Issuu on Google+

ĆďĘőĞēēĎĊďĘğĆĐĘĎĩƁĐĆ ĈğĆĘŘĜĔĐĚĕĆĈďĎǡ

ĐęŘėĆĘęĆőĆĘĎĻĎēĘĕĎėĆĈďĩċĎđĒĚ ĜėĊƁĞĘĊėĎĎĔćĊėęĆ đĎœĘĐĎĊČĔ

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014 • ISSN 2083-7739 • cena 19,90 zł (5% VAT)

(œ‡ä©ǡ‡”‡•ƒǢ•œ›•–‘…‘ƒŒ™ƒĂ‹‡Œ•œ‡Ȍǡ

ğĊğĉďĻĈĎĆĒĎĆĜőĆĉĊđĒĆēĆ (‹ƒ‹•–ƒǢƒ–›ÑǢƒƒ†‡—•z). Autobiografia niekwestionowanego króla muzyki pop, laureata 3 Oscarów i 6 Nagród Grammy, twórcy takich przebojów jak What the World Needs Now is Love, I Say a Little Prayer i Raindrops Keep Fallin’ on My Head.

ċĎđĒĜĐĎēĆĈč ĔĉͣĒĆėĈ Ć͜͞͝͠ ĘĎ ĩ ƁĐ ĆĉĔĘęĻĕēĆ ęĆĐƁĊďĆĐĔĊǦćĔĔĐ

:]UXV]DMüFDRSRZLHĘþ NWyUDSU]\ZUDFDQDG]LHMĆ „Daily Mail”

-HGHQ]QDMZLĆNV]\FKEHVWVHOOHUyZRVWDWQLFKODW² SUDZG]LZDKLVWRULDQLH]Z\NâHJRNRFXUD L]DJXELRQHJRF]âRZLHNDNWyU\RG]\VNDâG]LĆNL QLHPXQDG]LHMĆQDV]F]ĆĘFLH

PAT R O N I

. 6 , k ¿ . $  ' 2 6 7 } 3 1$  7$ . ¿ (  -$ .2  (  %2 2.

M E DI A L N I :

www.kotbob.nk.com.pl WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR


Przezabawna seria dla dzieci o perypetiach rezolutnej Uli

= ´5O6

CG6OHBÂ…

Nowa seria Wydawnictwa Nasza Księgarnia

Zachwycił mnie klimat tej ksiąşki, jej spokojny rytm, w którym razem z główną bohaterką wykonujemy domowe obowiązki, wędrujemy po Wrocławiu i przeczuwamy nadchodzące nieszczęście. To teş opowieść o trudnej miłości, nadziei na szczęśliwe jutro i poszukiwaniu swojej drogi. Małgorzata Warda, autorka powieści Jak oddech, Dziewczynka, która widziała zbyt wiele

patroni medialni:

Powieść o rodzinie, po której trudno spodziewać się jakiejkolwiek patologii. Tymczasem autorka w centrum uwagi umieszcza alkoholizm. Poznajemy osoby przeşywające wstyd, poczucie winy i lęki, które ich „układ nerwowy� z trudem wytrzymuje. W tej historii przejrzą się zapewne tysiące albo i miliony ludzi znających podobne problemy z własnego otoczenia. Ewa Woydyłło

Ksiąşka dostępna takşe jako e-book

SU]\V]ĂŻRÄ‚ĂŠ NVLĂˆÄ?NL &]\NVLĂˆÄ?NDPDSU]\V]ĂŻRÄ‚ĂŠ" 7UZDMĂˆJRUĂˆFHG\VNXVMH QDbWHQWHPDW:LHOXQLHPD ZĂˆWSOLZRÄ‚FLÄ?HGUXNRZDQH NVLĂˆÄ?NLOLQHDUQDQDUUDFMD ELEOLRWHNLNVLĂšJDUQLH ZUHV]FLHWUDG\F\MQLZ\GDZF\ ]RVWDQĂˆ]DVWĂˆSLHQLSU]H] HOHNWURQLF]QHGRNXPHQW\ LbLQVW\WXFMH(VHMH]HEUDQH ZbW\PWRPLH]GHF\GRZDQLH ZVND]XMĂˆLQDF]HM $XWRU]\b]DVWDQDZLDMĂˆVLĂš QDGSU]\V]ĂŻRÄ‚FLĂˆNVLĂˆÄ?NL ZbNRQWHNÄ‚FLHZV]HFKREHFQHM GLJLWDOL]DFMLWUHÄ‚FL 32'5('$.&-k

:352:$'=(1,(

*HRIIUH\D1XQEHUJD =326Â’2:,(08PEHUWR(FR

'232/6.,(*2:<'$1,$

Â&#x2019;XNDV]*RĂŻĂ&#x161;ELHZVNL b

KWWSELEOLRWHNDDQDOL]SOVNOHS 3DWURQLPHGLDOQL


KWARTALNIK LITERACKI

Wyspa NUMER 4/2013: Simon van Booy Pedro Arturo Estrada Janusz Gawryluk Andrea Grill Dževad Karahasan Konstandinos Kawafis Tomasz Mann Les Murray Juan Manuel Roca Jan Tomkowski Ed Vulliamy

SUPLEMENT: Marian Lech Bednarek Janusz Cichoń Łukasz Gołębiewski Gabriel Leonard Kamiński Jacek Świerk Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska

kwartalnikwyspa.pl


Fot. Archiwum

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014 ISSN 1230-0624 Nakład: 1000 egzemplarzy Cena 19,90 zł (5% VAT) Wydawca: Biblioteka Analiz sp. z o. o. 00-048 Warszawa ul. Mazowiecka 6/8, lok. 416 tel./fax (22) 827 9350

miesięcznik wydawców księgarzy bibliotekarzy hurtowników i wszystkich zainteresowanych rynkiem książki ukazuje się od maja 1992 REDAGUJĄ:

Kuba Frołow – redaktor naczelny kuba@booksenso.pl

Ewa Zając – sekretariat Ewa_Zajac@rynek-ksiazki.pl tel./fax (22) 827 93 50 AUTORZY NUMERU:

Piotr Dobrołęcki [teo], Joanna Habiera [jh], Kuba Frołow [n], Piotr Kofta, Barbara Kramar [bk], Esther García Llovet, Magdalena Mikołajczuk, Grzegorz Sowula [gs], Jacek A. Żurawski PROJEKT TYPOGRAFICZNY:

Artur Jóźwiak a.p.jozwiak@gmail.com KOREKTA:

zespół DRUK:

UNI-DRUK Wydawnictwo i Drukarnia www.uni-druk.pl Tekstów nie zamówionych redakcja nie zwraca. Za treść reklam redakcja nie odpowiada. Numer zamknięto 17 lutego 2014 roku Jesteśmy na Facebooku

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

Drodzy Czytelnicy,

Bieżące wydarzenia szczęśliwie odwracają mą uwagę od skupienia się w tekście (liście do Państwa?) na sprawach, które być może powinny stać się jego najważniejszą częścią. Jednym okiem staram się cieszyć tym, co dzieje się na arenach olimpijskich w Soczi. Drugim z kolei ciężko patrzeć na rzeź, jaka się dokonuje na innej arenie – w stolicy naszego wschodniego sąsiada. Łatwo tu o skrajne odczucia – zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku. Jakże jednak wiele dzieli! Radość i duma mieszają się ze wstydem i rozpaczą… Dziś zatem nie będzie o książkach – ani tych drukowanych, ani elektronicznych. I mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda nam się o nich dla Państwa napisać.

Kuba Frołow redaKtor naczelny


S P I S

20

T R E Ś C I

3

4

rynek Murakami z automatu i na smartfonie

6

22

moje lektury Natura bestii Piotr Kofta

9

z dziejów książki Jak orłowi zdjęto koronę, a Wileńszczyznę przeniesiono w okolice Pułtuska czyli o cenzurze okiem bibliofila Jacek A. Żurawski

15

półka żenady Fioletowa krowa i Alice Munro Magdalena Mikołajczuk

16

26

na marginesie Bable bable google google bing! Grzegorz Sowula

20

kronika kryminalna Krew na macę Grzegorz Sowula

22

komiks W koci róg Kuba Frołow

26

książka numeru Żałoba nie zwalnia od myślenia Kuba Frołow

28

29

felieton Piwo a sprawa polska Piotr Kofta

29

nowa książka Esther García Llovet „Surowe”

32

recenzje Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


R y N E K

4

Murakami z automatu i na smartfonie

Po raz pierwszy w Polsce premiera książki odbyła się nie w księgarni, a w… automacie. Na dworcu. owieść zatytułowana „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa” Harukiego Murakamiego, wielokrotnego faworyta do otrzymania literackiej nagrody Nobla, zadebiutowała 5 listopada ub.r. w automatach na dworcach kolejowych w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. Pierwszych czterdzieści osób, które zakupiło książkę za pośrednictwem takiego urządzenia, otrzymało unikalne pocztówki w japońskim tradycyjnym stylu z limitowanej serii, zaś pierwszych sto znaczki z elementami z okładki nowej powieści Japończyka. Przyznam od razu – nie za bardzo wierzyłem w promocyjny sukces tej kampanii. Może dlatego, że informacje o niej, jakie do mnie docierały, związane były li tylko ze specjalną sprzedażą książki we wspomnianych automatach. Na dzień przed oficjalną premierą i w cenie 30 zł (normalna cena 34,99 zł). No bo jakże to – tylko na dzień przed premierą i tylko w trzech miastach? (Pomijam kwestię, na ile atrakcyjna była cena.) Z całym uznaniem dla dorobku i talentu Japończyka nie jest on mimo wszystko marką na polskim rynku wydawniczym tak powszechną i masową jak Harry Potter, by na jeden dzień zaktywizować sensowną (czytaj: dezorganizującą poprzez swą liczebność pracę obsługi dworców) grupę czytelników, jak to by się stało w przypadku wspomnianego cyklu o małym czarodzieju. Dzieciarnia szturmowała (okupowała) przecież kiedyś księgarnie w całym kraju o… północy (a pamiętajmy, że kolejne

P

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

tomy HP debiutowały w styczniu, a ich odbiorcami były dzieci mające następnego dnia iść rano do szkoły!). Pomyliłem się. Po pierwsze informacja prasowa o nietypowej promocji i tak świetnie przedostała się do mediów (taki był między innymi jej cel), a po drugie – nie o samą sprzedaż książki na dworcach chodziło. Nietypowa premiera spowodowała, że książką zainteresowały się nie tylko media kulturalne, lecz także dziennikarze newsowi, którzy nie poruszają tematów literackich. Wydarzenie relacjonowały wszystkie największe stacje radiowe, dzienniki i portale w Polsce, ale też media regionalne. Premiera spotkała się także z dobrym odbiorem w mediach społecznościowych, mówił 20 listopada w rozmowie z profesjonalnym portalem dla PR-owców Brief.pl Marcin Garliński, prezes Muzy. Akcja promująca nową powieść najpopularniejszego japońskiego pisarza łączy – zgodnie z azjatyckim duchem – tradycję z nowoczesnością, podano w materiale prasowym wydawnictwa Muza. Podobno już kilka godzin przed uruchomieniem urządzeń gromadzili się przed nimi fani pisarza. W Warszawie automat został podobno opróżniony po półtorej godzinie. Jesteśmy zadowoleni ze wszystkich aspektów tej kampanii. Jeśli uznamy, że jedna maszyna odpowiada jednej księgarni, to liczba sprzedanych egzemplarzy była większa. W Warszawie w ciągu dwóch godzin od premiery sprzedało się 120 książek, drugie tyle sprzedano w Poznaniu i Wrocła-


R y N E K

5

wiu. Automaty cały czas stoją na dworcach i cały czas sprzedają książki. Ale dla nas automaty to przede wszystkim element promocji, a nie działania sprzedażowego – wyjaśniał Marcin Galiński. Automaty nawiązują do japońskiej fascynacji technologią, robotami oraz kultury nabywania najróżniejszych produktów w rozsianych po ulicach miast maszynach. Zaś wybór lokalizacji – dworców – został zaczerpnięty bezpośrednio z powieści: bohater japońskiego bestsellera jest inżynierem dworców i często obserwuje odjeżdżające pociągi. Na kilka dni przed premierą najpopularniejsza anglojęzyczna strona poświęcona pisarzowi haruki-murakami.com opublikowała news na temat polskiej kampanii powieści – od tego momentu informacja o automatach udostępniania jest przez fanów japońskiego pisarza na całym świecie. Automaty będą stały na polskich dworcach do końca listopada, czytamy dalej w informacji przekazanej do mediów. Integralną częścią kampanii stała się także bezpłatna aplikacja mobilna Murakami Notes, pierwsza w Polsce dedykowana pisarzowi (harukimurakami.pl/aplikacja). Stworzona na smartfony z systemami iOS i Android umożliwia wykonywanie codziennych notatek i poznawanie wyjątkowego świata słowa Harukiego Murakamiego. Każda karta notesu zawiera cytat z jednej z powieści japońskiego pisarza. Notatką można podzielić się ze znajomymi dzięki funkcji wysyłania wiadomości – drogą SMS-ową bądź e-mailową. Aplikacja o prostym interfejsie posiada

także możliwość wyszukania potrzebnych zapisków pośród wcześniej stworzonych notatek. Oprócz biografii pisarza użytkownicy aplikacji mają możliwość zapoznania się ze wszystkimi jego powieściami dostępnymi na polskim rynku, a także mogą kupić wybrane tytuły w sklepie internetowym. W ramach kampanii promocyjnej stworzono również pocztówki nawiązujące do tradycyjnych grafik japońskich i bohaterów książki. Przygotowała je Kaja Kusztra, graficzka i projektantka młodego pokolenia. Pocztówki wysyłane były partiami do dziennikarzy i blogerów przed premierą książki. Dwie pierwsze zawierające japońskie napisy miały intrygować. Dopiero trzecia pocztówka zdradzała nazwisko autora i tytuł książki. Od dnia premiery mogli je również otrzymać miłośnicy Murakamiego zgromadzeni na profilu facebook.com/murakamipl, który w ciągu trzech miesięcy zgromadził ponad 7000 fanów. W ramach promocji książki powstała także strona internetowa harukimurakami.pl. Ostatnim elementem kampanii stała się Ogólnopolska Dyskusja Literacka na temat nowej powieści pisarza. W ciągu jednego dnia (28 listopada) pięćdziesiąt klubów czytelniczych Instytutu Książki w całej Polsce dyskutowało o „Bezbarwnym Tsukuru Tazakim…”. Synchroniczne czytanie książki przez kilkaset osób w całym kraju było drugą tego typu akcją w Polsce. (oprac. KF)

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


M O J E

L E K T U R y

6

Natura bestii Piotr Kofta

o tym, o czym ludzie chcą czytać. Kiedy wydał „Ciemność widomą”, książkę w gruncie rzeczy bardzo intymną, znów – być może nawet bez świadomej intencji – złamał tabu: zasypała go istna lawina listów od wdzięcznych odbiorców. Ale prawdziwy artystyczny sukces mieć musi, niestety, swoją cenę. Bill Styron o d z a w s z e miał depresję – twierdzi Alexandra Styron w poświęconych ojcu wspomnieniach „Oczami córki”. Pisał głównie po to, aby zgłębiać wielkie, egzystencjalne tematy. (...) Angażował się w to z czymś w rodzaju religijnego poświęcenia (...) – z owym procesem tworzenia związane było oczywiście również wielkie wewnętrzne cierpienie. Skrajnie nadwrażliwy, potrafił jednak przekształcać swoje wewnętrzne piekła w prozę, która niewiele miała w sobie z jałowego autotematyzmu i egotyzmu. Tyle że pisarze – co za niewdzięczny zawód, swoją drogą – zawsze przynoszą robotę do domu. A Styron był pod tym względem szczególnie trudnym przypadkiem, jako że każdą książkę cyzelował, często bez rezultatów, przez długie lata. Gwałtowny temperament ojca zdominował życie naszej rodziny w tym samym stopniu, w jakim dostojna powaga charakteryzowała jego publiczny wizerunek – pisze jego córka. Czasami zrzędliwy i małomówny, uszczypliwy i zamknięty w sobie, melancholijny, kiedy był trzeźwy, i skłonny do wybuchów wściekłości, kiedy sobie podpił, budził w nas strach i odrazę o wiele częściej, niż wypadałoby się do tego przyznać.

czami córki”, wspomnieniowa książka Alexandry Styron, pozwala lepiej zrozumieć dwoistą naturę jej ojca, Williama Styrona, gwiazdy amerykańskiej literatury, a zarazem człowieka, który poległ w starciu z demonami własnej psychiki Pewnego chłodnego wieczoru pod koniec października 1985 roku w Paryżu po raz pierwszy zdałem sobie w pełni sprawę z tego, że walka z nękającymi mnie problemami natury psychicznej – walka, którą toczyłem od kilku miesięcy – może zakończyć się moją fatalną klęską – tak rozpoczyna się głośny esej Williama Styrona „Ciemność widoma” z 1990 roku (po polsku ukazał się jesienią 2012 roku), szczery zapis jego zmagań z kliniczną depresją, a zarazem tekst przełamujący długą zmowę milczenia wokół tej choroby, w świecie amerykańskiego marzenia wciąż uważanej wówczas raczej za przejaw kapryśnej niedojrzałości i wrodzonej słabości charakteru. W „Ciemności widomej” zbiegają się również dwa kluczowe wątki opowieści o samym Styronie – jednym Zbawienna bomba z najważniejszych pisarzy amerykańWilliam Clark Styron Junior urodził skich drugiej połowy XX wieku. się 11 czerwca 1925 roku w portoAlexandra Styron Był literacką gwiazdą pierwszej wym mieście Newport News w stanie Oczami córki. Wspomnienia Przeł. Jerzy Korpanty wielkości. Każdą z jego słynnych poVirginia – rodzice jego ojca, stocznioŚwiat Książki, Warszawa, 2013 s. 432, ISBN 978-83-7943-212-7 wieści, czy to „Wyznania Nata Turnewego inżyniera, byli jeszcze, jak przyra”, czy to „Wybór Zofii”, mimo że stało na porządną rodzinę z amerypośrednio czerpały z jego osobistych doświadczeń, dokańskiego Południa, właścicielami niewolników. Dziecińceniano za uniwersalne przesłanie i bezkompromisowość stwo przyszłego pisarza upłynęło w cieniu trwającej bliw stawianiu trudnych pytań. Styron budził kontrowersje sko dekadę ciężkiej choroby nowotworowej jego matki – i święte oburzenie, podważał mity, prowokował. Krótko zmarła w roku 1939, a wkrótce ojciec pojął za żonę niejamówiąc, nie tylko znakomicie umiał opowiadać historie, ką Elizabeth Buxton. Z czasem Elizabeth stała się kimś w rolecz także posiadał inną cenną dla prozaika umiejętność: dzaju karykatury złej macochy – była osobą niezwykle suroniezawodny instynkt, który pozwalał mu pisać właśnie wą, podejrzliwą i krytycznie nastawioną do świata – tak że

„O

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


Fot. Williamwaterway, Wikimedia Commons

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

M O J E

nej. Żołnierze mieli świadomość, że niektórzy z nich długo nie pożyją – Stany Zjednoczone szykowały się właśnie do inwazji lądowej na Japonię. A potem, w sierpniu, spadły bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki, a cesarz Hirohito ogłosił zawieszenie broni. Śmierć wydawała mi się tak pewna, że już samo to, że ż y j ę, nabierało cech nieustannego cudu – napisał Styron w ponad czterdzieści lat po tych wydarzeniach. Ukończywszy studia na Uniwersytecie Duke niedoszły zdobywca wyspy Kiusiu ruszył w 1947 roku do Nowego Jorku i zatrudnił się jako redaktor w wydawnictwie McGraw-Hill – specjalizował się tam głównie w starannym cyzelowaniu listów odmownych, które kierowano do początkujących literatów. Powieści, które czytam, są bez wyjątku złe lub, co najwyżej, bardzo przeciętne. (...) Pocieszająca jest dla mnie nieco złośliwa konstatacja, że oto ja sam potrafię znacznie lepiej pisać od większości tych wszystkich „artystów pióra” – stwierdzał w liście do ojca. Owo dobre samopoczucie pozwoliło mu odrzucić, na przykład, „Wyprawę Kon-Tiki” ThoWilliam Styron podczas przerwy w pisaniu. Fotografia wykonana przez Williama Waterwaya ra Heyerdahla, jeden z najwiękMarksa, wydawcy „Martha’s Vineyard Magazine” szych bestsellerów w dziejach liteBill zaczął szczerze jej nie znosić, nie tylko dlatego, że potęratury podróżniczej – na Norwegu wzbogaciła się konkupiała jego samego i wszystko, co robił, lecz także dlatego, że rencja, ale Styrona, o dziwo, nie wyrzucono. Wyleciał doodgradzała go od ojca oraz przyczyniała się do zrywania piero wówczas, gdy został przyłapany na puszczaniu baostatnich więzów łączących go ze światem dzieciństwa – niek mydlanych z dwudziestego piętra wieżowca, w któwspomina Alexandra Styron. rym mieściło się wydawnictwo – puszczał je w godzinach Co robi młody chłopak, dla którego dom rodzinny pracy. To była młodzieńcza demonstracja niezależności, przestał być przyjaznym miejscem, a jego kraj niedawno bo Styron marzył o prawdziwej karierze pisarskiej ze przystąpił do wojny? Oczywiście zaciąga się do armii. wszelkimi przynależnymi jej honorami: bezrobociem, kleUkrywszy wadę wzroku, Styron przeszedł stosowne etapy paniem biedy w klitce na przedmieściu, szlajaniem się po kwalifikacji i został kadetem Piechoty Morskiej, z której knajpach i bujnym życiem erotycznym. Co chciał, to i dowszelako natychmiast ekspediowano go na studia w rastał – norę na Brooklynie, comiesięczny czek na sto dolamach programu dokształcania młodego narybku. W marrów od troskliwego ojca i seksualną frustrację, opisaną pocu 1945 roku otrzymał wreszcie skierowanie na kurs ofitem z autobiograficzną pieczołowitością w „Wyborze Zocerski w bazie Marines w Jacksonville w Karolinie Północfii”. Niemniej na początku 1951 roku ukazała się jego de-

L E K T U R y

7


M O J E

L E K T U R y

8 biutancka powieść, „Pogrążyć się w mroku”, ponura, Faulknerowska w duchu historia o skłóconej i toksycznej rodzinie z Południa, a jego samego uznano, obok J. D. Salingera, Jamesa Jonesa i Kurta Vonneguta, nową nadzieją amerykańskiej prozy.

