Page 1

Nr 5/2010 cena 0 zł ISSN 2081-1713

s. 14-15 s. 2

s. 4 s. 11

Polka w Azji Kultura przez SMS Medal z tartanu 3 małe fiaty czy mercedes

M

ałgorzata

RADZIEWICZ

wywiad z dyrektorem nyskiego muzeum


Dziennikarstwo zaangażowane? Michał Baraniewicz

NR 05/2010

Chciałbym postawić pytanie, czy lokalne gazety w mieście 50-tysięcznym są w stanie zatrudniać profesjonalnych dziennikarzy? Nie chodzi wyłącznie o Nysę, chodzi o wiele podobnych miast. Sytuacja będzie taka sama. Zanim spróbuję odpowiedzieć, zastanówmy się, jakie cechy musi posiadać profesjonalny dziennikarz? Trzeba mieć dobre wykształcenie, obycie w świecie, ogólną wiedzę z wielu dziedzin, dobrą orientację w polityce, umiejętność szybkiego uczenia się, dobrze byłoby znać jakiś język obcy (do szukania informacji poza Polską) i koniecznie trzeba mieć trochę doświadczenia życiowego (20-latkowi będzie raczej trudno). Umiejętność formułowania myśli na papierze jest niezbędna, jednak czy wystarczy posługiwać się dobrą polszczyzną? Na pewno nie! By pisać, trzeba koniecznie znać tematykę lokalną, lektura konkurencyjnych gazet nie wystarczy, trzeba znać ludzi, sytuacje, rozmawiać, bywać w towarzystwie. Czy w średniej wielkości miastach na rynku pracy są takie osoby? Za ile można kupić pracę kogoś takiego? Raczej tanio nie będzie, ponieważ takie osoby pracę już mają. Nie sposób kupić pracy

2 

doświadczonego dziennikarza za 500 ani 1500 zł miesięcznie. Trzeba zapłacić więcej. Jeśli dodamy koszty umowy o pracę, budżet zawędruje w okolice 5 tys. zł. Nikogo na miejscu na to nie stać, wszak żyjemy na prowincji. Ci z Państwa, którzy występują w roli pracodawców, wiedzą o czym mówię. Za niewielkie pieniądze nie zatrudnimy pracownika umysłowego obytego w świecie, z horyzontami i odpowiednimi kwalifikacjami. Co innego dziennik ogólnopolski, gdzie dobremu dziennikarzowi można zapłacić znacznie więcej niż 5 tys. brutto, a przed redakcją ustawi się wianuszek odpowiednich kandydatów. Dziennikarze społeczni I tu dochodzimy do sedna. Na prowincji osoby o wyżej wymienionych cechach, zorientowane w sprawach lokalnych już pracują w… samorządach lub instytucjach związanych z samorządami. Nie jest jednak mile widziane, żeby urzędnik miał własne zdanie, a jeśli posunie się do tego, żeby wypowiadać je publicznie, to już prawdziwy skandal! Publicystyką lokalną zajmują się więc sami politycy, im wolno to robić. Dziennikarstwem parają się zatem ludzie zaangażowani po jednej ze stron, nazwijmy ich „dziennikarzami społecznymi”. Jedni robią to dla idei (ponieważ są wiecznymi outsiderami), drudzy,

Kontakt z nami: STOWARZYSZENIE AD ASTRA w Nysie, ul. Wałowa 7, 48-300 Nysa, mail: adastra.nysa@gmail.com, redaktor naczelny Tomasz Janik projekt graficzny i skład Michał Baraniewicz www.majkelstudio.pl druk Cmyk Maciej Kowalski, zdjęcie z okładki Michał Baraniewicz

sprytniejsi, dla interesu, balansując z wyborów na wybory pomiędzy koalicją a opozycją. Tak czy inaczej wszyscy realizują jakąś politykę, dlatego tak często popadają w skrajności i manipulują faktami. Czy gazeta to dobry interes? Polacy nie czytają chętnie prasy lokalnej. Gazety o małym zasięgu to najprawdopodobniej nie jest w ogóle dochodowy interes. Jednak gazety lokalne bywają silne. Dlaczego? Choć sama gazeta nie przynosi dochodów, jest jednak kluczem do pieniędzy. Daje polityczne wpływy, stanowiska i zaszczyty. Jeśli do pensji dziennikarza dodamy pensję radnego, to świat wygląda dużo różowiej. Niech dowodem na siłę lokalnej prasy i być może słabość lokalnych autorytetów będzie wypowiedź naszego szacownego starosty, która padła podczas spotkania z kandydatem na prezydenta Andrzejem Olechowskim. Kiedy rozmowa zeszła na lokalne media, któryś z gości zapytał: – Panie starosto, ale o panu jakoś „Nowiny” nic nie piszą. – I całe szczęście, nie wywołujmy wilka z lasu (lub coś bardzo podobnego) – odpowiedział drżącym głosem starosta. Czyżby tym wilkiem miał być Janusz Sanocki, a owcą Adam Fujarczuk? Hm, no cóż, jaka owca, taki wilk.

Prosimy o mailowe opinie i komentarze do zagadnień poruszanych w Inferii: adastra.nysa@gmail.com Najciekawsze wydrukujemy.

Janina Janik Zbliża się bardzo formalne święto zwane Dniami Dziedzictwa Narodowego. W tym czasie powinniśmy wszyscy, a w szczególności instytucje upowszechniania kultury, eksponować i promować to, co otrzymaliśmy po naszych przodkach i co można nazwać spuścizną kulturową. Pod tym względem Nysa jest szczególnym miejscem na mapie Polski. Czyje dziedzictwo powinniśmy promować w tych dniach, skoro przez nasze miasto jakieś 60 lat temu przeszła wojna i zmiotła z powierzchni ziemi nie tylko zabytkowe kamienice, lecz i ówczesną kultu-

rę? Z niemieckiego miasta Neisse pozostały ruiny, a nowo przybyła ludność porozumiewała się bynajmniej nie językiem niemieckim, lecz wschodnią odmianą polskiego. To w kierunku wschodniej granicy nadal są zwrócone oczy starszych mieszkańców, miłośników Lwowa, kresowiaków. To oni jeszcze pamiętają Tońcia i Szczepcia, lwowskich batiarów, repatriacje lat 50., Orlęta Lwowskie i na pamięć znają tekst piosenki „Tylko we Lwowie”. Byłam kiedyś w urzędzie, starszy pan usłyszał, jak coś powiedziałam przez telefon, na twarzy rozkwitł mu uśmiech. „A pani jest z kresów!?”. 23 lata temu wystarczyło powiedzieć, że jestem ze Lwowa, a zupełnie obcy ludzie w pociągu zapraszali mnie do swoich domów, pisali na kartkach numery telefonów i adresy. Słowo „Lwów” było takim magicznym kluczem otwierającym serca. Teraz jest inaczej. To już przeszłość, którą młodsze pokolenia znają tylko z podręczników. We wrześniu na Bastionie św. Jadwigi o godz. 18 urządzimy spotkanie ze Lwowem – będą widokówki dawnego miasta, spot­kania lwowiaków, wystawa i dużo wspomnień. Udało się zaprosić „Lewiniaków” śpiewających lwowskie melodie, bo przecież nie może się obyć bez piosenek typu „Ta co pan buja”. Mam nadzieję, że wszyscy będą się świetnie bawić i zapraszam w imeniu Domu Kultury.

Jestem dzieckiem Lwowa. Dla mnie to miasto ma swój czar, nadal lubię tam przyjeżdżać. Chociaż od dawna tam nie mieszkam, nadal pamiętam wszystkie śliczne zaułki, kawiarenki i kościółki. To jest miasto z duszą, w którym

są dziesiątki sal koncertowych, teatrów, sal wystawowych i wernisaży. Miasto, które wyrosło na kulturze austriackiej, ukraińskiej, ormiańskiej, żydowskiej i, oczywiście, polskiej. Miasto, w którym ludność zamurowała główne wejście do katedry, aby nie wpuszczać austriackich okupantów, gdzie prawie sto lat temu broń do ręki wzięły i ginęły wraz z dorosłymi kilkunastoletnie dzieci, aby nie oddać Lwowa innym okupantom. Takich historii są setki. Miasto, w którym moja mama na spotkaniach rodzinnych śpiewała „Czerwone maki na Monte Cassino”, w którym się nadal mówi „ty durny wariat”. Moje miasto - miasto Lwa. Leopolis Semper Fidelis. Niech inni sy jadą, dzie mogą, dzie chcą, Do Widnia, Paryża, Londynu, A ja si zy Lwowa ni ruszym za próg! Ta mamciu, ta skarz mnie Bóg!

foto: M. Baraniewicz

Smoki atakują. Wyróżnienie. Paulina Frydlewska.

