Page 1

Nr 3/2009 cena 0 zł

KULTURA WALCZY Z KÓLTÓRĄ

s. 4 POLITYKA KOSZTEM DZIECI

s. 6

Z o om na domy kultury

s. 8

ZŁOTY sms

M

ONIKA

AMIŃSKA

s. 10 dyrektor Ogniska Plastycznego w Nysie

YN

P

l

.p com

a.

eri f n S i A w. PR ZA ww M ZA

SZ

A AN

TAL R O

1 


2 

NR 3/2009


Kontakt z nami:

STOWARZYSZENIE AD ASTRA w Nysie Mail: ad_astra@onet.eu Projekt graficzny wydania Michał Baraniewicz

Stara Waga

W trakcie swej 400-letniej historii Stara Waga dwukrotnie bardzo poważnie ucierpiała. Pierwszy raz w 1807 r. podczas oblężenia Nysy przez wojska napoleońskie, kiedy to została poważnie uszkodzona w trakcie ciężkiego ostrzału artyleryjskiego. Pamiątką po tych wydarzeniach jest wmurowana w południową elewację, na wysokości pierwszego piętra, żeliwna kula armatnia. Po raz drugi została zburzona w marcu 1945 r. Odpadły wówczas tynki z najcenniejszymi polichromiami. Przeprowadzona w latach 1947-48 odbudowa pozostawiła ją w stanie surowym. Co ważne, z przebogatego wystroju zachowała się jedynie figura Iustitii (rzymska alegoria Sprawiedliwości), która czuwała nad uczciwością handlu w książęcej metropolii. Przy takiej figurze kupców nie wypadało łupić

Lew

Impreza w dawnym stylu

W podcieniach budynku Starej Wagi stała jeszcze w latach 20. ubiegłego stulecia imponujących rozmiarów waga. Stała sobie lat 300 i nie zmogły jej wojny napoleońskie, mongolskie ani husyckie. Zmogli ją natomiast zacni nyscy mieszczanie. Podczas jednego z piwnych festynów, jaki miał miejsce w naszym grodzie, zaczęli sprawdzać, który z nich wypił więcej piwa. Wpadli na pomysł, by to stwierdzić za pomocą wagi. Pomysł wart Nobla. Okazało się to fatalne w skutkach dla wagi wykonanej z solidnego drewna dębowego. W wyniku pomiarów pozostały z niej połamane fragmenty i drzazgi, a sama waga przeszła do historii. Na podst. opowiadań Kazimierza Staszkowa

Nyski lew, wmurowany w Wieżę Bramy Ziębickiej, jest zdobyczą wojenną zagarniętą przez mieszczan nyskich w wyprawie na Ziębice w 1489 r. Wg pewnej anegdoty, dawniej był on ustawiony przy wejściu do pasażu między jezdniami ulicy Chopina, w miejscu, w którym dziś znajduje się kiosk Ruchu. W jego bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się dwie piwiarnie, serwujące znakomite nyskie piwo. Wiadomo – piwo i skutki jego nadmiernego spożycia! Lew znosił to cierpliwie, lecz pewnego dnia miara się przebrała. Rankiem zdumieni nysanie ujrzeli rozwinięty nad nim ogromny transparent, na którym prosił o zaprzestanie oblewania szacownej, bo przecież kilkusetletniej, facjaty. Nysanie nie przestali sikać, więc lew powędrował nad furtę wieży. Wg innej legendy lew jest obdarzony szczególną właściwością. Ponoć zaryczy, gdy go minie 16-letnia dziewica. Na razie milczy jak kamień. foto. M. Baraniewicz

3 


KULTURA WALCZY NR 3/2009

Z KÓLTÓRĄ! Polityka kosztem dzieci

Stowarzyszenie Ad Astra powstało rok temu z inicjatywy ludzi chcących wspierać działalność kulturalną w Nysie. Działa w myśl zasady „non for profit”, czyli wszystkie pozyskane środki przeznacza na cele statutowe, i nie po to, aby wchodzić w paradę NDK, lecz po to, aby wspierać kulturę w Nysie, realizując zadania, których nie mogą wykonywać instytucje (m.in. NDK), czyli programy dla organizacji pozarządowych (tzw. NGO). Pomimo tak krótkiego okresu istnienia Stowarzyszenie złożyło już wiele wniosków o dofinansowanie projektów. Brało udział w konkursach ogłoszonych przez UM w Nysie, Fundację Batorego, FOP, FRSE Grundtvig, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz innych. Dzięki dobrym projektom pisanym wolontarystycznie przez członków Stowarzyszenia udało się w tym roku między innymi zdobyć dofinansowanie na organizację półkolonii letnich dla 60 dzieci z gminy Nysa. Jednak nie wszyscy są zadowoleni. W niedawnym wydaniu prasy lokalnej, głoszącej „nowinę nyską”, znajduje się ogromny artykuł na temat tych właśnie półkolonii letnich, wyrażający zdecydowane niezadowolenie. Artykuł zawiera wiele nieprawdziwych zdań, bezpodstawnych insynuacji i kuriozalnych sformułowań, takich jak „wydojenie gminnej kasy” itp. Cytuję: „Kasa została ‘wydojona’” - pani redaktor Hołota opowiada z wypiekami na twarzy o rzekomych nadużyciach, jednak przezornie nie docieka, gdzie trafiły pieniądze, bo nawet ona nie jest w stanie zaprzeczyć, że w całości zostały przeznaczone na letni wypoczynek dzieci, które dzięki temu miały świetną opiekę, ciekawe zajęcia i dobre wyżywienie, gdyż Ad Astra zadbała o dobre wykorzystanie gminnych pieniędzy. Projekt ów nie generował żadnych zysków. Oprócz społecznej pracy swoich członków Stowarzyszenie dopłaciło sto 4 

kilkadziesiąt złotych w postaci opłat bankowych z własnych pieniędzy składkowych (wpłaty gotówkowe i prowizje). Więc o co pani chodzi, pani redaktor? Pozazdrościła pani sławy? Dobrego imienia? Przecież Stowarzyszenie nie zrobiło tego dla chwały. Półkolonie letnie to nie jest jakiś medialny temat (co innego sprzedaż działek w rynku). Niewiele osób wiedziało o trudach i wysiłkach. A pracy było sporo, projekt trzeba było napisać, zawrzeć umowy, zrobić zakupy zgodnie z budżetem, zorganizować wyżywienie, opracować plan wypoczynku i wystąpić o pozwolenie do kuratorium i sanepidu. A potem trzeba było jeszcze rozpisać sprawozdania i opisać liczne faktury. I to wszystko ktoś zrobił za darmo, w czynie społecznym! Po co? Po to by dzieci mogły przez dwa tygodnie szaleć i cieszyć się życiem! Nie jest to jedyny nasz projekt. Stowarzyszenie pozyskało również w tym roku środki na program pracy z trudną młodzieżą i rodzicami, tzw. „wild children” z FRSE Grundtvig. Czy to też przeszkadza pani radnej i dziennikarce Hołocie? Czy przeszkadza jej działalność wszystkich innych stowarzyszeń w Nysie? Może więc następny będzie artykuł o Stowarzyszeniu Pro Schola Musica, działającym przy szkole muzycznej i realizującym projekty dofinansowane przez gminę, na bazie nauczycieli, instrumentów i sal szkoły muzycznej? Nauczycielom przygotowującym dzieci do koncertów w ramach projektu płaci szkoła muzyczna i pani to w ogóle nie przeszkadza? A co z licznymi stowarzyszeniami działającymi przy szkołach podstawowych? O co chodzi? Może o to, że Stowarzyszenie Pro Schola ani dziesiątki innych nie wydają gazety, a Ad Astra i owszem! Gazeta stowarzyszenia Ad Astra ma piękną szatę graficzną, fantastyczne zdjęcia, pełny kolor i nie opluwa ludzi, lecz pisze o ich talentach. Stowarzyszenie przejęło wydawanie ni-

niejszego czasopisma od NDK, ale Nyski Dom Kultury dotychczas nie zapłacił ani złotówki za reklamy swoich imprez zamieszczane w „Inferii”. Jesteśmy bodaj jedyną gazetą w Nysie, która nieodpłatnie zamieszcza reklamy imprez kulturalnych organizowanych przez NDK. „Inferia” nie przynosi pieniędzy, daje jednak satysfakcję – i co pani na to? Pani radna Wąsowicz-Hołota nie pisze wniosków o wypoczynek dla dzieci, ale bardzo jej przeszkadza, że ktoś inny to zrobił. Czy jej wyborcy wiedzą, że tak jest? Czy rodzice tych dzieci, wiedząc to, pójdą do urny wyborczej w przyszłym roku i zaznaczą krzyżykiem jej nazwisko? Ciśnie się na usta pytanie: dlaczego do konkursu gminnego o organizację letniego wypoczynku nie stanęło Nyskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne? – znane szerzej jako wydawca „Nowin Nyskich”, pracodawca pani redaktor naczelnej Wąsowicz-Hołoty, (pani Danuta jest również skarbnikiem Towarzystwa). Przecież „społeczno” oraz „kulturalne” świetnie wpisują się w organizację półkolonii letnich, zatem dlaczego nie wy?! Nie lubią państwo dzieci? Macie państwo bardzo wiele zastrzeżeń do nas. Zalecamy chwilę nieszkodliwej autorefleksji. Czy w kontekście absurdalnych oskarżeń pod adresem Ad Astry organizującej półkolonie dla dzieci nie dziwi fakt, że władze Nyskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego same siebie zatrudniają? A ponadto używają stowarzyszenia społeczno-kulturalnego do organizacji własnych kampanii politycznych! I robią tak od lat! Zapraszamy państwa do kolejnego konkursu gminnego na organizację półkolonii letnich dla dzieci, na który na pewno napiszemy projekt również w przyszłym roku. Jejku! To będzie na chwilę przed wyborami! Może jednak się państwo skuszą? Feliks


ARCHITEKTURA BAROKU ZABYTKOWEJ ZABUDOWY NYSY Michał Baraniewicz

Barok w Nysie pojawił się w drugiej połowie XVII wieku i panował do drugiej połowy wieku XVIII. Wzniesiono wtedy liczne budowle świeckie i sakralne, które należą do czołowych dzieł śląskiej architektury tego okresu i zaważyły w dużej mierze na rozwoju barokowego budownictwa tego regionu.