Medytacja kontra skandal Na autentyczny triumf Styron musiał jednak cierpliwie czekać przez kolejne szesnaście lat. W tym czasie nie próżnował – zdążył odbyć tradycyjną pisarską pielgrzymkę do Europy, ożenić się z piękną kobietą, przeprowadzić się na sielską prowincję, spłodzić czwórkę dzieci, znieść gorycz porażki (wydaną w 1960 roku książkę „Na pastwę płomieni”, demaskatorską opowieść o amerykańskich ekspatriantach we Włoszech, przeważająca większość krytyki zmieszała z błotem), a przede wszystkim stać się członkiem literackiej socjety Wschodniego Wybrzeża. Tak czy inaczej, „Wyznania Nata Turnera” (1967) zaszokowały publiczność – zgodnie z zamiarem pisarza. Lata sześćdziesiąte w USA były nie tylko czasem kontrkulturowej i obyczajowej rewolucji, lecz także epoką gwałtownej emancypacji Afroamerykanów. Całkiem niedawno zerwano z ich legalną dyskryminacją. W 1965 roku Stanami wstrząsnęły zamieszki w Los Angeles (tzw. Watts Riots), gdzie w wyniku otwartej wojny czarnoskórych mieszkańców z policją zginęło ponad trzydzieści osób. Kwitł radykalny ruch Czarnych Panter. Styron wbił się więc ze swoją powieścią – fabularyzowaną spowiedzią Nata Turnera, przywódcy krwawej rewolty wirginijskich niewolników z 1830 roku, a przy tym maniaka religijnego wierzącego, że przemawia do niego sam Bóg – w sam środek wielkiego politycznego i kulturowego zamieszania. Wybuchła straszna afera. Z jednej strony książkę obwołano arcydziełem i nagrodzono Pulitzerem, z drugiej zaś posypały się oskarżenia o rasizm, mijanie się z prawdą historyczną i splugawienie bohaterskiego bojownika o wolność. Nie dość, że Styron – twierdzili oponenci – jako potomek właścicieli niewolników nie miał moralnego prawa napisać tej powieści, to w dodatku jej naczelnym tematem uczynił perwersyjne fantazje Nata o seksie z białą kobietą. „Wyznań” próbował bronić wybitny afroamerykański prozaik James Baldwin, prywatnie przyjaciel Styrona, ale dopiero po latach wszystkim stronom sporu przyszło docenić ich nowatorstwo i wcieleniową odwagę. Kolejnej książki Styrona trzeba było wypatrywać przez ponad dekadę. Kiedyś wydawało mi się, że ojciec pisze „Wy-

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

bór Zofii” praktycznie przez całe moje życie (co zresztą w znacznym stopniu było prawdą) – wspomina córka. Powieść, wydana w 1979 roku, okazała się niebywałym hitem: prawa do jej ekranizacji sprzedały się na pniu za blisko milion dolarów – ówczesny rekord – ale pomysł fabularny Styrona, by główną bohaterką uczynić ofiarę Holocaustu, która nie była Żydówką, lecz Polką, i to z antysemickiej rodziny, ponownie wzbudził szalone kontrowersje. Żydzi oskarżyli go o antysemityzm (zwłaszcza że Nathan, nowojorski partner Zofii, j e s t Żydem, a przy okazji niebezpiecznym szaleńcem), Polacy o antypolonizm, a niektórzy krytycy o celowe estetyzowanie i banalizowanie Zagłady. Gdzieś w tym hałasie zniknął podstawowy zamiar artystyczny Styrona: ryzykowna wędrówka do źródeł ludzkiego, nie tylko nazistowskiego zła. Twórcy literackiej fikcji mają obowiązek medytowania nad historią i podejmowania wyobraźniowych prób jej zrozumienia – tłumaczył swoją decyzję o napisaniu „Wyznań Nata Turnera”. Publikując „Wybór Zofii” nadal był wierny temu credo.

Mgła spowijająca mózg To była zresztą ostatnia jego powieść. Przez następne 27 lat swojego życia Styron wydał już tylko parę zbiorów esejów i opowiadań. Planował wielką, epicką prozę o wojnie koreańskiej, przymierzał się do napisania książki o ruchu Sandinistów w Nikaragui (z którym sympatyzował, całkiem odwrotnie niż z Ronaldem Reaganem, którego żywiołowo nienawidził), ale żadna z tych rzeczy nie wyszła poza fazę chaotycznych notatek. „Ciemność widoma” była właściwie jego łabędzim śpiewem – w kleszczach ustępującej i nawracającej choroby psychicznej nie mógł już podjąć regularnej pracy pisarskiej. Kliniczna depresja jest antytezą kreatywności – powiedział w 1999 roku w jubileuszowym wywiadzie dla „The Paris Review”, który współzakładał z amerykańskimi przyjaciółmi w Paryżu blisko pół wieku wcześniej. Umysł znajduje się w stanie głębokiej stagnacji. Przypomina to mgłę spowijającą mózg. Zmarł w listopadzie 2006 roku w wieku 81 lat. Zdarzały się takie dni – pisze Alexandra Styron – kiedy patrzyłam na ojca i myślałam: „Czy ty naprawdę zamierzasz umrzeć na depresję?”. Odejść nie w wyniku samobójstwa, które jest aktem miłosierdzia wobec samego siebie, lecz depresji. Było to dla mnie czymś niemal niewyobrażalnym, że ojciec chciał „zrzucić z siebie więzy ciała” i rozpłynąć się w niebycie, poddając się tak beznadziejnie. Ale taka jest właśnie natura bestii. Piotr Kofta


czyli o cenzurze okiem bibliofila Jacek A. Żurawski

Instytucja cenzury towarzyszyła Polakom od średniowiecza do 1989 roku. A bywało z nią często strasznie, ale i niekiedy śmiesznie. Cenzurowano nie tylko dzieła naukowe, czy traktaty religijne, ale także książki dla dzieci, czasem zaś do takiej cenzury wzywano. Mało kto dziś pamięta, że zatrzymywanie materiałów przez władze to nie jest wymysł XIX czy XX wieku. Z tym problemem borykali się najwięksi polscy kronikarze i pisarze już w XV wieku. A później władza tylko się doskonaliła w usuwaniu niewygodnych dla siebie informacji. Ale zacznijmy od początku… Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

D Z I E J ó W Z

Jak orłowi zdjęto koronę, a Wileńszczyznę przeniesiono w okolice Pułtuska

K S I ą Ż K I

9


(Wikipedia)

Z

D Z I E J ó W

K S I ą Ż K I

10

Jedna z pierwszych ofiar cenzury Szwajpolt Fiol Ośmiochłaśnik Kraków 1491

Staropolskie początki Uznaje się, że pierwszym poszkodowanym przez cenzurę był mieszczanin krakowski i drukarz niemieckiego pochodzenia Szwajpolt (Schweipolt) Fiol, któremu wytoczono w 1491 roku przed sądem biskupim proces o herezję. Powodem procesu i uwięzienia go był… druk ksiąg cerkiewnych. Wśród nich znalazły się „Ośmiochłaśnik, Czasosłowiec, Triod postnaja” oraz „Triod cwietnaja”. Księgi te zawierały hymny św. Jana z Damaszku, modlitwy, psalmy i pieśni religijne. Mimo wstawiennictwa i poręczenia dokonanego przez Jana Thurzo i Jana Theschnara, mieszczan i rajców krakowskich, a także wspólników Fiola, drukarza osadzono w więzieniu. Dopiero w marcu 1492 roku Fiol został uwolniony po złożeniu przysięgi, w której zapewniał, że herezję przeciw katolickiej wierze ma w obrzydzeniu. (…) oprócz Kościoła i religii chrze-

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

ścijańskiej nie masz zbawienia wiecznego. Jeżelim co przeciwko temu wyrzekł, to przez płochość, albo omyłkę języka, przez rozdrażnienie, niewczesność nie zaś z serca było powiedzianem. Powyższy przypadek cenzury religijnej bardzo szybko się rozprzestrzenił także na życie polityczne dawnej Rzeczypospolitej, o czym przekonał się historyk i kronikarz Maciej z Miechowa, bardziej znany jako Miechowita. W roku 1519 oficynę Hieronima Wietora opuściły pierwsze egzemplarze dzieła zatytułowanego „Chronica Polonarum”. I niemalże w tej samej chwili z polecenia kanclerza Jana Łaskiego nakazano konfiskatę księgi. Co było powodem takiej decyzji? Aleksander Brückner w ten sposób opisał tę sprawę: (…) świecka cenzura (panów rad koronnych) obruszyła się np. na kilka ustępów w kronice Miechowity, o pięknej Zośce, o klęsce bukowińskiej, o życzeniach poddanych aby króla

(Aleksandra) niebo rychło przyjęło; wymogła cofnięcie wydania pierwotnego (…). Zarzuty Wawelu nie były jednak tak błahe, jak to przedstawił Brückner. Miechowita po pierwsze podawał w wątpliwość, czy król Władysław Jagiełło był rzeczywistym ojcem Władysława III, Kazimierza i Kazimierza Jagiellończyka, synów ze związku z Zofią Holszańską. W momencie ślubu król miał bowiem 74 lata, podczas gdy panna młoda lat siedemnaście. Miechowita na dowód swojej tezy przywoływał wypowiedź królewskiego brata, Wielkiego Księcia Litewskiego Witolda, który na zjeździe w Horodle w 1427 roku zarzucił Zofii liczne romanse. Oprócz tego kronikarz bardzo krytycznie ocenił rządy Jana Olbrachta i Aleksandra Jagiellończyka. Pierwszego skrytykował za źle prowadzone wojny z Tatarami i doprowadzenie do klęski pod Bukowiną, zaś drugiemu zarzucał brak zainteresowania losa-


Cenzura była także narzędziem walki zaborców z polskim słowem drukowanym. Po powstaniu Królestwa Kongresowego cenzura nie była zbyt dotkliwa, zaś w gazetach warszawskich ukazywały się artykuły sławiące bohaterstwo polskich żołnierzy w czasie kampanii 1814 roku. Car Aleksander I powierzył funkcję cenzora Tomaszowi Wawrzeckiemu – posłowi na Sejm Czteroletni, członkowi Towarzystwa Przyjaciół Konstytucji Rządowej oraz ostatniemu Naczelnikowi Insurekcji Kościuszkowskiej, a od 1813 roku członkowi Rady Najwyższej Tymczasowej Księstwa Warszawskiego. Nadana 24 grudnia 1815 roku przez cara Aleksandra I Konstytucja Królestwa Polskiego w art. 16 gwarantowała wolność druku (Wolność druku jest zaręczona. Prawo przepisze środki ukrócenia jej nadużyć). Nie istniała w Królestwie cenzura prewencyjna. Liberalny początkowo system został zaostrzony z powodu… karmelka: Jenny Philis, aktorka scen warszawskich, faworyta oficerów ze sztabu Wielkiego Księcia Konstantego, podczas przedstawienia operowego śpiewała arię trzymając w ustach karmelka i wyjątkowo przez to fałszując, co zostało skwitowane gwizdami ze strony widzów. Śpiewaczka, która z racji kontaktów z rosyjskimi oficerami w Warszawie

Rezultatem działań Brunona Kicińskiego i Teodora Morawskiego na niwie obrony wartości konstytucyjnych było zawieszenie gazety oraz wprowadzenie cenzury prewencyjnej. Gen. Józef Zajączek wydał polecenie, aby wszystkie gazety i periodyki ukazujące się w Królestwie Polskim były tej cenzurze poddane. Pomimo sprzeczności z Konstytucją zarządzenie to kontrasygnowane zostało przez Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Stanisława Kostkę Potockiego. Wybuch Powstania Listopadowego spowodował, że cenzura została zniesiona całkowicie. Już 30 listopada 1830 roku ukazały się w Warszawie dwie gazety bez zgody cenzora. I aż do upadku stolicy w 1831 roku prasa nie podlegała żadnym ograniczeniom. Taka wolność słowa była prawdziwym darem nie tylko dla dziennikarzy, ale także dla nowych inicjatyw wydawniczych. Zarówno w Warszawie, jak i na prowincji, pojawiały się kolejne tytuły prasowe. Jednym z nich był założony w grudniu 1830 roku przez Stanisława Psarskiego dziennik „Merkury”. Gazeta podtrzymywała ducha walki i krytycznie odnosiła się do kapitulacyjnej strategii gen. Jana Zygmunta Skrzyneckiego. Kiedy w dzienniku ukazał się wyważony i dobrze umotywowany artykuł oskarżający grupę oficerów o nastroje kapitulanckie, do redakcji wtargnęli wojskowi i dotkliwie pobili redaktora Psarskiego. Gdy ten ostatni złożył skargę u gen. Skrzyneckiego, miał usłyszeć w odpowiedzi, że tam gdzie jest wolność druku musi być również wolność kija. Klęska w wojnie z Rosją 1831 roku przyniosła powrót cenzury, która osiągnęła apogeum po upadku Powstania Styczniowego. Kontrolowano nie tylko druki ukazujące się na

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

D Z I E J ó W

Piękny wiek XIX

lubiana nie była, poskarżyła się swoim protektorom na zachowanie warszawskiej widowni. Oficerowie przedstawili Konstantemu całe zajście jako manifestację antyrosyjską. Prezydent Warszawy Karol Fryderyk Woyda wydał zarządzenie zakazujące gwizdów i jakichkolwiek innych demonstracji w teatrach. Julian Ursyn Niemcewicz w ten sposób odnotował całą sytuację: (…) poprzyklejano po rogach ulic i w domach gościnnych, teatrach etc. drukowane obwieszczenie, by nikt nie ważył się ubliżać aktorom, a to pod więzieniem i karami policyjnymi, to jest batogami. (…) Oburzenie było powszechne nawet w Moskalach; na koniec w kilka dni odważył się wydawca „Codziennej gazety”, Kiciński, żywo przeciw arbitralności tej powstać. Co dziwna dotąd nie prześladowano go za to. Artykuł ten chciwie był czytany, iż w dniu jednym dwie edycje gazety wyszły (…). Niemcewicz wspominał również o artykule „O nadużyciach policji w państwie konstytucyjnym” opublikowanym 13 maja 1819 roku. Jego autorzy, ośmieleni brakiem reakcji ze strony władz, w krótkim czasie jeszcze kilkukrotnie poruszyli problem wolności w monarchii konstytucyjnej: Niezmordowany w prześladowaniu swojem namiestnik, w nocy w Niedzielę posłał policję do domu kasztelana Kicińskiego, gdzie syn jego ma swoję drukarnię, przebudził, przeląkł 70letniego starca i drukarnię zapieczętować rozkazał. Nazajutrz dowiedziawszy się o tem wielki książę Konstanty, kazał przywołać do siebie młodych Kicińskiego i współpisarzów Skoromowskiego i Morawskiego, z największą zimną krwią rozmawiając z niemi, przełożył im, iż nie dobrze postąpili, że tak ostro pisali przeciw rządowi (…) użył wyrazu Cesarz dał wam konstytucyą, ale też i odebrać może (…).

Z

mi kraju. Ostatecznie zmiany do dzieła Miechowity wprowadził wydawca kroniki Jodok Ludwik Decjusz, który usunął strony 287-288 i 347-372, zastępując nowym tekstem, który był zdecydowanie łagodniejszy od pierwszej wersji. Pozwoliło to na rozprowadzenie wydrukowanego nakładu.

K S I ą Ż K I

11


terenie zaboru rosyjskiego, ale także przywożone z zagranicy. Przebywający wówczas na ziemiach polskich duński historyk literatury Jerzy Brandes pozostawił taki oto opis przekraczania granicy Cesarstwa Rosyjskiego: Pociąg zatrzymuje się na Granicy. (…) Pierwszą rzeczą jaką znaleziono w mym worku podróżnym były dwa numera „Nouvelle Revue” wzięte na drogę. Co to jest? – zapytał mnie najstarszy z urzędników celnych po niemiecku. Co to jest! – odrzekłem. – To jest „Nouvelle Revue”. – Tak, ale co to takiego? – „Francuskie czasopismo”. – Cóż się w niem znajduje? – Czy pan rozumie po francusku? – zapytałem. – Nie. Czy jest tu kto, co by znał ten język? – Są tam rozmaite rzeczy; to dwa numery, każdy ma dziesięć artykułów. Niepodobna zatem w kilku słowach streścić, co się w tem piśmie zawiera. – A więc zabierzemy je i odeślemy do cenzury do Warszawy. – Czy to pismo jest zakazane? – Wszystko czego ja nie znam, jest zakazane, a ja tej właśnie książki nie znam. (…) Następnie zaczęła się właściwa rewizya. Wyjmowano każdą broszurę, każdą książkę i odkładano na bok; wyciągano każdą gazetę, nawet te w które zawinąłem buty, wygładzano starannie i układano w osobną paczkę. Tak działała cenzura w Cesarstwie Rosyjskim.