3 


Medal z tartanu Z Janem Satorą rozmawia Janina Janik

NR 05/2010

Prof. Kotarbiński powiedział, że „największe szczęście człowieka jest wtedy, gdy jego praca jest także pasją”, dodał również, że „jeszcze większym szczęściem jest, jeżeli przynosi dochody”. Praca z dziećmi i młodzieżą w sporcie oparta jest wyłącznie na pasji i oddaniu, pomocy i promocji dobrego stylu życia. - Od wielu lat z ogromnym poświęceniem i pasją zajmuje się pan lekkoatletyką, w środowisku sportowym ciesząc się ogromnym uznaniem. Pełni pan obowiązki prezesa Opolskiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki już drugą kadencję, jest organizatorem wielu imprez sportowych, prezesem klubu MKS Ekonomik Nysa. Czy nie pojawiają się momenty przemęczenia i zwątpienia? - Od ponad 30 lat nie miałem wolnych wakacji, ferii i weekendów, a lekkoatleci to moja rodzina. Jako nauczyciel WF i wychowawca szczególną uwagę przywiązuję do kształtowania

właściwych postaw młodego człowieka. Można być wielkim sportowcem, bić rekordy świata, ale gdy nie ma się szacunku u innych, nie jest się wielkim człowiekiem. Od lat obserwuję, jak uprawianie sportu pozytywnie wpływa na formowanie się osobowości ludzkiej, pełnej ideałów i wartości. Dlatego też zapraszam do Nysy moich przyjaciół: olimpijczyków, medalistów Mistrzostw Świata i Europy, by promowali sport. Zawody, które organizuję, odbywają się pod hasłem: „Nie ćpam, nie piję, biegam i zdrowo żyję”. - Jest pan również założycielem MKS Ekonomik Nysa... - Od 1993 roku, kiedy założyłem klub z grupą przyjaciół, odnalazłem się w roli mentora i animatora sportu. Jest to jedyny klub w tej części Polski, który od szesnastu lat reprezentuje nasz region w rozgrywkach drugiej ligi PZLA juniorów i seniorów. Gdy wspólnie z burmistrz Jolantą Barską ubiegaliśmy się o dofinansowanie na budowę nowoczesnego kompleksu sportowego w Nysie, fakt, że jesteśmy klubem startującym w lidze LA PZLA zadecydował o pozytywnym rozpatrzeniu naszego wniosku, dzięki czemu możliwe stało się rozpoczęcie procedur pozyskania środków zewnętrznych na budowę stadionu tartanowego. W przyszłym roku oddamy go do użytku. To będzie ukoronowanie i uhonorowanie mojej kariery zawodowej.

- Jakie osiągnięcia ma Klub MKS Ekonomik Nysa, czy macie jakichś wyróżniających się zawodników? - Startujemy w każdy weekend na zawodach. Aktualnie przygotowujemy się do wyjazdu na kolonię sportową. Zawodnicy klubu MKS Ekonomik Nysa wrócili niedawno z II ligi juniorów. Na kilkanaście klubów z wieloletnią tradycją, wspaniałym zapleczem sportowym, nasz mały klub wywalczył sobie miejsce w środku tabeli, co możemy uznać za ogromny sukces. - Nie odczuwa pan zmęczenia tak aktywnym życiem? - Jako nauczyciel wiele już osiągnąłem, wychowałem wielu medalistów mistrzostw Polski i świata oraz reprezentantów kraju. Zorganizowałem też znacznie ponad 100 kolonii, obozów, zimowisk i konsultacji sportowych, które nierzadko są jedyną szansą na atrakcyjne spędzenie wakacji i ferii dla dzieci z rodzin uboższych. Faktycznie czuję się tym wszystkim czasem trochę zmęczony. Zważywszy, że zdarza mi się spotykać z oznakami tzw. „polskiej bezinteresownej zawiści”. Największą moją radością i motywacją jest patrzenie, jak moi zawodnicy - lekarze, nauczyciele, a nawet duchowni - osiągają sukcesy w tym, co robią, są dobrymi, wartościowymi ludźmi. Cieszy mnie, kiedy młodzi nauczyciele przychodzą po poradę, wsparcie. Człowiek, który chce się uczyć, ma szanse na to, że w przyszłości osiągnie sukces i ogromną satysfakcję z tego, czym się zajmuje. Jak mawiał Wiktor Deg: „Ruch może zastąpić każde lekarstwo, ale żadne lekarstwo nie jest w stanie zastąpić ruchu”.

Pisać, czy nie pisać, oto jest pytanie Jarosław Kiedy w kilka dni po smoleńskiej katastrofie spytałem w redakcji „Wiadomości Nyskich” o lokalnych, politycznych vipów i ich stosunek do tragedii, odpowiedź zaskoczyła mnie nie mniej niż sama wieść o katastrofie, a brzmiała „Wszyscy poza Sanockim jakby nabrali wody w usta”. Chwilę później zaskoczenie ustąpiło miejsca zadumie nad zagadką, jaki jest mechanizm owej medialnej bierności. I tak rozpatrywałem kolejne hipotezy mogące wyjaśnić obawy przed publicznymi wypowiedziami osób bądź co bądź publicznych. Brak doświadczenia i nieśmiałość – mało prawdopodobne – słuchając posiedzeń Rady Miejskiej trudno przypuszczać, że boimy się wypowiadać. Bezgraniczny szacunek dla ofiar – jakkolwiek rozumiemy, że jesteśmy świadkami wydarzeń historycznych, których nikt nie powinien używać do budowania własnego wizerunku i może właśnie to należałoby powiedzieć, są politycy, którzy już to zrobili, już eksplorują symbol jak świeży materiał propagandowy, by poprzez emocje zaprogramować w naszej świadomości skojarzenie „To jest pomnik narodowy, a ten, który stoi przed pomnikiem, to JA, wasz lokalny superpatriota”. Mimo wszystko nie jest łatwo uwierzyć w patos przynajmniej części naszych elit, po tym jak w kilka minut po katastrofie usłyszałem od wyso-

kiego rangą urzędnika komentarz mający mniej więcej taką treść: „Ale się teraz wszystko na górze pomiesza”, świadczący o czysto instrumentalnym postrzeganiu polityki i ludzi biorących w niej udział. Brak wiary we własne umiejętności krasomówcze i lekkość pióra – wiemy, że gdy brakuje gestów i kontaktu wzrokowego, przekaz słowny musi być bardziej merytoryczny, zatem tekst pisany wymaga większej sprawności językowej niż ten wypowiadany w bezpośrednim kontakcie. Proszę państwa, mamy demokrację, podejrzewam, że wypowiadacie się podobnym językiem jak wasi wyborcy, więc chyba nie należy się obawiać, że zostaniecie przez nich źle zrozumiani. Obawa, że media mogą coś przeinaczyć – by temu zapobiec, istnieje prawo autoryzacji tekstu. Nie popadajmy w schizofrenię, twierdząc, że media będą celowo przeinaczać teksty wypowiedzi. Tania sensacja i szukanie dziury w całym nie są standardem dla wszystkich mediów drukowanych. To my decydujemy, co jest standardem, wybierając co czytamy i gdzie piszemy. Obawa przed złamaniem niepisanego nyskiego monopolu medialnego – można przypuszczać, że gdy wypowiemy się w jakimkolwiek innym medium, „Nowiny Nyskie” zazdrośnie zareagują na fakt, że oto ktoś zagraża ich niepisanemu monopolowi, a jako że stoją samotnie, jak reduta Ordona, na straży zagrożonej

demokracji, będą oburzone faktem, że ktoś ma czelność wypowiadać się, a ktoś inny wydawać to drukiem. Po czym, można się spodziewać, bez wahania przystąpią do ataku na gazetę, dziennikarza oraz osobę, która śmiała się wypowiedzieć. Brzmi komicznie, ale po zastanowieniu nabieram przekonania, że to powód medialnego milczenia wielu osób. W myśl zasady „nie wyróżniaj się z tłumu”, osoby publiczne tkwią w bezruchu, zastanawiając się, jak stać się niewidzialnym, żeby przypadkiem nie trafić pod lupę wzmiankowanej redakcji. To groteskowe, ale zarazem niepokojące zjawisko, takie zachowania nie pozwalają społeczeństwu poznać swoich reprezentantów. Można podejrzewać, że osiągnięte status quo wszystkich zadowala, lub że równowaga jest tak delikatna, że trzeba szeptać, by nie doszło do katastrofy. Czy dane jest nam żyć w mieście, gdzie standardy zachowań osób publicznych ustalane są w redakcjach brukowej prasy? I zaraz kolejne pytanie, dlaczego nasi vipowie nie potrafili przemówić w tej trudnej chwili głosem społeczności, spełniając obowiązek, jaki nakłada na nich wynik wyborczy, dzięki któremu objęli swoje stanowiska? A może... powtarzając za Markiem Twainem: lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości?

Narty w promieniach letniego słońca Filip Gawryś Wraz z końcem marca większość narciarzy wkłada deski do szafy. Narty? Na wiosnę i w lecie? - dziwią się, nie dowierzając, że w wielu ośrodkach narciarskich w Alpach właśnie w czerwcu ruszają wyciągi. Na fanatyków białego szaleństwa czekają wtedy szwajcarski Matterhorn, austriackie lodowce w Tyrolu, ośrodki w Alpach francuskich i przepiękne Stelvio we Włoszech.

REKLAMA

Przez całą wiosnę i lato narciarze mogą zjeżdżać na ponad dwudziestu lodowcach. Mimo groźnie brzmiącej nazwy lodowce nie są bryłami lodu, lecz wysokimi górami, na których do końca czerwca leży często świeży kopny śnieg. Dzieje się tak dlatego, że powyżej granicy wiecznego śniegu (od 2500 m do 2800 m, w zależności od ukształtowania terenu) średnia dzienna temperatura utrzymuje się poniżej zera.

