Page 1

Nr 3/2010 cena 0 zł ISSN 2081-1713

s. 6-7

Harmonia w Chaosie

s. 4

Kto ma rap...

s. 10-11

Koty

s. 3

Telewizja w Nysie

M

arcin

MIŁKOWSKI

menadżer w kulturze


Współpraca międzynarodowa Kontakt z nami

NR 03/2010

STOWARZYSZENIE AD ASTRA w Nysie, ul. Wałowa 7, 48-300 Nysa, mail: adastra.nysa@gmail.com redaktor naczelny Tomasz Janik projekt graficzny i skład wydania Michał Baraniewicz www.majkelstudio.pl druk Cmyk Maciej Kowalski

Prosimy o mailowe opinie i komentarze do zagadnień poruszanych w Inferii: Najciekawsze wydrukujemy.

Stowarzyszenie Ad Astra organizuje półkolonie letnie dla dzieci w wieku lat 7-13 5-16.07.2010 - pierwszy turnus - zajęcia od 8.00 do 16.00 od poniedziałku do piątku 19-30.07.2010 - drugi turnus - zajęcia od 8.00 do 16.00 od poniedziałku do piątku

Koszt: 100 zł od osoby (w tym wyżywienie, wyjazdy i bilety wstępu). W programie 2 wycieczki (do opolskiego zoo oraz do aquaparku we Wrocławiu), rajdy, gry i zabawy. Ilość miejsc ograniczona. Zapisy w sekretariacie Nyskiego Domu Kultury. Półkolonie realizowane są w ramach projektu „Nyskie dzieci nasze są - półkolonie letnie 2010”.

Nie ma już chyba szanującego się miasta, szkoły czy domu kultury, które nie prowadziłyby współpracy partnerskiej z instytucją zagraniczną. Czasy, kiedy o pozyskanie partnera się walczyło, już dawno minęły, dzięki kontaktom internetowym można z łatwością znaleźć do współpracy instytucję z każdego zakątka Ziemi. Jedenaście lat temu szkoła, w której pracowałam (SP nr 1 pod dyrekcją fantastycznej Teresy Sordyl), była pierwszą szkołą w okolicy, która rozpoczęła współpracę międzynarodową w ramach Comeniusa. Nie mieliśmy żadnego doświadczenia, nie mieliśmy nawet wyobrażenia, co zrobić z ośmioosobową grupą Belgów. Gdzie ich zabrać, skąd wziąć na to pieniądze? Pamiętam, jak podczas wspólnego obiadu koleżanka i ja (odpowiedzialne za grupę zagraniczną) zamówiłyśmy dla siebie wodę mineralną w obawie, że zabraknie nam pieniędzy. Nie było wtedy kart płatniczych, komórek, samoloty kosztowały majątek. Różnica pomiędzy nami a NIMI, zachodnimi ludźmi, była ogromna. Każdy wyjazd zagraniczny był wydarzeniem, a kiedy goście zagraniczni przyjeżdżali do nas, to pół szkoły musiało się nimi zajmować, aby sobie poradzić. Teraz czasy są inne – Dom Kultury w Nysie, w niewielkim bądź co bądź mieście, ma kilkudziesięciu (!) partnerów zagranicznych. Są to niezależne zespoły muzyczne lub taneczne, instytucje kultury, NGO czy nawet gminy. Są sytuacje, kiedy w jednym tygodniu gościmy 4 różne delegacje w różnych terminach, są też i takie imprezy, jak Festiwal Twórczości Młodzieżowej czy Folk Fiesta, kiedy jednocześnie gościmy grupy kilkudziesięcio- czy nawet kilkusetosobowe. Na przykład na tegoroczną trzydniową Folk Fiestę w Nysie zapowiedziały się zespoły z Norwegii, Turcji, Cypru, Słowacji, Serbii, Nepalu, Rosji i Algierii, wstępnie ok. 220 osób. Trudno tu-

taj mówić o indywidualnym podejściu do każdego zaproszonego, ale czasy, kiedy chodziło się z gościem zagranicznym wszędzie, już dawno odeszły do lamusa. Polska już nie jest krajem, o którym się nic nie wie. Kiedyś w Anglii bardzo długo tłumaczyłam różnicę pomiędzy Polską a Rosją, bo dla nich my wszyscy byliśmy Russian. Pamiętam też wizytę w Austrii dziesięć lat temu, kiedy byłam jedynym przedstawicielem Polski w bardzo licznej delegacji i dzięki temu stanowiłam obiekt szczególnego zainteresowania, jako postać z egzotycznego kraju, z którą, o dziwo, można się porozumieć w europejskim języku. Coś w rodzaju tresowanego niedźwiedzia. Takich przykładów są dziesiątki. Dzisiaj coraz więcej turystów przyjeżdża do naszego kraju, setki tysięcy Polaków wyjeżdżają, nasza młodzież studiuje na uczelniach całego świata. Co najważniejsze – straszliwa bariera ekonomiczna, czyli różnica w zarobkach, zatarła się jakoś i już tak nie razi. Korzyści ze współpracy międzynarodowej są oczywiste – dzięki kontaktom zagranicznym mamy chociażby międzynarodowe imprezy, młodzież nyska wyjeżdża na wymiany prowadzone przez NDK, są środki na przedsięwzięcia kulturalne, na które nigdy by się nie znalazły pieniądze w budżecie. Co jest potrzebne, aby współpraca się rozwijała? Znajomość języka, oczywiście angielskiego, i to samo, co 11 lat temu, czyli dobre chęci i ciekawość świata. Jeżeli w placówce nie ma osób mówiących biegle po angielsku (nie osoby lecz osób), to promocja zagraniczna takiej placówki nie istnieje. Na nic udział w targach zagranicznych przedstawicieli urzędu czy instytucji, którzy posługują się „językiem migowym” czy „body language” na zasadzie „jakoś się do-

Janina Janik gadam”. W dzisiejszych czasach to już mauvais ton, kiedy na spotkaniach międzynarodowych przedstawiciele samorządu czy instytucji kultury nie posługują się poprawną angielszczyzną. A dlaczego ciekawość świata i dobre chęci? Dlatego, że chociaż w zjednoczonej Europie i zglobalizowanym świecie, nadal jesteśmy bardzo różni. Jeżeli Chińczyk powtarza to samo trzy razy, to tylko z uprzejmości, a nie dlatego, że nie ma dobrego zdania o wydajności umysłowej rozmówcy. Cypryjczycy muszą mieć sjestę po obiedzie w każdych „okolicznościach przyrody”, Turkom, broń Boże, nie wolno podać wieprzowiny, Rumunów z Transylwanii nie należy pytać o wampira Drakulę, bo Vlad Dracula jest u nich bohaterem narodowym, Niemcy nie mogą zrozumieć, dlaczego istnieje w Polsce szara strefa, a Finowie – co to jest prywatny dentysta. Do tego dochodzą niewymawialne imiona i nazwiska, np. Choucha-huari czy Hadjichalambous. Poza tym ludzie są tylko ludźmi. Są tacy, którym się wszystko podoba (Janina, how lovely!), i tacy, którym „nie smakuje, nie pasuje, nie interesuje”. Na szczęście ci ostatni zdarzają się niezmiernie rzadko. Padają stereotypy i uprzedzenia. Są Turczynki – blondynki o urodzie lalek Barbie i bardzo europejskich poglądach, bardzo pracowici i skrupulatni Hiszpanie, niedotrzymujący słowa Niemcy itd. Zdarzają się też sytuacje, które stereotypy potwierdzają – Włosi są nad wyraz sympatyczni, bardzo dużo mówią, ale wszystko odkładają na pojutrze, Belgowie i Irlandczycy są bardzo przyjaźni, a Finowie wysportowani. Co by tam nie mówić – ta różnorodność jest fantastyczna, a pojęcie „Europejczyk” tak naprawdę jest abstrakcyjnym pojęciem z działu nazewnictwa. I tak też ma być – jesteśmy z pięknego miasta Nysy, mamy się czym pochwalić i w tej różnorodności świetnie się odnajdujemy.