II wojna światowa, czyli jak nas cenzurowali sojusznicy Kilka lat temu w warszawskim antykwariacie TOM przy ulicy Żelaznej wypatrzyłem piękny egzemplarz broszurki Kazimierza Przerwy-Tetmajera „O żołnierzu polskim 17951915”. Zaintrygował mnie fragment

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

zdania (…) jak Polacy wierzyli w szczerość haseł ogólnoludzkich republiki francuzkiej, której krwawy wódz Marat królobójstwo Bourbonów umiał połączyć z komplementami słanemi carycy Katarzynie do Petersburga, niby wielki wzór dzisiejszych stosunków francuzko-rosyjskich (…), usunięto fragment niby wielki wzór dzisiejszych stosunków francuzko-rosyjskich. Oprócz dbałości o sojuszników zarówno z Europy Zachodniej (Francja), jak i wschodniej części kontynentu, Anglicy zadbali także o siebie. Tak więc zniknął dziwnym trafem fragment zdania: Odwieczny, nieznużony, zawsze czujny i gotowy wróg wszystkiego, co stawało się wielkiem na kontynencie Europy, Anglia (…), a samo zdanie otrzymało brzmienie: (…) Anglia metodą swoją: złotem i intrygą polityczną, stworzyła przeciw Francyi koalicję Austryi i Rosyi. Podobnie jak zniknęło stwierdzenie o uwięzieniu Napoleona w okrutnej i podłej, wieczną hańbę rzucającej ciemiężcom niewoli angielskiej. Anglicy nie pogodzili się również z polską oceną pewnego wydarzenia sprzed 141 lat, a mianowicie koronacją Cesarza, którą według Kazimierza Przerwy-Tetmajera należało opisać następującymi słowami: (…) nie było bardziej demokratycznego faktu, jak koronacja Bonapartego cesarzem, jakąkolwiekbądź oprócz jego chwały i woli ludu grały tu rolę czynniki. Półtora wieku upłynęło od wojen napoleońskich, ale dla Anglików ich pamięć była ciągle świeża, sądząc po małostkowości okazanej nawet w tak drobnych sprawach jak wydanie niewielkiej książeczki po polsku. Ale odwet jest zawsze miły. Nawet taki. Często wspomina się, jak Anglicy potraktowali swoich polskich sojusz-

(zbiory autora)

Z

D Z I E J ó W

K S I ą Ż K I

12

Ocenzurowane przez niedawnych sojuszników wydanie książki Tetmajera K. Przerwa – Tetmajer O żołnierzu polskim 1795 – 1915, Glasgow 1945

przedmowy wydawców: Jedyne zmiany w tekście oryginału, polegające na skreśleniu kilkunastu zaledwie zdań, wywołane zostały koniecznościami, niezależnymi od wydawców. Miejsca opuszczeń są zaznaczone kropkami. Już w domu zacząłem porównywać egzemplarz z 1945 roku z wydaniem oryginalnym z 1915 roku, zastanawiając się, co takiego było groźne w roku zakończenia II wojny światowej. Na pierwszy rzut poszła ocena polityki Francji wobec Polski: Polityka francuzka względem Polski była i jest szeregiem kłamstw i szalbierstw, które albo miały na celu zysk dla siebie przy mniej, lub więcej zręcznem użyciu Polski, albo wyrabianie sobie opinii ideowej szlachetności i altruizmu tanim kosztem bezczelnie pustych frazesów i kabotyńskich obietnic bez najmniejszej myśli o ich spełnieniu. Sojusznikom nie spodobało się także porównanie sytuacji z okresu wojen napoleońskich do współczesności (tej z roku 1915), więc ze


K S I ą Ż K I

13

Po drugiej wojnie światowej polskie Kresy Wschodnie znalazły się poza granicami Rzeczypospolitej. Władze komunistyczne starały się jak mogły, aby z literatury pięknej zniknęły wszelkie wzmianki o utraconych ziemiach wschodnich, o Wilnie, Lwowie i innych polskich miastach. Niekiedy przybierało to postać karykaturalną. Wszyscy znamy „Szatana z siódmej klasy”, klasyczny utwór literatury dziecięcej i młodzieżowej pióra Kornela Makuszyńskiego. Akcja tej pięknej opowieści wydanej po raz

Z (zbiory autora)

Tu Grześ wrzucał jeszcze list do Lwowa J. Tuwim Słoń Trąbalski Warszawa 1938

pierwszy w 1937 roku rozgrywała się w fikcyjnej wsi Bejgoła nieopodal Wilna. Jednak w wydaniu z 1948 roku Bejgołę zastąpiło Kleszewo, wieś w pobliżu Pułtuska. Oni mają wieś niedaleko Pułtuska – objaśnił profesor – od trzydziestu lat w naszej rodzinie… (…) Mnie wtedy nie było w domu, bo prawie przez cały rok mieszkam w Pułtusku u krewnych. Ja chodzę w Pułtusku do gimnazjum [to kwestia panny Wandy – przyp. autora]. Co ciekawe, książka miała identyczną szatę graficzną jak wydania przedwojenne (okładkę projektował i ilustracje wykonał Stanisław Bobiń-

(zbiory autora)

Wileńszczyzna pod Pułtuskiem, czyli jak znikały się i pojawiały polskie Kresy Wschodnie w literaturze dziecięcej

D Z I E J ó W

ników, gdy ustały działania wojenne i Polacy stali się ciężarem. Nie zostali zaproszeni na Paradę Zwycięstwa, jest to fakt powszechnie znany. Mniej osób słyszało o tym, że Winston Churchill w pierwszym wydaniu „II wojny światowej” zamieścił m.in. następujące słowa dotyczące niedawnych jeszcze aliantów: Polska jest szalona i niewdzięczna, wspaniała w oporze, marna i niegodna w chwili triumfu. Wywołały one wśród Polaków oburzenie tak wielkie, że zostały usunięte z następnych wydań, ale Churchill wynagrodził to sobie, pomijając wszelką wzmiankę o udziale naszych lotników w lotniczej bitwie o Wielką Brytanię w roku 1940 i o [walkach] Dywizji Karpackiej w kampanii afrykańskiej. Natomiast fakt walki brytyjskiej cenzury wojennej z Kazimierzem Przerwą-Tetmajerem jest zdarzeniem całkowicie zapomnianym i stąd poświęcam mu ten ustęp.

Tego adresu cenzor w 1947 roku musiał nie zauważyć M. Falski Zadania elementarzowe dla szkół miejskich, Warszawa 1947

ski). Jednak cenzor musiał mieć gorszy dzień – jak wiemy z przytoczonego fragmentu, panna Wanda pobierała nauki w Pułtusku, aż tu nagle przed

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


Z

D Z I E J ó W

K S I ą Ż K I

14 dwoma tygodniami… Mamusia pojechała po mnie do Wilna (…). I w ten sposób Wilno było obok Pułtuska. Zresztą z tymi Kresami Wschodnimi był zawsze problem i ciągle cenzura musiała pilnować niesfornych autorów, którzy nie mogli się przyzwyczaić, że zmieniły się granice. Jan Brzechwa w pierwszym wydaniu „Szelmostw Lisa Witalisa”, zamieścił następujący fragment: (…) Idę sobie. Niedaleko. Za tą górą, za tą rzeką Bór litewski się zaczyna, Tam kuzyna mam Litwina, Który już od dawna w gości, Mnie zapraszał do swych włości. (…) Co się z nim na Litwie działo, Tego oko nie widziało, Tego ucho nie słyszało. I właśnie ta edycja Eugeniusza Kuthana z 1948 roku jest jedyną, w której Lis Witalis przeniósł się na Litwę (państwo wówczas już nieistniejące). W następnych wydaniach błąd ten został naprawiony: zmieniono zakończenie w ten sposób, że Witalis poniósł zasłużoną karę i ośmieszony uciekł nie wiadomo gdzie. Lis Witalis, ośmieszony, Wyszydzony, uciekł z lasu I już nikt od tego czasu Nie oglądał Witalisa – Nawet ja, com go opisał. Co ciekawe, po dwudziestu kilku latach ciągle wydawana jest wersja zmieniona. Nie spotkałem wersji oryginalnej. Podobnie jest z wierszem Juliana Tuwima „O Grzesiu kłamczuchu i jego cioci”. Wiersz ten miał swój pierwodruk książkowy w 1938 roku. Wszyscy wiemy, że list, który Grześ rzekomo wysyłał, był adresowany do Łodzi, podczas gdy w oryginale odbiorca korespondencji mieszkał we Lwowie.

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

wrażenie przedwojennego, bo orzeł ma na nim koronę. Cenzor czegoś nie zauważył lub, co bardziej prawdopodobne, gdzieś przetrwał wojnę nakład ćwiczeń i tylko dodrukowano okładki z logo Państwowego Zakładu Wydawnictw Szkolnych, a treści nie było już jak zmienić. Zeszyty te są dziś prawdziwym rarytasem, gdyż tak jak i obecnie żywot ćwiczeń jest nader krótki.

Orzeł w koronie i bez korony

Dwie pocztówki z 1920 i 1948 roku. Wszystko zostało takie samo oprócz korony orła Pocztówka wyd. Sztuka w Krakowie ok. 1920 roku oraz pocztówka wydana ok. 1948 roku

Niekiedy jednak zdarzały się prawdziwe smaczki. Swego czasu wpadł mi w ręce komplet „Zadań elementarzowych” Mariana Falskiego z 1947 roku. Z prawdziwym zdziwieniem odkryłem w zeszycie czwartym znane nam wszystkim z „Elementarza” ćwiczenie w adresowaniu listu. Zdumiewające było to, że list był adresowany do Lwowa. W 1947 roku. Co lepsze, znaczek narysowany na kopercie też sprawiał

Na koniec jeszcze jeden przejaw działania czujnego oka cenzury, tym razem nie w książce, ale na pocztówkach. Około roku 1920 nakładem krakowskiego wydawnictwa Sztuka ukazała się pocztówka noworoczna. Kartka nie była sygnowana przez żadnego artystę i należała do gatunku bardzo popularnych w okresie zaborów i dwudziestolecia międzywojennego pocztówek o charakterze patriotycznym. Rysunek przedstawiał oświetlony promieniami słońca Kościół Mariacki, zaś na pierwszym planie znajdował się orzeł z rozłożonymi skrzydłami i oczywiście w koronie. Przeglądając kilka lat temu pocztówki na jednym z portali aukcyjnych zobaczyłem pocztówkę – prawie identyczną z tą, którą już miałem w swojej kolekcji, ale jakby inną. Dopiero po przeczytaniu opisu okazało się, że oglądam noworoczną kartkę wydaną tuż po zakończeniu wojny (życzenia na odwrocie są datowane na rok 1948). Wszystko było takie samo oprócz jednego elementu – orzeł na pierwszym planie już nie miał korony. Trzymam te dwie kartki w albumie obok siebie jako przykład, że przed czujnym okiem cenzora (prawie) nic się nie mogło uchronić. Jacek a. Żurawski


Fioletowa krowa

Ż E N A D y

Magdalena Mikołajczuk

P ó Ł K A

15

i Alice Munro ziś proponuję Państwu narzekanie natury ogólnej, nie związane z konkretną lekturą zasługującą na umieszczenie na „półce żenady”. Od świąt Bożego Narodzenia upłynęło już trochę czasu, ale pewne obserwacje poczynione w okresie poprzedzającym Gwiazdkę dotyczą całego roku. Jest taki dowcip, stary już, ale maniakalnie go powtarzam przy każdej okazji, bo uważam, że jest świetny. Pewien dresiarz zastanawiał się, co kupić swojej dziewczynie na urodziny. Kolega poradził mu książkę. – Nie – mówi dresiarz – bo to będzie tak: ja jej kupię książkę na urodziny, potem ona mi też na urodziny książkę, potem ja jej książkę na imieniny, ona mi książkę na imieniny i nie będzie końca tej spirali nienawiści. Zintensyfikowanie tej spirali nienawiści obserwujemy także przed świętami, kiedy sklepy z książkami, płytami i filmami doznają najazdu miłośników kultury. Niby dobrze, że naród ciągnie do kultury, ale jak się poobserwuje i popodsłuchuje proces wyboru prezentu, to mina trochę rzednie. Powszechne, histeryczne konsultacje z resztą rodziny – telefoniczne lub bezpośrednie – pod hasłem „a co on/ona w ogóle czyta, czego słucha, jakie filmy lubi” świadczą o tym, że, po pierwsze: nie znamy naszych bliskich zbyt dobrze albo nie darzymy ich wystarczającą uwagą, a po drugie: że książki, filmy czy muzyka rzadko stają się tematem naszych rozmów. Gdybyśmy częściej dzielili się wrażeniami z kina czy lektury, to problemów z wyborem trafionego prezentu by nie było. Ktoś kiedyś powiedział, że jednym z ważnych dowodów na to, że właśnie zdarza nam się miłość, jest chęć dzielenia się z nim/nią wszystkim, co sprawia nam przyjemność. Dlaczego więc ci wszyscy ludzie miotający się z obłędem w oczach między płytami i książkami nie znają gustów swoich bliskich? Skoro kochają i są kochani, to powinni się wzajemnie obdarzać wrażeniami z ważnych dla nich lek-

D

tur i filmów, tak jak dzielą się smakołykami. Czy to tylko sprawa zagonienia, zmęczenia i braku czasu na rozmowę o czymś więcej niż organizacja życia codziennego? Być może. Być może też przesadzam z tym narzekaniem, bo w końcu szturm na księgarnie i sklepy z płytami jest czymś cieszącym serce. Ale pozwolę sobie jeszcze na jedno małe pokręcenie nosem. Czasami znamy gusta naszych bliskich, ale nie wiedzieć czemu postanawiamy je zmienić i to najczęściej w czasie świąt, które z założenia mają być czasem sprawiania sobie nawzajem przyjemności. Podsłuchałam w księgarni rozmowę dwóch panów, będącą przykładem dość powszechnej akcji „czytelniczego nawracania”. Jeden mówi: - Może kupimy mu tę noblistkę ostatnią, jak jej tam? – Monroe – odpowiada drugi. – Pogięło cię, jaka Monroe? – Nie Marylin Monroe, tylko Alice Munro. Pisze się inaczej, ale czyta się jak Marylin. – No dobra, mniejsza z tym. Kupujemy ją? - Ale on przecież tylko sensację czyta i historyczne o wojnie. Kupmy mu coś Clancy’ego. – Clancy’ego sam sobie kupi, a na Monroe nie wpadnie. – Jasne, że nie wpadnie, bo to psychologiczne i o kobietach głównie. Natychmiast komuś odda bez zaglądania. – Nieważne, niech oddaje. Ważne, że my będziemy mieć zaliczoną próbę zarażenia go wysoką literaturą. - No chyba ty, ja w to nie wchodzę. Nie chcę stracić przyjaciela. Ta rozmowa jest dowodem na to, że przytoczony na początku żart o spirali nienawiści znajduje czasem odbicie w rzeczywistości, bo panowie, których z lubością podsłuchiwałam, mieli pod koniec rozmowy lekki mord w oczach. A przecież chodziło o tak przyjemną sprawę jak wybór prezentu i to bardzo kulturalnego. Zupełnie bez okazji życzę nam wszystkim nie tylko wzrostu czytelnictwa w Polsce, ale także tego, by książka była jak najczęściej jak ta znana z reklamy czekolady fioletowa krowa, dzięki której ludzie się łączą, lepiej poznają i nie rozstają już nigdy. I

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


N A

M A R G I N E S I E

16

Bable bable google google bing! Grzegorz Sowula

W jednym z naszych tygodników znalazłem tekst prezentujący możliwości automatycznego przekładu. Jego autor, Jarosław Marczuk, postawił ambitną tezę: Komputery nie przetłumaczą jeszcze „Pana Tadeusza” na chiński, ale z przekładami tekstów specjalistycznych radzą sobie już prawie tak dobrze jak ludzie. Czyżby? Marczuk powoływał się na dokonania Google’a, IBM, Departamentu Obrony USA, Komisji Europejskiej i – gdyby mógł – wszystkich świętych, ale mój wrodzony sceptycyzm popchnął mnie do sprawdzenia, jak dalece mogę wierzyć słowom autorytetów takich jak prof. Krzysztof Jassem z poznańskiego UAM, który twierdzi, że tłumacze powinni zaprzyjaźnić się z tłumaczami automatycznymi. Praca na tekście wstępnie przełożonym przez maszynę jest szybsza i bardziej opłacalna niż tłumaczenie przez człowieka od zera. oniższy test ma dwie części. W pierwszej przepuściłem polski fragment wprowadzenia do twórczości Stefana Themersona przez trzy najbardziej znane translatorskie aplikacje (ujednoliciłem jedynie interpunkcję), w drugiej – sprawdziłem, jak dokonany automatycznie przekład na angielski wygląda po próbie przywrócenia go polszczyźnie. Kusiło mnie tłumaczenie z polskiego na angielski przez Google, potem z angielskiego na polski przez Bing, by tę wersję z kolei

P

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

poddać obróbce na angielski przez SystraNet, ale trochę przestraszyłem się efektów…

Polski oryginał Opowiedzieć o Stefanie Themersonie jako pisarzu? „Zrobiłem w życiu sześć czy siedem filmów – mówił – ale nie jestem ani reżyserem, ani operatorem. Wydałem w życiu jakieś dwadzieścia książek dla dzieci, ale nie jestem


Poprawny przekład na angielski “I’ve made in my life six or seven films” – he used to say – “but I don’t regard myself as a director or an operator. I’ve published some twenty books for children but I’m not a real, fully flown author of children books. I’ve written on art but I’m not an art historian. I composed an opera, nevertheless I am not a composer. I’ve written a number of novels but they are not the usual stuff and thus I do not know if am a novelist” (Before the book is released). He was also a photographer, poet, publisher and philosopher. Małgorzata Sady thinks that it is philosophy which Themerson attached the greatest importance to; however, he failed to achieve recognition in this area – despite the support of Bertrand Russell who saw Stephan as his spiritual son. Maybe it’s because as a philosopher Themerson was a poet. “Professional philosophers, academics, do not trust me” – he said. – «If you have something important to say, why do you present it in such a strange way», they ask sometimes, thinking that I’m making fun of them. Which is not altogether untrue”.

In factor T Themerson sets art the task of verifying the theory in practice. “If we can not bring Reality to help” – he writes – “we can turn for help to the Imagination. One can not bring a Hamlet or brothers Karamazov to the laboratory to observe them in specially arranged conditions. But it can be done on the pages of a novel or on the theatre stage”. One would be allowed to say that yes, as a writer Themerson was a philosopher.

N A

prawdziwym, dorosłym autorem książek dla dzieci. Pisałem o sztuce, ale nie jestem historykiem sztuki. Skomponowałem operę, ale nie jestem muzykiem. Napisałem szereg powieści, ale powieści te [są] niezupełnie normalne i nie wiem, czy jestem powieściopisarzem” („Nim ukaże się książka”). Był także fotografikiem, poetą, wydawcą i filozofem. Małgorzata Sady twierdzi, że to do filozofii przywiązywał największą wagę, nie udało mu się jednak osiągnąć uznania w tej dziedzinie – mimo wsparcia Bertranda Russella, który uważał Stefana za swojego duchowego syna. Może dlatego, że jako filozof Themerson był poetą. „Profesjonalni filozofowie, akademicy mi nie ufają – mówił. – «Skoro ma pan coś ważnego do powiedzenia, to czemu przedstawia pan to w taki dziwny sposób», pytają czasami, sądząc, że kpię z nich. Co nie jest zresztą nieprawdą”. W „faktorze T” Themerson wyznacza sztuce zadanie weryfikacji teorii w praktyce. „Jeżeli nie możemy przywołać Rzeczywistości na pomoc – pisze – możemy zwrócić się o pomoc do Wyobraźni. Nie można przyprowadzić jakiegoś Hamleta albo braci Karamazow do laboratorium i obserwować w specjalnie zaaranżowanych warunkach. Ale można to uczynić na stronicach powieści albo na scenie teatru”. I wolno chyba powiedzieć, że jako pisarz Themerson był filozofem. [Karolina Iwaszkiewicz, Adam Pluszka: „Podstawianie nogi”, Dwutygodnik.com 122/2013]

M A R G I N E S I E

17

A teraz wersje komputerowe tłumacz Google (translate.google.com)

Talk about Stefanie Themersonie as a writer? “I have made in the lives of six or seven films – he said – but I am neither a director nor an operator. I gave in my life some twenty books for children, but I’m not real, adult author of books for children. I wrote about art, but I’m not an art historian. I composed an opera, but I’m not a musician. I wrote a number of novels, but novels quite normal and do not know if I’m a novelist” (“Him will be released book”). He was also a photographer, poet, publisher and philosopher. Malgorzata Sady says this philosophy attached the greatest importance, he failed, however, to achieve recognition in this area – despite the support of Bertrand Russell, who saw Stephen as his spiritual son. Maybe it’s because as a philosopher Themerson was a poet. “Professional philosophers, academics do not trust me – he said. – «If you have something important to say, why do you present it in such a strange way», they ask sometimes, thinking that making fun of them. What is not, moreover, untrue”. In the “SPF T” Themerson art sets the task of verifying the theory in practice. “If we can not bring reality to help – he writes – we can turn for help to the Imagination. you can not bring a Hamlet or brothers Karamazov to the laboratory and observed in specially arranged conditions. But it can be done on the pages of a novel or on the stage of the theater”. I must say I think that as a writer Themerson was a philosopher. tłumacz bing (www.bing.com/translator)

Tell you about Stefanie Themersonie as a writer? “I have made in the lives of six or seven movies – he said – but I am neither a director nor the operator. I’ve spent in my life some twenty children’s books, but I’m not real, adult author of children’s books. I wrote about the art, but I’m not an art historian. Composed an opera, but I’m not

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


N A

M A R G I N E S I E

18 a musician. I wrote a number of novels, but these novels quite normal and I don’t know if I’m a novelist” (“It will release a book”). He was also a photographer, poet, and philosopher. Margaret Orchards says this philosophy to attach the greatest importance, however, failed to achieve recognition in the field – despite the support of Bertrand Russell, who considered Stephen for your spiritual son. Maybe it’s because as a philosopher Themerson was a poet. “Professional philosophers, academics do not trust me – he said. – «Once you have something important to say, why is it in such a strange way», ask sometimes, thinking that kpię of them. What is not, moreover, untrue”. In the “factor” Themerson designates the art of job to verify the theory in practice. “If we cannot bring up the fact to help – he writes – we can ask for help to the imagination. you can’t bring a Hamlet or the Brothers Karamazov to the lab and watch in a specially decorated. But this can be done on the website of the novel or on the stage of the theatre”. And I must say that as a writer Themerson was a philosopher. tłumacz Systranet (www.systranet.com)

To tell about Stefan Themerosnie as writer? I made in life six or seven films – spoke – but I am not or director, or by operator. I spent in the life of certain twenty book fors children, but I am not the true, adult author of book fors children. I wrote about art, but I am not historian of art. I composed opera, but I am not musician. I wrote a number of novels, but novel these incompletely normal and I do not know, whether I am novelist” (“it will be shown book”). Was also artistic photographer, by poet, by publisher and filozofem. Malgorzata Sady affirms, that – to philosophy tied the largest scale, did not succeed it however to be achieved acknowledgments in this sphere – in spite of the supports Bertranda Russella, which considered Stefan for spiritual son. Perhaps because as philosopher Themerson was poet. Professional filozofowie, students me do not trust – spoke. – «Since does have Mr. something important to the phrase, what does introduce Mr. in such strange manner», they ask at times, judging, that kpie from them. That is not besides untruth”. In the “agent T” Themerson marks art the job of the verification of theory in practice. “If we cannot call reality on help – writes – we can turn for help to the imagination. It is not possible to bring certain Hamleta or brothers Karamazow to the laboratory and to observe in specially ar-

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

ranged the conditions. But it is possible – to do on the pages of novels or on the scene of theater”. And it is permitted surely to say, that as writer Themerson was filozofem.