4 

plakat SMS

Najwięcej wysoko położonych ośrodków narciarskich znajdziemy w Szwajcarii. Na uwagę zasługuje przede wszystkim Theodul - Klain Matterhorn. To najwyżej położony teren narciarski w Europie, otoczony kilkoma czterotysięcznikami, w tym charakterystycznym Matterhornem (4478 m). Na lodowcu zjeżdża się z imponującej wysokości 3820 metrów. Nawet w upalne lato można liczyć na świeży śnieg gdy na dole pada deszcz, na górze sypie biały puch. O tym, jakie są tu warunki latem, niech zaświadczy, ile kilometrów tras przygotowu-

ją organizatorzy - aż 26, w tym 7-kilometrową czarną trasę o różnicy poziomów niemal 1000 metrów. Prawdziwa gratka to dwa lodowce we włoskim Trydencie, w dolinie Valteliny - Hochjoch i Stelvio. Pierwszy, położony nieopodal miejscowości Kurzas w dolinie Senales, oferuje „tylko” 8 kilometrów średnich i łatwych tras, dzięki położeniu gwarantuje dobrej jakości śnieg. Austria oferuje w sumie sześć letnich terenów narciarskich: mały lodowiec Kitzsteinhorn w okolicach Kaprun w kraju salzburskim oraz pięć

dużych lodowców w Tyrolu. Od lat Kaprun cieszy się wśród Polaków wielką popularnością, chyba ze względu na odległość od Polski - z Warszawy trasę długości 1150 kilometrów można przebyć samochodem w jeden dzień. Można zrozumieć, że dla Polaków, wychowanych w najlepszym wypadku na stokach Kasprowego, jazda na popularnym „kicaku” to wielkie przeżycie. Ale jest to lodowiec mały, dość płaski i bez urozmaiconych tras. To przedsmak tego, co czeka narciarzy w Tyrolu. Francuskie Alpy oferują pięć letnich ośrodków narciarskich, wszystkie położone na lodowcach w słynnych francuskich kurortach: Val Thorens, Les Deux Aples, Tignes, Val d’Isere i La Plagne. Najatrakcyjniejsze tereny czekają w Val d’Isere i Tignes. Te dwie miejscowości położone są wyjątkowo wysoko - 1850 m i 2100 m n.p.m. Jazda na nartach w lecie różni się nieco od tej w sezonie. Trzeba pamiętać, że narażeni jesteśmy na dużą różnicę temperatur. Na dole może być np. 25 stopni Celsjusza, na szczycie tylko 5. Do tego może wiać bardzo silny wiatr. Dlatego trzeba się ubrać w odzież zapewniającą oddawanie wilgoci (polar) i nie można zapomnieć o schowaniu do plecaka membranowej (windstoper) kurtki. Nie zapominajmy też o bardzo ostrym letnim słońcu. Obowiązuje krem z faktorem minimum 20 UVA-UVB, dobre, markowe okulary przeciwsłoneczne i nakrycie głowy. 5 


NR 05/2010

- Dlaczego DJ? - Porównałbym to do miłości. Jest w tym coś, co mnie fascynuje, pociąga, sprawia, że chciałbym to robić zawsze, nie przestawać i tak naprawdę jednoznacznie nie potrafię powiedzieć dlaczego.

zawsze można było ludzi zaskoczyć podczas występu, pokazując im coś, czego wcześniej nie słyszeli lub nie widzieli. Bo to sprawia, że ludzie chcą nas dalej słuchać i przychodzić na nasze koncerty. Najlepszym przykładem tego, że wiek nie ma znaczenia, jest DJ Jean.

- Pięknie powiedziane. Czyli to raczej pasja niż zawód?

- Czy trzeba znać każdą muzykę, czy tylko ulubiony rodzaj?

- Po tylu latach grania to pasja i zawód. Aby się rozwijać i w ogóle żyć, trzeba zarabiać - o tym wszyscy doskonale wiemy. Tylko trzeba wiedzieć, że aby być dobrym DJ-em czy producentem, przede wszystkim cały czas trzeba się kierować tylko i wyłącznie pasją i przyjemnością, a pieniądze przyjdą same z czasem.

- Na pewno znajomość wielu nurtów muzyki w znacznym stopniu zwiększy nasze doświadczenia, pomoże w lepszym zrozumieniu różnic między poszczególnymi gatunkami i ogólnie przyczyni się do tego, że będziemy lepszymi muzykami. Jednak tak jak w moim przypadku dogłębna, szczegółowa znajomość muzyki house, różnych jej odmian i nurtów jest wręcz wskazana.

- Jak się czuje pan na imprezie, do kogo ma bliżej - do artysty, osoby, która ma powera i prowadzi za sobą całą salę, czy bezosobowej telefonistki łączącej kabelki? - Za konsoletą jestem po prostu sobą i to jest w tym piękne. To chwila, stan którego nie można opisać, tylko trzeba przeżyć i dać się ponieść. Nie ma nic piękniejszego od widoku bawiących się ludzi i świadomości, że mogę nimi pokierować, grając swoją muzykę. - Czyli jednak jest power. A czy taki zawód jest poważnie odbierany przez innych, np. rodziców? - Myślę, że dla moich rodziców to nigdy nie będzie poważnym zawodem, nawet po tym co już udało mi się osiągnąć, a na pewno wiele jeszcze przede mną, bo zaczynam wydawać własne produkcje. Na szczęście czasy i poglądy na takie czy podobne tematy też się zmieniają... - Do jakiego wieku można pracować w tym zawodzie? - Nie ma ograniczeń wiekowych. To sprawa indywidualna, która zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Najważniejsze jest to, aby cały czas były nowe pomysły i żeby

6 

- Czy trzeba mieć dobre poczucie rytmu, a może przygotowanie - np. lekcje perkusji w szkole muzycznej? - Poczucie rytmu to jeden z najważniejszych i nieodłącznych elementów, które trzeba spełnić, aby być DJ-em, producentem, muzykiem. I tak jak we wszystkich innych dziedzinach, im nasze doświadczenia większe, tym jesteśmy lepszymi muzykami, wartościowszymi i stale rozwijającymi się. - Co się stanie, jak za 5 lat będzie królowało disco polo? - Ja będę grał dalej to, co mnie kręci najbardziej... Disco polo było już wiele razy muzyką przewodnią w Polsce i kilka razy było o wiele niżej w rankingu. Ale to jest tak, jak z każdym innym rodzajem muzyki. Raz jest większe zainteresowanie, raz mniejsze. Co do muzyki house, którą gram, to jest to na pewno nurt, który dopiero się rozwija. Myślę, że najlepsze momenty są jeszcze przed nami. Nysa na pewno dopiero zaczyna poznawać smak prawdziwych housowych imprez, czego dowodem może być wrześniowa Fiesta. To kolejny wielki krok do tego, aby nysanie mogli poczuć ten nurt muzyczny, który już dawno opanował cały świat.

Jest taka potrzeba młodości, by stworzyć swój wyraz, swoje getto, własny świat. Oni, czyli młodzież, muszą mieć takie „my”, bo nawet chodzą grupami, łażą całymi stadami, oddzielają się od reszty świata. „My jesteśmy tacy, a wy inni, nie rozumiecie nas”. Musi być jakieś węższe pole. Słuchają np. tylko takiej, a nie innej muzyki. Bywa, że część z nich trafia do takiej wspólnoty, bo nie są respektowani indywidualnie np. przez rodziców, ale najczęściej jest to forma ukochania samego siebie. Sam kiedyś trochę należałem do hipisów – zjawialiśmy się u koleżanki, jedliśmy jajecznicę, słuchaliśmy muzyki Jimiego Hendriksa. Naszym wspólnym zainteresowaniem był teatr. Bogusław Litwiniec stworzył festiwal studenckiego teatru otwartego. Na tę imprezę przyjeżdżali ludzie z całego świata i my, studenci, przypisywaliśmy się do awangardy, do szukania siebie w teatrze. Pamiętam nerwową rozmowę Mistrza i Dziecka, czyli moje spotkanie z Kazimierzem Dejmkiem – ten człowiek uzmysłowił mi bardzo wiele ogromnie ważnych rzeczy. Są różne formy subkultur, a niektóre z nich naprawdę ciekawe. Są subkultury na tle sportowym, są muzyczne, w których cała ideologia jest oparta na muzyce. Są też takie o podłożu wolności seksualnej, a pełna wolność seksualna to dojrzewanie i dorastanie. Jeżeli to nie ma charakteru niszczycielskiego, ma znaczenie samowychowujące, to jest to zjawisko wyraźnie pozytywne, bo tak młodzi dojrzewają do dorosłości. Franciszek Neckar Wiele osób kojarzy subkultury z czymś negatywnym – kolorowe czupryny i glany punków, czarna skóra metali nie należą do cech charakterystycznych sumiennych i ułożonych przedstawicieli młodzieży, tylko kojarzą się z agresywnymi rozpasanymi młodocianymi, których się boi nawet policja. Skąd się wzięło to negatywne podejście do inaczej wyglądającej młodzieży? W pewnym stopniu przyczyniła się sama młodzież – opowieści o agresji „łysych w glanach” są jak najbardziej prawdziwe. Na wizerunek np.

