Page 1

Nr 2/2010 cena 0 zł ISSN 2081-1713

s. 12

Niepewny chleb wokalisty rozmowa z Krystyną Prońko

s. 15

Kto jest lepszym kierowcą?

s. 6-7

Stokrotki na wiosnę 2010

s. 4

Czy lwowiacy powinni się wstydzić?

A

dam

s. 10-11

MAZGUŁA

wywiad z podpułkownikiem

YN

P

l

.p com

a.

eri f n S i A w. PR ZA ww M ZA

SZ

A AN

TAL R O


Kontakt z nami

STOWARZYSZENIE AD ASTRA w Nysie, ul. Wałowa 7, 48-300 Nysa, mail: adastra.nysa@gmail.com redaktor naczelny Tomasz Janik projekt graficzny wydania Michał Baraniewicz www.majkelstudio.pl druk Cmyk Maciej Kowalski

Prosimy o mailowe opinie i komentarze do zagadnień poruszanych w Inferii: Najciekawsze wydrukujemy.

Unijne pieniądze Janina Janik

Pisanie dobrych wniosków na pozyskiwanie pieniędzy unijnych (mam na myśli takie wnioski, które pomyślnie przechodzą ocenę formalną, czyli są rzeczowe, poprawnie złożone, zawierają też wszystkie kilkanaście załączników), to czynność godna Herkulesa. Zdarza się, że na jedno zadanie wpływa nawet 1300 projektów (np. w Ministerstwie Kultury na zadania z zakresu infrastruktury instytucji kultury). Tutaj już nawet nie można mówić o konkurencji, to jest jak gra w totolotka. Tu się konkurencyjnym być nie musi, tu niezbędne jest po prostu szczęście. Ale na szczęście istnieją również programy, w których o środki można się starać na zasadzie dokładnie opracowanego pomysłu i skrupulatnie przygotowanej dokumentacji. Czasami są to np. dokumenty dotyczące ochrony środowiska lub fachowa specyfikacja techniczna. Dla mnie, jako humanisty z natury, sama nazwa brzmi przerażająco, bo w opisie należy się odnieść do przenajrozmaitszych i jeszcze straszniej brzmiących dyrektyw, uchwał i zarządzeń o nazwach na pół strony maszynopisu. Wypełnianie takich dokumentów bardzo szybko uczy pokory, skrupulatności i szacunku do ludzi, którzy rozumieją, co to wszystko znaczy. Programy rządzą się swoimi prawami... każdy własnymi. Przed rozpoczęciem pisania należy przeczytać podręcznik dla beneficjenta (średnio 200 stron), opis osi priorytetowych (coś też ok. 200 stron), podręczniki wnioskodawcy, instrukcję wypełniania wniosku, potem są opisy wydatków kwalifikowanych, zasady rozliczania, zasady składania wniosków o płatność i inne sympatyczne dokumenty, których znajomość jest... bezwzględnie wymagana!

REKLAMA

Poza tym istnieje jeszcze kwestia języka, bo zwykły śmiertelnik na pewno nie wie, co to jest np. polityka horyzontalna, SWI (Studium Wykonalności Inwestycji) czy beneficjent ostateczny (uczestnik projektu, czyli osoba na końcu łańcucha projektowego). A już „działania towarzyszące nad osobami zależnymi” to jest hit, bo oznacza po prostu opiekę na dziećmi.

2 

Co z tego wszystkiego wynika? Nie wiem. Chyba to, że trzeba być odważnym, żeby przez tę dżunglę przebrnąć. I to, że nie ma ani osób, ani firm gwarantujących dofinansowanie złożonego, czasami naprawdę kolosalnym wysiłkiem, projektu. Ale też proszę wyobrazić sobie radość, kiedy projekt otrzymuje dofinansowanie. Biegnę do pracowników i wołam, że robimy fajną imprezę, bo jakaś fundacja dała nam pieniądze. Jest fantastycznie, bo mamy na wydatki nieujęte w naszym budżecie, czyli dodatkowe festiwale, koncerty, wystawy, nagrody dla dzieci, wyjazdy dla naszych zespołów etc. Niech żyje unijny pieniądz i ci, którzy potrafią go zdobyć!


Prof. Henryk Brandys

Od najdawniejszych czasów ludzie na całym świecie marzyli o lataniu. Pierwszymi, którym udało się zrealizować to marzenie, byli prawdopodobnie Chińczycy. Obserwując spadające z drzew liście, unoszone przez wiatr, żaglowe łodzie i lecące ptaki, próbowali je naśladować. Latawce skonstruowano w Chinach niezależnie od siebie przynajmniej w dwóch ośrodkach. Najstarsze informacje pochodzą już z końca IV w. p.n.e. Bardzo wcześnie zaczęto wykorzystywać latawce do celów wojskowych. Oblężeni używali latawców do przesyłania informacji. Stosowano też latawce jako broń zapalającą i odstraszającą.* Z zachowanych zapisków można wnioskować, że bardzo szybko Chińczycy nauczyli się konstruować wielkie latawce, które mogły na krótko unieść w powietrze obserwatora, by zorientował się w ruchach wojsk przeciwnika. Chińczycy latawce nazywali „papierowymi ptakami”, ponieważ do ich budowy używano nasączonego papieru, a do większych konstrukcji jedwabiu, którym obciągano bambusowe, a obecnie często rattanowe pręty. W Okresie Pięciu

Dynastii (907-960 r.) Chińczyk Li Je, montując latawce, przymocowywał do nich kilka lekkich, odpowiednio dobranych deszczułek, które w czasie lotu wydawały harmonijne tony. Latawce te nazywano „harfą boga wiatru”. Obecnie „grające” latawce nazywane są fengzheng, co można przetłumaczyć jako „latająca harmonijka”. Od czasów Dynastii Tang (618-907 r.) latawce służyły głównie do rozrywki i zabawy. Nadawano im przeróżne kształty – postaci związanych z mitologią chińską, różnych zwierząt – ssaków, ptaków, ryb, gadów, węży i fantastycznych stworów – głównie smoków i feniksów, jednorożców, a także rozmaitych sprzętów, np. wazonów z kwiatami. Również wielkości poszczególnych latawców były i są bardzo zróżnicowane, począwszy od miniaturowych (nawet 0,5 cm), a skończywszy na ogromnych smokach o długości dochodzącej nawet do 300 m. Konstruowanie i puszczanie latawców to

ulubione zajęcie dzieci, rodziców i dziadków. Nie ma Chińczyka, który by w latach młodości nie bawił się latawcami i nie zajmował się ich tworzeniem. Najlepsze latawce są sporządzane przez rodziny, które od kilku pokoleń trudnią się wyłącznie ich budową i malowaniem. W Chinach z tradycji sporządzania latawców słyną cztery miasta, a najstarszym z nich, o ponad 300-letniej tradycji w tej dziedzinie, jest Weifang w prowincji Shandong, skąd pochodzą pokazywane w Nyskim Domu Kultury latawce. Najlepsze okazy są sygnowane przez ich twórców – krótki napis tuszem i czerwona pieczęć z nazwiskiem. Prawie połowa pokazanych dzieł ma sygnatury i jest własnością Muzeum Latawców z Weifang. We wspomnianych miastach rokrocznie odbywają się festiwale, na które zjeżdżają miłośnicy latawców z całego świata ze swymi konstrukcjami i przez kilka dni urządzają sobie znakomitą zabawę, m.in. bardzo popularne walki „powietrznych ptaków”, oklejanych drobno potłuczonym szkłem. Zwycięża ten, kto strąci przeciwnika na ziemię. Na zakończenie festiwali organizuje się wystawy i konkursy, a najlepsza konstrukcja, zarówno jeśli chodzi o właściwości lotne, jak i artystyczną formę, jest nagradzana i opisywana w specjalnych katalogach. Setki lat konstruowania latawców doprowadziły do powstania różnych typów, które w zależności od budowy dzielą się na twardo- i miękkoskrzydłe, płaskie, trójwymiarowe i sznurowe. Niezależnie od latawców do zabawy w Chinach i wielu krajach na całym świecie konstruuje się latawce do celów wojskowych, meteorologicznych i komunikacyjnych.

