomnianego finału rozpoczął się 22 listopada 2013 roku o godzinie 10.0 w klimatyzowanej sali MDK, nych nr 3 pod opieką pana Zbigniewa zamieniając mglisty, gotycki klimat póź- Adamczyka) „Dzień mężczyzny” (kabaret Odchynej jesieni w  święto radości. Zespoły, przedstawiające skecze i  scenki kaba- -lenie z II Liceum Ogólnokształcącego retowe, reprezentowały różne placów- pod opieką pani Anny Adamus) ki oświatowo-wychowawcze: „Kobieta i mężczyzna” (uczniowie III Liceum Ogólnokształcącego pod opieSzkoły podstawowe: ką pani Haliny Sokulskiej) „Geografia na wesoło” (Mini Teatrzyk „Wigilia” (uczniowie III Liceum OgólGroszki z MDK pod opieką pana Zbi- nokształcącego pod opieką pani Haligniewa Adamczyka) ny Sokulskiej). „Poczekalnia” (uczniowie Szkoły Pod-

52

ków występujących na żywo na scenie; oraz „Wigilia” i „Mężczyzna i kobieta” – doskonale odegrane skecze popularnych grup kabaretowych. Błysk artyzmu wśród wybrańców, który zadecydował o ich udziale w finałowej potyczce, to niewątpliwie przede wszystkim olśniewające talenty aktorskie i perfekcyjne przygotowanie warsztatowe (kostiumy, rekwizyty, efekty dźwiękowe). Kto nie wierzy i uważa, że ostatnie zdanie jest przesadą, niech przyjdzie (przyjedzie) 6 grudnia do Młodzieżowego Domu Kultury i  oceni poziom artystyczny występujących zespołów oraz charyzmę młodych ludzi, którzy naprawdę zdobyli serca jury i publiczności niekłamanym, łatwo rozpoznawalnym signum osobowości scenicznych. Tak, talent jest widoczny dla wszystkich, lśni.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