punka, oprócz barwnego irokeza, składa się też pewien sposób bycia i to taki, który mu zwolenników, szczególnie wśród starszych sąsiadek, nie przysporzy. Niewątpliwie do negatywnego wizerunku subkultur przyczyniły się też media, szczególnie TV Trwam. Młodzież, która nie należy do kółek różańcowych, należy do szatana – i nie ma tu dwóch zdań. Woodstock jest niczym innym, tylko polskim substytutem dla Łysej Góry i ogólnokrajowym świętem wszeteczników, pijaków i narkomanów (zresztą wszyscy uczestnicy stanowią w tym przypadku „trzy w jednym”). Nawet niewinni emo są postrzegani jako sataniści, bo przecież ubierają się na czarno i noszą ciuchy we wzorki w czaszki. Ich potrzeba rozwoju duchowego raczej śmieszy niż wzbudza zainteresowanie, a notoryczne przebywanie w nieszczęśliwości po prostu denerwuje. Raperzy zaś to już w ogóle kryminaliści. Klną i noszą workowate spodnie. Hm, czyli pozostają nam tylko grzeczne dziewczynki w czarno-białych strojach galowych oraz chłopcy w garniturach starannie wyprasowanych przez mamusie. Może i tak, tylko widząc takich na ulicach, jakoś w ich szczególną świętość i czystość uczuć nie wierzę. Raczej są to młodzi konformiści, albo właśnie wyszli z egzaminu. Dla mnie subkultura to sposób na wyrażenie siebie, swojego rozwoju i zmieniającego się „ja”. To nie tylko ciuchy – poza stylem ubierania się jest jeszcze światopogląd. Młodzież szuka swojego miejsca w życiu, szuka tak, jak potrafi, a bardziej od kolorowego irokeza, który stanowi bardzo skomplikowaną fryzurę, rażą mnie odrosty na głowach schludnych urzędniczek czy niewyprasowane koszule kolegów z biura. Janina Janik Subkultury, czyli metale i dresiarze? Do piachu jednakowo. Za moich czasów to tego nie było. Chodziłem do „Carolinum” w mundurku i bereciku i wyrosłem na człowieka. Giertych dobrze chciał dla nich, szkoda że nie ma takich więcej, żeby porządek zrobili. Pan Bronek 7 


NR 05/2010

Z Małgorzatą Radziewicz, dyrektorem Muzeum w Nysie, rozmawia Konrad Szcześniak - Jaki jest najcenniejszy zabytek, który utraciło nyskie muzeum w wyniku wojny czy szabru? - Tego nie wiemy. - Nie było przed wojną spisów? - Większość się nie zachowała. Wiele zabytków Niemcy wywieźli w obawie przed zniszczeniami wojennymi. - Do swoich muzeów? - Wolałabym nie być o to pytana. Proszę wybaczyć, ale nie chcę mówić o czasach niemieckich. Ja nie chcę rewindykować, nikogo obrażać, kto co wziął... w tej instytucji nie zginęło nic... - Z niemieckich czy nie, proszę jednak wybrać swe 3 ulubione rzeczy nyskiego muzeum... - Niech pomyślę… Szafa gdańska z roku 1700. Moja ukochana, o przebogatej snycerce. Uwielbiam ją. Mało tego, czasem, kiedy o niej myślę, wyobrażam sobie człowieka, który ją przez wiele lat pracowicie wykonywał. Majstersztyk. Przy założeniu, że drewno było dobrze wysuszone, jeden artysta, bardzo pracowity, pracował nad taką szafą przynajmniej rok. To było jego dzieło mistrzowskie. Nie bez dumy twórca, choć z imienia nieznany, umieścił herb Gdańska na jej bogato zdobionym zwieńczeniu. Drugi obiekt to ceramiczny XVII-wieczny patrycjusz ze słynnej nyskiej kamienicy, istniejącej jeszcze przed II wojną światową w zabudowie śródrynkowej pod numerem 18., obecnie eksponowany w dziale pamiątek miejskich. Ja z nim często rozmawiam i mam przekonanie, że on mnie słyszy. Mało tego, ilekroć o nim myślę i opowiadam o nim odwiedzającym muzeum gościom, mam poczucie bliskiego związku z tą enigmatyczną postacią, zastanawiam się nad jego życiem, codziennymi kłopotami, osobowością. Odbieram go jako człowieka pogodnego i szlachetnego. Trzecim zaś dziełem jest mój ukochany obraz Carlo Portellego „Święta Rodzina” w Galerii Malarstwa Europejskiego. Uważam, że ma swoje drugie życie. Czasem staję przed jakimś dziełem i myślę sobie: „Rany boskie, jaka blacha. Ono do mnie nic nie mówi”. Ono jest jak w chitonie. Dotykam, zastanawiam się, czytam – i nic nie czuję. A „Święta Rodzina” to dzieło wręcz emanujące emocjami i to emocjami bardzo mi bliskimi. Znajdujące się tam postaci toczą między sobą niezwykły dialog. Ja zabytki trochę personifikuję. Szczególnie chętnie dotykam sprzętów, wyobrażając sobie, do kogo należały, kto siedział na tym fotelu, jakie było życie człowieka, który otaczał się taką czy inną porcelaną, komodą, jaki radny miejski siedział na krześle, bo przecież mamy 5 bardzo pięknych krzeseł pochodzących z nyskiego ratusza. Są one pokryte kurdybanami, taką skórą tłoczoną i barwioną, i od razu widać, jacy ludzie je zajmowali. Jedne są ledwie muśnięte czasem, inne ciężko starte – widać siedziała tam postać nerwowa, często się wiercąca albo wyjątkowo pracowita, bo wiele godzin na nim spędzała… Uwielbiam nasze szafy, bo ilekroć staję przed nimi i opowiadam zwiedzającym, to próbuję najpierw sobie wyobrazić, w jakich warunkach przed wiekami stały, komu służyły, nawet staram się odnaleźć i określić zapach tego mieszkania, perfumy kobiety, która obok tej szafy przechodziła, a wewnątrz wieszała swoje suknie. Muzeum stało się dla mnie tym wyjątkowym miejscem, w którym za-

8 

częłam oswajać się z przeszłością, mniej lub bardziej odległą historią, poznawać jej tajemnice przez taki mentalny dialog z muzealiami. Są takie zabytki, za którymi nie przepadam, np. związane z batalistyką, z wojną, zbroje. Wiem, że gdy przychodzą tu chłopcy czy mężczyźni, to pytają właśnie o nie, halabardy, hakownice… Takie obiekty są na ekspozycji także, stanowiąc jej istotny element, ale dla mnie, jako osoby o usposobieniu pokojowym, to są obiekty, które mogłyby być, ale nie musiałyby. Nie mogę jednak kierować się tylko własnymi upodobaniami i nie szanować zainteresowań innych, zwłaszcza w takim miejscu jak muzeum. - To są rzeczy, które podziwiamy my. A co następnym pokoleniom przekażemy sami, czyli co w nyskim muzeum w salach poświęconych naszym czasom będzie się oglądać za 200-300 lat? Czym będą się zachwycali potomni? - Na pewno zostawimy wnukom i prawnukom bardzo cenną kolekcję grafiki współczesnej. W okresie powojennym wielką namiętnością kolejnych szefów muzeum było gromadzenie takich eksponatów. W związku z tym kolekcja grafiki polskiej jest naprawdę bardzo bogata. To kilka tysięcy cennych dzieł, odkąd pamiętam niepokazywanych! Staramy się ten stan rzeczy zmieniać i sięgać do naszych zasobów grafiki. Przekażemy naszym potomnym także niemały zbiór malarstwa współczesnego, zbiory fotografii, z których bezcennym jest bogaty zbiór fotografii czarno-białej, przedstawiającej Nysę w latach 50., 60., 70. minionego wieku w obiektywie Józefa Drzazgi, a także liczący ponad 200 fotografii barwnych zestaw podarowany przez Zbigniewa Walewskiego, a ilustrujący dramat powodzi w 1997 roku. Wartość tych darów jest nie do przecenienia. Natomiast sytuacja finansowa jest taka, że jeśli nie otrzymamy czegoś w darze, to kupić nie mamy za co, przynajmniej na razie. „Z 2500 dzieł, jakie namalował Corot, przetrwało 5000, z czego ponad 7500 jest w zbiorach amerykańskich”, kpił już w 1940 roku tygodnik „Newsweek”. - To bardzo przykre, bo czasem zdarzają się na aukcjach zabytki pochodzące z Nysy, są kupowane przez nie wiadomo kogo i trafiają nie wiadomo gdzie. Czy zdarzyło się, by muzeum uczestniczyło w aukcji, np. Allegro, i takie dzieło kupiło? - Nie. Natomiast w ubiegłym roku otrzymaliśmy dar pani burmistrz, bardzo piękną i cenną grafikę Bernarda Fryderyka Wernera z 1741 roku, przedstawiającą panoramiczny widok Nysy. Zgodnie z wolą darczyńcy znaleźliśmy dla tak delikatnej materii jak grafika specjalne miejsce ekspozycyjne o odpowiednim oświetleniu. Sporo grafiki, zarówno tej dawnej, jak i współczesnej zakupiono w latach powojennych. To były zakupy ze środków państwowych. - Skoro wtedy państwo kupowało, a teraz nie, to znaczy, że obecnie ma inne priorytety lub dzieła sztuki relatywnie mocno podrożały… - Oooo! Z całą pewnością! Rynek sztuki był w tamtym czasie dużo bardziej łaskawy i dużo bardziej dostępny. Wielu ludzi miało potężne kolekcje, a z czegoś trzeba było żyć. Takie to były czasy. I nie