* Użyte przez wojska mongolskie w bitwie pod Legnicą latawce wywołały popłoch w szeregach rycerstwa śląskiego, a kronikarze napisali o „diabelskim smrodzie i straszliwym dymie”.

Wystawa chińskich latawców do obejrzenia w Nyskim Domu Kultury

foto: M. Baraniewicz

3 


NR 02/2010

Ludność ziemi nyskiej w latach 1945 – 1947:

Marcin Miłkowski

4 

Czy jesteśmy tolerancyjni? Czy nysanie chorują na ksenofobię? Kto tu jest u siebie? Kto w Nysie powinien czuć się gospodarzem, a kto obywatelem drugiej kategorii? Czy ktoś, kto tutaj żyje i pracuje? Czy ktoś, kto wychował tu dzieci? Czy ktoś, kto wybudował tu dom? Czy zameldowanie i prawo wyborcze na miejscu wystarczą? A przede wszystkim, kto ma prawo rozsądzać o naszym pochodzeniu? Czy takie pytania w ogóle warto dzisiaj zadawać? Może nie ma takiego problemu. Jesteśmy Europejczykami i z roku na rok czujemy się nimi coraz bardziej. Nawet jeśli mamy osobiste zahamowania, to najlepszymi orędownikami idei wspólnej Europy są nasze dzieci, one nie mają zahamowań ani kompleksów. Wygląda na to, że powyższe pytania są anachroniczne, jednak po lekturze materiałów prasowych oraz tych zawartych w okazjonalnych ulotkach drukowanych na okoliczność akcji społecznych, jakich w Nysie mamy wiele, nabieram wątpliwości, czy aby na pewno anachroniczne. W tekście ulotki sygnowanej przez Komitet Referendalny na temat „Referendum w obronie Nysy!” (kolportaż ulotki zakazany wyrokiem sądu) znajdują się fragmenty, które w bezpardonowy sposób próbują zasiać nietolerancję, serwując nam nacjonalistyczne hasła. To niebywałe! Proszę sobie wyobrazić, że zarzuca się w nim Polce pochodzącej ze Lwowa, że jest imigrantką z ZSRR! Polce, która mieszka w Nysie od ponad 20 lat, jest długoletnim uznanym nauczycielem, posiada dyplomy trzech wyższych uczelni, za rok będzie miała dwóch synów na studiach, operuje biegle czterema językami i… ma wymierne sukcesy w pracy. Jest to tyleż oburzające, co absurdalne. Na Boga! Czy w naszym mieście żyją adresaci takich treści? Taka jest natura ludzka – cudzy sukces i kompetencje częściej bolą niż motywują. I wygląda na to, że bolą tak bardzo, że autor tekstu stracił rozum i punkt odniesienia, ma czelność napisać coś takiego w mieście, gdzie mieszkają tysiące repatriantów ze Wschodu. „Przywódca duchowy” Komitetu Referendalnego i niewątpliwie ostateczny recenzent tekstów owych ulotek oraz lokalnego brukowca, pan Janusz Sanocki, według moich informacji nadal jest honorowym członkiem Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów PołudniowoWschodnich i przed każdymi wyborami przychodzi na spotkania lwowiaków agitować na rzecz Ligi Nyskiej! Członkowie Towarzystwa podobno się pokątnie śmieją z tych wizyt, ale żaden nie ma odwagi podnieść głowy i powiedzieć, że w Towarzystwie nie ma miejsca dla kogoś takiego. Na usta ciśnie się termin „czystość rasowa”. A to z kolei nasuwa kolejne pytanie, które pozwolę sobie zostawić bez odpowiedzi. Kim byłby autor sformułowania zawartego w ulotce Komitetu Referendalnego, gdyby urodził się w Niemczech lub Włoszech na początku XX wieku? Nie wiem jak Państwo, ale ja mam poważne obawy.

Data

ogółem

przesiedleńcy

repatrianci

reemigranci

Niemcy

inni

31 XII 45 30 VI 46 31 XII 46 31 XII 47

36332 50877 54482 60916

22405 30665 28853 39019

13927 15538 21964 19432

538 782 2064

3873 3873 346

263 55 55

„W dniu 9 maja 1945 r. [było w Nysie] zaledwie kilka osób cywilnych, kilkudziesięciu funkcjonariuszy polskiej Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego oraz nieduży stosunkowo oddział wojska radzieckiego”. „Przywrócenie ziemi nyskiej w pełni polskiego oblicza mogło się dokonać dzięki pomyślnej akcji osadniczej oraz wysiedleniu ludności rdzennie niemieckiej przeprowadzonemu zgodnie z uchwałami konferencji poczdamskiej”. Tuż po wojnie polityka demograficzna władz skierowana była na zasiedlenie Opolszczyzny nowymi mieszkańcami z Polski centralnej i obszarów przedwojennych Kresów Wschodnich, które zajął ZSRR. Drugim zadaniem była weryfikacja ludności miejscowej. „Weryfikacja polegała na sprawdzeniu postawy miejscowej ludności śląskiej w celu oddzielenia Niemców od Polaków. Efektem tej akcji było nadanie obywatelstwa polskiego tym wszystkim, którzy zachowali przynależność do narodu polskiego i w odpowiednim stopniu cechowali się polską świadomością narodową. Postępowanie weryfikacyjne odbywało się w ten sposób, że specjalne komisje badały postawę poszczególnych osób i całych rodzin, po czym orzekały o przyznaniu bądź odmowie obywatelstwa polskiego. Do końca 1946 r. przyznano obywatelstwo polskie ok. 410 tys. osób. (...) Jednocześnie z weryfikacją odbywała się akcja przesiedlania repatriantów zza Bugu i osadników z dawnych ziem polskich na Opolszczyznę. W trudnych warunkach powojennego życia organa władzy ludowej zdołały do końca 1948 r. osiedlić w miastach i wsiach Opolszczyzny ok.

363 tys. osadników, wśród których było ok. 180 tys. repatriantów z ZSRR, 154 tys. przesiedleńców z Polski centralnej i ok. 28 tys. reemigrantów z innych krajów europejskich”. „Już w kilka dni po zakończeniu wojny na ziemię nyską ruszyła z różnych kierunków fala polskich osadników. Najwcześniej przybyli tu przesiedleńcy ze wschodnich terenów województwa katowickiego oraz z województw: krakowskiego, rzeszowskiego i kieleckiego. Po uruchomieniu (23 IV 1945 r.) linii kolejowej Katowice-Nysa zaczęli się tutaj osiedlać również repatrianci. Równocześnie z Niemiec powracali licznie byli jeńcy wojenni, więźniowie obozów koncentracyjnych i osoby wywiezione w czasie okupacji hitlerowskiej do prac przymusowych. Osiedlali się tu także byli żołnierze polskich sił zbrojnych na zachodzie oraz dość liczni Polacy autochtoni pochodzący z sąsiednich obszarów Śląska Opolskiego. Do dnia 1 XI 1945 r. na ziemi nyskiej zarejestrowano łącznie 37 375 repatriantów i przesiedleńców oraz 804 autochtonów. Do końca akcji osiedleńczej, czyli do grudnia 1948 r. przeniosło się na obszar Nyskiego 66 661 osób, w tym 63 907 repatriantów i przesiedleńców oraz 2754 autochtonów”. „W końcu grudnia 1948 r. w Nysie mieszkało 783 autochtonów, czyli 5,6% mieszkańców”. Cytaty pochodzą z książek: Wypisy do dziejów ziemi nyskiej, Instytut Śląski w Opolu, 1980 r. oraz Życie polityczne na ziemi nyskiej w latach 1945 – 1947 [w:] Szkice nyskie, Instytut Śląski w Opolu, Opole 1986 r.