Najważniejszymi budowlami barokowymi w Nysie są: Pałac Biskupi, kościół Wniebowzięcia Panny Marii wraz z kompleksem „Carolinum”, kościół św.św. Piotra i Pawła, Fontanna Trytona i studnia na ul. Wrocławskiej.

Nyski Pałac Biskupi sięga początkami lat panowania biskupa Karola, arcyksięcia austriackiego. To właśnie on polecił rozpoczęcie budowy reprezentacyjnej rezydencji. Budowę ukończono w 1729 roku. Cechy fasady pałacu, formy stylowe i artystyczne wskazują, że projekt prawdopodobnie pochodził od wybitnego architekta Christophorusa Tauscha. Tausch wykonał również projekt gimnazjum jezuitów i szpitala Świętej Trójcy, jemu przypisywany jest także projekt architektoniczny kościoła św.św. Piotra i Pawła w Nysie. Kościół ten (dawny kościół Bożogrobców) to najwspanialsza barokowa świątynia nyska z lat 1720-

27 wykonana przez M. Kleina i F.A. Hammerschmita. Bogactwo dekoracji oraz wspaniała polichromia iluzjonistyczna na sklepieniu

Fontanna Trytona została wzniesiona w latach 1700-1701 ze sławniowickiego marmuru. Jej pierwowzorem była rzymska Fontanna del Tritone (wykonana w 1637 r. przez Giovanniego Lorenzo Berniniego dla papieża Urbana VIII Berberiniego, usytuowana na placu Berberini).

(1730) autorstwa Krzysztofa Tomasza i Feliksa Antoniego Scheflerów czynią wnętrze świątyni jednym z najwybitniejszych na Śląsku.

Piękna Studnia (Schöne Brunnen) jest jedną z kilku dawnych studni miejskich. Jest arcydziełem barokowej sztuki kowalskiej. Cembrowina wykonana jest ze sławniowickiego marmuru i została nakryta wspaniałą, wykutą z żelaza kratą. Wykonał ją w 1686 r. Wilhelm Helleweg - zarządca nyskiej mennicy. Fundatorem był ówczesny burmistrz Nysy Kasper Naas.

foto. M. Baraniewicz

5 


Bauman - to także dotyczy domów kultury.

NR 3/2009

m Janusza Byszewskiego, animatora kultury, współtwórcę Laboratorium Edukacji Twórczej pytamy o jego wizję idealnego domu kultury. Paulina Capała: Mówiąc o nowoczesnym domu kultury, podkreśla pan, że powinno być to miejsce autorskie. Jak to rozumieć? Janusz Byszewski: Koncepcja domu kultury jako miejsca autorskiego jest w pewnym sensie zaczerpnięta od analogicznej sytuacji dotyczącej galerii lub muzeum. Najważniejsza jest pewna koncepcja, którą ma i realizuje autor: kurator, krytyk sztuki, animator kultury albo dyrektor instytucji kultury. Polskie domy kultury mają złą tradycję. Nadal tkwią w starym systemie. Szczególnie w mniejszych miejscowościach narażone są na polityczną manipulację. Uważam, że istnieją proste, demokratyczne zasady, które pozwalają takiej sytuacji uniknąć. W Polsce niestety one jeszcze słabo funkcjonują. Mam na myśli kadencyjność stanowiska dyrektora. W przypadku muzeów, wielkich festiwali, np. Biennale w Wenecji lub Documenta w Kassel dyrektorzy wybierani są na 2 czy 4 lata. Elementem weryfikującym ich kompetencje są konkursy. Zwycięża po prostu najlepsza oferta, pewna idea - autorska wizja. Później dyrektor odpowiada za realizację swojego konceptu. Wiem, że teraz przenoszę dom kultury ze sfery administracji w obszar sztuki, ale uważam, że właśnie tak powinno się myśleć o nowoczesnej instytucji kultury.

Wywrócić dom kultury do góry nogami? - W niektórych przypadkach tak! Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że są domy kultury, w których na przykład świetnie funkcjonują pracownie plastyczne albo sekcje muzyczne. Nie namawiam do tego, żeby co cztery lata robić zwrot o 180 stopni. 6 

Liczyłbym raczej na to, żeby moment wyboru nowego dyrektora stał się pretekstem do refleksji nad funkcjonowaniem takiej instytucji. Powodem do zadania sobie pytania - czy idziemy w dobrym kierunku, czy jesteśmy otwarci na zmieniającą się rzeczywistość, czy podążamy za zmianami, czy zauważamy to, co dzieje się za oknami domu kultury.

Jest pan zwolennikiem wizji domu kultury, który pracuje w sposób podobny do organizacji pozarządowych... - Praca metodą projektu jest tu niezwykle istotna. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: praca metodą projektu to szybkie reagowanie na zmieniającą się rzeczywistość. I znowu poprzez analogię do sztuki: odwołajmy się do pojęcia sztuki aktualnej. Program domu kultury musi być aktualny. Musi reagować na to, co wokół niego się dzieje. Sztywna struktura, często niezmieniona od lat 50. z podziałem na pracownie, kluby seniora, kluby szachowe, brydżowe i panie, które haftują... To wszystko jest bardzo cenne, tylko nie wyczerpuje całego programu takiego miejsca. Kiedy wchodziła pani do Zamku Ujazdowskiego, może zwróciła pani uwagę na tekst, dzieło amerykańskiego artysty Lawrence‘a Weinera, który brzmi: “O wiele rzeczy za dużo, by pomieścić w tak małym pudełku”. Skoro sztuka już się nie mieści w “białym sześcianie” i wychodzi poza to “małe pudełko”, to podobnie musi się stać w przypadku domów kultury. One nie mogą tkwić w tych samych strukturach i salach. One muszą wyjść ze “swojego pudełka”. Płynna rzeczywistość, ciągła zmiana, to o czym mówił już jakiś czas temu Zygmunt

Czy to znaczy, że dom kultury powinien wyjść ze “swojego pudełka” dosłownie, czy może myślał pan także o wyjściu symbolicznym. O tym, żeby dom kultury poszukiwał i budował partnerstwa lokalne, żeby wychodził do społeczności lokalnej z pytaniem o jej oczekiwania? W jaki sposób dom kultury może wychodzić poza własne ramy? - Dziwi mnie, że muzea - które w świadomości większości ludzi są symbolem skostnienia, wyprzedziły w takim myśleniu domy kultury. Sposób umocowania muzeum w świadomości lokalnej jest w tej chwili na bardzo wysokim poziomie. Są przykłady znakomitych instytucji w Polsce i na świecie, które będąc globalnymi, znakomicie funkcjonują lokalnie. Chodzi więc o to, żeby domy kultury przestały być wyciętym fragmentem rzeczywistości, wykrojonym z mapy miasta, który stracił kontakt z teraźniejszością. Żeby tak się mogło stać, dom kultury powinien dzielić się wolną przestrzenią i pozwalać tę wolną przestrzeń kreować innym.

Wolna przestrzeń do wypełnienia przez odwiedzających dom kultury ludzi? - Tak. Mówiąc krótko, chodzi o to, żeby wchodzić w interakcję z ludźmi mieszkającymi wokół. Na przykład jeśli są młodzi chłopcy i chcą założyć kapelę hardrockową czy punkową to musi się dla nich znaleźć miejsce! Nawet jeśli jest to forma kultury, która pracownikom domu kultury jest bardzo odległa. Coraz więcej jest świetnych pedagogów, animatorów kultury czy animatorów społecznych i przecież nie ma wątpliwości, że w swojej pracy oni muszą wychodzić poza szkołę, siedzibę, salę; że muszą czasem pracować na podwórkach - w przestrzeni publicznej. Taki animator wie, że tam, na ławeczkach siedzą ludzie i warto z nimi porozmawiać i porozumieć się. Otwarta struktura domu kultury tylko ułatwi takie spotkanie. Nie wymaga to nawet wielkich nakładów finansowych, domy kultury są w tej komfortowej sytuacji, że dysponują swoim budżetem i nie muszą za każdym razem aplikować o środki. A dookoła są graficiarze, młodzi muzycy... i ci, którzy chcą coś robić, tylko nie wiedzą co.


Czyli jednak dom kultury powinien wyjść poza swoje ramy nie tylko w sferze projektowania działań, ale także dosłownie. Po prostu powinien na te podwórka pójść... - Oczywiście że tak. Weźmy pracę streetworkerów, czyli działaczy społecznych, którzy są ulicznymi pedagogami, budującymi zmianę postaw. Przecież dom kultury ma pełnić również taką funkcję. W tej chwili jest raczej tak, że do domu kultury przychodzą tylko wybrani. Ci uzdolnieni muzycznie, ci, którzy chcą nauczyć się lepiej rysować... Dom kultury nie zaprasza osób ze środowisk zagrożonych, wykluczonych, takich do których trzeba wyjść z inicjatywą. To jest niepokojące. Nie można doprowadzać do sytuacji, kiedy dom kultury staje się miejscem dla wybrańców! Nie można zapraszać tylko grzecznych dziewczynek i chłopców, żeby śpiewali w chórze na akademiach ku czci... Jak jest grupa punków, albo graficiarzy, to dom kultury powinien być też miejscem dla nich. Znowu nasuwa mi się skojarzenie z tym, co obecnie dzieje się w muzeach. Od jakiegoś czasu dostrzegamy, że ważnym adresatem działań proponowanych przez te instytucje jest rodzina. Dzięki temu rodzice z dziećmi mogą w sobotę albo niedzielę w atrakcyjny i twórczy sposób spędzić czas.

Tu pojawia się kolejny problem, bo domy kultury najczęściej są zamknięte w soboty i niedziele... - Oczywiście jest to wynik siedzenia w gorsecie struktury, o której mówiliśmy wcześniej. Większość domów kultury wciąż jest pod silnym wpływem lokalnych uwarunkowań politycznych. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji dom kultury staje się de facto producentem różnego rodzaju akademii, rocznic i festynów. Tego typu działania pochłaniają dużo czasu, energii i pieniędzy. Dyrektorom, którzy nie pochodzą z konkursów i nie wygrali stanowiska autorskim programem, trudniej jest oprzeć się politycznym naciskom.