Michał Fuszyński


Region

Sen w domu starców sza, Lizandra w przedmioty (mur, księżyc) lub zwierzęta (na wpół zdechły lew), stają się osowiali, apatyczni, już faktycznie nieżywi. Oto dylemat godny współczesnego filozofa: czy starsi, starzy to jednak ciągle ludzie? Przecież współczesny świat wypycha ich z rynku pracy, z aktywności, nawet z domu rodzinnego, szczególnie, gdy dziadek sprawia więcej kłopotu niż pożytku marną pensją. To oni jednak żyją? Mają swoje uczucia? – dziwią się zaskoczeni młodzi widzowie. Powrót skłóconych narzeczonych, którzy nie wiadomo dlaczego biorą jednak ślub i to w teatralnym foyer, staje się przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, równie zaskakującym jak kilkuminutowa część druga spektaklu. Jeśli chodziło reżyserowi o skłonienie młodych widzów do refleksji nad kondycją ludzką, udało się znakomicie. Tym bardziej, Krzysztof Popiołek w swoim przesłaniu do własnego odczytania Snu że pomogli w tym wyśmienici aktorzy Teatru Zagłębia (jak zwykle nocy letniej uważa, że: Miłość nie jest przecież wypełnieniem pustki, wspaniały Andrzej Śledziak) i rewelacyjna pani Czesława Monczzaspokojeniem braku, miłość nie jest potrzebą. A tak pojmują ją po- ka (gościnnie). Jeśli zaś celem było przybliżenie dramatu Szekspira – staci dramatu, czego konsekwencją jest ich tragiczna kondycja. Miłość cel również został osiągnięty: bez przeczytania utworu za chińskiego jako brak jest swoistym błędem systemu. Wszyscy chcą kochać, ale nie boga nie zrozumieją, o co Stratfordczykowi chodziło. Zatem ambitni zawsze uczucie bywa odwzajemnione przez adresata. nie tylko zaliczą teatr, lecz również lekturę. Niezwykły sukces! Oby Faktycznie – w komedii Szekspira, pełnej szalonych i magicz- zawsze widownia stawała tak dobrze na wysokości wyzwania. nych zderzeń, jest ciągłe uganianie się za innym obiektem miłości Fot. i tekst Zbigniew Adamczyk niż ten, który wyznacza nieżyciowa, barokowa konwencja. Kłębi się świat fantastyczny, duszków i elfów, również pokłóconych i omylReżyseria: Krzysztof Popiołek (spektakl dyplomowy studenta nych. Jest, kontrastujący tak ze światem arystokracji jak też królewWRD PWST w Krakowie) skich elfów świat prostaków, rzemieślników, usiłujących zasłużyć na scenografia i kostiumy: Anna Wołoszczuk względy bogaczy. Wszyscy chcą kochać – ale nikt nie jest kochany. opracowanie muzyczne: Jonasz Sołtyk asystenci reżysera: Tomasz Krawczyk, Michał Bałaga Młody reżyser rozpoczyna spektakl od kłótni kochanków. Naprzekład sonetów 71, 73: Tomasz Krawczyk rzeczony wyraźnie jest zniechęcony wybranką. Dlaczego? Widz, premiera: 9.11.2013 również młody, nie może zgadnąć, bo przecież współcześnie taki   problem znika jednym pogardliwym wzruszeniem ramion – idź Obsada: Krystyna Gawrońska / Zofia, Hermia w cholerę. I dość. Będzie następny/następna. Czesława Monczka (gościnnie) / Marianna, Helena Tymczasem intrygująco bujają się cztery plecione fotele z rataEdyta Ostojak / Dyrektorka (Hippolita), Tytania nu, w których zasiadają zdecydowanie dorosłe pary. One właśnie Michał Bałaga / Wolontariusz 3 będą miotać się po scenie, nieco gnuśnie, z racji podeszłego wieku Aleksander Blitek / Wolontariusz 2, Poszewka Przemysław Kania / Dyrektor (Tezeusz) i miejsca przebywania – są to bowiem pensjonariusze domu spoZbigniew Leraczyk / Stanisław, Demetriusz kojnej jesieni, lecz o dziwo sprawnie. W obecności sanitariuszy, któTomasz Muszyński / Wolontariusz 1 rzy z trudem próbują być wobec nich wyrozumiali, są warzywami. Andrzej Śleziak /Antoni, Lizander Tak oczekują ich opiekunowie. Bez nich, strażników – emerytom wraca życie, emocje, werwa. Potrafią mówić Szekspirem bez kartki, potrafią wczuć się znakomicie w odgrywane postaci, potrafią czuć, że żyją. I żyją. I czują, że żyją. Młody widz, bo na widowni siedzą w ogromnej większości uczniowie przybyli (spędzeni) z różnych szkół, próbuje zrozumieć przesłanie sztuki. Próbuje z ogromnym wysiłkiem, bo ani powierzchowna znajomość dramatów Szekspira percepcji nie ułatwia, ani też sam spektakl nie jest prowadzony pod publiczkę. Wpatrują się w błąkające się po scenie postaci i niemal słychać, jak pod kopułami czaszek szumi intelektualna maszyneria – czy ci starzy naprawdę potrafią żyć? Czy naprawdę w nich tkwią te same co w nas emocje? Czy boją się je okazać przed nami tak, jak ci starcy, którzy w chwili powrotu pielęgniarzy – strażników znów „warzy wieją”? Pogardliwie zamienieni z bohaterów pełnych pasji: Hermii, Heleny, Demetriu-