I próba powrotu do oryginału… tłumacz Google (translate.google.com)

Mówić o Stefanie Themersonie jako pisarz? „Zrobiłem w życiu sześciu lub siedmiu filmach – powiedział – ale nie jestem ani reżyser, ani operator dałem w moim życiu jakieś dwadzieścia książek dla dzieci, ale nie jestem prawdziwy, dorosły autor książek dla dzieci. Pisałem o sztuce, ale nie jestem historykiem sztuki. Skomponowałem operę, ale nie jestem muzykiem. Napisałem kilka powieści, ale powieści całkiem normalne i nie wiem, czy jestem pisarzem” („On być wydana zostanie książka”). Był też fotograf, poeta, wydawca i filozof. Małgorzata Sady mówi ta filozofia dołączony największą wagę, nie udało mu się jednak osiągnąć uznanie w tej dziedzinie – mimo wsparcia Bertranda Russella, który widział, jak jego Stephena duchowego syna. Może dlatego, że jako filozof Themerson był poetą. „Filozofowie profesjonalne, akademicy nie wierz mi – powiedział. – «Jeśli masz coś ważnego do powiedzenia, dlaczego przedstawienie go w taki dziwny sposób», pytają czasami, myśląc, że drwi z nich to, co nie jest. Ponadto nieprawdą”. W „T” Themerson SPF sztuka ustawia zadanie sprawdzenie teorii w praktyce. „Jeśli nie możemy doprowadzić rzeczywistość do pomocy – pisze – możemy zwrócić się o pomoc do wyobraźni nie można wnieść Hamleta lub Braci Karamazow do laboratorium i obserwowane w specjalnie zaaranżowanych warunkach, ale można to zrobić na stronach powieść lub na scenie teatru”. Muszę powiedzieć, myślę, że jako pisarz Themerson był filozofem. tłumacz bing (www.bing.com/translator)

Opowiedzieć o Stefanie Themersonie jako pisarz? „Zrobiłem w życiu sześć lub siedem filmów on powiedział, ale jestem dyrektorem ani operatora. Spędziłem w moim życiu, niektóre dzieci dwadzieścia książek, ale nie jestem prawdziwym, dla dorosłych autor książek dla dzieci. Napisałem o sztuce, ale ja nie jestem historykiem sztuki. Skomponował operę, ale nie jestem muzykiem. Napisał wiele powieści, ale te powieści całkiem normalne i nie wiem, czy jestem pisarz” („to wyda książkę”). Był również fotograf, poeta i filozof.


tłumacz Systranet (www.systranet.com)

Mówić o Stefan Themersonie jako pisarz? „Zrobiłem w życia sześć lub siedem filmach – mówiłem – ale no jestem operatorem lub dyrektor, lub. Wydawałem w życiu pewni dwadzieścia książkowych fors dzieci, ale no jestem prawdziwego, dorosłego autora książkowi fors dzieci. Napisałem o sztuce, ale no jestem historyka sztuka. Komponowałem operę, ale no jestem muzyka. Napisałem liczbie powieści, ale powieść te normalna i Ja incompletely no zna,

czy jestem powieściopisarzem” („mię pokazują książkę”). Był poetą także artystyczny fotograf, wydawcą i filozofem. Malgorzata Sad twierdzi pomimo poparć Bertranda Russella które rozważali Stefan dla duchowego syna, to – filozofia wiązał wielką skala, no udawał się go jakkolwiek być dokonującymi przyznaniami w ten sferze – Być może ponieważ poetą jako filozof był Themerson. „Fachowy filozof, ucznie ja no ufa – mówił – pytają czasami, sądzący, ten kpie od one. «Ponieważ ma Mr. coś znacząco zwrot co przedstawia Mr. w taki dziwacznym sposobie». To no jest oprócz kłamstwa”. W „agencie T” Themerson zaznacza sztukę praca weryfikacja teoria w praktyce. Jeżeli no możemy dzwonić rzeczywistość na pomocy możemy obracać dla pomocy wyobraźnia – pisze. – Ja no jest ewentualny przynosić laboratorium i obserwować w szczególnie układa warunki pewnego Hamleta lub braci Karamazow. Ale ja jest ewentualny robić na stronach powieści lub na scenie teatr”. I ja pozwala z pewnością mówić, to gdy pisarz Themerson był filozofem. Najlepiej, jak z tego widzimy, radzi sobie Google, po „translatora” SystraNet warto sięgnąć, gdy chcemy tworzyć na przykład nieszablonową poezję. A wniosek dla tłumacza? Jeszcze ma swe miejsce. Przeżyje dzięki przekładom z komputerowego. Grzegorz Sowula

Formularz prenumeraty «Notesu Wydawniczego» Zamawiam prenumeratę roczną «Notesu Wydawniczego» od numeru …./20…. w cenie 170 zł Zamawiający: ………………………………………………………………………………………………… Adres do faktur: ……………………………………………………………………………………………… Adres do korespondencji: ……………………………………………………………………………………. Jestem płatnikiem VAT, mój numer identyfikacji podatkowej (NIP): ……………………………………. Upoważniam firmę Biblioteka Analiz Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie 00-048, ul. Mazowiecka 6/8, lok. 416, wydawcę «Notesu Wydawniczego», do wystawienia faktury bez mojego podpisu oraz do wprowadzenia moich danych osobowych na listę prenumeratorów. Podpis osoby zamawiającej: …………………………… Zamówienia proszę kierować faksem (22) 827-93-50, drogą mailową: marketing@rynek-ksiazki.pl lub wysyłając formularz na adres: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. , ul Mazowiecka 6/8, lok. 416, 00-048 Warszawa. Należność prosimy wpłacać na konto: 55 1020 1156 0000 7302 0008 4921 w PKO BP o/Warszawa z dopiskiem „Notes Wydawniczy prenumerata”.

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

N A

Sady Margaret mówi, że ta filozofia wobec przywiązywać większą wagę, jednak udało się osiągnąć uznanie w pole, mimo wsparcia Bertrand Russell, który uważa Stefan za swojego duchowego syna. Może dlatego, jako filozof Themerson – poeta. „Zawodowych filozofów, naukowcy nie ufaj mi – on powiedział. – «Skoro masz coś ważnego powiedzieć, dlaczego jest to w taki dziwny sposób», czasem zapytać, myśląc, że kpię z nich. Co to jest nie, ponadto nieprawdziwe”. W „współczynnik” Themerson wyznacza sztuka zadanie, aby sprawdzić teorię w praktyce. „Jeśli nie możemy przywołać fakt aby pomóc – pisze – możemy poprosić o pomoc do wyobraźni. Hamlet lub Bracia Karamazow nie może doprowadzić do laboratorium i oglądać w specjalnie urządzone. Ale można to zrobić na stronie internetowej powieści lub na scenie teatru”. I muszę powiedzieć, że jako pisarz Themerson – filozof.

M A R G I N E S I E

19


K R O N I K A

Fot. Tim Sowula

K R y M I N A L N A

20

Grzegorz Sowula

Krew na macę Grzegorz Sowula

ytuł książki Heinichena przypomina klasyka zaliczanego do setki najlepszych powieści kryminalnych wszech czasów (nie wiedzieli państwo?), ja jednak mógłbym zatytułować książkę: „Śmierć w nowych dekoracjach” – Veit Heinichen akcję swego kryminału osadził w mieście dotąd czytelnikom nieznanym, Trieście. Zaskakująco dobra lokacja – aż dziw, że wcześniej nie wykorzystana. Bo Triest to miasto bliskie Marsylii, od lat obecnej w kryminalnej geografii – podobnie jak ona jest portem z bogatą historią, o często zmieniającej się przynależności państwowej: Bizancjum, Cesarstwo Rzymskie, wolne miasto, Republika Wenecka, opieka Habsburgów, kraj koronny Cesarstwa Austriackiego, krótka podległość Jugosławii, znów wolne miasto pod protektoratem ONZ… Strategiczne położenie sprawia, że Triest pełni rolę znaczącego handlowego hubu: tu znajduje się port przeładunkowy i terminal naftowy, z którego płynie ropa do rurociągu Transalpejskiego (100 proc. dostaw dla Bawarii, 90 dla Austrii, 40 dla całych Niemiec), tu także działa Triesteński Klaster Kawowy – miasto już w połowie XIX wieku było najważniejszym portem kawowym basenu Morza Śródziemnego i pozostaje nim do dziś. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy sama kawa mogłaby stać się wystarczająco barwnym i bogatym tłem kryminalnej historii. Zapewne, choć jej autorem musiałby być któryś z „minimalistów”: Chandler, Hammett, nade wszyst-

T

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

ko Simenon. Inna sprawa, że Heinichen kawę potraktował jako, nomen omen, smaczek i nie ona była motywem tytułowych zbrodni. Nie zaskoczę nikogo mówiąc, że za wszystkim stały pieniądze, żądza władzy – wszechwładnej, bezkarnej, dominującej. Gdy na jaw wyszły przewinienia sprzed wielu dziesiątków lat, eminencje – te szare – uznały, że trzeba wszelkie ślady usunąć, nawet kosztem życia ludzi mało historii winnych czy wręcz jej świadomych. A fabuła obejmuje wcale niemałe środowisko, bo oprócz triesteńczyków pojawiają się w niej mieszkańcy Londynu, emigranci z Afryki, dawni uczestnicy walk w Etiopii (to właśnie etiopska kawa należy do najbardziej cenionych w świecie), a także, co pochwały godne za bezpretensjonalne opisanie, romansujący faceci, którzy nagle okazują się rogaczami. W tym wszechwładni wydawałoby się policjanci. Hehe. Czytałem „Zbrodnię i kawę” z pewną niecierpliwością – chciałem poznać koniec, książka nie była na tyle zła, by już po kilku rozdziałach wejść na ostatnie strony. Była po prostu za długa. Szlag mnie trafia nie od dziś, że autorzy nie widzą, iż saga to nie jest najlepszy pomysł na powieść kryminalną, a wydawcy/redaktorzy nie wiedzą, jak im to przekazać. Kryminał j e s t odbiciem społecznych niepokojów, ale nie róbmy z tego doktorskiej dysertacji. gredowaty jestem, wiem… Coraz częściej jednak przypomina mi się złośliwy komentarz Ambroise’a Bierce’a, amerykańskiego satyryka uznawanego za prekursora „czar-

Z


Veit Heinichen

Jens Lapidus

Adam Węgłowski

Zbrodnia i kawa

Życie deluxe

Przypadek Ritterów

Przeł. Maria Skalska Noir sur Blanc, Warszawa 2013 s. 477, ISBN 978-83-7392-417-8

Przeł. Paulina Jankowska WAB, Warszawa 2013 s. 588, ISBN 978-83-7747-992-6

Szara Godzina, Katowice 2012 s. 238, ISBN 978-83-933462-3-3

nej powieści” (tak kiedyś nazywano powieść grozy), który nie wiem już o jakiej książce powiedział: zbyt wiele stron oddziela obie okładki. Jens Lapidus też niestety wpisuje się swoją ostatnią powieścią w tę kategorię – „Życie deluxe” to kontynuacja „Zimnej stali” i „Szybkiego cashu”, obiektywnie rzecz biorąc bardzo udana, ale długa ponad miarę. Zdaję sobie sprawę z ewentualnych krytyk czytelników czy kolegów recenzentów, zdania jednak nie zmienię: Lapidus miał umowę na wierszówkę, stąd te sześćset stron bez mała. A szkoda, bo konstrukcja jego powieści jest misterna, ciekawa i sprawdzająca się. Wszystko zmierza do zaplanowanego finału, autor kontroluje sytuację, zapomina jednak o czytelniku, stąd niepomierne dłużyzny narracji i łopatologiczne wykładanie wszystkiego. Szkoda, powtórzę – główny bohater, Martin Hägerström, budzi sympatię także dzięki nietypowej charakterystyce: potomek bogatego szlacheckiego rodu z wiekowymi tradycjami, homoseksualista, zawodowy policjant. Tu w dodatku wtyka, kapuś, te-wu. Autor na szczęście nie ma zapędów Antoniego M. i jakąkolwiek lustrację ogranicza do czysto zawodowej, pomijając seksualne preferencje. Chyba bym tego nie zniósł, zresztą książka rozrosłaby się o kolejne sto stron albo i więcej. A tak mamy osobne pozornie wątki, schodzące się w pewnym momencie dzięki postaciom je łączącym: córce mafijnego bossa, gangsterowi rządzącemu zza krat, reprezentantom rosyjskich awtoritietow. Za nimi, jak zwykle, polityka kryjąca pazerność, w tym wypadku akurat rosyjskie starania o idącą po dnie Bałtyku nitkę naftowego rurociągu – zbyt wiele miliardów dolarów mogą stracić inwestorzy, by nie wyłożyć teraz kilku milionów dla zlikwidowania uparciuchów blokujących deal. Bynajmniej nie dla idei, broń Boże – oni po prostu chcą też coś z tego mieć.

Książkę czyta się dobrze dzięki wyśmienitemu przekładowi – Paulina Jankowska, tłumaczka, swobodnie przerzuca się od ulicznego slangu blattar poprzez neutralną narrację do wytwornej mowy sfer wyższych. Tyrady JBoya, gangstera śniącego o Skoku przez duże „s”, przeświadczonego o własnej doskonałości, to prawdziwy popis translatorskiego kunsztu. Ale od okładki do okładki stron za dużo. dam Węgłowski swą gęstą od faktów opowieść zamknął litościwie w dwustu stronach, choć wątków i postaci mamy tu do przesytu. „Przypadek Ritterów” relacjonuje wydarzenia, jakie zaszły w podrzeszowskiej wiosce Lutczy w 1882 roku. O okrutne morderstwo kobiety w ciąży obwiniono parę żydowskich sklepikarzy, Gitlę i Mojżesza Ritterów. Dlaczego? Bo każdy Mosze, Nataniel czy Samuel był z góry podejrzany, pisze autor. Jego książka jest przeglądem dominującego wówczas klimatu antysemickich uprzedzeń i niechęci, obecnego zarówno na wsi, jak i w mieście, zwłaszcza wśród władz i sił porządkowych, którym na rękę było założenie a priori, że mordercą musi być Żyd – czyż nie potrzebują oni krwi na macę?… Prowadzący dochodzenie Kamil Kord robi to niejako z przypadku, na marginesie innych poszukiwań. Wgłębienie się w sprawę Ritterów pomaga mu zmienić własną, negatywną opinię o Żydach (notabene nie wiemy, dlaczego był początkowo antysemitą), choć trudno ocenić, w jakim zakresie – zależało mu na zdobyciu kobiety, czy jednak gotów był zaakceptować całą jej rodzinę i, dalej, ród? Jak znam życie, pewnie niebawem na rynku pojawi się sequel, przede wszystkim dlatego, że bohater nie ujawnił, kto faktycznie dopuścił się zbrodni. A w Londynie pojawił się Kuba Rozpruwacz. I, by posłużyć się szmoncesem, Ripper, Ritter, a kto tam będzie zwracał na to uwagę. Wypada poczekać. I

A

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

K R O N I K A

K R y M I N A L N A

21


Fot. Archiwum

K O M I K S

22

Scenariusz i rysunki: Joann Sfar Kolory: Brigitte Findakly

Kot rabina Przeł. Grzegorz Przewłocki Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa, 2013 s. 288, ISBN 978-83-936849-3-9

W koci róg Kuba Frołow

Po raz pierwszy komiksy Joanna Sfara o kocie rabina (Żyda z Algierii) pojawiły się w Polsce w latach 2004 (zeszyt „Bar Micwa”) i 2006 („Malka lwi król”), oba nakładem wydawnictwa Post. Zapewne nie chciano ich wznowić i w tym roku – wraz z trzema innymi – trafiły na rynek dzięki założonemu przed rokiem Wydawnictwu Komiksowemu. W sumie pięć części – oprócz wymienionych „Wygnanie”, „Raj na Ziemi” i „Afrykańska Jerozolima”. Atrakcyjnie przygotowany tom szybko zdobył uznanie fanów gatunku, doczekując się także omówień w prasie (także – o co rzadko – mainstreamowej). Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


K O M I K S

23

Nr 1-2 [260-261] styczeĹ&#x201E;-luty 2014


K O M I K S

24 istoria zaczyna się od błahego pozornie zdarzenia, a mianowicie od skonsumowania przez kota gderającej bez umiaru papugi (Ten ptak gada bez przerwy, a nie ma nic do powiedzenia). Co jednak stanie się później z kotem? To jasne – zacznie mówić. O tym, że jest to jednak zwierzak wyjątkowy, przekonujemy się, gdy w swoich pierwszych słowach… wypiera się zarzucanego mu czynu, cynicznie oblizując łapy, stojąc w kałuży ptasiej krwi i plując kolorowymi piórami. Wszystko, co dzieje się później, to popis kociej erudycji, ponadprzeciętnej inteligencji, retoryki i Bóg jeden wie, czego jeszcze, co staje się utrapieniem nie tylko właściciela zwierzaka – czyli tytułowego rabina – ale także jego własnego rabina, którego kot niejednokrotnie zapędza w kozi (koci?) róg tocząc żarliwe dysputy mające doprowadzić do pobrania przezeń nauk judaistycznych (a w efekcie do wspomnianej w tytule jednej z części bar micwy), a przy okazji ośmieszenia rozmówcy, któremu kot bezlitośnie udowadnia ograniczenie intelektualne i nieznajomość Tory. Przykłady? Proszę rabina rabina, żeby mi zacytował teksty biblijne, z których pochodzi ta pochwała psów. Nie umie. Odpowiada mi, przywołując ustną tradycję Tory – to, co nie zostało spisane. Mówi raczej o duchu prawa niż o zapisie. A potem mówi, że Grecy uczynili psa zwierzęciem prawdziwie filozoficznym. Psa, nie kota. Odpowiadam, że Grecy zniszczyli Świątynię Jerozolimską i jeżeli rabin szuka pomocy u Greków, to znaczy, że brak mu argumentów. Prawda, że znakomite? Rozmowy, jakie toczy kot, dotykają także spraw jak najbardziej doczesnych, by nie powiedzieć… cielesnych. Pewnego dnia zapytałem mojego pana, czy myśli, że jego uczniowie się masturbują. Powiedział, że na pewno nie, że marnowanie nasienia życia jest obrzydliwe. Zgodziłem się z nim. Bo gdy ja chcę seksu, to go uprawiam, ale skoro jego uczniowie muszą pozostać prawiczkami do ślubu, a ich jądra wypełniają się codziennie, to nie wiem, jak