TVO w Nysie. Informujemy, uczymy, dostarczamy rozrywki.

TVO wraz z Nyskim Domem Kultury. Już niedługo. Dla młodzieży, dla miasta, dla regionu. Jedyna taka telewizja na Opolszczyźnie. Nie czekaj. Sprawdź nas na

www.tvopolska.pl 2 

3 


NR 03/2010

McB Urzędnik wysokiej rangi powiedział, że „placówki samorządowe nie powinny się zajmować hip-hopowcami i satanistami”. Brawo, bravissimo! Raperzy i sataniści jako persona non grata w naszym, jakże poukładanym, społeczeństwie. Podobne poglądy prezentuje moja 70-letnia matka, której w wyciągnięciu takich wniosków (mianowicie że młodzież w ogóle jest zła, a już łysa młodzież słuchająca głośnej muzyki to na pewno sataniści) pomagają niedzielne kazania. ”Ksiądz powiedział, że oni nie mają żadnych ideałów, że rodzice nie są autorytetem”. Co do tych autorytetów, to mam wątpliwości. Nawet hip-hopowe teksty pełne przekleństw zawierają wypowiedzi, takie jak: „Jesteśmy dziećmi swoich rodziców, bądźmy im wdzięczni”, „Wszystko, co mam, zawdzięczam mojej matce”. I tutaj nie ma miejsca na łzawe teksty à la disco polo, bo teksty hip-hopowe mają to do siebie, że zawierają szczere wypowiedzi. Dlatego między innymi tak wiele tam jest przekleństw. Dzisiejsza młodzież nie ma lekko – musi się borykać z problemami, o których nie słyszeli jej rodzice. Musi być konkurencyjna już w wieku szkolnym. Dobra znajomość języka obcego, prawo jazdy i obsługa komputera – to od dawna nie są żadne dodatkowe umiejętności, tylko podstawowa wiedza. Trzeba znaleźć pracę w mieście, gdzie co piąty dorosły jest bezrobotny, zarobić na mieszkanie, którego koszt równa

się ok. 8-letniej pensji, poradzić sobie z faktem, że sklepy pękają w szwach od luksusowych towarów, na które nigdy nie będzie pieniędzy. Jej rodzice tego nie znali i nadal nie znają. Często kiepsko sobie radzą w rzeczywistości, nadal nie potrafią napisać CV czy podania do urzędu. Swoje M-3 zdobyli dawno temu dzięki skrupulatnym wpłatom na książeczki oszczędnościowe. Można mówić o bezwarunkowej miłości do rodziców, ale bezwarunkowy autorytet? Wzór do naśladowania? Porady życiowe od osoby z emeryturą rzędu 1200 zł? To młodzież jest po tysiąckroć bardziej zaradna, pomimo braku wiedzy życiowej. To młodzi ludzie wyjeżdżają za granicę do pracy, zaczynając od zera i nie mając żadnego wsparcia w obcym kraju. Pracując na 3 etaty, ciężką harówą, nieznaną ich rodzicom, dorabiają się samochodów i mieszkań (moja mama pracowała 40 godzin w tygodniu, ja pracuję od 60 do 80, a koleżanka baby sitter w Londynie pracuje ok. 100). Nie porównujmy obecnych warunków ekonomicznych z tymi sprzed 20 lat i nie mówmy, że „oni wszystko mają”, bo to jest nieprawda. Mówię o hip-hopie dlatego, że to jest najbardziej otwarta i szczera forma nowoczesnej muzyki młodzieżowej, w której olbrzymią rolę odgrywają teksty. Muzyka rockowa stawia bardziej na instrumenty, wokal, czyli głos ludzki, ma takie samo znaczenie jak np. gitara. Żeby kochać

jakąś piosenkę rockową, nie trzeba koniecznie rozumieć słów. W hip-hopie tekst jest niesłychanie ważny, bo poprzez teksty młodzi i gniewni wyrażają swój stosunek do świata, obawy, nadzieje i frustracje. Problemy w szkole, pracy, rozterki miłosne. Nieprawdą jest, że hip-hop uczy agresji – bardzo ważny jest wątek przyjaźni międzyludzkiej, wzajemnego wspierania się. Niespecjalnie lubię hip-hop, głównie przez przekleństwa i częsty prymitywny mizoginizm. Ale rozumiem, dlaczego jest i dlaczego jest potrzebny młodym. Sądzę, że polski hip-hop poczynił ogromny postęp – od tekstów typu „Otwieram wino z moją dziewczyną, oh-oh, oh-oh” i „Ra-ta-ta, ra-ta-ta, wielka impra z Rysiem trwa” do tekstów, których nie powstydziłby się dobry publicysta. Znam wielu raperów i nie wyglądają mi na satanistów. Zresztą nigdy osobiście nie poznałem żadnego satanisty, ale na podstawie wiedzy zaczerpniętej z Telewizji Trwam rozumiem, że każdy młodzieniec łysy/ długowłosy, ubrany w czerń/dres, z kolczykami/tatuażem/dredami może być zaliczony do satanistycznego ugrupowania wrogów rodzaju ludzkiego. Hm, życzę wszystkim nam, abyśmy tylko takich wrogów mieli, a raperom, szczególnie polskim, życzę powodzenia, weny twórczej i fajnych koncertów.

plakat muzyczna fiesta 29.406

foto: M. Baraniewicz

4 

5 


NR 03/2010

Janina Janik Jak wiele innych rzeczy z tego samego gatunku (komiksy, graffiti, moda na workowate spodnie i setki innych wynalazków), b-boying, czy inaczej breakdance przyszedł do nas z Nowego Jorku i, oczywiście na początku, tańczyli go głównie czarni mieszkańcy miasta. Początkowo b-boying stanowił rodzaj tańca hip-hopowego, ale obecnie nie ogranicza się tylko do tego gatunku. Muzyka musi być bardzo rytmiczna i o właściwym tempie. Żeby tańczyć breakdance, trzeba być bardzo sprawnym fizycznie i mieć bardzo dobre poczucie rytmu. Pokazy taneczne są spektakularne, a widzowie zazwyczaj nie kryją zachwytu. Przy NDK działa grupa tańca break Harmonia w Chaosie. Składa się z kilku chłopaków, czyli b-boys, i jednej dziewczyny, czyli b-girl. Z chęcią opowiadają nam o tańcu i jego wpływie na życie: - Pytanie to z pewnością zadaje wam sporo osób czy potrzebne jest jakieś dodatkowe przygotowanie, np. zajęcia z gimnastyki, jogi? - Harmonia w Chaosie - Nie, każdy trening rozpoczyna się od długiej rozgrzewki. To wymaga czasu, by ciało nabrało siły i dynamiki (trening na siłowni oczywiście pomaga, ale to zależy od konkretnej osoby). Minimum przygotowań, zanim się zacznie tańczyć, to ok. 5 miesięcy treningu. - Czy wasi rodzice popierają takie niebezpieczne hobby? - Mama kiedyś mówiła, żebym się przestał na tej głowie kręcić, ale odkąd mam uprawnienia instruktorskie, to już przestała tak mówić. - Jak odbierają was inni, mam na myśli nie tylko taniec, lecz też dresy, czapki bez kształtu itd.? - Wydaje się, że zanim pokażemy taniec, postrzegają nas stereotypowo jako dresiarzy, ale potem widzą naszą pasję i zmieniają zdanie. - Jak breakdance wpływa na codzienność czy wzmacnia wiarę w siebie, czy wyobcowanie? - Pomaga w życiu. Jesteśmy bardziej pewni siebie, breakdance oznacza dla nas pokonanie własnych granic. Myślę sobie: potrafię zrobić coś takiego, więc potrafię wiele. - Do jakiego wieku tańczy się break, czy wyobrażacie sobie siebie jako 50-latków stojących na jednej ręce lub kręcących się na głowie? - Uczyć się w takim wieku już nie da, ale jeżeli ktoś już tańczył, to sobie będzie radził nadal. Najstarszy członek naszego zespołu ma 43 lata, a najmłodszego, ośmioletniego b-boya przyprowadza do nas mama. - Czy jest to taniec wyłącznie męski? Jest

wśród was dziewczyna i widzę, że bardzo pozytywnie odbierana przez grupę. - Jest to taniec, który wymaga sprawności i siły fizycznej. Dziewczyna nigdy nie będzie umiała tego, co chłopak, ale radzi sobie nieźle. Dziewczyny chyba wolą nas oglądać.