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

53


Region

Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Ogrodzieńcu istnieje od prawie 60 lat. Inicjuje, organizuje, wspiera i  scala swoimi działaniami wszelkie inicjatywy i  wydarzenia związane z życiem kulturalnym i społecznym mieszkańców Miasta i Gminy Ogrodzieniec. Jako ośrodek kultury proponuje ciekawą ofertę zajęć zarówno dla dzieci i  młodzieży, jak i  dla osób dorosłych. Należą do nich zajęcia plastyczne, skierowane do różnych grup wiekowych. W  ramach zajęć dla dzieci organizowane są warsztaty twórcze, warsztaty malowania na szkle, warsztaty ceramiczne, bibułkarstwo. W  ofercie dla dorosłych znajdują się takie pozycje jak warsztaty artystyczne, np. malarstwo, warsztaty rękodzieła: bibułkarstwo, plecionkarstwo, wykonywanie ozdób. W programie zajęć są również zajęcia muzyczne. Korzystając z nich można poznać tajniki gry na instrumentach: pianinie, gitarze elektrycznej i akustycznej oraz perkusji, prowadzone są także warsztaty dla zespołów muzycznych. Podsumowaniem całorocznej nauki uczestników zajęć muzycznych są Koncerty Galowe, podczas których młodzi artyści prezentują swoje umiejętności. Ośrodek prowadzi także zajęcia gimnastyczno-taneczne „Zumba” oraz aerobic. W czasie wolnym od nauki, tj. ferii zimowych i wakacji, MGOK organizuje czas wolny dla dzieci i młodzieży. W programie zajęć znajdują się m.in. warsztaty plastyczne (malowanie na szkle, wyrób biżuterii, ozdoby z bibuły), wycieczki piesze, wycieczki rodzinne, wyjazdy na basen, warsztaty muzyczne, spektakle teatralne, projekcje filmów animowanych dla dzieci oraz plenerowe pokazy filmów fabularnych dla młodzieży i dorosłych na sąsiadującym z MGOK skwerze. Przy MGOK w Ogrodzieńcu prężnie działają trzy orkiestry dęte: Ryczów, Giebło oraz Dziecięco-Młodzieżowa Orkiestra Dęta w Ogrodzieńcu, zespoły ludowe: Zespół Folklorystyczny „Wrzos” i  Zespół „Ryczowian-

54

ki” z  Ryczowa. Obydwa zespoły mają na swoim koncie wiele sukcesów, a  Zespół Folklorystyczny „Wrzos” w 2012 roku został odznaczony honorową odznaką Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. W MGOK działają ponadto zespoły śpiewacze: „Echo” i Seniorzy z Ogrodzieńca, Zespół Mażoretek „Fantazja” w Ogrodzieńcu – zdobywczynie tytułu Mistrza Polski roku 2013 oraz Zespół „Marzenie”, posiadający w swoim repertuarze utwory poezji śpiewanej w  nowoczesnych aranżacjach. Od 2012 roku w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury, pod patronatem Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej działa Uniwersytet Trzeciego Wieku. Pierwszy rok akademicki 2012/2013 ukończyło 126 słuchaczy, rok akademicki 2013/2014 rozpoczęło 136 słuchaczy. Bardzo istotny jest fakt, że wśród studentów znajdują się nie tylko mieszkańcy Ogrodzieńca, ale także sąsiednich gmin. Słuchacze UTW w Ogrodzieńcu mogą korzystać z  następujących sekcji: języka angielskiego, komputerowej, historycznej, przyrodniczej, sportowo-turystyczno-rekreacyjnej, rękodzieła artystycznego, gimnastyki zdrowotnej, dietetycznej, literackiej, technicznej, UKF – Uniwersyteckiego Klubu Filmowego. W ramach zajęć UTW odbywają się wykłady o różnorodnej tematyce, prowadzone przez wybitnych wykładowców z wielu dziedzin, między innymi ekonomii, zarządzania, historii sztuki, turystyki, chemii, biochemii, biologii, medycyny. Od 1993 roku MGOK w Ogrodzieńcu zajmuje się wydawaniem miesięcznika „Gazeta Ogrodzieniecka”. Lokalny periodyk porusza przede wszystkim tematy nurtujące lokalną społeczność. Są to przede wszystkim działania samorządu, relacje z wydarzeń kulturalnych, tematyka społeczna i lokalna historia. MGOK w Ogrodzieńcu jest współorganizatorem oraz samodzielnym organizatorem koncertów, programów artystycznych, wystaw, konkursów, spotkań tematycznych, festynów rodzinnych i wielu innych imprez. Ośrodek bardzo aktywnie korzysta ze środków Unii Europejskiej, z których finansuje bardzo wiele przedsięwzięć. Należą do nich między innymi „małe projekty” z programu LEADER+, z których sfinansowano zakup kostiumów dla mażoretek, mundurów galowych dla Dziecięco-Młodzieżowej Orkiestry Dętej w  Ogrodzieńcu, instrumentów muzycznych dla Orkiestr w Gieble i Ryczowie i sprzętu nagłaśniającego dla placówki, organizację warsztatów tanecznych dla mażoretek oraz realizację wydawnictwa albumowego pt. „Wspólna pamięć, wspólna fotografia. Ogrodzieniec – portret miasta i mieszkańców”. MGOK korzysta także z innych dostępnych form finansowania i grantów: Fundacji Wspomagania Wsi (akcja „Pożyteczne wakacje”), Kultura Bliska 2010 (organizacja i  wykonanie wspólnej fotografii wszystkich mieszkańców Ogrodzieńca), Narodowe Centrum Kultury (udział w  Ogólnopolskim Programie Rozwoju Chórów Szkolnych „Śpiewająca Polska” 2013). (red.)