Kultura międzynarodowa i pierogowy tort nyski

Szkoła dla każdego Jednym z priorytetów edukacyjnych w Unii Europejskiej jest tzw. life-long learning, czyli edukacja przez całe życie. W tym celu opracowano liczne programy, które finansują projekty nakierowane na nieformalną i pozaszkolną edukację, szczególnie realizowaną innowacyjnymi metodami, czyli np. nauka j. angielskiego podczas gotowania lub wspólnego czytania książek w plenerze. Szczególną grupą docelową są seniorzy. Do nich właśnie kierowane są warsztaty, letnie uniwersytety, wymiany i wyjazdy. Nie ma co ukrywać – sytuacja finansowa osób starszych w Polsce jest niekorzystna, więc większość z nich o podróżach zagranicznych i bezpośrednim poznawaniu obcych kultur może tylko pomarzyć. A chyba nikt nie ma wątpliwości, że nic tak nie kształci jak podróże. Nawet najlepsze zdjęcia czy opisy internetowe nie zastąpią spaceru po plaży, degustacji potraw, rozmowy z ludźmi (nawet jak się nie zna języka obcego, zawsze przecież jest język ciała – body language). To jest uczenie się od wewnątrz, z głębi kultury. Poza tym w ramach projektu zwiedza się zazwyczaj miejscowości mało znane turystom: malownicze wioski, maleńkie miasteczka o kilkusetletniej historii, gdzie życie jest takie, jak widać, a nie dostosowane na pokaz do potrzeb turystów.

Janina Janik

Jednym z takich programów jest Grundtvig, a jednym z projektów w ramach FRSE Grundtvig – „International Patchwork”, projekt realizowany przez Nyski Dom Kultury wraz z partnerami z Hiszpanii, Włoch, Portugalii, Turcji i Czech. Dlaczego patchwork? Nyski Dom Kultury współpracuje z wieloma instytucjami zagranicznymi o pokrewnej działalności, stąd nie ma problemu ze znalezieniem partnera do wspólnego złożenia wniosku o dofinansowanie. Nie brak też pomysłów, wystarczy przeanalizować bieżącą działalność NDK i plany wcześniej niezrealizowane z powodu np. braku środków. „International Patchwork” jest takim właśnie projektem – bazuje na dotychczas podjętych działaniach i zdobytych doświadczeniach. Po prostu pokazujemy wszystko, co mamy, oglądamy, co osiągnęli inni – wymieniamy doświadczenia, zapoznajemy się z kulturą w ramach pracy pokrewnych instytucji zagranicznych. Prawdziwy patchwork kulturalny. Arcydzieło kulinarne o zabarwieniu patriotycznym Jednym z ciekawszych aspektów jest poznawanie kulinarnej kultury każdego kraju. Na stronie projektu są dostępne przepisy na najbardziej smakowite potrawy z każdego kra-

ju partnerskiego http://www.patchwork.ndk. nysa.pl/, jedyny problem, że po angielsku. Są też i polskie pierogi, które to w niniejszym projekcie odgrywają szczególną rolę. A mianowicie na spotkaniu w ramach projektu, a tym razem spotkanie odbędzie się w Bolonii, we Włoszech, każdy partner przedstawić musi kulinarne dzieło pt. tort europejski. Jest to konkurs, oczywiście, i Nysa musi go wygrać. Liczy się rozmiar (czyli największy), smak i wymiar europejski (?). Jest jeszcze taki problem, że tort ten, a przynajmniej jego składniki, należy przemycić w samolocie, bo o prawdziwym gotowaniu czy pieczeniu nie ma mowy. Pomysłowi nysanie nie mają problemu – tort pierogowy, czyli pierogi z serem na słodko, wyłożone na wielopiętrowej paterze, przyozdobione bitą śmietaną i owocami – niebo w gębie, a w dodatku stworzone ad hoc, na miejscu. Pierogi zrobią matki wyjeżdżających młodych aktorów i piosenkarzy w ramach wkładu własnego, śmietana niestety w sprayu. Z owoców wykonamy wielkie napisy Polska, Europa itd. Mamy wielką nadzieję na zwycięstwo, ale zobaczymy, co wymyślą pomysłowi koledzy z Grundtviga. O wynikach oczywiście poinformujemy (relacja filmowa z przygotowań http://www.ndk.nysa.pl/index.php/articles/ show/834).

foto: M. Baraniewicz

5 


Nowe! Liczniejsze i jeszcze bardziej kwitnące

Zespół taneczny dla najmłodszych w Nyskim Domu Kultury funkcjonuje od lat, ale jeszcze nigdy nie był tak liczny. Bywało 13, 15, 20 dzieci, tym razem nasz zespół to... prawie sześćdziesięcioro dzieci. Zapraszamy na występy artystyczne pod znakiem NDK.

6 


7 

foto: M. Baraniewicz


Muzycy z piwnicy łączcie się! NR 02/2010

Janina Janik

8 

Pomysł powstał dawno temu - młodzież chce mieć imprezy i trzeba jej to dać. W piwnicach, garażach i innych tajemniczych miejscach grają i tworzą hip-hop, reggae, rocka, śpiewają lub wydają dźwięki zwane growlingiem itd. Robią coś, co się zwie muzyką, dlatego trzeba im stworzyć możliwość pokazania się, występu, koncertu, szerokiej promocji w lokalnym środowisku. Mamy dziesiątki zespołów, o których wiedzą tylko koledzy lub najbliższa rodzina. Muzyczna Fiesta to właśnie ma na celu – wyciągnięcie młodych ludzi z piwnic i ujawnienie ich talentów muzycznych. A że młodzież u nas, w NDK, to osoby w wieku od 4 do 84 lat, to zapraszamy właściwie wszystkich. Młodzież jest bardzo utalentowana muzycznie – wierzę, że wystarczy impuls, jedna szansa na pokazanie się światu, a wiele zespołów czy artystów rozwinie się i zacznie samodzielną działalność muzyczną. Zagłoszenia na jedną z najpopularniejszych imprez „Metalową Twierdzę” w Nysie liczone są w setkach, a z roku na rok zwiększa się liczba zespołów zagranicznych, co świadczy o rosnącym zainteresowaniu oraz prestiżu imprezy. Mamy nadzieję, że Polsko-Czeska Muzyczna Fiesta (nazwa dość huczna i długa, ale takie są nazwy wniosków o dofinansowanie unijne) stanie się taką właśnie imprezą – „superimprą”, na którą przyjeżdżają ludzie z całego kraju i zagranicy. W imprezie udział wezmą też zespoły czeskie – fiesta jest polsko-czeska, więc można będzie posłuchać hip-hopu czy reggae z czeskiego Jesenika lub Krnova. Oczywiście podział na rocka czy reggae jest wstępny – zobaczymy, jakie będziemy mieli zespoły. Wszyscy są mile widziani – czy grają tradycyjnego rocka, czy coś, co się zwie turntablizm. Na razie zgłaszają się zespoły głównie rockowe, ale dopiero zaczęliśmy rekrutację. Mamy już chętnych z Brzegu, Opola i Grodkowa, no i z Nysy, ma się rozumieć. Oferujemy zespołom promocję, jedzenie i picie, jak również zwrot kosztów dojazdu. Nie płacimy gaż, bo Euroregion Pradziad, który finansuje imprezę, na to nie pozwala, ale też młodzież nie będzie musiała dokładać. Liczymy też na pomoc wolontariuszy – pomoc w pozyskaniu zespołów, organizacji, a przede wszystkim w opracowaniu planu poszczególnych imprez, bo te są dla młodzieży właśnie, więc to młodzi ludzie powinni zadecydować, kto i kiedy zagra. Pomaga nam Format Nysa, liczymy też na innych. Będzie dobrze i będzie się działo.

Nyski Dom Kultury rozpoczyna realizację projektu pt. Polsko-Czeska Muzyczna Fiesta finansowanego ze środków PO WT Euroregion Pradziad. Projekt polega na organizacji cyklu imprez skierowanych do młodzieży, z udziałem zespołów rockowych, popowych, reggae, hip-hopowych i innych z terenu Euroregionu Pradziad (patrz mapa poniżej). Zapraszamy wszystkich chętnych do udziału w koncertach w dniach 16.07 18.07.2010 – impreza hip-hopowa. Miejsce: Fort Wodny lub Bastion św. Jadwigi. 06.08 - 8.08.2010 – muzyka rockowa. Miejsce: Bastion św. Jadwigi lub Fort Wodny, Nysa. 28.08.2010 – koncert muzyki heavymetalowej w Jeseniku. Bezpłatny dowóz z Nysy na miejsce imprezy i z powrotem –

2 autokary, zapisy w NDK. 10.09 - 12.09.2010 – reggae, pop, disco. Miejsce: Bastion św. Jadwigi. 25.09.2010 – koncerty muzyczne w Jeseniku. Bezpłatny dowóz z Nysy na miejsce imprezy i z powrotem – 2 autokary, zapisy w NDK. 8.10 - 10.10.2010 – Festiwal Twórczości Młodzieżowej – wszystkie trendy muzyczne. Miejsce: Nyski Dom Kultury lub Bastion św. Jadwigi. Zapraszamy wszystkie chętne zespoły do grania. Wybierzcie sobie termin i dzwońcie 696 431 814 (Janina Janik – dyrektor) lub 608 685 256 (Kamila Kopeć – instruktor ds. imprez). Zapewniamy posiłki, napoje oraz zwrot kosztów transportu.