Podkreśla pan, że w pewien sposób autorski program prowadzenia domu kultury pozwala na wizjonerskie budowanie programu tej instytucji.

- Tak. Chciałbym odwołać się do animacji kultury; do koncepcji kultury czynnej Jerzego Grotowskiego. Zgodnie z nią dom kultury powinien być miejscem praktykowania, a nie odbierania kultury. Większość tych instytucji oferuje dobry kabaret, koncert piosenki biesiadnej, spotkanie z ciekawym człowiekiem. Warto wyjść poza ten schemat i zacząć generować własne, unikalne “fakty kultury aktywnej”.

Czy właśnie dlatego uważa pan, że autorskość i odpolitycznienie są jednym z ważniejszych elementów zmiany? - Oczywiście, bez takich zmian będziemy tkwili w przeszłości. Jest jeszcze jedna kwestia, która dotyczy “etatyzmu”. W domach kultury wielu pracowników ma 20 - 30-letni staż. Szczególnie w małych, lokalnych ośrodkach widać, że dom kultury to taka przechowalnia dla lokalnych twórców i działaczy. Dopływ nowych ludzi i pomysłów bywa ograniczony. Warto zastanowić się, czy taki model działania jest rzeczywiście skuteczny? Może warto szukać wsparcia również poza możliwościami etatowych pracowników, zapraszać do współpracy niezależnych animatorów, działaczy i oddolne projekty, które wpisują się w misję instytucji, a wypływają z lokalnych potrzeb.

Ważnym aspektem, który pan poruszył, jest potrzeba włączania, zapraszania do domu kultury osób, które wcześniej nie myślały o sobie, że są twórcze. Czy taka refleksja związana jest z pańskim doświadczeniem jako animatora kultury i wynika z pracy metodą, która nie uruchamia mechanizmów rywalizacyjnych? - To wiąże się z tym, o czym mówiliśmy wcześniej. Dom kultury nie powinien być tylko dla tych “uzdolnionych”. Dom kultury w żadnym wypadku nie powinien dzielić społeczeństwa na utalentowanych i bez talentu! Jesteśmy w tej chwili wyposażeni w taką wiedzę, że nikogo nie powinno już dziwić, że żeby być artystą wcale nie trzeba być świetnym rysownikiem. Sztuka współczesna odrywa nas od obowiązku posiadania tradycyjnie rozumianych umiejętności. Wielu artystów to z wykształcenia antropolodzy czy filozofowie. Podział na utalentowanych i nieutalentowanych już w żaden sposób się nie broni.

Wciąż mamy tradycyjne kółka i pracownie plastyczne. Nie odważyłabym się wziąć w nich udziału, bo zawsze wydawało mi się, że np. nie potrafię rysować. - Podczas warsztatów, które prowadzimy w Laboratorium Edukacji Twórczej, okazuje się, że ci, którzy wcale nie potrafią rysować, robią ważne instalacje czy performance. Nie trzeba umieć narysować konia, żeby móc opowiadać o otaczającym świecie! Koncepcja rzeźby społecznej Josepha Beuysa rozszerza myślenie o dziele. Czym jest rzeźba społeczna? Jest to postawa kształtowania, zmieniania, tworzenia świata w którym żyjemy. Czyli dom kultury powinien być... - Rzeźbą społeczną!

Janusz Byszewski od 1989 roku razem z Mają Parczewską prowadzi Laboratorium Edukacji Twórczej w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie, gdzie zajmuje się projektowaniem sytuacji twórczych i edukacją kreatywną. Oboje są wykładowcami w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego; autorzy kilkudziesięciu wspólnych i indywidualnych projektów społeczno-kulturalnych w Polsce i na świecie; autorzy licznych publikacji na temat edukacji kulturalnej. Raport z badań nad domami kultury na Mazowszu można przeczytać na www. zoomnadomykultury.pl. Już wkrótce dostępna będzie publikacja zbierająca dobre praktyki z Polski i zagranicy oraz proponująca wizje idealnego domu kultury. Publikacja będzie podsumowaniem projektu Zoom na domy kultury. 7 


ZŁOTY SMS

NR 3/2009

Jeżeli choć raz w życiu wziąłeś udział w SMS-owym konkursie, koniecznie przeczytaj ten tekst. Tym bardziej zrób to, jeśli jeszcze nic nigdy nie wygrałeś.

się na gotówkę utopioną w SMS-ach. Zwykły człowiek nie miał czego szukać w tym konkursie. Już w pierwszym tygodniu, aby się znaleźć w finałowej siódemce, należało zainwestować ponad 20 tys. zł – mówi Barbara N. z Jaworzna, która zawodowo w SMS-owe kwizy gra już od pięciu lat. Walcząc o mercedesy, wyłożyła w sumie 200 tys. zł. Wygrała trzy auta i jedno na spółkę z innym graczem. Sprzedając samochody poniżej ich ceny salonowej, np. za 100 tys. zł, odzyska zainwestowane pieniądze ze sporym zyskiem, ale mimo to zadowolona nie jest. – Liczyłam na pięć, a nawet siedem aut – wyznaje.

„Wprost” odkrył, że grupa zaledwie kilkumercedesów o wartości 118 tys. zł każdy dziesięciu osób w Polsce zdominowała na wyciągnięcie ręki to brzmiało jak bajka. wszystkie SMS-owe konkursy i zgarnia Do gry rzucili się właściwie wszyscy – opopełne pule nagród. Grę traktują jak zawiada jeden z graczy. wód, inwestują nawet po kilkadziesiąt tySzansę, by wygrać luksusowe auto, teoreZainwestowanie sporej gotówki w konsięcy złotych, wysyłają SMS-y 24 godziny tycznie miał każdy. Wystarczył jeden SMS kurs to dopiero początek. Potem zaczyna dobę. Przeciętnemu Polakowi nie dają za 4,88 zł, by zarejestrować się w konkurna się ciężka, wręcz katorżnicza praca. cienia szansy na wygraną. Dotarliśmy do sie. Potem trzeba było odpowiadać na koW szczycie popularności konkursu Ery, by człowieka, który z kilkoma wspólnikami lejne pytania (a to kolejne SMS-y po 4,88 się znaleźć w czołówce, trzeba było wywygrał aż dziewięć spośród stu mercezł) i gromadzić punkty. Co tydzień (konkurs słać 10-15 tys. SMS-ów w ciągu tygodnia, desów, które były do zdobycia w głośnym trwał przez 100 dni od 30 marca) siedczyli po mniej więcej 120 na godzinę. I tak konkursie sieci Era. miu zdobywców największej liczby punkprzez 18 godzin dziennie. – Nie zajmowaNajnowszy telewizor plazmowy, odtwatów wygrywało po samochodzie. Abonenłam się dziećmi, nie gotowałam, nie prarzacze MP3, kilka iPodów, luksusowy lapci zostali dosłownie zasypani wiadomołam, nie sprzątałam. 18 godzin na dobę top Lamborghini, cyfrowy projektor, rowery ściami zachęcającymi do udziału w zasiedziałam w domu otoczona telefonami Kross, zestawy kina domowego, aparaty bawie. Ktoś, kto odpowiadał na SMS bez i wstukiwałam wiadomości – mówi Barbafotograficzne – tak wygląda oferta sklepu zapoznania się ze szczegółami regulamira N. Jej mieszkanie wygląda jak hurtowinternetowego Łukasza S. z Warszawy. Na nu, mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, nia z artykułami AGD. W korytarzu stoi 16 pierwszy rzut oka nie ma w niej nic dziwże 4,88 zł to dopiero początek wydatków. rowerów, w pokoju dziecięcym 30 przenego – ot, normalny asortyment. Ale tylko Konkurs nie był loterią, w której jeden los nośnych lodówek, a na kuchennym stole kilka osób wie, że cały ten sprzęt, wart pomógł wygrać. Trzeba było odpowiadać na trudny do zliczenia rząd żelazek i czajninad 20 tys. zł, został wygrany w konkurpytania i gromadzić tysiące punktów. Już ków bezprzewodowych. – Przez ostatnie sach. Bo Łukasz S. to zawodowy gracz. w pierwszych tygodniach konkursu sfru5 lat wygrałam 10 samochodów, kilkadzieZwycięzca SMS-owych kwizów. W najbliżstrowani klienci Ery zaczęli wylewać swosiąt wycieczek, sporo gotówki i tyle sprzętu szych tygodniach wystawi na sprzedaż kilje żale na internetowych forach. - Jestem elektronicznego i domowego, że nie potraka mercedesów, które wygrał w konkurfrajerem. To nie jest konkurs, tylko perfidfię go zliczyć. Codziennie odbieram nowe sie zorganizowanym przez sieć Era. - Od na gra hazardowa. Pewnego dnia zawziąnagrody – chwali się konkursowiczka i nie ośmiu lat gram i wygrywam wszystko jak łem się i przez cały dzień odpowiadałem przesadza ani troleci. Po spieniężechę. Co pół godziny niu nagrody i opła- MILIARD W SMS-ACH dzwoni któryś z kilZabawa w SMS-owe konkursy i gry stała się w ostatnich latach główną rozrywką Polaceniu podatków zabawa przynosi do- ków. Więcej wydajemy tylko na grę na automatach z niewielkimi wygranymi (w 2008 r. do kunastu telefonów, brą warszawską jednorękich bandytów gracze wrzucili 8,5 mln zł). Z kolei mający swoich wiernych fanów które nosi w torebpensję – mówi. Ale totolotek (wg badań Totalizatora wciąż gra połowa Polaków) uzyskał 3,2 mld zł przycho- ce. Po odebraniu nie jemu jednemu. du. Tymczasem według ostrożnych szacunków przedstawicieli branży rynek tzw. SMS-ów pierwszego szczeTakich zawodow- premium (głosowania w programach telewizyjnych, sondy, gry, konkursy i loterie) wart jest biocze wesoło: „Hi, ców jak Łukasz S. znacznie ponad miliard złotych. Ile dokładnie, trudno oszacować, ponieważ operatorzy te- hi, nową komóreczlefonii komórkowej skrzętnie ukrywają dochody z tego tytułu. Jeden z organizatorów takich kę właśnie wygrajest w Polsce kilkukonkursów – spółka EL2 wchodząca w skład notowanej na giełdzie grupy PPWK – podała, łam”. Kolejny teledziesięciu. Od kilże rocznie jej komputerowe platformy przetwarzają 100 mln SMS-ów. W 2008 r. przycho- fon to wiadomość o ku lat obstawiają dy EL2 wyniosły ponad 43 mln zł, a zysk 3,2 mln zł. Inne znane w branży firmy to Mobijoy!, wszystkie konkur- spółka notowanej na giełdzie grupy teleinformatycznej One to One, MNI, Avantis (jedna z wygranym odtwarzaczu mp3 i zaraz sy SMS-owe z naja- pierwszych firm na rynku marketingu mobilnego), a także InternetQ. następny – od kutrakcyjniejszymi nariera, który pyta o dokładny adres, poniegrodami. na przysyłane pytania. O północy koniec waż za chwilę przywiezie markowy skuter Jeszcze do niedawna nawet do głowy by – zdobyłem ponad 82 tys. punktów. I co? Vespa. Co dalej? – Z 16 rowerów zupy nie im nie przyszło, aby wchodzić sobie w droGów...! Nawet żadnego: „Dziękujemy za ugotuję. Moim marzeniem jest skończyć gę. Spotykali się na wygranych w biurach udział, jesteś piąty, dziesiąty...”. Tylko labudowę domu za pieniądze pochodzące z podróży wycieczkach, wspólnie pili wódkę i wina dalszych SMS-ów: „Jesteś blisko..., gier i promocji – mówi zawodowa konkurwyśmiewali naiwność przeciętnego Kowalwyślij SMS na nr 7404”. Wkur... się. Cała sowiczka i przyznaje, że po wygraniu merskiego, który narzeka, że nic nie może wymoja nagroda to rachunek na 1200 zł – tak cedesów już jest bliska zrealizowania swegrać w żadnym telefonicznym kwizie. Pona jednym z portali opisuje swoje konkurgo celu. trafili nawet podzielić się nagrodami i konsowe doświadczenie internauta o pseudokursami. Ten błogi spokój trwał jednak do nimie Francek. Grzegorz Witerski – prezes firmy Interczasu. A konkretnie do marca 2009 r., kieSkoro on nie wygrał, to co trzeba było zronetQ, organizującej SMS-owe konkurdy Polska Telefonia Cyfrowa, operator siebić, aby zdobyć mercedesa? Era tego nie sy na zlecenie największych koncernów ci Era, zorganizowała konkurs „100 merceujawnia. My dowiedzieliśmy się tego od w Polsce potwierdza, że zawodowi gradesów od Ery”. - To był największy w histotych, którzy wygrali. To była najbardziej cze to zmora wszelkich akcji promocyjrii konkurs dla posiadaczy komórek. 100 brutalna gra na brudne chwyty i licytowanie 8 