H

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


K O M I K S

25

sobie radzą. Nic nie robią – odpowiada mój pan. Nie są tacy jak ty. To nie zwierzęta, tylko dobrzy Żydzi. Pękam ze śmiechu. Cóż, trudno nie pękać. Część zatytułowana „Wygnanie” nie jest już tak zabawna. Rabin ze swoim kotem towarzyszą bowiem świeżo poślubionej córce Żyda i jej mężowi w ich podróży poślubnej do Paryża. Różnice w kwestiach mniej lub bardziej zasadniczych wychodzą na jaw już na statku, przybierając na sile z każdą chwilą, pozostawiając czytelnika w stanie coraz większego żalu i przygnębienia. Rabin w skąpanej w deszczu stolicy Francji stawić musi czoła kolejnym rozczarowaniom, a jego ideały i wartości rozbite zostają o paryski bruk bezlitośnie. Kolejnym opowiadaniom celowo nie poświęcę ani słowa. Sami Państwo muszą je poznać. Kreska, jaką posługuje się Sfar, przypominać może niektórym historyjki tworzone z myślą o dzieciach. Autor z pozoru niedbale, jednak szalenie precyzyjnie, oddaje detale scenografii, fenomenalnie portretując tytułowego bohatera ze wszystkimi jego nastrojami i przemyśleniami. Wielka rzecz. I

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


K S I ą Ż K A

N U M E R U

26

Żałoba

nie zwalnia

od myślenia Kuba Frołow

Żałoba jest jak mgła: otula ofiarę. Niedobrze, jeśli przenika i paraliżuje żywych, jeśli zamiast współczucia i uszanowania wyzwala złość, poczucie krzywdy, prowadzi do pragnienia zemsty. Wszystko to miało i ma miejsce w Polsce. Z żałobą się nie dyskutuje, ale żałoba nie zwalnia od myślenia. Napisała we wstępie Teresa Torańska. zekałem na tę książkę. Nie na TAKą książkę, ale na tę konkretnie. Czekałem – muszę powiedzieć – nieco wbrew sobie, ponieważ tematu tragedii w Smoleńsku miałem już (i nadal mam) po dziurki w nosie. A mówiąc precyzyjnie – jego miejsca w tzw. przestrzeni publicznej. I tyle osobistych refleksji. Czekałem zatem na książkę Torańskiej słusznie spodziewając się rzemiosła dziennikarskiego próby najwyższej. A tu do tego jeszcze TAKA materia i TACy interlokutorzy… Czy można chcieć więcej? Szybko okazało się, że zamysł Teresy jest zakrojony szerzej, że potrzeba jej więcej czasu, że musi się spotkać nie z dziesiątkami, ale setkami ludzi. Że to nie będzie rzecz o konsekwencjach upadku samolotu, ale o istocie polskości. Że – w przeciwieństwie do innych jej tytułów – rozmowy będą tylko częścią książki wplecioną w autorską narrację,

C

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

pisze w słowie od wydawcy, Paweł Szwed, szef Wielkiej Litery. Dzisiaj, po śmierci dziennikarki, możemy jedynie żałować, że jej zamysłu nie udało się doprowadzić do końca. Nie znaczy to bynajmniej, że „Smoleńsk”, będący – tylko i aż – zbiorem przeprowadzonych przez nią wywiadów jest książką niepełnowartościową. Absolutnie nie! To lektura pasjonująca i… wciągająca bez reszty. Momentami również wstrząsająca. Pokusa politycznego wykorzystania „Smoleńska” z niektórych wywiadów przenika aż nadto. Państwo parlamentarzyści (z różnych stron sceny – mam na myśli nieokrzesanego i prymitywnego Stefana Niesiołowskiego z Platformy Obywatelskiej, cynicznego Adama Hofmana z Prawa i Sprawiedliwości, jak i – a może przede wszystkim – załatwiającego za pomocą rozmowy z dziennikarką swoje aktualne interesy polityczne Michała Kamiń-


Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

K S I ą Ż K A

skiego) nie mogli powstrzymać się od wycieczek w kieco… irytuje. Poza wspomnianą małostkowością naszych runku swych oponentów. Na szczęście teksty te należą politycznych „elit” zaskakuje (wbrew obiegowym opido najkrótszych w książce, zaś jeden z nich nie powinien niom) tak jednomyślnie wyrażana pozytywna ocena zaw ogóle do niej trafić (i być może by nie trafił), ponieważ angażowania „strony rosyjskiej” w działania związane jest… nie na temat (wspomniana rozmowa z Kamińskim, z „obsługą” tego tragicznego wydarzenia. Od pracy i gektóry bierze rewanż na swym dawnym przełożonym czystów (to ważne!) funkcjonariuszy państwowych, przez zali Jarosławie Kaczyńskim). łogę hoteli goszczących polską delegację (oficjalną i „pryOna sama podzielona została przez wydawcę na częwatną”, składającą się z członków rodzin ofiar), po praści grupujące rozmówców pod kątem różnego zaangacowników służb medycznych i mundurowych. żowania w katastrofę: „Wszyscy zginęli” (tu rozmowy m.in. Niezależnie od preferencji politycznych nie sposób – z Jerzym Bahrem – ówczesnym amjak sądzę – nie być pod wrażeniem basadorem w Rosji, Jolantą Szczypińpostawy oraz profesjonalizmu miniską – posłanką PiS, Longiną Putką – ster zdrowia Ewy Kopacz. Jej opanotuż po tragedii pełniącą obowiązki wanie, takt i nie uleganie skrajnym konsula dyżurnego i Wiktorem Bateemocjom imponują. Zwłaszcza dzirem – dziennikarzem telewizji Polsat, siaj należy czuć ulgę, że to właśnie którzy w czasie wypadku byli na ona piastowała ten urząd… Profemiejscu), „Osieroceni” (rozmowy sjonalizm przebija także z rozmów m.in. z Pawłem Dereszem i Katarzyną z ambasadorem Bahrem i konsul Deresz-Lewandowską – mężem Putką. Jakie to szczęście, że mieliśmy i córką Jolanty Szymanek-Deresz – wtedy w Moskwie tak znających się posłanki SLD), „W Moskwie” (rozmona rzeczy urzędników. Gdyby nie ich wy m.in. z Jackiem Najderem – ówdar trzeźwego osądu sytuacji oraz czesnymi wiceministrem spraw zaprzedkładania ponad wszystko integranicznych i minister zdrowia Ewą resu państwa mielibyśmy na pewno Kopacz), „Droga do Smoleńska” (rozjeszcze większe problemy… mowy z posłami PiS: Pawłem KowaAbsolutnie rozczulająca (cóż się lem, Joachimem Brudzińskim i Karozresztą dziwić…) okazała się rozmoTeresa Torańska lem Karskim oraz Tomaszem Arabwa z bliskimi Jolanty Szymanek-DeSmoleńsk skim – ówczesnym szefem kancelarii resz, kobiety twardej, by nie powieWielka Litera, Warszawa 2013 s. 592, ISBN 978-83-64142-28-4 premiera), „Mobilizacja państwa” dzieć – niekiedy wręcz odpychają(rozmowy m.in. z parą prezydencką cej. Przysłuchujemy się oto opowieAnną i Bronisławem Komorowskimi oraz ministrem spraw ści kompletnie rozsypanego wdowca, dla którego kluzagranicznych Radosławem Sikorskim), „Żałoba jest jak czowym przewinieniem polskich służb wydaje się niemgła” (rozmowy m.in. z Januszem Piechocińskim – wówotoczenie rodzin ofiar należnymi im ciepłem, szacunczas posłem PSL, Michałem Klaiberem – doradcą prezykiem, wsparciem duchowym oraz zwykłą ludzką czułodenta Lecha Kaczyńskiego i Adamem Hofmanem), „Wojścią. Towarzysząca mu córka zdaje się z kolei pełnić rolę na polityczna” (rozmowy z Michałem Kamińskim – wów„kontrolera” ojcowskich emocji – nie wypowiada boczas posłem PiS, a podczas rejestrowania rozmowy forwiem w wywiadzie nawet jednej setnej togo, co on. macji Polska Jest Najważniejsza i Stefanem Niesiołow„Smoleńsk” w pozytywnym sensie „rozjeżdża” dramaskim) oraz „Polska-Rosja: stosunki nieprzewidywalne” (rozturgią. Tu nie ma wyjątku od standardów, do których mowy z profesorami Henrykiem Samsonowiczem – hiprzywykliśmy u Torańskiej. Znakomite przygotowanie do storykiem i Adamem Danielem Rorfeldem - dyplomatą). wszystkich rozmów czyniło z nich zawsze bezlitosne poTom zamyka esej zatytułowany „»Dziady« smoleńskie” Lijedynki. Pod tym kątem „Smoleńsk” nie zawodzi. Lektury dii Ostałowskiej… Znakomity, zresztą. żadnego z wywiadów nie sposób przerwać. Co z tych wszystkich rozmów wynika? Szalenie trudno Kilku rozmów w tej książce zdecydowanie brakuje. rozwinąć choćby najważniejsze z wniosków w tak krótkim A mówiąc wprost – brakuje jednej. Ale może dobrze się tekście. Nieco łatwiej – co w nich uderza, co zastanawia, stało, że do niej nie doszło. I

N U M E R U

27


F E L I E T O N

28 zy można coś jeszcze odkryć w mieście, w którym spędziło się całe życie? Naturalnie, można. Zwłaszcza jeśli z różnych przyczyn – z braku czasu, braku naglących spraw do załatwienia, ogólnego braku zainteresowania – rzadko bywa się w centrum. W przypadku Warszawy rzadko bywać w centrum to żaden wyczyn – Warszawa jest wielka, rozlana i zasadniczo składa się w większości z samych przedmieść. Przez to, że wieżowce Warszawy oglądam przeważnie z drugiego, uboższego i bardziej sennego brzegu Wisły, odnotowując tylko co jakiś czas zmiany jej (Warszawy, nie Wisły) fallicznego skyline’u, nie dotarło do mnie, że w tym dumnym mieście dokonuje się właśnie rewolucja. Rewolucja piwna. Ale od czego ma się przyjaciół. Jeden z nich poinformował mnie, że od pewnego czasu w Warszawie można już się napić dobrego piwa. – D o b r e g o – podkreślił. – A nie tej korporacyjnej masówki o smaku, barwie i konsystencji moczu do analizy – dodał. Potem zaskoczył mnie ponownie, oświadczając, że to dobre piwo jest polskie. Polskie piwo – przecież to oksymoron, pomyślałem. A dobre polskie piwo to właściwie oksymoron do kwadratu. Umówiliśmy się. W ten sposób nieoczekiwanie wkroczyłem w świat nowej warszawskiej mody – tu piętnaście kranów, tam dwadzieścia, a tu z kolei pięćdziesiąt pięć. Z każdego z tych knajpianych kranów płynie piwo. I to nie zwykłe, lecz wymyślne, rzemieślnicze i rękodzielnicze. Bitter stout, pale ale z nutą cytrusów i wanilii, czekoladowy porter, pszeniczne z cierpką ogórkową końcówką, drożdżowo-winne i czerwone z imbirem. Po paru degustacjach, mając już język wykręcony w potrójnego Axla, spytałem przyjaciela, czy mają gdzieś piwo marki piwo, ordynarnego pilznera dla ludu. Nie mieli. I kiedy tak popijaliśmy kolejnego american pale ale’a krajowej produkcji, który miał w sobie wprawdzie z dziesięć różnych aromatów, lecz każdy z tych smaków dokonywał inwazji na moje kubki smakowe oddzielnie, bez porozumienia z innymi, a nawet te inne zwalczając, a więc gdy zmagałem się jednocześnie z goryczą wyciskającą łzy z oczu, z jakimś dziwnym kwasem podchodzącym kwiatowe wonie, z osobliwą wodnistością, która pragnęłaby zapewne uchodzić za gęstość, przyszło mi do głowy, że to wszystko jest bardzo polskie, a w każdym razie bardzo warszawskie – wlej do wiadra cenne składniki, zamieszaj, odstaw na tydzień pod kaloryfer, a wyjdzie ci awangarda. A że niesmaczne? Ważne, że miałeś dobre i słuszne chęci. Że z porządnym piwem nie ma to nic wspólnego? Drobiazg, ważne, że en vogue, hype & indie. W końcu udało nam się znaleźć knajpę, gdzie mogłem spłukać rzemieślniczą rewolucję uczciwym czeskim lagerem, prostym jak kij od szczotki, po mieszczańsku nudnym i po prostu gładko pijalnym. A przy owym lagerze zaczęły mnie nawiedzać liczne refleksje natury ogólnej. Czy bowiem nie jest tak, że owa kultura piwa przegląda się jak w lustrze w kulturze słowa? A nawet szerzej: w sztuce filmowej albo w muzyce? We wszystkich tych dziedzinach brakuje nam nudnego, mieszczańskiego środka – minęło ćwierć wieku od 1989 roku, a my wciąż ćwiczymy się w ekstremizmie: od disco polo po wychwalane przez krytyków dokonania niezależnych kapel (przeważnie bez wdzięku kopiujących takież kapele ze Stanów czy Wielkiej Brytanii), od komedii robionych przed idiotów dla idiotów (vide „Kac Wawa”) po śmiertelnie poważne, śmiertelnie nużące i podręcznikowo buntownicze filmy rozliczeniowe, od fatalnych romansideł i powieści o wymarzonych mazurskich dworkach po nadętą lingwistycznie i tematycznie, rzekomo elitarną literaturę żerującą na Bogu ducha winnym Witoldzie Gombrowiczu. Na jednym biegunie czuć parszywy absmak piwa z supermarketu, na drugim – smakową kakofonię i udawany prestiż owego american pale ale’a. Wiem, że generalizuję. Kolejny felieton mógłbym napisać o chwalebnych wyjątkach od tej reguły – i jeśli idzie o kulturę, i jeśli idzie o piwo. Tymczasem jednak wolę napić się herbaty. I

Piotr Kofta

Piwo a sprawa polska

C

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014


Esther García Llovet

Surowe

Surowe

Esther García Llovet

Przeł: Aleksandra Bielaczyc Poniekąd Wydawnictwo, Kraków, 2013 s. 156, ISBN: 978-83-937572-0-6

Jest ich szesnaście, liczył już trzy razy. Wszystkie ubrane i ucharakteryzowane drobniutkimi purpurowymi cekinami poprzyklejanymi aż po rzęsy, jakby były replikami lalek Bratz. Wchodzą i wychodzą, śmiejąc się i przepychając się przez korytarze kanału 24/7 do specjalnego programu z okazji Walentynek, na wysokich obcasach, które stukają w rytm muzyki w studio – jakiegoś kawałka Celine Dion, niestety. Kiedy ostatnia lalka Bratz znika za rogiem, Esmiz zostaje sam na środku korytarza, nie bardzo wiedząc, gdzie dalej iść. Często mu się to zdarza, gdy przychodzi do studia. Nie może znaleźć biura Włocha. Kanał 24/7 chciał w tym roku nakręcić inny program na czternastego lutego, coś w rodzaju obrony antybalistycznej na dzień D. Zebrano dwunastu złotych kawalerów – adeptów ortodoksyjnego celibatu oraz zwolenników sado-maso, aby uczcić tę noc. Teraz wszyscy zgromadzili się w sali dla VIP-ów, jedzą kanapeczki, piją gazowane napoje i robią dużo hałasu. Nie ma wolnego miejsca. Esmiz w końcu znajduje automat z napojami i rząd krzeseł obok wind. Siada na chwilę, żeby zadzwonić do Włocha. Po drugiej stronie automatu jakiś chłopak pije pepsi light. Ma pewnie jakieś piętnaście lat, a na każdy rok dziesięć kilo. Przy kołnierzyku koszulki zostały mu chusteczki z pokoju charakteryzacji, które nadają mu nieco średniowieczny wygląd. Włoch ma wyłączony telefon. Esmiz musi z nim porozmawiać. – Przyszedłeś do programu z okazji walentynek, tak? – pyta chłopaka z nadzieją, że ten wskaże mu drogę do Włocha. – Dziś są walentynki? – odpowiada tamten, powoli odwracając do niego głowę. Chusteczki skrzypią i marszczą się przy tym ruchu. – Przyszedłem do programu doktora Wonga. Dziś jest mowa o wzroku. Jestem daltonistą. – A gdzie jest pokój charakteryzacji? Chłopak wkazuje mu puszką koniec korytarza i kiedy Esmiz kieruje się do pokoju, chłopak zaczyna mówić bardzo głośno, ćwicząc swoją wypowiedź – coś bardzo długiego o tym, jak to Grecy mieli to samo słowo na kolor zielony i czerwony: sinopia, i jak potem te kolory zaczęły oznaczać całkowicie przeciwne pojęcia, na przykład „bezpiecznie” i „niebezpiecznie”. Esmizowi wydaje się, że wypowiedź chłopca z puszką świetnie zabrzmiałaby w programie walentynkowym. Grecy, no jasne. W pokoju charakteryzacji przed lustrem siedzi mężczyzna, któremu czeszą brwi, kobieta z trójką dzieci przebranych za małe Kupidyny i jakaś piętnastolatka ubrana całkiem na czarno, która wygląda na idealną kandydatkę do progra mu Włocha. Dziewczyna z podkrążonymi oczami, długimi, cienkimi włosami, za wszelką cenę unikająca kontaktu wzrokowego. Wdowa tego świata. Włochowi zawsze bardzo się podobał ten rodzaj postaci, z aurą rozbitków albo ocaleńców z trzęsienia ziemi czy wypadku kolejowego – takiego jak ten, który zdarzył się dziesięć lat temu tuż obok jego domu w dolinie. O trzeciej nad ranem

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

N O W A

VI I

K S I ą Ż K A

29


N O W A

K S I ą Ż K A

30 Powiedział: „Właśnie miałem objawienie”. I od tamtego dnia jego życie się zmieniło, rzucił import maserati dla telewizji – medium, dla którego się narodził i w którym mógłby sprzedać nawet własną duszę, gdyby ją miał

wykoleił się pociąg ekspresowy i droga zapełniła się zagubionymi dziećmi, rannymi i przyszłymi ofiarami amnezji, które błądziły ze zwieszonymi ramionami, nie wiedząc, co robić, gdzie są, ani co się stało przed paroma minutami. Włoch otworzył furtkę przed swoim domem, zadzwonił do paru znajomych lekarzy i w mniej niż godzinę rozłożyli na środku ogrodu szpital polowy. Potem zatelefonował do pierwszej firmy cateringowej, jaką znalazł w książce. Okazało się, że to restauracja Esmiza i właśnie tak Esmiz po raz pierwszy wszedł do życia i domu Włocha – drewnianego domku w toskańskim stylu z winoroślami i drzewkami oliwnymi pomiędzy pompejańskimi rzeźbami i wielkim kamiennym oczkiem wodnym na patio. Gdy Esmiz zaparkował furgonetkę, stał tam Włoch. Na piżamę włożył jedwabny szlafrok w musztardowym kolorze, był boso i witał wszystkich z radością, że może czuć się potrzebny. Ze źle skrywaną radością podchodził do rannych, którzy pozwalali się obejmować, na wpół oszołomieni, na wpół przerażeni, z jednym butem w dłoni i całkowicie zagubionym spojrzeniem. Esmiz został przez całą noc. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej podpisał papiery rozwodowe i kontakt z bólem innych okazał się dla niego dziwnie kojący, prawie ekscytujący – może dlatego, że od czasu separacji sam nie czuł nic, co przypominałoby ból czy żal – w każdym razie roznoszenie kawy i kanapek w sercu tragedii sprawiało, że zbliżył się do podobnych uczuć. Włoch powiedział mu potem, że nazywa się to nauką przez naśladownictwo. On się niczego nie nauczył. Następnego ranka, po tym jak policja i karetki opuściły ogrody, Włoch zaprosił Esmiza na dobre śniadanie: pignolatę, cannoli i campari. Pokazał mu dom – ogromny – psy, ogrodnika, kelnerki. „To przypomina Fontamarę”, mówił do Esmiza, kiedy

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

pojawiła się Gabrielle, która przed chwilą wstała, nieuczesana i z papierosem słuchała Rity Pavone w kuchennej jadalni. Znowu zjedli śniadanie. Obejrzeli relację z wypadku na małym telewizorze stojącym przy lodówce. Włoch nie przestawał mówić o poprzedniej nocy, wyciskając pomarańcze na wielkiej, prawie przemysłowej maszynie – jeden owoc za drugim – aż nagle się zatrzymał. Odwrócił się do nich. Stopy miał poplamione błotem, paznokcie – czarne. Powiedział: „Właśnie miałem objawienie”. I od tamtego dnia jego życie się zmieniło, rzucił import maserati dla telewizji – medium, dla którego się narodził i w którym mógłby sprzedać nawet własną duszę, gdyby ją miał. To się miało jeszcze okazać. Dziewczyna w czerni się przedstawia. To najstarsza córka Wynograndów, starsza siostra Małej C., nastolatka, u której porwanie siostry zatrzymało albo przyspieszyło dojrzewanie – trudno ocenić – i pozostała w rodzaju mrocznego limbo, gdzie jej bladość jest autentyczna, a żałoba jeszcze bardziej. Tego wieczora Włoch przeprowadza z nią wywiad. – Jest u pielęgniarki – odpowiada dziewczyna, kiedy Esmiz pyta ją o Włocha. – Rozciął sobie stopę. Znowu. Kolejny wypadek. Czasem Esmiz myśli, że Włoch bardzo drogo zapłaci za ten swój żart z odkupieniem. Włoch siedzi na leżance u pielęgniarki, z nogą wspartą wysoko na taborecie i z wielką uwagą obserwuje szybkie czynności pielęgniarki, drobnej, zręcznej i o wyglądzie bardzo niesentymentalnym. Włoch ma kosmate myśli. Esmiz też patrzy na pielęgniarkę, ale tylko przelotnie, bo nigdy do końca nie rozumiał powszechnej fantazji związanej z tymi zawodami, które jemu wydawały się wiązać z przerażającą surowością i cynizmem. O stopę woli nawet nie pytać. – Gotowe – mówi pielęgniarka, zapinając agrafkę na opatrunku. – Dobrze się miewasz, Romo? – pyta Włoch. Pytanie o to, czy ma się dobrze, czy źle, stało się teraz jego zwyczajowym powitaniem. Wcześniej pytał go o maserati albo o ostatnią kelnerkę czy zyski z firmy. – Nie mam czasu – odpowiada Esmiz. – Pamiętaj, że Bóg jest zawsze obecny.