mówię o latach bezpośrednio powojennych, ale o 50. i 60. - Socjalizm i własność prywatna – trudno o większe przeciwieństwo. Jednak w końcu utopijna koncepcja państwa sczezła i ceny dzieła sztuki nie wyznaczają już bochenki. Także i muzealne koncepcje są dziś inne... - Kilka razy usłyszałam zarzut, że koncepcja ekspozycji malarstwa w nyskim muzeum nie ma swego logicznego ciągu. Osoba, która go sformułowała, mówiła: „No dobrze, skoro macie portrety, to niech to będą same portrety, jeśli pejzaże, to niech to będą same pejzaże, martwe natury, to też same”. Zapewne zobaczyła to w innym muzeum. Muzea w ostatnich latach się nieprawdopodobnie zmieniają. I my też staramy się w ten nurt zmian wpisać, ale ja i większość osób w moim zespole to ludzie, którzy uważają, że specyfika muzealnych przestrzeni polega na ich spójności epokowej (z­ wyjątkiem ekspozycji czasowych, tematycznych). Jestem przekonana, że na ekspozycji stałej powinien obowiązywać rygor ukazania epoki w jej trwaniu, dominującej estetyce, pozostając w zgodzie z faktografią i ikonografią. I u nas tak jest. - Ale to wymaga nagromadzenia w jednej sali ogromnej ilości eksponatów… - Ogromnej nie może być, bo stworzy się chaos i kakofonia, jak pisał Gombrowicz w „Dziennikach”, dodając, że muzea to najpaskudniejsze miejsca na świecie, bo obok Tycjana jest Leonardo, obok Leonarda Michał Anioł. Człowiek nie przetrawi jednego dzieła, a już inne mu wchodzi w oczy. Z tego powodu nie znosił muzeów. Paul Valery kiedyś też napisał, że muzeum to coś między świątynią a salonem, między cmentarzem a szkołą. Jeszcze i dziś spotyka się stwierdzenia, że muzea to synonim zacofania, nudy, napuszoności. Musimy zrobić ile można, aby takie postrzeganie instytucji muzealnej uległo zmianie. Robimy co się tylko da, by nasze muzeum było miejscem interesującej oferty artystycznej i edukacyjnej. - Najważniejsze, że koncepcja ta jest inna od tej, jaką widziałem w muzeach jakieś 30 lat temu: pędzimy po salach, czytamy co piątą karteczkę, a panią oprowadzającą interesuje tylko to, czy oddaliśmy bambosze... - Jeśli muzea nie mają stanowić miejsc anachronicznych i omijanych przez ludzi, to muszą podążać za duchem czasu. Po prostu muszą. I czy nam się to podoba, czy nie, aspekt nowoczesności, digitalizacji, multimedialności wchodzi do muzeów. Nie można zwiedzać w opisany przez pana sposób. - To jest efekt standardowego myślenia. Ludzie tak się nauczyli zwiedzać i inaczej nie potrafią. - Tak! A to jest najgorsza forma z możliwych. Ja jestem jej zdecydowaną przeciwniczką. Jeżeli przychodzi grupa, która jest u nas po raz pierwszy i chce zobaczyć wszystko, przyjeżdża z plecakami, resztkami lodów, to ją sadzam w jednej lub kilku salach i pokazuję to, co jest właściwe dla wieku, nie wszystko. Oczywiście, możliwy jest spacer po całej ekspozycji, pamiętać jednak trzeba, że im więcej pokażemy podczas jednej wizyty w muzeum, tym mniej zostanie zapamiętane. - Czy były próby włamań do nyskiego muzeum? - Nie, i dzięki Bogu. - Jak to rozumieć? Może ludziom się wydaje, że tu nie ma cennych rzeczy? Nie warto?

- Nie mogę powiedzieć, jak cenne są to eksponaty. Żaden muzealnik na takie pytanie nie odpowie. Większość muzealiów to obiekty bezcenne. Były próby kradzieży, ale rynien i rur miedzianych... - ...może też już zabytkowych? - ...natomiast ostatnio poraziła mnie kradzież oświęcimskiego napisu „Arbeit macht frei”. Za każdym razem poraża mnie, ilekroć dowiaduję się, że gdzieś się udało coś ukraść. Np. obraz Moneta z Muzeum Narodowego w Poznaniu. I to ukradziony przez rodaka, który trzymał go w mieszkaniu. Hobbysta. Wielbiciel sztuki. - Ale jak wynieść obraz parometrowej wielkości? Przecież nie za pazuchą. - Gioconda, czyli Mona Liza Leonarda da Vinci w 1911 r. została wyniesiona za pazuchą. - Ależ ktoś musiał mieć gabaryty! - Takie sytuacje się zdarzają. Wielu muzealników, i mówię to z pełną świadomością, gubi rutyna. Rutyna w każdym zawodzie jest czymś najgorszym. Oprócz dobrych zabezpieczeń niezbędna jest więc czujność i bystre oko każdego pracownika muzeum. - Muzealnik nie jest od ochrony. Jego zadaniem nie jest bronić... - ...ale patrzeć. I umieć odróżnić zwiedzającego od złodzieja. - Jaka jest pewność, że wszystkie nyskie zbiory są autentyczne? Czy można mieć pewność, że po ukradnięciu wróci do muzeum rzeczywiście ten sam obraz, a nie jego doskonała kopia? - Po pierwsze każdy obiekt ma swój bardzo szczegółowy opis. Każdy ma swoją kartę. Każdy jest sfotografowany... - ...a nie boi się pani, że przy dzisiejszym poziomie techniki można już stworzyć kopię takiej jakości, że eksperci będą bezsilni? - Gdy w ciągu tych dwudziestu kilku lat, odkąd tu pracuję, były dokonywane zakupy dzieł (nie były częste, ale były), to za każdym razem brało się pod uwagę autorytet miejsca, w którym się kupowało. Każdy obiekt musi mieć swój certyfikat podpisany przez rzeczoznawcę, historyka sztuki. W innym przypadku obiektu żaden muzealnik nie kupi. - Rzeczoznawca to tylko człowiek. Może się pomylić, można go do pomyłki zachęcić... - No, my się też na eksponatach trochę znamy. Pracownicy muzeum to historyk, historyk sztuki, jest muzeolog, jest archeolog. To są ludzie, którzy na bardzo wielu rzeczach się znają. Dodatkowo ubiegamy się o certyfikaty z różnych, niezależnych od siebie źródeł. - Ale da pani głowę, że w tym muzeum są same autentyki? - Daję. Oczywiście, że daję. - To miłe, ale popatrzmy statystycznie. Jest rynek oryginalnych dzieł sztuki, są ludzie, którzy zapłacą za nie wielkie pieniądze, jakoś się go zaopatruje. Skądś te dzieła muszą się brać. Gdzie ich szukać – np. w muzeach. Pokusa jest zbyt duża. - A jednak wytrenowane oko odróżnia fałszerstwa. To najbardziej niezawodne narzędzie w naszej pracy. - A oglądała pani film „Vinci”? - Oczywiście! - Wiemy, że to fikcja... - ...ale bardzo prawdopodobna. Znamy historię największego fałszerza w dziejach sztuki. Takiego miał Jan Vermeer van Delft. Fałszerz ten żył w XX wieku i nazywał się Han van Meegeren. Podrabiał Vermeera dla wielu kolekcjonerów, a wpadł na realizacji zamówień dla hitlerowców. Wic polegał na tym, że Vermeer namalował bardzo niewiele obrazów. Jedni mówią, że to było 28, inni że 35, jeszcze inni że maksymalnie 40. Meegeren znakomicie poznał technikę malarstwa mistrza, doskonale zbadał, na jakich podobraziach tworzył, jakich uży wał kolorów, jak kładł farbę – metodą prób i błędów. Przez pewien czas udawało mu się, ale w końcu wpadł.