nych. W kilka godzin są w stanie rozszymy, która ma gotowe know-how: finansofrować organizacyjny know-how konkursu. wanie, regulamin i sprzęt do obsługi wpływających SMS-ów. Przedsięwzięcia są tak Na zimno kalkulują, ile trzeba zainwestoskalkulowane, aby koszty „zabawy” i tak fiwać w zdobycie głównej nagrody i czy prenansowali jej uczestnicy. mia za ryzyko będzie dla nich zadowalająca. Zdobycie przez nich głównych nagród Ile na konkursach z mercedesami mogła to już tylko formalność – mówi. Sposób na zarobić ERA? Według naszych niepotwiermercedesa Ery znaleziono już w pierwdzonych oficjalnie szacunków na konto szych tygodniach. Organizator, grecka firoperatora mogło wpływać nawet 100 tys. ma Upstream, przygotowała ponad 2 tys. wiadomości tekstowych dziennie. Wystarpytań, z których większość wymagała wyczy pomnożyć to przez czas trwania konszperania odpowiedzi w Internecie. Ktoś, kursu (100 dni) oraz cenę jednego SMSkto wysyłał kilka tysięcy SMS-ów dziennie, -a (4,88), aby uzyskać szacowaną kwojuż w pierwszych dniach zabawy stworzył tę – 48 mln zł. Od tego trzeba oczywiście sobie w komputerze bazę pytań i odpowieodjąć koszt zakupu 100 mercedesów (wydzi. Dzięki temu przesłanie odpowiedzi na niósł on po uwzględnieniu rabatu na tak pytanie, ile goli strzelił Zbigniew Boniek duże zamówienie – 8-9 mln zł) oraz koszpodczas mundialu w Meksyku albo ile mety przygotowania reklamy i zakupu czasu dali zdobyła Otylia Jędrzejczak w Atlancie, antenowego w telewizji, szacowane na kilzajmowało zawodowym graczom mniej ka milionów złotych. Pozostaje więc ponad czasu niż wypowiedzenie tych kwestii na 30 mln do podziału między PTC a Upstregłos. - Pracowaliśmy na zmiany. Tak, aby am. To oczywiście kropla w morzu 7,9 mln kilka osób wysyłało z jednej komórki odzł przychodów uzypowiedzi 24 godziskanych w 2008 ny na dobę. Dzięki KONKURSY SĄ DLA PROFESJONALI- roku przez operatemu właściwie bySTÓW, LOTERIE DLA SZCZĘŚCIARZY tora. Specjaliści od liśmy nie do pobimarketingu mobilcia. Choć i tak nie Jacek Santorski, psycholog biznesu wiem, kto sprzątnął Wszelkie konkursy to jedna z najbardziej nego jednak podnam kilka samocho- wyrafinowanych pułapek zastawianych na kreślają, że w tym dów sprzed nosa w klientów przez specjalistów od marketingu. wypadku prawdzitrzech ostatnich ty- Cała ta gra jest nierówna – z jednej strony wym zyskiem firmy wzmocnienie godniach gry – zdra- mamy marketing, który tworzy swego ro- jest dza Łukasz S. Nie- dzaju „bank”, podczas gdy po drugiej stro- świadomości marki dawno zdecydował, nie stoją profesjonaliści, którzy ten bank i wciągnięcie klienże swoje doświad- próbują rozbić. Tracą na tym oczywiście ci tów do zabawy, w czenia wykorzysta przeciętni i malutcy gracze, którzy skusze- której mogli wygrać we własnej firmie ni szansą łatwego zarobku dają się wcią- nagrody, jakich w zajmującej się SMS- gać w grę i zanim z niej zrezygnują, stra- Polsce jeszcze nie cą kilkaset albo nawet kilka tysięcy zło- było. – Era z pewowymi kwizami. tych. Najlepsza rada dla nich jest krótka i nością zanotowaJego zdaniem 90 prosta: nie grać. Choć oczywiście może to ła gigantyczny skok spośród wszystkich być trudne, ponieważ udział w SMS-owych 100 mercedesów konkursach wielu Polakom wszedł w krew. sprzedaży. Takiemu trafiło w ręce za- W wypadku niektórych stał się nawet uza- bombardowaniu rewodowych graczy. leżnieniem, które może postępować. War- klamami nikt się nie Zdobywcy pozosta- to wspomnieć, że w Polsce konkursy czy oprze. Nawet jeśli łych dziesięciu mieli loterie nie mają kulturowego zakorzenie- nie kupowano mapo prostu ogromnie nia, jak jest np. w krajach Ameryki Połu- sowo nowych telefodużo szczęścia. dniowej. U nas są raczej przejawem chci- nów na abonament, Firmy na ogół świa- wości i chęci szybkiego zysku przy jedno- to na pewno świetdomie dają się łupić czesnym wykręceniu się od ciężkiej pra- nie poszły wszystz nagród w konkur- cy. Zupełnie inaczej wygląda to w wypad- kie prepaidy – mówi sach. Zorganizowa- ku profesjonalistów, którzy uczestniczą w jeden z analityków nie loterii wymaga konkursach zawodowo. Dla nich to rodzaj rynku. uzyskania zezwole- pracy. I wbrew pozorom nie pracują wynia Ministerstwa Fi- łącznie kciukami, lecz głównie głową – kal- Fenomen szybkienansów i odbywa kulują, obliczają i kombinują. Często są je- go rozwoju marsię pod urzędowym dynie mózgami operacji, a wystukiwanie ketingu mobilnego nadzorem. Organi- SMS-ów zlecają innym osobom. W star- (tak branża ochrzcizator musi przed- ciu z nimi przeciętny Kowalski, inwestując ła wszelkiego rodzastawić gwarancje w SMS-y kilkanaście czy nawet kilkaset zł ju akcje, konkursy, bankowe zabezpie- z nadzieją na wygraną, nie ma najmniej- głosowania i sondy czające pieniądze szych szans. Jemu pozostaje loteria, bo w skierowane do użyttelefona nagrody, zapła- niej wygrywają ci, którzy mają szczęście. kowników cić 10% puli nagród Z tego też powodu loteria jest społecznie nów komórkowych) wynika z łatwości, za licencję, a często bardziej odpowiedzialna i etyczna. z jaką można wciąbierze na siebie takgnąć klientów do gry. – Kluczem do sukże 10% podatek od nagród. Ze zorganizocesu tego biznesu jest jego prostota. Nie waniem konkursu sprawa wygląda znacztrzeba szukać automatów do gry, wypełnie prościej. To tylko kwestia wynajęcia fir-