6 

7  foto: M. Baraniewicz


NR 03/2010

McB

8 

- Ma pan 40 lat, czy zgodnie z tym, co napisał swego czasu Komitet Referendalny w swoich ulotkach, czuje się pan „młodym kierownikiem”? Marcin Miłkowski - Dobrze jest czuć się młodo. Gdyby nie kontekst ulotki (której kolportaż został zakazany wyrokiem sądu), pomyślałbym, że to komplement. Stosując retorykę tekstu komitetu referendalnego, jeśli ja jestem młodym kierownikiem, to 29-letni Piotr Smoter (szef owego komitetu) sam siebie powinien nazwać młodzieńczym pełnomocnikiem (śmiech)... Faktycznie tekst ulotki miał zasugerować jakąś bliżej nieokreśloną formę modelu zarządzania, jaki rzekomo panuje w placówce. NDK to z punktu widzenia zasobów ludzkich instytucja dość mała, funkcjonujący tam system kierowania zawiera sporą dawkę demokracji i można powiedzieć, że cechuje się przewagą heterarchii nad hierarchią. Proszę o jakieś poważniejsze pytanie. - A cóż to takiego ta heterarchia, jakieś nowoczesne pojęcie rodem z teorii zarządzania? - Jeśli pojęcia z lat 80. są nowoczesne, to rzeczywiście jestem młodym kierownikiem (śmiech). Heterarchia to pozioma struktura decyzyjna, w której osoba w zależności od sytuacji i kompetencji jest zarówno podwładnym, jak i przełożonym. Przeciwieństwem jest hie-

foto: M. Baraniewicz

rarchia, gdzie decyzje podejmowane są na zasadzie pionowego łańcuszka decyzyjnego, ale tego chyba nie trzeba wyjaśniać. - Co pan rozumie pod pojęciem marketing w kulturze? - Centrum Kultury to przedsiębiorstwo usługowe, jego produktem są imprezy kulturalne i zajęcia artystyczne, a marketing, jak w każdej innej branży, to sposób komunikacji z klientem. - A wyznacznik sukcesu? - Jakość tej oferty, czyli oferowanie jak największej ilości różnorodnych produktów kulturalnych dobrej jakości po jak najniższej cenie. - Cena? Przecież, jak mi wiadomo, zajęcia i gros przedstawień w NDK jest nieodpłatnych, a większość tych odpłatnych i tak jest częściowo dotowanych. - Zgadza się. Większość jest bezpłatnych, więc cena to koszt całości w przeliczeniu na uczestnika. Nazywam to ceną, ponieważ działamy za pieniądze gminy, gmina jest własnością mieszkańców Nysy, którzy są jej sponsorami i akcjonariuszami zarazem. Czyli przedsiębiorstwo kulturalne, jakim jest NDK, w imieniu mieszkańców i za ich pieniądze kupuje i wytwarza produkty kulturalne przeznaczone dla nich samych. Jesteśmy pośrednikiem, koszt to cena produktu podzielona przez liczbę uczestników. Można powiedzieć, że zajęcia taneczne kontraktujemy dla mieszkańców Nysy za X zł miesięcznie na osobę, a koncert muzyki klasycznej za Y zł na osobę. - Jakie to są ceny, istnieją takie wyliczenia? - Przy imprezach wyliczenia są łatwe, jeśli chodzi o zajęcia – bardziej złożone. Ponadto nasza działalność to również administrowanie bastionami, punkt Informacji Turystycznej. To nie jest sensu stricto kultura, ale wszystko da się policzyć. - Jaki jest zatem przykładowy koszt imprezy i zajęć? - Zakładając, że na Dniach Nysy mamy 35 tys. uczestników, to do ceny biletu, którą płacimy wchodząc na stadion, miasto dopłaca około 4 zł na osobę. Cena delikatnie zmienia się z roku na rok, ponieważ zmieniają się przychody i koszty, jednak bez dotacji przeznaczonej na Dni Nysy i zawartej w naszym budżecie utrzymanie ceny biletu na poziomie 6 zł nie byłoby możliwe. Zajęcia taneczne to wydatek ok. 4 zł za zajęcia na osobę, muzyczne są droższe – ok. 10 zł na osobę (mniejsze grupy), kółko filmowe to ok. 6 zł na osobę. Koncert muzyki klasycznej to... nawet kilkadziesiąt złotych na osobę. I tu zaczyna się problem. Naturalne jest, że sztuka wysoka jest droższa od popularnej, niemniej jednak istnieje jakaś bariera, powyżej której staje się zbyt droga. - I to mówi kompozytor muzyki poważnej?! Czy nie odcina pan gałęzi, na której sam siedzi? - Miłość do sztuki to jedno, a zdrowy rozsądek to co innego. Kochajmy sztukę miłością czystą, bez zaślepienia. Zamiast załamywać ręce, zastanówmy się, co zrobić, by te koszty zredukować. Kupować tanio (to już robimy), a jeśli nie możemy kupić dostatecznie tanio, pociąć tort na więcej kawałków, czyli sprawić, by nysanie przyszli na koncert większą grupą. Ciągle się

zastanawiam, dlaczego mieszkańcy są skłonni jechać do filharmonii do Opola lub Wrocławia i zapłacić niemałą cenę za bilet, a nie chcą przyjść na koncert do nas. Wrocławska orkiestra kameralna Ricordanza, która zagrała u nas podczas Festiwalu Muzyki Barokowej jesienią 2009 Cztery pory roku Vivaldiego, jest stałym bywalcem w Filharmonii Berlińskiej. Mało kogo stać, by tam ich posłuchać, jednak na koncert przyszła garstka. Ze znanych twarzy pamiętam jedynie dyrektora NOR Mirosława Aranowicza. - Czy mamy w Nysie elity? - Elity, czyli inteligencję w co najmniej trzecim pokoleniu, z odpowiednimi tradycjami, zasobami intelektualnymi i osiągnięciami, potrafiącą konsumować kulturę wysoką? Nie wiem, nie prowadziłem badań. - Dlaczego mamy tak ogromne problemy z frekwencją na tego typu wydarzeniach kulturalnych? Czy jesteśmy miastem skazanym na disco polo? Czy w Nysie brakuje melomanów, czy jesteśmy intelektualną prowincją, próżnią kulturalną? - Nie! Mam nadzieję, że nie. Myślę, że jest kilka powodów: 1. Brak tradycji – przyzwyczajenia buduje się latami, więc trzeba popracować. Zupełnie inaczej wygląda to w Czechach. Wszystkie koncerty są biletowane, dla przykładu: w 27-tysięcznym Krnovie na koncert filharmonii z Ołomuńca przychodzi pełna sala, sprzedają się karnety na cały sezon. 2. Stan budynku – żeby konsumować kulturę, potrzebna jest odpowiednia „gra wstępna”. W estetycznych wnętrzach udaje się to znacznie łatwiej. Na tle pięknych, mnożących się jak grzyby po deszczu galerii handlowych wypadamy blado, trupio blado! 3. Niezamożne społeczeństwo – trudno liczyć jedynie na lekarzy i adwokatów, których również łatwiej spotkać w Opolu lub we Wrocławiu, a nawet na nartach we włoskich Dolomitach niż na naszych koncertach, patrz punkt 1. 4. Wizerunek NDK – i tu dochodzimy do czegoś, na co mamy bezpośredni wpływ. Reklama jest bardzo ważna, jesteśmy w Internecie z nowym multimedialnym serwisem (w ciągu niespełna 2 lat ponad pół miliona wejść i jest coraz więcej), w Internecie można również kupić bilety, jesteśmy od kwietnia z reklamą na forum.nysa.pl, na banerach i słupach na mieście, na zaproszeniach, przy okazji cateringu po imprezach, na ulotkach w pizzy... To ciągle zbyt mało, potrzebna jest nam megapromocja, która zmieni wizerunek NDK w świadomości nysan. Wielki remont sali koncertowej to mogłoby być to! Ludzie są estetami, lubią ładne wnętrza. Niedawno byłem gościem w nowej bibliotece miejskiej w Jaworznie. Piękny budynek... pełen ludzi. - Przecież ta kadencja Rady Miejskiej to kadencja wielkich planów inwestycyjnych. Jest w nich sport i literatura piękna w postaci biblioteki, a gdzie kultura? - Musimy czekać na swoją kolej. Wierzę, że taki czas nadejdzie. Napisaliśmy kilka ogromnych projektów inwestycyjnych, wszystkie przeszły ocenę formalną, merytoryczną i odpadły na poziomie decyzji. W działaniach inwestycyjnych jest bardzo duża dysproporcja pomiędzy podażą a popytem na niekorzyść tej pierwszej. To znaczy, że jest tyle potrzeb, tyle wniosków i instytucji, że nie sposób zaspokoić choćby części z nich. Mamy natomiast spore sukcesy w pozyskiwaniu środków na dzia-