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


Region Trzeci sektor Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Żarnowieckiej Towarzystwo powstało we wrześniu 2001 roku. Jego założycielami byli: Wiesława Kowalczyk, Andrzej Czech, Anna Grela, Regina Grabowska, Anna Hajduga, Jolanta Karpierz, Marian Lasota, Małgorzata Łysek, Helena Nowak, Maria Przewłocka, Donata Sarwa-Derela, Mieczysława Seweryn, Julian Sobala, Anna Sobianowska i Barbara Talik. Prezesem Towarzystwa jest Wiesława Kowalczyk, a siedziba znajduje się w Gminnej Bibliotece Publicznej w Żarnowcu. Stowarzyszenie stawia sobie za cel aktywizację życia kulturalnego gminy Żarnowiec oraz podtrzymywanie i rozwijanie tradycji regionalnej. W tym celu organizuje wiele przedsięwzięć popularyzujących lokalne tradycje i promujących gminę oraz gromadzi dokumentację, eksponaty i pamiątki związane z historią gminy i regionu. Co roku bierze udział w obchodach gminnego święta, Dni Żarnowca, organizując między innymi konkurs wiedzy historycznej o gminie Żarnowiec pod patronatem wójta gminy, a w czasie ferii

zimowych turniej tenisa stołowego dla wszystkich chętnych. Do największych osiągnięć Towarzystwa należy wydanie w 2005 roku folderu „Śladami przydrożnych krzyży i kapliczek w gminie Żarnowiec”. Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Żarnowieckiej wspierane było w tym dziele przez, między innymi, wójta Żarnowca, Eugeniusza Kapuśniaka oraz przez młodzież Gimnazjum Publicznego w Żarnowcu. W publikacji tej przedstawiono krzyże, figurki i kapliczki przydrożne, znajdujące się na terenie gminy Żarnowiec. Można je spotkać w pobliżu domów, przy niebezpiecznych zakrętach, na skrzyżowaniach dróg, w szczerym polu. Są drewniane, murowane, niekiedy oszklone, ogrodzone płotem, umieszczone na słupach, starych drzewach. Stanowią pomniki pobożności mieszkańców ziemi żarnowieckiej: są to wota za uratowanie życia czy odzyskane zdrowie, a przy okazji są niemymi świadkami osobistych dramatów pojedynczych ludzi, jak i tragedii narodowych. Urzekają swoim artyzmem oraz pięknem w swej prostocie. Ponadto, Towarzystwo wydało komplet widokówek przedstawiających najciekawsze miejsca na terenie gminy Żarnowiec. Natomiast w roku 2008, z pomocą wójta Eugeniusza Kapuśniaka oraz Gminnego