niać kuponów totka itd. Wystarczy ruszyć palcem i wysłać SMS. Szczęście jest na wyciągnięcie ręki – mówi Grzegorz Witelski z InternetQ. Organizuje on m.in. loterie „Wyślij pusty SMS” której twarzą jest aktor Artur Stockinger. Jak zgodnie przyznają zawodowi gracze, Era przynajmniej się wysiliła i stworzyła obszerną bazę niekoniecznie oczywistych pytań. Najczęściej zawarte w regulaminie sformułowanie „konkurs oparty na wiedzy” zakrawa na żart. Firma Henkel produkująca kosmetyki do włosów urządziła konkurs, w którym można było wygrać zestaw złotej biżuterii. Pytanie konkursowe było – mówiąc dyplomatycznie – dla inteligentnych inaczej: ,,jak nazywa się przednia część włosów: a – przedziałek; b – warkocz; c – grzywka”. Wygrywał ten, kto po przesłaniu kodu z promocyjnego opakowania farby do włosów najszybciej odpowiedział na SMS z pytaniem. Znana wszystkim pracownikom konkursowym infolinii Barbara N. z Jaworzna zgarnęła kilkadziesiąt zestawów biżuterii. Przyznaje, że w jej pracy liczy się przede wszystkim szybkość działania, im wcześniej wie o starcie jakiegoś konkursu, tym większe ma szanse na wygraną. Tego typu informacji szuka m.in. w portalach dla zawodowych graczy. Na jednym z nich – e-konkursy.info – codziennie pojawiają się tam informacje o najnowszych konkursach. Z punktu widzenia firm sięgających po narzędzia marketingu mobilnego konkursy to kury znoszące złote jajka. Potrafią podbić sprzedaż produktów lepiej niż jakakolwiek inna akcja promocyjna. Kiedy zawodowi gracze z Tarnowskich Gór zaczęli „rozgryzać” akcje producenta wędlin, półki z promocyjnymi opakowaniami parówek zostały wymiecione do czysta. Z kolei w jednym z miasteczek na Górnym Śląsku jeden z graczy wykupił wszystkie promocyjne opakowania papierosów. Wydane na ten cel 20 tys. zł częściowo odzyskał, sprzedając papierosy po 2 zł taniej niż w sklepie, a do tego wygrał luksusową wycieczkę do Stanów Zjednoczonych. Nie miał zamiaru oglądać Wielkiego Kanionu. Odebrał równowartość wygranej – 34 tys. zł w gotówce – i ruszył do kolejnej gry. Możliwe jednak, że zarówno on jak i Łukasz S. czy Barbara N. niebawem już nie będą mieli w co grać i czego wygrywać. Wizja tysięcy zawiedzionych konkursami zwyczajnych klientów już skłania niektórych organizatorów konkursów do powiedzenia zawodowym graczom „nie”. – Loteria to jedyny uczciwy sposób na zorganizowanie promocji dla klientów. Inaczej główne nagrody padną łupem doskonale znanej nam garstki osób – mówi Wilhelm Rożewski z EL2. Właśnie dlatego loterie, a nie kwiz, zdecydowało się zorganizować Orange. Swoich klientów kusi właśnie 150 autami marki BMW. Mechanizm pozostaje jednak ten sam – to klienci Orange sami fundują sobie nagrody. 9 


NR 3/2009

- Ludzi można podzielić na wszystkowiedzących i normalnych. Jak wyjaśnić normalnemu człowiekowi, że jakiś obraz jest dobry, a jakiś inny zły. Dlaczego tak często krytycy zachwycają się jakimś dziełem, a publiczności się ono zwyczajnie nie podoba. Dlaczego coś, co uważam za chłam, jest wielkim dziełem sztuki, takim z krytykami przekrzywiającymi głowy w śmieszny sposób i ludźmi omijającymi obraz z daleka. Ja próbuję się kierować wyłącznie własnym zmysłem estetycznym...

Brak nam snobów

Z Moniką Kamińską, dyrektorem Ogniska Plastycznego w Nysie, rozmawia Konrad Szcześniak

- ...i tak powinno być... - ...ale ze zdziwieniem zauważam, że ten obraz, który mi się w ogóle nie podobał, jest najdroższy. - Większość ludzi lubi sztukę przedstawiającą, bo widzi, czuje to. To jest martwa natura, akt, pejzaż. Można założyć, że ok. 80% ludzi lubi coś przedstawiającego (mówimy o kulturze człowieka białego, bo w islamie ludzi przedstawiać nie wolno). Biały człowiek umiłował sobie przedstawienie czegoś, co widzi. Ze sztuką współczesną jest dużo trudniej, bo do jej odbioru musimy być przygotowani. Już dawno K.T. Toeplitz napisał, że brak nam przedwojennych snobów, czyli ludzi, którzy przychodzili na wystawy, koncerty, do teatru. Potem rozmawiali na ten temat. Czy to rozumieli, czy nie rozumieli, to inna rzecz, ale mieli temat do dyskusji. Dziś jesteśmy tak zabiegani, zapędzeni, że nie ma takiej grupy. - Ale sztuka nie istnieje wyłącznie dla wąskiej grupki snobów. - Ale tak było zawsze. Przykładem może być salon odrzuconych, który po pewnym czasie sam stał się klasyką. Jedzie pan do Paryża, zobaczyć salon impresjonistów – bo to już jest klasyką, przyjęło się. Natomiast w dobie, gdy obraz miał być namalowany gładko, gdy zawierał to, co mamy w zasięgu wzroku, wyjście w naturę było czymś rewolucyjnym. Sama nazwa „salon odrzuconych” świadczy o tym, że nikomu to się nie podobało. To tak jak z narzekaniem na młodzież. Od Arystotelesa narzekało się na młodzież. Tak samo jest ze sztuką. Ona trafi do swego odbiorcy. Jeden będzie zafascynowany sztuką abstrakcyjną, bo lubi zestawienia kolorystyczne (niekoniecznie musi być wykształcony artystycznie), inny będzie podążał bardziej w kierunku ekspresji – samego koloru czy samej formy. - No dobrze, ale czy da się oddzielić kicz

10 

od sztuki wysokiej? Przecież każdy odbiera sztukę inaczej. Gdzie jest ta linia odgraniczająca? Dla mnie kiczem może być coś innego niż dla Pani, i zapewne właśnie tak jest... - Oczywiście. Różnimy się wiekiem, płcią i wykształceniem – to wszystko powoduje, że czego innego będziemy szukali, inaczej patrzyli. Dobrych kilka lat temu byłam w Kolonii w muzeum i obserwowałam ludzi. Przychodzili przed obrazy np. Rubensa, siedzieli, leżeli, kontemplowali. Do rzeczy współczesnych tylko zaglądali, zupełnie

ich nie interesowały. Tak jest ze sztuką. Widzowie często kierują się owczym pędem: „Aha, jeśli ci ludzie tak się zachwycają, to w tym musi być coś dobrego...”. - I sami siebie przekonują, że to jest dobre, wmówią sobie to... - Na zasadzie fali wierzymy w to, bo jakiś tam procent wierzy. Ciągle odwołujemy się do tego, co już jest sprawdzone, bo nam jest wygodnie... - Sprawdzone, czyli to, o czym więkfoto. M. Baraniewicz


szość powiedziała, że jest dobre... - Tak. To, co przetrwało próbę czasu, na pewno jest dobre. Czas weryfikuje, co jest dobre, a co słabe. Choćby ten Rembrandt – wiemy o tym, że jego życie było cudowne, wspaniałe, nagle dramat – umiera w nędzy. Teraz, po czasie widzimy, że był jednym z najwybitniejszych twórców. - Skoro jesteśmy przy Rembrandcie, przekornie powiem tak – staje człowiek przed jego obrazem, patrzy i myśli: „A po cóż on takie wielkie płótno wziął, jak wszystko dookoła czarne. Marnotrawstwo”. - To się tylko wydaje, że tła nie ma. W jego pracach są bardzo ciekawie malowane przestrzenie. Jest dużo światłocienia, którego w książce nie widać. Rembrandt malował podkłady, malował biele, żółcienie i na to nakładał następną farbę, by były bardziej świetliste. Jest to cała filozofia malowania. Struktura farb – warstwa, następna warstwa, następna... i powstawał obraz. Natomiast my przychodzimy, przechodzimy mimo, oglądamy jakieś założenie tematyczne i nic nas nie interesuje. Tak jak ze słynną Giocondą Leonarda da Vinci – nie wiemy, o co chodzi, ale wszyscy wiemy, że to jest najciekawszy obraz. Intrygujący. Na temat jej uśmiechu i tego, czy była w ciąży, czy to była mieszczka itp. napisano mnóstwo. I jest to jeden z nielicznych obrazów, do którego tłumy ciągną, by oglądnąć. A w tej samej sali w Luwrze jest kilka innych obrazów Leonarda i nikt ich nie ogląda. A propos ciemnego tła – my także mamy obraz Leonarda – słynną Damę z łasiczką. I też jest problem – czy ten obraz ma powrócić do stanu pierwotnego, czy należy pozostawić ciemne tło za Cecylią Gallerani, czy odsłonić. Jedni historycy mówią: odsłońmy tło, będzie oryginał. Inni mówią: nie, wszyscy się już przyzwyczaili do tego. - Przecież czarne tło nie było zamierzeniem artysty. Czy jest możliwość ściągnięcia farby bez szkody dla dzieła? - Oczywiście. Konserwatorzy to potrafią zrobić, przedublować płótno, naciągnąć na następne płótno... Bez obawy, że coś się stanie. W końcu to najdroższa kobieta w Polsce. - To chcemy mieć obraz Leonarda da Vinci czy Leonarda da Vinci i Józka Kowalskiego? - Aby obraz przywrócić do poprzedniej wersji, musi wyrazić zgodę jakaś grupa ludzi. Analogiczny przykład: jesteśmy w Egipcie i mamy mumie. Czy zostawić je na miejscu, w którym zostały zdeponowane i gdzie leżą tysiące lat, czy przenieść do muzeum, gdzie będą je mogli wszyscy oglądać. Tu jest dylemat: czy sztuka jest dla wszystkich, czy dla jakiejś grupy ludzi. - Ten problem rozwiązuje wojna. Zwycięzca sobie rabuje, bo takie prawo silniejszego. I teraz mamy bogate zbiory