9 


NR 02/2010

Z ppłk. dypl. rez. mgr. inż. Adamem Mazgułą rozmawia Konrad Szcześniak - Obchodzimy właśnie 70. rocznicę wymordowania polskich oficerów w Katyniu. Mamy konferencję i odczyty na Bastionie św. Jadwigi, NDK wyświetla „Katyń” Wajdy. Film kończy się na scenach bestialskiego mordu. Jakie były jego konsekwencje w polskim wojsku? - Cała moja służba w wojsku była przepełniona tym tematem. Ojciec akowiec wiele nam opowiadał o Katyniu i stosunkach z Sowietami. Ze zdziwieniem z czasem przekonałem się, że zdecydowana większość moich wojskowych kolegów dobrze zna ten mord. Jako młody oficer napisałem nawet długą wierszowaną opowieść na ten temat i propagowałem ją z sukcesami w tym środowisku. Nie spotkałem się z pytaniem, dlaczego to robię. Nikt chyba nie ufał Rosjanom. Nawet będąc słuchaczem Akademii Sztabu Generalnego, jedną trzecią czasu mieliśmy przerabiać materiał w języku rosyjskim, ale przez 3 lata w mojej grupie nie zrealizowano tej zasady ani razu. - A bezpośrednie efekty zbrodni katyńskiej? - Gdy Rosjanie wymordowali polskich oficerów, to musieli zastąpić ich innymi Polakami – swoimi. Naszpikowali kolejne armie komisarzami tak, jak się tylko dało. W 1. i 2. Armii Wojska Polskiego obok autentycznych patriotów chcących walczyć o wolną Polskę było bardzo wielu ludzi o niby-polskich korzeniach. Stalin nie mógł dopuścić do powtórki historii armii Andersa, która potrafiła sprzeciwić się decyzjom radzieckim i wyszła z ZSRR. - Ale nie wyszłaby, gdyby nie miała pozwolenia Stalina. - No tak, ale to była naturalna konsekwencja. Stalin już dłużej nie mógł znosić „polskiego nieposłuszeństwa”. Chciał Andersa wysłać jak najszybciej na front, mieć mięso armatnie, a po wojnie wiernopoddańcze wasalstwo. Dowodzący armią generał chciał walczyć o Polskę nie tylko zbrojnie, ale i politycznie. Szukał oficerów, którzy ginęli w Katyniu i innych miejscach kaźni. Domagał się uzbrojenia i gwarancji państwowej po wojnie. A ponieważ była to również karta przetargowa w negocjacjach z aliantami, lepiej było żołnierzy Andersa wypuścić, niech idą do Iranu, Iraku i gdzieś tam wyginą. A gdyby nie wyginęli, to i tak nie zostaną potem wpuszczeni do Polski. Tak się stało. - To tereny, na których pan pracował, będąc w Iraku szefem Grupy Wsparcia Rządu, organizatorem administracji publicznej w zakresie infrastruktury i gospodarki, rolnictwa i ochrony środowiska, energetyki i zasobów naturalnych, publicznej służby zdrowia, sądownictwa, szkolnictwa i sportu, informacji 10 

i mediów, bezpieczeństwa publicznego oraz likwidacji zagrożenia minowego. Uff, nie za dużo jak na jednego człowieka? - To nie tak. Ja odpowiadałem za te rzeczy, ale miałem z sobą 12 specjalistów z Polski i kilku miejscowych. Tam była taka sytuacja jak po wojnie na Ziemiach Odzyskanych. Ludzie na stanowiskach byli w partii Saddama (Baas). Po przewrocie wszystkich ich albo przegoniono, albo zabito. Nie było więc dyrektorów szkół, nie było burmistrzów miast, policja się rozpierzchła... Jeździłem po prowincji, spotykałem się z wpływowymi regionalnymi autorytetami - najczęściej szejkami. Musieliśmy wejść do każdego miasta i znaleźć na nowo ludzi na wszystkie zasadnicze stanowiska. Ocenić, co jest najbardziej potrzebne miejscowej społeczności. I to na obszarze o zaludnieniu zbliżonym do województwa opolskiego. - I jak, postawiliście iracką administrację na nogi i zjechali do Polski? - Tak. Po zorganizowaniu administracji przygotowaliśmy podwaliny pod pierwsze wybory i wróciliśmy do kraju. - I hula? - Hula. - A co Polska z tego ma?

mieć duszę Araba. Arabowie żyli na innych zasadach niż większość cywilizowanych krajów. Trzeba sobie uzmysłowić, że oni nie wiedzieli, co to jest budżet, że można go jakoś podzielić, że są pieniądze na jakiś cel. Oni żyli w takich kategoriach: Saddam ma, to da, a jak teraz nie ma, to da za 3 miesiące. I na tej zasadzie funkcjonowała cała sfera publiczna. - Cudownie zarządzać takim państwem… - Myślę, że to nie jest trudne. Po prostu taka była świadomość społeczna. Ludzie uważali, że jak Saddam da, to mogą żyć. A jak nie da, to nie i to w sensie dosłownym. - Gdyby pan decydował, wysłałby pan tam Polaków? - Nie. Nie wysyłałbym nikogo na żadną wojnę poza granice naszego kraju. Pojechałem tam, bo wychowano mnie w przeświadczeniu, że musimy pomagać wszystkim w potrzebie. Po tym, co zobaczyłem w Iraku, byłem jednym z tych, którzy najgłośniej krzyczeli, by nie wchodzić do Afganistanu. I nie ukrywam, że był to jeden z powodów, chociaż nie najważniejszy, przez który odszedłem z wojska. - Co z innymi efektami rządzenia Polaków w Iraku? Czy próbowaliście wprowadzać tam demokrację?

- Robili to Arabowie, w końcu to było dla nich. Ale nie mieli fachowców i się nie przyznawali. Dlatego najczęściej pieniądze za niewykonaną pracę zostały wypłacone. Zastawaliśmy wtedy miasto skanalizowane, ale bez jakichkolwiek planów. Cały rok było dobrze, ale w końcu spadł deszcz. Fekalia wypłynęły na ulice i wszyscy w przerażeniu pytali jak to możliwe.

- Tam rządzą szejkowie. Biedni czy obłędnie bogaci mają wpływ na to, co się dzieje na „ich” terytorium. Bez wiedzy szejka nie zrobi się nic. Gdy mówiliśmy, że chcemy wprowadzić demokrację, Irakijczycy się śmiali. Mówili: „U was demokracja to wrzucenie papierka do urny raz na 4 lata. U nas demokracja to dokonywanie wielu wyborów w każdym dniu. W zależności od tego komu się ukłonimy, a kogo nie zauważymy na ulicy, możemy stracić rękę albo głowę. U nas na tym polega demokracja”. To jest przepaść kulturowa. Tamte stosunki społeczne to nasze średniowiecze. Nie ma świadomości państwowej. Rządzi klan. Nie ma przyjaźni naszego kraju z tamtym krajem, tylko przyjaźń naszego szejka z tamtym szejkiem. Zupełnie nie rozumieją jakichś paszportów, gdy chcą pojechać np. do Mekki. Buntują się, mówiąc, że to ich wielka pustynia, ich wielka Arabia. A jak Anglicy porobili jakieś kreski na mapie, to niech ich sobie teraz pilnują. Owszem, granice funkcjonują, ale w zasadzie są tam tylko po to, by można pobierać myto i budować autorytet przywódcy politycznego.

- Rozumiem, że teraz już tak nie ma?

- Czego możemy się nauczyć od Arabów?