Han van Meegeren wyspecjalizował się w podrabianiu Jana Vermeera, artysty tajemniczego, który zostawił niecałe pół setki prac. Historia jego życia i twórczości pełna była białych plam, z czego fałszerz skwapliwie skorzystał. Opanowawszy do perfekcji XVII-wieczne techniki malarskie i pomagając sobie współczesnymi wynalazkami, stworzył 11 nowych obrazów naśladujących styl Vermeera. Natchnione podróbki van Meegerena były w pewnym sensie zemstą na wszechwładnych krytykach, którzy spostponowali jego własne prace. Największemu wrogowi zabrał żonę, innym zagrał na nosie – uznani i szanowani znawcy bez oporów przyjęli płótna z warsztatu van Meegerena jako autentyczne dzieła Vermeera. To dzięki ich atrybucjom „Wieczerzę w Emaus” okrzyknięto skarbem narodowym, o który walczyły zażarcie dwa muzea. I to dzięki nim malarz mógł sprzedać owe „Vermeery” za równowartość dzisiejszych 64 mln dolarów. Jak to możliwe, że tylu krytyków, handlarzy, kolekcjonerów i muzealnych ekspertów dało się tak podejść? Odpowiedź jest prosta – bo chcieli. Marzyli o odnalezieniu dzieła zapomnianego lub przeoczonego, które odkrywcy pozwoli zabłysnąć i ugruntować pozycję znawcy tematu. „Rzeczpospolita”

- A co z materiałem? - Aaa, widzi pan – kupował stare obrazy. Za bezcen. I nie kopiował, tylko, utrzymując się w manierze mistrza, powoływał do życia nowe „Vermeery”! Podpisywał się jak Vermeer i wszyscy cieszyli się z odkrycia nieznanego obrazu. I w ten sposób Han van Meegeren genialnie żył przez kilkanaście lat. - Ale on kopiował jedynie podpis, a my mówimy o podrobieniu całego dzieła, np. tej „Damy z łasiczką”, która jest sfotografowana do najdrobniejszego włókienka. Idealne podrobienie to nie robota dla człowieka. Człowiek musiałby popełnić jakiś błąd. - W II poł. XX w. zaczęło się okazywać, że największe muzea świata nie mają prawdziwego Rembrandta, tylko jego kopie lub falsyfikaty. Powołano grupę kilku znawców przedmiotu. Użyto bardzo wielu specjalistycznych narzędzi, rentgenów. Okazało się, że w zderzeniu z czujnym okiem rzeczoznawcy maszyny muszą się poddać. Fachowcy wysokiej klasy się nie mylą. Oko jest niezawodne. - Czyli sytuacje, gdy ludzie tłoczą się przed kopią w muzeum, a uchachany złodziej ogląda sobie oryginał w domu… - …nie mają miejsca, miejmy nadzieję.

foto: foto:M.M.Baraniewicz Baraniewicz

9 


NR 05/2010

Janina Janik

Jakoś nam się układa z tymi naszymi Czechami. Mówiąc „naszymi”, mam na myśli Jesenik, chociaż z Krnowem też już zrobiliśmy parę imprez. Współpraca zaczęła się od wymiany młodzieży i wspólnych klubowych imprez hiphopowych, głównie pomiędzy raperami z Nysy i Jesenika – na lipcowym festiwalu hiphopowym było widać, że raperzy się nawzajem wspierają. Odwiedziła też Jesenik nasza grupa teatralna „Ostatni Rząd” i też spodobała się publiczności. Z wzajemnością. Jesteśmy już po słowie z Czechami i na przyszły rok planujemy kolejne wspólne warsztaty i występy po obydwu stronach granicy. Od lipca br., a tak naprawdę od września ru-

sza pełną parą projekt pt. „Współpraca instytucjonalna pomiędzy Ośrodkiem Kultury w Jeseniku a Nyskim Domem Kultury”. Brzmi bardzo poważnie, ale tak naprawdę nie chodzi o to, że będziemy się wymieniać pustymi obietnicami partnerstwa i składać podpisy, tylko już od września mamy zajęcia polsko-czeskie przez telemost. W lutym nasza młodzież pojedzie na wymianę do Czech, a w październiku instruktorka NDK Kamila Kopeć będzie na 2-tygodniowym czeskim stażu. Nawzajem pouczymy się języków i nagramy materiał filmowy zawierający scenki z życia obydwu instytucji (mamy nadzieję, że będą zabawne). Materiały te będziemy emitować przez czeską kablówkę, a jeśli się uda, także przez polskie stacje telewizyjne. Będziemy sławni i zostaniemy gwiazdami telewizji. Pytanie - co to jest telemost? Będąc kobietą o zainteresowaniach nietechnicznych, na to pytanie odpowiedzieć szczegółowo na pewno nie potrafię, ale wiem, że dzięki różnym urządzeniom o bardzo skomplikowanych na-

zwach i mającym setki kolorowych kabli będzie można na odległość transmitować na żywo imprezy, spotkania czy zajęcia. Czyli czeska instruktorka mażoretek ćwiczy nie tylko swoją czeską grupę, lecz też grupę z Nysy i wszyscy się doskonale widzą. Superprzystojny instruktor hip-hopu Ludwik także będzie równocześnie prowadził zajęcia na dwa fronty. No a potem wspólne występy. Brzmi super, a jak będzie naprawdę, zobaczymy. Na to wszystko w ciągu 3 lat mamy do wydania 172 208 euro, z czego 146 376 euro dostaniemy z Europejskiego Funduszu Społecznego. Dofinansowanie dostaliśmy z PO WT Polska Czechy - jest to program wspierający współpracę polsko-czeską.

Marcin Miłkowski Czy dotychczasowa formuła Dni Nysy to przeżytek? Czy powinniśmy ograniczyć rozmach tej imprezy, całkowicie z niej zrezygnować, czy wręcz przeciwnie, raczej ją rozwijać? Dni Nysy 2010 rozczarowały frekwencją. Podczas obrad komisji kultury, której członkami są m.in. radni miejscy, rozgorzała dyskusja. Już w ubiegłym roku dyrektor NDK Janina Janik apelowała o wyłączenie tej imprezy z budżetu placówki, ponieważ ujemny wynik finansowy imprezy odbija się niekorzystnie na dalszej pracy całej placówki. Już wtedy, w roku 2009 frekwencja była niższa od planowanej (32 tys.). Pogoda nie sprzyjała imprezie, ulewny deszcz odstraszył widzów, więc gorszy wynik nie był zaskoczeniem. W bieżącym roku przezornie zmniej-

Na razie zapraszamy do nas na zajęcia i na fantastyczne imprezy finansowane przez PO WT, w tym Polsko-Czeską Muzyczną Fiestę (w Nysie i Jeseniku) i Muzyczny Portret Narodowy.

szono drobniejsze wydatki (np. mniejsza ilość koszulek promocyjnych), jednak bez ograniczenia rozmachu imprezy oszczędności nie mogły być znaczne.

plakat

W odpowiedzi na raport dotyczący strat finansowych, jaki złożyło kierownictwo NDK, pojawiły się głosy w sprawie przyszłości majowej imprezy. Radny Jan Satora, zdecydowany zwolennik zmiany formuły Dni Nysy przekonywał, że należy przenieść miejsce imprezy np. nad Jezioro Nyskie, podając przykład Bielawy, gdzie imprezy plenerowe odbywają się nad zbiornikiem wodnym Sudety, a w tym roku gwiazdami byli Myslovitz, IRA, Bajm i Eleni. Inny radny poddał pod dyskusję, czy nie należałoby określić na sztywno maksymalnego budżetu Dni Nysy i do niego dostosowywać rokrocznie zakres organizacyjny imprezy. Zdania były podzielone. Radny Ryszard Wajdzik stwierdził, że Dni Nysy powinny zostać tam, gdzie są, zarówno lokalizacyjnie, jak i organizacyjnie, dodając, że co roku jest zadowolonym gościem tej imprezy. Dyrektor NDK przestrzegała przed radykalnymi zmianami, wyjaśniając, że korekty trzeba wprowadzać bardzo rozważnie, mając na uwadze wewnętrzne zależności organizacyjne Dni Nysy. Zmiana w jednej pozycji spowoduje zmiany w innych. To impreza komercyjna, jej formuła została wypracowana w ciągu wielu lat. Wysokość wpływów z gastronomii i wesołego miasteczka stanowiąca znaczącą część budżetu Dni Nysy jest wprost proporcjonalna do wartości programu artystycznego. Jeśli ograniczymy program artystyczny (od 2008 na poziomie ok. 300 tys. zł), firma gastronomiczna, która wykłada za prawo do sprzedaży napojów, piwa oraz artykułów spożywczych kwotę rzędu 100 tys. złotych, z pewnością ograniczy swój udział finansowy. Podobnie zrobi wesołe miasteczko, którego zaan-

10 

gażowanie finansowe sięga kilkudziesięciu tysięcy złotych. Czyli w wyniku oszczędności na programie artystycznym otrzymamy mniej pieniędzy z zewnątrz. Oszczędzimy np. 100 tys. na artystach, ale stracimy na wpływach z biletów, gastronomii i wesołego miasteczka. Trudno precyzyjnie oszacować tę kwotę, ale będzie to z pewnością kilkadziesiąt tysięcy, czyli zmniejszając wydatki o 100 tys., faktycznie zaoszczędzimy może 50 tys., a ranga imprezy spadnie. Mając świadomość, że miasto wykłada na realizację Dni Nysy kwotę 150 tys. zł (referendum w sprawie rynku kosztowało 140 tys., a drugie tyle referendum o odwołanie rady miejskiej), dochodzimy do fundamentalnego pytania - czy 150 tys. to za dużo, za mało, czy w sam raz? Żeby odpowiedzieć na te pytania, należałoby się dowiedzieć, ile miasto wydaje na wszystkie imprezy kulturalne w ciągu roku, wycenić rangę, liczbę uczestników i efekt promocyjny. Następnie dobrze byłoby się rozejrzeć wokół i sprawdzić, jak wyglądają takie imprezy w innych miastach, jakie mają budżety i liczbę uczestników. Nie mamy dokładnych danych na temat tego, ile UM wydaje na inne imprezy. Nasze pisemne zapytanie zostało zbyte niewiele mówiącą odpowiedzią. We wskazanym przez Urząd Miejski miejscu nie znaleźliśmy interesujących nas informacji. Jeśli komuś z Państwa to się uda, prosimy o kontakt. Zestawienie orientacyjnych kosztów większych imprez: Dni Nysy: dotacja 150 tys., liczba widzów ok. 32 tys. w 2009 i 22 tys. w 2010 r., koszt na osobę – 4,6 zł w 2009 i 6,8 zł w 2010 roku. Folk Fiesta 2010: koszt 70 tys., liczba widzów 5 tys., koszt na osobę – 14 zł. Projekt Nyska Jesień Gitarowa: dofinansowa-