w Berlinie, Londynie czy Sankt Petersburgu. - Akurat dałam taki przykład, ale jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które znajdują się gdzieś na miejscu lub wędrują do muzeów. Pocięte na kawałki arcydzieła zostały przewiezione i znajdują się w British Museum. Czy pocięty tympanon powinien zostać w Grecji? - Ale to tak, jakby pytać złodzieja, czy dobrze, że ukradł. - No właśnie to są takie dylematy ludzkie. Ja nie mówię, że zrabowali... - ...zrabowali. - ...ale np. Napoleon, który był wybitnym mężem stanu, z sobą wiózł bibliotekę, najnowszy księgozbiór, który czytał. I oczywiście z nim jechała grupa architektów, filozofów, archeologów, którzy gromadzili i odczytywali znaleziska. Dzisiaj kamień z Rosetty możemy oglądać w Luwrze. Czy on powinien się znaleźć w Egipcie? Dzięki temu kamieniowi Champollion odczytał hieroglify. Ślęczał nad nimi przez kilka lat, aż odczytał. Teraz, gdy archeolodzy odkrywają kolejne teksty, mogą już odczytać i przedstawić nam te wiadomości. - A jeśli mówimy o przekazie zawartym w obrazie – w języku uniwersalnym, języku sztuki, który każdy jakoś po swojemu, lepiej czy gorzej, ale odbiera? - Proszę zauważyć - ludzie przychodzą na wystawy i pierwsze co robią, to odczytują tytuł. Szukają tego rozwiązania, które autor sugeruje. Kiedyś byłam na wystawie prac abstrakcyjnych i widzę jak dwie starsze panie podchodzą do obrazu, czytają, wreszcie podchodzą do mnie i pytają: „Proszę pani, co ten obraz przedstawia?”. Mówię, że wielu rzeczy można się w tej abstrakcji dopatrzeć. A one: „bo tam jest napisane ‘Zachód słońca’”. No i musiałam zinterpretować temat „Zachód słońca”. Tytuł często sugeruje odbiór dzieła. A przecież nie jest to najważniejsze. - Widziałem kiedyś takie arcydzieło: czerwone kółko na białym tle. Nic więcej. Gdybym wiedział, że takie coś można wieszać w galerii, to na przerwie przed lekcją plastyki w podstawówce bym naskrobał. Ale nie wiedziałem. No i coś tam było podpisane. Ale przecież to można podpisać w dowolny sposób. Choćby ten „Zachód słońca”.

stać, bym to uznał za coś wielkiego... - Czyli pan doszukuje się piękna w rzeczach przedstawiających. - Ale ja bym bardzo chciał się doszukać piękna w tym kółku, tylko go nie widzę. Patrzyłem wnikliwie i z przodu, i z boku, i cały czas widziałem tylko czerwoną kropę. - Ale czy dla Japończyka jego flaga – czerwone koło na białym tle – jest czymś złym? - Ależ oczywiście, że jest czymś wzniosłym, ale teraz mówimy o symbolu. - Ale dla kogoś to może być symbolem. Ja mogę się w tej kropce doszukać czegoś pięknego. Owa kropka może mi się kojarzyć z jakimś doznaniem estetycznym. Dla kogoś ta kropka może być tym punktem ważnym, który będzie działać na podświadomość. Ja bym sobie kupiła taki obraz, zawiesiła na ścianie i codziennie byłby dla mnie elementem mobilizującym. Byłby takim elementem, który budzi mnie do życia. Mówiąc brutalnie, wysyłałby sygnał „wstawaj!”. Mówiąc inaczej, mamy tutaj zestawienie bieli i czerwieni, które jest mocnym zestawieniem barwnym. Od starożytności element okrągły, koło, był tym ideałem piękna. Nie miał początku, nie miał końca. Możemy sobie taką filozofię do tego dopasować – byłoby to szukanie czegoś pięknego. Starożytni twierdzili: „Kalos kagathos” wszystko, co jest piękne, musi być i dobre. Ktoś inny powie: „No tak, intrygujące zestawienie, tu już nic dodać, nic ująć. Minimalizm”. Inny powie: „O, czerwona kropka, to symbol miłości, symbol nadziei”. Chińczyk stwierdzi: „A nie, to symbol wiecznego życia, wiecznego szczęścia”. Każdy na to samo będzie się inaczej patrzył. - Proponuję, byśmy teraz zeszli na ziemię. Gdyby pani dzisiaj spadło z nieba, powiedzmy, 100 000 zł, które można wydać wyłącznie w polskiej galerii na obrazy – co by pani kupiła? - Z polskich malarzy... Malczewskiego. A ze współczesnych Sasnala... - I zmieścilibyśmy się w budżecie? - Nooo, Sasnal kosztowałby, powiedzmy, 70 000 zł. Ale poza Polską kosztowałby więcej. Maluje bardzo ciekawe obrazy. Intrygujące. To jest nasza dobra współczesna polska wizytówka.

- Tak, ale dla znawcy jest ważne, kiedy to dzieło powstało.

- Inną mógłby być rzeźbiarz Igor Mitoraj...

- Współczesne toto było.

- Tak. Bardzo mi się podobają jego dzieła. Bardzo dobry rzeźbiarz. Umiał coś starożytnego przeinterpretować tak, że można oznajmić: „To jest Mitoraj”. Każdy sam tworząc, powinien szukać czegoś (nawet w twórczości kogoś innego), swojej osobowości. To cechuje dzieła wielkich ludzi.

- Jeżeli dzieło powstało np. na początku ubiegłego wieku, to będzie na miarę tamtego okresu intrygujące odcięcie się od realizmu. - No właśnie nie wiem, co by się musiało

11 


Janina Janik

NR 3/2009

Jam charytatywny czyli co zrobić, aby się nie narobić, a w chwale pławić

- Halo? Czy rozmawiam z dyrektor NDK? - Przy telefonie. - Organizuję imprezę charytatywną i w związku z tym potrzebuję sceny, widowni, nagłośnienia, oświetlenia, reklamy, banerów, plakatów, zespołów artystycznych, ekipy technicznej, porządkowej i sprzątającej. Oczywiście wszystko za darmo, bo to impreza charytatywna. - Przepraszam, ale tym ludziom trzeba zapłacić, przecież nie będą pracowali za darmo. Ogrzewanie i oświetlenie także kosztują. Skoro to impreza charytatywna, to nic nie chcemy zarobić, ale kto zapłaci koszty? - Jak to, pani nie zapłaci? Pani serca nie ma! Pojedynczą osobę trudno namówić na większy wydatek – no bo zaraz się zastanawia, po co, czy aby ją stać, i w ogóle sarka. O wiele łatwiej jest przekonać większą grupę, by zapłaciła symboliczną złotówkę na jakiś cel. Jaki jest ten cel, to tak do końca ważne nie jest – mogą to być szpitale, sierocińce, imprezy na rzecz potrzebujących, pomoc uchodźcom etc. Zastanówmy się nad kwestią techniczną tudzież organizacyjną takiego przedsięwzięcia. Wyręczanie państwa? Nie sposób przecenić wartości akcji takich jak WOŚP czy działalności charytatywnej Czerwonego Krzyża, a także innych, które rzeczywiście wspierają potrzebujących i zrzeszają ludzi w imię pięknej idei niesienia pomocy. Nawiasem mówiąc, niedopuszczalne jest, aby działalność ta zastępowała podstawowe obowiązki państwa, takie jak zapewnienie obywatelom opieki lekarskiej, socjalnej itd. Działania te jednak są wysoce zgodne z etyką europejską, chrześcijańską i nie tylko, są po prostu i przede wszystkim zewnętrznym 12 

wyrażeniem potrzeby czynienia dobra, drzemiącej w każdym człowieku. Przymusowy darczyńca Ale jak się ma do tego „impreza charytatywna stowarzyszenia/fundacji/ grupy inicjatywnej” , której celem jest „zrobić coś, żeby pomóc Nysie”? A wszystko „za darmo, czyli symboliczne dwa tysiące”, albo choćby po to, aby odfajczyć stosowną rubrykę w planie pracy własnej instytucji. Plan jest taki, że wszyscy mają kupić za 2 czy 5 zł kalendarzyk, krzyżówkę albo paciorek, a widownię, czyli kupujących, mają zapewnić występy gdzieś tam w tle, „na wabia”. Jeśli jesteśmy w roli kupującego owe krzyżyki i paciorki, to jeszcze mamy wybór. Ale jeśli jesteśmy dyrektorem domu kultury, do którego taki organizator przychodzi z ową inicjatywą, to jest już gorzej. „Cooo, pani nie chce dać sceny na imprezę?! My zaraz do urzędu, do burmistrza, do gazety pójdziem, bo my charytatywni, a pani co? Na biznes nastawiona, tak?! A co, zespoły nie wystąpią? A czegoż to? To my już na panią sposób znajdziemy, że nas się traktuje jak szmaciarzy. Co pani gada, że nie ma sceny, przecież można wystawić dzieci pod naczepą spod TIR-a, ja sam na takim koncercie byłem, szkoła organizowała we wsi, i co? Wszyscy zadowoleni!”. Tu potrzeba już hartu ducha i wielkiej asertywności, by ataki odeprzeć. To tak, jakby „zrobić dobry uczynek” i zaprosić wszystkich znajomych na obiad do kolegi Kazika bez powiadamiania tego ostatniego. A jak Kazik zacznie narzekać, to usłyszy, że niechrześcijański, nie chce pomagać, że nie ma serca dla potrzebujących. Kazik płacze, ale płaci, a i tak dobry jestem ja, bo to zorganizowałem. Kazik współorganizator i to mu ma wystarczyć. Jak to nie dasz? W dawnych czasach taka „inicjatywa

gospodarcza” nazywała się żebraniem i była traktowana bardziej (istnieli słynni żebracy - właściciele kamienic - dający przyzwoite posagi córkom) lub mniej pobłażliwie (w XVII-wiecznej Anglii karą za żebranie była szubienica lub katorga). W dzisiejszych czasach, z powodów bliżej nieokreślonych, takowe wyczyny są nazywane działalnością charytatywną i zaliczane do pozytywnych wzorców zachowań społecznych. Oczywiście nie zawsze działalność ta ma na celu zarobienie pieniędzy. Można to robić i po to, by móc się czymś pochwalić wśród znajomych, zdobyć uznanie kolegów z pracy, szacunek teściowej, a przede wszystkim osiągnąć poczucie spełnienia. Fajnie, bo zrobiłem coś dla potrzebujących. Ale że zrobiłem, bo wymusiłem na kimś sprzęty, pracę i pieniądze, a jeszcze potrzebujący wcale na tym nie skorzystali - to już drobnostka. Non nobis Domine. Jam charytatywny. Nyski Dom Kultury organizuje imprezy charytatywne kilka razy w roku - już wkrótce, bo w grudniu tego roku, przy współpracy z inicjatywną grupą młodzieżową Format Nysa NDK zaprosi widzów na widowisko artystyczne. Będą koncerty, występy i pokazy. Pieniądze są zbierane na rzecz wsparcia takich inicjatyw jak WOŚP i Nysa Dzieciom. Za tymi imprezami stoi wiele godzin pracy, potężna działalność organizacyjna, koszty i wydatki, ale wszystkiemu przyświeca zbożny cel - pomoc tym, którzy jej naprawdę potrzebują. W akcji bierze udział wielu wolontariuszy – Format Nysa, pracownicy NDK, młodzież szkolna, zwyczajnie zaprzyjaźnione osoby, które w nyskiej placówce kultury znalazły swój drugi dom. Nie robimy tego dla pieniędzy, bo to tylko wydatki, nie robimy tego dla chwały, bo nikt nas nie pochwali, robimy to, bo mamy taką potrzebę serca. My nie charytatywni, tylko mamy serce. I wszystkich ludzi dobrej woli ze szczerego serca zapraszamy.