- No nie. Nikt nie naprawi tych zaniedbań w takim kraju jak Irak przez wiele lat. Aby zrozumieć mechanizm arabskiej gospodarki, trzeba zrozu-

- Pokory wobec życia. Tam w każdej chwili można je stracić. Ludzie biją się bez przerwy. Małe i większe wojenki toczą się w całym kraju. To,

- Chciałem, by na te tereny wchodziły polskie firmy. Dzwoniłem, zachęcałem i z żalem stwierdziłem, że nie było zainteresowania. Później, jak zobaczyłem tamtejsze działania firm, porwanych dla okupu ludzi, brak cywilizowanego prawa, zmieniłem zdanie. Tam było bardzo wiele oszustów i cwaniaków. Trzeba było odbudowywać infrastrukturę techniczną, odbudowywać wodociągi i kanalizację, drogi, mosty, szkoły, szpitale itp. Zgłaszały się firmy, wkładały rurę do ziemi i wmawiały wszystkim, że to jest kanalizacja. - A odbiór?


że ktoś komuś utnie rękę albo wrzuci granat do domu tylko dlatego, że jest na niego zły, jest normalne. Policja jest skorumpowana i podlega klanom. Po miesiącu pobytu w Iraku doszedłem do wniosku, że nasza praca pomaga konkretnemu człowiekowi, a nie społeczeństwu. Obaliliśmy Saddama, a trzeba powołać drugiego podobnego zamordystę, bo inny się nie utrzyma. Pobyt tam pomógł jedynie zrozumieć tych ludzi. Poznałem tam również moc jedności rodzinnej. - I jak oni teraz myślą o Polakach? - Polacy mieli w Iraku wielki mir. Armia Andersa, która powstawała właśnie tam i w Palestynie, organizowała osłonę północnych pól naftowych. Nasi żołnierze zachowywali się przy tym tak dobrze, że starsi Arabowie pamiętają ich do tej pory. Są tam polskie cmentarze, którymi często opiekuje się tamtejsza ludność. Polacy ginęli tam nie w walkach, a w konsekwencji chorób, których się nabawili, przechodząc często z zimnej Syberii na gorące piaski pustyni (sam, wyjeżdżając do Iraku, dostałem 24 szczepionki). Np. pod Bagdadem jest bardzo zadbany cmentarz, na którym leży prawie 500 polskich żołnierzy. Trzeba również pamiętać, że Irak miał bardzo wielu naszych specjalistów, którzy budowali drogi, cukrownie, fabryki chemiczne i nie tyle chodzi o to, co tam robili, a jak się tam zachowywali - bardzo godnie. By być akceptowanym przez Arabów, trzeba przede wszystkim szanować rodzinę i wiarę. To trudne w ich wydaniu, ale Polacy to potrafią. Inne nacje miały większe problemy. Trzeba pamiętać też, że wielu Arabów studiowało w Polsce. Nie wiedzieć czemu Saddam Husajn przekazywał w swojej telewizji bardzo wiele pozytywnych informacji o Polsce. O przemianach, Solidarności, Wałęsie. Byliśmy dla nich takim wzorcowym dalekim przyjaznym krajem. Dlatego gdy przyjechały tam pierwsze nasze oddziały, wybuchła wręcz euforia. Z jednej strony dlatego, że lubią Polaków, a z drugiej, że zmienialiśmy znienawidzonych Amerykanów. - Więc jak postrzegają Polaków teraz? - Z przykrością stwierdzam, że już nie tak dobrze. Irakijczycy zrozumieli, że czy to Polacy, czy Amerykanie, to i tak realizują amerykańską politykę. Ale najważniejszym, moim zdaniem skandalicznym elementem było to, że Polacy po wycofaniu się z Iraku zostawili tam „swoich ludzi”. Tłumaczy, przewodników, naukowców, tajnych i jawnych współpracowników z całymi rodzinami. Cała ta liczna grupa za współpracę z naszą armią stała się celem polowań na zdrajców dla irackich grup terrorystycznych. foto: M. Baraniewicz

11 


NR 02/2010

Z Krystyną Prońko rozmawia Konrad Szcześniak - Dobry „sceniczny” głos to dar czy efekt ćwiczeń? - Jedno i drugie, ale myślę, że talent wokalny jest jednak dany z góry. Jak się go nie pielęgnuje, to wtedy nic z tego nie ma. A jak się dba o to, żeby działał i się rozwijał, to działa i rozwija się. - Ale nie zawsze przez długie lata. Niestraszne pani wyeksploatowanie muzycznie? - Ale chodzi o wyeksploatowanie mózgu czy gardła? Jeśli się ćwiczy dużo i prawidłowo, to eksploatacja nie niszczy. Chyba że jakaś choroba się przypęta. - Nauczycieli eksploatacja niszczy już po paru latach... - Bo nauczyciele mówią bardzo złą emisją. Nie umieją prawidłowo oddychać, nie potrafią swego aparatu rozluźnić. To jest nieprawidłowa emisja mówiona. Nikt jej nie trenuje, bo nie przywiązuje do tego wagi, sądząc, że ta nabyta chrypa sama minie. Stąd te negatywne efekty. Emisja i oddychanie powinny być takie same podczas mówienia i śpiewania. Reszta to muzykalność albo jej brak. - W piosence „Nie ma już nic na bis” śpiewa pani: „Zaczepić się przy czymś pewniejszym niż ten śpiew”... - Bo to rzeczywiście bardzo niepewny chleb. - Po tylu latach kariery zdarzają się jeszcze momenty zwątpienia? - Tak, zdarzają się. Ja w pewnym momencie zrozumiałam, że artystą się nie jest, lecz jedynie bywa. Taki okres w życiu. Bo artysta to nie zawód, to stan ducha. Krótkotrwały. Poza tymi stanami artystycznego uniesienia człowiek robi jeszcze setki innych rzeczy niemających ze sztuką nic wspólnego. I jak się potrafi oddzielić je od pracy artysty, chwile zwątpienia przychodzą rzadziej. Rola artysty mi odpowiada, tylko następuje coś takiego jak zmęczenie. Zresztą po 40 latach pracy, a ja tyle pracuję, mam prawo poczuć się zmęczona, co nie znaczy, że wypalona. - Dlaczego więc nie przerzuciła pani spraw organizacyjnych na jakąś firmę fonograficzną? - Ja wolałam własną małą firmę i nie związałam się z żadną dużą, bo nie chciałam. Poza tym mam współpracowników, którzy pomagają mi w różnych sprawach organizacyjnych. - A jeśli owo zmęczenie to konsekwencja dzisiejszych czasów? Ponoć czasy są nieprzychylne dla kultury... - ...bo są. Kiedyś kultura była finansowana z budżetu państwa bardziej niż teraz. Była dotowana. Ale miało to swoją mroczną stronę, bo państwo finansowało, a z drugiej strony bardzo eksploatowało artystów poprzez np. Estrady i te wpływy, które Estrady pozyskiwały, szły z powrotem do budżetu państwa na cele dla mnie bliżej nieznane. Jednak kultura miała znacznie 12 

więcej pieniędzy niż w tej chwili. - Najwyraźniej rynkowość kultury się nie sprawdza. Czy jest jakaś inna droga? - Jest – kultura niezależna. To ona właśnie rzeczywiście przyczynia się do rozwoju kultury, natomiast rynkowość prawie nigdy. Gdy chodzi o zarobienie pieniędzy, pojawia się kultura nie najwyższych lotów. Kiedyś, żeby występować na estradzie, nie wystarczyło ukończenie studiów muzycznych. Trzeba było przejść przez absurdalne eliminacje komisji weryfikacyjnej, która decydowała o występowaniu na scenie. Dziś jedyną weryfikacją jest reakcja publiczności. A gusta i potrzeby dzisiejszej publiczności są bardzo niskie. Kiedyś nie było tak wielu przypadkowych artystów. Nie było tak wielu bubli artystycznych. Ale też radio bardziej dbało o poziom odtwarzanej muzyki, spełniało misję kulturotwórczą. - Dziś media katapultują do sławy błyskawicznie, ale i porażki są bardziej spektakularne. Jury w wyborach typu „Idol” ma władzę niczym kciuk cezara i z niej ochoczo korzysta. Nie chciałaby pani zdecydować o czyimś losie? - Nie, nie chciałabym. Mnie taka forma jurorowania zupełnie nie odpowiada. Taka katapulta daje w większości przypadków sławę, powiedziałabym, półsekundową, co bym przeliczyła na jakieś trzy miesiące. - A byłaby pani surowa czy łagodna? - Pewnie nie byłabym w ogóle, bo bym tej propozycji nie przyjęła. - Dotyczy to też innych programów? „Mam talent”? - „Mam talent” nie jest typowo wokalnym programem. Występuje ktoś, kto umie puszczać balony czy stać na głowie. „Idol” był wyłącznie wokalny. - Ale i tu, i tu dochodziło do starcia osobowości występujących po obu stronach stolika.