ny przez UM w Nysie kwotą 40 tys. zł, 2 koncerty kameralne, przewidywana ilość widzów od 200 do 600 – koszt na osobę pomiędzy 66 a 200 zł w zależności od frekwencji (mamy informację, że mimo dotacji z UM organizator będzie sprzedawał bilety, co podniesie oszacowany koszt o cenę biletu, wszak pieniądze UM to pieniądze obywateli). Dni Twierdzy Nysa: koszt łączny, środki gminne i dotacja EFRR – 321 tys. zł, w tym gmina daje 48 tys., przewidywana ilość widzów – 3 tys., koszt na osobę – 107 zł, w tym udział gminy to 16 zł. Metalowa Twierdza: koszt – ok. 80 tys., przewidywana ilość widzów – 2 tys., koszt na osobę – 40 zł. Festiwal Muzyczny „Muzyka w Zabytkowych Kościołach i Wnętrzach Księstwa Nyskie-

Bielawa – Dni Bielawy: 5, 6 czerwca, Bajm, IRA, Myslovitz Grodków – Grodkowskie Dni Kultury: 1-6 czerwca, East West Rockers, Natural Dread Killaz, Ewa Farna, The Fire Balls Otmuchów – Lato Kwiatów: 4-6 lipca, Brathanki i Małgorzata Ostrowska Opole: 21-25 kwietnia, Maleo Reggae Rockers, HEY, kabaret Ciach, Piotr Bałtroczyk, Kabaret Moralnego Niepokoju, Terry Bozzio z zespołem Namysłów: 18-20 czerwca, IRA i zespół Śląsk Prudnik: 19-20 czerwca, Indios Bravos, Ewa Farna, Stan Borys, Mrozu Głuchołazy: 12-13 czerwca, Bracia, Grupa Operacyjna, Bayer Full, Krem, Kabaret DNO, Jumbo Africa Głogów: 5, 6 czerwca, Maryla Rodowicz, Elektryczne Gitary, Patrycja Markowska Oleśnica: 28-30 maja, Jamal, Reni Jusis, Sumptuastic, Mesajah, Paulla Głubczyce: 18-20 czerwca, Blue Cafe, Skaldowie, Turnioki, Vox Krapkowice: 1-3 maja, Sidney Polak, Jamal, Good Day Kluczbork: 25-27 czerwca, Doda, T-Love, kabaret OTTO. Nie są nam znane koszty tych imprez, wiemy, że są finansowane przez miasto, a wstęp jest za darmo. Konkluzja? Pozostawiamy to Państwu do przemyślenia.

go”: dofinansowanie z UM – około 40 tys., ilość widzów – 1 tys., koszt na osobę – 40 zł. Perły Nysy 2010: konkurs architektoniczny na najładniejszą kamienicę, z nagrodą 20 tys. zł, mamy 44 zgłoszenia, ok. 50 widzów podczas rozdania nagród, koszt na osobę – 400 zł. Z zestawienia wynika, że w przeliczeniu na uczestnika Dni Nysy są najtańszą imprezą. Trzeba rzecz jasna mieć świadomość, że kultura wysoka musi być droższa niż popularna, więc 40 zł na osobę w przypadku festiwalu „Muzyka w Zabytkowych Kościołach...” nie jest złym wynikiem, jednak kwota pomiędzy 66 a 200 zł plus cena biletów w przypadku Jesieni Gitarowej to już dyskusyjna sprawa.

11 


W tej części Inferii odpowiadamy na największe zagadki ludzkości

Mc Bakro Należę do tych nielicznych, którzy ok. godziny 6 rano przychodzą do parku samotnie pobiegać. Jedno kółko, drugie, podczas tych 20 – 30 minut wiele razy okrążam plac zabaw, biegnę wzdłuż trawnika, gdzie właśnie trwają roboty budowlane skate-parku. Zorientowani już wiedzą, że jest to park przy alei Lompy znajdujący się pomiędzy stadionem a głównym budynkiem PWSZ. Słucham ulubionej muzyki i... spotykam pary, wiele par, ale nie są to zakochani, ci jeszcze śpią. To pary, w których jednym partnerem jest człowiek, a drugim zwierzę, a dokładniej mówiąc pies. Cel wizyty jest prosty - pobiegać i narobić, to tu, to tam, na trawnik, pod drzewko. Po południu w wolne dni często odwiedzam ten park, ale już nie sam, przychodzę tu z dziećmi, podążam za nimi jak sęp i powtarzam mantrę: „Uwaga na psie kupy, nie wejdź w kupę, nie kręć się w kółko, uwaga, tu jest, patrz pod nogi!”.

miejska podobno próbuje egzekwować od właścicieli psów sprzątanie po swoich milusińskich, niestety z marnym skutkiem. Podobno to jedno z poważniejszych zmartwień, które spędza sen z powiek naszemu komendantowi, mówią źródła zbliżone do Urzędu Miejskiego. Podatek od kupek Zamiast walczyć z właścicielami psów, można wynająć firmę, która zajmie się oczyszczaniem placów zabaw i trawników z psich zanieczyszczeń. Byłoby miło i łatwiej, gdyby właściciele za pomocą specjalnych papierowych chorągiewek znakowali miejsca zda-

Kiedy tak biegnę rankiem, przy dźwiękach orkiestry wlewających się w uszy ze słuchawek, bierze mnie złość, po chwili złość przechodzi i zaczynam tworzyć. Myślę, co by tu zrobić, żeby temu zaradzić. Straż miejska nieskuteczna, samodzielne zbieranie nieczystości przez właścicieli, zapomnij! Kto by to wziął do ręki, nawet przez woreczek jest fuj! Psia kupa

rzeń (tak to się robi na świecie). Środki na pokrycie kosztów funkcjonowania takiego przedsiębiorstwa powinny popłynąć z kieszeni posiadaczy psów. Ci, którzy nie zechcą zapłacić, będą mogli to odpracować, przynosząc do utylizacji samodzielnie zebrane psie odchody w odpowiedniej ilości, nieważne czy własnego psa, czy zebrane z trawnika. Liczy się ilość. Jednak nowy podatek? Społeczeństwo boleśnie na to zareaguje, a władze samorządowe w roku wyborczym chyba się na takie rozwiązanie nie zdecydują.

stała się rzeczą równie naturalną jak sama trawa, niedługo zaczniemy sądzić, że to jakaś roślinna forma życia, a zbierana przy porannej rosie i gotowana na małym ogniu z cebulką i czosnkiem stanie się przysmakiem w Nowej Gwinei, zaraz po jaskółczych gniazdach, i najlepszym polskim produktem eksportowym po ślimakach winniczkach.

Strefa wydzielona Jest pomysł, żeby w ramach parkowych areałów wydzielić strefę sanitarną dla psów. Ogrodzić, oznakować i gotowe. Jest tylko jeden problem, a mianowicie jak przekonać zwierzęta, żeby robiły to właśnie tam. Jestem jednak dobrej myśli, psy łatwo poddają się tresurze, a skoro potrafiliśmy nauczyć swego pupila, aby nie sikał nam na dywan, to z pewnością się uda.

Pilnować i karać To chyba nie jest dobre rozwiązanie. Straż

Prace społecznie użyteczne A może by tak w Powiatowym Urzędzie Pracy

w ramach prac społecznie użytecznych zorganizować oddział walczący z kupkami, wyposażyć w sprzęt i do dzieła? Może to być jednak mało realne, pomimo bezrobocia prawdopodobnie nie znajdziemy chętnych. Skup psich odchodów A może by tak urządzić skup psich odchodów? W punkcie skupu postawimy eksperta od identyfikacji psich kupek, wagę i utylizator. Takie rozwiązania sprawdzają się w innych dziedzinach, segregacja i skup złomu ma się świetnie. Wiele osób dorabia sobie w ten sposób, zbierając w szczególności aluminiowe puszki. Jest to tak popularne, że wielu posuwa się do kradzieży np. przewodów elektrycznych, by je później odsprzedać. W przypadku kupek istnieje zatem realne niebezpieczeństwo, że ktoś będzie wykradał odchody np. z kompostu, albo, co gorsza, konfekcjonował własne, by je później zbyć w skupie jako psie. Psi brykiet, czyli gówniany interes W obliczu kryzysu energetycznego i mody na wszystko co ekologiczne można by wprowadzić na rynek nowy produkt - psi brykiet. Jeśli w Indiach używa się zasuszonych odchodów bydlęcych do zastosowań opałowych, to dlaczego nie u nas, w myśl maksymy „Żyj ekologicznie & keep your country tidy”. Wystarczy uruchomić system dotacji i ulgowych kredytów dla gospodarstw domowych używających psiego paliwa, a natychmiast pojawią się wyspecjalizowani śmiałkowie ze specjalnymi podbierakami, za pomocą których będą nękać te mniej zdecydowane zwierzęta, by uwolniły drogocenny materiał organiczny. … i tak dalej, i tak dalej.