łania miękkie (czyli nieinwestycyjne). Przed rokiem 2008 NDK nie zdobył ze środków pozagminnych ani złotówki, my mamy „na liczniku” w samym 2009 r. 30 tys. euro, a w bieżącym już 128 tys. euro (208 tys. euro wspólnie z czeskim partnerem) m.in. na realizację cyklu koncertów młodzieżowych Polsko-Czeska Muzyczna Fiesta i programu współpracy centrów kultury Nysa – Jesenik. Na rozpatrzenie w najbliższych miesiącach czeka kolejne kilka projektów łącznie na sumę 40 tys. euro. - To dziwne, poza banerami reklamującymi projekty nie ma informacji o tych sukcesach. Nie macie zbyt dobrej prasy, dlaczego? - Z polityką jest jak z kobietami – jeśli ich nie znasz, nie zrozumiesz, o co chodzi. Nie mamy problemu z prasą tylko z jednym tytułem prasowym. Ludziom z kręgu tej gazety bardzo nie w smak zmiana warty i postęp, jaki dokonał się w NDK po 2008 roku, i oni niestety nie postrzegają NDK jako centrum kultury, lecz jako łup polityczny. W konsekwencji nie ma dla nich żadnego znaczenia, co się dzieje w NDK, działają według zasady: im lepiej w NDK, tym głośniej trzeba krzyczeć – więc jazgot prasowy w przewrotny sposób jest miernikiem naszych sukcesów. - Zabrzmiało dość kontrowersyjnie. Przecież „Nowiny Nyskie” to bodaj najstarsza i najsilniej związana z regionem lokalna gazeta. - W mojej ocenie oprócz funkcji gazety, która mówi o pogodzie, wypadkach drogowych i sporcie, to propagandowy biuletyn ugrupowania politycznego, a dziennikarze są w połowie dziennikarzami, a w połowie etatowymi pracownikami komitetu wyborczego tegoż ugrupowania. To dość smutne, ale i nieco zabawne. Najzabawniejsze, że jeden z redaktorów „Nowin”, pan Adam Zelent jest od jakiegoś czasu zadowolonym uczestnikiem naszych zajęć artystycznych – kółka filmowego (z uśmiechem wita mnie, gdy mijamy się przed NDK), a syn pani redaktor naczelnej grał do niedawna w zespole, który działał przy NDK. - Czy zamierzacie reagować na te nieprzychylne artykuły? - Pozwolę sobie na przytoczenie dowcipu sprzed lat. W czasie zimnej wojny, podczas spotkania na szczycie radziecki przywódca Leonid Breżniew oraz amerykański Ronald Reagan posprzeczali się o stan kultury fizycznej na świecie. Nie mogąc rozstrzygnąć sporu w dyskusji, zdecydowali, że będą się ścigać. Wynik był taki, jakiego się można było spodziewać. Wysportowany Reagan zdeklasował przeciwnika. Nazajutrz radziecka gazeta „Prawda” napisała: Towarzysz Breżniew podczas mityngu lekkoatletycznego zajął zaszczytne drugie miejsce, potem 1000 słów sławiących wodza, a na końcu jedno zdanie... Reagan był przedostatni. W podobny sposób w jednym z majowych wydań „Nowin” opisany został kwietniowy przegląd zespołów tanecznych w Ozimku – fakty są takie, że z ramienia NDK w imprezie wzięły udział 3 zespoły, z czego grupa Adagio zdobyła I nagrodę w kategorii „Inscenizacja Taneczna”, a Harmonia w Chaosie wyróżnienie w kategorii „Breakdance”. Jednak żadna z tych informacji nie pojawiła się w artykule, w którym pani Agnieszka Groń pisze o sukcesie zespołu Tanero, komercyjnej szkoły tańca z Nysy. Sukcesie polegającym na tym, że spośród 7 grup Tanero biorących udział w przeglądzie,

jedna osoba otrzymała nagrodę indywidualną. Szanujemy zespół Tanero i życzymy im sukcesów, ale proszę pomyśleć, jak czuje się nasza młodzież, czytając artykuł, w którym napisano, cytuję: „Przedstawicielami Nysy były także (z sukcesami) zespoły FLAME, Harmonia w Chaosie i Adagio”. Jedno zdanie w całym artykule (oczywiście nic o NDK-owskim rodowodzie grup). Przepraszam, czy nasza młodzież jest trędowata? Młodych ludzi polityka nie interesuje, za to świetnie wyczuwają fałsz. Wiedzą, że zostali pominięci i zlekceważeni. Czy na tym ma polegać wspaniały świat, który stanie się udziałem nysan pod duchowym kierownictwem Janusza Sanockiego? Czy to jest przesłanie, jakie niesie młodym? To jakiś koszmar! - Dlaczego, gdziekolwiek się poruszymy w tematyce społecznej, pojawia się cień „Nowin Nyskich”, czy nie ma innych tematów? - „Nowiny Nyskie” w sposób bezprecedensowy upolityczniły lokalne życie społeczne w mieście. Posunęły się tak daleko, że nie sposób wykonywać jakiejkolwiek działalności publicznej, choćby kulturalnej, niezależnie od polityki. Jeśli podniesiesz głowę, automatycznie zostaniesz zaszeregowany jako sprzymierzeniec albo wróg Ligi Nyskiej, a z tobą twoje działania i ludzie, z którymi i dla których to robisz, niezależnie od wieku tych ostatnich. To jest chore i dopóki media w Nysie nie zostaną zrównoważone, będzie to stale powracający temat. Centrum kultury to placówka najbardziej medialna spośród wszystkich instytucji gminnych. Nyski Dom Kultury działa dla mieszkańców Nysy, dlatego tak ważny jest wizerunek placówki. Jeśli instytucja będzie źle postrzegana, jeśli informacje o sukcesach i działalności będą przekręcane, pomijane, przekłamywane, bardzo utrudni to nam realizację misji, do której NDK jest powołany. - Wróćmy do kultury. W jaki sposób dobieracie tematykę nowych zajęć? - Ba, jeśli czujesz się na siłach poprowadzić grupę zajęciową i uda ci się ją zebrać, zatrudnimy cię jako instruktora i dopóki zajęcia będą prowadzone, a grupa będzie funkcjonować, masz zapewnioną pracę. Tematyka dowolna, od szachów, poprzez gotowanie bigosu, do skoków spadochronowych. - Co nas czeka w najbliższej przyszłości, ale tak bez przepowiedni wróżki? - Dom Kultury to przestrzeń publiczna, chcielibyśmy wyjść poza ramy zajęć stałych, przyciągnąć ludzi z zainteresowaniami, żeby to oni przynajmniej po części stali się reżyserami wydarzeń szeroko pojętej kultury. Chcemy wzbogacić ofertę dla ludzi w przedziale wiekowym 30 – 60. To grupa, do której dotrzeć najtrudniej. Bieżące informacje znaleźć można na www. ndk.nysa.pl, robimy imprezy, realizujemy projekty. Pozwolę sobie zakończyć tekstem kampanii reklamowej NDK, która ruszy niebawem, zatem: W ciągu zaledwie trzech ostatnich lat liczba osób uczestniczących w zajęciach kół zainteresowań oraz grup artystycznych wzrosła dwukrotnie, osiągając w 2010 roku liczbę 450 osób. Chcielibyśmy podtrzymać ten trend. Zapraszamy Państwa – w tym najmłodszych, młodzież, tych w średnim wieku, a także seniorów – do aktywnego uczestnictwa w zajęciach. Mamy do zaoferowania sporo, ale jeśli nie znajdziecie Państwo czegoś dla siebie, proszę przyjść do nas z pomysłem... i proszę nie zapomnieć o grupie przyjaciół. Znajdziemy dla Państwa przyjazną przestrzeń. 9 