Ośrodka Kultury, Sportu i Turystyki w Żarnowcu wydany został informator „Gmina Żarnowiec zaprasza”. Obecnie w przygotowaniu jest kolejna publikacja związana z Żarnowcem. Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Żarnowieckiej współpracuje z Towarzystwem Miłośników Ziemi Zawierciańskiej w Zawierciu i Towarzystwem Kulturalnym im. T. Kościuszki w Szczekocinach. (red.)

Więzienny konkurs poetycki rozstrzygnięty Już po raz piąty w katowickim areszcie śledczym rozstrzygnięto, adresowany do więźniów, V Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jeana Geneta. Na tegoroczną, jubileuszową edycję konkursu, napłynęło ponad 150 zestawów wierszy z ponad siedemdziesięciu aresztów i zakładów karnych z całego kraju. Zagłębie reprezentowali osadzeni z Zakładu

Karnego w Wojkowicach. Jury składające się ze znakomitych poetów – Romana Honeta (przewodniczący), Adama Pluszki oraz Katarzyny Zdanowicz-Cyganiak postanowiło nagrodzić zestaw wierszy nadesłany przez osadzoną z Zakładu Karnego w Lublińcu. Drugie miejsce zajął osadzony odbywający karę w Zakładzie Karnym w Gdańsku, trzecie przypadło osadzonej z Aresztu Śledczego w Katowicach. Tegoroczna edycja konkursu została również upamiętniona poprzez mural, który na jednym ze spacerniaków namalowała znana śląska artystka Mona Tusz.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013

55


Region Jesień Literacka w Zawierciu Mijający rok był z pewnością szczególny dla wszystkich stałych bywalców Czwartków Literackich Bogdana Dworaka. W czerwcu, spotkaniem z hr. Tomaszem Łubieńskim zawiercianie zakończyli poprzedni sezon literacki, a ważnym akcentem było odznaczenie Bogdana Dworaka złotą odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej” przez starostę zawierciańskiego

Rafała Krupę z upoważnienia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdana Zdrojewskiego. Niedługo potem, w lipcu, Bogdan Dworak obchodził swój jubileusz 80. urodzin. Jesień przyniosła jednak kolejną ważną wiadomość dla przyjaciół i sympatyków Dworaka oraz jego literackich spotkań: 16 października zawierciański literat odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski nadanym mu przez Prezydenta RP. Z przyczyn zdrowotnych swoje odznaczenie

odebrał w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach, z rąk wojewody śląskiego Zygmunta Łukaszczyka. Poproszony o wygłoszenie expose, Bogdan Dworak powiedział między innymi: Musiałbym być wielkim aktorem, abym potrafił ukryć wzruszenie. Mimo że mam dystans do wielu spraw, jestem wzruszony, że otrzymałem tak poważne odznaczenie od Pana Prezydenta Rzeczypospolitej. Owszem, mam to odznaczenie na sercu, ale właściwie jest ono

56

dla wszystkich moich współmieszkańców – mieszkańców Zawiercia i Zagłębia. To dzięki nim bowiem potrafiłem o nich napisać i przeżyłem z nimi osiemdziesiąt lat. To oni ukształtowali moje spojrzenie na świat i pomogli mi w dokonaniu intelektualnej oceny życia moich bliźnich – zawsze niepozbawione serdeczności. Myślę, że ten znakomity Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski od tego dnia może nosić każdy obywatel Zawiercia i Zagłębia, który mnie zna i który mnie czyta. W ceremonii uczestniczyli znajomi i przyjaciele literata, wśród nich zawierciańska posłanka Anna Nemś, która z tej okazji wydała w Siewierzu uroczysty obiad dla Bogdana Dworaka i jego przyjaciół. Sam odznaczony zdradza, że od tamtej pory otrzymuje wyrazy uznania także od tych, którzy go nie czytają. Jak widać, autorytet pisarza wśród jego ziomków znacząco wzrasta wraz z uznaniem go przez władze. Zawiódłby się jednak srogo ten, kto oczekiwałby od Dworaka tradycyjnego rozumienia pojęcia „jesieni życia”. Pomimo sędziwego wieku