foto: M. Baraniewicz

- No, nie wiem… Raczej chodziło o to, aby program był atrakcyjny dla widzów. To była licencja, w której jurorzy mieli powiedziane, jak mają się zachowywać. Jeśli ktoś się godził na to, aby nim manipulowano, to brał tę rolę. Takie programy telewizyjne są moderowane. Tam juror nie za bardzo ma coś do powiedzenia. Musi się dostosować do tego, czego oczekuje od niego producent, a nie wyrażać swoje racje. Co do mego jurorowania, to odbyły się już wstępne castingi publiczne do „Debiutów” opolskich i tylko pod tym warunkiem, że nikt mi nie będzie mówił, jak mam oceniać i co mówić, przyjęłam jurorowanie w programie „Śpiewaj i walcz”. Mamy jeszcze kilka programów, ale one będą już grane na żywo. To będzie wokalne reality show w TVP1. Zawsze w piątek. - I jeszcze słowo dla początkujących wokalistów... - Najpierw trzeba sprawdzić (nie wiem jaką metodą, bo takiej metody nie ma), czy talent, który jest niezbędny do uprawiania tego zawodu, jest w was. A jak jest, to przygotujcie się na stres i ciężką, ciężką, pracę. I tego wam życzę (śmiech). - Na koniec mężczyźni w życiu Krystyny Prońko. Kiedyś w odpowiedzi na pytanie o ideał mężczyzny stwierdziła pani, że nie spotkała. Czy to aktualne? Znaczy że tak wysoko postawiona poprzeczka? - Nieee. Chyba niezbyt zręcznie ktoś wtedy zapytał. Nawet dzisiaj śpiewała na scenie NDK młoda kobieta (M. Marfiany - KS) „Gdzie ci mężczyźni”. Myślę, że świat się zmienia. A z nim my wszyscy…


Hoodie is not a goodie Janina Janik

Kilka lat temu pojawiła się i błyskawicznie podbiła rynki odzieżowe młodzieżowa moda na bluzy z kapturami – tzw. hoody. No cóż, mówi się, że nowe to to samo co stare, tylko dawno zapomniane. Kaptury były już modne jakieś 500 lat temu, a nawet był taki jeden, zwany Robinem z Sherwood, który wszedł do historii właśnie dzięki często noszonemu wdzianku z kapturem (mam na myśli oczywiście Robin Hooda, ponieważ nie posiadam wiedzy co do żywota drugiej, równie słynnej zakapturzonej postaci – Czerwonego Kapturka). Dlaczego więc ludzie błyskawicznie podzielili się na dwa obozy – z jednej strony zakapturzone nastolatki, z drugiej oburzone społeczeństwo? W Wielkiej Brytanii napis na drzwiach do sklepu „No hoodies” nie jest niczym nadzwyczajnym. Tłumaczenie jest takie, że kamera sklepowa zarejestruje fakt ewentualnej kradzieży, ale nie sposób potem udowodnić przestępstwa osobie, której twarz kryła się za kapturem, więc taki „hoodie” jest właściwie bezkarny. Nie sądzę, aby pojedyncze przypadki kradzieży sklepowych rzeczywiście przyczyniły się do fali niechęci wobec zakapturzonych. Wzrost przestępczości wśród młodocianych robi znacznie większe wrażenie i dotyczy szerszej grupy osób niż kradzieże w sklepach. Niemoc policji i sądów w egzekwowaniu prawa, szczególnie wśród małoletnich, jest większym problemem niż „zajumanie” napoju czy gumy do żu-

cia. Strach przed ulicznymi chuliganami o niewidocznych twarzach (w UK zwanymi też „yobbo”) to czynnik decydujący o tym, że z niechęcią i uprzedzeniem spoglądamy na nastoletnią buzię pod kapturem. Słyszałam ostatnio taki kawał, że Polska jest jedynym krajem, w którym sprzedano pół miliona kijów bejsbolowych i 20 piłeczek. Hm, od razu wyobraźnia podsuwa obraz łysego pakera w dresowej bluzie z kapturem dzierżącego kij w ręku bynajmniej nie w celu uprawiania sportu. Hoodie is a goodie Dwa lata temu w Wielkiej Brytanii ruszyła kampania na rzecz obrony zakapturzonych, którzy chcieli udowodnić, że nie są gorsi od młodzieży w mundurkach czy garniturach. Statystyki wykazują jednoznacznie, że ogromna większość zakapturzonych nastolatków kocha swoich rodziców, ma plany na przyszłość związane z edukacją, jest przeciwna używkom wszelakiego rodzaju itd. Czyli dzieci anioły. Moi nastoletni synowie noszą wyłącznie sportowe rzeczy, m.in. bluzy z kapturami. Ich koledzy również zakładają garnitury tylko na egzaminy szkolne. Nie wierzę w ich aniołkowatość, ale wiem, że są w porządku. Rozrabiają, i owszem, ale to ze szczeniackiej ciekawości świata lub z nudów. Bo w naszym mieście nadal nie ma wystarczającej oferty na spędzenie wolnego czasu. Jako belfer z nastoletnim stażem sądzę, że ogromna większość głupich i szkodliwych wyczynów bierze się stąd, że młodzież nie ma się

Sprostowanie czy odpowiedź? Marcin Miłkowski

Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia otwieramy gazetę i czytamy o sobie taki tekst: Jan Kowalski, mąż Anny Kowalskiej, w zeszły piątek odwiedził... dom publiczny przy ul. Wesołej... SPROSTOWANIE zabrzmiałoby tak: nie mąż, lecz narzeczony, nie Anny Kowalskiej, lecz Anny Nowak, nie dom publiczny przy ul. Wesołej, lecz kasyno przy ul. Rozrywkowej. ODPOWIEDŹ zabrzmiałyby tak: Jan Kowalski, inspektor wojewódzkiej izby skarbowej wykonywał tego dnia w ramach czynności służbowych audyt podatkowy w firmie „Gang Olsena” prowadzącej salon masażu „Czerwone serduszko” przy ul. Wesołej oraz kasyno przy ul. Rozrywkowej. Uprasza się redakcję o większą staranność podczas opisywania zdarzeń, gdyż podawane w sposób wybiórczy mogą wprowadzić czytelników w błąd i przez to naruszyć dobre imię szanowanego urzędnika państwowego, które jest niezbędne do wykonywania zawodu inspektora podatkowego. Wolność słowa to pierwsza zasada demokracji. Mówi się, że po władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej media to czwarta władza. Jednakże jak każda z wymienionych powyżej, również media potrafią swojej władzy nadużywać. Co wtedy? W dojrzałej demokracji istnieje narzędzie, które powinno temu zaradzić, a jest nim… zdrowy rozsądek obywateli? Być może, ale oprócz tego kodeks cywilny oraz prawo prasowe. I

tu dochodzimy do drugiej zasady demokracji. Druga zasada to egzekwowalne prawo, które obowiązuje wszystkich graczy, czyli wszystkich uczestników demokracji: osoby fizyczne, organizacje, podmioty państwowe, prywatne, urzędy, korporacje, media. Czym jest wolność prasy? Ustawa Prawo prasowe widzi to tak: Prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej. Stwierdzenie brzmi dość formalnie, ale wydaje się klarowne. Idąc dalej, można by zacytować inny fragment: Każdy obywatel, zgodnie z zasadą wolności słowa i prawem do krytyki, może udzielać informacji prasie oraz Nikt nie może być narażony na uszczerbek lub zarzut z powodu udzielenia informacji prasie. Dalej dojdziemy do obowiązków, jakim muszą sprostać media: Prasa jest zobowiązana do prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk. No właśnie! - a co jeśli gazeta pisze nieprawdę?