NR 03/2010

Wakacyjny lipiec rozpocznie się w NDK-u pokazem kotów rasowych. Czworonożna arystokracja przez tych kilka niedzielnych godzin łaskawie pozwoli się podziwiać, a może i pogłaskać. Ponieważ koty mają zwyczaj dostojnie ignorować większość prób porozumienia, na wszelkie pytania będą musieli odpowiadać ich opiekunowie. Warto pytać, bo kocie zwyczaje są pasjonujące. Postaram się przybliżyć kilka z nich dzięki opowiadaniom Doroty Szadurskiej z Wrocławia – hodowcy kota brytyjskiego. Zakup kota to bardzo poważna decyzja, której nie należy podejmować pod wpływem impulsu. Mały kotek jest pocieszny, ale oporządzanie go już niekoniecznie. To prawda, że koty są bardziej niezależne od psów, nie wymagają też codziennego kilkakrotnego wyprowadzania i potrafią zająć się sobą, gdy jesteśmy w pracy. Wymagają jednak olbrzymiej uwagi, zainteresowania i opieki, przywiązują się bardzo do swojego opiekuna, a brak zainteresowania wywołuje u nich poczucie porzucenia, stres i typowo dziecięce zachowania mające zwrócić uwagę, jak uparte wchodzenie w miejsca zabronione, odrapywanie akurat tych mebli, na których nam zależy, bądź głośne miauczenie z byle powodu.

będzie się za bardzo wspinał po firankach, brytyjczyk jest wyborem idealnym. Jednakże kot nierasowy może być równie wspaniałym i oddanym towarzyszem, jak jego arystokratyczny kuzyn, i też wymaga starannej opieki. Niestety zdarza się traktowanie kota przygarniętego jako zwierzęcia, które ma sobie samo radzić, bo w razie straty... nie ma straty. On przecież nic nie kosztował. Kwintesencją takiego podejścia jest zdanie, które wygłosił pewien właściciel pięknego kota domowego: „Fajne te rasowe koty, nawet bym sobie może takiego sprawił, ale to już kłopot, a nie tak jak Pimpek, jak gdzieś zginie, to najwyżej wezmę sobie innego. Rasowego za taką kasę to już musiałbym pilnować”. Koty mają dwoistą naturę. W domu są pluszowymi, miękkimi, mruczącymi przytulankami, gdy znajdą się poza nim, zamieniają się w koci odpowiednik Terminatora – potrafią wytropić, osaczyć i zabić swoją ofiarę z doskonałą zręcznością. Oczywiście są wyjątki. Niektóre koty nie złapałyby myszy, nawet gdyby ta siedziała im przed nosem, ale takie przypadki trafiają się niezmiernie rzadko. Kocięta są wspaniałe. Mają niewyczerpaną energię i nieodpartą radość życia, która jest zaraźliwa dla wszystkich domowników. Nie można się nie uśmiechnąć, gdy widzimy takiego małego diabełka w akcji, udającego cały czas dorosłego kota, polującego właśnie na nogę stołu bądź cokolwiek innego, co akurat się poruszyło. Są przy tym oczywiście niezdarne i rozbrajająco nieskuteczne. Psoty, które doprowadziły właściciela dziesięć minut wcześniej do białej gorączki, idą w niepamięć, gdy tylko ciepła kuleczka, mrucząc słodko, ułoży mu się na piersiach, albo kiedy zacznie zadawać rozkoszny ból, udeptując jego kolana ostrymi jak szpileczki pazurkami. Takie chwile są warte uganiania się za kociakiem, wypłaszania go z mebli, wyciągania go sobie spod siedzenia i sprzątania po nim.

Rasowy czy nie?

Język kociego ciała

Konrad Szcześniak

Zdecydowana większość kotów posiadanych przez ludzi to koty nierasowe, często znajdy. Wielu hodowców tak właśnie zaczynało swoją przygodę z kotami. Za wyborem kota nierasowego kryje się najczęściej bardzo prosty czynnik, jakim są pieniądze – są to koty rozmnażane przypadkowo, w związku z tym oddawane za darmo „w dobre ręce”, a decyzja o ich zatrzymaniu jest najczęściej podejmowana pod wpływem impulsu. Nie wiadomo, jaki charakter i temperament taki kot będzie miał, bo jego rodzice, nie mówiąc o dalszych przodkach, są najczęściej nieznani. Kot rasowy wolny jest od tych niepewności. Jego rodzice są znani, możemy obserwować ich zachowanie, zobaczyć, w jakich warunkach się urodzili i jakie było ich traktowanie, czy są przywiązani do człowieka. Wiemy na pewno, jak nasz kot będzie wyglądał. Co więcej, każda rasa ma swój charakterystyczny rys psychologiczny. Jeśli np. zależy nam na kocie, który nie

10 

Gdy kot spostrzeże coś, co warte jest upolowania, całe ciało stawia w stan gotowości. Źrenice rozszerza, a uszy i wąsy kieruje do przodu, koncentrując się na ofierze. Następnie rozpłaszcza się i szuka miejsca, za którym mógłby się ukryć, i które równocześnie byłoby dobre do ataku. Zdumiewająca jest cierpliwość, z jaką kot potrafi czekać w ukryciu na dogodny moment. Instynkt polowania jest u kota tak silny, że nawet nasi domowi pupile próbują upolować coś, gdy mają ku temu okazję, mimo że trudno powiedzieć, aby robiły to z głodu. Wielu właścicieli kotów zetknęło się z przypadkami obdarowywania ich przez koty upolowaną zdobyczą. Być może przyczyną tego jest fakt, że kot bardzo szybko orientuje się, jak beznadziejnymi jesteśmy łowcami, i po prostu nie chce, abyśmy chodzili głodni... Zmysłem, który pobudza kota do polowania, jest wzrok. Jeśli zwierzak zobaczy coś poruszającego się bardzo szybko, będzie to odruchowo ścigać,