PA PU G

puchaty zadek na ciepłym silniku. Wygodny zelmer podwiózł go w końcu pod samą klatkę. Po chwili namysłu papug wlazł na szlak kluskowy, wiodący prosto do domku. Ciekawsko wszedł do środka, a druciane wrota zatrzasnęły się za nim złowieszczo.

Konrad Szcześniak

foto. K. Szcześniak

Co mnie podkusiło, by tego feralnego dnia wejść do sklepu zoologicznego – nie wiem. Ale stało się. Wnet otoczyła mnie zgraja kwilących, szczekających, bulgoczących (czy co tam mówią rybki) stworzeń. I on. Siedział na żerdzi i patrzył czarnymi węgielkami oczu gdzieś hen, za horyzont - w każdym razie na tyle daleko, na ile pozwalała ściana. Samczyk papugi nimfy – szybko przypadł mi do gustu. Taki grzeczny i spokojny, z pewnością nie będzie piskał, a melancholijne usposobienie nie pozwoli mu szaleć. Postanowiłem kupić. Że też nie dała mi do myślenia szczęśliwa mina sprzedawcy, gdy mi go pakował w bure pudełko z dziurami... Przyniósłszy do domu, postawiłem pudło na stole. Wnet wokół zgromadzili się ciekawscy domownicy. Jednym szarpnięciem otworzyłem i... tadaam! Wewnątrz siedziało coś innego. Napuszona, wściekła jak kobra, siekająca wokół szpilami spojrzeń szara puchata kulka rozwarła paszczę, rozcapierzyła skrzydła i rzuciła się na nas sycząc. Zamknąłem w ostatniej chwili. Pudło kotłowało się jeszcze długo. Przeciągły syk nie brzmiał bynajmniej jak „witajcie, bardzo się cieszę, że mnie kupiliście”. Otworzyłem kijem od miotły. Nim wyskoczyła, użarła go tak, że sypnę-

ło drzazgami. Papug błyskawicznie wzniósł się na maksymalny pułap i lotem koszącym zanurkował za szafę. I tyle go widzieliśmy. Ponieważ zapoznawcze pukania wywoływały tylko jadowite syczenie, a ni prośby, ni groźby nie spotykały się ze zrozumieniem, daliśmy za wygraną. Godziny mijały, a papug tkwił w królestwie płyt paździerzowych i ani myślał wyściubić łebka. Wabiliśmy kolejno: ziarnem, chlebem, ryżem, pyszną jabłkową skórą i prosem. W końcu, gdy podsunąłem buraka, wybiegł, wyrwał mi go z ręki i uciekł z powrotem w czeluść zaszafia, rechocząc szyderczo. Z oddali dobiegły odgłosy ciamkania. Wylazł na drugi dzień. Wrodzona ciekawskość nie pozwoliła mu siedzieć w ukryciu, gdy wokół tyle się dzieje. Szybko znalazł przyjaciela. Głośnego, buczącego, ze śmiesznym długaśnym nosem. Obydwaj z odkurzaczem przypadli sobie do gustu. Ptaszor siadał na nim i wspaniałomyślnie pozwalał się obwozić po mieszkaniu. Szczególnie cenił miejscówkę z tyłu, podwiewającą po kościach tropikalnym sawannowym powietrzem. Odkurzacz bez przerwy opowiadał ciekawe historie, ptaszor potakiwał ze zrozumieniem, moszcząc

Minęło kilka dni. Tuptak, bo tak go nazwałem ze względu na upodobanie do długich spacerów, zaanektował domek i jakby złagodniał. Co prawda podziwianie z bliska wciąż zostawiałem tylko gościom. Lubiłem popatrzeć, jak podchodzą, niepomni wbitej w chlebową skórkę ostrzegawczej tabliczki z zapałki i kartonika: „Nie głaskać zwierząt”. Jak klepią te swoje: „O! Jaka śliczna papużka, jaka słodka!” i jak z krzykiem cofają krwawiący palec. Wybiegali z pokoju, kapiąc wściekłością, a Tuptak dostojnie wracał do matecznika, znaczy najbardziej upstrzonego paprochami kąta klatki, jedynego, w którym zgadzał się siedzieć. To było jego wiekopomne gniazdo. Budowla reprezentacyjna, precyzyjnie stworzona geniuszem intelektu i kostropatego pazura, z oberwanej gałązki prosa, łupek słonecznika i ludzkich paznokci. Kiedyś ścieliłem jeszcze klatkę gazetami, ale od razu darł je i ciamkał na kulki, którymi łatał dziury w budowli. Na tyle skutecznie, że dmuchnięcie obracało je w zgliszcza. Trzymał w dziobku świeżo udarty kawałek przemówienia jakiegoś nadętego ważniaka i zastanawiał się, gdzie go wepchać. Myślowy ów proces, o ile nie został zakłócony niespodziewanym oddaniem stolca, przebiegał szybko. Papug potrafił wepchać paprocha w hałdę innych, by go zaraz, niezadowolony z efektów, szukać i wyciągać. Że w tym zapale budowlanym chwytał zupełnie innego i całe gniazdo się waliło, to nieważne. I tak mościł się zaraz na zgliszczach, tryumfalnie podnosił skrzydła, niczym orzeł na złotówce, i spozierał na mnie, pytając wzrokiem, czy doceniam. A gdy, zajęty czymś, nie podziwiałem, demonstracyjnie odwracał się do ściany i łypał bocznym okiem, ciekaw czy odpowiednio wyraźnie widzę jego żal i ból.

Cdn.

13 


NR 3/2009

W tej części Inferii odpowiadamy na największe zagadki ludzkości Dziś na pytanie:

Jarosławna

Co to jest patriotyzm? Czy takie zjawisko istnieje w dobie powszechnej promocji kosmopolityzmu? Czy mieszkając w zjednoczonej Europie, nie jesteśmy aby przypadkiem podświadomie nastawieni na obywatelstwo europejskie jako lepsze od polskiego? Amerykanie uważają patriotyzm za swoją cechę narodową. Nie otrzymasz obywatelstwa tego kraju, jeśli nie zaliczysz historii USA i hymnu, którego tekst musisz znać bezbłędnie, choćbyś śpiewał całość na jednej nucie. Jeżeli zostaniesz zatrzymany przez policjanta i nie znasz angielskiego dostajesz mandat za “niemożność porozumienia się”. Będąc Polakiem studiującym na amerykańskim uniwersytecie, musisz podpisać oświadczenie, że zobowiązujesz się do stosowania zasad zawartych w Deklaracji Niepodległości. Amerykanie płaczą ze wzruszenia, słuchając hymnu narodowego, i noszą majtki z wizerunkiem swojej flagi. To się nazywa miłość do własnego kraju! Polacy za sprawą swojej historii również uważają patriotyzm za swoją cnotę narodową. “Rota”, “Piechota” i “Bogurodzica” są z nami od wczesnych lat szkolnych. „Newsweek” pisze, że ktoś jest zaniepokojony, bo młodzież już nie chce słuchać o powstaniu warszawskim, co oznacza zagrożenie dla naszej tożsamości narodowej. A może większym zagrożeniem dla naszej tożsamości jest potężna siła ekonomii, która wypycha młodzież w podróż za pracą do krajów, gdzie językiem ojczystym nie jest bynajmniej polski, gdzie większość jak najprędzej pragnie zetrzeć z siebie wszelkie ślady kraju pochodzenia, oderwać metkę, by nie uchodzić dłużej za podróbkę, nie wyróżniać się z tłumu, asymilować, zwiększyć swoje szanse na obcy lecz słodki dobrobyt. Moja znajoma, mocno starsza już pani, ma 14 

wnuczkę w Kanadzie, kupuje jej ciuszki à la strój ludowy w Cepelii, wnuczka dzwoni do dalekiej zagranicznej babci i przez telefon woła “Babooo, I love you”. Babcia zna na pamięć Kraszewskiego, a dla tego dziecka, zaledwie dwa pokolenia dalej, polskość jest egzotyką, a Polska - dalekim krajem, gdzie się nosi słodkie barwne fartuszki. Czy rodzice tego dziecka nie są patriotami? Czy jednak są, bo nauczyli dziecko kilku słów w dalekim języku, który nigdy się nie przyda w karierze? Co to jest patriotyzm i gdzie się zaczyna? Naprawdę trudno czuć się patriotą, widząc na włoskich sklepach szyldy z zakazem wejścia dla Polaków? Albo gdy podczas śniadania na wycieczce w Niemczech cały autokar robi sobie kanapki “na potem”, wykorzystując szwedzki stół zamiast własnej lodówki na oczach właścicielki hotelu? Znacznie lepiej być Polakiem na wschodniej granicy. Ci za nią mają znacznie gorzej, więc przy nich nasze problemy maleją, a osiągnięcia rosną. Często łapię się na tym, że patriotką czuję się nie w domu, lecz za granicą. Patriotyzm przychodzi, kiedy z niejaką satysfakcją stwierdzam, że to moja, polska grupa jest o wiele bardziej zorganizowana, kiedy stwierdzam czyjąś (niemiecką, belgijską, hiszpańską) niekompetencję, lenistwo czy ignorancję. Jednak kołacze mi w głowie fałszywa nuta, czy ta satysfakcja nie jest aby podszyta kompleksami, bo mam potrzebę porównywania się i udowodnienia sobie samej własnej wyższości, a przynajmniej równości narodowej. To jak kompleks, głęboko ukryte obawy kogoś, kto przez wiele lat żył w gorszym świecie i czuł się jego częścią. Mojżesz prowadził Żydów przez pustynię tak długo, aż umarł ostatni urodzony w niewoli. Czy mnie minie to wcześniej?