czym zająć. W naszym mieście nie ma aquaparku, kluby takie jak modelarnia czy klub żeglarski zrzeszają jedynie kilkadziesiąt osób. Jest Dom Kultury, ale, jak sama nazwa wskazuje, placówka ta proponuje zajęcia taneczne, muzyczne itd. tylko nie sportowe. Brak hali sportowej, w której można by nieodpłatnie wyżyć się i poćwiczyć, jest dla młodzieży bardzo dotkliwy. To szerszy problem, ale puenta jest prosta. Młodzież chodzi w kapturach nie dlatego, że jest zła, a kaptur służy jako znak ostrzegawczy – z drogi, bo jestem zły i groźny. Młodzież chodzi w kapturach, bo taka jest moda. A agresywnych i twardogłowych młodocianych jest dokładnie tylu, ilu agresywnych dorosłych o zakutych łbach. Agresywnym i bezwzględnym można być równie dobrze w garniturze czy sukience. Możemy nie wpuścić zakapturzonego do sklepu, dredziarza nie przyjąć do pracy, a łysemu odmówić pomocy – za wygląd, który nie licuje z naszym wyobrażeniem o wartościach tradycyjnych wyrażonych m.in. w sposobie ubierania się (znam nauczycieli, którzy karzą gorszymi stopniami uczniów niekonwencjonalnie ubranych czy uczesanych i otwarcie podają powody takiego traktowania). Możemy, lecz to jest jedynie udawanie, że w ten sposób wyeliminujemy jakiekolwiek problemy. Pani w szkole, która obniża ocenę „metalowi” za długie włosy i czarny skórzany płaszcz, wykazuje się jedynie nieudolnością życiową i niezrozumieniem istoty młodości, a także strachem przed tymże „metalem”. Następnym razem, jak trafi nam się taki łysy w kapturze, bądźmy dla niego przyjaźni, a na pewno odwdzięczy się tym samym. Quid pro quo.

Pokrzywdzonemu przysługuje sprostowanie lub odpowiedź. W sprostowaniu korygujemy nieścisłe lub nieprawdziwe zdarzenia, w odpowiedzi możemy sobie pozwolić na wytłumaczenie czytelnikom prawdziwej istoty rzeczy, która została zagubiona lub przekręcona w nierzetelnym artykule. Pismo kierujemy do redaktora naczelnego gazety, a ten ma obowiązek wydrukować tekst w jednym z najbliższych wydań lub wskazać, które fragmenty i dlaczego są niezgodne z prawem prasowym. Prawo prasowe mówi: Jeżeli odmowa nastąpiła z przyczyn wymienionych w ust. 1 oraz ust. 2 pkt 1-3, należy wskazać fragmenty, które nie nadają się do publikacji. Mamy prawo do korekty naszego tekstu tyle razy, ile będzie trzeba. Jeśli jednak redakcja odmówi sprostowania, pozostaje sąd. Jeżeli mamy dobrze napisany tekst, naprawdę nie trzeba iść do prawnika. Wystarczy przeczytać uważnie wybrane fragmenty ustawy, ewentualnie kilka komentarzy dostępnych w Internecie. Ustawa z 26 stycznia 1984 r., Prawo prasowe, mówi o tym w sposób następujący: Rozdział 5, Sprostowania i odpowiedzi, Art. 31. Na wniosek zainteresowanej osoby fizycznej, prawnej lub innej jednostki organizacyjnej redaktor naczelny redakcji właściwego dziennika lub czasopisma jest obowiązany opublikować bezpłatnie: 1) rzeczowe i odnoszące się do faktów sprostowanie wiadomości nieprawdziwej lub nieścisłej, 2) rzeczową odpowiedź na stwierdzenie zagrażające dobrom osobistym. Jak wygląda realizacja ustawy Prawo prasowe przez redakcje gazet w praktyce? Najlepiej przekonać się samemu, zatem pióra w dłoń szanowni Państwo!

13 


Wojna światów czy światków lokalnych?

NR 02/2010

Jarosławna

W roku wyborczym zaczyna się rozliczanie. Szczególnie modne, zwłaszcza w nowinnej nyskiej gazecie, stało się rozliczanie z wydawania publicznych pieniędzy. Publikuje się informacje, kto na ten przykład ile wydał na telefon, i od razu komentarz, że za dużo dzwonił na koszt podatnika. To jest jeszcze do przełknięcia, chociaż sądzę, iż w dzisiejszych czasach oskarżenie, że ktoś wykorzystał telefon służbowy aby zadzwonić do koleżanki, jest śmieszne choćby ze względu na cenę rozmów telefonicznych. Chyba że oskarżyciel ciągle tkwi w czasach sprzed ćwierć wieku, kiedy posiadanie telefonu było reglamentowanym przywilejem władzy, ale o tym później. Zupełnie natomiast nie rozumiem tekstów, w których piętnuje się wyjazdy zagraniczne (nie wczasy, lecz konferencje, spotkania organizacyjne i inne) osób decyzyjnych, a zaraz potem jest wypowiedź matki, której NFZ nie dał pieniędzy na chore dziecko, i komentarz, że gdyby nie bezsensowne wyjazdy pani/pana X, to znalazłyby się pieniądze na leczenie. Chore dziecko nie dostało pieniędzy, bo cały system opieki zdrowotnej jest taki, że trzeba mieć dużo zdrowia i pieniędzy, aby chorować (przepraszam za banał), a nie dlatego, że ktoś z władz Nysy (należący do bardzo nielicznej grupy znających języki obce) pojechał na konferencję z wykładem. To jest manipulacja opinią publiczną, ale jakiej opinii można się spodziewać po nyskim magnacie medialnym, którego doświadczenia ze współpracy zagranicznej polegają jedynie na

sprzedaży ciuchów w Berlinie Zachodnim 20 lat temu. Bazarów już nie ma, języka obcego jak się nie znało, tak i nie zna dalej, pieniędzy nie ma nawet żeby drewniany płot na podwórku naprawić, więc najlepiej jest ogłosić się patriotą i stwierdzić, że nie jeździ się zasadniczo, bo się jest wielkim obrońcą nyskiej osady. A to, że osady na razie nie ma, to nic – zaraz zbudujemy, ogłosimy głodówkę/protest/referendum/pobór powszechny, oddzielimy się od reszty świata i na nic nam jakaś tam Europa. I jak? Pojechała „taka jedna” za pieniądze nasze, podatników, i co? A nic. Ani worków z darami nie przywiozła, ani ciuchów nie sprzedała. Nawet wódki się nie napiła. Na marne wyjazd poszedł. A jakieś tam kontakty, partnerskie instytucje i miasta, współpraca kulturalna, wymiana młodzieży – na co nam to, jak można przecież i w domu posiedzieć, i gazetkę ciekawą poczytać (za jedyne 2,5 zł). A w gazetce pełno sensacji, bo w naszym mieście są sami złodzieje i hołota, a z porządnych ludzi tylko garstka – właśnie ci, którzy na języki obce i edukację czasu tracić nie będą. Zresztą nie można powiedzieć, że niekulturalni, bo sporo czasu w muzeum spędzają, książki piszą, uświadamiają lud nyski. A że ich nikt na konferencje nie prosi, to tylko przez ciemnotę organizatorów konferencji, którzy z Białorusi na pewno są i dlatego na dobrych ludziach z Nysy, głoszących nowiny, poznać się nijak nie mogą, jak zresztą i policja, sędziowie, prokuratorzy, imigranci z ZSRR i inni tam bezwartościowi obywatele.