nawet jeśli nie zdąży zarejestrować, co to właściwie jest. Wiedzą o tym wszyscy, którym zdarzyło się chodzić boso po domu, bądź wystawić bosą stopę spod kołdry – poruszające się palce upolowane zostają szybko i sprawnie, mimo że kot z pewnością nie ma wątpliwości, że nie jest to mysz. Oczy to prawdziwe zwierciadła duszy, zwłaszcza kociej. Koty nie nawykły do obłudy – jednym spojrzeniem dają do zrozumienia, co o nas myślą. Kiedy kot patrzy na człowieka przez kilka sekund, po czym mruży oczy, a następnie się odwraca, oznacza to, że zdaje sobie sprawę z jego obecności, ale nie zachęca do bliższego kontaktu. Jest to koci odpowiednik zdawkowego ukłonu wymienianego z kimś na ulicy. Nie jest zachętą do dłuższej rozmowy, choć mieści się w granicach dobrego wychowania. Koty porozumiewają się między sobą za pomocą ułożenia ciała, ruchów, dźwięków i zapachów. Ich język jest uniwersalny. Grecki kot bez najmniejszych kłopotów zrozumie kota z Argentyny. Mowa jego ciała jest bardzo wymowna. Kot jest mistrzem zwięzłości. Kiedy odwraca się do nas tyłem, jego nastawienie jest jednoznaczne. Nie teraz, nie tu, nie z tobą. Uwaga: i my, ludzie, możemy zrobić z tego użytek! Ostentacyjne odwrócenie się tyłem, gdy kot doprasza się o nienależną porcję jedzenia, albo gdy z jakichś powodów nie zasługuje na naszą uwagę, to dla kota doskonale czytelny sygnał, wymowniejszy niż krzyki czy inne nerwowe zachowania, które mogą go jedynie chwilowo przestraszyć.

Nyski Dom Kultury, wstęp 6 zł, dzieci do lat 5 wstęp wolny

Bezpieczeństwo

Są ludzie, którzy kochają kota tym mocniej, im więcej pieniędzy nań wydali. W przypadku kota rasowego z pewnością kochają mocno – na tyle, by wstawiać w okna siatki. Bynajmniej nie jest to ekstrawagancja, choć niektórych wprawia w zdumienie. Siatka w oknach jest tym, czym pasy bezpieczeństwa w samochodzie. Mogą się nam nigdy w życiu nie przydać, ale mogą też ten jeden jedyny raz ocalić życie. Nie ma czegoś takiego jak „kot samobójca” (choć zdarzył się kiedyś kot, który trzykrotnie wypadał z okna i trzykrotnie miał leczony kręgosłup i miednicę). Dorosły kot doskonale zdaje sobie sprawę, jak wysoko się znajduje i że skok z danej wysokości go zabije. Niestety ma on bardzo silny instynkt łowiecki i jeśli przelatujący obok ptak wyda mu się możliwy do złapania, może po prostu zapomnieć, gdzie się znajduje, i skoczyć. Wtedy siatka w oknie uratuje mu życie. Wyląduje w niej nosem, potwornie niezadowolony, ale cały i zdrów.

Jak rozpoznać złego hodowcę

Zły hodowca: - Usiłuje wepchnąć ci kociaka w pierwszych minutach rozmowy telefonicznej. Zaczyna od podania ceny. - Lekceważy twoje wątpliwości, unika drażliwych kwestii. - Zawsze ma kociaki na sprzedaż. - Sprzedaje kociaki tuż po albo tuż przed odstawieniem ich od matki, czyli przed upływem 12 tygodni. - Nie domaga się w umowie sterylizacji ani kastracji (żaden dobry hodowca nie chce przyczyniać się do zwiększenia i tak nadmiernej liczby zwierząt domowych w kraju). - Uzależnia wydanie rodowodu kociaka od różnych warunków, bądź nie chce w ogóle wydać rodowodu. - Nie sporządza umowy, nie daje żadnych pisemnych gwarancji. Po zawarciu transakcji nie chce mieć więcej z tobą do czynienia.

Foto: BriBeri

11 


NR 03/2010

Sanczo - Płyta „Złodzieje Czasu” w Nysie cieszy się sporym zainteresowaniem, ludzie uważają ją za bardzo dobrą, dojrzałą produkcję. Jeżeli mogę liczyć na szczerą odpowiedź, chciałem zapytać, ile sprzedaliście tych płyt? 3W - Bardzo miło nam to słyszeć, że nasza produkcja znalazła uznanie u nyskich słuchaczy rapu. Jak wiadomo rynek fonograficzny w Polsce jest w bardzo słabej kondycji, płyty z roku na rok sprzedają się coraz gorzej. Dlatego wynik sprzedaży „Złodziei Czasu”, czyli 6500 egzemplarzy, trzeba uznać za mały sukces. Dokładnie brakuje nam ok. 1000 sztuk do tego, by nasz najnowszy krążek otrzymał status złotej płyty. Jednak nie mamy ciśnienia, by sztucznie pompować sprzedaż – wybór pozostawiamy w rękach słuchaczy. Tylko pamiętajcie: kupujcie polskie płyty rap! To dzięki Wam hip-hop wciąż jest żywy! - Jakie macie wrażenia po koncercie w Nysie? Czy macie jakieś plany związane z Nysą? 3W - Nysa to bardzo hip-hopowe miasto. Coraz rzadziej widać tylu ludzi z klimatu na ulicach innych miast, a tu mamy wrażenie, że czas się zatrzymał, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Prawie 500 osób na naszym ostatnim koncercie, który odbył się pod koniec sierpnia 2009 roku na Forcie Wodnym, to bardzo dobry wynik. Nysa ma potencjał zarówno w słuchaczach, jak i ludziach, którzy tworzą muzykę rap – 12 

- Szad, czy zdradzisz coś odnośnie swojej solowej płyty?

nie pozostaje nam nic innego, tylko czekać na ciekawe produkcje. A jeżeli chodzi o plany związane z Nysą, to trwają przygotowania do koncertu 3W & Fokus, który powinien odbyć się jeszcze przed wakacjami. Więcej informacji wkrótce… - Jak praca nad nową płytą 3W? Kiedy można oczekiwać premiery? 3W - Można powiedzieć, że prace nad nowym albumem już się rozpoczęły. Mamy trochę tłustych bitów i kilka rozgrzebanych kawałków, jednak jest za wcześnie, by cokolwiek mówić. Były plany, aby zdążyć do

końca 2010 roku, ale robienie płyty to nie wyścig. Na razie mamy milion innych spraw związanych z 3W, chociażby zakończenie promocji „Złodziei Czasu” i jak najlepsze przygotowanie solowej płyty Szada, która wyjdzie nakładem wytwórni Labirynt Records. - Czy planujecie trasę koncertową z Fokusem? 3W - Trasy koncertowej może nie planujemy, choć zobaczymy, co wydarzy się po wspólnym klipie. Na pewno w planach jest kilka wspólnych koncertów, m.in. wspomi-

nany wcześniej koncert w Nysie. - Co możesz zdradzić odnośnie waszego najnowszego klipu z Fokusem? 3W - Zacznijmy może od tego, że będzie to ostatni klip promujący „Złodziei Czasu”, w związku z czym postanowiliśmy zrobić zabieg, którego mimo 15 klipów na naszym koncie wcześniej nie stosowaliśmy, a mianowicie klip powstaje do miksu kawałków z płyty „I choć niewiele mam”, „Cofnij się!” i „Ilu z was?!” z gościnnym udziałem Fokusa. Chcemy po prostu na koniec oficjalnej promocji najnow-

szego albumu pokazać słuchaczom, którzy do dziś nie sięgnęli po nasz krążek, krótki przekrój materiału z płyty. Trzy numery w naszych oczach powiedzą słuchaczom więcej w tym przypadku niż kolejny singiel. Wideoklip ma być połączeniem trzech osobnych, różnych klimatów adekwatnych do klimatu utworów wybranych przez nas do miksu. Będzie mrocznie, mistycznie i brudno... Klip kręcimy przy współpracy z grupą filmową RMVision oraz grupą Elementum z Nysy, która uświetni wideo popisami artystycznymi i wniesie sporo ognia do teledysku. Efekt finalny będziecie mogli niebawem ocenić sami.