Wreszcie i ostatnia niespodzianka. 16 listopada Łukasz Jarosz otrzymał, exe quo z poetką Krystyną Dąbrowską, Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej, a już 28 listopada poeta pojawił się jako gość kolejnego Czwartku Literackiego. Urodzony w 1978 roku, mieszka pod Olkuszem. Jest absolwentem filologii polskiej Uniwersy-

tetu Śląskiego, pracuje jako nauczyciel w jednej z olkuskich szkół. Ma żonę i córkę. Oprócz poezji zajmuje się także muzyką: jest perkusistą, wokalistą i autorem tekstów w zespołach: Chaotic Splutter, Lesers Bend, Mgłowce, Zziajani Porywacze Makowców. Jest autorem sześciu tomów poetyckich: „Soma, „Biały tydzień”, „Mimikra”, „Spoza”, „Wolny ogień” i „Pełna krew” oraz laureatem wielu konkursów poetyckich. Podczas wieczoru, zaprezentował między innymi utwory: "Eluwium", Fresk", Wiersz dla mojej matki", "Jak bracia", Ziemia", "Płótna", "Kretes", Matka Boska Śnieżna", "Pozostali", "Opowiadanie starego sąsiada". Przeczytał także kilka wierszy z tomiku "Świat fizyczny", który ukaże się w przyszłym roku: między innymi "Dokument", "Podwójny pejzaż", "Zielone świątki" i "Lato". Czy to już koniec tegorocznych literackich niespodzianek w Zawierciu? Jeszcze nie. Już

oraz prestiżowych odznaczeń ten znany animator i regionalista ani myśli rezygnować ze swojej działalności kulturalnej i zatrzasnąć się w swoim mieszkaniu na zawierciańskim Marciszowie, gdzie mógłby już bez reszty oddawać się czytelniczemu nałogowi. 31 października w zawierciańskim klubie Novum odbyły się Zaduszki Poetyckie, poświęcone twórczości Jerzego Lieberta, Aleksandra Wata, Zbigniewa Bieńkowskiego i Zbigniewa Herberta. Oprócz Bogdana Dworaka wiersze czytały Bożena Bryła wraz z córką Justyną. W połowie lat 80. Bożena Bryła jeszcze jako uczennica należała do zawierciańskiej grupy recytatorskiej Balkon Zamknięty. Grupa ta często współpracowała z Bogdanem Dworakiem i grupą poetycką „Szalej”, recytując ich wiersze już od pierwszego, zorganizowanego około roku 1985 12 grudnia rozstrzygnięcie XIII Edycji KonCzwartku Literackiego. Warto w tym kontekście kursu Literackiego im. Haliny Snopkiewicz. wspomnieć także o znanym w tamtych czasach Jesień literacka w Zawierciu trwa dłużej niż recytatorze Balkonu, Sławomirze Spyrze, który ta kalendarzowa. również recytował podczas pierwszych organiFot. i tekst Michał Kubara zowanych w Novum Zaduszek.

nr 6(30) listopad–grudzień 2013


TAURON Dystrybucja S.A. dla regionu

Czasopismo społeczno-kulturalne

Jak bezpiecznie oświetlić posesje i balkony O zbliżających się świętach Bożego Narodzenia przypominają nam nie tylko kartki w kalendarzu, ale także dekoracje i kolorowe oświetlenie świąteczne w sklepach i na ulicach miast. Ozdoby świetlne wśród gałązek drzew lub detali architektonicznych wydobywają magiczny nastrój świąt. Urzekające oświetlenie świąteczne wymaga sporych nakładów pracy i zmysłu artystycznego. Należy jednak pamiętać o podstawowych zasadach bezpieczeństwa, aby ta piękna atmosfera nie była zakłócona żadnym przykrym zdarzeniem. Jak bezpiecznie oświetlić posesje i balkony w swoim otoczeniu?