I słusznie, że jak takich przepraszać, to lepiej iść do więzienia. Tam się można męczennikiem ogłosić, bo już się nieraz ogłaszało, m.in. za spanie na styropianie, a raz nawet za to pieniądze dali (coś ze 25 tys.). Widzę w naszym mieście konflikt nie tylko pomiędzy ugrupowaniami politycznymi - to nie jest wojna światopoglądów w ogóle, lecz stara jak świat wojna pokoleń, tzw. generation gap. Są u nas tacy, którzy zasadniczo występują przeciwko wszelakim zmianom, budowom, przeciwko wszystkiemu co nowe, europejskie, kosztowne. Dla nich osiągnięcia sprzed 40 lat są aktualne, tytuł magisterski robi nadal wrażenie edukacji najwyższego szczebla, zmiany zawsze są podejrzane, a innowacyjność napawa lękiem atawistycznym. Ma być szaro, swojsko, wokół wszyscy znajomi, żadnych tam nowości. Rzeczywisty wiek nie ma aż tak dużego znaczenia, to jest po prostu myślenie dawnego typu (chociaż wyborców swoich grupa ta rekrutuje głównie z osób starszych). No cóż, znany jest w całej Polsce przykład imperium medialnego zbudowanego na mocno starszych osobach, które to dotychczas mocno się trzyma, także finansowo. Ale życie przynosi zmiany i zaprzeczanie tym zmianom niczego nie zmieni. Nysa rozrasta się, pozytywne przeobrażenia widać gołym okiem, przyjeżdżają do nas interesujący ludzie i mówią, że słyniemy w całym kraju z promocji kulturalnej, mamy fantastyczną aktywną młodzież, która plany na przyszłość wiąże z naszym miastem. Świat stoi przed nami otworem. A ci, którzy się tego szerokiego świata boją, niech nadal uprawiają wojnę światków. Najlepiej między sobą - światopoglądowymi emerytami.

School, parents, children - learning by doing together Pod koniec kwietnia b. roku do Nysy zawitają niezwykli goście, przedstawiciele 4 krajów partnerskich (Portugalia, Rumunia, Cypr i Finlandia), którzy wraz z polskim partnerem realizują projekt pt. „School, parents, children - learning by doing together”. Projekt dotyczy zaangażowania młodzieży szkolnej w zajęcia pozalekcyjne, które umożliwią rozwój własnych ta-

14 

lentów i zainteresowań i ułatwią komunikację międzypokoleniową. Projekt jest realizowany z środków FRSE Grundtvig i jest projektem partnerskim, czyli koncentruje się na współpracy pomiędzy instytucjami o różnych profilach, z różnych państw europejskich, a wszystko w celu wymiany doświadczeń i wzajemnego poznania się.

Podczas pobytu w Nysie 23-osobowa grupa zwiedzi nasze miasto, zabytki, a przede wszystkim zapozna się z pracą Nyskiego Domu Kultury - wszak placówka ta posiada ogromne doświadczenie w organizacji zajęć pozalekcyjnych. Projekt realizowany jest wspólnie ze Stowarzyszeniem Ad Astra, które jest partnerem projektu.


W tej części Inferii odpowiadamy na największe zagadki ludzkości Dziś na pytanie:

Janina Janik Gdy rozpoczynałam karierę kierowcy, to zawsze korzystałam z pomocy facetów – czy to przy parkowaniu, czy przy trudnym wyjeździe. Żaden nigdy nie odmówił pomocy i każdy był przeszczęśliwy, że ktoś go o pomoc poprosił. W dzisiejszym świecie mężczyźni tak rzadko mają wyraźną przewagę nad kobietami, że taka okazja jak wprawne wycofanie auta z wąskiego wyjazdu, na prośbę jakiejś pani (niekoniecznie blondynki), napawa ich dumą. Stąd obecnie, nawet gdy potrafię sama świetnie sobie poradzić, wolę poprosić faceta. Podwójna korzyść, bo sprawa załatwiona, a i dobry uczynek (poprawa samopoczucia i wzmocnienie wiary we własne możliwości u wykorzystanego chłopa) jest na koncie. Oczywiście takie teksty – jak jedziesz, babo! – też się zdarzają, bo kierowca to jest istota zasadniczo agresywna, lecz tym się przejmować nie należy. Jestem starej daty i wierzę, że są prace typowo męskie i typowo kobiece. Do tych ostatnich

zaliczam wyłącznie sztukę makijażu, natomiast bardzo chętnie uznaję męską wyższość z sprawach związanych ze śrubkami, rurkami i żarówkami. Mnie te ostatnie trzy rzeczy nie interesują w żaden sposób, wystarczy mi sama wiedza, że istnieją tak nudne rzeczy na świecie, a rozróżnianie ich jest jedynym wysiłkiem, który jestem gotowa poczynić. Reszta to domena facetów. Więc bardzo proszę – niech się popisują przede mną ile wlezie w powyższych kwestiach, bez żadnego uszczerbku dla mojego, kobiecego samopoczucia i tutaj każdej feministce powiem – precz! Faceci mogą, a nawet powinni o wiele lepiej ode mnie jeździć, skręcać, wymieniać koła, rurki i inne składniki samochodowe. Uznaję ich wyższość bezwarunkowo i się z tej wyższości bardzo cieszę. Wystarczy mi, że oni te kółka, rurki, śrubki i inne niezwykle mądre rzeczy będą odkręcać dla mnie, za mnie i beze mnie. Niech sobie będą królami w tym królestwie, do którego żadna kobieta nie chce nawet zajrzeć. Et voilà, c’est tout!

Grzegorz Skomorowski – Szkoła nauki jazdy Jeśli patrzeć pod kątem bezpieczeństwa, to kobiety jeżdżą lepiej. Tzn. wolniej i bardziej bojaźliwie, ale to nie są minusy. Spokojnie znaczy bezpiecznie. Czasem przez to są zawalidrogami, ale dojeżdżają do celu. Natomiast w technice kierowania pojazdem wygrywają mężczyźni. Widać to szczególnie podczas parkowania. Jednak, o dziwo, nie widać tej przewagi podczas egzaminu na prawko. Nie mogę powiedzieć, że mężczyźni zdają częściej. Kobiety są odporniejsze na stres, potrafią się lepiej skupić w takich sytuacjach. Oczywiście nie wszystkie. Mężczyźni na egzaminie jeżdżą zwykle agresywnie. Najczęstszym ich błędem jest wymuszenie pierwszeństwa i niezatrzymanie się na stopie. Czują się za pewnie. Kobieta jedzie rozsądniej i zwraca uwagę na takie rzeczy, potrafi się skupić i zaliczyć. Jak widzę z własnej praktyki, egzamin za pierwszym razem zdaje około 30% podchodzących bez względu na płeć. 80-85% zdaje do 3. razu. Rekordzista miał 8 podejść. Po kilku latach jazdy obie płcie jeżdżą całkiem inaczej. Człowiek dojrzewa emocjonalnie i charakter jazdy się zmienia. Mogę stwierdzić, że wolę uczyć kobiety, choć zdarzają się im np. takie sytuacje: Jadę już z kobietą na egzamin, ostatnie zajęcia, wyjeżdżamy ze skrzyżowania i wbija jedynkę, wiadomo że trzeba na dwójkę, a ona ze stresu zaciągnęła ręczny. Inna z kolei zatrzymuje się na skrzyżowaniu na zielonym. Pytam, czemu nie jedzie, a ona „No jak mam jechać, przecież jest zielone!”. Policjanci pytani o wyższość jednej płci nad drugą za kółkiem mówią: Kobiety powodują kolizje, zaś mężczyźni wypadki. Po kobietach można się spodziewać najechań, otarć, szkód wynikłych ze złego parkowania itd. Po mężczyznach brawury lub nadmiernej szybkości. Jak wypadek powoduje kobieta, trzeba się liczyć z pyskówką lub dąsami. Gdy mężczyzna, to trzeba wzywać pogotowie, a nawet karawan. Anonimowe wypowiedzi na forum internetowym: Kobietom powinno się zakazać prowadzić jakiekolwiek pojazdy. Trzy lusterka w samochodzie służą do poprawiana makijażu. Parkują tak, że jak się uda, to OK, a jak nie, to nic się nie stanie, tylko parę zarysowanych obok aut. Zero koordynacji podczas jazdy, na skrzyżowaniu bez oznaczenia po prostu zakrywają oczy i czekają kiedy droga będzie pusta. Jeśli mężczyzna obrzuca inwektywami „elkę”, którą jadę z kursantem, raz w tygodniu, to kobieta robi to raz na kwartał albo raz na pół roku. Zresztą wszelkie buractwo czy „fucki” to domena mężczyzn. 15 


INFERIA 8  

Magazyn kulturalny Stowarzyszenia Ad Astra w Nysie

INFERIA 8  

Magazyn kulturalny Stowarzyszenia Ad Astra w Nysie