Szad - Album jest na ukończeniu, będzie zawierał 21 pozycji na trackliście, jako że tytuł mojego solowego krążka to „21Gramów”. Większością instrumentali zajął się DjCreon, więc stylistycznie „21Gramów” będzie płytą klasyczną i dopracowaną zarówno brzmieniowo, jak i lirycznie. Gości wielu nie planuję, jako że jestem raczej zwolennikiem teorii, że jeśli jest to solowa płyta danego artysty, to ma wyglądać jak solo, a nie jak składanka z gośćmi w każdym numerze, gdzie gospodarz jest tylko na okładce. To będzie dalej ten sam Szad, do którego przyzwyczaiłem słuchaczy na płytach 3W, ale w świetle, w którym do tej pory nie stawałem, pisząc zwrotki na albumy Trzeciego Wymiaru. Na „21Gramach” znajdą się numery zarówno bardzo osobiste, parę kawałków w konwencji bragga oraz kilka storrytelingów... - Czego oczekujecie po ostatnim klipie promującym płytę? 3W - Tak jak wspomnieliśmy wyżej, poprzez ten wideoklip chcemy dotrzeć jeszcze do osób, które przeoczyły „Złodziei Czasu” w natłoku polskich płyt hip-hopowych mających swoje premiery w 2009 roku, bo ten krążek z wielu względów jest naprawdę wart tego, żeby po niego sięgnąć. Mamy nadzieję, że ten zabieg nam się powiedzie! 13 


NR 03/2010

„Nysa” promuje Nysę W dobie kultu modnych ciuchów, idoli z „You can dance” i ogólnych tendencji do zatapiania się w nowoczesności istnieją nadal zapaleńcy, i jest ich całkiem sporo, którzy interesują się folklorem, a na dodatek świetnie im to idzie. Zespół Pieśni i Tańca Nysa ma długą historię – były w niej lata świetności, podróży zagranicznych i sukcesów na festiwalach, a uczestnictwo w zespole stanowiło nobilitację społeczną. Niestety, zainteresowanie folklorem powoli malało, a kilka lat temu z bardzo licznej niegdyś grupy pozostała tylko garstka. No cóż – o wiele bardziej efektownie wygląda taniec nowoczesny, o wiele więcej przyciąga publiczności, większe jest uznanie rówieśników, a i szanse na rozwój są nieporównywalnie większe – np. udział w programie „You can dance” może stać się przepustką do wielkiej kariery estradowej. Obecny dyrektor zespołu Robert Woźniak jest postacią charyzmatyczną, prawdziwym wielbicielem twórczości ludowej. Dzięki ogromnym wysiłkom i ciężkiej pracy udało mu się reaktywować, a tak naprawdę stworzyć kapelę, gru-

14 

pę wokalną i, oczywiście, balet. Początki reaktywacji zespołu były bardzo trudne, ale powoli zaczęły przychodzić sukcesy – wyjazdy na festiwale i zwycięstwa, zaproszenia na występy najpierw krajowe, a następnie zagraniczne. Pierwszym wielkim sukcesem było zakwalifikowanie się na festiwal światowej sławy – European Championship of Folklore “Euro Folk 2010” (http://www.eaff.eu/en/tv-championship/) w bułgarskim mieście Nessebar. Następne zaproszenie przyszło z Czech, potem z Turcji – Harman Folklore Festiwal w Istambule, w końcu do naszego miasta przyjechała norweska delegacja i zaprosiła Nysę do miasta Haram na Festiwal Twórczości Dzieci i Młodzieży. Zespół Pieśni i Tańca Nysa już otrzymał zaproszenie na festiwal na północnym Cyprze w roku 2011. Bardzo miło jest wyliczać sukcesy i osiągnięcia – mamy nadzieję, że ich lista się wydłuży. Życzymy więc zespołowi wielkich sukcesów, wyjazdów na najlepsze festiwale świata i najpiękniejszych zwycięstw.

McB

W tej części Inferii odpowiadamy na największe zagadki ludzkości

Janina Janik

Koncepcje wychowawcze są bardzo różne – jedni są za dyscypliną, drudzy wierzą w wychowanie bezstresowe. Każdy ma jakieś zdanie oparte na własnych doświadczeniach jako dziecka, rodzica, nauczyciela itd. A jak to było kiedyś, np. jakieś 150 lat temu w wiktoriańskiej Anglii? W kraju, który stanowił potęgę gospodarczą, ojczyźnie przemysłowej rewolucji? Nikt się tam nie przejmował kwestiami wychowawczymi – dzieci stanowiły dodatkową i tanią siłę roboczą, a przy tym dość wydajną. Zaczynały pracować w wieku lat 3, a już 6-letnie dziecko pracujące w kopalni było w stanie/musiało wyciągnąć na powierzchnię ok. pół tony węgla dziennie. Wypadki zdarzały się bardzo często, czym się nikt szczególnie nie przejmował. Drastyczna sytuacja panowała np. wśród kominiarzy (kominiarzy nadzorowało 4 inspektorów na cały kraj), a raczej małych kominiarczyków. Ziemia w mieście była droga, budowano wąskie i wysokie domy (pierwszy drapacz chmur, czyli budynek wielopiętrowy, powstał właśnie w Anglii) i takie też kominy. Czyszczono je w sposób prosty i łatwy – wkładano/wrzucano tam takiego kominiarczyka, który spadając, samym sobą czyścił przewód kominowy. Oczywiście, często przy tym się parzył, ranił, a nawet zdarzało się, że dusił sadzami (Blake uznał prace kominiarczyków za najlepszy przykład „destruction of the innocent”). Kiedy przedstawiono projekt ustawy, która zakazywałaby używania dzieci do takich prac, a nakazywałaby zastosowanie specjalnego urządzenia, parlament angielski uznał to za zbędne dziwactwo. Władze miasta Halifax szczyciły się tym, że wszystkie dzieci z rodzin robotniczych w wieku powyżej lat 4 były tam objęte pracą. Godziny pracy były bardzo długie – ok. 12 dziennie w zakładach przemysłowych. Służba domowa pracowała ok. 80 godzin tygodniowo, a średnia stawka wynosiła pół pensa za godzinę. Na budowach pracowano średnio 64 godziny tygodniowo. Cały czas mówimy o dzieciach, ponieważ np. ich matki pracowały jeszcze dłużej. Małoletnie szwaczki pracowały ok. 16 godzin dziennie w tzw. sweatshops, a w sytuacjach wyjątkowych 20 (żałoba lub bal), a nawet 24 godziny na dobę. Jedynym dniem wolnym od pracy była niedziela. Istniała taka instytucja jak „workhouse”, czyli domy pracy. Trafiały tam m.in. dzieci z rodzin ubogich lub sieroty, którymi nie było komu się zająć. Instytucja ta, wprowadzona w 1833 r. mocą Poor Law Amendment Act, miała postać rygorystycznego zakładu pracy przymusowej, który zapewniał nędzne utrzymanie w

zamian za bezwzględną eksploatację w charakterze taniej siły roboczej. „Bastylie ubogich” wzbudzały u ich pensjonariuszy odrazę i nienawiść, a wielu wolało od ich zimnych hal więzienne cele lub przymieranie głodem. Dopiero w roku 1834, po burzliwych protestach głównie ewangelickiej organizacji Short Time Commitees wprowadzono limit pracy do 12 godzin dziennie dla dzieci w wieku 11-18 lat, 8-godzinny dzień pracy dla dzieci w wieku lat 9-11, jak też zakaz zatrudniania dzieci do lat 9. Ustawa ta dotyczyła jedynie zakładów tekstylnych, reszta pozostała bez zmian. Zainteresowanym polecam Karola Dickensa – jednego z największych pisarzy angielskich (Oliver Twist lub David Copperfield).