13 


NR 05/2010

Konrad Szcześniak

Gdy przyszło zaproszenie na jeden z największych folklorystycznych festiwali świata – Samsun Folk Festival, odpowiedź mogła być tylko jedna – jedziemy! Turcy to bardzo umuzykalniony naród. Lubią sobie pośpiewać, szczególnie z wysokości meczetowej wieży. Kilka razy dziennie i, co gorsza, głuchą nocą. To znaczy już nie głuchą. Muezzin zapodaje swe szlagiery bezlitośnie jak Turcja długa i szeroka, a ludzie z wrażenia padają plackiem na dywaniki. Takie właśnie wrażenie mieliśmy wywrzeć na widzach i jury festiwalu. Chórem, tancerzami i dziarską kapelą Zespołu Pieśni i Tańca Nysa. Samsun to nie Sumperk. Ponad 3000 km w jedną stronę w autobusie pełnym ludzi, którym tylko śpiewanie i tańce w głowie. Poleczka między Ołomuńcem a Brnem? Czemu nie! Kujawiak z zasiadającym obok kierowcy didżejem o specjalności muzyka ludowa? Jak najbardziej! I tylko kapela grała osłabiona brakiem kontrabasu, bo wystawałby nad dach.

12 kujawiaków później...

Ani się spostrzegliśmy, jak zielony, dominujący kolor węgierskiej puszty zamienił się w żółto-złoty utopionych w słońcu serbskich pól. Przydrożny motel pewnie nigdy nie widział tylu pięknych nyskich dziewczyn. Wrzaskliwi, śniadzi Serbowie agresywnie zapraszają do swych sklepików, w których na pustawych półkach króluje polska wódka baltic (kto ją jeszcze pamięta?), a lody „vanilie z sosom jagoda” okazują się być śmietankowymi w polewie truskawkowej. Jedzących atakują serbskie muchy. Nasze polskie tylko węszą, te zaś udają obojętność, by urżnąć znienacka. Nic jednak nie jest nam w stanie zakłócić wesołej podróży. Za oknem przemykają bułgarskie miasteczka, Sofia, która z oddali wygląda jak Niemodlin, i jej obwodnica, zupełnie jak droga Nysa – Kałków. Niczym okręt wśród delfinów mkniemy wśród stad szalonych motocyklistów, mijających nas to z prawej, to z lewej na jednym kole. Mają jeszcze fantazję, by pomachać. W końcu przed nami ogromna czerwona flaga z białym półksiężycem i gwiazdą oraz pierwszy minaret. Jesteśmy w Turcji!

20 polek dalej…

Dalej jesteśmy w Turcji. Ten kraj się jakby nie kończy. Stambuł został daleko z tyłu, niczym ostatni przyczółek cywilizacji. Teraz tylko bezdrzewne wzgórza, suche, trawiaste stoki i kamieniste wąwozy. I przydrożne kramiki pełne cytrusów. Zatrzymujemy się przy jednym. Pierwszy klient za 1 lirę otrzymuje aż kilo brzoskwiń. Drugi z kolejki już tylko trzy, a trzeci ledwie dwie sztuki za tę samą cenę. Najwyraźniej tu pojęcie „cena” to jakaś dziwaczna europejska fanaberia. W końcu dojeżdżamy. Samsun – miasto wielkości Wrocławia. Jak okiem sięgnąć wzgórza pokryte białymi domkami, palmy i nadmorskie promenady. Przy jednej z nich sala festiwalowa. To tu pokażemy światu, czyj folklor jest najpiękniejszy. Najpierw jednak parada. Miasto przygotowało się do niej przepysznie. Wieczorem wszystkie 18 zespołów z 12 krajów w niekończącym się korowodzie wędruje ulicami. Ekipy idąc tańczą, śpiewają, wymachują flagami. Niepoliczalne tłumy gapiów, zewsząd flesze, okrzy-

foto: Konrad Szcześniak

ki, brawa, jakieś piszczałki i trąby, przy których bledną wuwuzele. Turcy to nie jest cichy naród, o nie… Raz po raz ktoś wyskakuje z tłumu i z okrzykiem „We love Polonia!” skacze wokół. Zupełnie niewytłumaczalne dowody sympatii. Chyba zapomnieli, że Sobieski był Polakiem. Od tej pory dzień wypełniają nam treningi, występy turniejowe i tzw. performance’y. Obwożą nas po różnych częściach miasta i każą tańczyć na placach, skwerkach, promenadach czy plaży, a zaraz wokół zbiera się tłum sympatycznych tureckich gapiów. Robią zdjęcia, klaszczą i podśpiewują z chórem, a nawet żądają, by im tłumaczyć słowa piosenek. Jest pięknie, gdy taki jeden z drugim Turek odchodzi, mrucząc pod nosem „Pyk, pyk, pyk z fajeczki, duś, duś, duś gołąbeczki…”.

Występ

Ten sam los spotyka i inne startujące ekipy. 9 dni tańców pod odkrytym niebem w najpiękniejszych zakątkach miasta. Oczywiście wieczorami, bo w południe żar z nieba nie daje żyć. Południe najlepiej przetrwać nad morzem lub w hotelu, by mieć siłę na wieczorne garden party. Garden party to nieformalne, conocne nasiadówki śpiewacko-degustacyjne na pobliskim skwerku. Co rusz przerywane to dzikim tańcem Macedończyków, to ślubem Cypryjczyków, to spontanicznym koncertem naszej kapeli, która chwyta za klarnety i ukazuje piękno zaklęte w polskich przyśpiewkach. Turczynki porzucają rozmowy i zaczynają taniec przyodziane w 14 

foto: Konrad Szcześniak

naprędce sklecone naszyjniki z precli. Jest całkiem jak na Haiti. I tak do rana. Nieuchronnie zbliża się czas decydujących rozstrzygnięć – dzień finału festiwalowego. Na pełnej sali ustrojonej w biało-czerwone baloniki (tak, to też tureckie barwy) zasiada dostojne jury złożone z przedstawicieli poszczególnych ekip. Reprezentacje muszą się zmieścić w czasie 9-12 minut. Wszystko co krótsze lub dłuższe daje punkty karne. Każde potknięcie – minus. Wykorzystanie elementów nie ze swego folkloru – minus. Brak kapeli – minus. Kryteria ostre, ale to przecież jeden z dwu największych festiwali folklorystycznych. Po drugie kryteria sprawiedliwe, bo takie same dla wszystkich. Startujemy polonezem. Pary tańczą dostojnie, w kontuszach (panowie), w długich spódnicach i płaszczach (panie). Zupełnie jak w „Panu Tadeuszu”. Nie ma czasu na wysłuchiwanie braw, trzeba pędzić do przebieralni. W tym czasie już ze swą nieśmiertelną fajką wychodzi na parkiet Marian Kowalski i brawurowo odśpiewuje „Starzyka”. Błyskawicznie Turcy podłapują rytm i klaszczą do taktu. No tak, przecież na performance’ach uczyliśmy ich tego! Z kuluarów wybiegają już przebrani tancerze i ruszają do trojaka. Dziewczyny zalotnie machają spódnicami, chłopcy przypuszczają taneczne ataki, w środku uwija się z miotłą Robert Woźniak. Trojak także wzbudza ogromne brawa, bo i ładny, i czytelny dla widzów z każdej kultury świata. Jeszcze tylko ukłony i można uspokajać skoła-

tane serca. Rzut oka na zegarek: 11 minut i 50 sekund. Idealnie! Popisy trwają przez wiele godzin, ale my już to mamy za sobą. Emocje wciąż trzymają, bo występ na takim festiwalu to nie lada przeżycie. Ogromna dawka podniecenia. Co jak co, ale tańce ludowe i adrenalina? Nigdy bym nie przypuszczał... Teraz już tylko obrady, gratulacje, przemowy, serdeczności i ogłoszenie wyników. Wygrywa… Rosja, druga jest Osetia Północna, na trzecim miejscu Macedonia (kolejnych miejsc nie ogłoszono). Strzelają gejzery konfetti, kamerzyści depczą sobie po nogach, zwycięzcy krzyczą z radości. Nasz juror Elżbieta Korycińska mówi: - Najwyżej punktowałam Macedonię, potem Osetię, na trzecim miejscu Gruzję. Rosja nie prezentowała żadnego folkloru tylko klasykę, w której miała bardzo dużo błędów technicznych. Pokazała głównie podstawowe figury klasyczne z baletu, co z muzyką i w szybkim tempie dało dobre wrażenie. Występ konkursowy był dużo gorszy niż wszystkie wcześniejsze. Bez zgrania, bez kapeli, choć był to wymóg regulaminowy, jedynie z muzyką z płyty. Dlatego nie mogłam przyznać im zwycięstwa. Tak czy inaczej to pierwsze miejsce Rosja otrzymała. Nam pozostało coś nie mniej przyjemnego – cała głowa nowych doznań i wspaniałych wspomnień. Z całą pewnością folklor w narodzie nie ginie. W każdym razie tureckim. 15 


INFERIA 11  

INFERIA magazyn stowarzyszenia Ad Astra w Nysie

INFERIA 11  

INFERIA magazyn stowarzyszenia Ad Astra w Nysie