Przypomniałem sobie, już wiem, co to za jedna. Mulatka. Imponujący – odpowiada, przesuwając mokry palec po brwiach. – Ten jej tyłek. Znalazłem adres w kalendarzu Gabrielle

To prawda. Poczuł się obrażony albo zawstydzony, sam dobrze nie wie. Do tej chwili sądził, że jest jedynym, który uważa ją za atrakcyjną i teraz czuje się, jakby wykradli mu spod nosa jakąś sekretną formułę. – A jak poszło wtedy? – pyta Włoch. – Zaprosiłeś ją na obiad, nie? – Nie mówi za dużo. Jest milcząca. Włoch otwiera drzwi i wychodzą na korytarz. Pachnie farbą i tanimi kosmetykami.

– Lubię milczących ludzi – mamrocze Włoch. – Wydaje się, jakby współdzielili jakiś sekret. – Ona zamiast sekretu ma syna, który ciągle choruje. Raz zabrałem ich na plażę i miał atak konwulsji. Od tamtej pory Perica nie mogła przyjść do pracy. Dzwoniła do Santino, żeby powiedzieć, że robią badania. Może mógłbyś coś zrobić. Jakąś zbiórkę pieniędzy na operację, specjalny program charytatywny. Coś w tym stylu. – Jakieś zawody? Jaki jest ten chłopak? Zdaje się, że byli z Ameryki Środkowej? – Włoch pociera w ekscytacji bródkę. – Mały Imigrant. Koncert charytatywny. W Muzeum Panamerykańskim. Tak. Czy chłopak jest czarny? Albo chociaż mulat? – Na dzisiaj wystarczy, jeśli dasz mi adres. – Koncert Shakiry. Nie, nie. Lepiej López. Jennifer López i Juan Manuel. O, właśnie – mówi, odchodząc do studia i klaszcząc dłońmi nad głową, jakby chciał złapać genialne pomysły, miliardowe produkcje filmowe. W studio już wszystko jest przygotowane. Esmiz siada za jednym z monitorów, a charakteryzatorzy kończą malować Włocha i pierwszego gościa – znanego projektanta, który niedawno wyszedł z więzienia. Siedział tam pięć lat za oszustwo. Siedzą na dwóch wielkich pomarańczowych fotelach przed dekoracją z maleńkich połyskujących lampek led odtwarzających ciągle zmieniające się niebo: zachody słońca, zorze polarne, burzowe chmury. Dzisiaj sklepienie jest rozgwieżdżone, widać na nim stację kosmiczną. Esmiz wycofuje się za kulisy, żeby zadzwonić do Santino, gdzie informują go, że nie, Perica dziś też nie przyszła do restauracji, po czym się rozłącza. Przynajmniej ciągle są tutaj lalki Bratz i Esmiz ma dzięki nim chwilę rozrywki, a konkretnie dzięki jednej – mówi, że jest z Litwy i śmieje się bez przerwy, wyjaśniając mu bardzo szczegółowo, jak przykleja się cekiny do skóry: że musi być natłuszczona, żeby dobrze się trzymały. Litwinka używa olejku z mięty pieprzowej, który Esmizowi wydaje się odświeżający i wzbudzający euforię – świetna baza do letniego sorbetu. Kiedy wraca na plan, kończą już wywiad. Projektant wydaje się być na granicy załamania nerwowego, a Włoch znajduje się w stanie, który Esmiz tak dobrze zna – to ten moment, w którym pokazuje swoją prawdziwą naturę przedsiębiorcy i zadaje pytania w rodzaju „Czy dzisiaj dałeś z sie-

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

N O W A

Za każdym razem, gdy Włoch wspomina o Bogu, Esmiz wyobraża go sobie jako komisarza policji przechadzającego się ciężkimi butami po ogromnym komisariacie bez klimatyzacji, z dużym automatem pod pachą i w koszuli z krótkim rękawem. Pijącego kawę co godzinę, żeby zawsze być przytomnym. – Tak – odpowiada. – Zupełnie jak telewizja kablowa. Włoch zdejmuje nogę z taboretu i zaczyna układać sobie włosy, przeglądając się w chromowanych drzwiczkach apteczki. – To siwy włos? O nie, nie. Ma więcej niż jeden. Więcej niż sto. Za parę lat pojawią mu się na klatce, ramionach, a nawet w uszach, tak jak jego dobrym włoskim dziadkom, myśli Esmiz – spoglądającym w dalekiej Abruzji na kozy spółkujące na ogołoconych skałach. – To tylko refleks świetlny – kłamie Esmiz. – Sprawdzałeś to, co ci mówiłem? Stary adres Periki. Nie mieszka już tam, gdzie ją ostatnio zawiozłem. Nie odbiera też komórki. Może coś wiedzą pod jej poprzednim adresem. – Zostawiłem go w samochodzie. Przypomniałem sobie, już wiem, co to za jedna. Mulatka. Imponujący – odpowiada, przesuwając mokry palec po brwiach. – Ten jej tyłek. Znalazłem adres w kalendarzu Gabrielle. Co ci się dzieje? Zaczerwieniłeś się.

K S I ą Ż K A

31


N O W A

K S I ą Ż K A

32 Dżingiel programu milknie na chwilę z szacunkiem, podczas gdy dziewczyna przecina scenę i siada, nie zakładając nogi na nogę, opierając oba ciężkie niemieckie buty na podłodze, a bielutkie łokcie na kolanach

bie wszystko?” albo „Czy jesteś przekonany, że wykorzystujesz cały swój potencjał?”, które mają zmierzać do wniosku, że jesteśmy na tej planecie i żyjemy po to, by spłacić rozdaną nam energię kosmiczną, historyczną i intelektualną, o ile taka istnieje. Teraz na scenę wchodzi siostra Małej C. Wynogrand: długa, mroczna, niezgrabna. Dżingiel programu milknie na chwilę z szacunkiem, podczas gdy dziewczyna przecina scenę i siada, nie zakładając nogi na nogę, opierając oba ciężkie niemieckie buty na podłodze, a bielutkie łokcie na kolanach. Jej spojrzenie wydaje się Esmizowi tak intensywne, że gdyby nie tkwiła głęboko w rzeczywistości porwania siostry, pewnie słyszałaby teraz głosy po łacinie. Włoch ją przedstawia, a potem opuszcza wzrok i kilka razy mruga. Odchrząkuje. Jest zdenerwowany. Może cała ta sprawa z Małą C. przypomina mu o Gabrielle – wydaje się bardziej niespokojny niż zwykle. – Dobrze się trzymamy. Nasza rodzina zawsze była bardzo zżyta – odpowiada dziewczyna nieco mechanicznym głosem, jakby recytowała kwestię niepozostawiającą miejsca na wątpliwości policji, wobec której czuje tylko obojętność. – Jesteśmy pewni, że to wszystko szybko się skończy. Na stole położyli pudełko chusteczek, na wypadek, gdyby zaczęła płakać, ale oczy dziewczyny Wynograndów są suche i twarde jak kamienie. Esmiz nagle uświadamia sobie, że jest nafaszerowana środkami uspokajającymi. – Trwajcie w nadziei – przytakuje Włoch. – Gramy w karty. Rozwiązujemy krzyżówki i sudoku. Dużo, dużo krzyżówek. – Krzyżówki? – Żeby nie zasnąć. Sen jest dobry – mówi, widząc zagubione spojrzenie Włocha. – Ale potem trzeba się obudzić. Gramy w otwartego pokera. W dzień. A w nocy rozwiązujemy sudoku. Więc

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

czas bardzo szybko nam mija. Jasne. Jasne, że czas mija szybko z tym wszystkim, co musi dźwigać, myśli Esmiz. – Co byś powiedziała teraz siostrze, gdyby cię teraz słuchała? Mroczna dziewczyna zamyka oczy i mocno je zaciska. Ma popielate powieki, które połyskują, jakby wcale nie były zamknięte – to wrażenie jeży włosy na głowie. – Gdyby mnie teraz słuchała, powiedziałabym coś, czego pan nie może usłyszeć. Włoch ciągnie się za płatek ucha i rzuca okiem do swoich papierów. – A więc dzisiaj są urodziny twojej siostry. – Kończy sześć lat, tak. Pamiętam dzień, w którym się urodziła. Nagle niespodziewane wspomnienie zmienia jej wyraz twarzy. – Była bardzo zimna. Była sina – mówi dalej. Włoch próbuje wziąć rękę dziewczyny w swoje dłonie i chociaż mu się to udaje, wygląda to, jakby tak naprawdę się nie dotykali, jakby byli bohaterami dwóch zupełnie różnych filmów: na przykład musicalu i szwedzkiego dramatu. Przez chwilę tak pozostają, aż w końcu młoda Wynogrand powoli odsuwa rękę od dłoni Włocha i wbija spojrzenie w jakiś punkt na podłodze, z szeroko otwartymi czarnymi powiekami. – Gdyby dziś wróciła do domu – mamrocze z zagubionym spojrzeniem. – Gdyby dziś wróciła do domu. I już nic więcej nie mówi. Zamarła z otwartymi ustami, całkiem niema. Dziesięć, piętnaście sekund. Wystarczy, żeby przenieść się do innego wymiaru albo wsiąść na stację kosmiczną i nigdy nie wrócić. Włoch daje ludziom od produkcji słabo zamaskowany znak, żeby włączyli reklamę, natychmiast. Wstaje i bierze dziewczynę za ramię, a ona podnosi się powoli, z nieobecnym spojrzeniem. Z uśmiechem. Jest wyższa od Włocha o głowę. Kiedy przechodzi obok, Esmiz ma ochotę jej dotknąć, żeby sprawdzić, czy jest prawdziwa albo czy nie rozpadła się na cząstki elementarne. Włoch się poci i z trudem oddycha, bardziej oliwkowy niż zazwyczaj. – Jak to się stało, że ją tu ściągnęliście w takim stanie? – Jako jedyna z rodziny może rozmawiać. Po-


Samochód Włocha to ferrari z siedemdziesiątego ósmego z podrasowanym silnikiem. Dobija do dwustu dziesięciu, gdy tylko Włoch na chwilę się zagapi. Teraz przejeżdżają przez most nad zatoką, zapada noc, a niebo połyskuje matowo i ma kolor antracytu. Esmiz w końcu znalazł kalendarz Gabrielle między stosem scenariuszy i pudełkami po valium na tylnym siedzeniu. Adres Periki, pod C jak Chaplaín, zapisany jest fioletowym tuszem: 76 ulica, numer budynku – 3814. To niedaleko domu Włocha. Esmiz zadzwonił pod numer, który figuruje w kalendarzu, ale nikt nie odebrał. Potem scho wał kalendarz do schowka, gdzie poza płytami, mandatami i próbkami kosmetyków znalazł małe prezentowe pudełeczko – to samo, które Włoch miał przy sobie w dniu stypy. – Co jest w środku? – pyta. – Co jej kupiłeś? Włoch wzrusza ramionami i potrząsa głową. Dziwny jest dzisiaj ten Włoch. Melancholijny, przygnębiony; rozwodniony jak caffe americano. – Pod koniec jej unikałem – mówi z westchnieniem. – Pod koniec nie wchodziłem do jej pokoju, nawet w godzinach posiłków. Nie chciałem jej widzieć.

Ze Szkotką stało się to samo, co ze wszystkimi prezentami z drogich sklepów, które raz opuściwszy swoje otoczenie, tracą cały urok. Zwrócił ją więc grupce jej blond przyjaciółek w poliestrowych miniówkach

Esmiz żałuje teraz, że poruszył ten temat. – Bałem się, wiesz? – Bałeś się? Gabrielle? – Nie. Sam nie wiem. Bałem się tego, co jej zrobiłem. To, że ona o tym nie wiedziała, wcale nie było najgorsze. Kiedy wracałem do domu i nie słyszałem jej głosu, zaczynałem drżeć. Czekała na mnie, czekała – szepcze. – Słyszałem jej oddech. Gabrielle umarła na obustronną rozedmę płuc po trzydziestu latach wypalania dwóch paczek pall

malli dziennie. Kiedy przebywało się z nią w jednym pokoju, jej oddech brzmiał zupełnie jak winylowe płyty, gdy igła dociera do końca rowka. Płyty Rity Pavone, Rafaelli Carrá, Adriano Celentano. Esmiz nie może powstrzymać uśmiechu. – Zawsze wierzyłem, że ludzie u progu śmierci są hojniejsi, bardziej współczujący czy bardziej skłonni do wybaczania, ale teraz wiem, że to nieprawda – mówi Włoch. – To nieprawda. Przynajmniej z Gabrielle tak nie było. Esmiz chowa pudełeczko do schowka i znów patrzy we wsteczne lusterko. Przejechali już most, park i skrzyżowanie z czternastą aleją, a za nimi wciąż jedzie to samo auto. Nie da się zobaczyć kierowcy, bo światła ciężarówki, która za nim jedzie, są za mocne – rozświetlony jest tylko czubek głowy nad zagłówkiem, ale Esmiz dobrze wie, kto to taki. – Ktoś nas śledzi – mówi do Włocha. – Srebrny chrysler. Zaraz za nami. – Jak to nas śledzi? – Odkąd wyjechaliśmy ze studia. Skręć w lewo, to zobaczysz. Włoch skręca na dwóch kolejnych skrzyżowaniach. To prawda. Chrysler ciągle siedzi im na ogonie. – Nie wieź mnie do Periki – mówi, patrząc w lusterko. – Zawieź mnie do domu. – Kto to jest? Czyjś mąż? Tamten dostawca? Włoch zaczyna się bać, jest podniecony. – Gorzej.

VIII Zanim je urządził, jego schronienie było tylko leśniczówką zagubioną wśród sosen i świerków, skrytą w cieniu wzgórza oddzielającego ją od zapory przeciwpożarowej, zaledwie piętnaście kilometrów od autostrady B3. Teraz jest tam alternator, bieżąca woda i niewiele więcej. Rzeczy, których Esmiz nie chce wyrzucać, a których sterty rosną na aluminiowym stole i starej kanapie ze skaju: kolekcja szczęk rekinów, kasety Iggy’ego Popa i Bowie’ego, cukrowa czaszka z jego pierwszej podróży do El Paso – czarna, z oczodołami lukrowanymi rażącym, intensywnym różem. Lodówka nie działa i za każdym razem, kiedy Esmiz przyjeżdża, musi wozić ze sobą przenośną z piwami i homarem albo kilogramem wołowiny jak dzisiaj – prosto

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

N O W A

winieneś był zobaczyć matkę – odpowiada Włoch, odpinając mikrofon. – Matka od trzech tygodni nie wstała z łóżka. Schudła jakieś piętnaście kilo. I kompletnie zwariowała.

K S I ą Ż K A

33


N O W A

K S I ą Ż K A

34 z samolotowego frachtu, gotowej do przyrządzenia jej nad ogniskiem, które rozpalił za domem. Jest zimno. Zaczyna zapadać wieczór i Esmiz włącza radio, żeby posłuchać „Wieczoru z Madame Adolph”, ale nie znajduje stacji, więc słucha tylko metalicznego odgłosu świerszczy i helikoptera, który lata bardzo nisko po drugiej stronie góry. Może szuka jakiegoś turysty albo uciekiniera z więzienia o zaostrzonym rygorze, albo jeszcze bardziej złowieszczego śladu Małej C. Parę chwil temu dzwonił do Poppy Starszej. – Poppy. – Och, ach, Romo, chłopcze. Kopę lat. – O nie, nie przeciągaj struny. – Ja też się cieszę, że cię słyszę. – Widziałem cię wczoraj. – O czym ty mówisz? – odparła, dalej pijąc to, co tam piła, z dużą ilością lodu. – Widziałem cię wczoraj – powtarza. – A ja cię widziałam jednego dnia na plaży. Byłeś z małym chłopcem i taką ciemną dziewczyną. Ładniutka. Kto to? – Co cię obchodzi, kto to? – Dobrze wiesz, że się o ciebie troszczę, Romo. Ciągle jesteś częścią mojej osobistej sagi. Ty i twoje bujne życie towarzyskie. Nie przestaje mnie intrygować. A co z tą rudą, z którą chodziłeś parę miesięcy temu? – pyta po pociągnięciu długiego łyku. – Tą Szkotką? Ze Szkotką stało się to samo, co ze wszystkimi prezentami z drogich sklepów, które raz opuściwszy swoje otoczenie, tracą cały urok. Zwrócił ją więc grupce jej blond przyjaciółek w poliestrowych miniówkach. – Skąd ci nagle przyszła do głowy Szkotka? Pytam cię o wczorajszy wieczór. Śledziłaś mnie. – Ja wczoraj spałam po pijaku – odparła. I się rozłączyła. Próbował znów do niej zadzwonić, ale włączyła automatyczną sekretarkę. Zostawił jej kilka wiadomości, ani trochę złowieszczych – no, może tylko trochę – a potem wsiadł w samochód i pojechał do doliny, gdzie wziął smith&wessona, wszedł na górę, strzelił kilka razy i poczuł się rozluźniony, o wiele bardziej rozluźniony. Prawdopodobnie w nic nie trafił. Teraz jest głodny, a to dobry znak. Mięso wydziela gryzący, żywy zapach i Esmiz gotuje je z paroma ząbkami łagodnego czosnku, a potem dodaje słodkie wino. Lubi tu być, to jego terytorium. Pośrodku niczego. Pod niebem w kolorze tytoniu. I

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

Esmiz – mający wyraźną słabość do kelnerek rozwodnik i oldboy – prowadzi swoją zyskowną restaurację w sposób niekoniecznie legalny, przy okazji obchodząc się z ludźmi niekoniecznie szlachetnie. To jego oczami widzimy w powieści świat i Perikę – kobietę budzącą w nim nie tylko zmysłowy pociąg, ale i chorobliwe, nieznane mu dotąd emocje. To właśnie one każą mu włączyć się do prowadzonej przez nią destrukcyjnej i uzależniającej gry. Gry, która zakończy się w zupełnie nieoczekiwany przez czytelnika sposób. Oprócz Periki i jej adoratora fabułę „Surowych” wypełniają równie nietuzinkowe postaci. Włoch, przyjaciel Esmiza, nie potrafi pogodzić się ze śmiercią swej żony Gabrielle, prowadzi w telewizji talk-show doprowadzając swych rozmówców do skraju załamania nerwowego, sam kończąc spotkanie pytaniami w rodzaju Czy dzisiaj dałeś z siebie wszystko?, zaś Bico, syn Periki, manipuluje uczuciami matki w sposób bardziej pokątny niż można by się spodziewać po dwunastolatku. „Surowe” Esther Garcíi Llovet – nowej gwiazdy literatury hiszpańskiej, dotychczas nieobecnej na polskim rynku księgarskim – to nie tylko historia dwóch ścierających się, czasem odpychających charakterów. To także niemal filmowe, ascetycznie naszkicowane obrazy pełne nieoczekiwanych zestawień. O autorce: Esther García Llovet urodziła się w 1963 roku w Maladze. Wydała dotąd trzy powieści. W 2009 roku oprócz „Las crudas” (czyli „Surowych”) wyszła jeszcze jedna jej książka, „Submáquina”, a w 2003 roku – powieść „Coda”. Ponadto jest autorką licznych opowiadań. Ukończyła psychologię kliniczną oraz reżyserię filmową – wpływów tych dwóch dziedzin można się doszukać w tematach i sposobach obrazowania obecnych w jej twórczości. Llovet napisała, że jej pierwsze opowiadanie powstało po tym, jak w jedną noc pochłonęła „Chilijski nokturn” Roberto Bolaño.