nr indeksu 252352 nr

6 (6/30) listopad–grudzień 2013

cena

7zł

Od podłaźniczki do choinki Dobrawa Skonieczna-Gawlik Na szlaku pradziadków Henryk Szczepański Edward Ochab – sekretarz zapomniany Eugeniusz Januła, Krzysztof Wasilewski FELIETONY Zbigniew Adamczyk, Jadwiga Gierczycka, Michał Kręcisz, Andrzej Wasik PROZA Jacek Durski

n Do oświetlenia fasad i drzew oraz ozdób świątecznych używajmy produktów przystosowanych do pracy na zewnątrz, o czym informuje stosowna deklaracja producenta dołączona do produktu. Bezpieczne oświetlenie posiada atest dopuszczający do użytkowania w warunkach wysokiej wilgotności i niskich temperatur. Sprawdź koniecznie, czy na opakowaniu znajduje się oznaczenie , że produkt nie zagraża zdrowiu ani nie jest szkodliwy dla środowiska naturalnego. Od 1 maja 2004 r. zastąpił on równoważny mu znak bezpieczeństwa stosowany w urządzeniach wyprodukowanych przed tą datą.

n Ulegając pokusie zakupu taniego oświetlenia niewiadomego pochodzenia, narażamy się na porażenie prądem elektrycznym, a także na pożar wywołany ewentualnym zwarciem instalacji. n Zawieszając oświetlenie świąteczne, sprawdź, czy wszystkie elementy są sprawne a przewody nie mają śladów uszkodzenia, przegrzania lub przetarcia. n Podczas instalowania oświetlenia dekoracyjnego wszelkie jego elementy powinny być wyłączone z zasilania. n Rozwieszone przewody zasilające powinny być luźno podtrzymywane i mocowane do elementów stałych w sposób zabezpieczający przed ich zbytnim naprężeniem oraz przed dostępem dzieci. n Przewody zasilające iluminację świetlną muszą być chronione przed ewentualnym działaniem wysokich temperatur pochodzących ze sztucznych ogni, fajerwerków itp., gdyż może to doprowadzić do ich uszkodzenia. n Połączenia zasilające instalacje iluminacyjne powinny być wykonane w formie hermetycznej (wtyczka – gniazdo).

PLASTYKA Maciej Nowacki ISSN 1689-5282

Czasopism POSPOLITE RUSZ Henryk Koco społeczno

PRZEDWIGILIJNE Włodzimierz

ZAGŁĘBIOWSKIE Katarzyna So

DLACZEGO MAŁO Dariusz Naw

DYLEMATY REGIO Marek S. Szcz

ZABYTKI PO LIFTI Paweł Sarna

WYWIADY Ks. bp Tadeu

FELIETONY Jadwiga Gier

Fot. D. Kindler

PROZA Krzysztof Ma

9 771689 528000

12

POEZJA Maciej Melec

ISSN 1689-5282

12

PLASTYKA Jacek Rykała

n Przyłączone elementy oświetlenia zewnętrznego powinny być zabezpieczone odpowiednio dobranym bezpiecznikiem, najlepszym rozwiązaniem jest zabezpieczenie przeciwporażeniowe (różnicowo-prądowe) chroniące przed porażeniem prądem elektrycznym. Jest to najważniejsza rzecz z uwagi na panujące warunki (temperatura, wilgotność powietrza itp.). Zalecane jest przed instalacją skonsultować się, a najlepiej poprosić o pomoc wykwalifikowanego elektryka.

POEZJA Łukasz Jarosz, Janina B. Sokołowska

20 lat Związku Zagłębiowskiego


Nowe Zagłębie nr 6/30, 2013