Jarosławna

Od zawsze wiedziałam, że będę nauczycielką. Od kiedy pamiętam, chodziły za mną jakieś dzieci z rodziny, od sąsiadów, młodsze dzieciaki ze szkoły, i żądały, abym się z nimi bawiła. W podstawówce miałam nauczycielkę języka angielskiego, bardzo elegancką kobietę, która wydawała mi się ogromnie fascynująca i nie mam pojęcia, czy to nie moja podświadomość doprowadziła do tego, że ostatecznie też zostałam nauczycielką tego samego przedmiotu. Praca nauczyciela jest czymś niewiarygodnym, totalną ambiwalencją. Z jednej strony szkoła – szara i ponura, okopane ściany, braki środków, wieczne narzekania nauczycieli na niskie pensje. Koleżanki w sweterkach z bazarku i koledzy w wyświechtanych garniturach, dla których dziennik jest księgą dla wtajemniczonych, niesłychanie nudne rady pedagogiczne, podczas których głównym zajęciem jest walka ze snem (chyba że się opanuje sztukę spania na krześle z półotwartymi oczami – widziałam taki wyczyn starszego kolegi). Rozrywka w szkole – to gadanie na przerwach. Gada się (oprócz narzekań na ciężką dolę finansową) o jedzeniu, seksie i chorobach. Ale w szkole są dzieci. Hałaśliwe, chichrające się, biegające, grające na komórkach, odpisujące zadania, pyskujące, kłamiące i piszące sprawdziany. Dzieci straszne i okropne – koszmarna dzisiejsza młodzież. Dzieci fascynujące, żyjące w swoim cudownym i zamkniętym dla dorosłych świecie pierwszych miłości, pisania ściąg, kieszonkowego, gier komputerowych, Gadu-Gadu i tysiąca innych równie cudownych rzeczy. Dzieci mogą mieć lat 8 albo 18, ale to nie ma znaczenia. One nie rozmawiają o podwyżkach cen gazu czy sałatkach, lecz o wszystkim innym, co na

tym świecie istnieje poza sałatkami, chorobami i innymi rzeczami ze świata dorosłych. O milionach rzeczy istniejących w ich własnym kolorowym, radosnym, niesamowitym świecie, tak niepodobnym do świata dorosłych, że chyba istniejącym obok niego. Bardzo blisko, lecz w jakimś innym wymiarze. Dzieci są nieskończenie różne, każde jest wyjątkowe. Dzieci są piękne – nie mam pojęcia kiedy i jak zamieniają się w nudnych dorosłych o twarzach bez wyrazu. Jak wychodzą z magicznego świata wyobraźni i przechodzą w rzeczywistość z rachunkami za gaz, obowiązkami, pracą i tym wszystkim, co nas tak szybko i skutecznie wygładza, upraszcza i ustawia. My, dorośli mamy jakieś swoje pozycje społeczne, statusy i kasty. Mamy samochody, konta bankowe i inne niesłychanie ważne rzeczy, lecz już nie mamy wiary we własną nieśmiertelność, bezwarunkowej radości z życia i nielimitowanej energii. No cóż, ale jeśli jesteś z dziećmi i się postarasz, możesz jeszcze raz wejść w ich krainę, śmiać się z kolegi udającego pytona na lekcji, groźnego woźnego, który nie pozwala wyjść na przerwę, cieszyć się, że jutro nie ma geografii, bo „sprzątanie świata”. W ogóle śmiać się, że wszystko jest proste, zabawne i fascynujące. Dlatego też kocham tę robotę.

Konrad Szcześniak

Te straszne i okropne dzieci to właśnie my. Typowa klasa nyskiego „Carolinum” jakieś 20 lat temu. „Koszmarna” ówczesna młodzież mająca się tak do dzisiejszej koszmarnej młodzieży, jak krzesło do krzesła elektrycznego, by użyć korwinowskiego porównania. Powiecie Państwo, że tak gderam, bo właśnie przycupnąłem na przypiecku i, pykając fajkę, prawię, że drzewiej, to, wiadomo, wszystko było lepsze. Otóż nie. Sami sobie wyprodukowaliśmy takich dzisiejszych uczniów reformami szkolnictwa. Dowód? Proszę bardzo – dyrektor nyskiego Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego Jacek Jachim pokazuje wyliczenia, z których jasno wynika, że po reformie pensjonariusze rozdęli ośrodek do granic możliwości. Tylu ich tu ze „zwykłych” szkół jeszcze nigdy nie przysyłano. (Gdyby ktoś nie widział związku, to przypomnę, że szkoła uczy i wychowuje). Do tego jeszcze bezstresowe wychowanie. To jakiś koń trojański, podłożony potomnym przez bardzo mądrych pedagogów, którzy nie dostrzegli, że po prostu krzywdzą dzieci. Taka szkoła to nierealne środowisko, z któ-

rego uczeń – hodowany przez parę lat w cieplarnianych warunkach – wychodzi, by zmierzyć się z rzeczywistością, kompletnie nieprzygotowany. Wrócę do mego ogólniaka i szczęśliwych lat nauki nieskażonej tą światłą koncepcją. Gdyby wtedy którykolwiek uczeń wywalił kosz na głowę nauczyciela, jak w znanym wszystkim przypadku, to wykładowca też nie zareagowałby. Nie musiałby, bo zadymiarza zatłukliby sami koledzy z klasy. A to dlatego, że nauczyciel miał autorytet. Był kimś – nie kumplem, tylko panem profesorem. Surowym ale sprawiedliwym. Pozwalał dostrzec, że pobyt w szkole to nie wojna „uczeń kontra nauczyciel”, tylko „uczeń i nauczyciel kontra brak wiedzy tego pierwszego”. Mógł to osiągać metodami jak najbardziej stresogennymi i nikt nie miał mu tego za złe. Absolutną mistrzynią w tej dziedzinie była nauczycielka języka rosyjskiego. Kobieta małego wzrostu, ale wielkiego serca. Wspaniały pedagog, którego nie zapomni żaden z Jej uczniów do końca życia. Zaczynała lekcję równo z dzwonkiem, a jak ktoś się spóźnił, już na środku zostawał. Ceremoniał odpytywania ciągnął się w nieskończoność: „Sprasziwajem… znajetie wy kto? Znajetie wy kto? Znajetie wy kto?”. W miarę jak palec wędrował w coraz niższe rejony dziennika, bledli ludzie o coraz dalszych nazwiskach. I nawet nie chodziło o tę dwóję, którą, gdy trzeba, postawiła. Chodzi o wiersze i pieśni, które żegnały wracającego do ławki: „A wy lientiaje, piwo by się piło, jakby w szklance było, jadło by się, jadło, jakby z nieba spadło”, „Trzeba skroić, trzeba uszyć, a tu mi się nie chce ruszyć”, „Jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz”, „Wam tolko żenitsja, nie ucitsja” itd., itd. Z pieśni największe spustoszenie czyniły: „Źlem zrobiła, żem tobie zaufała (i przepuściła do następnej klasy)” oraz „Nie pomoże już nic, płakać na próżno, nie pomoże już nic, nic się nie zmieni”. A wszystko spokojnie, bez cienia złośliwości, z taką pobłażliwością dla naszej niewiedzy, powiedziałbym nawet dobrotliwie, ale w pięty szło. Pomimo tego całego strachu ludzie uczyli się 3 razy szybciej, a o nauczycielce mieliśmy jak najlepsze zdanie. Ogromny szacunek, na który zasłużyła wiedzą, sprawiedliwością i umiejętnością panowania nad klasą. I nikomu nawet na myśl nie przyszło, by się komuś poskarżyć. Dziś już czasy są inne, weszło nowe. Gdy nauczyciel stawia jedynkę, to się boi. W pewnej szkole uczniowie złożyli do dyrekcji skargę na surową nauczycielkę geografii. Wynik? Nauczycielce podziękowano kwiatami. Ona z pewnością już nie kocha tej roboty. 15 


INFERIA 9  

Magazyn Stowarzyszenia Ad Astra w Nysie

INFERIA 9  

Magazyn Stowarzyszenia Ad Astra w Nysie

Advertisement