• • • • • • • • • • • • • albumy • • • • • • • • • • • • Hanna Długosz

Polskie wnętrza, polscy architekci teksty Judyta Sawicka Buffi, Bielsko-Biała 2013 s. 255, il., ISBN 978-83-88279-28-7

o już trzeci album fotografki Hanny Długosz dla bielskiego wydawnictwa Buffi. Nie sądzę, by odniósł sukces rynkowy, a szkoda, bo piękne zdjęcia wnętrz mówią bardzo wiele o naszym społeczeństwie – jak zresztą zwykle książki poświęcone polskiej architekturze. Moje dalsze uwagi odnoszą się wyłącznie do status nascendi, z samą książką nie mają nic wspólnego. Rozwiązania prezentowane w niej są, niestety, w moim przekonaniu, bałamutne. Pokazują bowiem, jak architektura – osiedla, budynki użyteczności publicznej, prywatne domy i wnętrza – mogłyby, a nawet powinny wyglądać, gdyby tylko… Nie, bynajmniej nie należy projektantom dawać wolnej ręki, wiele ich „dokonań” przekonuje, że może to być decyzją niosącą ryzyko. Oczywiście nie w tym albumie, tu wspinają się na szczyty swych umiejętności. Warto się im przyjrzeć mimo że prezentowane tu rozwiązania, odzwierciedlające „potrzeby konkretnego człowieka”, nie do końca pokrywają się z „konkretnymi potrzebami człowieka”. Zostańmy jednak przy tych pierwszych – omówienie to nie polemiczny esej. Poznamy zatem domy stawiane pod miastem i w jego centrum, domy wakacyjne i mieszkania w samym mieście. Nie sposób mówić tu o jakiejś spójności architektonicznych wizji, są one jednak uzależnione od miejsca, lokacji, charakteru klienta, jego możliwości finansowych i potrzeb – to wszystko znajdziemy w albumie. Wnętrza tu prezentowane łączy jedno – wspaniałe światło. Obecne jest zarówno w dużych domach, jak i mieszkaniach stosunkowo niewielkich (najmniejsze ma 65 mkw.). Widać, że projektanci chcą światła, imają się różnych sposobów, by go wpuścić do wnętrza jak najwięcej. Stąd przeszklone ściany, świetliki pod sufitem, lustra powtarzające panoramę za oknem. Dominuje minimalizm i umiar, nawet zabytkowy dom na Majorce cechuje geometryczna prostota i skromność. Stawiam jednak pomysłodawcom i inwestorom zarzut poniechania rodzimych projektantów – polscy architekci organizujący polskie wnętrza niemal całkowicie pomijają dokonania rodzimych twórców mebli, porcelany, lamp, nawet ceramiki łazienkowej, która, jeśli wierzyć prasie nie

tylko branżowej, zdobywa wiele rynków poza… naszym. Dom państwa Kulczyńskich jest pozytywnym wyjątkiem, wypełniają go produkty i obiekty lokalne – i jak najbardziej zdają egzamin. W pozostałych dwudziestu propozycjach zabrakło wytworów polskich projektantów. Dlaczego? [gs]

• • • • • • • • • biografie, wspomnienia• • • • • • • • •

T

Waldemar Smaszcz

Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2013 s. 352, ISBN 978-83-64185-08-3

styczniu minęło osiem lat od śmierci księdza-poety, a w tym roku będziemy obchodzić setną rocznicę jego urodzin. Z tej okazji ukazuje się już i będzie ukazywać się wiele książek o jego poezji i o nim samym. Nie ma co ukrywać, że ich poziom bywa różny. Nie zawsze miłość do autora i jego twórczości spotyka się z talentem biografów czy wręcz hagiografów. Takich obaw jednak nie ma, gdy sięgamy po tom biograficznych tekstów Waldemara Smaszcza, który przez wiele lat był jedną z najbliższych osób ks. Jana, a jest przy tym wnikliwym interpretatorem jego twórczości. Ksiądz Twardowski pragnął, aby pozostały po nim jedynie wiersze. Niechętnie mówił o sobie. Przez długie lata pozostawał poetą bez biografii, co wynikało z jego skromnej natury. Często dopytywano go o różne szczegóły z jego życia, jednak zwykł wtedy mawiać, że czymś musi różnić się od świeckich, nie powinno mu zależeć na pokazywaniu siebie […] musi być dyskretny i skromny. Dopiero Waldemar Smaszcz podjął się trudnego zadania scalenia i uzupełnienia pustek w życiorysie księdza, odwiedził też wszystkie miejsca związane z poetą, zwłaszcza z jego dzieciństwa i młodości, chociaż wiele faktów udało się wyjaśniać dopiero po jego śmierci. Ks. Jan na większość pytań dotyczących biografii odpowiadał z rozbrajającą prostotą: A kogo to może interesować… Lektura książka dowodzi, jak bardzo się mylił. (pd)

W

Paweł Reszka, Michał Majewski

Zawód: szpieg. Rozmowy z Aleksandrem Makowskim Czarna Owca, Warszawa 2014 s. 312, ISBN 978-83-7554-812-9

oznaj kulisy pracy oficera wywiadu brzmi hasło na okładce zachęcające czytelników do sięgnięcia po książkę.

P

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

R E C E N Z J E

35


R E C E N Z J E

36 I jest w nim wiele racji. Ale, jak to w wywiadzie, prawdy nigdy do końca nie poznamy. Aleksander Makowski, absolwent słynnej szkoły szpiegów w Kiejkutach, a potem jeden z asów PRL-owskiego wywiadu, ujawnia w rozmowie z wytrawnymi dziennikarzami śledczymi wiele tajemnic, opowiada o swoich dokonaniach, opisuje atmosferę pracy, wręcz odtwarza życie codzienne skutecznego szpiega, w którym – jak się okazuje – czasem jest więcej pisania raportów i notatek niż efektownych i niebezpiecznych przygód. W przypadku Aleksandra Makowskiego mamy też do czynienia z prawdziwym syndromem resortowych dzieci, bo bohater książki wykonywał ten sam zawód, co jego ojciec w służbach PRL, a żona była z takiej samej rodziny. Jednak po zmianach, jakie przeżyliśmy w 1989 roku, Makowski został zweryfikowany negatywnie i zwolniony z pracy w wywiadzie, zresztą jako jeden z nielicznych spośród swoich kolegów. I od tego czasu opowieść jest jeszcze bardziej ciekawa, gdy okazuje się, że dawny profesjonalista pracuje praktycznie jako „wolny strzelec” i potrafi dotrzeć do afgańskiego przywódcy Masuda i zdobyć od niego zamówienie na druk banknotów w... Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych w Warszawie, a potem do bliskiego otoczenia Bin Ladena. Dlaczego jednak nie doszło do planowanego zamachu i kto zrujnował polskie służby w Afganistanie? Można łatwo się domyśleć. (teo)

Anna Retmaniak

Portret słowem malowany Prószyński i S-ka, Warszawa 2013 s. 284, il. + CD, ISBN 978-83-7839-559-1

głoszę od razu tzw. disclaimer, konflikt interesów – autorka jest mi dobrze znana, to postać z rodziny. Ale postaram się nie chwalić za bardzo. Zresztą… Ania to historia radia. Może nie byłaby z takiego określenia zadowolona, „historia” nasuwa skojarzenia z latami, wiekiem, wręcz zamierzchłością. Trudno jednak pominąć ten aspekt, gdy mówimy o osobie świętującej sześćdziesięciolecie pracy radiowej. Gdy zaczynała, radio było – no, nie w powijakach, Polskie Radio nigdy takiego stanu nie znało. Żarty na bok. Ania trafiła wprawdzie na Myśliwiecką przypadkiem, do czego przyczynił się prawomyślny sąd koleżeński na jej uczelni, ale od razu wiedziała, że to jej miejsce. Najpierw był „Podwieczorek przy mikrofonie”, audycja przykuwająca słuchaczy każdego tygodnia. Dziś nie sposób zrozumieć fenomenu „Podwieczorków”, jed-

Z

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

nak pół wieku temu, gdy publiczna radiostacja nie miała praktycznie konkurencji, bo i Wolna Europa, i Radio Luxemburg były regularnie zagłuszane, swoboda prezentowana przed mikrofonami warszawskiej kawiarni Stolica wydawała się szeroko otwartym oknem na świat: aktorzy pokpiwali z rodzimej biurokracji, przemycali informacje o Zachodzie, śpiewali obce – bynajmniej nie te prawomyślne – piosenki. „Podwieczorek” był doskonałą szkołą – nie tylko dla autorki, ale i swego rodzaju testem dla jej zwierzchników. Sprawdziła się, zyskała zaufanie, mogła prowadzić kolejne projekty, dostała własne programy. Między nimi ukochaną, sztandarową autorską audycję, jak mówi o „Portrecie słowem malowanym”, cyklu liczącym dziś ponad 450 odcinków. Te ciepłe, wnikliwe, ale nie naruszające prywatności, rozmowy objęły bodaj wszystkich tych, którzy zasłużyli się albo odznaczyli w dziejach polskiego teatru. Jeden z nich, znakomity aktor Ignacy Gogolewski, mówi wprost: Te „Portrety słowem malowane” stanowią dziś unikalny dokument życia teatralnego drugiej połowy XX wieku. Nie sposób temu zaprzeczyć – teksty Ani prowadzą czytelnika na zaplecze sceny, by za chwilę usadzić go w pierwszym rzędzie, dać mu potem przywilej uczestnictwa w rozmowie z reżyserem, autorem, scenografem, odtwórcą głównej roli. To doświadczenie niezwykłe i niezwyczajne. Mierzi mnie tedy redaktorskie folgowanie partaninie – przytaczanie in extenso wypowiedzi do mikrofonu nie ma sensu, wiadomo, że mało kto potrafi się w takiej sytuacji kontrolować, co innego jednak paplanie przed mikrofonem, a co innego tekst drukowany. Rozmówcy autorki wypadają źle, a nie o to chyba chodziło. Ot, fragment wypowiedzi znanej aktorki: On się pierwszy zorientował, że ja się nie najlepiej czuję tam w tych studiach i w tych pokojach charakteryzatorskich. On tak podszedł do mnie, mimo że było już kilka tych prób, ale ja się tak trzymałam z daleka i nie umiałam wejść w ten cały zespół. Wystarczy. Szkoda, że wydawca na to przystał. [gs]

• • • • • • • • • • • Proza polska • • • • • • • • • • • Antoni Libera

Niech się panu darzy i dwie inne nowele Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2013 s. 128, ISBN 978-83-62610-42-6

a tom składają trzy nowele. Świetna literatura, dorównująca najlepszym osiągnięciom polskiej nowelisty-

N


ki. I dorównująca, a może nawet przewyższająca, najbardziej znany utwór autora – powieść „Madame”, która (przełożona na dwadzieścia języków) bije rekordy pod względem liczby wydań zagranicznych. Twórczość Libery zadziwia rozmachem i różnorodnością. Jest on pisarzem, tłumaczem i reżyserem, a przy tym uznawany jest zasadnie za najwybitniejszego polskiego znawcę twórczości Samuela Becketta, którego wszystkie dzieła dramatyczne przetłumaczył i wydał, a także część utworów prozą oraz eseje i wiersze. Sztuki Becketta reżyseruje i wystawia w Polsce i za granicą. W jego dorobku translatorskim są też inne wielkie dzieła światowej klasyki, jak choćby świetny przekład „Makbeta” Williama Shakespeare’a. Bohaterami trzech nowel są niemal rówieśnicy autora, chociaż nie jest to w żadnym przypadku literatura autobiograficzna. Za bohatera można uznać też Warszawę i bliski sercu autora Żoliborz, szczególnie budynek dawnej kotłowni przy ul. Suzina, gdzie od lat przedwojennych mieściło się kino „Tęcza”. Dzisiaj kina już nie ma, a budynkowi grozi rozbiórka. Został jednak na zawsze uwieczniony w wysokiej literaturze, w tekście zatytułowanym „Widok z góry i z dołu”. A nowela „Toccata C-dur” zadziwia wręcz muzyczną wirtuozerią, porównywalną z prozą Jarosława Iwaszkiewicza. (teo)

góry nogami. Zmieni priorytety. Wymagać będzie wielu poświęceń. Czy tego właśnie sobie życzyły? Masz to, co najlepsze w każdym z nas. A ja mam życie wspanialsze, niż mogłam sobie kiedykolwiek wyobrazić – mówi w finale jedna z bohaterek. Więc chyba było warto... Jennifer Weiner szczerze lubi swoje bohaterki; ma dla nich wiele zrozumienia i sympatii. Jej nowa powieść jest przewrotna, wzruszająca i wciągająca. Dla kobiet i tych mężczyzn, którzy nie wstydzą się kobiecej strony swojej natury. Doskonała lektura wypoczynkowa i odprężająca, pełna humoru i lekkości, podobnie jak poprzednie bestsellerowe powieści tej amerykańskiej pisarki. Weiner niestrudzenie przypomina, że w języku chińskim słowo „kryzys” oznacza również szansę. Autorka „Kochając większą kobietę”, „Sióstr” i „Przyjaciółek na zawsze” pięknie opowiada o zaufaniu, potrzebie miłości, o szukaniu własnych odpowiedzi, zagubieniu i odnajdowaniu własnej drogi. O przebaczeniu, przede wszystkim sobie. I za każdym razem opowiada inaczej, ale z taką samą empatią i kobiecą solidarnością. Zapewne dlatego czytelniczki z przyjemnością sięgają po jej książki. [jh]

• • • • • • • • • • • • Proza obca• • • • • • • • • • • •

edzenie, szykowanie jedzenia, szeroko pojmowana gastronomia, wysmakowanie, smakowanie stały się dziś chyba najmodniejszymi pasjami. Każdy gotuje, piecze, uciera, sieka, kroi... I zamieszcza zdjęcia swoich „dzieł” gdzie się da. Bohaterem „Jak zwierzę” jest „żołnierz mięsa”, czarownik. Pim wykonuje jeden z najstarszych zawodów świata. Jest rzeźnikiem. Konkretny, wymagający fach. Pim z mięsa czerpie natchnienie i energię. Mięso daje mu fundament. To na nim zbuduje swoje życie. Zna każdą krowią żyłę, każdą świńską arterię, najmniejszą cielęcą kosteczkę. Zgłębia anatomię mięsnych przyjaciół żywicieli. Czego szuka Pim? Równowagi. Świętości. Zgłębia tajemnicę życia. Można „Jak zwierzę” czytać na poziomie filozoficznym, można do bólu przyziemnie i dosłownie. Ekologia, historia, mitologia. psychologia – przeplatają się tu, tworząc bukiety znaczeń, zapachy, odcienie, smaki. Mikrokosmos z mięsa. Pima świat równoległy. „Jak zwierzę” to literacka fantazja o mięsie; portret rzeźnika z krwi i kości, zmysłowego samotnika, opisała swą piątą powieść francuska pisarka. Kiedy skończyłem o czwar-

Jennifer Weiner

Wtedy pojawiłaś się ty Przeł. Katarzyna Różycka Sonia Draga, Katowice 2013 s. 402, ISBN 978-83-7508-706-2

ules sprzedała swoje komórki jajowe, by uratować ojca przed nim samym. Annie ma dwóch małych synków i kochającego męża, ale nie ma pieniędzy. Urodzi dziecko bogatej parze, by podźwignąć swoją rodzinę z zapaści finansowej i zrealizować marzenia. Bettina, rozpieszczona córka bogatego tatusia, pozbawiona miłości matki, rozpoczyna prywatne śledztwo. Już ona się dowie, co za zołzę i oszustkę poślubił jej ojciec! India ma 43 lata, choć wszyscy myślą, że 38. To jedyna oficjalna wersja. India lubi kłamać, nie może mieć dzieci, ale ma dość pieniędzy, by przezwyciężyć ten problem. Nie kupi jednak życia mężowi... Gdy bowiem jedna z ważnych postaci tej „gry w dziecko” umrze, plany wszystkich dramatycznie się komplikują... Każda z wymienionych pań zostanie matką. Macierzyństwo przewróci ich życie do

J

Joy Sorman

Jak zwierzę Przeł. Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak Sonia Draga, Katowice 2013 s. 224, ISBN 978-83-7508-846-5

J

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

R E C E N Z J E

37


R E C E N Z J E

38 tej rano twoją książkę, naszła mnie ochota, żeby usmażyć sobie wielki stek – powiedział jej przyjaciel. To bardzo sugestywna powieść. Nawet jeśli jesteś mięsożerny, przeczytaj tę książkę. Znajdziesz w niej argumenty za swoją mięsożernością. A jeśli nie jesz mięsa, także przeczytaj tę książkę. Zyskasz kolejny argument na szkodliwość mięsożerności. Do czego jedzenie zwierząt może doprowadzić człowieka? Do obsesji. Upadku. Do szaleństwa. Choć Pim, bohater powieści Sorman, nie podzielałby tego pesymizmu. I co z tego, że zakradł się do ubojni, wszedł ze stadem świń i podążył z nimi na śmierć, by obejrzeć cały proces ich oczyma. Ludzka relacja ze zwierzęciem nie może być bliższa niż wówczas, gdy zjadamy jego mięso... To nie jest jednak manifest o mięsie. Lubię krowy, ale niewiele mnie one obchodzą - wyznaje szczerze Sorman. Napisała opowieść bez morału. Bo stwierdzenie, że można kochać zwierzęta i jeść je z miłością, za niemoralne uznają z pewnością nie tylko wegetarianie. W naszej sterylnej, poukładanej i zorientowanej na konsumpcję rzeczywistości autorka pozwala nam zredefiniować relację między człowiekiem a zwierzęciem – oświadczyło jury przyznające jej nagrodę Lista Goncourtów: polski wybór w 2012 roku. [jh]

I przekonać Elenę, że nie jest złym człowiekiem. Najtrudniejsze wbrew pozorom okaże się to ostatnie zadanie. Owszem, „Żelazny dom” ma sporo wątków do klasycznego thrillera ciut niepasujących. Niektórym czytelnikom zgrzytają w zębach kicz i lukier tej książki. Bronią Harta, zapewniając, że nie pisał swojej książki na poważnie, a z mocno przymrużonym okiem. Być może stworzył thriller rozrywkowy. Co nie zmienia faktu, że autor „Ostatniego dziecka”, „W dół rzeki” oraz „Króla kłamstw” lotów nie obniżył. Czytelnicy na pewno się na nim nie zawiodą. Spodoba się im niewątpliwie szybka akcja, i wciągająca intryga, i brutalne opisy przemocy, i zaskakujący jak na thriller happy end. Znajdą coś dla siebie także ci, którzy lubią niejednoznaczności i odstępstwa od gatunkowej normy. U Harta nie każda zbrodnia musi być ukarana, a morderca może żyć długo i szczęśliwie. Świat nie jest czarnobiały. Dzięki temu mimo przesłodzonego zakończenia „Żelazny dom” można polecić z czystym sercem nawet wymagającym amatorom thrillerów. [jh] Alexi Zentner

Dotyk Przeł. Karol Chojnowski Wydawnictwo Wiatr od Morza Gdańsk 2013 s. 208, ISBN 978-83-936653-1-0

John Hart

Żelazny dom Przeł. Alina Siewior-Kuś Sonia Draga, Katowice 2013 s. 464, ISBN 978-83-7508-731-4

waj bracia, Michael i Julian, wychowali się w patologicznym sierocińcu zwanym Żelaznym domem. Jeden był słaby, drugi silny. Jeden bił, drugi był bity. Jeden zabił, drugi wziął winę na siebie. Jeden ma schizofrenię. Drugi talent do zabijania. Syn senatora i pupil mafijnego bossa. Obaj przeszli twardą szkołę życia, ale tylko jednemu się poszczęściło. Juliana adoptowała bogata rodzina, Michael został dzieckiem ulicy i najmłodszym członkiem mafii. Nie widzieli się kilkanaście lat. Michael spotkał Elenę, po raz pierwszy zostanie ojcem, pragnie zmienić swoje życie. Ale mafia nie wypuszcza ze swoich szponów tak cennych i niebezpiecznych członków. Być może Michael nie będzie miał rodziny, a Elena zapłaci życiem za miłość do gangstera. Na szczęście bohater wie, jak skutecznie wywalczyć sobie wolność. Znów poleje się krew, a sieć kłamstw i przemocy zaprowadzi do miejsca, przed którym przez całe życie uciekał. Nie ma facet wyjścia, musi stawić czoło przeszłości. Poznać rodzinną tajemnicę. Wyeliminować kilka czarnych charakterów.