Konrad

Owszem, bardzo mi się podoba zwyczaj noszenia flagi na majtkach, skarpetach czy kalesonach – byle to nie była polska flaga. Bo po mojemu nawet najpiękniejsze gacie z godłem czy flagą to nie miłość do ojczyzny. Co najwyżej buractwo i prowokacja. Także wyjazdy „za chlebem” to nie przejaw braku patriotyzmu. Takich fal emigracyjnych mieliśmy już w historii wiele, a jeszcze Polska nie zginęła. O język także się nie martwię. Pewnie, irytują mnie zwroty typu „Kur... zajebiaszczo klawy i odpicowany w kosmos sweterek”, ale oparł się nasz język rusyfikacji czy germanizacji, to i niedbalstwu, czy jak to teraz modnie się zwie – dysleksjom, dysortografiom i innym dysmózgowiom się oprze. Owszem, śmieją się z nas za granicami Niemcy, a nie wiedzą, że ich piłkarze są jak niemieckie jedzenie – żeby byli dobrzy, muszą być przywiezieni z Polski. Anglik wspaniałomyślnie potrafi przerwać swą cotygodniową partię golfa, gdy go mija kondukt. Z żoną. Francuzi zapominają, że ich czołgi mają pięć biegów w tył i jeden w przód itd., itp. Tyle w tym wszystkim prawdy co i w reszcie stereotypów. Śmiać się, a nie irytować, a najlepiej celnie ripostować, to się zagraniczni zamkną. Owszem, mam chwile zwątpienia, gdy widzę, że politycy tracą czas na infantylne utyskiwania, podczas gdy Rosja zaciska wokół Polski gazowe szpony; gdy Anglicy „kradną” nam Enigmę, a my zamiast choćby wykupić kilka billboardów w centrum Londynu i grzmieć, nie robimy nic; gdy uciekającego z ringu w sromocie Gołotę rozjuszeni widzowie obrzucają keczupem, a przecież wchodził tam z wielkim orłem na piersi... A potem widzę, jak na olimpiadzie przed całym światem wciągają polską flagę na maszt i grają hymn, i wiem, że nikim innym, tylko Polakiem chcę być.


Franciszek Neckar

Patriotyzm. Nie jest w Polsce obecnie w modzie. W najlepszym razie darzy się go obojętnością. O wiele częściej jest za to atakowany, lekceważony, dyskredytowany. Patriotyzm – postawa patriotyczna jest wstydem przynajmniej u młodego i średniego pokolenia jako postawa zacofana i szkodliwa. Dla kogo? Taki klimat wokół patriotyzmu w Polsce nie jest czymś wielce szokującym po latach wściekłej i uporczywej polityki antypolskiej wszechstronnie prowadzonej przez rządzących namaszczanych przez Moskwę – Krym w latach 1944 – 1989. Dziwi natomiast jej kontynuacja w formie naturalnie złagodzonej, uładzonej – w białych rękawiczkach – przez ogromną i przeważającą część pracy mediów i niektóre rządy w latach 1989 – 2009. A nawet jeśli nie jest to polityka antypolska, to nie jest też polska. Lecz abyśmy się w tak istotnej sprawie bezapelacyjnie porozumieli: czym jest patriotyzm? Patriotyzm to miłość do własnej ojczyzny. Czyli co? Patriotyzm jest aktywnym i twórczym – w myśli, w mowie i uczynkach – uznaniem i uznawaniem istnienia i trwania własnej ojczyzny (dla nas Polski). Jest naturalnie uznawaniem istnienia własnej ojczyzny za dobre, piękne i prawdziwe. Dosłownie tak jak Janek kocha lub powinien kochać Ilonę. Albo jak Ilona kocha własną córkę Agatę. Kochać, darzyć miłością własną ojczyznę to przyczyniać jej dobra, piękna i

chwały. Chronić przed wrogami, zdrajcami kiedy potrzeba. Leczyć kiedy nie jest zdrowa. Stale wychodzić naprzeciw potrzebom życia i rozwoju ojczyzny. To jest patriotyzm. To jest miłość do własnej ojczyzny. Aby zgubić zawsze możliwe wątpliwości. Ojczyzna to wszystko: i ziemia, i krajobraz, i dzieje, i język, tradycja, obyczaje, religia, to klimat i potrawy. Kultura! To kraj i ludzie. I ludzie – Polacy. To wszystko jest niezaprzeczalnie ojczyzną. Widzimy oto wobec kogo i wobec czego mamy obowiązki miłości, jeśli jesteśmy patriotami. I jeszcze kilka uwag dla nieśmiałych i wyśmianych, dla ośmielenia ich i rozwiania wątpliwości. Nikt kto ma albo miał rodziców – ojca i matkę – nie pyta nikogo o zgodę, by kochać własnych rodziców. Kocha i już. I my w takim razie nie musimy pytać nikogo o zgodę ani o opinię w przypadku miłości do własnej ojczyzny! Nie kto inny jak Fryderyk Chopin (którego 160. rocznicę śmierci obchodzimy) za swoim drugim pobytem w Wiedniu żałował bardzo, że nie jest w domu, w ojczyźnie, i nie bierze udziału w powstaniu listopadowym. Starał się i nie dostał zgody na powrót. Od kogo? Od Rosji – ambasady rosyjskiej. Dostał jedynie paszport do Francji bez możliwości powrotu do domu. Czyli z ojczyzną i z miłością do niej jest dokładnie tak jak ze zdrowiem: „...ten tylko się dowie, kto cię stracił...”.

Sąd o tym, że patriotyzm, czyli polskość, bycie aktywnym Polakiem jest szkodliwe (dla kogo? Dla Europy?) to sąd nie tyle fałszywy, co bezczelny. Właśnie bycie konkretnie kimś; bycie Francuzem, Holendrem, Polakiem gwarantuje lub może zagwarantować w przyszłości jakąś głębszą tożsamość i osobowość w Europie, tj. Unii Europejskiej. Bycie kimś gwarantuje, warunkuje zdolność do miłości do tych innych. Pisałem o tym w tekście prezencie do spektaklu „Polskie wahadło”. Może ktoś był? Może tekst otrzymał? Wszyscy Polacy kochają Jana Pawła II. Niech on będzie przykładem wielkiego patriotyzmu. Wszystkim przeciwnikom i powątpiewającym w patriotyzm proponuję takie ćwiczenie. Proszę odtąd wyrażać swoje poglądy antypatriotyczne, antypolskie bądź antyfrancuskie w języku nie polskim i nie francuskim, a w języku i w kulturze żadnej. Młodym matkom i ojcom natomiast takie ćwiczenie proponuję: proszę najpierw do swoich malutkich, a potem do większych dzieci odzywać się nie po polsku, nie po holendersku, a tylko, jedynie i zawsze łał łał, niu niu, grr grr (coś jak gołębie). Na pewno wyrosną z nich ludzie. Ostatnio, ale to zupełnie ostatnio obserwujemy renesans, coś w rodzaju powrotu do wielowiekowej patriotycznej postawy Polaków. Rzeczywiście pogląd człowieka o sobie samym, że jest nikim, jest nie do utrzymania na dłużej. Poszukującym już życzę szczęśliwego powrotu do tożsamości, czeka ich znacznie lepsze życie, sukcesy. A tych, którzy są już w drodze, proszę o kontakt ze mną – doprawdy ogrom pracy w polonizowaniu Polaków na nowo. Kontakt: 606 177 597, (77) 436 36 11 15 


Kogo słuchamy, tego NR 3/2009

zapraszamy

Nyski Dom Kultury wyszedł z pomysłem, by to nysanie sami wybierali gwiazdy najbliższych Dni Nysy. Na internetowym Forum Nysa, drogą esemesową i bezpośrednio w NDK-u zgłaszano swe typy. Wyniki głosowania ujawniły dość nieoczekiwane preferencje ziomków. Oczywiście trzeba brać poprawkę na to, że w świecie elektronicznym panuje młodzież, a w realnym jest jeszcze miejsce (na szczęście) i dla starszych, więc ostateczny zestaw zespołów występujących na Dniach Nysy może się trochę różnić. Wyniki Kolejne pozycje oznaczają artystę/nazwę zespołu, ilość głosów i wynik procentowy

Mrozu 1786 Kombii 1341 Myslovitz 890 Ani Mru Mru 731 O.S.T.R 224 Dżem 164 Ivan i Delfin 134 TSA 130 Kab. Moralnego Niepokoju 114 A. Chylińska 108 Łowcy.B 95 Perfect 85 Kult 69 Lady Pank 68 Strachy na Lachy 66 Akurat 55 Ira 40 Czesław Śpiewa 39 Hurt 39 Lao Che 36 Paranienormalni 36 Bracia 34 Modern Talking 34 Oddział Zamknięty 31 Piasek 29 A. Wyszkoni 28 HEY 25 A. Dąbrowska 24 Vader 24 Bajm 23 Boys 23 Doda 17 M. Rodowicz 15 Armia 14 M. Peszek 14 Pin (Lambert) 13

16 

62,36% 46,82% 31,08% 25,52% 7,82% 5,73% 4,68% 4,54% 3,98% 3,77% 3,32% 2,97% 2,41% 2,37% 2,30% 1,92% 1,40% 1,36% 1,36% 1,26% 1,26% 1,19% 1,19% 1,08% 1,01% 0,98% 0,87% 0,84% 0,84% 0,80% 0,80% 0,59% 0,52% 0,49% 0,49% 0,45%

i n t e r n e t

www.ndk.nysa.pl

INFERIA 5  

Magazyn Stowarzyszenia Ad Astra w Nysie

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you