D

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

śniegach dalekiej północy drzemią zamrożone opowieści – czasem piękne jak baśń, a czasem brutalne i okrutne w swojej dramatyczności. Alexi Zentner potrafi te opowieści wydobyć spod warstw lodu, ogrzać i ożywić, mieszając realizm z magią, mitem i indiańskimi podaniami, pozwalając swobodnie przenikać się różnym wymiarom i światom. Wszystkie z nich dotyczą mieszkańców powstałej w czasach kanadyjskiej gorączki złota osady Sawgamet, miejsca skrywającego niejeden mroczny sekret. Są to dzieje ludzkich zmagań z dziką naturą, z ciemnością puszczy, z żywiołem zimna i nocy. W tak ciężkich i niesprzyjających warunkach rodzą się czasem pomiędzy ludźmi uczucia tak gorące, że można zacząć od nich w dosłowny sposób płonąć – jak to się przydarzyło pewnej nocy Martine, babci głównego bohatera, Stephena. W ogóle kreacja świata przedstawionego w „Dotyku” zdaje się uznawać za oczywistość, że nie ma rzeczy niemożliwych. Zdarza się na przykład, że osadę przykrywa w całości warstwa śniegu tak gruba, iż zostaje ona na wiele miesięcy pogrzebana pod nim jak pod ziemią, a mieszkańcy zmuszeni są do poszukiwania rozpaczliwych sposobów na przetrwanie. Świat

W


Sawgamet zamieszkują – na równi z ludźmi – morskie wiedźmy i demony śniegu. Można się na nie natknąć, kiedy człowiek nieopatrznie zapuści się w głąb lasu. Mogą przerażać, kusić i mamić albo załaskotać na śmierć… Na kartach debiutanckiej powieści Zentnera śledzimy przede wszystkim losy jednej rodziny, retrospektywnie opowiedziane przez potomka założyciela osady. Tym, co tej rodzinie nakazuje trwać w Sawgamet na przekór wrogim okolicznościom, są więzy pomiędzy jej członkami splecione tajemną nicią z samym miejscem. Ta nić to niewątpliwie rodzaj fatum – coś nieokreślonego, magicznego, a zarazem złowrogiego nie pozwala oddalić się stąd dziadkowi Stephena, pozostaje tu za sprawą dziwnego uporu swojego psa, który za żadną cenę nie chce się ruszyć z miejsca przyszłej osady i podążyć dokądkolwiek dalej. Koleje losu rodziny znaczone są nie tylko tak dramatycznymi zdarzeniami, jak śmierć niektórych jej członków, ale też codziennym trudem wyrębu drzew. Złoto – jak to zwykle w baśniach bywa – okazuje się raczej ułudą, czymś chwilowym, ulotnym, drewno zaś zapewnia byt, tyle że okupiony ciężką, mozolną pracą. Symbol tej pracy, wysiłków i dążeń stanowi topór, przekazywany z ojca na syna. Każda skaza na nim to jedna z rodzinnych opowieści, przekazywanych kolejnym pokoleniom, podobnie jak sam topór. Wartością zasadniczą okazuje się zatem trwanie rodziny, jej tradycja i podtrzymywanie pokoleniowych więzi. Trzeba przyznać, że Zentner potrafi opowiadać zajmująco, umie przekonać do swojej wizji świata, używając prostych i jasnych słów. Granica między realizmem a tym, co nadrealne, jest u niego często niewyczuwalna – swobodnie żegluje w swojej prozie na granicy naturalizmu i baśniowości, dar snucia opowieści zaś to jego najmocniejsza strona. [eb]

I właśnie w tym, zdaniem Kena Robinsona, tkwi największe niebezpieczeństwo dla współczesnego społeczeństwa. Według niego cywilizacja jest wyścigiem między edukacją i katastrofą. Dlaczego jego zdaniem systemy masowej edukacji same w sobie są katastrofą? Dowiemy się tego z pracy Andrzeja Murzyna, który prezentuje dokonania brytyjskiego badacza i myśliciela i przedstawia istotę jego koncepcji edukacji, którą określić można kreatywnym myśleniem o edukacji. Robinson, który został doktorem filozofii na Uniwersytecie Londyńskim i profesorem uniwersytetu w Warwick, w dzieciństwie uczęszczał do szkoły specjalnej z powodu choroby HeinegoMedina. W 2003 roku sir Ken Robinson został uhonorowany przez Elżbietę II tytułem szlacheckim za szczególny wkład w rozwój sztuki i edukacji kreatywnej. Mimo niełatwego dzieciństwa, a może właśnie dzięki niemu, został pedagogiem z pasją i stał się idolem wielu nauczycieli i młodzieży za sprawą zamieszczanych na you Tube wykładom, które cechuje (podobnie jak jego prace) głęboka troska o kondycję współczesnej humanistyki. Zadaje niewątpliwie ważne pytania i porusza istotne kwestie: ważny jest człowiek, a nie edukacja sama w sobie; szkoła nie może nam przeszkadzać w rozwoju, by spełnić swoje edukacyjne cele. Dowiemy się, na czym polega krytyka współczesnych systemów edukacyjnych i dlaczego zasługują na krytykę. Jakie są główne cechy inteligencji? Czy kreatywność wyklucza uczucia? Praca ta ma niesłychanie ważne przesłanie dla uniwersyteckiego kształcenia nauczycieli i pedagogów, znakomicie bowiem łączy w nim tradycję, w tym model humboldtowski, z ponowoczesnością – zachęca do lektury prof. Bogusław Śliwerski. [jh] Jerzy Nikitorowicz

Patriotyzm i nacjonalizm.

• • • • • • • • • edukacja, pedagogika • • • • • • • • •

Ku jakiej tożsamości kulturowej? Oficyna Wydawnicza „Impuls”, Kraków 2014 s. 496, ISBN 978-83-7850-177-0

Andrzej Murzyn

Wokół Kena Robinsona kreatywnego myślenia o edukacji Oficyna Wydawnicza „Impuls”, Kraków 2013 s. 118, ISBN 978-83-7850-490-0

yobraźnia, kreatywność i innowacyjność – nasze największe skarby – muszą być pielęgnowane i rozwijane od pierwszych lat życia. Jeśli człowiek nie ma możliwości rozwijania postawy kreatywnej, owocuje to brakiem wiary w siebie, we własne możliwości twórcze, tym samym zatraca potrzebę inwestowania w siebie jako osobę mającą to, co angielski badacz określa jako żywioł.

W

aki może być patriotyzm? Lokalny i regionalny, warszawski i krakowski, parafialny i świecki, państwowy, obywatelski, europejski... Co kraj to obyczaj – co Polak to patriotyzm. Dla każdego oznacza co innego. Na czym polega dziś deklarowana wszem wobec miłość do ojczyzny? Czy oznacza gotowość przelania własnej krwi dla jej dobra czy też raczej krwi Obcego i wygonienia go z naszego (i tylko naszego) kraju? Można powiedzieć, że autorzy zamieszczonych tu tekstów rozłożyli patriotyzm na czynniki pierwsze. Ile w nim nacjonalizmu? Gdzie przebiega

J

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

R E C E N Z J E

39


R E C E N Z J E

40 cienka granica między patriotą a nacjonalistą? W którym momencie hasła narodowościowe nabierają wydźwięku szowinistycznego? Kiedy bohater przeradza się w bandytę? Dlaczego młodzi ludzie tak chętnie wybierają opcje skrajne? Kochamy Boga i jednocześnie nie lubimy bliźnich, martwimy się o środowisko, a równocześnie zużywamy bez potrzeby wiele wody, nie wyłączamy światła, śmiecimy w lesie. Mamy łagodne usposobienie, ale z miłości do drużyny narodowej wyzwalamy w sobie agresję wobec innych – celnie zauważa prof. Nikitorowicz. Jakie jest nasze wyobrażenie o sobie i własnej kulturze? A jak wygląda rzeczywistość? Odpowiedzi mogą uwierać... To kolejna pozycja z nowej serii wydawniczej „Palące problemy edukacji i pedagogiki” (pod patronatem Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN), która podejmuje temat niepokojących przemian w edukacji akademickiej. Wsadzamy kij w mrowisko, prowokujemy dyskusję, angażujemy czytelników – zapewniają Maria Dudzikowa i Henryka Kwiatkowska, autorki serii. Według prof. Nikitorowicza, wieloletniego kierownika Katedry Edukacji Międzykulturowej na Uniwersytecie w Białymstoku, jednym z takich palących problemów jest zjawisko patriotyzmu i nacjonalizmu, które w rozwoju tożsamości kulturowej człowieka odgrywa ogromną rolę. Najważniejszym celem tej publikacji jest więc nakreślenie problemu i nazwanie go, a następnie wskazanie środków przeciwdziałania polityce nienawiści, podkreślenia roli edukacji oraz potrzebie dialogu kulturowego i otwarcia się na Innego. Poruszane tematy zainteresują pedagogów, nauczycieli, a także socjologów, kulturoznawców, specjalistów z zakresu nauk o polityce czy o komunikacji społecznej, psychologów i dziennikarzy oraz niewątpliwie młodzież, studentów, rodziców, nauczycieli i wychowawców z placówek oświatowych i resocjalizacyjnych, a także pracowników szeroko pojmowanych instytucji kultury. [jh]

• • • • • • • • • • Historia literatury • • • • • • • • • • Olga Frejdenberg, Borys Pasternak

Na całe życie. Listy 1910-1954 Przeł. Wincenty Grajewski Red. nauk. Danuta Ulicka Wydawnictwo Akademickie „Sedno”/ Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, Warszawa, 2014 s. 456, ISBN 978-83-63354-26-8

a całe życie. Listy 1910-1954” to

„Nnieznana korespondencja laureata literackiej Nagrody Nobla z Olgą Frejdenberg – wybitną uczoną, filologiem klasycznym i językoznawcą, a prywatnie kuzyn-

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014

ką artysty – oraz fragmenty niewydanego dotąd w całości jej dziennika. Listy te dają unikalny wgląd w ich osobiste, twórcze i zawodowe losy, pokazują życie rosyjskiej inteligencji w czasach przewrotu i wojen oraz brutalnej przebudowy podstaw życia społecznego. Świadczą o specyficznym – „na całe życie” – emocjonalnym i intelektualnym scementowaniu bohaterów tej epistolarnej epopei. (n)

• • • • • • • • • • • literatura faktu • • • • • • • • • • Siddhartha Mukherjee

Cesarz wszystkich chorób. Biografia raka Tłum. Jan Dzierzgowski i Agnieszka Pokojska Czarne, Wołowiec 2013 s. 616, ISBN 978-83-7536-544-3

ażdy z nas jest po trosze lekarzem, lubimy wypowiadać się na tematy medyczne. Szczególne miejsce w tych rozmowach zajmuje rak, choroba jak nam się nieraz wydaje – coraz bardziej wszechobecna. W związku z tym rodzą się różne teorie, przestrogi czy pomysły na leczenie. Wiele w tym emocji, teorii spiskowych (zmowa farmaceutów, którzy mają lek na raka, ale…). Trudno się temu dziwić, rak jest wśród nas, zabija naszych bliskich, grozi nam samym ukryty w ciele. Cesarz wszech chorób, jak mówi o nim amerykański onkolog i pisarz Siddhartha Mukherjee, jest zjawiskiem tak wyjątkowym, że potrzebuje biografii. Książka jest zatem połączeniem wiedzy i doświadczenia lekarza klinicysty z dociekliwością badacza, socjologa i historyka obdarzonego talentem pisarskim oraz umiejętnością prostego, logicznego wywodu. To zupełnie wyjątkowa opowieść o odkrywaniu tajemnicy raka. Zaczyna się opisem pierwszych odnotowanych przypadków sprzed tysięcy lat, a potem wędrujemy jego śladem, towarzysząc w ten sposób myśli ludzkiej, geniuszowi jednostek i rozwojowi naszej cywilizacji. To wartko napisana historia ludzkiego uporu, prób i błędów, przypadków i poświecenia. Czytając tę – chciałoby się powiedzieć – obowiązkową lekturę, rozumiemy, że rak nie jest chorobą coraz częstszą, ale niejako immanentną, składową częścią nas samych. Wrażenie, że występuje coraz częściej, powstaje dlatego, że umiemy go odnaleźć coraz wcześniej – nawet zanim ujawni symptomy. Autor rozwiewa też jeden po drugim kolejne mity o jednej przyczynie choroby czy o cudownym leku na każdy rodzaj raka. W końcu też pokazuje, jak daleko jeszcze do zwycięstwa. Znakomita lektura! [bk]

K


Przezabawna seria dla dzieci o perypetiach rezolutnej Uli

= ´5O6

CG6OHBÂ&#x2026;

Nowa seria Wydawnictwa Nasza KsiÄ&#x2122;garnia

ZachwyciĹ&#x201A; mnie klimat tej ksiÄ&#x2026;Ĺźki, jej spokojny rytm, w ktĂłrym razem z gĹ&#x201A;ĂłwnÄ&#x2026; bohaterkÄ&#x2026; wykonujemy domowe obowiÄ&#x2026;zki, wÄ&#x2122;drujemy po WrocĹ&#x201A;awiu i przeczuwamy nadchodzÄ&#x2026;ce nieszczÄ&#x2122;Ĺ&#x203A;cie. To teĹź opowieĹ&#x203A;Ä&#x2021; o trudnej miĹ&#x201A;oĹ&#x203A;ci, nadziei na szczÄ&#x2122;Ĺ&#x203A;liwe jutro i poszukiwaniu swojej drogi. MaĹ&#x201A;gorzata Warda, autorka powieĹ&#x203A;ci Jak oddech, Dziewczynka, ktĂłra widziaĹ&#x201A;a zbyt wiele

patroni medialni:

PowieĹ&#x203A;Ä&#x2021; o rodzinie, po ktĂłrej trudno spodziewaÄ&#x2021; siÄ&#x2122; jakiejkolwiek patologii. Tymczasem autorka w centrum uwagi umieszcza alkoholizm. Poznajemy osoby przeĹźywajÄ&#x2026;ce wstyd, poczucie winy i lÄ&#x2122;ki, ktĂłre ich â&#x20AC;&#x17E;ukĹ&#x201A;ad nerwowyâ&#x20AC;? z trudem wytrzymuje. W tej historii przejrzÄ&#x2026; siÄ&#x2122; zapewne tysiÄ&#x2026;ce albo i miliony ludzi znajÄ&#x2026;cych podobne problemy z wĹ&#x201A;asnego otoczenia. Ewa WoydyĹ&#x201A;Ĺ&#x201A;o

KsiÄ&#x2026;Ĺźka dostÄ&#x2122;pna takĹźe jako e-book

SU]\V]ĂŻRÄ&#x201A;Ă&#x160; NVLĂ&#x2C6;Ä?NL &]\NVLĂ&#x2C6;Ä?NDPDSU]\V]ĂŻRÄ&#x201A;Ă&#x160;" 7UZDMĂ&#x2C6;JRUĂ&#x2C6;FHG\VNXVMH QDbWHQWHPDW:LHOXQLHPD ZĂ&#x2C6;WSOLZRÄ&#x201A;FLÄ?HGUXNRZDQH NVLĂ&#x2C6;Ä?NLOLQHDUQDQDUUDFMD ELEOLRWHNLNVLĂ&#x161;JDUQLH ZUHV]FLHWUDG\F\MQLZ\GDZF\ ]RVWDQĂ&#x2C6;]DVWĂ&#x2C6;SLHQLSU]H] HOHNWURQLF]QHGRNXPHQW\ LbLQVW\WXFMH(VHMH]HEUDQH ZbW\PWRPLH]GHF\GRZDQLH ZVND]XMĂ&#x2C6;LQDF]HM $XWRU]\b]DVWDQDZLDMĂ&#x2C6;VLĂ&#x161; QDGSU]\V]ĂŻRÄ&#x201A;FLĂ&#x2C6;NVLĂ&#x2C6;Ä?NL ZbNRQWHNÄ&#x201A;FLHZV]HFKREHFQHM GLJLWDOL]DFMLWUHÄ&#x201A;FL 32'5('$.&-k

:352:$'=(1,(

*HRIIUH\D1XQEHUJD =326Â&#x2019;2:,(08PEHUWR(FR

'232/6.,(*2:<'$1,$

Â&#x2019;XNDV]*RĂŻĂ&#x161;ELHZVNL b

KWWSELEOLRWHNDDQDOL]SOVNOHS 3DWURQLPHGLDOQL


ĆďĘőĞēēĎĊďĘğĆĐĘĎĩƁĐĆ ĈğĆĘŘĜĔĐĚĕĆĈďĎǡ

ĐęŘėĆĘęĆőĆĘĎĻĎēĘĕĎėĆĈďĩċĎđĒĚ ĜėĊƁĞĘĊėĎĎĔćĊėęĆ đĎœĘĐĎĊČĔ

Nr 1-2 [260-261] styczeń-luty 2014 • ISSN 2083-7739 • cena 19,90 zł (5% VAT)

(œ‡ä©ǡ‡”‡•ƒǢ•œ›•–‘…‘ƒŒ™ƒĂ‹‡Œ•œ‡Ȍǡ

ğĊğĉďĻĈĎĆĒĎĆĜőĆĉĊđĒĆēĆ (‹ƒ‹•–ƒǢƒ–›ÑǢƒƒ†‡—•z). Autobiografia niekwestionowanego króla muzyki pop, laureata 3 Oscarów i 6 Nagród Grammy, twórcy takich przebojów jak What the World Needs Now is Love, I Say a Little Prayer i Raindrops Keep Fallin’ on My Head.

ċĎđĒĜĐĎēĆĈč ĔĉͣĒĆėĈ Ć͜͞͝͠ ĘĎ ĩ ƁĐ ĆĉĔĘęĻĕēĆ ęĆĐƁĊďĆĐĔĊǦćĔĔĐ

:]UXV]DMüFDRSRZLHĘþ NWyUDSU]\ZUDFDQDG]LHMĆ „Daily Mail”

-HGHQ]QDMZLĆNV]\FKEHVWVHOOHUyZRVWDWQLFKODW² SUDZG]LZDKLVWRULDQLH]Z\NâHJRNRFXUD L]DJXELRQHJRF]âRZLHNDNWyU\RG]\VNDâG]LĆNL QLHPXQDG]LHMĆQDV]F]ĆĘFLH

PAT R O N I

. 6 , k ¿ . $  ' 2 6 7 } 3 1$  7$ . ¿ (  -$ .2  (  %2 2.

M E DI A L N I :

www.kotbob.nk.com.pl WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR


Notes Wydawniczy 1-2/2014